Reblog (bo nie dało się inaczej): sukienka

Nie dało się inaczej, bo o sukience swojej mamy opowiedziała mi Helena Klitenik, ale jak ją poprosiłam o tekst, to powiedziała mi, że sukienka jest w Muzeum Polin i że mogę tam o niej przeczytać. Helena mieszka w Warszawie i bywa… Bywa w wielu miejscach, na wykładach, w teatrach, w kinie, Helena czyta, słucha, ogląda… Namawiam ją, żeby raz na miesiąc pisała dla nas o nowościach kulturalnych w Polsce czy w Warszawie. Wczoraj przyszedł mail:

Ewa,
pamiętam o Twojej prośbie. Odezwę się po 3 maja.
28 kwietnia będę w Teatrze Na Woli na “Historii Jakuba” Słobodzianka, a 3 maja w Teatrze Nowym na “Francuzach” w reż.Warlikowskiego.
Pozdrawiam.
Helena
P.S.
Mnóstwo pracuję na działce. Przyniosłam na balkon niezapominajki. Na działce już kwitnie miodunka, bratki, trochę tulipanów, niezapominajki, dużo żółtych kwiatów, których nazwa uciekła mi z głowy, niedługo zacznie kwitnąć pełnik europejski. Wzeszła rukola, koperek, rzodkiewka a zeszłoroczny jarmuż odbił świeżymi liśćmi.


Reblog:

Opracowanie i zdjęcie Przemysław Jaczewski, opowieść o sukience: Helena Klitenik

Sukienka Grani Klitenik: Historia Zagłady zapisana w przedmiotach

Grania Klitenik, z domu Juziuk, mieszkała z mężem i małym dzieckiem w Telechanach, niedaleko Pińska (obecnie w granicach Białorusi). Kiedy w czerwcu 1941 roku wybuchła wojna niemiecko-radziecka, zdecydowali natychmiast, że muszą uciekać na Wschód. Klitenik był komunistą, a spodziewano się, że Niemcy aresztują komunistów w pierwszej kolejności. Rodzina zabrała tylko najpotrzebniejsze przedmioty.

W czasie ucieczki rozstali się. Mężczyzna cofnął się do Telechan po swego ojca. Ten jednak zbagatelizował niebezpieczeństwo i zdecydował się pozostać. Uznał, że osobom niezaangażowanym politycznie nic nie grozi. W tym czasie Grani przydarzyła się straszna rzecz – ktoś zabrał jej dziecko, kiedy spała. Nie wiemy jak, ale mężowi udało się później je odnaleźć. Oddał je w Homlu do całodniowego żłobka. Sam wstąpił do armii.

Samotna Grania znalazła się po wschodniej stronie Wołgi. Była krawcową od 17 roku życia, więc udało jej się dostać pracę. Ponieważ z Telechan uciekła latem i bez jakichkolwiek ciepłych ubrań, musiała zdobyć jakieś okrycie na jesień i zimę. Z 50 skrawków szyneli wojskowych uszyła sobie sukienkę. Używała jej przez całą wojnę. Miała ją ze sobą również wtedy, gdy po odnalezieniu męża, przyjechali w 1946 roku do Polski.

Cała rodzina Grani i jej męża z Telechan zginęła, zabita w masowym mordzie ludności żydowskiej jeszcze w sierpniu 1941 roku.

Grania całe życie ich wspomniała – dziadków, mamę, zmarłego wcześnie ojca i siostrę. Siostra wyszła wcześniej niż ona za mąż, urodziła troje dzieci, które Grania bardzo kochała.

Klitenikowie nigdy nie dowiedzieli się, mimo usilnych poszukiwań, co stało się z ich dzieckiem. Żłobek homelski podczas bombardowań przenosił się z mijesca na miejsce, po synku wszelki ślad zaginął.

Reblog: 75 rocznica powstania Getcie Warszawskim

Wszyscy to już wiemy, wszscy czytaliśmy, ale mimo to – nie mogę na blogu pominąć tego listu…
Gorzki list do prezydenta Dudy przed rocznicą wybuchu powstania w getcie. Prof. Szlajfer odmawia udziału w obchodach

Szanowny Panie Prezydencie,

Przed kilku dniami otrzymałem Pańskie imienne zaproszenie do udziału w oficjalnych uroczystościach 75. rocznicy wybuchu Powstania w Getcie Warszawskim. Z przykrością informuję, że Pańskiego zaproszenia nie mogę przyjąć. Piszę „z przykrością”, albowiem w innych okolicznościach udział Prezydenta RP w tej uroczystości byłby godnym uczczeniem pamięci żydowskich bohaterów, którzy choć osamotnieni, a jednocześnie świadomi, że ich walka jest częścią wspólnego oporu przeciwko niemieckiej machinie zagłady, podjęli bój z oddziałami generała SS Jürgena Stroopa.

Nie wnikając w tym miejscu szerzej w przyczyny, działalność obozu politycznego z którym jest Pan związany jest sprzeczna z wartościami, o które walczyli powstańcy, a także dziesiątki tysięcy innych Żydów w oddziałach partyzanckich, miejskiej konspiracji czy w armiach antyhitlerowskiej koalicji. Ci w istocie uprzywilejowani, którzy uzyskali dostęp do broni, a choćby tylko do koktailu Mołotowa, obojętnie, syjoniści różnych odłamów, harcerze z Haszomer Hacair, bundowcy, socjaliści z Poalej Syjon czy komuniści, podjęli walkę w Warszawie, ale także w innych gettach i obozach zagłady w imię ludzkiej godności i wolnościowej tradycji. „Parchy” z różnych obozów politycznych i orientacji (czy zareagował Pan na to poruszające wyobraźnię określenie jednego z czołowych publicystów Pańskiego obozu politycznego?), szli do walki razem i razem ginęli.

Wspominam o tym, albowiem propagowane dzisiaj pisanie historii „na nowo” prowadzi m.in. do brutalnej ingerencji w historię żydowskiego oporu i powstania. Przypomnę tylko, że to przedstawicielom Pańskiego obozu udało się przeciwstawić –– manipulując nazwami ulic –bundowca Marka Edelmana, w powstaniu zastępcę Mordechaja Anielewicza, i komunistę Józefa Lewartowskiego, współorganizatora wielopartyjnego bloku oporu w warszawskim getcie już wiosną 1942 r. Zaślepieni ignoranci i doktrynerzy z Pańskiego obozu, prawdziwi bluźniercy, nie mogą, jak widać, zrozumieć, że antykomuniści – socjalista Edelman i syjonista Mordechaj Anielewicz, mogli ramię w ramię walczyć wspólnie z nielicznymi komunistami przeciwko niemieckim oddziałom. Nie usłyszałem głosu protestu z Pańskiej strony, który wsparłby apel wszystkich głównych organizacji żydowskich w Polsce w tej sprawie. Milcząc, akceptował Pan ten brutalny akt ingerencji w historię Żydów, Warszawy i Polski. Nie usłyszałem Pańskiego głosu, gdy wojewoda z Pańskiego obozu politycznego odmawiał pod idiotycznym pretekstem włączenia w dniu 19 kwietnia syren dla uczczenia pamięci młodego, zaledwie 24-letniego dowódcy powstania i jego towarzyszy. Ale również i Pan, Panie Prezydencie, dokonał w zeszłym roku swoistego cudu w trakcie wizyty w Izraelu. W swoim wystąpieniu w Centrum Dziedzictwa im. Menachema Begina w długim akapicie na temat Powstania w Getcie Warszawskim zdołał Pan nie wspomnieć nazwy organizatora i głównej siły powstania – Żydowskiej Organizacji Bojowej. To tak jakby pisać o Powstaniu Warszawskim nie wspominając nazwy Armia Krajowa.

