Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 1

i coś, czego nikt nie zauważył – tak mi się wydaje, choć doprawdy nie sugeruję tu, że przeczytałam wszystkie recenzje tej książki, a zatem że na pewno TYLKO JA zobaczyłam w niej coś innego, niż to co podają blurby i reklamówki, choć oczywiście ubrane w różne zdania i różne słowa. W skrócie Wschód to:

…niezwykły zapis podróży na Wschód – podróży we wspomnienia do obrazów z dzieciństwa spędzanego u dziadków na Podlasiu i podróży tam, skąd wyszły oddziały Czyngis-chana, tam, gdzie historia jest jak geologia i tektonika: nieunikniona, nieprzewidywalna, miażdżąca, tam, gdzie lucyferycznym blaskiem świeci nowa potęga – do Rosji, Chin i Mongolii. To próba uchwycenia cienia Wschodu, który na nas pada. Opowieść o tęsknocie, pragnieniu i strachu. I o tym, jak umyka przestrzeń, a powraca pamięć.

A tymczasem jest to książka nie tylko o naszej przeszłości, rzymskiej, mongolskiej, stalinowskiej, jagiellońskiej, peerelowskiej, piastowskiej, ale też książka o tym, co przyjdzie, co się czai, jest tuż tuż, a zaraz się objawi… Czarne wydało Wschód w roku 2014, w roku 2015 to, co się czaiło, a co odkrył tylko geniusz pisarza, stało się prawdą, która od maja 2015 roku zaczęła nas dławić, dławi dziś i dławić zapewne będzie jeszcze dobrych kilkanaście lat.

Od razu uprzedzę – NIE przepadam za książkami Stasiuka, Biały kruk mnie wściekł swą idiotyczną pochwałą męskiej przyjaźni, tak okropnie ważnej, że ważniejszej niż jakaś tam śmierć i trup pozostawiony na skraju drogi, którą wędruje prawdziwy mężczyzna.
Babadag mnie znudził ponad wszelką dopuszczalną normę, miałam wrażenie, że to książka, która rozdmuchała na trzysta stron trzy zdania. Jechaliśmy całą noc po jakichś piachach i wertepach, nad ranem zaparkowaliśmy pod wiejskim sklepem, obudziliśmy się, napiliśmy piwa, wódki, herbaty, lemoniady i poszliśmy cmentarz…
Dojczland był niby zabawny, ale był też głupi, pusty i bezmyślny. A więc…
A tu nagle otrzymany w kilka lat po wydaniu Wschód i objawienie…

Dziś i przez następne dni zrebloguję tu opis wędrówki, jaką autor odbył podczas Wielkiego Tygodnia, jadąc od matki, z Grochowa na Wschód. Nie zapominając oczywiście, że Wielki Tydzień i Wielkanoc to w wielu językach po prostu WSCHÓD.

I jeszcze raz powtórzę: On to wiedział już wtedy, trzeba było czytać ze zrozumieniem, to nic by się wprawdzie nie zmieniło, ale przynajmniej nie stalibyśmy z rozdziawioną buzią, patrząc jak na naszych oczach z zakamarków, komyszy i oczeretów naszego świata, z tego stasiukowego piachu i kurzu wypełza… Suweren!


Wielka Środa z matką

Tak. Trochę jesteśmy samotni, gdy sobie siedzimy w tym porannym słońcu. To znaczy ja bardziej siedzę, a ona tylko przysiada na brzeżku i zaraz się podrywa, by zniknąć we wnętrzu domu i czegoś tam dojrzeć, coś przestawić, poprawić, przesunąć, żeby leżało tak samo jak pięć, jak dziesięć lat temu, Zawsze. Potem wraca, chwilę grzeje się w słońcu i znów idzie w cień domu, zostawiając mi jakieś niedokończone zdanie, kolejną propozycję. Ten niepokój mam po niej. Tę ruchliwość. Nigdy nie mogłem usiedzieć, no ale nawet nie próbuję tego tłumaczyć. Dlatego jesteśmy trochę samotni, gdy tak siedzimy- Patrzę na nią i podążam myślami w jej strony. W moje strony. Przestrzeń jest przeszłością, Nawet gdy wyjeżdżam z miasta do siebie, to nigdy siódemka jak by nakazywał rozsądek. Znosi mnie na wschód i umykam pustą i dziurawą osiemset jedynką. Miasto zaraz się kończy, z prawej jest rzeka i nawet gdy oddala się od szosy, czuć, że tam jest, w tej bagiennej pradolinie, z tysiącletnim mułem, trzcinowiskami, topolami wielkimi jak baobaby. Więc tamtędy, żeby nie widzieć gangreny trawiącej przedmieściai pobocza głównych dróg. Tej zaćmy z blachy, plastiku i kolorów jadowitych jak szerszenie. Tych „światów ogrodzeń i bram” oraz „królestw paznokcia”. Wiem, że mój kraj właśnie w ten sposób nareszcie staje się wielkim światem, wytrząsa tysiącletnią słomę z butów i nadąża za ludzkością, przyobleka się i stroi, by się przypodobać. Wiem, ale oczy krwawią od tej zagłady krajobrazu. Dlatego raczej zbaczam w poszukiwaniu resztek przedwiecznego na osiemset jedynkę, w pył i świetlisty kurz niesiony wiatrem z nadrzecznych wygonów. Co ludzkie, nieco tu próchnieje i się zapada. Silikatowa cegła, bure drewno. Czarne, białe, szare. Cierpliwie wystawione na wiatr i deszcz. Na czas, który stoi jak mgła. Dziś, jutro, pojutrze. Trzeba dopiero dokądś pojechać albo odpalić satelitę, żeby zobaczyć, jak płynie. Bo tutaj drąży tylko wewnątrz ciał, wewnątrz rzeczy, w cegle, w drewnie, drąży, aż zostanie sama powłoka. Dlatego jeśliby tylko mogli, toby stąd odeszli do tych miejsc, gdzie dni płyną jak rozmigotany nurt niosący na swym grzbiecie te wszystkie cuda, od których krwawią oczy. Tak jak ty chciałaś kiedyś odejść z kuchni pelnej much. Tak do niej mówię, jadąc osiemset jedynką na południowy wschód w głąb własnych dni. W piach, kurz i drzewny dym, do miejsca narodzin. Za Dęblinem droga przybliża się do rzeki i biegnie wysokim nasypem wału. W Borowej zjeżdżam nad wodę, a potem idę betonowym pirsem.

Ciąg dalszy jutro czyli w Wielki Czwartek

Barataria 58 Kuba (reblog)

Można by powiedzieć, że trochę sobie ułatwiam, dobrowolnie wszak przyjętą, rolę baratarystki, publikując od czasu do czasu reportaże z podróży na “zwykłe wyspy”. Pragnę więc zaznaczyć, że nigdy nie są to zwykłe wyspy! Zawsze jest w nich element szaleństwa, fantazji, a przede wszystkim utopii, atopii czy dystopii – a zatem prób stworzenia oderwanego od rzeczywistości świata idealnego, rządzonego przez… no… prawo i sprawiedliwość.

Piotr Beszczyński

Z – kubana dobra zmiana

…i nagle, nie pamiętam dokładnie w jaki sposób, znalazłem się twarzą w twarz z Kaczyńskim. No, niezupełnie, bo musiałem go w tym celu złapać za klapy i dość znacznie unieść, co nie było łatwym zadaniem. Wściekłość dodała jednak sił i krzyknąłem mu w oczy coś w rodzaju „co wyprawiasz z Polską, ty taki-owaki”. Zmieszał się i jąkając zaczął tłumaczyć, że wszystko idzie w dobrą stronę i niedługo już zakończymy wspólnie z Turcją i Arabią Saudyjską budowę promu kosmicznego…

…koszmar senny obudził mnie. Byłem w mieście Santa Clara, leżącym mniej więcej w centrum Kuby. Zwycięskie zbrojne starcie rewolucyjnej guerilli Che Guevary z niedobitkami wojsk Batisty pod Santa Clara przypieczętowało przed sześćdziesięciu laty zwycięstwo kubańskiej dobrej zmiany. Krótki pobyt na wyspie stał się niezłą okazją do obserwacji i refleksji na tematy związane z efektami nagłych (i oczywiście opiewanych przez ich animatorów jako dobre) zmian w biegu dziejów. Nie zrażajcie się jednak tą zapowiedzią, bo wspomnę też o milszych kubańskich klimatach.


No właśnie, kubańskie klimaty determinuje tamtejszy klimat; lutowe +26 stopni i słońce na niebie sprawiają, że ludziom łatwiej jest żyć mimo wszelkich opresji, że chce im się grać, śpiewać i tańczyć, a nie zatruwać myśli wielką polityką i mniejszymi kłopotami. Popatrzcie zatem, jak zapamiętała wizerunki wyspiarzy matryca mojego aparatu.

Na Kubie nie było ze mną niestety Ani, zatem nie znajdziecie w tej relacji jej rysunków, zazwyczaj zdobiących wpisy na tym blogu. Jedyny szkic (powyżej), mający przedstawiać autora relacji, wykonała w ulubionym hawańskim barze Hemingwaya „Bodeguita del Medio” miejscowa rysowniczka, na prośbę inspiratorów i dobrych towarzyszy kubańskiej eskapady, Inge i Jana. Zwabiła nas oczywiście muzyka, której kawałki stamtąd, jak też z ulic Hawany oraz knajpy w Santa Clara możecie posłuchać tutaj.


Mijają dwa lata od podjęcia prób zainteresowania (bądź znudzenia, uchowaj Panie) całkiem szerokiego grona PT Czytelników blogu opisami moich prawdziwych, bądź wirtualnych peregrynacji. Dość przypadkowo zbiegło się to z początkami tzw. „dobrej zmiany” w Polsce, co naturalnie zainspirowało obserwacje i porównania z tym, jak się sprawy mają w różnych opisywanych miejscach, ażeby próbować zrozumieć dziwne procesy dziejące się w kraju. Kuba, przy zachowaniu wszystkich geograficzno – historycznych proporcji, jest całkiem ciekawym poligonem dla takich obserwacji i porównań. Rewolucja tamtejsza rozegrała się na dobre sześćdziesiąt lat (bez mała trzy pokolenia) temu i jej efekty widoczne są wszędzie. Postaram się niektóre z nich pokazać lub opisać, dla ciekawości dokonując tu i ówdzie uproszczonych porównań.


