Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 3

Andrzej Stasiuk

Wielki Piątek

Tylko kościoły są otwarte. Żółte światło wychodzi przez uchylone drzwi i gaśnie za progiem. Czuwają u zwłok Żyda zabitego przez naród niewierny. Od wieków przychodzą o tej porze i obłędnie lamentują i oskarżają. Nic nie rozumieją. Ani księża, ani stare kobiety. Zamiast oskarżać, powinni dziękować, że ktoś to zrobił za nich. Że ktoś Go zabił za nich. Inaczej sami by przecież musieli, żeby „się wykonało”. Księża w sutannach, biskupi na złoto i z pastorałami, baby wiejskie, lud pobożny, który cały dzień dzisiaj na klęczkach sunął po zimnych posadzkach, by całować rany z gipsu, by rozpamiętywać, sycić żałość, karmić nienawiść, oni wszyscy w tych ciemnych sukienkach, w chustkach, z torebkami, z książeczkami, w których wszystko czarno na białym zapisano, ze zmiętymi bejsbolówkami w garściach, w dzinsach, z ciut zakrytymi pępkami, na chybotliwych obcasach, w zielonkawych garniturach, w skórach czarnych, rozścielający chusteczkę, żeby żeby przyklęknąć w naftalinie, w perfumach, w niewinności, oni wszyscy musieliby dzisiaj wołać do schrypnięcia: „Ukrzyżuj Go! Ukrzyżuj!” Ale im się udało. Żydzi zrobili za nich wszystko. Od początku do samego końca. A ci stali z rozdziawionymi gębami i nic nie mogli pojąć. Nie mogli pojąć, że ktoś ich wyręczył, bo byli zbyt tchórzliwi, zbyt obłudni, zbyt dziecinni, by zrobić sobie prawdziwego Boga. Przyszli na gotowe i potem już nigdy nie mogli im tego wybaczyć. Tak rozmyślałem, wpatrując się w czerwone światła wyprzedzających mnie aut. Każdy ma taką drogę krzyżową, na jaką zasłużył. Numer 865 na przykład. Płazów, Narol, Kadłubiska. Wielki Piątek. Powinienem skręcić do Bełżca. Gdy palono tam ciała na wolnym powietrzu, na rusztach z szyn kolejowych we wsi na szybach osiadał tłuszcz. Ale zapadła noc, więc co? Stałbym przed czarną żelazną bramą i patrzył w ciemność. Stałbym i nasłuchiwał pociągów. Wąchał powietrze. Więc jednak skręcam w lewo, na siedemnastkę. I zaraz jest Tomaszów. Na stacji Shella przed myjnią stoi sznurek aut. Chłopaki przekomarzają się z dziewczynami. Zaczyna się weekend. Jadę przez mój kraj, wypatrując kościołów, wypatrując znaków. Myślę o niej, o matce, o tym, jak szuka w radiu swojej mszy. Sama w pustym pokoju. Kręci gałką i oddziela niepotrzebne dźwięki, usuwa zgiełk i w końcu odnajduje nabożeństwo. Tak jest od lat. Dawno temu w niedzielny poranek obracała mnie przed lustrem w przedpokoju. Wystrojonego, wyprasowanego, nadąsanego. Czułem lodowaty dotyk palca z kroplą wody kwiatowej. Do kieszeni dostawałem złożoną na cztery albo osiem chusteczkę. Była sztywna i twarda od żelazka. Jak cienka deszczułka. Szło się z pół godziny. Asfaltową ulicą w cieniu starych drzew. Rodziny trzymały się razem. Potem dziciarnia odpryskiwała i zbijała się w oddzielne ruchliwe stadka. Kosciół stał na piaszczystym wzgórzu. Wchodziło się po szerokich cementowych schodach. Skromny, smukły neogotyk. Do środka mogło wejść ze sto osób. Można było poczuć, że jest się naprawdę wybranym, ale ja po prostu umierałem z nudów. A teraz chcę, by