Barataria 63: Wyspa marzeń

Ewa Maria Slaska

Śmierć Don Kichota – opera

Muzyka: Jules Massenet

Libretto: Henri Cain
w oparciu o sztukę Jacques’a Le Lorrain Le Chevalier de la longe figure (Rycerz długiej postaci, 1904)

Premiera: 19 lutego 1910 w Monte Carlo

Opera w pięciu aktach. Akcja rozgrywa się w Hiszpanii w XVI w.

Litografia George Rochgrosse’a, wykonana w roku 1911 z okazji premiery sztuki w Teatrze Rozrywki w Paryżu  

Akt I
Do jednego z hiszpańskich miasteczek, w którym trwa właśnie huczna zabawa, przybywa Don Kichot. Owacyjnie witany przez tłum, opowiada o swoich ostatnich przygodach. Zazdrosny o znajdującą się wśród słuchaczy Dulcyneę, młody Juan wyzywa go na pojedynek. Dziewczyna przerywa jednak walkę. Don Kichot w wyszukanych słowach prosi piękną dziewczynę o rękę. Znana z dość swobodnych obyczajów Dulcynea, pół żartem pół serio przyjmuje jego oświadczyny. Stawia mu jednak warunek. Ma odzyskać zrabowane jej przez zbójców klejnoty.

Akt II
Don Kichot wyrusza więc na poszukiwanie szajki zbirów. Jego wierny sługa, Sancho Pansa, ceniący spokój i wygody, wciąż uskarża się na swój los. W drodze spotykają ich nieprawdopodobne przygody. Niezwykłych cech przydaje im bujna wyobraźnia rycerza. Stada świń i owiec bierze on za szeregi nieprzyjaciół. Stojące na wzgórzu wiatraki stają się w jego umyśle groźnymi olbrzymami. Stacza z nimi wyimaginowaną potyczkę i zostaje boleśnie potłuczony uderzeniami obracających się skrzydeł.

Akt III
Po długiej wędrówce Don Kichot natrafia na zbójów w dzikich wąwozach gór Sierra Morena. Zostaje przez nich pojmany i skrępowany. Jednak jego bohaterska postawa tak imponuje rozbójnikom, że postanawiają puścić go wolno, a nawet zwrócić zrabowane Dulcynei klejnoty.

Akt IV
Don Kichot wraca do ukochanej, wprawiając ją w osłupienie. Wzruszony, ponownie prosi o jej rękę, ale dziewczyna odmawia. Widząc jego przygnębienie, opowiada mu szczerze o swoim życiu. Choć wielkoduszny Don Kichot wybacza jej, jest tymi wyznaniami zdruzgotany. Dobry Sancho namawia go, żeby ponownie wyruszył w świat – tym razem na poszukiwanie krainy, w której ludzie są lepsi i szlachetniejsi.

Akt V
Szokujące wyznania ukochanej kobiety podkopują optymizm Don Kichota i niszczą jego siły fizyczne. Odwrócony od świata, umiera w końcu na pustkowiu, w towarzystwie wiernego Sancha Pansy. W przedśmiertnej wizji widzi jeszcze wyidealizowaną postać swojej wybranki – na jego twarzy pojawia się ostatni uśmiech.

(Streszczenie libretta według “Przewodnika operowego” J. Kańskiego)


Ciekawe, że w niemieckim opisie opery czytamy coś zupełnie innego. Po niemiecku rzecz dzieje się w średniowiecznej Hiszpanii, podczas gdy polski autor zakłada, że jest to Hiszpania renesansowa. Po polsku w akcie I w miasteczku odbywa się fiesta, po niemiecku – czterech zalotników Dulcynei śpiewa dla niej serenadę. Polskie klejnoty Dulcynei (niemieckie perły) porywa tam szajka, tu zaś jeden, ale za to słynny zbój. Don Kichot nie prosi o rękę Dulcynei, jeno ofiarowuje jej zamek. I tak dalej…

Lucien Fugère 1910 w roli Sancho Pansy

Tym niemniej opis niemiecki bardziej niż polski wiąże się z naszymi wędrówkami w poszukiwaniu Baratarii, bo oto w akcie IV, gdy Pan i Giermek przybywają do miasteczka, przywożąc Dulcynei jej stracony naszyjnik, Sancho Pansa upomina się o swą obiecaną wyspę. W akcie V umierający Don Kichot przypomina sobie o swych niewypełnionych zobowiązaniach i obiecuje Giermkowi wyspę… Wyspę Marzeń.

ACTE CINQUIÈME

2me Interlude

Rideau
Dans le chemin raviné de la vieille forêt.

C’est la nuit, une nuit étoilée très claire.
Jupiter brille dans tout son éclat.
Don Quichotte repose, debout contre le tronc d’un chêne.
Sancho le veille comme un enfant; il attise un feu de sarments qui réchauffera son “Grand.”

SANCHO
avec simplicité, attendrissement et ferveur
O mon maître, ô mon Grand! dans des splendeurs de songe
Que ton âme s’élève aux cieux loin du mensonge,
Et que ton coeur si doux plane dans les clartés,
Où tout ce qu’il rêva devient réalité!
O mon maître! ô mon grand!

DON QUICHOTTE
Écoute… mon ami, je me sens bien malade!
Mets ton bras sous mon cou,
Sois l’ultime soutien
De celui qui pansa l’humanité souffrante…
Et survécut à la Chevalerie Errante?

SANCHO
comme un murmure
Mon maître!

DON QUICHOTTE
Sancho, mon bon Sancho, nous allons nous quitter…
Ingrat, vas-tu me regretter?
avec une intimité attendrissante
Déjà… tes yeux… revoient le village… où tu fus enfant…
Et te voici rêvant? aux bois mystérieux? de la terre natale!

SANCHO
désolé
Non! non!

DON QUICHOTTE
avec une infinie douceur
Mais, mon pauvret, c’est la chose fatale!
avec un pâle sourire
Tu n’es qu’un homme enfin, tu veux vivre?
Et je meurs…

SANCHO
larmoyant
Mon maître! mon maître!

DON QUICHOTTE
fièrement et simplement; en suprême et sublime effort se redressant
Oui! je fus le chef des bons semeurs!
J’ai lutté pour le bien, j’ai fait la bonne guerre! ah!
Il étouffe. Don Quichotte retrouve la parole.
Sancho, je t’ai promis naguère… des coteaux…
Des châteaux… même une île… fertile…

SANCHO
très doux et modeste
C’était un simple îlot que je voulais avoir!

DON QUICHOTTE
continuant et souriant
Prends cette île qu’il est toujours en mon pouvoir
De te donner!
dolcissimo
Un flot azuré bat ses grèves…
Elle est belle, plaisante? et c’est l’île des Rêves!
Sancho pleure.
émotionnant et simple

Ne pleure pas Sancho, mon bon, mon gros Sancho!

SANCHO
Laissez-vous délacer; comme dans un cachot,
Vous étouffez, mon grand, dans cet habit d’apôtre!

DON QUICHOTTE
arrêtant le geste de Sancho et très grave, très pieusement doux
Je meurs…
Fais ta prière et dis la patenôtre?
Il baise la tête et défaille. Sancho, avec précaution, le cale contre l’arbre.
désignant Jupiter à qui il tend les bras.

L’Étoile!

LE VOIX de DULCINÉE
très au loin
Ah! le temps d’amour a fui…
Où vont nos bonheurs? adieu! bonheurs! adieu!

DON QUICHOTTE
Dulcinée! avec l’astre éclatant
Elle s’est confondue…
C’est bien elle!
La lumière, l’amour, la jeunesse…
Elle! Vers qui je vais? qui me fait signe? qui m’attend!

Il meurt.

SANCHO
dans un cri déchirant
Mon Maître adoré!

Zakończenie opery, ostatnia rozmowa Pana i Giermka, od 6 minuty 38 sekundy obaj mówią o wyspie. Partię Don Kichota śpiewa Mikołaj Giaurow.

Sukienka. Zadanie literackie

 Znalazłam zdjęcie. Łódkowato wygięty, pożółkły kartonik. Wydało mi się tak niezwykłe, że poczułam niedosyt – jego prawdziwa treść i historia wydały mi się zbyt banalne (choć przecież wcale nie są). Publikuję je tu, nie kadrując, nie wyostrzając. Proszę Czytelników o dopisanie do niego historii. I proszę koniecznie podać kolor sukni! Ja odgadłam… Lecz jednak nie, nie odgadłam, ale czytajcie dalej…

 

Pierwszy tekst o sukience nadesłała moja włoska kuzynka Maria:

