Wieczory w Rembówku – 2

Lech Milewski

Kontynuuję publikację co ciekawszych wiadomości z Rembówka.
Dla przejrzystości wiekszość tekstów przepisałem zachowując oryginalną pisownię i interpunkcję (lub jej brak).

W poprzednim odcinku wspomniałem, że jednym z redaktorów był Stasiek Skorupski, syn oprzątki.
W numerze 4 – Wielkanoc 1902 – znalazłem próbkę jego twórczości:

Ze wspomnień furmana.
W Łodzi zajechałem do zajazdu, wyprzągłem konie dałem im jeść. Dał mi pan 3 złote poszedłem do restauracji na obiad, kazałem sobie dać, zupę pomidorową, pieczeń z sosem i makaronem i leguminę z jabłek. Po południu wyjechaliśmy z powrotem, ale już nie tą samą drogą tylko polem, podróż do Skierniewic przeszła nam szczęśliwie tam nocowalismy i na drugi dzień rano po śniadaniu ruszyliśmy w drogę na Grodzisk do Pruszkowa. Nadjeżdżamy nad rzekę, ja chciałem szukać przejazdu, ale pan kazał jechać wprost. Wjechałem na lód z początku dobrze, ale na środku lód pod końmi pękł, złamał się, konie wpadły w wodę, ja zeskoczyłem czemprędzej z kozła pan z sanek złapaliśmy konie za uzdy, ale tylko parę koni wyciągnęliśmy a przodowy utonął.

Numer 7 – nadal ferie Wielkanocne 1902 – redaguje drugi z braci p. Jerzy M.

Wiadomości krajowe.
I. Dnia 12 we wsi Rembówko odbyło się polowanie z gończymi. Ukazał się zając, pies Robak rzucił sie na niego i po kilkuminutowym pościgu złapał zająca i zagryzł go na miejscu.
II. Wielkie święcone dawno już nie widziane u nas przygotowała p. Ludmiła Milewska składa sie ono z różnych kunsztownych wyrobów, że przypominało święcone Ks. Radziwiłła, Panie Kochanku.

Numer 9 – 16 kwietnia 1903.

Odpowiedzi od redakcyi.
Konstanty Różanowicz. Kochany panie K.R. herby, a z nimi i szlachta utraciły już dawne znaczenie, teraz tyle już nieznaczą sławne czyny przodków, ile żyjącego człowieka, to też i p. życzymy zająć się czemś innem niż spisywanie herbów.

Numer 10 – styczeń 1904.

Wiadomości zagraniczne.
Do miasta Ciechanowa przybyła z Warszawy “Lutnia” i 2.3. b.m. odbył się koncert. Publiki było bardzo dużo i witała Lutnistów życzliwymi oklaskami.

Numer 11 – styczeń 1904.

Wiadomości Krajowe.
Dopiero dziś możemy donieść, że 20/XI/1903 r. odbyło się wesele w Rembówku u pp. Leonardostwa Lesieńskich, którzy najstarszą córkę Helenę wydawali za p. Brakowieckiego, kowala. Gości zebrało sie bardzo dużo z całej okolicy. Z arystokracji zauważyliśmy: 2 furmanów opinogórskich: Andrzeja i Tabakę z żonami, kowala z Władysławowa, lokaja i pokojówkę z Opinogóry, prócz tego całą rodzinę panny młodej, ziemian z bliższej i dalszej okolicy. Druchną była p. Ludmiła M. w kostiumie krakowskim. Tańczono ochoczo w mieszkaniu p. Adamskiego do 2 w południe w poniedziałek. Mimo tłoku zabawa szła wesoło.

Numer 13, rok 1904.

Wiadomości Krajowe.
5/1/1904. I. Donoszą nam, że o 5 1/2g (5:30) do wsi Rembówko przybyło trzech muzykantów (z Pałuk z Pajewa) po kolędzie zagrali także polkę, walca, oberka; więc korzystając z tego zaczęli tańczyć: kucharka, pokojówka, niańka, Ludmiła, Lech i Ziemowit M. a pani Antonina K. nie tańczyła żeby się nie pospolitować.

II. Ze wsi Rembówko donoszą, że 5/I 1904r. dawna kucharka Teofila z Charbińskich I-mo voto Chrabieńska, II-do voto Zembrzuska, III-io voto Sztrak-Wiśniewska wyjechała na stały pobyt z Rembówka do brata, który mieszka w Pawłówku.

Ostrzeżenie!!!
W powiatowym mieście Ciechanowie na Trakcie za cmentarzem mieszka szwaczka Krupińska (Antonina) do tego czasu z pilnością i dokładnością wypełniała roboty, lecz teraz ogromnie się zleniwiła i już kilku panom nie wypełniła roboty na czas.

Narazić się prasie – kariera zawodowa skończona.

Numer 14 – po przerwie, prawdopodobnie Boże Narodzenie 1905 roku.

Relacja o wojnie rosyjsko-japońskiej: …zakończonej pokojem w Portsmouth w lipcu 1905 roku według którego Mandżurja i Korea przechodzi pod protektorat japoński, a pół Sachalina i niektóre porty pod władzę Japonii. Rosya obowiązana jest zapłacić kontrybucję pod pretekstem kosztu utrzymania więźniów. Przegrana to dla Rosyi bardzo wielka, ani jednej wygranej bitwy, kompromitacja straszna, wykrycie złodziejstwa i łapownictwa u słąwnych jenerałów i bahaterów. Prócz tej hańby i wstydu dla Rosyi ta wojna przyniosła i inne owoce.

Tu następuje relacja wydarzeń 1905 roku w Rosji i w Polsce

Numer 15.

Wojna ta przyniosła nam dużo strat, a mianowicie bardzo dużo ludzi zginęło z dala od ojczyzny i rodziny, 3 razy ogłaszano mobilizację (3-ia nie doszła do skutku z powodu pokoju). Pod grozą mobilizacji dużo rezerwistó uciekło z kraju i teraz będą za dezercję, albo już nie wrócą do kraju, zginęło tam między innymi kilku uczonych doktorów, wielu dostało roztroju umysłowego. Z Ciechanowa poszli doktorzy Zienkiewicz i Królewski. Mobilizacja (w Płockiej gub.) była w powiatach Płockim, Sierpeckim, Rypińskim, Lipnowskim.

Wiadomości krajowe
…jeden ze współpracowników otrzymał na gwiazdkę 1904 25 gr. fuzję, dubeltówke, odtylcówkę systemu Lankastra. Wiele już wyniszczył zwierzyny 17 zajęcy, 46 kuropatw, 54 drobnego ptastwa, 24 wrony i wiele, wiele innej zwierzyny. Zaopatruje on i naszą redakcję w świeżą zwierzynę.

W numerze 16 z 5 stycznia 1906 roku wspomniano o losach redaktorów pisma.

Podam w skrócie informacje o karierze naukowej członków redakcji w roku 1906.
Stanisław Milewski, rocznik 1888, ukończył gimnazjum im Pawła Chrzanowskiego (obecnie Liceum im Jana Zamoyskiego) – KLIK, pobiera nauki w Akademii Rolniczej w Dublanach (zabór austriacki), obecnie Lwowski Narodowy Uniwersytet Rolniczy im. Stepana Bandery (!?) – KLIK.
Jerzy Milewski, rocznik 1890, uczęszcza do szkoły mechaniczno-technicznej H. Wawelberga i L. Rotwanda – KLIK.
Ludmiła Milewska, rocznik 1892, na pensji pani Walickiej.
Lech Milewski, rocznik 1897, w szkole Ziemi Mazowieckiej – KLIK.
Ziemowit Milewski, rocznik 1902, uczy się w domu i pracuje nad wydaniem dzieła pod tytułem: Moje gospodarstwo w Dębinie.

Wiadomości krajowe…

Temperatura była mierzona w stopniach Réaumura. Po przeliczeniu na stopnie Celsjusza wychodzi: 7 R = 9 C, 14 R = 18 C

Ochronka dla dzieci z folwarku…

Mierzenie temperatury w wiejskich chatach, ochronka – to niewątpliwie inicjatywy matki redaktorów pisma a mojej Babki – Jadwigi Milewskiej z domu Chełchowskiej

Numer 18 – 1909 – Wielkanoc

Wiadomości krajowe.
We wsi Rembówku znajduje się chora L. Milewska, która pije w dzień kakao i jada jajecznicę mimo to choroba się przeciąga, i lekarze wątpią czy będzie mogła wyjechać do Warszawy na pensję.
W Rembówku z powodu licznych kradzieży znajduje się stróż Wiśniewski znany z odwagi do pomocy ma cztery psy następujące: Moress znany z siły i złości drugi Rigby jest znany w całym powiecie z szybkości biegu trzecia Wisła emerytka i jej nieletni syn Reks w którym pokładają wiele nadziei, przy takich stróżach można spać spokojnie.
W Rembówku strzelają z proc do wróbli Lech i Ziemowit Milewski do tychczas bez skutków.

Wiadomości zagraniczne.
W Opinogórze z powodu śmierci ordynata hrabiego Adama Krasińskiego zajdą duże zmiany: większość urzędników otrzyma dymisją, o mianowaniu nowego zarządu nie omieszkamy zawiadomić Szanownych Czytelników.

Adam Krasiński – TU można o nim przeczytać i obejrzeć portrety.

Numer 19

Wiadomości krajowe.
Wyroby cukiernicze na święta, a mianowicie mazurki i lukrowanie, strojenie babek uskuteczniła zamiłowana w podobnych przygotowaniach panna Ludmiła Milewska w łóżku, aby nie pozbawiać rodzeństwa przynależnych mu smakołyków.

Wiadomości Urzędowe.
Dowiadujemy sie z miarodajnych źródeł o następujących zmianach: w urzędowaniu pan Matuszewski został przeniesiony do innej branży, w zeszłym roku miał posadę fornala, obecnie dostał nominacje na nadzwyczajnego pomocnika pasterza i tytuł radcy hodowlanego. Syn Jego skąd inąd uczony pan Adolf Matuszewski dostał dymisję z posady etatowej źrebarczyka co prowadzi za sobą obniżkę honorarium o 5 groszy dziennie.

Ogłoszenie.
Potrzebny nauczyciel wytrawny pedagog do przygotowania do szkół rozbisurmanionego chłopca. Lekcje co drugi dzień 2 godziny lokomocja ułatwiona warunki dobre. Oferty proszę składać w Opinogórze dla Z.M. z Rembówka.

Numer 21 – Wigilia 1909 roku.

Hakatystyczne zabiegi Prusaków – KLIK – wywołały słuszne oburzenie młodzierzy szkolnej. Jako świeży tego dowód posłużyć może L. Milewski współpracownik naszego pisma uczeń szkoły E. Konopczyński – KLIK – , który powodowany nienawiścią do Niemców chciał zaznaczyć ją dwójką na cenzurze. Przeszkodziła temu p. Zofia Rouppert znana z prac filologicznych, która usilnymi zabiegami zdołała doprowadzić p. L.M. do równowagi to jest do trójki.

Wydaje mi się, że chodzi tu o ciocię redaktora, p. Teodorę Rouppert – KLIK.
Swoją drogą polska ortografia redaktora L.M. też taka trochę na etapie protestu.

Wieczory w Rembówku wydawano jeszcze przez rok. Ostatni numer – 27 – ukazał się 27 grudnia 1910 roku. Starsza trójka rodzeństwa była na studiach, dwóch młodszych braci w szkole średniej w Warszawie.

Stuart 37

It’s four miles to my lonely room
Where I will hide my face 
And about half a mile to the downtown bar 
That I ran from in disgrace

Lord, how long have I got to keep on running 
Seven hours seven days or seven years?
All I know is since you’ve been gone 
I feel like I’m drowning in a river
Drowning in a river of tears

Cztery mile dzielą mnie od samotnego pokoju,
W którym uda mi się ukryć twarz
Około pół mili stąd jest bar,
Z którego uciekłem ze wstydem.

Boże, jak długo już biegnę?
Siedem godzin, siedem dni czy siedem lat?
Wiem tylko, że od kiedy cię nie ma
Jestem jak tonący w rzece,
Tonę w rzece łez.

