Barataria 64: przewrotna teza Kaczmarskiego

Ewa Maria Slaska

Gdy tydzień temu szukałam dla Was gwiezdnej Wyspy Marzeń, którą w operze Masseneta Don Kichot przed śmiercią ofiarował Sancho Pansie, zauważyłam taką oto piosenkę:

Don Kichot z Manczy, jak się snadnie
Przekona ten, co rusza głową,
Nie umiał się zestarzeć ładnie.
Nie chciał spierniczeć sielankowo.

Tylko – gdy pierwszy promień słońca
Z nad horyzontu się wynurzał,
Don Kichot gapił się bez końca
Na wiatrak, który stał na wzgórzu.

I żal było mu, że już nie czas
By dawne boje toczyć.
Że brak w piersiach tchu, by jeszcze raz
Na Rosynanta skoczyć.

I hiszpański wiatr, gorący wiatr
Nie zagra mu bolera.
I nie będzie bard, wędrowny bard
Opiewał bohatera.

Ech, zagrać by znów jedną z tych scen,
Jak dawniej kopie kruszyć.
I nasiekać łbów, na wiatrak ten
Na Rosynancie ruszyć,

Bić w te skrzydła dwa, te skrzydła, co
Bezczelnie w niebo sterczą
I wciąż się zda, wciąż ci się zda,
Że śmieją się szyderczo,

I wciąż raz po raz dwóch skrzydeł skrzyp
Odmierza mknący rączo
Czas – okrutny czas,
Niełaskaw dla rycerzy, co się kończą.

Przesłanie:

Wielka jest Twoja menażeria,
Lecz proszę, dojrzyj nas o Panie,
Gdy nam już po donkiszoteriach,
Przyjdzie spierniczeć i skapcanieć.

Spraw wtedy, boś Ty mądry sternik,
By nas nie trzęsła szajba taka,
By mógł spokojnie każdy piernik,
Obok swojego przejść wiatraka

(Gdy słucha się tej piosenki teraz, po śmierci Młynarskiego, wydaje się, że może artysta napisał ją w przeczuciu własnej śmierci, ale nie, to stara piosenka – nagrana w roku 1971. Na marginesie dodam, że balladę tę wykonywał na koncertach Michał Bajor, ale nigdy jej nie nagrał.)

A potem jeszcze i to (Opole rok 1981 i wspomnienie Czerwca 1956)

Don Kichot, słowa, śpiew: Maciej Rzepka

***

Ci dwaj może mniej znani, ale teraz dwie piosenki Jacka Kaczmarskiego, o Don Kichocie i o Cervantesie. I tu jest jednak i nasza Wyspa… Bo Sancho się nadziejami łudzi, że będzie rządził wyspą całą, bo rządzić modnie. Ta teza budzi wątpliwości Don Kichota, pyta więc sam siebie: po co mam sługę ze snu budzić, by z pragnień tworzył ideały, a z ideałów zbrodnie?

Czoło mi stary garnek studzi,
Niesie wierzchowiec sparszywiały,
Lecz niesie godnie.

Nie widzę celu w drodze ludzi,
Co z pragnień tworzą ideały,
A z ideałów zbrodnie.

Sancho się nadziejami łudzi,
Że będzie rządził wyspą całą,
Bo rządzić modnie.

Po co mam sługę ze snu budzić,
By z pragnień tworzył ideały,
A z ideałów zbrodnie.

Mnie byle mrzonka nie podjudzi,
W prawdziwej bom tęsknocie trwały
Miłości siodle.

Dlategom obcy pośród ludzi,
Co z pragnień tworzą ideały,
A z ideałów zbrodnie.

Sancha świat, który widzi, nudzi,
Ja go uważam za wspaniały
Podarek od niej.

Brak sensu każdy obraz zbrudzi
I z pragnień zrodzi ideały,
A z ideałów zbrodnie.

Sługa chce złudy, ja opoki,
Sługa chce złudy, ja opoki,
Myślą szlachetne tworząc fakty.

Tak wędrujemy przez epoki,
Tak wędrujemy przez epoki,
Sancho – marzyciel i ja – praktyk.

***

Ach gdyby ludzie się dzielili
Na wiernych i niewiernych
Myślałem w tej jedynej chwili
Gdy starły się galery
A Turków wrzask i nasze krzyże
Dym nad zieloną falą
Zepchnęły moje myśli niżej
Związały dłoń ze stalą

Ach gdyby prawda była prawdą
Że świat się lepszy stanie
Myślałem nad podwójną gardą
W poświście jataganów
A prochów swąd i krwi kleistość
Modlitwy głów odciętych
Kazały pytać ile istot
Powiększy poczet świętych

Ach gdyby sprawa której służę
Stała się sług swych godna
Myślałem idąc w jeńców sznurze

Krokami w rytm batoga
Handlarzy ludzkim ciałem chciwość
Zwierzęcość poniżonych
Prosiły myśl o inny żywot
W bezsenną noc wyśniony

Ach śmieszność tych co chcą powagą
I sensem los przesycać
Z niewoli wykupiony jadąc
Myślałem syt goryczy
Grubiaństwo brud i płatna miłość
Witały bohatera
Gdzie tym co będzie jest i było
Świat w śmiechu poniewiera

Tęsknotą w moim ciemnym domu
Miecz zardzewiały świeci
I niezniszczone lśnią bastiony
Nad równinami śmieci
Po pas w nich brocząc błędny rycerz
Przemierzam drogi chwały
Biją bezładne nawałnice
W moje ułomne ciało

I tak dalej…

Na placu wokół pomników

Ewa Maria Slaska

Od Pałacu Prezydenckiego do Placu Piłsudskiego, czyli Historia dla dzieci

Od razu zapowiadam, zdziwicie się. Albo mną, albo tym co piszę. Bo oto byłam w Warszawie, poszłam więc obejrzeć Pomnik Smoleński, a jak już tam byłam, to chodziłam i chodziłam, przyłączałam się do różnych grup i nie mogłam wyjść z podziwu.

Naprawdę.

Był wprawdzie dzień wkrótce po rocznicy katastrofy smoleńskiej, ale jednak powszedni, było więc mało ludzi i mnóstwo wycieczek. Pomnik stoi samotnie, podobnie zresztą jak i inne pomniki i świadectwa pamięci na tym Placu, który być może jest największym niezabudowanym placem w Europie.

