Szopa w salonie 5

Autor poprosił, bym pomyślała o tym, co zrobić, by dziwne słowo w tytule nie zostało przypadkiem potraktowane jako aluzja do pisowców, lecz by Czytelnik (i Czytelniczka) potraktował je jak należy i zrozumiał, że chodzi o peacenika. Problem w tym, że tego słowa po polsku nie ma i należałoby po prostu napisać “pacyfista”, ale przecież to w ogóle nie to samo i w ogóle… No więc zostawiam, jak jest.

Łukasz Szopa

Peacenikowe militaria, albo „Fighting for peace is like fucking for virginity“

Berlin to miasto nie tylko hedonistycznej wolności i tandetnego muru, miasto migrantów, głównie niemieckich, ale i miasto lewicujących rewolucjonistów i prusko-militarnej urbanistyki, w sumie – miasto pełnie nie tylko (jak to się zwykle mówi) paradoksów, ale po prostu – dziwactw.

I dobrze! Dobrze, póki – parafrazując Johna Stuarta Milla myśl o liberalizmie – dziwactwo bliźniego nie gryzie jak kwas w oczy – mnie.

Zacznijmy ode mnie, biograficznie. Dziecko wychowane na „Czterech Pancernych“ – czyli przez niecałe 3,5 lat (od lata 1977) w sumie lubiące ludzi w mundurach (nie tylko Lidkę i Marusię!). Po zimie 1981/82 już trochę mniej – czemu winny nie tylko wiek (8,5 lat!, ale i historia, która zrobiła ze mnie „dziecko stanu wojennego“. Czyli dziecko, które nauczyło się, że panowie w mundurach (niebieskich, ale i tych ciemnozielonych – i to nie tylko na ekranach TV) nie są fajni, że lepiej trzymać się z dala lub ściszyć głos, gdy nie da się „z dala“.

Potem inna zima, początek 1996, już nie dziecko, ale jako młody chłopak, po raz pierwszy w powojennej Bośni-Hercegowinie. W zaledwie kilka tygodni po podpisaniu układu pokojowego w Dayton, który oznaczał co prawda koniec wojny, lecz poprzez obecność niemal 60 tysięcy żołnierzy sił pokojowych IFOR – jeszcze silniejszą, nie tylko optycznie, militaryzację przestrzeni publicznej. Przyznam, że, mimo iż byłem świadomy faktu, że ci panowie (a i poniekąd panie, szczególnie ciepło wspominam Hiszpanki z kontyngentu w Mostarze) strzegą pokoju i stabilizacji tak kraju jak i każdego człowieka – co można było odczuć na własnej skórze przechodząc z jednej strony ulicy na drugą – to jednak… drażniło mnie to. Ta mundurowość, ta zieloność, ta uniformizacja, nie mówiąc nawet o z początku dość trudnej kwestii przyzwyczajenia się do opancerzonych, jeepów, czy patrolujących Włochów, Niemców, Amerykanów, Polaków czy Ukraińców (no i Hiszpanek!) z ostrymi karabinami maszynowymi. Stąd moja wzmocniona awersja do mundurów – lecz nie do mundurowych i ich zadania. (Nie wiem, czy teraz dorzucić pewną „bośniacko-niemiecką“ anegdotę… Chyba nie, poczekam do końca tekstu).

Nie tyle więc wychowany jakimś lewicującym uniwersytetem, ile „praktyką przekonany“ do pokoju i obrzydzenia wojny (wystarczyło kilka zdań dziadka na temat osobistych wrażeń z ostatniego roku wojny drugiej światowej, plus kilka rozmów z Saszą – poznaną na uczelni w Wiedniu przyjaciółką rodem z Sarajewa) – nie byłem w takim nastawieniu sam. Większość młodych ludzi, którzy jak ja, jako młodzi wolontariusze, udali się z początkiem 1996 roku do Bośni, by „budować pokój“ – miała podobną wizję jak ja, i stąd dobrze nam się współpracowało. Widzieliśmy i rozumieliśmy potrzebę obecności „międzynarodówki mundurowej“ – jako jedynego straszaka na serbsko-chorwacko-bośniacki triumwirat nacjonalistycznych rzezimieszków. Nauczyliśmy się też, by traktować ich jako pewną konieczną „podstawę“ czy „infrastrukturę“, pozwalającą działać humanitarnie.

Tak się złożyło, że pracowałem w projekcie wspieranym przez niemiecką organizację ASF (Aktion Sühnezeichen – Friedensdienste, choć istniały między nami i inne wersje tego skrótu), która zaprosiła nas na „spotkanie organizacyjno-poznawcze“ do… Berlina.