Sukienka

Widziałam sporo podobnych zdjęć, poniewierały się w jakichś kopertach, pudełkach i szufladach; nieuporządkowane, czasami opisane z drugiej strony jakąś datą. Były również negatywy, myślałam żeby zrobić z nich dobre odbitki, ułożyć je w albumie i dać moim rodzicom w prezencie – nie doszło do tego, negatywy przy okazji jakiejś przeprowadzki, jakiegoś remontu znikły, a szkoda, były na nich wspomnienia z imienin, karnawałowych balów, sylwestrów. Były zdjęcia przyjaciół rodziców i ich znajomych, zdjęcia robione przez Dziadka i znajomych, negatywy wywoływane w łazience i również tam robione odbitki – po takich sesjach łazienka pachniała wywoływaczem i utrwalaczem, specyficznym dziwnym zapachem, który, o tym jeszcze wtedy nie wiedziałam, po latach stał się dla mnie dobrze znany, bo zajmowałam się fotografią przez wiele lat – robiłam to jednak w bardziej profesjonalnych warunkach, nie w łazience.
Bardzo lubiłam patrzeć na Mamę, jak przygotowywała się na te zabawy, jak się malowała – na co dzień chyba nie malowała się, w każdym razie ja tego nie pamiętam, albo nie widziałam, bo robiła to rano przed wyjściem do pracy, a wtedy śpieszyliśmy się wszyscy – z dzieciństwa pamiętam, że bardzo lubiłam dźwięk zamykanej puderniczki, było to dla mnie coś dorosłego, coś magicznego. No i Tata, który zawsze był bardzo elegancki, ze spinkami w mankietach koszuli i krawatem.
Jak wychodzili wieczorem na bal, ja z moją siostrą zostawałyśmy z dziadkami i wtedy po kolacji była okazja do gry w remika zwanego również przez dziadków kukrą, którą oczywiście usiłowałyśmy przeciągnąć jak najdłużej. Czasami, ale bardzo rzadko, graliśmy w madżonga, bo dziadkowie mieli zestaw do tej gry. Bardzo lubiłam te wieczory, były inne, odmienne od codzienności.
Czasami bal odbywał się u nas w domu, wtedy dzień wcześniej smażyliśmy faworki i róże karnawałowe, zabawa była świetna, a przy okazji można było zjeść trochę skawalonego cukru pudru, który Babcia trzymała zwykle wysoko na półce, w załomku kuchni służącym za spiżarnię. Robiliśmy również bezy, chyba Tata był tu specjalistą, pamiętam, że pieczenie nie bardzo się udawało, bo albo wychodziły niedopieczone, albo spalone, ale zawsze były bardzo dobre.
Jak przychodzili goście do naszych rodziców, to ja z moją siostra jechałyśmy spać do drugich dziadków, na Krakowskie Przedmieście, gdzie mieszkanko było malutkie, ale za to bardzo wysokie. Tam Babcia robiła dla nas jakieś smakołyki, była świetną kucharką, a wieczorem wyciągałyśmy z szafy ubrania i buty naszej cioci, (nosiła czółenka na małym obcasie zwane kaczuszki, były wspaniale, oczywiście dla nas za duże, ale zabawa była świetna) i robiłyśmy pokazy mody.
Sukienki, która jest na zdjęciu nie pamiętam zupełnie i nie wiem, jakiego była koloru, jak również nic mi nie przypominają meble ani radio, które widzę na zdjęciu. Nie umiem zupełnie zlokalizować tego zdjęcia, ale jeżeli mam zgadywać, to sukienka mogła być niebieska.

***
A więc jednak nieprawda, nie odgadłam koloru. Podejrzewałam, że sukienka była czerwona i tak też sądziła uwieczniona na zdjęciu Mama kuzynki, czyli, no tak, nie da się już tego ukryć, moja Ciocia. Nie była to jej sukienka, tylko szwagierki, tej, która w opowiadaniu powyżej nosi owe czółenka – kaczuszki… i jednak sukienka wcale nie była czerwona tylko ponoć jasnozielona… Radio znajdowało się w tym małym, ale wysokim mieszkaniu u “drugich Dziadków”.

Wedel i bombardier

Ewa Maria Slaska

Wpis dla Uli Usakowskiej-Wolff

Widzicie to?

Od lat złości mnie i dziwi ten napis, witający przyjeżdżających do Berlina  na dworcu głównym. Od jakiegoś czasu, wiem, że nie jestem jedyna, bo ukraińska pisarka mieszkająca w Niemczech, Katja Pietrowskaja, też o tym pisze w swej pięknej książce o poszukiwaniu rodzinnych korzeni na Ukrainie i w Polsce.  Jednak większość ludzi zapewne nie zwraca na to uwagi, bo jakby większość myślała tak jak Katja i ja, to tego napisu by nie było. Byłyby albo masowe prostesty albo jeden zdecydowany telefon z biura kanclerki lub prezydenta i reklama zniknęłaby z czoła reprezentacyjnego dworca Republiki, stolicy i Europy.

Ale jest. Jest bo przynosi pieniądze, jest bo pieniądze są ważniejsze niż myślenie. Reklama Bombardiera jak wehikuł czasu przenosi mnie do Berlina lat 80. Dopiero przyjechałam, uczyłam się świata i języka, i ze zdumieniem odkrywałam SS czyli Sommersemester lub SSV czyli Sommerschlußverkauf. Nie mogłam uwierzyć, że prawo jazdy nazywa się Führerschein, władza – Gewalt, a Krieg i kriegen mają wspólny sens. Od tego czasu świat, również ten niemiecki i ten berliński, uwrażliwił się na różne aspekty języka, na to, że słowo może przekazywać nie tylko to, co chcemy, lecz również to, co ukryte i nieuświadomione. Zmieniła się też jakość komunikacji społecznej. Firmy komercyjne też w międzyczasie wiedzą, że stać nas na bojkot i znaczące protesty, niekiedy próbują nas nawet sprowokować jakimś celowo obraźliwym lub błędnym sformułowaniem, po to właśnie, byśmy więcej kupowali.

Ale my, podróżni w stolicy europejskiej, która jest na pewno też jedną z najważniejszych stolic Europy, nie będziemy przecież kupować produktów Bombardiera. Ta reklama zresztą wcale nie jest zachętą komercyjną, jest po prostu wielkim na miarę zainwestowanych przez firmę pieniędzy podpisem sponsora.

Bombardier

Wiem dość o procesach historycznych zachodzących w społeczeństwach, żeby nawet nie sięgając do enuncjacji jakiegoś komercyjnego tekstera, wyobrazić sobie drogę od zwykłego kanoniera z czasów wojny trzydziestoletniej do firmy, która najpierw produkowała lawety do armat, potem czołgi, potem pociągi pancerne i wreszcie samoloty. I nawet jeśli dziś wszędzie na świecie wyroby firmy Bombardier niosą ludziom tylko szczęście i pokój, nawet wtedy, powtarzam, nazwa firmy przypomina, że chodziło o Krieg i kriegen, o Gewalt, a kiedyś również o SS. I że niestety może o to nadal chodzić. Ta nazwa, niechby była nie wiem jak tradycyjna, i nie wiem jak wywodziła sią od tego biednego kanoniera z XVII wieku, przecież się po prostu kojarzy. Bombardier, bombardzier, bombardier…

Zastanawia mnie, że Niemcy jako państwo, od co najmniej 30 lat zainteresowane tym, żeby kojarzyć je z pokojem, tolerancją i demokracją, pozwalają na takie codzienne, frontalne, podważanie ich intencji w oczach setek tysięcy ludzi, którzy korzystają z dworca w Berlinie. Nawet jeśli świadomie nikt tego nie odbiera negatywnie, podświadomość każdemu zbuduje nieuchronny ciąg skojarzeń – Niemcy, dworzec, pociąg, bombardowanie.

Nie ma znaczenia, że kanadyjskie koncern nie ma nic wspólnego z okrutną historią europejską, nie ma znaczenia że został założony w roku 1942 przez Josepha-Armanda Bombardiera, wynalazcę nowoczesnego skutera śnieżnego. Nie ma znaczenia, że jako osoby bombardowane na dworcu niemieckim napisem Bombardier, nie wiemy, co łączy Józefa Armanda Bombardiera z twardym krokiem żołnierzy szwedzkich i niemieckich depczących europę w XVII wieku… To przecież wszystko bez znaczenia, każdy z nas widzi ten napis, a jego podświadomość natychmiast pokazuje fucka wszystkim niemieckim staraniom o image gołąbka pokoju!

Oczywiście sam założyciel firmy, zdolny wynalazca i przedsiębiorca, za te skojarzenia nie odpowiada. Był zresztą świetnym facetem.

Joseph-Armand Bombardier (1907-1964) pochodził z Kanady francuskiej, był niezwykle uzdolnionym mechanicznie chłopcem, który zbierał na ulicach zepsute przedmioty, po to by je naprawiać. Jego rodzice byli rolnikami i prowadzili wiejski sklepik. Nikt w rodzinie nie interesował się mechaniką. Nikogo, kto pisze o Bombardierze, a pisze się o nim w sieci całkiem sporo, nie zajęło pytanie, dlaczego rodzina nazywa się właśnie tak, jak się nazywa.

W wieku 13 lat zbudował funkcjonujący model lokomotywy poruszany mechanizmem wyjętym z zegarka, skonstruował też mechaniczny kołowrotek i przerobił starą strzelbę na armatę. Gdy miał lat 19 otworzył w garażu własny warsztacik naprawy zepsutych urządzeń i stworzył pierwszego snowmobila.

Miał 27 lat, gdy jego syn zachorował i nie udało się go dowieźć na czas do szpitala, bo ulice były zasypane śniegiem i nie odśnieżane. To sprawiło, że Józef postawił na przekształcenie modelu snowmobila w produkowany przemysłowo pojazd jeżdżący po śniegu.
Na cześć Bombardiera nazwano jeden z lodowców na Antarktydzie.


Firma Bombardier produkuje zatem różnorakie środki komunikacyjne, pojazdy śnieśne, pociągi, samoloty…

W kwietniu 2018 roku lecę do Warszawy. Na lotnisku staję przed takim oto samolotem – ewidentnie produkt firmy Bombardier (tak też zostaniemy za chwilę powitani: na pokładzie samolotu Bombardier), ale z wielką reklamą Wedla. Nie ma siły, wszyscy z mojego pokolenia będą mieli w tym momencie tylko jedno skojarzenie: 22 lipca d. E. Wedel. I taki rysunek Sławomira Mrożka: idzie pochód z okazji państwowotwórczej, obok kroczy facet z opakowaniem firmowym: E. Wedel. Wydaje mi się (pewnie się mylę), że zazwyczaj nie ma reklam na samolotach. Reklama jest większa niż napis firmowy. To odwrócenie poprzedniej sytuacji: E. Wedel, dawniej Bombardier… Ok, dobrze, trzeba będzie kupić torcik wedlowski.

