Barataria 47 czyli szaleniec z Wydm

Ewa Maria Slaska

Jaki ojciec taki syn

W kilku odcinkach, poczynając od TEGO, pisałam o Silvio Gesellu, ekonomiście-utopiście z początku XX wieku. Gesell był zwolennikiem gospodarki wolnorynkowej opartej na wolnym (nie dającym się tezauryzować) pieniądzu, funkcjonującej bez stosowania zasad marksistowskich, ale też i bez zasad wielkokapitalistycznych. Jednostki gospodarcze, najczęściej wioski lub społeczności kilku wiosek, oparte o model Gesella czyli posługujące się wolnym pieniądzem istniały i właściwie do dziś istnieją tu i ówdzie, odnosząc nawet spore sukcesy. Warunkiem powodzenia jest tu po pierwsze fakt, że są to grupy małe i że naprawdę a nie pod przymusem stosują się do zasad przyjętych przez wspólnotę oraz że własze  świata zewnętrznego pozwolą im na wprowadzenie, zrealizowanie i  kontynuowanie eksperymentu. Opowieść Gesella o tym, jak powstają takie systemy i z jakich powodów upadają, została ulokowana na odkrytej, a potem zapomnianej, wyspie Barataria gdzieś na Karaibach. Przypomnijmy że w zatoce Meksykańskiej, naprzeciwko miasta Nowy Orlean rzeczywiście leży wyspa o takiej nazwie, która przez kilkadziesiąt lat była siedzibą słynnego pirata Lafitte’a.

Również syn Silvia, Carlos, był szalonym utopistą. Informacje o nim znalazłam dopiero ostatnio w artykule Michaela Stolleisa Die Wunderinsel Barataria. Sancho Panza und die Kunst des Regierens / Czarodziejska wyspa Barataria czyli Sancho Pansa i sztuka rządzenia. W przeciwieństwie do mnie, autor nie uważa naszego giermka za wcielenie karnawałowego króla, lecz traktuje go nader poważnie, właściwie jak renesansowy ideał władcy, który wciąż jest rycerzem jak każdy władca średniowieczny, ale już jest również uczonym sędzią, jak ci, którzy obejmują rządy w czasach nowożytnych. Gubernator Baratarii jest miernikim, wg którego ocenić można także jego następców, Silvia i Carlosa Gesellów.

Ktokolwiek będziesz w okolicy Mar del Plata, możesz wśród licznych ofert wybrać modny obecnie kurort nadmorski Villa Gesell (miasteczko Gesell czyli Gesellowo lub Gesellówka). Jego główna ulica nosi nazwę Bulwar Silvio Gesella (ojca zatem, nie syna), ty zaś oddać się tu możesz nie tylko zwykłym rozrywkom plażowym, ale popłynąć na połów ryb na pełne morze lub odwiedzić jednego z mieszkających tu artystów. Tysiące turystów tak robią, wcale nie wiedząc o tym, że jeszcze w latach trzydziestych ubiegłego wieku rozciągały się tu tylko piaszczyste wydmy, po których hulały burze piaskowe.

Carlos Gesell (syn Silvia), był udziałowcem założonej przez ojca fabryki środków higienicznych i ubranek dla dzieci, na czym jak można zrozumieć dorobił się na tyle, by móc kupić kawał argentyńskiego wybrzeża o szerokości około półtora kilometra i długości – kilometrów dziesięciu. Wydmy były, jak to wydmy, uporczywie piaszczyste, ale Carlos, być może zapatrzony w wizje Edenu, niemieckiej wioski produkującej owoce, gdzie w ostatnich latach życia zamieszkał tata, postanowił uczynić sobie ten skrawek ziemi poddanym, rozpoczynając uparte choć latami kończące się niepowodzeniem eksperymenty zamienienia wydm w oazę rolniczą. Miejscowi nazwali go «Loco de las dunas», szaleniec z wydm.

I oto kiedyś jego wysiłki zakończyły się powodzeniem – Carlos obsiał wydmy owsem nadmorskim, który umocnił luźne piaski i przygotował tym samym podłoże pod następne rośliny.

Ogromną rolę w użyźnianiu wydm odegrały akacje. W lasku maleńkich akacji Carlos założył utopijną kolonię, gdzie zamieszkał z żoną i garstką kolonistów. Rychło okazało się, że te surowe piaski zaczęły, podobnie jak rodzina szaleńca, z roku na rok coraz szybciej i więcej płodzić. Carlos miał trzy córki i trzech synów z pierwszą żoną, a potem jeszcze następne dzieci z drugą i trzecią.

Pierwszy dom zbudowany przez Gesella na użytek kolonistów stał właściwie w szczerym piachu i miał czworo drzwi w cztery strony świata, tak by zawsze, niezależnie od tego, co aktualnie zrobi wiatr z piachem, i które drzwi zasypie, zawsze można było wyjść z domu.

Kolonia Gesella rządziła się surowym rygorami, nie wolno było palić ani grać, a alkohol wolno było pić tylko od wielkiego święta.  Było to więc minipaństewko policyjne, w którym restrykcje zapewniały przestrzeganie zasad. To zresztą klasyczny wręcz problem wszystkich utopii (dziś się zaczęło nazywać dystopiami, jakby utopia za bardzo się – nam? – zaczęła kojarzyć z utopieniem się i utopcami). Są tylko dwie metody uzyskania posłuszeństwa zasadom – wychowanie czyli przymus łagodny bądź przymus bezpośredni.

W drugim zbudowanym w kolonii domu mieści się dziś muzeum.

Carlos, urodzony w 1891 roku, zmarł w podeszłym wieku w roku 1977. Ale wtedy jego utopijna kolonia dawno już przekształciła się w zwykłe kąpielisko jakich wiele w tej części Argentyny, 400 kilometrów na południe od Buenos Aires. Realny kapitalizm wchłonął bez reszty utopię szaleńca. Zresztą na życzenie samego założyciela, który jako pierwszy zaczął w kolonii budować domy dla spartańsko usposobionych turystów. Teraz zresztą nie mu już tych pierwszych hosteli turystycznych, zastąpiły je zwykłe hotele z basenami, sauną, barem i jakuzzi.

Carlos był podobnie jak jego ojciec, człowiekiem dobrze wykształconym i niezwykle kreatywnym. Jego zapał zjednywał mu ludzi. Gdy rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną, dwoje dzieci pozostało z nim w koloni Gesell, podczas gdy reszta wyjechała z matką do Buenos Aires.

To wszystko są dobrzy ludzie, pisze autor, i Silvio, i Carlos Gesell, i fikcyjny Sancho Pansa. Chcą dobrze, podejmują wysiłki, a i tak przegrywają. Choć przecież możnaby tu zaoponować i powiedzieć, że nieprawda. Według wzorów zaproponowanych przez Silvia Gesella funkcjonowało jednak, ba dobrze prosperowało, kilka autentycznych jednostek gospodarczych, kres ich prosperity położyły zakazy wymuszone przez bankowców na rządzących. I jednak, umówmy się, Carlos Gesell rzeczywiście zamienił 25 kilometrów kwadratowych piachu w kwitnące krajobrazy modnego kąpieliska. I w końcu również Cervantes udowodnił nam na przykładzie Sancho Pansy, że można być dobrym sędzią, pod warunkiem że się umie używać rozumu, i że można bez złości zrezygnować z władzy, pod warunkiem, że nie stanowi ona dla człowieka jedynego celu w życiu.

A wszyscy trzej udowodnili, że czasem udaje się zrealizować idiotyczne marzenia.
Extra dodatek dla tych, którzy znają niemiecki – jedna z najstarszych mieszkanek Villi Gesell założyła w roku 2012 (w wieku 90 lat!) specjalny blog, który nazwała geselligerunde-blog (nazwa wywodzi się oczywiście od nazwiska założyciela miasta, ale oznacza też: ożywione spotkanie towarzyskie). Jest to dwieście krótkich wpisów o mieście, domach, ludziach, zwierzętach i historii. W niektórych historyjkach pojawia się też osoba założyciela, już jako starszego pana z siwą brodą. Autorami wpisów są różne osoby, które autorka zaprosiła do współpracy.

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (9)

Dariusz Kacprzak

August Ludwig Most, W karczmie

Bezsprzecznie najwybitniejszym malarzem doby biedermeieru działajacym w Szczecinie, wciąż, jak się zdaje nie w pełni docenionym, był Carl August Ludwig Most. Malarz, którego twórczość od lat jest przedmiotem badań szczecińskich muzealników, przede wszystkim dr Ewy Gwiazdowskiej.

Carl August Ludwig przyszedł na świat 10 marca 1807 roku jako siódmy syn Anny Charlotty z domu Engel i Johanna Christiana Mosta, ślusarza, członka starszyzny cechu. Swą edukację artystyczną rozpoczął w tradycyjny sposób, terminując jako czeladnik u stargardzkiego mistrza Thielego. Naukę kontynuował w Królewsko-Pruskiej Akademii Sztuki w Berlinie w latach 1825–1830. Uczęszczał do klasy rysunku Ferdinanda Collmanna, uczył się także w klasie krajobrazu Petera Ludwiga Lütkego, znanego pejzażysty i grafika, oraz w klasie gipsu Johanna Gottfrieda Niedlicha, artysty specjalizującego się w malarstwie historycznym. Już od drugiego roku studiów zaczął pokazywać swoje dzieła na wystawach berlińskiej akademii i czynił to regularnie aż do lat 50 XIX stulecia. W 1829 roku pobierał lekcje rysowania z żywego modela u Johanna Gottfrieda Schadowa. Kolejnym etapem doskonalenia malarskich umiejętności Mosta było Drezno, gdzie rozpoczął samodzielną działalność twórczą, a także założył rodzinę, poślubiając w 1831 roku Karoline Krüger. Po jej śmierci ożenił się powtórnie z Laurą Fritz. W Dreźnie urodziło się dwoje z sześciorga jego dzieci.

W 1834 roku artysta powrócił na stałe do rodzinnego Szczecina. Wkrótce zorganizował pierwszą szczecińską wystawę dotychczasowego dorobku. Ludwig August Most był jednym z inicjatorów powstania pierwszego szczecińskiego Kunstverein für Pommern, którego celem było kształtowanie i zaspokajanie potrzeb estetycznych mieszczaństwa oraz rozwój miejscowego środowiska twórczego. Stowarzyszenie organizowało wystawy, sprzedawało obrazy oraz rozlosowywało pośród członków oryginalne dzieła. W grudniu 1841 roku Most został nauczycielem rysunku w szczecińskich szkołach średnich, początkowo w Gimnazjum Fundacji Mariackiej, następnie również w Szkole im. Fryderyka Wilhelma, a od lat siedemdziesiątych także w Gimnazjum Miejskim.

