Und unten (ohne abzugucken) solche Dekoration bei Dorota Kot / Poniżej podobna dekoracja u Doroty Kot, która wcale nie tu szukała inspiracji.
No i oczywiście, jak zawsze, obowiązkowa choinka z książek, tu z księgarni FiKa w Szczecinie (www.fikaszczecin.blogspot.com).
Und wie immer, ein Weihnachtsbaum aus Büchern, diesmal in FiKa-Buchhandlung in Stettin.
A tu choinka z książek Krystyny Koziewicz / Buchweihnachtsbaum von Krystyna Koziewicz.
Mein Weihnachtsbaum wanderte diesmal am 1. Adwent vom Balkon zum Überwintern ins Wohnzimmer. Noch dazu: Keine Dekoration ist gekauft worden, alles ist gefunden oder geschenkt worden, oder es sind meine Schals und Perlenketten, alltägliche Gegenstände also, die umfunktioniert wurden, damit der Mix aus Adventskranz und Weihnachtsbaum in diesem Jahr rot wirkt. Die blaue Figur oben links ist eine Skulptur von Barbara Piwarska-Ur.
Moja tegoroczna choinka przywędrowała na przezimowanie z balkonu i jest mixem wieńca adwentowego z choinką. Wszystkie dekoracje są albo znalezione, albo podarowane albo przerobione z przedmiotów codziennego użytku. Ciemnoniebieska kobieta po lewej stronie zdjęcia u góry to rzeźba Barbary Piwarskiej-Ur.
Podróżnik berliński, Maciej Łuszczyński-Łempka pokazuje, jakie są choinki w Gruzji / Hier ein Foto aus Georgien:
No i hit wszechczasów, już tu przed rokiem publikowany – choinka Sebastiana! / Und der beste Weihnachstbaum aller Zeiten, publiziert hier schon Mal im Jahre 2016 – Weihnachstbaum von Sebastian!
10 listopada 2017
Miejsca, które dotychczas opisywałem obfitują w historyczne warstwy i krzyżujące się drogi ważnych wydarzeń z przeszłości, jednak udawało się to jakoś porządkować. Za dwa dni jednak wyruszamy do krajów Lewantu, gdzie ogarnięcie gęstwiny dziejów stanowi dla laika (choć entuzjasty) znacznie większe wyzwanie. To rejon, przez który ludzie wędrowali od najwcześniejszej prehistorii, gdy wyszedłszy z afrykańskiego matecznika zasiedlali coraz to nowe połacie naszej planety. Według obecnie przeważającego poglądu, wszyscy przodkowie Europejczyków, Azjatów, Amerykanów i ludów Oceanii, bez względu na preferencje wyborcze i sympatie polityczne, podążali od z górą stu tysięcy lat szlakiem wzdłuż doliny Jordanu, przekroczywszy wcześniej przesmyk sueski (tam, gdzie obecnie jest kanał).
Bing,com/images
A potem… jedni osiedlali się tam, gdzie lepsze pastwiska i więcej wody, inni usiłowali zająć ich miejsce, jeszcze inni prowadzili tranzytem swoje armie w jedną lub drugą stronę, ścierając się z którymś z akurat będących „na fali” lokalnych mocarstw. I tak przez tysiąclecia, po dziś dzień i zapewne do końca historii.
Babilończycy, Huryci, Amoryci, Elamici, Kasyci, Hetyci, Egipcjanie, Kanaanejczycy, Filistyni, Fenicjanie, Aramejczycy, Izraelici, Moabici, Edomici, Nabatejczycy, Grecy, Asyryjczycy, Arabowie, Persowie, Rzymianie, Bizantyjczycy, Wenecjanie, Frankowie (tak zwano krzyżowców wszelkich nacji), Francuzi, Anglicy; tych (a na pewno nie o wszystkich pamiętałem) odnotowała historia pisana, bądź wykopaliskowa.
Wikipedia – Lewant ok. 830 r p.n.e.
Zrozumiałe więc, że chcąc dołączyć do powyższej listy, musimy przedeptać kawałek Bliskiego Wschodu. Wychodząc naprzeciw naszemu zapotrzebowaniu, linie lotnicze jęły prześcigać się w uruchamianiu bezpośrednich, tanich połączeń z Gdańska w tamte strony, z czego skwapliwie skorzystamy.
(…) 12 listopada 2017 roku
Lot Gdańsk – Tel Awiw, nocleg w historycznej, uroczej Jaffie, następnego dnia szybka i wygodna podróż pociągiem przez Hajfę do Beit She’an (teraz pro-wincjonalnego miasteczka, ze wspaniałą przeszłością antycznego Scythopolis) , skąd już blisko do najbardziej na północ położonego przejścia granicznego Izrael – Jordania, na moście szejka Husseina. Gdy przekroczyliśmy Jordan, słońce właśnie zachodziło, a niesiony wschodnim wiatrem pustynny pył efektownie filtrował widoczny na tle jego tarczy obraz pozostawionego za rzeką Beit She’an.
Znaleźliśmy się w rejonie hellenistyczno – rzymskiego Decapolis, co od razu określiło historyczny przedział czasowy, z którego pozostałościami spotkaliśmy się na początku podróży po Jordanii.
Zacznijmy zatem przyjrzenie się historii regionu od środka, czyli od czasów spiętych klamrą obejmującą mniej więcej trzy stulecia przed, do trzech wieków po narodzeniu Chrystusa. Koniec IV wieku p.n.e. to czas wielkich podbojów Aleksandra Macedońskiego, po których nadeszły na zdobytych terenach rządy dynastii wywodzących się od imperatorskich generałów (diadochów).
Efektem był napływ osadników greckich, konstruujących sieci powiązań gospodarczych i handlowych w oparciu o wielowiekowe doświadczenia helleńskie i tak jak w rodzimej Grecji skupiających się w miastach (polis). Szereg takich ośrodków powstało na wschód od Jordanu, pomiędzy Damaszkiem (Damascus) a Ammanem (Filadelfia), zaś rozwinęły się one znacznie po aneksji regionu przez Rzym w latach siedemdziesiątych p.n.e., tworząc nieformalny związek (jak wieki później Hanza w naszych okolicach), zwany Decapolis.mapka z Wikipedii
Wydarzenia z czasu rzymskiego panowania w bliskowschodnich krainach odcisnęły swoje piętno nie tylko na lokalną, ale i na globalną skalę. Mam tu na myśli życie i śmierć Chrystusa, początki chrześcijaństwa, a także rozproszenie narodu żydowskiego po licznych przegranych powstaniach przeciwko Rzymowi.
Tu przychodzi czas na wyjaśnienie tytułu tego wpisu: Limes Arabicus to system umocnień (głównie fortów), stanowiących (podobnie jak inne rzymskie limesy) ufortyfikowaną granicę cesarstwa, w tym wypadku – wschodnią. Dla przypomnienia – limes zachodni (Wał Hadriana) odwiedziliśmy na początku tego roku. Łuk ku czci tegoż cesarza Hadriana piętrzy się przed wejściem na teren najlepiej zachowanego z miast Dekapolis, Gerazy (obecnie Jerash).
Istniało domniemanie, że tamtejszy hipodrom był miejscem wyścigów hipopotamów, jednak obecność końskich kup zweryfikowała ten pogląd:
Niezwykłe jest położenie innego z miast Decapolis, Gadary (obecnie Umm-Qais): niemal dokładnie u zbiegu obecnych granic Jordanii, Izraela i Syrii. Nie dopisała nam niestety widoczność, zatem panoramy były mocno przytłumione pustynnym pyłem Pobyt w ruinach Gadary upamiętnił nam się również dlatego, że w lokalnej restauracji udało nam się wypić po kieliszku wina. Okazało się, że jordańskie wina są wyśmienite, natomiast uświadczenie ich (podobnie jak innych alkoholi) jest w tym muzułmańskim kraju niebywale trudne, co było istotnym utrapieniem naszej bardzo udanej poza tym podróży.
I w końcu Amman (antyczna Filadelfia), gdzie okna naszego hoteliku wychodziły wprost na rzymski amfiteatr, zaś z ruin rzymskiej cytadeli rozpościerał się rozległy widok na stolicę Jordanii.