W poczekalni obserwuję przywitanie dwojga ludzi w średnim wieku. Pani siedzi naprzeciwko mnie, pan podchodzi, pani wstaje, witają się i, jeszcze stojąc, zaczynają rozmawiać. Zadziwiło mnie pierwsze zdanie tej rozmowy. Mężczyzna mówi: wydaje mi się, że wszystko zrobiliśmy niepotrzebnie, i ma przy tym ton zatroskanego naukowca a nie zirytowanego biznesmena. Chciałabym się dowiedzieć, co zrobili niepotrzebnnie, ale jak siadają, to nie słyszę, o czym mówią. Słyszę następny fragment ich rozmowy dopiero w autobusie, który wiezie nas do samolotu, to chyba już jakiś inny temat, ale kto to wie… pan opowiada o szkole, do której dzieci chodzą nadzwyczaj wręcz chętnie i uwielbiają się uczyć. Wysiadamy z autobusu, stoimy w kolejce do schodków, pan i pani za mną. A wszystko to można osiągnąć w bardzo prosty sposób, mówi pan. Ruszamy, zaraz wejdziemy na schodki i niemożliwe, po prostu wejdziemy, usiądziemy i ja już się nigdy nie dowiem, jak to można osiągnąć. A koniecznie chcę wiedzieć. Jestem ciekawska i zaangażowana społecznie, a mój wnuk chodzi do szkoły… Muszę się dowiedzieć, jaki jest ten sposób. Obracam się, przepraszam, przedstawiam i pytam. Pan lekko (ale tylko lekko) zaskoczony, odpowiada, że chodzi o szkołę w Finlandii. Kiwam głową, można się było domyślić, że jak gdzieś dzieci uwielbiają en masse chodzić do szkoły, to musi to być Finlandia. To proste, mówi pan, o pracę w szkole można się starać tylko z najlepszymi wynikami na studiach, a o każde miejsce nauczyciela ubiega się dziesięć osób. Już nie zdążę zapytać, czy jest to praca super płatna, wchodzimy, a zanim siądziemy, pan da mi wizytówkę. Nie mogę dać mu w zamian swojej, bo… no bo… nieważne, nie mam, zapomniałam, lisy zjadły, jest w torbie oddanej na wózek bagażowy… Uśmiecham się tylko i mówię, dziękuję, jak o tym napiszę, to przyślę panu linka…


Centrum Edisona. Aha. Myślę sobie, że mały Bombardier świetnie by się nadawał na patrona centrum nauki dla super uzdolnionych dzieci. Szkoda, że ma nazwisko, które się marnie kojarzy…

No i to pierwsze zdanie na wizytówce: Uważaj na mity! Naprawdę opłaca się, być ciekawskim i zaczepiać ludzi…

Berlin o każdej porze roku. Wiosna

Elżbieta Kargol

Tulipany, tulipanie, tulipaństwa

I znowu zakwitły, wszędzie w ogrodach, w parkach, na skwerach, na klombach, rondach, między drzewami, za płotem i w trawie, w doniczkach i w wazonach, a przede wszystkim w berlińskim Britzer Garten, gdzie 21 kwietnia odbyło się oficjalne otwarcie kwitnięcia i gdzie ich ilość, różnorodność, barwność i miejsce przyprawiają każdego o kolorowy zawrót głowy. Skala ich barw jest niewiarygodnie szeroka, nie występują tylko w czysto niebieskim i czarnym okwiecie. Kwiaty są pojedyncze lub pełne, a ich kształt zmienia się od kielichowatego przez miseczkowy, kubkowaty, do form o skręconych lub postrzępionych płatkach, niektóre podobne do róży, inne do piwonii, ale najczęściej do lilii, bo do rodziny liliowatych wszak należą.

Mowa o tulipanach, tulipaniach i o całych tulipaństwach. Na świecie istnieją 194 państwa. Gatunków tulipanów jest około 120, a odmian uprawnych ponad 15 tysięcy. O nazwie nadawanej nowej odmianie decydują hodowcy. Nadawanie tulipanom imion znanych ludzi to element promocji. Jest Irena Sendlerowa i Fryderyk Chopin, jest Jurij Gagarin i Elvis Presley, i tysiące innych znanych lub mniej osobistości.


Tulipan zezwala, aby go podziwiano, ale nie budzi gwałtownych uczuć – pożądania, zazdrości, miłosnych zapałów. Jest pawiem wśród kwiatów.

Zbigniew Herbert

Niektórzy za ich ojczyznę uważają Holandię. Nic bardziej mylnego! Kwiaty te pochodzą z Azji środkowej, gdzie ich dzikie odmiany rosły na zboczach gór Tienszanu, Pamiru i Ałtaju, później w Chinach, Mongolii, aż dotarły do Persji i Imperium Osmańskiego. W XVIII wieku Turcją rządził sułtan Ahmed III. Czas jego panowania został nazwany “Wiekiem Tulipanów”. Nazwa tulipan pochodzi od tureckiego słowa tülbent – oznacza tkaninę, z której uwijano turbany. Czerwony tulipan, po turecku laleh, zapisuje się takimi samymi literami jak imię Allaha, a czytany od tylu daje helal czyli półksiężyc. Turcy wierzą, że kwiat ma boską siłę. Jego nazwa, choć zupełnie inna, pojawia się też w Pieśni nad pieśniami.

*

W połowie XVI wieku do Europy tulipany sprowadził z dworu sułtańskiego austriacki ambasador w Turcji, a ich uprawą zajął się holenderski botanik Karol Clusius. Rozpoczęło się tulipanowe szaleństwo. Ceny niektórych cebulek był warte domu w Amsterdamie. Do dzisiaj Holandia jest światowym potentatem w uprawie tulipanów.

Przed laty skorzystałam z oferty taniego przewoźnika i wybrałam się do Holandii, do Keukenhofu, aby podziwiać kwitnące łany tulipanów. Nic, oprócz folią przkrytych pól nie widzieliśmy. Był początek lub środek marca, wycieczka dwa tygodnie później kosztowałaby już 100 marek więcej.

Tulipan jest łatwy w obsłudze, rośnie w każdej ziemi, cebulki wysadzamy jesienią do gruntu, i w zależności od gatunku zakwitną od marca do czerwca. Po przekwitnięciu lepiej wyjąć cebulki z ziemi, przechować w chłodnym i ciemnym miejscu, a jesienią powtórzyć proces, żeby następnej wiosny znów cieszyły oczy.

Z moim dziadkiem, ogrodnikiem i pszczelarzem z zamiłowania, zajmowaliśmy się krzyżowaniem tulipanów. Przenosiliśmy pyłek z białego kwiatu na czerwony. W następnym roku dziadek patriota pokazywał mi w ogrodzie biało-czerwone tulipany, efekt naszych botanicznych eksperymentów. Prawdopodobnie mnie trochę oszukiwał, ale dawno mu to wybaczyłam, bo wszystko co wiem o faunie i florze w ogrodzie, na polach i łąkach, zawdzięczam właśnie jemu.

W berlińskim Britzer Garten posadzono 250 tysięcy tulipanowych cebulek. Choć zimne dni marcowe zaszkodziły wielu roślinom i nie wszystkie zakwitły lub nie zakwitną, to jednak większośc ich otuli(pani)ła ziemię barwnym kobiercem kwiatów

Tulipan

Jak ptak jesteś – o piórach z purpury i złota!
Nakrapianyś – jak skóra cudownego węża!
Jak płomień – którym wiatr bezgłośnie miota!
Jak płomień – co w pośpiechu ostygłby i stężał!

Chrzęścisz cicho jedwabiem pod zakrzepłym żarem,
siarkę mieszasz z krwi pąsem w chlasty, bryzgi, smugi,
aż powalony wreszcie własnym, szkarłatnym ciężarem,
masz w sobie coś z Mefista i chorej papugi…

Beata Obertyńska, z tomu Otawa, 1945


Zdjęcie Autorka, dalsze zdjęcia – mnóstwo wspaniałych zdjęć – TU

Barataria 62: balet bez Baratarii

Ewa Maria Slaska

Nowe przygody Pana i Giermka czyli balet Don Kichot

Muzyka: Ludwig Minkus
Choreografia: Marius Petipa / Rudolf Nuriejew
Libretto: Marius Petipa, od 1900 roku Aleksander Górski
Premiera: 26 grudnia 1869 w Wielkim Teatrze Moskiewskim (Bolshoi Theatre)

Istnieją trzy wersje baletu, moskiewska z roku 1869, sanktpetersburska z roku 1871 (obie autorstwa Petipy) i wersja poprawiona przez Akesandra Górskiego z roku 1902, ta, którą wystawia się do dziś; w tej wersji rolę zakochanej Kitri zatańczyła Matylda Krzesińska, polska tancerka Tetaru Maryjskiego w St. Petersburgu, w której zakochał się następca tronu (a potem ostatni car Rosji), Mikołaj II – zresztą wszyscy to na pewno świetnie wiedzą, wszak w ubiegłym roku na ekranach kin pojawił się rosyjski film Aleksieja Uczitiela Matylda, który nacjonalistycznie nastawieni Rosjanie próbowali na całym świecie bojkotować, bo przypomnienie carskiego romansu obrażało pamięć o świętym (to nie  ironia – Mikołaj II po upadku komunizmu został kanonizowany) wszechrosyjskim władcy, zamordowanym wraz z żoną i dziećmi przez Sowietów. Matylda jest przepięknym (jeśli ktoś lubi kicz w wielkim stylu) kostiumowym romansem, rozgrywanym przez obwieszone klejnotami postaci w pełnych przepychu wnętrzach. Mikołaj, choć bardzo chce wziąć ślub z kochanką, przygotowuje się jednocześnie do ślubu z Alicją, księżniczką heską, która jako caryca przybierze imię Aleksandry. Film dzieje się jeszcze przed ślubem i koronacją Mikołaja i przypomina przy okazji niezwykły pojedynek pomiędzy dwiema primabalerinami carskiego baletu – Matyldą Krzesińską i Pieriną Lignani na… piruety. Legnani, Włoszka, uważana za najwspanialszą primaballerinę wszechczasów, była pierwszą tancerką, której udało się wykonać tzw. fouetté en tournant z 32 obrotami. W filmie ambitna Polka próbuje dorównać rywalce, co jej się w końcu udaje. Krwawiące stopy Matyldy i pożar je pałacu na sztucznej wyspie stanowią niewątpliwie główną atrakcję tej filmowej opowieści bez happy endu.

