Barataria 23 Gomolicki

Teraz jestem pewna. To nie ja wybieram sobie lektury, to one wybierają mnie. Wydawało mi się, że sięgnęłam po czarną, jako że pozbawioną obwoluty, książkę Leona Gomolickiego Taniec Eurynome (PIW 1976), bo była pod ręką i niewielka, a wychodziłam i chciałam coś zabrać ze sobą do torebki, żeby mieć co czytać w metrze. W końcu dość jest niewygodnie, jak się jeździ po Berlinie, czy jakimkolwiek mieście, z Księgami Jakubowymi Tokarczuk. Ale teraz wiem, że to nieprawda, to Duch Myśli, brat Ducha Miejsca, kieruje człowieka poszukującego tam, gdzie coś znajdzie. Tym razem była to część III tej powieści, traktat o wyspach, tych znanych mi i tych nieznanych. Co ciekawe, podobnie jak u Łysiaka, nie było wśród nich Baratarii, choć książka pełna jest zjawisk ułudnych i mamiących oczy iluzji. Mimo to autor jest niewątpliwie wytrawnym baratarystą, wędrującym po wyspach literackich, mitologicznych lub geograficznych, wyspach symbolicznych albo rzeczywistych, które niekiedy generują nowe opowieści.

Leon Gomolicki

Traktat o wyspach

Przypuszczalna treść traktatu o odwiecznym pragnieniu ludzi – o bezludnych wyspach szczęśliwości.

Co to jest wyspa? Wyspa to szczyt górski wystający nad powierzchnię morza. Wysokość jego równa się głębokości morza plus wyspa. Bo morza to doliny zalane żywiołem światowego potopu. Wyspa jest symbolem wyobcowania w tym biblijnym żywiole, symbolem ratunku i symbolem wytchnienia przed nową walką. Bogowie wzniecają burze, burze wyrzucają rozbitków na wyspy, wyspy udzielają czasowej gościny, ale czas na wyspach ma swoją własną miarę. W jej rachubie godzin zapomina się o przewrotności losów i dostępuje stanu objawienia. Podczas sztormu na morzu nie dostępuje się stanu objawienia. Apokalipsa powstała na małej wyspie, w odosobnieniu od życia. Jest to księga napisana dla świata o jego końcu.


Hieronymus Bosch, Saint John on Patmos
63 x 43,3 cm, oil on oak
Gemäldegalerie, Berlin

Innego rodzaju objawienia doznał na wyspie bezludnej pewien mąż w dłużącej się drodze do domu. Było to objawienie zaniku poczucia istnienia, nie dające się wysłowić. Dlatego objawienie to nie mogło być przekazane w postaci księgi dorównującej Apokalipsie. Zachowało się jedynie krótkie opowiadanie. Jak rozbitek został wyrzucony na brzeg wyspy nie zamieszkanej przez ludzi ani przez bogów i znalazł się we władzy dziwnej nimfy o ludzkim głosie, która go pokochała i gościła. A stało się to, kiedy rozgniewane bóstwo skruszyło oślepiającym piorunem okręt i wszyscy towarzysze wyprawy zginęli w odmętach. On zaś, porwany przez fale, został wyrzucony na brzeg jak bezwładny małż z pogruchotaną skorupą. Była czarna noc i rozbitek czuł tylko na swoim ciele pieszczotę długich włosów niewiasty, która opatrzyła jego rany i zaprowadziła go do wyłożonej suchym mchem groty. Nigdy jej nie widział i dlatego nazywał zawsze i jedynie pięknowłosą. Ani piękną, ani pięknooką, ani pięknolicą, tylko pięknowłosą, ponieważ zachował wspomnienie kojącego muśnięcia włosów nimfy. Potem nazwał ją jeszcze podstępną, a to wtedy, gdy wróciwszy do grozy i przewrotności świata, dowiedział się, że godzina błogostanu na jej Wyspie trwała w rzeczywistości siedem pełnych lat. Tajemnicza nimfa, w przeciwieństwie do Apokalipsy – co znaczy objawienie – miała na imię Kalipso – co znaczy utajona. Ale już zbieżność imion wskazuje na to, że zjawiska te są bliskie sobie, jeśli nie równoznaczne. Znawcy mitologii utrzymują, że wyspa Kalipso to przyczółek śmierci. Śmierć jest objawieniem ze znakiem ujemnym. Objawia się w milczeniu. Wiekuistym.

W dzieciństwie, kiedy nie szukałem jeszcze prawdy na dnie bajek, lecz brałem to, co migotało blaskiem na powierzchni, miałem już w głowie cały rejestr Wysp Homerowych. Wszystkie one były zaludnione potworami całkiem realnymi. Mamiły pięknem z daleka, z bliska okazując się pułapką, śmiertelną matnią, groźną próbą losu. A ponieważ w jakiejś przenośni, ale i z dużym podobieństwem, pokrywało się to z otaczającym życiem, nieufność do wszelkiego rodzaju mamideł pozostała na zawsze. I mniej więcej na przełomie niebezpiecznej młodości nastąpił w moim poglądzie na świat podział wysp na wyspy z podręcznika geografii i wyspy w sensie oderwanym. Jednak i wtedy wiedziałem, że żadnych illes d’Amour w jakimkolwiek znaczeniu nie ma na mapie ziemi i nieba, a udręczone serce i rozum nigdy nie znajdą ukojenia. Ta zadziwiona nieufność, nie dowierzająca obietnicom spełnienia piękna, pozostawiała jedynie odrobinę pocieszenia, że gdzieś jeszcze kryje się łudząca nadzieja równoważącej szczęście prawdy.

Po klęsce pod Waterloo Napoleon abdykował i oddał się w ręce Anglików. Szukał azylu, tymczasem potraktowano go jako jeńca. Na miejsce deportacji wyznaczono małą wyspę w pobliżu brzegów Afryki (czy tak już w pobliżu? prawie dwa tysiące mil, ale biorąc pod uwagę ogrom Atlantyku!), Saint Helena Island, która znajdowała się wtedy pod zarządem angielskiej Kompanii Wschodnio-Indyjskíej. 16 października 1815 roku angielski bryg dostarczył tu na swoim pokładzie pod silną eskortą zdegradowanego cesarza Francji i światowej sławy stratega. Na Wyspie, jak wszyscy byli władcy, pisał pamiętniki i czytał Tacyta. W pogodne dni, a tropikalny klimat wysepki obfituje w ulewy, wychodził na wysoki brzeg i siedząc na składanym krzesełku godzinami patrzył na morze. Jedną nogę miał wyciągnięte, i opartą o kamień (na wojennych biwakach opierał ją o bęben dobosza, tu o kamień lub korzeń karłowatego platana – przy zmianach pogody dawna rana odzywająca się dotkliwym bólem). Ręce miał skrzyżowane na piersi, przyciskał nimi: klapy słynnego redingotu, w którym stał na murze moskiewskiego Kremla (przepalony iskrami płonącego miasta, zdobi obecnie gabloty kilku europejskich muzeów), białą kamizelkę, gorset koszuli, wzdymaną oddechami klatkę piersiową i serce w przyśpieszonych skurczach odzywające się w szyjnych tętnicach. Kołnierz redingotu miał podniesiony, ale był bez nakrycia głowy i wiatr morski, właściwie oceaniczny, mocny i słony, poruszał włosami zaczesanymi do przodu. Rysy miał do złudzenia przypominające (pomijając obrzmienie twarzy i martwotę cery charakterystyczne dla figur woskowych) rysy tego, który wygrywał klasyczne bitwy i dyktował kapitulację narodom. Tak siedział nieruchomy, wpatrzony w drganie słonecznych łusek na powierzchni wody, w żagiel zabłąkany na pustyni błękitu, w spieniony żabot fal na kamienistym brzegu. Wpatrzony, jeśli mogą patrzeć szklane oczy, nie tyle wchłaniające, co odbijające świat. To model pierwszy człowieka na wyspie bezludnej, ale czy szczęśliwej? Bezludnej oczywiście dla niego, ponieważ ani otaczających go strażników, ani kalibanów grzebiących na dole w ziemi nie zaliczał do wspólnego z nim gatunku istot. Powierzchnia Wyspy Świętej Heleny wynosi 122 km². Mieszkało wówczas na niej około 1,5 tysiąca nędzarzy i garstka urzędników angielskich. Powierzchnia największej z wysp przybrzeżnych Europy wynosi 230 tysięcy km², a mieszkało na niej wtedy około 15 milionów Brytyjczyków o skrajnej rozpiętości dostatku. Ale i tak wielka wyspa może okazać się bezludna, jeśli jest się osaczonym przez tępe ssaki, tylko udające swoją powierzchownością ludzi. Zwróćmy uwagę na pewną zbieżność faktów: połowa października i koniec kwietnia następnego roku – różnica zaledwie sześciu miesięcy. A także na znaczenie wyspy w losie tak wybitnych ludzkich jednostek.

O wielkim człowieku na małej wyspie dowiedziałem się już w dzieciństwie. Historia jego była prosta: chciał być Guliwerem wśród liliputów, lilipuci opadli go jak mrówki i podczas snu uwięzili. Tak przeważnie się kończy u Guliwerów z liliputami. O tym drugim wyspiarzu dowiedziałem się w wypożyczalni miejskiej, miałem wtedy piętnaście lat. Piętnaście lat to wiek, kiedy już nie przyjmuje się zastanego bezkrytycznie. Wyjaśnienie matki w sensie: to był niespokojny człowiek, którego niepokój nosił po świecie. A więc nosił w sobie niepokój, który go nosił. Coś w rodzaju balonika nadmuchanego powietrzem, które unosi go w powietrze. Później dowiedziałem się z książek, że tam było nieco inaczej. Człowiek kładzie się spać, nic nie wiedząc o swej klęsce, i widzi zły sen. Niedawno poślubiona młoda żona, którą kocha i która urodziła mu właśnie piękną Adę, wyjeżdża do swoich rodziców. Nic nie zapowiada rozdarcia i nagle przychodzi list z żądaniem zgody na separację. Chce się obudzić, ale nic a nic już nie da się zmienić. Każdy krok, każda próba tylko powoduje nowe, coraz dalej posunięte żądania, a do tego kalumnie, potwarze. To, co cały świat uznał za objawienie, w oczach malej dewotki, jej krewnych i przyjaciół jej krewnych było objawem obłędu, choroby duszy, zwyrodnieniem. Wtedy zbudował kocz, nazywany napoleońskim, w którym mieściły się podręczne książki i mapy na długą drogę. Dokądkolwiek pojadę, a jadę z pewnością daleko, nigdy już się nie spotkamy na tym świecie ani na tamtym, tak pisał w ostatnim liście do żony, przełamując urazę. 23 kwietnia 1816 roku opuścił Londyn, udając się do Dover. Z pokładu statku widział ognie oddalającego się brzegu rodzinnej wyspy. Stał zarzuciwszy na ramię skraj peleryny Childe Harolda. I stąd pokusa poszerzenia przenośni bezludnej wyspy na cały kontynent albo i cały glob ziemski, małą wysepkę ludzkiej plazmy w kosmosie.

Na wypadek, jakby Czytelnik nie wiedział (ja nie wiedziałam, ale się trafnie domyśliłam), w ostatnim akapicie chodzi o Byrona. Piękna Ada, córka poety, to Ada Lovelace, matematyczka.

Zadziwiająca żywotność tych dwu symboli – Wyspy Świętej Heleny i peleryny Childe Harolda, które oddziaływały jeszcze na moje pokolenie w latach naszej młodości. Ale potem powrócił płynący wstecz czas – od wysp, z których się ucieka, do wysp, na które sie ucieka w poszukiwaniu utopijnej szczęśliwości. Od wysp – straszących widm, do wysp – widmowych nadziei na możliwość wiecznej harmonii piękna:

…czymże jest marzenie?
Robotą duszy – dusza może wyprowadzić
Z nicestwa światy nowe i na nich osadzić
Doskonalsze od ziemskich kształty promieniste,
Wlać im duch trwalszy niźli w ciała rzeczywiste.