Ruina

Hasło „Polska w ruinie” było jednym z wielu, które skutecznie otumaniły przeważającą część wyborców w 2015 roku. Od tego czasu udało się rządzącym zrujnować kruche podstawy demokratycznego ustroju państwa, a teraz zabierają się na dobre do rujnowania lokalnej samorządności, aby pomyślność obywateli dekretować centralnie, jak kiedyś tutaj, a ciągle jeszcze na Kubie.

Tamtejsze materialne rezultaty takiego stanu rzeczy – do obejrzenia poniżej:

Religia

  • Tutaj jest widoczna bodaj największa różnica między „dobrymi zmianami” – polską i kubańską.
  • U nas mianowicie gra na religijnych sentymentach i wykorzystanie wpływów katolickiego Kościoła było i jest jednym z najważniejszych instrumentów „urabiania” ludu w kierunku politycznie pożądanym dla partii i rządu. Na Kubie – Fidel i spółka po dojściu do władzy zabrali się energicznie do rugowania wszelkich przejawów życia religijnego.
  • Na szczęście nie zburzyli licznych pięknych kościołów, zaś ludzie, jak to z reguły bywa w takich okolicznościach, kultywowali swoją wiarę w sposób dyskretny. Wiara tamtejsza ma przeważnie ryt rzymsko – katolicki, czasem protestancki, ale jest też wielka liczba wyznawców santerii – unikalnej kompilacji katolicyzmu z przywiezionymi przez afrykańskich niewolników wierzeniami. Na jednym ze zdjęć – grupa wyznawców santerii na hawańskim cmentarzu, przed pogrzebem.
  • Wyraźne poluzowanie w antyreligijnej polityce reżimu nastąpiło po wizycie na Kubie w 1998 roku Jana Pawła II, dzięki czemu jest on tam, obok Roberta Lewandowskiego oczywiście, najpopularniejszym Polakiem.
  • A, przypomniała mi się a’propos Fidelowej walki z religią przypowiastka sprzed lat, łącząca ten epizod ze starym polskim powiedzeniem: nad wyspą ukazała się mianowicie spomiędzy chmur wielka d… Bo „jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”.

  • Złoty ołtarz kościoła w Remedios był przez stulecia zamalowany białą farbą w obawie przed piratami – oczyszczono go dopiero krótko przed rewolucją.

Różność, równość

  • Wspomniane wyżej różnice związane z dobrozmianową rolą i losami kościołów tu i tam ustępują jednak przy zewnętrznym oglądzie innemu zjawisku. To absolutna, niewyobrażalna w polskich warunkach (zwłaszcza obecnie) tolerancja rasowa, kulturowa i obyczajowa. Nie wiem, czy funkcjonowała wcześniej, czy też jest to zasługa rewolucyjnej „urawniłowki” (przeorania społeczeństwa, jak mówi nasz Zbawca Narodu, tylko w przeciwnym kierunku), ale budzi uznanie, szacunek i zazdrość, że jednak można. Nie dyskutuje się o tym, bo wszyscy uznają taki stan rzeczy za normalny.

Mocarstwa

  • Przez ponad pół wieku przed rewolucją, po wojnie hiszpańsko – amerykańskiej w 1898 roku , Kuba znajdowała się w orbicie wpływów USA. Trudno się zresztą dziwić, wszak do Florydy można stamtąd niemal kamieniem dorzucić. Był to czas całkiem przyzwoitego rozwoju gospodarczego wyspy, ale też typowo latynoskich nieładnych zabaw we władzę.
  • Jak zwykle w sytuacjach, gdy ekonomia się poprawia, to najpierw poprawia się status tych, którzy w poprawę ekonomii wkładają najwięcej inwencji i pracy (zdarza się też, niestety, że na granicy prawa). Z reguły u pozostałej części społeczeństwa rodzi to uczucia będące mieszaniną zawiści i zakompleksienia, przyprawione sentymentami o charakterze „godnościowym”. A zatem – tworzące bazę społeczną dla wszelkiej maści apostołów „dobrych zmian”.
  • W dodatku – i tu zadziwiające podobieństwo sytuacji kubańskiej sprzed sześćdziesięciu lat i polskiej obecnie – umiejętnie inspirowanych i wykorzystywanych przez sprawną politykę moskiewską.
  • Kuba w krótkim czasie po rewolucji stała się de facto sowiecką bazą wojskową, co na początku lat sześćdziesiątych XX wieku doprowadziło do największego po II wojnie światowej kryzysu w stosunkach między ówczesnymi supermocarstwami, z najwyższym trudem zażegnanego środkami politycznymi. Stany Zjednoczone na różne sposoby próbowały przyciągnąć Kubę z powrotem pod swój parasol – bez widocznego efektu, jak dotychczas.
  • Największą plamą na ich reputacji (obok blokady ekonomicznej) jest żywe wspomnienie fatalnie przygotowanej interwencji zbrojnej w postaci odpartego przez siły Fidela Castro desantu na Playa Giron w Zatoce Świń w 1961 roku. Dzisiaj w miejscu desantu stoi okazały hotel, (najwyraźniej dla aktywu partyjnego), zaś plaża chroniona jest przed ewentualnym kolejnym desantem betonowymi umocnieniami.
  • Sama zaś Zatoka Świń – to znakomity akwen nurkowy, z łatwym dostępem do efektownych ścian rafowych, świetnych jaskiń (jak jukatańskie cenoty) i tanimi wypożyczalniami sprzętu.
  • Najwyżej cenionym reliktem dawnej amerykańskiej obecności są tysiące ciągle działających krążowników szos z połowy XX wieku, pomiędzy którymi bez kompleksów pomykają trochę tylko młodsze polskie maluchy.

Spirytusy movensy d… zmian

  • Pokrótce: Rewolucję kubańską też rozkręcili bracia, jednak nie bliźniacy. Jeden już nie żyje, drugi (młodszy) zapowiedział oddanie w najbliższym czasie odziedziczonej po Fidelu władzy. Komu? Najchętniej własnemu synowi, co powinny potwierdzić wkrótce wolne, oczywiście, wybory. Znawcy sugerują jednak, że może dojść przy tej okazji do niespodzianek, zobaczymy. Póki co billboardowe konterfekty Raula, opatrzone jego złotymi maksymami – to jedyne reklamy widoczne przy kiepskich kubańskich drogach
  • Braciszkowie Castro mieli naturalnie szerokie grono pomocników, z których części udało się nawet dość długo utrzymywać przy życiu. Najbardziej znany to Ernesto „Che” Guevara, który eksportując rewolucję na różne strony „trzeciego świata” tak nadstawiał karku, że w końcu zginął podczas awantury boliwijskiej. I on właśnie, trafiając fartownie z terminem swojego zgonu w czas ogólnoświatowego młodzieżowego zamętu końca lat 60, stał się jego ikoną, po dzień dzisiejszy zdobiącą miliony T-shirtów na całym globie.
  • Jak naprawdę postrzegają Kubańczycy tę ferajnę i jej dzieło – nie udało nam się wprost dowiedzieć; instytucja „sygnalistów” funkcjonuje na wyspie najwyraźniej sprawnie i zbaczanie w rozmowach na tematy polityczne skutkuje, w najlepszym razie, deklaracjami typu „nie jesteśmy bogaci, ale mamy co jeść”. Ale wizerunkowo – przynajmniej z wierzchu – rewolucja jest dla nich ciągle na swój sposób „sexy”.

  • Tu krótka dykteryjka: latem zeszłego roku zobaczyłem na gdańskiej starówce sklep z wielkim szyldem „Odzież Patriotyczna”. Wiedziony ciekawością wszedłem i spytałem, czy dostanę koszulkę z wizerunkiem Prezesa. Trzej stosownie zbudowani i wytatuowani subiekci spojrzeli ze zdziwieniem, a najbardziej rozgarnięty wodząc ręką po ścianach zapełnionych husarskimi skrzydłami i kotwicami w różnych rozmiarach rzucił „Jest to, co widać!”. „A właściwie, to czemu koszulka z Prezesem?” – zainteresował się drugi. „No bo odzież patriotyczna tutaj…” odezwałem się z malejącą śmiałością. Na to trzeci: „Panie, co on tam za patriota!” Wychodzi na to, że biedny Prezes nie tylko nie przyozdobi niczyich piersi, ale wręcz może mieć problem (gdy przyjdzie czas…) z zachowaniem go we wdzięcznej pamięci, nawet przez jego obecnych pupilków.

Ekonomia

  • Wszyscy wiedzą, że podstawą kubańskiej gospodarki jest uprawa trzciny cukrowej. Powstaje z niej cukier, źródło cennych dewiz, ale przede wszystkim – rum, dzięki któremu lżej przeżywać rewolucyjne zamęty. Barmani tamtejsi mają miły zwyczaj dolewania rumu do koktajli na prośbę konsumenta w dowolnych ilościach, bez dopłaty.
  • Ale zanim do tego dojdzie – trzeba zebrać trzcinę, na tle której godnie prezentuje się nasz wypożyczony nie bez trudu chiński wehikuł, który wszakże dał radę i nie rozpadł się w trakcie dość forsownego objazdu zachodniej połowy wyspy.

