Szopa w salonie

Łukasz Szopa

Wstęp do występów retro

Początki zawsze są trudne. Podobnie jak teraz, czułem się wstepując na blogową „scenę“ niemieckiego tygodnika „der Freitag“. Pismo to, którym od lat kieruje Jakob Augstein, jest wyraźnie lewicowe, dla jednych „liberalno-lewicowe“, dla innych „lewackie“. Czyli – pomyślałem na początku roku 2009, gdy zaczynałem z blogowaniem na portalu ich internetowego wydania – idealne dla mnie!

Tym bardziej, że poruszony niedawnym kryzysem finansowym, po latach znów zainteresowałem się, i to od podstaw, teoriami ekonomii i to nie tylko neoklasycznej, czy dla innych – neoliberalnej. Należałem w pewnym sensie do osób, która właśnie w dogmatyzmie, a tym bardziej braku krytyki i refleksji tej „ideologii“, widzieli powody kryzysu.

Jednak, wbrew temu, co mogłoby się czytelnikowi wydawać po powyższych zdaniach – nie byłem nigdy (i nadal nie jestem) ani lewakiem, ani komunistą, ani lewicowcem, ani nawet socjaldemokratą. Wydaje mi się, że nawet brak mi jakiejś typowej „socjalnej empatii“. Gdybym miał wybierać, zawsze wybiorę jednak „wolność“ nad „sprawiedliwość“, a co dopiero – „równość“.

Jestem i byłem liberałem – i dlatego właśnie tak wstrząsnął mną i kryzys finansowy, i to, co zacząłem odkrywać, studiując zarówno dawne podręczniki ekonomii ze studiów, jak i aktualne w 2008 i 2009 wydarzenia, decyzje, opinie. Doszedłem do wniosku, że właśnie obecna struktura ekonomiczna, nie tylko finansowa, jest w wielu punktach i założeniach właśnie – głęboko antyliberalna. Że zagraża wolności, mimo że maszeruje pod jej sztandarem.

Po wielu lekturach więc – starszych i nowszych – postanowiłem własne przemyślenia przelewać na papier. Czy też na ekran – czyli w formie bloga, gdzie mógłbym się tym nie tylko dzielić, ale i nawiązać komunikację, a jeśli by się udało – dyskusję z czytelnikami.

Dlaczego więc lewicowy „Freitag“, a nie forum internetowe FDP czy choćby Piratów (wtedy jeszcze istnieli) czy Zielonych?

A z tego powodu, że występy na takiej scenie uważałem za… nudne i mało ambitne.

Cóż to za sztuka pisać do przekonanych, i kąpać się w letniej zupie potakiwaczy, afirmatorek i przyklaskiwizmu?

Dlatego postanowiłem wejść ze swoimi przemyśleniami, pomysłami, pytaniami na internetową arenę aktywnych – acz nie partyjnych czy dogmatycznych – lewicowców. Trochę wkładając rękę w gniazdo os, licząc jednak nie tylko na odebranie tego jako prowokacji, ale również w nadziei na kulturalną debatę, intelektualny i twórczy dla obu stron dyskurs.

Zacząłem głównie od tematów ekonomicznych, jak sens lub bezsens wzrostu gospodarczego, czy też sens „mierzenia“ poziomu ubóstwa. Nieraz próbując to ironią, to rzeczowością, to radykalizmem „połaskotać“ i „podrażnić“ typowo lewicowe stanowiska – równocześnie oczekując i zrozumienia.

Jednak – za każdym razem podważając pozycje dogmatyczne. Tym bardziej, że już od dawna dziwił i śmieszył mnie fakt, nierzadki wśród „zaangażowanych lewicowców“ (czyli głównie sytych intelektualistów z nastawieniem „czarnego bloku“ – jednak siedzących przed komputerem na kanapie), iż bez-myślnie wrzucają do jednego własnego „ideologicznego“ wora szwarc, mydło i powidło. Aktywiści walczący z energią atomową są „automatycznie“ również feministami, krytykami banków, i zwolennikami Wolnej Palestyny. (Ja w sumie też jestem i pierwszym, drugim, trzecim i czwartym – ale nie w formie abonamentu „cztery w jednym“).

Mimo to, nie chodziło tylko o krytykę dogmatów i dyskurs dla dyskursu (choć i to bywało ciekawą nauką – zarówno pokory i autokrytyki, gdy „atakowano“ mnie rzeczowo, jak i trenowania grubej skóry, gdy ataki miały formę osobistą i emocjonalną). Chodziło o wypracowywanie pomysłów i rozwiązań, czyli przejście ponad tylko krytyką stanu obecnego: ja od strony liberalnej, czytelnicy od lewicowej. I kilka razy nawet się udało.

Po tematach ekonomicznych, i nieregularnych interludiach z polityki niemieckiej, zainteresowałem się bardziej kwestiami społecznymi (o ile nie socjologicznymi), by wreszcie wylądować w ostatniej fazie nie tyle w filozofii i etyce, co wręcz metafizyce.

Teraz, po niemal dwu latach od napisania ostatniego wpisu na bloga „Das Geschenk der Verlangsamung“, postanowiłem odgrzać stare tematy. Nie tylko, bo modne są obecnie wszelkie możliwe „retroizmy“ (od mebli i mody po muzykę i nacjonalizm), ale jako weryfikację moich ówczesnych opinii i propozycji. Co dwa tygodnie będę więc tu wskrzeszał – niekoniecznie chronologicznie – wybrany temat z 139 napisanych tekstów, próbując opisać go autokrytycznie lub i nie – o obecnej perspektywy – podając i link do niemieckojęzycznego oryginału.

Dziś kończę linkiem do całości tych „wpisów zebranych“ – w nadziei, że jednak nikt tego przez wieczór nie zdoła przeczytać!

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa

 

Barataria 19 Silvio Gesell i Wolna republika Barataria – zakończenie

Silvio Gesell (i Ewa Maria Slaska)

Jak upadła wolna republika Barataria i zniknął ostatni “wolny pieniądz” cywilizowanego świata, a pojawiło się złoto

Baratonowie…

Zanim powiem, co dalej, muszę zauważyć, że nazywanie mieszkańców Baratarii Baratonami niezbyt mi się podoba i chyba wolałabym ich nazywać Baratarianami, brzmiałoby to szlachetnie, jak pretorianie, ale autor (czy tłumacz) nazywa ich po niemiecku Baratonami i postanowiłam się dostosować zastosowanego w jego rozprawie duktusu językowego.  

Baratonowie zatem, jak zdążyliśmy się zorientować, byli ludkiem zapobiegliwym i gospodarnym, ale niestety nie nazbyt rozumnym. Pewne decyzje dotyczące zasad wręcz egzystencjalnych, podejmowali kierując się nieobliczalnymi powodami. Najpierw – z powodu smrodu guana – wybrali ziemniaki jako podstawę swego systemu monetarnego. Potem, znowu z powodu smrodu, choć tym razem na odmianę śmierdziały im gnijące kartofle (a przecież pecunia non olet, non olet!) przerzucili się na walutę w postaci orzeszków piniowych, która miała niby to przypominać “pieniądz muszlowy Hotentotów”, ale tak naprawdę była znacznie mniej pewna, bo mógł ją nadgryźć nie tylko ząb czasu, lecz też ząb każdej zwykłej wiewiórki czy głodnego szczura.


Podstawa dotychczasowego systemu monetarnego Baratarii – szyszka pinii, z której pozyskuje się nasiona (orzeszki) piniowe.

Zanim jednak przydarzył się kataklizm w postaci napadu wiewiórek na bank narodowy, Baratonowie przerzucili się z pieniądza podlegającego zniszczeniu na zwykły, pospolity pieniądz dający się tezauryzować, stosowany w każdym cywilizowanym kraju, gdzie z powodzeniem niszczył wszystkie objawy wolności. Tym razem powodował nimi nie tyle wysublimowany zmysł węchu, co zwykła ludzka ciekawość (ciekawe, co będzie? no, ciekawe, co będzie?), która w połączeniu z bezdenną głupotą uczyniła ich ofiarami zwykłej demagogii.

Demagog to postać dobrze nam znana, w końcu i u nas to on doszedł do władzy, pozornie wcale jej nie sprawując. Demagog obiecuje i to jest jego główna siła. To że obietnice się nie spełnią lub że obrócą się na pohybel wyborcom Demagoga, nie ma nic do rzeczy. Wyborcy Demagoga bowiem nie powodują się myśleniem, lecz chceniem. Na Baratarii Demagog nazywał się Carlos Marquez i był niewątpliwym specjalistą w odwracaniu kota ogonem, mydleniu oczu i szafowaniu nieprzebraną ilością nic nie kosztujących abstrakcji takich jak patriotyzm, duma narodowa i dobra zmiana. Po 25 latach wspaniale prosperującej gospodarki głosami głupców i frustratów postanowiono zmienić formę gospodarki, zastąpić pieniądz zniszczalny pieniądzem niezniszczalnym, zgodnie z propozycją Carlosa Marqueza.

Przypomnijmy tu może, że stary rzymski tytuł markiza oznaczał dowódcę władającego terenami nadgranicznymi. Margraf, Margrabia, Markiz, Marquese to obrońca naszych cywilizacyjnych rubieży przed naporem wroga. Jakiego, to już określi czas. W starożytnym Rzymie byli to Germanie, w zgermanizowanym Rzymie – Hunowie, w państwie Germanów Słowianie, w średniowiecznej Europie, która wchłonęła już Słowian – Mongołowie i tak dalej… Marchia czyli Przedmurze.

No dobrze, ale tak między nami mówiąc, Carlos Marquez może być nie tylko symbolem obrońcy naszych swojskich granic, ale jest też – być może – po prostu Karolem Marksem na opak. Bo wszystkie propozycje Marqueza prowadzą do tego, by zrealizować znany Marksowi model gospodarki, bezlitosny kapitalizm angielski z XIX wieku. Marquez proponuje bowiem wprowadzenie sytuacji, w której podział społeczeństwa na klasy, czy ściślej rzecz biorąc, na biednych i bogatych, jest skutkiem pewnej określonej formy własności ‑ prywatnej własności środków produkcji ‑ która umożliwia “wyzysk ludu pracującego miast i wsi” przez właścicieli środków produkcji.

Zgodnie z propozycją Marksa ustalono, że pieniądz podlegający zębom szczura, zostanie mimo to uznany za pieniądz niezniszczalny. Był to, jak pisze Gesell, najczarniejszy dzień w historii Baratarii, dzień w którym doprawdy, zgodnie z Talmudem, “małe drewienko zapaliło duże drzewo”. Wszyscy chceli zamienić swoje zapasy na pieniądz, każdy chciał sprzedać wszystko, co miał, nikt nie chciał nic kupić. Po tygodniu pojawiła się firma Bankiera – był rzecz jasna poplecznikiem Markiza – która zaczęła po niskich cenach kupować najlepsze i najpotrzebniejsze towary, które potem… Czyż trzeba opowiadać, co było dalej? Jak przyszedł przednówek i nie było nasion pod zasiew, i trzeba je było kupić po niebotycznych cenach u lichwiarza czyli Bankiera? Jak brakło pieniędzy na zakup i trzeba było kupować na kredyt? Jak kredyt został oprocentowany i pojawiły się procenty od procentów? Jak pojawiły się głód, bieda, bezrobocie, pijaństwo, frustracja, prostytucja, praca dzieci, płacz i zgrzytanie zębów? I mała grupka bogatych, z których najbogatszy był Bankier…

Dobry Boże, zapisał kronikarz, cóż za głupotę zrobiliśmy. Ani trzęsienie ziemi, ani powódź, ni wojna i ni zaraza, jeśli by nas nawiedziły, nie zrobiły by nam gorszej krzywdy niż te pozornie nieszkodliwe zmiany, jakie zasugerował nasz teoretyk. Wstrząsnął podstawami naszej gospodarki, zachwiał stosunki społeczne, zniszczył wszystko tak doszczętnie, że tylko gruz pozostał. Naród wyżywa się we wzajemnej nienawiści, jest zakłamany, uzależnionych od nałogów, a z chrześcijaństwa, którym sobie gębę wyciera, pozostała tylko nazwa. (…) Demokracja to nie jest tani towar na jarmarku, może ona i owszem sprawić, że państwo i społeczeństwo bądą przeżywały prosperity, ale tylko pod warunkiem, że cały naród zada sobie trud dogłębnego zbadania spraw państwowych. Ale tej prac Baratanie chcą sobie zaoszczędzić, wolą siedzieć w knajpie i wymądrzać się przy piwie…

Czy można się dziwić, że w pewnym momencie wszechwładny Bankier został królem i pojawiły się partie, gazety, szkoły, uniwersytety, policja i związki zawodowe, które miały za zadanie utrzymywać biednych w ryzach i baczyć, by nie zrozumieli, co jest powodem ich nędzy. Powstał też parlament, którego zadaniem było zapobieganie wszelkim próbom poprawy ich doli.