Eric Clapton, Drowning in a river of tears

Joanna Trümner

Powrót do domu

W kilka dni przed powrotem do Australii Stuart z przerażeniem zdał sobie sprawę z tego, że w Sydney nie ma dokąd wracać. Jego mieszkanie podnajmowała kuzynka Toma, a nawet gdyby udało się ją nakłonić do wcześniejszej wyprowadzki, to i tak powrót tam nie wchodził w rachubę, bo wejście na pierwsze piętro przekraczało możliwości Stuarta. Wózek inwalidzki, na który był w przyszłości skazany, nieźle komplikował mu życie. Ze szpitalnego aparatu zadzwonił do Toma i poprosił o znalezienie dla nich obu, jego i Briana, niedrogiego hotelu w Sydney. „Na razie możesz zamieszkać u nas”, zaproponował Tom bez wahania. „Kupiliśmy dom i na parterze jest małe mieszkanie z osobnym wejściem. W przyszłości i tak chcemy je wynajmować. Prawdę mówiąc, przydałoby się je pomalować i zmienić meble, przed ślubem na pewno nie zdążę tego zrobić, nie spodziewaj się więc luksusów. Możecie się wprowadzić od zaraz, tylko to naprawdę nie jest Hilton. Dlaczego wcześniej do mnie nie zadzwoniłeś? Nie wiedziałem, że byłeś w tarapatach, szukałem cię po całym mieście i zacząłem się już martwić, że nie będę miał świadka na ślubie. Odbiorę was z lotniska, to opowiesz mi więcej”.

Po tej rozmowie Stuart z ulgą wrócił do sali szpitalnej. Z wdzięcznością myślał o tym, że może polegać na bliskich mu ludziach.

Podróż z Cancun do Australii trwała ponad dwadzieścia godzin. Stuart zerkał od czasu do czasu na Briana, na którego twarzy malowało się coraz większe zmęczenie długim lotem, godzinami spędzonymi na lotnisku, zabijaniem czasu i pchaniem ciężkiego wózka inwalidzkiego. „Nigdy nie będę w stanie mu się zrewanżować. Ludzie, którzy na nas patrzą na pewno myślą, że jest moim ojcem, kochającym ojcem kaleki”, pomyślał. Im dłużej obserwował swojego opiekuna, tym bardziej nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jego wypadek był Brianowi do czegoś potrzebny.

Podczas ostatniego, wielogodzinnego lotu z Singapuru do Sydney Stuart zdobył się na odwagę i zapytał Briana wprost: „Jak to się stało, że zdecydowałeś się rzucić wszystko i z dnia na dzień przyleciałeś do mnie na drugi koniec świata?” Długo czekał na zaskakującą odpowiedź Briana: „Wiem, jak idiotycznie to zabrzmi, ale jestem wdzięczny losowi za ten wypadek i za to, że jestem ci potrzebny. Ostatni czas był dla mnie straszny. Jak z tej piosenki, seven hours seven days or seven years, siedem godzin, siedem dni czy siedem lat, nieważne. Czas. Nie zdajesz sobie nawet sprawy, jak można być samotnym w momencie, kiedy wydaje ci się, że osiągnąłeś w życiu wszystko. Udało mi się sprzedać galerię z dużym zyskiem. Wkrótce potem sprzedałem kilka obrazów, które kupiliśmy razem ze Stuartem i o których od początku wiedzieliśmy, że przyniosą kiedyś prawdziwe pieniądze. Zarobiłem tyle, że już nie muszę pracować, mógłbym poszukać sobie jakiegoś hobby, albo nic nie robić i cieszyć się życiem. Pieniądze przyniosły mi pewną wolność, ale przede wszystkim wiele rozczarowań. W ostatnich latach zawiodłem się na każdym, kogo wcześniej uważałem za przyjaciela. Zacząłem unikać ludzi, powoli zmieniam się w zgorzkniałego, bogatego starca, który z niczego nie potrafi się cieszyć. Jedyna kartka świąteczna, jaką znalazłem w ubiegłym roku w skrzynce, to kartka z życzeniami stacji benzynowej, jaką wysyłają wszystkim stałym klientom. Samotność mnie zżera od środka, muszę coś zmienić, żeby nie zgorzknieć do końca. W tym roku na Sylwestra zacząłem robić plany podróży po świecie i gdyby nie wiadomość o twoim wypadku, pewnie byłbym już w drodze. Jak widzisz nie mam żadnego powodu, żeby być w Londynie. Jeśli nie masz mnie jeszcze dosyć, to chętnie zostanę w Sydney tak długo, jak długo będziesz mnie potrzebował. Pieniądze, które udało mi się zarobić, są w połowie pieniędzmi twojego wujka, a po jego śmierci należą do jego rodziny. Nie możesz do końca życia wynajmować mieszkania, musisz mieć coś własnego. Chętnie pomogę ci coś znaleźć”. Po tym niespodziewanym wyznaniu zapanowała między nimi długa cisza, Stuartowi przypomniała się zwrotka jednej z jego ulubionych piosenek Neila Diamonda: But I never cared for the sound of beeing alone, nigdy nie chciałem usłyszeć głosu samotności. „Każdą historię można opowiedzieć muzyką”, pomyślał, nie mogąc się doczekać chwili, kiedy znów weźmie do ręki gitarę.

Brian pomógł mu urządzić się w nowym mieszkaniu, ale sam wynajął sobie pokój w pobliskim hotelu. Przez następne dni był doradcą Stuarta przy zakupie garnituru na ślub i prezentu dla pary młodej – zrobionej z brązu statuetki śmiejącego się Buddy. Sam pomógł Stuartowi w drodze do stanu cywilnego, ale zaproszenia na ślub nie przyjął. “To Toma wesele, nie będę się plątał wśród samych obcych i mu zawadzał”.

Wjechanie do urzędu stanu cywilnego na wózku inwalidzkim było wielkim wyzwaniem. Urzędnik patrzył niecierpliwie na zegarek i ocierając z czoła pot powiedział: „Nigdy jeszcze nie mieliśmy świadka na wózku inwalidzkim”. W uszach Stuarta zabrzmiało to jak wyrzut, od czasu, kiedy przestał chodzić, odnosił wrażenie, że cały świat dookoła stworzony został z myślą o ludziach zdrowych. Przed wypadkiem nigdy nie zastanawiał się, jak trudnymi, pożerającymi siłę i czas zadaniami są codzienne czynności, wzięcie prysznica, ugotowanie obiadu lub banalne korzystanie z toalety. Przerażało go, że po wielu tygodniach od wypadku był co prawda w stanie podnieść się i przejść kilka kroków, ale ból w lewej nodze zmuszał go do szybkiego powrotu do wózka inwalidzkiego. Nie dopuszczał do siebie myśli, że już nigdy nie stanie na własnych nogach, nastawiał się na długie leczenie i rehabilitację.

Wesele Toma było wspaniałe. Stuart przez cały wieczór znajdował się w centrum zainteresowania, nieznajomi przywieźli go do samochodem do restauracji, w której było przyjęcie weselne, młody chłopak, który przedstawił się jako bratanek Toma, zawiózł go do bufetu i pomógł nałożyć jedzenie na talerz. A kiedy dotarł na swoje miejsce przy ośmioosobowym okrągłym, stole zobaczył, że miejsce obok niego przeznaczone jest dla „Sally”. „To na pewno ta kuzynka, która wynajmuje moje mieszkanie”, pomyślał, pytając się w duchu, jak mogło do tego dojść, że jeszcze jej nie poznał. Nie mylił się. W chwilę później miejsce po jego prawej stronie zajęła młoda, ładna kobieta w niebieskiej sukience. „My się przecież od dawna”, powiedziała, podając mu rękę na przywitanie. „Mieszkam w twoim mieszkaniu. Słyszałam o twoim wypadku, jeżeli chcesz wrócić do siebie, to powiedz, postaram się szybko znaleźć coś innego”. „Nie martw się, na razie nie mam szansy, by wejść na pierwsze piętro, więc możesz spokojnie mieszkać tam dalej”, odparł Stuart, przyglądając się nieznajomej. Podobała mu się. Długo rozmawiali o jego wypadku, jej studiach pedagogiki, radości przebywania z dziećmi i o muzyce. Sally śpiewała w chórze gospel na uczelni i uczyła się gry na skrzypcach. „Dlaczego wybrałaś skrzypce?”, zapytał Stuart z ciekawością. „Bo można je wszędzie ze sobą zabrać”, odpowiedziała Sally.

Wkrótce potem jak para młoda odtańczyła pierwszy taniec, parkiet zapełnił się gośćmi. Kiedy nieznajomy młody mężczyzna przerwał ich rozmowę i pociągnął Sally za sobą na parkiet, Stuart poczuł zazdrość. „Dlaczego nie mogę jak oni wygłupiać się, tańczyć, zapomnieć o wszystkich problemach?”, pomyślał, przeklinając w duchu swój beznadziejny wózek. Zdał sobie jednak sprawę, że był również zazdrosny o nieznajomego, który mocno przytulał do siebie Sally podczas kolejnego spokojnego tańca.

Stuart rozglądał się po sali. Czuł się samotny przy opuszczonym przez gości stole. Nie od razu skojarzył, że wolne miejsce koło niego zajął starszy mężczyzna. „Garret, przyszywany wujek Toma”, przedstawił się. „Pana młodego znam od dnia, kiedy zaczął raczkować”, dodał po chwili. Stuart obawiał się, że zmuszony będzie wysłuchać długiego opowiadania o chorobach, dzieciach, wnukach i samotności, zaczął się rozglądać po sali w poszukiwaniu ratunku. Rozmowa potoczyła się jednak zupełnie niespodziewanie. W bardzo dowcipny sposób Garret opowiedział Stuartowu o rodzinie Toma. O jego rodzicach, którzy wspólnie wychowali czwórkę dzieci, a następnie postanowili się rozejść. O ojcu Toma, który od pięciu lat podróżował po świecie i który tylko przez przypadek dowiedział się o ślubie syna. O tym, że cała rodzina złożyła się na jego bilet z Japonii do Sydney i o tym, ile trudu i przekonywania kosztowało namówienie rodziców, żeby zgodzili się usiąść obok siebie podczas wesela. Dowiedział się o babci Toma, eleganckiej, prawie dziewięćdziesięcioletniej pani, siedzącej przy młodej parze, która w kilka dni po śmierci męża przemeblowała cały dom i zaczęła pisać wiersze.

Podczas rozmowy z Garretem Stuart zastanowił się, jak mało wiedział o Tomie, który był przecież jego przyjacielem. „Zawiozę cię na parkiet”, skończył rozmowę Garret, „bo inaczej ktoś ci odbije dziewczynę”.

Wracając taksówką do nowego mieszkania Stuart pomyślał, że od dawna się tak dobrze nie bawił. Umówił się na spotkanie z Sally w przyszłą sobotę.

Cdn.

Szopa w salonie 16

Łukasz Szopa

Święta – czyli o Piekle

Święta, okres rodzinny, okres radości, miłości, podarunków, wspólnoty i innych pięknych rzeczy. Czas nadejścia zbawiciela i latających aniołków. Warto więc napisać kilka słów o piekle.

Nie, nie będę pisał o corocznym tradycyjnym piekle czy piekiełku świąteczno-rodzinnym, czyli pełnym stresu gonieniem za prezentami, nerowym przygotowywaniem żarcia i wkurzającym stawianiu choinki. Nie będzie o piekiełku między teściową a synową, między skłóconymi braćmi, chłodem i agresją między żoną a mężem, córką a braćmi, czy o pełnych emocji rozmowach o przeszłości, przyszłości, czy polityce. To każdy zna z własnego podwórka najlepiej.

Będzie ten tekst pochwałą moich rodaków – Polaków. Za wiarę. Za wiarę – w piekło.

Tak się składa, że kilka lat temu na łamach niemieckiego tygodnika pisałem (https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/wo-zum-teufel-ist-nur-die-hoelle-geblieben) o dziwiącej mnie niezmiernie, wynikającej z badań opinii publicznej na „Zachodzie“, olbrzymiej dysproporcji między odsetkiem ludzi wierzących w „niebo“, a dużo mniejszym odsetkiem wierzącym w „piekło“ (cokolwiek mielibyśmy, czy oni, pod tymi słowami rozumieć). Nie mogłem pojąć, skąd – wśród tych, co w cokolwiek „pozagrobowego“ wierzą – taka różnica. W „niebo“, czyli „fajny zaświat“, wierzy 40 do 50 procent, w piekło – prawie połowa mniej. Czy to naiwność, ta wiara, że „potem“ będzie raczej „pięknie i słodko“, niż „strasznie i boleśnie“? Czy to Wunschdenken (myślenie „życzeniowe“)? Czy nazbyt proste przeciwstawienie oceny sytuacji „przyziemnej“ (oj jak tu źle i strasznie!) to tego, co ma być potem (oczywiście – na „nagrodę“ lub nie – lepiej!), takie tanie „yin-yang“?

Tym bardziej, że – osobiście nie wierząc w jakiekolwiek „zaświaty“ i życie „pozagrobowe“ – uważam, że jeśli Bóg istnieje, i jeśli miałoby istnieć jakiekolwiek „po“ – to nie widzę powodów czy argumentów czy przesłanek, by prawdpodobieństwo „nieba“ miałoby być wyższe niż „piekła“. Gdyż wychodzę z założenia, że jeśli Bóg istnieje, i jeśli coś dla nas „na potem“ przygotował – to jako istoty ludzkie mamy zero szans i możliwości poznania i zawyrokowania, co dla nas przygotował.