  • Cygar tamtejszych nie trzeba zachwalać – nawet te ukręcone na miejscu przez gospodarza w tytoniowym zagłębiu Kuby, malowniczym Vina.
  • Do obserwacji związanych z kubańską ekonomią zaliczyć można bez wątpienia widoki mniejszych lub większych grup ludności, wyczekującej prawdopodobnie niedzieli, kiedy to będzie można spokojnie odpocząć:
  • Nowe technologie: sieci komórkowe funkcjonują poprawnie (aczkolwiek roaming jest zabójczo drogi), natomiast dostęp do internetu jest najwyraźniej kontrolowany i ograniczany do publicznych hot-spotów, gdzie licznie gromadzący się chętni mogą, po wykupieniu specjalnej jednorazowej karty, dostąpić łaski zalogowania do sieci:
  • Inwestycje w przemyśle wczasowym. Już samo sformułowanie „przemysł wczasowy” przyprawia o dreszcze, przywodząc wyobrażenie masy ludzkiej poddawanej obróbce solarno – futrującej w formacie all inclusive, w specjalnych ośrodkach koncentracyjnych. Socjalistyczne państwo kubańskie inwestuje w takie ośrodki, starając się izolować je najlepiej jak się da, od społeczeństwa.
  • Pojechaliśmy specjalnie obejrzeć efekty wielkiego projektu na Cayo Santa Maria – istny horror w klimatycznym raju. Archipelag dziewiczych wysepek połączono z północnym wybrzeżem blisko czterdziestokilometrową drogą na specjalnie usypanej grobli i upchnięto na nich dziesiątki hoteli. Wjazd na groblę – po okazaniu paszportu.
  • Oprócz autokarów wiozących wczasowiczów, wpuszczane są jedynie pojazdy związane z ciągle prowadzonymi budowami, z zaopatrzeniem dla hoteli, oraz z ich personelem mieszkającym na stałe w okolicznych miasteczkach, w obiektach nieco różniących się standardem od miejsc jego pracy:
  • Turystyka. Powyżej napomknąłem o „przemyśle wczasowym”, który do pewnego stopnia można kojarzyć z turystyką, a który generuje sporą część kubańskiego dochodu. Trwająca od kilku lat ograniczona odwilż gospodarcza poskutkowała natomiast szybkim zaistnieniem warunków także dla indywidualnego zwiedzania tego naprawdę ciekawego kraju.
  • Mam tu na myśli w pierwszym rzędzie umożliwienie prowadzenia kwater prywatnych (casas particulares), oraz prywatnej gastronomii. Podczas naszego objazdu korzystaliśmy wyłącznie z tych niepaństwowych placówek; było skromnie, ale zawsze czysto i smacznie (kubańska kuchnia – palce lizać!)

Na początku wpisu było trochę chwytanych w biegu kubańskich twarzy i postaci, na koniec zaś, jeśli mieliście cierpliwość dotrzeć do tego miejsca, obejrzyjcie porcyjkę tamtejszych malowniczych landszaftów.

Otwiera ten przegląd fotografia stojącego na dziedzińcu dawnego pałacu gubernatorskiego w Hawanie pomnika Krzysztofa Kolumba. Kuba była pierwszą dużą wyspą w pobliżu kontynentu amerykańskiego, odkrytą przez historyczną wyprawę w październiku 1492 roku.


Wydarzenie to zapoczątkowało epokę wielkich odkryć geograficznych, których kulminacją była wyprawa dookoła świata podjęta przez Magellana, a zakończona przez Elcano w trzydzieści lat po lądowaniu Kolumba na Kubie. Kontynuacją zaś tych dokonań jest niniejszy blog, o czym pamiętacie, mam nadzieję :-).


Jose Marti – taki trochę Piłsudski kubański

Kwartał domków w Hawanie przerobiony na przedziwną instalację przez mieszkającego tam od dawna niemieckiego artystę Fustera:

Adios!

O czym tu pisać?

Ewa Maria Slaska

Nagromadziło mi się ostatnio trochę luźnych przemyśleń, z którymi nie wiadomo, co zrobić, bo do niczego nie pasują, a co gorsza niezbyt są ważne, ale jednak mają pewną wartość i trochę ich szkoda na całkowity przepadek. Zaczynam więc ten wpis, nie wiedząc, dokąd mnie, a zatem – nas, te przypadkowe rozmyślania zaprowadzą? Przyznaję, że sama jestem ciekawa.

Matka Polka

Zdecydowanie zmieniło się znaczenie tego pojęcia. W szkole pojawiło się ono podczas omawiania literatury XIX-wiecznej i oznaczało zapamiętałą patriotkę, która nie bacząc na przegrane i klęski kolejnych zrywów przeciw zaborcom, rodzi i wychowuje synów na zagorzałych patriotów, gotowych walczyć i polec dla odzyskania wolności Ojczyzny. To do niej i o niej pisał Mickiewicz, to jej bronił Konstanty Gaszyński.

Taką ma też wymowę wzniesiony w roku 1973 Pomnik Matki Polki w Raciborzu, przypominający bohaterstwo śląskich matkek, wychowujących dzieci w duchu polskiego patriotyzmu. Autor wpisu w Wikipedii używa do opisu bohaterskiej matki słów wzniosłych i pełnych godności. Pomnik przedstawia śmiało patrzącą i kroczącą przed siebie, wyprostowaną kobietę z dzieckiem na ręku.

Pomnik Matki Polki nieopodal placu Mostowego w Raciborzu,
zaprojektowany przez Jana Borowczaka

Chlubny to i wspaniały patriotyzm, niestety dziś już nader anachroniczny, a przecież nadal może nie tyle praktykowany, bo i na szczęście – nie ma go gdzie praktykować, ale z wielkim krzykiem głoszony. I w tym krzyku wciąż się pojawia zdanie o tym, że tak “nas” wychowano. Trudno jednak powiedzieć, kto “nas” (tych młodych “nas”) tak wychował, bo pojęcie Matka Polka zniknęło z wokabularza patriotycznego.

Gdy rozmawiam o tym z przyjaciółką, zgadzamy się oczywiście, co do tego, że wzór XIX-wieczny byłby aktualnie nie do zniesienia i nie do przyjęcia, a zarazem bez sensu. Ba, wydawałoby się, że od-militaryzowanie i od-mitologizowanie Matki Polki Bohaterki jest ze wszech miar wskazane. Zastanawiające jest jednak, że ta jej wersja zniknęła właściwie bez śladu. I tak jak zwykły człowiek w Polsce bez problemu używa określenia hetera zamiast megiera i ubiera buty zamiast je wkładać, i już nic tego niestety nie zmieni, tak i Matka Polka Bohaterka całkowicie zniknęła z pamięci publicznej i tego też już nikt nie zmieni. Piszę to z żalem, nie dlatego, bym chciała, by nadal takie były nasze zadania, ale dlatego że zmiana konotacji tego pojęcia odsunęła w niepamięć pokolenia kobiet, które rodziły synów, wiedząc, że ledwo dorosną, przyjdzie im wysłać ich na śmierć w walce.

Gdy jednak przyglądam się bliżej współczesnej Matce Polce, to widzę oczywiście, że zwolnienie jej z obowiązków patriotycznych, wcale w aktualnym rozumieniu nie zmieniło jej w istotę wolną, lecz zamiast bohaterstwa pod pojęcie to podłożone zostało posłuszeństwo i bodaj czy nie oznacza ono dziś jeszcze cięższego brzemienia niż był nim ongiś bezwzględny patriotyzm. Usunięta z leksykonu patriotycznego i pozbawiona tym samym godności i prawa do uznania, Matka Polka przeniosła się w sferę społeczną. Dziś jest to nie tyle matka, co przede wszystkim żona, posłuszna kościołowi, mężowi, prymasowi, prezydentowi i prezesowi, istota, która dała życie dzieciom narodzonym i da je tym jeszcze nie narodzonych, nosicielka świętej zygoty. Ubrana w sukienkę do kolan, cieliste rajstopy i niebotyczne szpilki o spiczastym nosku, tak sama jak pięć milionów innych, nieszczęsna istota, wzgardzona po równi przez partię rządzącą i opozycję. To ona! To o niej i dla niej kobiety emancypowane sformułowały projekt “ratujmy kobiety”. Po dwóch latach ośmielam się wreszcie powiedzieć to na głos – ta nazwa jest arogancka i traktuje nas jak jakieś bezwolne i bezmózgie istotki, nad którymi pochylił się ktoś Wielki i Dobry, kto w dobroci swej wielkiej postanowił nas uratować.

Tym niemniej szkoda, że mu się nie udało. Bo teraz nic nas już nie uratuje, choć byśmy nie wiem ile razy wychodziły na ulicę i protestowały…


W PS przypomnę jeszcze owe dwa wiersze, które zbudowały ongiś retoryczną figurę Matki Polki