Eksperyment z wypróbowywaniem na wyspie wszystkich modelów gospodarki trwał 60 lat: przez 10 lat rządził komunizm, 25 lat było okresem wolnego pieniądza i 25 lat zużyto na realizację modelu nieludzkiego wyzysku kapitalistycznego.  W roku 1670 Baratarię odkryli Anglicy. Tak jak na całym świecie, tak i w królestwie rządzonym przez Króla-Bankiera, wprowadzono do obiegu złoty pieniądz. Nic to nie zmieniło w położeniu biednych i głupich, a może je nawet pogorszyło. Bo teraz każdemu biedakowi wydawało się, że jeśli tylko zdobędzie złoto albo 500 złotych…

Legenda o Warszawie – odcinek III

Wiktor Ostrowski

Puszcza

Odcinek rozpoczyna się wielostronnymi najazdami, odjazdami i panoramami puszczy. Będą tu zdjęcia zwierząt w puszczy, ptaków i zbliżenia małych zwierząt na tle drzew. Przez cały czas wstępu przyciszony chór śpiewa pieśń o puszczy.
(Ewentualnie może to być melodeklamacja)

Szumi puszcza, szumi las
W przedwieczorny, letni czas,
Ptaków zamilkł liczby rój,
Lis porzucił barłóg swój…
Szumi puszcza szczytem drzew,
Milknie z wolna zgiełk i śpiew,
Przemknął się w korzeniach wąż,
Sowa w gęstwi drzew śpi wciąż…
W krzakach bezszelestny ruch,
Coś bezszumnie – może duch,
Może południca zła
Między drzewa cicho szła…
Może z drzewa w dół na krzew,
Budząc Doli złość i gniew,
Skacze mały, zwinny skrzat,
Dobry duch, każdemu brat…
Szumią krzaki, chrzęści chrust
Coś jak chlupot, coś jak plusk:
Płynie rzeczka pośród mchów,
W głębi wody widać znów:
Ni to ryba, ni to dziw,
Ni topielec, ni to żyw,
W przedwieczorny opar wpadł,
Drzewem wstrząsnął – szyszek grad
Zeszłorocznych spada w dół,
A on na dno i w sam muł
Zarył się i cicho znów…
Puszcza… Duchów świat i snów…

Mała polana w puszczy. Słychać łkanie i ciężki, głuchy oddech. Głosy te zbliżają się i na polankę wbiega Bożenka. Biegnie coraz wolniej i wreszcie pada na ziemię, ciężko oddychając. Ma nadal związane z tyłu ręce. Poszarpane giezło, spalone od dołu, ledwie ją okrywa, jest cała zabłocona. Leży na kępie mchu i odpoczywa. Wzrok ma dziki i wystraszony. Przypomina w tym stanie śmiertelnie przerażone ranne zwierzę. Z wolna jednak przytomnieje, uspokaja się. Czujnie słucha, czy nie usłyszy pogoni – ale w puszczy poza gwarem ptaków nic nie słychać. Przy głowie dziewczyny rosną kępami jagody. Bożenka nachyla się i chciwie zrywa samymi ustami jagody – je. Bożenka podnosi się i nasłuchuje. Słyszy szmer wody. Parę kroków dalej płynie strumień. Bożenka wchodzi do wody, klęka, nachyla się i chciwie pije wodę. W tym momencie widzi duży, ostry głaz na brzegu strumienia. Podchodzi, siada tyłem do głazu, wybiera starannie pozycję i zaczyna trzeć sznur, którym ma związane ręce o ostry kamień. Ruchy jej, początkowo gwałtowne, stają się coraz bardziej miarowe i celowe. Uśmiecha się nawet, kiedy czuje, ze można tak przerwać sznur. Rzeczywiście, po pewnym czasie ostatnie nici sznura pękają i Bożenka wyciąga naprzód uwolnione ręce. Zdjęcie więzów teraz nie napotyka na trudności. Wraca do strumienia, zanurza obolałe ręce w wodzie, wykonuje nimi ruchy, aż do tego momentu, kiedy odzyskuje całkowitą władzę w rękach. Teraz zmywa z rąk i nóg kurz i błoto i przemywa poranione i obolałe miejsca. Już rękami zrywa leśne jagody i maliny. Opasała się sznurem i rozgląda się dokoła. Dokąd iść? Trzeba dostać się do rzeki i przepłynąć ją – dopiero tak – dziewczyna to dobrze rozumie – można zgubić ślad. Wyłamała z suchego drzewa ostry, długi kij i tak uzbrojona idzie wzdłuż strumienia. Strumień wkrótce zaprowadził ją do rzeki. Tę rzekę zna, tu przecież łowiła z ojcem. Nawet nie musi płynąć – odnalazła płycizny i tak przeprawiła się na drugi brzeg, idzie w dół rzeki, ale – nie chcąc zostawiać śladów idzie wodą przy brzegu. Bożenka spieszy się, chcąc przed nocą przebyć jak największy odcinek drogi. Zresztą nie wie właściwie, dokąd ma iść. Jedyny cel – to jak najdalej od grodu, od pogoni, od Rosława. Może jednak nie będzie pogoni? Może w grodzie uważają, że ona już została spalona?
Z wysiłkiem dziewczyna przebywa dalszy odcinek drogi. Zmrok zapada. Czas pomyśleć o odpoczynku. Znajduje rozłożyste drzewo, zwinnie wdrapuje się, mości sobie jakie-takie posłanie z liści w rozwidleniu gałęzi, przywiązuje się sznurem, do sznura przywiązuje kij i niemal natychmiast zasypia.
Dziewczyna we śnie widzi różne zjawy leśne. A może ona nie śpi i te istoty naprawdę są? Zjawiają się na polanie nad rzeką skrzaty, tańczą, śpiewają i wykonują różne mało zrozumiałe ruchy i czynności.
Bożenka nawet się ich nie boi, większą obawą przejmują ją zwierzęta, zwłaszcza duże, które tu schodzą się do wodopoju.
A skrzaty – nie. Nawet przysłuchuje się ich śpiewem i słyszy je dobrze.

Pieśń skrzatów:

W dzień spać, spać, spać, spać
W ciemnej nocy
Za trud się brać, brać
Ile mocy
Gdy w dół spadł liść, liść
Sprzątnąć trzeba
Na młyn z nim iść, iść
Upiec chleba
A młynarz skrzat, skrzat
Zaraz zmiele
Chce chleba brat, brat
Więc podzielę
Spadł dziś deszcz, deszcz, deszcz
Mucha tonie
Nie krzycz, nie wrzeszcz, wrzeszcz
Ja obronię
Więc muchę susz, susz
I już leci
Dość trudu już, już
Czas spać, dzieci
W dzień spać, spać, spać, spać
Głośno chrapać
W nocy wstać, wstać, wstać
W lesie człapać

Księżyc jasno świeci. W poświacie księżycowej puszcza wygląda, jak zaczarowana. Gałęzie drzew układają się w dziwne kształty. Może to nie gałęzie, a postacie. Może naprawdę na gałęzi siedzi rusałka. Czy ten nietoperz nadlatujący bezszumnie ma naprawdę ludzką twarz?
Czy to pojawia się mały, jasny obłoczek, czy też jakaś postać, która do puszczy spływa na promieniu księżyca. Chlupnęła woda w rzece, a może to z gałęzi coś skoczyło do wody. Kumkanie żab zlewa się w niemal ludzki chór głosów. Cała puszcza, cała rzeka i jej liczne rozlewiska żyją, śpiewają, wydają różne głosy, odbijane wielokrotnie echem w puszczy. Głosy stopniowo milkną, na księżyc nadchodzi czarna chmura, powiał wiatr i zaczyna padać rzęsisty deszcz.
Zaczyna świtać. Bożenka śpi na drzewie. Cała skulona. Przemoczone łachmany źle okrywają jej zziębnięte i przemoczone ciało.
Dziewczyna budzi się, odwiązuje od drzewa i w promieniach rannego słońca – bo właśnie przebiły się jego promienie przez rozpędzone chmury, rozprostowuje zziębnięte ręce i wyszukuje leśne jagody które chciwie je. Jednak nie jest to dostateczny posiłek… Bożenka schodzi na sam brzeg rzeki i po kilku krokach zatrzymuje się raptownie. Na brzegu leży nadłamany z jednego końca oszczep. Ale grot jest cały, tylko pokryty rdzą. Na samym brzegu widać ślad łodzi, która tu została wciągnięta. Na piasku ślady stóp ludzkich.
Bożenka rozumie. Tu był łowca, pewno polował. Odpłynął łodzią, a oszczep zostawił lub porzucił śpiesznie odpływając przed niebezpieczeństwem. Tak czy inaczej – jest broń. Bożenka odnajduje duży głaz i starannie trze grot o granit. Już grot zasrebrzył się czystym metalem, a koniec jego stał się ostry i gładki. Dziewczyna odnajduje mały krzemień, uderza nim o grot, wywołując iskry. Bożenka aż klasnęła w ręce z radości i w uniesieniu całuje oszczep. Ma broń i może rozniecić ogień. Teraz trzeba zdobyć pożywienie. Przechodzi na sam brzeg rzeki, zdejmuje giezło i, trzymając oszczep nad głową, wchodzi do wody. Na głębszej wodzie trzyma już oszczep na wyciągniętej ręce pionowo, grotem w dół i zamiera w bezruchu. Wie ona, jak łowić ryby na oścień… Błyskawiczny ruch i dziewczyna wyrzuca oszczep z wielką rybą na brzeg. Sama dopada w kilku susach brzegu. Ryba rzuca się, walczy. Dziewczyna chwyta ciężki kamień – uderzenie i ryba nieruchomieje. Bożenka odziewa się, zbiera gałązki i suchy mech, uderza grotem o krzemień, po kilku chwilach ognisko już zapala się. Dziewczyna dokłada gałązki, czyści rybę, nabija ją na gruby patyk, z dwóch innych robi podpórki i w ten sposób na ogniu piecze rybę. Widzimy ją następnie rozkoszującą się jadłem. Bożenka wypoczywa na słońcu, suszy swe łachmany i potem zawija połowę ryby w dół swego giezła, znów opasuje się sznurem i – uzbrojona w oszczep – idzie po wodzie wzdłuż brzegu w dół rzeki…

Piosenka Bożenki:

We mgle płynie wielka rzeka
Brodzę w wodzie
xxxxxxxxxxBrodzę w wodzie
Jaki los mnie, biedną, czeka
Wiedzą w grodzie,
xxxxxxxxxxWiedzą w grodzie
Gdzie Bożenka w dal ucieka
I gdzie brodzi
xxxxxxxxxxI gdzie brodzi
Kto od złego tego człeka
Mnie odgrodzi
xxxxxxxxxxMnie odgrodzi
Kto ucieka – ten nie zwleka
I uchodzi
xxxxxxxxxxI uchodzi
Bity pies też gryzie, szczeka
O to chodzi
xxxxxxxxxxO to chodzi
Cicho płynie wielka rzeka
Idę co dzień
xxxxxxxxxxIdę co dzień
Kto ucieka – nie narzeka
Woda chłodzi
xxxxxxxxxxWoda chłodzi
Może płynie już z daleka
Pogoń w łodzi
xxxxxxxxxxPogoń w łodzi
Rabą złego być człowieka
Bitą co dzień
xxxxxxxxxxBitą co dzień
Nie! uciekam, deszcz mnie sieka
I drżę w chłodzie
xxxxxxxxxxI drżę w chłodzie
We mgle płynie wielka rzeka
Brodzę w wodzie
xxxxxxxxxxBrodzę w wodzie
Wolność widzę, choć z daleka
Więc uchodzę
xxxxxxxxxxWięc uchodzę