Most był cenionym portrecistą – jego konterfekty zdobiły zarówno szczecińskie wnętrza publiczne, jak i prywatne, szczecińskie i pomorskie salony bogatego mieszczaństwa i arystokracji. Specjalizował się w scenach rodzajowych. Liczne kompozycje malarza, podobnie jak dziewiętnastowieczna powieść realistyczna, zdają się być zwierciadłem, w którym przegląda się codzienność – czasem nieco poprawiona i wystylizowana.

Most był czynny zawodowo aż do śmierci 27 czerwca 1883 roku.

W karczmie to jeden z 12 obrazów Mosta, znajdujących się obecnie w posiadaniu Muzeum Narodowego w Szczecinie. August Ludwig Most wykonał go w 1834 roku, kiedy właśnie, po latach studiów i pracy w Berlinie oraz Dreźnie, powrócił do Szczecina. Dzieło pokazane zostało na dorocznej wystawie w Królewsko-Pruskiej Akademii Sztuki w Berlinie. Okazało się tak atrakcyjne, że bezpośrednio z wystawy zostało zakupione przez Berlińskie Towarzystwo Sztuki. Ostatnio znajdowało się w rękach prywatnych w Nadrenii. Do zbiorów Muzeum Narodowego w Szczecinie praca została zakupiona przed kilku laty na rynku antykwarycznym w Niemczech.

Obraz przedstawia rozbudowaną, wielofiguralną scenę rodzajową we wnętrzu murowanej, sklepionej gospody, oświetlonej wysokimi arkadowymi oknami. Wśród osób wypełniających  karczmę znajduje się bogata i zróżnicowana reprezentacja lokalnej społeczności. Pośrodku przy dużym stole biesiaduje wesołe towarzystwo. Przy małym stole obok okna siedzą pojedynczy goście, jeden czyta gazetę, drugi siedzi zatopiony w myślach, inny śpi. Przez otwarte drzwi wpada z impetem trójosobowa kapela: skrzypek, basista i trębacz – znak, że to pora popołudniowa. Kobieta z obsługi pracuje przy kontuarze pod ścianą. Mały pomocnik dokłada szczap do piecyka. Na podłodze, ścianach i meblach rozmieszczone są w nieładzie różne naczynia i sprzęty. Ich naturalistyczny sposób przedstawienia przypomina holenderskie martwe natury. W otwartych drzwiach, nad którymi wisi obraz z taką właśnie martwą naturą, w głębi, widoczne są postacie znajdujące się w pomieszczeniu obok. Istotnym elementem obrazu, integrującym tę rozbudowaną kompozycję, jest popołudniowe, żółtawe światło wpadające przez okna. Malarz nawiązał do realistycznych obrazów tworzonych przez artystów holenderskich w XVII wieku, co jest widoczne w perspektywicznym przedstawieniu sali, ujęciu kompozycji, pozach i gestach postaci, wiernym oddaniu sprzętów i przedmiotów, oświetleniu wnętrza. Fascynacja sztuką holenderską daje się zauważyć w wielu dziełach artysty. Wszak sztuka ta, tworzona dla mieszczańskich odbiorców siedemnastowiecznych, dzięki zrozumiałej tematyce przemawiającej do intelektu i emocji odbiorcy, pozostała popularna i w następnych stuleciach. Bliska była także dziewiętnastowiecznemu emancypującemu się mieszczaństwu niemieckiemu, które zapewne także ze względów prestiżowych chętnie wieszało na ścianach swych mieszkań sceny malowane w stylu obrazów tworzonych dwa wieki wcześniej dla bogatych mieszczan Kraju Nizin.

August Ludwig Most (1807–1883),W karczmie, 1834, olej, deska, 59 x 77,5 cm, Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Reblog: Noc sylwestrowa i Świeca Trzech Króli

Dariusz Muszer

Opowieść zimowa

Był ostatni dzień roku, śnieg leżał na polach i lasach. Drogą podążał chłopak w nowych butach, szarym szalu i czerwonej czapce z pomponem. Miał na imię Jan. Na plecach dźwigał niewielki chlebak, w którym znajdowało się ciasto bożonarodzeniowe oraz Świeca Trzech Króli. Gdy matka szykowała syna do drogi, nie szczędziła mu napomnień. Jan zmierzał do babci i dziadka, nie wolno mu było zapomnieć pięknie ich od wszystkich pozdrowić, podziękować za mijający rok oraz życzyć im z całego serca szczęśliwego Nowego Roku.

Dni w zimie są krótkie. Nad lasem wisiały nisko ciężkie chmury i wkrótce zaczął padać śnieg. Sypało z nieba, jakby ktoś rozpruł wysoko w górze pierzynę i zrzucił jej puchową zawartość na ziemię. W pewnej chwili Jan wpadł na pomysł, aby skrócić sobie drogę i wstąpił na ścieżkę wiodącą przez las. A śnieg padał coraz gęstszy i gęstszy, i zrobiło się ciemniej między drzewami. Szybko też zapadła noc i nie można już było dostrzec ścieżki.

Jan pomyślał, że gdyby miał zapałki, to zapaliłby świecę i wtedy mógłby spróbować dostać się po swoich śladach z powrotem do drogi. Ale nie miał. Nie było więc innej rady, musiał usiąść pod drzewem i poczekać, aż na niebie pojawią się gwiazdy i księżyc.

Jak długo tam siedział, wiedzą tylko ciemności. Już prawie zasypał go śnieg, gdy Jan niespodziewanie dostrzegł w oddali jakieś migoczące światło. Zerwał się na równe nogi i podążył w kierunku blasku. Niebawem dotarł do ogniska, wokół którego siedziało dwunastu mężczyzn w obszernych płaszczach. Niemo i z powagą na twarzach wpatrywali się w trzaskające płomienie. Wyglądali niczym królowie. Bo też niektórzy z nich mieli lodowe korony na głowach lub wieńce z szyszek jodłowych, zaś czoła innych zdobiły zielone gałęzie, kwiaty bądź też złote kłosy. Wyglądający na najstarszego mężczyzna trzymał w dłoni kostur i grzebał nim w ognisku. Powoli obrócił głowę i zapytał:

– Znasz nas?

– Chyba tak – odparł Jan, gdyż pojął, że ma przed sobą dwanaście miesięcy. Najstarszy, ten z długim kosturem i w najciemniejszym płaszczu, to był z pewnością Grudzień.

– No to nam powiedz, co o nas wiesz – zachęcił Jana starzec grzebiący kosturem w ognisku.

I wtedy Jan wyrecytował wierszyk, którego nauczył go dziadek:

Styczeń, styczeń wszystko studzi,
ziemię, bydło oraz ludzi.

Czasem luty ostro kuty,
czasem w luty same pluty.

W marcu, gdy są grzmoty,
urośnie zboże ponad płoty.

Choć już w kwietniu słonko grzeje,
nieraz pole śnieg zawieje.

Gdy maj jest przy pogodzie,
nie bywają siana w szkodzie.

Czerwiec daje dni gorące,
kosa brzęczy już na łące.

Miesiąc lipiec musi przypiec
i ostatki mąki wypiec.

Kiedy sierpień przychodzi,
reszta zboża z pola schodzi.

Wrzesień chodzi po rosie,
zbiera grzyby we wrzosie.

Październik chodzi po kraju,
cichnie ptactwo w gaju.

Deszcze listopadowe
budzą wiatry zimowe.

Mroźny grudzień, wiele śniegu,
żyzny roczek będzie w biegu.

Starzec z kosturem pokiwał z uznaniem głową.

– Skoro nas znasz – rzekł – to my znamy również ciebie. W samą porę się zjawiłeś, jako że dzisiejszej nocy stary rok dobiega końca i przydałaby się nam twoja pomoc. Widzisz, jak słabo płonie teraz ognisko. Dobrze uważaj, co się stanie, gdy przekażę kostur mojemu bratu, Styczniowi. Wślizgnij się szybko pod jego płaszcz, a wtedy zobaczysz, jak nowy rok zstępuje z gwiazd. Potem pośpiesz się i zapal swoją świecę, aby przynieś nam nowy ogień, gdyż stary lada chwila zgaśnie.

Jak Grudzień powiedział, tak też się stało: w powietrzu dało się słyszeć dzwonienie, jakby gdzieś biły potężne dzwony. A ich dźwięk dochodził jednocześnie i z dala, i z bliska, jakby zbliżał się i oddalał, przelatując kolejno nad wszystkimi krainami Ziemi.

Grudzień wstał, podniósł kostur w górę i głośno zawołał:

Dzwonów dochodzą nas zewsząd dźwięki,
czas więc, bracia, puścić kostur z ręki.
Bóg dobry, co siedzi na tronie w niebie,
niech święci las cały i wszelką ziemię!

Gdy starzec wypowiadał te słowa, Jan wślizgnął się szybko pod płaszcz Stycznia i poczuł, jakby zanurzył się w przepastnej białej mgle. Gdzieś w górze prześwitywały i jaśniały gwiazdy, a w dole poruszyły się wszystkie nasiona oraz kiełki i pojawili się niewielkiego wzrostu ludzie z latarniami w dłoniach.

– Przybywamy z nowym rokiem – rzekli.

I naprawdę, gdy Jan spojrzał uważniej, dostrzegł mnóstwo wychylających się spoza korzeni małych twarzy. Wydało mu się, że oto skrzaty i elfy świętują wesele. Tak się zapatrzył w nadchodzące stworzenia, że o mało nie zapomniał o zleceniu Grudnia. I w tym momencie spostrzegł, że jego Świeca Trzech Króli już płonęła. Zapalił ją jeden z małych skrzatów. Osłaniając jasny płomień świecy dłonią, chłopak wynurzył się spod płaszcza Stycznia. Ognisko starego roku zdążyło już prawie wygasnąć, popiół ledwo się żarzył. I w tym momencie Grudzień przekazał kostur swemu bratu Styczniowi, a ten wziął światło, które Jan trzymał w dłoni, i zapalił od niego nowe ognisko. Płomienie strzeliły wysoko w górę i zrobiło się tak jasno, że Jan musiał zasłonić oczy rękami.
Kiedy doszedł do siebie, nie było już ani ogniska, ani dwunastu miesięcy. W lesie przejaśniło się, a ponad wierzchołkami drzew wisiał na niebie księżyc w pełni. Jan wstał i ruszył w drogę. W poświacie księżyca z łatwością przyszło mu odnalezienie śladów, jakie wcześniej zostawił w śniegu.

