Barataria 25 Piękna Helena i jej mąż rogacz

Po tygodniowej przerwie ciąg dalszy Traktatu o wyspach Leona Gomolickiego

Historia pięknej Heleny

Po zdobyciu i spaleniu Troi wodzowie greccy złożyli dziękczynne ofiary bogom i odpłynęli do domów na swoich okrętach. Tak skończyła się dziesięcioletnia wojna, o której ludzkość zachowa pamięć dłużej niż o innych batalistycznych rzeziach, nawet stuletnich i ogólnoświatowych. Okrutny był los zwyciężonych, ale i zwycięzcy w ukoronowaniu swych trudów nie zaznali pomyślności. Droga ich dłużyła się, najeżona niebezpieczeństwami, a i u mety czekała zdrada żon i gwałtowna śmierć z ręki bratobójczej. O przewrotności losu herosów spod Troi powstały nieśmiertelne tragedie i eposy. Tylko jeden Menelaos zasłużył na nie mniej nieśmiertelną farsę, tymczasem historię jego cechuje zastanawiająca zagadkowość, nie zbadana do końca.

Traf chciał, by przydzielono mu rolę męża rogacza. A rola ta ma swoje tradycyjne miejsce w komedii masek. Nie dochował też ślubu i nie zabił niewiernej żony, wdarłszy się zbrojnie do domu czwartego jej (po Tezeuszu, po nim i po Parysie) małżonka, Deifobosa. Lekkomyślnie wybaczył jej krzywdę i hańbę, którą go okryła, i w obliczu zgorszonej opinii wieków połączył się z nią na resztę swoich dni. I to wtedy, gdy zdrada jej dawno przerosła znaczenie utarczek rodzinnych i stała się przyczyną wydarzeń dziejowych – wciągnęła narody w krwawe tryby wojny. Gdzież były okrutnie poszkodowane miasta? gdzie napastujące skrzydła erynii?

Jest jednak inna wersja, utrzymująca, że Menelaos nie pozbawił Heleny życia, by postawić ją przed trybunałem Achajów. Kiedy flotylla grecka odbiła od spustoszonego brzegu, spowitego w warstwy mgły i dymu, Skamander wciąż jeszcze wyrzucał na fale morskie martwe ciała Trojan. Długo w noc odprowadzały okręty, a stada podnieconych mew krążyły nad zwłokami. Menelaos stał pod napiętym żaglem i patrzył na bałwany połyskujące światłem księżyca. Aż noc uległa przesileniu i zaczęły blednąć gwiazdy cieszące oczy sternika. Wtedy kazał się zaprowadzić do komórki, w której przechowywane zwoje lin i inny sprzęt okrętowy, a w której teraz została zamknięta Helena. Przy świetle kaganka łojowego, a jeśli wtedy nie było jeszcze kaganków łojowych, przy świetle małej smolnej pochodni zobaczył ją, jak spała na zestawionych skrzyniach, okryta starym żaglowym płótnem. Menelaos kazał, aby towarzyszący mu wyszli, i w mylącym świetle przyglądał się znajomym rysom. Zresztą, znajomym! Dziesięć lat temu łaska młodości łagodziła boską ich prawidłowość, jak ranna poświata łagodzi zarys gór. Teraz twarz zaostrzyła się, upodobniona do marmuru posągów. Menelaos ostrożnie odwinął, jak całun, brzeg osłaniającej tkaniny. Helena była w tym samym chitonie, poszarpanym, obryzganym krwią, przepalonym iskrami pożogi. To ona wbiła sztylet w plecy broniącego jej Deifobosa, zdradzając po raz trzeci, tym razem dla zdradzonego prawowitego męża. Menelaos nie mógł zetrzeć z pamięci tej sceny, kiedy stała tak ze sztyletem w ręce, podobna do bogini odwetu, w kłębach dymu unoszącego się z kadzideł boju. Była groźna i piękna, wzbudzała pożądanie i strach. Czy należała do śmiertelników? Czy podlegała sądom ludzkim? Czy nie była narzędziem bogów?

Nagle kamień przejrzał. Obudzona światłem pochodni (zbliżonego do twarzy kaganka) Helena otworzyła oczy westchnęła i ujrzawszy pochylonego nad nią Menelaosa, zarzuciła mu na szyję ręce. A wtedy Menelaos stracił panowanie nad sobą. Sam nie wiedząc, jak to się stało, lata samotności i trudy wojny powetował w objęciach wiarołomnej żony. Dopiero gdy uniesienie opadło, uświadomił sobie nikczemność swego postępku. Szybko wstał, porwał pochodnię i opuścił pływającą celę Heleny. Musiał uporządkować myśli. Mimo późnej pory zastukał do kabiny Nestora, który dzielił z nim powrotną wędrówkę spod Troi. Uwieńczony mądrością siwizny starzec nie spał, utrwalając na piśmie wspomnienia ostatnich wydarzeń. Wejdź, powiedział, szlachetny Atrydo, czemu zawdzięczam tak późne odwiedziny? Nigdy bym nie ośmielił cię niepokoić u schyłku nocy, odrzekł Menelaos, gdyby nie wielka rozterka w mym sercu. Nestor odłożył pracę i zwrócił spojrzenie na wzburzonego gościa, a Menelaos, pokonując skrępowanie i wstyd, w słowach nieskładnych i nie wyważonych opowiedział to, co się stało. Czy oznajmiłeś jej przynajmniej, o co oskarża ją ludzkość, zapytał Nestor, czy coś powiedziała na swoje usprawiedliwienie? Nie, zaczął Menelaos, i dopiero w tej chwili uświadomił sobie, że wszystko odbyło się między nimi w niewytłumaczalnym milczeniu. Zaczekaj tu, powiedział Nestor, ja pójdę do niej, aby wyrwać z jej ust skruchę. Wziął pochodnię z rąk Menelaosa i oddalił się, a nieobecność jego trwała, jak się wydało czekającemu, niewymiernie długo. Wreszcie starzec wrócił zmieniony, usiadł ciężko i złagodzonym głosem przemówił w ten sposób: Synu, widziałem ją, spała porzucona przez ciebie w swej niewinnej nagości i żadna mara nie mąciła jej snu. A gdy tak siedziałem przy niej zapatrzony, jakiś głos nieziemski natchnął mnie myślami, czy nie jesteśmy w błędzie, rzucając na nią surowe oskarżenie. Jest tylko kobietą posłuszną instynktowi płodności, któremu podporządkowane zostało wszystko, poczynając od potężnych bogów Olimpu, a kończąc na najnędzniejszej roślince.

Mówimy, że to ona wtrąciła narody w okrutną wojnę. Ale czy to nie ty, synu Atreusa, sam z trudem rozpętałeś nienawiść między Grekami a Troją? Zaślepiony zazdrością, sprawę, która powinna była pozostać w ukryciu małżeńskiej alkowy, wyniosłeś na zewnątrz domu. Wciągnąłeś w to mnie i razem szykowaliśmy wielką wyprawę. Ile sił i dni zajęło nam przemierzanie ziem greckich, werbowanie sprzymierzeńców. Wbrew woli bogów i ludzi, podstępem i namową zbieraliśmy siły wielu miast przeciwko jednemu miastu, tylko dlatego że ukrywało w swych murach słabą kobietę. I w czasie niebezpiecznej drogi, i dłużących się walk trwałeś w swoim zacięciu. Powiedz teraz, gdy liczymy zmarnowane ludzkie istnienia, któż naprawdę powinien ponieść karę za te zbrodnie? To pytanie postawię przed trybunałem, a teraz zostaw mnie, jestem bardzo zmęczony.

Gdy Menelaos z jeszcze większym zamętem w sercu opuścił kabinę Nestora, dopadł go kapitan okrętu, który czekał na niego pod drzwiami. Wielki panie, powiedział, kobieta, którą trzymasz w zamknięciu, jest czarownicą, rzuciła urok na całą załogę. Każ zaszyć ją w worek i rzucić do morza, inaczej sprowadzi nieszczęście na nas wszystkich. Sam tracisz rozum, odrzekł Menelaos, ta białogłowa nie jest niczyją branką, jej życie podlega trybunałowi Achajów. Kapitan odstąpił nie przekonany, a trzeciego dnia drogi przeczucia jego spełniły się: powiał tęgi wiatr, rozkołysany żywioł wodny zlał się z powietrznym żywiołem. Bałwany sięgające nieba rzucały okrętem jak trzcinką, odmęty morskie rozwierały paszczę wieloryba, gotowego pożreć zwycięską flotyllę jak stado drobnych płotek. Zwinięto żagle i ścięto maszty, woda zalewała pianą pokład i dostawała się do wnętrz statku jak do przechylonego kubka. Ludzie, bezsilni, by stanąć do nierównej walki, odmawiali modlitwy, aż po trzech dobach wiatr zelżał, rozkołysana powierzchnia uspokoiła się, chmury przebił słoneczny promień i pokazały się stada krążących w powietrzu mew, zwiastujących bliskość nieznanego brzegu. Ujrzano go wkrótce – mglisty zarys niebieskiego wzniesienia, na którego szczycie coś lśniło, jakby był obsypany diamentami. Wszyscy wyszli na pokład, obserwując to zjawisko, i nie od razu spostrzegli, że są sami. Gdzie podziała się reszta flotylli? Została zatopiona? Zniesiona przez wiatr w innym kierunku? Osamotniony okręt Menelaosa, ogołocony, obezwładniony przez burzę, pozostawiony własnemu losowi, kołysał się na martwej powierzchni zatoki nie znanej wyspy.

Brzeg był pusty i załoga spartańska zaczęła szykować się do opuszczenia statku. Wydobyli spod pokładu ocalałe łodzie ratownicze i pierwszy Menelaos dotknął nogą kamienistej ziemi. Nikt nie wyszedł im na powitanie. Na głazach odpoczywały ptaki i wylegiwały się w drzemce jaszczurki. Z trudem, ślizgając się, potykając się na kamieniach, ruszyli onieśmieloną gromadą w kierunku lasu, który okrywał strome zbocza wzniesienia. Oczy wszystkich były zwrócone ku górze, gdzie teraz z bliska wyraźnie rysowały się dziwne połyskujące kształty.

To świątynia, powiedział Nestor, widzę dobrze wysoki portyk i dach iskrzący się srebrem.

Skądże, zaprzeczył Menelaos, to pałac pełen wieżyczek i przerzuconych w powietrzu łuków. To one, wyłożone czymś, iskrzą się w słońcu.

Wielkie nieba, zawołał kapitan statku, nie idźmy tam, to nie żadna świątynia i nie żadna budowa. Na głazach czai się smok i to łuski jego cielska tak błyszczą.

To woda, woda, krzyczeli majtkowie, słodka woda spada ze skały! Byli wielce spragnieni i nie zważając na ostrzeżenia i rozkazy pobiegli naprzód i zniknęli w lesie. Na brzegu w rozterce zostali Menelaos, Nestor i kapitan, który prowadził na lince Helenę z rękami skrępowanymi z tyłu.

W końcu, nie mając odwrotu, musieli i oni ruszyć przed siebie, zostawiając za sobą pusty brzeg morza. Gdy znaleźli się w lesie, ogarnął ich półmrok gęstwiny. W gałęziach karłowatych drzew roiło się od ptactwa i drobnych małp. Pod nogami zdradziecko wiły się korzenie podobne do węży i węże podobne do korzeni. Mylące wołania, zwielokrotnione odgłosami, dobiegały z różnych kierunków. Z początku myśleli, że słyszą głosy majtków, lecz wkrótce zaczęli napotykać ich ciała, rozdęte działaniem trucizny jadowitych gadów, uduszone przez lepkie pnącza, z wydziobanymi oczami, wchłaniane powoli przez bagnisty muł, na którym pleniła się złowroga roślinność wyspy.

Nie pójdę dalej, powiedział kapitan, zginę tu, razem z tą czarownicą. Niech i ona też zginie, przyczyna naszej śmierci. Nie! niech zginie już, złożymy ją w ofierze bogom piekieł, które nas niedługo pochłoną.

Menelaos i Nestor patrzyli na jego szaleńcze poczynania sparaliżowani. On zaś popchnął skrępowaną niewiastę, zmuszając, aby uklękła, zamierzył się ostrzem sztyletu i – chybił. Zamierzył się znowu i po drugim chybionym ciosie spojrzał na swoją dłoń, w której zaciskał zamiast broni gałąź wawrzynu. Wtedy w przerażeniu pobiegł, czując się jak we śnie, potykając się o wężopodobne korzenie.

Tu las niespodziewanie rozstąpił się, odsłaniając marmurowe stopnie prowadzące stromo w górę, przerywane w różnych odstępach tarasami. Na tarasach stały posągi i rzeźbione urny i można było odpocząć na szerokich kamiennych ławkach. Im wspinali się wyżej, tym wspanialszy widok na morze i wyspę otwierał się ich oczom. Tonęła w kwitnących ogrodach, w których ukryte były białe kolumnady i miniaturowe portyki świątyń. Szczyt wzniesienia wieńczył koroną pałac cyklopicznych rozmiarów o dziwnej budowie. Był pokryty kolorowymi kaflami i to one tak mieniły się z odległości. Przy wejściu powitał ich człowiek o ciemnym kolorze skóry, którego języka nie rozumieli. Pokazując im drogę na migi, zaprowadził do sali podobnej do placu wielkiego miasta, otoczonej rzędami kolumn naśladujących rozrośnięte łodygi papirusu. Pośrodku, oświetlony tajemniczym górnym światłem, na skromnym krześle siedział szczupły karzeł z ogoloną głową.

Jestem władcą tej wyspy, powiedział, nazywam się Proteusz. Nie wiem, czy to imię wam coś mówi, ale ja czekałem na Wasze przybycie od dawna. Od czasu gdy burza rzuciła na mieliznę przy moim brzegu okręt Parysa, który płynął ze Sparty do Troi. Wiózł on piękną Helenę, żonę króla Sparty, Menelaosa, którą uwiódł i porwał podstępnie mężowi. Wiem wszystko o tobie, boski Menelaosie, i znam dobrze twoje rozterki. I dobrze się złożyło, że krąg wydarzeń wreszcie zamknął się i wszystko zostanie wyjaśnione. Ale wpierw musicie odpocząć po ciężkiej drodze i srogich przejściach, zaspokoić głód i pragnienie. Zaraz ludzie moi odprowadza niewiastę do kobiecej części domostwa, a dla was przygotują kąpiel aromatyczną, namaszczą oliwą, przebiorą w czyste szaty, abyśmy mogli znów spotkać się przy wspólnej uczcie. Tak też się stało, jak mówił. Zaklaskał w dłonie i weszli czarnoskórzy słudzy, którzy zaprowadzili Helenę do części kobiecej, a mężczyzn do marmurowej łaźni, gdzie ciepła woda przelewała się w czystych basenach. Tam goście wzięli krzepiącą kąpiel, zostali namaszczeni wonnościami i ubrani w śnieżnobiałe chitony i purpurowe peplosy, spinane złotymi szpilkami. Na głowy włożono im wieńce z kwiatów i zaprowadzono do wewnętrznego ogrodu, gdzie wśród bujnej roślinności i posągów przygotowano ucztę.