W słowniku terminologi baletowej polskiej Wikipedii znajdujemy takie oto wyjaśnienie: Fouetté – termin oznaczający rząd tanecznych pas przypominających obracającego się bąka. F. na 45° to wirtuozerskie obroty na palcach, w czasie obrotu pracująca noga “zamachuje się” za łydkę nogi oporowej, zgina w kolanie, jej nosek z tyłu przenosi się do przodu, potem noga silnie wyprostowuje się z równoczesnym opuszczeniem nogi oporowej w demi-plié (pół ugięcie). (Nawiasem mówiąc, to wygląda mniej więcej tak, trzeba to tylko obejrzeć 32 razy).

Fouetté stanowi najczęściej kulminację w różnych formach tańca klasycznego, zwykle w pas de deux np. w Jeziorze łabędzim czy Don Kichocie. I tak to, jak zwykle w tych wędrówkach po kulturze, dokądbyśmy nie poszli i tak “wracamy do naszych baranów”.


Natalia Maria Wojciechowska, autorka portalu Baletowe ABC, pisze

HISTORIA I CIEKAWOSTKI
  • Już w 1614 roku w królewskim Luwrze tańczono balet dworski Don Quichotte. Później motywy z dzieła Cervantesa zadomowiły się w balecie na stałe, owocując przez 400 lat dziesiątkami nowych opracowań. Prawdziwą furorę zrobił jednak dopiero balet Mariusa Petipy z muzyką Ludwiga Minkusa (1869), bo trwa na scenach do dzisiaj, odświeżany i przetwarzany przez kolejne pokolenia choreografów.
  • W 1740 roku Franz Hilvedring jako pierwszy wystawił Don Kichota w wersji dwuaktowej,
  • W 1768 Jean George Noverre rozbudował wersję Hilvedringa i jak poprzednik wystawił swoją wersję w Wiedniu – do muzyki Josefa Starzera,
  • W 1808 roku Charled Didelot znany jako „ojciec rosyjskiego baletu” wystawił w Petersburgu dwuaktową wersję Don Kichota,
  • W 1839 roku Paul Taglioni (wujek Marii Taglioni) wystawił własną wersję tego baletu w Berlinie,
  • W 1843 roku wujek Paula Taglioniego – Salvatore Taglini – wystawił swoją produkcję Don Kichota w Turynie,
  • Odtwórczynią roli Kitri podczas światowej premiery w roku 1869 w Moskwie była Anna Sobeshchanskaya
  • W 1871 – 21 listopada w Teatrze Kamenny w Petersburgu została wystawiona rozszerzona przez Petipę i Minkusa wersja w 5 aktach i 11 obrazach,
  • W 1924 roku zespół Anny Pawłowej, co prawda w kawałkach, ale jako pierwszy wystawiał balet Don Kichot poza granicami Rosji,
  • W 1950 Ninette de Valois wystawiła swoją wersję Don Kichota, wykonaną przez zespół Royal Ballet,
  • W 1962 roku po raz pierwszy poza Rosją została wystawiona oryginalna rosyjska wersja Don Kichota zatańczona przez Ballet Rambert,
  • W 1965 roku George Balanchine stworzył współczesną wersję Don Kichota dla New York City Ballet,
  • W 1966 Rudolf Nureyev wystawił swoją wersję tego baletu, którą stworzył dla baletu wiedeńskiego (Vienna State Opera Ballet),
  • W 1973 roku wersja Rudolfa Nureyeva tańczona przez balet australijski została sfilmowana,
  • W 1980 roku Michaił Barysznikow stworzył własną wersję dla American Ballet Theater, którą tańczyło wiele zespołów na całym świecie,
  • W 1900 roku 6 grudnia Aleksander Górski wystawia w Petersburgu swoją wersję Don Kichota z nowymi tańcami, jak wariacja Królowej Driad do muzyki Antona Simona,
  • Kiedy Aleksander Górski ponownie w 1902 roku wystawiał Don Kichota kompozytor Riccardo Drigo nalegał na wstawienie dwóch wariacji skomponowanych przez niego dla Matyldy Krzesińskiej,
  • Wersja Górskiego nie została dobrze przyjęta przez zwolenników Petipy oraz baletomanów i była postrzegana przez długi czas jak okaleczenie pracy Petipy,
  • Wersja Górskiego stała się stałą pozycją Teatru Bolszoi oraz Kirov.

No dobrze, to wreszcie opowiedzmy sobie, o czym jest ów balet:

PROLOG
Don Kichot, naczytawszy się ksiąg o przygodach błędnych rycerzy, postanawia wyruszyć na poszukiwanie ideału piękna, jakim dla niego jest Dulcynea. Towarzyszy mu wierny sługa Sancho Pansa.

AKT I
Na placu miasteczka codzienny gwar i krzątanina. Kitri, córka właściciela gospody, Lorenza, tańczy z przyjaciółkami. Dziewczyna jest zakochana w Basiliu, ale jej ojciec nie zgadza się na małżeństwo z biednym cyrulikiem – swata jej na męża bogatego Gamacha.
Na rynek wkracza niecodzienna postać: Don Kichot. Jest oczarowany tańczącą Kitri, która jawi mu się jako uosobienie Dulcynei. Składa jej rycerski hołd uwielbienia, który zostaje przyjęty z humorem. Wkrótce zręcznym manewrem Kitri znika wraz z Basiliem, a Lorenzo, Gamache i Don Kichot z Sancho Pansą rzucają się za nimi w pogoń.
W tawernie zebrali się matadorzy i Espada, adorujący uliczną tancerkę. Zainteresowanie wszystkich szybko przenosi się na tańczącą Mercedes. Uliczna tancerka nie chce dać za wygraną. Nieporozumienie przerywa pojawienie się Kitri i Basilia oraz całego goniącego ich towarzystwa. Lorenzo próbuje zmusić córkę do małżeństwa z Gamachem, co widząc Basilio – pozoruje samobójstwo. Lorenzo zmuszony przez Don Kichota, udziela błogosławieństwa Kitri i „umierającemu” Basiliowi. Chłopak natychmiast ożywa i młodzi uciekają. Oszukany Lorenzo i Gamache gonią ich, za nimi zaś podąża błędny rycerz z wiernym sługą.
Don Kichot jest przekonany, że to miłość wskrzesiła Basilia.

AKT II
Noc, Cyganie przy ognisku. W sam środek zabawy wpadają goniący Basilia i Kitri. Don Kichot dostrzega stojący nieopodal wiatrak i bierze go za wcielenie złych mocy. Rzuca się do walki, a wszyscy przerażeni uciekają.

Sancho Pansa pielęgnuje potłuczonego pana. Don Kichot jest oszołomiony; wydaje mu się, że Amor prowadzi go do krainy Driad. Jedną z nich jest Kitri – Dulcynea. Sancho cuci Don Kichota. Oto pojawia się spacerująca po lesie para – księżna z orszakiem, która zaprasza błędnego rycerza na zamek.

AKT III
Na zamku pojawiają się wszystkie znane nam postaci. W honorowym pojedynku Don Kichot zmusza natrętnego Gamacha do rezygnacji z ręki Kitri. Młodzi są szczęśliwi.

Błędny rycerz w towarzystwie wiernego Sancho Pansy udają się w dalszą drogę na poszukiwanie ideału piękna.


Od lutego balet w nowej wersji przygotowanej przez Víctora Ullate można obejrzeć w Deutsche Oper (Operze Niemieckiej) w Berlinie; najbliższe terminy: 27 kwietnia, 4 maja, 2 czerwca, 17 czerwca i 2 lipca. Bilety w cenie od 29 do 95 euro.

Zauważyliście oczywiście, że wideo kończy się owym słynnym Fouetté, tańczonym ongiś przez piękną Matyldę.

Reblog (bo nie dało się inaczej): sukienka

Nie dało się inaczej, bo o sukience swojej mamy opowiedziała mi Helena Klitenik, ale jak ją poprosiłam o tekst, to powiedziała mi, że sukienka jest w Muzeum Polin i że mogę tam o niej przeczytać. Helena mieszka w Warszawie i bywa… Bywa w wielu miejscach, na wykładach, w teatrach, w kinie, Helena czyta, słucha, ogląda… Namawiam ją, żeby raz na miesiąc pisała dla nas o nowościach kulturalnych w Polsce czy w Warszawie. Wczoraj przyszedł mail:

Ewa,
pamiętam o Twojej prośbie. Odezwę się po 3 maja.
28 kwietnia będę w Teatrze Na Woli na “Historii Jakuba” Słobodzianka, a 3 maja w Teatrze Nowym na “Francuzach” w reż.Warlikowskiego.
Pozdrawiam.
Helena
P.S.
Mnóstwo pracuję na działce. Przyniosłam na balkon niezapominajki. Na działce już kwitnie miodunka, bratki, trochę tulipanów, niezapominajki, dużo żółtych kwiatów, których nazwa uciekła mi z głowy, niedługo zacznie kwitnąć pełnik europejski. Wzeszła rukola, koperek, rzodkiewka a zeszłoroczny jarmuż odbił świeżymi liśćmi.


