8 kwietnia: Mury kontra Pożądanie

Auf Deutsch auf rot…

Kwiecień 2018 jest paranoidalnym wręcz miesiącem, jeśli chodzi o polskie ewenty. Skrzynka mailowa pęka od zaproszeń na wystawy, debaty imprezy, tańce, koncerty, polskie gotowanie po persku, polską ręczną domową produkcję kosmetyków, polskie wykłady o pielęgnacji metodą ayurvedy…

Na zrzucie ekranu umieszczonym obok widać, wcale nie wszystkie!, polskie berlińskie imprezy kwietniowe.

Czasem myślę, że Polacy w Berlinie robią więcej niż tej samej wielkości społeczności w Polsce. Jest nas w Berlinie podobno około 130 tysięcy, do końca nikt tego nie wie tak na pewno, bo zależy to między innymi od metod liczenia i przyjętych kryteriów, ale pomińmy ten szczegół. Sto tysięcy. Załóżmy, że jest nas sto tysięcy.

Zaglądam do internetu. W Polsce są 23 miasta, które mają ponad sto tysięcy mieszkańców. Chyba niewiele, ale w ogóle (czytam) jest w Polsce mniej niż tysiąc miast, a dominują małe miasta, o populacji nie przekraczającej dziesięciu tysięcy mieszkańców – takich miast jest aktualnie 514. Miast o populacji równej wielkością Polonii w Berlinie jest 23.  Legnica, Kalisz, Koszalin, Chorzów, Tarnów, Włocławek, Wałbrzych, Zielona Góra, Opole… Opole 120 tysięcy… Stop.

Spójrzmy na Opole, bo to mniej więcej podobne wielkości. Oferta na kwiecień 2018 – festiwal teatralny (wiele różnych terminów), koncert, kabaret, spotkanie poetyckie, bajki dla dzieci, wernisaż i finisaż. Owszem dużo. Dużo i ciekawie. Ale praktycznie nie przekracza to tego, co oferuje Berlin. A w Opolu kulturą zajmują się przecież odpowiednie instytucje, wydział kultury, miejski i wojewódzki, wojewódzki dom kultury, biblioteka publiczna… Tymczasem w Berlinie albo robimy takie rzeczy zupełnie sami, wydzierając fundacjom i instytucjom pieniądze na projekty, albo założyliśmy sami nasze własne instytucje kultury, albo w trakcie długich podchodów przekonaliśmy jakieś instytucje niemieckie, żeby się nami zajęły.

Z oferty na najbliższy weekend w Berlinie wybieram, jak u Szaniawskiego – dwa teatry.

Polska grupa teatralna w Berlinie, Teatr w Afekcie, wystawia komedię Jacka Getnera, pt. Pożądanie (oryginał: Pożądanie w cieniu pokrywki).
Zapraszamy w niedzielę, 8.04 o godzinie 19:00 do klubu kulturalnego Mastul na Weddingu, przy ulicy Liebenwalder Str. 33, 13347 Berlin. (Das polnische Theater aus Berlin präsentiert das Theaterstück Begierde, auf Polnisch zwar aber mit deutschen Untertiteln, oder sind es Übertiteln, egal, Hauptsache – polnisches Theater in Berlin auch auf Deutsch mit einem Lustspiel).

Twórczynie piszą o swoim teatrze i o spektaklu:

Berliński polonijny Teatr w Afekcie czwarty już raz zaprasza na spektakl komediowy Jacka Getnera “Pożądanie”. Jest to komedia traktująca o sile i jakości marzeń przeciętnego konsumenta. Okazuje się, że pod wpływem, na co dzień skrzętnie skrywanych pragnień, nawet sentymentalna wizyta w teatrze przeistoczyć może się w wojnę.

Występują: Jeremi Kozłowski, Agnieszka Winter i Katarzyna Willmann.
Spektakl grany jest po polsku z niemieckimi napisami.

Bilety w cenie 6 euro będzie można kupić na miejscu bezpośrednio przed spektaklem. Nie ma możliwości rezerwacji miejsc.

Terminy: 08.04. i 21.04.2018, godzina 19:00.

 

I jeszcze tekst Agnieszki Winter:

Oryginalny tytuł spektaklu to: „ Pożądanie w cieniu pokrywki“ i to wcale nie jest bez znaczenia. Wprawdzie już po Wielkanocy i gorączka gotowania minęła, jednak garnki przydają się cały rok, nie tylko od święta. A co robi się od święta? Od święta to można zrobić wyjątek we własnych postanowieniach np. dietetycznych (pozwalając sobie na dodatkowy kawałek tortu czekoladowego) czy moralnych (pozwalając sobie na jeszcze jeden kieliszek wódki). Można również od święta się do czegoś przemóc i np. być miłym dla nieprzyjaciela lub odstąpić od codziennej zgryźliwości albo tak jak ja, coś napisać. Jednak klasykiem odświętnym jest elegancka kreacja i … wyjście do teatru.

Kto ciekaw jest poznać prawdę o kobietach, ich najskrytszych marzeniach, pragnieniach i słabościach, niech zawita i obejrzy naszą sztukę.

Kultura czy figura? Ile warta jest sztuka? Na co skorzy jesteśmy wydać nasze z trudem ciułane pieniądze? Jak ma się wartość warzyw ze straganu do wartości biletu na spektakl?

Na te, i wiele innych pytań odpowiemy już w niedzielę na scenie klubu kulturalnego Mastul na Weddingu.

Zapraszamy na kilkadziesiąt minut dobrej zabawy i głębszej refleksji.

Foto: Marek Wiśniewski


06. – 08.04.18

Theaterperformance „Die Mauern von Hebron“ mit Texten von Andrzej Stasiuk

Der legendäre Debütroman „Die Mauern von Hebron“ (Mury Hebronu, 1992) von Andrzej Stasiuk wird erstmals auch in Berlin aufgeführt. Die Inszenierung von Elżbieta Bednarska ist an drei Terminen im April 2018 im ehemaligen Frauengefängnis Berlin-Lichterfelde zu sehen.
In dem Roman „Die Mauern von Hebron“ erzählt Andrzej Stasiuk über seine Erfahrungen im Gefängnis, wo er seine 1,5-jährige Militärstrafe wegen Desertion verbüßte. Ungeschönt und hemmungslos schildert er die dort herrschende Brutalität, Gewalt und Kälte. Stasiuk gerät dabei in eine Auseinandersetzung mit seinem eigenen menschlichen Dasein, die er mit seiner abstrakten und metaphysischen Sprache eindrucksvoll beschreibt. Mit dem Roman legte der Autor das Fundament für sein gesamtes weiteres Schaffen.
Elżbieta Bednarska inszeniert in ihrer Romanadaption die einzelnen schmerzhaften Stationen eines Gefangenen, dessen Existenz auf ein Minimum an Raum und Zeit beschränkt ist. Diese entmenschlichenden Bedingungen werfen die Frage nach der Menschlichkeit und nach der Würde des Insassen auf.

Premiere: 06.04.2018 um 20 Uhr
Weitere Vorstellungen: 07.04.2018 und 08.04.2018 jeweils um 20 Uhr
Ort: SOEHT.7: Ehemaliges Frauengefängnis, Söhtstr. 7 12203 Berlin-Lichterfelde

Weitere Informationen zum Stück sowie zur Kartenvorbestellung finden Sie hier.
05.04.2018 – http://oder-partnerschaft.eu/veranstaltungen/2018/10828

Reblog(i): Dominika Kulczyk, bilboardy i “Wysokie obcasy”

Kalina Czwarnóg

Czy okładka WO to primaaprilisowy żart?

Kobieta, którą stać na wszystko, która – jak sama chwali się w wywiadzie – skończyła prestiżowe studia “z pomagania”, która po całej Polsce porozwieszała billboardy ze zdjęciem samej siebie tulącej anonimowe ciemnoskóre dziecko – nauczy Was teraz czegoś o pomaganiu.

Nie mam nic personalnie do Pani Dominiki – nie znam jej. Nigdy wcześniej nie słyszałam o jej programie w TVN (nie mam telewizora i nie oglądam telewizji) i pewnie nie pisałabym teraz tego tekstu, gdyby nie intensywna akcja PRowa prowadzona przez główną bohaterkę, a której częścią zdaje się być okładka i tekst w najnowszym wydaniu WO.