Adam Mickiewicz
Do matki Polki
O matko Polko! gdy u syna twego
W źrenicach błyszczy genijuszu świetność,
Jeśli mu patrzy z czoła dziecinnego
Dawnych Polaków duma i szlachetność;
Jeśli rzuciwszy rówienników grono
Do starca bieży, co mu dumy pieje,
Jeżeli słucha z głową pochyloną,
Kiedy mu przodków powiadają dzieje:
O matko Polko! źle się twój syn bawi!
Klęknij przed Matki Boleśnej obrazem
I na miecz patrzaj, co Jej serce krwawi:
Takim wróg piersi twe przeszyje razem!
Bo choć w pokoju zakwitnie świat cały,
Choć się sprzymierzą rządy, ludy, zdania,
Syn twój wyzwany do boju bez chwały
I do męczeństwa… bez zmartwychpowstania.
Każże mu wcześnie w jaskinią samotną
Iść na dumanie… zalegać rohoże,
Oddychać parą zgniłą i wilgotną
I z jadowitym gadem dzielić łoże.
Tam się nauczy pod ziemię kryć z gniewem
I być jak otchłań w myśli niedościgły;
Mową truć z cicha, jak zgniłym wyziewem,
Postać mieć skromną jako wąż wystygły.
Nasz Odkupiciel, dzieckiem w Nazarecie,
Piastował krzyżyk, na którym świat zbawił.
O matko Polko! ja bym twoje dziecię
Przyszłymi jego zabawkami bawił.
Wcześnie mu ręce okręcaj łańcuchem,
Do taczkowego każ zaprzęgać woza,
By przed katowskim nie zbladnął obuchem
Ani się spłonił na widok powroza;
Bo on nie pójdzie, jak dawni rycerze,
Utkwić zwycięski krzyż w Jeruzalemie,
Albo jak świata nowego żołnierze
Na wolność orać… krwią polewać ziemię.
Wyzwanie przyszłe mu szpieg nieznajomy,
Walkę z nim stoczy sąd krzywoprzysiężny,
A placem boju będzie dół kryjomy,
A wyrok o nim wyda wróg potężny.
Zwyciężonemu za pomnik grobowy
Zostaną suche drewna szubienicy,
Za całą sławę krótki płacz kobiecy
I długie nocne rodaków rozmowy.
1830
tajny druk, Ossolineum we Lwowie 1833
XX
Konstanty Gaszyński
Do matki Polki
O! matko Polko! jeśli syn twój z młodu
W płochych rozrywkach marnie trawi lata,
I zapomniawszy krzywd swojego rodu
Schlebia tyranom, z wrogami się brata;
Jeśli zwyczaje i strój narodowy
Obraca w pośmiech lub znosi ze wśtrętem;
Jeśli się wstydzi pięknej ojców mowy
I rad szczebiocze paryzkim akcentem —
O! matko Polko! źle syn twój się chowa;
Opowiedz-że mu wszystkie Polki męki,
Wskaż mu na Pragę – na pola Grochowa —
Na niepomszczone błonia Ostrołęki!
Niechaj się dowie, ile krwi wyciekło
Z serca narodu — i jaka łez rzeka,
Płynąc od strony, gdzie Sybiru piekło
Przez wszystkie ziemie wygnania przecieka!
W Korsyki górach — gdy morderców kule
Zabiją starca — obowiązkiem syna
Jest nosić ojca skrwawioną koszulę,
Która mu wiecznie zemstę przypomina;
I póty nie zdjąć tej smutnej puścizny,
Aż krew krwią spłaci — — O! Polko! twe dziecię
Nosić powinno kir z grobu ojczyzny —
I w każdej chwili myśleć o odwecie!
Niech więc do dzieła sposobi się z cicha,
Skrytemi łzami żal serca podsyca,
Żart ma na ustach a śmiercią oddycha,
Jak Hamlet, kiedy mścił się za rodzica!
Tej jednej myśli niech wszystko poświęci
Jak Alf, co zrzekł się szczęścia i Aldony,
By pomścić Litwę — i niech ma w pamięci,
Że i on rośnie dla kraju obrony!
Każże mu wcześnie wprawiać się do konia,
Do strzału, szabli, do harców i znoju —
Umieć wypatrzeć obronne ustronia
Do czat, zasadzek, lub wstępnego boju;
Pod domem swoim skryte kopać lochy
I tam śród nocy, gdy śpią wrogi nasze,
Odlewać kule, nagromadzać prochy,
Strzelby, kulbaki, lance i pałasze!
Po tylu próbach, chwilę jeszcze jedną
Czekać i czuwać — bo czas niedaleki,
W którym ojczyznę, matkę naszą biedną
Z grobu wyniesiem — by żyła na wieki!
Wtenczas i syn twój, biegnąc w hufiec bratni,
By z dziecka, może stać się bohaterem,
Wyjdzie wraz z nami na ten bój ostatni,
Co wiecznym ludów zakończy się mirem!
Aix, 1843

Wiśniewski

Radosław Wiśniewski

Myśmy też nie wiedzieli, że to jest właśnie szczęście…

Ładnych dziesięć lat temu, ktoś zadzwonił do biura SPP we Wrocławiu z pytaniem, czy jest jeszcze dostępny debiutancki zbiór wierszy Juliusza Gabryela “Hemoglobina” (najlepszy debiut roku 2002 w konkursie SPP). Pani Hałasowa była wówczas sekretarzem na 1/4 etatu i odpowiedziała, że tak, że zostało, nawet sporo. I ten ktoś powiedział, że on chce kupić wszystko, bo Juliusz Gabryel umarł i teraz te książki będą na wagę złota. To była era sprzed fb, więc ładnych kilka dni zajęło uspokojenie nastrojów, potwierdzenie, że Julek żyje i na razie nie wybiera się na tamten świat. Nigdy nie zostało ustalone, kto sobie wówczas takie żarty stroił. Niewykluczone, że sam Julek. To było do niego podobne.

Jakiś czas potem, w dzień po zaduszkach w 2010 roku dostałem sms-a od Julka, że chciałbym przed śmiercią zobaczyć swoją trzecią książkę i może byśmy mu ją wydali w Brzegu przez Stowarzyszenie. Zapytałem co się stało, skąd pisze, napisał mi, że jest na nefrologii w Olesnie, że odpompowano z jego organizmu wiadro wody i jest źle. Pojechałem do niego następnego dnia po pracy, ucieszył się jak zawsze, żywiołowo, bo inaczej cieszyć się nie umiał, że ktoś go odwiedził. Zostawiłem mu swoją mp3, żeby nie zdechł z nudów w szpitalu, uzgodniliśmy szczegóły, powiedziałem coś, żeby się nie wygłupiał i nie umierał za szybko, bo wydanie w Polsce książki poetyckiej nie zajmuje miesięcy ale lata.

Całe lata potem pisaliśmy kolejne wnioski, a Julek wędrował ze swoją książką od nas do Dawida Junga i potem jeszcze gdzieś, aż wracał do nas, do Brzegu. W tym czasie finansowania odmówiło między innymi jego rodzime miasto Kluczbork w tym samym roku wspierając pokaźną sumą działalność lokalnej orkiestry dętej. Ostatecznie się udało dzięki pomocy Urzędu Marszałkowskiego Województwa Opolskiego, Darka Pado i Dawida Junga i jesienią 2016 roku wydaliśmy “Płyn lugola”, moim zdaniem bardzo dobrą książkę. Przeszła trochę bez echa, jak wiele innych.
Na druk czeka czwarta książka, o szczegółach wie Rafał Gawin, pewnie kilka jest na zahasłowanym laptopie Julka.

Bo od wczoraj wiem na pewno, że Julek naprawdę nie żyje. I to już całkiem na pewno, nie na żarty. W nocy z wtorku na środę. Nieznany szerzej za życia, nie stanie się legendą po śmierci mimo, że pisali którejś nocy palcami na szronie porastającym samochody we Wrocławiu z Łukaszem Łukasz Bax Bagiński “Poeci pogranicza”. I coś o tym, że zmartwychwstanie poematu zostanie ogłoszone (to z innego poety pogranicza).

Dzisiaj myślę, że wiele razy było nam dane zaznać szczęścia, ale nikt nam o tym nie mówił, że to jest właśnie szczęście, że trzeba to jakoś szczególnie celebrować. Nic o tym nie wiedzieliśmy leżąc nocą na ciepłym asfalcie na szosie między Rożnowem a Kluczborkiem i patrząc w gwiazdy, albo jadąc pociągiem cholera wie po co do Tarnowa, pijąc piwo w Pieniężnie, po którym wszyscy potem mieli kłopoty – myśmy też nie wiedzieli, że to jest właśnie szczęście.
Kiedyś żegnając się po jakiejś eskapadzie na dworcu Julek rzucił w drzwiach pociągu cytat z Tadeusza Stirmera: – poeci tak jak psy, idą prosto do nieba.
To było po śmierci Krzyśka Urbańskiego, który prowadził warsztaty dla więźniów w ZK w Kluczborku. To było o nim.
Tak, Julku. Poeci tak jak psy, idą prosto do nieba. Jeżeli ono jest.

Pogrzeb odbył się w Kluczborku wczoraj, w środę 21 marca, o godzinie 12:00 na cmentarzu komunalnym przy ulicy Opolskiej.

P.S. Teraz kiedy szukam zdjęć Julka widzę, że zawsze trafiał gdzieś w tło, na drugi plan, nigdy się nie pchał do pierwszego rzędu. Cały Julek “Archanioł” Gabryel. Mistrz drugiego planu. Jak mówi Małgorzata: “nasz kosmita”. I już taki nasz zostanie.

(4.11.1979-14.03.2018)

 

Stuart 42

Nobody knows how to say goodbye
It seems so easy ’til you try
Then the moments passed you by
Nobody knows how to say goodbye

Nobody knows how to get back home
And we set out so long ago
Search the heavens and the Earth below
Nobody knows how to get back home

Nikt nie wie jak powiedzieć do widzenia
Kiedy nadejdzie ten moment
To, co miało być proste, staje się trudne.
Nikt nie wie jak się mówi do widzenia

Nikt nie wie jak wrócić do domu
Po długiej podróży, w którą ruszyliśmy
Żeby szukać siebie na ziemi i w niebie
Nikt nie wie jak wrócić do domu.

Nobody knows, The Lumineers

Joanna Trümner

Powrót

Wczesnym rankiem posterunek policji na Bondi Beach miał dziwną, nierzeczywistą atmosferę. Brudna podłoga, niewygodne, zużyte plastykowe krzesła i stojąca w kącie poczekalni niedopita butelka po piwie opowiadały o burzliwych wydarzeniach, których były świadkami. Sally i Stella, zszokowane, pachnące alkoholem młode kobiety z rozmazanym makijażem i w porwanym ubraniu, nie zaskoczyły wyglądem starszego policjanta, który zaprowadził je do pokoju przesłuchań.

