Nowa polska proza, Imiona 2

Dariusz Patkowski

Imiona ojca

2

Dziennikarka czeka na niego. Jest młodą blondynką o wysoko upiętych włosach. Od niedawna pracuje w rozgłośni radiowej. Po raz pierwszy przeprowadzi wywiad z gwiazdą. Jest podekscytowana. Poprawia makijaż, mimo że nikt jej przecież nie zauważy i spogląda na zegarek. Za chwilę powinien być.

On jest gwiazdą na niezbyt mocno rozświetlonym firmamencie rodzimego przemysłu muzycznego. Ma trzydzieści pięć lat, długie, ciemne włosy i skórzany płaszcz. Jest w tym jakaś poza niegrzecznego chłopca, jednak żaden brukowiec nie napisał o nim od lat, ani żadna celebrytka nie skomentowała jego seksualnych zachowań. Kiedy może, siedzi w swoim studiu i nagrywa muzykę. Jest potwornie nudną, ale przez to tajemniczą gwiazdą. Blondynka wie, że każdy może z nim rozmawiać o starych oraz nowych trendach rockowych. I każdy to robi. Dlatego postanowiła przygotować temat mało muzyczny; temat, poniekąd, demaskujący.

No i jest. Wchodzi ubrany tak jak widywała go przy innych tego rodzaju spotkaniach. Spokojny, stonowany rockman, słynący tylko ze swojej twórczości. Żadnego palenia Biblii, żadnego romansu z gwiazdą porno, żadnej detoksykacji. Po prostu „solidna firma” jakby powiedział jego ojciec. Ach, tak, właśnie. Jego ojciec.

Mężczyzna posyła jej uśmiech. Wydaje się dziennikarce ciepły i lekko zdystansowany. Jakiś czas temu oglądała w telewizji wywiad z jego ojcem, najsłynniejszym chirurgiem w kraju. Te same oczy, ten sam uśmiech. I ani słowa o karierze syna. Kompletnie nic. A przecież wszyscy wiedzą, że ich nazwisko nie jest zbiegiem okoliczności; że jest w nim i ciało, i krew.

Nie, nigdy ich razem nie widziano na żadnej gali czy to medycznej, naukowej czy artystycznej. Nikt nie przyłapał ich w teatrze, kinie, na meczu futbolowym. Toteż społeczeństwo tych dwóch mężczyzn brało we wspólny nawias, na ogół jednak rozliczając ich w oddzielny sposób.

– Ktoś o tej porze was słucha? – pyta gość, ujmująco spoglądając w niebieskie oczy prowadzącej. Audycja jest nagrywana późną nocą, w specjalnym cyklu spotkań ze sławami. Za oknem panuje ciemność, a nad miastem unosi się cisza, przerywana jedynie przypadkowymi okrzykami anonimowych, męskich głosów. Gdzieś tam w mroku ulic huczy radio włączone przez taryfiarza, przypominając o ostatnich wydarzeniach dnia, w tym o samobójczej śmierci przez utonięcie w morzu obłąkanego mężczyzny. Na blondynce taki news zrobił wrażenie. Lubiąc dramatyzować, z przyjemnością wyestetyzowała sobie jego śmierć. W jej wyobraźni zginął na podobieństwo szekspirowskiej Ofelii. Morze pochłonęło go tak, jak noc pochłaniała miasto, niosąc mu zgubę marzeń i obietnicę zapomnienia.

– Mamy stałych słuchaczy, a ich grono na pewno się dzisiaj powiększy – mówi kobieta.
– Nie puszczacie chłamu. Dlatego postanowiłem przyjść – stwierdza gwiazdor i delikatnie się uśmiecha. Jest w nim coś nieśmiałego i ugrzecznionego. Zero chemii, przebiega blondynce przez myśl w rytm ocierania się o siebie jej przyobleczonych w czarne rajstopy ud.
– Musimy zaczynać – rzuca niemal przepraszająco dziennikarka, nerwowym gestem poprawiając włosy.