Pani Dominika mówi w wywiadzie: Profesjonalne pomaganie to konkretna praca wymagająca konkretnych narzędzi. Trzeba mieć organizację, struktury, doświadczonych specjalistów. W przeciwnym razie zostaje tylko fundowanie wzruszeń samemu sobie i egoistyczne zachwyty nad swoją dobrocią.

Tylko czymże jest jej jeżdżenie po świecie, kręcenie kolejnego odcinka programu, w którym ociera łzy afrykańskiej dziewczyny opowiadającej o strasznych doświadczeniach z dzieciństwa w „zabobonnym” Beninie, jeśli nie właśnie fundowaniem sobie wzruszeń? Prawie w każdym z resztą odcinku mamy smutną historię, łzy i filantropkę przytulającą kolejne osierocone dzieci, lub osoby opowiadające o przebytej traumie.

Czy na studiach z filantropii nie było etyki? Czy cokolwiek mówiono o tym, w jaki sposób powinno traktować i przedstawiać w publicznym dyskursie osoby, którym się pomaga (szczególnie jeśli chodzi o kraje tzw. Globalnego Południa)?

Szanuję wsparcie, jakiego fundacja Pani Kulczyk udziela lokalnym organizacjom, i wpływ, jaki to wsparcie wywiera na życie osób pokazanych w programie. Ale po lekturze wywiadu i obejrzeniu kilku losowych odcinków nie mogę pozbyć się wrażenia, że w tym przypadku korzystanie z pomocy automatycznie wiąże się z rezygnacją z zachowywania godności. Osoby, które korzystają z pomocy nagrywa się, kiedy płaczą czy kiedy wspominają przemoc w rodzinie. Dziecko uczęszczające od 11 lat do świetlicy środowiskowej pyta się, czemu woli spędzać czas na świetlicy niż w domu. Pytania, które “wśród swoich” uznalibyśmy za nie na miejscu nawet podczas prywatnej rozmowy znajomych, nie stają się ok, jeśli zadajemy je na drugim końcu świata, przed kamerą, osobie, na której los wpłynęły nasze pieniądze.

W programie o Suazi biała, wykształcona, zachodnia filantropka mówi nam: Z jednej strony rozumiem kultywowanie tradycji, ale czy półnagie dziewczynki muszą prezentować swoje wdzięki przed królem i jego świtą? Równocześnie wdzięki tych półnagich dziewczynek mogliśmy oglądać na przebitkach przez większą część odcinka. My, “cywilizowane osoby z Zachodu” dzięki programowi pani Dominiki patrzymy dokładnie na to, co pani Dominika uznaje za niestosowne (najwyraźniej jednak tylko wtedy, kiedy oglądają to król i jego świta).

Zdecydowanie trzeba edukować społeczeństwo, uczyć Polki i Polaków mądrego pomagania. Pomaganie musi być profesjonalne i skupione na odbiorcy tej pomocy, a nie wypełnianiu emocjonalnych niedoborów pomagającego. W naszej organizacji pierwsza i najważniejsza zasada to PRZEDE WSZYSTKIM NIE SZKODZIĆ. Dotyczy to zarówno bezpośredniej działalności pomocowej, jak i PRu, promocji, fundraisingu. Zachowanie podmiotowości i godności osób, którym pomagamy to świętość. Może gdyby było inaczej, gdybyśmy takich oporów nie mieli, to “promocja” byłaby łatwiejsza i mielibyśmy większe wpływy z darowizn czy 1%, ale na szczęście jeszcze nie wszystko na tym świecie jest na sprzedaż. Dlatego Pani Dominice Kulczyk podziękuję dziś za dobre rady, a okładkę Wysokich Obcasów uznam za primaaprilisowy żart.

Kalina Czwarnóg jest członkinią zarządu Fundacji Ocalenie


Przeczytajcie również komentarz Krytyki Politycznej.

A tu jeszcze mój komentarz: Pani Dominika Kulczyk robi to, co robi, albo bezpośrednio za pieniądze swojego taty, albo za te, które zrobiła dzięki pieniądzom taty. Tata, Jan Kulczyk, robił różne rzeczy (również ożenił się i umarł) za pieniądze, które zrobił dzięki pieniądzom swojego taty. Jego tata, Henryk Kulczyk, był za czasów komuny pracownikiem wywiadu PRL w Berlinie i tam zrobił pierwszy milion. Poznałam go swego czasu w Berlinie i pamiętam, że Henryk Kulczyk, wprawdzie się tym specjalnie nie chwalił, ale też wcale tego faktu nie ukrywał. Dziś w różnych przesłodzonych życiorysach (rśwnież na Wikipedii) nic już się o tym nie wspomina.

Rozmyślania na Wielki Piątek, w czwartek tydzień później

Krzysztof Mika

Kwestia smaku

Był i żył polski poeta Zbigniew Herbert. Jak wspomina Leopold Tyrmand, był to ktoś absolutnie twardy i nigdy nie dał się złamać – w czasach stalinowskich klepał prawdziwą biedę – utrzymywał się z klejenia papierowych torebek jako chałupnik. Pisał.

W jednym ze swoich wierszy, krytycznym wobec najwspanialszego systemu sprawiedliwości społecznej, użył określenia, że to nie tylko kwestia etyki ale estetyki. No właśnie. Estetyka. W dawnych, okropnych czasach wszystkie życiowe czynności miały rytuały. Pojedynkujący się panowie kłaniali się sobie i umierać też trzeba było ładnie – tak nakazywała pompa funebris. A poza tym etykieta, politessa, protokół dyplomatyczny. A nawet chłopoman Wyspiański pisał „trza być w butach na weselu”. Oczywiście z butów Wyspiańskiego słoma nie wyłaziła. No właśnie. Niezależnie od mojego stosunku do tej najlepszej ze zmian, której teraz doświadczamy, chciałbym żeby było ładnie i elegancko. Jak zabijać to szpadą, a nie kijem bejsbolowym. A tu ciągle, podkreślam ciągle, brzydko i spod eleganckich (nie zawsze) garsonek i garniturów wyłazi dresiarski dres, trzy paski na nogawce, krok koło kolan. I nawijka blokersa. Najpierw „zdradzieckie mordy”, „potem wystarczy nie kraść”, „odcinanie od koryta „,teraz ja mówię”, wrzaski „się należało za ciężką pracę”. I wszystko na krzyku z charakterystycznym plebejskim, gardłowym przygłosem. Tak wrzeszczeli działacze robotniczy, tak wrzeszczeli naziści. Teraz wrzeszczy Prezes, prof. (uniwersytecka) Pawłowicz, a ostatnio wice premier Szydło. Kiedyś ludzie się starali. Pracowali nad sobą. Elementarne dobre wychowanie i tak zwane miękkie umiejętności w relacjach z ludźmi były przepustką do wielkiego świata. Trzeba było się starać. Wiele osób z tzw awansu społecznego osiągnęło wyżyny. Tu jak by obserwujemy proces odwrotny: degradacji społecznej. Co więcej zasada ta staje się naczelną taktyką i wręcz regułą: aspirujemy do społecznych dołów. Suweren w końcu tam przebywa. Pytanie czy tylko w imieniu tego suwerena należy rządzić. Ale nie sam wrzask. Telewizja pokazuje obraz, a na obrazie twarz o koszmarnym grymasie. Jestem wzrokowcem, ta twarz zostaje w pamięci. Strach się bać. Z historii pamiętamy takie twarze. Najgorsze jest to, że w tym momencie była prawdziwa. Dużo pracowałem z osobami z tzw. obszaru wysokiego ryzyka społecznego (kiedyś mówiono, może niesłusznie: margines) i nauczyłem się wtedy czytać miny i grymasy. Brak tej umiejętności mógł skończyć się boleśnie, bardzo boleśnie. I tu nawet nie chodzi o ordynarny (tak, ordynarny) grymas, ale o oczy pełne nienawiści. W nich była prawda. Dreszcz po plecach – nie chciałbym takiej przeciwniczki, nawet nie uzbrojonej. Ależ ona nienawidzi. Patrzenie w oczy to jedna z zasad w konfliktach, szczególnie tych fizycznych ulicznych… To smutne, że schodzimy do takiego poziomu. A zaczęło się od samej góry: „ dał Jarosław nam przykłady, jak obrugać mamy”. Subtelny inteligent z Żoliborza. Tu jazda w dół była szczególnie intensywna. Oczywiście natychmiast odezwą się przeciwnicy: „przecież Piłsudski bardziej brutalnie rugał i obrażał”. No i fatalnie, że tak było i że był maj 26, i Bereza, Brześć. Nic Marszałka nie usprawiedliwia. Co więcej powoływanie się na niego jest śmieszne. Ja kradnę, bo wszyscy kradną. Piłsudski klął, o, i ja mogę. No, żebyś jeszcze był tej miary człowiekiem jak Piłsudski… A może warto wzorować się na Marszałku w innych kwestiach? A może nie? Wracając do naszej rzeczywistości – po wrzaskach p. Szydło występuję urocza jak zwykle p. Mazurek, udająca rzecznika prasowego i stwierdza, że to było wspaniałe wystąpienie. Żeby choć najmniejsze przeprosiny, tłumaczenie… A tu pełną gębą: „było świetnie”. Gdzie my jesteśmy? A może w „Szewcach” Witkacego? Jakoś dziwnie atmosfera tej fantasmagorii bliska naszej polityczno–poselskiej operetki. Popatrzcie, przeczytajcie: „sturba ich suka malowana”, ”dziamdzia ich szać zaprzała”, a może to „dziamdzia jego zafatrany glamzdeń”. Tak klną szewcy. A w akcie trzecim: ”To tak śpiewa nasza krew chamska dzika i śmierdząca”. Słowotwórstwo witkiewiczowskie, ale nie w tym rzecz. Brzmienie jakieś bliskie, takaż atmosfera.