Żydowscy powstańcy z warszawskiego getta zasługują na coś więcej, aniżeli obecność przed ich pomnikiem w dniu 19 kwietnia ludzi reprezentujących rządzący obecnie obóz polityczny.

Panie Prezydencie,

List ten przekazuję zarówno na Pańskie ręce, jak i przyjaciół oraz innych zainteresowanych osób i instytucji. Piszę o kwestiach dotyczących życia publicznego, a te, jak sądzę, powinny być publicznie debatowane.

Z wyrazami szacunku,

Henryk Szlajfer, Em. profesor ISP PAN

Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Dla przypomnienia, o Powstaniu pisali już tu Krzysztof Mika, Anna Dobrzyńska i Andrzej Rejman (również  TU).

Stuart

And time has told me not to ask for more
For someday our ocean will find its shore
So I’ll leave the ways that are making me be
What I really don’t want to be
Leave the ways that are making me love
What I really don’t want to love

Czas mnie nauczył nie pytać o więcej,
I tak któregoś dnia nadejdzie dzień
gdy nasz ocean zbliży się do brzegu
Więc opuszczam drogę, na której staję się tym,
Kim naprawdę nie chcę być,
I schodzę z drogi na której kocham rzeczy,
Których wcale nie chcę kochać

Nick Drake, Time has told me

Joanna Trümner

Be good to yourself

Po długiej rozmowie z matką Stuart poczuł się bardzo zmęczony. Nie miał już żadnych złudzeń, wiedział, że była to jedna z jego ostatnich rozmów z nią, choroba posunęła się tak daleko, że nie można było liczyć na żaden cud. Wyszedł ze szpitala z uczuciem bezradności i smutku. „Ona niedługo umrze, a ja nigdy nie byłem dobrym synem”, pomyślał, „a teraz jest już na to za późno”. W drodze do domu myślał mo czasach sprzed wyjazdu do Australii. Długi okres, kiedy matka dochodziła po zdrowia po załamaniu psychicznym. Ich wspólne wieczory, podczas których grał tylko dla niej. Przypomniał mu się wieczór, w który matka nazwała go „swoim najbardziej utalentowanym dzieckiem”. „Ona zawsze we mnie wierzyła”, pomyślał, czując wstyd na wspomnienie długich tygodni, kiedy w ogóle się do niej nie odzywał. Za każdym razem po wykręceniu jej numeru telefonu wiedział z samego tonu głosu, jak bardzo na ten telefon czekała.

Dojechał do domu, zaparkował samochód i postanowił pójść na spacer brzegiem morza. Był odpływ, szedł po twardym, wilgotnym piasku, starając się nie deptać po wyrzuconych przez morze muszlach. Zapach morza zawsze kojarzył mu się z dzieciństwem. Zastanawiał się nad sprawami, które chciał przed matką zataić. Nad bilansem swojego dotychczasowego życia. „Ona nie może się przecież dowiedzieć, że znowu jestem sam i że nigdy nie oddaliłem się od muzyki tak bardzo jak przez ostatnie miesiące. Za dwadzieścia kilka lat na pewno będę zgorzkniałym, samotnym dziwakiem, który od życia dostał świadectwo «starał się jak mógł». Jej «najzdolniejsze dziecko» znalazło się na kolejnym zakręcie”.

Próbował walczyć z ogarniającym go coraz bardziej przygnębieniem. „Może najważniejsze jest to, że w ogóle próbowałem”, pocieszał się. Zapadał zmierzch i nagle zrobiło mu się zimno. Przeniknął go przenikliwy, wilgotny chłód zimowych wieczorów w Walton, o którym zapomniał przez ponad dziesięć lat pobytu w Australii.

Przyspieszył kroku. W zapadającym zmierzchu potknął się o wyrzuconą przez morze butelkę, której przedtem nie zauważył. Wziął ją do ręki z zamiarem wyrzucenia do najbliższego kosza na śmieci. Oczyścił ją z wilgotnego piasku i z zaskoczeniem ujrzał, że w butelce znajduje się list. Przypomniało mu się, że jako chłopiec godzinami chodził z kolegami po plaży w poszukiwaniu butelek z tajemniczymi,nieraz napisanymi w obcych językach wiadomościami i innych wyrzuconych przez morze skarbów. Walcząc z zakrętką od butelki poczuł się znowu jak dziecko, które nie może doczekać się chwili, kiedy pozna tajemnicę listu. W końcu udało mu się wyciągnąć kartkę z butelki. Z zaskoczeniem przeczytał napisane dziecięcym charakterem pisma słowa: „Be good to yourself”. „Kto to mógł napisać?”, zastanowił się. Może samotny, gruby chłopak, koło którego nikt w szkole nie chciał siedzieć i który zawsze zajmował ostatnie miejsce w zawodach sportowych? A może brzydka dziewczynka w okularach, nie rozstająca się z książką, która po raz pierwszy w życiu zakochała się, oczywiście bez wzajemności? Dziecko wracające do domu z kluczem na szyi i czekające do późna w nocy na powrót rodziców. Przestraszone każdym odgłosem w domu. Przypomniał mu się jego najzdolniejszy uczeń (znowu ktoś najzdolniejszy!), czternastoletni Adam, grubas w okularach o mocnych szkłach. Wiedział, że Adam po lekcjach zostaje w szkole i daje innym uczniom korepetycje z matematyki. Wiedział, że są dzieci, które są gotowe zapłacić każdą cenę za odrobinę uznania. Ktokolwiek napisał te słowa chciał znaleźć drogę do swojej godności, do uczucia, które zaczął tracić. „Przecież to takie proste”, pomyślał, „nie mogę sibie za wszystko obwiniać, muszę przestać robić sobie wyrzuty, że znowu zostałem porzucony, że nie miałem czasu dla matki, że od miesięcy nie wziąłem gitary do ręki, tak miało być, to wieczne poczucie winy do nikąd nie prowadzi… Nie mogę przestać wierzyć w siebie. Tylko ktoś, kto lubi sam siebie może w życiu naprawdę coś osiągnąć. Rzeczywiście, powinienem być dobry dla siebie. Ten ktoś ma rację.” Wiedział, że właśnie zrozumiał coś bardzo ważnego i że nigdy nie może tej dopiero co odkrytej prawdy zapomnieć. Postanowił, że nigdy nie rozstanie się z tą butelką i ukrytym w niej na pozór prozaicznym liścikiem. „To będzie mój życiowy talizman”, pomyślał i wtedy z daleka zaczęły napływać dźwięki nowej piosenki. Wiedział już, że będzie to utwór „Be good to yourself”. Czuł, że ogarnia go spokój, dziwne, ciepłe uczucie, że wszystko, co się zdarzyło i zdarza jest częścią jakiegoś planu, za który on nie ponosi winy. Wrócił do domu, na jego widok Kate uśmiechnęła się ze zrozumieniem, zrozumiała od razu, że Stuart znalazł podczas tego spaceru spokój. „Ja potrafię w nim czytać jak w otwartej książce”, pomyślała, zastanawiając się, czy jest tak dlatego, że są rodzeństwem, jednymi z pierwszych poznanych w życiu osób, czy też dlatego, że zawsze dobrze się rozumieli i potrafią na siebie patrzeć widząc rzeczy, które dla innych pozostają tajemnicą.