Myślę oczywiście o Placu Saskim, który, jak się okazuje, nosił już w swej dwustuletniej historii kilka niezłych nazw:

  • Plac Saski (1814–1928)
  • Plac Marszałka Józefa Piłsudskiego (1928–1940)
  • Sachsenplatz (maj 1940–31.08.1940)
  • Adolf Hitler Platz (1.09.1940–17.01.1945)[
  • Plac Saski (1945–1946)
  • Plac Zwycięstwa (6.05.1946–1990)
  • Plac Marszałka Józefa Piłsudskiego (1990–2012)
  • Plac marsz. Józefa Piłsudskiego (2012)

Najbardziej interesująca wydaje mi się zamiana Marszałka na marsz. – jedyna nie dyktowana potrzebami politycznymi, tylko gramatyką i pragmatyką. Plac Piłsudskiego to najważniejszy plac w naszym kraju. Niestety jego obecny stan jest mało ciekawy – to nie plac jako centrum miasta czy dzielnicy, jako miejsce spotkań i spacerów, to tylko wielka, bezkształna przestrzeń, na której tu i ówdzie ustawiono pomniki. Plac jest rzeczywiście wielki, ma wymiary 110 m x 105 m czyli powierzchnię ponad hektara. 

Pomników na Placu jest kilka. Po wschodniej stronie stoi pomnik Marszałka (marsz. Józefa Piłsudskiego), wzniesiony w roku 1995 według projektu Tadeusza Łodziany.

W głębi, niejako za moim plecami w momencie, gdy robiłam tę fotę, stoi najsłynniejszy z nich czyli ulokowany w trzech arkadach pałacu Saskiego Pomnik Nieznanego Żołnierza, wzniesiony w roku 1925. Twórcą grobu był artysta-rzeźbiarz Stanisław Kazimierz Ostrowski. Pod koniec wojny grób uległ uszkodzeniu, w roku 1946 został odbudowany i ponownie odsłonięty. Przy Grobie płonie wieczny znicz i służbę pełni warta honorowa.

Na Placu stoi jeszcze Krzyż Papieski

Wikipedia pisze:

Podczas pierwszej pielgrzymki do Polski, 2 czerwca 1979 papież Jan Paweł II odprawił tu mszę świętą. Podczas stanu wojennego układano tam krzyż z kwiatów, wokół którego gromadzili się ludzie. Był on symbolem oporu przeciwko władzom i poparcia dla „Solidarności“. Krzyż był stale likwidowany przez władze. W roku 1981 na placu odbyły się uroczystości pogrzebowe prymasa Stefana Wyszyńskiego. W 1990 w nawierzchnię placu wmurowano płytę upamiętniającą mszę Jana Pawła II z 1979 oraz uroczystości pogrzebowe Stefana Wyszyńskiego z 1981. 6 czerwca 2009 w 30 rocznicę mszy na placu odsłonięto krzyż zaprojektowany przez Marka Kucińskiego, Jerzego Mierzwiaka i Natalię Wilczak.

Nieopodal, samotnie, stoi na placu maszt z polską flagą. No i wreszcie 10 kwietnia 2018 roku, tak jak wszystkie pozostałe pomniki, nieco na uboczu odsłonięto na placu Pomnik Ofiar Katastrofy Smoleńskiej. Niczego to jednak nie zmienia. Plac jest przeogromny i pusty, a w tej pustce grzecznie i nawet niezbyt głośno przemieszczają się wycieczki uczniów lub przedszkolaków, przyodzianych w jasnozielone kamizelki.

Zafascynowana tym widokiem jak z Antonioniego krążę po placu między pomnikami, przyłączając się do kolejnych grupek i słuchając tego, co mówią dzieci i tego, co mówią im dorośli.

I przyznaję – jestem pod wrażeniem. Dorośli organizując dzieciom spacer po tym wielkim placu i potem ulicą gen. Tokarzewskiego-Karaszewicza pod Pałac Prezydencki, planują tę wycieczkę jako lekcję historii Polski, tak jak się teraz rozumie tę historię – Bóg, Honor, Ojczyzna; flaga, ofiary katastrofy, polegli w wojnach; papież, kardynał, krzyż; marszałek, generał i Solidarność.

Spodziewam się więc wielkich słów, stawania na baczność i padania na klęczki. Tymczasem, owszem, jest atmosfera powagi, ale słowa nie są podniosłe, ani egzaltowane, ani nie przenika ich patos, a dzieci jak to dzieci kręcą się, rozglądają na boki, poszturchują. Słuchają i odpowiadają na pytania, ale też dokonują samodzielnej eksploracji. Dorośli są zdumiewająco skromnie obecni w tym wielkim historycznym uczniowskim akcie zdobywania wiedzy. “To jest flaga”, mówi nauczyciel. “Jaka?”, chwila ciszy i odpowiedź, “polska”. Dzieci idą dalej, jakaś grupka zaczyna śpiewać “Jeszcze Polska”, przewodnik obraca się i mówi “to jest hymn, hymnu się nie śpiewa ot, tak sobie”. Przy Grobie Nieznanego Żołnierza, jakiś przewodnik, ale nie ten sam, pyta, “wiecie kto tu leży?” Cisza. Wreszcie jakiś chłopczyk pytająco: “żołnierze?”

Na środku placu jakiś jeszcze inny przewodnik odgrywa z dziećmi scenkę historyczną “Zabory”. Marysia (znowu Marysia) jest Polską, Antoś bierze ją za prawą rękę – to zabór pruski, Franek za drugą – to Rosjanie, Karol zostaje ustawiony za pleckami Polski-Marysi i kładzie jej ręce na ramionach – to Austria. Coś chyba przegapiłam, bo cała klasa macha rączkami, a ja nie wiem, dlaczego? Aha, to powstanie, jedno, drugie, bo potem dzieci mają przez chwilę stać w milczeniu. Potem znowu machają rączkami, co tym razem oznacza, że skończyła się wojna. Karol, Franek i Antoś puszczają Marysię i wracają do kółka. Polska jest wolna. Idziemy dalej.

Idziemy dalej. Wokół pomnika smoleńskiego pod groszkowanymi szybami leży zadeptany piasek. “Tam są groby”, mówią dzieci. Nikt tego nie prostuje. Kilkoro dzieci studiuje listę ofiar. Jedna z dziewczynek pyta niepewnym głosem, “ale dlaczego jest ich tak dużo?”, utleniona i utapirowana nauczycielka, postać wręcz symboliczna, odpowiada spokojnie, “nie uważałaś, Marysiu, już to mówiłam, była katastrofa”. “Ach”, odpowiada Marysia, “samolot się rozbił”.

Może nie jest tak źle?


Brzozy Althammera z twarzą Kaczyńskiego nigdzie nie widziałam.

Zakopane wymazane wzgórze psów

Ewa Maria Slaska

Lament nad Polską (zapiski literackie człowieka staroświeckiego)

Dla Esther Schulz-Goldstein

Pisarze piszą. Duzi pisarze dużo piszą. Piszą dużo dużych grubych książek. Są też pisarki. Też piszą dużo grubych książek, ale akurat dziś staroświecko zaatakuję trzy grube książki napisane przez pisarzy czyli przez mężczyzn. Tak wyszło. Co gorsza, przyznam się, że dwie z tych książek już tu na blogu chwaliłam, a i trzecią można by było na upartgo pochwalić (a nie jest to blog literacki i nie biorę na warsztat każdej książki, jaka się ukazała, a nawet daleko nie każdą, którą przeczytałam.). TU chwaliłam Zakopane, a TU Wymazane. Ale Wzgórza Psów już nie mogę pochwalić, mimo że rzecz jest nie najgorsza i pewnie, gdyby nie zakopane i nie wymazane, zasługująca na zainteresowanie.