W grodzie – pod nieobecność Rosława – niepodzielnie rządzi Dziwomir. Nagradza on sowicie swych sojuszników, pije miód z Sułkiem, który wykonywa zalecenia wróża. Woje Sułka są należycie karmieni i honorowani. Teraz wszystko im wolno. Wszelkie objawy nieposłuszeństwa ze strony młodzieży są natychmiast brutalnie tłumione. Toteż życie rybaków, zwłaszcza młodych chłopców i dziewcząt, staje się coraz cięższe, coraz trudniejsze.
Dagniew, Tur i inni towarzysze Warsza zmawiają się cichaczem i nocą zbierają się na puszczańskiej polanie, z dala od grodu, by postanowić o dalszym swym losie. Zbiera się około 30 chłopców, z trzech dziesiątek Warsza. Z nimi na naradę przychodzi tyleż dziewcząt. Każdy chłopak ma tu swoją dziewczynę. Czasami zmówioną z nim, a czasem dopiero sympatyzującą.
Zagaja wiec Dagniew. Mówi, że Dziwomir ze swoimi sojusznikami wyniszczą ich zupełnie, że w grodzie stanowią oni mniejszość, że nie potrafią nawet obronić dziewcząt przed napastliwością nowych przybyszy.
Jedyna rada – mówi Dagniew – to tą gromadą, którą my stanowimy iść precz z grodu. Iść ku wschodowi, przez puszczę. Tam płynie wielka rzeka i nad nią osiądziemy bronieni puszczą i odległością od prześladowców. Nie chcemy – mówi – niewoli. Tam założymy nowe swoje sioło, będziemy żyć w ciężkiej pracy, ale na wolności. Pracować będziemy dla siebie, a nie na komorników, obcych wojów, ciemiężców… Tu czekać, aż ci twoją dziewczynę zabiorą! Nie zwlekać – trzeba tylko uciekać.
Mówi Żywia, drużka Bożenki, dorodna, wesoła i zgadzająca się zawsze z losem, dziewczyna. Mówi – czekać, aż schwycą mnie, oddadzą niemiłemu, aż zrobią ze mnie niewolnicę, aż mnie spalą, jak Bożenkę? A gdzie indziej możemy żyć, jak wolni ludzie. Z nas żadna pracy się nie boi – mówi, uśmiechając się do Dagniewa.
Tur mówi krótko. Kto się decyduje – niech przedtem powie Dagniewowi, a on wyznaczy, kto ma co zabrać ze sobą. Nie możemy zaczynać nowego życia z pustymi rękami. A zabieramy ze sobą: broń – łuki, strzały, sulice i oszczepy, topory, piły, sprzęt do stawiania domostw i budowy łodzi. Tam żelaza – pamiętajcie – nie dostaniemy. Dalej odzież, zapasy jadła na długą drogę. Ziarno do zasiewu: reż, proso, groch, konopie i len. Sprzęt domowy, garnki a kotły – małe, ale musimy je mieć. Jak nas idzie kopa to rozłożym tak wiuki, żeby żaden nie niósł za dużo. Takich tobołów ma być mniej, niż nas jest, bo przed nami pójdzie kilku chłopaków z bronią i toporami pilnować dzikiego zwierza i torować drogę w puszczy. Może ktoś osłabnie tedy jego tobół poniesie inny czy inna – bośmy wszyscy i wszystkie są równi. Kto będzie gotowy niech powie mnie albo Dagniewowi. Dagniew nas prowadzi.

Ciemna noc bezksiężycowa. Gród i podgrodzie śpi. Stróża na wałach też się pospała. W końcu grodu, przez niestrzeżony wyłom w ostrokole, wymykają się kolejno obciążeni chłopcy i dziewczęta. Giezła podwinięte nie przeszkadzają w chodzie, ani biegu. Idą sznurem, jak duchy. Nie stuknie, nie zachrzęści broń. Nikt nie piśnie słowa. Daleko już od grodu, o wczesnym świtaniu, przeprawiają się przez rzekę i idą dalej przez dziewicza puszczę, kierując wciąż ku wschodowi.

Nawałnica w puszczy. Nad rzeką idzie z wolna Bożenka. Jest zmęczona i przemoczona. Cała dygoce z zimna. Zatrzymuje się, zbiera gałązki i stara się rozpalić ognisko. Ale mokry mech i mokre drzazgi nie chcą się zapalić. Bożenka bez sił opiera się o drzewo. Z osłabienia i bezsiły płacze…
Parę kroków od niej przechodzi łania. Dziewczyna nagle z nieoczekiwaną siłą rzuca oszczep w bok łani i rani ją śmiertelnie. Łania pada nieżywa. Bożenka odzyskuje siły. Przyskakuje do martwego zwierzęcia, ostrzem grota nakrawa jej skórę i, dobrawszy się do mięsa, odcina wielki jego kawał. Znów zbiera mach i gałązki – teraz w cieniu wielkiego drzewa udaje się jej rozpalić ognisko. Dziewczyna dokłada wciąż drzewa i w końcu wielkie ognisko rozpala się. Nad ogniem piecze się olbrzymi kawał mięsa. Teraz Bożenka, nacinając ostrożnie skórę łani, zdejmuje ją. Czyści zgrabnie i cała otula się w ciepłe futro. Mięso już upieczone. Bożenka zaczyna chciwie jeść, ale nagle widzi z dala kilka przybliżających się wilków. Dziewczyna chwyta upieczony kwa kawał mięsa, jeszcze drugi surowy. Chwyta płonącą głownię i rzuca ją w stronę zbliżających się wilków. Wilki cofają się nieco, a Bożenka skacze ze swoim ciężarem na drzewo, z wysiłkiem wspina się na niedostępną dla wilków wysokość, tam przywiązuje mięso i sama się układa w rozwidleniu gałęzi, jak w łożu. Dalej je mięso, przyglądając się, jak wilki rzucają się na ścierwo łani i pożerają je łapczywie. Zapada noc, wilki odeszły, Bożenka, otulona w ciepłą skórę, nasycona, zasypia.
Ranek. Dziewczyna zeszła z drzewa, zdejmuje skórę i starannie czyści ją grotem oszczepu i piaskiem. Przykrawa, łączy części tego nowego odzienia kawałkami swego porwanego giezła. Wkłada na siebie i śmieje się sama do siebie.
Znów rozpaliła ognisko i piecze pozostałe mięso. Z dala pojawia się wilk. Dziwne – bo już jest dzień. Ona potrząsa płonącą głownią i głośno krzyczy, ale wilk nie ucieka i nagle, głośno szczekając, przypada do stóp dziewczyny.
To nie wilk. To jej wierny pies, Ryk. Widać, że ogłuszony uderzeniem przy ówczesnej obronie Bożenki, nie zdechł, a tylko ogłuszony spłynął wodą. Widać, że polował w puszczy, jest silny i odpasiony. Bożenka ściska i całuje swego wiernego druha – już teraz nie będzie samotna. Taki pies – to pewna obrona.
Już pełny dzień. Bożenka idzie z psem przy nodze w dalszą drogę.

Finisaż

…wystawy Stanisław Kubicki (1889–1942) – Hermann Stöhr (1898–1940)

 

W miniony wtorek, 23.05.2017 w ratuszu dzielnicy Kreuzberg w Berlinie odbył się finisaż podwójnej wystawy

Stanisław Kubicki (1889–1942) – „Nicht unsere Werke sind wichtig, sondern das Leben”/ „Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie”

&

Hermann Stöhr (1898–1940) – “Das unmissverständliche Nein“/ “Nie, które na pewno znaczy Nie”.

połączony z wykładem kuratorki wystawy o Stanisławie Kubickim, dr Lidii Głuchowskiej.

Kuratorka wystawy Stanisław Kubicki (1889-1942) podczas oprowadzania po wystawie, Rathaus Kreuzberg, 2.05.2017, fot. Krystyna Koziewicz

Wygłoszony po niemiecku wykład, zatytułowany „Rückkehr der Grafiken – von Posen nach Berlin und zurück. Schicksal der Werke der polnischen Expressionistengruppe BUNT 1917-2017“, dotyczył donacji S. Karola Kubickiego, syna należących do grupy Bunt artystów – Margarete i Stanisława Kubickich – dla Muzeum Narodowego w Poznaniu i Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy w roku 2015.

***

Dwa dni przed finisażem kuratorka omówiła w Berlinische Galerie prace  Stanisława Kubickiego i jego żony, Margarete, a w oprowadzaniu publiczności asystowali jej studenci Instytutu Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Zielonogórskiego. W centrum uwagi znalazły się obrazy Wieża kościelna na tle wschodzącego słońca oraz Ekstaza Kubickiego oraz seria akwarel Kubickiej pt. Trzy skoki Wang Luna wykonanych jako ilustracje do powieści Alfreda Döblina o tym samym tytule.


Kuratorka, Dr Lidia Głuchowska ze studentami, pomiędzy dwoma obrazami Kubickiego – po lewej Wieża kościelna, po prawej Ekstaza; Berlinische Galerie, 21.05.2017, fot. Patrycja Wilczek-Sterna

Dr Lidia Głuchowska i studenci ISW WA UZ, przed obrazami Margarete Kubickiej w Berlinische Galerie, 21.05.2017, fot. Tri Minh Nguyen

W przeddzień finisażu w ratuszu dzielnicy Kreuzberg stowarzyszenie Städtepartner Stettin oraz Wydział Artystyczny Uniwersytetu Zielonogórskiego przygotowały towarzyszący wystawie warsztat artystyczny z udziałem uczniów Szkoły Specjalnej im. Marianne Cohn w Berlinie.

Warsztat obejmował wykład wprowadzający dr Lidii Głuchowskiej, zatytułowany

„Der Turmbau zu Babel Stanislaw Kubickis – Geschichte, Symbolik, Inspiration für die Gegenwartskunst”

Wykład dr Lidii Głuchowskiej (fot. Tri Minh Nguyen) dotyczący siły oddziaływania najsłynniejszej grafiki Kubickiego na sztukę współczesną oraz jej transformacji dokonywanych techniką kolażu i remake.

Następnie dr Patrycja Wilczek w asyście studentek Wydziału Artystycznego z Zielonej Góry – Katarzyny Smugarzewskiej i Marty Olejnik, a także uczestników programu Erasmus – Tri Minh Ngutyena i Sinh Truong Nguyena – przeprowadziła warsztaty artystyczne „Moja wieża Babel” zainspirowane symboliką linorytu Kubickiego.

Celem warsztatów było przekazanie dzieciom umiejętności wyrażania emocji za pomocą środków wizualnych oraz uświadomienie im potrzeby pojednania między narodami mimo różnic językowych. Pod przezroczystą folię z reprodukcją Wieży Babel dzieci wklejały m.in. swój portret i wycinki z różnojęzycznej prasy, przez co symbolicznie stały się uczestnikami procesu przebudowy świata, tak jak to sto lat temu postulowali twórcy awangardowi.

Dzieci i ich opiekunowe byli bardzo zadowoleni z udziału w warsztach, a dzieci stwierdziły wręcz, że w takich zajęciach mogłyby uczestniczyć nawet co tydzień. Sukces tego przedsięwzięcia, wpisującego się w społeczno-polityczny program wystawy Stanisław Kubicki (1889–1942) – Hermann Stöhr (1898–1940), potwierdzają ich uśmiechnięte twarze na pamiątkowej fotografii.

Uczestnicy warsztatów artystycznych, fot. Urszula Henke

Prace zostały oprawione przez dorosłych, ponieważ do produkcji passe-partout z czarnego kartonu trzeba było użyć ostrych noży.

Collage wykonane przez dzieci zostały umieszczone w oknach na I piętrze ratusza, na przeciwko wejścia do sali posiedzeń Rady Dzielnicy. Okazało się to znakomitą lokalizacją, bo już następnego dnia w sali odbyło się otwarte posiedzenie Rady, dzięki czemu wystawę obejrzeli zarówno radni, jak i licznie przybyli na spotkanie mieszkańcy berlińskiej dzielnicy Kreuzberg.

Interesujące było to, iż niektóre z dzieci tworząc prace wybrały nietypową perspektywę prezentacji tytułowego motywu, tak iż Wieża Babel stojąca na głowie bądź prezentowana w układzie horyzontalnym, symbolizowała świat w stanie chaosu, który należy „wyprostować”.