Następnego dnia Kate wracała do Berlina, a Stuart zamierzał odwiedzić Williama pod adresem, który znalazł w książce telefonicznej Londynu. W drodze Kate zaskoczyła brata wiadomością, że matka nie chce być pochowana we wspólnym grobie z ojcem, chce mieć wspólny grób ze swoim drugim mężem – Natem. „Musimy to jej życzenie uszanować”, powiedziała Kate zaskakująco pozbawionym emocji głosem. „Przecież ona z ojcem spędziła większą część życia”, skomentował Stuart, który odebrał prośbę matki jak zdradę rodziny. „Ale naprawdę szczęśliwa była dopiero po jego śmierci”, powiedziała Kate. Po jej tonie Stuart zorientował się, że i ona nie potrafi tego zrozumieć. „Więc chce ojcu wystawić rachunek po śmierci?”, pomyślał przypominając sobie awantury rodziców o prowadzenie pubu, wieczne zmęczenie matki, jej załamanie psychiczne. Stuart zawiózł Kate na lotnisko i pojechał odwiedzić Williama. Bez problemu znalazł elegancki, duży dom w zachodniej części miasta. „Więc go na to stać?”, pomyślał z lekką zazdrością i przypomniał sobie swoje studenckie mieszkanie w okolicach Greenwich. „Ciekawe, co teraz robią Ian i Ann? Kim się stali od czasu, kiedy się rozstaliśmy?”, pomyślał, czekając aż ktoś otworzy drzwi. Dochodziła pierwsza, prawdobodobnie nikogo w domu nie było. „Wrócę później”, pomyślał i zdecydował się wsiąść do metra, pojechać do centrum i pochodzić po dawno nie widzianych kątach. Krótko przed piątą wrócił tam i tym razem miał szczęście, drzwi otworzył mu sam William. Na jego widok zdziwił się i przez chwilę walczył z odruchem zamknięcia drzwi.

„Czy mogę wejść i z tobą krótko porozmawiać?”, zypytał Stuart. „Kto tam?” usłyszał głos dziecka. „Twój wujek, Stuart”, odpowiedział z zakłopotaniem William. W chwilę później mały George przytulał się do Stuarta, widać było, że siostrzeniec bardzo się cieszy z tego spotkania. „Gdzie byłeś tak długo?”, zapytał chłopiec z wyrzutem. „Tam, gdzie mieszkają kangury. Nie mogłem wcześniej przyjechać”, odpowiedział Stuart i przez chwilę pomyślał o tym, że nie ma dla małego żadnego prezentu. „Następnym razem”, pomyślał. „Tata musi chwilę z wujkiem porozmawiać”, powiedział William. Stuart bał się pierwszego słowa, wiedział, jak dużo zależy od przebiegu tej rozmowy. I instynktownie wybrał słowa najwłaściwsze: „Cieszę się, że ci się życie dobrze układa i że kogoś znalazłeś. George wygląda na bardzo szczęśliwe dziecko”. Rozmowa, której tak bardzo się bał, okazała się bardzo dobra. William powiedział mu, że matka bardzo go zraniła, komentując jego nowy związek słowami: „Dziecko przecież się w takiej perwersji nie może wychowywać”. Następnie William opowiedział mu o tym, jak bardzo męczyła go ciasnota Walton, ciągłe ukrywanie swoich skłonności i fakt, że w tym małym miasteczku, w którym każdy zna każdego, nigdy nie będzie mógł być sobą. „Gdybym nie poznał Matta, wpadłbym w kompletną depresję, były chwile, że chciałem ze sobą skończyć.” Stuart w milczeniu słuchał tego wyznania i nie mógł opanować myśli, że wszystko to raz już słyszał, że jego wujek Stuart przechodził przez podobne piekło. „Nie ma chyba prawdy absolutnej, konflikt Williama z matką to też dwie prawdy. Prawda matki, skrzywdzona miłość do wnuka, miłość na której przebieg ona nagle nie ma wpływu, której rozwój zależy od dobrej woli ojca. I prawda Williama, upokorzenie, jedno z wielu upokorzeń, które przeżył i za które nikt nigdy nie poniósł konsekwencji”.

Po chwili milczenia zwrócił się do szwagra: „To chyba już nie ma znaczenia, ona umiera i jej największym życzeniem jest zobaczenie małego”. Po minie Williama odczytał od razu, że znowu udało mu się znaleźć odpowiednie słowa. W pół godziny później na siedzeniu samochodu siedział George.

Cdn.

Szopa w salonie 24

Łukasz Szopa

Delegacje anty-wolnorynkowe

Nie wiem, kto z czytelników ogląda regularnie wiadomości telewizyjne czy czyta papierowe dzienniki, i kto czynił to w latach 70 czy 80 poprzedniego wieku. To ostatnie szczególnie w Polsce, czyli centralnie planowanej gospodarce socjalistycznej. Ale może ktoś pamięta relacje z wizyt zagranicznych „głów państw“, szczególnie „zachodnich“ (zarówno wizyt, jak i samych „głów“). No więc padało wtedy regularnie – zwłaszcza podczas odwiedzin w Warszawie „głów ważniejszych“ (czyli np. gości z Republiki Federalnej Niemiec i Francji, ale i Wielkiej Brytanii, Belgii czy Austrii) – takie oto sformułowanie: „Do Polski przybył w oficjalnej wizycie premier/prezydent/kanclerz … (nazwa głowy i kraju), a wraz z nim delegacje przestawicieli przemysłowych/gospodarczych (tylko nazwa kraju, te głowy nie wymieniane), by omówić… i takie tam.“ Wtedy, oglądając filmowane delegacje, schodzące schodkami z samolotu, by dotknąć płyty warszawskiego Okęcia, wiele się nad tym sformułowaniem nie zastanawiałem, było nudne, nic nie mówiące i typowe jak większość treści telewizyjnego czy innego dziennika.

Podobnie reagowałem już „na Zachodzie“, choć relacje były tym razem w języku niemieckim, gdy relacjonowano wizyty „głów“ państw i ich delegacji biznesmenów zagranicą, czy też takich, co odwiedzali Austrię czy Niemcy. (Aha, jedyne co było wtedy różnicą, że w socjalistycznej Polsce wspominano tylko wizyty „innych u nas“ – a jakoś wcale wizyt „naszych u innych“ w towarzystwie panów „z gospodarki“…)

W każdym razie dopiero po latach, wielu latach, coś w mnie w tych niby nudnych i standardowych relacjach z delegacji zaintrygowało. A zaintrygowało mnie nie tylko w niemieckim dużo ciekawsze językowo sformułowanie „Kanzler … besuchte heute … in Begleitung österreichischer/deutscher Wirtschaftsvertreter“, jakoby tych kilku-kilkunastu szefów największych koncernów było rzeczywiście „reprezentantami“ całej gospodarki danego kraju. Dużo bardziej dziwne stało się nagle dla mnie, skąd się ci „Vertreter“ w ogóle wzięli nie tylko w odwiedzanym kraju, ale już w samolocie jako towarzysze kanclerza czy kanclerki. Pomijając już samą – pewnie bardzo ciekawą – kwestię, jak to w praktyce funkcjonuje: kto ma ten honor, powinność, szczęście być wybranym i przez kogo do „reprezentowania gospodarki“ i towarzyszenia głowom państw i ministrom w zagranicznych wizytach (a jeszcze ciekawe, kto gdzie siedzi w tym samolocie i czy panowie szefowie koncernów dorzucają się do biletu).