Jest gruba. Wszystkie liczące się teraz książki są grube. Trochę to nadmuchane nieekologicznymi metodami wydawniczymi, gruby (ale lekki) papier, szerokie marginesy, duża czcionka. Ale i bez tego są grube. My (zaczynam lament staroświecki) przyzwyczajeni byliśmy do tego, że pierwszą książką jest tomik, tomik wierszy rzecz jasna, i liczy 30, 50, no góra 80 stron. Tomików można było wydać dużo. Na przykład 18, 20.

A potem pojawiają się pierwsze nasze powieści, nasze debiuty!, i liczą 150, no 200 stron. Trzysta to już była gruba rzecz, na trzysta trzeba się było sporo napracować, a może i mieć znajomości. Wydawnictwa borykaąy się z brakiem papieru, nie można sobie było pozwolić na grube książki. Ale taka niewielka powieść była świetna. W sam raz do czytania pod ławką podczas wykładów, w łóżku, nawet pod kołdrą i przy latarce, w pociągu.

Przyzwyczajenie do średnich wymiarów książki przydało się też, gdy zaczęliśmy czytać i wydawać książki w II i III obiegu, podziemne, wydawane za granicą. Łatwiej je było poutykać po kątach, nie rzucały się w oczy.  Na półce po lewej tomiki Andrzeja Nazara; zdjęcie własnej półki zrobione przez autorkę bloga To przeczytałam.

Powiem przy okazji, że jak na to, ile miejsca w naszym życiu i w naszych bibliotekach zajmowały “tomiki”, w sieci jest dziwnie mało zdjęć regałąw z “tomikami”. Wiele jest natomiast fot powtwierdzających moją tezę, że “dawniej, panie, książki nie były takie grube”:

Jerzy Giedroyc, wydawca paryskiej Kultury – w tle książki, które wydawał. Zdjęcie sprzed 20 lat. Na załączonym obrazku widać wyraźnie, że jeszcze stosunkowo niedawno książki nie były takie grube!

Ale grubość współczesnych powieści to nie tylko miejsce na półkach, to również ilość miejsca, które zajmują w naszych umysłach nie tylko swym przesłaniem, ale i jego opakowaniem – watą, powtórzeniami, przesadnym rozwlekaniem narracji. I nie mówcie mi, że jest to potrzebne, aby na przykład utrzymać tradycję “opisów przyrody” i “zachodów słońca nad Niemnem”. Nad Niemnem jest ze trzy razy cieńsze niż Wzgórze Psów, a jest tam znacznie więcej przyrody niż w całej współczesnej literaturze razem wziętej. Zresztą nikt już nie zna roślin, co u Witkowskiego w Wymazanym sprowadzi się do znakomitego skrótu nie tylko myślowego, ale i społecznego: “las, w którym rosną trujaki”. Las, a za lasem bagna. bagna, gdzie straszą trupy. U Żulczyka las to coś, czego miastowi się boją, a my, tutejsi, olewamy. W Zakopanem las rośnie jako tło.

I tu dochodzę do punktu najważniejszego. Zakopane wymazane Wzgórze Psów to jedna i ta sama powieść, to wciąż taki sam świat, w którym raz więcej jest sympatii, raz absurdu a raz z kolei gryzącej pogardy, ale te trzy książki razem to obraz Polski, która “jaka jest, każdy widzi”. I, niestety, widzi tak samo.

Wszystkie te trzy powieści przeczytałam w miarę w jednym czasie, w takim, że wciąż jeszcze pamiętam poprzednie, gdy czytam następne. Doplątują mi się tu zresztą jeszcze dwie berlińskie powieści Magdy Parys, Tunel i Magik, ale pomijam je tu, mimo wszelkich podobieństw stylistycznych, bo Parys pisze jednak głównie o Berlinie, a Zakopane wymazane Wzgórze Psów zatrzymało mnie swą polskością. Czytam te książki, a w nich “Polska właśnie”, ta nasza dzisiejsza, pokręcona, wydobywająca się z Komuny, niemal już zapomnianej, pokiereszowana w procesach transformacji, a teraz zalewana od góry słodko-patetyczną breją religijnego patriotyzmu. W tym świecie zbrodnia jest na porządku dziennym, przerasta wszystko jak korzenie paprotki ziemię w za małej doniczce, uczciwy okazuje się mordercą, a gwałciciel maminsynkiem. To prowincjonalna Polska, która wypełzła na powierzchnię i zalała cały kraj. Zakopane wymazane Wzgórze Psów to pisowska rzeczywistość, świat którego się już nigdy nie pozbędziemy.

Wszyscy mówią zdeprawowanym językiem nabożnych przekleństw i to jeszcze jest chwyt stylistyczny: “kurwajebanaspierdaklajchujciwdupęomatkoboskanamiłośćboską…” Ale autorzy tej jednej wielkiej powieści piszą swą historię z błędami i niegramatycznie, i nie jest to chwyt stylistyczny, tylko lekceważenie prawideł gramatyki, gdzie nie ma już znaczenia rozróżnienie gdzie i dokąd i nie wiadomo dokąd ono nas zaprowadzi. Zapewne tam, gdzie wszystko można sobie wziąść, ubrania się ubiera, a światło włancza.

Nawet zbrodnie w tym jednolitym świecie są jednolite, ktoś wrzucony do ciemnej piwnicy w Zakopanem, w Wymazanym tonie w bagnie, a na Wzgórzu Psów z tych bagien i ze tej ciemnicy wypełza, w zakrwawionych zębach przeżuwając ludzkie mięso. Polskie zbrodnie pod koniec drugiego dziesięciolecia Trzeciego Tysiąclecia są zarazem okrutne, jakby je Mankell wymyślił, ale równocześnie prymitywne. Więźniów się trzyma w norach i jamach, ale traktuje się ich jakimiś laserowymi blasterami. To nie jest prawdziwy świat, to gra z użyciem klocków lego, gdzie nic nie ma znaczenia, bo wszystko można, nikogo nic tak naprawdę nie boli, i nikt nie umiera na serio, bo nigdy naprawdę nie żył. A zresztą można mieć dwa a nawet trzy życia.