Kucharze wnieśli i postawili na stole ciężką tace, na której spoczywała skrzydlata ryba, umieszczona na pięciu żółwiach. Wysmukli chłopcy rozlewali z kamiennych kraterów wino. Ruchy ich śledził gospodarz, a gdy skończyli i usunęli się w cień filarów, wzniósł swój puchar ze słowami: Wychylmy puchary tłoczonego w moich winnicach nektaru, by uczcić nasze spotkanie. Zamyka ono łańcuch ludzkich błędów i cierpień, których ukrytymi inspiratorami byli bogowie. Do tej chwili wiązała mnie tajemnica, dziś wolno mi dozwoloną część prawdy wam odsłonić. Po potopie ludzki gatunek wkrótce znów się rozplenił, a na ziemi zapanowały głód i niezgoda. Naradę na szczycie (Olimpu) zamknęła uchwała: przerzedzić ród śmiertelników. Zainspirowano porwanie Heleny jako powód do wojny, ale między bogami nie było całkowitej zgody. Boginie rywalizowały ze sobą i gdy Afrodyta sprzyjała połączeniu występnych kochanków, Hera postanowiła pokrzyżować jej plany. Nasłała burzę, która zniosła okręt Parysa na południe i rzuciła na mieliznę przy brzegu mojej Wyspy. Byłem wciągnięty w te sprawki nieśmiertelnych i w czasie gdy gościłem rozbitków w tym pałacu, w którym i was teraz goszczę, Hera ukryła Helenę, a na jej miejsce podstawiła ulepioną z mary Helenę fałszywą.

Z nią też oszukany Parys odpłynął do Troi. Zjawa ta, powolna każdemu mężczyźnie, zdradziła Parysa z jego bratem, a obu im zgotowała zagładę. Spełniła wolę bogów, siejąc waśń i czyniąc spustoszenie, a dziś wróciła z wami na miejsce swego powstania z nicości, sama nicość rządząca losami świata. A więc stało się tak, jak stać się miało, wyrocznia sprawdziła się i mogę wreszcie zwrócić mężowi jego prawdziwą żonę, która spędziła wszystkie te lata w bezpiecznym zaciszu mego pałacu. Jest niewinna wobec ludzi i nieba, a ponieważ na wyspie tej czas nie ma władzy, pozostała tak samo młoda i piękna jak w chwili, gdy stanęła na moim brzegu. Jutro zobaczysz ją, boski Menelaosie, a teraz wychylmy kielichy, aby uczcić złączenie wiernych małżonków. Tu biesiadnicy strącili z kielichów pierwsze krople wina na cześć sprzyjających im bogów i pili, a napój był słodki i gęsty jak miód i mocny jak sen po srogich trudach. I czy nie pod jego działaniem mgła przesłoniła wzrok Menelaosa, a gdy wyciągnął rękę po jadło, żółwie rozpełzły się po stole, zaś skrzydlata ryba pofrunęła nad jego głową i usiadłszy na gałęzi zaskwierczała głosem papugi: durreń, starry śmierrdziel, durreń. Nagie tancerki zamieniły się na jego oczach w fikające koziołki delfiny, a sam gospodarz z mizernego karzełka urósł w olbrzyma i rósł dalej, aż wszystko – niebo i ziemię – okrył mrok niepamięci.

Helena Trojańska, obraz pędzla Evelyn De Morgan, 1898

Nazajutrz Menelaos obudził się na szerokim łożu. We śnie leżał pośrodku leśnej polany i słyszał nasilające się glosy ptaków i szum morskiego przypływu. W rzeczywistości były to dźwięki powietrznej harfy, a łoże jego stało pośrodku pustej sali otoczonej podwójnym rzędem kolumn. Menelaos wstał i zszedł do ogrodu. Po wczorajszym pozostało uczucie lekkiego zawrotu głowy i mdłości. Nie mógł myśleć o jedzeniu i piciu i pragnął jedynie rzeźwiącego powietrza. Pogoda sprzyjała – dzień był słoneczny i wietrzny. Drzewa zginały swoje korony, spłoszone ptaki chowały się w wysokiej trawie, w twarz uderzały zerwane z gałęzi liście i kłuł unoszony do góry piasek. Lecz Menelaosowi nie sprawiało to przykrości, oddychał z ulgą. Wciąż jeszcze nie mógł uprzytomnić sobie do końca wczorajszych słów Proteusza. Czekało go dziś wyjaśnienie niezwykłych okoliczności, w które wplątały go nieziemskie moce.

(…) Tu drogę Menelaosowi zaszedł w grzecznych ukłonach piękny młodzieniec, mówiąc, że Proteusz czeka na niego w atrium. Menelaos podejrzliwie oglądał posłańca, lecz nie mając nic do wyboru, posłusznie skierował się za nim. Pałac był tak wielki i miał tyle zawiłych krużganków, przejść í wewnętrznych ogrodów, że gość gubił się w nim jak w gąszczu leśnym.

Proteusz istotnie czekał na niego. (…) A teraz, boski Menelaosie, pokażę ci, na razie z odległości, Helenę, patrz uważnie. Doszedł do zarośli pleniących się zaraz za kolumnami i ostrożnie rozsunął gałęzie, odsłaniając oczom gościa zieloną łąkę przeciętą strumieniem, w którym kąpała się Helena. Nie była sama: z wody na brzeg wyszła razem z nią kobieta, podobna do niej, jak może być tylko podobne odbicie w zwierciadle. Proteusz z satysfakcją śledził zdumienie Menelaosa. Jakże oceniasz naszą robotę, zapytał. Ręczę, że nie znajdziesz żadnej fałdki na ciele, żadnego włoska, żadnego znamienia na skórze, które by nie odpowiadało oryginałowi. Wszystko tu jest identyczne, jak spod pędzla artysty naśladującego naturę. Hera wtedy w pośpiechu dorobiła pępek, zapomniawszy, że Helena nie jest zwykłym noworodkiem, że wykluła się z jajka Ledy. Musiałem natychmiast sprostować ten szczegół. (…)

Menelaos podziwiał podobieństwo, choć bynajmniej nie z zachwytem: takiego spoufalenia jego małżonki, przywróconej mu w swej niepokalanej czystości, ze złowrogą marą wcale nie uważał za wskazane. Jest to godne podziwu, powiedział, wolałbym jednak, aby ta kopia nie zbliżała się do nieskazitelnego oryginału. Masz rację, boski Menelaosie, zgodził się Proteusz, podział ten zostanie dokonany, rzecz jednak w tym, że w tej chwili i ty sam nie potrafiłbyś tu zaradzić. Są tak do siebie podobne, że jedynie ich własne świadectwo mogłoby coś wyjaśnić. Cóż, skoro jedna jest nieświadoma istoty sprawy, druga natomiast podstępna i świadomie kłamie. Musimy uzbroić się w cierpliwość i znaleźć sposób, aby dotrzeć do sedna. Według mnie istnieje tylko jedna możliwość: jeśli zawodzą cechy zewnętrzne, trzeba poddać próbie charaktery. Błąd polega na tym, że pozwolono im się zmieszać, jak dwom ziarenkom grochu. Musimy teraz poczekać na pędy, które ziarenka wypuszczą. Bądźmy dobrej myśli, przyjacielu, a wszystko da się wyjaśnić.

Praktyczne znaczenie tych słów nie było jasne dla Menelaosa. Rozumiał tyle, że musi czekać, ale czekanie dłużyło się w nieskończoność. (…) Menelaos postanowił rozmówić się stanowczo z Proteuszem. Sam teraz szukał z nim spotkania, lecz nigdzie go nie było. Bojąc się zagubić w labiryntach pałacu, stanął wreszcie przed głównym wejściem i głośno wołał, aż usłyszał głos:

Czego żądasz, boski Menelaosie?

Chcę rozmówić się z tobą, przewrotny przemieńcze, rzucasz urok na ludzi, łudzisz obietnicami, ale teraz domyślam się, że to tyś porwał mi żonę, oszukawszy również Parysa. Zwróć mi ją natychmiast albo ujawnij się, abym mógł nauczyć cię uczciwości.

Źle sobie poczynasz, odpowiedział głos Proteusza, tak odwdzięczasz się za moją gościnę – nieufnością i obelgami. Nie wiesz, że robię wszystko, abyś mógł wrócić do twej ojczystej Sparty wraz z prawowitą małżonką. Wysłałem do Pytii posłów i czekam na odpowiedź, jak rozwikłać zagadkę, która z dwóch Helen jest Heleną prawdziwą. Miejże cierpliwość, przyjacielu, i uwierz w moją życzliwą szczerość.

Wszystko to wykręty, nędzny karzełku, wiedziałbym, jak z tobą postąpić, gdybyś przezornie nie zgładził załogi mego statku, ale i sam dam radę, pokaż mi się tylko, pokrętny tchórzu.

Ale Proteusz był wciąż niewidoczny. Głos jego posmutniał, gdy tak mówił dalej: Wszyscy jesteście jednacy, wiarołomni niewdzięcznicy. Czym różnisz się od swego rywala Parysa, który wykorzystując gościnę uprowadzał żony i rabując mordował gospodarzy, jak to uczynił z królem Sydonu. Zamiast żywić do mnie uczucie wdzięczności, że uratowawszy przechowywałem w moim pałacu twoją boską małżonkę, wyrzucasz mi przewrotność i kłamstwo i grozisz gwałtem. Cóż możesz mi zrobić? Proszę, stoję przed tobą.

Tu Proteusz ujawnił się oczom Menelaosa. Zobaczywszy go i myśląc, że z łatwością da sobie radę z mizernym karłem, Atryda rzucił się na niego, lecz karzełek w tejże chwili zamienił się w węża, który owinął się dokoła ciała napastnika, tamując mu oddech. Ze srogim wysiłkiem Menelaosowi udało się rozluźnić potężne pierścienie gada i postawić nogę na jego głowie, aby zmiażdżyć ją. A wtedy wąż zamienił się w żółwia opancerzonego mocną skorupą. Gdy Menelaos poderwał go z ziemi i cisnął co siły o głaz, żółw zamienił się w ptaka, pofrunął, usiadł na skale, gdzie powrócił do kształtu ludzkiego. I tak spoglądając z góry na zadyszanego wysiłkiem Menelaosa, Proteusz mówił: Dziwię się tobie, czy nie słyszałeś nigdy, że mało komu udało się mnie obezwładnić? Jestem nieuchwytny, wielokształtny i nieśmiertelny. To ja z Eurynome stworzyłem ten świat, ja zapłodniłem Matkę Geę i jestem ojcem wszystkiego, co ma kształt i treść, sam natomiast nie mam stałego kształtu, będąc treścią wszelkich możliwych treści. Co możesz wiedzieć o tym, marny wojaku i mężu zdradzany przez żony, nasiąknięty jak gąbka nienawiścią i zżerany zazdrością? Sam sobie tylko potrafisz zgotować zasłużone niesławę. Chętnie pozbędę się ciebie, i to już. Masz, niewdzięczniku, swoją Helenę.

Wypowiedziawszy te słowa zniknął, a razem z nim zniknęło wszystko, co go otaczało, i Menelaos znalazł się w gąszczu dziewiczego lasu. Zamiast wspaniałego pałacu – zwisające nad poplątanymi gałęziami drzew surowe skały, błyszczące warstwami miki. Zdjęty przerażeniem, Menelaos zaczął wołać na cały głos, jak woła człowiek dławiony przez senną marę. A wołając usłyszał znajome wołania, zwielokrotnione w tysiącach odgłosów. Wkrótce zeszli się wszyscy troje z Heleną, wyłaniali się z wysokich zarośli zawstydzeni swoją nagością, bo byli pozbawieni odzieży, zmarznięci, głodni, w krwawiących zadraśnięciach od kolczastych chwastów, z trudem, po długich błąkaniach wydostali się na kamienisty brzeg morza, okrywając nagość swoją ułamanymi gałązkami krzewów. Tu zaspokoili głód mięsem małżów wyrzuconych na brzeg przypływem. A szczęśliwy (podejrzanie) przypadek zrządził, ze jakiś handlowy statek, przepływający obok zaczarowanej wyspy, zauważył ich i wziął na swój pokład. Po nowych długich przygodach, a droga ich trwała jeszcze lat kilka, znaleźli się wreszcie w upragnionej ojczyźnie. Tak skończyła się niezwykła historia Menelaosa, z tym, że już nigdy nie zaznał spokoju, nie mając pewności, czy dzieląca z nim radości i troski małżeńskie kobieta jest Heleną prawdziwą, czy jej złowrogim sobowtórem.

Apokryf o Helenie Nieskalanej, który posłużył jako jedno z głównych źródeł tej historyjki, zmyślił, jak wiadomo, starożytny poeta grecki, Sycylijczyk Stesichoros z Himery. Napisał on, wśród innych epickich utworów, poemat o zburzeniu Troi i poemat o Helenie, potępiający jej czyny, po czym wzrok stracił. Przyczyną utraty wzroku przez nieostrożnego poetę był gniew Heleny, a dowiedział się o tym dziwnym zbiegiem okoliczności Krotończyk Leonimos, który pierwszy ze śmiertelników trafił na wyspę szczęścia Leuke, gdzie wtedy Helena przebywała. (…) Leonimos widział na Leuke sławnych mężów, bohaterów eposu Homera, i rozmawiał z Heleną, która wcale nie wyglądała na tak szczęśliwą. Była podrażniona oszczerstwem Stesichorosa i nakazała Leonimosowi, aby popłynął do Himery í oznajmił poecie, że stracił wzrok z powodu jej gniewu. Wszystko to jest niewątpliwą prawdą, ponieważ opowiadanie uleczonego Krotończyka zapisał Pauzaniasz, umieściwszy je przy samym końcu dziewiętnastego rozdziału trzeciej księgi Wędrówki po Helladzie. Temu szantażowi z pogranicza zaśwíatów zawdzięczamy odwołanie, które napisał Stesichoros. Palinodia jego zaczynała się od słów: „Ta powieść jest jedynie prawdziwa, nigdy nie wstąpiłaś, o boska Heleno, na wielki okręt i nie przypłynęłaś pod mury Troi.” Podobno po ogłoszeniu tego sprostowania, a właściwie nowej wersji historii Heleny, poeta wzrok odzyskał.