A pierwszą taką wyspą była mikroskopijna wysepka Leuke, którą można odszukać jedynie na szczegółowych mapach Morza Czarnego w pobliżu delty Dunaju. Na tym skrawku ziemi Achilles połączył się z Helena, a bóstwa morskie otoczyły szczęśliwy ich związek troskliwą opieką. Nie wiem, czy historia ta jest dostatecznie spopularyzowana. Postaram się możliwie wiernie ją streścić:

Odkąd Achilles usłyszał o aferze Parysa, myśl o Helenie nie opuszczała go. Aż zjawiła mu się we śnie i posiadł ją jako senną zjawę, a wtedy ogarnął go prawdziwy szał miłosny. Było to już w obozie greckim, podczas oblężenia Troi, i dzieliły ich potężne, uzbrojone fortece. Widząc jego cierpienia, Afrodyta przemieniła się w gołębicę i zaniosła do komnaty Heleny w pałacu Priama list Achillesa, w którym błagał, aby ukazała mu się na murach miasta. A gdy uległa jego prośbie i zobaczył z daleka jej sylwetkę na tle nieba, nie mógł już o niczym innym myśleć i umarł przywołując jej imię. A gdy zwłoki palono na wielkim stosie, boska matka herosa, Tetyda, porwała wyzwoloną z pęt ciała duszę i przeniosła na przygotowaną dla niego wysepkę Leuke. Wówczas była to wyspa zalesiona, pełna zwierzyny i bezludna. Cienie herosów, którzy walczyli pod Troją, kierowała Tetyda tam również, aby dostarczyć towarzystwa synowi. Ale Achilles niepocieszony czekał na Helenę. Aż zginął Parys, aż padł Deifobos, aż Helena wróciła do swego prawowitego małżonka i aż Menelaos dokonał przy niej swego żywota. Wtedy Helena, wolna od obowiązków, popłynęła na wyspę Leuke, wyszła sama na jej brzeg z pokładu statku i tam, poślubiona Achillesowi, została na zawsze. Rybacy wracający z połowu słyszeli weselne śpiewy, szczęk zbroi i potężny głos Pelidy intonującego heksametry Homera. Szczęśliwi kochankowie spędzali czas na zabawach, łowach i ucztach. Okres świetności wyspy szczęścia Leuke trwał długo, dopóki lasy się nie wykruszyły, a wtedy miejsce straciło swój urok i cienie herosów przeniosły się na Pola Elizejskie.

Późniejsze wyspy szczęścia nie miały już tego heroicznego nastroju, przypominały bardziej miejsce niedzielnych wycieczek. Polephil zastał na słynnej wyspie Cyterze coś w rodzaju nieustającego festynu karnawałowego. W czasach jeszcze nam bliższych gusty uległy dalszej zmianie – szukano samotności we dwoje.

I kto zapraszał – zapytajmy – na taką bezludną wyspę wytchnienia? Na bezludną wyspę wytchnienia zapraszał między innymi kawaler Evaríste Désiré de Forges, vicomte de Parny, pisarz i poeta francuski z epoki Wielkiej Rewolucji (…)

Kolejna wyspa nieistniejąca a na dodatek latająca to Laputa z Podróży Gullivera Jonathana Swifta.

 Grandville (Jean Ignace Isidore Gérard; 1803-1847), Gulliver odkrywa Laputę

Tajemnica Laputy, jak wiadomo, polegała na tym, że w jej wnętrzu znajdował się magnes połączony z mechanizmem zmieniającym jej położenie w stosunku do pokładów magnesowych sąsiedniej, macierzystej wyspy Balnibarbi. Ruch ten, trzykierunkowy (bo i do góry również – właśnie latający), ograniczony był jednak zasięgiem działania pola magnesowego Balnibarbi. Podaję to w skrócie, gdyż dokładny opis maszynerii, jak i jej właściwości, a także instrukcję, jak należy operować maszynerią obracającą magnesem we wnętrzach Wyspy Laputa, każdy bez trudu znajdzie w naukowej pracy pod tytułem Travels into Several Remote Nations of the World in Four Parts, by Lemuel Gulliver.

Cenna praca ta ukazała się wprawdzie w roku 1726, ale dzięki swej niezwykłej popularności została przetłumaczona na wszystkie języki i jest bez końca powielana w coraz bo nowych wydaniach. Zalecana nawet w szkołach jako obowiązkowa lektura, obok podręczników geografii i przyrodoznawstwa. Ciekawym nie sprawi też specjalnego trudu odnalezienie tego dzieła, a w nim miejsca dotyczącego Wyspy Laputa. Jaskinie, w której znajduje się, we wnętrzu latającej wyspy Laputa, magnes wyspą poruszający, Lapucjanie wyposażyli w sprzęt obserwatorium astronomicznego. Wielka studnia, tam prowadząca, ma głębokość około 25 prętów, czyli około 115 metrów. Mrok tej jaskini rozświetla dwadzieścia lamp, wzmacnianych przez wielki diament. Stoją tam astrolabia, globusy nieba i teleskopy. Przesądem jest budowanie obserwatoriów na szczytach górskich. Starożytni obserwowali niebo właśnie z dna głębokich studni, nie znając jeszcze żadnych instrumentów optycznych.

O czym pamiętają zapewne czytelnicy powieści Haruki Murakamiego Kroniki ptaka nakręcacza.

Lapucjanie pierwsi obserwowali ciała niebieskie z głębi studni, wzmacniając wzrok soczewkami teleskopu. Wynik był tak niezwykły, że kierując uwagę na księżyc w pełni, odróżniali na jego powierzchni nie tylko zarysy lądów, lecz nawet postacie Selenitów. Wspomniana wyżej praca milczy o tym, ale gdyby astronom lapucki skierował swój teleskop na księżyc w roku 1650, ujrzałby na największej wyspie Morza Jasności (Mare Serenitatis) jednego z pierwszych lunonautów, Cyrano de Bergeraca, dyskutującego z Kartezjuszem. Niestety, w połowie siedemnastego wieku technika nie była jeszcze w tym stopniu rozwinięta, aby można było z takiej odległości przekazywać na ziemię głos ludzki. Niemniej, znając poglądy obu dyskutujących, można domyślać się treści tej rozmowy. Kartezjusz budował swój system na zasadzie ‘clair et distinot’, gdy Bergerac nie był w tym stopniu pedantyczny. W swych przekonaniach Kartezjuszowi wystarczył za dowód istnienia sam proces ‘cogito’, natomiast Bergerac nie wątpił w istnienie duchów, co udowodnił właśnie podczas swojej wyprawy na księżyc. Chodziło zresztą prawdopodobnie również o co innego. Jak wskazuje tekst Voyage dans la lune, Bergerac wystąpil w obronie zwierząt, którym Kartezjusz odmawiał pełni istnienia, ponieważ zwierzęta nie myślą (…)

Aby odszukać miejsce tej historycznej rozmowy, ludzkość potrzebowała trzech z górą stuleci, strawionych na próbach wynalezienia nowych środków komunikacji w kosmosie, ponieważ dawne, tak proste w pomyśle i łatwe w wykonaniu, zostały nieopatrznie zapomniane. W piątek 30 czerwca 1971 roku, według ogólnie stosowanej w tym okresie na Ziemi rachuby, o godzinie 23.16 czasu środkowoeuropejskiego pojazd lądujący rakiety kosmicznej Apollo-15, Falcon, wylądował na powierzchni Księżyca. Była to piętnasta próba wyprawy na Księżyc, ale nigdy jeszcze selenonauci nowej ery nie wylądowali tak blisko celu – kilka kroków od Morza Jasności. Po raz pierwszy korzystali też z mechanicznego pojazdu, samochodziku elektrycznego, Roveru, którym mogli szybko i swobodnie poruszać się na księżycowym terenie. Nazajutrz po wylądowaniu, o godzinie 14.30 selenonauci David Scott i James Irvin opuścili Falcona i rozpoczęli czynności ustawiania przyrządów pomiarowych, kamer telewizyjnych, jak montowania Roveru. Krajobraz, który ich otaczał, był fascynujący. Statek osiadł u podnóża Apenin Księżycowych, w pobliżu północnej części Szczeliny Hadleya. Jest to przepaść o szerokości do jednego kilometra i głębokości ponad trzystu metrów. Na północ roztaczała się pofalowana równina z małymi kraterami, otoczona łańcuchem wzgórz łączących się ze stromymi zboczami Apenin, których szczyty szare i błyszczące w słońcu wznoszą się do czterech tysięcy metrów. Od strony zachodniej i południowej góry nieco niższe i przełęcze łagodnie spadające w wąskie malownicze doliny. Gdy korzystając z mechanicznego łazika, selenonauci dotarli do południowej części doliny i wspięli się na wzniesienie, oczom ich otworzyła się panorama wielkiej przestrzeni Morza Jasności. Ależ, morza! Jakżeż zmienił się przez ten czas, od podróży Cyrano de Bergeraca, krajobraz Srebrnego Globu! Morza jego wyschły albo spłynęły do otchłani cyklopicznych szczelin. Na miejscu żywiołu wodnego pokazało się dno wielkich morskich łożysk, podobne do pustyni pokrytej pokładami pyłu mysiej barwy, w którym noga grzęźnie po kostkę. Jeśli były tu wyspy, to roślinność ich dawno została spalona przez słońce, sterczą tam gołe głazy, do połowy zasypane przez pył pustynny. Gdzie pleniły się rajskie ogrody ludzkich marzeń, kierowanych ku księżycowej tarczy, jaśniejącej na nieosiągalnym niebie, dociekliwy wzrok ludzki znalazł same kamienie, okryte szarym pyłem kosmicznym.

Stąd surowa konkluzja, podyktowana przez chwilę eklezjastycznej refleksji, i proszę nie brać jej na serio i dalej nie przekazywać.

Nie! Lepiej odstąpmy od tego tematu, napełńmy naszą uwagę, jak kratery do wina, inną treścią, pogodniejszą, przynajmniej na pierwszy rzut oka pogodniejszą. Są jeszcze wyspy innego rodzaju, na przykład – wyspy zaczarowane.

Burza zerwała się nad Telepylą lajstrygońską, ale gdy nawa, ostatnia z flotylli, uszła niebezpieczeństwu, otwarte morze kołysało się uspokojone, wśród fal skakały delfiny i mewa poprowadziła żeglarzy ku zarysom nie znanej zalesionej wyspy. A była to Wyspa Ajaj, co znaczy: lament, wyspa złej czarownicy Kirke, która znienawidziwszy płeć męską zamieniała mężów w zwierzęta.

Proszę otworzyć Odyseję na pieśni dziesiątej i przeczytać, jak to dokładnie było. Niektórzy pamiętają to z dzieciństwa, w korowodzie innych strasznych baśni. Trzeba mieć, podarowany przez dobrą wróżkę (boga), cudowny kwiat, żeby przygoda skończyła się dla głównego bohatera pomyślnie.

Nic dziwnego, że opatrzono tę bajeczkę ponurym komentarzem: Sindbad-Żeglarz, który chadzał śladami Odysa, ale miał niezależne spojrzenie na koleje jego wędrówki, pozbawił i tę przygodę tajemnicy: wyspa Kirke zwyczajną wyspą ludożerców. Kanibale więzili bezbronnych rozbitków, tucząc ich na wzór trzody chlewnej. Aby uniknąć losu towarzyszy, Sindbad – i na tym polegała jego przebiegłość – nie przyjmował jedzenia, aż wychudł do tego stopnia, że mięśnie jego przyschły do kości. Nie nadawał się do pożarcia, łatwo też mógł zmylić czujność pasterza ludzkiego stada i umknąć przed rożnem.

Myśl późniejszych zawodowych komentatorów poszła w kierunku żmudnego rozwiązywania rebusu Homerowych symboli. Zwierzęta, w które zamieniła czarownica towarzyszy Odysa, nasunęły skojarzenie z ofiarami składanymi na cześć bóstw chtonicznych – pojono zaś te bóstwa krwią i czczono kadzidłem z dymu palonej sierści czarnych wieprzy. Czy Kirke nie była czasem zaszyfrowaną boginią podziemia, a jej czarodziejska wyspa przedsionkiem piekieł – wszakże leżała na drodze do krainy cieniów. Władzę jej mógł jedynie poskromić kwiat zmartwychwstania – pierwiosnek, którym z pewnością była roślina wręczona Odysowi przez Hermesa. Uderzona jej łodyżką czarownica z widma Hadesu zamienia się w boginkę uciech: wonna kąpiel, suta uczta, pieszczoty miłosne, życzliwe rady na pożegnanie, odczynienie złowrogich czarów. Jeszcze raz wędrownikowi udało się wykpić od śmierci.

Trzeci komentarz, z najbardziej spopularyzowanych, znajdujemy w najnowszym przewodniku po Odysei, pt. Ulisses. Tu Kirke występuje jako Bella Cohen z domu publicznego w Nocnym Mieście, zamieniająca mężczyzn w brudne knury. Hipoteza najdalsza od punktu wyjścia, skoro wystartowaliśmy z antycznego Disneylandu.

Ale jakkolwiek by było z tą zaczarowaną wyspą, znów i znów wpadamy w błędne koła spraw gorzkich, gorszących, przykrych. Czy można z tego wysnuć jakieś ogólne prawo? Że człowiek zawsze zagrożony, nigdy pewny następnej swej chwili, naczynie strachu i smutku, zatruty nadzieją, nawet tworząc utopijny świat uciechy – pełen jest nieufności i obawy. Stąd w bajkach jego straszą upiory, a bezludne wyspy wytchnienia tchną chłodem grobów. Czyżby na oceanie samotności nie było żadnej najmniejszej wysepki, na której widma nie tyle grożą, co płatają płoche albo i mądre figle spragnionym uciech?