Ochronę limesu stanowił rząd warowni położonych nieco na wschód od Ammanu, w późniejszych czasach wykorzystywanych przez Arabów jako tzw. zamki pustynne
Najdalej na wschód położony zamek Al Azraq jest odległy od brytyjskiego Wału Hadriana o 4 tysiące kilometrów w linii powietrznej, co daje pojęcie o ogromie imperium rzymskiego. Limes Arabicus (Bing.com)
Qasr al-Charana
Qasr Amra zadziwia głównie siódmowiecznymi freskami, na których dość swobodne odwzorowanie postaci ludzkich i zwierzęcych umknęło cenzorom kalifatu, gdy na początku VIII wieku ogłoszono zakaz wizerunkowania wszystkiego, co żyje, poza roślinami.
Nadłożyliśmy drogi, chcąc dotrzeć do miejsca, gdzie według przewodnika (bardzo przyzwoicie opracowane wydawnictwo Berlitza) miały się znajdować słupy milowe rzymskiej drogi (Via Traiana Nova). Obecności słupów nie stwierdziliśmy, a zapytany o nie właściciel knajpy ( zresztą o nazwie Traian) poinformował nas, że niedawno zostały wysadzone w powietrze, bo przeszkadzały w remoncie współczesnej szosy. Niefrasobliwość w podejściu do bogactwa spuścizny cywilizacyjnej w tym sympatycznym skądinąd kraju jest dla nas trudno zrozumiała.
Zakończmy więc na tym rzymską sekwencję naszych jordańskich peregrynacji i stojąc na krawędzi jednej z najpiękniejszych dolin – Wadi Mujib – pokażmy nieco przyrodniczych cudów Królestwa Haszymidzkiego.
Struktury geologiczne w Jordanii są nie mniej zawiłe, jak jej historia cywilizacyjna. Oszczędzając Czytelnikom (i sobie też) cytowania fachowych informacji nadmienię tylko, że:
Kraj jest znacznie bardziej górzysty, niżby mogło się to kojarzyć z okolicami pustynnymi
Jak są góry, to oczywiście są i doliny. Dolinami na ogół płyną rzeki, ale w tamtejszym suchym klimacie płyną tylko wtedy, gdy popada deszcz. Są to zatem rzeki okresowe, bo napełnione wodą tylko od czasu do czasu. Arabowie nazywają te doliny wadi i są to niezwykle charakterystyczne elementy krajobrazu Bliskiego Wschodu i północnej Afryki, w oczywisty sposób stanowiące też siatkę szlaków komunikacyjnych.
Popatrzcie zatem na wybrane obrazki z kilku „zaliczonych ” przez nas wadi:
Wadi Mujib (tym razem przy ujściu do Morza Martwego, gdzie przenocowaliśmy w domkach nad brzegiem, a rano sprawdzaliśmy na własnych organizmach oddziaływanie prawa Archimedesa)
Wadi Dana = gdzie mieszkaliśmy w opuszczonej wiosce, na skraju przepięknego rezerwatu przyrodniczego:
Wadi Rum – góry, ostańce skalne i wąwozy wśród piaszczystej pustyni – jedna z najchętniej odwiedzanych atrakcji Jordanii
Wadi Araba łączy Zatokę Akaba (odnoga Morza Czerwonego) z Morzem Martwym. Jak wiadomo to ostatnie jest położone w przeszło 400 – metrowej depresji, zatem woda z Czerwonego nie wlewa się doń tylko dlatego, że Wadi Araba biegnąc na południe najpierw wspina się na wysokość 230 m n.p.m., tworzącą wododział, od którego łagodnie opada do Zatoki Akaba. Tam znajduje się też południowe przejście graniczne, przez które opuściliśmy Jordanię, kierując się na lotnisko pod izraelskim Eilatem. Wadi Araba jest ponoć niezwykle malownicza, ale trudno dostępna, bo pilnują jej pogranicznicy obu krajów. Pozostaje więc popatrzeć, jak zachodzi słońce nad Zatoką Akaba
Wadi Musa (dolina Mojżesza, którego muzułmanie – jako lud Księgi – wysoce poważają, a który ponoć w tej okolicy uderzeniem kija w skałę spowodował wytryśnięcie źródła) jest również nazwą miasta, leżącego obok wejścia do najsławniejszego miejsca w tych stronach. To oczywiście Petra, jeden z cudów świata, o którym opowiem w kolejnym odcinku. Tymczasem symbol Jordanii – owoc granatu (z ptaszkiem):
Tekst Tadeusza wpisuje się w tegoroczny, luźny i niezobowiązujący cykl postów świątecznych.
Tadeusz Rogala
W drodze do Betlejem – polskie szopki bożonarodzeniowe na dworcach Niemiec i Europy
Tradycyjnie już od 22 lat w pierwszą niedzielę adwentu o godzinie osiemnastej na Dworcu Głównym w Stuttgarcie został wystawiony kolejny polski żłóbek Bożonarodzeniowy. Co roku młodzież Zespółu Szkół Plastycznych im. Antoniego Kenaraw Zakopanem wykonuje nowy żłobek Bożonarodzeniowy dla Polonii stuttgarckiej, a te z lat poprzednich wystawiane są w innych miastach Niemiec i Europy. Najczęściej pokazujemy je na dworcach i lotniskach, ale także w szpitalach lub innych miejscach licznie odwiedzanych. Jest tych szopek już ponad trzydzieści, bo zdarzały się lata, że otrzymaliśmy dwie szopki. Oprócz młodzieży z Zakopanego szopki wykonywali też uczniowie ze szkół plastycznych z Bydgoszczy, Nowego Wiśnicza, Katowic i Tarnowskich Gór.
Szopka ze Stuttgartu wystawiona w Ludwigsburgu
Incjatorem Szopek Dworcowych jest ksiądz profesor Witold Broniewski ze Stuttgartu. Opiekę organizacyjną na incjatywą objęło stowarzyszenie kulturalne przy polskiej parafii w Schwäbisch-Gmünd.
Tegoroczna szopka na Dworcu Głównym w Stuttgarcie została wystawiona pod hasłem „Betlejem i chorzy”, w szopce oprócz tradycyjnych postaci jak Dzieciątko Jezus, Maria, Józef, Trzej Królowie, obok pasterzy i zwierząt, stanęły inne postacie dobrze nam obecnie znane, jak Matka Teresa i ojciec dominikanin de Veuster.
Wszystkie zdjęcia oprócz górnego – odsłonięcie tegorocznej Szopki Dworcowej w Stuttgarcie (grudzień 2017)
Można zapytać, dlaczego nasze stowarzyszenie wystawia te szopki na dworcach i w innych miejscach publicznych, a nie w kościołach? Szopki Dworcowe są przeznaczone dla wszystkich, nie tylko wierzących. Jedni upatrują w nich motyw religijny, inni odnajdują tradycję, a jeszcze inni sztukę. Dzieciętko Jezus z tych szopek nie che być zamknięty w kościele, ale chce iść do ludzi i być z ludźmi, ze wszystkimi, niezależnie od wyznania czy koloru skóry. Każda szopka niesie z sobą jakieś specjane przesłanie. Przesłania z innych lat to np. „Betlejem a twórcy kultury”, „Betlejem a rodzina”, „Betlejem a dialog”, Betlejem a kobiety”.
Każdemu wystawieniu szopki towarzyszy jakiś element widowiskowo-artystyczny, np. występ chóru, zespołów muzycznych czy wspólne śpiewanie kolęd, często w różnych językach. Występują artyści różnych narodowości i pochodzący z różnych kultur.
W tym roku polskie Szopki Dworcowe ze Stuttgartu można oglądać tradycyjnie do święta Trzech Króli m. in. w Stuttgarcie, Ludwigsburgu, Görlitz, Essen, Fraknfurcie nad Menem, Freiburgu, Karlsruhe, Kolonii, Norymberdze, Münster, Monachium i w miastach europejskich m. in. Bratysławie, Krakowie, Lwowie, Pradze, Warszawie i Wiedniu.