Wystawa powarsztatowa zaprezentowana zostanie również w Szkole Specjalnej im. Marianne Cohn w Berlinie, a potem w Polsce – w siedzibie Kuriera Szczecińskiego i w pomieszczeniach Uniwersytetu w Zielonej Górze podczas dorocznej wystawy Instytutu Sztuk Wizualnych.

Reblog: Jabłka Lutra czyli reformacja

 

 

 

 

Podobnie jak Leśmiana tak nowy rząd nie chciał też uczcić rocznicy Reformacji. Tymczasem gest Martina Lutra, który 31 października 1517 roku przybił na drzwiach kościoła zamkowego w Wittemberdze słynne 95 tez o pokucie, było to wydarzenie, które zmieniło bieg historii… W nieregularnym rytmie, trochę tak jak mi się coś nasunie, będę tu publikowała teksty o Reformacji, również w Polsce.

Pierwszy dzień tych działań nie został wybrany przypadkowo. W maju zaczynają się w całych Niemczech obchody tej wielkiej rocznicy i będą trwały pół roku. Dziś w Berlinie i w Wittemberdze zaczyna się zlot wiernych czyli Dzień Kościoła (Kirchentag), na który przyjeżdża ulubieniec berlińczyków – Barack Obama.

Zaczynam od zreblogowania tekstu, który w listopadzie 2011 roku został opublikowany na blogu Jak udusić kurę…

Danuta Starzyńska-Rosiecka

Jabłka Lutra

Gottfried Benn

O co szło Lutrowi z ta jabłonką?
O koniec świata nie dbam – on też mrzonką –
Przed swoim stoję jabłoniowym sadem
I ze spokojem czekam na zagładę –
jam w Bogu, co po tamtej stronie świata
atutów dość ma w talii swej do skata –
świat może się roztrzaskać jutro cały,
ja wiecznie będę Jego, gwiezdnotrwały –

czy o to się staremu rozchodziło?
raz spojrzał na swą Kate miłą
i wypił jeszcze piwa dobrą kwartę,
i poszedł spać, nim zacznie się o czwartej?
Doprawdy byłby mężem jakich mało,
do dziś podziwiać by go należało.

Tłumaczył Jacek St. Buras

(…) 31 października to nie tylko Halloween, ale także Święto Reformacji; jest ono jedynym oryginalnym świętem ewangelickim. Nawiązuje bezpośrednio do wywieszenia w 1517 roku przez Marcina Lutra 95 tez na drzwiach kościoła w Wittenberdze. Wydarzenie to dało początek dyskusji nad odnową Kościoła i zainicjowało rozłam w Kościele zachodnim. Pamiątka Reformacji nie jest świętem ku czci Marcina Lutra i innych reformatorów. Ma na celu przypomnieć dziedzictwo intelektualne, kulturalne i muzyczne. Luteranie traktują to święto, jako podkreślenie roli Biblii w życiu chrześcijan.


Wittemberga, kościół zamkowy

Wittemberga, drzwi kościoła zamkowego – 95 tez Lutra

Kilka lat temu byłam jesienią Wittenberdze. Wspaniałe nieduże senne zabytkowe miasto przesiąknięte duchem Lutra i luteranizmu. Jeśli tam kiedyś zawędrujecie, koniecznie odwiedźcie Dom Lutra i Muzeum Reformacji. To jedno z najciekawszych muzeów historycznych, jakie kiedykolwiek widziałam, do tego ekspozycja na miarę XXI wieku. W jednej z sal jest tzw. izba Lutra – surowe, stare wnętrze z epoki.

Wittemberga, izba Lutra

Ku pokrzepieniu po wizycie w Muzeum polecam smakowitą zupę dyniową w muzealnej kawiarni. Polecam też „Ucztę Lutra”. Uczta to specjalna kolacja, którą trzeba zamawiać z wyprzedzeniem. Podczas tej kolacji serwowane są tylko dania takie, jakie jadano w czasach Lutra i tylko z ówczesnych produktów, czyli pieczone i gotowane różne kawałki mięs oraz dużo pieczonych i gotowanych warzyw: marchew, brukiew, pasternak, cebula, kapusta, groch. Podawane jest to w wielkich kamionkowych misach;  je się też z kamionkowych naczyń. Było przepyszne, mimo prostoty dań i prostoty wykonania, to siła potraw ze znakomitych produktów.  A oto witryna restauracji zachęcająca do zamówienia uczty.

Wittemberga, uczta Lutra

Nie pamiętam by uczcie towarzyszył jakiś deser. Wydaje mi się, że jednak mógłby; proponuję deser bardzo prosty, pasujący do luterańskich pieczonych warzyw  – pieczone jabłka.

Ścinamy 1/3 część jabłka wraz z korzonkiem i wycinamy gniazdo nasienne. Do środka wkładamy nadzienie według fantazji: łyżeczkę cukru z cynamonem lub garść rodzynek i łyżeczkę miodu, albo dwie kostki czekolady, albo dwie łyżeczki konfitury z żurawin lub z róży (fantazja nie zna granic). Przykrywamy ściętą górą jabłka, zawijamy w folię aluminiową i wstawiamy do rozgrzanego piekarnika. Pieczemy w temperaturze 180·C przez ok. 30 minut (bardzo duże jabłka piec dłużej, nawet około 40 – 45 minut). Podajemy gorące, wyjęte z folii. Można podawać z gałką lodów waniliowych lub z bitą śmietaną.  Jak kto lubi.

Moja wersja pieczonych jabłek z czasów Lutra – to jabłka wypełnione tylko miodem, pieczone bez folii.

Wszystkie zdjęcia: Autorka

***

Wydaje mi się, że może warto przypomnieć, jakie Tezy sformułował Martin Luther czyli Marcin Luter, bo podejrzewam, że NIKT nie wie. Ja też nie wiedziałam, ale oczywiście w sieci wszystko można znaleźć. TU, na stronie luteranie.pl tezy po polsku. Zostały napisane po łacinie.

Amore et studio elucidande veritatis: hec subscripta disputabuntur Wittenbrge. Presidente Reverendo Patre Martino Lutther Eremitano Augustiniano Artium et Sacrae Theologie Magistro: eiusdemque iibidem lectore Ordinario. Quare petit: vt qui non possunt verbis presentes nobiscum disceptare: agant id literis absentes. In nomine domini nostri Iesu Christi. Amen.

Zwróćmy uwagę na przykład na tezę 92: Więc precz z prorokami, którzy wołają: pokój, pokój, pokój, a pokoju nie ma (Ezech. 13,10.16).

Barataria 18 Silvio Gesell i Wolna republika Barataria

Spotkaliśmy się z nim już w zeszłym tygodniu.

Silvio Gesell

w książce Cudowna Wyspa Barataria wykłada podstawowe zasady gospodarki pieniężnej tak, by ją pojął każdy głupi.  Tłumaczyła i skróciła to dla Was, Drodzy Czytelnicy, Ewa Maria Slaska

Z życia Baratonów

 Wyspa Barataria leży na tej samej szerokości geograficznej, o 360 stopni na zachodni wschód od wyspy Utopia. Nazwana została tak dlatego, że barato znaczy tani, a wszystko było niesamowicie tanie na Baratarii. Ale nie w lichwiarskich sensie, kiedy to otrzymujesz dużo towarów za mniejsze pieniądze – bo to nie oznacza, że korzyści miałby producent, lecz przeciwnie, musi on oddawać swoje towary za małe pieniądze. Nie, na Baratarii wszystko było tanie i należy to rozumieć w duchu polityki społecznej – lud pracujący, bez wyjątku, otrzymywał dużo, choć musiał po temu wykonać mało pracy. Zagadkowe, wiemy, ale spróbujemy to wyjaśnić.

Wyspa została skolonizowana w 1612 roku przez 500 hiszpańskich rodzin. Wracały do domu, a że ich statki zniknęły bez śladu, w Madrycie przyjęto bez zastrzeżeń, że koloniści zginęli wraz ze swoimi karawelami. O wyspie zapomniano, co sprawiało że przez długi czas Baratanowie żyli całkowicie odcięci od świata.

Przypomnijmy, że w tym właśnie czasie nasz Sancho Pansa zarządzał w Hiszpanii wyspą Barataria. Cervantes pisał o sierpniu roku 1612, Zitzenbacher wręcz o roku 1600. Pierre i Jean Laffitte, koloniści francuscy i słynni piraci, zajęli prawdziwą bagnistą wyspę Baratarię, położoną w płytkich wodach Zatoki Nowoorleańskiej,  jeszcze w stylu wieku XVIII, ale już w roku 1803 czyli dopiero dwa stulecia później.

Wzorem najlepszych powieści szkatułkowych w tym miejscu pojawia się nowe źródło, z jakiego czerpiemy wiadomości o życiu Baratonów – Kroniki probostwa Villapanza czyli Miasta Pansy. Prawdziwa, położona w pięknych ogrodach Villa Panza znajduje się we włoskim mieście Varese i nie ma probostwa, ale daruję już Czytelnikowi dalsze wycieczki tym nowym tropem. Wracamy do naszych baranów. Jak się potem okaże, Villapanza jest stolicą wyspy…

Początkowo Baratarianie stosowali gospodarkę komunistyczną. Ale już w 10 lat po tym, jak koloniści wylądowali w Baratarii, zostali oni wezwani przez nauczyciela Diego Martineza, aby omówić wprowadzenie gospodarki opartej na własności prywatnej. Wezwanie  to brzmiało następująco:

Uwaga, pojawia się kolejny narrator,  tym razem uczestnik omawianych zdarzeń. Policzmy więc: Cervantes opowiada historię Don Kichota, jego imitator Alonzo Fernandez de Avellaneda naśmiewa się z niej, na co Cervantes po 10 latach odpowiada w roku 1614 drugą częścią, gdzie to Sancho Pansa wskutek okrutnego żartu Księstwa Villahermosa, zostaje gubernatorem wyspy Barataria. Jednocześnie koloniści hiszpańscy na Karaibach zakładają osadę na wyspie, nazwaną przez nich Barataria. Niejaki Juan Acratillo, co się wykłada Jan Bezpański, w  roku 1675 opowiada ich dzieje w pewnym rękopisie, opierając się jednak na kronikach proboszcza miasta Villapanza, stolicy wyspy, ten zaś korzysta z relacji nauczyciela z Baratarii Diego Martineza. Pedro Tramposo (Piotr Oszust), odnajduje rękopis, Klaus Rosenfeld go tłumaczy na niemiecki, Silvio Gesell wydaje tę historię drukiem, i wreszcie ja, tłumaczka i interpretatorka światowych tropów wiodących do i z Baratarii, Ewa Maria Slaska. Jestem dziesiątą narratorką. I każdy z nas, na każdym etapie mógł tę opowieść wymyślić, przeinaczyć lub nagiąć do swoich celów. Celem Silvio Gesella jest udowodnienie, że kapitalizm i socjalizm są do niczego, a jedynym wartym uwagi sposobem gospodarowania jest “wolny pieniądz”. W jego imieniu Diego Martinez, nauczyciel wiejski tworzy manifest:

Gospodarka komunistyczna, której do dziś pozostaliśmy wierni, z pewnością pozwoliła nam osiągnąć więcej, niż większość z nas się spodziewała, ale nie może ona spełnić wszystkich naszych oczekiwań, nie zapewnia nam bowiem pełnej osobistej wolności, niezależności i poczucia odpowiedzialności. Jako że koszula jest bliższa ciału niż spódnica, tak samo jest z egoizmem i altruizmem, z instynktem samozachowawczym i instynkte zachowania gatunku. Nie wszyscy w jednakowym stopniu ponosimy odpowiedzialność za wszelkie nasze działania i lub ich zaniechanie. Niech ktoś przez niewagę zostawi jedno z narzędzi na polu, niech ktoś inny źle zadba o chorego konia, niech ktoś lekkomyślnie igra z ogniem, zbuduje dom na wadliwych fundamentach czy źle zaplanuje jego budowę. Nie ma sprawcy szkody, ale mimo to własność publiczna ponosi szkodę. Codziennie tracimy przez zaniedbanie. Siano wczoraj nie zebrane, przemarzło, podobnie stało się z truskawkami, bo nikomu nie chciało się podjąć trudu, aby ochronić je przed przymrozkiem. Nikt nie chce pracować szybciej niż inni – już chociażby dlatego by tych innych nie zawstydzić – ci, co pracują najwolniej, nadają tempo wszystkim. Kiedy gruby Gomez ogłasza koniec pracy, wszyscy porzucają narzędzia, tam gdzie ich akurat używali. Dzieje się u nast tak, jak to ma miejsce w plątaninie zbyt wąskich uliczek, gdzie wół  obładowany wielkimi koszam zatarasuje drogę wszystkim innym pojazdom i narzuci im tempo posuwania się naprzód. Inaczej by było, gdyby każdy miał prawo własności do tego, co produkuje własną pracą. Wiele można by zrobić inaczej i lepiej. Dziś jednak, jeśli chcemy zrobić coś lepiej, musimy najpierw uzyskać zgodę towarzyszy w długiej i szerokiej debacie. W gadaninie zatraca się zwykle najważniejszy sens proponowanej zmiany, a pamiętajmy, że i tak uzyskasz tylko to, co zrozumie większość, a wiemy, że nie jest to dużo. Rzeczy, które dla ich zrozumienia wymagają pogłębionej analizy, nie można rozstrzygać demokratycznie. Nasi wynalazcy pozostają więc bezczynni, bo wiedzą, że nie uda się im uzyskać zgody na dalsze badania. Dla większości to, czego nie znają, na zawsze pozostanie utopią.