Rozkładam mapę lądów śródziemnomorskich i rzucam na nią ziarenko maku, które toczy się przeskakując z jednego pola kartograficznej szachownicy na drugie i zatrzymuje sie w polu błękitnym, na niezbyt dużej głębokości, aby zamienić się w szarą pływającą wysepkę, czekającą na swoich rozbitków. Ale zanim zniesie ich tu burza, płodne wiatry rzucą na nią nasiona tropikalnych roślin, które rozrosną się w dziewiczy las, a do lasu tego nadlecą wędrowne ptaki i przypłyną gady, wielkie żółwie i jadowite węże. Przybycie człowieka zależy od woli bogów, czy zechcą ukarać go, dać mu nauczkę, czy spłatać mu tylko figla, nasyłając omamy.

Policzmy wymienione tu książki: Biblia, Odyseja, Ulisses Joyce’a, Wędrówki Childe Harolda Byrona, Pamiętniki Napoleona spisane na wyspie św. Heleny, Przygody Sindbada Żeglarza, Cyrano de Bergerac Rostanda, Podróże Guliwera, poezje kawalera Evaríste Désiré de Forges, Polephil, który pisał o wyspie Cyterze, a którego nie  znalazłam w żadnej Wikipedii…

Przychodzimy, odchodzimy… 2

Julian Odstępowicz

Juvenilia bez ciągu dalszego

Dlaczego cenię ten blog? Chyba dla tej przyczyny, iż skrupulatne zbiera i pieczołowicie odkurza skorupki pamięci o ludziach, zdarzeniach, dziełach, uczuciach. Już to Pradziadek Hrebnicki znów przechadza się pośród swego Raju, już to rozlegają się dźwięki poezji Maschy Kaléko, już duma słuszna napełnia z dokonań rodu Berlinerblau.
Gdzie indziej może o tym zapomną, ale nie tutaj. A przecież śpiewa Leszek Długosz: Bo jeśli z nas ma coś ocaleć/To niech innych pamięć o nas/Niech nam będzie tak jak schron…
Pomyślałem sobie przeto, że to najlepsze miejsce, aby choć na chwilę ocalić od zapomnienia kogoś, komu jestem to winien. Niedługo przecież nie stanie już nikogo, kto by o nim pamiętał. O przyjacielu młodości. Rafał. Rafał Łachmańczuk mu było. Tylko najpierw, zanim przystąpię do wypominków, musiałbym, jak to mówią, naświetlić kontekst. Bo kto dziś zrozumie ten pokręcony czas, gdy wielu, naprawdę wielu młodych ludzi, w tym oczywiście my obaj, poszło za czarodziejem. Magiem. Istnym flecistą z Hameln. Szczurołapem. Poszli…śmy na własną zgubę. Zamiast hartować się, twardnieć psychicznie i zdobywać normalny zawód, a dzisiaj mieć kasę, wpływy oraz pozycję, rozdrapywaliśmy rany duszy i kołysaliśmy się ułudą. Flecista-Stachura-Szczurołap potrafił uwodzić! Co ciekawsze – zza grobu, bo już wtedy tańczył w „niebieskiej tancbudzie”. Ale jego poezja brzmiała. Szczególnie do muzyki Satanowskiego: mrocznej, eschatologicznej niemalże. Ten melanż lubiliśmy z Rafałem najbardziej. Ach, brało nas to wtedy! A i dzisiaj jeszcze wzdraga człowiekiem, choć wiadomo, że wiedzie ku zgubie. Rafałem już nie wzdraga: jego już nie ma. Ale mną…

Słuchaliśmy, marzyliśmy o Boliwii czy Patagonii – tych miejscach, gdzie nas nie ma, a więc na pewno jest tam dobrze, wszak wszędzie dobrze, gdzie…
I tak zostaliśmy bezbronni wobec rzeczywistości. Zawsze bowiem na straconej pozycji są ci, którzy wyhodowali w sobie wrażliwość, a z nią skrupuły i sumienie. Długo trwało, zanim się jakoś ogarnąłem, a i teraz jeszcze mi się to czkawką nieraz odbija. A Rafał? Jego już nie ma. Może i lepiej? On by sobie nie poradził. Dobrze, że odszedł.
Ale wcześniej zdążył, pod wpływem Steda – a jakże! – popełnić kilka wierszy. Bidne toto, niedorobione, kaleczne. Ale przynajmniej szczere. Nie miało czasu dojrzeć, okrzepnąć. Zostało takie, jakie jest. Jeżeli więc ośmielam się jeden z tych utworów przypomnieć (za tydzień będzie jeszcze jeden: uwaga – piosenka!) to, jakem wspomniał, tylko po to, by ocalić od zapomnienia. Oj, Rafcio, Rafcio…

Iluminacja na kirkucie w Wołczynie
Cieniem ta kępa drzew kusiła
Sama, jedyna w szczerym polu
A do miasta jeszcze kawałek
Rowerzysta zdrożony
Siada w gąszczu
Na wołczyńskim kirkucie
Na Opolskim Śląsku
Gdzie polskie z niemieckim
Się ściera
Słowiańskie z germańskim
Gotuje od wieków
Dziwna kraina…
A tu jeszcze na pochyłych kamieniach
Ku czci onych, co pod kamieniami
Wykute plączą się z lewej ku prawej
Łodyżki literek znad Jordanu
Z piasków judzkiej pustyni
A tu jeszcze po alef bejt gimel
Wędruje od prawej ku lewej
Wędruje żwawo żuczek kolorado
Pasiasty przybysz z Nowego Świata
No – stonka
Chciałeś Edwardzie Całą Jaskrawość
Masz

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 2

Przekraczając granice

„La mémoire marocaine”

Wpis z 28 marca 2016 roku

W poprzednim wpisie przybliżyłem Wam pierwsze chwile, które pozostały w mojej pamięci, po utracie czterdziestu trzech lat życia. Dzisiaj, tak jak Wam obiecałem, dalszy ciąg mojej marokańskiej historii.

Po tym jak w końcu dowiedziałem się, że już nie powinienem się bać, i że zaraz dotrę do hotel, myślałem, że może być już tylko lepiej i w pewnym sensie tak było. Załadowawszy mnie ponownie do policyjnego busa marokańscy stróże prawa dowieźli mnie w ciągu kilku minut do mieszczącego się w centrum miasta hotelu. Gdy podeszliśmy wszyscy do recepcji nogi pode mną uginały się z powodu wyczerpania, a moi opiekunowie starali się szybko wyłuszczyć sprawę stojącej za kontuarem recepcjonistce. Niestety pojawił się kolejny problem, bo to oni dostali telefoniczne potwierdzenie gwarancji konsulatu, że opłaty za pokój zostaną uiszczone, hotel takiej informacji nie dostał, więc nie można było mnie zameldować. Całą sytuację wyłuszczył mi polskojęzyczny Marokańczyk, zapewniając jednocześnie żebym się nie denerwował, bo oni już wszystko załatwią. Zaprowadził mnie do stojących w hotelowym lobby foteli i powiedział żebym usiadł, bo już na pewno zostanę w tym miejscu, poprosił też obsługę hotelową o butelkę wody, którą mi przyniesiono, a sam wraz z policjantami próbował załatwić sprawę meldunku. Udało im się to po około 30 minutach, w ciągu których zdążyłem już przysnąć, w całkiem wygodnym fotelu i jego słowa o tym, że już mogę iść do pokoju docierały do mnie jak przez mgłę.

15969-NQV61Z

Po wkroczeniu do pokoju, recepcjonistka, która mnie tam zaprowadziła osobiście, powiedziała mi po angielsku, że za chwilę przyniosą mi jeszcze coś do zjedzenia i spytała, czy mam jakieś życzenia. Nie miałem żadnych poza jednym – paść na łóżko i spać. W czasie około 15 minut czekania na posiłek siedziałem na łóżku, prawie bez ruchu, wpatrując się w jeden punkt na ścianie (nic tam nie było, po prostu mój umysł całkowicie się wyłączył). Gdy kelnerka przyniosła mi dość spora pizzę i życzyła smacznego, kiwnąłem tylko głową. Myślicie pewnie, że rzuciłem się zaraz potem na ten zdawałoby się rarytas dla wygłodzonego człowieka, otóż nie, wcale nie odczuwałem głodu, wziąłem do ręki jeden niewielki kawałek i przeżuwając, poczłapałem do łazienki, gdy spojrzałem w lustro, to się przeraziłem, wtedy pierwszy raz zobaczyłem swoją twarz oraz tors, całe w strupach zakrzepłej krwi i dużych ciemnych siniakach (najgorzej wyglądała głowa i brzuch). Nawet nie miałem siły, aby się umyć, zresztą prawdę powiedziawszy, nawet o tym nie pomyślałem, tak jak stałem doczłapałem do łóżka i rozebrany do połowy, w butach, padłem na nie, nawet nie myśląc o wchodzeniu pod kołdrę.

Przespałem całą noc, obudziło mnie dopiero natarczywe pukanie do drzwi, gdy je otworzyłem zobaczyłem kelnera, który spytał czy przyjdę do restauracji hotelowej na śniadanie, odpowiedziałem, że wolę zjeść w pokoju. Po chwili otrzymałem sandwicha z tuńczykiem i duża szklankę świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego. Sok owszem wypiłem, ale kanapki zjadłem tylko kawałek (tak miałem skurczony żołądek, że każdy kęs podchodził mi pod gardło). Ponownie położyłem się do łóżka, zasłoniwszy uprzednio rolety antywłamaniowe – och, jak mnie raziło wcześniej to słońce. Po chwili otrzymałem telefon, gdy niezbyt pewnym głosem powiedziałem halo, usłyszałem poprawną polszczyznę i kobietę, która poinformowała mnie, że jest konsulem RP. Nie potrafiłem wydusić słowa, do oczu napłynęły mi znowu łzy i zacząłem szlochać. Pani konsul spytała, czy u mnie wszystko dobrze i czy hotel opiekuje się mną należycie. Wydukałem, że owszem hotel jest OK, ale ja nic nie pamiętam i jestem przerażony. Zapewniła mnie, że nie mam się obawiać, bo moi przyjaciele już działają i jak najszybciej załatwią mi powrotny lot do Polski, a moja mama i przyjaciółka zadzwonią do mnie jeszcze tego samego dnia. Powiedziała też, że już wiedzą o mojej amnezji i są w kontakcie z polskimi lekarzami, którzy zaraz po powrocie zajmą się moją głową (to najważniejsze) oraz ogólnym stanem zdrowia. Po tej rozmowie zjadłem drugi kawałek, „wczorajszej” pizzy, a potem w oczekiwaniu na zapowiedziane telefony położyłem się na łóżku. Rozmowa z moją przyjaciółką wywołała u mnie kolejna falę szlochu, która zaczęła się po jej stwierdzeniu „Mam na imię… pewnie teraz mnie nie pamiętasz…”, kolejne zapewnienia, że wszystko będzie dobrze i najprawdopodobniej do Polski polecę za cztery dni, trochę podniosły mnie na duchu. Czekając na telefon od mamy znowu drzemałem, ale zacząłem czuć, że coś mnie kłuje w udo. Gdy mu się przyjrzałem zauważyłem, że coś niewielkiego jest w nie wbite, niewiele myśląc, złapałem to w paznokcie i powoli zacząłem to wyciągać, jakie było moje zdziwienie gdy w końcu w moich palcach znalazł się około 3-4 centymetrowy kolec kaktusa. Zacząłem się więc oglądać, ku mojemu zdziwieniu i przerażeniu odnalazłem takich dziewięć. Pod wieczór zacząłem czuć jakiś smród, cholera, to ja tak śmierdzę, zauważyłem, więc zrzuciłem moje jedyne ciuchy i poczłapałem pod prysznic. Potem ległem nago na łóżku przykrywając się kocem. Cała energia psychiczna, którą dały mi rozmowy telefoniczne, gdzieś się ulotniła, znowu zacząłem szlochać z rozpaczy. Brak jakichkolwiek wspomnień, czy choćby kojarzenia twarzy jest straszny i nikomu go nie życzę (czuje się wtedy dużą dezorientację i strach – tak nie boję się tego przyznać, strasznie się bałem).

W ciągu dwóch następnych dni mój stan psychiczny się nie zmienił, spędzałem je na leżeniu, szlochaniu z rozpaczy i spaniu. Moje ciuchy (przypominam, że były to jedyne, które miałem) pokojówki wzięły do prania, telefony od pani konsul trochę podnosiły mnie na duchu, ale tylko na chwilę.

