Stuart 28

Out on the highways and the by-ways all alone
I’m still searching for, searching for my home
Up in the morning, up in the morning out on the road
And my head is aching and my hands are cold
And I’m looking for the silver lining, silver lining in the clouds
And I’m searching for and I’m searching for the philosopher’s stone

Zupełnie sam w drodze, na autostradach i bocznych drogach
Wciąż poszukuję, poszukuję swego domu
I chociaż boli mnie głowa i ręce mi marzną
Dalej poszukuję iskierki nadziei w obłokach
I szukam, szukam kamienia filozoficznego.

Van Morrison Philosopher’s Stone

Joanna Trümner

Melbourne

Nadszedł ostatni dzień roku szkolnego. Opuszczając budynek, który przez ostatnie cztery lata był jego miejscem pracy, Stuart zastanawiał się nad tym, czy udało mu się w pamięci uczniów zostawić przez te lata jakikolwiek ślad.

To Tom go namówił, aby wybrał się do urzędu zatrudnienia. „Pójdź tam, zamelduj się jako bezrobotny, będziesz dalej ubezpieczony i przez następny rok dostaniesz zasiłek. To w końcu też pieniądze i masz do nich prawo, wypracowałeś je sobie przez ostatnie lata”. Stuart na początku był niechętnie nastawiony do tego pomysłu, wzdragał się na myśl o wielogodzinnym czekaniu w kolejce i wypełnianiu wielostronicowych formularzy. „Przecież nigdy jeszcze nie chorowałem i mam na razie pieniądze”, usprawiedliwiał się przed Tomem, ale po wielu rozmowach dał się w końcu przekonać i poszedł. Na widok kilkudziesięciu osób, głównie starszych mężczyzn i kobiet z małymi dziećmi, czekających w w kolejce w poczekalni, pożałował decyzji przyjścia tutaj. Zajął ostatnie wolne miejsce, kurczowo trzymał w ręku swój numerek i walczył z impulsem wyrzucenia go do kosza i odejścia.

Siedzący obok niego starszy mężczyzna obserwował go od dłuższego czasu. „Jesteś tu po raz pierwszy?”, zapytał i nie czekając na odpowiedź dodał: „To tylko tak źle wygląda, oni pracują bardzo sprawnie, po godzinie, najpóźniej półtorej wyjdziesz stąd z załatwioną sprawą. Wierz mi, ja jestem tu od pięciu lat stałym bywalcem.” Stuart przyjrzał się swojemu rozmówcy z zainteresowaniem. Nieznajomy był zadbanym, starszym mężczyzną w eleganckim, dobrze skrojonym garniturze i błękitnej koszuli. „Wygląda na pracownika banku, albo urzędnika. Widać, że ma za sobą dobry, a może nawet bardzo dobry okres w życiu. Coś jednak musiało w tym dobrym życiu nie wyjść, skoro przychodzi tutaj już od pięciu lat”, pomyślał. „Nie możesz znaleźć pracy?”, zapytał. „Do niedawna miałem super pracę, prowadziłem jedną z najlepszych restauracji w mieście i zarabiałem dobre pieniądze”, odpowiedział tamten. „Praca była moim całym życiem, nie wiedziałem, co ze sobą zrobić w wolnym czasie. A na urlopach nie mogłem doczekać się powrotu do restauracji. Była moim dzieckiem – przez lata udało mi się zrobić z podrzędnej knajpy z byle jakim jedzeniem miejsce, w którym do dzisiaj spotyka się elita Sydney. Niczego mi nie brakowało, miałem więcej pieniędzy, niż mogłem wydać, od czasu do czasu zapraszałem do siebie na noc jedną z kelnerek z restauracji, dyskretnie, bez dalszych zobowiązań i oczekiwań. Mógłbym tak żyć przez następnych kilkanaście lat, gdyby nie przypałętał się rak. Spadł na mnie jak grom z jasnego nieba, w ciągu trzech lat miałem siedem operacji. Najgorsze już chyba za mną, ale pewnie nigdy nie pozbędę się strachu przed kolejnym badaniem i niepewności. Od dwóch lat choroba daje mi spokój i nagle mam bardzo dużo czasu dla siebie. Nikt nie chce zatrudnić faceta po pięćdziesiątce z nadszarpniętym zdrowiem. Pewnie już do końca życia będę żył na koszt państwa. Ale nie to jest najgorsze, najgorszy jest nadmiar czasu i samotność. Nigdy się do niej nie przyzwyczaję”. W tym momencie na tablicy wyświetlił się numer nieznajomego. Odchodząc powiedział z uśmiechem do Stuarta „Mam nadzieję, że tak szybko się tutaj nie spotkamy”.

W kilka minut później przyszła jego kolejka. „A jakie są Pana dalsze plany?” zapytał urzędnik. „Chcę się rozejrzeć za pracą w innych miastach Australii”, odpowiedział Stuart.