W Polsce z kolei, i to od lat (ostatnie dane jakie wyłowiłem to rok 1997) – wiara w piekło jest stabilna, waha się od 56 do 61%, podczas gdy wiara w „niebo“ czy „zbawienie“ niewiele większa, w granicach 61 do 72%. Dowód, że Polacy nie tylko mocniej wierzą w jakąkolwiek „przyszłość pozagrobową“, ale i że niekoniecznie preferują wiarę w „marchewkę“ nad wiarą w „kij“. Oczywiście, dane statystycznie niestety nie mówią, czy nie jest czasem tak, że wierzą w marchewkę dla siebie, a w kij – dla innych… (męża, żony, brata, siostry, teściowej, synowej, stryjka, sąsiadki, szefa, prezesa, ojca dyrektora i tak dalej…)

Nowa polska proza, Imiona 3

Dariusz Patkowski

Imiona ojca

3

To się  działo wiele lat temu, w grudniu. Zima, jakaś taka bardziej stęskniona za klasycznym wizerunkiem, obrosła w płatki śniegu. Obrosła wyjątkowo obficie. Mieszkałem w mieście, które kształciło mnie na przyszłego, bezrobotnego magistra, spotykałem się z pewną kobietą, o której nie będzie traktować ta opowieść, lecz której cień pada na nią podobnie jak cień tajemniczego mordercy lub gwałciciela pada na ofiary w odpowiednio wykadrowanych ujęciach filmowych bądź komiksowych.

W tamtych zamierzchłych dniach lodowatych i wyludnionych ulic, przewlekłej melancholii oraz rozgrzanych od zazdrości, pożądliwych fantazmatów, zbliżał się, jak co roku, okres świąteczny. Przesuwał się na tyle szybko, że niebawem swoją ośnieżoną łapą przekroczy granice czasu i przestrzeni, chwytając ludzkość za gardło już w okresie upalnych, wakacyjnych dni. Obawiam się, że niewidzialna ręka rynku zamierza wyprzedzić w szaleńczym tempie biblijne zwiastowanie. Ale to też nie o tym miałem opowiadać.

Zima o której wspominam, była urokliwa i mordercza. Wychładzała organizmy, syciła smutki oraz zapędzała tłumy, niczym bezmyślne bydło, do sklepów monopolowych. Przynajmniej mnie tam zapędzała. Być może reszta była projekcją. Być może.

I oto nadszedł ostatni dzień zajęć przed świętami, mityczny czas powrotów do domu – po wałówę, po wspomnienia, po ostatki dziecięcości. Cóż to były za chwile! Człowiek wracał  do stanu pierwotnie niewinnego. Wspaniała gra pozorów mająca ukryć permanentnie porozbijane struktury rodzinne. Do tego ten śnieg… Mnóstwo bieluchnego, puszystego śniegu, w którym można było zakopać sporych rozmiarów trupa.

Już wcześniej rozmawiałem z ojcem przez telefon. Tym razem mieliśmy spędzić Boże Narodzenie na południu kraju, w naszych rdzennych stronach, przycupnięci u rozwlekłych korzeni Drzewa Życia. Święta odbywały się u jego rodziców, a moich dziadków. Z morskich, katolickich krain mieliśmy zawędrować w górskie, protestanckie rewiry.

– Wiesz jak to jest. Nie wiadomo, ile jeszcze pożyją. Każde święta mogą być tymi ostatnimi – powiedział ojciec, z przejęciem w głosie.
– Wiem, wiem. Masz rację.
– Widujesz ich tylko latem. Dawno nie byłeś w górach zimą. Będzie fajnie, odpoczniesz – mówił dalej, tłumacząc się z czegoś, czego nie umiałem namierzyć.
– Uhm – przytakiwałem mu, myśląc o tym, że choć na kilka dni odetnę się od zlodowaciałych ulic północy, widma zimowej sesji egzaminacyjnej oraz od ciała pewnej kobiety; jej obraz nakładał się na widok miasta, które mnie przyjęło, zaadoptowało i chciało wykształcić.
– A tak swoją drogą – pamiętasz panią której syn robił doktorat z historii sztuki? Pamiętasz? Przychodzili na kawę. On pożyczał ode mnie albumy.
– Pamiętam. Dawno nic o nich nie mówiłeś.
– Ta pani była u mnie wczoraj, by oddać album. Jej syn popełnił samobójstwo. Utopił się latem. W całym kraju było o tym głośno.
– Straszna historia – westchnąłem, odpływając w głębiny własnych, dwudziestoparoletnich zmartwień.
– Jest w opłakanym stanie.
– Na pewno.
– Ucz się więc, synu, bo jak widzisz, specjaliści są potrzebni. Priorytetowo.
– Podobno tak – odburknąłem, patrząc na walające się po pokoju ciuchy. Wtedy nasunęła mi się nagła myśl, więc zapytałem: – Który album ci oddała?
– „Wizerunek Boga w malarstwie barokowym” – odpowiedział ojciec. Minutę później rozłączyliśmy się. Sporządziłem listę zakupów i listę kolejności pakowania rzeczy do plecaka.

Bus, którym wówczas jechałem do domu, już od paru lat nie kursuje. Wtedy przedzierał się przez śnieżne zaspy, otaczając siedzących wewnątrz pasażerów zbyt mocnym ogrzewaniem. Wracaliśmy w rodzinne strony, zasypialiśmy w mechanicznej macicy, śniąc lub rojąc świąteczne fantazje na temat tego, jaki ten powrót powinien być. Czytałem właśnie powieść o weteranach pierwszej wojny światowej wracających do domu. O klęsce ich wyobrażeń. O porażce pamięci. Skulony na tylnym siedzeniu, płakałem jak dziecko. Depresyjny, przepity, umęczony własną cielesnością embrion.

Dwie doby później siedzieliśmy wraz z ojcem w pociągu. Uzbrojeni w błogosławieństwo matki, bieliznę termoodporną oraz wielki termos wypełniony herbatą odbywaliśmy wielogodzinną podróż poprzez noc, śnieg i sny do domu Dziadka. A im dalej maszyna pędziła w stronę przyszłości, tym mocniej my, wspominając, wracaliśmy do przeszłości.

Ulegając ówczesnej modzie, niebezpiecznie przeciągniętej aż do czasów aktualnych, miałem w uszach mp3, katując się sentymentalnymi soulowymi kawałkami, z niepokojem rozmyślając na temat miłosnej grozy pozostawionej w akademickim mieście oraz o matce, mającej pierwszy raz w życiu spędzić Wigilię samotnie.

Ojciec rzadko widywał swoich rodziców. Ich relacje nie układały się gładko. Jadąc w chłodnym przedziale snuliśmy domysły względem siostry ojca, a mojej ciotki oraz jej syna Marcina, mimo że już za kilka godzin mieliśmy się z nimi zobaczyć.

W tamtych mrocznych czasach szkolnictwa wyższego, mój kuzyn dobiegał dwudziestego roku życia. Chudy, nienawidzący jeść informatyk o wielkich, niebieskich oczach. Człowiek, który nauczył mnie palić papierosy. Człowiek, dzięki któremu odkryłem niesamowitą stronę dla dorosłych. Jeszcze nim byłem maturzystą, razem spędzaliśmy bity letni miesiąc w Beskidach, całymi dniami włócząc się po uliczkach i traktach wsi ewoluującej pomału w stronę miasteczka. Najpierw popijaliśmy colę, by z każdym rokiem podbijać procenty na obwolucie puszki. Lato przynosiło parę tygodni wspólnej demoralizacji. Dopiero przyszłość rozliczy nas z obopólnych nauk. I organizm.

Zbliżając się ku nieuchronnemu, zdałem sobie sprawę, że kuzyna nie widziałem przeszło rok. Mimo dużej zażyłości, nie wydzwanialiśmy do siebie. Byliśmy jak czułe monady bez okien. Nie mogliśmy się nagadać w trakcie spotkań odbywających się pod bacznym okiem seniorów rodu. Nasz dyskurs i tak łączył się ze sobą, płynąc po delikatnej pięciolinii czasu i pamięci, w przeciwieństwie do ogólnego dyskursu rodzinnego, pełnego sprzeczności, niedomówień czy paradoksów. Na przykład – z ust każdego padała zupełnie różna historia życia mojego ojca. On z kolei przytaczał pewne rzeczy na temat dziadków, z którymi część osób się zgadzała, a część (w tym sami dziadkowie) zaprzeczała im, traktując je jako niezbyt rozgarniętą narrację dobijającego pięćdziesiątki chłopca. Zastanawiam się, jak każdy z wieczerzających tamtej zimy przedstawiłby to, co miało dopiero nadejść.

Nad ranem powitał nas stalowy mróz katowickiego molocha. To tu przyszedłem na świat, a rodzice spędzili całą młodość. Metaliczny, śląski poranek zaoferował chaos przebudowy dworca wraz z ciepłą kawą w przydrożnym barze. Kolejnym punktem podróży był rozklekotany PKS, którym dojechaliśmy na miejsce docelowe.

Do wigilii Bożego Narodzenia została niecała doba.

Zatopieni w śniegu. Skuci ostatnią, prawdziwą zimą w mroźny pancerz rodzinnej celebracji. Nie ma po co wymieniać wszystkich typowych grzeczności. Zastaliśmy naszych bliskich, to było najważniejsze. Seniorzy radośnie nas ugościli. Od trzech dni była tam ciotka z Marcinem. Wymieniliśmy powitanie z charakterystyczną dla wyrostków sztywnością. Chcieliśmy już tylko opuścić dom, kupić piwo i wreszcie móc porozmawiać.

Jak się okazało, ciotka była w trakcie sprawy rozwodowej. Z wujem było coraz gorzej.

– Madzia musiała się zamknąć w łazience – opowiadał spokojnym tonem Dziadek, ostatni patriarcha naszego rodu, skubiąc przy tym słonecznik. – Waldek krzyczał na nią i demolował mieszkanie. Od wielu miesięcy nie bierze leków. Nie zamierza pójść do lekarza. Madzia zadzwoniła po mnie i przyjechałem. Wybiegł za nami na klatkę schodową z nożem. Powiedziałem mu, że jest chory. Że to koniec. Poprosiłem, aby zakończył to szaleństwo. Wtedy on podwinął koszulę i zaczął się nacinać w okolicy żeber. Madzia stała już przy samochodzie. Przywiozłem ją tutaj – kontynuował Dziadek, zerkając ukradkiem na teleturniej wyświetlany w telewizji. Madzia to oczywiście imię ciotki, jego jedynej, maleńkiej, czterdziestoletniej córki. Ona nie musi opowiadać ani o swoich radościach, ani o zgryzotach, albowiem głos Ojca jest jej głosem. Poza streszczaniem życia ukochanego dziecka, Dziadek mówi mało. Tak było i wtedy. Syn marnotrawny Freuda, Jung, mógłby dostrzec w ich relacji klasyczny, neurotyczny romans. Madzia w istocie powinna nosić miano Elektry. Wybrana przez ostatniego, twardego faceta z naszej rodziny. Szczęściara. Symboliczna dziewczynka i symboliczna kochanka. Doskonały przykład wiernej, ślepej miłości.

Dziadek wychował się w tych stronach. To on sprowadził babcię w dawną krainę dzieciństwa, w górzystą dolinę ewangelickiej wiary, wypartej przez katolicyzm przyjęty w momencie zaślubin ukochanej. Z protestantyzmu pozostał mu antyklerykalizm oraz szybko postępujący ateizm. Dziadek był twardzielem od początku, nie szukał ukojenia w życiu wiecznym. Był człowiekiem pracy, spokoju i nakazu. Jego opanowany głos stanowił prawo w domu, który wybudował własnymi rękami.

A mój ojciec sprzeciwił się Jego prawu. Został artystą. Nie zgodził się na wolę rodzica, która zażądała, by został inżynierem. Kiedy Dziadek budował dom, ojciec budował obrazy. Owszem, malował je, ostatecznie jednak budując czyjś albo czegoś obraz w psychice odbiorcy. Seniorowi zadośćuczynienie dawała sama esencja życia, juniorowi zaś idea tej esencji.

Krew ma w sobie tajemną metafizykę powinowactwa. Krew to jedyna droga, którą łeb w łeb kroczą i geny, i duchy przodków. Dlatego też moja miłość do Niego była oparta na ciszy i topornym zrozumieniu. Inaczej niż w przypadku Marcina, który, mimo ustawicznego palenia papierosów oraz snucia wyuzdanych pragnień, wciąż uchodził w oczach Dziadka za rozkosznego, Cineczka, pięcioletniego brzdąca o urodzie dziewczynki. Czas płatał figle nieustannie, a czas wigilijny zwłaszcza, o czym doskonale wiedział taki chociażby Dickens.