Najbardziej dziwne, wręcz szokujące było stwierdzenie faktu, że… mamy niby do czynienia z krajami (tymi z wizytą, niekoniecznie tymi wizytowanymi, choć i takie przypadki bywają), które nie tylko w telewizyjnych i gazetowych wiadomościach w kółko podkreślają i chwalą się „wolnorynkowym“ charakterem swojej gospodarki! No bo co, jak to tak, kurczę blade (jakby powiedział mały Mikołajek) – niby gospodarkę mamy wolnorynkową, kipiącą niezależną gospodarką od państwa i państwem niezależnym od gospodarki i na nią nie wpływającym, niby mamy konkurencję między przedsiębiorstwami – choćby w branży samochodowej czy energetycznej – a tu nagle… wszystko na opak!!! Ktoś najwyraźniej planuje te wspólne wojaże i imprezy (gospodarka planowana?…), ktoś decyduje, kto jedzie a kto nie (niezależność biznesu od państwa?…), a w dodatku – pewnie podekscytowani pozytywnie, że udało im się znaleźć miejsce w samolocie kanclerza czy kanclerki – szefowie niby konkurujących ze sobą ostro firm w najlepszej komitywie jak grupa pierwszoklasistów podąża pod opieką „pani“ na zagraniczną wycieczkę!!

Coż, można by to nazwać „miłym spędzeniem czasu“, można i „dziecinadą“, a można też – co niniejszym robię – nazwać to bezwstydnym, otwartym i publicznym (i stąd nie wiem, czy w takim razie „zakłamanym“…) lobbyzmem, nepotyzmem i w sumie korupcją. I naprawdę chciałbym wiedzieć, czy ci panowie w ogóle dokładają się jakoś do kosztów tych wojaży, czy też okazuje się, że jako niemiecki podatnik… płacę za to ja?…

Barataria 61 czyli Jeść wiśnie z możnym panem

Hrabia Christian Ernest von Benzel Sternau

Deutscher Text gleich unter dem Bild

Tak jak obiecałam, dziś tekst jednej ze sztuk pana Hrabiego: Kozioł ofiarny czyli Niedobrze jest jeść wiśnie z możnym panem.

Tu wersja po polsku         Hier Original auf Deutsch

Ewa Maria Slaska

Jak to los dziwnie plecie… wybierając sztukę do tłumaczenia zupełnie na chybił trafił, trafiłam nie chybiając na historię, gdzie jeden z bohaterów to Hrabia, a w pierwszym rozdziale rozmawiający panowie (a tak, bo to sztuka, gdzie tylko panowie grają – jeden zresztą całkiem nieobecny) mówią o położonym nad Wisłą Królestwie Sarmacji i jego pseudokrólu. Nie zajęłoby mnie to specjalnie, wszyscy wiemy, że sztuki teatralne rozgrywają się … “gdzieś” (chętnie na wyspach Baratariach), a już szczególnie interesujące jest to “gdzieś” w szekspirowskiej Opowieści zimowej (już… gdzieś o tym pisałam), która dzieje się w Czechach, a dopływa się tam statkiem. Myślałabym więc, że to “gdzieś” w sztuce Niedobrze jest jeść wiśnie z możnym panem, to właśnie taka Sarmacja gdzieś (ależ to wyraz, to “gdzieś” – jak go tu powtórzyłam kilka razy, to aż mnie zamurowało z wrażenia – przecież to nie może być naprawdę to “gdzieś”!)

Tym niemniej w scenie gdzie pojawia się Sarmacja, w rozmowie Sekretarza z Opatem, gdy już jezuicki księżulo z Anglii drogo sprzedał sekretarzowi Ministra Imperium Niemieckiego zgodę na wsparcie kandydatury… dobrze, o tym później, bo się tu zaplączemy. Na razie wystarczy, jeśli powiem, że na końcu pertraktacji Sekretarz, zresztą Czech w służbie cesarskiej, pozwala sobie na boku na maleńką kąśliwą uwagę, że teraz zapłaci szczwanemu angielskiemu jezuicie, ale on i tak na szubienicy skończy, zwłaszcza, że już go nazwisko do tego predestynuje, nazywa się wszak Strikland.

Wiadomo jak to jest. Jeśli ktoś w sztuce nazywa się Stryczkowski i mają go obwiesić, toć go przecież i obwieszą. A tu nie! Opat obiecuje skuteczne poparcie, zabiera pieniądze i znika ze sztuki na zawsze. Czyli ten jakiś Stryczkowicz wcale się na darmo alibo po nic tak nazywa. A to w porządnej sztuce nie-mo-żli-we! Niemożliwe i już. W powieści może być inaczej, w wierszu też, to jasne, tam się mogą ukazać jakieś mgły, bo to naoczny wyraz ma być stanu ducha podmiotu lirycznego. Bogdaj tam literatura. Ale w sztuce teatralnej każda rzecz, każde słowo musi być po coś! To ta dubeltówka – musi wystrzelić! Dlaczego zatem Strikland?

Nie byłabym sobą, gdybym nie dotarła do sedna rzeczy. Strikland to William Strickland, angielski duchowny, bardzo zręczny dyplomata, który był jednym z głównych architektów strategii przetrwania jezuitów w latach oficjalnej kasacji zakonu, zadysponowanej przez papieża Klemensa XIV i trwającej od roku 1773 do 1814.

Gdy to znalazłam, wiedziałam już, że pozbawione “c” nazwisko Opata to wskazówka autora do tych, którzy czytając lub wystawiając sztukę, będą ją chcieli osadzić w konkretnych realiach. A wtedy się okaże, że pod każdą z postaci sztuki – Opata, Sekretarza, Wielkiego Kanclerza czy Księcia – da się podstawić konkretne osoby, a lekka sztuczka dworska okaże się uszczypliwą satyrą na współczesną politykę.
Przy tej okazji od razu powiem, że sztuka wcale nie jest błaha, jest dobrze napisana, autor nie mówi człowiekowi wszystkiego, czyli, jak to dawniej określaliśmy – daje do myślenia. Naprawdę, dobrze wam radzę – przeczytajcie ją!

Przyznam też, że dawno żadne tłumaczenie nie sprawiło mi takiej przyjemności, jak obcowanie ze sposobem myślenia i pisania pana hrabiego Benzel-Sternau. I od czasu jak je skończyłam, chodzę sobie po świecie i myślę, że chciałabym przetłumaczyć wszystkie te sztuki (40!), a potem je rozszyfrować, opracować i wydać. Również po niemiecku, bo przecież NIKT ich już tu nie zna! Oczywiście wiem, to zadanie ponad moje siły, nie jestem przecież ani historyczką, ani literaturoznawczynią, i na niczym się nie znam. A w ogóle, kogo to interesuje i kto by mnie tu mógł wesprzeć, i czy jakieś wydawnictwo…

Czysta baratarystyka!, mówię Wam.