(Przeskoczę kilka kwestii, gdyż prywatne, w każdym razie…) wylądowałem na Kreuzbergu (no, przedtem na Zentraler Omnibusbahnhof po dwóch dniach jazdy autobusem). Pierwszy raz legendarny Kreuzberg – i mimo niezliczonych potwierdzeń legendarnych detali (Turcy, punki, luz, hałas, śmieci, graffiti, słoneczko, piwko na każdym rogu przy sklepach nocnych, kebap, knajpy, muzyka itp), już drugiego dnia doznałem szoku. Nie, nie zdziwienia, ale szoku. Może nawet silniejszego, niż 13 grudnia 1981 w Polsce czy 25 stycznia 1996 w Bośni.

Mundury. Mundurowość. Khaki, zielony, wojskowość. Nie, to nie był pierwszy maj i masa policji – był luty 1997, i – przynajmniej dla mnie – widoczna, nieprzyjemna epidemia militariów na ludziach – w formie głównie kurtek, ale i spodni, toreb, plecaków, no i – butów. Może winny był kontrast (wolny, lewicowy Kreuzberg – ubrany wojskowo?), a może fakt, że nigdzie nie widziałem tak dużej ilości (nie tylko młodych) ludzi, DOBROWOLNIE noszących na sobie wojskową odzież! Bo co innego aktorzy w „Czterech pancernych“, co innego rekruci na polskich skrzyżowaniach stanu wojennego, co innego żołnierze bośniaccy czy hiszpańscy – ale ci tutaj??? Kochający wolność, indywidualność, wreszcie POKÓJ lewicowi Kreuzbergerianie?

Nie rozumiałem. Do dziś nie rozumiem. Do dziś się wzdrygam.

Podobnie absurdalnie (teraz będzie ta obiecana anegdota, choć w sumie… nie śmieszna) czułem się podczas kawiarnianej rozmowy na sarajewskiej Baščaršji z półprzypadkowo spotkaną Niemką. Ona była tu już kilkanaście dni, ja dopiero trzy czy cztery. Aktywistka pokojowa z jakiegoś programu Zielonych (tak, tak, już się domyślacie, generacja protestów lat 80). No więc rozmawiamy – o Bośni, o wreszcie nastałym końcu wojny, może i pokoju (było to wtedy bardzo niepewne, na wzgórzach nadal siedzieli serbscy snajperzy) – i w rozmowie mówię jej, że trochę muszę przyzwyczaić się do tego zagęszczenia wojskowych, co znałem dotychczas co najwyżej z filmów. Ale – że dobrze jest zobaczyć – właśnie jako Polak! – niemieckich żołnierzy, którzy czuwają nad pokojem. Zobaczyć niemieckie wojsko w roli całkiem odmiennej, niż nauczyła mnie tego historia (a i PRLowska propaganda filmowa). Moja wypowiedź ją zaszokowała, próbowała tłumaczyć mi, że „z niemieckiego punktu widzenia to inaczej wygląda / to nie takie proste…“, ta obecność wojsk niemieckich poza granicami kraju, że ona jest przeciwna, bo to jednak problematyczne…

Na to ja: „Problematyczne? Czyli jednak tych wojsk międzynarodowych nie powinno tu być? Powinni się tu nadal bombardować i wyrzynać, aż sami się dogadają i postanowią z tym skończyć? Może jak Srebrenica?“ i „Czy może uważasz, że IFOR powinien tu być, ale… bez Niemców? Że kasę i kark powinni nadstawiać Amerykanie, Włosi, Polacy czy nawet Hindusi i Nowozelandczycy – ale Niemcy to raczej nie?…“

Cóż, drugiej kawy już nie wypiliśmy. A panią zaliczyłem nie do rubryki „paradoksy“, lecz „dziwactwa“.

***
Link do spokrewionego tekstu po niemiecku w tygodniki „der freitag“:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/friedensliebende-modische-gruene-maennchen

 

2 thoughts on “Szopa w salonie 5”