Czytam trzecią książkę z tej serii (choć oczywiście nie jest to seria zamierzona, wręcz przeciwnie) i przestaję rozumieć sama siebie. Pierwszą powieścią byłam zachwycona, drugą naprawdę szczerze pochwaliłam, a przy trzeciej skóra mi się jeży na grzbiecie jak zezłoszczonej kotce. Wiem, rozpoznaję znakomicie intencje autorów. Wiem, są po naszej stronie, po stronie demokracji, wartości międzyludzkich i całego tego jazzu. Chcieli dać krzywy i przerysowany obraz Polski, po to, żebyśmy w tym krzywym lustrze zobaczyli, jaka ta Polska jest. Stanęli mentalnie po naszej stronie, to ich pisarski czarny protest i ćwierćmilionowy przemarsz po polskich drogach, a w rękach trzymają parasolki, to ich prorocze i upiorne krakanie pod czarnymi chmurami… Wiem to, doceniam, i nie mogę tego znieść. Nie mogę znieść homogenicznej jedności tych trzech książek, tej prowincji małych ludzi i minimalnych potrzeb, która zalała Polskę czarnym szlamem uniformizacji. Bo w momencie, gdy czytam, jestem jeszcze przynajmniej ja, niezależnie myśląca czytelniczka, ale gdy zamknę okładkę kolejnej książki, ja znikam, a pod tą okładką kłębi się robactwo. To, co Koperski, Witkowski i Żulczyk stworzyli, to Polska jako dziura, w której przez dwa lata przetrzymywano Krzysztofa Olewnika. Zresztą to nie tylko oni, zapowiedź tego krwiożerstwa była już u Parys, u Tokarczuk, u Krajewskiego. Nie sięgam po Twardocha, nie chcę następnych konfrontacji z wszechobecnym złem.

Proszę Esther Schulz-Goldstein, która jest najinteligentniejszym człowiekiem, jakiego znam, żeby mi pomogła uporać się z tym żmutem, który ulokował mi się w gardle i którego nie mogę wypluć, tak jak w dzieciństwie nie mogliśmy ani połknąć ani wypluć strasznej guli przeżutego mięsa…

Opowiadam jej i opowiadam. “Ach”, kiwa głową, i dorzuca polano do kominka. Jutro Wielkanoc, jest zimno jak w lutym. “To druga głowa rzymskiego Janusa. To nie jest prawdziwa Polska, to tylko odpowiedź na propagandę PiS. PiS prowadzi politykę regresji, ucieczki od normalności i od norm XXI wieku, wraca do świata sprzed stu i dwustu lat, w którym każda klęska jest tym bardziej zwycięstwem im bardziej jest krwawą przegraną, jest w stanie przekuć każdy krok wstecz w postęp. Jest żywym przypomnieniem, że stare więzi międzyludzkie wciąż jeszcze istnieją. PiS tworzy homogeniczny świat regresyjnych wartości, świat, który obiecuje bezpieczeństwo, dobrobyt i stabilizację pod warunkiem przyjęcia wspólnej z przywódcą ideologii. Ci twoi pisarze, zasadniczo oponenci, aby się przeciwstawić temu, co oferuje propaganda, nie tworzą innego świata, lecz kreują równie homogeniczny świat na opak. I jeśli świat PiSu opiera się na zakłamaniu, przeinaczaniu prawdy i nienawiści, to jego lustrzane odbicie też musi takie być. PiS pożera państwo, a intelektualista, który chce to opisać i przed tym przestrzec, nie jest w stanie uniknąć tego, że i on stworzy świat tych, którzy pożerają własne mięso.”

Stuart 45

It’s not simple to say
That most days I don’t recognize me
That these shoes and this apron
That place and its patrons
Have taken more than I gave them
It’s not easy to know
I’m not anything like I used be, although it’s true
I was never attention’s sweet center
I still remember that girl

Niełatwo przyznać się
Że przez większość czasu sama siebie nie poznaję
Te buty, ten fartuch
To miejsce i ci ludzie tutaj,
Zabrali mi więcej niż dali
Niełatwo zdać sobie sprawę
Że już nie jestem tą osobą co kiedyś
Lecz tak właśnie jest
I choć nigdy nie byłam ważną osobą
Wciąż jeszcze pamiętam tę dziewczynkę

Sarah Bailles, She used to be mine

Joanna Trümner

Spotkanie

Podczas tygodni spędzonych w Walton Stuartowi cały czas towarzyszyło uczucie obcości. „To już nie jest moje życie”, myślał, chodząc ulicami rodzinnego miasta. Czasami zdarzało mu się spotkać kolegę ze szkoły lub sąsiada. Krótkie, powierzchowne rozmowy uświadamiały mu, jak bardzo oddalił się od ludzi wśród których spędził dzieciństwo. W kilka dni po przylocie do Walton równie przypadkowo spotkał na plaży swojego najlepszego przyjaciela z czasów szkolnych, Toma. Umówili się na wieczór w pubie. O siódmej popijali pierwsze piwo, w pół godziny później Stuart zaczął ukradkiem spoglądać na zegarek. Powoli kończyły się zdania „A pamiętasz jak..” i zaczęło im brakować tematów. Przysłuchując się słowom Toma, prowadzącego rodzinną piekarnię ojca dwójki dzieci, Stuart myślał o tym, że jego były przyjaciel jest przecież szczęśliwym człowiekiem. Człowiekiem, który nigdy nie chciał porzucić bezpieczeństwa i przewidywalności życia w Walton. Po dwóch godzinach pożegnali się. Na rozstanie Tom zaproponował bez przekonania „Może kiedyś do nas wpadniesz?” Z tonu zaproszenia widać było, że i on zrozumiał, że czas zmienił dwóch nierozłącznych, bawiących się godzinami na plaży chłopców w obcych ludzi.

W kilka dni później matka umarła. Po telefonie ze szpitala Stuart poczuł ulgę. „Jak dobrze, że nie musi się już dłużej męczyć”, pomyślał. W godzinę później stał przy pustym łóżku w szpitalnym pokoju i opróżniał szafkę, zbierając do torby ostatnie używane przez nią przedmiot. Z zaskoczeniem znalazł wśród nich różaniec. „Przecież ona sobie nic nigdy nie robiła z wiary”, pomyślał. Długo jeszcze stał przy łóżku i pocierając w palcach drewniane paciorki zastanawiał się, ilu jeszcze nieznanych, zaskakujących rzeczy dowie się o najbliższej osobie. „Śmierć pozbawia nas wszelkiej prywatności”, skonstatował, opuszczając szpital.

Kolejnych kilka dni minęło na załatwianiu formalności związanych z pogrzebem i porządkowaniu osobistych przedmiotów matki. Kate i Stuart przeglądali dokumenty, książki i albumy ze zdjęciami. Trzy grube, oprawione w skórę albumy opatrzone były napisami: Eve, Stuart, Kate i opowiadały historię ich dzieciństwa. Wiele zdjęć w jego albumie przypominało wydarzenia, których on sam wcale nie pamiętał. Na zdjęciu z datą 10 maja 1957 roku siedzący przy stole chłopiec patrzył prosto w kamerę z wyraźnym poczuciem winy w oczach. „Dzień pierwszych wagarów”, komentował podpis pod zdjęciem. Na kolejnym zdjęciu Stuart siedział w grupie kolegów przy ognisku na plaży i kurczowo trzymał w rękach gitarę. Wpatrując się w zdjęcie długo próbował wygrzebać z pamięci imiona najbliższych kolegów z czasów dzieciństwa. „Jego album kończył się fotografią z lotniska w Londynie zrobioną w dzień jego odlotu do Australii, skomentowaną słowami: „Na zawsze?”