W końcu stanął przed domem swoich dziadków. Poprzednio przeszedł w ciemnościach tuż obok płotu i wcale go nie zauważył.

– Szczęśliwego Nowego Roku – powiedział, wchodząc do ciepłej izby.

Staruszkowie zdziwili się i ucieszyli, że wreszcie dotarł do nich. Dziadek zamierzał właśnie wyruszyć do lasu na poszukiwanie wnuka. Na piecu stało gorące mleko z kandyzowanym cukrem, które przygotowała babcia. Jan był jednak tak zmęczony, że zdołał przełknąć zaledwie kilka łyków. Babcia uznała, że powinien pójść do łóżka.

– Ciasto bożonarodzeniowe pewnie jeszcze jest całe, ale Świeca Trzech Króli chyba raczej nie, bo przyniosłem przy jej pomocy nowy ogień dla dwunastu miesięcy – zdążył jeszcze wymruczeć, zanim zapadł w głęboki sen.

Przyśniło mu się, co wydarzy się w całym nowym roku. Ale rano nic z tego nie pamiętał.


Wyjaśnienie:
Świeca Trzech Króli – trójramienna świeca przypominająca kształtem grecką literę Psi (Ψ), zapalana tradycyjnie w krajach skandynawskich w noc Objawienia Pańskiego, nazywanego potocznie świętem Trzech Króli. Jej zapalenie kończy obchody corocznych uroczystości związanych z Bożym Narodzeniem.

ljus_4_1700tals_trea_big

Reblog z blogu Autora
My też jutro, w święto Trzech Króli, kończymy na blogu nasz coroczny czas świątecznych wpisów, a choć nie zawsze i nie co dzień publikowałam tu coś o świętach, i ja, i moi autorzy staraliśmy się, żeby było tego jak najwięcej. Czasem zaczynamy wpisy świąteczne z początkiem adwentu, czasem dopiero od świętej Łucji, a kończymy je właśnie w Dzień Epifanii.

Reblog na Nowy Rok

Trzy reblogi – dziś, jutro i pojutrze – kończą nasz doroczny okres wpisów na adwent, Mikołaja, świętą Łucję, przesilenie zimowe, Boże Narodzenie, Nowy Rok i Trzech Króli. Dziś

Julita Bielak
z blogu W altanie. Rozmowy wśród przyjaciół

Widoki na gwoździu

Mieliśmy wrócić do Smutsa. Wymyślił kiedyś, że całości nie da się sprowadzić do sumy części, a świat podlega ewolucji, w toku której wyłaniają się coraz to nowe całości. W swojej teorii zawarł pogląd, że w naturze występuje tendencja do tworzenia całości, których nie da się wyjaśnić w kategoriach sumy poszczególnych fragmentów.

Właśnie zawiesiłam na gwoździu nowy kalendarz, przejrzałam strony, ładny. Pójdziemy razem przez 2018 rok. Miesiąc po miesiącu przekładałam strony starego, też ładnego, trafiałam na znaną mi od lat datę urodzin. Na inne znaczące dni, dołożone przez lata: pierwszy dzień w szkole, matura, obrona pracy magisterskiej, ślub, spotkania autorskie “Księżyca myśliwych”. I na wszystkie upierające się przy egzaltacji dni, takie jak Wigilia, Święto Pracy, Sylwester. Inne daty – któryś czerwca czy października – w poczuciu niższości takiego szczęścia nie mają, no chyba, że trafi im się niedziela. Albo dzień czekolady.

Mijałam, musiałam mijać tę drugą, obok narodzin, najważniejszą datę – pożegnania się ze światem. Nosimy ją w sobie a nie znamy, kroczymy przez życie niepełni. Wypadnie w któryś chełpiący się światełkami, muzyką, blichtrem, zalany słońcem dzień, czy w szary, zapracowany, dobrze, jeśli pamiętny z wizyty u dentysty, dzień. Plażowy czwartek lipca lub zabiegany początek marca. Nałoży się na już znany, szczególny, czy nagle w dawno zapomnianym zabije w dzwony, których już nie usłyszę. Doświadcza nas jakoś, daje znak, wywołuje nieuzasadniony niepokój, dziwną tęsknotę, czy zatarty znika niepostrzeżenie.

Pomysł mierzenia czasu, a więc czegoś nie dającego się ani zobaczyć, ani dotknąć, jest jednym z najdowcipniejszych, na jakie człowiek wpadł. Zegar w papieskim pałacu w Castel Gandolfo do dziś jeszcze w południe wskazuje szóstą. Bo w starożytności grecko-rzymskiej godziny, dzienne latem dłuższe, zimą krótsze, zaczynano liczyć od wschodu słońca. A rachuba dni w miesiącu? Nie wiemy, komu zawdzięczamy dzisiejszy sposób liczenia od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca. Rzymianie robili to inaczej, 25 listopada na przykład nazywał się u nich: “siódmy dzień przed Kalendami grudnia”. Kalendy, idy, nony, Nowy Rok w różne dni zależne od przyjętego kalendarza. A gdyby tak zmieniać kalendarze, skakać po nich, po datach, latach księżycowych bądź słonecznych, bo nie ma jednego kalendarza światowego przyjętego przez ONZ. I uciekać, uciekać.

Są sobie trzy dziewczyny z gór, z osiedla niedaleko bledu Marhni i mają na imię Utka, Mimuna i Ajsza. Większość dziewczyn z gór przyjeżdża do Algieru, Tunisu, tutaj, żeby zarobić pieniądze, ale te dziewczyny chcą czegoś więcej. Pragną wypić herbatę na Saharze. (…) po cichu oddalają się od karawany z tacą, czajnikiem i szklankami. Będą szukać najwyższej wydmy, aby zobaczyć całą Saharę. Tam zaparzą herbatę. Idą długi czas. Utka mówi: “Widzę wysoką wydmę”. Wspinają się na wierzcholek. Potem Mimuna mówi: “Widzę tam wydmę, stamtąd będzie widok aż po In Salah”. Kiedy znajdują się na jej szczycie, Ajsza mówi: “Patrzcie! Tamta wydma jest najwyższa. Na pewno widać z niej Tamanrasset”. Słońce wzeszło, a one nadal szły. W południe zrobiło im się bardzo gorąco. Doszły jednak pod wydmę, a potem wspinały się na nią i wspinały. Gdy weszły na wierzchołek, były bardzo zmęczone. Postawiły na piasku tacę, czajnik i szklanki. Potem położyły się i zasnęły. (…) Wiele dni później jechała inna karawana i ktoś coś zauważył na szczycie najwyższej wydmy. Kiedy poszli zobaczyć, znaleźli Utkę, Mimunę i Ajszę. Dalej leżały tak samo jak wtedy, gdy poszły spać. A wszystkie trzy szklanki były pełne piasku.

Życzmy sobie szczęśliwej wędrówki przez nowy rok, spełnienia marzeń i wielu marzeń do spełniania, obiecujących widoków, dobrych wyborów i zawsze w porę wypitej herbaty. Do siego roku!

Na Ponidziu – ciąg dalszy

Temat arian poruszony wczoraj przez Tadeusza Rogalę okazał się pasjonujący. Zainteresowało się nim wiele osób i na blogu, i na Facebooku, i mailowo.

Tomasz Fetzki (Viator)

To zdjęcie to pokłosie wizyty ostatniej wiosny w Szczebrzeszynie – znaczącym ośrodku ariańskim. Kapliczka pochodzi z 1655 roku i została wybudowana w podzięce bożej opatrzności za opuszczenia miasta przez ostatniego arianina. Czyli, jak widać, różne były oblicza tej staropolskiej tolerancji, niestety. Dodajmy, że zdjęcie zostało wykonane z samochodu zatrzymanego, w pogardzie dla ewentualnego mandatu, na środku ulicy Zamojskiej.


Ten wiosenny dzień był skądinąd dla Viatora bardzo intensywny. Zaczęło się od Szczebrzeszyna, a skończyło na podkrakowskim Miechowie. Zaś po drodze? Ojjj, dużo byłoby opowiadać, nie czas i nie miejsce… Jednym z etapów był, wspomniany we wczorajszym tekście pana Rogali, Pińczów. A tam, rzecz jasna, Dom Ariański, czyli tak zwana Ariańska Drukarnia, która w rzeczywistości drukarnią nigdy nie była. Na portalu do dziś widać łacińską sentencję: BENEDIC DOMINE DOMUM ISTAM ET OMNES HABITANTES IN EA, czyli Błogosław Panie ten dom i wszystkich, którzy w nim mieszkają.

Żeby było śmieszniej, ten wiosenny ariański szlak to dzieło przypadku, Viator go bynajmniej nie planował.

Widać tak to już jest, że podróżni trafiają do (na?) arian bez przygotowania, bo tak z kolei pisze o Rakowie Zuzanna Grabska na stronie Krajoznawcy.

Zuzanna Grabska (Reblog)


Raków

Zatrzymuję się na rakowskim rynku. Zupełnie bez przygotowania. Wiem tylko, że miasteczko, dziś wieś gminna, było lat temu czterysta kwitnącym ośrodkiem braci polskich, zwanych arianami.

Dziś centrum miejscowości stanowi rozległy rynek, otoczony niewysokimi, przeważnie parterowymi domkami. Układ urbanistyczny i zespół zabudowy małomiasteczkowej z reliktami architektury sakralnej i mieszczańskiej  braci polskich w Rakowie figurują w rejestrze zabytków. Tak samo jak barokowy kościół parafialny p.w. Świętej Trójcy z dzwonnicą i dawną plebanią. Wzniesiono go w latach 1640-50 z fundacji biskupa krakowskiego Jakuba Zadzika. Postawiono na miejscu zburzonego zboru ariańskiego, po wygnaniu braci polskich z Rzeczypospolitej. Charakterystyczne jest wezwanie świątyni – arianie nie uznawali dogmatu Trójcy Świętej.

Z rakiem w herbie

W centralnym punkcie ładnie odnowionego rynku fontanna z trzema rakami wspinającymi się na kamienna kulę. Jeden czerwony rak na białym polu jest herbem miasta. Jak udało mi się wyczytać na stronie gminy, Jan Sienieński herbu Dębno w 1567 roku na bezludnych dotychczas terenach założył trzy miasteczka: Dębno, Rembów i Raków. Istnieją one, jako wsie, do dziś. To ostatnie nazwał na cześć swojej małżonki, Jadwigi z Gnojeńskich, która pieczętowała się herbem Rak (inaczej Warnia).