A więc jednak szewcy?

Stuart 43

The sweetest words I ever heard
Is welcome home
It’s been a long and dusty road

There’s a place that’s meant for us
Full of faith, hope, love and trust
I’ll keep trudging up the road
But someday I’ll be going home

There’s no place like home
No place like home
There’s no place I’d rather be than home

*

Najsłodsze słowa, jakie kiedykolwiek słyszałam –
„Witaj w domu!”,
gdy została za mną długa i pełna kurzu droga.

Jest takie miejsce, które stworzone zostało tylko dla nas,
Miejsce pełne wiary, nadziei, miłości i zaufania.
I choć wiem, że będę dalej brnęła swoją drogą,
Wiem też, że któregoś dnia wrócę do domu.

Nie ma na świecie lepszego miejsca od domu,
Nie ma miejsca,
w którym tak bardzo chciałabym być.

Beth Hart, No place like home

Joanna Trümner

Powrót do domu

Lekcje w szkole dobiegły końca, zaczynały się wakacje. Pojutrze Boże Narodzenie. W pierwszy wolny od pracy dzień Stuart spał do dwunastej. „Co mam robić przez sześć tygodni? Dawno nie miałem tak długiego urlopu”, zastanawiał się przeciągając się w łóżku. Z porannego rozleniwienia wyrwał go dzwonek telefonu.
W słuchawce usłyszał głos siostry: „Z mamą jest coraz gorzej, powinieneś jak najszybciej przylecieć. Ona ciągle o ciebie pyta”. Po krótkiej rozmowie z Kate Stuart poszedł do biura podróży i kupił bilet na najbliższy wolny lot do Londynu. Samolot startował z Sydney w Sylwestra. „Ludzie niechętnie latają w noc sylwestrową, każdy woli spędzić ten czas z najbliższymi, założę się, że będzie Pan mógł wybrać sobie miejsce w samolocie”, powiedziała z uśmiechem agentka biura podróży podając mu bilet. „Chętnie przywitam nowy rok w chmurach, może będzie dzięki temu temu lepszy”, odpowiedział.

Rok, który dobiegał końca, nie był dobry. Ostatnie miesiące przyniosły rozstanie z Sally i wiadomość o ciężkiej chorobie matki. „Ten cholerny rak jest jak fatum, które wisi nad naszą rodziną”, pomyślał. Przypomniały mu się godziny spędzone przy łóżku szpitalnym siostry i ukochanego wujka, Stuarta. Pamiętał prawie każde słowo z rozmów z umierającymi, najbardziej intensywnych i szczerych rozmów, jakie kiedykolwiek w życiu prowadził. Przypomniało mu się uczucie bezsilności i niczym nie uzasadnione przebłyski nadziei. Wiedział, że wkrótce oczekuje go podobne spotkanie z matką.

Zdał sobie sprawę z tego, że matka może nie wiedzieć o tym, że rozstał się z Sally. „Mam nadzieję, że nawet się nie domyśla, jakim jestem nieudacznikiem życiowym. Wszystkie kobiety ode mnie odchodzą”, pomyślał z żalem.

Od dwóch miesięcy bezskutecznie próbował znaleźć przyczynę rozpadu związku z Sally. „Przecież zawsze byłem w stosunku do niej w porządku, nigdy jej nie oszukałem i starałem się dać z siebie jak najwięcej. Dlaczego ponoszę karę za innych?”, zastanawiał się nieraz. Po wydarzeniach na Bondi Beach, Sally rozpoczęła terapię, ale ich związek i tak zaczął się stopniowo rozpadać. Spotykali się sporadycznie, ich rozmowy coraz częściej kończyły się milczeniem lub wspólnym słuchaniem muzyki. Oddalali się od siebie krok po kroku, z kochanków zmieniali się stopniowo w dobrych znajomych, których łączy jedynie wspólne hobby.

Gdy przed dwoma miesiącami otrzymał wiadomość o ciężkiej chorobie matki, Stuart nie potrafił znaleźć sobie miejsca w domu. Nie chciał być sam i zdecydował się na spontaniczną wizytę u Sally. Miał nadzieję, że jak dawniej przytuli go do siebie i da poczucie, że nie jest sam. Reakcja Sally zabolała go tak bardzo, że po raz kolejny w ciągu ostatnich miesięcy zastanawiał się, czy kiedykolwiek naprawdę znał kobietę, która do niedawna była dla niego kimś najbliższym.

„Bardzo mi z tego powodu przykro, ale nie rozumiem, dlaczego mnie tym obarczasz. Przecież ja jej w ogóle nie znam. Wiesz, że mam swoje problemy, z którymi ledwie sobie daję radę”, powiedziała Sally. Wprawiło go to w zaskoczenie. Było jasne, że ich drogi rozeszły się na zawsze. Długo próbował znaleźć odpowiedź na pytanie, czy reakcja Sally wynikała z obojętności, czy też była rezultatem psychologicznego prania mózgu i przekonania, że najważniejszym przykazaniem podczas rehabilitacji po ciężkich urazach jest zasada, że nie przyjmuje się do wiadomości problemów innych ludzi.

Wsiadając do samolotu w sylwestrową noc Stuart cieszył się, że jedzie do rodzinnego domu. „Ciekawe, dlaczego tak chętnie tam wracam? Przecież tyle w nim było rzeczy, które mnie tak bardzo drażniły, że przecież stamtąd uciekłem”, zastanawiał się.

Agentka z biura podróży miała rację. Stuart nigdy jeszcze nie leciał tak pustym samolotem. Zaczął liczyć pasażerów i nagle przetarł oczy ze zdumienia. Pasażerami numer 31 i 32 byli rodzice Meg. „Nigdy nie myślałem, że ich jeszcze kiedykolwiek spotkam”, pomyślał nie wiedząc jak zareagować. Matka Meg rozpoznała go, pomachała ręką i w chwilę później przysiadła się do niego. „Świat jest mały”, powiedziała z uśmiechem. Widać było, że cieszy się z tego spotkania. „Postanowiliśmy odwiedzić stare kąty. Od kiedy Marc jest na emeryturze mamy dużo wolnego czasu. Zwiedziliśmy już kawał świata, teraz czas na powrót do korzeni”. Widać było, że jest szczęśliwa. Stuart z zażenowaniem zdał sobie sprawę, że nie potrafi wygrzebać z pamięci jej imienia. Po chwili przypomniał sobie jednak. „ma na imię Liza, oczywiście. Swoją drogą to dziwne, że mogłem zapomnieć”, pomyślał. „Kilka lat temu była przecież częścią mojej rodziny”. W chwilę póżniej Liza zapytała go, czy leci do domu. „Matka umiera na raka i chcę z nią spędzić trochę czasu”, odpowiedział.

Widać było, że Liza szuka w głowie odpowiednich słów: „To jest straszne, ale jednak jeszcze gorsze jest, gdy dzieci odchodzą przed rodzicami”. W chwilę później pożegnała się ze Stuartem i wróciła na swoje miejsce.