Na trzeci dzień mojego pobytu w hotelu otrzymałem wyprane ciuchy, a wieczorem zadzwoniła pani konsul i poinformowała mnie, że kolejnego dnia będę miał dwie wizyty. Pierwszą osobą, która mnie miała odwiedzić była sekretarka konsula honorowego, która miała mi przynieść bilet na samolot, zapłacić za hotel, oraz zostawić trochę pieniędzy na taksówkę, czy drobne zakupy. Drugą znajoma moich znajomych, która rezyduje w Agadirze i pracuje w jednym z większych polskich biur turystycznych.

Po przebudzeniu w piątek postanowiłem, że skoro będę miał dwie wizyty (niestety nie wiedziałem o której) to postaram się jakoś wyglądać. Gdy już się odświeżyłem i ubrałem w czyste ciuchy, doszedłem do wniosku, że muszę spróbować wyjść z pokoju (który stał się moją osobistą twierdzą rozpaczy) podszedłem do drzwi i położyłem rękę na klamce, wtedy dopadł mnie irracjonalny strach. Stałem tak jakiś czas, zanim zebrałem się w sobie i wyszedłem na korytarz, aby udać się na śniadanie. W restauracji, stojąc przy szwedzkim bufecie, usłyszałem dobiegający od strony jednego ze stolików język polski. Zagryzłem wargi i postanowiłem podejść do pary, która przy nim siedziała. Przywitałem się i powiedziałem, że jestem polskim turystą, i że straciłem pamięć, chwilę porozmawialiśmy, a na koniec dziewczyna zaproponowała mi, że jak wieczorem wrócą z wycieczki, na którą się wybierali, to spojrzy na moją ranę na głowie i poprawi mi opatrunek (okazało się że jest pielęgniarką), a pamięć mi pewnie wróci i mam się nie przejmować zbytnio. Po śniadaniu psychicznie podbudowany wróciłem do pokoju i czekałem na wizyty. Pierwsza przyszła sekretarka polskiego konsula honorowego i tu spotkało mnie wielkie zdziwienie, kobieta (bardzo zresztą miła) nie znała ani polskiego, ani angielskiego. Dzięki pomocy recepcjonistki udało się jednak dogadać i wszystko załatwiliśmy. Dowiedziałem się też, że prowadziłem blog, w którym opisywałem moje podróże. Recepcjonistka zaproponowała mi, że mogę skorzystać z hotelowego komputera i zobaczyć, co pisałem. Byłem jej wdzięczny, w końcu jakieś źródło zaczepienia, czegoś się o sobie dowiem. Poszedłem za nią do business room-u, gdzie posadziła mnie przed tak samo wielkim, jak starym monitorem (przeraziłem się, jak się to obsługuje, to też uleciało z mojej głowy wraz z pamięcią). Pracownica hotelu wyczuła moje zdenerwowanie i pomogła mi w obsłudze, oraz uruchomiła mojego bloga, z czasem odkryłem, że przeglądanie go nie jest wcale takie trudne, za to bolesne. Po kilkunastu minutach wpatrywania się w migoczące na ekranie zdjęcia z moich wyjazdów, zaczęła mnie boleć głowa. Poznawanie mojej przeszłości zostało jednak przerwane, zostałem poproszony do recepcji, bo dzwoniono do mnie, była to druga osoba, która miała mnie odwiedzić tego dnia – będę na pół godziny stwierdził miły kobiecy głos. Wróciłem szybko do pokoju i poprawiłem bandaż na głowie, rozdarcia na koszulce postarałem się zamaskować i czekałem. Za chwilę rozbrzmiał w moim pokoju dzwonek telefonu i poinformowano mnie, że mam przyjść do lobby.

Gdy tam dotarłem zobaczyłem młodą ładną dziewczynę, która wyciągnęła na powitanie rękę i przedstawiła się. Chwilę porozmawialiśmy, dowiedziałem się, że pojedzie ze mną w sobotę na lotnisko i pomoże w wylocie, bardzo się z tego ucieszyłem. Po pewnym czasie dziewczyna spytała, czy chciałbym się gdzieś przejść z nią – strach ścisnął mi serce, mam wyjść poza hotel? ale jednocześnie zadziałało poczucie wstydu, kurde, człowieku ładna dziewczyna chce z tobą iść na kawę, a ty się boisz. No i oczywiście zgodziłem się, nie żałowałem tego, była bowiem świetną rozmówczynią i moja psychika się rozluźniła, a ja poczułem się pewniej. Umówiliśmy się na poranek kolejnego dnia, bo linie lotnicze zażyczyły sobie stawiennictwa na odprawie cztery godziny przed wylotem. Okazało się, że nie było to jedyne nasze spotkanie tego dnia. Po południu moja opiekunka zadzwoniła i powiedziała, że konsul poprosiła ją, żeby przeszła się jeszcze ze mną na komisariat, aby uzyskać oficjalne potwierdzenie napadu i kradzieży moich rzeczy. Gdy dotarliśmy na policję, potraktowano nas w typowo marokańskim stylu, tzn. miło wysłuchano naszych tłumaczeń i prośby, ale odmówiono przyjęcia jakiegokolwiek zgłoszenia, ponieważ według nich powinniśmy udać się w tej sprawie do Marakeszu (totalna spychologia). Wróciliśmy wiec do hotelu i pożegnaliśmy się. Pielęgniarka, która miała do mnie dotrzeć jednak się nie zjawiła, więc położyłem się spać.

Kolejny dzień miał być dniem mojego powrotu do Polski i spotkań z przyjaciółmi oraz rodziną.

Myślicie, że tak się stało – no cóż niczego w życiu nie można brać za pewnik, ale o tym napiszę jutro.

Czyli, wiecie już, u mnie za tydzień, Adminka

Fête de la Musique

Zapowiedź po polsku poniżej

oder

Das sollten sie nicht verpassen

Am Mittwoch, den 21. Juni, genau zu Sommeranfang, wird Berlin zur Konzertbühne – in der ganzen Stadt wird draußen musiziert. Die Fête de la Musique steigt allerorten. Das ist ein nicht kommerzielle Musikfestival – seit 1982 in Paris und seit 1995 in Berlin. Um 16 Uhr geht es los – bis 22 Uhr wird unter freiem Himmel musiziert – unverstärkt, ohne Strom und kostenlos!

Das komplette Programm gibt’s unter fetedelamusique.de

Fête de la Musique 2017: Alles in einer Karte

Und wir sind natürlich auch dabei. Wo? In der Regenbogenfabrik! Um 20:00 Uhr tritt dort die Stettiner Band SKLEP Z PTASIMI PIÒRAMI!

Eine Veranstaltung im organisiert in Zusammenarbeit der Regenbogenfabrik mit dem Verein Städtepartner Stettin e.V. im Rahmen des vereinseigenen Eventsformats OstEuropaTage.

Z zachwytem informujemy, że dziś w ramach Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Fête de la Musique w Berlinie wystąpi również szczeciński zespół Sklep z ptasimi piórami. Pisaliśmy już o tym w marcu, a dziś przypominamy:

Regenbogenfabrik
Im Hof
Lausitzer Str. 22
10999 Berlin-Kreuzberg
Dojazd do stacji metra Kottbusser Tor albo Görlitzer Bahnhof

Program od godziny 16:00, Sklep… o godzinie 20:00.

Na stronie zespołu znajdzie się znacznie więcej utworów, w tym również poezji śpiewanej, tu tylko dla zachęty jedna z piosenek:

Poniżej jeszcze, przygotowany na warsztat translatorski, wiersz Marka Maja, Wiem jak nie jest i nie wiem jak jest. Podczas koncertu usłyszymy ten wiersz w wykonaniu Sklepu…, podczas warsztatu wiersz ten (i kilka innych) zostanie przetłumaczony na niemiecki. Wraz z wierszami Marka Maja weźmiemy też na warsztat piękne opowiadanie warszawskiej pisarki Joanny Rudniańskiej XY, prozę rosyjskiego pisarza Alexandra Kazaka oraz prozę i poezję Ireny Ivanovej z Bułgarii. Translator Workshop odbywa się 8 i 9 lipca od godziny 12 w Lettretage na Kreuzbergu. Jeśli macie ochotę powalczyć z trudnymi a niekiedy bardzo trudnymi tekstami z Europy Wschodniej, proszę zgłaszajcie się TU. Znajomość języków słowiańskich nie jest wymagana – na warsztat przygotowaliśmy surowe tłumaczenia tekstów na niemiecki.

Marek Maj

Wiem jak nie jest

Wiem jak nie jest i nie wiem jak jest…
Są głośniejsi co lepiej się znają,
Lecz gdy światłem podziałać wśród rzęs
Dojrzysz świat, co sam sobą się zajął.
Wiem jak nie jest i nie wiem jak jest,
A ta wiedza z najskrytszych doświadczeń,
A z niewiedzy pokornie jak pies
Patrzę w bezmiar, i patrzę, i patrzę…

Mam na imię… na drugie już nie,
Bo kalendarz miał braki na wiosnę –
Dwuimienne ze stworzeń są te,
Co są dumne i te, co są proste.
Mam na imię – na prąd czasem nie;
Trzeba wiedzieć, że trzeba chcieć więcej
I nie wiedzieć – jak głaz – o tym, że
Niemożliwy jest kaktus na ręce.

Wiem tak cicho, jak cichy jest szmer
Prawybuchu i praw dynamicznych;
Nie wiem głośno – szukając wśród sfer
Złud potocznych i kłamstw fantastycznych.
Wzrok w krzywizny ekliptyk się wplótł,
Więc w lekkości się ćwiczę po trosze,
I łopotań bezskrzydłych znam trud
I o lotność zabiegam i proszę…

Jeszcze raz o sadach Pradziadka

Andrzej Rejman

Adam z Raju

W tym roku przypada 160 rocznica urodzin Adama Doktorowicz-Hrebnickiego, pomologa, hodowcy roślin ogrodniczych, profesora, polskiego uczonego, który w znacznym stopniu przyczynił się do rozwoju sadów na Kresach Rzeczypospolitej i w państwach sąsiednich.

Opisana przez Hrebnickiego odmiana jabłoni “Ananas Berżenicki”, nazywana często “Ananasem”, jest dobrze znana w Polsce i uważana za jedną z najwartościowszych  jabłoni z tzw “starych odmian”.

W “Nowoczesnym Ogrodnictwie” w numerze 2 z 15 stycznia 1937 roku inż Stefan Białobok* pisze o Hrebnickim:

Według historii opowiadanej w rodzinie, Adam Hrebnicki po osiedleniu się na ziemi, którą wniosła mu w wianie jego żona Stanisława Stankiewiczówma, miał powiedzieć, że uczyni z tej ziemi RAJ. Marzył o kwitnących i rodzących owoce sadach po horyzont.

Zanim marzenia te mogły się spełnić, Hrebnicki, jako wykładowca w Instytucie Leśnym w Petersburgu, pracował już nad “Atlasem Owoców”, wydanym w 1906 roku, (egzemplarz w Bibliotece Narodowej w Warszawie), zilustrowanym wieloma rysunkami jego autorstwa. Rękopis tego dzieła znajduje się obecnie w Instytucie Sadownictwa w Kownie.

 

Skany “Atlasu Owoców”

Myślę, że pozostałości po sadzie Hrebnickiego mogą być wciąż bardzo ciekawym miejscem do badań genetycznych i odmianowych. Ale w tej sprawie dobrze byłoby, aby wypowiedzieli się specjaliści.

Kilka zdjęć z Raju z okresu II Rzeczypospolitej (ze zbiorów rodzinnych) pokazuje polskiego uczonego, którego pasja i umiłowanie przyrody dosłownie zaowocowały osiągnięciami, mogącymi służyć za inspirację dla następnych pokoleń przyrodników, genetyków, hodowców roślin w wielu krajach.

Działalność Hrebnickiego jest przykładem pozytywnej pracy naukowej u podstaw, kontynuowanej dla dobra ludzkości, mimo wojen, przeciwności losu i często zmieniających się granic.

_

________________

*Stefan Białobok (ur. 11 maja 1909 w Czernichowie, zm. 17 sierpnia 1992 w Kórniku) – polski dendrolog, profesor, autor ponad 200 prac naukowych, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk i członek honorowy Polskiego Towarzystwa Botanicznego.

Barataria 22 Książki i utopie

Ewa Maria Slaska

Wyspy nieistniejące

Wszyscy wiemy, iż życie towarzyskie i kulturalne w PRL miało to do siebie, że wszyscy czytali i oglądali to samo. W telewizji, w kinie, w księgarni, wszędzie było to samo. Wywoływało to pewne mody i trendy, niekiedy na lata, jak czwartkowa Kobra czy poniedziałkowy Teatr Telwizji, jak felietony Jana Kamyczka (wiem, wiem, to kobieta! jak Kopernik!) w Przekroju. Przez jakiś czas wszyscy śpiewaliśmy Damą być Maryli Rodowicz albo Prześliczną wiolonczelistkę, czytaliśmy artykuły profesora Krawczuka o władcach starożytnych i oglądaliśmy w telewizji wykłady profesora Zina o architekturze. Zbieraliśmy makulaturę, żeby ją wymienić na Dzieła zebrane Mickiewicza. Byliśmy mądrzy ogólnie i na bieżąco, i bardzo tacy sami.