W pół godziny później policjant nie próbował nawet ukryć zniecierpliwienia przebiegiem przesłuchania. „Mam wrażenie, że nie chcecie, żebyśmy ich znaleźli”, skomentował chaotyczne opowiadanie kobiet o wydarzeniach ubiegłej nocy i niezbyt dokładny opis sprawców. Zarówno Stella jak i Sally wiedziały, że nigdy nie zapomną twarzy mężczyzn, którzy je zgwałcili, mimo to z trudnością i niepewie odpowiadały na szczegółowe pytania o ubranie i wygląd mężczyzn i nie potrafiły zrekonstruować dokładnego przebiegu minionej nocy. „Może łatwiej byłoby o tym opowiedzieć kobiecie?”, zastanawiała się Sally, zdając sobie sprawę z tego, że nie pamiętała nawet marki samochodu, którym jechała z nieznajomymi mężczyznami z centrum miasta na plażę. Na twarzy prowadzącego dochodzenie policjanta malowało się coraz większe rozdrażnienie. „Większośc ludzi o tej porze jeszcze śpi, a ja muszę się męczyć z kolejną beznadziejną sprawą, dowodem bezgranicznej głupoty dwóch wcale już nie tak młodych kobiet”, pomyślał kończąc spisywanie protokołu.

Obie podpisały protokół, wyszły z posterunku i zatrzymały taksówkę. Sally podała adres i zaczęła grzebać w torebce w poszukiwaniu portmonetki. „Jakie szczęście, że nie zabrali nam pieniędzy”, pomyślała. W chwilę później zapadła w głęboki sen, z którego wyrwał ją głos taksówkarza. „Jesteśmy na miejscu”, powiedział z zażenowaniem w głosie. Domyśłał się, że pasażerki były w szoku i przeżyły niedawno coś złego, lecz nie wiedział, jak się zachować podczas długiej drogi z Bondi Beach do centrum miasta. Przyglądając się śpiącej Sally i patrzącej przed siebie niewidzącym wzrokiem Stelli, wybrał milczenie. W mieszkaniu Sally kobiety nie zamieniły ze sobą ani słowa, położyły się w ubraniu do łóżka w sypialni i natychmiast zasnęły. W kilka godzin później Sally przyglądała się swojej twarzy w lustrze w łazience, „Może to wszystko było tylko złym snem?”, zastanawiała się zmywając z twarzy resztki rozmazanego makijażu.

Siedziały teraz obie przy kuchennym stole, piły kawę i zastanawiały się, co robić. Stella zdecydowała się zadzwonić do matki. Ożywionym, nieswoim głosem powiedziała, że wczoraj w nocy wróciły z party tak późno, że zdecydowała się zanocować u Sally. „Jestem strasznie zmęczona, chyba zostanę tutaj dziś. Nie chciałam was budzić w środku nocy. Przepraszam”. Odłożyła słuchawkę, zastanawiając się, kiedy ostatni raz powiedziała matce „przepraszam”. „Mam nadzieję, że niczego się nie domyśli”, pomyślała i zdała sobie sprawę z tego, że jedyną osobą, którą chce w tej chwili widzieć, jest Sally.

W kilka dni później Stella wróciła z matką do Londynu. Jane widziała, że córka jest ostatnio przygaszona, szuka jej towarzystwa i sprawia wrażenie małego, zagubionego dziecka. Wielokrotnie bezskutecznie próbowała dpwoiedzieć się od córki, co się stało.
W kilka tygodni po powrocie siostry z córką do Anglii Brian wyjął ze skrzynki pocztowej adresowany do Stelli list z policji. „W związku z niemożliwością zidentyfikowania sprawców dochodzenie w sprawie gwałtu zostało zakończone”. Stella przeczytała to parę dni później w Londynie. Poczuła się bezsilna i wydana na pastwę świata. Przepłakała cały dzień, a wieczorem po raz pierwszy od dawna przytuliła się do matki i opowiedziała jej o nocy na Bondi Beach. Z każdym słowem wzrastało w niej uczucie żalu i bezsilności. „Nigdy nie myślałam, że mnie może coś takiego spotkać”, powiedziała przez łzy, a Jane patrząc ze współczuciem na córkę zastanawiała się nad tym, skąd bierze się przekonanie, że rzeczy złe dzieją się w innym świecie, świecie, który nas nie dotyczy, że przydarzają się one zawsze tylko innym ludziom. Wiedziała, że tak koszmarne przeżycia są piętnem, które pozostaje na zawsze. Zastanawiała się, jak pomóc córce i złapała się na myśli, że podświadomie cieszy się, że ta trauma może być jej szansą na poprawę kontaktu ze Stellą.

Sally również dostała list o zakończeniu dochodzenia. „To niemożliwe, żeby coś takiego można było zrobić bez żadnych konsekwencji”, pomyślała i po raz pierwszy poczuła potrzebę opowiedzenia komuś o tamtej nocy. Umówiła się na spotkanie ze Stuartem, który od dawna próbował zrozumieć, dlaczego Sally unikała spotkań i nie dopuszczała miądzy nimi do żadnych intymności, nie pozwalała nawet na pocałunki, a kiedy próbował ją wziąć w ramiona czuł, że nie odwzajemnia jego dotyku. Widywali się coraz rzadziej, podczas ostatniego spotkania Stuart zapytał ją wprost: „Czy ty mnie jeszcze w ogóle kochasz?” Unikając odpowiedzi na pytanie, Sally powiedziała: „Jest coś, o czym muszę ci opowiedzieć, daj mi proszę jeszcze trochę czasu.” List, który upokorzył ją prawie tak mocno, jak przeżycia podczas nocy na plaży w Bondi Beach, spowodował, że zdecydowała się opowiedzieć o tym Stuartowi.

„Jak można być tak naiwnym, przecież nawet małe dzieci wiedzą, że nie wolno wsiadać do samochodu nieznajomego”, myślał w duchu Stuart. Przyglądał się swojej dziewczynie, tak jakby widział przed sobą nieznaną osobę. Przytulił ją do siebie milcząc, bał się, że każde wypowiedziane przez niego teraz słowo, może ją zranić i upokorzyć. „Nie kopie się leżących”, pomyślał. Wiedział, że ma przed sobą inną osobę, niż pogodną, pełną energii i planów, dowcipną Sally, w której się zakochał.

Nie mógł opanować uczucia niesprawiedliwości na myśl o tym, że po wypadku Meg jest to drugie przestępstwo, za które nikt nigdy nie poniesie konsekwencji. Po długim milczeniu zwrócił się do Sally: „Musisz zrobić wszystko, żeby o tym zapomnieć. Takie rzeczy się po prostu zdarzają, musimy sobie z nimi poradzić”. W tym samym momencie zdał sobie sprawę z tego, że jego słowa zabrzmiały twardo i bezwzględnie. „Zrobię wszystko, żeby ci pomóc”, dodał.

W kilka dni później Sally siedziała w poczekalni u psychologa. Długo wzbraniała się przed pójściem na poradę, rozmowa z psychologiem oznaczała kapitulację, przyznanie się do tego, że nie jest w stanie sama kontrolować swojego życia. Równocześnie wiedziała, że dzieje się z nią coś złego. Nie potrafiła być sama, zamieszkała u Stuarta i miała nadzieję, że pomoże jej to opanować ataki paniki, które zdarzały się w najmniej oczekiwanych momentach i uniemożliwiały normalne funkcjonowanie. Opuszczała zajęcia na uczelni, bo jakaś niewidzialna siła mówiła jej, że naprawdę bezpieczna jest tylko w domu Stuarta. Kilkakrotnie wyszła z zajęć zlana potem ze strachu. Spała w pokoju gościnnym, często budząc się w środku nocy w panice. „Nie mogę dopuścić, żeby ten człowiek przez jedną noc zniszczył wszystko, co udało mi się w życiu osiągnąć”, powtarzała sobie wielokrotnie w duchu. Po kolejnej nieprzespanej, przerywanej koszmarnymi snami nocy zdecydowała się zadzwonić do psychologa.

„Gdzie widzisz siebie za dziesięć lat?”, pytała szczęśliwa, uśmiechnięta młoda kobieta na wielkim plakacie w poczekalni. To pytanie wydawało się Sally w jej obecnej sytuacji absurdem. W chwilę później otworzyły się drzwi gabinetu i Sally zobaczyła atrakcyjną, starszą kobietę. „Czy ona pomoże mi być znowu sobą? Kobietą, którą byłam przed tą potworną nocą? Wrócić do domu i pożegnać się raz na zawsze z paniką i lękami?”, zastanawiała się Sally wchodząc do gabinetu.

Cdn

Szopa w salonie 22

Łukasz Szopa

Bieda – nie tylko relatywna

Niedawno nowy niemiecki minister zdrowia, Jens Spahn, stwierdził, że w Niemczech żyjący na zasiłku ludzie nie tylko mogą z tym całkiem normalnie żyć, ale i zdrowo się odżywiać. Reakcje były niemal bez wyjątku krytyczne i negatywne (z wyjątkiem neoliberalnej FDP), ale warto zastanowić się nad tym, co powiedział, i skąd mu się to wzięło (opócz oczywistej próby wyprofilowania się jako konserwatysta i prawicowiec).

Na pierwszy rzut oka – szczególnie dla tych, którzy w Niemczech nie muszą żyć z zasiłku, t.zw. „Hartz 4“, albo dla osób z innych krajów – mogłoby się wydawać, że ma rację. Gdyż na przykład zasiłek na osobę – wliczając średnie koszty wynajmu mieszkania, które urząd opłaca – to prawie 800 Euro.

Niemała kasa – nie tylko dla uchodźców gospodarczych i niegospodarczych z Polski czy Gambii – gdy porównać to do „średniej krajowej“ zarobków w tych krajach, ale i do medianu zarobków (bo „średnia“ często jest statystycznie zawyżona tym malutkim, ale bardzo bardzo dobrze zarabiającym odsetkiem najbogatszych). Nie mówiąc o podobnych zasiłkach – o ile istnieją, i o ile ma się do nich prawo.