Apokryf był atrakcyjny i kuszący. Wielu kronikarzy i poetów podchwyciło go, nawet Platon streścił w Fajdrosie. A i w późniejszych czasach nie brak było naśladownictw i reminiscencji. Tym bardziej że sama postać głównej bohaterki jest niezwykła – fascynowała i wciąż fascynuje ludzkość, mimo że od czasu wojny trojańskiej upłynęły już przeszło trzy tysiąclecia. Stoi za nią opiekuńczy cień Afrodyty. Tak widzimy ją oczami Homera. Ale jeśli spojrzeć w głąb czasów przedhomerowych, postacie te oddalając się zlewają w postać jedną, boską, z księżycem w koronie. Jest bóstwem księżyca, a Helena, Selena, Afrodyta – to jej imiona uświęcone przez kulty lokalne. Roztacza tajemnicze wpływy na przyrodę i ludzi, sprzyja spełnieniu miłości pod osłoną nocy, nasyła marzenia senne. I staje się jasny symbol porwania, kiedy księżyc znika z nieba, a ziemię otacza mrok, sprzyjający gwałtom wojny i upiorom zagłady. Ale księżyc niezmiennie wraca w pełni swej niepokalanej świetności – Helena wraca do swego prawowitego męża. Z jej boskiej przeszłości pozostaje pochodzenie od Olimpijczyka, wyklucie się z jaja ptaka, jak niegdyś wykluł się świat. Jest nieśmiertelna, a jej zmysłowe piękno nieprzemijające. Czy to nie kojarzy się z czymś, co stoi u początków istnienia? Z mitem o tańczącej Eurynome, Substancji Wszechrzeczy. Taniec Eurynome, który tworzy wiry materii, z których powstaje wąż Ofion, który zapładnia Eurynome, która znosi wężowe jajo, z którego wykluwa się Świat, który jest Światłem. Kosmogonia pelasgijska, stworzona przez lud, który osiedlił się w Grecji, a musiał przyjść z kraju leżącego na styku kultur Egiptu i Babilonu.

Tak daleko zaprowadziła nas Helena Spartańska. Dotarliśmy do tańca Eurynome, przed którym była próżnia kosmiczna, ujemna materia, nicość. Do pierwszej litery alfabetu, rozpoczynającej Księgę Rodzaju. Przed tą granicą istnienia myśl cofa się i przeskakuje na tory dostępne dla niej, realne, misteryjny taniec Eurynome, powtarzany przez jej kapłanki…

***

A ja jako autorka tych wędrówek po kulturze dodam jeszcze ostatni akapit:

Tak daleko zaprowadziła nas Helena Spartańska. Dotarliśmy do Baratarii.
Na pierwszą kolację u Proteusza podano skrzydlatą rybę, umieszczoną na pięciu żółwiach – oczywisty symbol świata starożytnych. Do picia podano wino z najprzedniejszych winnic Proteusza, a napój był słodki i gęsty jak miód i mocny jak sen po srogich trudach. I czy nie pod jego działaniem mgła przesłoniła wzrok Menelaosa, a gdy wyciągnął rękę po jadło, żółwie rozpełzły się po stole, zaś skrzydlata ryba pofrunęła nad jego głową i usiadłszy na gałęzi zaskwierczała głosem papugi: durreń, starry śmierrdziel, durreń. Nagie tancerki zamieniły się na jego oczach w fikające koziołki delfiny, a sam gospodarz z mizernego karzełka urósł w olbrzyma i rósł dalej, aż wszystko – niebo i ziemię – okrył mrok niepamięci. Toż jest to ten sam, znany nam, opis uczt jakie urządza się na Baratarii! Wszystko złuda i nieprawda, i nie ma nic do jedzenia.

Trzy wiersze znalezione i jedna nadesłana piosenka

Ani

Te trzy wiersze i jedna posenka, przeczytane ostatnio raczej przez przypadek, zrobiły na mnie duże wrażenie i uderzyły aktualnością. Postanowiłam więc podzielić się nimi.

Icchok Lejbusz Perec
1852-1915

Wiersz jest pomieszczony w Antologii poezji żydowskiej, podarowanej mi niedawno przez moją przyjaciółkę Anię, która tę książkę znalazła porządkując bibliotekę rodziców w Gdańsku. Antologię wydał PIW w roku 1986, pod redakcją i ze słowem wstępnym Arnolda Słuckiego. Wydawnictwo powołuje się przy tym na prawa autorskie z roku 1983. Jakie jednak, skoro autor wyjechał z Polski ze słynnym biletem w jedną stronę w roku 1968, a w roku 1972 umarł w Berlinie Zachodnim? Wiem, bo chodzimy z Anią co roku na jego grób.

Foto Anna Kuzio

Nie myśl

Nie myśl, że świat jest karczmą – stworzony,
Ażeby przepychać się w nim do szynkwasu
Pięściami, pazurami i zachlać się, żreć, kiedy
Inni patrzą, i mdlejąc, i połykając ślinę
Wciągając żołądek miotany przez skurcze! –
O, nie myśl, że świat jest karczmą!

Nie myśl, że świat jest giełdą – stworzony,
By silny do woli mógł kupczyć słabymi,
Kupować młodych dziewcząt niewinność,
Mleko z piersi kobiet, szpik z kości
Mężczyznom i dzieciom odbierać ich uśmiech,
Rzadkiego gościa na zżółkłych twarzyczkach –
O, nie myśl, że świat jest giełdą!

Nie myśl, że świat jest dżunglą – stworzony
Dla wilków i lisów, łgarstwa i żeru;
Niebo – zasłoną przed widokiem Boga;
Mgła – by nikt tu nie patrzał na ręce;
Wiatr – by zagłuszyć dzikie okrzyki;
Ziemia, ażeby krew ofiar wessała –
O, nie myśl, że świat jest dżunglą!

Świat nie jest karczmą, giełdą ni dżunglą,
Wszystko się liczy i kładzie na wagę!
Ni łza, ni kropla krwi nie przemija,
Na próżno nie gasną ni oko, ni iskry!
Łzy rosną w rzeki, a rzeki w morza,
Z mórz wzbiera potop, z iskry jest piorun –
O, nie myśl, że umarło już prawo!

tłum. Arnold Słucki

***
Wiersz Herberta przytoczył na Facebooku Andrzej Saramonowicz, który prowadzi tam sobie taką własną rubrykę – co dzień jeden wiersz. Oczywiście Saramonowicz, chwała mu za to, musiał nam ten wiersz po prostu przypomnieć, przecież czytaliśmy go ongi bez końca i stał się chyba hymnem inteligenta lat 80, a jego tytuł stał się tak powszechną formułą, że do dziś się na nią powołujemy. Patrzymy na profesor Pawłowicz zajadającą w sejmie kebaba i myślimy, że to jednak jest kwestia smaku i naprawdę nie chodzi nam (tylko) o to, czy to kebab wegetariański czy z mięsem.

Zbigniew Herbert
1924-1988

Potęga smaku

Pani Profesor Izydorze Dąmbskiej

To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
nasza odmowa niezgoda i upór
mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku

w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia
Kto wie gdyby nas lepiej i piękniej kuszono
słano kobiety różowe płaskie jak opłatek
lub fantastyczne twory z obrazów Hieronima Boscha
lecz piekło w tym czasie było jakie
mokry dół zaułek morderców barak
nazwany pałacem sprawiedliwości
samogonny Mefisto w leninowskiej kurtce
posyłał w teren wnuczęta Aurory
chłopców o twarzach ziemniaczanych
bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rękach

Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana
(Marek Tulliusz obracał się w grobie)
łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy
dialektyka oprawców żadnej dystynkcji w rozumowaniu
składnia pozbawiona urody koniunktiwu

Tak więc estetyka może być pomocna w życiu
nie należy zaniedbywać nauki o pięknie
Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać
kształt architektury rytm bębnów i piszczałek
kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebów

Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu
książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie
To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
mieliśmy odrobinę niezbędnej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku

który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo
choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała
głowa

Z tomu Raport z oblężonego miasta, Paryż Kultura 1983

***

Tenże Andrzej Saramonowicz w tej samej rubryce przytoczył 8 czerwca wiersz, który wszystkimi synapsami wessał się w moje własne życie. Bo oto miałam na balkonie białą różę, co więcej, posadziłam ją zanim Krzysztof Łoziński przypomniał światu o incjatywie Białych Róż, zachęcającej, byśmy zaczęli organizować anty-miesięcznice antysmoleńskie każdego dziesiątego każdego miesiąca i byśmy przychodzili z białymi różami, które są symbolem pokoju, co tak rozzłościło suwerena Bonaparstka, że dokonując nadzwyczajnego skrótu myślowego, poinformował miasto i świat, iż biała róża jest symbolem nienawiści. I stało się to oczywiście zanim świat obiegły zdjęcia z kontr-miesięcznicy czerwcowej, pokazujące policję, która wynosi z manifestacji Frasyniuka czy Magdę Lempert z białymi różami w rękach.

Podlewałam tę różę jak najstaranniej, ale przyszło mi wyjechać na cztery dni, i zdarzyło się, że tego zimnego i mokrego lata nastały dwa dni potwornych upałów, w słońcu sięgających niemal 50 stopni (pokazał mi to mój nader mądry zegar) i wszystkie moje rośliny balkonowe przetrwały ten pustynny kataklizm, tylko róża… Róża postradała wszystkie kwiaty i uschła, a ja ją teraz próbuję odchuchać i namówić do życia, bo nie mam sumienia jej po prostu wyrzucić na śmietnik. I nawet już niektóre gałązki mojej róży zaczynają wyglądać jak gałązki róży…

No a ta stara pani… Oczywiście, jest o pokolenie starsza, ale czy to ma znaczenie?

CODZIENNIE JEDEN WIERSZ (773)

Kamil Wajer

* * * (moje rośliny na balkonie umarły)

moje rośliny na balkonie umarły
zbiegam na dół po fajki i w tym suchym powietrzu
spotykam sąsiadkę Irenę
Irena ma 86 lat i też coś przebąkuje o wyprawie na drugą stronę świata
wczepia się we mnie kurczowo prosi: pomóż mi wybrać listy
razem wchodzimy w cień schodowej klatki
Irena pokazuje laską która to skrzynka
a gdy wybieram
patrzy na mnie swymi wielkimi błękitnymi oczami
mówi „eh-eh… miałam takiego na wojnie…”
spoglądam na Irenę
stoi i lekko się trzęsie
jest suchutka jak letnie powietrze
cała siwo-niebieska jak izraelski domek lub ocean
wręczam jej listy całuję jej ręce mówię:
Pani uważa Pani Ireno, wyprawy, na tamten świat czy w rejony tego… po prostu czasem nie warto
czasem nie warto ruszać się z domu
w domu gra radio i jest kot
na oknie stoi kwiat miło trzeszczą ściany
dom to pewna i dobra planeta… niech się Pani nigdzie nie wybiera…
Irena śmieje się mówi: tamten to nie miał tak gadane…

cały rok kochałem się w Irenie
aż opatulili ją w coś białego i wynieśli następnym latem
stałem na klatce mówiłem: ja udzielę informacji ja znam tę Panią
powiedzieli tylko: odsuń się Pan tu już nie ma nic do roboty
więc zbiegłem na dół po fajki w tym suchym powietrzu
moje rośliny na balkonie umarły

***

Kamil Wajer wydał w roku 2015 tomik wierszy Noc nad Europą, wyd. Eperons-Ostrogi

***

Jutro następna kontr-miesięcznica… Róża wciąż jeszcze nie zakwitła, ale odżyła i wydaje mi się, że ma już pączki. Andrzej Klukowski ułożył piosenkę

To już od roku siódmego
Jak co miesiąc dziesiątego
Zbiera tłum się pod pałacem
Różańce, krzyże i modlitwy
Z ust pobożnych płyną klątwy
I już ciżba garnie się do bitwy

Prawda stoi tuż za rogiem
A tej prawdy nikt nie szuka
Taki to już polski teatr
taka to ci nasza sztuka
Jak co miesiąc 10
Naczelnik krzyczy do ludu swego
Frazy brzydkie pełne nienawiści
Komuniści i złodzieje
i że naród z nas się śmieje

Z drugiej strony rżną czarnego walca
coraz więcej mundurowych
coraz więcej białych róż
kto zapłaci za to widowisko
zaczynamy mieć nadzieję
ta drabinka się zachwieje naczelniku.

ty zapłacisz za to wszystko
coraz więcej jest teorii
coraz więcej nowych kłamstw
Nad zmarłymi czoła nikt nie chyli
Polityczne ekshumacje
nie nękajcie biednych dusz
dajcie spocząć już

Mówi prawda jest już blisko
Już za miesiąc, może dwa
W ludzkich głowach kartoflisko
Inni plują na to wszystko.
On tę prawdę dobrze zna
Lecz on do niej się nie przyzna
Do cholery! Niech wykrwawi się ojczyzna

Prawda czasem mgłą osnuta.
I choć dzisiaj jeszcze zatruta
To nawet gęste opary
Znikną, i to nie są żadne czary.
Prawda sama się obroni.
I nie jedno nam wyłoni.
A za oknem chicho płacze brzoza

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 4

Przekraczając granice

Amnezyjne podsumowanie

wpis z 17 kwietnia 2016 roku

Teksty dotyczące utraty pamięci i pierwszych dni po tym zdarzeniu zakończyłem w momencie wylotu do kraju.

A jak sytuacja wygląda teraz, po pewnym już czasie? Jak pewnie się domyślacie, pierwsze tygodnie upłynęły mi na ciągłych wizytach u lekarzy. Wiele pytań, skanów, prześwietleń i badań krwi.

Moje ciało powoli już wraca do normy, rany fizyczne pogoiły się (zostały jedynie blizny), wyniki krwi na początku odbiegające od normy, teraz do niej już wracają, jednym słowem fizycznie czuję się już znacznie lepiej.

No dobra, a co z pamięcią i psychiką, spytacie? Czy wróciła mi już pamięć?