Na razie wróćmy jednak do Stricklanda. Wcale niełatwo go było znaleźć, ciocia Wikipedia zawiodła tu na całej linii, no ale wujek Google, jak zawsze, w końcu dogrzebał się do informacji. Znalazł je w jakichś wewnętrznych pisemkach zakonnych w Anglii, jedną na stronie, która natychmiast zawiesza działanie całego komputera! Wydaje mi się, że to nie z jezuickiej złośliwości (choć ta była znana i wysoko ceniona), lecz przez ten obrazek, niepoprawnie umieszczony na stronie przez ojca redaktora (tu jest poprawnie).

William Strickland (1731-1819), obraz namalowany przez George’a Romney’a

Już same te dwa portrety otwierają wiele tropów, którymi, o nie!, wcale nie pójdę. (Na przykład popiersie mężczyzny z dużym nosem, widoczne na obu obrazach na biurku Stricklanda. Czy to Ignacy Loyola?

Giacomo del Conte namalował ten obraz w dniu śmierci
założyciela zakonu, 31 lipca 1556 roku.)

Wracamy, wracamy do naszych baranów! Jest druga połowa XVIII wieku (w III scenie sztuki zostanie to tak właśnie zapisane). Papież Klemens XIV zawiesił działanie potężnego zakonu jezuitów, wydając w tym celu stosowną bullę, Dominus ac Redemptor.

Bulla została wydana w lipcu 1773 roku i zastosowana z wielkim zapałem we Francji, Hiszpanii i Portugalii, które miały swoje powody, żeby nienawidzić zakonu (Francja z uwagi… o nie! nie myślcie sobie, wcale się tym nie będę zajmowała! Ale jak by co, obejrzyjcie film Misja lub przeczytajcie powieść Suego Żyd Wieczny Tułacz). To co się działo we we Francji, jako żywo przypomina, że już kilkaset lat wcześniej w tym kraju zlikwidowano pewien potężny zakon, a że tym razem nie zapłonęły stosy, to tylko dlatego… (no nie, nie skusicie mnie… do baranów!)

Rok 1773. Dla Polski trudny czas, bo oto zaledwie przed półtora rokiem rozegrał się pierwszy rozbiór Polski. Dwa kraje, które tego dokonały, protestanckie Prusy i prawosławna Rosja, ignorują papiestwo i nie widzą (póki co) powodu, żeby stosować się do papieskich rozporządzeń. Z drugiej strony oba wiedzą, że zagarnęły właśnie wielkie kęsy Polski, kraju katolików i coś z tym fantem trzeba będzie zrobić. Co? Wzmocnić zakon jezuitów, przyciągnąć ich z Francji, Hiszpanii, Portugalii… Pozwolić im tu działać i rosnąć w siłę.

Również Anglia, od czasu rozwodu Henryka VIII z Katarzyną, niezależna od papistów, wspiera jezuitów i staje się centrum zarządzania zakonem. Stąd Strickland, wychowanek jezuickiej akademii w Liege, po powrocie do Anglii będzie kierował zabiegami zakonu, o utworzenie niezależnej prowincji w Rosji, co mu się uda, ale to już zupełnie inna historia.

W sztuce jednak nie ma mowy o tym, że we Francji rewolucja, wręcz przeciwnie złowrogi przybysz z Francji, zwany tu Książę lub Le Duc, został przysłany jako dyplomata przez Kardynała-Ministra. A więc rzecz rozgrywa się przed wybuchem rewolucji.

Co pozwala ustalić, że akcja sztuki toczy się pomiędzy rokiem 1773 a 1789.  Z rozmowy Stricklanda z Sekretarzem wynika, że w Sarmacji właśnie zapaść muszą jakieś decyzje. Jakie? Nieważne.  Instrument do zarządzania Sarmacją znajduje się w rękach Wielkiego kanclerza. Król się nie liczy. Taki z niego pseudokróla pseudorepubliki, komentuje złośliwie Sekretarz, zakłócający spokój chłopski tyran. “Chłopski tyran”, to nie “z chłopa król”, tylko ten, co chłopów uciska. To już wtedy, gdy hrabia Sternau pisze swoją sztukę, zdumiewający Europę fakt, że w Polsce chłopi wciąż są niewolnikami swoich panów (i będzie tak jeszcze dobre pół wieku, dopóki Rosja i Prusy nie zniosą pańszczyzny, ale tego hrabia nie może wiedzieć).

Oczywiście chodzi tu o Króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, który przy wsparciu carycy Katarzyny został osadzony na tronie polskim w roku 1764, po to, by nie utrudniał rozbiorów. I tak sobie rządził aż do ostatecznego końca Polski, bo abdykował po ostatnim rozbiorze w roku 1795 i… (o nie, nic z tych rzeczy, nie będę się tu zajmowała pobytem króla-exula w Skt. Petersburgu, ani tym, że  jego ukochaną lekturą był wtedy Upadek cesarstwa rzymskiego Gibbona, tak jakby poniewczasie chciał się czegoś nauczyć od historii, nauczycielki…) Póki co jest jeszcze królem Polski, jak pisze Sternau, “słabeuszem i katolikiem, który może być sobie katolikiem z łaski Wielkiej Kobiety”.

Dokonajmy krótkiej analizy sytuacji politycznej. W Prusach albo rządzi jeszcze Fryderyk Wielki (1712 – 1786), albo już jego bratanek i następca, Friedrich Wilhelm II (1744–1797); wielki Fryderyk zmajstrował I rozbiór Polski, drugi był odpowiedzialny za dwa następne.
W Rosji przez cały czas rządzi caryca Katarzyna (1729 – 1796), która umarła jak już dokonała ostatecznego rozbioru Polski.
W Austrii sytuacja jest bardziej skomplikowana. Zasadniczo cesarzem jest Józef II Habsburg (1741-1790), s
yn Marii Teresy, która zresztą jako regentka nadal ma wiele do powiedzenia. A sytuacja jest skomplikowana, bo Józef jest jednocześnie ostatnim cesarzem Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego (i tu oczywiście można by dalej i dalej, o wojnach Prus o dominację, o wojnie siedmioletniej, o wojnach śląskich…). Doradcą cesarza i matki regentki jest nasz Wielki Kanclerz i to on steruje politykę Prus i Austrii w kierunku rozbiorów Polski.
W Anglii, skąd przybywa Strickland, rządzi aktualnie Georg III (1738-1820) – od 25 października 1760 roku ostatni król Wielkiej Brytanii i Irlandii, a pierwszy (od 1801 roku) król Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii, ostatni elektor Rzeszy i książę oraz pierwszy król Hanoweru.
W przedrewolucyjnej Francji rządzi jeszcze Ludwik XV (do roku 1774), zięć króla Polski, Stanisława Leszczyńskiego, mąż jego córki Marii, ale może już Ludwik XVI (1754-1793) król od roku 1774 do 1791, choć po prawdzie już w roku 1789 rewolucja pozbawiła go wszelkiej władzy. Jego żoną była Maria Antonina, córka cesarzowej Austrii Marii Teresy.