Dlatego, oczywiście, że niemieccy biedni – to bardzo bogaci biedni. W absolutnym porównaniu osób z podobnym statusem właśnie w Gambii czy Polsce. Za taką „niemiecką“ kasę miesięcznie można się nieźle urządzić – może nie w Warszawie czy Bandżulu, no ale już trochę na prowincji, czy to pod Częstochową czy nad Atlantykiem w Gunjur – jak najbardziej. Mały szkopuł jednak nie tylko w tym, że cóż nam z takich porównań „absolutnych zasiłków“, gdy niemiecki „zasiłkowiec“ raczej nie jest w stanie (a i mu nie wolno) wyjechać sobie w te piękne rejony i bytować – bo musi jednak pozostać tam, gdzie mu wypłacają tę niemałą sumę. No i tu właśnie pojawia się ten „domowy“ problemik, że… co prawda dobrze mieć te niecałe 800 eurosów, ale – na zakupy trzeba jednak iść za róg, a i koszta za czynsz, energię i inne raczej do życia niezbędne sprawy – trzeba płacić. W cenach – niemieckich, nie gambijskich czy częstochowskich. I tym samym ta okazała suma zasiłku jednak robi się mniej okazała.

A więc, nie tylko pan Spahn powinien pamiętać: patrz nie tylko na dochody i zasiłki, a również na wydatki czyli koszta, zanim powiesz, że można „zdrowo i godnie żyć“.

Ale jest i trzecia strona medalu (tak!, nie wiedzieliście, że medal ma zawsze trzy strony? To zobaczcie sobie dokładnie, w ręku, ten kawałek metalu. Kto nie ma, można użyć monety).

No i ta mało zauważalna strona medalu mówi, że jednak niemieccy zasiłkowcy nie powinni zapominać, że ogólnie, „relatywnie“, w porównaniu do bliźnich losem w Gambii czy Polsce – żyją jednak lepiej. I że wielu chętnie zamieniłoby się miejscami z takim niemieckim zasiłkowcem. Gdyż jedno wysokość zasiłku, drugie koszta życia, a trzecie – to jednak standard życia, który oferują kraje rozwinięte jak Niemcy, z czego korzyść ma każdy – od miliardera po biednego. Jest to poziom bezpieczeństwa, infrastruktura, szanse edukacji, poziom środowiska, albo tak „teoretyczne“ kwestie jak praworządność czy po prostu – pokój.

Fajne te Niemcy, ale – i tak narzekają. Na biedę. Szczyt narzekania to coroczne publikacje t.zw. „Raportu biedy“ („Armutsbericht“), który opiera się na statystykach biedy i ubóstwa właśnie… relatywnego. To znaczy, liczony jest odsetek osób, których miesięczny dochód to mniej niż 40% medianu dochodów netto. Wiem, trochę trudna definicja, proszę pogooglować, ale jakbyśmy tego dochodu nie tłumaczyli (czyli podstawy naszych 40%) – to problem jest w tym, że… problem ten będzie zawsze! To znaczy, istniał będzie tak długo, jak długo istnieć będą różnice w dochodach. Dam dwa przykłady. Pierwszy: wyobraźmy sobie, że wszyscy obywatele oprócz jednego mają z roku na rok ten sam dochód (obojętnie czy zarobek czy zasiłek czy emerytura itp.). Ale ten jeden dostał od wujka z Ameryki mega-spadek (tak, wujkiem jest Warren Buffet), czyli kilkadziesiąt miliardów dolarów. Efekt dla tej relatywnie mierzonej biedy? Taki, że nagle wszyscy statystycznie biedniejemy! No, oprócz tego jednego siostrzeńca pana Warrena…

Przykład numer dwa ze świata realnego. Pamiętacie kryzys finansowy w 2007 roku? Padały banki, akcje leciały w dół, produkcja, inwestycje, wzrost gospodarczy, bezrobocie – wszystko leciało w dół (no, to ostatnie oczywiście w górę…) A co powiedział nam „Armutsbericht“ opublikowany na początku 2008 roku? Że poziom relatywnej biedy w Niemczech… zmalał!!! Cud? Czyżby biedni potajemnie spekulowali i zainwestowali w opcje spadku cen na giełdach? Nie, po prostu… wtedy, w okresie niecałego półrocza, w dość krótkim czasie dość dużo (bardzo dużo!) kasy stracili ci najbogatsi – czyli ci, którzy są właścicielami i akcjonariuszami przemysłu, banków, obligacji państowych na szeroką skalę.

Podobne statystyki robi zresztą na większą skalę OECD – i wychodzą takie ciekawostki, że… relatywna bieda w Niemczech (9,5%) niższa niż w Kanadzie (12,6%), ale wyższa niż na Słowacji (8,7%), a nasza Polska „wyprzedza“ Niemcy w biedzie minimalnie (10,4%).

Dziwne wrażenie, dziwne odczucia?

Nic dziwnego. Gdyż tu dochodzę do punktu, o którym wspomniany Jens Spahn kompletnie zapomniał: poczucie biedy. Pisząc o tym, oczywiście pozostawiamy całą sferę statystyk i liczb relatywnych i absolutnych, a – pozostajemy przy ludziach, przy człowieku. Może się nam ten homo sapiens w swoim może mało racjonalnym zachowaniu i odczuwaniu nie podobać, ale faktem jest – że właśnie bieda czy ubóstwo odczuwalne ma dużo większe znaczenie niż liczby, wskaźniki i porównania.

Gdyż ubóstwo to często wykluczenie. Nie każdy poradzi sobie jak Robinson (który, nota bene, był na swojej wyspie równocześnie najbogatszym i najbiedniejszym, póki nie pojawiła się Piętaszek), i nie jest to tylko pusta zawiść, a po prostu wstyd i przykrość, gdy widzą, że nie mogą jak większość społeczeństwa wielu rzeczy: jechać na urlop, czy w ogóle czymkolwiek jechać oprócz metra i autobusu, iść do knajpy i zaprosić rodzinę czy przyjaciół na „rundkę“ czy kolację, pójść do kina czy do dyskoteki, w końcu – kupić coś nowego do ubrania. Nikt z braku tego wszystkiego co prawda nie umiera (no, chyba że powoli, ze smutku, goryczy, depresji – to też statystycznie udowodnione, a propos!) – ale żyje się źle. Biedę się czuje.

No i można by powiedzieć, „a niech tam! Co mnie te smutasy obchodzą, mnie dobrze, radzę sobie!“. Tak? A jak się żyje w kolejnym kraju, gdzie prawica staje się tak radykalna, że pełną garścią sięga po postulaty i wyborców opuszczonych przez lewicę, „troszcząc się“ o nich i „rozumiejąc ich“? Może warto przypomnieć sobie niby altruistyczne, ale w praktyce jak najbardziej utylitarystyczne doświadczenie ludzkości, że SOLIDARNOŚĆ SIĘ OPŁACA?…

Barataria 57 Ministerio del Tiempo

z podziękowaniem dla Kingi Szpuler, która przetłumaczyła na Polski kolejne odcinki zabawnego serialu hiszpańskiego Ministerstwo Czasu, i jakby już tego nie było dość, jeszcze wiernie przyjeżdża, a właściwie przyjeżdżają, ona i Włodek, do Berlina, przywożą film i sprzęt do zainstalowania kina domowego, po czym wspólnie oglądamy perypetie kilkorga pracowników Ministerstwa Czasu, których zadaniem jest korygowanie w kolejnych odcinkach przeszłości, po to by w teraźniejszości wszystko było tak, jak jest. Rekrutowani w różnych epokach pracownicy, niekiedy dobrzy, acz nikomu nieznani, niekiedy znamienici jak Diego Velasquez, przez różne drzwi, ulokowane w podziemiach gmachu ministerstwa, dostają się w przeszłość w dokładnie określonym miejscu i momencie, aby dokonać pewnych niezbędnych korekt. Niekiedy muszą po temu skorzystać z motocykla, komputera lub komórki, czego zasadniczo robić nie powinni, jednak i w ich pracy zdarza się, że cel (zbożny, zbożny!) uświęca środki. To dzięki nim Łazik z Tormesu nie ginie na szafocie i spisze swe przeżycia, które anonimowo ukażą się drukiem w roku 1554, zapoczątkowując tryumfalny pochód powieści łotrzykowskiej w Europie (a dodajmy: i w Ameryce). To oni ratują od śmierci pewnego rozrabiakę, który dzięki temu zdąży się ożenić, spłodzić dzieci i zostać prapraprapradziadkiem (tak, tak – w szóstym pokoleniu!) księcia Adolfo Suáreza Gonzáleza, który w roku 1971, po obaleniu Franco, został pierwszym premierem Hiszpanii. Interweniują w sprawie zakończenia wojen napoleńskich na półwyspie Iberyjskim i ratują dla potomności Guernikę Picassa. Sprawią też, że nie powiedzie się intryga, zmierzająca ku temu, by Szekspir a nie Cervantes… Ale, hola, tu już zaczynam opowiadać historię, która jest treścią dzisiejszego wpisu, pora więc zakończyć tę dedykację i powiedzieć raz jeszcze krótko i zwięźle: dziękuję, Kinga Szpuler! 