To nie ja sprzedaję Mickiewicza, mój po prostu nie jest już kompletny, bo ktoś pożyczył tom drugi i czwarty

Kiedyś nadszedł w PRL czas Łysiaka, Waldemara zresztą – tak się w owym czasie mówiło, co było cytatem z  kultowej audycji radiowej 60 minut na godzinę. Jestem pewna, że Łysiak to nie tylko pamięta, ale z łezką w oku wspomina; daj Boże każdemu z nas, ludzi pióra i klawiatury, takie “5 minut”, jakie miał Łysiak.

Wikipedia pisze, że Łysiak (ur. 8 marca 1944 w Warszawie) to polski pisarz, publicysta, eseista, architekt, napoleonista i bibliofil. Zgoda, aczkolwiek mnie akurat te jego zainteresowania bonapartystyczne niezbyt “brały” (też się tak wtedy mówiło), natomiast na pewno dodałabym mu słowo “erudyta”. Bo Łysiak był (a pewnie i nadal jest) erudytą. Nie tylko wiedział wszystko, ale też potrafił to wszystko błyskotliwie zapisać – pamiętacie takie jego słowo “blaskomiotny”? Nie przyjęło się, choć różanopalca Jutrzenka albo Złotousty jednak zyskały sobie pewne prawa.

Łysiak wydał mnóstwo książek napoleońskich i kilka innych, a wśród tych innych  najważniejsze (a może w ogóle najważniejsze) były Wyspy zaczarowane, jego debiut literacki, wydany w roku 1974 cykl esejów o kulturze włoskiej, które kochaliśmy prawie tak jak Barbarzyńcę w ogrodzie Herberta. Dziś jednak wracam do tej książki z tego względu, że te zaczarowane wyspy Łysiaka to wcale nie wyspy tylko miejsca jak najbardziej lądowe, jak na przykład pewien zaułek w Rzymie. W kilkanaście lat później pokazały się jeszcze Wyspy bezludne i Wyspa zaginionych skarbów, ale gdzież im tam było do tych zaczarowanych. Najciekawszym rozdziałem był, oczywiście z mojego punktu widzenia, Nóż Leonarda. Dziś wszyscy wiemy, że Ostatnia wieczerza ma o jedną rękę za dużo i że ta niczyja ręka trzyma nóż, ale w latach 70 ta opowieść to było niezwykłe objawienie.

Leonardo da Vinci, Ultima cena, 1495-1498, fresk, klasztor Santa Maria delle Grazie, Mediolan

W dzisiejszym eseju to jednak ta właśnie wtedy zlekceważona książka Wyspy bezludne czyli eseje o samotności, ma stanowić początek kolejnych rozważań baratarystycznych,  o wyspach nieistniejących jako modelu świata.

Powiedziałabym, że można je podzielić z grubsza na dwie części – Wyspy Lenistwa i Wyspy Pracy. Wyspy Lenistwa to bajki, to pociecha dla ludzi udręczonych codziennym mozołem bez końca innego niż śmierć. To tu mieści się też Kraina Łakomczuchów, Kraina Śpiochów, Wyspa Skarbów i wszelkie inne Wyspy Szczęśliwe. Wyspy Pracy to przypowieści o życiu godziwym i słusznym społeczeństwie. Łysiak zaczyna od Aleksandra Selkirka czyli Robinsona Cruzoe, a to, powiedziałabym, najlepszy chyba przykład Wyspy Pracy. Typową Wyspą Pracy jest oczywiście wyspa Prospera, króla i maga, z Burzy Szekspira,  i Utopia Thomasa Morusa.  Wydawać by się mogło, że Pramatką wszystkich Wysp Pracy jest platońska Atlantyda, ale nie, bo wszystkie, również Atlantyda wzorują się na Sherii, wyspie Feaków w Odysei. Również Barataria jest Wyspą Pracy. Sancho Pansa zabiera się do swych obowiązków sędziowskich tuż po przyjeździe na swą wyspę, zanim jeszcze zdąży zejść z osła, a wszyscy, których czyny osądza, też wykonują jakieś zajęcia.

W poszukiwaniu straconego na życie czasu powracam do lektur z lat 70 i 80. Wybieram je na chybił trafił, większości nie pamiętam w ogóle, część pozostawiła po sobie zaledwie bipolarne wrażenie przyjemności lub nudy. Z miąższu zapomnianych słów teraźniejszość wyłapuje to, co ma powierzchowny bodaj związek z baratrystyką. Nic dziwnego, w końcu ta wędrówka zaczęła się, przpominam, od takiej niemal zapomnianej lektury sprzed kilkudziesięciu lat.

Taniec sępów, cóż za głupi tytuł wymyślił sobie polski wydawca, w ogóle nie przystający do treści, bo autorka określając realne życie polityki rzeczywiście używa określenia “taniec sępów”, ale ta jej książka celowo omija wszelkie elementy polityki i koncentruje się na dziesięciu zaledwie latach szczęśliwego dzieciństwa. Renée Mendez Capote, Pamiętnik młodej Kubanki urodzonej z początkiem wieku. Wydawnictwo Literackie 1987. Renée, urodzona w roku 1902, i jej rodzeństwo, wymyślają sobie niecodzienną rozrywkę – szyją flagi różnych państw, a przy okazji uczą się, jakie jest ich położenie geograficzne, ludność, stolica, uprawy, bogactwa… Któregoś dnia dzieci chcą uszyć flagę dla Don Kichota. Ojciec tłumaczy, że Rycerz Smętnego Oblicza ma sztandar hiszpański, jest przecież typowym Hiszpanem, reprezentującym zalety i wady tego narodu, ale dzieci nie przyjmują tego do wiadomości.

– Nie, don Kichot powinien mieć własny sztandar, bo reprezentuje on własny świat w ramach pozostałych.

No, ale przecież to nie Don Kichot miał swoje państwo-miasto-wyspę, lecz Sancho Pansa. To ukryci barataryści, te dzieci Mendez Capote.

Tę książkę zapamiętałam jako miłą lekturę, z wydanej w roku 1976 w PIW-ie powieści Leona Gomolickiego Taniec Eurynome (co ja znowu z tym tańcem?) nie pamiętałam nic. Nawet tej tytułowej Eurynome, choć wydaje mi się, iż  wiem jak przez mgłę, że była Okeanidą i tańczyła na wodach Chaosu, aby wytańczyć świat. I rzeczywiście, Gomolicki dość dokładnie przypomni w powieści historię Eurynome. Wytańczyła z wód Chaosu węża Ofiona, a on został jej mężem i… stworzył świat. Ba, przydał sobie miano Stwórcy. Typowe…

U Gomolickiego ten Chaos to świat w stanie wojny, a to co się z niego po wojnie wyłania, nie powstaje wedle żadnych wzorów z przeszłości, jest tworem samoistnym, który powstając sam siebie nie zna. To oczywiście powinno być lekturą dla rządu i naszych trojga władców P – Prezesa, Premier i Prezydenta, którzy zbiorczo życie po zagładzie wojny nazwali zdradą.

Kiedy palą się miasta, upadają państwa, nastaje sąd ostateczny wojen i obozów zagłady, a potem na omytej wodą potopu ziemi znów zaczyna powoli plenić się życie i martwi w postaci obozowych muzułmanów wychodzą z grobów – ta wizja pozostanie w pamięci współczesnych na zawsze. Wizja masowości ludzkiej zagłady i ludzkiego zmartwychwstania – tłumu wychudłych ciał, rozpaczliwie czepiających się życia, aby tylko nie wrócić do grobu.

Ale ja nie o tym, ja tropię wyspiarską Baratarię. Bohater, nota bene, człowiek początkowo bezimienny, w pierwszych dnia wolności przejmuje po zmarłym Salomonie jego żonę czy kobietę, Sabę, królową Saby. I niech to nie dziwi, bo tak już jest, w takich wędrówkach po kulturze, wszystko się składa w jeden wszechobecny mechanizm. Salomona zastrzelił ktoś o świcie. Nie wiadomo, przez przypadek czy celowo, nie wiadomo też, kto strzelał, bandy z lasu, czyli dziś nagle godni chwały “żołnierze wyklęci”, czy z milicji. Bezimienny zatem odpowiada na list przyjaciela z czasów młodości, a ten mu nadaje banalne imię – Henryk. Przyjaciel zaś używa  pseudonimu teatralnego Cyprian. (Królowej) Saby już nie ma, bohater sam ją opuścił dla młodszej kobiety, Wandy, ale wraca, by z nią rozmawiać, lub nie wraca, by ją wspominać. A więc list od Cypriana.

…list był przejmujący, (…) to była jego, niczego nie wymagająca w zamian, próba przerzucenia chybotliwej kładki przez rozdroża dzielących nas lat. Czy mogłem nie zareagować na to wezwanie. Mój list był krótszy – zawierał zaproszenie na moją bezludną wyspę. Bezludną? – nazwa umowna, zastępcza wyspy szczęśliwości (geneza pomieszania tych pojęć bierze początek w latach wojny!) Czy zaludniając ją w ten sposób, świadomie zaprzeczałem jej właściwości uszczęśliwiania samotnością? Ale Cyprian był dla mnie bardziej cieniem lat przeszłych. Któż mógł wtedy przewidzieć, że metafora ta fatalnie sprawdzi się w rzeczywistości!

Ta wyspa bezludna znajduje się zaraz z jakąś małą stacyjką, zupełnie jak Totenhorn, ale i jak ów Pensjonat Barataria, od którego się wszystko zaczęło. To już wiemy, za tymi małymi pustymi stacyjkami kryją się Wyspy Ułudne, homerowa wyspa Feaków Pensjonat Barataria i Góra Zmarłych, morusowa i baconowska Utopia, szekspirowska wyspa Prospera i platońska Atlantyda. Tu, za tym śmiesznym peronem zaczyna się puszcza, preria, dżungla, w ogóle utopia, mówi wciąż jeszcze bezimienny Henryk. Dobre słowa, tylko że po polsku utopia to też świat utopiony, zalany wodą… A ci co kuszą cię Utopią to być może ci sami, którzy cię potem utopią lub skłonią, byś się sam utopił, jak Leverkühn z Doktora Faustusa czy Joseph Knecht z Gry szklanych paciorków. Pojawi się zaczarowane miejsce, wyspa szęśliwości, nie szkodzi, że w górach – wyspa może być wszędzie, jeśli tylko nosimy ją w sobie. W tym wypadku jednak prawie dosłownie, bo wyspą górski taras omywany żywiołem powietrza. Znaleziony przypadkiem. Będziemy tam mieszkać w grocie nimf i żywić się korzonkami roślin jak pustelnicy, mówi Henryk. Ale nie mieszkają w grocie, znajdzie się wyczarowane schronisko, buda raczej, ale obok krystaliczne źródło czystej wody. Buda była zabita deskami i miała komfort melin zbójnickich ze strasznych baśni dla dzieci.

Taka to wyspa, ale Gomolicki wie, że będziemy się nad nią zastanawiać, pytać sami siebie, czy aby to ta wyspa i odpowiada:

jak zaczynamy podróż, nie wiemy, na jaką wyspę wyrzuci nas żywioł. Inną wyspę odkrył Kolumb, inną Defoe i tylko w marzeniach sennych dobijamy do wysp nieziszczalnej w życiu szczęśliwości.

Możecie być pewni, że ciąg dalszy nastąpi, zwłaszcza że na wyspie w górach pojawi się też Ułuda.

Książki wymienione w tym wpisie w wydaniach, w jakich je dawno temu czytałam po raz pierwszy:

 

No i oczywiście – wzór niedościgły, tak miała być napisana wędrówka do Baratarii. Och jej.

Legenda o Warszawie – odcinek VI

Wiktor Ostrowski

Wolność

Wczesny ranek. Nocne mgły jeszcze unoszą się nad rzeką i  brzegiem. Bożenka z psem udają się w dalszą wędrówkę. Dziewczyna  już jest bardzo zmęczona swą wędrówką i ostatnimi przeżyciami. Idzie powoli, ale nie stara się iść wodą. Wie, że po śladach już nikt do niej nie dojdzie. Nie ma co się spieszyć. Marzy o zatrzymaniu się na długi czas, może nawet na całą jesień i zimę. Mimo obecności psa czuje się bardzo osamotniona. Tęskni za ludźmi, ale tylko ludźmi dobrymi. Wciąż myśli o Warszu i głośno płacze na  jego wspomnienie. W takich razach pies stara się ją pocieszyć, skacze na nią, łasi się i dopina tego, że dziewczyna uspokaja się.