Przez pierwsze minuty rozmawiają o jego współpracy z zagranicznym zespołem jazzowym oraz o niedawno wydanej płycie. Po drodze zahaczają o album debiutancki, który ponad dekadę temu wyniósł go na szczyt lokalnego Olimpu. Tak dla nich, jak również dla większości słuchających tematy te są znane i przewałkowane na wszystkie strony. Ale podobnie jak w sferze rozkoszy cielesnych, i tutaj gra wstępna jest mile widziana. Blondynka zadaje pytanie za pytaniem. Na zgrabnych kolanach trzyma wcześniej przygotowaną ściągę, lecz wyraźnie czuje opór przed poruszeniem głównego tematu. Minuty płyną niebłaganie, a noc domyka się pustą i chłodną przestrzenią. W końcu wyrzuca z siebie:
– Czy mógłbyś nam opowiedzieć coś o sobie i swoim ojcu? Obaj jesteście sławni – kontynuuje wypowiedź, pomału uspokajając się – ale tak niewiele o was wiadomo.
– Można zapalić? – pyta muzyk, mimowolnie sięgając do kieszeni płaszcza po papierosy. Blondynka radośnie potakuje i podaje mężczyźnie zapalniczkę, którą ten z wdzięcznością przyjmuje. Gość zaciąga się i zadaje pytanie:
– Z jakiej to okazji pytasz o niego?
– Z ciekawości… ale i dlatego że niedawno był „Dzień ojca”- odpowiada dziennikarka, stawiając na szczerość. Noc za oknem delikatnie się przerzedza.

Od dawna nikt o to nie pytał.
– Nie wiem, na ile temat ten mógłby zainteresować potencjalnego słuchacza – mówi gość, mało przytomnie wyglądając przez okno.- Może opowiem drobną anegdotkę z lat młodzieńczych. W porządku?
– Oczywiście – odpowiada kobieta i czuje, że mocniej pociera o siebie udami.
– Miałem siedemnaście lat – zaczyna opowiadać muzyk, wydmuchując kolejną porcję dymu – kiedy na jednej z imprez ostro zatankowaliśmy z chłopakami. Typowe smarkate zabawy – młode i ładne dziewczęta, papierochy, wódka oraz głośna muzyka. Pewnie wiesz, o czym mówię, era naszywek, miłosnych listów oraz wielkich, pstrokatych nadruków ulubionych zespołów na koszulkach. Czarnych koszulkach, rzecz jasna – chichocze, przy nerwowym wtórze blondynki. – Tak, miałem siedemnaście lat, byłem potwornie pijany, w głowie krążyły mi pierwsze, bardzo grafomańskie ballady miłosne i chyba miałem wrażenie, iż pojęcie szczęścia jest mi obce. Siedzieliśmy z ekipą w naszym ulubionym pubie, którego jedna cała ściana była przeszklona. Barman, starszy brat mojego ówczesnego basisty, podgłaśniał stopniowo muzykę, a my stopniowo przestawaliśmy ogarniać.