Reblog:

Opracowanie i zdjęcie Przemysław Jaczewski, opowieść o sukience: Helena Klitenik

Sukienka Grani Klitenik: Historia Zagłady zapisana w przedmiotach

Grania Klitenik, z domu Juziuk, mieszkała z mężem i małym dzieckiem w Telechanach, niedaleko Pińska (obecnie w granicach Białorusi). Kiedy w czerwcu 1941 roku wybuchła wojna niemiecko-radziecka, zdecydowali natychmiast, że muszą uciekać na Wschód. Klitenik był komunistą, a spodziewano się, że Niemcy aresztują komunistów w pierwszej kolejności. Rodzina zabrała tylko najpotrzebniejsze przedmioty.

W czasie ucieczki rozstali się. Mężczyzna cofnął się do Telechan po swego ojca. Ten jednak zbagatelizował niebezpieczeństwo i zdecydował się pozostać. Uznał, że osobom niezaangażowanym politycznie nic nie grozi. W tym czasie Grani przydarzyła się straszna rzecz – ktoś zabrał jej dziecko, kiedy spała. Nie wiemy jak, ale mężowi udało się później je odnaleźć. Oddał je w Homlu do całodniowego żłobka. Sam wstąpił do armii.

Samotna Grania znalazła się po wschodniej stronie Wołgi. Była krawcową od 17 roku życia, więc udało jej się dostać pracę. Ponieważ z Telechan uciekła latem i bez jakichkolwiek ciepłych ubrań, musiała zdobyć jakieś okrycie na jesień i zimę. Z 50 skrawków szyneli wojskowych uszyła sobie sukienkę. Używała jej przez całą wojnę. Miała ją ze sobą również wtedy, gdy po odnalezieniu męża, przyjechali w 1946 roku do Polski.

Cała rodzina Grani i jej męża z Telechan zginęła, zabita w masowym mordzie ludności żydowskiej jeszcze w sierpniu 1941 roku.

Grania całe życie ich wspomniała – dziadków, mamę, zmarłego wcześnie ojca i siostrę. Siostra wyszła wcześniej niż ona za mąż, urodziła troje dzieci, które Grania bardzo kochała.

Klitenikowie nigdy nie dowiedzieli się, mimo usilnych poszukiwań, co stało się z ich dzieckiem. Żłobek homelski podczas bombardowań przenosił się z mijesca na miejsce, po synku wszelki ślad zaginął.

Reblog: 75 rocznica powstania Getcie Warszawskim

Wszyscy to już wiemy, wszscy czytaliśmy, ale mimo to – nie mogę na blogu pominąć tego listu…
Gorzki list do prezydenta Dudy przed rocznicą wybuchu powstania w getcie. Prof. Szlajfer odmawia udziału w obchodach

Szanowny Panie Prezydencie,

Przed kilku dniami otrzymałem Pańskie imienne zaproszenie do udziału w oficjalnych uroczystościach 75. rocznicy wybuchu Powstania w Getcie Warszawskim. Z przykrością informuję, że Pańskiego zaproszenia nie mogę przyjąć. Piszę „z przykrością”, albowiem w innych okolicznościach udział Prezydenta RP w tej uroczystości byłby godnym uczczeniem pamięci żydowskich bohaterów, którzy choć osamotnieni, a jednocześnie świadomi, że ich walka jest częścią wspólnego oporu przeciwko niemieckiej machinie zagłady, podjęli bój z oddziałami generała SS Jürgena Stroopa.

Nie wnikając w tym miejscu szerzej w przyczyny, działalność obozu politycznego z którym jest Pan związany jest sprzeczna z wartościami, o które walczyli powstańcy, a także dziesiątki tysięcy innych Żydów w oddziałach partyzanckich, miejskiej konspiracji czy w armiach antyhitlerowskiej koalicji. Ci w istocie uprzywilejowani, którzy uzyskali dostęp do broni, a choćby tylko do koktailu Mołotowa, obojętnie, syjoniści różnych odłamów, harcerze z Haszomer Hacair, bundowcy, socjaliści z Poalej Syjon czy komuniści, podjęli walkę w Warszawie, ale także w innych gettach i obozach zagłady w imię ludzkiej godności i wolnościowej tradycji. „Parchy” z różnych obozów politycznych i orientacji (czy zareagował Pan na to poruszające wyobraźnię określenie jednego z czołowych publicystów Pańskiego obozu politycznego?), szli do walki razem i razem ginęli.

Wspominam o tym, albowiem propagowane dzisiaj pisanie historii „na nowo” prowadzi m.in. do brutalnej ingerencji w historię żydowskiego oporu i powstania. Przypomnę tylko, że to przedstawicielom Pańskiego obozu udało się przeciwstawić –– manipulując nazwami ulic –bundowca Marka Edelmana, w powstaniu zastępcę Mordechaja Anielewicza, i komunistę Józefa Lewartowskiego, współorganizatora wielopartyjnego bloku oporu w warszawskim getcie już wiosną 1942 r. Zaślepieni ignoranci i doktrynerzy z Pańskiego obozu, prawdziwi bluźniercy, nie mogą, jak widać, zrozumieć, że antykomuniści – socjalista Edelman i syjonista Mordechaj Anielewicz, mogli ramię w ramię walczyć wspólnie z nielicznymi komunistami przeciwko niemieckim oddziałom. Nie usłyszałem głosu protestu z Pańskiej strony, który wsparłby apel wszystkich głównych organizacji żydowskich w Polsce w tej sprawie. Milcząc, akceptował Pan ten brutalny akt ingerencji w historię Żydów, Warszawy i Polski. Nie usłyszałem Pańskiego głosu, gdy wojewoda z Pańskiego obozu politycznego odmawiał pod idiotycznym pretekstem włączenia w dniu 19 kwietnia syren dla uczczenia pamięci młodego, zaledwie 24-letniego dowódcy powstania i jego towarzyszy. Ale również i Pan, Panie Prezydencie, dokonał w zeszłym roku swoistego cudu w trakcie wizyty w Izraelu. W swoim wystąpieniu w Centrum Dziedzictwa im. Menachema Begina w długim akapicie na temat Powstania w Getcie Warszawskim zdołał Pan nie wspomnieć nazwy organizatora i głównej siły powstania – Żydowskiej Organizacji Bojowej. To tak jakby pisać o Powstaniu Warszawskim nie wspominając nazwy Armia Krajowa.

Żydowscy powstańcy z warszawskiego getta zasługują na coś więcej, aniżeli obecność przed ich pomnikiem w dniu 19 kwietnia ludzi reprezentujących rządzący obecnie obóz polityczny.

Panie Prezydencie,

List ten przekazuję zarówno na Pańskie ręce, jak i przyjaciół oraz innych zainteresowanych osób i instytucji. Piszę o kwestiach dotyczących życia publicznego, a te, jak sądzę, powinny być publicznie debatowane.

Z wyrazami szacunku,

Henryk Szlajfer, Em. profesor ISP PAN

Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Dla przypomnienia, o Powstaniu pisali już tu Krzysztof Mika, Anna Dobrzyńska i Andrzej Rejman (również  TU).

Stuart

And time has told me not to ask for more
For someday our ocean will find its shore
So I’ll leave the ways that are making me be
What I really don’t want to be
Leave the ways that are making me love
What I really don’t want to love

Czas mnie nauczył nie pytać o więcej,
I tak któregoś dnia nadejdzie dzień
gdy nasz ocean zbliży się do brzegu
Więc opuszczam drogę, na której staję się tym,
Kim naprawdę nie chcę być,
I schodzę z drogi na której kocham rzeczy,
Których wcale nie chcę kochać

Nick Drake, Time has told me

Joanna Trümner

Be good to yourself

Po długiej rozmowie z matką Stuart poczuł się bardzo zmęczony. Nie miał już żadnych złudzeń, wiedział, że była to jedna z jego ostatnich rozmów z nią, choroba posunęła się tak daleko, że nie można było liczyć na żaden cud. Wyszedł ze szpitala z uczuciem bezradności i smutku. „Ona niedługo umrze, a ja nigdy nie byłem dobrym synem”, pomyślał, „a teraz jest już na to za późno”. W drodze do domu myślał mo czasach sprzed wyjazdu do Australii. Długi okres, kiedy matka dochodziła po zdrowia po załamaniu psychicznym. Ich wspólne wieczory, podczas których grał tylko dla niej. Przypomniał mu się wieczór, w który matka nazwała go „swoim najbardziej utalentowanym dzieckiem”. „Ona zawsze we mnie wierzyła”, pomyślał, czując wstyd na wspomnienie długich tygodni, kiedy w ogóle się do niej nie odzywał. Za każdym razem po wykręceniu jej numeru telefonu wiedział z samego tonu głosu, jak bardzo na ten telefon czekała.

Dojechał do domu, zaparkował samochód i postanowił pójść na spacer brzegiem morza. Był odpływ, szedł po twardym, wilgotnym piasku, starając się nie deptać po wyrzuconych przez morze muszlach. Zapach morza zawsze kojarzył mu się z dzieciństwem. Zastanawiał się nad sprawami, które chciał przed matką zataić. Nad bilansem swojego dotychczasowego życia. „Ona nie może się przecież dowiedzieć, że znowu jestem sam i że nigdy nie oddaliłem się od muzyki tak bardzo jak przez ostatnie miesiące. Za dwadzieścia kilka lat na pewno będę zgorzkniałym, samotnym dziwakiem, który od życia dostał świadectwo «starał się jak mógł». Jej «najzdolniejsze dziecko» znalazło się na kolejnym zakręcie”.