Tak, mogłaby prowadzić osiadłe życie, byle z nim, z ukochanym. Teraz byłaby dobrą żoną, bo przecież przez czas swej wędrówki zmężniała, mięśnie ma, jak ze stali i nie lęka się niczego, ale samotność wciąż jej ciąży.

Puszcza rozrzedza się, jednocześnie blask słońca pokonuje mgły. Puszcza kończy się, przechodząc w wielką polanę na samym  brzegu rzeki. Dziewczyna staje, jak wryta. Na pierwszym planie widzi suszące się sieci rybackie. Polana zalana jest promieniami słońca.

/Uwaga!/ To przejście ma być podkreślone światłem i ostrością konturów. Przejście od mroków puszczy – świata nieco irrealnego, do tej polany, pełnej gwaru, na której pracuje 60 chłopców  i dziewcząt, wznoszących chaty, kopiących ziemię, grodzących wokół całej polany zasieki, narządzających łodzie, krzątających się, wesołych, przekrzykujących się i śpiewających.

Bożenka nie wie, kogo ma przed sobą – czy to swoi, czy może Prusowie. Nie wie, czy nie czeka jej jeszcze gorsza niż w grodzie niewola… Ale nim dopadła krzaków, aby się tymczasem skryć, nim zdołała pomyśleć i zastanowić się – pies z głośnym ujadaniem  skoczył prosto w gromadę pracujących dziewczyn. Te poznają go momentalnie: to Ryk – pies Bożenki. Skąd się wziął? Ale pies ciągnie je wyraźnie w stronę kryjówki Bożenki. Dziewczęta biegną  i dopadają krzycząc, śmiejąc się i płacząc. Bożenka widząc Żywię, Sławę i inne dziewczęta, słabnie i pada zemdlona. Ale ją podtrzymują, cucą i głośno wołają Warsza.

Bożenka odzyskuje siły, widzi biegnącego do niej Warsza, po chwili pada w jego objęcia. Pies na nich skacze z radości.

Leżąc wygodnie na wiązce trawy Bożenka tuli się do Warsza i  opowiada mu bezładnie swoje dzieje. Gromada zaniechała pracy, wszyscy siedzą wkoło, pies leży z głową na kolanach Bożenki.

Dagniew opowiada Bożence o ich dziejach, i o postanowieniu  ustanowienia Warsza jako grododzierżcy. Teraz – mili – już u nas  nie ma samotnika. Tu będzie osada, może potem gród, a może my tu  stworzymy wielką gromadę – gromadę wolnych ludzi.

Bożenka będzie – jest już – żoną Warsza – Warszową. I tak   się zowie nasza osada: Warszowa!

Teraz – mówi Dagniew – na dziś skończone praca. Skończyły  się smutki, zginęło zło. Nie ma niebezpieczeństwa, pogoni, zginął Rosław, tak jak ginie każdy zły człowiek. Dziś weselmy się. Dzisiaj – pierwsze u nas sobótki.

Wieczór zapada. Na polanie nad rzeką płoną liczne ogniska. Dziewczęta i chłopcy tańczą i śpiewają.

Piosenka:

Wyrwaliśmy się z uwięzi
Tnijmy drzewa i gałęzie
xxxxxxxMłode ręce i ramiona,
xxxxxxxKażde z nas co chce – dokona
Mocniej, bracie, bij toporem:
Poradzimy sobie z borem
xxxxxxxPiękne chaty postawimy,
xxxxxxxMy się zimy nie boimy.
Będziesz siać, łowić, polować
Na mróz musim jadło schować.
xxxxxxxRazem, chłopcy i dziewczyny
xxxxxxxPiękne chaty postawimy.
Dagniew z Warszem łódź nam skleci
Sława z Żywią wiążą sieci,
xxxxxxxPieśń rozbrzmiewa, ogień płonie,
xxxxxxxPraca co dzień pracę goni.
Nikt nas nie gna, nikt nie bije,
W ciężkiej pracy każdy żyje.
xxxxxxxNa wolności – choć przy pracy.
xxxxxxxNie jak w grodzie, a inaczej.
Wyrwaliśmy się z tej matni
Chłop z nas każdy nie ostatni
xxxxxxxA dziewczyny się zwijają
xxxxxxxI, jak mogą, pomagają
Razem wszyscy pracujemy
A po pracy tańcujemy.
xxxxxxxI tak w tańcu, śpiewie, trudzie
xxxxxxxŻyjemy my – wolni ludzie.

W oddali widać płonące ogniska i dziewczęta z chłopcami igrający i tańczący. Na pierwszym planie – na samym brzegu rzeki /zdjęcie od strony rzeki/ siedzi Bożenka i Warsz, u stóp ich leży  pies. Bożenka, przytulona do Warsza, kończy swą opowieść. Zniknęło wszystko złe, które im zagrażało. Już jest bardzo dobrze. Wprawdzie nie zagoiły się jeszcze wszystkie blizny i sińce na ciele dziewczyny, ale już jest ona szczęśliwa. Mówi: – Wszystko  tu nowe, wszystko młode, wszystko radosne i przyjazne. Ta wiara w lepsze jutro towarzyszyła Bożence w całej jej wędrówce i spowodowała, że dziewczyna wszystko przetrwała i wytrzymała. Ta polana pełna życia, co się zwie Warszowa, ta chata Warszowa, łódź Warszowa i ona, Bożenka też jest Warszowa.

Odjazd kamery i zdjęcia następne wykonywane są jakby z drugiego brzegu rzeki. Widać jeszcze grupkę dwojga młodych z psem i ogniska na drugim planie.

Z wody wyłania się Syrena, trzymająca w rękach tarczę i miecz  i na tle ognisk i nowo tworzonej osady śpiewa pieśń o Warszawie.

Podczas śpiewu zmienia się tło obrazu z przenikaniem – i ukazują się:

Warszawa – osada
Warszawa – duża wieś
Warszawa – gród
Warszawa – miasto – czasy wojen szwedzkich
Warszawa – czasy stanisławowskie –
powstanie kościuszkowskie
powstanie 1831
powstanie 1863
Warszawa – w dniach I wojny światowej
Warszawa – międzywojenna
Warszawa – Obrona Warszawy 1939
okupacja – akty zbrojne
powstanie 1944 – zniszczenie Warszawy
oswobodzenie Warszawy
odbudowa – lata pięćdziesiąte
stan obecny
wizja Warszawy przyszłości

W czasie śpiewu Syrena przy słowach “stanę tak…” wznosi miecz i osłania się tarczą, przybierając klasyczną postać herbu Warszawy.

Końcowa strofy powtarza chór przy dźwięku fanfar triumfalnych,  za syrena błyszczy słońce, obejmując jej postać promiennością i ten  obraz jest końcowym momentem filmu.

Pieśń Syreny

U brzegu wód, wśród letniej nocy,
Puszczy szelestów, szumu drzew,
Tajemne siły, czary, moce
I tura ryk, i wilczy zew
I zapomnianych bogów gniew.
I Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew
Uszły już duchy z miast i grodów
Z rycerskich zamków, kmiecych chat,
Tam chwalą teraz nowych bogów,
Lecz wiele wieków, wiele lat
Przejdzie, nim puszczy zamrze zew
I Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew
Prastarej Wisły szumią fale
Pod toporami padnie las
Wartownik czuwać będzie stale
W grodzie nad Wisłą, koło nas,
Trwać będzie wrogim mocom wbrew
I Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew
Na brzegu Wisły gród się wzniesie,
Mieszkać tam będzie dzielny lud,
Tam gdzie pląsały skrzaty w lesie
Człowiecza dola, twardy trud
I inny dźwięk niż szelest drzew
I Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew
A biały orzeł, zwiastun sławy
Dumny polskiego ludu znak –
Lecz grodu znak, lecz znak Warszawy,
To ja, Syrena, stanę tak
I da Warszawie mężną krew.
I Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew
Choć całą mocą wróg uderzy
Nie zniszczy ogień jej ni miecz
I niech Warszawa w gruzach leży
Ucieknie wróg z jej murów precz.
walczy Warszawy lud jak lew
Pod Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew
Warszawa z gruzów znów powstanie,
Warszawa wiecznie będzie trwać,
Zwycięskim ludem są Polanie,
Zwycięstwa hymn Warszawie grać
Będą korony starych drzew
I Wisły plusk, Syreny śpiew
xxxxxxxxxxxxxxSyreny śpiew

Ustawiony nad Wisłą w kwietniu 1939 roku pomnik spiżowy autorstwa Ludwiki Nitschowej; do postaci Syreny pozowała Krystyna Krahelska, poetka, harcerka, etnografka, żołnierz Armii Krajowej. Zginęła w drugim dniu Powstania Warszawskiego. Foto: Maria Kowalska

Nowa polska proza z Berlina

Aleksandra Puciłowska i Kinga Chojnicka

Czarny Protest pod Czerwonym Krawatem
Skrót opowiadania

Szedł pod czerwonym krawatem. Zawiązał go odrobinę mocniej, niż trzeba było. Tak, by było to zauważalne. Symbolika często trafia do tłumów bardziej, niż nawet najbardziej dobitne argumenty. Nigdy nie spodziewał się, że kiedykolwiek przyjdzie mu brać udział w takim proteście. Nie w XXI wieku, nie w środku Europy,

Jeszcze do niedawna nie spodziewał się, że przyjdzie mu walczyć o coś tak najbardziej podstawowego i oczywistego, jak nienaruszalność osobista, jak prawo do dyspozycji własnym ciałem, o swą autonomię. O prawo do decyzji. O Coś, co mogło by się zdawać, przysługuje każdemu z nas, z osobna. Po tym, jak historia nauczyć nas miała już ponoć, iż nie ma nic ważniejszego nad prawa człowieka i jego wolność – iż naruszanie tego w jakikolwiek sposób i w jakimkolwiek, choćby najbardziej szczytnym celu, zawsze nieuchronnie prowadzi do katastrofy. W czasach, gdy nawet nie umieszcza się już nazwisk na domofonach w trosce o ochronę prywatności, on musiał iść na ulicę bronić tego, co najcenniejsze – niepodważalności tego, iż ludzka istota ma kurewskie prawo do swojego ciała i swobodnego nim zarządzania. Mógł spodziewać się konieczności walki o cokolwiek, ale nie o to. Naprawdę nie o to…

Poczuł się jakby podwójnie spoliczkowany. Wpierw, gdy wszelakiej maści znawcy i znawczynie tematu rozpoczęli ogólnopolską dyskusję o prawie do dysponowania własnym ciałem przez dorosłego człowieka, podpierając swoje tezy bądź to radykalizmami religijnymi, bądź to wątpliwymi moralnie przesłankami tudzież setkami badań klinicznych. To odczuwało się tak, jakby ktoś wkradł się do najgłębszego zakamarka twojej podmiotowości i zaczął sobie wycierać tam swe oblepione obłudą buty.

Te wypowiedzi wywołały w nim złość z nutą dobrze zasianego strachu. Takiego, który, wiesz to, będzie w tobie rósł, aż uwierzysz, że nie masz tak naprawdę prawa do siebie samego. Później przyszła pora na drugi policzek – gdy usłyszał od swoich przyjaciółek, od swoich sióstr i matki, że to wszystko to tylko temat zastępczy. Że władza mydli nam oczy, by przepchnąć gdzieś bocznymi drogami nową ustawę o podatku drogowym – a ten to dopiero uderzy po kieszeniach dużą masę ludzi, zwykłych obywateli. I że, w gruncie rzeczy, się z nim zgadzają, ale jest teraz całe mnóstwo innych istotnych spraw, które są dla Polek i Polaków ważne, a ta cała ustawa o ochronie ludzkiego życia to tylko pic na wodę fotomontaż. Nic istotnego, nie można dać się zwariować.

Temat zastępczy. Tak go nazwały. Jego, jego podmiotowość, osobowość, poczucie wartości i przestrzeń osobistą, jego prawo do dysponowania swoim ciałem i swoim życiem. Wszystko było istotniejsze od niego – podatek drogowy, dochodowy, stopa bezrobocia i wreszcie i nowa ustawa o wyborze radnych do sejmików wojewódzkich.

Gdy pojawiły się pierwsze przesłanki o planowanym projekcie ustawy o tak zwanej ochronie życia, wielu myślało, że to jakiś żart. Coś tak niedorzecznego nie mogło się wydarzać. Nie w społeczeństwie, które zachowało choć resztki zdrowego rozsądku. A jednak się wydarzało.

Gdy po raz pierwszy usłyszał głos lektora w audycji na temat nowego pomysłu legislacyjnego, przeraził go spokój i opanowanie głosu czytającego. Jakby nie było w tym niczego strasznego, niczego, po czym zapala się komuś czerwona lampka ostrzegawcza.