I wszyscy w domu!

Wielokrotnie wspominany w sztuce Kardynał-Minister Francji to zapewne kardynał de Rohan, ten zaplątany po uszy w słynną aferę naszyjnikową, która rozegrała się w roku 1784/1785. Ponieważ w sztuce nie ma mowy o aferze, być może zawężamy tym samym jej możliwe ramy czasowe do okresu 1773-1784.

Pozostaje nam jeszcze papież, bo to on ma przyznać ów ze wszechmiar pożądany kardynalski kapelusz. Nie jest to już chyba Klemens XIV, tylko raczej Pius VI (1775 – 1799), jezuita. Jego następca Pius VII przywróci zakonowi jezuitów wszystkie prawa. Pius VI tego nie uczyni, ale sprzyja jezuitom i najwyraźniej mają oni u niego wielki mir.

To zresztą sprawy (przynajmniej pozornie) marginalne. Głównym tematem sztuki są bowiem negocjacje o kardynalski kapelusz. Stąd przypuszczenie, że nie określone bliżej niemieckie imperium, które macza łapy w sprawach polskich, to trzecia potęga rozbiorowa – katolicka Austria, a projektantem tego handlu ewidentnie pro domo sua  jest właśnie Wielki Kanclerz: Wenzel Anton Graf Kaunitz-Rietberg (1711 – 1794), ambitny i wpływowy polityk austriacki. Zgodnie z enuncjacjami autora Minister osiągnął w życiu właściwie wszystko, ale młodszy syn, oddany do stanu duchownego, przysparza mu zmartwień, wdał się w nieczyste sprawki, w co go wciągnął przysłany z Paryża dyplomata, francuski książę, okultysta i satanista. Wielki Kanclerz musi jak najszybciej zaprowadzić porządek. Odsyła syna na wygnanie do klasztoru i poprzez wciągnięcie do gry kardynała Rohana zamierza przeinterpretować satanistyczne zabawy syna i Francuza z potępionego czarnoksięstwa w młodzieńcze wybryki. Ma powstać nowa MaBeNa – Machina Bezpieczeństwa Narracyjnego. Francuski Książę i syn Kanonik to nie skazani na anatemę wyznawcy Belzebuba, nie, to nie Politycy Wyklęci. To tylko dzieci się bawią.

Uratowany od banicji syn uda się z klasztoru prosto do Rzymu po ów kupiony od Stricklanda kapelusz kardynalski.

Wszystko pięknie. Kanclerz Kaunitz miał dzieci aż siedmioro, ale wygląda na to, że żaden z synów nie był kardynałem albo choćby duchownym.


No nic, na razie więcej faktów nie wyduszę z tego jednego krótkiego zdanka w sztuce, które, złapane mocno w garść, okazało się drogą do zagmatwanej historii Polski i Europy pod koniec XVIII wieku. A wszak jedno zdanko Sekretarza to tylko było. Do kasy więc (do siebie). Stryczek go nie minie, jako ostatnie wyniesienie – w końcu nazywa się Strickland!

Na zakończenie dodam, że hrabia Sternau zatytułował naszą sztukę Niedobrze jest jeść wiśnie z możnym panem i wcale a wcale wam nie wyjaśnię, że w tym przysłowiu chodzi o to, że możny pan wypluje wam pestki w gębę. Przeczytajcie, to sami zobaczycie (i same!)

Reblogging clothes

Karolina Żebrowska
autorka strony internetowej Domowa kostiumologia opublikowała 26.02.2018  swoją propozycję uczczenia stulecia praw kobiet.

Wideo jest do obejrzenia na youtubie i zbiera sporo pochwał. Najładniejszą napisał Stefan Tompson: Właśnie tego typu projekty powinna wspierać i promować Polska Fundacja Narodowa. Oryginalne, wzruszające i bardzo ciekawe wideo ukazujące historię Polski w zupełnie inny sposób niż do tego jesteśmy przyzwyczajeni! Miło też to widzieć przez pryzmat kobiecy. Oby więcej takich materiałów!


A tu mój prywatny wkład w stulecie praw kobiet – przepiękna staroświecka parasolka od słońca, taka jaką nosiły nasze poprzedniczki sto lat temu. Kupiłam ją podczas Wielkiej Orkiestry Pomocy Świątecznej w Berlinie. Zdjęcia zrobiła Ela Kargol 6 marca 2018 roku podczas spotkania z Ingą Iwasiów w Regenbogenfabrik. W głębi na pierwszym zdjęciu czarne parasolki, używane przez nas od dwóch lat podczas imprez protestacyjnych i informacyjnych nt. praw kobiet w Polsce. Napisy wykonały uczestniczki pierwszej z tych imprez w październiku 2016 roku…

Wiśniewski

Radosław Wiśniewski napisał, że jest nowy projekt i przysłał linka

Wydanie tomiku poetyckiego Juliusza Gabryela Lustrzane fikcje

O śmierci Juliusza Radek pisał już tu kilka tygodni temu.21 marca 2018 w Światowy Dzień Poezji pochowaliśmy w Kluczborku naszego kolegę, przyjaciela, towarzysza wielu podróży i literackich przygód, poetę – Juliusza Gabryela. Julek wydał za życia trzy książki, ale u wydawcy czekała na druk czwarta, a piątą pisał, był w trakcie, w drodze, nasz kosmita, podróżnik.

Książki z wierszami często niesprawiedliwie długo czekają na druk, panuje opinia, że nikt ich nie potrzebuje albo mało kto. My, przyjaciele, znajomi, koledzy ze środowiska mamy przekonanie, że poezja Juliusza jest warta upowszechniania. Dlatego chcemy sprawić, żeby Julek był z nami i z Wami, wspierającymi ten projekt poprzez to, co było dla niego tak ważne, dlaczego żył bez reszty, do głębi, do końca – poprzez wiersze.

Książkę chce wydać Dom Literatury w Łodzi wraz z Oddziałem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w Łodzi w serii “Czarne owce, białe kruki”, paronat nad zbiórką, promocją, za zgodą rodziny Juliusza objęło Stowarzyszenie Żywych Poetów z Brzegu, z którym Juliusz szczególnie w ostatnich latach życia był mocno związany.

Książka ma szanse ukazać się w tym roku, akurat przed serią festiwali literackich, co dałoby szansę organizacji serii spotkań wokół poezji Juliusza.

Juliusz Gabryel (1979-2018)




Wiosna, Berlin, literatura, kobiety, kwiaty

Ewa Maria Slaska

We wtorek 17 kwietnia będziemy z Annett Gröschner czytały w Kesselhaus w Kulturbrauerei w ramach projektu Berlińskiej Akcji Literackiej (Berliner Literaturaktion) Wahlverwandschaften. O 20, każdy zdąży… (więcej TU)

Format spotkań stawia przed czytającymi pewne wymagania, a organizator, niestrudzony Martin Jankowski, stawia ich jeszcze więcej. O poprzednim spotkaniu z serii napisał nam, że odbyło się między innymi czytanie sceniczne z podziałem na role, w co wciągnięta została również publiczność. Może dlatego berliński TIP poświęca nam specjalną zapowiedź ze zdjęciem…

A my?