tamto powróciło, lecz wiem, że nadaremnie. Podglądam żółtawe światło pełznące z kościelnych drzwi. Wśród czarnej nocy Lubelszczyzny, czarnej nocy Wschodu z Bełżcem gdzieś na samym jej dnie, w podziemiach ciemności. Ale nie skręcam, tylko idę pomiędzy swoich, patrzeć, jak ładują do wózków, jak myją auta, jak kupują piwo w rozświetlonych pawilonach Shella, BP i Statoila. Zmieniam stacje, nasłuchując głosów ojczyzny. Całkiem jak ona w swoim pokoju. I też nastawiam Radio Maryja. Mam zaprogramowane na stałe. Wystarczy nacisnąć. Najlepiej się słucha przy bocznych drogach, tych wszystkich osiemset coś, pięćset coś, czterysta, trzysta. Jesienią i wiosną, gdy na drzewach nie ma liści. Wtedy dobrze widać domy i podwórka. Widać zakamarki. Widać to ściszone życie drugiego planu. Zaułki ludzkich dni. Schludną biedę z plastikowymi, udającymi mosiądz lampami nad wejściem. Wszystko przycięte, ułożone i wykorzystane. To tu, to tam, lalczynej wielkości. Dopilnowane resztką sił. Albo wypięte po nowemu, z tą smętną ostentacją zacierającą ślady dawnych dni. Do niczego niepodobne nowości nad nowościami. Minione pomieszane z jeszcze nienadeszłym. Druciana siatka, kury i wybetonowane grillowiska z głazów plus klinkierowy komin. Więc łapię ten Toruń i wjeżdżam głębiej w ojczyznę. Czterdzieści na godzinę i patrzę, skąd dzwonią. Stąd. Spod niskiego nieba. Zza płaskiego horyzontu dzwonią. Dzwonią z Wielkiego Piątku, gdy muszą opłakiwać Żyda z gipsu, z plastiku, a przecież powinni jakiegoś porządnego Boga, polskiego, z krwi i kości, z naszego mięsa. Z tej samotności lechickiej dzwonią. Z tego opuszczenia. Z czeluści świata. Gdy tylko zaczyna się normalny kraj, trzycyfrowe drogi, to od razu ich włączam. Słucham człowieczych głosów. Że mają wersalkę do oddania. Niezbyt używaną, w dobrym stanie. Że są elektrykami i mogą za darmo w czymś pomóc w tej dziedzinie. Gniazdko naprawić, zajrzeć, jak gdzieś iskrzy. Że jak ktoś coś potrzebuje przewieźć, to jest furgonetka do dyspozycji popołudniami, tylko za paliwo, a jak nie, to też się obejdzie. Podaję telefon. Albo że mąż umarł, dzieci dawno odeszły, została tylko najmłodsza, ale ona bez wózka to się w ogóle nie rusza. Tylko z kuchni do pokoju, do okna z widokiem przez firankę i kwiaty, ale nie dalej, bo nie ma kto pomóc, żeby wynieść przez próg i po trzech schodkach, więc słońce przez szybę, przez okno. No to ktoś, że może przyjść raz, dwa w tygodniu i pomóc, podaję telefon. Albo że któregoś dnia przychodzi Matka Boska, zjawia się całkiem naprawdę i wtedy życie się odmienia, powracają siły i opada z ramion ciężar dni. Panie, dopomóż mojemu mężowi w zmaganiach z nałogiem. A mojej żonie dopomóż, by tak nie cierpiała w chorobie. Tego słucham. Wśród zagród uprzątniętych od drogi i zagraconych „a nuż się przyda” po zakamarkach. Niektóre podwórka zarasta trawa i widać już tylko jedną ścieżkę wydeptaną do furtki. Czasami w szybie bieleje nieruchoma twarz. Koty na parapetach wyczekują porannego słońca. Tomaszów. Opłotki.

Ciąg dalszy w Wielką Sobotę

Grób Pański w Biłgoraju

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.