Inicjatywę Szopek Dworcowych wspierają nie tylko środowiska polonijne i chrześcjańskie, ale także różne grupy międzynarodowe.
W roku 2009 ukazał się album poświęcony tej incjatywie pt. „W drodze do Betlejem – Unterwegs nach Betlejem”, w języku polskim i niemieckim, autorstwa ks. Witolda Broniewskiego.
***
Autor jest działaczem polonijnym z Badenii-Wirtembergii, współzałożycielem Polskiego Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego w Stuttgarcie
In defense of foodto tytuł książki Michaela Pollana. Autor zaczyna książkę od przeprosin. Jest Amerykaninem, a właśnie Ameryka zapoczątkowała systematyczną eliminację jedzenia z naszej diety.
Amerykańska tragedia żywnościowa ma swój początek w działalności komisji senackiej pod przywództwem senatora Mc Governa. Komisja ta została powołana w 1968 roku w celu opracowania programu walki z niedożywieniem. Odniosła spory sukces, nic więc dziwnego, że w 1976 roku zlecono jej nowe zadanie – opracowanie programu zdrowego żywienia, który złagodzi sygnalizowane przez lekarzy problemy zdrowotne.
Wg autora książki komisja Mc Governa zrobiła dobrą robotę. W komisji zasiadali głównie prawnicy i dziennikarze. Ani jednego lekarza ani naukowca. Według mnie była to dobra decyzja.
Dlaczego? Bo prawnicy i dziennikarze to ludzie, którzy umieją słuchać, kojarzyć fakty, wyciągać od ludzi potrzebne informacje. Natomiast lekarz czy naukowiec obciążony jest balastem wiedzy fachowej, która nakłada mu klapki na oczy. W latach późniejszych w komisjach tego typu zasiadali eksperci, którzy wiedzieli jakie będą ustalenia końcowe jeszcze przed rozpoczęciem pracy.
Komisja wysłuchała opinii licznych ekspertów i w styczniu 1977 roku opublikowała pierwszy raport, który zawierał zalecenie – jeść mniej czerwonego mięsa i nabiału.
To zdanie wywołało istne tsunami. Mniej? To słowo to przecież największe zagrożenie wolnego rynku. Po kilku tygodniach negocjacji zdanie zmieniono na: wybieraj mięso, drób i ryby, które zredukują konsumpcję tłuszczów nasyconych.
Tym zdaniem: wybieraj tralalala… ustrzelono dwa wróble – po pierwsze zagwarantowano wybór – fundament wolności. Po drugie – ciężar problemu przeniesiono z jedzenia na zagrożenie czymś nieokreślonym, co (być może) znajduje się w tłuszczach nasyconych.
Przemysł spożywczy natychmiast złapał wiatr w żagle – należy sprzedawać nie jedzenie, ale składniki odżywcze. Ludzie powinni zapomnieć o tym, że jedzą jabłko, jogurt, pstrąga. Mają jeść antyoksydant, wapno, olej omega-3 – im więcej tym lepiej.
Idea nie była nowa. Jeszcze w XVIII wieku William Prout odkrył, że odżywianie opiera się na trzech składnikach – proteinach, tłuszczach i węglowodanach. W 1842 roku Justus von Liebig dodał do tego kilka minerałów i uznał sprawę odżywiania za rozwiązaną na zawsze. Podobnie zresztą jak sprawę jakości gleby – wystarczy odpowiednia ilość i proporcja azotu, fosforu i potasu.
Justus von Liebig nie poprzestał na teorii. Stosując swe zasady wyprodukował odżywczy bulion w kostkach oraz odżywkę dla niemowląt. Niestety ludzie odżywiający się bulionem, zapadali na szkorbut, a niemowlęta karmione odżywką rozwijały się marnie. Odpowiedzi dostarczył Polak – Kazimierz Funk, który w 1912 roku odkrył witaminy. Witaminy zrobiły wielką karierę i dodały amunicji tym, którzy twierdzili, że nie jest ważne jedzenie, ale składniki, jakie ono zawiera (albo jakie do niego dodano).
Była jeszcze jedna przeszkoda. Wydana w 1906 roku książka Uptona Sinclaira – Dżungla – opisująca nieczyste machinacje przemysłu przetwórstwa żywności, spotkała się z poważną reakcją i spowodowała uchwalenie aktu Czystej Żywności. Akt ten wymagał, aby umieszczać wyraźną etykietę – IMITACJA – na każdym produkcie żywnościowym, który jest …imitacją.
Cytat z aktu: …istnieją tradycyjne produkty, które każdy zna, takie jak chleb, mleko, ser i gdy konsument kupuje te produkty, powinien otrzymać to, czego oczekuje. Jeśli jedzenie przypomina wyglądem oryginalny produkt, ale nie zgadza się z tradycyjnym standardem, wówczas musi być zaetykietowane jako imitacja“.
Przemysł tego nienawidził i w latach 70 udało mu się cichaczem znieść to wymaganie.
Rezultat – przez tysiące lat było wiadomo, że chleb sklada się z czterech składników: mąka, drożdże, woda i szczypta soli. Lista składników produktu firmy Sarah Lee o nazwie Soft & Smooth Whole Grain White Bread jest następująca: wheat flour, malted barley flour, niacin, iron, thiamin monocitrate, riboflavin, rice flour, high fructose corn syrup… 18 składników, których nie wymienię… beta-carotene, vitamin D, soy lecitin, soy flour. Ufff.
Pytanie: czy Wasza matka (a może raczej babcia) poznałaby na pierwszy rzut oka i po pierwszym kęsie, że to jest chleb?
Już wspominałem o zamianie jedzenia na sumę składników odżywczych. Znam to z praktyki. Uczono mnie przecież analizy systemów zarządzania – należy rozbić proces na składniki proste, każdy z nich przeanalizowac – czy jest potrzebny, czy dobrze działa, czy można go usprawnić. Wykonać wymagane zmiany i złożyć wszystko w całość. Analiza-przetworzenie-synteza. Proste jak filozofia Hegla. To się nie sprawdzało nawet w systemach informatycznych. A w naturze?
Ile antyoksydantów zawiera zwykły liść tymianku? Wyliczę tylko te na literę a: alanine, anethole oil, ascorbic acid.. Odpowiedź: trzydzieści trzy. Nauka nie jest w stanie zbadać jakie współzależności istnieją między tymi składnikami w momencie spożycia ich przez człowieka. Przemysł spożywczy załatwi sprawę prosto – doda kilka prostych, silnych, często syntetycznych antyoksydantów.
Ale składniki naturalne nie mają już wiele wspólnego z naturą. Czym się obecnie karmi zwierzęta i jakie lekarstwa im się podaje, aby mięso zawierało lub nie zawierało tego, co dyktuje aktualna wiedza, to raczej sprawa towarzystwa ochrony zwierząt przed okrucieństwem.
Podkreśliłem – aktualna wiedza – gdyż wiedza na temat wpływu jedzenia na zdrowie potrafi wykonać zwrot o 180 stopni. Najlepszym przykładem może być histeria na temat wpływu tłuszczów na poziom cholesterolu i wpływu cholesterolu na stan układu krążenia. Nie będę tego tematu rozwijał, gdyż obija się on jak pijany od płotu do płotu.
Inna sprawa to tradycje żywieniowe poszczególnych grup etnicznych. Zadziwiające jak różna jest dieta ludzi mieszkających pod różnymi szerokościami geograficznymi. Okazuje się, że istnieją setki diet, które służą ludziom na zdrowie. Pod warunkiem, że są stosowane przez ludzi, którzy jedli to od wielu pokoleń. Dlatego nie dziwi mnie, że porażka zdrowego jedzenia rozpoczęła się w Stanach Zjednoczonych. Przecież to jest mieszanina wielu ras i kultur przeniesionych na obcy teren.
W Australii jest jeszcze gorzej.
Dobrym miernikiem problemu może być stan zdrowia tutejszych Aborygenów. Jest on gorszy niż w krajach trzeciego świata. Mimo że mają oni pieniądze i supersamy są dobrze zaopatrzone. Mimo? A może właśnie dlatego.