Ewa Maria Slaska

Jest rok 1604

Cervantes skończył właśnie pisać powieść, z której właściwie jest bardzo dumny (w filmie powie o niej, że przełamała wszystkie konwencje i jest w niej epika, liryka, tragedia i komedia), ale nie aż tak, by nie ulec pokusie i nie sprzedać jej dwóm (niby-to) Anglikom, którzy pojawią się u niego jako Lord Charles York i jego szambelan, niejaki Benent. Panowie przyjechali niby to z szekspirowskiej Anglii, przywieźli worek złota i twierdzą, że opowieść o Rycerzu Smętnego Oblicza i jego zabawnym giermku zostanie wystawiona na deskach teatru Globe. Ale bogdaj tam… Obaj są oszustami, którzy podobnie jak pracownicy ministerstwa podróżują w czasie i właściwie są do swych podróży lepiej przygotowani, bo nie potrzebują żadnych drzwi wejściowych ani wyjść przez szafy, studnie i kominy, czym muszą się posługiwać urzędnicy ministerialni, lecz dysponują nowoczesnym nihilatorem, co pozwala im znikać ot tak, pach pach i już. Zresztą w ogóle nie są renesansowymi Anglikami, tylko jak najbardziej XXI-wiecznymi obywatelami USA. Nie po raz pierwszy mącą w historii (nie tylko zresztą oni), którą “nasi” próbują właśnie skorygować. Nie do końca jest też pewne, jakie są ich prawdziwe cele. Bo możliwe, że  po prostu próbują zdobywać pewne przedmioty, manuskrypty, biżuterię, obrazy, po to, by je w czasach współczesnych spieniężyć z tysiąckrotnym zyskiem (pomyślmy – oryginalny rękopis Cervantesa na aukcji u Sotheby’ego!), ale niewykluczone, że zamierzają zniszczyć manuskrypt opowieści, po to, by się nigdy nie ukazała! Bo wtedy na polu bitwy o literacką sławę pozostaną tylko Lope de Vega w Hiszpanii i Szekspir w Anglii, a skoro wiadomo, że historia sama z siebie ustali, kto jest “lepszy” a kto “gorszy”, wiadomo więc, że Lope de Vega (w roku 1604 po stokroć sławniejszy niż Cervantes) nie sprosta próbie czasu, w historii kultury europejskiej jak prawdziwy Koh-i-Noor literatury ostatnie się tylko i wyłącznie ów genialny Anglik, o którym wprawdzie wcale nie wiadomo, czy to on napisał to, co napisał, ale jednak to jego nazwisko będzie dziś opromienione chwałą największego geniusza literackiego wszechczasów. Bo o ile w walce militarnej o dominację na morzach i oceanach świata Anglia pokonała Hiszpanię, o tyle jednak to Hiszpania wygrała toczącą się równolegle wojnę o prymat w literaturze – Don Kichot stanie się najczęściej tłumaczoną i wydawaną świecką książką na świecie, w liczbach bezwzględnych ustępując tylko Biblii.

Ale tego Cervantes nie wie. Sprzedał manuskrypt i za uzyskane od (niby-)Anglików złoto zakłada teatr, jest bowiem przekonany, że to jest przyszłość kultury. W rozmowie z wydawcą mówi: wybrałeś zawód bez widoków, za książkę płaci się tylko raz, a może ją przeczytać nawet i sto osób, do teatru trzeba za każdym razem kupić bilet.

Wysłannicy Ministerstwa Czasu, młoda XIX-wieczna emancypantka, XV-wieczny żołnierz i zdesperowany policjant z lat 70 ubiegłego wieku, przegrywają walkę. Nie udaje im się odzyskać manuskryptu od pseudo-Anglików, przekonują się, że Cervantes nie sporządził kopii powieści o ostatnim błędnym rycerzu i nie są w stanie namówić go, by napisał swą powieść jeszcze raz. Po co? pyta, nikt tego nie będzie czytał, cała ta pisanina nie ma sensu. Teatr, tylko teatr… Sytuacja staje się dramatyczna. W roku 1604 pisarz nie oddał powieści do druku, nie ukazała się więc i właśnie na naszych oczach zaczyna po prostu znikać z kartek książek. Za chwilę znikną zresztą i książki. W ostatniej chwili “nasza trójka” wpada na pomysł – usypiają Cervantesa, przenoszą go do współczesności, pokazują mu jego własny pomnik w Madrycie (pisarzowi towarzyszą pod pomnikiem Don Kichot i Sancho Pansa) i wystawę w księgarni.


Udało się. Odtransportowany w rok 1604 pisarz siada do stołu i zaczyna pisać: W mieścinie pewnej, prowincji Manchy, której nazwiska nie powiem, żył niedawnymi czasy hidalgo pewien, z liczby tych, co to prócz spisy u siodła, szabliska starego, szkapy chudziny i paru gończych, niewiele co więcej mają.

PS. Oczywiście film pokazuje perypetie z doprowadzaniem do publikacji pierwszej części powieści, co miało miejsce w roku 1604, a więc zasadniczo nie dotyczy Baratarii, która pojawia się dopiero w roku 1615 w tomie drugim. Ale, przyznaj sam Czytelniku (i Czytelniczko!), gdyby nie ukazała się część pierwsza, czy-by Miguel Cervantes de Saavedra w ogóle stworzył był i część jej drugą?

Poezja po Kochanowskim

Jackson Jabłoński

Na Jabłoń

Podejdź tu, ja cię proszę!
Od trosk wyjdź i odpocznij sobie,
Aby leżał cień na tobie.
Od tej burzy, która okrążając w szale,
W osłonie mej obiecuję, że ocalę.
Czerwonymi darami obsypuję,
Jeśli pod mymi liśćmi cię zatrzymuję.

Zostań tu ze mną, proszę!
Kiedy wokoło nas życie kwitnie,
A słońce promienieje wybitnie.
Kiedy zamyka się chmurami niebo,
A pobrzask mroźny jest ze słońca niskiego.
Zawsze dbałość moją hojnie ci daję,
O ile twoja obecność zostaje.
Doświadczyć życia pragnę,
Obok ciebie, aż padnę.

Olśnienie

W każdym zdroju swą odpowiedź odszukuję
W czerni wydrążonej prosząco namacam
Jednak skądś abym upadł on odszeptuje
Na kolana cierpliwe.
Do niebios więc pewnością się ufnie zwracam
Przez życzenia żarliwe.

Moje pragnienia bezkresne ja opisuję,
Z serca szczerego pytania me zadaję,
Miłości, pokoju, radości oczekuję.
Od zmartwień, od trosk, ukojenie
Od stwórcy świadomego cicho mi nadaje
Odpowiedzią, wiedzą, promienie.

Ma 19 lat, pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. Do Polski przyjechał na rok. Poznaliśmy się w Szczecinie, ale teraz przeniósł się do Lublina. W Szczecinie on i jego kolega, Niemiec pracowali m.in. jako wolontariusze przy projekcie Parkrun, organizowanym przez naszą szczecińską koleżankę. Wraz z wierszami, zdjęciem i zgodą na opublikowanie ich na blogu Jackson przysłał mi krótki tekst. Podobnie jak wierszy, tak i tego tekstu nie poprawiam.  Użyty w podpisie “Starszy” to funkcja w hierarchii kościoła mormońskiego.

Jestem Jackson Jabłoński, lecz obecnie nazywam się Starszy Jackson Jabłoński ponieważ obecnie jestem Wolontariuszem Z Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, może bardziej znane jako ,,Mormoni”. Pomimo polskiego nazwiska, urodziłem się w Michigan, lecz dorastałem w Arizona. Jestem na dwuletnią misję z mego kościoła i z tego powodu znajduję się w Polsce. Będąc na tej misji uczę się Polskiego i dwa miesiące temu zaczynałem pisać wierszy po Polsku aby pogłębiać moją naukę. Mam je pisać w takich granicach, że tylko uczę się polskiego od 14 miesięcy nie będąc rodowitym speakerem. To spowoduje taką niezwykłą kreatywność z powodu tego procesu, w którym mam krok po kroku pisać poprawiając gramatykę i odszukując odpowiedni słowa aby sobie wyrazić

zainspirowawszy z Jana Kochanowskiego zaczynałem od jednego, które wyraźnie wygląda takie jak jego wiersz, ‘Na lipę’

i tak, to może być tekst tam, wielki dzięki 🙂
-Starszy Jabłoński

 

List do marszałka sejmu RP

Moje drogie Czytelniczki, moi drodzy Czytelnicy, okażcie nietypową dla dzisiejszych czasów cierpliwość i przeczytajcie ten list do końca. Coś, co się początkowo może wydawać listem wsparcia dla Karczewskiego, jest dobrym i rzetelnym podsumowaniem tego co robimy oraz spokojnym, wyważonym protestem przeciw temu, do czego się nas zachęca. 

Już raz, w sprawie stosunku do uciekinierów, publikowałam tu list Bogdana Miłka, przewodniczącego Kongresu Organizacji Polonijnych w Niemczech (nie mylić z Konwentem, Forum i chyba, jeśli dobrze pamiętam, Unią). To znamienne, bo zasadniczo dr Miłek i ja prezentujemy odmienne poglądy polityczne – łączy nas jednak poczucie godności i przyzwoitości.

Dr med. Bogdan Miłek
Przewodniczący Kongresu Polonii Niemieckiej,
przewodniczący Komisji Informacji o Polsce
poprzednio – Komisji Obrony Dobrego Imienia Polski i Polaków

Niemcy, marzec 2018

Pan Marszałek Senatu RP
Dr med. Stanisław Karczewski

Szanowny Panie Marszałku,

Proszę przyjąć wyrazy szacunku i serdeczne pozdrowienia.

Mieliśmy okazję poznać się osobiście u Pana Marszałka przed Kongresem Polonii Medycznej w 2016 roku w Warszawie. Dziękuję również, że objął Pan patronat nad jubileuszem Polskiego Towarzystwa Medycznego w Niemczech.

Z zainteresowaniem różne kręgi Polonii, także te które mam zaszczyt reprezentować, przyjęły apel Pana Marszałka w sprawie działania na rzecz dobrego imienia Polski i Polaków oraz troskę o dobre imię Polski.

Szanowny Panie Marszalku,

Polonia, zapewne od początku emigracji Polaków, zajmowała się i zajmuje troską o dobre imię Polski i Polaków. Tak ja, jak i moi polonijni współpracownicy od przyjazdu do Niemiec angażujemy się w tę sprawę.
Początkowo, 29 lat temu, wraz z grupą emigrantów polskich z Kraju Saary, zareagowaliśmy na artykuł R.W. Leonhardta w „Die Zeit”, kwestionujący europejskość Polski. Dotarliśmy wówczas z naszymi protestami i sprostowaniami m.in do Prezydenta Niemiec Richarda von Weizsäckera, Premiera Kraju Saary Oskara Lafontaine tudzież innych polityków oraz dziennikarzy niemieckich.