Dorośli zrobili potężne zakupy, jak gdyby zamierzali wykarmić całą wieś, ba, miasteczko, a młodzież, czyli my, ja i Marcin, siedzieliśmy na poddaszu, narzekając na wciąż egzotyczny świat ludzi dojrzałych. W radiu podawali, że pod wieczór ma zacząć znów padać śnieg. Miały się tworzyć ogromne zaspy.

Wieczorem były prezenty. Przełamaliśmy się opłatkiem i napchaliśmy brzuchy. Rabbi z Nazaretu przyszedł na świat po raz kolejny w okropnych, betlejemskich warunkach, a ludzkość świętowała w najlepsze, wylewając morza alkoholu i żalu, by uczcić Jego nadejście. Rodzina rozpieczętowała pokaźnych rozmiarów butlę whisky, co stanowiło dla nas, kuzynów, sygnał do zakończenia wigilijnego konwenansu. Ewakuowaliśmy się piętro wyżej, wyciągając z lodówki własny prowiant wyskokowy. Cóż to było za uczucie – wreszcie przestać siedzieć przy seniorach o suchym pysku. I to w pełnym blasku aprobaty majestatu prawa!

Za oknem wzbierał śnieg. Robiło się niebezpiecznie sentymentalnie, owa zimowa tęsknota była w stanie pogrzebać kilka tysięcy ludzkich istnień pod swoją czystą i bezlitosną pierzyną. Dochodziła dziesiąta w nocy.

Wtedy zadzwonił telefon Marcina.

– To ojciec – wybełkotał. W jego oczach zobaczyłem strach.
– Odbierz, pewnie chce ci złożyć życzenia – doradziłem.
– Może później… – powiedział zmieszany. Wyraźnie chciał odłożyć komórkę.
– No coś ty, dawaj teraz! Będziemy mieli święty spokój.
– Ok – odrzekł krótko, po czym odebrał dzwoniący aparat. – Halo, tata?
– Marcin?- zachrypiał niepewnie głos po drugiej stronie.
– Tak, tato. To ja.
– Gdzie jesteście?
– U Dziadków, przecież wiesz.
– Ona też tam jest?
– Jest.
Chwila milczenia. Marcin miał opanowany, kulturalny głos młodego gentlemana, ale jego ciało wyrażało prastary instynkt obrony życia.
– Daj mi ją do telefonu. – rozkazał głucho głos telefoniczny.
– Obawiam się, że to niemożliwe.
– Daj mi ją, kurwa!
– Tato… – wystękał kuzyn, a jego mowa łamała te krótkie słowo, na podobieństwo wigilijnego opłatka.
– Daj mi ją, słyszysz?! To przez ciebie, wstrętny gnojku… To przez ciebie już się nie rżniemy od tylu miesięcy… Ty mała gnido… Jesteś tam?! HALO!
– Jestem…tato…
– To mów, że jesteś – zasyczał głos. – Natychmiast daj mi ją do telefonu. Chcę rozmawiać z twoją matką.
– To niemożliwe – wykrzesał z siebie kuzyn niespodziewanie twardym tonem.
– Niemożliwe?
– Nie.
– W takim razie macie przejebane, moi mili. Zaraz wsiadam do samochodu i dopełnię czego trzeba. A święta spędzicie w piekle.

Połączenie zostało przerwane. Z niedowierzaniem spoglądałem na Marcina. W tamtej chwili był kimś zupełnie innym, niż chłopak, którego znałem z tylu wakacji mojego życia.
– Marcin, na litość boską… Jak długo to już trwa?
– Ojciec przestał brać leki ponad rok temu. Zaostrzyło się od paru miesięcy… Od lat jest fatalnie między nimi.
– Stary, ja naprawdę nie wiedziałem, że…
Daj spokój – przerwał mi rzeczowo – musimy powiadomić resztę.
– O czym?
– Lawina nadchodzi – rzucił cicho, po czym wstał i zszedł po schodach.

Pamiętałem mężczyznę który był moim wujem. Czasami zabierał mnie na spacery. Rozmawialiśmy na temat krasnoludków, czarów i szkoły muzycznej, do której chodził w dzieciństwie. Kiedy coś się psuło, reperował to. Dziadkowie mu bardzo ufali.
A teraz ten człowiek postanowił nas pozabijać. Ruszyłem na dół.

Dziadek oglądał po raz setny jeden ze starych filmów akcji. Babcia i ciotka lamentowały. Mój ojciec ledwo potrafił ustać na nogach.
– Nie możemy ignorować tego co mówi… Słyszysz, tatku? Może i jest chory, ale słowa dotrzyma. Nawet w zbrodni… Na pewno po mnie jedzie – ekscytowała się, szlochając, ciotka.
– Madziu, dzwoniliśmy ze cztery razy do niego. Spokojnie. Ma wyłączony telefon – mówił Dziadek, wpatrując się zmrużonymi oczami w migocący ekran telewizora.
– Ma-cin… Cosz jeścze gadał? – zabełkotał ojciec, pierwszy raz od niepamiętnych czasów ostro i radośnie napruty. Przynajmniej taką miałem nadzieję. Za sprawą silnych emocji, pomału trzeźwiał.
– No gadał…
– No a c-co gadał?
– Że jak przyjedzie, to resztę świąt spędzimy w piekle – Marcin wyrecytował obojętnym tonem słowa rodzica.
Zapadła cisza. W końcu chory psychicznie wuj został sam w mieszkaniu pełnym kuchennych noży, metalowych rurek stanowiących jego narzędzie pracy oraz jednej czy dwóch wiatrówek, którymi „zaraził się” przez pasje łowieckie swojego teścia.
Dziadek wyłączył telewizor. Odłożył pilot, odstawił spodeczek ze słonecznikiem. Wstał.
– Chłopcy, ile minut temu rozmawialiście z nim?
– Jakieś pół godziny temu, Dziadku.
– Więc mamy jeszcze godzinę. Skoczcie no po moją ukochaną.

Wszyscy wiedzieliśmy w czym rzecz. Dziadek prosił nas o przyniesienie strzelby na śrut. Nie wiem czy posiadał ją legalnie, czy nielegalnie. Ale to ona miała stanąć chwilowo na pozycji strażniczki domowego ogniska.
Przynieśliśmy broń z poddasza, a on ją przeładował, delikatnie popieścił wzdłuż lufy i podszedł do okna. Ojciec wziął w posiadanie sportową wiatrówkę Marcina, która tkwiła tu od wakacji.
– A my? – zapytała wystraszona babcia, kryjąc w ramionach chlipiącą Madzię.
– Wy siedźcie cicho- zakomenderował Dziadek. – Synuś, idź na prawą flankę. Wiesz jak? O właśnie, dobrze. Chłopcy, włączcie po cichu radio, zgaście lampy, zostawcie jedynie choinkę. Chcę widzieć światło, choćby najmniejsze. Śnieg mi go sprzeda.

Wypełniliśmy wszystkie rozkazy. Na stole wigilijnym dopalała się świeca. Choinka migotała tandetnym blaskiem, rozpamiętując w ciszy PRL-owskie lata, które ją stworzyły. Gruby Święty Mikołaj o zapitych policzkach, skulony w jednej z bombek, wlepiał w nas małe, czarne oczy. W radiu jakaś kapela reggae wykonała kolędę, po czym nadano powtórkę starszej audycji z udziałem jednego z czołowych przedstawicieli rockowej, rodzimej sceny muzycznej. Wywiad z nim musiał być w toku, ponieważ kończył opowiadać o swoim równie sławnym ojcu. Marcin, blady jak ściana, przerażonym wzrokiem spoglądał na przyczajonych przy oknie mężczyzn. Lufy ich broni lada chwila mogły zostać wymierzone w jego obłąkanego rodzica. Ostatkiem zdrowego rozsądku dotknąłem w myślach pozostawionych na północy spraw miłości. Być może zaraz miałem stać się świadkiem spraw ostatecznych.

Spiker w radiu zapowiadał ostre zamieci w południowej części kraju. Za oknem zaczął padać śnieg. Robiło się coraz bielej i bielej. Dziadek z ojcem uchylili okno. Broń wychodziła na rozciągającą się tuż przy drodze ścianę lasu. Co jakiś czas okolicę nawiedzało światło reflektorów przejeżdżających pojazdów. Zastanawialiśmy się, czy w wigilijną noc spadnie na nas śmierć i szaleństwo. Byliśmy gotowi na wszystko. Pozostało czekać.

Przedświąteczny groch z kapustą (2017)

Wtrącę się jako adminka pro domo sua: Blog wchodzi w szósty rok życia. Wczoraj skończył pięć lat. Przez pięć lat publikuję codziennie wpisy wielu autorów i własne, i jak dotąd ani razu się nie zdarzyło, żeby nie było wpisu!

Andrzej Rejman

Znajduję pocztówkę świąteczną wysłaną w 1929 roku przez dziadków do wnuka – Kazika Hrebnickiego (1922-1944).

“Kochany Kaziczku! Niech Ci te ptaszynki zaniosą od nas powinszowania Świąt i życzenia zdrowia, ślicznej choinki i wszelkich przyjemności.”

Pocztówka, jak pocztówka – dziś też podobne są w warszawskim Empiku. Niewiele się zmieniło… choć jakże wiele.

Na odwrocie pocztówki napisy: Import Printed in Germany, HWB Ser. 1116.
Sporo trwało (mimo internetu) ustalenie co to za wydawnictwo HWB. Dopiero w opisie książki (rozpowszechnianej tylko na CD) “Weihnachtskarten – Christmas Cards” (Rainer Kappe) Simon Verlag für Bibliothekswissen znajduję, że HWB to berlińskie wydawnictwo H. Wolff Verlag Berlin (HWB).

Die Weihnachtspostkarten mit der Signatur HP vom Pittius Verlag, Berlin, H. Wolff Verlag Berlin (HWB), Wiechmann Verlag, Starnberg vor München, und dem Verlag Artur F. Krueger, Hamburg, gehörten zu den erfolgreichsten Serien von den 20er bis in die 50er Jahre des letzten Jahrhunderts…

Alte Karten sind heute noch sehr gefragt. Dargestellt werden die heiligen Könige, das Christkind, Tannenzweige und Misteln, Schlitten, verschneite Landschaften und auch der Nikolaus oder Santa Claus.

***

Znajduję także w archiwach rodzinnych wycinek z gazety “Nowy Kurjer Warszawski” – wydanie świąteczne 1939 rok, a więc okupacyjna Warszawa…

Tekst pisany na zamówienie okupanta, być może przez jakiegoś kolaborującego warszawiaka, może po prostu przetłumaczony – podpisu nie ma… Obok tekstu – obrazek autorstwa Bolesława Surałło*, malarza, który już nie żył w okresie ukazania się gazety.

Surałło pewnie nie pozwoliłby na zamieszczenie swojego dziełka w tej gadzinówce, której kupienie było wtedy właściwie nieprzyzwoite, (jednak co tu kryć – ktoś z mojej rodziny kupił, pewnie głównie z powodu konieczności dostępu do informacji praktycznych… **)

Tak, czy owak gazeta taka po latach jest cennym źródłem historycznym.

Jak się przyjrzeć obrazkowi Surałły – to bardziej lament i krzyk rozpaczy, niż śpiew kolędników…. Czyżby Surałło przewidział?

Tekst jest znamienny – jest to głównie oskarżenie rządów sanacyjnych o dopuszczenie do wojny…

…Polska 1918-1939 r. daleka była od Polski, o której marzył Żeromski, a która śniła się Wyspiańskiemu.
Jakim prawem – zapyta dziś niejeden, snując refleksje przy choice, a tym bardziej, jeśli jej nie posiada – jakim prawem ci ludzie przywłaszczyli sobie monopol na sprawowanie rządów?
Ileż to razy zbijano argumenty opozycji domagającej się prawa głosu w sprawach publicznych:
– Nie można was dopuścić do władzy, bo doprowadzilibyście kraj do zguby!
Obecnie wiemy, że w tak rekordowo krótkim czasie nikt nie zaprzepaściłby chyba dzieła Pierwszego Marszałka…

______

A na koniec – akcent optymistyczny – jeszcze jedno piękne dzieło Surałły

Plakat reklamujący obóz żeglarski dla młodzieży nad jeziorem Narocz powstał na zlecenie Ligi Morskiej i Kolonialnej, z którą Surałło-Gajduczeni współpracował. Skomponowany z uproszczonych elementów przekaz oddaje malowniczy pejzaż pojezierza, zachęcający młodego odbiorcę do aktywnego wypoczynku.