Oczywiście słownictwo i problematyka tego wezwania nie mogły wyjść spod piór autorów żyjących w XVII wieku na tropikalnej wyspie Barataria. Zmarnowane siano  czy truskawki zwarzone przez nocny przymrozek to doświadczenia Silvia Gesella z pobytu w utopijnej komunie producentów owoców Eden w Oranienburgu koło Berlina. Anachronizmy i lokalny koloryt z regionu Brandenburgii pojawiają się w całym tekście. Baratoni wprowadzają prywatną własność ziemi, podział usług i wyrobów, a zatem będą potrzebowali pieniądza, którego siłę nabywczą obliczać się będzie w ziemniakach, bo jest to najłatwiej dostępny i najważniejszy produkt lokalnego rolnictwa. Martinez obiecuje Baratonom, że pieniądz zaspokoi ogólne pragnienie wolności, własności, odpowiedzialności i samodzielności.

Przez moment zastanawiano się nad tym, czy by jednak nie wprowadzić pokrycia pieniądza w guanie, jako że było ono na wyspie jeszcze łatwiej dostępne niż ziemniaki, w końcu jednak zwyciężyła frakcja ziemniaczana, a to dlatego że w głosowaniu mężczyźni opowiedzieli się wprawdzie niemal jednogłośnie za guanem, ale kobiety – z przyczyn estetycznych – wybrały ziemniaki, a kobiet było więcej. Bank wymieniał ziemniaki na papierowy pieniądz, a pieniądz na ziemniaki. Jednostką wagi przy wymianie był centnar, co nadało też nazwę barataryjskim banknotom. Ciekawostką niech będzie fakt, że inicjator reform został dyrektorem narodowego banku ziemniaczanego.

System monetarny Baratarii zdecydowanie lepiej odpowiadał by zasadzie “towar za pracę” niż jakikolwiek system oparty o ekwiwalent pieniądza w złocie, ponieważ w okresie kryzysu można było po prostu produkować więcej ziemniaków, czego ze złotem już się nie da zrobić. Ziemniaki miały oczywiście tę wadę, której złoto nie miało, a mianowicie podlegały zniszczeniu. I była to największa zaleta tej waluty tak jak każdego “wolnego pieniądza”. Według obliczeń Martineza były to straty w wysokości 20%, co jednak w niczym nie zmieniło siły nabywczej papierowych centnarów. Po dwóch latach zrezygnowano wręcz z wymiany 1 centnara monetarnego na 100 kilo ziemniaków.  Pokryciem pieniądza były tylko i wyłącznie towary, które zostały wyprodukowane i  znajdowały się na rynku. Ciekawostką systemu Gesella-Martineza była propozycja, żeby wszystkiemu nadać wartość pieniężną, również pojęciom abstrakcyjnym, takim jak demokracja.

Z uwagi na problem z przechowywaniem w sejfach banku kartoflanego gnijących a zatem cuchnących kartofli niezmorodowany Martinez zaproponował po kilku latach zmianę systemu na, jak to określił, “coś w rodzaju pieniądza muszlowego Hotentotów” (tak, tak, Muschelgeld der Hottentotten! w dzisiejszych czasach sformułowanie z uwagi na political incorrectness absolutnie niedopuszczalne) czyli na pestki szyszek pinus moneta (sosny pieniądzodajnej), zwane potocznie orzeszkami piniowymi. Późniejsi komentatorzy zaproponują wręcz, by pieniądz piniowy – Pininegeld – nazwać… Pinunzen, pieniądze, ma to sens, bo nazwy są podobne w brzmieniu, ba, twierdzi dalej pan Starbatty, zachodzi nawet podejrzenie, że owo używane w… dialekcie szwabskim słowo pochodzi od słowa pinia. O tym, że jest to polskie określenie pieniędzy komentator nic nie wie, podobnie nie wie, że jest to zniekształcone słowo fenig, co było groszem niemieckim, ale wybaczmy mu, bo nie wie też, że Barataria to wyspa z powieści Don Kichot i że Villapanza to miasto naszego miłego giermka, Sancho Pansy…

To nie jest pieniądz z Baratarii tylko srebrna kanadyjska dwudziestodolarówka z kolorową gałązką sosny nabrzeżnej (Pinus Contorta) (no ale, co wolno wojewodzie…). Na świecie znajduje się 8500 takich monet.

Na wyspie – i to w samym jej środku rosło drzewo (Eden! Eden!). Była to jedyna tutejsza pinia, (choć podobno na Madagaskarze rosną nieprzebyte lasy sosny monetarnej). Otoczono ją murem i tak to elegancki i schludny obiekt dendrologiczny zastąpił smrodliwe na przednówku skarbce ziemniaczane. Te zostawiono zresztą tam, gdzie były, wychodząc z założenia, że ich całkowity rozpad będzie oznaczał abstrakcyjne przejście wartości zawartej w ziemniakach na wartość orzeszków piniowych. Autor dodaje, że choć nikt w Baratarii nie rozumiał, o co chodzi, Baratoni i tak zaakceptowali te propozycje.

Wszystkie reformy wprowadzone przez niestrudzonego Diego Martinez nieodmiennie prowadziły do dalszego wzrostu powszechnego dobrobytu, który, o dziwo, “wcale nie rozpadał się na bogactwo i nędzę, jak to się dzieje w systemach opartych o pieniądz niezniszczalny”. Nie było kryzysów i bezrobocia. Niewiele było też przestępstw, a niezależnie od tego, co było monetą obiegową, od pożyczek nie pobierano procentu, ani na konsumpcję ani na inwestycje. Było to w pełni zrozumiałe, lepiej bowiem pożyczyć komuś centnar ziemniaków lub kilo orzeszków i otrzymać za rok w takiej samej ilości świeży towar z nowych zbiorów, niż trzymać swą własność w sejfie, gdzie mogła spleśnieć, zgnić lub zeschnąć.

Bezprocentowy pieniądz pozwalał tanio produkować, tanio budować i tanio inwestować. Jedynie handel pobierał niewielki procent, który był ceną za produkt z jego pomocą wytwarzany, czyli transakcje kupna-sprzedaży. Nie było oszczędności, bo psujący się pieniądz nie dawał się oszczędzać, i bardziej się opłacało zamieniać go na zapasy towarów…

Zauważmy, że ktokolwiek naprawdę był autorem tych rozważań, a był nim najpropodobniej jednak Gesell, zapisał on je na dobre pół wieku zanim niejaki Nixon (prezydent zresztą) zwolnił bank USA z obowiązku wypłacania każdemu za każdego dolara jego ekwiwalentu w złocie. Wszystkie więc dalsze rozważania na temat dystopijnej gospodarki Baratarian jako modelu dającego się z powodzeniem zastosować zawsze i wszędzie, już się chyba zdezaktualizowały. Ale w latach 30 eksperyment można jeszcze było swobodnie ralizować i przypominam, że się powiódł – pisałam już tydzień temu o austriackim miasteczku Wörgl.

Powiedzmy więc tak, był moment w naszej historii, kiedy jeszcze mogliśmy zrezygnować z kapitalizmu i socjalizmu i wprowadzić na świecie wolny pieniądz.

Ale niestety, zarówno w Wörgl jak i w Baratarii zarzucono w pewnym momencie ideę niszczejącego pieniądza, a jak to się skończyło – wiemy, w realnym miasteczku wolny pieniądz został zakazany, w Baratarii…

Ciąg dalszy za tydzień 🙂

Legenda o Warszawie – Odcinek II

Wiktor Ostrowski

Stos ofiarny

Warsz z kilkoma innymi niewolnymi zostali doprowadzeni nad rzekę. Tam już pod strażą czekają inni niewolni, schwytani wcześniej, skierowani są oni do ciężkiej pracy. Warsz – jako rybak – ma teraz dla  Prusów łowić ryby. Otrzymuje sieć i małą łódkę. W ciężkich dwóch łodziach zbrojni Prusacy pilnują więźniów. Praca jest i musi być wytężona. Za każde nieposłuszeństwo winny karany jest chłostą. Nawet bez powodu okrutni oprawcy biją swe ofiary, ponaglając ich do bardziej wytężonej pracy. Warsz jednak nie rezygnuje z zamiaru ucieczki, wypatrując sposobnej chwili. Na razie jednak praca jego jest wytężona, chce on bowiem zaskarbić sobie zaufanie i przez to osłabić czujność Prusów.

Komora w chacie Rosława

Na wiązce słomy leży Bożenka. Już  zdjęto jej więzy, ale komora jest zamknięta. Ryś i Kyś, zmieniani  przez innych pachołków, cieszących się zaufaniem Rosława, pilnują i nie dopuszczają do chaty nikogo.  Wiadro z wodą, kawał chleba, a dwa razy dziennie pachołek nosi jej miskę kaszy. Dziewczyna,  mimo osłabienia i rozpaczy, zmusza się do jedzenia – jednak ma  nadzieję, jednak chce odzyskać siły, jednak marzy ciągle o ucieczce, o wyzwoleniu.

Słychać kroki zbliżających się mężczyzn, wchodzi dwóch pachołków, bez słowa chwytają Bożenkę, wiążą jej ręce z tyłu i wychodzą. Wchodzi Rosław z pletnią w ręku i również milcząc, bez  litości smaga już i tak obitą Bożenkę po całym ciele. Nasyciwszy  swój gniew, rozwiązuje jej ręce, kopie pogardliwie i odchodzi.

Na polanie, pod starym rozłożystym dębem, zbiera się wiec  starców. Siadają oni dostojnie na kłodach. Rosław zagaja wiec.  Mówi najpierw o połowach, zbiorach żyta, konieczności zwiększenia  dostaw suszonej i wędzonej ryby dla księcia i jego wojowników ze  względu na pochód przeciwko Prusom, a następnie mówi o pożarze  lasu i tu prosi Dziwomira o omówienie sprawy ofiary dziękczynnej  dla Dadźboga. Przy dźwięku tego słowa wszyscy pochylają się w kornym pokłonie. Dziwomir mówi krótko. To – jego zdaniem – Bożenka  w  czasie swej ucieczki zaprószyła ogień w lesie. On, Dziwomir,  uprosił Dadźboga o darowanie klęski, ale obiecał za to krwawą ofiarę. Nie baran, nie wół ma być spalony na ofiarę, ale dziewczyna.  Tą ofiarą nie może być nikt inny, jak Bożenka, ona właśnie przecież  – dowodzi kłamliwie wróż – zawiniła, ona spowodowała klęskę, która  tylko dzięki modłom i obietnicom została oddalona.

Wiec uchwala spalenie Bożenki na stosie – na ofiarę dla Dadźboga. Ta decyzja zostaje podana do wiadomości przez obwoływacza. Dziwomir osobiście zawiadamia o niej rodziców Bożenki i czyni to  tak, że Dabor i Rada są przekonani, że spalenie Bożenki wywyższy ją i wsławi. Są oni tak przekonani o konieczności posłuszeństwa  wobec Dziwomira i Rosława, że nawet nie protestują i nie biadają.