Widząc zdziwione spojrzenie dziennikarki, rzuca: – Ta historia naprawdę będzie o moim ojcu – po czym kontynuuje: – W pewnej chwili zaczęliśmy tańczyć czy też raczej pogować. Wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi – dodaje z nonszalancją, wyciągając nowego papierosa z paczki. – Tak się nieszczęśliwie złożyło, że potknąłem się o jakieś wychudzone, nastoletnie nogi i poleciałem nie w ramiona pięknej dziewczyny, a na wcześniej wspomnianą szybę, znajdując się nagle, wśród hałasu pękającego szkła, na ulicy. Kilka odłamków utknęło mi w podbródku, a dwa spore w klatce piersiowej. Nie było tragedii, ale wezwano pogotowie. Kwadrans później karetka wiozła mnie do szpitala. Nie muszę chyba dodawać, kto miał nocny dyżur?- dodał, widząc podniecony wzrok prowadzącej, i niemal z lubością dopowiedział: – Tak, nocny dyżur miał ojciec, już wtedy wybitny fachowiec, lecz jeszcze nie ogólnokrajowy geniusz. Już wtedy od lat z doktoratem, lecz jeszcze bez profesury. Pamiętam ból, blade światło szpitala i jego opanowaną twarz. My już w tamtym czasie się mijaliśmy. Być może nie widziałem go od kilku dni. Może nawet tygodni. Ale teraz wyraźnie pamiętam, jak stoi nade mną w białym kitlu, niedbale trzymając dłonie w kieszeniach, jak z mieszaniną powściągliwości i dezaprobaty przypatruje się mej wykrzywionej w bólu, młodzieńczej twarzy. To był okres, szanowni państwo, kiedy z całego serca pogardzałem przedmiotami ścisłymi i resztą „burżujskiej” nauki. A takie coś nie mogło się podobać mojemu ojcu. W jego spojrzeniu nie było zrozumienia. Obejrzał rany i rzucił: „Ja się nim zajmę”. Te słowa wzbudziły popłoch wśród personelu. Chciano telefonować po innego chirurga, a pielęgniarki głośno się sprzeciwiały decyzji ojca. On jednak, ze znużonym spokojem mówił: „To mój wybór”. Nawet nie „to mój syn”, albo „to moje dziecko” tylko właśnie „to mój wybór”. „Pan doktór to chyba w szoku jest” powiedziała jedna ze starszych pielęgniarek, lekko przytrzymując go za kitel. Ale on milczał, a w jego źrenicach nie było nawet śladu szoku. Tam kryło się tylko przeznaczenie – opowiada urzeczony wspomnieniem gwiazdor, nieobecnym wzrokiem spoglądając w okno. Przez ciemność pomału przebija świt. – By nie tracić czasu, personel uległ jego woli, woli namaszczonego przez ordynatora najlepszego fachowca w tej części kraju. Godzinę później byłem już opatrzony i poskładany. „Zawieź go do domu, wiesz gdzie mieszkam. Żona i tak nie śpi kiedy on wychodzi”, powiedział ojciec do jednego ze swoich kolegów, akurat kończącego nocną zmianę. Wtedy zrozumiałem, że zawdzięczam mu życie. I to po raz drugi.

– To piękna historia – komentuje wzruszona dziennikarka, promiennie szczerząc zęby.
– Bardzo ci dziękuję, również w imieniu słuchaczy, za tak intymne wspomnienia. Czy chciałbyś coś jeszcze dopowiedzieć? Nasz czas antenowy dobiega końca.

Muzyk przez moment siedzi w milczeniu. Tak, jest jedna rzecz którą chce dopowiedzieć. Było coś w tej opowieści, co już w chwili decyzji ojca napawało go przerażeniem, a co rosło w nim przez kolejne, długie lata. Dotychczas skrywane i pielęgnowane w mauzoleum pamięci, teraz chciało wyrwać się i afirmować na forum złożonym z wielotysięcznych par uszu. Widząc niezrozumienie w oczach dziennikarki, obserwując jej narastającą, sentymentalną euforię, zupełnie dotychczas stonowany rockman, który nigdy nie spalił Biblii, nie umawiał się z pornogwiazdą, ani nie spowodował, by jakakolwiek słynna kobieta wypowiadała się na temat jego zachowań seksualnych, wyrzuca z siebie słowa, za które nigdy nie mógłby kupić szacunku ojca.

– Czy wiesz, dlaczego lekarzom nie wolno operować swoich bliskich? – pyta, a kobieta przecząco kręci głową, wysyłając mu jednocześnie radosny i głupkowaty uśmiech.
– Bo mogłaby im zadrżeć ręka z emocji. A to wystarczający powód, by sknocić coś tak poważnego jak operacja. Lekarz, a chirurg w szczególności, musi być precyzyjny jak maszyna – to czyni go panem życia i śmierci, lecz nie człowiekiem – widząc zdziwioną minę dziennikarki, cedzi z satysfakcją, ale też rozpaczą pozostałe słowa, które dojrzewały w nim od lat: – Mój ojciec się wtedy nawet nie spocił.

A później blondynka włącza reklamy, które natychmiast oraz skutecznie zabijają narastający między nimi niezrozumiały świt.

Ciąg dalszy za dwa dni

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.