(źródło: Muzeum Narodowe w W-wie, zasoby cyfrowe Muzeum Plakatu)

______________________________________________________________

* Bolesław Surałło-Gajduczeni (1906 Chersoń – 1939 Lublin) malarz, grafik, projektant wnętrz, scenografii filmowych i teatralnych. Studiował w Miejskiej Szkole Sztuk Zdobniczych i Malarstwa w Warszawie i w Szkole Sztuk Pięknych, był jednym z pierwszych uczniów wybitnego grafika Edmunda Bartłomiejczyka (1885–1950). Od 1936 r. kierował warsztatami w Państwowej Szkole Przemysłu Graficznego w Warszawie, kształcącej drukarzy i litografów, którzy podczas zajęć z Surałłą poznawali zasady kompozycji i projektowania, m.in. plakatów. W 1937 r. założył studio grafiki artystycznej AGAR. Surałło-Gajduczeni zmarł tragicznie w Lublinie w pierwszych dniach wojny – podczas transportu obrazu Bitwa pod Grunwaldem Jana Matejki. Dorobek artysty w większości uległ zniszczeniu.

** …Polska prasa konspiracyjna wielokrotnie wzywała do bojkotu prasy gadzinowej, przede wszystkim w dniach ważnych rocznic (po raz pierwszy 15 lipca 1940). 1 września 1940 sprzedano tylko 50% nakładu „Kuriera”. Gazeta była jednak kupowana, przede wszystkim z powodu ogromnego niedosytu informacji i ograniczonego dostępu do polskiej prasy konspiracyjnej. Zawierała ona także wiele istotnych i przydatnych na co dzień informacji, m.in. zarządzenia władz Generalnego Gubernatorstwa, komunikaty dotyczące racji żywieniowych i produktów na kartki, sprawozdania władz i instytucji miejskich, ogłoszenia o poszukiwaniu pracy, repertuar kin i teatrzyków, recenzje z premier, przepisy kulinarne, porady prawne oraz nekrologi (w tym dotyczące osób, które zostały zamordowane przez Niemców). W grudniu 1940 wprowadzono jednak zakaz używania w nekrologach publikowanych w „Kurierze” określenia „zmarł nieoczekiwanie”, a w lutym 1941 – słowa „prochy”. „Nowy Kurier Warszawski” był kupowany także z powodów bardzo prozaicznych – trudności z zaopatrzeniem się w okresie okupacji w papier higieniczny i papier do pakowania…. źródło: Wikipedia

Nowa polska proza, Imiona 2

Dariusz Patkowski

Imiona ojca

2

Dziennikarka czeka na niego. Jest młodą blondynką o wysoko upiętych włosach. Od niedawna pracuje w rozgłośni radiowej. Po raz pierwszy przeprowadzi wywiad z gwiazdą. Jest podekscytowana. Poprawia makijaż, mimo że nikt jej przecież nie zauważy i spogląda na zegarek. Za chwilę powinien być.

On jest gwiazdą na niezbyt mocno rozświetlonym firmamencie rodzimego przemysłu muzycznego. Ma trzydzieści pięć lat, długie, ciemne włosy i skórzany płaszcz. Jest w tym jakaś poza niegrzecznego chłopca, jednak żaden brukowiec nie napisał o nim od lat, ani żadna celebrytka nie skomentowała jego seksualnych zachowań. Kiedy może, siedzi w swoim studiu i nagrywa muzykę. Jest potwornie nudną, ale przez to tajemniczą gwiazdą. Blondynka wie, że każdy może z nim rozmawiać o starych oraz nowych trendach rockowych. I każdy to robi. Dlatego postanowiła przygotować temat mało muzyczny; temat, poniekąd, demaskujący.

No i jest. Wchodzi ubrany tak jak widywała go przy innych tego rodzaju spotkaniach. Spokojny, stonowany rockman, słynący tylko ze swojej twórczości. Żadnego palenia Biblii, żadnego romansu z gwiazdą porno, żadnej detoksykacji. Po prostu „solidna firma” jakby powiedział jego ojciec. Ach, tak, właśnie. Jego ojciec.

Mężczyzna posyła jej uśmiech. Wydaje się dziennikarce ciepły i lekko zdystansowany. Jakiś czas temu oglądała w telewizji wywiad z jego ojcem, najsłynniejszym chirurgiem w kraju. Te same oczy, ten sam uśmiech. I ani słowa o karierze syna. Kompletnie nic. A przecież wszyscy wiedzą, że ich nazwisko nie jest zbiegiem okoliczności; że jest w nim i ciało, i krew.

Nie, nigdy ich razem nie widziano na żadnej gali czy to medycznej, naukowej czy artystycznej. Nikt nie przyłapał ich w teatrze, kinie, na meczu futbolowym. Toteż społeczeństwo tych dwóch mężczyzn brało we wspólny nawias, na ogół jednak rozliczając ich w oddzielny sposób.

– Ktoś o tej porze was słucha? – pyta gość, ujmująco spoglądając w niebieskie oczy prowadzącej. Audycja jest nagrywana późną nocą, w specjalnym cyklu spotkań ze sławami. Za oknem panuje ciemność, a nad miastem unosi się cisza, przerywana jedynie przypadkowymi okrzykami anonimowych, męskich głosów. Gdzieś tam w mroku ulic huczy radio włączone przez taryfiarza, przypominając o ostatnich wydarzeniach dnia, w tym o samobójczej śmierci przez utonięcie w morzu obłąkanego mężczyzny. Na blondynce taki news zrobił wrażenie. Lubiąc dramatyzować, z przyjemnością wyestetyzowała sobie jego śmierć. W jej wyobraźni zginął na podobieństwo szekspirowskiej Ofelii. Morze pochłonęło go tak, jak noc pochłaniała miasto, niosąc mu zgubę marzeń i obietnicę zapomnienia.

– Mamy stałych słuchaczy, a ich grono na pewno się dzisiaj powiększy – mówi kobieta.
– Nie puszczacie chłamu. Dlatego postanowiłem przyjść – stwierdza gwiazdor i delikatnie się uśmiecha. Jest w nim coś nieśmiałego i ugrzecznionego. Zero chemii, przebiega blondynce przez myśl w rytm ocierania się o siebie jej przyobleczonych w czarne rajstopy ud.
– Musimy zaczynać – rzuca niemal przepraszająco dziennikarka, nerwowym gestem poprawiając włosy.

Przez pierwsze minuty rozmawiają o jego współpracy z zagranicznym zespołem jazzowym oraz o niedawno wydanej płycie. Po drodze zahaczają o album debiutancki, który ponad dekadę temu wyniósł go na szczyt lokalnego Olimpu. Tak dla nich, jak również dla większości słuchających tematy te są znane i przewałkowane na wszystkie strony. Ale podobnie jak w sferze rozkoszy cielesnych, i tutaj gra wstępna jest mile widziana. Blondynka zadaje pytanie za pytaniem. Na zgrabnych kolanach trzyma wcześniej przygotowaną ściągę, lecz wyraźnie czuje opór przed poruszeniem głównego tematu. Minuty płyną niebłaganie, a noc domyka się pustą i chłodną przestrzenią. W końcu wyrzuca z siebie:
– Czy mógłbyś nam opowiedzieć coś o sobie i swoim ojcu? Obaj jesteście sławni – kontynuuje wypowiedź, pomału uspokajając się – ale tak niewiele o was wiadomo.
– Można zapalić? – pyta muzyk, mimowolnie sięgając do kieszeni płaszcza po papierosy. Blondynka radośnie potakuje i podaje mężczyźnie zapalniczkę, którą ten z wdzięcznością przyjmuje. Gość zaciąga się i zadaje pytanie:
– Z jakiej to okazji pytasz o niego?
– Z ciekawości… ale i dlatego że niedawno był „Dzień ojca”- odpowiada dziennikarka, stawiając na szczerość. Noc za oknem delikatnie się przerzedza.

Od dawna nikt o to nie pytał.
– Nie wiem, na ile temat ten mógłby zainteresować potencjalnego słuchacza – mówi gość, mało przytomnie wyglądając przez okno.- Może opowiem drobną anegdotkę z lat młodzieńczych. W porządku?
– Oczywiście – odpowiada kobieta i czuje, że mocniej pociera o siebie udami.
– Miałem siedemnaście lat – zaczyna opowiadać muzyk, wydmuchując kolejną porcję dymu – kiedy na jednej z imprez ostro zatankowaliśmy z chłopakami. Typowe smarkate zabawy – młode i ładne dziewczęta, papierochy, wódka oraz głośna muzyka. Pewnie wiesz, o czym mówię, era naszywek, miłosnych listów oraz wielkich, pstrokatych nadruków ulubionych zespołów na koszulkach. Czarnych koszulkach, rzecz jasna – chichocze, przy nerwowym wtórze blondynki. – Tak, miałem siedemnaście lat, byłem potwornie pijany, w głowie krążyły mi pierwsze, bardzo grafomańskie ballady miłosne i chyba miałem wrażenie, iż pojęcie szczęścia jest mi obce. Siedzieliśmy z ekipą w naszym ulubionym pubie, którego jedna cała ściana była przeszklona. Barman, starszy brat mojego ówczesnego basisty, podgłaśniał stopniowo muzykę, a my stopniowo przestawaliśmy ogarniać.

Widząc zdziwione spojrzenie dziennikarki, rzuca: – Ta historia naprawdę będzie o moim ojcu – po czym kontynuuje: – W pewnej chwili zaczęliśmy tańczyć czy też raczej pogować. Wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi – dodaje z nonszalancją, wyciągając nowego papierosa z paczki. – Tak się nieszczęśliwie złożyło, że potknąłem się o jakieś wychudzone, nastoletnie nogi i poleciałem nie w ramiona pięknej dziewczyny, a na wcześniej wspomnianą szybę, znajdując się nagle, wśród hałasu pękającego szkła, na ulicy. Kilka odłamków utknęło mi w podbródku, a dwa spore w klatce piersiowej. Nie było tragedii, ale wezwano pogotowie. Kwadrans później karetka wiozła mnie do szpitala. Nie muszę chyba dodawać, kto miał nocny dyżur?- dodał, widząc podniecony wzrok prowadzącej, i niemal z lubością dopowiedział: – Tak, nocny dyżur miał ojciec, już wtedy wybitny fachowiec, lecz jeszcze nie ogólnokrajowy geniusz. Już wtedy od lat z doktoratem, lecz jeszcze bez profesury. Pamiętam ból, blade światło szpitala i jego opanowaną twarz. My już w tamtym czasie się mijaliśmy. Być może nie widziałem go od kilku dni. Może nawet tygodni. Ale teraz wyraźnie pamiętam, jak stoi nade mną w białym kitlu, niedbale trzymając dłonie w kieszeniach, jak z mieszaniną powściągliwości i dezaprobaty przypatruje się mej wykrzywionej w bólu, młodzieńczej twarzy. To był okres, szanowni państwo, kiedy z całego serca pogardzałem przedmiotami ścisłymi i resztą „burżujskiej” nauki. A takie coś nie mogło się podobać mojemu ojcu. W jego spojrzeniu nie było zrozumienia. Obejrzał rany i rzucił: „Ja się nim zajmę”. Te słowa wzbudziły popłoch wśród personelu. Chciano telefonować po innego chirurga, a pielęgniarki głośno się sprzeciwiały decyzji ojca. On jednak, ze znużonym spokojem mówił: „To mój wybór”. Nawet nie „to mój syn”, albo „to moje dziecko” tylko właśnie „to mój wybór”. „Pan doktór to chyba w szoku jest” powiedziała jedna ze starszych pielęgniarek, lekko przytrzymując go za kitel. Ale on milczał, a w jego źrenicach nie było nawet śladu szoku. Tam kryło się tylko przeznaczenie – opowiada urzeczony wspomnieniem gwiazdor, nieobecnym wzrokiem spoglądając w okno. Przez ciemność pomału przebija świt. – By nie tracić czasu, personel uległ jego woli, woli namaszczonego przez ordynatora najlepszego fachowca w tej części kraju. Godzinę później byłem już opatrzony i poskładany. „Zawieź go do domu, wiesz gdzie mieszkam. Żona i tak nie śpi kiedy on wychodzi”, powiedział ojciec do jednego ze swoich kolegów, akurat kończącego nocną zmianę. Wtedy zrozumiałem, że zawdzięczam mu życie. I to po raz drugi.

– To piękna historia – komentuje wzruszona dziennikarka, promiennie szczerząc zęby.
– Bardzo ci dziękuję, również w imieniu słuchaczy, za tak intymne wspomnienia. Czy chciałbyś coś jeszcze dopowiedzieć? Nasz czas antenowy dobiega końca.