Napisy pod zdjęciami w albumie Kate były równie zaskakujące i świadczyły o tym, jak uważnie matka obserwowała życie swoich dzieci. Na jednej z fotografii zatopiona w książce dwunastoletnia dziewczynka, w której bez trudu Kate rozpoznała siebie, otrzymuje od matki radę „Życie tak nie wygląda”. Jedną z ostatnich fotografii w jej albumie było wyjątkowo niekorzystne zdjęcie Waltera z komentarzem „Wielka miłość?” „Nie wiedziałam, że ona potrafiła dostrzec tyle rzeczy. A ja zawsze myślałam, że się nami wcale nie interesuje”, powiedziała Kate, odkładając swój album na bok. „Chciałam przy Walterze po prostu odpocząć po idiotach, z którymi przeszłam piekło”, dodała czerwieniąc się. „Zachowuje się tak, jakby tłumaczyła się przed matką”, pomyślał Stuart.

W chwilę później zaczęli oglądać album Eve. Ich uwagę przykuła fotografia siostry z Williamem, młodej pary stojącej przed weselnym tortem. Eve miała zamyślony, zrezygnowany wyraz twarzy, co matka skomentowała słowami „Po co?”

W sypialni znaleźli też pamiętnik matki. Przez chwilę w milczeniu zastanawiali się, czy mają prawo przeczytać jej wspomnienia. Stuart jako pierwszy przerwał milczenie „Może w końcu dowiemy się czegoś o dziadkach”, powiedział, widząc, że siostra waha się i nie może się zdecydować, by odłożyć pamiętnik na stertę rzeczy przeznaczonych do wywiezienia na śmieci. „Na pewno by nie chciała, żebyśmy grzebali w jej prywatnych sprawach”, powiedziała Kate bez przekonania. Długo patrzyli na siebie w milczeniu, bijąc się z myślami. Stuart nagle poczuł, że dociera do niego wielkie zmęczenie ostatnich, intensywnych tygodn. Wiedział, że brakuje mu siły na dalsze emocjonalne wstrząsy. Zadecydowali, że Kate zabierze pamiętnik do Berlina i że przeczytają go przy następnym spotkaniu.

W kilka dni po pogrzebie udało im się załatwić sprawy związane z likwidacją rodzinnego domu. Przedłużyli umowę na wynajem pubu o dziesięć lat i poprosili Nata o pomoc w przygotowaniu mieszkania do wynajęcia. Założyli wspólne konto w banku, na które odtąd miał wpływać czynsz.

W kilka dni po pogrzebie Stuart czekał na lot powrotny do Sydney. „Jak dobrze, że wszystko udało nam się załatwić”, myślał. Nie mógł się doczekać powrotu do domu. Do odlotu pozstała jeszcze ponad godzina. „To zabijanie czasu jest najgorszą stroną podróży”, myślał przyglądając się otaczającym go ludziom. W jego terminalu czekali na odlot pasażerowie z sześciu samolotów. Na widok kobiety trzymającej za rękę kilkuletniego chłopca zaniemiał. „To niemożliwe”, pomyślał i podszedł bliżej, żeby się upewnić, że się nie myli.

Nie mylił się jednak. To była Ann, jego pierwsza miłość. Stuart schował się za plecami stojącego przed nim nieznanego mężczyzny i czekał, aż usłyszy jej głos. „Norman”, zwróciła się do dziecka „chodź, musimy się pospieszyć z pójściem do toalety, zaraz wywołają nasz samolot”. Tak, to był jej głos, to na pewno była ona. Ta ubrana w elegancką sukienkę kobieta z nienagannym makijażem, która miała w sobie coś obcego i nieznanego, to była jego była dziewczyna. Po chwili wahania postanowił do niej podejść. Ann też go poznała. „Dawno się nie widzieliśmy”, powiedział Stuart, nie wiedząc jak zacząć rozmowę. „Ponad dziesięć lat”, odpowiedziała z uśmiechem. „To mój syn, Norman”, powiedziała. Chłopiec ciągnął matkę za rękę, jakby był zazdrosny o nieznajomego. Może zrozumiał, że ten spotkany przypadkiem mężczyzna odgrywał kiedyś bardzo ważną rolę w życiu jego matki. „Lecimy do męża do Bostonu”, pżowiedziała Ann, „dostał pracę w dużej kancelarii adwokackiej. Zawsze chcieliśmy przez kilka lat pomieszkać za granicą”.

Stuart uważnie przysłuchiwał się temu, co mówi Ann. Zaskoczył go jej sposób opowiadania, to że większość zdań zaczynała od „my”. Ta nowa, nieznana Ann, wydała mu się egzaltowana, drażniła go i była mu obca. „Zamiast Yeatsa czytasz teraz przepisy kucharskie i rady na temat wychowywania dzieci”, pomyślał. Czas długich nocy w jego mieszkaniu na Greenwich, niekończące się rozmowy o sensie życia i deszczowe dni spędzone na czytaniu poezji w łóżku były zamierzchłą przeszłością. Chwię milczenia przerwał Norman. „Chodźmy już mamo”. „Powiedz mi jeszcze tylko, co porabia twój brat?”, zapytał Stuart. „To długa historia, Ian skończył kolejną kurację odwykową i chce wracać do Sydney. Myśli, że tam wszystko będzie inaczej. Niestety, już wiele razy tak myślał. Szczerze mówiąc my z mężem nie mamy z nim kontaktu”, dodała z westchnienem. „Naprawdę muszę już iść”, dodała. „Na pewno się jeszcze kiedyś spotkamy”, powiedziała podając mu rękę.

W kilka minut później Stuart siedział na ławce i przyglądał się wsiadającym do samolotu do Bostonu pasażerom. Ann pomachała mu na pożegnanie. Uśmiechnął się i myślał o tym, że ta inna, nowa Ann nie jest kobietą, z którą chciałby się znowu spotkać.

Myślał też o Ianie, przystojnym, wykształconym mężczyźnie z zamożnego domu, który zniszczył wszystkie otrzymane od życia szanse. Pomyślał o Benie, skromnym mężczyźnie ze skromnej rodziny, który wynajął od nich ich rodzinny pub, a po śmierci matki zaproponował nawet, że odkupi od nich i pub, i znajdujące się nad nim mieszkanie.

Cdn.

Szopa w salonie 25

Łukasz Szopa

Eko jest eko – wystarczy policzyć

Wielu z nas – nie tylko podczas zakupów – wpada w oko (a i do koszyka) coś o nazwie „eko…“ – ekologiczny serek, ekologiczna bluzka, ekologiczna karma dla kotów, ekologiczny węgiel do grilla…,  czy w formie reklamy do skrzynki pocztowej (realnej lub elektronicznej): ekologiczny prąd, ekologiczny urlop, ekologiczny samochód, ekologiczny bank itp. (Czekam z utęsknieniem na następne wynalazki, jak „ekologiczne prezerwatywy“, „ekologiczny granat“ czy „ekologiczna reklama ekologicznych produktów“). Ponoć nawet pieniądz może być ekologiczny, choć nie zawsze: taki bitcoin okazuje się gorszy dla środowiska niż produkcja i transport banknotów i monet, gdyż w międzyczasie „produkcja“ bitcoina – do czego potrzeba masy operacji kalkulacyjnych masy komputerów – z uwagi na zużywaną energię wcale nie jest taka „eko“.