W całym późniejszym okresie wszystkie organizacje lokalne i ogólnoniemieckie, w których pracach miałem przyjemność uczestniczyć, miały w swym programie troskę o dobre imię Polski i Polaków.

Ja zaś, wówczas w różnych centralach polonijnych takich jak Polskie Forum w Niemczech, Polska Rada w Niemczech, Kongres Polonii Niemieckiej czy Europejska Unia Wspólnot Polonijnych, byłem odpowiedzialny za koordynowanie tych działań w randze wiceprzewodniczącego centrali (Forum, Rada) lub przewodniczącego stosownej Komisji (Kongres, EUWP).

Interweniowaliśmy w różnych sprawach, także w kwestii „Polskie Obozy śmierci” czy „Polskie Obozy Koncentracyjne”.

Polemizowaliśmy z artykułami (np. Vorwärts – rozmowa z Egonem Bahrem, kwestionująca aspiracje wejścia Polski do NATO) czy akcja pt. Pokażmy Polskę i Polaków inaczej.

Podobnie wraz z Polonią Wielkiej Brytanii, Polonia Niemiecka przeprowadziła akcję promocji akcesu Polski do Unii Europejskiej, łącznie z dotarciem do Królowej Brytyjskiej.

W roku 1998 Polonia przeprowadziła akcję poparcia uchwały Sejmu o nie łączeniu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej z cesjami na rzecz tzw. Wypędzonych. Nawiązaliśmy wówczas w tej kwestii kontakt z politykami wszystkich opcji politycznych – panami: Olszewskim, Dobroszem, Siwcem, Millerem, Moczulskim, Balcerowiczem, Czarneckim, Bugajem, Oleksym.

W 2004 roku powstała pod auspicjami Kongresu Polonii Niemieckiej, Komisja Obrony Dobrego Imienia Polski i Polaków. W przedsięwzięciach Komisji brali również wspólnie udział wybitni przedstawiciele Polonii różnych opcji – jak np. ksiądz dr Sobkowiak i red. Alina Perth-Grabowska.

W ramach EUWP powstała Komisja Godności i Pamięci Narodowej. Obiema tymi strukturami miałem przyjemność kierowania przez kilka lat. Szczególnie Komisja Obrony miała w swym składzie wiele osób z różnych krajów, w tym m.in kilku wybitnych profesorów z USA. Szczególnie prof. Rudnicki z USA ma ogromne zasługi w dziele walki z pojęciem „Polskich Obozów Koncentracyjnych”.

Praca wspomnianych Komisji nie była i nie jest nastawiona na spektakularne akcje, lecz bardziej na dyskusje, wymianę informacji, wzajemną stymulację i koordynację działań – w myśl zasady: „rejestrować– inicjować– stymulować”. Przykładem takiej skoordynowanej akcji była pierwsza odpowiedź na raport Komisji MAK kierowanej przez prof. Anodine (koniec roku 2010).
Członkowie Komisji, za własne pieniądze, wykupili domenę „20100410” z końcówkami właściwymi dla wielu państw i w pięciu językach zamieścili tekst polemizujący z Raportem MAK, szczególnie w kwestiach nie wymagających głębszych badań lecz logicznego myślenia.

Wiele dyskutowano w gronie wspomnianych Komisji o samej nazwie: „obrona dobrego imienia Polski i Polaków“ czy „zwalczanie stereotypów”.

Mimo, że Komisje składają się z osób o bardzo różnych poglądach, zdecydowana większość była zdania, że dobre imię „albo się ma – albo nie.” Co więcej, nagłaśnianie sprawy obraźliwego dla Polski komentarza służy raczej rozpropagowywaniu poglądów obrażającego niż obronie obrażanego. Zatem większy sens ma działalność informacyjna – stąd lepsza była by nazwa „Komisja Informacji o Polsce”, ewentualnie „rzetelnej informacji“ lub po prostu „Informacji”. Stąd dokonano zmiany nazwy na „Komisja Informacji o Polsce”.

Szanowny Panie Marszałku,

pamiętamy, że kilkanaście lat temu MSZ prowadziło statystykę używania pojawiania się w publikacjach pojęcia „Polskie Obozy Koncentracyjne”.

Chcielibyśmy zapytać czy ta statystyka jest kontynuowana?

Jeśli tak, pragnęlibyśmy uzyskać dane – czy w ostatnich latach wzrosła liczba tych krzywdzących nas wszystkich publikacji – czy też – bo takie wrażenie mieli członkowie polonijnych Komisji kilka lat temu – mamy tendencję spadkową.
Dlatego, wraz z gronem moich współpracowników i przyjaciół, w tym z grona wspomnianych Komisji, proponujemy aby postarać się uspokoić emocje i wyciszyć sprawę.

Rozumiemy intencje Pana Marszałka i osób popierających obronę Polski przed pomówieniami w kwestii Niemieckich Obozów Koncentracyjnych w Polsce. Niemniej naszym skromnym zdaniem regulacje prawne i ewentualne procesy powinny dotyczyć jedynie sytuacji ekstremalnych i wyjątkowych, najlepiej zaś by ich w ogóle nie było. Takie pojęcia jak „Obrona dobrego imienia Polski i Polaków” powinny zostać zastąpione pojęciami: „Rzetelna (prawdziwa) Informacja o Polsce i Polakach” – lub po prostu „Informacja o Polsce i Polakach”.

Specjalny temat stanowi problematyka Polsko – Żydowska ze względu na wielką tragedię jaka spotkała obydwa te narody, a także na wieki wspólnej historii. Naszym zdaniem nie wolno – nawet w imię dobrych intencji – generować powstawania wzajemnych obrażeń i pomówień. Należy raczej
wspólnie zapłakać nad każdą żydowską i polską ofiarą okropnej wojny i nad każdym nie uratowanym życiem przez osoby, które mogły pomóc, bez względu na to kim były te osoby. Powinniśmy wyrazić żal każdego Polaka, który nie uratował swych żydowskich sąsiadów. Dodać tu też trzeba propagandową manipulację okupanta hitlerowskiego, zresztą ta manipulacja miała miejsce także rękami zaborców np. caratu dużo, dużo wcześniej.
Obszerne dane na ten temat można znaleźć w książce Alicji Grochowskiej „Elementy prania mózgu w procesie zagłady Żydów”.

Inna kwestia natomiast budzi naszą uwagę – chodzi o potencjalne zagrożenie pogorszenia ważnych stosunków międzynarodowych na linii stosunków polsko – niemieckich poprzez nieopatrzne eksponowanie kwestii odszkodowań za II wojnę światową. Warto tu zacytować w tej kwestii wymianę zdań między Episkopatami Niemiec i Polski z roku 2015: „Pojednanie polsko-niemieckie to wielka wartość. Można ją łatwo utracić przez nieprzemyślane decyzje, a nawet przez zbyt pochopnie wypowiadane słowa” – napisali polscy biskupi.

Nie czujemy się kompetentni do zabierania głosu w kwestii, w której winni wypowiedzieć się fachowcy prawa międzynarodowego. Zwracamy jednak uwagę na bardzo delikatny grunt, po którym poruszają się wszyscy wypowiadający się w tej kwestii. Nie jest to kwestia zupełnie zdezaktualizowana (spłacanie reperacji za I wojnę światową dobiegło niedawno końca) – ale Niemcy dodają mniej lub rzadziej otwarcie: należy uwzględnić mającą miejsce w wyniku zmiany granic stratę przez ich kraj dużych terytoriów i znajdującego się tam majątku.

O tym, że ZSRR dokonał rabunku z tych przyznanych Polsce terenów – w Niemczech prawie nikt nie wie. Dlatego nie wolno szafować rozbudzającymi niepotrzebne emocje stwierdzeniami takimi jak nadzieja na odzyskanie 900 miliardów euro jako reperacje od Niemiec. To raczej kwestia do poruszania w trakcie pozbawionych emocji dyskusji polityków i prawników nie zaś jako pożywka dla populistów po obu stronach granicy (politycy prawicowej niemieckiej partii AfD nieraz przebąkują o odzyskaniu tych czy owych ziem…).

Szanowny Panie Marszałku, Szanowni Państwo,

powyżej przedstawiliśmy Państwu garść przemyśleń wynikających z doświadczeń blisko 30 lat działalności dla dobra Polski i jej imienia. Osób na co dzień żyjących i funkcjonujących wśród tych, którzy obserwują Polskę jako europejskiego partnera. Osób, których rosnąca pozycja Polski w ciągu ostatnich dziesięcioleci napawała i napawa dumą. Związanych z Polską na dobre i złe.

Być może te kilka zdań dorady okażą się pomocne w podjęciu tej czy innej decyzji lub ukształtowaniu takiego czy innego poglądu.

Z wyrazami szacunku

dr med. Bogdan Miłek
przewodniczący Kongresu Polonii Niemieckiej
wraz z gronem polonijnych współpracowników

Festiwal piosenki natrętnej XIII

Tomasz Fetzki

Jeszcze w zielone gramy, czyli natręctwo gorzkie, ale nieuniknione

Kilka dni temu usłyszał Viator w radio, że zbliża się pierwsza rocznica (kiedy ten czas zleciał, swoją drogą?!). Usłyszał i natręctwo natychmiast go dopadło, jakby się już od dawna spięte czaiło do skoku.

Coraz ciężej się robi na pielgrzymim szlaku: nie dość, że droga wyboista i marsz znojny, to jeszcze Kostucha co i raz kosi tych, którzy swoją obecnością, swoim słowem, swoim optymistycznym realizmem pomagali jakoś znieść to wszystko. I niech nikt nie bredzi, że nie ma ludzi niezastąpionych. Są, jak najbardziej! Im więcej czasu odpływa od ich odejścia, tym boleśniej to czuć. A dziś właśnie mija równo rok.

Viator jest w pełni świadom tego, iż mógł się stać ofiarą co najmniej kilku innych namolnych piosenek. Ta była po prostu najszybsza. Bo też i boli chyba najbardziej. Czemu?

Do mądrych Czytelników Wędrowiec się zwraca…