W kilka dni później ruszył w drogę do Melbourne, od pierwszego koncertu dzieliło go ponad tysiąc kilometrów. Na drogę zaplanował sobie trzy dni. Postanowił, że pojedzie dłuższą trasą, drogą wzdłuż oceanu. W kilka godzin po rozpoczęciu podróży zrobił przerwę, żeby zobaczyć ocean. Kiedy po kilkuminutowym spacerze dotarł z parkingu do miejsca z widokiem na morze nie mógł oderwać oczu od turkusu wody i rozbijających się o skały fal. Patrzył w dal i miał uczucie, że wzburzone fale zabierają ze sobą wszystkie ciężary, które nosił w sercu w ciągu ostatnich miesięcy. „To najpiękniejsze miejsce, jakie widziałem w życiu. Dlaczego tu jeszcze nigdy nie byłem?”, pomyślał i wrócił do samochodu. Siadając za kierownicą spojrzał na zegarek i z zaskoczeniem uzmysłowił sobie, że spędził trzy godziny na wpatrywaniu się w dziki ocean. Droga przed nim była zupełnie pusta, przez kilometry z naprzeciwka nie nadjechał żaden samochód: „Przed kilkoma tygodniami każdy mój dzień był zaplanowany i przewidywalny. Gdyby teraz coś w aucie się zepsuło, albo gdybym zasłabł, umarłbym z pragnienia, zanim ktokolwiek by mnie znalazł”, pomyślał i ruszył w poszukiwanie miejsca na nocleg.

W trzy dni później dotarł do Melbourne. Odnalazł w centrum miasta klub, w którym wieczorem miał się odbyć jego pierwszy koncert. Od razu rozpoznał duży, elegancki budynek. Na drzwiach wisiał plakat z jego zdjęciem i napisem: „Londyn, Berlin, Wellington, Sydney – dzisiaj wieczorem u nas. Wstęp 20 dolarów”. Uśmiechnął się pod nosem, gdy przypomniał sobie, iż spodziewał się przecież koncertu w małej, ciemnej, podrzędniej knajpie na przedmieściach. Tym razem szczęście się do niego uśmiechnęło. Klub zarezerwował mu pokój w hotelu na najbliższych sześć nocy, a ten też sprawiał dobre wrażenie. Stuart rozgościł się w pokoju i skoncentrował się na przygotowaniu koncertu, przejrzał jeszcze raz listę utworów, które chciał grać dziś wieczorem i przećwiczył je z gitarą. Był ciekawy spotkania ze swoim zleceniodawcą. O piątej zajechał pod klub. Przywitał go Chuck, szef klubu, starszy pan z długimi siwymi włosami i czarnym t-shircie z napisem „Peace”. „Ciekawe, ile on może mieć lat?”, zastanowił się Stuart. Sposób bycia i ubiór mężczyzny świadczyły o tym, że nie miał zamiaru się zestarzeć. Chuck przywitał go z pewną rezerwą. „Grało u mnie kilku naprawdę dobrych muzyków. Mam nadzieję, że też dasz sobie radę”.

W trzy godziny później Stuart stał na scenie. Miał szczęście, bo już po kilku utworach udało mu się dotrzeć do publiczności. Spontanicznie zdecydował, że wprowadzi do koncertu kilka znanych standardów, które publiczność będzie moa wspólnie zaśpiewać. Kątem oka widział Chucka i czuł, że bacznie go obserwuje. W jego wzroku była ciekawość, ale też dziwny smutek i refleksja. „Może nie jestem dla niego wystarczająco dobry? Pewnie zaraz mnie objedzie za to, że zmieniłem program. Ale przecież publiczność dobrze reaguje i chyba go nie rozczarowałem?”, zastanawiał się Stuart podczas kilkuminutowej przerwy w koncercie.

Drugą część występu zaczął od „Looking for a heart of gold” („W poszukiwaniu serca ze złota”). Publiczność śpiewała razem z nim tę starą, zapomnianą piosenkę w nowej aranżacji. Zauważył młodą kobietę z wyraźnymi oznakami syndromu Downa stojąca w drugim rzędzie, która chyba śpiewała najgłośniej ze wszystkich. Stuart obserwował ją od dłuższego czasu, nieznajoma intensywnie reagowała na muzykę, kiwała się, głośno nuciła pod nosem. Przy „Looking for a heart of gold” odniósł wrażenie, że miała w oczach łzy. „Co ona może wiedzieć o miłości?”, pomyślał i zganił się w duchu za tę niedobrą myśl, pozbawioną szacunku do skrzywdzonych przez los ludzi.

Po koncercie poczuł wielką ulgę – nie spodziewał się, że po tak długiej przerwie w występach odniesie duży sukces. Kilka osób podeszło do niego z prośbą o autogram, a nieznany młody mężczyzna pochwalił go za dobry repertuar: „Szkoda, że do tej pory nie byłeś jeszcze w Melbourne. Super koncert, fajnie, że tu będziesz jeszcze przez kilka dni. Na pewno się jeszcze zobaczymy”. Jako ostatni podszedł Chuck, w towarzystwie kobiety z zespołem Downa. „Bardzo nam się twój koncert podobał. Przepraszam cię za nieufność, ale chcę utrzymać pewien poziom w klubie, a nowe osoby zawsze oznaczają ryzyko. Chciałbym, żebyś poznał moją córkę – Janet”. Stuart podał młodej kobiecie rękę na przywitanie i zrozumiał, co oznaczał taksujący, pełen smutku wzrok, którym Chuck obserwował go podczas koncertu.

Cdn.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.