Annett się spóźnia, gapię się w displaya komórki. Zabawny wierszyk w sam raz na dziś:

Die Blumen werden billiger
die Mädchen werden williger
es riecht von den Aborten
kurz – Frühling allerorten!

(kwiaty coraz w cenie przystępniejsze
dziewczyny zdecydowanie chętniejsze,
sławojki wonieją ostro!
przyszłaś, Pani Wiosno!)

Erich Kästner (tłumaczenie bardzo dowolne – ja)

Spotykamy się z Annett w kawiarni Zimt und Zucker (Cynamon i cukier) nad Szprewą. Jest piękny letni dzień. Przedwczoraj skończyła się zima, wczoraj była wiosna, dziś jest lato. Nikt nie wie, jak się ubrać. Dziewczyny w wydekoltowanych sukniach idą z chłopakami w swetrach i australijskich botach. Wszędzie pełno ludzi. Kobiety w obszernych długich sukniach w kwiaty, faceci z gołymi nogami. Bo czasy się zmieniły. Latem kobiety mniej pokazują skóry niż mężczyźni.


Panowie tak, a kobiety – tak

No dobrze, a my? Mamy się przygotować do wieczoru, która jak ma przedstawić tę drugą? Co nas łączy? Co dzieli?

Na pewno łączą nas kobiety z rodziny. Nasze poprzedniczki. Napisałyśmy o nich książki, które się jeszcze nie ukazały – to też nas łączy. Opowiadam Annett o stu latach silnych kobiet w mojej rodzinie, poczynając od Praprababci, która produkowała proch i wspierała powstańców w 1863 roku. Moja opowieść o rodzinie to wyraźna linia. Annett mówi, że w jej książce kobiety z rodziny układają się w bukiet jak na obrazie flamandzkiego malarza Ambrosiusa Bosschaerta.

Ten właśnie obraz Bosschaerta, Wazon z kwiatami w oknie, stał się punktem wyjścia dla opowieści Annett o kobietach z jej rodziny. To w ogóle ciekawy obraz. W momencie, gdy powstał, w roku 1620, wywołał gorączkę tulipanową, o czym kiedyś pisał Zbigniew Herbert. O tak, mówi Annett, to ciekawy obraz, są na nim kwiaty z różnych pór roku. Naprawdę nie mogło być takiego bukietu.

Ostatnia kobieta z jej opowieści, współczesna berlinianka dostaje pracę w kwiaciarni u Wietnamki (w Berlinie wszystkie kwiaciarnie zostały przejęte przez Wietnamczyków, podobnie jak zakłady fryzjerskie przez Turków, a restauracje włoskie przez Arabów). Jest XXI wiek. Każdy kwiat można skądś sprowadzić, jesienny z kraju, w którym akurat kwitną ziemowity, wiosenny z miejsca, gdzie kwitną krokusy. Bohaterka książki Annett i jej wietnamska szefowa układają taki bukiet, jakiego nigdy przedtem nie było.

Przyjdźcie we wtorek do Kesselhaus, opowiemy Wam więcej ciekawych historii.

Ostatnie wspomnienia zimy, gdy wiosna nad ziemią…

W styczniu byłam w Sopocie. Było biało i zimno. Wszędzie leżał śnieg. Przedpołudniami mnóstwo ludzi wychodziło na spacer. W Sopocie oczywiście ulubionym miejsce spacerów było molo. Na molo i na plaży koło molo kłębiły się tłumy. Ludzie karmili ptaki, budowali małe bałwanki, rzucali śnieżkami. Jednak im dalej molo wchodziło w głąb morza (ach, no, zatoki – oczywiście) tym bardziej było zimno i tym mniej było spacerowiczów. Wiał lodowaty przenikliwy wiatr, który ranił skórę twarzy, na odchodzącą od mola ostrogę nie wchodził już nikt. Zawzięłam się (nie wiem, dlaczego) i dotarłam na sam jej koniec, gdzie zostałam nagrodzona, bo na falochronie jakiś upojony miłością człowiek napisał poemat filozoficznym białym wierszem na cześć swojej kobiety. Niewątpliwie mieli za sobą intensywną noc, zapewne na plaży, a może nawet tu, na ostrodze…

 

I jak już  ten samotny, jedyny pośród 7,3 miliarda ludzi na świecie, napisał wszystko o tym, co go spotkało, ktoś (może ona) napisał to:

No rzeczywiście. Serio serio?

Barataria 60 czyli przysłowia

Ewa Maria Slaska

Takie sobie przysłowia sprzed 190 lat

Pamiętacie taki dowcip. Hrabina zamierza zatrudnić nowego bibliotekarza. Przychodzi młody człowiek, ma znakomite referencje, dobrze wygląda, wypowiada się przyzwoicie.  Hrabina spogląda przez lorgnon.
– Francuskim włada?
– Włada, pani hrabino.
– Niemiecki posiada?
– Posiada, pani hrabino.
– To niech siada?
– Nie może, pani hrabino.
– A to dlaczego?
– Bo…
E… tam, co ja wam tu będę opowiadała nieprzyzwoite kawałki. Oczywiście jest to taka staroświecka nieprzyzwoitość, nie przymierzając – z czasów pani hrabiny, bo dziś czasy się zmieniły i przeczytałam ostatnio na plotkarskim facebooku pytanie zdziwionej “mamuśki z Berlina”: halo dziewczyny, czy naprawdę słowo “cipka” jest nieprzyzwoite? Tak mi dziś powiedziała moja córka po powrocie z przedszkola.

No cóż, w każdym razie zakładam, że czytelnik (i czytelniczka) “niemiecki posiada”, już przestudiował(a) zamieszczoną powyżej okładkę i wie, że książkę wydano w Lipsku w roku 1828. Przenieśmy się zatem w czasy, kiedy takie słowa jak to, tamto i owo, również “cipka” proszę mamuśki, były nieprzyzwoite, a pan hrabia, człek w sile wieku, urodził się bowiem w roku 1767 (a zmarł w roku 1849) Christian Ernst von Benzel (Bentzel) Sternau, po wielkich sukcesach poprzedniej jego książki – Złoty cielec – wydaje ksiąg cztery sztuk teatralnych: Teatr Dworski z Baratarii czyli gry przysłowne. Jest to w sumie około 40 sztuk, dobrze nadających się do tego, by wystawić którąś z nich dla uczczenia przyjęcia, ślubu czy jubileuszu na dworze, zwłaszcza, gdyby trupa mniej lub bardziej utalentowanych dworzan sama się chciała zabawić w aktorów. Może nawet Książę Pan… Tytułem każdej sztuki jest przysłowie.

Również mottem owych ksiąg czterech jest zaczerpnięte z Horacego przysłowie: dona præsentis cape lætus horæ – z radością przyjmuj to, co daje godzina (autor pominął tu ciąg dalszy: et linque severa – i porzuć smutne myśli).