Próbował walczyć z ogarniającym go coraz bardziej przygnębieniem. „Może najważniejsze jest to, że w ogóle próbowałem”, pocieszał się. Zapadał zmierzch i nagle zrobiło mu się zimno. Przeniknął go przenikliwy, wilgotny chłód zimowych wieczorów w Walton, o którym zapomniał przez ponad dziesięć lat pobytu w Australii.

Przyspieszył kroku. W zapadającym zmierzchu potknął się o wyrzuconą przez morze butelkę, której przedtem nie zauważył. Wziął ją do ręki z zamiarem wyrzucenia do najbliższego kosza na śmieci. Oczyścił ją z wilgotnego piasku i z zaskoczeniem ujrzał, że w butelce znajduje się list. Przypomniało mu się, że jako chłopiec godzinami chodził z kolegami po plaży w poszukiwaniu butelek z tajemniczymi,nieraz napisanymi w obcych językach wiadomościami i innych wyrzuconych przez morze skarbów. Walcząc z zakrętką od butelki poczuł się znowu jak dziecko, które nie może doczekać się chwili, kiedy pozna tajemnicę listu. W końcu udało mu się wyciągnąć kartkę z butelki. Z zaskoczeniem przeczytał napisane dziecięcym charakterem pisma słowa: „Be good to yourself”. „Kto to mógł napisać?”, zastanowił się. Może samotny, gruby chłopak, koło którego nikt w szkole nie chciał siedzieć i który zawsze zajmował ostatnie miejsce w zawodach sportowych? A może brzydka dziewczynka w okularach, nie rozstająca się z książką, która po raz pierwszy w życiu zakochała się, oczywiście bez wzajemności? Dziecko wracające do domu z kluczem na szyi i czekające do późna w nocy na powrót rodziców. Przestraszone każdym odgłosem w domu. Przypomniał mu się jego najzdolniejszy uczeń (znowu ktoś najzdolniejszy!), czternastoletni Adam, grubas w okularach o mocnych szkłach. Wiedział, że Adam po lekcjach zostaje w szkole i daje innym uczniom korepetycje z matematyki. Wiedział, że są dzieci, które są gotowe zapłacić każdą cenę za odrobinę uznania. Ktokolwiek napisał te słowa chciał znaleźć drogę do swojej godności, do uczucia, które zaczął tracić. „Przecież to takie proste”, pomyślał, „nie mogę sibie za wszystko obwiniać, muszę przestać robić sobie wyrzuty, że znowu zostałem porzucony, że nie miałem czasu dla matki, że od miesięcy nie wziąłem gitary do ręki, tak miało być, to wieczne poczucie winy do nikąd nie prowadzi… Nie mogę przestać wierzyć w siebie. Tylko ktoś, kto lubi sam siebie może w życiu naprawdę coś osiągnąć. Rzeczywiście, powinienem być dobry dla siebie. Ten ktoś ma rację.” Wiedział, że właśnie zrozumiał coś bardzo ważnego i że nigdy nie może tej dopiero co odkrytej prawdy zapomnieć. Postanowił, że nigdy nie rozstanie się z tą butelką i ukrytym w niej na pozór prozaicznym liścikiem. „To będzie mój życiowy talizman”, pomyślał i wtedy z daleka zaczęły napływać dźwięki nowej piosenki. Wiedział już, że będzie to utwór „Be good to yourself”. Czuł, że ogarnia go spokój, dziwne, ciepłe uczucie, że wszystko, co się zdarzyło i zdarza jest częścią jakiegoś planu, za który on nie ponosi winy. Wrócił do domu, na jego widok Kate uśmiechnęła się ze zrozumieniem, zrozumiała od razu, że Stuart znalazł podczas tego spaceru spokój. „Ja potrafię w nim czytać jak w otwartej książce”, pomyślała, zastanawiając się, czy jest tak dlatego, że są rodzeństwem, jednymi z pierwszych poznanych w życiu osób, czy też dlatego, że zawsze dobrze się rozumieli i potrafią na siebie patrzeć widząc rzeczy, które dla innych pozostają tajemnicą.

Następnego dnia Kate wracała do Berlina, a Stuart zamierzał odwiedzić Williama pod adresem, który znalazł w książce telefonicznej Londynu. W drodze Kate zaskoczyła brata wiadomością, że matka nie chce być pochowana we wspólnym grobie z ojcem, chce mieć wspólny grób ze swoim drugim mężem – Natem. „Musimy to jej życzenie uszanować”, powiedziała Kate zaskakująco pozbawionym emocji głosem. „Przecież ona z ojcem spędziła większą część życia”, skomentował Stuart, który odebrał prośbę matki jak zdradę rodziny. „Ale naprawdę szczęśliwa była dopiero po jego śmierci”, powiedziała Kate. Po jej tonie Stuart zorientował się, że i ona nie potrafi tego zrozumieć. „Więc chce ojcu wystawić rachunek po śmierci?”, pomyślał przypominając sobie awantury rodziców o prowadzenie pubu, wieczne zmęczenie matki, jej załamanie psychiczne. Stuart zawiózł Kate na lotnisko i pojechał odwiedzić Williama. Bez problemu znalazł elegancki, duży dom w zachodniej części miasta. „Więc go na to stać?”, pomyślał z lekką zazdrością i przypomniał sobie swoje studenckie mieszkanie w okolicach Greenwich. „Ciekawe, co teraz robią Ian i Ann? Kim się stali od czasu, kiedy się rozstaliśmy?”, pomyślał, czekając aż ktoś otworzy drzwi. Dochodziła pierwsza, prawdobodobnie nikogo w domu nie było. „Wrócę później”, pomyślał i zdecydował się wsiąść do metra, pojechać do centrum i pochodzić po dawno nie widzianych kątach. Krótko przed piątą wrócił tam i tym razem miał szczęście, drzwi otworzył mu sam William. Na jego widok zdziwił się i przez chwilę walczył z odruchem zamknięcia drzwi.

„Czy mogę wejść i z tobą krótko porozmawiać?”, zypytał Stuart. „Kto tam?” usłyszał głos dziecka. „Twój wujek, Stuart”, odpowiedział z zakłopotaniem William. W chwilę później mały George przytulał się do Stuarta, widać było, że siostrzeniec bardzo się cieszy z tego spotkania. „Gdzie byłeś tak długo?”, zapytał chłopiec z wyrzutem. „Tam, gdzie mieszkają kangury. Nie mogłem wcześniej przyjechać”, odpowiedział Stuart i przez chwilę pomyślał o tym, że nie ma dla małego żadnego prezentu. „Następnym razem”, pomyślał. „Tata musi chwilę z wujkiem porozmawiać”, powiedział William. Stuart bał się pierwszego słowa, wiedział, jak dużo zależy od przebiegu tej rozmowy. I instynktownie wybrał słowa najwłaściwsze: „Cieszę się, że ci się życie dobrze układa i że kogoś znalazłeś. George wygląda na bardzo szczęśliwe dziecko”. Rozmowa, której tak bardzo się bał, okazała się bardzo dobra. William powiedział mu, że matka bardzo go zraniła, komentując jego nowy związek słowami: „Dziecko przecież się w takiej perwersji nie może wychowywać”. Następnie William opowiedział mu o tym, jak bardzo męczyła go ciasnota Walton, ciągłe ukrywanie swoich skłonności i fakt, że w tym małym miasteczku, w którym każdy zna każdego, nigdy nie będzie mógł być sobą. „Gdybym nie poznał Matta, wpadłbym w kompletną depresję, były chwile, że chciałem ze sobą skończyć.” Stuart w milczeniu słuchał tego wyznania i nie mógł opanować myśli, że wszystko to raz już słyszał, że jego wujek Stuart przechodził przez podobne piekło. „Nie ma chyba prawdy absolutnej, konflikt Williama z matką to też dwie prawdy. Prawda matki, skrzywdzona miłość do wnuka, miłość na której przebieg ona nagle nie ma wpływu, której rozwój zależy od dobrej woli ojca. I prawda Williama, upokorzenie, jedno z wielu upokorzeń, które przeżył i za które nikt nigdy nie poniósł konsekwencji”.

Po chwili milczenia zwrócił się do szwagra: „To chyba już nie ma znaczenia, ona umiera i jej największym życzeniem jest zobaczenie małego”. Po minie Williama odczytał od razu, że znowu udało mu się znaleźć odpowiednie słowa. W pół godziny później na siedzeniu samochodu siedział George.

Cdn.

Szopa w salonie 24

Łukasz Szopa

Delegacje anty-wolnorynkowe

Nie wiem, kto z czytelników ogląda regularnie wiadomości telewizyjne czy czyta papierowe dzienniki, i kto czynił to w latach 70 czy 80 poprzedniego wieku. To ostatnie szczególnie w Polsce, czyli centralnie planowanej gospodarce socjalistycznej. Ale może ktoś pamięta relacje z wizyt zagranicznych „głów państw“, szczególnie „zachodnich“ (zarówno wizyt, jak i samych „głów“). No więc padało wtedy regularnie – zwłaszcza podczas odwiedzin w Warszawie „głów ważniejszych“ (czyli np. gości z Republiki Federalnej Niemiec i Francji, ale i Wielkiej Brytanii, Belgii czy Austrii) – takie oto sformułowanie: „Do Polski przybył w oficjalnej wizycie premier/prezydent/kanclerz … (nazwa głowy i kraju), a wraz z nim delegacje przestawicieli przemysłowych/gospodarczych (tylko nazwa kraju, te głowy nie wymieniane), by omówić… i takie tam.“ Wtedy, oglądając filmowane delegacje, schodzące schodkami z samolotu, by dotknąć płyty warszawskiego Okęcia, wiele się nad tym sformułowaniem nie zastanawiałem, było nudne, nic nie mówiące i typowe jak większość treści telewizyjnego czy innego dziennika.