Muzyk przez moment siedzi w milczeniu. Tak, jest jedna rzecz którą chce dopowiedzieć. Było coś w tej opowieści, co już w chwili decyzji ojca napawało go przerażeniem, a co rosło w nim przez kolejne, długie lata. Dotychczas skrywane i pielęgnowane w mauzoleum pamięci, teraz chciało wyrwać się i afirmować na forum złożonym z wielotysięcznych par uszu. Widząc niezrozumienie w oczach dziennikarki, obserwując jej narastającą, sentymentalną euforię, zupełnie dotychczas stonowany rockman, który nigdy nie spalił Biblii, nie umawiał się z pornogwiazdą, ani nie spowodował, by jakakolwiek słynna kobieta wypowiadała się na temat jego zachowań seksualnych, wyrzuca z siebie słowa, za które nigdy nie mógłby kupić szacunku ojca.

– Czy wiesz, dlaczego lekarzom nie wolno operować swoich bliskich? – pyta, a kobieta przecząco kręci głową, wysyłając mu jednocześnie radosny i głupkowaty uśmiech.
– Bo mogłaby im zadrżeć ręka z emocji. A to wystarczający powód, by sknocić coś tak poważnego jak operacja. Lekarz, a chirurg w szczególności, musi być precyzyjny jak maszyna – to czyni go panem życia i śmierci, lecz nie człowiekiem – widząc zdziwioną minę dziennikarki, cedzi z satysfakcją, ale też rozpaczą pozostałe słowa, które dojrzewały w nim od lat: – Mój ojciec się wtedy nawet nie spocił.

A później blondynka włącza reklamy, które natychmiast oraz skutecznie zabijają narastający między nimi niezrozumiały świt.

Ciąg dalszy za dwa dni

Wieczory w Rembówku (1)

Lech Milewski

Zbliżają się Święta. Ostatnie dni Adwentu, okresu oczekiwania, dla mnie również okres wspomnień.
Gdy byłem już uczniem szkoły średniej (w Kielcach), na Święta byłem zapraszany do Warszawy, do domu stryja Ziemowita, brata mojego ojca. Jedną z atrakcji było przeglądanie rodzinnego pisma – Wieczory w Rembówku.

Pismo znajduje się w posiadaniu mojej kuzynki, córki stryja Ziemowita, ale mam kopię  mogę więc odświeżyć wspomnienia.

Pierwszy numer – Boże Narodzenie 1901 roku.

Początkowo gazetę prowadził najstarszy z braci Stanisław – 14 lat.

Każdy numer rozpoczynal się kolejnym odcinkiem powieści przygodowej pisanej pod pseudominem przez prowadzącego gazetę. Czasami numer zawierał odcinki kilku powieści pisanych przez współpracowników redakcji.

Następnie były rozrywki umysłowe…

Łamigłówki i rebus – odpowiedzi proszę nadsyłać w komentarzach.
Wyjaśnienie istoty pierwszej zagadki: Wyrazów 7. Pierwszy wyraz i początkowe litery następujących składają postać z poematu Mickiewicza.

Dalej – Wiadomości Krajowe…

i … ciąg dalszy Wiadomości Krajowych…

Wspomniany powyżej Lech M., który nie uczestniczył w bitwie tylko zbierał zepsute naboje to mój ojciec, wtedy miał pięć lat.

Numer kończył się Odpowiedziami Redakcji…

Jak widać listy nadsyłało wiele osób a redakcja nie wahała się odpowiadać ostro.

Nr 3 – styczeń 1902 roku. Wiadomości Krajowe…

Wiadomości zagraniczne…

Korzystając z okazji podam trochę informacji z pamiętnika osoby dorosłej – najstarszego z redaktorów – Stanisława M.
Majątek należał od 1862 roku do Wiktora Łebkowskiego, pradziadka autora wspomnień. Wydzierżawił go on swojemu wnukowi – Jakubowi Milewskiemu, ojcu Stanisława. Jakub Milewski, gdy się ożenił, odkupił majątek wykorzystując posag żony. Obszar majątku – 10-12 włók – czyli 200 hektarów.

Wiktor Łebkowski wybudował dworek – drewniany, pokryty stalową blachą pomalowaną na czerwono.
Dom miał pięć pokoi: sypialny, stołowy, salon, gabinet i przedpokój. Prócz tego kuchnia dworska i czeladnia.
W sypialni łóżka rodziców, toaletka z lustrem, szafa z mahoniu , łóżka dziecinne i kołyska. Gdy dzieci przybyło, ostatecznie było ich sześcioro, do dworku dobudowano sypialnie dla dzieci. Inna rzecz, że po ukończeniu 4 klas, dzieci wyjeżdżały do szkoły do Warszawy i do domu przyjeżdżały tylko na ferie i wakacje.
Kanalizacji oczywiście, jak wszędzie wówczas na wsi, nie było. Drewniana wanna słuzyła do kąpieli a wygódka była umieszczona dyskretnie w ogrodzie.

Do zabaw na powietrzu mieliśmy kompanię chłopców z czworaków. W zabawach byliśmy na równych prawach. My imponowaliśmy im pomysłami, wiadomościami i obyciem. Oni uczyli nas sposobów wchodzenia na drzewa, wyszukiwania gniazd ptasich i obserwowania matek i piskląt, obchodzenia się z końmi, zsuwania się ze stogów, ślizgania po lodzie, kręcenia fujarek, robienia gwizdków i wielu, wielu innych wyczynów.

Śniadanie było wydawane od godziny 8-mej, więc dzieci musiały przyjść nieco wcześniej umyte, ubrane i po odmówieniu pacierza. Obiad podawany był punktualnie o 12 i nie wolno było się spóźniać. O godzinie 4-ej zasiadaliśmy do podwieczorku, a o wpół do ósmej do kolacji.
Odżywianie było proste: mleko, chleb, masło, ser zwykły, twaróg, dżemy i miód. Żadnych wędlin nie dostawaliśmy normalnie, podawane były tylko w święta lub dla gości. Herbaty dzieci nie dostawały. Trzeba było być chorym, aby dostać szklankę herbaty.
Obiad składał się z trzech dań: zupy, potrawy mięsnej lub postnej i deseru z kompotu lub leguminy. Na kolację podawano zawsze jakieś zupy na mleku z kluskami lub kaszą, a poza tym można było dostać mleka z dodatkami takimi jak na śniadanie,

W lecie nosiliśmy letnie ubrania szyte zwykle przez Matkę na maszynie Singera. W dnie ciepłe chodziliśmy boso. Zimowe ubrania i palta szył nam krawiec Birman z Ciechanowa.

Matka hartowała nas. Nie uznawała żadnych swetrów, ciepłych pończoch i bielizny. Nie mieliśmy nigdy futer i futrzanych czapek. Nosiliśmy paletka na wacie, sukienne czapki i włoczkowe rękawiczki.
W domu też zawsze była niska temperatura. Była ustalona opinia, że dwór jest zimny, ale powód był inny. Ojciec miał uprzedzenie, że wychodzi zbyt dużo opału… w rezultacie temperatura w zimie wynosiła zaledwie około 15 stopni Celsjusza.

Na zakończenie mapa okolic Rembówka. W sąsiedztwie widać Opinogórę – majątek rodu Krasińskich a tuż obok, należącą do gminy Opinogóra, wioskę Zygmuntowo. Wikipedia nie podaje żadnych informacji na jej temat, ale nazwa nieodparcie kojarzy się z autorem Nie-boskiej komedii.

Ciąg dalszy wiadomości zagranicznych…

Ogłoszenia drobne…

Uwaga – nagroda…

Na zakończenie cytat ze wspomnień stryja Stanisława, najstarszego z redaktorów, na temat początków pisma:
…od 1901 roku z inicjatywy Matki zaczęliśmy wydawać “Wieczory w Rembówku”.
Wydawane były w jednym egzemplarzu w okresie w okresie Świąt Wielkanocnych i Bożego Narodzenia. Pisywaliśmy powiastki, wiersze, dowcipy, reportaże o ważniejszych wydarzeniach w Rembówku i okolicy, układaliśmy rebusy, zagadki i każdy dział zawierał odpowiedzi od redakcji.

Autorami było troje najstarszych dzieci i syn oprzątki (*) Stasiek Skorupski. Redaktorem była Matka.
Powiastki były bardzo naiwne. Ja i brat Jurek pisaliśmy o przygodach, siostra o dzieciach, Stasiek o podróżach po kraju, ale głównym tematem były rodzaje potraw.
Dział odpowiedzi od redakcji umożliwiał przytaczanie urywków wierszy odrzuconych przez redakcję, co było naśladownictwem podobnego działu w Tygodniku Ilustrowanym“.

*Oprzątka – google miał ogromne trudności, ale znalazłem – dziewka zajęta przy hodowli drobin (sic) na dworze.

Nowa polska proza, Imiona 1

Dariusz Patkowski

Imiona ojca

1

Spoglądałeś w lustro nieskończenie wiele razy, powielając swój obraz na domysły. Ty i matka stanowiliście jedno, nie można było was oddzielić. Ale to właśnie od niej usłyszałeś tak po raz pierwszy, jak po raz tysięczny: – Jesteś jego. Nigdy by się ciebie nie wyrzekł, nawet, gdyby bardzo tego chciał.

Nic nie wiedziałeś o człowieku, którego druga połowa krwi krążyła w tobie. Niczego nie przeczuwałeś usilnie wpatrując się w zaciśnięte usta bliskich, gdy temat schodził na jego postać. Tak właśnie- postać, bo osobą ciężko było nazywać ów cień, kładący się na twoich młodzieńczych latach. Zarzucałeś sobie, że go nie pamiętasz, choć może powinieneś, ponieważ odszedł kiedy miałeś dwa lata. Po prostu wyszedł i nie powrócił już więcej. Z zawodu był wojskowym. Twoja zapłakana matka pobiegła do jednostki w której służył, lecz on i stamtąd zniknął. Zdezerterował podwójnie.

Dorastałeś. Oczy zrobiły ci się czarne, a nos lekko orli. Nie wiedziałeś czyje źrenice spoglądają z odbicia. Matka czule gładziła twoje włosy, z dzikim błyskiem wpatrując się w tak nagle zrodzoną czerń twoich oczu. Nie chciała mówić. Wszystkie zdjęcia spaliła kiedy jeszcze pokutowałeś na nocniku za to, że zaczynasz odkrywać rozkosze i zakazy kultury. Nie ma miejsca na jego obrazy, wspomnienia czy słowa wśród twoich bliskich. I nigdy już nie będzie.

Czy wiesz chociaż, kto nadał ci imię? Czy orientujesz się może, czyje imię nosisz, przez kogo stworzone? Czy zdajesz sobie sprawę jakie zawarte znaczenie jest w słowie, którym przywoływano cię na obiad bądź do tablicy szkolnej, w którym zawarte były groźby i pragnienia, które wywołują w urzędach lub przywołują kobiety tuż przed nastaniem kresu?

Nie wiesz tego. Nawet tego nie wiesz. Nie potrafisz namierzyć, czyim się stało projektem i znakiem imię noszone przez ciebie. Do jakiej tradycji się odwołuje, dokąd powinno cię zaprowadzić. Domyślasz się tylko, że to jedyny prezent, prócz życia, otrzymany od niego. Tu trop się urywa. Ale czy on wołał do ciebie bądź na ciebie? Czy przywoływał do porządku albo radości? Czy domagał się czegoś? Twój umysł tropi poszlaki, lecz pamięć kładzie się pieczęcią na ustach rodziny. Gdyby każdy ród prowadził księgę, w której zapisywano by obecność innych, to sam wiesz najlepiej, że jego byś w niej nie znalazł. Ani śladu obecności.

A pamiętasz dzień, w którym odnalazłeś Boga? Ciężko zliczyć która to mogła być niedziela. Jedna podobna do drugiej, zawsze z matką, zawsze w tej samej ławie, zawsze komunia święta. Ale tamtego dnia spojrzałeś na Ukrzyżowanego i pewna myśl rozpaliło twoje chłopięce czoło. „To nie może być bóg”- pomyślałeś. „On nigdy nie mógł być tak blisko jak my”- pomyślałeś. „On nigdy nie był wśród nas”- stwierdziłeś, odczuwając wyraźną ulgę. Ile mogłeś mieć wtedy lat? Dziesięć albo jedenaście, czyż nie? Uważnie oglądałeś rzeźbę umęczonego zbawiciela, przyznając mu cześć i pozbawiając go boskości. Jako pryszczaty wyrostek dalej nawiedzałeś świątynię, z lękiem obserwując narastającą teatralność zachowań matki. Czy to nie wtedy coś w tobie powiedziało, a może to po prostu byłeś ty, że Chrystusowi warto składać hołd, nawet jeżeli był tylko człowiekiem? Czy to nie wtedy wzruszyła cię możliwość szaleństwa cieśli z Nazaretu, który pod symptomami urojeń oraz stanów wielkościowych był gotów rozkrzyżować swoje wątłe ciało pomiędzy na nowo biegnącym, linearnym czasem? Tamtego dnia ostatecznie odrzuciłeś religię Syna i Ducha, pomału wyławiając z mulistych mętów tożsamości nowe zjawisko, jakim miała być religia Ojca.