Wszystko zaczęło się od wprowadzenia na rynek nowego przyrządu ratującego życie o nazwie PumpLife. Pozwalał on na podłączenie pozostającej w śpiączce osoby do mózgu i serca innego człowieka, co ze znakomitą skutecznością powodowało, że pacjent odzyskiwał nie tylko świadomość, ale i zdrowie. Skoro przyczyniało się to zaś w tak efektywnym stopniu do ratowania ludzkich istnień, szybko pojawił się pomysł upowszechnienia tejże metody i wprowadzenia prawnych gwarancji jej obowiązkowego stosowania. Wszystko inne można by było nazwać tylko morderstwem. Bo czymże innym jest odmowa udzielenia pomocy, gdy zagrożone jest ludzkie życie?

Tak to pojawiła się koncepcja, by każdy mężczyzna, który brać będzie udział w ewentualnym wypadku drogowym, był potencjalnym „dawcą“, czyli, jak lubili mówić zwolennicy owej ustawy, „opiekunem“ innej ofiary tego samego wypadku. Wielu wydała się ona najlepszym z możliwych rozwiązań.

Dotyczyło to każdego, bo każdy, biorąc czynny udział w ruchu drogowym, jest przecież świadomy ewentualnych tego, często drastycznych konsekwencji. Jeśli ktoś nie chce, by zakwalifikowano go jako „dawcę z ruchu drogowego”, niech po prostu w nim nie uczestniczy. A że ustawa dotyczyć będzie tylko mężczyzn? Wiadomo przecież, że mężczyźni są silniejsi fizycznie od kobiet. To Natura ukształtowała ich jako najlepszych z możliwych „dawców“, a z Naturą dyskutować przecież nie można. To geny, biologia, niezaprzeczalne fakty. Trzeba umieć udźwignąć brzemię, jakim obarcza nas nasza płeć.

Jeśli po jednej stronie mamy życie niewinnych ludzi, a po drugiej jedynie ewentualny dyskomfort innego człowieka tudzież jakiś uszczerbek na własnym zdrowiu psychicznym i fizycznym, to rachunek jest prosty. Każde życie jest takie samo, nie wolno go wartościować. Dlaczego skazywać kogoś na śmierć, skoro jest obok ktoś, kto może do tego nie dopuścić? „Nie zabijaj“ – to przykazanie przyświeca europejskiej kulturze od wieków, każda inna droga to nieuchronna cywilizacja śmierci.

Ustawa przewidywała dziewięciomiesięczny okres połączenia „dawcy“ z „biorcą“. To pozwalało, dzięki nowoczesnej technice, popartej najnowszymi badaniami, na efektywną rekonwalescencję pacjenta. Następnie „opiekun“ był zobowiązany do oddawania swojemu „biorcy“ krwi przez następne 18 lat. To wzmacniało efekty terapii. W razie gdyby – z różnych przyczyn – transfuzja taka nie była możliwa, obowiązek znalezienia odpowiedniej krwi leżał na barkach państwa i Funduszu Zdrowia. Proste i przejrzyste zasady, wszystko w imię ochrony życia, szczytnego i jakże prawego celu.

Protesty pojawiły się od razu. „Nikt nie będzie z nas robił inkubatorów“, „Nie jesteśmy maszyną, jesteśmy ludźmi“, „Moje ciało, moja sprawa“ – to tylko niektóre z haseł na transparentach, z którymi mężczyźni zdążyli już przemaszerować w wielu miastach Polski. „Mordercy!“, „Egoiści!“, „Nihilistyczni samcy!“ – tak krzyczano w ich stronę nie jeden raz. Tak odbywało się to na ulicach.

Medialna debata zahaczyła zaś o wszelkie z możliwych badań na całym świecie, o wszelkie prądy i myśli w historii filozofii, zacytowano już każdy z pasujących cytatów z Pisma Świętego, wypowiedział się już prawie każdy możliwy znawca – od polityków, przez publicystów, profesorów i księży. Podmiotowość człowieka, te dwa słowa wypowiedziano jednak o wiele razy za mało. Ważne było tak zwane prawo do (prze)życia. Istotne były ich sumienia, przekonania, słupki wyborcze i moralne potyczki. Nie liczyła się jedynie godność mężczyzny i jego niepodważalne prawo do decydowania o własnym ciele i życiu.

Na to nie mogli pozwolić. Jeszcze im pokażą, jeszcze ich usłyszą. Nikt nigdy więcej nie nazwie ich tematem zastępczym, nikt nie zrobi sobie z ich ciała maszyny do utrzymywania życia. Mają swoje prawa, i nikomu nie pozwolą im sobie zabrać. Historia nauczyła nas już niejeden raz – kiedy depcze się prawa człowieka, to nieuchronnie zbliża się zagłada. On i wszyscy inni, dumni mężczyźni, będą walczyć z każdym, kto zechce deptać ich prawo do wolności, prawo do decyzji. Przecież nie mogą ich do tego zmusić: to jest ich ciało, ich sumienie, ich decyzja…

Za symbol wybrali krawat w kolorze czerwieni – niczym krwi, którą chcą im zabrać bez ich zgody, bez pozwolenia – jak cielakowi prowadzonemu na rzeź. Ciasno zawiązany, zabierający im niezbędne do życia powietrze, wolność, której oddać nie chcą i nie potrafią. Całą akcję demonstracyjną nazwali Czarnym Protestem. Jako symbol śmierci ludzkiej godności, jako kradzież wolności. Przemaszerują zwartym i zdecydowanym krokiem ulicami Warszawy i wszystkich innych miast. Czarne koszule, czerwone krawaty. Razem – przeciwko uciskowi i temu, iż ktoś uzurpuje sobie prawo do dysponowania nimi jak rzeczami.

Pójdą tyle razy, ile będzie trzeba. Mają nadzieję, że dołączą do nich kolejni – także kobiety. One przecież muszą zrozumieć, jak to jest, gdy ktoś zabiera ci wolność. Muszą umieć postawić się w ich sytuacji. Już nikt nigdy nie powie, że sprawa męskiej podmiotowości to temat zastępczy. Że istotniejsze są podatki.

Zniosą każdą obelgę i każde znieważenie. Jeśli ktoś wchodzi w twoją intymność z buciorami i robi sobie z niej śmietnisko dla oczyszczania swoich sumień lub toczenia politycznych gierek, to wtedy żarty się kończą. Wtedy rozpoczyna się wkurwienie.

Wszystkie opisane powyżej wydarzenia są fikcyjne. Nikt w dzisiejszym świecie nie odważył by się podważyć prawa mężczyzn do podmiotowości, własnego ciała i wolności wyboru. W ten sposób traktuje się jedynie kobiety…

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 1

Od jakiegoś czasu autor tego wpisu lajkuje różne posty na moim blogu, zajrzałam więc do niego, żeby zobaczyć, cóż ci on za jeden. Poczytałam to i owo, przeskakując z wpisu na wpis, i nagle zdębiałam… Dlaczego? O tym już niech autor sam napisze. Będziemy tę historię czytać jeszcze przez trzy najbliższe czwartki. A może i potem też, po prostu o podróżach i życiu, zobaczymy…

Przekraczając granice

Czy aby na pewno?

Wpis z 27 marca 2016 roku

Wielu z nas często myśli o tym, że chciałoby zapomnieć o jakichś chwilach, zdarzeniach z życia, czy traumach. Ja pewnie też wiele razy tak myślałem, do czasu aż… wyjechałem do Maroko i wybrałem się w góry Atlas, gdzie w wyniku wypadku lub napaści straciłem pamięć. Tak, tak nie pamiętam całego swojego życia, całych 43 lat, aż do momentu opuszczenia szpitala w Marakeszu (obecnie jestem w Polsce pod opieką neurologa i psychologa, którzy są dobrej myśli i twierdzą, że pamięć wróci mi w ciągu kilku miesięcy, choć możliwe, że nie cała).

Ta podróż miała być pewnie kolejną, z której relacjami miałem się z Wami dzielić, i co nawet, z tego co widzę na tym blogu, zacząłem się z tego wywiązywać. No cóż, pech, karma, czy ludzka głupota zniweczyły moje plany.

mozg

Moje „nowe” życie zaczęło się pewnego lutowego wieczora, z chwilą opuszczenia szpitala, gdy całkowicie zdezorientowany, bez bagażu i pieniędzy (130 dh, teoretycznie starcza na przysłowiowe waciki) zacząłem się błąkać po ulicach jednego z piękniejszych marokańskich miast. W wielkim białym bandażu na głowie i twarzy w dużych świeżych strupach krwi, nie budziłem zbytniego zaufania, choć prawdę mówiąc miałem to głęboko gdzieś. Po jakimś bliżej nieokreślonym czasie trafiłem na plac budowy, gdzie znużony schowałem się za krzakami i ułożyłem do snu na betonowej płycie – temperatura kilka stopni powyżej zera nie przerażała mnie, mój umysł przestał pracować, chciałem tylko jednego – spać.

Gdy obudziłem się, zaczęło już szarzeć niebo, zaczynał się nowy dzień – mój pierwszy dzień walki o powrót do kraju i odzyskanie pamięci.

Ze znalezionego w kieszeni moich bojówek paszportu poznałem swoje imię i nazwisko, oraz dowiedziałem się że jestem Polakiem, natomiast w głowie dudniły mi dwa słowa „konsulat” i „Agadir”. Powłócząc nogami (utrata krwi i brak jedzenia i wody), poczłapałem w kierunku, który wskazał mi napotkany po drodze człowiek. Po dość długim marszu, często przerywanym postojami na złapanie oddechu, dotarłem w okolice dworca kolejowego i autobusowego. Jacyś ludzie wskazali mi kasy tego drugiego. Ledwie słyszalnym i drżącym głosem spytałem o cenę biletu do Agadiru, i tu moje pierwsze zdziwienie – 100 dh, opatrzność nade mną czuwała. Kupiłem bilet, mój autobus odjeżdżał za 4 godziny, więc usiadłem na siedzeniu w poczekalni i zapadłem w sen. Nie dane mi jednak było wypocząć, mój niechlujny wygląd, oraz ubranie i buty przesiąknięte zaschniętą krwią przyciągnęły uwagę policjanta, który zaczął coś do mnie mówić. No tak, ale bądź tu człowieku mądry i zrozum arabski, sięgnąłem więc do kieszeni i podałem mu mój bilet, o dziwo wystarczyło, odczepił się. Gdy znowu przysypiałem, ten uparty gość znowu stanął przede mną, grrr – czego on znowu chce, pomyślałem, a on zaczął dawać mi znaki, żebym za nim poszedł, co było robić, wstałem i poszedłem. Wyszliśmy przed budynek, a on zaczyna pokazywać mi moją kieszeń, po raz kolejny wyciągnąłem i pokazałem mu bilet, facet go złapał wyciągnął długopis i zaczął skreślać informacje o godzinie odjazdu i miejscu w autobusie, zawzięcie przy tym mówiąc (oczywiście po arabsku). Za chwilę wziął mnie pod rękę i zaprowadził do stojącego nieopodal autobusu, palcem wskazał na tablicę z kierunkiem jazdy i wepchnął mnie do środka, okazało się, że we wcześniejszym autobusie do Agadiru było jedno miejsce wolne. Idę spać, pomyślałem, i tak też zrobiłem, spałem całą drogę.

Po kilku godzinach jazdy, bynajmniej nie pokrzepiony snem, wraz z innymi ludźmi wyszedłem na płytę dworca w Agadirze. Jako że Maroko jest państwem policyjnym, nie miałem problemu ze znalezieniem policjanta, którego zacząłem wypytywać o konsulat (no dobrze wypytywać to za dużo powiedziane, rzucałem słowami – nic nie pamiętam, gdzie jest polski konsulat, proszę o pomoc). Po konsultacjach ze swoim kolegą, policjant wskazał mi drogę na… komisariat policji. Gdy po około 20 minutach doczłapałem we wskazane miejsce okazało się, że niestety nikt tam nie zna angielskiego, że o polskim już nie wspomnę (Maroko to kraj francuskojęzyczny, a i w tym języku wielu nie potrafi tam rozmawiać). Po kolejnych konsultacjach wsadzono mnie do przejeżdżającej taksówki i podano taksówkarzowi cel podróży, o jak ja się głupi cieszyłem, że zaraz trafię w polskie ręce. Taksówka zatrzymała się pod dużym budynkiem, który okazał się głównym komisariatem policji w Agadirze (kolejne drobniaki opuściły moją kieszeń), tam znowu od początku zacząłem tłumaczyć o co mi chodzi i znowu zostałem odesłany, tym razem na drugą stronę tego budynku, gdzie w końcu ktoś mnie zrozumiał, po 10 minutach oczekiwania dostałem karteczkę z dwoma numerami telefonu i informacją, że w Agadirze nie ma polskiego konsulatu i mam sobie do niego zadzwonić. Dla nich sprawa była załatwiona, nawet nie chciano mi użyczyć telefonu (mój został mi skradziony).