Autor książki wspomina o eksperymencie – kilkunastu Aborygenów cierpiących na typowe schorzenia cywilizacyjne – otyłość, cukrzyca, niewydolność układu krążenia, wysłano w las, na ich tradycyjny “bush tucker”. Po dwóch miesiącach stwierdzono znaczną poprawę w każdej dziedzinie. A więc ratunek jest blisko.
Tym optymistycznym akcentem zakończę swoje refeksje. Podam jeszcze kilka prostych wskazówek, które mogą zastąpić zsyłkę do australijskiego buszu.
Zakazy:
– unikaj produktów, których twoja matka/babcia nie zidentyfikowałaby jako jedzenie,
– nie kupuj jedzenia w tym samym miejscu, w którym kupujesz paliwo do samochodu,
– unikaj produktów, które zawierają więcej niż pięć składników,
– unikaj produktów, które zawierają składniki o nieznanych ci lub trudnych do wymówienia nazwach,
– unikaj produktów reklamowanych jako zdrowotne.
Zalecenia:
– jedz dużo potraw roślinnych, raczej liście niż ziarna,
– jedz jedzenie wyhodowane na zdrowej glebie, to otwiera osobny rozdział – poznaj człowieka od którego kupujesz jedzenie,
– jedz jedzenie wyhodowane na dziko.
Pamiętaj, że jedzenie to dziedzina kultury, nie nauki. A zatem:
– jedz posiłki nie jedzenie,
– jedz przy stole,
– o ile możliwe nie jedz sam,
– jedz powoli.
I niestety – zwracaj uwagę na jakość, nie na ilość – płać więcej i jedz mniej.
Jak również – gotuj w domu, hoduj co się da we własnym ogrodzie.
Wpis zakończę rozejrzeniem się za czymś dzikim do zjedzenia. Mam! Morwy, na ulicy, 200 metrów od naszego domu. Tak jest – na ulicy, konkretnie na chodniku, nad którym zwisają gałęzie owocującego właśnie drzewa..
Jeśli ktoś się wzdraga przez konsumpcją owoców podniesionych z ziemi, to wspomnę australijską maksymę – jeśli jedzenie zostało podniesione w ciągu 3 sekund po upadku, to jest w porządku. Ale z chodnika? To przecież leżało ponad 3 sekundy.
Chodnik w mojej dzielnicy to jest dobre miejsce, szczególnie rano, zanim dzieci pójdą do szkoły. Te plamy na chodniku to pozostałość z poprzedniego dnia. W nocy był solidny wiatr. Poniżej mój poranny plon. A palce długo pozostaną umazane…
Don’t give in to your emotions, ‘Cause they’ll get the best of you Don’t play up to your senses Yes, the’ll probably rule your whole life through You’ll be fine
Nie ulegaj emocjom One odbiorą ci to, co w tobie najlepsze Nie daj się ponieść uczuciom One prawdopodobnie będą tobą kierowały przez całe życie – Wszystko się dobrze skończy
Alex Care, You will be fine
Joanna Trümner
Szpital
Dopiero po kilku minutach rozmowy z młodym lekarzem Stuart zorientował się, że ten zwracał się do niego po angielsku. Wypowiadane przez niego słowa brzmiały tak twardo i niewyraźnie, że wyłapanie ich sensu było wielkim wyzwaniem. Stuart domyślił się, że lekarz mówił o jego wypadku – lewa noga jest złamana w trzech miejscach, do wyleczenia potrzebnych będzie kilka miesięcy. Podczas przemowy doktora kilkukrotnie padło słowo „fortuna”, w którym Stuart rozpoznał angielskie słowo „szczęście”. „Przecież wiem, że mało brakowało, a przypłaciłbym życiem tę niefortunną kąpiel w morzu”, pomyślał, uśmiechając się do lekarza z wdzięcznością. Starał się odgonić od siebie natrętną myśl o tym, jak bardzo działała mu na nerwy sala pełna nieznanych mężczyzn, ludzi z którymi nie był w stanie się porozumieć i hałas w pomieszczeniu, które było zbyt małe na tę liczbę chorych. Odnosił wrażenie, że pacjenci na sali nieustannie się kłócą i dają upust złości na sytuację, w której się znaleźli. „Czy to kwestia języka, czy też pełen emocji sposób, w jaki ze sobą rozmawiają?”, zastanawiał się Stuart. „My zwracamy się do siebie monotonnie, bez gestykulowania i podnoszenia głosu, trochę tak, jakbyśmy żyli w zwolnionym, wyciszonym tempie i nie potrafili, albo nie chcieli ujawnić uczuć”.
Po wizycie poczuł się bardzo zmęczony, wziął dwie tabletki z leżącego na małym stoliku przy łóżku pudełka i wkrótce potem zasnął. Z głębokiego snu wyrwały go odgłosy muzyki, wydawało mu się, że jego łóżko wibruje w takt trąbki, która była najgłośniejszym instrumentem w trzyosobowej orkiestrze mariachi, grającej przy jednym z łóżek w szpitalnej sali. Stuart przetarł z oczu resztki snu i przyglądał się pacjentom. Na ich twarzach pojawiła się radość i spokój, patrząc na chorych myślał o tym, jak bardzo ludziom potrzebna jest muzyka – nawet kiczowata i głośna. „Może ludzie, którzy otarli się o śmierć potrzebują muzyki jeszcze bardziej?”, myślał, wsłuchując się w pełne temperamentu dźwięki. Wkrótce potem do pokoju weszła rodzina jednego z pacjentów, mama z trójką małych dzieci. Najstarsze z nich – kilkuletni chłopczyk niósł w rękach duży tort z zapalonymi świeczkami. „Biedny maluch”, pomyślał Stuart patrząc na dziecko „gdyby się teraz potknął i przewrócił nikt z nas nie byłby w stanie wstać i pomóc mu posprzątać bałaganu”. Na szczęście dziecko dotarło do łóżka ojca bez problemu. W chwilę później w sali rozległo się głośne, wypowiedziane chórem przez wszystkich „Feliz dia!”
„On na pewno nie zapomni tych urodzin”, pomyślał Stuart przyglądając się uśmiechniętemu i zajętemu rozmową z rodziną solenizantowi. On sam poczuł się w tym momencie bardzo samotny, z trudnością udało mu się zapanować nad strachem przed kolejnymi dniami i niechęcią do ludzi, z którymi zmuszony był dzielić czas. „Przecież oni tu też nie leżą z wyboru, muszę coś zrobić, żeby wykorzystać ten czas na coś sensownego, może uda mi się nauczyć kilku zdań po hiszpańsku?”, zastanawiał się, przjmując kawałek tortu z rąk dziecka. Uśmiechnął się do chłopca i powiedział „Dziękuję, życz ode mnie tacie wszystkiego najlepszego”. Zobaczył, że w okrągłych, brązowych oczach chłopca na dźwięk nieznanej mowy pojawił się wyraz zaskoczenia i ciekawości. „Może jestem pierwszym obcokrajowcem, z którym rozmawia?, pomyślał. Przypomniały mu się godziny zabawy z małym Georgem i jego pełne podziwu i ufności oczy, tak jakby wszystko, co miał mu do powiedzenia Stuart było absolutną, niepodważalną prawdą o życiu. Zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo mu brakuje małego i postanowił w duchu, że odwiedzi siostrzeńca kiedy wróci do zdrowia.
W trzy dni później dwie pielęgniarki przeniosły go na wózek inwalidzki i pomogły mu po raz pierwszy od początku pobytu w szpitalu opuścić salę chorych. W pokoju z napisem „consulta” na drzwiach, który wyglądał na jeden z najbardziej reprezentacyjnych pomieszczeń szpitala, Stuart z niecierpliwością i niepewnością czekał na to, co się wydarzy. Był wdzięczny za odmianę w codziennej rutynie i miał nadzieję, że za chwilę będzie po wielu godzinach przymusowego milczenia w końcu mógł porozmawiać z kimś w swoim języku, dowiedzieć się czegoś więcej o swoim stanie zdrowia i o tym, jak długo to jeszcze będzie trwało.