Później matka trafiła do szpitala, pamiętasz? Mówili: depresja. Mówili: to przez niego. Mówili dalej: powinieneś pójść ją odwiedzić, ona ma tylko ciebie. Poszedłeś więc, lecz nie na spotkanie z nią, tylko z inną. To był lipiec tuż przed klasą maturalną, a ty od wielu lat zmagałeś się z duszną ciekawością cudzego ciała. Twoje ciało było cudze i kobiece ciało było cudze. Kiedy zerkałeś w dół, ten kawałek mięsa albo sterczał niemiłosiernie odrywając cię od zagadnień matematyki lub pierwiastków chemicznych, albo dyndał obleczony w przyciasną togę napletka, którego nie można było ściągnąć. Nikomu nic nie mówiłeś- w tym wieku zazwyczaj myśli się: jakoś to będzie. Ile nasienia przelewałeś w ciemnych i parnych pomieszczeniach to tylko ty wiesz, płodząc coraz to nowe fantazje.

Tak, zamiast w objęcia chorej matki, poszedłeś w ramiona kobiece, na które zbierałeś pieniądze już od czasów bierzmowania. Wraz z tobą poszedł przyjaciel, uroczy blondyn znający na pamięć wszystkie wyniki meczów futbolowych odbywających się na przełomie ostatniej dekady. Namierzyliście ją kilka tygodni wcześniej, dwudziestoletnią, brunetkę w kręconych włosach o figurze komiksowych heroin. Jej akcent wskazywał na pochodzenie z tajemniczych, wschodnich krain, w których świat hrabiostwa Rostowów mieszał się z proletariacką utopią opartą na absurdzie i ludobójstwach. Ale o tym myślałeś już dużo później, kiedy obraz cwałujących huzarów nakładał ci się na niezrealizowane wspomnienie o gorącym, miłosnym kłusie jej kurewskich bioder.

Wszyscy myśleli, że jesteś w szpitalu. Dziadek dał ci dodatkowe dwie dychy, mówiąc:

„Zjedz coś na mieście gdy będziesz wracał”. Tylko bogowie raczyli wiedzieć, czego ona mogła jeszcze dokonać za taką dopłatą. Oczywiście, baliście się. Każdy z was pragnął wejść pierwszy, lecz ostatecznie poprzez żart i docinki odwlekaliście przywilej ewentualnego „pierworództwa”. Powiedziałeś: Idź, ja poczekam. To była walka w obronie ostatnich chwil trwania w chłopięcej czystości. Któryś z was jeszcze przez godzinę mógł napawać się stanem niewinności. Twój przyjaciel, zawsze bardziej dojrzały i wyrośnięty od ciebie, w końcu się zdecydował. Przerażony z podekscytowania, kłaniałeś się obcym ludziom na klatce schodowej nieznanego ci apartamentowca, wyczekując zniebozstąpienia szkolnego towarzysza.

Kiedy wrócił, jego opaloną twarz wykrzywiał uśmiech zdobywcy. Skąd mogłeś wiedzieć, że już niebawem kobieta ta miała stać się jedynie mitem, raz po raz powtarzanym przez usta przyjaciela? Ruszyłeś na spotkanie, ale nie tyle z nią, co z Nim, jednak fakt ten miałeś uchwycić dopiero wiele lat później. Tuż przed tym, twój kolega klepnął cię w plecy. To był ostatni niewinny dotyk, jakiego zaznałeś w życiu.

Czekała na ciebie, ubrana jedynie w atłasowy szlafrok. Nie było po niej widać dopiero co przepracowanej godziny. Przez chwilę rozmawialiście. Drżącymi palcami wręczyłeś jej sumiennie odliczony plik banknotów. Kiedy leżałeś już w dużym, czerwonym łożu, na którym dziesiątki mężczyzn dziennie oddawało się rozkoszy, byłeś zbyt zdenerwowany by mieć erekcję. Dziewczyna choć miła, zaczęła być stanowcza i kiedy w końcu zesztywniałeś, równie stanowczym ruchem ściągnęła twój napletek w dół. Chyba mało który młodzieniec może poszczycić się faktycznym rozdziewiczeniem, podobnym do tego, przez które musiałeś przejść. Z twojego przyrodzenia zamiast spermy wypłynęła krew. Owinięty w pospiesznie przyniesiony ręcznik pobiegłeś pod prysznic. Każdy dotyk twojego członka miał w sobie coś z przebitego szkłem mięsa mielonego. Mniej więcej taki obraz przychodził ci na myśl, kiedy próbowałeś opisać tamten ból. Majstrując przy genitaliach, w trakcie gdy zimny prysznic znieczulał krytyczny punkt, udało ci się naciągnąć napletek. Wyszedłeś od niej czysty i bez pieniędzy. Strażnikiem twojego sumienia nie był żaden Bóg, lecz fałda ściśle przylegającego ciała. Ktoś kiedyś w podobnej sytuacji dał ci życie. Gdyby on mógł być przy tobie, bacznie obserwując jak wzrastasz, to jak sądzisz- czy stulejka uszłaby jego uwadze? Może ojcowska troska wychwyciłaby problem zawczasu, dzięki czemu miałbyś już jedną kobietę za sobą? Chwilami snułeś inne fantazje, myśląc, iż jego obecność uchroniłaby cię od łapczywych ramion prostytutki. Byłoby inaczej. Tego byłeś pewien.

Kiedy matka wróciła ze szpitala, nawymyślałeś głupot na temat ostatnich lekcji biologii. Nieśmiało wspomniałeś o swoim starym problemie. Oczywiście, uwierzyła w twoją wersję wydarzeń. Wyregulowana przez antydepresanty wzięła się do macierzyńskiej roboty. Tydzień później zostałeś poddany zabiegowi obrzezania. Głupio ci było pytać matki o to, czy on także był pozbawiony napletka. Nic nie wiedziałeś ani o nim, ani o jego rodzinie. Żadnych zdjęć. Żadnych wspomnień. Swoją drogą, skąd u ciebie te niemal obsesyjne łączenie postaci ojca z egzotyką? Jego imię widniało (i widnieje) w twoim dowodzie osobistym i jest to jedno z najbardziej banalnych, rodzimych imion jakie znasz. Kiedyś żartowałeś: „Mój ojciec ma imię jak legionista”. „Dlaczego akurat jak legionista?”- pytano z zaciekawieniem. Odpowiadałeś: „Bo jest ich wielu”. W domyśle, rzecz jasna, jego imienników.

Babcia, kiedy dowiedziała się o twojej przypadłości, pół żartem, pół serio (a może tylko żartem lub tylko serio?) rzuciła: -Gdyby Hitler ponownie wkroczył do kraju, miałbyś przewalone. Owszem, ona zawsze miała ciężki dowcip, jak zresztą cała rodzina. Jedynie ciebie śmieszyła absurdalność wymieszana z grami słownymi. Nie muszę chyba mówić, gdzie dopatrywałeś się źródła własnych upodobań humorystycznych?

Wyzbyłeś się Ducha i Syna, włos ci pociemniał, nos uwydatnił, zostałeś obrzezany. W czerń twoich oczu weszła dzika iskra, która nie spodobała się ani rodzinie, ani przyjaciołom. Było w niej coś chorobliwego.

Nadeszła epoka internetowych portali społecznościowych, a wraz z nią obłęd cyfrowego sentymentalizmu. Niezliczone godziny logowałeś się na nich, natarczywie i przez długie godziny wpisując w wyszukiwarkach zlepek liter określających twoje nazwisko. Łącząc je z tym banalnym, a zarazem zagadkowym imieniem widniejącym w dowodzie osobistym, postanowiłeś przeprowadzić osobiste śledztwo na temat od lat nie dający ci spokoju. W międzyczasie miałeś kobiety, stypendia i tytuły naukowe. Dostałeś pierwszą pracę. Zostałeś, o zgrozo, oszukany przez naprędce kupiony test ciążowy swojej niedoszłej narzeczonej. Już miałeś zostać Nim, lecz i tutaj alarm okazał się fałszywy.

I wtedy zacząłeś słyszeć głos. Najpierw cichy, daleki, a później gwałtowny i nachalny męski głos. Nikt inny go nie słyszał. Głos ten rozdawał ci nakazy i zakazy, głośno komentując każde z twoich poczynań. Nie był znajomy. Starałeś się go opisywać jak najdokładniej, błagalnie prosząc matkę o jego weryfikację, czy to nie jest może tak upragnione wezwanie ze strony tego, który długim cieniem padł na sens twojego istnienia. Zamiast odpowiedzi dostrzegałeś w jej oczach grozę. Im większy strach przyoblekał spojrzenie matki, tym donośniejszy stawał się głos, jak gdyby chcąc cię, nagle i kategorycznie, oddzielić od niej.

Czasami dostajesz przepustki na spacer. Wtedy kroczysz zadumany przy boku barczystego pielęgniarza lub przymilnego stażysty i zawsze wybierasz trasę nad morze. Jego szum zagłusza to, co mówi do ciebie. Przez chwilę pozostajesz sam. Są takie dni kiedy słyszysz trzy różne głosy, a każdy z nich mówi co innego.

Wstajesz i ruszasz w stronę fal. Nikogo to nie dziwi ani nie interesuje. Chwiejnym krokiem idziesz naprzód tak długo, aż woda oblewa ci czubki butów. Ktoś krzyczy za tobą. Słyszysz poruszenie. Już sam nie wiesz, czyj głos do kogo należy. Wrzeszczące mewy krążą nad tobą niczym odwrócone kolorystycznie kruki. Wchodzisz do morza coraz dalej i dalej. Jesteś tak pogrążony w dźwiękach, że aż nieobecny. Pomału znikasz. Niebawem cię już całkiem nie będzie. Tak jak i jego.

Ciąg dalszy za dwa dni

Przed świętami w Londynie

Zbigniew Milewicz

Londyn przedświątecznie

Kiedy w lipcu tego roku Książę William wraz z małżonką Kate odwiedzili kurtuazyjnie Warszawę i Gdańsk, a później Berlin, aby ocieplić brexit, który rzucił cień na Wielką Brytanię, od razu pomyślałem o rewizycie. Tylu Polaków wyjeżdża od lat na Wyspy, a ja do tej pory tylko palcem po mapie, trochę wstyd. Oczywiście najbardziej ciekaw byłem Londynu, jego pomników bogatej historii oraz współczesności i prawdopodobnie jeszcze tylko Asia, moja współtowarzyszka podróży, leciała w tym samym celu, reszta pasażerów wizzaira niechętnie wracała z domu do pracy w Anglii. Takie przynajmniej sprawiali na mnie wrażenie: szare, osowiałe twarze bez wyrazu, drętwe pozy w fotelach poczekalni lotniska, zero komunikacji między sobą, bardziej przypominali roboty niż ludzi. Ale może winna temu była wczesna pora dnia, kto o szóstej rano późną jesienią ma skowronkowy nastrój…

Ponieważ Śląsk nagle zaatakowała śnieżna zima i nasz samolot wymagał odlodzenia, odlecieliśmy z Pyrzowic z pewnym opóźnieniem, kiedy więc również po czasie przybyliśmy do Luton, na peryferiach Londynu, gdzie startują i lądują samoloty tanich linii, Asia dostała od Basi żartobliwego smsa, z którego wynikało, że orkiestra gwardii królewskiej nie mogła na nas niestety dłużej czekać, bo ma napięty terminarz koncertów, ale zapraszają do Pałacu Buckingham. O Basi, z którą Asia była rodzinnie spowinowacona, będzie później. Osobiście nie mogła nas odebrać z lotniska i zawieźć do hotelu, bo w tym czasie pracowała, miał to zrobić jej partner, ale dzień wcześniej rozkraczył mu się samochód, więc musieliśmy radzić sobie sami. Mieliśmy dobry przewodnik Berlitza po Londynie z planem miasta oraz nawigację w telefonach komórkowych, mój angielski nie był co prawda na piątkę, ale jakoś się nim dogadywałem w prostych sprawach, teoretycznie więc zadanie wydawało się łatwe. Autobus zawiózł nas dworzec Victorii, stamtąd do Earl`s Court, gdzie zarezerwowaliśmy hotel, były zaledwie cztery stacje metrem, tylko najpierw trzeba je było znaleźć. Jakiś roztargniony Włoch posłał nas w złym kierunku i straciliśmy ponad godzinę, żeby dotrzeć do celu, który znajdował się pięć minut od dworca autobusowego. Tyle samo mniej więcej szło się z metra do naszego hotelu przy Collingham Place, ale gdyby nie pewna miła dziewczyna z Mazur, pracująca w zieleni miejskiej, nigdy byśmy tego adresu w plątaninie bliźniaczo do siebie podobnych i kiepsko opisanych uliczek nie znaleźli.