Wkrótce potem w przejściu pojawiła się stewardessa z tacą, na której stały kieliszki szampana i soku pomarańczowego. Stuart spojrzał na zegarek, dochodziła dwunasta, w Sydney rozpoczynał się nowy rok. „Ciekawe co przyniesie mi rok 1987?”, zastanawiał się. Obrócił się i pomachał Lizie i Marcowi. „Happy New Year”, życzył pasażerom przez głośniki kapitan samolotu.

W dwadzieścia cztery godziny później Stuart stał przed rodzinnym domem w Walton. Ze zdumieniem zobaczył, że zarówno pub jak i mieszkanie nad pubem, miejsca, w których spędził dzieciństwo, były świeżo otynkowane na jasny seledyn. „Dziwny kolor”, pomyślał i zdał sobie w tej samej chwili sprawę z tego, że żadna zmiana nie nie jest w stanie wpłynąć na uczucie ciepła i bezpieczeństwa, które ogarnęło go w chwili, gdy zobaczył to miejsce. „Obraz rodzinnego domu nosi się na zawsze w głowie. Zawsze będę czekał, że w drzwiach pokażą się ojciec lub matka, że wejdę do domu i potknę się o mój własny rzucony na środku korytarza tornister.”

Drzwi otworzyła Kate, przytuliła się do brata tak mocno, jakby bała się, że i on zniknie z jej życia na zawsze. Przez chwilę stali w milczeniu, przerwanym przez Kate „Z matką jest bardzo źle. Przed tygodniem dostała ostatnią chemioterapię, teraz jest w szpitalu i podają jej już tylko morfinę. Cieszę się, że w końcu jesteś, chciałabym na kilka dni wrócić do Berlina i zobaczyć jak Walter radzi sobie z dzieciakami”.

„Jak to wszystko znoszą Nat i mały George?”, zapytał Stuart. Jako lekarz ojczym wiedział, dokąd prowadzi ta choroba i próbował zachować spokój. Siostrzeniec Stuarta, George, przeprowadził się przed kilkoma miesiącami z ojcem do Londynu i mimo wielu prób Kate nie udało się z nim spotkać. „William zakochał się i zerwał wszystkie kontakty w Walton. Znalazł pracę w Londynie, wynajął mieszkanie wspólnie z nowym partnerem i zabrał ze sobą George‘a. Między nim a matką było już przed jej chorobą dużo nieporozumień, William nie chciał, żeby zajmowała się wnukiem, bał się usłyszeć komentarz pod adresem nowego partnera. „Teraz ja jestem jego rodziną”, powiedział, kiedy matka zaproponowała, że weźmie małego na tydzień wakacji do Szkocji. Formalnie po śmierci Eve mama nie ma żadnego prawa do kontaktu z wnukiem. Nat chciał wytoczyć o to sprawę w sądzie, ale przyszła choroba i inne problemy. Wiem, że mama bardzo chciałaby zobaczyć Geroge‘a, proszę, spróbuj spotkać się z Williamem i przekonać go.”

Stuart był rozczarowany brakiem kontaktu z siostrzeńcem, cieszył się na spotkanie z małym Georgem, to dziecko stało się dla niego kimś bardzo ważnym, był częścią domu, do którego wrócił po latach. Postanowił jak najszybciej wybrać się do Londynu.

Następnego dnia rodzeństwo pojechało do szpitala pożyczonym od Nata samochodem. Stuart z trudnością poznał matkę, choroba i utrata wagi zmieniły jej rysy twarzy. Na widok syna uśmiechnęła się: „Nawet nie wiesz, jak bardzo na ciebie czekałam. Bałam się, że nie zdążymy się zobaczyć”, powiedziała. Widać było, że każde słowo kosztuje ją dużo wysiłku. Stuart usiadł koło niej na łóżko i trzymał ją za rękę. Nie wiedział, co powiedziać, nie mógł powstrzymać łez. Wiedział, że ma przed sobą kogoś, kto umiera. „Opowiedz mi o twojej muzyce”, poprosiła matka. Stuart odpowiedział wymijająco o nowych utworach, które pisze, o spotkaniach z publicznością, o tym, że przygotowuje nową trasą koncertową. „Po co tak kłamię?”, zastanawiał się, wiedząc, że matka jest bardzo z niego dumna i że nie może przecież jej właśnie teraz, pod koniec życia, rozczarować. „Tak się cieszę, że Kate i ty wyrwaliście się stąd. To takie ważne, żeby nie rezygnować z marzeń. Mi na to zabrakło odwagi.”

Stuart popatrzył na matkę z zaskoczeniem. „Jak mało o niej wiem”, pomyślał.

Cdn

Szopa w salonie 23

Łukasz Szopa

Rozczarowanie wolnym rynkiem

Moje pierwsze mocne rozczarowanie „wolnym rynkiem“ nie było spowodowane kryzysem finansowym 2007-2008. Ani też jedną z chwil, gdy jako „wolny ciułacz“ musiałem stwierdzić, że dochody nie zawsze starczają by pokryć wydatki na mieszkanie, jedzenie i takie tam. Powodem czy „otwarciem oczu“ nie były też żadne dyskusje z lewicowymi aktywistami na Kreuzbergu czy Christianii, ani studia ekonomii.

Moje pierwsze rozczarowanie tą ideą miało miejsce… w pierwszym czy drugim dniu pierwszej podróży na „Zachód“, latem 1985 roku. Ale przewińmy taśmę wspomnień trochę do tyłu – czyli do komunistycznej Polski, w której już przed tą podróżą wpajano mi, a robili to antysystemowo nastawieni rodzice i dziadek, że system „centralnego planowania“ i w ogóle cały „socjalizm“ jest do bani – i jak w porównaniu lepszy jest zachodni system wolnego rynku. Już jako dziesięciolatek rozumiałem logikę, że dużo większy sens ma wolny handel, popyt konsumentów, wiążąca się z nim podaż producentów, i jako wynik tych dwóch czynników – indywidualnie przez handlowców definiowane ceny. Oczywiście, jasne było też, że istnieje wiele różnych produktów służących do jednego celu, czy to pasta do zębów, czy samochody. I że gdy ceny są niższe, oznacza to często gorszą jakość, i odwrotnie – i że jako konsument, dzięki wolnej woli, wybieram albo jedno, albo drugie.

No i potem szok „Zachodem“. A dokładniej mówiąc – pierwszym supermarketem. Nie, nie bogatą ofertą, na to byłem przygotowany – choć owszem, dziwił mnie fakt, dlaczego wspomniane pasty do zębów czy paczki z płatkami owsianymi wystawione były w kilkudziesięciu sztukach na raz (ten sam produkt!) – co za marnotrawstwo przestrzeni, i gdzie tu opiewana efektywność? Jednak kompletnym rozczarowaniem było coś innego – a mianowicie: ceny.

Nie, nie dlatego, że w przeliczeniu na nasze komunistyczne złotówki były to fantastyczne ceny. Negatywnie zaintrygowało mnie coś innego: definicja cen. Były kompletnie absurdalne, komplikujące życie i konsumenta, i sprzedającego!!! No bo jak inaczej rozumieć te wszystkie 2,99 DM, 34,95 szylingów, czy 13,98 guldenów? Czyste wariactwo, czy też sado-masochizm tych, co w sklepie definiowali ceny i przyklejali te jaskrawoczerwone czy żółte mininaklejki na każde opakowanie! Czy nie można prościej? Komu po cholerę to komplikowanie sprawy z groszami i fenigami?

No i dopiero po jakimś czasie – a może po odpowiedzi mojego taty – zrozumiałem, że to po prostu trick, o ile nie oszustwo. Że w ten sposób cena „wygląda“ na niższą, choć to tylko kilka grosików – ale że tak właśnie funkcjonuje psychologia, którą wykorzystuje sprzedający, by zachęcić kupującego, któremu wydaje się, że „5,95“ to  wyraźnie mniejszy wydatek niż „6“ – a takie właśnie ceny – okrągłe, pełne, znałem z „komunistycznej“ Polski.

Cóż, zrozumiałem, że „wolny rynek“ to nie tylko popyt, podaż, konkurencja, wolność w ustalaniu cen i jakości, ale i – wolność w manipulacji konsumenta.

Barataria 59 Zagadka wielkanocna

Ewa Maria Slaska

Wyspa wielkanocna?