Wsłuchiwał się w ciszę w pomieszczeniu, przerywaną od czasu do czasu odgłosami z korytarza. Po kilku minutach czekania w pokoju pojawił się przystojny, szpakowaty mężczyzna. „Brandon Hall, honorowy konsul Australii w Meksyku”, przedstawił się nieznajomy, którego wiek Stuart ocenił na pięćdziesiąt kilka lat. „Przerwałem urlop ze względu na Pana wypadek”, dodał po chwili z delikatną dezaprobatą w głosie. Stuart próbował rozładować sytuację. „Wiem, że zachowałem się idiotycznie”, powiedział, w duchu myśląc o tym, że odwiedzający go mężczyzna wykonuje swoją pracę, pracę, za którą dostaje od państwa pieniądze i że nie tak wyobrażał sobie pierwszą od dni rozmowę w ojczystym języku. Czuł rosnącą antypatię do tego sztywnego i pełnego dystansu mężczyzny. Brandon wręczył Stuartowi grubą, podniszczoną książkę. „To na zabicie czasu”, dodał. Stuart patrzył na „Davida Copperfielda”, książkę, która była jedną z obowiązkowych lektur w szkole. Próbował przypomnieć sobie jej akcję i wrócił na chwilę myślami do szkoły w Walton. Ze wspomnień wyrwał go Brandon: „Na razie nie nadajesz się do powrotu do Australii, musisz zostać w tym szpitalu przez co najmniej trzy tygodnie. W Meksyku są też prywatne, o wiele lepiej wyposażone kliniki, ale wątpię, czy cię stać na ich zapłacenie. Powiadomiliśmy twoją rodzinę, za tydzień ktoś do ciebie przyleci i będziesz mógł zacząć organizować powrót do Sydney”.
„Kto?”, zapytał Stuart z ciekawością, zastanawiając się w duchu, który z członków jego rodziny mógł się zdobyć się na podjęcie dalekiej podróży. Brandon zaczął grzebać w notatniku. „Gdzieś zapisałem, ale nie mogę teraz znaleźć tych notatek”. „Jeżeli czegokolwiek potrzebujesz, to powiedz mi teraz albo poproś kogoś w szpitalu, żeby do mnie zadzwonił”, powiedział na pożegnanie, wręczając Stuartowi swoją wizytówkę do ręki.
Po powrocie na salę Stuart poczuł się bardzo zmęczony. Zdawał sobie sprawę z tego, że kolejne tygodnie będą dla niego dużym wyzwaniem i miał nadzieje, że z dnia na dzień będzie wracał do sił. Zasnął jak kamień, nie czując jak „Dawid Copperfield” wypadł mu z rąk i spadł na podłogę.
Zbudził go chór męskich głosów mówiących synchronicznie te same słowa. Stuart domyślił się, że były to słowa modlitwy i zobaczył, że sąsiednie łóżko przykryte było białym prześcieradłem. Pacjent, którego już nie było, był jedyn, którego głosu Stuart przez te dni nie usłyszał. Od początku jego pobytu na sali młody mężczyzna z sąsiedniego łóżka ani razu nie otworzył oczu. „Kto decyduje o momencie, w którym wszystko się kończy?”, zastanawiał się Stuart i zdał sobie sprawę z tego, że on sam miał rzeczywiście masę szczęścia. Prawdopodobnie nigdy nie uda mu się odnaleźć człowieka, któremu zawdzięczał życie. „Dlaczego to właśnie ja przeżyłem, nikt przecież na mnie nie czeka? Mogłem utonąć i nikt by mnie nigdy nie odnalazł. Dlaczego to właśnie ja wygrałem w kasynie pieniądze? Przecież mógłbym żyć dalej i bez tej wygranej, na pewno każdy w tej sali bardziej by ich potrzebował”, zastanawiał się i obiecał sobie w duchu, że zrobi wszystko, aby wykorzystać tę drugą szansę w życiu.
Kolejne dni minęły na czekaniu na wizytę z Anglii i czytaniu „Dawida Copperfielda”. Ta książka stała się dla Stuarta jedyną odskocznią od wiecznego hałasu w pokoju, od godzin, które po prostu nie chciały mijać, od bólu, który nie pozwalał spać i złych myśli, z którymi nie zawsze potrafił sobie poradzić.
Niedzielnego popołudnia, kiedy szpitalna sala pękała w szwach, Stuart z zazdrością przyglądając się roześmianym, zajętym rozmową rodzinom i ganiającym pomiędzy łóżkami dzieciom, po raz pierwszy od początku pobytu w szpitalu poczuł zbierające się w oczach łzy. Był tak hermetycznie odizolowany i samotny, że nie od razu zobaczył, że do jego łóżka podeszły dwie pielęgniarki. Znowu przesadziły go na wózek inwalidzki, jedna z sióstr szepnęła mu do ucha „Visita” i przykryła go troskliwie kocem. W kilka minut później Stuart siedział w pokoju konsultacji i z radością rozpoznał czekającego tam na niego Briana, partnera swojego zmarłego wujka. „Jak się dowiedziałem o tej twojej przygodzie, od razu zaproponowałem, że się tym zajmę”, przywitał Stuarta z uśmiechem. „Mam czas, mogę zostać tutaj tak długo, jak to będzie potrzebne, a potem przewieziemy cię do domu”. Stuart patrzył na Briana z wdzięcznością, myśląc o tym, że zmarły przed kilkoma laty ukochany wujek Stuart-senior nawet znad grobu odgrywa w jego życiu rolę anioła-stróża.
Chciałem wczoraj napisać mailowy list do Haniji. Tak, Ismaila Haniji, szefa Hamasu, dokładnie tego. Chodziło mi o pewien brak logiki w ich – Hamasu – myśleniu, i pragnąłem życzliwie zwrócić uwagę. Bo rozumiem, że nie podoba im się fakt, że USA jednostronnie deklarują Jerozolimę jako stolicę Izraela. Choć można by się kłócić, czy to komukolwiek innemu przeszkadza, by Jerozolimę zadeklarować jako stolicę Palestyny, czy choćby Niemiec (pamiętajmy, że niemieccy cesarze przez wieki byli Królami Jerozolimy!) No, ale Hamas uważa to za bezczelność, prowokację, akt wrogości, wręcz „deklarację wojny“. No dobrze, niech im będzie. Ale dlaczego w takim razie nawołują do intifady przeciwko Izraelowi??? Po pierwsze, jak są wściekli na jakiś akt polityczny USA – to podług logiki powinni im wypowiedzieć intifadę czy wręcz wojnę. Tym bardziej, po drugie, że przecież Izraela Hamas w ogóle nie uznaje – jak więc walczyć z kimś, kogo teoretycznie wcale nie ma?? Wreszcie, po trzecie, ale to już na marginesie: czy można nawoływać do trzeciej intifady, gdy jakoś nigdzie nie widać oficjalnego glejtu kończącego i pierwszą, i drugą?
Ale na szczęście, zanim znalazłem w sieci maila od Hamiji i do niego napisałem, zastanowiłem się. Nie tyle nad logiką i siłą moich argumentów (bo są niezaprzeczalnie wodoodporne), ale nad czymś innym: Czemu, drogi Łukaszku, kręci cię nagle ten temat Jerozolimy, Hamasu, Palestyny, Izraela i Trumpa? Czemu nagle chcesz pisać maile, co cię tak nakręca?, podczas gdy jakoś w sprawie wojny w Południowym Sudanie czy ataków agresji i prześladowań Rohingów w Burmie jakoś pisać ci się ostatnio nie chciało?
I czy właśnie nie dokładnie to krytykowałeś jakiś czas temu w podobnym tekście do berlińskiego tygodnika „Der Freitag“ (https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/die-besetzten-themen-gebiete)- tę przypominającą dwa obozy kibiców stronniczość i zainteresowanie Europejczyków to Izraelem, to Palestyńczykami, to „Bliskim Wschodem“ w ogóle (nota bene wymyślony termin, by uniknąć dyplomatycznych pułapek gdy jednak trzeba wymówić słowa jak „Izrael“ czy „Palestyna“. Wcześniej też myślałem, że to definicja geograficzna, taki trójkącik od Turcji po Iran na wschodzie i Jemen na południu.)