A że o pieniądzach i kwestiach materialnych (choć nic bardziej arcy-materialnego niż produkty „eko“!), czy też gospodarczych tu sobie dywaguję, to pójdźmy jeszcze o krok dalej. Pewnie nieraz już niejeden z nas zauważył powinowactwo językowe dwóch „eko“ – „ekologiczny“ i „ekonomiczny“.

Gdyby rzucić tylko jednym, tym powierzchownym, okiem na „obszary językowe“ obu eko, wydawać by się mogło, że to przeciwieństwa, tym bardziej, jeśli posłuchać promujących, każdy „swoje“ eko, z jednej strony aktywistów ochrony środowiska, z drugiej – speców od reklamy i profesorów wolnorynkowych. Wbrew pozorom, ich język i prezentacja są jednak często podobne – wysoce emocjonalne, słabo argumentowane, po prostu ideologiczne czy wręcz demagogiczne. O tym, że niejeden „zielony“ nie potrafi inaczej, pewnie wiemy, a o tym, że z argumentami i rzeczowością słabo również wśród „głośnych“ ekonomów i „panów od gospodarki“ – już kilka razy wspominałem.

A szkoda, bo… w sumie obie strony mają rację. Gdyby się trochę zastanowić, a w dodatku – policzyć.

Gdyż to, co „eko(logiczne)“ prawie zawsze jest też jak najbardziej „eko(nomiczne)“. Kilka przykładów:

Gdy do podróży, czy też do produkcji czegoś tam, czy to do ogrzania domu potrzebuję mniej surowca, to jest to lepsze i dla środowiska, i dla mojej kieszeni.

Gdy jem żywność, która zawiera jak najmniej sztucznych dodatków, konserwantów, farbników i innej chemii (oby tylko chemii!!!) – to i taniej to wyprodukować, i lepiej dla mojego zdrowia.

Gdy nie trujemy wspólnego powietrza świństwami z pieców i ciepłowni, jak i samochodów i samolotów – to pozytywnie wpływa na nasze zdrowie, na turystykę, a nawet zapobiega (lub zmniejsza ryzyko) zmian klimatycznych i wiążących się z nimi katastrof jak powodzie, susze, huragany.

Gdy nie sypiemy trucizn na pola – to nie tylko wszystko lepiej smakuje i dobre dla zdrowia, ale i nie zabijamy powoli nas samych i także masy ptaków, owadów i innych żyjątek. A właśnie dzięki nim – darmowa ich praca! – możliwe jest efektywne zapylanie kwiatów na polach, równowaga biochemiczna gleby itp.

Tak więc nie chodzi tu o jakąś „miłość do mleka prosto od krowy“ czy „sympatię do pszczół i świnek nie zatrutych glyphosatem czy antybiotykami“ – chodzi o kasę, czysto ekonomiczną efektywność związaną z kosztami.

Problem „jedynie“ w tym, że niektórym jakoś nie chce się liczyć…

Podałem już przykład z pszczołami – ich zanik to nie tylko straty gatunku, ale setki miliardów strat w rolnictwie, rocznie! A „oszczędności“ czy „większe efekty“ z używania chemii były widoczne tylko z początku, gdy nikt nie pomyślał jakoś o tym, że „środki owadobójcze“ są właśnie tym o czym mówi ich nazwa – i że konsekwencje mogą być bolesne.

Inne przykłady ekonomicznej krótkowzroczności w rolnictwie to niby „tańsze“ modele monokultury, wycinka drzew między polami („bo łatwiej ciągnikiem jeździć!“), zatrucia wód gruntowych i tak dalej.

Podobnie z żywnością i jej produkcją: faszerowanie świnek i kurcząt antybiotykami okazuje się zgubne w skutkach i dla zwierząt, i dla jedzących je ludzi – a to z kolei koszty zdrowia, czyli opieki zdrowotnej, których jakoś nikt nie ma ochoty zestawić z kosztami produkcji żywności.

Z paliwami czy plastikiem podobnie: gdyby wliczyć koszta wydatków na zdrowie, zniszczone „tańszą“ produkcją czy energią (plastiki w rybach, chemia w roślinach, owadach i zwierzętach, smog i inne świństwa w powietrzu i wodzie pitnej) – to wyszłoby na to, że najtaniej jednak trzymać własne zwierzęta za domem. Wiem, to przesada, ale gdy wliczymy „zysk ekologiczny“ z lokalnej produkcji, do tego oszczędności w zmniejszeniu odległościach transportowych (znowu: produkcja ciężarówek, samolotów i statków, koszty wydobycia i spalania energii) – to wyjdzie nam, że najbardziej ekonomiczną bo ekologiczną formą produkcji i konsumpcji jest „kupuj z regionu“.

No i ostatni przykład, gdzie komuś z ekonomistów czy ekspertów jakoś nie chciało się liczyć: energia atomowa. W wielu krajach, nie tylko Polsce, nadal uważa się, że to „obecnie“ najtańsze i równocześnie wyjątkowo „nieszkodliwe dla środowiska“ źródło energii, że owszem, „coś tam trzeba będzie z tymi odpadami zrobić, kiedyś…“.

To ja się zapytam: Kto i ile zapłacił i zapłaci (o ile to policzone!) za wszystkie koszta (zdrowie ludzi, straty finansowe, opuszczenie całych gmin i regionów, spadek wartości nieruchomości itp.) wypadków jak Czarnobyl czy Fukushima? A że to tylko dwa przypadki, nic powszechnego, wyjątki? Okej, to dlaczego jakoś żadna firma obsługująca energie atomowe na świecie nie ma umowy na ubezpieczenie „od wszelkich kosztów wypadków produkcji“? (Ja jako informatyk n.p. opłacam ubezpieczenie od możliwych konsekwencji mojej pracy). Ano, bo żadna firma ubezpieczeniowa nie weszłaby w taki deal – albo nałożyła by takie koszta składki, że prowadzenie elektrowni atomowych okazałoby się za kosztowne.

Albo w takich niby bezpiecznych politycznie i tektonicznie Niemczech czy Francji: Kto płaci za magazynowanie (i szukanie magazynu „ostatecznego“) odpadów radioaktywnych? Nawet jeśli cudem okazałoby się, że – inaczej niż w magazynującej kopalni w Asse – wszystkie beczki szczelnie zamknięte i nic nie przenika do wód gruntowych?

A kto przez dziesięciolecia dotował dziesiątkami milardów badania i rozwój energii nuklearnej, czy czasem nie państwo?