Pod względem standardu był to właściwie trzypiętrowy pensjonat i należał do pewnej egipskiej sieci hotelowej. Sprzątaniem numerów i przygotowywaniem śniadań zajmowały się dwie sympatyczne kobiety z Ukrainy i Litwy, a robiły to bardzo sumiennie. Wprawdzie monotonia kontynentalnych śniadań nie budziła zachwytu gości, ale głodny nikt od stołu nie odchodził; co zaś do naszego pokoju, który był niby dwójką, można powiedzieć, że nadawał się do zamieszkania przez jedną osobę – miał maciupeńką łazienkę, za to cena 327 funtów za pięć noclegów była, jak na centralny Londyn, bardzo umiarkowana. Do tego hotel miał świetną lokalizację między Kensington i Chelsea w zachodniej części miasta, tylko sześć stacji metrem od zabytkowego Westminster.

W naszym przewodniku Londyn Step by Step jest dwadzieścia tras wycieczkowych, pierwszą proponuje się tym, którzy jeszcze nigdy nie byli w mieście nad Tamizą i chcą obejrzeć najważniejsze zabytki związane z rodziną królewską i polityką, więc pójdziemy z Asią tą właśnie trasą. Trochę nie w takim szyku, jak chce przewodnik, ale będziemy się starali dotrzeć wszędzie, będziemy na pryncypialnej Whitehall, w wartowni Horse Guards, obejdziemy siedzibę Izby Lordów i Izby Gmin w Pałacu Westminsterskim, z niestety milczącym od kilku tygodni Big Benem, który przechodzi kurację odmładzającą, zajrzymy przez stalową bramę na Downing Street do siedziby premiera, a właściwie premier, i przez St. James`s Park dojdziemy na Trafalgar Square ze słynną kolumną Nelsona, skąd powinno się zaczynać tę trasę. Zmianę warty przed królewskim Pałacem Buckingham zostawiamy sobie na inny dzień. Po dwóch dniach dreptania, kiedy sił nam nieco ubyło, a turystycznych zamiarów przybyło, kupujemy jedną z licznych ofert City Tour. Agentka w czerwonym skafandrze, bo taki kolor ma nasza linia autobusowa i tradycyjny londyński piętrus, którym pojedziemy, jest Polką. Z tej okazji za 20 funtów od łebka dostajemy bilety na 48 godzin, a nie standartowo na 24 – doprawdy, miło się handluje w Londynie. Zwyczajowo w Sightseeing Bus Tours na całym świecie można na dowolnym przystanku zrobić sobie przerwę w podróży, żeby coś dokładniej obejrzeć, albo przekąsić, a później kontynuować jazdę innym autobusem firmy. Tak też robimy, najpierw pod monumentem, upamiętniającym słynny pożar Londynu w 1666 roku, o czym swego czasu pisałem na tym blogu, później pod Katedrą Św. Pawła w City, miejscem zaślubin i wiecznego spoczynku wielu brytyjskich osobistości, na London Bridge i Tower of London…

Linia niebieska przecina się wielokrotnie z czerwoną, ale prowadzi w inne, miejsca, m.in. do Buckingham Palace, który jest częściowo udostępniony turystom do zwiedzania, ale tylko latem, teraz tylko można na niego popatrzeć zza stalowych prętów ogrodzenia. Do Hyde Parku, gdzie trafiamy na kolorowy, bożonarodzeniowy jarmark, do wytwornych, drogich sklepów i salonów mody na Piccadilly, czy na Oxford Street, podobno najruchliwszej, zakupowej ulicy Europy, gdzie zjeżdżają się na shopping ludzie z całego świata. W Oxford, miejscowości położonej 80 kilometrów na północny zachód od Londynu i słynącej przede wszystkim z najstarszego, anglojęzycznego uniwersytetu świata, studiowało wielu znanych ludzi i takich, którzy dopiero pracują nad swoim zawodowym sukcesem, w tym naszych rodaków. Radek, wnuk mojego starego druha Edmunda, studiował tam inżynierię budowy maszyn, doktorat uzyskał w dziedzinie biochemii, oglądałem pięknie oprawiony egzemplarz jego pracy doktorskiej w Monachium, ofiarowany dumnemu dziadkowi, dziś mieszka i pracuje naukowo w Bostonie w USA, zajmuje się białkiem i idzie mu to podobno dobrze. To tak na marginesie Oxfordu, a wiecie Państwo skąd ta nazwa ? Ox to wół, a ford znaczy bród, w tym miejscu nad Tamizą była kiedyś faktycznie przeprawa przez rzekę. Woły musiały się ciężko napracować, aby ją pokonać, a czymże innym jest nauka na dobrej uczelni? Warto jednak taki trud podjąć.

Basia, której największą pasją w życiu jest artystyczny taniec, mieszka w Londynie od dziesięciu lat i ma za sobą zupełnie inną drogę, niż Radek. Wyjechała do Anglii, bo na Śląsku zwyczajnie się dusiła, nie widziała dla siebie możliwości rozwoju. Z natury otwarta w stosunku do ludzi, zawsze miała do nich szczęście, na lotnisku w Heathrow montowano akurat nową ekipę do odprawy pasażerów, kierował tym człowiek, pochodzący z Piekar Śląskich, a więc współplemieniec i dał Basi szansę, tylko musiała mocno przyłożyć się do angielskiego. Dziś sama prowadzi na Heathrow szkolenia personelu – jak się czegoś bardzo chce, to się udaje. Mieszka ze swoim przyjacielem Andrzejem i ich kilkuletnim synem w wynajętym domu, kilkanaście minut drogi autobusem od miejsca pracy. Andrzej jest z Gdańska, dorabia w branży motoryzacyjnej. Popijamy różowe, delikatne winko pod english pudding i koreczki serowe, Basia gościnnie proponuje jeszcze pizzę, ale chyba już za późno. Maluch jest wychowywany bezstresowo, więc choć pora najwyższa spać, rozrabia na całego. Pokoik na górze wynajmują koleżance Basi z pracy, na dole kwateruje jeszcze chłopak z Ukrainy, ale rzadko go widują, bo prawie całą dobę pracuje „na zmywaku”, tak się żyje. Żegnamy się, oni rano do pracy, my na dalsze zwiedzanie Londynu, dziewczyny spotkają się znowu za niedługo w Polsce, bo Basia chciałaby Boże Narodzenie spędzić z rodzicami.

Boże Narodzenie widać już w Londynie wszędzie, pięknie oświetlone, różnych rozmiarów dekoracje wabią przechodniów przed wejściami do sklepów, teatrów, pubów i kin. Wieczorem cały Londyn wygląda jak ogromna, magiczna choinka, z każdej perspektywy inna i bardziej obiecująca, raz strojna, jak nieśmiała panna młoda, innym razem jak lubieżna kurtyzana, w Soho na przykład… Mają swój powab wąskie uliczki nad Tamizą, kiedy miniesz zacumowany statek Belfast – muzeum z czasów II wojny światowej i pójdziesz nabrzeżem dalej na zachód. W pewnym momencie wydaje Ci się, że jesteś w Wenecji, wszędzie kanały, śluzy, nadwodne cuda architektoniczne, mosty pontonowe, barki mieszkalne, żurawie…

Niedaleko stamtąd do Sky Garden, platformy widokowej, usytuowanej na 36 piętrze wieżowca, nazwanego z racji kształtu walkie talkie. Jest to usytuowany na kilku poziomach egzotyczny ogród botaniczny z kawiarniami i pubami, z którego widać Londyn z góry i wjazd nic nie kosztuje. Będziemy tam w niedzielę, dzień przed odlotem, ale podoba się ot, tak sobie, może z racji trochę mglistej pogody i dosyć obcesowej odprawy przed wejściem do windy. Mało profesjonalna jest również obsługa w barze, chociaż ceny mają tam już podniebne.

– Co ci się najbardziej w Londynie podobało? – pyta mnie Asia w powrotnej drodze.
– Chyba ci bezdomni, co spali na ławkach w kościele, w żadnym polskim czegoś takiego jeszcze nie widziałem – mówię.

Chodziło mi o zabytkowy, anglikański kościół St. James`s Piccadilly, w którym w dzień bezdomni mogli schronić się i ogrzać. Nikomu ze zwiedzających ani wiernych to nie przeszkadzało, a ewangelista, św. Mateusz cieszył się, że zrobiono to, o czym nie zapomniał był napisać, że byłem bezdomny, a daliście mi schronienie w swoim domu…

Pogoda w Londynie na przełomie listopada i grudnia była bowiem bardzo wietrzna, co dodatkowo potęgowało nieprzyjemne uczucie wilgoci i zimna, które ciągnęło znad Tamizy. Bardzo podobały mi się także napisy przed wejściem na jezdnię, żeby patrzeć w prawo…

Od Adminki:

Podpisy pod zdjęciami zaproponowane przez autora nie dadzą się włożyć pod obrazki, a “za to” WordPress układając galerię zdjęć, pomieszał je dokumentnie. Pomyślałam, że podam tu te podpisy luzem, a niech już sobie czytelnicy, w ramach zabawy świątecznej, je przyporządkują:

Przed Pałacem Buckingham (trzy zdjęcia)
Statek-muzeum Belfast
Wszędzie już bożonarodzeniowy nastrój…
…także w metrze
i w Soho… (dwa zdjęcia)
Monument ku pamięci wielkiego pożaru Londynu…
Moja wspaniała towarzyszka podróży w świątecznej oprawie
Sport to zdrowie
Uliczki nad Tamizą nie dla grubasów…
… ale wyjątkowo urokliwe
Jeszcze raz Belfast…
Londyńska Wenecja (dwa zdjęcia)
Tower Bridge
No, można wyjść z domu na taką werandę…
I żeby nikt mi nie zarzucił, żem prostak…

Barataria 45 zagadka (rozwiązana) – Wyspy Bożego Narodzenia

Ewa Maria Slaska

Są dwie, daleko od siebie. Poproszę o nazwy obu … Będzie nagroda… (zagadkę rozwiązał nasz Autor, skrywający się zresztą w komentarzu za ksywką Pharlap)

xxxx
Wyspa Bożego Narodzenia (Christmas Island)
xxxx Wyspa Kiritimati (Wyspa Bożego Narodzenia)
Terytorium zależne Australii xxxx Największa z 33 wysp niezależnego państwa wyspiarskiego Kiribati
Ocean Indyjski xxxx Ocean Spokojny
xxxx
Ptak na fladze – faeton żółtodzioby
Phaethon lepturus fulvus
xxxx Ptak na fladze
Fregata minor (fregata średnia – największy ptak latający)
Gwiazdy na fladze: Krzyż Południa
xxxx Gwiazda na fladze: Słońce
Odkryta po raz pierwszy w roku 1615 przez Johna Milwarda z Kompanii Wschodnioindyjskiej i zapomniana, ponownie odkryta w r. 1643 w dzień Bożego Narodzenia przez kolejnego kapitana tej Kompanii – Williama Mynosa. Obaj tylko przepłynęli obok wyspy. Dopiero w roku 1688 zeszła na ląd załoga statku Cygnet. xxxx Odkryta w roku 1777 w dzień Bożego Narodzenia przez Jamesa Cooka
Wyspa jest wierzchołkiem podwodnej góry xxxx Wyspa jest pierwszym miejscem na świecie, które obchodzi nowy dzień i Nowy Rok i leży też na równiku. Wyspa jest więc ulokowana na skrzyżowaniu dwóch najważniejszych nieistniejących linii na kuli ziemskiej, jest przeto ważnym punktem odniesienia dla każdego baratarysty.

Największy atol i największa wyspa koralowa na świecie.

1402 mieszkańców xxxx 5586 mieszkańców
Stolica Flying Fish Cove

 

xxxx Nie ma stolicy, jest 5 wsi: Poland, London, Paris (ruiny), Banana i Tabawakea.
Poniżej Poland.
Wioska została nazwana dla uczczenia Polaka Stanisława Pełczyńskiego z amerykańskiego statku przewożącego koprę, który był na wyspie, gdy jej mieszkańcy mieli problemy z nawadnianiem plantacji palmowych. Stanisław pomógł im rozwiązać problem. W Poland znajduje się kościół pod wezwaniem św. Stanisława Kostki, a zatokę w lagunie nazwano Zatoką Świętego Stanisława.
Polscy podróżnicy: Wojciech Dąbrowski xxxx Polscy podróżnicy: Ryszard Badowski ze Szczecina, Olgierd Budrewicz, Wojciech Dąbrowski

W lipcu 2018 roku na jachcie Lady Dana dopłynął do wyspy polski żeglarz kapitan Henryk Wolski z polską załogą. Do Poland, gdzie nie ma portu, pojechali samochodem. Była to część rejsu śladami Edwarda Strzeleckiego.