Niestety pamięć jako taka na razie mi jeszcze nie wróciła, wracają, jak to określili lekarze, tak zwane automatyzmy. Co to dokładnie oznacza? Nauczyłem się ponownie, jak obsługiwać telefon czy komputer (zajęło mi to w sumie kilka dni, ale to wróciło), idę w dobrym kierunku, choć nie wiem, dlaczego go obrałem itp. Moje ręce, nogi i inne części ciała przypomniały sobie, co należy robić w danych sytuacjach, nawet tych bardziej skomplikowanych. Choć, nie ukrywajmy, daleko im jeszcze do doskonałości, ale przynajmniej widać już poprawę.

badanie 1

Lekarze są zgodni, wyniki badań i postępy, które czynię dobrze rokują na przyszłość. Pamięć powinna mi wrócić w przeciągu kilku miesięcy. Fajnie, ale to jednak mi nie wystarcza, ja chciałbym, aby wróciła JUŻ. Wygląda na to, że w tej sprawie jestem niecierpliwy jak małe dziecko, które chce dostać zabawkę lub wyjść na dwór.

Dzięki pomocy przyjaciół, znajomych i rodziny zaczynam powoli składać swoje „stare” życie w całość, ale, jakby nie było, to jest to ich wizja mojego życia. Czy takie właśnie było? Czy ja je tak widziałem i odczuwałem? Tego nie wiem, pozostaje to dla mnie cały czas zagadką i pewnie nic się nie zmieni do czasu, aż odzyskam „swoje” wspomnienia.
Lekarze studzą moje nadzieje z tym związane i twierdzą, że to będą kolejne, pojawiające się w różnej kolejności, skrawki, które będę układał niczym wielkie życiowe puzzle. Nic nie stanie się tak naraz, jak za dotknięciem różdżki. Co więcej, mogą pozostać jakieś fragmenty, które będą dla mnie długo, lub nawet na zawsze okryte mgłą zapomnienia.

Podobno najważniejsze jest teraz dla mnie unikanie stresu. Łatwo się mówi, spróbujcie się nie stresować, gdy z prawie czterdziestu trzech przeżytych lat pamiętacie tylko dwa miesiące i gdy co niektórzy naciskają, żebyście przypomnieli sobie dokładnie jakąś rzecz, bo to ważne. Cholera, przecież wiem, że to ważne i co z tego, jak w głowie mam pustkę.

No dobrze, tyle o pamięci. Słyszę też często pytania, jak się z tym czuję psychicznie. No cóż, tu bywa różnie, są lepsze i gorsze dni, chwile radości i chwile zwątpienia. Całe szczęście, że stanowczo w moim życiu przeważają ludzie mi przychylni, którzy już dużo mi pomogli, podtrzymali na duchu i na bieżąco dalej to robią. Trafiło mi się gdzieś takie stwierdzenie „Prawdziwym bogactwem człowieka, są jego przyjaciele” (nie jestem pewien, czy dokładnie to zacytowałem, ale sens był właśnie taki), dziś mogę się pod nim podpisać obiema rękami. Gdyby nie oni, mój stan psychiczny byłby dużo gorszy.

Ostatnie wydarzenia zweryfikowały tez listę osób mi bliskich, czasami na korzyść, a czasami wręcz odwrotnie. Świat potrafi zaskakiwać, ale to dobrze, gdyby tak nie było, nasze życie byłoby monotonne i mdłe jak niedoprawiona potrawa.

badanie 2

Na tym kończę to krótkie amnezyjne podsumowanie i wskakuję w buty, lekarze doradzają mi dużo wychodzenia z domu i spacerów ulicami miasta, które powinienem znać jak własną kieszeń, bo przeżyłem w nim połowę swojego życia, a niestety tak nie jest. Plusem tego powtórnego odkrywania jest jednak na pewno to, że podczas tych wypadów oczyszczam umysł i po powrocie mogę go katować, po raz kolejny, obrazami utrwalonymi na fotografiach, filmach i opowiadaniach z mojego życia. Mój mózg musi teraz pracować na podwójnych obrotach, nie mogę dać mu zapaść w niebyt rozkosznej laby. Ciągłe pobudzanie tej szarej masy przyczyni się podobno do szybszego powrotu pamięci, tak aby pytanie „A pamiętasz jak…?” nie było już koszmarem.

Dopisek po roku za tydzień

Jeszcze Sara Teasdale

Andrzej Rejman
i gościnnie Anna Ciciszwili

“Cała nadzieja w literaturze” – czytam w jednym z “dobrych” tygodników – to reklama Festiwalu “Stolica Języka Polskiego”, który odbędzie się w sierpniu b.r. w Szczebrzeszynie.

Tak. Cała nadzieja w literaturze, ale też w sztukach wizualnych, w muzyce i w poezji, cała nadzieja w kreatywności człowieka. To skuteczna przeciwwaga dla powierzchowności, zniechęcenia, monotonii, to skuteczna terapia dla społeczeństw ogarniętych rywalizacją, i dla jednostek dotkniętych depresją, wynikającą czasem z niemożności znalezienia swojego miejsca na świecie.

***

Anna Ciciszwili, poetka, tłumaczka, napisała kilka słów o Sarze Teasdale, jako kontynuację mojego poprzedniego wpisu.

Anna Ciciszwili

Z poezją Sary Teasdale, amerykańskiej poetki przełomu XIX i XX wieku, zetknęłam się dzięki mojemu przyjacielowi Andrzejowi Rejmanowi, który wyciągnął ja z mroków zapomnienia. Dziś zapomniana w Stanach Zjednoczonych, (była jedną z najpopularniejszych poetek w swojej epoce – w 1917 roku otrzymała Poetycką Nagrodę Pulitzera) – i prawie nieznana w Polsce.

Sara Teasdale pisała właściwie pieśni, wiersze znakomicie nadające się do ułożenia melodii, wiersze dla dzieci, teksty charakteryzujące się wyczuwalną melodyjnością, wiersze rymowane, samoistnie układające się w muzykę.

Andrzej Rejman skomponował w ciągu ostatnich kilkunastu lat wiele utworów do tekstów Sary Teasdale, część piosenek powstało we współautorstwie z Ewą Górską, Karoliną Jankowską, Rafałem Smolińskim i innymi.

Słuchając tej muzyki odkryłam Sarę…

W jej poezji – na pozór prostej, o nieskomplikowanych, wpadających w ucho rymach – odkryłam ponadczasowe przesłanie, głęboki mistycyzm i wolność. Sara doskonale odnajdywała siebie we wszechświecie, opisując to w prostych słowach wierszy.

Sara Teasdale

Thoughts

When I can make my thoughts come forth
To walk like ladies up and down,
Each one puts on before the glass
Her most becoming hat and gown.

But oh, the shy and eager thoughts
That hide and will not get them dressed,
Why is it that they always seem
So much more lovely than the rest?

z tomiku „ Rivers to the Sea” 1915

Myśli

Gdybym swoje myśli puściła z polotem,
Żeby jak modelki roztaczały wdzięki,
To każda z nich nosić miałaby ochotę,
Twarzowy kapelusz i modne sukienki.

Ale moje myśli ukrywają twarze,
Nie lubią się stroić w sukienki wspaniałe.
Dlaczego tak jest, że zdają się zawsze
O wiele wspanialsze, niż te pozostałe?

tłumaczenie Anna Ciciszwili

Autumn Dusk

I saw above a sea of hills
A solitary planet shine,
And there was no one, near or far,
to keep the world from being mine.

z tomiku „Dark of the Moon” 1926

Jesienny zmierzch

Widziałam ponad morzem wzgórz
Samotnych planet złoty rój,
Nie ma nikogo tam, czy tu,
Kto wstrzyma świat, by nie był mój.

tłumaczenie Anna Ciciszwili

Wiele wierszy Sara pisała pod wpływem wszechogarniającej ją miłości. Biegała w sandałach uszytych z wiatru i płomienia. Przeżywając rozczarowanie stawała się spokojnym jeziorem. Tak pisała o miłości.

Enough

It is enough for me by day
To walk the same bright earth with him;
Enough that over us by night
The same great roof of stars is dim.

I do not hope to bind the wind
Or set a fetter on the sea —
It is enough to feel his love
Blow by like music over me.

z tomiku „ Rivers to the Sea” 1915

Wystarczy

Dla mnie wystarczy, że w dzień
Stąpam z nim po tej samej ziemi:
Nocą wystarczy ten sam
Dach rozgwieżdżony nad nami.

Nie skuję wiatru w kajdany,
Nie zwiążę morza w rzemienie —
By czuć jego miłość wystarczy,
Że płynie muzyką przeze mnie.

tłumaczenie Anna Ciciszwili

Potrafiła cieszyć się życiem, wydobyć z każdej chwili piękno i ukryty sens, jednocześnie doskonale rozumiała przemijalność wszelkich ziemskich spraw i nieśmiertelność uczuć i duszy.

If I Must Go

If I must go to heaven’s end
Climbing the ages like a stair,
Be near me and forever bend
With the same eyes above me there;

Time will fly past us like leaves flying,
We shall not heed, for we shall be
Beyond living, beyond dying,
Knowing and known unchangeably.

z tomiku „Flame and Shadow” 1920

Jeśli mam iść

Jeśli mam iść na kraniec nieba,
Pokonując epoki jak schody,
Bądź zawsze przy mnie, nade mną,
Chcę widzieć wciąż twoje oczy;

Czas przemknie nad nami lekko
Jak liście – będziemy bowiem

Poza życiem i poza śmiercią
Wiedzący i wiecznie wiadomi.

tłumaczenie Anna Ciciszwili

W poezji Sary Teasdale wątki radości życia przeplatają się z projekcją śmierci, i zgody na nią.

W niektórych utworach Autorka wydaje się zapowiadać swą przedwczesną śmierć.

I Shall Not Care

When I am dead and over me bright April
Shakes out her rain-drenched hair,
Though you should lean above me broken-hearted,
I shall not care.

I shall have peace, as leafy trees are peaceful
When rain bends down the bough,
And I shall be more silent and cold-hearted
Than you are now.

z tomiku „ Rivers to the Sea” 1915

To nic

Gdy odejdę i jasny kwiecień nade mną
Potrząśnie włosy spływające deszczem,
Choć to ty łzę mógłbyś uronić niejedną
Ja się nie przejmę.

Będę spokojna jak drzewo, które nie drgnie
Kiedy deszcz do ziemi ugina gałęzie,
I będę bardziej milcząca zimnym sercem
Niż teraz jesteś.

Tłumaczenie Anna Ciciszwili

A Little While

A little while when I am gone
My life will live in music after me,
As spun foam lifted and borne on
After the wave is lost in the full sea.

A while these nights and days will burn
In song with the bright frailty of foam,
Living in light before they turn
Back to the nothingness that is their home.

z tomiku „Flame and Shadow” 1920

Krótka chwila

To krótka chwila i mnie już nie będzie,
Żyć będę tam, gdzie żyją pieśni moje,
Jak krucha piana wznosi się i przędzie
Z odejściem fali, która w morzu tonie.

Przez krótka chwilę jeszcze płonąć będą
Te dni i noce w pianie napuszonej,
Żyjąc światłością zanim nie odejdą,
By wrócić w nicość, która jest ich domem.

tłumaczenie Anna Ciciszwili

Mam nadzieję, ze wkrótce będę mogła udostępnić czytelnikom w Polsce tę wspaniałą poezję kobiecą w moim zbiorze przekładów, przygotowywanym do wydania.

Anna Ciciszwili, lipiec 2017

***

Dziękuję, Aniu – swą pracą przyczyniasz się do uspokojenia tego świata!
A to jedno z najważniejszych zadań człowieka.

A.R.

Rainbow Gold – wiersze dla chłopców i dziewcząt wybrane przez Sarę Teasdale, ilustracje Dugald Walker – Macmillan Company, New York, 1924

Przychodzimy odchodzimy… 2

Julian Odstępowicz

Juvenilia bez ciągu dalszego II

Tydzień temu rozpocząłem snucie wspomnień o przyjacielu moich młodych lat. A dziś zakończę snuć, bo niewiele po nim zostało.

Pisał Rafał Łachmańczuk wiersze, ale odważył się też na piosenkę. Tak samo jak wiersze niedorobioną, lecz ileż wspomnień budzącą! Wspólne wyprawy w Beskid Sądecki. Krynica, Tylicz… Rafał i tak lepiej oddał te nasz wrażenia, niż ja bym to potrafił uczynić. Bo ja ani pisać ani komponować nie umiem. Co gorsza (czy na pewno? może jednak: co lepsza?) śpiewać też się nie odważę. Musiałem o to poprosić jednego naszego kolegę, który też znał Rafała. Jego wykonanie to również nie mistrzostwo, obaj o tym wiemy. Jeśli się jednak zdecydował to jedynie, jak sam wyznał, przez wzgląd na pamięć naszej wspólnej młodości. Tak jakoś przegniłej… jak te deski cerkiewne.

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (z Muzeum Narodowego w Szczecinie 3)

Dariusz Kacprzak

Fryderyk II Hohenzollern Johanna Gottfrieda Schadowa

W jednym z numerów z 1785 roku wydawanego w Warszawie dwutygodnika „Polak Patriota” znalazł się taki oto opis Fryderyka II: „Zawsze prawie jednakowo chodzi ubrany, zawsze ma na sobie buty z huzarska nie powiązane, w marszczach wiszące, już rude, bo od nowości swej nie szwarcowane. Najszerszą stronę kapelusza (oficerów kawalerii pruskiej) ma obróconą i spuszczoną na czoło i oczy. Z tabakiery bardzo wielkiej zażywa niezmierną moc tabaki hiszpańskiej, którą po większej części opuszcza na kamizelkę i spodnie, mocno stąd zabrudzone, a splamione oraz kilka charcików angielskich, które zawsze przy nim biegają”. Ów mundur Fryderyka był koloru jasnoniebieskiego, a wspomniana hiszpańska tabaka – będąca jednym z nielicznych królewskich luksusów – była sprowadzana z Kadyksu w ilości 300 funtów rocznie. Opis ten bliski „wizji” stworzonej kilka lat później przez Johanna Gottfrieda Schadowa (1764 Berlin – 1850 Berlin), jednego z najwybitniejszych przedstawicieli klasycyzmu w rzeźbie europejskiej.

Znajdująca się w zbiorach Muzeum Narodowego w Szczecinie rzeźba Johanna Gottfrieda Schadowa, przedstawiająca najstarszego syna Zofii Doroty Hanowerskiej i Fryderyka Wilhelma I Hohenzollerna – Fryderyka II zwanego Wielkim (1712 Berlin – 1786 Poczdam) – to wykuty w białym marmurze karraryjskim pełnopostaciowy, ponadnaturalnej wielkości, reprezentacyjny wizerunek władcy Prus.