Że dla politycznie zainteresowanych (mniej lub bardziej, czyli od stammtischów po politologów) Europejczyków (a i Amerykanów czy Rosjan) śledzenie, ocena i kibicowanie „meczowi“ Izrael-Palestyna stało się hobby, głównie z uwagi na emocje. No i nawyki. Po roku 1945 większość Europejczyków z uwagi na Szoah nabrała nawyku martwienia się o los Izraela. Tak, nawyku, gdyż tylko mniejszość z nich naprawdę nosiła i nosi w sercu i głowie autentyczną troskę o los tego kraju i jego obywateli. Ale podobnie po 1967 z losem Palestyńczyków. Ich fani też tylko pielęgnują nawyk solidarności z Palestyną, przepędzonymi i okupowanymi Arabami – i też głównie nabrali tego nawyku nie z osobistych wycieczek w te strony, a po prostu – z mediów i polityki. Gdyż tak naprawdę to żadne szczere sympatie, a po prostu powierzchowne branie strony tego, który jest przeciwnikiem tego, którego nie lubimy. Nie lubimy Arabów czy muzułmanów – to bronimy Izraela, Izraelczyków i Żydów. I odwrotnie – dla antysemitów nic prostszego jak solidarność z Palestyńczykami. No i wreszcie są i tacy jak ja: nie solidaryzują się jednoznacznie z nikim (ze wszystkimi?), a mimo to na „Bliski Wschód“ i losy jego mieszkańców zerkają i reagują jednak częściej niż na Zachodnią Saharę czy choćby Libię – nota bene obywa państwa położone bliżej większości europejskich domostw niż Izrael/Palestyna.
Ale cóż, efekt taki, że właśnie tak powstał ten tekst… Więc żeby tak nie kończyć, zakończę lamentem nad własnym nie-pisaniem o Tybetańczykach, Uigurach, Sudańczykach i Kongolezyjczykach. Albo też o tym, że dzięki gwiazdom Hollywoodu o „wolnym Tybecie“ słychać częściej niż o wolności dla Xinjiangu czy Kaszmiru, a wojna w Darfurze była dzięki Jurkowi Clooney częściej na ekranach niż ta w Południowym Sudanie czy Kongu. I przypomnę, że moje zaangażowanie „polityczne“ zaczęło się już w 2 klasie podstawówki, gdy wybuchła wojna między Argentyną a Wielką Brytanią o „Falklandy-Malwiny“. Wtedy klasa – głównie chłopcy – podzielili się też dość szybko na dwa obozy „zwolenników“: Jedni byli za „Malwinami“, drudzy za „Falklandami“ – nie wiedząc, że to po prostu dwie różne nazwy tej samej grupy wysp…
To była pani z dobrego, przedpierwszowojennego domu: francuski, fortepian, nauki na pensji. Udział w strajku szkolnym w 1905 roku. Całe życie nosiła krzyż żałoby po powstaniu styczniowym. Wierząca katoliczka, sympatyczka PPS. Narodowców nie lubiła, pamiętała jak bojówki narodowców strzelały do pepesiaków w trakcie rewolucji piątego roku. Mąż był dość wysokim urzędnikiem kolei warszawsko-wileńskiej – jego zegarek służbowy mam do dziś – chodzi! Mam też ów krzyżyk żałoby narodowej.
Prababka kojarzy mi się z koronkami, kapeluszem i mieszkaniem na rogu Chmielnej i Żelaznej, przed wojną „dobra dzielnica”, a po wojnie już „Dziki Warszawski Zachód” – pamiętacie Hłaskę i Tyrmanda? Duże wielopokojowe mieszkanie zostało zasiedlone kwaterunkowymi lokatorami. Prababka nie miała nic przeciwko temu – ludzie potracili mieszkania w trakcie wojny. Urocza pani, zawsze kapeluszu (przyzwoita kobieta nie wychodziła na ulicę z odkrytą głową!), z pokorą znosiła powojenną rzeczywistość, pozostając wierną wierze i lewicowym poglądom. Często ja odwiedzałem po szkole, mieszkałem niedaleko, na Ochocie. Dokarmiała z groszowej emerytury. Skromne posiłki, podane elegancko i piękne srebrne sztućce z monogramami – tyle pozostało z dobytku po wojnie – tylko jedno nakrycie! Jest w rodzinie do dziś.
Prababka miała różne powiedzonka, bon-moty. Jeden pamiętam do dziś: „nie boję się Niemców, Rosjan, komunistów – boję się hołoty”. Wiedziała, co mówiła: cztery wojny, dwie rewolucje, jedna w Rosji na Ukrainie, budowa socjalizmu. To była mowa w rozumieniu (dobrym rozumieniu) lewicującej katoliczki z dobrego domu. A dziś przypomina mi się jeszcze jedna opowieść: w latach 30, nie wiem już w jakich okolicznościach, pojechała do Niemiec. Zaczynała się III Rzesza. Dla prababki to, co tam widziała, stanowiło wstrząs. Nazistowski entuzjazm Niemców, wstawanie z kolan, odrzucanie Traktatu Wersalskiego, skuleni normalni (jeszcze) ludzie, wycofani Żydzi. Pamiętajmy, że nie kochała narodowców, więc odbierała to wszystko bardzo dotkliwie, emocjonalnie. Dużo młodych ludzi w mundurach, narodowe wzmożenie.
Ale z największym przerażeniem wspominała jedno wydarzenie. Pewnego dnia, wieczorem była świadkiem przemarszu fakelzugu. Co to jest fakelzug? To marsz z pochodniami. Ludzie w mundurach, ale i zwykli ludzie szli karnie i razem, nieśli również sztandary, krzyczeli hasła narodowe, nazistowskie (prababka znała niemiecki). I wtedy zaczęła się bać. Wrażenie było tak silne, że wracało wiele lat po wojnie, prababka wielokrotnie „raczyła” mnie tą opowieścią, jako symbolem czegoś, czego należy się bać. Opowieści o wojnie owszem też, ale ów nazistowski fakelzug zajmował naczelne miejsce wśród „strasznych” opowieści.
Prababka miała jeszcze jedną umiejętność, potrafiła, językiem, oczywiście eleganckim, nazywać rzeczy po imieniu. Dla niej uczestnicy niemieckiego fakelzugu, być może nie wszyscy, to była groźna hołota. Pochodnie, nazistowskie hasła, poczucie mocy, wrzask – dla pani w kapeluszu było to nie do przyjęcia. Cóż fakelzugi stały się symbolem triumfującego nazizmu…
Jak się skończyło: wiadomo. Dlaczego dziś do mnie wróciła do mnie ta historia? Otóż ulicami Warszawy przeszedł regularny fakelzug. Tak, w Warszawie! Tak, koło miejsca gdzie była słynna z czasów Powstania Warszawskiego barykada, 500 metrów od murów getta. Ten sam ryk, pochodnie, lepsze, bo pirotechniczne, ta sama ciemna moc, tylko kolory sztandarów nieco inne. I „my chcemy Boga”, tam krzyczeli „Gott mit uns”. Wierzący patrioci? I można mówić o cudownej uroczystości, morzu biało-czerwonych flag, rodzinach z dziećmi, wspólnym święcie itd. I konsekwentnie nie widzieć pewnych strasznych analogii, bezpośrednich nawiązań.
Moi rodacy-warszawiacy! jedną z głównych ulic naszego miasta przeszedł regularny fakelzug. Obejrzyjcie stare niemieckie kroniki, obejrzyjcie jeszcze raz „Kabaret”, „Zmierzch Bogów”, poczytajcie niemodnego dziś Remarque’a. Ja zaczynam się bać. Marsze podobne już miały miejsce, ale póki nie spotykały się z akceptacją rządzących… Rządy Republiki Weimarskiej też patrzyły przez palce, Hindenburg wręcz popierał Hitlera…
Powiecie: nie można szukać takich prostych analogii. Nie szukam – po prostu boję się. Tak jak bała się moja prababka.