Nie ma wśród owych sztuk żadnej, która by się bezpośrednio wiązała z Don Kichotem i Sancho Pansą, żadna nie toczy się też w Baratarii, ale powiązania z oryginałem są wielorakie. Po pierwsze, podobnie jak sam Don Kichot, Teatr Dworski jest zbiorem historii, bo przecież powieść  jest ramą, w którą oprawiono mnóstwo mniej lubb bardziej komicznych opowiastek, które zastąpiły popularne w poprzedniej epoce opowiastki budujące. Po drugie – Sancho Pansa jako gubernator Baratarii rozwiązuje kilka zagadek kryminalnych, z których świetnie dałoby się stworzyć kolejne sztuki teatralne. Poza tym to on właśnie lubuje się w mądrościach płynących z przysłów, a każde z nich to niejako streszczenie następnej opowieści. Jeśli świat jest sceną, to dzieją się na niej gry przysłowne. W powieści owa “wyspa na lądzie”, którą oddano naszemu giermkowi w gubernatorstwo, należy przecież do Księcia i Księżnej, a na ich dworze panuje wszak nastrój wiecznej karnawałowej zabawy i u nich też, jak to pisze jeden z polskich tłumaczy, “chimera zastępuje rzeczywistość”. A więc jest na pewno i teatr, i aktorzy, profesjonalni lub amatorzy, i sztuki, które się wystawia.

Don Kichot pełen jest mądrości zaczerpniętych z przysłów. Oto przykład pierwszy lepszy z brzegu. Pan i giermek właśnie rozpoczęli swoją podróż, podążają przed siebie, giermek opowiada historyjkę:

Słuchajcie więc, bo oto zaczynam. Jak było, tak i było: dobre jest dla wszystkich, a złe dla tego, który go szuka. Zauważcie tylko, proszę was, panie, że starożytni nie zaczynali nigdy swych powieści, jak dziś je zaczynają, lecz rozpoczynali zazwyczaj od przysłowia niejakiego Katona, cenzora rzymskiego, który to właśnie utrzymywał, że złe jest tylko dla tego, który onego szuka, a to właśnie, jak raz dobrze przypada na przestrogę dla waszej wielmożności, by siedziała spokojnie i nie budziła licha, które śpi, a nade wszystko, że uczynilibyśmy najlepiej, gdybyśmy, obrawszy sobie inną drogę, porzucili tę, na której bez zawodu wszyscy diabli nas oczekują.
— Ty ciągnij tylko dalej swoje opowiadanie, a drogę i jej kierunek mnie pozostaw.
— Mówiłem więc — rzecze Sancho — że w pewnym miejscu, w Estramadurze, był sobie pasterz kóz, to ma znaczyć, panie, taki, który kozy pasał, a który to właśnie pasterz albo pasący kozy, jak chce mieć historia, nazywał się Lopez Ruiz i nadto ten pasterz, Lopez Ruiz, zakochany był, jak się mówi, w pewnej pasterce, nazwanej Toralva, która to właśnie pasterka, nazwana Toralva, była córką bogatego pasterza, który posiadał bardzo liczną trzodę.
— Jeżeli obrałeś sobie ten sposób opowiadania — przerwał Don Kichot — i będziesz powtarzał ustawicznie jedną rzecz dwa razy, to i za dwa dni nie skończysz; opowiadaj więc powieść swoją lepiej lub nie kończ jej wcale.
— Wszystkieć nowości u nas opowiadane są w ten sposób — odrzekł Sancho — i ja też nie umiem opowiadać inaczej, a i wam, panie, cieszyć by się należało, że nie wprowadzam nowych zwyczajów.
— Opowiadaj wreszcie, jak sobie chcesz — rzecze Don Kichot — i ponieważ mój los fatalny każe mi słuchać twej mowy, mówże więc dalej.
— Wiadomo wam już przeto, kochany mój panie — ciągnął dalej Sancho, — że ów pasterz, jak to już powiedziałem, zakochany był w pasterce Toralva, młodziuchnym, okrągluchnym stworzeniu, ale dzikim i trudnym do ugłaskania, a która, jakby coś…

Tak tak, drogi mój czytelniku (i czytelniczko), pan i giermek po równi cenią przysłowia, bo to pan a nie sługa mówi: Przyjacielu Sancho, czy wiesz, że nie ma nic prawdziwszego nad przysłowia, są to maksymy zdobyte doświadczeniem…

Na co w kilka stron potem giermek odpowie: — Nie mówię, ani myślę tu o sobie, bo wiem, że nas wedle przysłowia jednym łokciem niepodobna mierzyć, a i to pojmuję, że ślimakowi nie należy wyłazić ze swojej skorupki, chociaż wierzę, że gdyby było we zwyczaju opisywać również czyny błędnych giermków, tak dobrze można by opisać moje, jak i każdego z moich poprzedników.

I jeszcze: — Co do mnie, ani mówię, ani myślę tego — rzecze Sancho — nie mieszam się do spraw cudzych, patrzę się, a jeśli robię głupstwa, to na swój rachunek, ja w swoim młynie mąkę mielę, nie sadzam palca we drzwi, bo wiem, że kto się wścibia, często chybia, a czy oni spali razem, czy nie, to mnie ani parzy, ani ziębi. Często myślimy, że w garnku słonina, a tam tylko szumowina.

Wszystkie owe mądrości jeszcze się w hiszpańskim pociesznie rymują, co zresztą i w polszczyźnie bywa (w niedzielę praca w gówno się obraca – co zaświadcza, że lud polski już dawno wiedział, iż trzeba będzie zamknąć sklepy, jeszcze zanim one w ogóle powstały). Nasza autorka, Kinga Szpuler, gdy ją jej profesor, Piotr Sawicki, wykładający we Wrocławiu literaturę hiszpańską, zaprosił do tłumaczenia przysłów hiszpańskich z XVII wieku, zaprosiła z kolei do współpracy kolegów górali, aby jej pomogli przerobić tłumaczenia lingwistyczne na rubaszne rymowanki czyli, jakby to z oburzeniem odnotował Don Kichot, prostackie przysłowia.
Osioł z książkami na grzbiecie? To doktor przecie.
Student pomylony, choćby się uczył, plecie androny.
Błąd medyka przykryje ziemia; błąd adwokata naprawią pieniądze; błąd teologa strawi ogień.
Żwawo bierz kobitę, jak łykasz okowitę.
Po wypiciu każdy baje, co mu się wydaje.
Kiedy zimne wstają zorze, tylko wódka ci pomoże.
Kto je jak świnia, zażre się na śmierć.
Kto za dużo śpi, ten z nauki drwi.
Wesele bez wódki, opłakane skutki.
Znużony leży blisko żony.
Młody jest głupi i bez pokory, stary mądry, ale chory.
Stręczyciel i drab, jeden drugiego wart.
Ucz się nieprzerwanie, a coś w głowie zostanie.

Czy według przysłów? Zatytułowane przysłowiami sztuki hrabiego von Benzel-Sternau nie są jednak sztuczkami napisanymi dla uciechy gawiedzi, to inteligentne i pełne erudycji historyczne intrygi, oparte na mało znanych, nieznanych a może wydumanych faktach. Za tydzień przetłumaczona specjalnie dla moich czytelników (i czytelniczek) jedna ze sztuk hrabiego; tom II, sztuka numer VIII: Der Sündenbock oder Mit großen Herrn ist nicht gut Kirsche essen (Kozioł ofiarny czyli Z wielkim panem niedobrze zbierać wiśnie). Nie uwierzycie, ale nie wiedząc o czym jest którakolwiek z tych sztuk, wybrałam na chybił trafił taką, w której pojawia się Polska.