Pełnoplastyczny królewski portret powstał na życzenie stanu rycerskiego prowincji pomorskiej w Szczecinie, z inicjatywy Ewalda Friedricha hrabiego von Hertzberga – związanego z Pomorzem pruskiego ministra spraw zagranicznych, który w niemieckiej historiografii zapisał się jako współtwórca wielu istotnych politycznych działań epoki fryderycjańskiej, w polskiej zaś przede wszystkim jako jeden z ideologów pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej. W Berlinie hrabia kojarzy się przede wszystkim ze znajdującym się w południowej części miasta pałacem Britz. W kwietniu 1791 roku hrabia wystąpił do króla Fryderyka Wilhelma II o zgodę na realizację pominika ku czci wielkiego poprzednika i uhonorowanie przez Pomorzan w ten sposób wuja panującego władcy, zobowiązując się jednocześnie do pokrycia kosztów przedsięwzięcia siłami pomorskiej prowincji. Król w udzielonej następnego dnia odpowiedzi odniósł się z aprobatą do tej idei i wyraził oficjalną zgodę. W wyniku realizacji kontraktu zawartego przez Hertzberga z Johannem Gottfriedem Schadowem 5 sierpnia 1791 roku latem 1793 roku w reprezentacyjnym miejscu Szczecina (Biały Plac Parad, niemal na wprost okien apartamentów królewskich w Pałacu Sejmu Stanów Pomorskich) uroczyście odsłonięto pomnik Fryderyka II, będący pierwszym świadectwem kultu króla Prusaków. Rzeźba stała się źródłem powszechnie obowiązującego wyobrażenia Rex Borussorum i odegrała istotną rolę w kształtowaniu się legendy fryderycjańskiej – tak w swej apologetycznej, jak i „czarnej” odmianie – powiązanego z mitem prusactwa czy też patriotycznym mitem Domu Hohenzollernów.

„Myśli jako filozof, działa jako król” – tak onegdaj Jean-Jacques Rousseau określił Fryderyka II, ze stoicyzmem traktującego obowiązki publiczne, przeciwnika dworskiego blichtru, brutalnego wodza, zręcznego dyplomatę, zdolnego do korzystnej dla potęgi państwa dwuznaczności zachowań, ale także arystokratę ducha Epoki Świateł. Ocena władcy bez wątpienia ściśle wiąże się z bilansem europejskiego absolutyzmu oświeceniowego. Fryderyk II jest postacią, wzbudzającą żywe emocje i skrajne opinie. Z jednej strony zapisał się w historii jako błyskotliwy taktyk i bezwzględny dowódca – czołowa postać m.in. trzech wojen śląskich, wojny o sukcesję bawarską oraz twórca pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej, z drugiej zaś – stawiający na pierwszym planie dobro poddanych, dbający o interes własnego państwa, wrażliwy, obdarzony talentem literackim filozof, który w ukochanym Sanssouci nad bale i polowania przedkładał książki, koncerty i dyskusje z najbardziej światłymi umysłami epoki.

W kontekście pierwszego oficjalnego pomnika Fryderyka II odsłoniętego w Szczecinie oraz żywej na Pomorzu legendy frydrycjańskiej warto przytoczyć jedną z lokalnych opowieści ludowych, potwierdzających filozoficzną naturę władcy oraz jego poczucie humoru: „Pewnego razu na drzwiach pastorówki król przeczytał słowa: »Żyję bez trosk«. Kazał więc wezwać pastora i rzekł: »Jeśli naprawdę nie ma on trosk, to ja mu ich przysporzę. Niech mi odpowie na cztery pytania: Ile waży księżyc? Ile gwiazd jest na niebie? Jak głębokie jest morze? O czym myślę? Jeśli w ciągu roku nie da mi odpowiedzi, pożegna się z pastorstwem«. Pastor nie potrafił znaleźć odpowiedzi na żadne z pytań. Pożalił się na swój los pasterzowi. Pasterz zaofiarował się wyruszyć zaraz do Berlina i podać królowi rozwiązania zagadek. Posłuchanie otrzymał. Król powtórzył pierwsze pytanie, a pasterz odpowiedział: »Funt, bo księżyc ma pierwszą i ostatnią kwadrę, a że kwadra to ćwierć, czyli cały księżyc musi ważyć cztery ćwierci albo funt«. Kiedy król powtórzył drugie pytanie, pasterz wyjął kartkę papieru, na której zrobił mnóstwo kleksów, i rzekł: »Tyle jest gwiazd na niebie, a kto nie wierzy, niech je sobie policzy«. Na trzecie pytanie odpowiedział: »Morze ma głębokość rzutu kamieniem«. Kiedy król powtórzył czwarte pytanie, pasterz odparł: »Wy, panie królu, myślicie, że jestem pastorem, który żyje bez trosk; a ja jestem tylko pasterzem«. Na to król rzekł: »Czynię cię zatem pastorem, a pastor niech owce pasie«. I tak się stało. Lecz gdy rok później król zajrzał do nich znowu, zobaczył, że obaj są nieszczęśliwi, bo pasterz nie umiał wygłaszać kazań, a pastor – paść owiec. Król pozwolił im więc na powrót zamienić się urzędami i od tamtej pory żyli obaj długo i szczęśliwie”.

W przypadku pomorskiej realizacji dyrektora berlińskiej Akademii, twórcy Kwadrygi zwycięstwa ustawionej na Bramie Brandenburskiej oraz słynnego portretu dwu sióstr Luizy i Fryderyki, księżniczek Mecklenburg-Strelitz, do głosu doszedł bardziej trzeźwy naturalizm aniżeli właściwy klasycyzmowi idealizm. Zgodnie z ustaleniami zawartymi w kontrakcie Fryderyk II został przedstawiony w pozycji stojącej, w kontrapoście, z głową zwróconą w lewą stronę, ze spojrzeniem skierowanym w dal. Ubrany jest w mundur generała jazdy pruskiej i gronostajowy płaszcz oraz buty wysokie nad kolana. Na głowie ma charakterystyczny trójgraniasty kapelusz z kokardą. Tors królewski dekorowany jest wstęgą orderową z widocznym spod płaszcza przypiętym do piersi Orderem Czarnego Orła, którego dewizą było suum cuique (każdemu to, co się należy; do 1918 roku było to najwyższe odznaczenie Królestwa Prus, obecnie zaś jest to order domowy byłej panującej pruskiej i cesarsko-niemieckiej dynastii Hohenzollernów). Lewa ręka króla, ugięta w łokciu, wsparta na biodrze, w naturalny sposób odchyla połę płaszcza, odsłaniając podwójnie owinięty szarfą z chwostem pas, do którego z boku przypięta jest szpada. Ułożenie ręki oraz wysunięta do przodu, ugięta lekko w kolanie noga, dopełnione odchyleniem głowy i wyrazistym spojrzeniem zatopionym w dal, przydają postaci respektu i reprezentacyjnej godności. Artysta poprzez takie rozwiązanie kompozycji rzeźby uzyskał efekt lekkości, rozbijając zwartą bryłę korpusu postaci. Linie diagonalne wprowadzają element dynamiki i nadają monumentalnemu przedstawieniu naturalności. W prawej dłoni król trzyma regiment, symbol wodza naczelnego, wsparty o leżące u jego stóp dwie księgi, na grzbietach których widnieją wyryte napisy: „Corpus Iuris Frid.” (Księga praw Fryderyka) i „Artes Pacis et Belli” (Sztuka pokoju i wojny), będące odwołaniem do najważniejszych dokonań władcy.

Biała marmurowa figura Fryderyka spoczęła na cokole wykonanym z szarego marmuru śląskiego. Na jego frontowej płaszczyźnie umieszczona została tablica z datą: „Friderico II. Pomerania MDCCXCIII”. Dopełnieniem ideowego programu dzieła były również trzy reliefowe płyciny z dekoracją emblematyczną, zdobiące trzy płaszczyzny postumentu. Z tyłu umieszczono – nie zachowaną do dzisiaj – płaskorzeźbę z wizerunkiem wzlatującego orła w koronie z piorunami w szponach symbolizującego panujący dom Hohenzollernów. Na bocznych ścianach cokołu znalazły się natomiast dwie niemal kwadratowe płaskorzeźby. Jedna z przedstawieniem wiązki rózg liktorskich, ksiąg, liry i gałązki wawrzynu, stanowiącym odwołanie do władzy i godności najwyższego urzędnika w państwie oraz sztuki pokoju, przypominająca o humanistycznych, filozoficzno-artystycznych zainteresowaniach króla (muzyka, poezja, sztuki plastyczne). Na drugiej natomiast widnieje tarcza z głową meduzy pośród panopliów – alegoria militaryzmu, sztuki wojennej.

Rzeźba zwraca uwagę jakością artystyczną, sposobem opracowania detalu rzeźbiarskiego, mistrzowskim ujęciem portretowym twarzy. Łączy w sobie dostojeństwo i splendor oficjalnego, reprezentacyjnego wizerunku królewskiego z realistycznym studium psychologicznym postaci, odzwierciedlającym naturę i charakter modela.

Barwne i trudne dzieje szczecińskiego zabytku stanowią przyczynek do refleksji nad historią, pamięcią i wielokulturową tożsamością Pomorza. Prezentowana dziś w przestrzeni wewnętrznego dziedzińca Muzeum Tradycji Regionalnych, jednego z gmachów szczecińskiego Muzeum Narodowego, praca Schadowa, jedna z nielicznych w zbiorach polskich, to intersujące świadectwo genius loci Szczecina – stolicy polskiego Pomorza Zachodniego, dawnej siedziby zarządu niemieckiej prowincji Pommern, miasta caryc i repatriantów z ziem wschodnich II Rzeczypospolitej.

W górę rzeki (22)

Zbigniew Milewicz

Wakacje z dreszczykiem

To są tak dawne wspomnienia, że czasami zastanawiam się, czy wszystko wydarzyło się naprawdę. W latach siedemdziesiątych dwukrotnie próbowałem z ciocią Irką odnaleźć tamto gospodarstwo, ale się przed nami schowało, obrażone, żeśmy o nim przez tyle lat zapomnieli. Cioteczna Syrenka nie bała się polnych dróg, rwała przez leśne chaszcze, jak traktor, czasami nam się wydawało, że rozpoznajemy okolicę, ale później trop okazywał się chybiony, miejscowi kiwali przecząco głowami słysząc nazwiska Olczyk i Joniec, więc w końcu zaprzestaliśmy poszukiwań.

Nazwa miejscowości wyleciała cioci Irce z głowy, a w rodzinie nikt nie mógł poszczycić się lepszą pamięcią, niż ona. Dzisiaj wydaje mi się, że wiem, skąd ta luka: do Olczyków na wieś moi dziadkowie jeździli w czasie okupacji po wałówę i odbywało się to w warunkach pełnej konspiracji. Podobnie było w chudych, powojennych latach, choć pamiętam, że od nich też czasami ktoś przyjeżdżał do Chorzowa. Czasem była to smukła, stateczna dziewczyna z długim warkoczem, o imieniu Anastazja, do której zwracano się Stazi, kiedy indziej wysoki, starszy mężczyzna w kaszkiecie, o ascetycznej twarzy, zawsze gładko ogolony i starannie ubrany w tweedowe spodnie i marynarkę, albo w płaszcz nieprzemakalny z kapturem, jak padało. Obydwoje przyjeżdżali na Wesołą na rowerach, kurier miał nogawki spodni niezmiennie spięte metalowymi klamerkami i ja mu ich skrycie zazdrościłem. Wiedziałem, że chodzi o paczki, oklejone papierem i przewiązane sznurkiem, które dziadkowie trzymali na szafie w sypialni. Co było w ich środku, o to się nie dopytywałem, bo i tak nikt z dorosłych w domu nie miał na ten temat bladego pojęcia. Zwyczajowo dziadek Erwin i babcia Jadzia zapraszali przybyszów do stołu w kuchni, a im zawsze bardzo się spieszyło, więc prawie ze sobą nie rozmawiali, brali te swoje kartony, raz większe, innym razem mniejsze, żegnali się i zaraz ruszali w drogę powrotną, pewnie na dworzec kolejowy w Batorym. Gdybym się wtedy swojego dziadka naiwnie zapytał, dokąd oni jadą, łagodnie by mi odpowiedział : a skąd ja to mam Zbysiu wiedzieć… albo prześmiewnie: do Azot a nazod. Na tym polegała konspiracja w naszym domu na Wesołej.

Latem wyruszało się więc czasami po prostu na wieś. Nie pamiętam nawet, żeby ktoś w domu wymieniał z nazwiska ludzi, do których jedziemy, one pojawiły się dopiero po latach, w opowieściach, kiedy przestaliśmy u nich bywać. Dlaczego przestaliśmy, tego niestety nie wiem i już się nie dowiem. Wtedy pakowało się walizki z odzieżą, tobołki z pościelą, prowiant na drogę, w którym najważniejsze były jajka ugotowane na twardo, do butelek po piwie wlewało ciepły, kwaśnawy kompot z rabarbaru i kilkuosobowy orszak rodzinny ruszał z całym tym dobytkiem pieszo z osiedla Ruch, na przystanek tramwajowy przy ul. Cmentarnej, a stamtąd piętnastką albo czternastką do Chorzowa – Batorego, na dworzec kolejowy. Bilety były już wcześniej kupione w kasie, tylko odprowadzający musieli jeszcze zaopatrzyć się w tekturowe peronówki, bo inaczej konduktor w budce przy wejściu nie wpuściłby ich na peron. Do przyjazdu pociągu była co najmniej godzina, wśród odprowadzających znajdowała się najczęściej moja mama, jej młodsza siostra Irka, dziadek, czasami ciocia Gryjta, albo Marysia, druga siostra babci, która mieszkała u nas w suterenie, jej córka Ewa z poddasza z synem Januszkiem, kiedy indziej prosto z szychty na grubie wujek Hainc, czy kuzynka mamy Jutka ze swoim mężem Józkiem i dziećmi. Taki wyjazd na letnisko był bowiem kiedyś prawdziwym wydarzeniem rodzinnym i towarzyskim, w którym nie wypadało nie uczestniczyć, poza tym, kto by tachał te wszystkie bagaże, które babcia i ja zabieraliśmy ze sobą na wieś. Najczęściej jechaliśmy tam tylko we dwoje, ale niekiedy dołączał jeszcze ktoś: ciocia Marysia z Januszkiem, Gryjta, albo Piotrek, syn Hainca.