Zosia woła, woła, woła, od wielu miesięcy Zosia woła praktycznie codziennie!
MIASTO BEZPRAWIA – TONIEMY W PRZEMOCY
Nasze miasto staje się miastem bezprawia, panuje tu powszechna akceptacja dla przemocy.
A zachowanie władz, instytucji i funkcjonariuszy policji z KPP wskazuje na wiele patologicznych powiązań.
Niemoc organów powołanych do zadań przeciwdziałania przemocy zatrważa. W naszym mieście potrzebujemy monitoringu! Chcemy żyć spokojnie.
Zosia ma sprzymierzeńców, ale sprawca przemocy ma ich też i są chyba lepiej ustawieni, dlatego nadal ma się dobrze, przebywa na wolności i zajmuje mieszkanie, z którego dzięki przemocy pozbył się i Zosi, i jej matki.
6 grudnia Zosia donosi: Departament Społeczeństwa Obywatelskiego przy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów zajmie się sprawą bezpieczeństwa obywateli naszego miasta.
4 grudnia sprawę Zosi relacjonuje lokalna gazeta online, Zapiski mazurskie:
Radni – nie bądźcie bezradni – apeluje mrągowska działaczka do reprezentantów mieszkańców z Rady Miasta Mrągowa
Kieruję apel ofiar przemocy, proszę pomyśleć, ale tak jak zwykły szary człowiek a nie organ samorządowy, że na moich stronach „Mrągowo bez przemocy” znalazło się kilka tysięcy wpisów i postów świadczących o tym, że mamy problem w Mrągowie.
Przeraża duża skala przemocy w Mrągowie – dotyczy nas wszystkich, a moja sprawa to jedna z wielu. Odnoszę wrażenie, że nasze miasto Mrągowo to miasto niemocy wobec przemocy.
Właśnie tymi słowami zwraca się Pani Zofia Wojciechowska z Mrągowa do radnych miasta Mrągowa.
Zofia Wojciechowska wystosowała apel. Spełnia swój obywatelki obowiązek i jeszcze chce się jej działać.
Zanim doszło do debaty na temat przemocy w Radzie Miejskiej, Zosia poruszyła niebo i ziemię, pytając wszędzie, w Sądzie, na Policji, w biurze Rzecznika Praw Obywatelskich, w tzw. MOPSie czyli Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej, w Fundacji Niebieska linia i w Fundacji Biała Wstążka – dlaczego? Dlaczego pomaga się sprawcy, a nie jego ofiarom? Dlaczego? Przyznaję, że nie wiem. Chyba że odpowiedź będzie taka jak zawsze – bo sprawca jest mężczyzną, a ofiarami są kobiety, ba, kobiety samotne!
W międzyczasie mama Zosi wylądowała z zawałem w szpitalu, po czym została umieszczona w drogim, opłacanym prywatnie Ośrodku Rehabilitacyjnym.
Czy tak wygląda prawo? Czy tak wygląda sprawiedliwość?
Czy zmieni coś kolejna instytucja, która ma się obecnie zająć sprawą Zosi? Czy to kolejne mydlenie oczu?
Artur Rubinstein w swojej książce My many years wspomina, jak podczas pobytu w stolicy Australii, Canberze (rok 1937), zauważył plakat zachęcający do wycieczek w okolicach Góry Kościuszki. Wieczorem tego samego dnia był na przyjęciu u gubernatora Australii i opowiedział o swoim miłym zaskoczeniu.
Gubernator wybuchnął śmiechem – więc i pan dał się na to nabrać!
– No co nabrać?
– Na te mylące aborygeńskie nazwy.
– Ależ proszę pana, tutaj nie może być wątpliwości. Kościuszko, to może być tylko polskie nazwisko.
– Ha, ha, ha. Wszyscy tak mówią. Nie ma pan pojęcia, jakie podstępne są te aborygeńskie języki.
Trzeba oddać gubernatorowi sprawiedliwość, że następnego dnia, po koncercie, pospieszył do garderoby artysty.
– Miał pan rację. Tę górę nazwał tak jakiś polski podróżnik a ja znowu zrobiłem z siebie durnia.
Uwaga: powyższy tekst to nie jest cytat tylko moje wspomnienie czytanej dawno temu książki.
Jakiś polski podróżnik…
Paweł Edmund Strzelecki urodził się w 1797 roku w Głuszynie – zabór pruski – obecnie dzielnica Poznania. Uczęszczał prawdopodobnie do szkoły Pijarów, a następnie kształcił się w akademii rolniczej.
Przez dwa lata pracował jako nauczyciel w majątku Adama Turno, a gdy otrzymał swoją część spadku po rodzicach, wyruszył w podróż do Austrii i Włoch. Tam spotkał księcia Franciszka Sapiehę, na którym zrobił tak dobre wrażenie, że ten zatrudnił go jako zarzadcę swojego majątku na Ukrainie, w okolicach Mohylewa.
Franciszek Sapieha zmarł w 1829 roku i zapisał Strzeleckiemu bardzo duży spadek. Wkrótce potem Strzelecki opuścił Polskę.
Jakiś czas przebywał w Paryżu, gdzie studiował geologię, a następnie, w listopadzie 1831 roku, przybył do Anglii. Prawdopodobnie legitymował się paszportem pruskim jako Edmund von Strzelecki.
W Londynie nawiązał kontakty w wyższych sferach.
W 1834 roku wyruszył w podróż dookoła świata. Najpierw odwiedził Kanadę, gdzie prowadził badania geologiczne i odkrył pokłady żelaza i miedzi. Następnie powędrował na południe, do Brazylii, a stamtąd do Urugwaju, Argentyny, Chile i wreszcie, po odwiedzeniu wielu wysp Pacyfiku, w kwietniu 1839 roku dotarł do Sydney.
Został przyjęty przez George’a Gippsa, gubernatora kolonii Nowa Południowa Walia (Australia jako państwo jeszcze nie istniała), który zachęcał go prowadzenia badań geologicznych i obiecał uczestniczyć w kosztach wypraw badawczych.
Podczas pierwszej wyprawy, na zachód od Sydney, odkrył ślady złota. W listach do przyjaciół pisał, że na prośbę gubernatora nie podał tego faktu do wiadomości publicznej gdyż gubernator obawiał się napływu awanturników z całego świata.
Następna, dłuższa wyprawa, wiodła w kierunku południowo zachodnim. W marcu 1840 roku dotarł do masywu gór i zidentyfikował najwyższą z nich.
Najwyższą z nich?
Może pomocny będzie wpis z dziennika podróży:
Szczyt… uderzył mnie swoim podobieństwem do kopca, który mieszkańcy Krakowa usypali na grobie patrioty Kościuszki, więc chociaż w obcym kraju, na obcej ziemi, ale wśród ludzi wolnych i miłujących wolność, nie mogłem się powstrzymać, aby jej nie nadać nazwy Mount Kosciuszko.
Góra podobna do kopca. No to chyba musi być ta najniższa…
Może to zbliżenie rozwieje wątpliwości.
Po zejściu z gór wyprawa kontynuowała wędrówkę dalej, na południowy wschód i dotarła do pagórkowatych i żyznych terenów, którym Strzelecki, na cześć gubernatora Gippsa, nadał nazwę Gippsland –KLIK.
Przeprawa przez Gippsland okazała się niespodziewanie trudna. Niezwykle gęsty busz i nieustanny deszcz utrudniały podróż i uniemożliwiały rozpalenie ognia. Z pomocą przyszli miejscowi Aborygeni, którzy nauczyli podróżników jeść surowe mięso koali.
W połowie maja Strzelecki dotarł do Melbourne, gdzie opublikował opis i mapę Gippslandu, co zachęciło wiele osób do przeniesienia się w tamte strony.
Następny etap to Tasmania. Strzelecki został bardzo dobrze przyjęty przez gubernatora – Johna Franklina – lepiej znanego jako badacz polarny – KLIK. Franklin zlecił mu badania geologiczne i analizę pracy istniejących kopalń węgla. Strzelecki spędził na Tasmanii ponad dwa lata.