No więc, gdyby wliczyć do kosztów produkcji energii atomowej wszystkie te trzy koszta: badania i rozwój, magazynowanie, ubezpieczenie od kosztów wypadków – to nigdy w życiu „atom“ nie będzie tańszy od słońca, wody, wiatru, a tym bardziej węgla. Choć tutaj też warto by obliczyć jego cenę podobnie jak „atomu“. I stałoby się jasne, że odnawialne źródła energii są nie tylko najbardziej ekologiczne – ale i ekonomiczne. Choć dodam na koniec banał: że najtańsza energia to ta, której nie  zużywamy, a najbardziej ekonomiczna żywność to nie tylko ta„za rogiem“, i to najlepiej „bezmięsna“, ale i ta, której sobie oszczędzimy.

Barataria 63: Wyspa marzeń

Ewa Maria Slaska

Śmierć Don Kichota – opera

Muzyka: Jules Massenet

Libretto: Henri Cain
w oparciu o sztukę Jacques’a Le Lorrain Le Chevalier de la longe figure (Rycerz długiej postaci, 1904)

Premiera: 19 lutego 1910 w Monte Carlo

Opera w pięciu aktach. Akcja rozgrywa się w Hiszpanii w XVI w.

Litografia George Rochgrosse’a, wykonana w roku 1911 z okazji premiery sztuki w Teatrze Rozrywki w Paryżu  

Akt I
Do jednego z hiszpańskich miasteczek, w którym trwa właśnie huczna zabawa, przybywa Don Kichot. Owacyjnie witany przez tłum, opowiada o swoich ostatnich przygodach. Zazdrosny o znajdującą się wśród słuchaczy Dulcyneę, młody Juan wyzywa go na pojedynek. Dziewczyna przerywa jednak walkę. Don Kichot w wyszukanych słowach prosi piękną dziewczynę o rękę. Znana z dość swobodnych obyczajów Dulcynea, pół żartem pół serio przyjmuje jego oświadczyny. Stawia mu jednak warunek. Ma odzyskać zrabowane jej przez zbójców klejnoty.

Akt II
Don Kichot wyrusza więc na poszukiwanie szajki zbirów. Jego wierny sługa, Sancho Pansa, ceniący spokój i wygody, wciąż uskarża się na swój los. W drodze spotykają ich nieprawdopodobne przygody. Niezwykłych cech przydaje im bujna wyobraźnia rycerza. Stada świń i owiec bierze on za szeregi nieprzyjaciół. Stojące na wzgórzu wiatraki stają się w jego umyśle groźnymi olbrzymami. Stacza z nimi wyimaginowaną potyczkę i zostaje boleśnie potłuczony uderzeniami obracających się skrzydeł.

Akt III
Po długiej wędrówce Don Kichot natrafia na zbójów w dzikich wąwozach gór Sierra Morena. Zostaje przez nich pojmany i skrępowany. Jednak jego bohaterska postawa tak imponuje rozbójnikom, że postanawiają puścić go wolno, a nawet zwrócić zrabowane Dulcynei klejnoty.

Akt IV
Don Kichot wraca do ukochanej, wprawiając ją w osłupienie. Wzruszony, ponownie prosi o jej rękę, ale dziewczyna odmawia. Widząc jego przygnębienie, opowiada mu szczerze o swoim życiu. Choć wielkoduszny Don Kichot wybacza jej, jest tymi wyznaniami zdruzgotany. Dobry Sancho namawia go, żeby ponownie wyruszył w świat – tym razem na poszukiwanie krainy, w której ludzie są lepsi i szlachetniejsi.

Akt V
Szokujące wyznania ukochanej kobiety podkopują optymizm Don Kichota i niszczą jego siły fizyczne. Odwrócony od świata, umiera w końcu na pustkowiu, w towarzystwie wiernego Sancha Pansy. W przedśmiertnej wizji widzi jeszcze wyidealizowaną postać swojej wybranki – na jego twarzy pojawia się ostatni uśmiech.

(Streszczenie libretta według “Przewodnika operowego” J. Kańskiego)


Ciekawe, że w niemieckim opisie opery czytamy coś zupełnie innego. Po niemiecku rzecz dzieje się w średniowiecznej Hiszpanii, podczas gdy polski autor zakłada, że jest to Hiszpania renesansowa. Po polsku w akcie I w miasteczku odbywa się fiesta, po niemiecku – czterech zalotników Dulcynei śpiewa dla niej serenadę. Polskie klejnoty Dulcynei (niemieckie perły) porywa tam szajka, tu zaś jeden, ale za to słynny zbój. Don Kichot nie prosi o rękę Dulcynei, jeno ofiarowuje jej zamek. I tak dalej…

Lucien Fugère 1910 w roli Sancho Pansy

Tym niemniej opis niemiecki bardziej niż polski wiąże się z naszymi wędrówkami w poszukiwaniu Baratarii, bo oto w akcie IV, gdy Pan i Giermek przybywają do miasteczka, przywożąc Dulcynei jej stracony naszyjnik, Sancho Pansa upomina się o swą obiecaną wyspę. W akcie V umierający Don Kichot przypomina sobie o swych niewypełnionych zobowiązaniach i obiecuje Giermkowi wyspę… Wyspę Marzeń.

ACTE CINQUIÈME

2me Interlude

Rideau
Dans le chemin raviné de la vieille forêt.

C’est la nuit, une nuit étoilée très claire.
Jupiter brille dans tout son éclat.
Don Quichotte repose, debout contre le tronc d’un chêne.
Sancho le veille comme un enfant; il attise un feu de sarments qui réchauffera son “Grand.”

SANCHO
avec simplicité, attendrissement et ferveur
O mon maître, ô mon Grand! dans des splendeurs de songe
Que ton âme s’élève aux cieux loin du mensonge,
Et que ton coeur si doux plane dans les clartés,
Où tout ce qu’il rêva devient réalité!
O mon maître! ô mon grand!

DON QUICHOTTE
Écoute… mon ami, je me sens bien malade!
Mets ton bras sous mon cou,
Sois l’ultime soutien
De celui qui pansa l’humanité souffrante…
Et survécut à la Chevalerie Errante?

SANCHO
comme un murmure
Mon maître!

DON QUICHOTTE
Sancho, mon bon Sancho, nous allons nous quitter…
Ingrat, vas-tu me regretter?
avec une intimité attendrissante
Déjà… tes yeux… revoient le village… où tu fus enfant…
Et te voici rêvant? aux bois mystérieux? de la terre natale!

SANCHO
désolé
Non! non!

DON QUICHOTTE
avec une infinie douceur
Mais, mon pauvret, c’est la chose fatale!
avec un pâle sourire
Tu n’es qu’un homme enfin, tu veux vivre?
Et je meurs…

SANCHO
larmoyant
Mon maître! mon maître!