Podobnie reagowałem już „na Zachodzie“, choć relacje były tym razem w języku niemieckim, gdy relacjonowano wizyty „głów“ państw i ich delegacji biznesmenów zagranicą, czy też takich, co odwiedzali Austrię czy Niemcy. (Aha, jedyne co było wtedy różnicą, że w socjalistycznej Polsce wspominano tylko wizyty „innych u nas“ – a jakoś wcale wizyt „naszych u innych“ w towarzystwie panów „z gospodarki“…)

W każdym razie dopiero po latach, wielu latach, coś w mnie w tych niby nudnych i standardowych relacjach z delegacji zaintrygowało. A zaintrygowało mnie nie tylko w niemieckim dużo ciekawsze językowo sformułowanie „Kanzler … besuchte heute … in Begleitung österreichischer/deutscher Wirtschaftsvertreter“, jakoby tych kilku-kilkunastu szefów największych koncernów było rzeczywiście „reprezentantami“ całej gospodarki danego kraju. Dużo bardziej dziwne stało się nagle dla mnie, skąd się ci „Vertreter“ w ogóle wzięli nie tylko w odwiedzanym kraju, ale już w samolocie jako towarzysze kanclerza czy kanclerki. Pomijając już samą – pewnie bardzo ciekawą – kwestię, jak to w praktyce funkcjonuje: kto ma ten honor, powinność, szczęście być wybranym i przez kogo do „reprezentowania gospodarki“ i towarzyszenia głowom państw i ministrom w zagranicznych wizytach (a jeszcze ciekawe, kto gdzie siedzi w tym samolocie i czy panowie szefowie koncernów dorzucają się do biletu).

Najbardziej dziwne, wręcz szokujące było stwierdzenie faktu, że… mamy niby do czynienia z krajami (tymi z wizytą, niekoniecznie tymi wizytowanymi, choć i takie przypadki bywają), które nie tylko w telewizyjnych i gazetowych wiadomościach w kółko podkreślają i chwalą się „wolnorynkowym“ charakterem swojej gospodarki! No bo co, jak to tak, kurczę blade (jakby powiedział mały Mikołajek) – niby gospodarkę mamy wolnorynkową, kipiącą niezależną gospodarką od państwa i państwem niezależnym od gospodarki i na nią nie wpływającym, niby mamy konkurencję między przedsiębiorstwami – choćby w branży samochodowej czy energetycznej – a tu nagle… wszystko na opak!!! Ktoś najwyraźniej planuje te wspólne wojaże i imprezy (gospodarka planowana?…), ktoś decyduje, kto jedzie a kto nie (niezależność biznesu od państwa?…), a w dodatku – pewnie podekscytowani pozytywnie, że udało im się znaleźć miejsce w samolocie kanclerza czy kanclerki – szefowie niby konkurujących ze sobą ostro firm w najlepszej komitywie jak grupa pierwszoklasistów podąża pod opieką „pani“ na zagraniczną wycieczkę!!

Coż, można by to nazwać „miłym spędzeniem czasu“, można i „dziecinadą“, a można też – co niniejszym robię – nazwać to bezwstydnym, otwartym i publicznym (i stąd nie wiem, czy w takim razie „zakłamanym“…) lobbyzmem, nepotyzmem i w sumie korupcją. I naprawdę chciałbym wiedzieć, czy ci panowie w ogóle dokładają się jakoś do kosztów tych wojaży, czy też okazuje się, że jako niemiecki podatnik… płacę za to ja?…

Barataria 61 czyli Jeść wiśnie z możnym panem

Hrabia Christian Ernest von Benzel Sternau

Deutscher Text gleich unter dem Bild

Tak jak obiecałam, dziś tekst jednej ze sztuk pana Hrabiego: Kozioł ofiarny czyli Niedobrze jest jeść wiśnie z możnym panem.

Tu wersja po polsku         Hier Original auf Deutsch

Ewa Maria Slaska

Jak to los dziwnie plecie… wybierając sztukę do tłumaczenia zupełnie na chybił trafił, trafiłam nie chybiając na historię, gdzie jeden z bohaterów to Hrabia, a w pierwszym rozdziale rozmawiający panowie (a tak, bo to sztuka, gdzie tylko panowie grają – jeden zresztą całkiem nieobecny) mówią o położonym nad Wisłą Królestwie Sarmacji i jego pseudokrólu. Nie zajęłoby mnie to specjalnie, wszyscy wiemy, że sztuki teatralne rozgrywają się … “gdzieś” (chętnie na wyspach Baratariach), a już szczególnie interesujące jest to “gdzieś” w szekspirowskiej Opowieści zimowej (już… gdzieś o tym pisałam), która dzieje się w Czechach, a dopływa się tam statkiem. Myślałabym więc, że to “gdzieś” w sztuce Niedobrze jest jeść wiśnie z możnym panem, to właśnie taka Sarmacja gdzieś (ależ to wyraz, to “gdzieś” – jak go tu powtórzyłam kilka razy, to aż mnie zamurowało z wrażenia – przecież to nie może być naprawdę to “gdzieś”!)

Tym niemniej w scenie gdzie pojawia się Sarmacja, w rozmowie Sekretarza z Opatem, gdy już jezuicki księżulo z Anglii drogo sprzedał sekretarzowi Ministra Imperium Niemieckiego zgodę na wsparcie kandydatury… dobrze, o tym później, bo się tu zaplączemy. Na razie wystarczy, jeśli powiem, że na końcu pertraktacji Sekretarz, zresztą Czech w służbie cesarskiej, pozwala sobie na boku na maleńką kąśliwą uwagę, że teraz zapłaci szczwanemu angielskiemu jezuicie, ale on i tak na szubienicy skończy, zwłaszcza, że już go nazwisko do tego predestynuje, nazywa się wszak Strikland.

Wiadomo jak to jest. Jeśli ktoś w sztuce nazywa się Stryczkowski i mają go obwiesić, toć go przecież i obwieszą. A tu nie! Opat obiecuje skuteczne poparcie, zabiera pieniądze i znika ze sztuki na zawsze. Czyli ten jakiś Stryczkowicz wcale się na darmo alibo po nic tak nazywa. A to w porządnej sztuce nie-mo-żli-we! Niemożliwe i już. W powieści może być inaczej, w wierszu też, to jasne, tam się mogą ukazać jakieś mgły, bo to naoczny wyraz ma być stanu ducha podmiotu lirycznego. Bogdaj tam literatura. Ale w sztuce teatralnej każda rzecz, każde słowo musi być po coś! To ta dubeltówka – musi wystrzelić! Dlaczego zatem Strikland?

Nie byłabym sobą, gdybym nie dotarła do sedna rzeczy. Strikland to William Strickland, angielski duchowny, bardzo zręczny dyplomata, który był jednym z głównych architektów strategii przetrwania jezuitów w latach oficjalnej kasacji zakonu, zadysponowanej przez papieża Klemensa XIV i trwającej od roku 1773 do 1814.

Gdy to znalazłam, wiedziałam już, że pozbawione “c” nazwisko Opata to wskazówka autora do tych, którzy czytając lub wystawiając sztukę, będą ją chcieli osadzić w konkretnych realiach. A wtedy się okaże, że pod każdą z postaci sztuki – Opata, Sekretarza, Wielkiego Kanclerza czy Księcia – da się podstawić konkretne osoby, a lekka sztuczka dworska okaże się uszczypliwą satyrą na współczesną politykę.
Przy tej okazji od razu powiem, że sztuka wcale nie jest błaha, jest dobrze napisana, autor nie mówi człowiekowi wszystkiego, czyli, jak to dawniej określaliśmy – daje do myślenia. Naprawdę, dobrze wam radzę – przeczytajcie ją!

Przyznam też, że dawno żadne tłumaczenie nie sprawiło mi takiej przyjemności, jak obcowanie ze sposobem myślenia i pisania pana hrabiego Benzel-Sternau. I od czasu jak je skończyłam, chodzę sobie po świecie i myślę, że chciałabym przetłumaczyć wszystkie te sztuki (40!), a potem je rozszyfrować, opracować i wydać. Również po niemiecku, bo przecież NIKT ich już tu nie zna! Oczywiście wiem, to zadanie ponad moje siły, nie jestem przecież ani historyczką, ani literaturoznawczynią, i na niczym się nie znam. A w ogóle, kogo to interesuje i kto by mnie tu mógł wesprzeć, i czy jakieś wydawnictwo…

Czysta baratarystyka!, mówię Wam.

Na razie wróćmy jednak do Stricklanda. Wcale niełatwo go było znaleźć, ciocia Wikipedia zawiodła tu na całej linii, no ale wujek Google, jak zawsze, w końcu dogrzebał się do informacji. Znalazł je w jakichś wewnętrznych pisemkach zakonnych w Anglii, jedną na stronie, która natychmiast zawiesza działanie całego komputera! Wydaje mi się, że to nie z jezuickiej złośliwości (choć ta była znana i wysoko ceniona), lecz przez ten obrazek, niepoprawnie umieszczony na stronie przez ojca redaktora (tu jest poprawnie).