Chata Rosława

Wyprowadzają z komory Bożenkę. Jest ona w  strzępach giezła. Na ramionach, plecach i nogach widać bardzo liczne ślady od uderzeń pletni. Trzy stare kobiety, prawdziwe wiedźmy,  narzucają Bożence na jej łachmany giezło godowe, białe i  stroją ją w kwiaty. Na głowę zakładają jej również kwietny wieniec. Osmagane ramiona zakryły się zielenią i  kwiatami. Ręce  wiążą jej do tyłu i do rąk przywiązują dwa sznury, również przeplecione kwiatami. Teraz dwóch starców bierze za końce sznura i prowadzą ją na błonie za grodem. Na błoniu zbity tłum, przeważają  starsi rybacy i rybaczki. Młodzież ciśnie się z tyłu. Dziewczęta płaczą, a chłopcy bezsilnie zaciskają pięści. Jest ich zbyt mało na bunt i nieposłuszeństwo. Wśród śpiewów, dźwięków kapeli i okrzyków doprowadzają Bożenkę  do wzniesionego na błoniach stosu ofiarnego i tam uroczyście wprowadzają na stos. Przywiązują dwa sznury do dwóch pali i wróż rozpoczyna przed stosem modły ofiarne. W momencie ich rozpoczęcia  obecni padają na twarz, nie śmiejąc podnieść głów. Wróż w stroju  obrzędowym, z końską skórą na ramionach, w czapie z kory brzozowej,  z długą laską w ręku, wydaje z siebie niesamowite głosy, wyje,  piszczy, drgawki nim wstrząsają, wpada w trans, skacze i obraca się, przypada do ziemi i zrywa się w podskokach, wreszcie zamiera bez  ruchu w nieprawdopodobnej pozie. W tym momencie Rosław daje znak  i dwóch pachołków z dwóch stron trzymanymi przez nich cały czas  płonącymi łuczywami podpalają stos.

Śpiew i krzyki wzmagają się, stos powoli rozpala się, dym zaczyna się wznosić ku górze. Nagle, od strony grodu słychać sygnały: bębny i chrapliwy dźwięk rogu. Trwoga! Na gród widać następuje nieprzyjaciel! Tłum bezładnie gna schronić się za wały grodowe. Z dala widać jak  ludzie chwytają sprzęty, gnają bydło i spieszą do bramy grodowej.

Kilka chwil i całe błonie, i całe podgrodzie pustoszeje. Pozostaje  tylko płonący stos i dymy. Kurz odgradza zupełnie stos od grodu.  Ogień rozpala się coraz mocniej i zajmują się już te belki,  na których stoi przywiązana Bożenka.

Ale ogień, zanim do niej dotarł – doszedł do pali. Jeden z  nich, widać bardziej smolny zapłonął jasnym płomieniem. Sznur przepalony głośno trzasnął i z jednej strony zwolnił dziewczynę.

Bożenka ze stanu półprzytomnego bezruchu przeszła natychmiast  do czynu. Rzuca się w stronę drugiego słupa i, nie zwracając uwagi  na to, że godowa jej szata już od dołu płonie, zdołała podpalić drugi sznur płomieniami. Dwa kroki i od strony tylnej, jeszcze nie  palącej się, stosu, skacze w dół – prosto w bajorko. Przewraca się  i – tarzając się w błocie i wodzie – gasi płomienia na gieźle, zrywa się, dziko krzycząc, biegnie w stronę puszczy, wlokąc za sobą długi sznur. Dym i kurz zasłaniają dziewczynę całkowicie od  strony grodu. Biegnie bez wytchnienia, przewraca się, zrywa i dalej biegnie, aż znika wśród pierwszych krzewów puszczy.

W grodzie nikt już nie dba o spaloną zapewne dziewczynę. Od strony przesieku w puszczy zbliża się silny oddział wojowników.  Wrota od strony podgrodzia są już zamknięte – brama spuszczona, dyle  mostu zerwane. Rosław nie każe jeszcze zrywać dyli od głównej  bramy, ale dwóch ludzi z toporami są gotowi do wykonania tego w jednej chwili. Rosław zarządza obronę grodu, rozstawia ludzi na wałach gotują gary z wrzątkiem. Jest on niespokojny, bowiem brak trzydziestki Warsza mocno osłabił obronę.

Wreszcie na drodze zjawia się – już dobrze widoczny z grodu –  idący oddział, w którym wkrótce ludzie poznają oddział Warsza.  Trwoga zmieniła się w radość. Rosław dowiaduje się, ku swojej uldze, że oddział wrócił, ale bez dowódcy. Dagniew oznajmia grododzierżcy, że Warsz albo jest zabity, albo ranny i został po tamtej, pruskiej stronie.

Razem z oddziałem Warsza przybył do grodu silny, kilkadziesiąt ludzi liczący oddział przysłany tu na odpoczynek i dokarmienie.  Ich dowódca, Sułek, starszy woj, zaprawiony w bojach, wita się z  Rosławem, żąda wygodnych legowisk dla swych ludzi, a przede wszystkim dla siebie. Rosław obiecuje wszystko, liczy tylko na to, że nowi woje pomogą mu utrzymać porządek wśród jego gromady. Sułkowi  tylko w to graj. Obiecuje sobie, że przy okazji utrzymania tego  porządku potrafi on niejedno zrabować i że żyć tu będzie wygodnie i  syto.

Dziwomir – zaraz po stwierdzeniu, że Warsz nie powrócił, wymyka się z grodu i spieszy na błonie. Stos się już dopalił. Wróż  szuka zwęglonych kości i nie znajduje. Obchodzi zgliszcza stosu  i odnajduje opalone skrawki gíezła, ślady stop Bożenki, widoczne w  błocie, a potem w piasku. Widzi, że dziewczyna uratowała się z płomieni i zbiegła do puszczy.

Wróż zaciera starannie ślady i wraca  do grodu.

Tam rozmawia z młodymi ludźmi, którzy już wiedzą o spalaniu  Bożenki i pałają chęcią wywarcia pomsty. Wróż przekonywa ich, że  to Rosław, mszcząc się za zniewagę, kazał Bożenkę spalić, choć on  się temu sprzeciwiał í zaleca młodzieży zachowanie spokoju przez  dwa dni, a potem Rosława spotka zasłużona kara.

Następną rozmowę wróż przeprowadza z Rosławem. Mówi mu o tym,  że Bożenka zdołała uwolnić się z więzów i zbiegła w puszczę. Namawia go, wobec wrzenia w grodzie, żeby Rosław udał się w pogoń za  zbiegłą. Podczas jego nieobecności zdoła on, przy pomocy Sułka i jego wojów, zaprowadzić ład w grodzie. Bożenki trzeba szukać wzdłuż rzeki, tylko brzegiem może ona wędrować. Ona – rybaczka – w rzece  są ryby i tylko idąc wodą może się czuć bezpieczna.

Zatem – dobra łódź i dwóch pewnych ludzi – najlepiej Rysia i  Kysia – obu dobrze uzbrojonych. Po schwytaniu Bożenki – cichcem  zabrać ją do komory, tak, żeby nikt o tym nie wiedział. Sprawą Rosława jest zmusić dziewczynę do posłuszeństwa. On – Dziwomir – bierze na siebie objaśnienia ludziom, skąd się Bożenka wzięła. A potem, kiedy już ona z wolą, czy bez niej, zostanie żoną Rosława –  jego sprawą będzie, jak się dalsze losy potoczą, ale chyba po raz  drugi już jej Rosław nie każe spalić. Będzie miał w domu piękną  i pokorną niewolnicę. To już sprawa Rosława.

Długo tak radzą dwaj starcy, chodząc nocą po brzegu rzeki.  Wreszcie Rosław zgadza się na ten projekt.

Tej samej nocy Ryś i Kłyś wyładowują łódź zapasami żywności,  przenoszą swe tarcze i miecze do łodzi i czekają na Rosława, obiecując sobie wesoła i korzystną wyprawę. Oddzielnie wróż mówi z nimi. Obiecuje chłopcem dostojeństwa  i dostatek za wykonanie takiego rozkazu: Po schwytaniu Bożenki mają znienacka zabić Rosława i dowieść Bożenkę do grodu, do chaty Dziwomira.

Wróż jednak ma inny zamiar: da pachołkom syty í zatruje ją. Kiedy już obaj będą nieżywi, załaduje ich nocą na łódź i z dala od grodu wrzuci do wody. Wodą ciała spłyną daleko. A Bożenkę  – projektuje z lubieżnym zadowoleniem wróż – przechowam u siebie.  Potrafię zmusić ją do uległości.

Następnie rozmawia z Sułkiem. Przy dzbanie miodu wróż  mówi o jakiejś tajemniczej wyprawie, którą przedsięwziął Rosław,  wyraża powątpiewanie w jej powodzenie i napomyka, że przecież Sułek  mógłby lepiej być grododzierżcą. Obaj zgadzają się, iż w razie  objęcia grodu przez Sułka – przymierza między nim a Rosławem będzie  trwałe i korzystne dla obu. Jednak pierwszy warunek – to  surowy rygor w grodzie, zwłaszcza ostre postępowanie z młodymi.

Noc księżycowa. Do łodzi, w której pachołki czekają, wchodzi  Rosław w zbroi, z sulicą, łukiem, tarczą i strzałami.  Wróż żegna się z grododzierżcą i łódź cicho odpływa. Zaczyna  się pogoń.

Der Turmbau zu Babel

Jeszcze o wystawie Stanisław Kubicki (1889–1942) – „Nicht unsere Werke sind wichtig, sondern das Leben”/ „Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie”.  We wtorek wystawa dobiega końca w oprawie trzech wydarzeń:

W niedzielę, 21 maja – w Berlinische Galerie o godz. 12.00 – odbędzie się wykład kuratorki wystawy, dr Lidii Głuchowskiej na temat dzieła malarskiego Stanisława Kubickiego i jego żony, Margarete Kubickiej.

W poniedziałek, 22.05.2017, o godzinie 10.00 w Rathaus Kreuzberg odbędzie się warsztat artystyczny dla dzieci ze szkoły im. Marianny Cohn (wydarzenie zamknięte): Moja wieża Babel. Warsztaty poprowadzi dr Patrycja Wilczek-Sterna z Wydziału Sztuki Uniwersytetu Zielonogórskiego  we współpracy ze studentkami i studentami, pogadankę wstępną wygłosi kuratorka.

I wreszcie we wtorek, 23.05.2017, o godzinie 18.00, ma miejsce finisaż połączony z oprowadzaniem kuratorskim i  prezentacją dziecięcej wystawy powarsztatowej: Von Posen nach Berlin und zurück. Schicksale der expressionistischen Grafiken der Posener Künstlergruppe BUNT (1918–1922).

Wykład o Wieży Babel Kubickiego (1917) przystosowany zostanie do możliwości percepcyjnych dzieci. Tu jednak, z uwagi na fakt, iż jest to dzieło o kluczowym znaczeniu w dziejach awangardy polskiej i międzynarodowej, poświęcimy temu linorytowi więcej uwagi.

Wieża Babel, która w kwietniu 1918 roku ukazała się na plakatach I wystawy grupy Bunt w Poznaniu, przygotowanych wbrew lokalnemu status quo zarówno w języku polskim, jak i niemieckim, jest jedną z najbardziej znanych grafik w dziejach polskiego i środkowoeuropejskiego modernizmu i awangardy.

Przez prawie 100 lat Wieżę Babel postrzegano jako apoteozę rewolucji. Radykalnej reinterpretacji tego dzieła, wskazującej na jego ambiwalentną wymowę i groteskowy charakter dokonała dopiero Lidia Głuchowska, która jako pierwsza przeanalizowała korespondencję słowa i obrazu w dorobku Kubickiego, w tym jego dwujęzycznej twórczości poetyckiej i programowej.

Zostały one opublikowane w monografiach:
Avantgarde und Liebe. Margarete und Stanislaw Kubicki 1910–1945; Berlin 2007
oraz
Stanisław Kubicki – in transitu. Poeta tłumaczy sam siebie/ Ein Poet übersetzt sich selbst, Wrocław 2015 oraz w licznych artykułach.