Kilka dobrych lat

Raków szybko stał się ośrodkiem reformacji w Polsce, wkrótce przybyli tu licznie arianie. Sprzyjali temu właściciele. Jan był kalwinem, Jadwiga – arianką. Tolerancja i swoboda religijna owych czasów sprawiły, że miasto kwitło. Gminę ariańską zorganizował Szymon Ronemberg – aptekarz krakowski, a zreformował ją Faust Socyn ze Sieny. Postać ważna dla tego ruchu religijnego, od jego nazwiska arian nazywano też socynianami. W Rakowie odbyło się ponad 30 synodów ariańskich, powołano też Akademię Rakowską, nowatorską na owe czasy szkołę zorganizowaną przez braci polskich, ale przyjmującą też uczniów wszelkich wyznań. Stworzono nowoczesne programy i podręczniki, oprócz tradycyjnych przedmiotów wykładano także nauki przyrodnicze i matematyczne. Akademia skupiła wielu teologów i filozofów, miała bogatą bibliotekę. W mieście działała też ceniona drukarnia.

Zwycięstwo kościoła

Niestety, kontrreformacja wzięła odwet na rakowskiej społeczności. Pod pretekstem zniszczenia krzyża przez młodzież ariańską w 1638 roku sąd królewski zakazał działalności zboru, zamknięto szkołę i drukarnię, wygnano nauczycieli. W mieście zbudowano wspomniany kościół parafialny, osadzono też reformatów, by nawracali arian i ich zwolenników. Pamiątką po ich działalności jest filialny dziś kościół św. Anny. Podobnie działo się już w całej Rzeczpospolitej. Wreszcie na mocy ustawy sejmowej z 1658 r. arianie, za sprzyjanie Szwedom w czasie potopu, zostali zmuszeni do przejścia na katolicyzm lub do opuszczenia kraju.

I tyle o rakowskich arianach…

Jest niedzielne popołudnie, ludzie wychodzą z kościoła. Sennie, pusto, pochmurno. Podobno są domy, co pamiętają dawnych gospodarzy. Ale które?

Zdjęcia autorzy


I jeszcze uwaga adminki: Przyznaję, że we wpisie Tadusza Rogali o arianach najbardziej poruszyła mnie informacja, że chcieli oni znieść pańszczyznę. Wydaje mi się, że w naszej historii pańszczyzna to jeden z najbardziej bolesnych tematów, jedna z win naszych, które mszczą się na nas po dziś dzień. Bo o ile w średniowieczu pańszczyzna była czymś zupełnie zwyczajnym, to jednak od renesansu rezygnowano z niej po kolei we wszystkich unowocześniających się krajach Europy, a tymczasem w Polsce nie tylko, że wciąż trwała, to z roku na rok stawała się coraz straszniejsza. I straszne wydaje mi się to, że zlikwidowali ją u nas dopiero zaborcy, oczywiście nie dlatego że byli tacy dobrzy, tylko po to by poróżnić chłopstwo i szlachtę, ale fakt pozostaje faktem.

Również dlatego szkoda, że arian przegoniono ze tej naszej “zawsze tolerancyjnej” Polski.

Na Ponidziu

Tadeusz Rogala

Historia Braci Polskich. Zbór ariański w Cieszkowach.

Z okazji 500-lecia Reformacji w Niemczech warto wspomnieć o ruchach reformatorskich w Polsce. Do dziś istnieją jeszcze w Polsce miejsca przypominające o tej odległej historii. Jedno z nicht to dawny zbór Braci Polskich w Cieszkowach na Ponidziu.

Takimi miejscami nikt się już nie interesuje, od czasu do czasu wspominają o nich tylko związani z Ponidziem historycy lub poeci.

W wydanym w roku 2007 tomiku poezji „Nidy Skamander” kielecki piewca Ponidzia Zdzisław Antolski w wierszu Puste zbory przypomniał dawną historię:

Puste zbory

Nie ma już
Braci Polskich
odszedł Jan Łaski
i Stankar

Zostały zbory
W Cieszkowach
Kolosach
Węchadłowie
niedługo się pewnie
zawalą

W Czarnocinie
stoi kopiec
może Arian
może Wiślan

Starożytny
porosły grzywą
drzew

Porosły legendami
tajemnicą
po wieków wiek

W XVI wieku Polska należała do najbardziej tolerancyjnych krajów Europy, a więc warunki do rozwoju nowych ruchów religijnych były tu bardzo korzystne.

Początki ruchu Braci Polskich sięgają czasów króla Zygmunta Starego. Na Wawelu rządziła królowa Bona, Włoszka. Jej lekarz, Blandrata, należał potajemnie do ruchu antytrynitarskiego i to on sprowadził do Polski wielu swych prześladowanych we Włoszech przyjaciół. Pozyskał dla swoich poglądów pierwszego pastora zboru ewangielickiego w Krakowie, ks. Grzegorza Pawła z Brzezin i ten stał się założycielem ruchu Braci Polskich, przezwanych „Arianami”, od Ariusa, duchownego, działającego w IV wieku, który podważał dogmat Trójcy Świętej. Jednakże nauka Braci Polskich w niejednym odbiegała od nauki Ariusa, potępionej w Nicei w roku 325.

Kiedy w kalwińskim zborze krakowskim dochodzi do rozłamu, ks. Grzegorz Paweł przewodzi nowemu kierunkowi i sprawia, że rozszerza się w całej Polsce. Przystaje doń wiele światłej szlachty, mieszczaństwa, a niekiedy i prosty lud. Głównymi centrami ruchu po Krakowie są: Pińczów, Lublin, Nowy Sącz, Lusławice koło Zakliczyna i Raków w sandomierskim. Raków, początkowo niewielka osada, rozwinął się za czasów Arian w kwitnące miasto. Założono tu sławną na całą Europę Akademię Rakowską, dokąd zjeżdzało mnóstwo polskiej i zagranicznej młodzieży i urządzono znakomitą drukarnię, zaopatrującą w druki propagandowe i naukowe całą Europę.

Na powstanie ruchu Braci Polskich złożyły się przede wszystkim dwa główne czynniki, Reformacja, od której Bracia Polscy przyjęli Biblię jako podstawę nauki i życia, oraz Humanizm, od którego przyjęli zasadę rozumowego podchodzenia do zagadnień religijnych, a więc i do Biblii, co Braci różniło od Reformacji, która brała Biblię raczej dogmatycznie, jako nieomylne żródło nauki, niż rozumowo.

Największy rozkwit ruchu Braci Polskich przypada na lata 1600-1660. Do wysoko pod względem etycznym i naukowym stojących Braci przystępuje cały szereg wybitnych postaci z kraju i zagranicy.

Do najwybitniejszch krajowych postaci Braci Polskich należeli między innymi Andrzej Frycz Modrzewski, Heronim Moskorzowski, Samuel Przypkowski, Wacław Potocki.

Do pierwszych cudzoziemców działających w ruchu Braci Polskich należy zaliczyć Piotra Statoriusa, który w Pińczowie zorganizował znakomite gimnazjum. Był to Francuz, tak całkowicie spolonizowany, że przyjął nazwisko Stojeński. W roku 1569 wydał pierwszą polską gramatykę. Należy też tu wymienić Walentego Szmalca, współredaktora katechizmu rakowskiego. Literatura podaje, iż ariański Katechizm Rakowski w kwestiach neutralności światopoglądowej państwa oraz rozdziału państwa od Kościoła był inspiracją twórców Konstytucji USA, m.in. Tomasza Jeffersona.

Bracia Polscy uznawali zasadę braterstwa wszystkich ludzi. Początkowo wywodzili z niej bezwarunkowy pacyfizm – nosili symboliczne drewniane miecze, nie przyjmowali urzędów związanych z przemocą – państwowych i wojskowych. Odrzucali ideę podziału społeczeństwa na stany jak i feudalne poddaństwo chłopów oraz obowiązek świadczenia dziesięcin i pańszczyzny. Sprzeciwiali się karom chłosty i śmierci. Dopuszczali jedynie walkę obronną, optowali też za własnością wspólną, w czym przypominali socjalistów utopijnych.

Ich wyznanie odrzucało boskość Jezusa, przedmioty kultu jak obrazy i relikwie oraz ceremonie i obrzędy. Odrzucali przymusowy chrzest, uznając, że tylko świadomy wybór wyznania przez dorosłą osobę może być odpowiedzialny. Negowali możliwość zmartwychwstania ciała na Sądzie Ostatecznym, ale uznawali za możliwe zmartwychwstanie duchowe ludzi postępujących dobrze.

Bracia polscy na mocy ustawy sejmowej z 1658 zostali skazani na wygnanie z kraju. Podaje się, że powodem wygnania była współpraca ze Szwedami w czasie Potopu, brak na to potwierdzenia w konstytucji sejmowej “O Arianach”, która za to wyraźnie wymienia religijne powody banicji.

Po wygnaniu Bracia Polscy osiedlili się w Holandii, Prusach Książęcych, Siedmiogrodzie , Śląsku (głównie w Kluczborku) i północnych Niemczech.
Część pozostałych w Rzeczypospolitej arian przeszła do podziemia.
Ostatni kryptoarianie chrzczeni byli w Pińczowie i okolicach jeszcze do roku 1684.

Jednym z istniejących jeszcze zabytków po Braciach Polskich jest dawmy zbór ariański w Cieszkowach, gmina Czarnocin na Ziemi Skalbmierskiej. Zbór wybudowano przy posiadłości szlacheckiej na początku XVII wieku przez rodzinę Wylamów. Po nich patronami zboru była rodzina Żeleńskich. Zbór funkcjonował około stu lat, potem dobudowano piętro i służył jako magazyn. Obecnie stoi nieużytkowany.

Ostanią rodziną zamieszkującą dwór szlachecki w Cieszkowach i będącą wyznania ewangelickiego była rodzina Fryczów, której rodowód wywodzi się z Saksonii. W roku 1837 Karol Fritsch kupił majątek Cieszkowy od krewnych rodziny Żeleńskich. Pod koniec XIX wieku Cieszkowy administracyjnie należały do gminy Czarnocin w powiecie pińczowskim. Syn Karola Józef, któremu w spadku przypadł majątek Cieszkowy, poślubił w roku 1835 Felicję Kalinowską, córkę Józefa Kalinowskiego, w Królewstwie Warszawskim kapitana pułku grenadierów, kawalera Orderu Virtutti Militari. Felicja z Kalinowskich była już wyznania rzymsko-katolickiego. Rodzina Fryczów była ostatnią rodziną wyznania ewangelickiego zamieszkującą w Cieszkowach. Dwór, stojący w sąsiedztwie zboru ariańskiego i pięknych alei lipowowych, Józef Frycz (nazwisko już spolszczone) rozbudował dla potrzeb rodziny przy pomocy architekta Stanisława Postawki – sąsiada i towarzysza z powstania listopadowego.