Do Londynu wrócił w październiku 1843 roku. Ulokował swoje oszczędności w państwowej kasie, co mu zapewniło 400 funtów rocznego dochodu.
Następne dwa lata spędził na opracowywaniu i publikacji wyników swoich badań, za co otrzymał złoty medal Królewskiego Towarzystwa Geograficznego.
W listopadzie 1845 roku otrzymał obywatelstwo brytyjskie.
W latach 1845-51 Irlandię nawiedziła klęska głodu – KLIK. Paweł Edmund Strzelecki zgłosił się do pracy w Brytyjskim Towarzystwie Pomocy, które wysłało go do Irlandii. Wkrótce mianowano go kierownikiem generalnej agencji Towarzystwa w Dublinie.
Pracę w Dublinie zakończył w 1848 roku i został za nią odznaczony orderem Łaźni (Order of the Bath). Został również powołany przez izbę lordów jako rzeczoznawca w sprawach Irlandii.
Za swoją dwuletnią działalność w Irlandii nie przyjął żadnego wynagrodzenia.
Nie zerwał kontaktów z Australią. Współpracował z Australian Agricultural Company. Opracował dla niej plany irygacji. W marcu 1853 roku został wybrany prezesem filii tej kompanii (stanowisko płatne).
Również w roku 1853 otrzymał tytuł honorowego członka Royal Geographical Society.
W czerwcu 1856 roku, w końcowej fazie Wojny Krymskiej, Strzelecki został wysłany na statku na Morze Czarne, prawdopodobnie z tajną misją zleconą przez premiera Wielkiej Brytanii, lorda Palmerstona, który był z nim zaprzyjaźniony.
W czerwcu 1869 roku otrzymał z rąk królowej Wiktorii tytuł szlachecki (Sir) oraz order św Michała i św Jerzego – KLIK.
Zmarł 6 października 1873 roku. W testamencie zastrzegł, aby na jego grobie nie stawiać żadnego pomnika ani kamienia nagrobkowego. Ostatecznie postawiono tam płytę z napisem “Paul Edmund de Strzelecki died October 6th 1873“.
W 1997 roku metalową trumnę ze zwłokami Strzeleckiego ekshumowano i przeniesiono na Wzgórze św Wojciecha w Poznaniu – KLIK.
Dwa lata temu odsłonięto w Dublinie tablicę upamiętniającą działalność Pawła Edmunda Strzeleckiego w Irlandii.
Góra Kościuszki.
Jaka jest, pokazują opublikowane zdjęcia. Wysokość 2,228 m. Bardzo łatwe dojście. Schody zaczynają się dopiero po zejściu.
Wikipedia – KLIK – wspomina, że podczas określania wysokości góry popełniono pomyłkę, wyższa okazała się sąsiednia góra o nazwie Mt Townsend. Chcąc uhonorować intencje Strzeleckiego – nazwanie najwyższej góry Australii Górą Kościuszki – w 1892 roku nazwy gór zamieniono.
Nie wspomina się tylko, kto popełnił tę pomyłkę.
Chyba nie Paweł Edmund Strzelecki, gdyż szczyt góry Mt Townsend nie przypomina Kopca Kościuszki. Pomyłkę popełnili chyba australiscy geodeci w 1870 roku.
Kolejna sprawa to nazwa góry. Paweł Edmund Strzelecki nazwał ją Mt Kosciuszko. Prawdopodobnie wspomniani powyżej geodeci, mając trudności z przeliterowaniem nazwy, zmienili ją na Mt Kosciusko. Organizacje polonijne w Australii doprowadziły w 1997 roku do przywrócenia poprzedniej nazwy.
Praktycznie nie ma to wielkiego znaczenia, gdyż Australijczycy wymawiają tę nazwę Koziasko. A nazwisko odkrywcy – Strezleki.
Ledwie poprawiono nazwę, a już zaczęła się kolejna afera.
Burmistrz położonej niedaleko Mt Kosciuszko miejscowości Tumbarumba – KLIK – zakwestionował europejską nazwę góry i zaproponował, aby nadać jej aborygeńską nazwę.
Inicjatywa zyskała poparcie politycznie poprawnych aktywistów. Lokalni Aborygeni niezbyt interesowali się tą sprawą, gdyż w ich tradycji góra ta nie miała żadnego znaczenia i nigdy nie została przez nich nazwana.
Po kilku latach i protestach organizacji polonijnych i ambasady polskiej sprawa ucichła.
Na marginesie muszę stwierdzić, że nazwa Tumbarumba wyjątkowo mi się podoba.
Górę Kościuszki odwiedziłem dwa razy.
W roku 1984, niecały rok po przybyciu do Australii, podczas pierwszego urlopu.
Dojechaliśmy samochodem do Charlotte Pass, a stamtąd czekało nas około sześciu kilometrów spaceru do podnóża “kopca”. Szeroka, kamienista droga, po której krążą samochody służb parku narodowego. Samo wejście na kopiec również szeroką drogą…
… która dopiero pod samym wierzchołkiem zamienia się w ścieżkę.
Za drugim razem, w 2013 roku, wybrałem ciekawszą trasę. Wyciągiem narciarskim z Thredbo a następnie 6,5 kilometra ścieżką prowadzącą przez malowniczy płaskowyż.
To była połowa lutego, lato w pełni, ale pogoda na szczycie jak w Himalajach.
Kontrowersje na temat Strzeleckiego.
Są liczne.
Pierwsza z nich to zapis Franciszka Sapiehy i interwencja syna księcia.
Druga – romans z Adyną Turno, córką Adama Turno. Sprawę rozdmuchała w Polsce Narcyza Żmichowska – KLIK, zarzucając Strzeleckiemu niedobre intencje. Nieco łagodniej oceniał to ojciec Adyny: “…niewdzięcznik Strzelecki (…) dałem co mogłem, na koniec piękny zegarek, a ten łaydak mą córkę bałamucił, wyjechał przecież. Życzę mu wszystkiego dobrego tylko nie powrotu do nas“.
Strzelecki i Adyna Turno korespondowali regularnie przez dziesiątki lat. Tuż po odkyciu Mt Kosciuszko Strzelecki opisał jej to wydarzenie w liście i załączył stokrotkę zerwaną w okolicach szczytu. Spotkali się jeszcze dwa razy, ale doszli do wniosku, że ich drogi życiowe prowadzą w innych kierunkach (Źródła 4).
Trzecia – kiedyś spotkałem Australijkę, która spojrzała na mnie ze smutkiem – przykro mi, ale ja czytałam tyle złych rzeczy o Strzeleckim. Te złe rzeczy to: bezprawne używanie tytułu hrabiowskiego (Count), brak formalnych kwalifikacji geologicznych i geodezyjnych, tupet, przywłaszczanie osiągnięć innych osób. Źródłem informacji była książka Australijki, Helen Heney – In a dark glass. Okolicznościowy artykuł Helen Heney – źródła 5.
Czwarta – testament, w którym zapisał prawie cały majątek swemu zarządcy finansowemu. Żyjący w Polsce brat, Piotr, zakwestionował ten zapis i uzyskał pewien sukces – KLIK.
Trwałe ślady pobytu Pawła Edmunda Strzeleckiego w Australii.
Są nimi nazwy pasma gór w Gippsland – Strzelecki Ranges – i nazwa pustyni Strzelecki Desert. Widocznym śladem jest pomnik Strzeleckiego w miejscowości Jindabyne, u stóp Mt Kosciuszko.
Dotykalnym, a raczej napijalnym, śladem jest piwo…
Smacznego!
Źródła:
1. Wikipedia – hasła Strzelecki, Mt Kościuszko.
2. Strona działającej w Australii polskiej organizacji Kościuszko Inc – KLIK
3. Strona Bumerang Polski – wpis okolicznościowy – KLIK
4. Strona Puls Polonii – who was Adyna Turno – KLIK
5. Helen Heney – Australian Dictionary of Biography – KLIK
6. Australian Geographic – artykuł okolicznościowy – KLIK