Specjalnie dla naszego blogu autorka przygotowała nowatorski i nigdzie dotąd nie publikowany tekst – refleksje pisane z dystansu lat badań na temat genezy i wymowy Wieży Babel oraz jej inspirującej funkcji w dziejach sztuki najnowszej.

Dr Lidia Głuchowska

Wieża Babel – Alfa i Omega

Andrzejowi Bobrowskiemu w podziękowaniu za
”Transformację M/S” (2015)

Wieżę Babel (1917) Stanisława Kubickiego od dawna już uznaje się za manifest i ikonę polskiej awangardy.

Na progamową wymowę tytułowego motywu dla progresywnego nurtu polskiego modernizmu z przenikliwością wskazywał choćby Andrzej Turowski w swej książce Budowniczowie świata. Reprodukowana setki razy, ukazała się choćby na okładkach takich syntez badawczych jak Ekspresjonizm w sztuce polskiej (red. Piotr Łukaszewicz, Jerzy Malinowski, Wrocław 1980) czy – ostatnio – Bunt a tradycje grafiki w Polsce i w Niemczech (red. Lidia Głuchowska, Honorata Gołuńska, Michał F. Woźniak, Bydgoszcz 2015).

Mimo kariery medialnej tego dzieła, mało kto jednak zna jego genezę. Warto zatem przypomnieć, że Wieża Babel jest kwintesencją formalno-ideowych poszukiwań Kubickiego zainicjowanych w 1916 roku w Bunzlau (Bolesławcu) i kontynuowanych w Schömbergu (Chełmsku Śląskim).
W pewnym sensie więc, to Śląsk, a nie Poznań mógłby zostać uznany za kolebkę polskiego ekspresjonizmu w jego fazie historycznej. (Na dygresje na temat pre- i postekspresjonizmu w rodzimej sztuce brak tu niestety miejsca).

 

Wieża Babel jest syntezą poszukiwań stylistycznych i motywów, które w Schömbergu znalazły się w centrum zainteresowania artysty – pejżażu i wieży kościelnej na tle wschodzącego słońca i kulis tamtejszego rynku. Staje się to oczywiste, jeśli prześledzić wnikliwie współczesne fotografie inspirujących go miejsc, realistyczne szkice i coraz bardziej od nich odległe i sumaryczne wyobrażenia natury i kultury – dwóch archetypów ekspresjonistycznego universum – które wyszły spod ołówka, pióra czy dłuta Kubickiego w 1917 roku. To zatem synteza w sensie formalnym abstrahowania od dokumentowania rzeczywistości i dosłownego sensu objektów i zdarzeń.

Śledząc po kolei rysunki i linoryty z Schömbergu, dostrzec można, jak jej zarys wyłania się  z odwzorowania pejzażu,najpierw horyzontalnego, z czasem przyjmującego formę zwartą, centryczną, jak i z modyfikacji wyobrażenia wieży czy rynku – najpierw diagonalno-wertykalnych (do których Kubicki powróci dopiero w 1919 roku – por. ilustracje we wczorajszej prezentacji na tym blogu), a z czasem wibrujących odśrodkowo.

Analogiczną jak w przypadku ewolucji przedstawień Wieży kościelnej i Pejzażu z Schömbergu formę przybierają NB obłoki w tle Aktu z chmurami.

Porównanie formy tych prac wskazuje jednoznacznie na to, iż Akt z chmurami był najpewniej stadium pośrednim między przedstawieniami wieży i pejzażu a Wieżą Babel i to nie tylko dzięki wprowadzeniu do kompozycji figury ludzkiej, lecz również poprzez odwołanie do kodu kultury wysokiej i tradycji artystycznej. Akt na tle pejzażu jest bowiem czytelnym odniesieniem do osławionej w czasach moderny i awangardy reformy życia, przywołanym pour épater le bourgeois, a jego „antyestetyczna”, prymitywizująca forma to formalny atak na akademizm. Zadziwiające jak wiele zmienia zastąpienie anonimowego aktu kobiety niedookreślonym płciowo tłumem (w którym mimo wszystko zakłada się społeczność reprezentatywną, czyli męską). Jeszcze bardziej stymulujące intelektualnie (prowokacyjne?) pytanie brzmiało by: Co by się stało, gdyby na tle Wieży Babel zamiast anonimowej masy pojawił się pojedynczy akt męski?…

Akty męskie pojawiały się wprawdzie w dorobku awangardy, ba, nawet w dorobku grupy Bunt, by wspomnieć tylko zasługujący na wnikliwą interpretację, choć może nieprzekonujący pod względem formalnym Akt męski na tle [manifestującego] tłumu (n.d.) Stefana Szmaja. We wspomnianym przypadku obecność masy „filistrów“ automatycznie heroizuje „akt męski”.

Jaką jednak wymowę miałby, gdyby zaistniał solo, a nie w ramach „nowej wspólnoty” naturystów (Niemcy określają to skrótem FKK – Freiekörperkultur) – jak w pracach artystów z grupy Die Brücke) na tle pejzażu dziś? A co dopiero, w roku 1910? (Lata 30. to znów co innego – heroizowana po faszystowsku nagość aryjska…)

Siłą Wieży Babel w porównaniu z Aktem z chmurami jest poza maskulinizującą czyli uniwersalizującą multiplikacją i zastosowaną w tym samym celu abstrahizacją form natury i architektury – wpisanie całegoprzedstawienia w sferę religijnego/ideologicznego mitu, indywidualnie i „profanacyjnie“ reinterpretowanego i zawaszczanego przez artystów od czasów romantyzmu.

 

Stuart 23

Joanna Trümner

All of these lines across my face
Tell you the story of who I am
So many stories of where I’ve been
And how I got to where I am
But these stories don’t mean anything
When you’ve got no one to tell them to

Wszystkie te zmarszczki na mojej twarzy
Opowiadają ci historię tego, kim jestem
To opowieści o tym, gdzie byłam
I jak tam dotarłam
Ale te historie nic nie znaczą
Jeżeli nie masz nikogo, komu możesz je opowiedzieć

Brandi Carlile, The Story

Matki

Stuart stał na lotnisku i czekał na matkę Meg. Bardzo się cieszył, że po wielu miesiącach pobytu córki w szpitalu w końcu zdecydowała się na przylot do Australii, wiedział jak bardzo jego dziewczyna czekała na tą wizytę. Równocześnie on sam łapał się na tym, że nie odczuwa zbytniej sympatii do kobiety, którą znał jedynie z fotografii. „Muszę dać jej szansę, przecież przez najbliższy miesiąc będzie ze mną mieszkała”, powtarzał sobie w duchu. Podczas wizyty w szpitalu przed kilkoma godzinami Meg prosiła go o wyrozumiałość dla matki: „To jest moja jedyna rodzina, postaraj się ją zrozumieć. Jeżeli poczujesz, że wypiła kroplę alkoholu, to natychmiast mi powiedz, odeślemy ją z powrotem do Anglii. I niech sobie sama radzi, ja już jej więcej nie pomogę”.

Stuart był tak zajęty myślami, że nie zauważył, kiedy podeszła do niego kobieta tak podobna do Meg, że patrząc na nią widział oczami wyobraźni swoją dziewczynę za dwadzieścia lat. „Liza, mama Meg”, przedstawiła się z uśmiechem nieznajoma. „Ładnie się postarzała, więc można tak przepić pół życia bez żadnych konsekwencji dla zdrowia i wyglądu”, pomyślał, odbierając od niej walizkę.

Na życzenie Lizy z lotniska pojechali prosto do szpitala, Stuart zostawił matkę z córką w pokoju i poszedł na spacer do parku. Przypomniało mu się dzieciństwo w Walton. Nigdy przedtem nie zdawał sobie sprawy z tego, że po latach będą to wspomnienia, do których chętnie się wraca. Przez wiele lat nosił w sobie żal do rodziców o to, że poświęcali mu mało czasu i nie interesowali się jego życiem czy planami. Z biegiem lat miejsce żalu zaczęły zajmować wspomnienia o wspólnie spędzanych świętach i małych, ciepłych gestach matki, którymi starła się przeprosić go za brak czasu. Nieraz w środku nocy budził go odgłos otwieranych drzwi od pokoju i czuł jak matka siada na jego łóżku i głaszcze go po głowie.

Uśmiechnął się na wspomnienie kilku niedzielnych wypraw z ojcem na ryby, możliwych tylko wtedy, kiedy pub był zamknięty.

Była taka wyprawa, że nie złapali ani jednej ryby, a po kilku godzinach wpatrywania się w spławiki, które ani razu nie drgnęły, byli zrezygnowani i bardzo głodni. Wtedy ojciec z niedowierzaniem stwierdził, że przygotowane przez matkę kanapki zostały na stole w kuchni. W bagażniku samochodu znaleźli puszkę szynki, widocznie wypadła z siatki podczas jakichś wielkich zakupów. Tyle, że nie mieli otwieracza do konserw. Obaj na zmianę zmagali się puszką za pomocą znalezionego w lesie kawałka metalu i kamienia. Po ponad godzinnej walce udało im się w końcu, w międzyczasie zgłodnieli tak bardzo, że ta szynka jest do dzisiaj we wspomnieniach Stuarta najsmaczniejszym jedzeniem, jakie kiedykolwiek spożył. Ta „męska wyprawa na ryby” była latami jedną z ulubionych anegdot rodzinnych.

Podczas innej ze wspólnych wypraw na ryby ojciec próbował uświadamiać syna. Z zakłopotaną miną i dziwnym, nieswoim głosem opowiadał mu o tym, jak zmienia się ciało mężczyzny, kiedy kocha kobietę i jak bardzo chce ją do siebie przytulić. Widząc rosnące zakłopotanie ojca Stuart uratował sytuację mówiąc: „Tato, myśmy już o tym rozmawiali w szkole”.

W porównaniu z dzieciństwem Meg miał szczęśliwe dzieciństwo, mógł być dzieckiem, nie musiał ponosić odpowiedzialności za siebie i za rodziców, nie musiał martwić się o pieniądze i tłumaczyć nauczycielom, dlaczego rodzice nie pokazują się w szkole, dlaczego nosi źle wyprane, od lat to samo ubranie, nie czuł się samotny i upokorzony. To cud, że ta dziewczyna po tych doświadczeniach jest tak pozytywnie nastawiona do ludzi. „Może właśnie dlatego tak bardzo chce mieć własne dzieci”. Stuart pomyślał, że przez kilka ostatnich tygodni nie miał ani czasu ani głowy na przygotowanie zaręczyn. „Teraz, kiedy przyjechała Liza będziemy mogli się zmieniać wizytami w szpitalu i zajmę się szukaniem pierścionka”.

Wieczór spędził na rozmowie z Lizą. Po wspólnej kolacji miał ochotę na szklankę ginu, w ostatniej chwili zreflektował się i zatrzymał się przed szafą, w której trzymali alkohol. „Przecież nie mogę na jej oczach wypić ani kropli”, pomyślał, zastanawiając się jednocześnie nad tym, że trudne musi być życie towarzyskie bez alkoholu – wyjścia do restauracji, urodziny, sylwestrowe party ze szklanką wody w ręku i dziwną dezaprobatą ludzi dookoła. I wieczne tłumaczenie się – jakby picie alkoholu było obowiązkiem jak chodzenie do pracy czy posiadanie prawa jazdy.

Następnego dnia zostawił Lizę w szpitalu, a sam wybrał się w wędrówkę po sklepach jubilerskich. Obecność Lizy po kilku dniach stała się czymś normalnym, Stuart cieszył się, że znowu wraca do mieszkania, w którym jest posprzątane, gdzie czeka obiad i wyprane ubranie. Zdarzały się jednak chwile, w których czuł niechęć do matki Meg. Kilkakrotnie zaskoczyła go pytaniami, które w jego uszach brzmiały jak pretensje: „Dlaczego nie poszukałeś szpitala, który specjalizuje się w rehabilitacji? Dlaczego nie przydusisz policji, przecież muszą znaleźć sprawcę? Dlaczego tak późno mnie zawiadomiłeś?”