Zanim na peron wtoczyła się najprawdziwsza, tuwimowska lokomotywa, ciągnąca przedwojenne wagony I, II i III klasy (jeździło się drugą lub trzecią), odbywało się nieustanne liczenie naszego dobytku i sprawdzanie w pamięci, gdzie zapakowało się zimowe skarpetki babci Jadzi, której niezależnie od pory roku było zimno w nogi, gdzie raphacholin na jej wątrobę, gdzie chusteczki do mojego wiecznie zakatarzonego nosa i sto innych rzeczy pierwszej potrzeby. Oczywiście babcia pakowała wszystko sama, ale przy takiej masie zajęć, jakie miała przed wyjazdem, łatwo było czegoś zapomnieć. Najważniejsze było jednak sprawne zorganizowanie siedzących miejsc w pociągu i wtaszczenie bagaży do środka. Konkurencja była duża, bo wielu chorzowian chciało spędzić wakacje z dala od zmazanego wieczną sadzą miasta, w którym latem w ogóle nie było czym dychać, a wielogodzinne stanie w tłoku na korytarzu pociągu nie należało do przyjemności. Jutka, a po niej ciocia Irka były najszybsze w znajdowaniu wolnych ławek, sprawnie używały łokci w przepychance do przedziałów, a kiedy się dało, to cyganiły, jak z nut, że mają w tym miejscu rezerwację. Hainc z dziadkiem Erwinem umieli z połowy peronu trafić tobołkiem w otwarte okno przedziału, a Józek, jak gwizdnął kiedyś po kolejarsku i zawołał: Kto do Krakowa, proszę wsiadać, drzwi zamykać, to ludzie w pierwszym momencie pogłupieli, bo pomyśleli, że pomylili pociągi, a jego żona w tym czasie już zajmowała upatrzone siedzenia. Przy dużym tłoku na peronie dzieci, podobnie, jak bagaże, podawało się przez okna do przedziałów, żeby trzymały miejsca dla dorosłych, za czym osobiście nie przepadałem, ale nikt mnie o zdanie nie pytał.

Jechaliśmy tym pociągiem w stronę Bytomia, Tarnowskich Gór, Lublińca, na stacji w Herbach mieliśmy przesiadkę. Nie pamiętam już, czy to były Herby Stare, czy Nowe, ale stamtąd jechało się dalej już bezpośrednio nad polskie morze. Przy przesiadce dorośli znowu byli podekscytowani, liczyli od nowa bagaże, spekulowali, czy zdążą na drugi pociąg, poganiali opieszałych. Wszystko uspokajało się dopiero na miejscu, na małej, sennej stacyjce niedaleko Herbów, na której czekały już na nas konie. Woźnica z szacunkiem zdejmował przed babcią czapkę, milcząco pomagał nam ulokować w bryczce bagaże, zacinał konie i ruszaliśmy w drogę. Był niemową, a babcia uparcie próbowała się dowiedzieć, którą drogą nas zawiezie na miejsce – polnym traktem, czy przez las. Polny był dłuższy, leśny trudniejszy, powozem kołysało na wykrotach, a po deszczu koła grzęzły w błocie, poza tym podobno w jednym miejscu straszyło. Dlatego furman wolał dłuższą drogę, ale za dziesiątkę Sportów, które dostawał zawsze od pani Paluchowej za fatygę, czasami jeździł przez las. Babcia zajmowała tylne siedzenie, ja sadowiłem się kolanami na przednim, za woźnicą i obserwowałem z zaciekawieniem grę mięśni dwójki koni w zaprzęgu, ich wysiłek i jak się wypróżniały. Miałem swoje ulubione gniadosze, ale gospodarz wysyłał nam różne maści na stację, więc nie było co grymasić.

Raz, w biały dzień, przytrafiło się nam coś dziwnego i to nie na leśnym skrócie, a na rozstajach polnych dróg, skąd do gospodarstwa Olczyków był już rzut kamieniem. Przed krzyżem, pod którym była przymocowana tabliczka z jakimś gotyckim napisem, konie nagle stanęły i zaczęły zachowywać się niespokojnie. Woźnica zeskoczył na ziemię, coś do nich mamrotał, gładził po pyskach, wyciągnął z kieszeni jabłko, odkroił scyzorykiem po kawałeczku, nie chciały jeść. Zmarkotniał, zanosiło się na burzę, powietrze stało w miejscu, gzy cięły dokuczliwie, wtedy pokazał babci na krzyż. Wyjęła różaniec, który zawsze nosiła przy sobie i powiedziała: pomódlmy się Zbysiu za dusze w czyśćcu cierpiące. Odmówiliśmy jedną dziesiątkę różańca, jakoś pomogło, bo konie znowu ruszyły przed siebie. Na miejscu opowiedzieliśmy o naszej przygodzie gospodarzom, znali opisane miejsce, w czasie I wojny światowej doszło tam do potyczki między niemieckim oddziałem infanterii i carskimi sołdatami, w której zginęło kilkunastu ludzi; w Herbach biegła granica między zaborem pruskim i rosyjskim.

Jońcowa oddziedziczyła po swoich rodzicach duży majątek ziemski. Kiedy wydała swoją córkę za mąż za Olczyka, gospodarowali we trójkę. Był tam nieduży młyn, hodowla trzody chlewnej i krów, hektary urodzajnej ziemi. Po wojnie zostało z tego niewiele, władza komunistyczna tępiła kułaków, kontraktacja nie pozwalała się zbytnio bogacić, ale wszystkiego nie dali sobie odebrać. W czasie letnich i jesiennych zbiorów najmowali zaufanych ludzi do pracy i moja babcia z rodziną tak, jak w czasie okupacji, też im dorywczo pomagała przy różnych zajęciach. W zamian za żywność, której brakowało w mieście. Do legend rodzinnych przeszła historia mojej mamy, która podczas wojny wiozła ze wsi pociągiem słoninę do Chorzowa i dziś sobie myślę, że pewnie jechała od Olczyków. Przepasała się połciem w pasie, nałożyła płaszcz i udawała ciężarną. Na dworcu w Chorzowie-Batorym, zapomniawszy, że jest w błogosławionym stanie, zgrabnie zeskoczyła na peron, aż ją jakiś oficer Wehrmachtu przywołał do porządku, że przecież ryzykuje poronieniem. Za szmugiel żywności groziła wywózka do Oświęcimia. Nie pamiętam jednak, żeby babci zlecano jakieś ciężkie prace. Najczęściej zajmowała się domem, porządkami, czasami coś gotowała dla wszystkich, wystarczało jej czasu, żeby pójść na łąkę, albo do lasu i zbierać ulubione zioła, a później suszyć je na sznurkach rozwieszonych koło młyna. Ja z synem gospodarza, Heńkiem, który był moim rówieśnikiem, pasałem krowy i gęsi, ale więcej było zabawy, wycieczek po okolicy, pływania w blaszanej balii po przydomowym stawie, myszkowania wśród zakurzonych rupieci na strychu, albo w nieczynnym młynie, którego koło nadal obracało się w potoku.

Mogłem się na nie gapić bez końca, bo niekiedy zwalniało, stawało w miejscu, z sopli zielonych wodorostów, którymi obrosło z latami pomału spływała woda, lśniła w słońcu, aby po chwili ze skrzypnięciem drewna znowu połączyć się z nurtem. Mieliśmy z Heniem różne pomysły na spędzanie wolnego czasu, które nie zawsze podobały się dorosłym. Pewnego razu odkryłem w stodole wysuszone liście o intensywnym, miłym zapachu, które gospodarski syn nazwał tabaką i powiedział, że z niej robi się papierosy. Do małego, drewnianego wózka z dyszlem wrzuciliśmy więc trochę tych liści, stary Świerszczyk, zapałki, przykryliśmy to czymś dla niepoznaki i pojechaliśmy hen daleko, w pole, żeby spróbować zakazanego owocu. Żaden z nas do tej pory nie odważył się jeszcze zapalić. Zwinięta w rulon płachta dziecięcego czasopisma z pokruszoną tabaką w środku wyglądała jak ogromne, kolorowe cygaro, ale jak żeśmy się nim sztachnęli, to już było mniej ciekawie. Kto nas na polu wtedy wypatrzył, tego nie wiem. Ślady przestępstwa staraliśmy się dokładnie zatrzeć, ale kiedy wieczorem usiedliśmy w kuchni do wspólnej kolacji, uderzyła nas dziwna cisza przy stole. Przed moim nakryciem i talerzem Heńka leżały dwa papierosy, po kolacji sobie zapalicie – powiedział spokojnie gospodarz. Ani ja, ani mój koleżka nie tknęliśmy tamtego wieczoru kolacji. Nie jesteście głodni? – drwił Olczyk. To pójdziemy na papierosa. Musiałem asystować w laniu, które spuścił synowi w stodole, wojskowym pasem, po gołej rzyci. Był z niego kawał chłopa i razy wymierzał solidnie, podziwiałem Heńka, że ani pisnął. Być może od tamtego dnia nie tknął już papierosów w swoim życiu, mnie babcia ukarała publicznym klęczeniem na grochu i sto razy musiałem powtórzyć, że mi wstyd za to, co zrobiłem. Oczywiście, że było mi wstyd, ale w swoim późniejszym, dorosłym życiu wypaliłem tej tabaki niepotrzebnie jeszcze sporo.

Innych, przykrych incydentów u Olczyków nie zapamiętałem. Był to dumny, ale przyjazny dom, z życzliwymi ludźmi, gdzie centralne miejsce stanowiła kuchnia – przestronne, niskie pomieszczenie o łukowatym sklepieniu, z chlebowym piecem i długim stołem, przy którym wieczorem zasiadała do posiłku cała rodzina, razem z gośćmi i służbą. Z kuchni, gdzie nawet upalnym latem panował przyjemny chłód, schodziło się do lodowatej, kamiennej piwnicy, w której trzymano wędliny, mięso z uboju, mleko, podpiwek. Chleb piekła osobiście stara Jońcowa, powściągliwa w słowach i gestach postawna kobieta, ze śladami dawnej urody na twarzy zupełnie pozbawionej zmarszczek. Do dziś nie zapomnę smaku lekko czerstwych, żytnich pajd, posmarowanych masłem, które własnoręcznie ubijałem z maślanki, i aromatu zbożowej kawy przy śniadaniu. Chleba „prosto z pieca“ nie jadło się względów zdrowotnych, okrągłe, wielkie bochny musiały ze dwa dni najpierw odleżeć.

Spaliśmy z babcią najczęściej w dwóch sąsiadujących ze sobą, niedużych pokojach nad kuchnią. W moim znajdował się ręczny magiel, a na ścianie wisiał portret młodego żołnierza w pruskim mundurze. Oczywiście musiałem wiedzieć, kto na nim jest. To brat pani Jońcowej, który już nie żyje – wyjaśniła mi babcia. Wtedy zapytałem, czy zginął na wojnie. Dla świętego spokoju przytaknęła, ale mnie interesowało jeszcze, czy zostawił po sobie żonę i dzieci, wtedy powiedziała, że nie wie. Pewnego popołudnia, po kilkugodzinnym grabieniu siana w polu poczułem się tak zmęczony, że poszedłem do domu trochę odpocząć. Najpierw wypluskałem się w chłodnym potoku, a później zaległem na chwilę w swoim pokoju. Ledwo przyłożyłem głowę do poduszki, a tu słyszę kroki w kuchni, jakiś gwar, myślę sobie, aha i reszta ściągnęła za mną, ale nie mogłem rozpoznać, kto konkretnie. W pewnym momencie ktoś na dole zaintonował Godzinki do Matki Boskiej, reszta się włączyła i tak ładnie śpiewali, że mnie to uśpiło. Obudziłem się dopiero przed kolacją, zszedłem na dół, w kuchni krzątała się moja babcia z żoną gospodarza, więc je pochwaliłem za te Godzinki. Nie wiedziały, o czym mówię, przed chwilą przyszły razem z innymi z pola do domu i poza mną nikogo w nim nie było.

Po latach ciocia Irka, nasza domowa specjalistka do spraw zjawisk paranormalnych, rzuciła mi nieco światła na dom Olczyków, który jej zdaniem był nawiedzony. Jeździła tam często w latach swojej młodości i sama raz doświadczyła historii sprzecznej z logiką. Żołnierz z portretu faktycznie był starszym bratem Jońcowej, ale nie zginął w walce, tylko w czasie I wojny światowej zastrzelił się z powodu nieszczęśliwej miłości. Jego majętni rodzice nie chcieli przyzwolić na małżeństwo z ubogą dziewczyną, którą kochał i on nie potrafił się z tym pogodzić. W kolejne rocznice ślubnych zapowiedzi pod jego rodzinny dom zajeżdżają więc niekiedy czarne karety, zaprzężone w czarne rumaki, oświetlone kandelabrami, w których nie ma nikogo, albo słychać muzykę weselną, brzęk kieliszków i gwar zaproszonych gości, a kiedy wyjrzeć przez okno, to pusto, cisza. Ja słyszałem Godzinki, widocznie dusza nieszczęśnika nie jest potępiona, tylko prosi mnie o modlitwę, mówiła. Jej przydarzyło się, że w biały dzień na drodze, którą jechała dorożką do Olczyków, wyprzedził ją na koniu sam brat Jońcowej, ubrany w weselny surdut, rozpoznała jego twarz z portretu. Woźnica też go widział, ale jako niemowa nie umiał tego porządnie potwierdzić.

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 3

Przekraczając granice

“Myślał indyk o niedzieli…”

Wpis z 29 marca 2016 roku

Pora na zakończenie mojej „pamiętliwej” marokańskiej historii, która choć czasami brzmi jak skrócony scenariusz filmu, to jednak dla mnie była prawdziwym horrorem, choć dzięki niej dowiedziałem się ilu wspaniałych ludzi jest moimi przyjaciółmi i znajomymi. Ale żeby nie przeciągać, przechodzę do relacji.

I nastała sobota, dzień w którym miałem opuścić Maroko i polecieć do Berlina, skąd mieli mnie odebrać przyjaciele i zawieźć do Polski. Wstałem skoro świt, pakować nie było co, więc po prysznicu udałem się do restauracji na śniadanie. Byłem pierwszy, nawet jeszcze nie wszystko zostało powykładane na szwedzki stół. Wziąłem płatki owocowe i zalałem je mlekiem, potem wypiłem sok pomarańczowy i już byłem gotowy do drogi. Przez następne trzydzieści minut chodziłem po pokoju jak dziki lew (a właściwie lwica, lwy są podobno bardzo leniwe) w klatce, w końcu zadzwonił telefon – podstawiono dla mnie taksówkę i przyszła moja opiekunka.