Zrezygnowany wyszedłem na ulicę i nie wiedząc gdzie się udać, zacząłem pierwszy raz tego dnia płakać. I wtedy natknąłem się na wychodzącego z pracy, porządnie i schludnie wyglądającego policjanta, który o dziwo podszedł do mnie i spytał po angielsku, co się stało, gdy wyjaśniłem mu ciągle zalewając się łzami, jaki mam problem, wziął ode mnie kartkę z numerami i wyciągnął swój telefon, niestety się nie dodzwonił, ale nie poddał się. Powiedział mi, że mam iść za nim i wsiedliśmy do jego prywatnego samochodu, po czym pojechał ze mną na posterunek policji turystycznej, gdzie od wejścia zrobił straszną awanturę, po której od razu się mną zajęto. Dostałem małą butelkę wody, a po chwili podjechał policyjny bus do którego przedniej kabiny mnie załadowano, około pół godziny krążyliśmy po mieście, aż w końcu się zatrzymaliśmy. Głowa sama mi już opadała i zaczynał się kolejny etap mojej „wszystkojedności”, poczułem jednak lekkie szturchnięcie, to młody policjant w koszulce z dużym sierpem i młotem okraszonej napisem CCCP, coś mi z uśmiechem pokazywał. Gdy mój wzrok podążył za jego palcem ujrzałem łopoczącą na wietrze flagę, miała barwy biało-czerwone, a na jej środku dumnie prężył pierś orzeł w koronie – znowu poleciały mi łzy, tym razem z radości i ulgi. Niestety po około dwudziestominutowym postoju pod, jak się później okazało, polskim konsulatem honorowym, pojechaliśmy znowu na komisariat policji, gdzie powiedziano mi, że mam się nie denerwować, bo wszystko już będzie OK i zaraz przyjdzie, ktoś znający język polski i zajmie się moją sprawą. „Zaraz” trwało kilka godzin, w czasie których zapadłem w sen. Obudził mnie stojący Marokańczyk, który łamanym polskim (nauczył się go podczas kilkuletniego pobytu w Poznaniu), uspokoił mnie, że wszystko już jest załatwione i zaraz pojedziemy do hotelu, gdzie będę przebywał aż do wylotu do Polski.

Dalszą część mojej marokańskiej historii opiszę jutro, a zapewniam Was, że działo się jeszcze dużo nim wróciłem do kraju.

Ale u mnie nie ma tak dobrze, dalszego ciągu historii dowiecie się za tydzień. Na pociechę zacytuję Wam tu jeden z komntarzy, zamieszczonych pod tym wpisem: Gdyby nie to, że zdarzyło Ci się to naprawdę, można by pomyśleć, że to scenariusz jakiegoś kryminału. Ale jesteś w Polsce, żyjesz, zatem mogę spokojnie poczekać na dalszy ciąg opowieści.
Adminka

Stuart 25

Day after day
The clock is ticking and winding away
Where are you tonight?
I can still hear the chimes
Oh, why, oh why
What I’ve got in the end
Is a life to try and mend
And all I need is a chance to be myself again

Dzień po dniu zegar wybija godziny
I nakręca się ponownie.
Gdzie jesteś dzisiaj wieczorem?
Ciągle jeszcze słyszę melodię kurantów.
Dlaczego wszystko, co mi pozostało
To życie, które muszę spróbować naprawić.
A wszystko, czego potrzebuję to szansa, żeby znowu być sobą

Scott Matthews, Myself again

Joanna Trümner

Zmiany

Stuart przedłużył pobyt w Anglii o tydzień, koniecznie chciał być na pogrzebie wuja, który nawet zza grobu dalej odgrywał w jego życiu rolę anioła stróża. W dniu pogrzebu w kancelarii notariusza w Camden Town rodzina poznała testament zmarłego. Stuart-senior przekazał dzieciom swojej siostry – Stuartowi i Kate po piętnaście tysięcy funtów. Najstarsza siostra Eve wymieniona była w testamencie pełnym ironii zdaniem: „Eve w bardzo konsekwentny sposób wyegzekwowała ode mnie swój spadek na długo przed moją chorobą. Życzę jej więcej szczęścia i pokory w życiu.” Z niesmakiem Stuartowi przeszła przez głowę myśl. „Na pewno przeczuwała to i dlatego nie przyjechała do Londynu, tłumacząc się chorobą dzieci”. Matka dostała w spadku po bracie najcenniejszy, warty kilka tysięcy funtów obraz z jego galerii, a wieloletni partner życiowy Brian odziedziczył dom i pozostałe obrazy. Podczas odczytywania testamentu wuja Stuart pomyślał, jak przyda mu się ta odziedziczona suma. Po zakupie pierścionka zaręczynowego i niespodziewanej podróży do Anglii konto w banku świeciło pustkami: „On mi nawet po śmierci umie pomóc”, pomyślał z wdzięcznością.

Podczas tego pobytu w Anglii, który stał pod znakiem choroby i śmierci Stuarta-seniora, zabrakło mu czasu na wizytę w domu rodzinnym w Walton. Zdaniem Kate niczego nie stracił: „Tam nic się od twojej ostatniej wizyty nie zmieniło i nie zmieni. Powinniśmy być szczęśliwi, że udało nam się stamtąd wyrwać”.

W samolocie do Sydney Stuart doszedł do wniosku, że po tylu perypetiach życiowych wraca do miejsca, które stało dla niego domem… Na lotnisku czekali na niego rodzice Meg. Rozpoznał ich od razu w tłumie – byli tak zajęci rozmową, że wydawać by się mogło, że cały świat dookoła przestał dla nich istnieć. Liza przywitała go z uśmiechem: „Meg czeka w domu, zdziwisz się, jak szybko dochodzi do siebie”.

Mieszkanie bardzo zmieniło się podczas jego nieobecności – w wazonie stały świeże kwiaty, lodówka wypełniona była po brzegi, panował sterylny porządek, nigdzie nie leżały jego porozrzucane w pośpiechu po podłodze ubrania. Wprawiło go to w zakłopotanie, ze wstydem przypomniał sobie bałagan, jaki zostawił przed wyjazdem do Anglii. „Najważniejsze, że w końcu Meg jest z powrotem w domu”, pomyślał całując ją na przywitanie. I mimo że odwzajemniła jego pocałunek. nie mógł się oprzeć wrażeniu, że jest między nimi dystans, że ostatnie cztery miesiące wprowadziły do ich związku element obcości i to go przeraziło. „Przecież nic się między nami przez ten cholerny wypadek nie zmieniło”, pomyślał, próbując uspokoić sam siebie.

Ale jednak Stuart coraz silniej czuł, że coś się jednak zmieniło. Meg nie wróciła jeszcze do pracy, spędzała czas w domu, a trzy razy w tygodniu chodziła do położonego o kilka ulic dalej gabinetu na fizjoterapię. Wieczorami często wychodziła, tłumacząc, że „musi nadrobić zaległości towarzyskie”. Wracała z tych spotkań w środku nocy. Jej dziwne zachowanie bardzo go bolało i zdecydował się na przeprowadzenie z nią rozmowy. Czuł, że dzieje się coś bardzo niedobrego. Ciągle jeszcze miał nadzieję, że to tylko chwilowy kryzys, część procesu rekonwalescencji, tym bardziej, że sypiali ze sobą i za każdym razem przeżywali to bardziej intensywnie i piękniej niż przed jej pobytem w szpitalu: „To trochę tak, jakby to miał być ostatni raz”, pomyślał Stuart wstając po kolejnej nieprzespanej nocy do pracy.

Przez kilka dni zastanawiał się, jak zacząć tę rozmowę, wreszcie w słoneczne niedzielne popołudnie odważył się zapytać Meg wprost: „Czy coś się między nami zmieniło? Obiecaliśmy sobie, że zawsze będziemy szczerzy”. Meg unikała jego wzroku i dopiero po długiej chwili powiedziała: „Zakochałam się w kimś innym. Takie rzeczy się po prostu zdarzają, w tym nie ma ani twojej ani mojej winy”. Z rozgoryczeniem Stuart przypomniał sobie, że dokładnie tymi samymi słowami uspakajał niedawno w szpitalu w Londynie wyrzuty sumienia Briana.

„Czy to ten lekarz, który cię operował?”, zapytał Stuart, chociaż w duchu znał odpowiedź na to pytanie. „Tak, to on. Uwierz, naprawdę nie sądziłam, że coś takiego może mi się zdarzyć. Byłam pewna, że to z tobą jest prawdziwe i takie na zawsze”. „Ale nie było”, powiedział Stuart, czując jak drży mu głos. „To nie tak. Dużo o nas myślałam, nie wiem, kiedy staliśmy się przede wszystkim parą przyjaciół, dwójką ludzi, która idzie razem przez życie, kiedy to, co uważałam za miłość, zmieniło się w przyzwyczajenie, kiedy zabrakło między nami iskrzenia się. Czuję się bardzo winna, wiem, że nigdy się na tobie nie zawiodłam, ale ja naprawdę nie potrafię tego zmienić. Przez te miesiące w szpitalu on przychodził do mnie co wieczór, siadał przy moim łóżku i prowadziliśmy długie rozmowy. Mamy wspólne zainteresowania, podobny pogląd na życie, nieudane, nieszczęśliwe dzieciństwa. Sama nie wiem, jak to się stało, ale nie mogłam się doczekać jego przyjścia, zła byłam na dni, kiedy miał wolne, liczyłam godziny do kolejnego spotkania. Czekałam na te randki w szpitalu jak ktoś, kto zakochał się po raz pierwszy. A ty byłeś częścią starego życia. Jest mi bardzo przykro, ale już cię nie kocham”.

Po ciszy, która zapanowała między nimi, Stuart walczył z odruchem, żeby złapać ją za rękę i prosić o szansę. Jak mogła przekreślić cztery wspólnie spędzone lata w imię jakiejś przygody, która jest jedną wielką niewiadomą?

Równocześnie wiedział, że nawet gdyby ona kiedykolwiek do niego wróciła, ta jej obecna miłość, zawsze stałaby pomiędzy nimi. Czuł się upokorzony i nie chciał upokarzać się jeszcze mocniej, prosząc Meg o litość nad sobą i nad wspólnie spędzonymi latami.

Meg w milczeniu zdjęła z ręki pierścionek zaręczynowy. Stuart nie mógł znieść milczenia, które zapanowało w mieszkaniu, nie mógł znieść samego tego mieszkania, które jeszcze do niedawna było miejscem ich wspólnego szczęścia, zamknął za sobą cicho drzwi i wyszedł. Szedł przed siebie i po długim spacerze ulicami Sydney zdał sobie sprawę, że nie jest w stanie sam unieść tego bólu. Zdecydował się pójść do zaprawionego w nieszczęśliwych historiach miłosnych Toma.

Przyjaciel od razu rozpoznał po minie Stuarta, że musiało stać się coś strasznego. Stuart opowiedział mu o swojej rozmowie z Meg, o podejrzeniu, które miał już od dawna, o rozczarowaniu i bólu. Tom był wspaniałym, uważnym słuchaczem, prawdopodobnie rozpoznawał w słowach Stuarta swoje własne uczucia, nie przerywał jego potoku słów i nie wpatrywał się z ciekawością w jego twarz – widział, że przyjaciel walczy ze łzami. Nie komentował zwierzeń, czasami zadał jakieś pytanie, jakby chciał przejąć od przyjaciela część bólu. A kiedy Stuartowi zabrakło już słów do opisania swojego rozgoryczenia, Tom położył mu delikatnie rękę na kolanie i powiedział: „Tak po prostu miało być, po coś to było potrzebne. Może po to, żebyś znowu zabrał się za pisanie piosenek i pocieszał innych. Za kilka lat zapomnisz o tym, będziesz myślał o Meg z sympatią, do wszystkiego trzeba czasu”.

Przespał się kilka godzin na kanapie u przyjaciela. Rano wyszedł do pracy w pożyczonej od Toma, o wiele za dużej koszuli. W drodze do szkoły myślał o tym, że bez przyjaciela nie zniósłby tej nocy. Tom zaproponował mu, żeby wprowadził się do niego na jakiś czas, bo mieszkanie pod tym samym dachem z Meg będzie torturą.

Podczas zajęć w szkole Stuart był nieobecny myślami, zadał uczniom jakieś zadania z podręcznika i chciał tylko, żeby wszyscy zostawili go w spokoju. Uczniowie wyczuli, że z ich ulubionym nauczycielem dzieje się coś niedobrego, odrabiali lekcje w kompletnej ciszy. Stuart patrzył na świecące za oknami klasy słońce i pomyślał z żalem: „Teraz jestem zupełnie wolny, nie muszę się z nikim liczyć, mogę skoncentrować się wyłącznie na muzyce”.

Cdn.