„Zachowuje się tak, jakby chciała nadrobić wszystkie te lata, przez które nie była matką”, pomyślał, obiecując sobie w duchu, że ze względu na Meg postara się nie okazywać swojej niechęci. Widział jak bardzo Meg cieszy się z obecności matki i jak pomaga jej to w powrocie do zdrowia. „Wiesz, czasami mam wrażenie, że dopiero teraz ją tak naprawdę poznaję”, powiedziała mu ostatnio. „I bardzo ją lubię. Zaczęłam ją teraz lepiej rozumieć, teraz pojmuję, jak jej było, kiedy zaszła w ciążę i była zupełnie sama, bo chłopak ją zostawił, a rodzice nie chcieli mieć z nią nic wspólnego – to wszystko ją po prostu przerosło. Ona była przecież dwudziestoletnim dzieciakiem. Wczoraj się dowiedziałam, że mój biologiczny ojciec też mieszka w Sydney. Liza chce się z nim skontaktować i opowiedzieć mu o mnie. Może więc zanim jeszcze wyjdę ze szpitala będę miała i matkę i ojca”.

Podczas kolejnych odwiedzin Stuart oświadczył się Meg i kiedy z niecierpliwością czekał na jej „tak” usłyszał otwieranie drzwi. Do pokoju weszła kilkuosobowa grupa lekarzy i pielęgniarek. Sytuacja była jednoznaczna – bukiet pięknych róż w wazonie i Stuart klęczący przed szpitalnym łóżkiem. Na szczęście gromadka wybuchnęła śmiechem. „Przy tylu świadkach nie możesz się już wycofać”, skomentowała jedna z pielęgniarek. Meg przyjęła jego oświadczyny.

Jeszcze tego samego wieczoru Stuart próbował dodzwonić się do Walton, żeby powiedzieć rodzinie o zaręczynach i planowanym za kilka miesięcy ślubie. W Walton nikt nie odbierał telefonu, udało mu się jednak dodzwonić się do Kate w Berlinie. Podzielił się z nią nowinkami z ostatnich kilku tygodni, w trakcie tej rozmowy odnosił wrażenie, że czasami w ciągu kilku dni może się wydarzyć więcej niż przez lata. Kate też miała kilka nowości, w tym największą – ich matka się zakochała. „Ty sobie nawet nie wyobrażasz jak Eve się wścieka, nie chce z nią rozmawiać. Ciągle jej robi wyrzuty. W jej pojęciu matka powinna zostać ubraną na czarno wdową, albo spalić się po śmierci męża jak kobiety w Indiach, a nie myśleć na starość o amorach. Ale mi się podoba, i dobrze, że nie jest sama. Poznała tego pana się podczas spacerów z psami na plaży, teraz spotykają się tam codziennie. W Walton nie można przecież nic innego robić. Eve jest wkurzona, bo pół miasta o tym mówi. Mama wygląda o dziesięć lat młodziej, farbuje włosy, dba o siebie. Mi się wydaje, że ona teraz żyje bardziej intensywnie niż przez ostatnich kilkanaście lat”. Po długiej rozmowie z Kate Stuart odłożył słuchawkę z uśmiechem na twarzy. „Więc w każdym wieku można się zakochać”, pomyślał przypominając sobie, że i on zawdzięcza swoją miłość wielkiemu, niesfornemu psu.

Dochodziła jedenasta, Stuart dziwił się, dlaczego Liza nie wróciła jeszcze do domu. „Co można tak długo robić w mieście, w którym się nikogo nie zna? A może znowu zaczęła pić?”, pomyślał z przerażeniem. W tym momencie rozległ się dzwonek telefonu: „Chciałam Ci tylko powiedzieć, żebyś na mnie nie czekał, spotkałam się z ojcem Meg i mamy sobie do opowiedzenia trzydzieści lat, nie wiem, ile to może potrwać”. Stuart odłożył słuchawkę i pomyślał, że życie jest pełne niespodzianek.

Cdn

Z obserwatorium zwykłej baby… Miłość

Krystyna Koziewicz

Miłość bez granic

Wiele medialnego szumu wywołała historia związku małżeńskiego nowego prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Dla jednych sensacja, szok i niedowierzanie, dla drugich zaciekawienie oraz podziw, a dla tych najostatniejszych z ostatnich powód do wyżycia się w mediach społecznościowych z niskich pobudek.

A cóż jest w tym dziwnego? Na pewno ciekawostką jest fakt, że ten związek przetrwał 20 lat oraz że młody mężczyzna ze starszą od siebie partnerką stali się najważniejszymi osobami we Francji. I co komu do tego? Czytając komentarze, zwróciłam uwagę, że zazwyczaj mężczyźni zabierają głos w tej sprawie. Kobiety wypowiadają się rzadziej, ale za to częściej wyrażają się pochlebnie, czasem czuje się wręcz zachwyt, może być, że i trochę zazdroszczą pierwszej damie Francji. Ja, tak!

Powyższa historia przypomniała mi własne przeżycia. Trzykrotnie zdarzyło się, że o wiele młodsi ode mnie mężczyźni proponowali mi romans, mimo iż byłam mężatką ze stażem i dwojgiem dzieci.

Synowie dorastali. W domu często spotykali się duże grupy kolegów ze szkoły, zamykali się w pokoju na pogaduszki, żartowali sobie lub słuchali muzyki. Czasami podawałam młodym herbatę i piętrowe kanapki, które uwielbiali. Jeden z nich jakoś zawsze dziwnie przyglądał się, miałam wrażenie, że mnie obserwuje. Dość często nas odwiedzał, przychodził nawet pod nieobecność syna i czekał cierpliwie w jego pokoju przy otwartych drzwiach. Chętnie zagadywał mnie, pewnie dla zabicia czasu – myślałam.

Pewnego razu zasapany wparował do domu, mimo iż wiedział doskonale, że syna nie zastanie, bo wyjechał na obóz sportowy do Słowacji.

– Maćka nie ma, przecież wiesz – powiedziałam
– Ale ja przyszedłem do Pani! – usłyszałam.
– Do mnie? Czy Maćkowi coś się stało? – spytałam, wpuszczając go do domu.
– Nie, nie, zaraz wszystko powiem.
– No to słucham! – i wciąż jestem zatrwożona, że może ma złą wiadomość
– Nie, nie, nie chodzi o Maćka, tylko o mnie!

W tym momencie zaczęły się wyznania miłosne, przez które z wrażenia o mało co nie zleciałam z fotela.

– Kocham Panią, zakochałem się pół roku temu, tylko proszę się nie śmiać – oznajmia (właśnie parsknęłam śmiechem). Czytałem książki psychologiczne na temat i taka miłość istnieje naprawdę – przekonuje. – Nie mogę spać, ciągle myślę o Pani, o tym, żeby tu przyjść, bo tak naprawdę to wcale nie przychodziłem tu dla Maćka.
– Przecież jesteś w wieku mojego syna, mam męża (przebywał za granicą), czego oczekujesz ode mnie – pytam…
– O, nie, ja jestem starszy o rok od Maćka, chcę się z Panią spotykać, są wakacje, możemy pojechać gdzieś pod namioty – proponuje.
– A co mielibyśmy robić w tym namiocie?
– No jak to co? Kochać się, marzę o tym! Uwielbiam patrzeć na Panią – tu wymieniał zalety intelektualne, ale także walory fizyczne, które brzmiały dla mnie strasznie zabawnie. Różnica wieku prawie 20 lat, w jego oczach byłam księżniczką, gwiazdą niczym Liz Taylor.
– Nie rozśmieszaj mnie – prosiłam – od razu mówię „nie, nie, nie” i nie pytaj, dlaczego? Po prostu nie wchodzi w grę romans z młodym chłopakiem, który mógłby być moim synem.

Mniej więcej tak wyglądała nasza rozmowa, tłumaczyłam mu, ale argumentacja do niego nie docierała. On dalej swoje, że czytał na ten temat, bo to jest normalna sprawa. Przekonywał mnie, że możemy być szczęśliwi, ba, posiada nawet pieniądze na wyjazd, tylko mam się zastanowić , daje mi czas do następnego dnia. Przyjdzie jutro po odpowiedź – usłyszałam.

– Już dzisiaj daję odpowiedź negatywną!
– Nie, do jutra! Mam przemyśleć i już!

No więc przyszedł, jednak nie pozwoliłam mu przekroczenie progu. Oznajmiłam, że nie ma mowy o wspólnie spędzonym czasie i ogóle jakimkolwiek romansie. Zareagował niczym piorun z jasnego nieba, zrobił zamaszysty krok, pędził po schodach o mało nóg nie pogubił, wybiegł niczym opętany na podwórze zatrzaskując drzwi z całej siły, aż witryny się zatrzęsły. Trochę się wystraszyłam, że może sobie coś złego zrobić.

Do czasu przyjazdu syna żyłam w niepewności. Miałam wyrzuty sumienia, że tak ostro postąpiłam, niepedagogicznie. Ale, okazało się, że wszystko było w porządku, choć nie do końca. Nie tak szybko zrezygnował z odwiedzin syna, przychodził, przynosząc niekiedy ciastka do herbaty. Synowie mieli uciechę, podśmiechiwali się pokątnie, korzystali z jego hojności. Którego razu zaprosił nas na lody, chciał, żebym razem z nimi poszła. Moi chłopcy prosili, bym skorzystała z propozycji, dla nich była to dobra zabawa. Zakochanemu nie przeszkadzało rechotanie. Siedział obok mnie na jednej ławce, synowie z boku. Ubaw mieli po pachy, mnie natomiast było przykro, że dałam się namówić, że w ogóle chłopak ma problem przeze mnie.

Po jakimś czasie wyjechałam na Zachód, więc sprawa rozwiązała się sama przez się. Od tej pory miałam wreszcie spokój!

Na koniec dla ciekawostki podam, że parę lat temu na moim profilu na Naszej Klasie zobaczyłam, że odwiedził mój profil. Tak sobie pomyślałam – czyżby to była rzeczywiście miłość czy tylko zauroczenie? Czort wie.

Pod jednym względem chłopak się nie mylił, związki, w których kobieta jest znacznie nawet starsza od mężczyzny, wcale nie są takie znowu rzadkie. Myślę, że wiele z nas coś takiego przeżyło, oznacza to jednak również, że sytuację taką znają i mężczyźni, bo kto w końcu zakochuje się w starszych od siebie kobietach, jak nie młodsi od nich mężczyźni? A że się nie przyznają… No cóż, kolejny raz musimy sobie powiedzieć, że sami siebie z lubością oszukujemy… Zapomniał wół, jak cielęciem był? Zapewne to bardzo powszechne, skoro aż stało się przysłowiem.

***

PS adminki:

Raymond Chandler, słynny autor czarnych kryminałów, w roku 1924 ożenił się z Pearl Cecily Bowen, matką kolegi z wojska. Była od niego o 18 lat starsza. Po śmierci żony w 1954 przeżywał załamanie, podczas którego próbował popełnić samobójstwo.

Edith Piaf w roku 1962 wyszła za młodszego od siebie o 21 lat Theophanisa Lamboukasa, znanego jako Théo Sarapo. Pomimo osobliwości tej sytuacji, krytykowanej przez wielu jej przyjaciół, Théo okazał się jej wiernym przyjacielem, opiekującym się troskliwie piosenkarką aż do jej śmierci.

Urodzona w roku 1842 Maria Konopnicka miała do późnego wieku licznych adoratorów. Jeden z nich, zdolny filozof i historyk Maksymilian Gumplowicz (urodzony w roku 1864) potraktował odrzucenie wyjątkowo poważnie i zastrzelił się w 1897 r. przed hotelem w Grazu, gdzie poetka aktualnie mieszkała.

Apulejusz z Madaury, Berberyjczyk, urodzony w roku 125, autor Metamorfoz czyli Złotego Osła, w roku 155/156, zawarł związek małżeński z bogatą i znacznie od niego starszą wdową Pudentillą. Po śmierci najstarszego syna Pudentili, jej krewni przekonani, że do małżeństwa tego Apulejusz doprowadził dla zagarnięcia jej majątku, wytoczyli mu proces, w którym dowodzili, że dokonał tego za pomocą czarów. Mowa obronna Apulejusza, znana pod tytułem Apologia, sive Pro se ipso de magia liber, posiada znaczną wartość literacką i jest ważnym źródłem do poznania jego życia osobistego. Okazała się ona na tyle przekonująca, że nie tylko oczyszczono Apulejusza z zarzutów, ale też powierzono mu w Kartaginie stanowisko sacerdos provinciae, tj. kapłana kultu cesarza w całej Afryce i wystawiono na jego cześć posąg.

I tak dalej…