Piękny dwór modrzewiowy po wojnie władza ludowa doprowadziła do ruiny. Na jego miejscu, w pobliżu zboru Braci Polskich wybudowano szkołę, gdzie obecnie mieści się gimnazjum.

Z okazji 500-lecia reformacji nauczyciel historii w gimnazjum, Krzysztof Nurkowski, zorganizował 8 listopada, przy wsparciu dyrektora Roberta Lalewicza, spotkanie uczniów z przedstawicielami kościoła protestanciego. Kilkugodzinne spotkanie obejmowało genezę religii luterańskiej, zasady i źródła wiary, tradycję kościołów protestanckich i polskie aspekty kulturowo-historyczne, tej konfesji. Krzysztof Nurkowski, historyk i wychowaca, robi starania, aby młodzież szkolną zapoznać z historią okolicy i przybliżyć jej nurty humanistyczne, stworzone przez myślicieli kiedyś tu działających.

Warto wspomnieć o słynnych osobach urodzonych w tym urokliwym miejscu. Jednym z nich był Karol Frycz. Urodził się 23 marca 1877 roku w Cieszkowach, był malarzem, scenografem i reżyserem teatralnym, współtwórcą „Zielonego Balonika”. Był uczniem wybitnych artystów polskiego modernizmu Stanisława Wyspiańskiego, Józefa Mehoffera i Leona Wyczółkowskiego. Był dyrektorem Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Karol Frycz zmarł w Krakowie 30 sierpnia 1963 roku. W uroczystości pogrzebowej uczestniczył biskup Karol Wojtyła.

W cieszkowskim dworze 2 stycznia 1916 roku urodził się też Ryszard Bukowski, kompozytor, pedagog i publicysta. Zmarł 19 maja 1987 roku we Wrocławiu.


Ponidzie region położony w województwie świętokrzyskim na terenie Niecki Nidziańskiej, nad środkową i dolną Nidą, od Chęcin po Nowy Korczyn.

Była też piosenka Wolnej Grupy Bukowina, Nuta z Ponidzia, o której donosił TU ongiś Viator czyli Tomasz Fetzki.

Na ten Nowy Rok

Mieczysław Bonisławski

Noc pana Tadeusza

Taksówka zatrzymała się przed elegancką nocną restauracją. Taryfiarz wyszedł i pogwizdując zaczął przecierać szmatką dach i maskę. Na dworze zmierzchało.

Z piskiem opon za pierwszym wozem stanął drugi. Otworzyły się drzwi od strony kierowcy.

– Nieźle popadało, co nie?

Taryfiarz przerwał wycieranie

– Ano, wycieram trochę. Taki tam wiosenny, ciepły deszczyk. Ale wóz nie może być mokry.

– No tak, zawsze podziwiałem tę twoją pedanterię… – skwitował cierpko przybyły i jakby stracił ochotę na dalszą pogawędkę. Pochylił głowę nad kierownicą i zaczął przeliczać w kasetce dzienny utarg.

Nad wejściem do lokalu rozjarzył się świetlisty neon. Szmata na chwilę znów znieruchomiała w dłoni taksówkarza. Kierowca rzucił okiem na neon, na znikającą na horyzoncie różową poświatę po słońcu i wrócił do swej czynności.

– Wcześnie coś dziś – mruknął pod nosem.

Chodnikiem przeszło jakieś rozbawione towarzystwo i zniknęło w wejściu restauracji. Samochody pędzące mokrą jezdnią zaczęły włączać reflektory. Naraz z nieba lunął drobny, ale intensywny kapuśniaczek.

– Niech to cholera – zrezygnowany taksówkarz zanurkował do swej gabloty, w pośpiechu zostawiając szmatę na dachu.

Oparł się piersiami na kierownicy i zapatrzył gdzieś przed siebie. Zrobiło się ciemno. Szeroka ulica zaczynała się i kończyła równoległą perspektywą latarni sodowych i różnobarwnych neonów po bokach. Mijające się samochody srebrzyście odbijały w blasku reflektorów kałuże i mokry asfalt.

– No, panie Tadziu, pierwsi dzisiejsi klienci, wyrwał go z zamyślenia męski głos.

– Ależ proszę, proszę, skoczył usłużnie otwierać drzwi.

– A co to za szmata? – Jedna z wsiadających kobiet roześmiała się na cały głos – Ach panie Tadzieńku, to i u pana też taki bałaganik już…

Pan Tadeusz bez słowa schował szmatę i zapuścił silnik.

– Do mnie, do mnie – ciesząc się nie wiadomo z czego krzyczała z tylnego siedzenia panienka w kusym futerku i czarnych rajstopach.

Niewysoki chłopaczek zrzucił napakowany plecak. Poprawił przetłuszczone, przydługie włosy i uśmiechnąwszy się szturchnął pakunek. We wnętrzu przyjemnie zadźwięczały butelki.

– Ile?

– Ewka już jest? – zignorował pytanie kumpla podchodząc do czeszącej się przed lustrem blondyny. Tamten jednak nie dawał za wygraną. Pomacał plecak.

– Ile przyniosłeś?

– Pięćdziesiąt, ale na razie zostaw! To na później.

– Czego się Mareczku tak boisz? – zafalowało obficiem kształtów, jako że blondyna odwróciła się od lustra. – I tak wypijemy, i tak.

– Klaudia! Gdzie jest Ewka, jest już późno..

W odpowiedzi zafurczały mocno pchnięte drzwi. W progu stanęła Ewa.

– O, cześć Igor, cześć Marek. Już jesteście…?

– Idziemy! – Marek energicznie zarzucił plecak i ruszył ku wyjściu.

– Zaczekaj na nas przed akademikiem…! – zdążyła jeszcze krzyknąć Klaudia i nie doczekawszy się odzewu, zagadnęła przyjaciółkę – Co wzięłaś na te nietoperze?

Ewa aż się wzdrygnęła:

– Sądzisz, że one tam naprawdę będą?!

Staruch podniósł krościatą twarz. Była chuda i nieogolona. Przyblakłe oczy wyrażały strach. Klęczał pochylony nad parkowym koszem na śmieci. Miast wyciągnąć z niego ręce i uciekać, zgarbił się i trząsł ze strachu.

Całą szerokość alejki zajęło pięciu podpitych młodzieńców. Najniższy z nich podszedł do starucha.

– Czego tam grzebiesz, nie wiesz, że bieda została zabroniona! Żarcia szukasz, nie? A zastanowiłeś się, po co takie rozkładające się gówno jak ty, chodzi w ogóle po świecie?

Staruch całym żylastym ciałem przywarł do kosza. Głowa mu prawie zniknęła w jego wnętrzu. Drugi z młodzieńców obszedł go wokół.

– Dlaczego wy nie zdychacie? Po cóż takie staruchy tymi trzęsącymi łapkami tak trzymają się tego życia? Na co ty, śmierdząca wszo, możesz jeszcze liczyć?

Staruchowi zdrętwiały nogi, przysiadł więc na piętach, wyjmując głowę z cuchnącego otworu. Nie ośmielił się jednak podnieść wzroku.

Młodzieńcy chwilę się naradzali.

– Zabijemy cię – oznajmił w końcu jeden – My, młodzi, nie mamy co jeść i nie możemy dopuścić, aby takie bezwartościowe trupy do cna wyżerały nam to co jeszcze w tym kraju pozostało.

– Ale damy ci jeszcze szansę – roześmiał się ten najniższy. – Jak nam pokażesz, że żresz faktycznie tylko odpadki, to ci darujemy jeszcze parę godzin, he, he, he. No, żryj – ścierwojady są nawet przydatne – wepchnął głowę starego z powrotem do kubła. Jego koledzy otoczyli kołem śmietnik i klaszcząc w dłonie poczęli skandować:

– Ścier-wo-ja-dy, ścier-wo-ja-dy!

Ale stary wyciągnął głowę i odwrócił się do nich.

– A więc zabijcie mnie, zabijcie już lepiej – wyszeptał.

– Cicho, on coś jęczy… Głośniej stary, głośniej…

– Nie będę żarł, zabijcie – zaczął histerycznie wrzeszczeć – Zabijcie, zabijcie, nie będę żarł, ja nie będę żarł !

Najniższy roześmiał się.

– Będziesz staruszku, będziesz – kopnął klęczącego starego z całej siły w twarz. – Nawet sobie nie zdajesz sprawy, jak będziesz…

Cała piątka poczęła systematycznie kopać wijący się kłębek ciała.

– Nie po jajach, nie przeceniajcie go – ktoś się śmiał ze swojego kawału. W końcu najniższy krzyknął:

– Starczy – pochylił się nad pojękującym staruchem – I co, chcesz jeszcze pożyć, będziesz żarł odpadki? – Podniósł go i rzucił na kubeł. Stary szybko włożył głowę do środka i po chwili jego barki zaczęły podrygiwać w rytm sięgania po kolejne kęsy.

Nagle młodzieńcy poczęli coś do siebie szeptać i szturchać się, a który tylko obejrzał się w stronę oświetlonej furtki przy wejściu do parku, biegiem uciekał w przeciwną stronę. Jeszcze tylko, już w pewnym oddaleniu, ośmielali się pourągać:

– Wariat, głupi, wariat…

Po chwili wokół chrząkającego we wnętrzu śmietnika starucha zrobiło się pusto.

Stary jakby coś wyczuł. Wychylił powoli głowę na wierzch. Rozejrzał się wokół, żując plastikowy pojemnik po homogenizowanych truskawkach.

– Jezu, wariat! – padł na kolana, podniósł jednak głowę, rozejrzał się jeszcze raz – To ty przegoniłeś to podłe nasienie ?

– Wstań z kolan człowieku. I podejdź tu do mnie – dały się słyszeć przejmujące słowa.

Stary jeszcze się wahał.

– Ale ty jesteś wariat, całe miasto o tym wie…

Usiedli na ławce. Przed nimi, po środku basenu fontanny, bieliła się w świetle księżyca mitologiczna grupa, wyżej skłaniały się wiekowe konary. Ławeczka stała w bladej poświacie latarni, nieco cofnięta od głównej alei.