Umówmy się. To prosta zagadka i każdy ją rozwiąże, wystarczy zmienić jedną małą literę na wielką i usunąć znak zapytania. Chyba więc tym razem nie będzie nagród za jej rozwiązanie. Zagadka na Boże Narodzenie była jednak znacznie trudniejsza. Zaczynamy:

To najstarszy widok “naszej zagadkowej wyspy”, namalowany w latach 1775–1776 przez Williama Hodgesa. Jednak pierwszym Europejczykiem, który postawił stopę na Rapa Nui był Holender, Jacob Roggeven. Do jej brzegów dobił 5 kwietnia 1722 roku w niedzielę wielkanocną.

William Hodges (1744 – 1797) był angielskim malarzem i grafikiem. Zajmował się malowaniem dekoracji teatralnych, gdy postanowił zmienić swoje życie i zaciągnął się jako malarz na drugą wyprawę Jamesa Cooka po Pacyfiku (1772-1775). Odwiedził wówczas “naszą zagadkową wyspę”, ale też… inne miejsca i wyspy, na przykład Antarktykę. Plonem wyprawy były liczne obrazy, szkice i rysunki. Po powrocie wyjechał raz jeszcze, tym razem do Indii. Gdy wrócił na stałe do Anglii, zajął się publikowaniem książek, które sam ilustrował. W roku 1795 porzucił malarstwo i zajął się… bankowością. Był partnerem małego banku w Dartmouth, który wkrótce zbankrutował. Wikipedia pisze, że Hodges zmarł w dzień po upadku banku w niejasnych okolicznościach i podejrzewano samobójstwo.

To mapa.

Wulkan.

A to widok panoramiczny.Tu 15 posągów. W sumie jest ich kilkaset.

I widok.


To tyle na dziś! Miłego Dyngusa!

Wielkanoc. Rytuały przejścia

Anna Dobrzyńska

DZIEŃ

A kiedy się spełni mój czas określony,

I dzień kolejny po prostu przeminie,

Wskazówki zegara się znowu spotkają,

Na znanej, zwykłej, pradawnej godzinie,

X

W jesiennym półmroku, wieczoru szarości,

Srebrny liść spadnie, kolistym swym lotem,

Na ziemię, co wkrótce do siebie go przyjmie,

I śnieżnej czapy zasnuje go złotem,

X

Odejdą w niepamięć mych dni, chwil tysiące,

Zagaszą ogień, mej świecy płomieni,

Światło się skończy, i mrok poczernieje,

Ciepły wosk w kamień, zimny się zmieni,

X

Odstąpi dzień nocy, swe jasne godziny,

Chłód na stworzenie, zimowy sen ześle,

Ucichną polany, las cisza otuli,

Zima swą mroźną, woń wokół roześle,

X

A gwiazdy na niebie, których po miliony,

Spadną z wysoka, i zimnem przeszyją,

Tak trwałe na niebie, tak kruche wśród ludzi,

Płatkami śniegu, co ziemię przykryją,

X

Trzask tafli jeziora, skrzyp śniegu pod butem,

Zadmie wiatr zimny, powietrzem swym zmrozi,

Gałęzie drzew starga, szron na nich osadzi,

Siła, potęga, żywemu wciąż grozi,

X

Z gór rzeki przeniosą, wód kroplę źródlanych,

W ocean wielki, setki mil odległy,

Z chmur nasiąkniętych, wodami spod ziemi,

W końcu deszcz spadnie, na teren rozległy,

X

I szarość się zmiesza z błękitem, zielenią,

Tak jeszcze bladą i niewybarwioną,

Z każdym dniem silniejszą, mocniejszą, barwniejszą,

Pełną odcieni, w słońcu opaloną,

X

I ziemię przebije, wiosenny pierwiosnek,

Co daje radość przez samo istnienie,

Tak ładny i skromny, tak biały i czysty,

Żyjący swym pięknem, na słońca skinienie,

X

A zza oceanu, i zza wielkiej wody,

Ptaki powrócą, do domu, do siebie,

I z słońca promieniem, lot cichy skrzyżują,

W blasku jasności, jaśnienia na niebie,

X

…I pójdę w tę jasność, w bieli, czystości,

…Z Miłością mą całą, po bezkres wieczności.

 

Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 4

Andrzej Stasiuk jedzie przez Polskę. Na Wschód. W Wielką Środę wyjechał od matki i po drodze wciąż jeszcze z nią rozmawia.

Z powieści Wschód, Czarne 2014, strona 69-75

Wielka Sobota

Tomaszów. Opłotki. Wielka Sobota. Czerwone wozy straży parkują pod kościołem. Odnajduję osiemset pięćdziesiątkę i ruszam w stronę Hrubieszowa. Kiedy zaczynają mówić księża redaktorzy, wyłączam. Mówią ślisko i martwo. Zupełnie inaczej niż ci wszyscy, którzy z tych domów, z tych gminnych poczt wysyłają wdowie grosze. To tak, jakby płacili za to, że czasami mogą mówić łamiącym się głosem z głębi nocy, z otchłani swojego Wielkiego Piątku, swojej Soboty. Wypełniają czerwone przekazy i płacą za to, że ktoś ich wysłucha. Jadwiga z Lubaszowa. Stefan z Oleszyc. Znikąd. Niemi, odłożeni, odwieszeni na haczyk nicości. Płacą i mogą przemawiać z głębi swojej samotności, z głębi swojego lęku. No więc jadę i czuję w powietrzu wokół ich głosy. Gdyby nie to radio, nigdy bym ich nie usłyszał, nie usłyszałby ich nikt. De profundis. Krajobraz faluje. Łagodne grzbiety wzgórz toczą się na wschód ku granicy. Jasnozielone i brunatne na przemian, podzielone geometrią miedz. Spłachetki. To zniknie, gdy ostatni starzy umrą, a młodzi odejdą. Czasami widuję ich razem w tych sklepach z blachy wypełnionych trupim światłem. Dziadkowie i wnuki. Młodzi podnieceni, z gorączka w oczach. Starzy czujni, ostrożni, w ubraniach z dawnych czasów. Podążają niepewnie w ślad za młodymi, którzy poruszają się jak w hipnozie. Wnętrza są bez okien. Jak grobowce, jak prosektoria. To się pewnie tak skończy. Wszyscy tam przyjdą i dadzą się zamknąć. Potem zgaśnie nawet trupie światło i będą chodzić, będą pełzać, świecąc sobie telefonami, aż skończą się baterie. Takie myśli miałem, jadąc osiemset pięćdziesiątką na Hrubieszów. Mijałem kobiety na rowerach wiozące święconkę. Duże wiejskie kosze przykryte białymi serwetkami. Była Wielka Sobota. Przydrożne krzyże ktoś przybrał kolorowymi wstążkami. Pod jednym palił się czerwony nagrobny znicz. Ale na przekór otchłani, która otwierała się u fundamentów świata, dzień był ogromny i świetlisty. Od Wyżyny Wołyńskiej blask ciągnął jak wiatr.

Kiermasz wielkanocny w Hrubieszowie  2014. Organizatorami kiermaszu były: Hrubieszowski Dom Kultury i Gminny Ośrodek Kultury w Wołajowicach. Wzięło w nim udział około 50 wystawców, którzy oferowali tradycyjne i współczesne palmy, stroiki, pisanki i wiele innych świątecznych wyrobów.