William Strickland (1731-1819), obraz namalowany przez George’a Romney’a

Już same te dwa portrety otwierają wiele tropów, którymi, o nie!, wcale nie pójdę. (Na przykład popiersie mężczyzny z dużym nosem, widoczne na obu obrazach na biurku Stricklanda. Czy to Ignacy Loyola?

Giacomo del Conte namalował ten obraz w dniu śmierci
założyciela zakonu, 31 lipca 1556 roku.)

Wracamy, wracamy do naszych baranów! Jest druga połowa XVIII wieku (w III scenie sztuki zostanie to tak właśnie zapisane). Papież Klemens XIV zawiesił działanie potężnego zakonu jezuitów, wydając w tym celu stosowną bullę, Dominus ac Redemptor.

Bulla została wydana w lipcu 1773 roku i zastosowana z wielkim zapałem we Francji, Hiszpanii i Portugalii, które miały swoje powody, żeby nienawidzić zakonu (Francja z uwagi… o nie! nie myślcie sobie, wcale się tym nie będę zajmowała! Ale jak by co, obejrzyjcie film Misja lub przeczytajcie powieść Suego Żyd Wieczny Tułacz). To co się działo we we Francji, jako żywo przypomina, że już kilkaset lat wcześniej w tym kraju zlikwidowano pewien potężny zakon, a że tym razem nie zapłonęły stosy, to tylko dlatego… (no nie, nie skusicie mnie… do baranów!)

Rok 1773. Dla Polski trudny czas, bo oto zaledwie przed półtora rokiem rozegrał się pierwszy rozbiór Polski. Dwa kraje, które tego dokonały, protestanckie Prusy i prawosławna Rosja, ignorują papiestwo i nie widzą (póki co) powodu, żeby stosować się do papieskich rozporządzeń. Z drugiej strony oba wiedzą, że zagarnęły właśnie wielkie kęsy Polski, kraju katolików i coś z tym fantem trzeba będzie zrobić. Co? Wzmocnić zakon jezuitów, przyciągnąć ich z Francji, Hiszpanii, Portugalii… Pozwolić im tu działać i rosnąć w siłę.

Również Anglia, od czasu rozwodu Henryka VIII z Katarzyną, niezależna od papistów, wspiera jezuitów i staje się centrum zarządzania zakonem. Stąd Strickland, wychowanek jezuickiej akademii w Liege, po powrocie do Anglii będzie kierował zabiegami zakonu, o utworzenie niezależnej prowincji w Rosji, co mu się uda, ale to już zupełnie inna historia.

W sztuce jednak nie ma mowy o tym, że we Francji rewolucja, wręcz przeciwnie złowrogi przybysz z Francji, zwany tu Książę lub Le Duc, został przysłany jako dyplomata przez Kardynała-Ministra. A więc rzecz rozgrywa się przed wybuchem rewolucji.

Co pozwala ustalić, że akcja sztuki toczy się pomiędzy rokiem 1773 a 1789.  Z rozmowy Stricklanda z Sekretarzem wynika, że w Sarmacji właśnie zapaść muszą jakieś decyzje. Jakie? Nieważne.  Instrument do zarządzania Sarmacją znajduje się w rękach Wielkiego kanclerza. Król się nie liczy. Taki z niego pseudokróla pseudorepubliki, komentuje złośliwie Sekretarz, zakłócający spokój chłopski tyran. “Chłopski tyran”, to nie “z chłopa król”, tylko ten, co chłopów uciska. To już wtedy, gdy hrabia Sternau pisze swoją sztukę, zdumiewający Europę fakt, że w Polsce chłopi wciąż są niewolnikami swoich panów (i będzie tak jeszcze dobre pół wieku, dopóki Rosja i Prusy nie zniosą pańszczyzny, ale tego hrabia nie może wiedzieć).

Oczywiście chodzi tu o Króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, który przy wsparciu carycy Katarzyny został osadzony na tronie polskim w roku 1764, po to, by nie utrudniał rozbiorów. I tak sobie rządził aż do ostatecznego końca Polski, bo abdykował po ostatnim rozbiorze w roku 1795 i… (o nie, nic z tych rzeczy, nie będę się tu zajmowała pobytem króla-exula w Skt. Petersburgu, ani tym, że  jego ukochaną lekturą był wtedy Upadek cesarstwa rzymskiego Gibbona, tak jakby poniewczasie chciał się czegoś nauczyć od historii, nauczycielki…) Póki co jest jeszcze królem Polski, jak pisze Sternau, “słabeuszem i katolikiem, który może być sobie katolikiem z łaski Wielkiej Kobiety”.

Dokonajmy krótkiej analizy sytuacji politycznej. W Prusach albo rządzi jeszcze Fryderyk Wielki (1712 – 1786), albo już jego bratanek i następca, Friedrich Wilhelm II (1744–1797); wielki Fryderyk zmajstrował I rozbiór Polski, drugi był odpowiedzialny za dwa następne.
W Rosji przez cały czas rządzi caryca Katarzyna (1729 – 1796), która umarła jak już dokonała ostatecznego rozbioru Polski.
W Austrii sytuacja jest bardziej skomplikowana. Zasadniczo cesarzem jest Józef II Habsburg (1741-1790), s
yn Marii Teresy, która zresztą jako regentka nadal ma wiele do powiedzenia. A sytuacja jest skomplikowana, bo Józef jest jednocześnie ostatnim cesarzem Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego (i tu oczywiście można by dalej i dalej, o wojnach Prus o dominację, o wojnie siedmioletniej, o wojnach śląskich…). Doradcą cesarza i matki regentki jest nasz Wielki Kanclerz i to on steruje politykę Prus i Austrii w kierunku rozbiorów Polski.
W Anglii, skąd przybywa Strickland, rządzi aktualnie Georg III (1738-1820) – od 25 października 1760 roku ostatni król Wielkiej Brytanii i Irlandii, a pierwszy (od 1801 roku) król Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii, ostatni elektor Rzeszy i książę oraz pierwszy król Hanoweru.
W przedrewolucyjnej Francji rządzi jeszcze Ludwik XV (do roku 1774), zięć króla Polski, Stanisława Leszczyńskiego, mąż jego córki Marii, ale może już Ludwik XVI (1754-1793) król od roku 1774 do 1791, choć po prawdzie już w roku 1789 rewolucja pozbawiła go wszelkiej władzy. Jego żoną była Maria Antonina, córka cesarzowej Austrii Marii Teresy.

I wszyscy w domu!

Wielokrotnie wspominany w sztuce Kardynał-Minister Francji to zapewne kardynał de Rohan, ten zaplątany po uszy w słynną aferę naszyjnikową, która rozegrała się w roku 1784/1785. Ponieważ w sztuce nie ma mowy o aferze, być może zawężamy tym samym jej możliwe ramy czasowe do okresu 1773-1784.

Pozostaje nam jeszcze papież, bo to on ma przyznać ów ze wszechmiar pożądany kardynalski kapelusz. Nie jest to już chyba Klemens XIV, tylko raczej Pius VI (1775 – 1799), jezuita. Jego następca Pius VII przywróci zakonowi jezuitów wszystkie prawa. Pius VI tego nie uczyni, ale sprzyja jezuitom i najwyraźniej mają oni u niego wielki mir.

To zresztą sprawy (przynajmniej pozornie) marginalne. Głównym tematem sztuki są bowiem negocjacje o kardynalski kapelusz. Stąd przypuszczenie, że nie określone bliżej niemieckie imperium, które macza łapy w sprawach polskich, to trzecia potęga rozbiorowa – katolicka Austria, a projektantem tego handlu ewidentnie pro domo sua  jest właśnie Wielki Kanclerz: Wenzel Anton Graf Kaunitz-Rietberg (1711 – 1794), ambitny i wpływowy polityk austriacki. Zgodnie z enuncjacjami autora Minister osiągnął w życiu właściwie wszystko, ale młodszy syn, oddany do stanu duchownego, przysparza mu zmartwień, wdał się w nieczyste sprawki, w co go wciągnął przysłany z Paryża dyplomata, francuski książę, okultysta i satanista. Wielki Kanclerz musi jak najszybciej zaprowadzić porządek. Odsyła syna na wygnanie do klasztoru i poprzez wciągnięcie do gry kardynała Rohana zamierza przeinterpretować satanistyczne zabawy syna i Francuza z potępionego czarnoksięstwa w młodzieńcze wybryki. Ma powstać nowa MaBeNa – Machina Bezpieczeństwa Narracyjnego. Francuski Książę i syn Kanonik to nie skazani na anatemę wyznawcy Belzebuba, nie, to nie Politycy Wyklęci. To tylko dzieci się bawią.

Uratowany od banicji syn uda się z klasztoru prosto do Rzymu po ów kupiony od Stricklanda kapelusz kardynalski.

Wszystko pięknie. Kanclerz Kaunitz miał dzieci aż siedmioro, ale wygląda na to, że żaden z synów nie był kardynałem albo choćby duchownym.


No nic, na razie więcej faktów nie wyduszę z tego jednego krótkiego zdanka w sztuce, które, złapane mocno w garść, okazało się drogą do zagmatwanej historii Polski i Europy pod koniec XVIII wieku. A wszak jedno zdanko Sekretarza to tylko było. Do kasy więc (do siebie). Stryczek go nie minie, jako ostatnie wyniesienie – w końcu nazywa się Strickland!

Na zakończenie dodam, że hrabia Sternau zatytułował naszą sztukę Niedobrze jest jeść wiśnie z możnym panem i wcale a wcale wam nie wyjaśnię, że w tym przysłowiu chodzi o to, że możny pan wypluje wam pestki w gębę. Przeczytajcie, to sami zobaczycie (i same!)