Towarzysz starucha ściągnął z głowy kaptur. Był zupełnie łysy, połowę twarzy przysłaniały rude wąsiska. Ubrany był w buty rybackie, pelerynę i drelichowe spodnie. Kilkoma ciepłymi gestami uspokoił starego, wyjął spod peleryny jakieś zawiniątko i podał staremu. Ten zbliżył je do ust i począł jeść.

– No i co – wymamrotał pełnymi ustami – nic nie zrobiłeś?

– A nie znasz ludzi – co mogłem zrobić ?

– Mnie to tam takie nie pierwszyzna.

– A mnie to mierzi. I to dzisiaj: posłuchaj człowieku – przecież to byli moi studenci. Nie jacyś tam z marginesu.

– Twoi byli studenci, panie profesorku…

– Czemu starasz się człowieku być złośliwym?

– Wariat, istny wariat, he, he, he! – stary machnął lekceważąco ręką. – Masz co jeszcze? Dawaj.

Łysy wyciągnął jabłko, ale nie podał go. Podniósł je i zaczął się mu przyglądać. Stary się zniecierpliwił:

– Co tam tak wypatrujesz. Diabła tam. Nie dość, że wariat, to i filozof. Ja całe życie chlałem, to i jak syna wychowałem, musiałem odejść. On dziś wielki pan, ho, ho!

– Jesteś takim samym wariatem jak ja. No i co, że poszedłem wtedy do psychiatry?! Od razu musiałem być…

– No i to, żeś wariat…! Czy ja komu co robię, żem hołota ze śmietnika? Syna wykształciłem, ot co! – nagle stary coś wypatrzył. – Widzisz to, he – nietoperz. Patrzysz ptak, a to zwierzę, ssak jakiś, tak jak człowiek, he, he, he. Pomyślał by kto. Mój syn to ornitolog, profesor tera chyba już. Widzisz ptak – nie – ptak, ale tylko do nocy. A ja go kamieniem, pac – rzuca kamieniem w ciemność – A on nic. I w dzień nie wyleci, mówię ci, że nie wyleci, choć wie, że w dzień to nie dla mnie pora…

– O jest, jest! Jest pierwszy! – Klaudia przytrzymując jedną ręką spadającą czapkę, drugą próbowała chwycić wiszące u sufitu stworzonko.

Tuż za nią stał Marek. Wycelował latarkę w zwierzę, ostry snop światła przeszył ciemność lochu.

Znajdowali się w podłużnej, suchej niszy. Była ona na tyle szeroka, by Ewa przecisnęła się obok Klaudii.

– Patrzcie, porusza się! – krzyknęła osłoniwszy dłonią oczy.

– Czeka, aż jego temperatura zrówna się z otoczeniem – wyjaśnił Marek i roześmiał się. – Dotknij go, to zobaczysz jak się nagrzewa.

– Nie! Za nic w świecie – Ewa pisnęła cofając się za Klaudię.

Marek nie nalegał. Zmniejszył natężenie światła z latarki.

– No, pierwszy jest. To już czas – zaczął ściągać z pleców plecak. – A gdzie Igor?

– Igor? Igor? – spojrzały po sobie dziewczyny.

– Nie ma go, gdzież on znowu polazł – mamrotał chłopak rozwiązując troki plecaka, niezbyt zainteresowany problemem. Nastrój udzielił się Klaudii i Ewie. Nie zważając na ciemniejącą otchłań korytarza, puściły się nim kilkanaście kroków w głąb nawołując „Igor! Igor! Pijemy, mamy pierwszego nietoperza.”

Marek uporał się w końcu z plecakiem. Wyjął butelkę, odkapslował ją i rozejrzał się.

– Dziewczyny! Pijemy. Chodźcie szybko, bo zaraz zamykam bar i będziecie musiały czekać do następnego „toperza”.

Odpowiedział mu śmiech.

– Dobra, nie, to nie… – udał że się pochyla nad plecakiem i znieruchomiał. W korytarzu wybuchł nieludzki wrzask. Natychmiast odwrócił się, nim jednak zdążył wybiec z niszy, wpadły nań już obie dziewczyny, szamocząc się z włosami.

– Ała, cholerne ptaszyska.

– Precz, precz!

– To nie ptaki, to ssaki – trzeźwo zauważył wynurzywszy się tuż za nimi Igor.

Marka ogarnęły spazmy śmiechu. Podał Igorowi piwo.

– Czego one od nas chcą? – żałośnie rzuciła Ewa.

– Wyleciały na żer.

– No, chyba nie powiesz Igor, że pomyliły nas z jakimiś karaluchami! – Klaudia była wyraźnie zła na cały świat.

– A tak w ogóle, to co one jedzą? – zainteresowała się Ewa, dając już sobie spokój z włosami.

– No, kto wie, na co one będą miały po takim spotkaniu ochotę – zaśmiał się Marek i łyknął ostro piwa.

– No, ale nie… Tak poważnie!

– Poważnie to się krowa na wrotkach…

– O, patrzcie, znowu – Klaudia spojrzała w głąb korytarza i chwyciła się za głowę – uważajcie na włosy!

Igor odrzucił pustą butelkę, brzęknęło tłuczone szkło.

– Lecą na żer – puścił oko do Ewy – Ale faktycznie, po takich dziewczynach, nie wiadomo na co będą miały dzisiaj ochotę.

Pan Tadeusz wracał z peryferyjnej dzielnicy miasta, gdzie odwiózł trzy „dziewczynki”. Uspokajała go ta szeroka, pełna pędzących w te i we wte samochodów wstęga głównej ulicy. Z lubością zaglądał im w reflektory, omiatał wzrokiem, neony. Oto biuro podróży, skrzyżowanie przy sklepie nocnym i dom towarowy…

Z fantazją zajechał do zatoki postoju przy swojej restauracji. Na chodniku stał spory tłumek. Z zaciekawieniem wyjrzał z wozu.

– Powtarzam państwu, że nie ma powodów do niepokoju – grzmiał podpity rudzielec. – W mieście nie ma zarazy – zachwiał się szeroko gestykulując – nie ma! – stoczył się na blondynkę w srebrzystej sukni. Kobieta zauważyła taksówkę.

– Panie kierowco, panie kierowco…

– Co jest?

– Panie kierowco, pan pomoże mi z mężem… – bezradnie potrząsnęła opartym o nią rudym.

Pan Tadeusz kiwnął głową.

– Czemu by nie – otworzył od środka tylne drzwi. Wyszedł z wozu, obszedł go i wpakował klienta do środka. Kobieta usadowiła się obok ciała męża.

– Dokąd zawieźć? – rzucił taksówkarz, wróciwszy za kierownicę. Ruszył nie czekając, chwilę przyglądając się jeszcze we wstecznym lusterku falującemu tłumowi na postoju – Co tam się stało?

– Ach nic… Goździkowa siedem, to jest to zamknięte osiedle, gdzie się wjeżdża na hasło, wie pan..

– Tak, tak.

– No… A tam, to jakieś nietoperze, czy co tam, wleciały przez szatnie na salę i zdechły. Formalnie, padły na parkiet !

– Ha, ha, gacki?! – z niedowierzaniem roześmiał się Tadeusz.

– Nie wierzy pan? – kobieta wydała się urażona, ale momentalnie zmieniła ton – Ach, niech pan stanie, szybko !

– Co znowu? – dla fasonu zirytował się kierowca, zatrzymując wóz.

– Rzyga, rzyga, niech pan pomoże – kobieta wypychała wymiotującego rudzielca z samochodu.

– Ano dobra, ale to mnie nie obchodzi – pan Tadeusz splótł dłonie na piersi i odwrócił się do ulicy.

Jezdnią przejeżdżała inna taryfa. Poznał kumpla i machnął ręką, by się zatrzymał. Pisnęły opony.

– Ty słyszałeś…? – Tadeusz rzucił na powitanie, ale tamten nie dał mu skończyć:

– Nietoperze rzuciły się na gości w naszej knajpie! Ale były wściekłe i od razu padły. Nie wiem jeszcze czy są jakieś ofiary tego…

Tadeusz spojrzał przez ramię na meczącego się rudego.

– Szybciej, szybciej!

– Aaa…

– Co tam jest do cholery?!

Biegnący mężczyzni wyjęli z zawiasów tarasujące przejście lewe skrzydło bramki. Ciche parkowe alejki wypełnił momentalnie gwar.

– Z dzieckiem to do przodu…

– I dokąd teraz ?

– Dawaj pani te dzieci! Do góry…

Mężczyźni poczęli myszkować pomiędzy drzewami. Z alejek pozbiegały też dzieci i łamały teraz gałęzie, wieszały się konarów, kilka zaczęło się wdrapywać się na posąg fontanny.

– Dzieci proszę podawać na figury – ktoś komenderował – Tam ich szczury na pewno nie dosięgną. – Z dziesięć kobiet naraz poczęło wpychać na posąg swoje potomstwo. Dzieci spychały się nawzajem i wrzeszczały.

– Dorośli niech wezmą ławki i ustawiają mur wokół posągów – znowu dał się słyszeć ponad wszystkim ten sam głos.

– No złaź pan, no już! – gość w robociarskiej kufajce groźnie zaczął napierać na pochrapującego na ławce łazęgę. Staruch coś wymamrotał.

– Ustąp mu człowieku – łagodnie potrząsnął starego za ramię stojący obok łysy w przeciwdeszczowej pelerynie.

– Co mi pan będziesz… – zeźlił się staruch. Gramolił się już jednak z ławki.

– Czy mógłby mi pan objaśnić co się tu organizuje ? – spokojnie spytał robociarza łysy, biorąc starego pod ramiona.

– Wariat pan czy co! – ofuknął go zagadnięty zarzucając sobie na barki ławkę. Odwrócił się, popukał w czoło i odszedł.

– Przepraszam – skłonił się smutno w ciemność łysy.

– Niedojechane ich nasienie – zaklął staruch. – Panie profesorze – zwrócił się do łysego – masz pan jeszcze co do żarcia?

Basen fontanny zagracały już blisko z dwa tuziny ławek. Ludzie rzucali je bez ładu i składu na stos. Kobiety łamały gałęzie i podawały je na górę.

Wtem w ciemności rozległ się histeryczny krzyk:

– Aaaa ! szczur, szczur…!

Tłum zafalował. Chwilę stał sparaliżowany przerażeniem i nagle cała wielka zgraja jęła się wdrapywać na dopiero co usypane rumowisko.