W Hrubieszowie przy kościele ubrane na obcisło chłopaki stały wokół passata. Drzwi były pootwierane i dudnił bas. Wsłuchiwali się i coś podkręcali. Kościół stał na skarpie nad Huczwą. Ludzie szli z koszykami, ale obok, bo święcenie było chyba pod gołym niebem, koło dzwonnicy, więc przy Grobie Pańskim pustawo. Właściwie same stare kobiety, czyli jak w życiu. Bo przecież po wsiach przy nieboszczyku też czuwały babki i ciotki, paląc świece i szepcząc modlitwy. Tak było i tu. W chłodzie, w pólzmroku, w ciszy. Grób był prosty. Tylko zwłoki i kwiaty. Na ścianie powyżej rozpięli malowidło. Biblijna scena z pustynią, głazami i grobowcem, do którego zmierzał ciemnowłosy lud w białych szatach. Tak się to miało zacząć – w odległej ziemi, bez naszego udziału. Przyszło z dawna i z daleka. Nad Huczwę i teraz tu płaczą. Że go zabili. A sami to nic. Czekali na gotowe. Naiwni i niewinni po wieki wieków. Tylko chwilę przysiadam i zaraz dalej. Szukam siedemdziesiątki czwórki. Po drodze mijam cerkiew wśród wysokich drzew. Blaknie, rudzieje. Miasto zaraz się kończy, parteruje, tralki, balustradki, usiłowania. Wyjeżdżam, skręcam na Orlen, żeby wziąć podwójne espresso w kartonowym kubku. Piję łapczywie i prawie się parzę, bo chcę w tym najciemniejszym dniu świata mieć jasny umysł. Żeby to wszystko, co widzę i słyszę, wchodziło głębiej. Żeby przeszywało na wylot. Ponieważ nic innego nie możemy zrobić. Po prawej zaczyna się niski, zielony wygon ze stadami gęsi. Wszystko się zgadza. Husynne. Bug rozlewa się niebiesko i szkliście. Rzeka dzieciństwa jak żyła w ciele. Może pierwsza rzeka, jaką widziałem z życiu. Bo przecież jak mieszkaliśmy na Grochowie, to wcale nie musiałem widzieć Wisły. Pakowałaś mnie w becik i hajda na wschód. Tymi ciężarówkami z żelazną drabinką, którymi chłoporobotnicy wracali z pracy. I my między nimi. Ja w beciku, ty w płaszczyku z tym futerkowyrn kołnierzem i w chustce na głowie. Na wschód. Żebym jak Anteusz mógł dotknąć tamtych ziem. Samochodem Lublin, samochodem Star na drewnianej ławie. Wydaje mi się, że do dziś pamiętam zapach tamtych ciał, ubrań i spalin. Tytoń, piwo i benzyna. I teraz ilekroć widzę Bug, to cofam się w czasie. Odzyskuję siły. Myślę, że mógłbym to wszystko, co się wydarzyło, zapamiętać od nowa, jeszcze mocniej. Może byłem ślepy jak kocię i gdy otworzyłem pierwszy raz oczy, to on tam płynął. Wyglądałern z becika. Pięć minut od drewnianej chałupy. Przez piaskową górę i już zaczynała się sucha równina, gdzie kilka lat później znajdowałem skamieniałe pioruny. Ale teraz znajduję skrót do osiemset szesnastki i zaraz zaczyna się Horodło. Przed niskim domem z cementowej cegły wiszą dwa strażackie mundury. Schną na słońcu i wietrze. Piach podwórka jest niemal biały. Wokół nie ma nikogo i tylko te czarno-seledynowe, fosforyzujące uniformy łopocą niepokojące w bezludnym krajobrazie. Po prawej znowu zjawia się rzeka. On tego dnia schodzi do piekieł, ale w Horodle z jakiegoś powodu nie mogę odnaleźć kościoła, więc jadę dalej na północ i dopiero w Dubience trafiam na świątynię. Biała, skromna, barok, neobarok stoi trochę na uboczu.
W środku pachnie wilgocią i wschodnim opuszczeniem. Na chórze łuszczą się organy niczym porzucona dziecinna zabawka. Pusto. Trzy osoby. Dwóch strażaków w takich mundurach jak tamte schnące. Trzymają straż u grobu, ale jakoś tak dziwnie. Zapewne z szacunku stoją twarzamí do grobowej wnęki i tyłem do reszty świata, więc jako warta są raczej do niczego. I znowu stara kobieta z różańcem. Paciorki powoli wysypują się z jej dłoni. I cicho rzeczywiście jak po śmierci, ale z okien leje się piękna jasność. Cała trójka wyglądała jak obraz. Przycupnąłem z dala, by nie burzyć kompozycji. W końcu byłem tylko przejazdem. Brązowy papier do pakowania udawał skały, ale białe kwiaty w doniczkach wyglądały na prawdziwe. I jeszcze tylko zwłoki i nic więcej. Moze tak powinien się objawiać ze swoim życiem albo śmiercią. W ciszy, w samotności, w pustce. A nie bekliwym tłumom, które jak już się zbiorą, to w końcu zaczną wołać to swoje „Ukrzyżuj!” Obojętnie kogo. Tak jak w tym radiu. Gdy mówią ci z głębi swojej samotności, nigdy nie mówią „my”. Dzwonią z ciemności swojego losu, zza horyzontu dzwonią. Spod ziemi i z czterech ścian. Nigdy nie mówią „my”. Potem odzywa się szef ze swoją mendowatą mową, z tym kleistym językiem, który ledwo się obraca, ledwo brnie, lecz kala wszystko, czego dotknie. Są tylko „oni” i „my”. I ani żywej duszy. Jakby żaden Bóg się nie wcielił w człowieka, tylko miał zjawiać się na zawołanie, by pognębić „onych” oraz „mych” wywyższyć. Bug wyciąga swoje zielone ramię wzdłuż szarej szosy, wskroś tego parterowego kraju złaknionego pociechy, a ja wysluchuję na ukaefie diablej, nienawistnej gadki, która przemawia w imię religii, głoszącej, że „na początku było Słowo”. Ukaef to wszystko znosi jak papier i jeszcze pewnie ze swoją ukaefią obojętnością rozpyla trutkę nad Ukrainą i Białorusią. Panie, wiem, że jesteś zajęty, że nie masz Czasu, że dziś odwiedzasz piekło, ale uważam, że powinieneś rozpędzić mój naród na cztery wiatry. Powinieneś przepędzić go od siebie jak tych przekupniów ze świątyni. Na jakąś pustynię ich wygnać, żeby się tułali jak Żydzi. Żeby im się nie wydawało, że mają do Ciebie jakiś grupowy dostęp, że ich będziesz zbiorowo rozpatrywał i liczył im te wszystkie plemienne zasługi, które sobie wyobrażają, zapisują i potem w nie wierzą. Że to są zasługi przed Tobą. Panie, ja bym ich na Twoim miejscu rozgonił po całym świecie na tysiąclecia jak naród Izraela i dopiero by się okazało, ile są warci, jakby nie mieli tego swojego Mazowsza, Kieleckiego, Grunwaldu, tych wszystkich listopadów, styczniów i wrześniów dymiących spalonym mięsem, toby się okazało. Jakby nic nie mieli. Jakby nie mieli żadnego Ruska, Niemca ani Żyda na usprawiedliwienie, ani tego swojego papieża by nie mieli na pogański kult, tylko na sto kilometrów piasek, toby bylo wiadomo, czy oni wierzą, czy tylko robią narodowy interes. Piasek i wieczność. Tak bym zrobił. W kosmos. I Częstochwę na ich oczach bym im rozpirzył jak Jerycho, jak stragany jerozolimskich gołębiarzy. Żeby, gdy już popędzisz kota temu mojemu narodowi wybranemu, mogli przyjść do Ciebie niewidomi i chromi i żeby nie musieli z tych wiejskich poczt z żółtą trąbką wysyłać czerwonych przekazów z ostatnim groszem dla zbójeckich jaskiń w eterze. Tak sobie myślę już za Dubienką, gdy przecinam dwunastkęz która po tamtej stronie granicy zamienia się w M07 i ciągnie aż do Kijowa. Tak sobie myślę i wyobrażam jak włącza te swoje chińskie albo tajwańskie radyjka ze srebrnego plastiku, który udaje aluminium. Jak nasłuchuje pociechy, Szu-szu-szu od jednego do drugiego. Ale z pudełek dobiega tylko zgiełk i sączą się fałszywe świadectwa. Więc ona szu-szu-szu to tu, to tam, szukając szczelin w tym bełkocie. Pobrzękuje garnczkami, rondelkami. Opatula się, bo z głębi świata ciągnie chłód. Siedzę obok, ale jesteśmy samotni. Mówię: mamo, nie słuchaj tego wszystkiego. Ale sam nie potrafię powiedzieć jej niczego na pocieszenie. Tylko wciąż przypominam sobie te chwile przedpokoju, gdy przed wyjściem do kościoła sprawdzała, jak wyglądam. I zimny dotyk palca z kroplą tanich perfum. Lecz teraz nie potrafię po prostu powiedzieć: nie bój się, wszystko będzie dobrze. Bo jesteśmy samotni, gdy On jest w piekle. I zostawił nas na pastwę ukaefu. Ją, mnie, każdego. W ciemnościach Wielkiej Soboty na wieki.

Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 3

Andrzej Stasiuk

Wielki Piątek

Tylko kościoły są otwarte. Żółte światło wychodzi przez uchylone drzwi i gaśnie za progiem. Czuwają u zwłok Żyda zabitego przez naród niewierny. Od wieków przychodzą o tej porze i obłędnie lamentują i oskarżają. Nic nie rozumieją. Ani księża, ani stare kobiety. Zamiast oskarżać, powinni dziękować, że ktoś to zrobił za nich. Że ktoś Go zabił za nich. Inaczej sami by przecież musieli, żeby „się wykonało”. Księża w sutannach, biskupi na złoto i z pastorałami, baby wiejskie, lud pobożny, który cały dzień dzisiaj na klęczkach sunął po zimnych posadzkach, by całować rany z gipsu, by rozpamiętywać, sycić żałość, karmić nienawiść, oni wszyscy w tych ciemnych sukienkach, w chustkach, z torebkami, z książeczkami, w których wszystko czarno na białym zapisano, ze zmiętymi bejsbolówkami w garściach, w dzinsach, z ciut zakrytymi pępkami, na chybotliwych obcasach, w zielonkawych garniturach, w skórach czarnych, rozścielający chusteczkę, żeby żeby przyklęknąć w naftalinie, w perfumach, w niewinności, oni wszyscy musieliby dzisiaj wołać do schrypnięcia: „Ukrzyżuj Go! Ukrzyżuj!” Ale im się udało. Żydzi zrobili za nich wszystko. Od początku do samego końca. A ci stali z rozdziawionymi gębami i nic nie mogli pojąć. Nie mogli pojąć, że ktoś ich wyręczył, bo byli zbyt tchórzliwi, zbyt obłudni, zbyt dziecinni, by zrobić sobie prawdziwego Boga. Przyszli na gotowe i potem już nigdy nie mogli im tego wybaczyć. Tak rozmyślałem, wpatrując się w czerwone światła wyprzedzających mnie aut. Każdy ma taką drogę krzyżową, na jaką zasłużył. Numer 865 na przykład. Płazów, Narol, Kadłubiska. Wielki Piątek. Powinienem skręcić do Bełżca. Gdy palono tam ciała na wolnym powietrzu, na rusztach z szyn kolejowych we wsi na szybach osiadał tłuszcz. Ale zapadła noc, więc co? Stałbym przed czarną żelazną bramą i patrzył w ciemność. Stałbym i nasłuchiwał pociągów. Wąchał powietrze. Więc jednak skręcam w lewo, na siedemnastkę. I zaraz jest Tomaszów. Na stacji Shella przed myjnią stoi sznurek aut. Chłopaki przekomarzają się z dziewczynami. Zaczyna się weekend. Jadę przez mój kraj, wypatrując kościołów, wypatrując znaków. Myślę o niej, o matce, o tym, jak szuka w radiu swojej mszy. Sama w pustym pokoju. Kręci gałką i oddziela niepotrzebne dźwięki, usuwa zgiełk i w końcu odnajduje nabożeństwo. Tak jest od lat. Dawno temu w niedzielny poranek obracała mnie przed lustrem w przedpokoju. Wystrojonego, wyprasowanego, nadąsanego. Czułem lodowaty dotyk palca z kroplą wody kwiatowej. Do kieszeni dostawałem złożoną na cztery albo osiem chusteczkę. Była sztywna i twarda od żelazka. Jak cienka deszczułka. Szło się z pół godziny. Asfaltową ulicą w cieniu starych drzew. Rodziny trzymały się razem. Potem dziciarnia odpryskiwała i zbijała się w oddzielne ruchliwe stadka. Kosciół stał na piaszczystym wzgórzu. Wchodziło się po szerokich cementowych schodach. Skromny, smukły neogotyk. Do środka mogło wejść ze sto osób. Można było poczuć, że jest się naprawdę wybranym, ale ja po prostu umierałem z nudów. A teraz chcę, by tamto powróciło, lecz wiem, że nadaremnie. Podglądam żółtawe światło pełznące z kościelnych drzwi. Wśród czarnej nocy Lubelszczyzny, czarnej nocy Wschodu z Bełżcem gdzieś na samym jej dnie, w podziemiach ciemności. Ale nie skręcam, tylko idę pomiędzy swoich, patrzeć, jak ładują do wózków, jak myją auta, jak kupują piwo w rozświetlonych pawilonach Shella, BP i Statoila. Zmieniam stacje, nasłuchując głosów ojczyzny. Całkiem jak ona w swoim pokoju. I też nastawiam Radio Maryja. Mam zaprogramowane na stałe. Wystarczy nacisnąć. Najlepiej się słucha przy bocznych drogach, tych wszystkich osiemset coś, pięćset coś, czterysta, trzysta. Jesienią i wiosną, gdy na drzewach nie ma liści. Wtedy dobrze widać domy i podwórka. Widać zakamarki. Widać to ściszone życie drugiego planu. Zaułki ludzkich dni. Schludną biedę z plastikowymi, udającymi mosiądz lampami nad wejściem. Wszystko przycięte, ułożone i wykorzystane. To tu, to tam, lalczynej wielkości. Dopilnowane resztką sił. Albo wypięte po nowemu, z tą smętną ostentacją zacierającą ślady dawnych dni. Do niczego niepodobne nowości nad nowościami. Minione pomieszane z jeszcze nienadeszłym. Druciana siatka, kury i wybetonowane grillowiska z głazów plus klinkierowy komin. Więc łapię ten Toruń i wjeżdżam głębiej w ojczyznę. Czterdzieści na godzinę i patrzę, skąd dzwonią. Stąd. Spod niskiego nieba. Zza płaskiego horyzontu dzwonią. Dzwonią z Wielkiego Piątku, gdy muszą opłakiwać Żyda z gipsu, z plastiku, a przecież powinni jakiegoś porządnego Boga, polskiego, z krwi i kości, z naszego mięsa. Z tej samotności lechickiej dzwonią. Z tego opuszczenia. Z czeluści świata. Gdy tylko zaczyna się normalny kraj, trzycyfrowe drogi, to od razu ich włączam. Słucham człowieczych głosów. Że mają wersalkę do oddania. Niezbyt używaną, w dobrym stanie. Że są elektrykami i mogą za darmo w czymś pomóc w tej dziedzinie. Gniazdko naprawić, zajrzeć, jak gdzieś iskrzy. Że jak ktoś coś potrzebuje przewieźć, to jest furgonetka do dyspozycji popołudniami, tylko za paliwo, a jak nie, to też się obejdzie. Podaję telefon. Albo że mąż umarł, dzieci dawno odeszły, została tylko najmłodsza, ale ona bez wózka to się w ogóle nie rusza. Tylko z kuchni do pokoju, do okna z widokiem przez firankę i kwiaty, ale nie dalej, bo nie ma kto pomóc, żeby wynieść przez próg i po trzech schodkach, więc słońce przez szybę, przez okno. No to ktoś, że może przyjść raz, dwa w tygodniu i pomóc, podaję telefon. Albo że któregoś dnia przychodzi Matka Boska, zjawia się całkiem naprawdę i wtedy życie się odmienia, powracają siły i opada z ramion ciężar dni. Panie, dopomóż mojemu mężowi w zmaganiach z nałogiem. A mojej żonie dopomóż, by tak nie cierpiała w chorobie. Tego słucham. Wśród zagród uprzątniętych od drogi i zagraconych „a nuż się przyda” po zakamarkach. Niektóre podwórka zarasta trawa i widać już tylko jedną ścieżkę wydeptaną do furtki. Czasami w szybie bieleje nieruchoma twarz. Koty na parapetach wyczekują porannego słońca. Tomaszów. Opłotki.

Ciąg dalszy w Wielką Sobotę

Grób Pański w Biłgoraju

Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 2

Andrzej Stasiuk jedzie przez Polskę. Na Wschód. Wczoraj wyjechał od matki i po drodze wciąż jeszcze z nią rozmawia.