Jak ja się cieszyłem, po wymeldowaniu mnie z hotelu wsiedliśmy do taksówki i ruszyliśmy w kierunku lotniska, znajdującego się poza miastem. Po około 30 minutach jazdy, które upłynęły mi na ciekawej rozmowie z moja opiekunką, stanęliśmy przed lotniskowym wejściem. W Agadirze pierwsze bramki bezpieczeństwa są już na wejściu do budynku, ale to raczej takie lipne zabezpieczenie. Gdy przez nie przechodziłem miałem scyzoryk i dużą metalową sprzączkę od paska, wiec odezwał się sygnał, ale nikt nie zwrócił na to uwagi.

W związku z tym, że nie rozpoczęto jeszcze odprawy, usiedliśmy przy kawiarnianym stoliku i wypiliśmy kawę, kontynuując rozmowę. Po chwili konwersacji mogliśmy już ruszyć po wyczekiwany przeze mnie stempel wyjazdowy na karcie pokładowej, którą miałem już wydrukowaną i ściskałem kurczowo w ręce.

I w tym właśnie momencie sprawdziło się przysłowie „Myślał indyk o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścieli”, gdy podeszliśmy do pani, która z pięknym uśmiechem miała mnie odprawić, ta spojrzała na bielejący na mojej głowie bandaż i zapytała, czy mam pozwolenie od lekarza na lot samolotem (no jakże bym mógł mieć, skoro konsul stwierdziła, że nie będzie potrzebne). Po próbach wyjaśnienia podejmowanych przez moja opiekunkę, skierowano nas do szefa rzeczonej pani, który również kategorycznie odmówił wpuszczenia mnie na pokład samolotu bez zaświadczenia lekarskiego, na nic zdała się również jego rozmowa z Konsul RP, powiedział nie i koniec.

Całe powietrze ze mnie uszło, myślałem że tam padnę – fatum jakieś czy co. Dobrze, że miałem kogoś, kto mnie pocieszył na miejscu i dodał otuchy. Jeden telefon i nasza rządowa przedstawicielka poprosiła moja opiekunkę, by wróciła ze mną do hotelu, a ona postara się załatwić lekarza na cito. Szybko ruszyliśmy na postój i dogadaliśmy się z taksówkarzem co do ceny (200 dh). W połowie trasy, gdy byliśmy już na dwujezdniowej drodze przedzielonej pasem zieleni, w torebce mojej opiekunki odezwał się telefon. Dzwoniła pani Konsul RP z pytaniem, czy jeszcze jesteśmy na lotnisku, gdy usłyszała, że nie, poprosiła byśmy zawrócili, bo najprawdopodobniej jakiś lekarz podjedzie tam do nas. Zapaliło się jakieś zielone światełko w mojej głowie. Kierowca nie widział problemu stanął na środku drogi, a potem nie namyślając się długo, zawrócił przez pas zieleni i już jechaliśmy z powrotem. Gdy wpadliśmy na halę lotniska usiedliśmy i czekaliśmy na obiecanego lekarza. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po kilkunastu minutach zadzwoniła znowu pani Konsul RP i stwierdziła, że musimy jednak jechać do hotelu, gdzie będzie na nas czekać sekretarka konsula honorowego i zaprowadzi mnie do lekarza, który wyda stosowne zaświadczenie. W dalszym ciągu mieliśmy jeszcze czas, choć kurczył się on nieustannie.

glowa

Po dojechaniu na miejsce, udaliśmy się z miłą sekretarką (przypominam, że znała tylko arabski i francuski) do prywatnego gabinetu neurologa, na którego musieliśmy poczekać około 30 minut ponieważ… kończył operację w pobliskim szpitalu. Gdy już dotarł na miejsce, wydał mi skierowanie na tomograf, prawie biegiem udaliśmy się do pobliskiej kliniki, prowadzonej przez przyjaciela rzeczonego neurologa, gdzie bez kolejki dostałem się do pomieszczenia, w którym mój mózg miał zostać prześwietlony. Kiedy zostałem już wygodnie ułożony, usztywniono mi głowę i zacząłem powoli wjeżdżać do wielkiej plastikowej rolki (tak mi się to skojarzyło wtedy), zacząłem się śmiać, bo pomyślałem sobie, że pewnie zaraz wszystko się popsuje i badanie się odwlecze i nie zdążę na samolot. No cóż mam chyba jakieś zdolności paranormalne, czyżbym był jasnowidzem?

Urządzenie co prawda działało bez zarzutu, ale zanim otrzymaliśmy kliszę z przekrojami mojej głowy, a potem zaświadczenie o braku przeciwwskazań do podróży lotniczych, do mojego odlotu zostały dwie minuty. Nie było już więc sensu jechać na lotnisko. Choć starałem się robić dobrą minę, w środku mnie wszystko się gotowało, byłem zły i zrezygnowany zarazem. Poza tym zostałem znowu bez pieniędzy – badania w prywatnych klinikach nie należą do tanich, choć podobno i tak policzyli mi stawki minimalne. Neurolog wypisał mi też receptę na leki i zdjął bandaż, stwierdzając, że wystarczą plasterki ściągające, które… mam sobie kupić razem z lekami w aptece. K…a, za co pomyślałem, całe szczęście, że była przy mnie moja opiekunka, która miała anielską cierpliwość i ogromną przebojowość. Wyłuszczyła cały problem sekretarce konsula honorowego i wprost wymusiła na niej, żeby ta zapłaciła za potrzebne medykamenty, jednocześnie skontaktowała się z panią Konsul RP, aby załatwić sprawę mojego dalszego pobytu w Maroko, do chwili kolejnego, bliżej nie określonego jeszcze w czasie wylotu do Polski.

Po kilkunastu minutach wszystko było jasne, leki wykupione, a ja wróciłem do tego samego hotelu, choć pokój dostałem inny. Personel witał mnie jak stałego bywalca, a wszyscy się wesoło uśmiechali. Po pewnym czasie dowiedziałem się, że spędzę tu kolejne trzy dni (dzięki dla przyjaciół w biurze turystycznym, którzy tak ekspresowo załatwili mi bilet lotniczy), a moja rodzina po raz kolejny przeleje pieniądze. No dobra, dotrą w poniedziałek, a jedyne ciuchy założyłem w piątek, już myślałem w sposób cywilizowany, więc zauważyłem ten problem. Okazało się, że moja opiekunka jest niezastąpiona, sama udała się na miejscowy targ, gdzie, za własne pieniądze, zakupiła mi bieliznę, oraz koszulkę (oczywiście wcześniej spytała o rozmiar). Gdy je przyniosła nawet pozwoliła sobie na mały żarcik, twierdząc, że nie wiedziała jaki kolor lubię, więc kupiła wszystko różowe, niech będzie pomyślałem, wstydliwy nie jestem, więc może być róż. Okazało się jednak, że różu tam nigdzie nie było, koszulka była czarna i pasowała idealnie, reszta też była w porządku.

Pozostałe do wylotu dni spędziłem na spotkaniach i spacerach z moją opiekunką, dzięki temu poznałem Agadir i trochę odpocząłem psychicznie. Brak pamięci był nawet jednego z tych dni powodem śmiesznej sytuacji. Gdy wyszedłem do lobby na spotkanie opiekunki okazało się, że wszystko udekorowane jest na czerwono, a na szybach porozwieszane były serca – jak pewnie już się domyślacie były to walentynki. Po krótkiej rozmowie doszliśmy do wniosku, że to również trochę moje święto, ponieważ święty Walenty jest też patronem… chorych umysłowo (a jakby nie było, amnezja dotyczy też umysłu). Dzień przed wylotem dowiedziałem się, że moja opiekunka niestety nie będzie mogła ze mną pojechać na lotnisko i towarzyszyć mi będzie sekretarka konsula honorowego.

I tak nadszedł wtorek, dzień kolejnego mojego wylotu. Myślicie, że było łatwo? Chyba już wiecie, że tak nie mogło być, ale nie będę Was trzymał w niepewności do kolejnego dnia.

Rano odjechałem taksówką z hotelu żegnany przez uśmiechnięty personel, towarzyszyła mi oczywiście znana już sekretarka konsula honorowego. Kobieta miła, uśmiechnięta, z którą niestety nie mogłem porozmawiać, gdyż mój zasób słów francuskich to: bonjour, bonsoir, d’accord, oui, oraz, i tu Was zadziwię, la paille (skąd to wiem nie mam bladego pojęcia).

Pierwsze moje zdziwienie nastąpiło, gdy taksówka zatrzymała się nagle na środku drogi, a pani sekretarka otworzyła drzwi i wysiadła (pomyślałem sobie – może straciłem pamięć, ale to na pewno nie jest lotnisko), okazało się, że chciała się przesiąść na przednie siedzenie, bo raziło ją słońce. OK, myślę, jedziemy dalej, będzie dobrze, hmm… źle może nie było, ale taksówka znów się zatrzymała, a pani sekretarka znowu wysiadła, co jest grane pomyślałem – przecież nie ma już gdzie się przesiąść. Za chwilę wszystko było jednak jasne, kobieta wyskoczyła na chwilę zrobić… zakupy w pobliskim sklepie.

Gdy już dotarliśmy na lotnisko i podeszliśmy do stanowiska odprawy, pokazałem wydrukowaną kartę pokładową, wraz z zaświadczeniem od lekarza i… okazało się, że pani to nie wystarczy, musimy udać się do jej szefa. Cholera, scenariusz znowu się powtarza, to pierwsze, co przyszło mi na myśl. U szefowej wywiązała się zażarta rozmowa miedzy nią a sekretarką, która nagle została odsunięta, a mnie spytano po angielsku, czy sobie sam poradzę w samolocie – a tu cię mam pomyślałem – oczywiście, że sobie poradzę. Szefowa myślała, że będzie przebiegła i spytała, jaki jest mój ostateczny cel podróży – odpowiedziałem z uśmiechem, że Polska, na to ona z triumfującym wyrazem twarzy – a samolot leci przecież do Berlina, to ja na to – z Berlina odbiorą mnie przyjaciele. Chwilę pomyślała i kazała nam wyjść z gabinetu i udała się do innych drzwi, po chwili dowiedziałem się, że kontaktowała się z kapitanem samolotu, czy ten pozwoli mi wejść na pokład. Na moje szczęście wyraził zgodę.

Reszta to był już pikuś, kolejne dwie bramki, strasznie przyglądający mi się pogranicznik (no tak w paszporcie byłem gładko ogolony, a przed nim stał facet z pokaźnym zarostem na twarzy) i już czekałem na samolot.

Lot minął mi spokojnie, a przyjaciele czekali już na mnie z utęsknieniem.

***
W jednym z komentarzy pod wpisem autor napisał: Lekarze są dobrej myśli, więc i ja jestem przepełniony nadzieją, że wszystko wróci. Strach już mi minął, czasami wkrada się jeszcze zwątpienie i zdezorientowanie, ale walczę z tym, a dzięki pomocy przyjaciół, znajomych, a czasami i osób postronnych, składam swoją przeszłość do kupy.
Jedno wiem, na pewno zdarzenie, które mnie spotkało nie zabiło we mnie pasji do podróży, gdy słyszę relacje znajomych, gdy przeglądam mojego bloga oraz wykonane przeze mnie zdjęcia, twierdzę, że świat jest piękny i warto go poznawać. Ja teraz robię to na nowo, na razie poznaję miasto, w którym się wychowałem, potem, gdy już przejdę proces rekonwalescencji (a więc raczej w przyszłym roku) mam zamiar odwiedzić miejsca, które podobno bardzo lubiłem – Włochy i Paryż.
Ważne jest też dla mnie to, że wiem, że wokół mnie jest wiele życzliwych osób, które kibicują mi w powrocie do zdrowia, dodaje to naprawdę dużo siły.

Za tydzień – podsumowania, sprzed roku i po roku…

Stuart 26

Joanna Trümner

I drink good coffee every morning
Comes from a place that’s far away
And when I’m done I feel like talking
Without you here there is less to say
Don’t want you thinking I’m unhappy
What is closer to the truth
If I lived till I was a hundred and two
I just don’t think I’ll ever get over you

Codziennie rano piję dobrą kawę,
Która pochodzi z dalekiego miejsca,
A kiedy po kawie chcę z kimś porozmawiać
Bez ciebie mam mniej do powiedzenia.
Nie chcę, byś myślała, że jestem nieszczęśliwy
Chociaż to jest bardzo bliskie prawdy.
Nawet jeśli dożyję do lat stu i dwu
Nie pogodzę się z tym że odeszłaś

 I Just Don’t Think I’ll Ever Get Over You, Colin Hay

Nowy etap

Stuart rozgościł się na dobre u Toma. Mieszkanie pod jednym dachem z przyjacielem, które miało być tylko czasową prowizorką, trwało kilka tygodni i bardzo ich do siebie zbliżyło. Tom był prawdziwym przyjacielem – nie tylko słuchał godzinami zwierzeń i dzielił smutek, przejął również niewdzięczne zadanie skontaktowania się z Meg i odebrania od niej dwóch walizek z rzeczami i – oczywiście – gitary. Chociaż Tom nigdy nie okazał, że wspólne mieszkanie stało się dla niego problemem i nigdy nie zapytał się o jego dalsze plany, Stuart zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma prawa wystawiać tej przyjaźni na dłuższą próbę i codziennie obiecywał sobie w duchu, że zmobilizuje resztkę energii i zajmie się szukaniem mieszkania.

Tym razem szczęście uśmiechnęło się do niego, na tablicy z ogłoszeniami w kiosku, gdzie codziennie kupował gazetę i papierosy, znalazł informację o wolnym mieszkaniu w okolicy. Tego samego dnia zadzwonił pod podany numer telefonu i w kilka dni później podpisał umowę o wynajęciu mieszkania w bezpośrednim sąsiedztwie Toma.

W tym małym, dwupokojowym mieszkaniu zaczynał swoje nowe życie, życie po Meg. Przez kilka następnych tygodni był tak zajęty remontem mieszkania, szukaniem mebli i niezbędnych do życia rzeczy, że ze zdziwieniem stwierdził, że zdarzają się dni, kiedy dziewczyna ani razu nie pojawiła się w jego myślach. Kiedy mieszkanie było już urządzone, podczas pierwszych samotnych wieczorów w nowym miejscu, myśli o Meg powróciły jednak i były tak intensywne, jakby przez ostatnie tygodnie drzemały w jego głowie zbierając siły na powrót.