  1. Dr.Viktoria Korb: JAKŻE INNY “1968”
    Po dotarciu do Wiednia jako emigrantka z Polski w sierpniu 1968 roku, w tydzień po inwazji Paktu Warszawskiego na Czechosłowację, byłam zaskoczona wszechobecnymi gospodyniami domowymi oraz supercnotliwym trybem życia tamtejszych studentów. Wraz z pewnym czeskim uciekinierem pokpiwaliśmy wspólnie, że “moralka jest bardzo wysoka”. Dopiero niedawno, po obejrzeniu niemieckiego filmu “Seks w socjaliźmie” zatriumfowałam nad zachodnimi znajomymi, którzy podejrzewali mnie o urojenia – jakim cudem cokolwiek na Wschodzie mogło być bardziej swobodne, niż na Zachodzie?
    W trakcie bardzo przygodowego poszukiwania miejsca na ziemii i prawa pobytu “znalazłam się” w Berlinie, gdzie wywalczyłam sobie przy pomocy polskiego znajomego pokój w osiedlu studenckim. Na ścianach domków widniały graffiti: “Nasze łóżka są a-seksualne, żądamy większych łóżek!”. Gdy weszłam do naszej koedukacyjnej łazienki, ujrzałam kompletnie nagą studentkę, skubiącą sobie brwi. Na moje zdumienie, tenże Polak wyjasnił mi ironicznie, że “ona właśnie uwalnia się od brużuazyjnych przesądów “. Po kilku dniach zaskoczył nas widok kupy na stole we wspólnej kuchni. Pojęłam wtedy, że trafiłam do jednego z gniazd “rewolucji obyczajowej pokolenia ’68”, i że problemyka tego roku, brzemienna w skutki do dziś, miała krańcowo odmienny charakter na Wschodzie i na Zachodzie. Dalsze doświadczenia z “anty-drobmieszczańskim” pokoleniem Niemiec dojrzewały we mnie przez lata, aż opisałam je w kilku opowiadaniach, a następnie w powieści satyryczno-kryminalnej “Śmierć naukowca”, która właśnie ukazała się także w Polsce.
    Dzieliliśmy w Berlinie swój emigracyjny ból z licznymi Czechami, którzy schronili się tam przed militarnym zagrożeniem, podczas gdy my zostaliśmy wygnani przez antysemicką nagonkę. Tymczasem nasi ultralewicowi niemieccy koledzy z hukiem uwalniali się seksualnie! Był to, jak wiadomo też dramatyczny ruchu polityczny – protesty przeciw wojnie w Wietnamie, strzały policji, terror zbrojny, a potem jako reakcja zamordyzm państwowy w postaci ustaw nadzwyczajnych.
    A jednak popularny tygodnik “Stern” w rozpoczętej już jesienią 2007 serii “68 – jak jedno pokolenie zmieniło swiat”, zapowiada ją ustami redaktora naczelnego, po krótkim opisie najbardziej spektakularnych politycznych elementów, tymi słowami: “Dużej części pokolenia 68 nie chodziło jednak wcale o rewolucję ani walkę klasową, lecz przede wszystkim o seks, narkotyki i rock and roll. Wszyszko to opisuje teraz Stern…”. Potem dodał osobistą nutę: “Niestety ja, urodzony pod koniec 1953, nie mogę dołożyć własnych wspomnień. Wówczas właśnie przeprowadziłem się z jezuickiego internatu w Austrii do (…) Niemiec (…) i dla mnie dużo bardziej podniecające były dziewczyny w klasie(…), niż robienie rewolucji.”
    Z kolei popularne berlińskie pismo “TIP” zaczyna wspomnienia o narodzinach “ruchu alternatywnego”, czyli tzw. “68” w Berlinie od nostalgicznego opisu zapachu haszyszu owiewającego korytarze Politechniki.
    W podsumowaniu rewolty 1968 autor Spiegla (Reinhard Mohr: Spiegel 4/2007) cytuje
    jednego ze słynnych “komunardów” (lewicowcy roku 1968 lubili tworzyć komuny mieszkaniowe):
    “Co mnie obchodzi Vietnam – ja mam problemy z orgazmem!”
    Dla mnie z kolei bardzo istotne u tej grupy Niemców było ich demaskowanie nazistowskiej przeszłości licznych wysokich urzedników RFN. Ale jednocześnie wstrząsnęło mną ich niemal obowiązkowe antyizraelskie nastawienie… Zaszło ono tak daleko, że pewien “komunard” rzucił w 1969 roku bombę na siedzibę Gminy Żydowskiej, a w uprowadzoym przez RAF samolocie sortowano pasazerów na Żydow i nie- Żydów, wypuszczając tych ostatnich na wolność. Dla mnie, ofiary podobnej ideologii w Polsce roku 1968, był to potężny szok.
    Jednak takie wyskoki miały nikły wpływ na codzienne życie studentów. Ich “rewolucyjność” ograniczała się głównie do werbalnych ataków na konserwatywnych i liberalnych profesorów oraz kradzieży po domach towarowych – przecież Marks stwierdził, że wlasność to też kradzież! Jednym z głównych przejawów rewolty była przekomiczna “emancypacja obyczajowa”. Mimo haseł takich jak “Wolny seks bez małżeństwa” i demonstracyjnej golizny, podczas gdy “rewolucjoniści” dyskutowali o strategiach obalenia kapitalizmu, “rewolucjonistki” notowaly ich mądrości gotowały, przynosiły im kawę i zmywały naczynia. Mało tego, ledwie moglam uwierzyć własnym oczom, gdy na wykładach i seminariach robily na drutach i szydełkowały!
    Ówczesną “emancypację” na szczęście dzisiaj wielu publicystów i naukowców uznaje już za farsę:
    “… rewolucjonistwom, którymi byli głównie mezczyzni, chodziło o to, by niewiążąco sypiać z jak największąailością kobiet”, twierdzi dr. Goldstein, znany psychoterapeuta

  2. I jak to wszystko z czasem się zmienia. Przyjda po nas następni i tez będa oceniac nasze czasy pod każdym względem

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.