Wielki Czwartek

Z powieści Wschód, Czarne 2014, od strony 60

Rzeka rozlewa się spokojnie, szeroko i dziko. Srebrna i świetlista toczy się z głębi ziem, z głębi tego kraju porażonego neurozą, przeżartego histerią. Dlatego staję tu niemal zawsze, żeby popatrzeć na jej melancholijny majestat, na jej spokój, na jej przedwieczność, na jej obojętność. Wyobrażam sobie, że płynie z otchłani najdawniejszego, że przez ułamek, przez okruch czasu przetacza się tą krainą, a potem znika w oddali, w czasach, gdy już nas tutaj nie będzie. Ale nie potrafimy się od niej niczego nauczyć. Patrzymy na jej królewski spokój jak cielę na malowane wrota, jak sroka w gnat, jak szpak w pizdę i nie dociera do nas, że dostaliśmy jedynie wiórek, strużynę wieczności. Tak sobie myślę, dopóki jakiś facet nie podjedzie polonezem z przyczepką, żeby nakopać piachu, wędkarz na rowerze albo para młodych romantyków w starym golfiaku przerobionym na gaz. Wtedy ruszam dalej, w głąb kraju. Droga wciąż lgnie do rzeki. W Puławach można nowym, opustoszałym mostem przeprawić się na drugą stronę i potem przez Zwoleń i Lipsko, ale wolę trzymać się Pradoliny. Trzeba tylko minąć Kazimierz, zostawić go jak najszybciej za sobą, przejechać Opole Lubelskie i znów po prawej zjawia się rzeka. I nawet gdy jej nie widać, to i tak stojące nad nią powietrze ma inną barwę, jest cięższe i czuć mulistorybią woń sprzed tysiącleci. Szosa chwilami biegnie wypiętrzeniem i wtedy widać, jak drugi brzeg smuży się fioletowo aż po widnokrąg. Potem droga opada i wsie wciskają się między nurt a stromiznę. Niskie łąki, fasola i groch pną się po tyczkach, wielkie topole, zastoiska, butwiejące łodzie w zaroślach. jak wtedy, jak czterdzieści lat temu nad inną rzeka, we wsi na piaskach, z rybackimi kłoniami schnącymi pod okapami słomianych dachów. Ciasno plecione oczka pachniały rybą. Dotykałem ich i wydawało mi się, że lekko się kleją, ale to nie była prawda. Po prostu pamiętałem zimne, kleiste ciała płoci o czerwonych skrzelach, które leżały na kuchennym stole i czekały, aż kobiety je oskrobią i podłoga letniej kuchni pokryje się srebrzystymi płatkami lusek. Tak było. A ty mi każesz jeździć na Zachód. Jakbyś chciała mnie uwolnić od mojego własnego losu. Tak jak chcieliście się uwolnić wy wszyscy z tamtych czasów, z tamtych wiosek, z tych letnich kuchni pełnych much, łusek i rybich wnętrzności, na które cierpliwie czekały koty. Tak mówię do niej, gdy jadę przez ten kraj niewolników. Zaraz będzie Annopol i skręcę na most, żeby zobaczyć biel piaszczystych ławic, zielone brzegi i lustro wód odbijające obłoki. Tak. Wiem, że chcesz dobrze, ale ja nie mam zamiaru umykać własnemu losowi. Nie czuję pokusy, by stać się kimś innym. Wiesz, tutaj wszyscy cierpią niewolę. Wydaje im się, że są uwięzieni we własnym przeznaczeniu. Szarpią się jak zwierzyna we wnykach. Lis podobno potrafi odgryźć sobie łapę, by się uwolnić. Z nami jest tak samo. Za mostem zaraz lewo. Maruszów, Linów, Piotrowice. Wszyscy stąd umkną. Z tych wiosek, z tych miasteczek. Zostawią eternit, blachodachówkę, nietynkowaną i tynkowaną cegłę, sajding, udręczone przycinaniem krzewy i drzewa, zostawią przeszłość, pejzaż i się wymkną. Starsi w śmierć, inni do Kielc, do Warszawy, ponieważ miasto żywi się tanim mięsem. Umkną w przyszłość, która też jest mięsożerna. Jak za twojej młodości. Wędrówka ludu. Odejść ze swojej wsi, odejść ze swojego miasteczka, wyrwać się przeznaczeniu. Zostać kimś innym. Pustynia bez Mojżesza. Bez ziemi obiecanej. Widnokrąg daleki, jasny i zimny jak światło LCD. Lucyferyczny blask nad horyzontem. Zawichost. Za Winiarami długi prosty podjazd i potem widok z wysoka na wschód, na rzekę w oddali. Mógłbym tak jechać i jechać. Zmieniać płyty. Zmieniać stacje radiowe. Patrzeć, jak się rozstępuje pejzaż. Coraz głębiej w ten kraj. W jego wnętrzości. W głąb jego samotności. Teraz, gdy zaczyna się wiosna i nie ma jeszcze liści na drzewach, i to wszystko wokół jest takie nagie, takie bezbronne i takie smutne. Zanim zacznie się maj, zanim przyoblecze miłosiernie tę ziemię. Schnie błoto i czuć dym ognisk. Czuć woń gnoju ciągnącą ciepłymi powiewami znad pól. Ten dym i ten gnój wchodzą opłotkami do miast. Jak zdradziecka mgła. Na wyczyszczone, na wypolerowane, na wymyte, na wyperfumione. Jak rosa trująca się skrapla na nowym, mieniącym się niczym złota zaćma. Dlatego bydlęta będą zabite. Odprowadzone do mięsnych fabryk, skąd nie wydostaje się ani jęk, ani smród. I ugorów też nie będzie, żeby nie palić starych traw. Zamiast nich bez końca będzie rosła strzyżona i zielona. Ponieważ jesteśmy niewolnikami i żeby się uwolnić, przegryziemy własną kość niczym schwytany lis. Potem jest skrzyżowanie i zazwyczaj skręcam w lewo, droga opada, a po prawej wznosi się sandomierska skarpa z całym tym dostojeństwem i chlubą stuleci, ale teraz jadę w lewo, na wielki plac targowy, i parkuję pod płaskim barakiem z blachy. Nie mogę się oprzeć i wchodzę, ponieważ lubię patrzeć, jak moi bracia i siostry kupują. Wchodzę do tych blaszanych bud wypełnionych badziewiem i paździerzem i błądzę pośród fantomów, pośród odbić i mamień. Zaraz się gubię, bo wszystko jest podobne, nieoczywiste i pełne tego półciemnego blasku, tej oszukańczej poświaty, w której nie sposób dostrzec prawdziwych kształtów i kolorów rzeczy. Ale jestem dzielny i nie przepuszczam żadnej „galerii”, żadnemu „centrum”, jak tylko jest przy drodze, to skręcam i parkuję. Bo nie mogę oderwać od nich oczu. Od tego, jak chodzą i dotykają, jak wciągają zapach kleju, impregnatów i sztucznego kauczuku. Suną w tej światłości wiekuistej jak śnięte ryby i ja z nimi, wpatrzony, samotny i smutny. Dziecko niedoboru i reglamentacji. Syn świata antykonsumpcji. Żyliśmy jak mnisi i to było dobre. Ale teraz lubię patrzeć, jak wyklęty lud ziemi wreszcie powstaje i sięga po to, co mu się należy. Skradam się i podsłuchuję, gdy się naradzają. Mają poważne miny. Nie uśmiechają się, jakby ich to w ogóle nie cieszyło. Pchają wózki, z których się wysypuje. Zaraz będą święta. Wypada na podłogę. Zapakowane się błyszczy. Żyliśmy jak w klasztorze, pamiętasz? Święta. Zapach rumowy, zapach waniliowy. W szklanych buteleczkach przypominających fiolki z lekarstwami. Zapachy. Wypełniały dom, w którym było niewiele ponadto. Byty ledwo materialne. Ciepłe powietrze rozchodzące się z kuchni. Aura. Chłód pościeli w nieogrzanych pokojach. Światło poranka na prostych sprzętach. Tak było. Teraz też jest Wielki Tydzień i jadę przez kraj: Bircza, Przemyśl, Jarosław. Gdzieś koło Oleszyc zapada zielonkawy zmierzch. Kropi deszcz. Ciechanów. Otwieram okno, żeby poczuć ciepłe, wilgotne powietrze. Wszystko już pozamykane. I domy, i sklepy. Tylko w półcieniach, w zakamarkach, na ławkach siedzi kawalerka. Na przystankach pod daszkami po pięciu, po siedmiu w objęciach wczesnej nocy. Z piwem, z colą, z chipsami. Jak stadka ptaków, aby blisko siebie, jak wróblęta w pstrokatych trykotażach, w bejsbolówkach, w białych jak z kredy butach w tej ciemności. Królowie podkarpacko-lubelskiej nocy.

Ciąg dalszy w Wielki Piątek