– Ruszaj dupę, stara krowo!

– Boisz się, że ci się jaja obiją?

– Jezu, lecę…

– Gdzie depczesz sukinsynu?!!

– Zabieraj stąd kurwa te bachory…

– O Boże! – poczęły się mieszać okrzyki wspinających. Siedzące na samej górze dzieci poczęły się bawić, plując na głowy wrzeszczących poniżej ludzi.

– Szczur, szczur…! – na dole powracała tymczasem fala przerażenia. Niektórzy widząc, że się nie dostaną na zbawienne wzniesienie, zaczęli uciekać w głąb parku. Rozbijali przy tym latarnie, aby w zupełnej ciemności poczuć się pewniej.

Na szczycie zaczęto powoli opanowywać sytuację. Ktoś zajął się dziećmi, upychając je do środka kręgu dorosłych, inni uspakajali kobiety. Na krawędziach stromizny ustawiono warty z kijami w rękach. W końcu dał się słyszeć czyjś patetyczny tenor:

– Uspokójcie się już, bracia. Tylko pomagając sobie nawzajem, możemy przetrzymać to nieszczęście. To jest dla nas czas próby…!

Zanosiło się na dłuższą przemowę. Łysy wygodniej oparł się o latarnię. Rozejrzał się za starym, ale nie zauważył go nigdzie.

– Pan nas doświadczył – perorował dalej „kaznodzieja” – ale i zaświecił nam kaganek szansy. Nietoperze, które zjadły wściekłe szczury i napadły na grzeszników i nieskromnych zgromadzonych w tym nocnym przybytku szatana, ostrzegły nas, wybranych przez Pana…

Ktoś syknął w krzakach. Łysy obejrzał się, zrobił dwa kroki w tamtą stronę. Po chwili parsknął tłumionych śmiechem.

– Czekaj, zara ich ustawię – syczał stary, trzymając coś w rękach.

– My nie daliśmy zaskoczyć się zarazie, którą przywlókł do naszego miasta podstępny szczur…!

– Macie na myśli to zwierzę? – głos starego zabrzmiał w nastałej ciszy jak dzwon alarmowy. W ręku trzymał szamoczącego się nietoperza. Gacek miał uszkodzone, chyba jakimś kijem, błony lotne. Gdy stary położył go na ziemi, zaczął pełzać wokół jego stóp.

Ewa klęczała w rogu pieczary. Zbierała zwierzęta z klepiska i podawała Klaudii. Ta oglądała je w świetle trzymanej przez Marka latarki i odkładała bądź to na lewo, bądź to na prawo.

– Cholera by to wzięła – przeżywał śmierć nietoperzy Igor. Sięgnął po kolejną butelkę – Ale co im się mogło stać?

– Zostaw już to piwo. Musi być jeszcze dla nas – zauważył trzeźwo Marek.

– No, ale ty jesteś w ogóle bez serca! – wzburzyła się Ewa – Igor przeżywa…

– Ale nie musi wypijać mi piwa.

Klaudia podrapała się w czoło.

– Wiecie co zrobimy? – zawyrokowała – Mam świetny numer. Zadzwońmy do starego Marka, on jest szychą, i powiemy mu… Ha, ha, słuchajcie…

Blondyna była tak zmęczona, że nie zdjęła nawet srebrzystej sukni. Stanęła rozdygotana w drzwiach pokoju. Zrobiła trzy kroki i osunęła się na obity pluszem fotel. Od strony łazienki dobiegły chrapliwe odgłosy rzygania rudego. Kobieta porwała się na równe nogi, ze złością zatrzasnęła drzwi. Sięgnęła po słuchawkę telefonu.

– Halo, Nata? Przepraszam, że tak późno, ale wiesz, ten mój dyrektorek tak mnie kurewsko wnerwił… No wiesz? Jak świnia! Wyobraź sobie… A jak mnie szofer potraktował?! Co ja przeżyłam, za co mnie to spotyka… Ale mam numer taryfy, nie popuszczę mu, odpokutuje.. Co? Ależ ja… Wracam stamtąd, ale… W radiu? Czekaj, włączę…

Blondyna podniosła się z fotela, podeszła do segmentu. Opierając się jedną ręką o stolik, drugą namacała klawiaturę miniwieży. Wreszcie trafiła na właściwy przycisk.

„…trwają czynności policyjne, mające potwierdzić, że przyczyną zdarzenia były prowokacje podburzonych przez…”

Otworzyły się głośno drzwi od łazienki

„…elementów chuligańskich… Jak dowiadujemy się u dyżurnego lekarza, karetki reanimacyjne zostały skierowane już w rejon śródmieścia i Parku Kolei Szprotawskiej. Zaraz po ich powrocie będziemy mogli potwierdzić, że pogłoski o ofiarach były kłamliwe i była to nieudana próba wywołania paniki…”

Blondyna powróciła na fotel. Po drodze przytuliła się do stojącego w drzwiach rudego i wyciągnęła z barku puszkę ginu z tonikiem. Ujęła na powrót słuchawkę, zrobiła otwór w puszce i włożyła weń słomkę

– Mam Nata – wysepleniła ze słomką między zębami do słuchawki – O, teraz mówią, aby się uspokoić i nie wychodzić z domów i aby z wiarą w działania służb porządkowych samemu się pozamykać!… Ty słuchaj, co to za Komitet? Przecież słyszę, że do spraw równowagi ekologicznej, twój stary został powołany? Tak? Cholera, czekaj, mego muszę też tam napuścić…!

Dniało. Marek ostrożnie, tak by nie obudzić starych, włożył klucz do zamka. Przekręcił. Trzymając w ręku pusty plecak przekroczył próg mieszkania. Zdjął buty i kangurkę. Ujął plecak, wrzucił do swojego pokoju, a sam wyszedł do kuchni, zaparzyć sobie herbaty. Naraz stanął twarz w twarz z ojcem…

Stary był czymś wzburzony. Przytrzymując opadające spodnie od piżamy pił kawę. Marek dojrzał w kuchni również matkę.

– Przepraszam, że tak wcześnie – zaczął ostrożnie – ale skończyliśmy szybciej a do akademika głupie ciecie nie wpuszczają.

– Coś ty narobił… – odpowiedział mu spazmatyczny szloch matki.

Chłopak ze zdziwieniem spojrzał na rodziców.

– No, udał ci się kawał, nie ma co! – wycedził ojciec. – Zrobiłeś ze mnie durnia jak nikt! Trzeba było tam już zostać z tymi palantami na uczelni – wściekał się – i dalej odwalać kawały! Co, znudziło ci się już…?!

Marek postanowił poczekać póki nie dowie się szczegółów. Spuścił niewinnie oczy i sięgnął po czajnik z wodą.

Zgodnie z jego oczekiwaniami ojciec zaczął puszczać parę:

– Ja jak głupi dzwonię do pułkownika Warszawskiego i awanturuję się, bo synalek mi powiedział, że wojsko wystrzelało niewinne nietoperze w rezerwacie, a on mnie pyta, czy mam ochotę dokończyć tę noc u niego w areszcie?! Na taką bezczelność sobie pozwolił! I to przez kogo – przez twojego kochanego synalka – ostatnia uwaga została skierowana wyraźnie do milczącej w kącie matki.

– Trzeba go było od razu opieprzyć – Marek postanowił udawać na razie niewinne i skrzywdzone niesprawiedliwie a do końca lojalne dziecko swych rodziców.

– Ty słyszysz! – zaperzył się stary wciąż zwracając się do kobiety. – Ty głupku! – to było znów do syna – Nie wiesz, że to były tajne ćwiczenia sił bezpieczeństwa? Specjalnie wytresowane nietoperze wysłano do miasta i sterując je jakimiś tam infradźwiękami, poszczuto je na ludzi. Ktoś wpadł na genialny pomysł, że mogłaby to być wspaniała broń przeciwko strajkującym, demonstrującym czy w ogóle przeciw tej hołocie. No i gacki nie dały się, a do tego w mieście wybuchły rozruchy. Warszawski chodzi wściekły, komendant wściekły a ja, stary dureń, dzwonię do nich, że wojsko naruszyło rezerwat nietoperzy… Trzeba być skończonym idiotą, by w takiej sytuacji wyskoczyć z czymś takim do Warszawskiego! No i jestem skończony…

– Co ty, tato?! Za co…

– Sytuacja zrobiła się poważna. W Parku Kolei Szprotawskiej użyto przeciw demonstrantom jednostki antyterrorystycznej. A ci się nie pieprzyli – są zabici. W tym kobiety i dzieci. Prowodyrzy mają być jutro rozstrzelani. Jakaś stara łazęga i były profesor uniwersytetu na żółtych papierach… Nieźle to wymyślili…

– A co tu się właściwie w mieście stało? Przecież tam w rezerwacie prawie wszystkie nietoperze były martwe.

– Eksperyment się nie udał, mimo to w kilku punktach miasta pojawiły się nietoperze tam gdzie nie powinny i na oczach ludzi padły. To wystarczyło, wróg czuwa!… Szukają jeszcze szefa transportu terrorystów, rano powinni go złapać. Nowy dyrektor departamentu, ten taki rudy, widziałaś go u pułkownika – rzucił do żony – namierzył go jakoś… Jutro dostanie w czapę… Tak synu, jestem skończony. To była najgorsza noc mego życia !

Pan Tadeusz skończył ostatni kurs. Zgasił silnik. Zmęczony oparł głowę o kierownicę. Pół leżąc namacał prawą ręką wyłącznik radia i przekręcił go. W samochodzie zaległa cisza.

Z restauracji wyskoczyło biegiem dwóch mężczyzn w zgniłozielonych, jesiennych płaszczach. Twarze zakrywały im wielkie ciemne okulary, dłonie trzymali kieszeniach.

Z jakiegoś mieszkania doleciał sygnał porannej audycji radiowej. „Jest szósta…” – oznajmił spiker.

– Obywatel Tadeusz? – rzucił otwierając drzwi taksówki jeden z dwójki, która wybiegła z restauracji.

– Tak… Ale już nigdzie nie pojadę – taksówkarz powoli podnosił głowę. Wtem zesztywniał. Drugi z mężczyzn siedział już obok niego na przednim siedzeniu celując mu w głowę z pistoletu. Tymczasem pierwszy wyciągnął legitymację, machnął nią Tadeuszowi przed nosem i gramoląc się na tylne siedzenie oznajmił.

– Siły bezpieczeństwa… Jedziemy!