Walczył z nimi biorąc do ręki gitarę. Komponował nowe piosenki pełne melancholii i smutku, zastępujące łzy i godzinami zastanawiał się nad tym, w którym momencie ich związku coś zaczęło się między nimi psuć, czego nie zauważył, gdzie popełnił błąd. Z nienawiścią i niemocą myślał o lekarzu, dla którego Meg go zostawiła. Oczami wyobraźni widział scenę, w której mężczyzna po raz pierwszy całuje jego dziewczynę siedząc na łóżku w pokoju w szpitalu. Im bardziej starał się przejąć kontrolę nad tymi myślami i zapomnieć, tym bardziej docierał do niego ból i rozczarowanie. Powtarzane przez Toma wielokrotnie słowa pocieszenia, o czasie, który leczy rany brzmiały w jego uszach jak szyderstwo. Jego ból stawał się z każdym dniem coraz mocniejszy. Były dni, kiedy nie potrafił nawet na chwilę wyjść z labiryntu złych myśli.

Doszło do tego, że z niechęcią obserwował rozwijającą się na jego oczach historię miłosną pary uczniów w jednej jego klas. Widział, jak wymieniają spojrzenia, jak nie mogą doczekać się przerwy, żeby w końcu móc chodzić po korytarzach szkoły trzymając się za ręce i obnosić się ze swoją miłością. Chciał podejść do nich, wziąć ich na bok i powiedzieć, żeby dali sobie spokój, zrezygnowali z marzeń o tym, że razem przejdą choćby część życia, że to nie ma sensu. „Niech się sami o tym przekonają”, pomyślał przywołując się do porządku. Dyrektor szkoły zauważył, że Stuart często jest nieobecny duchem i że nie wkłada już w zajęcia tyle serca, co kiedyś. Widząc, że stał się rozdrażniony, wymagający i niesprawiedliwy wobec uczniów, że przestał być jednym z najbardziej lubianych nauczycieli w szkole, zaprosił go na rozmowę do swojego gabinetu.

„Czy ma Pan jakieś kłopoty? Mam nadzieję, że narzeczona już wyszła ze szpitala”, zaczął niezręcznie rozmowę. „Rozstaliśmy się”, odpowiedział Stuart, dziwiąc się równocześnie, że w tych dwóch słowach można było zamknąć cały ten koszmar, który przeżywał od kilku miesięcy. „Myślałem, że stało się coś gorszego. A przez takie rozstania każdy z nas musi co najmniej raz przejść”, skomentował, zaskakując Stuarta ponownie swym brakiem wyczucia. „Ja cię na szczęście nie muszę już długo znosić”, pomyślał Stuart opuszczając gabinet dyrektora. Podjął decyzję, że ten rok szkolny będzie ostatnim rokiem pracy jako nauczyciela. Tom wyperswadował mu natychmiastowe zrezygnowanie z tej pracy, wiedział, jak bardzo przyjaciel potrzebował w swojej obecnej sytuacji codziennej rutyny i regularnych zadań. Ta rutyna broniła go od całkowitego skupienia się na złych myślach i od ucieczki w alkohol.

Przez pierwsze tygodnie po rozstaniu Stuart wypijał co wieczór pół butelki whisky. Czasami sam się dziwił, że rano jest w stanie wstać i pójść do pracy. Pewnego wieczoru zdecydował się zadzwonić do Kate i w końcu poinformować swoją rodzinę o zmianach. Siostra zaniemówiła, a kiedy w końcu odzyskała głos, powiedziała: „A ja zawsze myślałam, że Wam się nic takiego nie może się zdarzyć. To było aż zbyt idealne, takie na zawsze”. „Ja też tak myślałem”, odpowiedział drżącym głosem. „Uważaj na siebie i staraj się nie pić”, zakończyła rozmowę Kate. W tym momencie Stuarta opanowało dziwne uczucie ulgi, z wdzięcznością pomyślał o tym, że w oddalonym o tysiące kilometrów od Sydney Berlinie ktoś będzie codziennie o nim myślał i martwił się o niego.

Kryzys, w którym się znalazł, był testem dla ludzi, którzy do tej pory byli dla niego najważniejsi. Egzaminem, który nie wszyscy przyjaciele zdali. Spotkanie z Ianem było dla niego wielkim rozczarowaniem. Ian podsumował nową sytuację przyjaciela słowami: „Nie pomogę ci, niestety, ja sam ledwo co wychodzę na prostą i nie chcę się obciążać problemami innych ludzi”. „Meg nigdy za nim nie przepadała, mówiła, że jest Narcyzem. Czy zawsze będę patrzył na ludzi jej oczami?”, zastanawiał się. „No cóż, na razie trzeba sobie tę znajomość odpuścić, może to zresztą moja wina, nikt nie przepada przecież za towarzystwem ludzi smutnych, złamanych, nie wiedzących co dalej ze sobą zrobić?”

Z Anglii wpłynęły na konto pieniądze ze spadku po wujku Stuarcie. „W zasadzie moje życie powoli się układa”, powiedział do Toma podczas wspólnego wypadu na plażę. „Nagle jestem zamożny, mam nowe mieszkanie i pracę. I w końcu wiem, czego w życiu chcę. Jedyne, czego brakuje, to kobieta, której będę mógł znowu zaufać”. „Tego od losu nie można wyegzekwować”, skomentował Tom z żalem w głosie.

Nadeszły wakacje i Święta Wielkanocne. Tom wyjechał na tydzień do rodziny w Adelajdzie i powierzył przyjacielowi opiekę nad swoim mieszkaniem i kotem. Mimo obaw Stuarta, że przez nadmiar wolnego czasu nie będzie potrafił wyjść z labiryntu swoich myśli, tydzień w mieszkaniu Toma był dla niego bardzo dobrym czasem. W końcu potrafił się skoncentrować na pisaniu nowych utworów. Muzyka zajmowała go tak bardzo, że bywały dni, kiedy ani przez moment nie przeszło mu przez głowę pytanie, co teraz może robić Meg. Obecność kota była dużą radością. Zwierzę siedziało koło niego, gdy grał na gitarze nowe akordy i obserwowało go zaciekawionym wzrokiem, tak jakby chciało powiedzieć: „To niezłe” albo „Coś tu trzeba zmienić”. Stuart ze zdziwieniem stwierdził, że będzie mu brakowało zwierzęcia ocierającego się o jego nogi, przytulającego się do niego w najmniej spodziewanych momentach i czekającego na jego pojawienie się w drzwiach.

Miał teraz czas, żeby się zastanowić nad kolejnymi krokami w życiu. Zdecydował, że podczas wakacji uda się w podróż po Australii. Zacznie od występów w knajpach. Mieszkania w Sydney na razie nie zlikwiduje, może je przecież komuś podnająć. Nagle zobaczył swoją przyszłość w sposób bardzo wyrazisty. Dało mu to tyle siły i spokoju, że zebrał się na odwagę i zadzwonił do Meg. Umówił z nią termin odebrania wreszcie reszty rzeczy z mieszkania. Po raz pierwszy od czterech miesięcy miał ją zobaczyć. Bał się tego spotkania, nie wiedział, czy nie będzie przy tym jej nowego partnera. To byłoby dla niego najgorszym scenariuszem. Bał się swojej reakcji, tego, że będzie ją prosił o powrót, o litość dla wspólnych lat, o miłość.

A kiedy w końcu znalazł się w mieszkaniu, które jeszcze do niedawna było jego wspólnym domem z Meg, wiedział, że to jeden z najtrudniejszych dni w jego życiu. Rozmawiali ze sobą jak dwójka ludzi, którzy chcą jak najszybciej zejść sobie z oczu. Resztka rzeczy Stuarta stała w dwóch walizkach w korytarzu. „Mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi”, powiedziała na pożegnanie. „Powodzenia”, odpowiedział, wiedząc, że nie wyobraża sobie spotkania jej jeszcze kiedykolwiek.

Cdn.

Szopa w salonie 3

Ähnlicher Text vom Łukasz Szopa auf Deutsch HIER

Łukasz Szopa

Alergia nie tylko na piasek

Jest coraz gorzej. Z mężczyznami. Ściślej mówiąc – z ojcami. Ale o tym zaraz, może od początku.

Kilka lat temu rozpisywałem się po niemiecku nad pewnym fenomenem. Chodziło o place zabaw, tu niedaleko, na granicy Kreuzbergu i Alt-Treptow. Jest tu taki fajny plac zabaw, nad kanałem, na wyspie „Lohmühleninsel“ – mojej drugiej naj-ulubionej wyspie Berlina. I chodziło, oczywiście, o mnie. O mnie, siedzącego sobie na placu zabaw, i obserwującego, a i próbującego czytać gazetę. W ostatnim czasie gazet czytam mniej, tym bardziej niemieckich, przerzuciłem się znów bardziej na książki. Ale gdzie ten mój wątek… Aha! No więc lubię, a i wtedy lubiłem, czytać na placu zabaw. Duże, szerokie ławki, słoneczko, kanał, a wrzask dzieciarni czy wyścigi bobby-car to pestka. Przyzwyczaiłem się od niezliczonych wizyt z moimi dziećmi (daaaawno temu…, jakieś cztery czy pięć lat już będzie…), udowadniając – nieskromnie zauważę – że nie tylko kobiety zdolne są do multitaskingu. Że również ja jako facet potrafiłem czytać gazetę, popijać latte machiato, zerkać na jedno-dwoje z własnych dzieci, plus rocznego szkraba, który kluczył między moimi butami, sprawdzając, co zawierają fugi między płytami chodnika. Wreszcie, nie dosyć tego, potrafiłem w tej równoległości obserwować, powiem nawet szczerze – podglądać (!) – kobiety.

No właśnie, dlaczego kobiety? Bo lubię. Ale też iż… niemal nikogo innego nie było.

Obecnie robię podobnie, choć dzieci na plac zabaw już zaciągnąć się nie da. Chodzę z lekturą, z kawką, to czytam, to zerkam na jedną to drugą panią, zmieniam układ „noga na nogę“ (przy tym nadal sprawdzając, czy jakieś baby nie pałęta mi się pod nogami). I tak mam szczęście, że nikt nie zaczął podejrzewać mnie o pedofilstwo: facet + bez dziecka + gazeta + zerka zza gazety. Ale ja naprawdę tylko na piękne kobiety jako przeplataniec do intelektualistycznej lektury – których piękno właśnie na placach zabaw ma swój szczególny charakter. Dużo bardziej pociągający niż ruch kobiecego ciała na dyskotece, na plaży, czy w galerii handlowej. Te kucania po przewrócony rowerek, to schylanie się po łopatkę, ten bieg za brzdącem, który próbuje forsować płotek nad kanałem… Czysta erotyka, te wypięte pośladki, falujące nieregularnie biusty, włosy na wietrze, dłonie formujące wieże w piachu…

Ale dosyć już o pięknie i wdziękach. Ile można. Przerzućmy się na… statystykę (choć zostaniemy przy kobietach). Znów, jak lata temu, postanowiłem sprawdzić – ile mamy tu na placu kobiet, a ilu – mężczyzn. Pora była dobra: bo południe, czyli praktycznie brak mylących statystykę grup z przedszkoli (są na obiedzie). I jak wyszło? Osiem do dwóch. Wliczając mnie – ale ja się nie liczę, czyli osiem do jednego. Hmmm, proporcje dla panów zainteresowanych paniami lepsze niż dla cywila w jakimś kraju w stanie wojny czy w tureckim żeńskim hamamie na Kottbusser Tor (ale to inna historia – jak się tam dostałem…)!

Co gorsza – jest gorzej. Gorzej niż lata temu, gdy procentowo ilość męskiego rodzica, opiekującego się przed południem własnym dzieckiem, była nawet wyższa. I mówimy to w sumie o placu zabaw i dzielnicy, gdzie równouprawnienie powinno niemalże szaleć: tradycja lewicowo-alternatywna, mieszkańcy (nie licząc Turków, choć też tylko ich części) głównie zatrudnieni w freelancerskich branżach turystyczno-restauracyjnej czy medialno-informatyczno-hipsterskiej (o ile nie studenci) – więc idelne warunki do w miarę równego podziału nie tylko dziennego czasu na macierzyński i tacierzyński, ale i – co się z tym łączy – równouprawianego podziału ról, zadań a i kierunku i nasilenia „kariery“ – czy po prostu balansu między życiem rodzinnym, prywatnym (to nie zawsze to samo! he he…), a zawodowym.

Czy jest sens rozpisywać się nad tym, że faceci nie gorzej niż kobiety potrafią grzebać w piasku? Gonić za rowerkami? Zmieniać pieluchy i karmić (butelką! co do piersi to, przyznam, słabo mi to szło). Okej, okej, co do samej ciąży, a i porodu to nadal kobiety mają pewien niemalże monopol, i nie będę nikomu doradzał, kiedy należy odłączyć dzidziusia od piersi (albo i smoczka) – to za niebezpieczne ideologicznie tematy!… Ale plac zabaw? W dodatku w czasach, gdy trudno znaleźć szorstką powierzchnię czy ostry kant (nie to co nasze, metalowe podblokowe „place“ w Polsce swego czasu!), a łykany piasek pewnie zdrowszy od niejednego kleiku? Gdzie ci panowie? Gdzie ci ojcowie? Za słaby zasięg WiFi? A może brak im tupetu i ambicji, by powiedzieć:

– Ja też!

Albo:

– Ja też mogę z dzieckiem na plac zabaw!

Albo:

– Ja idę z dzieckiem na plac zabaw, potrafię nie gorzej od ciebie (a latte machiato wypij sama)!

Albo:

– Wolę na plac zabaw, świeże powietrze i piękne widoki!…

A może to… matki i kobiety im nie pozwalają? Uważając, że to jednak ich monopol i specjalizacja? Czyżby może to ich zazdrosny strach przed „pięknymi widokami“?…

Nie wiem.

Ale jest gorzej. Kobiety przejmują już nawet męskie domeny!!!

Widzę to nieopodal, zerkając popołudniami na murawę boiska tureckiego klubu piłkarskiego Anadolu Umutspor Kreuzberg (gdzie nota bene przez rok mój syn też kopał w piłę, jako lewy obrońca). Tam też niejedna „Mamma“ i „amme“ dopinguje swoje potomstwo (nie tylko męskie) niemniej ostro i entuzjastycznie niż ojcowie, dodając co chwila fachowe komentarze, jak się ustawić i komu podawać. Z tym że ojców też już mniejszość… Co tu dużo mówić – Untergang des Morgenlandes!…

Albo też, jeśli już potrzeba racjonalnego wytłumaczenia: Dowód, że odzieciałych mężczyzn nęka już nie tylko alergia na piasek, ale i na trawę.