Szopa w salonie 23

Łukasz Szopa

Rozczarowanie wolnym rynkiem

Moje pierwsze mocne rozczarowanie „wolnym rynkiem“ nie było spowodowane kryzysem finansowym 2007-2008. Ani też jedną z chwil, gdy jako „wolny ciułacz“ musiałem stwierdzić, że dochody nie zawsze starczają by pokryć wydatki na mieszkanie, jedzenie i takie tam. Powodem czy „otwarciem oczu“ nie były też żadne dyskusje z lewicowymi aktywistami na Kreuzbergu czy Christianii, ani studia ekonomii.

Moje pierwsze rozczarowanie tą ideą miało miejsce… w pierwszym czy drugim dniu pierwszej podróży na „Zachód“, latem 1985 roku. Ale przewińmy taśmę wspomnień trochę do tyłu – czyli do komunistycznej Polski, w której już przed tą podróżą wpajano mi, a robili to antysystemowo nastawieni rodzice i dziadek, że system „centralnego planowania“ i w ogóle cały „socjalizm“ jest do bani – i jak w porównaniu lepszy jest zachodni system wolnego rynku. Już jako dziesięciolatek rozumiałem logikę, że dużo większy sens ma wolny handel, popyt konsumentów, wiążąca się z nim podaż producentów, i jako wynik tych dwóch czynników – indywidualnie przez handlowców definiowane ceny. Oczywiście, jasne było też, że istnieje wiele różnych produktów służących do jednego celu, czy to pasta do zębów, czy samochody. I że gdy ceny są niższe, oznacza to często gorszą jakość, i odwrotnie – i że jako konsument, dzięki wolnej woli, wybieram albo jedno, albo drugie.

No i potem szok „Zachodem“. A dokładniej mówiąc – pierwszym supermarketem. Nie, nie bogatą ofertą, na to byłem przygotowany – choć owszem, dziwił mnie fakt, dlaczego wspomniane pasty do zębów czy paczki z płatkami owsianymi wystawione były w kilkudziesięciu sztukach na raz (ten sam produkt!) – co za marnotrawstwo przestrzeni, i gdzie tu opiewana efektywność? Jednak kompletnym rozczarowaniem było coś innego – a mianowicie: ceny.

Nie, nie dlatego, że w przeliczeniu na nasze komunistyczne złotówki były to fantastyczne ceny. Negatywnie zaintrygowało mnie coś innego: definicja cen. Były kompletnie absurdalne, komplikujące życie i konsumenta, i sprzedającego!!! No bo jak inaczej rozumieć te wszystkie 2,99 DM, 34,95 szylingów, czy 13,98 guldenów? Czyste wariactwo, czy też sado-masochizm tych, co w sklepie definiowali ceny i przyklejali te jaskrawoczerwone czy żółte mininaklejki na każde opakowanie! Czy nie można prościej? Komu po cholerę to komplikowanie sprawy z groszami i fenigami?

No i dopiero po jakimś czasie – a może po odpowiedzi mojego taty – zrozumiałem, że to po prostu trick, o ile nie oszustwo. Że w ten sposób cena „wygląda“ na niższą, choć to tylko kilka grosików – ale że tak właśnie funkcjonuje psychologia, którą wykorzystuje sprzedający, by zachęcić kupującego, któremu wydaje się, że „5,95“ to  wyraźnie mniejszy wydatek niż „6“ – a takie właśnie ceny okrągłe, pełne, znałem z „komunistycznej“ Polski.

Cóż, zrozumiałem, że „wolny rynek“ to nie tylko popyt, podaż, konkurencja, wolność w ustalaniu cen i jakości, ale i – wolność w manipulacji konsumenta.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.