Sylwester

Gołąb

ETOS PATOS

w Brugii piłem najlepsze piwo pszeniczne
na Grand-Place de Bruxelles w ilościach nadmiernych
tu poznałem człowieka który nazywał się
Etos Patos
postanowiłem napisać wiersz
w czasie nowiu z czerwonym oczkiem sygnetu

***

ORWELL W ŚNIEGU

Zima blisko Panie
ordynator szpitala
miasta surowej rzeki
zwozi opony całopalne
na drugim krańcu płacze
dziecko
należy ruszyć ulicą Katowicką
późnej Krakowską
(w każdym mieście są ulice Krakowskie
i Katowickie)
przejść przez dworzec
minąć Harlem
stanąć na torach pograć w kolory
znaleźć Orwella w śniegu
należy zrobić to wszystko
by określić rodzaj snu

wyróżniamy sny

kosmologiczne z elementami groteski

kryminalne z cechami thrillera

pornograficzne z aspektami kultu

dramaty

i życie

***
DRESS CODE

dokąd nocą tupta panna z rybią głową?
­gdzie nocuje Budda skoro drga na sznurku nirwany?
pamiętam dzień w którym wysłałeś do mnie psa a on
wyszeptał słowa

jeżeli wyskoczysz z okna to nie znaczy że nie trafisz na zakład utylizacji śmieci ale
jeżeli jesteś mądry to nie zaprosisz więcej kolegów z origami

Panie profesorze gdyby przyjrzeć się temu dokładniej to Polska potrzebuje krwi
koguta z obciętą głową biegającego po Placu Zbawiciela lub po miejscach mniej oczywistych
w swej dozgonnej wdzięczności

Polska potrzebuje koguta do którego się przyzwyczai
któremu nada obywatelstwo ukształtuje charakter powierzy tajemnice
pozwoli żyć po bożemu słuchać Możdżera od tyłu poza tym
wszystko od tyłu będzie zabronione

***

LUCY NIESIE LEMONIADĘ

trzymaj lejce Biały Obłoku
twoja Lucy jest jak nit jak kruk na zmarzlinie
przyjedzie w zimowy poranek zabierze z ostatniej stacji
a później będzie wiosna ze wzgórz zejdzie woda
struchleją rzeki martwi ruszą z nurtem

to już blisko Biały Obłoku
zanim Księżyc okrąży plac zanim zawyje w las
a głos jego niczym histeria śpiewaczki
niczym szarża kawalerii wracającej do przysiółków
to już bardzo blisko jak stąd dotąd
sto dwadzieścia dwa ziarnka w cewce
sto dwadzieścia dwa ziarnka piasku

Lucy niesie lemoniadę

***

MGŁA

ucieczka wydaje się niemożliwa
a co dopiero życie
stało się przenośnią
przeciwwagą
złem byłoby sądzić
rzeczy niezwyczajne

szelest śniegu
ruch cyrkularki
przystanek na końcu wsi
zmarznięte dzieci
czekające na rodziców
ślad Boeinga
tnący jutrzenkę jak żyłę

a teraz drodzy państwo
przedstawiam ciemność
z delikatnością lisich kroków
z radością trzeźwych poranków
a teraz drodzy państwo
przedstawia się ona sama

odradzam bruderszaft
odradzam spokój

***

OVEČKA

wybieram się do miejsca za rzeką
w tym miejscu nie rozumieją mojego języka
a nawet gdyby rozumieli na nic by im to było
gdybym otworzył usta poleciałaby z nich para
taka co bez słów zapowie pełne przytułki
która ułoży się kochana w dzióbek i powie
o zerwanych trakcjach
związkach zawodowych odśnieżaczy

w dniu spoczynku ziemia nie otworzy się
jak ciało pod chirurgicznym nożem
więc należy wrócić do starych snów

grubszej gotówki na cele doraźne
zamykające się w obrębie jednego burdelu
który nie wiadomo dlaczego nazwali Ovečka
w którym piwo smakuje jak oratorium
a w brudnej podłodze nie ma pruderii
gdzie Jiři poznał drugą żonę
gdzie przypadkiem spotykasz polską geografkę
mylącą Rzym i Krym

***

HERBATNIK

Domy złudzeń domy cudze szadź
wiosną zakwitnie perz
wiersz zboczył z toru i zwalił się z nasypu
w dłoni trzymam skrobaczkę
ale proszę o wstrzemięźliwość
nie mowa o skrobaniu wyskrobywaniu
nie będzie wieców
i nawet nie będzie wzajemności

a może by tak poczytać
Herberta z herbatnikiem
przeanalizować kulistość Ziemi
zatrybić teorię wieloświatów
na przykładzie wiewiórki
niosącej żołędzie
no to

kogo teraz wyświęcicie kogo wygnacie
komu przyznacie mądrość
na której wieży zatkniecie sztandar
i w którym kierunku powiewać będzie
sumiennie

leje na to
nawet na deszcz któremu wszystko jedno
który nie jest miarowy i senny
który po prostu jest przykry
przykrzejszy od śnieżycy

***

IDĘ

grzebałem w szufladach w katakumbach
jelita ściągały gałki głębiej w oczodoły
wydawało mi się że bardziej
zaczynam poznawać siebie od środka
wyjdę z domu
spotkam kobiety w korporacyjnych spódnicach
które marzą o powrocie do mieszkania
zrzuceniu obuwia

teraz taksówkarzem może zostać każdy nawet
Jan Kowalski ze skrzynki na listy
agent GRU
koleś piszący wiersze który mógłby o tobie pomyśleć ciepło
odwieźć płaszcz gdybyś go przypadkiem zapomniała
mógłby wyliczyć mrugnięcia
w chwili gdy mówisz reszty nie trzeba
a później je pomnożyć dla utrwalenia
gdyż jak wszystkie inne jesteś wzorem
w układance cyfr taksometru

12 dni Bożego Narodzenia (Barataria 46)

Już kiedyś o tym pisałam, a dziś przypominam, że Boże Narodzenie to nie tylko Wigilia oraz pierwszy i drugi dzień świąt, lecz 12 dni, od przesilenia zimowego do Nowego Roku, a czasem nawet 24 – od świętej Łucji do Trzech Króli.

Dziś nasz doroczny Król Bożonarodzeniowy, Król Adwentu i Król Karnawału, Sancho Pansa, władca Baratarii…

Ryszard Dąbrowski

Życzenia

Z okazji przesilenia zimowego, składamy Wam serdeczne życzenia wszystkiego naj…, naj… naj… a także w nadchodzącym kolejnym astronomicznym, kalendarzowym, biologicznym oraz życiowym roku zdrowia… zdrowia… zdrowia…

Przesilenie zimowe to jedno z trzech najważniejszych świąt szamańskich. Dnia tego noce zaczynają być krótsze, a dnie się wydłużają i zostaje przezwyciężona „ciemność”. U Słowian dzień ten był także poświęcony duszom zmarłych przodków, były to tzw gody.

Dziwnym trafem w dniu tym urodzili się prawie wszyscy bogowie licznych religii, a w innych obchodzono go jako święto urodzin słońca.

Kościół katolicki dopiero w IV w. wprowadził w tym dniu „Boże Narodzenie”, święto urodzin Jezusa, który w rzeczywistości urodził się w zupełnie innym dniu. Miało to być przeciwwagą do obchodzonych narodzin perskiego boga słońca Mitry, którego kult traktowany był przez katolików jako największy konkurent w walce o wiernych w Imperium Rzymskim. Czczono go tam już ponad sto lat przed narodzeniem Chrystusa i to aż do IV wieku, kiedy religię tę wyparło chrześcijaństwo.

Niezwyciężony Bóg Słońca Mitras – „Sol Invictus”, wszystkowidzący i wszystkowiedzący, panował nad światem i prawdą oraz sądził umarłych, zapewniając im wieczne „życie”. Jego urodziny przez dziewicę w ubogiej grocie przypadały na dzień zimowego przesilenia w grudniu. W Persji czczony był od XIV a w Indiach od XII wieku przed narodzeniem Chrystusa.

Dwoma pozostałymi ważnymi świętami szamańskimi są: początek wiosny, kiedy przyroda budzi się do życia a wszystkie organizmy zwiększają swoją aktywność po zimowej przerwie, oraz przesilenie letnie, kiedy wydłużają się noce. Jest to święto wody oraz ognia i ich oczyszczającej mocy. Święto miłości, płodności, słońca i księżyca, znane u Słowian jako obrzędowa Noc Kupały.

W szamanizmie, w życiu pojedynczego człowieka, niezwykle ważnymi były jeszcze dni narodzin (u Słowian pocierano niemowlaka popiołem z paleniska, aby zaznajomić go z opiekuńczymi i chroniącymi duchami domowiska, szaman ustalał który z przodków dziecka zreinkarnował i odrodził się w nim oraz nadawał mu jego imię), mianowania jako dorosłego na pełnoprawnego członka wspólnoty (postrzyżyny), ślubu (rozpleciny) oraz śmierci i pogrzebu (oczyszająca moc ognia, palenie na stosie i wskazanie duszy drogi do świata zmarłych a towarzyszenie jej w tej podróży było najtrudniejszą i najniebezpieczniejszą częścią ceremonii, szaman musiał bowiem uważać, aby tam nie zostać na zwsze).

Dla przeciwwagi do „pogańskiego” święta wiosny, na Soborze Nicejskim w 325 r., zawłaszczono je i przemianowano na „Wielkanoc”.

Przesilenie letnie kościół katolicki przywłaszczył dopiero w XIII wieku i przemienił na „Boże Ciało”. Święto to wprowadzono dla upamiętnienia widzeń (schizofrenicznych halucynacji) belgijskiej zakonnicy Julianny z Liege (1193 – 1258).

g. & r.

Christmas in Weißrussland/ Belarus/ Białoruś/ Беларусь

W samą wigilię Bożego Narodzenia (24 grudnia, czyli 6 stycznia według kalendarza juliańskiego), zwaną po rosyjsku soczelnikiem, obowiązuje prawosławnych najostrzejszy post w ciągu tych 6 tygodni. Powstrzymują się wówczas cały dzień od jedzenia. Wieczorem spożywa się kutię, zwaną biedną (postną). Kutia bogata ze specjalnymi dodatkami spożywana jest dopiero w noc noworoczną, czyli z 13 na 14 stycznia i w uroczystość Chrztu Pańskiego (19 stycznia).

Johanna Rubinroth & Tanja Krüger

Vom Siegesstern zum Weihnachtsstern / Od Gwiazdy Zwycięstwa do Gwiazdy Betlejemskiej