DON QUICHOTTE
fièrement et simplement; en suprême et sublime effort se redressant
Oui! je fus le chef des bons semeurs!
J’ai lutté pour le bien, j’ai fait la bonne guerre! ah!
Il étouffe. Don Quichotte retrouve la parole.
Sancho, je t’ai promis naguère… des coteaux…
Des châteaux… même une île… fertile…

SANCHO
très doux et modeste
C’était un simple îlot que je voulais avoir!

DON QUICHOTTE
continuant et souriant
Prends cette île qu’il est toujours en mon pouvoir
De te donner!
dolcissimo
Un flot azuré bat ses grèves…
Elle est belle, plaisante? et c’est l’île des Rêves!
Sancho pleure.
émotionnant et simple

Ne pleure pas Sancho, mon bon, mon gros Sancho!

SANCHO
Laissez-vous délacer; comme dans un cachot,
Vous étouffez, mon grand, dans cet habit d’apôtre!

DON QUICHOTTE
arrêtant le geste de Sancho et très grave, très pieusement doux
Je meurs…
Fais ta prière et dis la patenôtre?
Il baise la tête et défaille. Sancho, avec précaution, le cale contre l’arbre.
désignant Jupiter à qui il tend les bras.

L’Étoile!

LE VOIX de DULCINÉE
très au loin
Ah! le temps d’amour a fui…
Où vont nos bonheurs? adieu! bonheurs! adieu!

DON QUICHOTTE
Dulcinée! avec l’astre éclatant
Elle s’est confondue…
C’est bien elle!
La lumière, l’amour, la jeunesse…
Elle! Vers qui je vais? qui me fait signe? qui m’attend!

Il meurt.

SANCHO
dans un cri déchirant
Mon Maître adoré!

Zakończenie opery, ostatnia rozmowa Pana i Giermka, od 6 minuty 38 sekundy obaj mówią o wyspie. Partię Don Kichota śpiewa Mikołaj Giaurow.

Sukienka. Zadanie literackie

 Znalazłam zdjęcie. Łódkowato wygięty, pożółkły kartonik. Wydało mi się tak niezwykłe, że poczułam niedosyt – jego prawdziwa treść i historia wydały mi się zbyt banalne (choć przecież wcale nie są). Publikuję je tu, nie kadrując, nie wyostrzając. Proszę Czytelników o dopisanie do niego historii. I proszę koniecznie podać kolor sukni! Ja odgadłam… Lecz jednak nie, nie odgadłam, ale czytajcie dalej…

 

Pierwszy tekst o sukience nadesłała moja włoska kuzynka Maria:

Sukienka

Widziałam sporo podobnych zdjęć, poniewierały się w jakichś kopertach, pudełkach i szufladach; nieuporządkowane, czasami opisane z drugiej strony jakąś datą. Były również negatywy, myślałam żeby zrobić z nich dobre odbitki, ułożyć je w albumie i dać moim rodzicom w prezencie – nie doszło do tego, negatywy przy okazji jakiejś przeprowadzki, jakiegoś remontu znikły, a szkoda, były na nich wspomnienia z imienin, karnawałowych balów, sylwestrów. Były zdjęcia przyjaciół rodziców i ich znajomych, zdjęcia robione przez Dziadka i znajomych, negatywy wywoływane w łazience i również tam robione odbitki – po takich sesjach łazienka pachniała wywoływaczem i utrwalaczem, specyficznym dziwnym zapachem, który, o tym jeszcze wtedy nie wiedziałam, po latach stał się dla mnie dobrze znany, bo zajmowałam się fotografią przez wiele lat – robiłam to jednak w bardziej profesjonalnych warunkach, nie w łazience.
Bardzo lubiłam patrzeć na Mamę, jak przygotowywała się na te zabawy, jak się malowała – na co dzień chyba nie malowała się, w każdym razie ja tego nie pamiętam, albo nie widziałam, bo robiła to rano przed wyjściem do pracy, a wtedy śpieszyliśmy się wszyscy – z dzieciństwa pamiętam, że bardzo lubiłam dźwięk zamykanej puderniczki, było to dla mnie coś dorosłego, coś magicznego. No i Tata, który zawsze był bardzo elegancki, ze spinkami w mankietach koszuli i krawatem.
Jak wychodzili wieczorem na bal, ja z moją siostrą zostawałyśmy z dziadkami i wtedy po kolacji była okazja do gry w remika zwanego również przez dziadków kukrą, którą oczywiście usiłowałyśmy przeciągnąć jak najdłużej. Czasami, ale bardzo rzadko, graliśmy w madżonga, bo dziadkowie mieli zestaw do tej gry. Bardzo lubiłam te wieczory, były inne, odmienne od codzienności.
Czasami bal odbywał się u nas w domu, wtedy dzień wcześniej smażyliśmy faworki i róże karnawałowe, zabawa była świetna, a przy okazji można było zjeść trochę skawalonego cukru pudru, który Babcia trzymała zwykle wysoko na półce, w załomku kuchni służącym za spiżarnię. Robiliśmy również bezy, chyba Tata był tu specjalistą, pamiętam, że pieczenie nie bardzo się udawało, bo albo wychodziły niedopieczone, albo spalone, ale zawsze były bardzo dobre.
Jak przychodzili goście do naszych rodziców, to ja z moją siostra jechałyśmy spać do drugich dziadków, na Krakowskie Przedmieście, gdzie mieszkanko było malutkie, ale za to bardzo wysokie. Tam Babcia robiła dla nas jakieś smakołyki, była świetną kucharką, a wieczorem wyciągałyśmy z szafy ubrania i buty naszej cioci, (nosiła czółenka na małym obcasie zwane kaczuszki, były wspaniale, oczywiście dla nas za duże, ale zabawa była świetna) i robiłyśmy pokazy mody.
Sukienki, która jest na zdjęciu nie pamiętam zupełnie i nie wiem, jakiego była koloru, jak również nic mi nie przypominają meble ani radio, które widzę na zdjęciu. Nie umiem zupełnie zlokalizować tego zdjęcia, ale jeżeli mam zgadywać, to sukienka mogła być niebieska.

***
A więc jednak nieprawda, nie odgadłam koloru. Podejrzewałam, że sukienka była czerwona i tak też sądziła uwieczniona na zdjęciu Mama kuzynki, czyli, no tak, nie da się już tego ukryć, moja Ciocia. Nie była to jej sukienka, tylko szwagierki, tej, która w opowiadaniu powyżej nosi owe czółenka – kaczuszki… i jednak sukienka wcale nie była czerwona tylko ponoć jasnozielona… Radio znajdowało się w tym małym, ale wysokim mieszkaniu u “drugich Dziadków”.

Wedel i bombardier

Ewa Maria Slaska

Wpis dla Uli Usakowskiej-Wolff

Widzicie to?

Od lat złości mnie i dziwi ten napis, witający przyjeżdżających do Berlina  na dworcu głównym. Od jakiegoś czasu, wiem, że nie jestem jedyna, bo ukraińska pisarka mieszkająca w Niemczech, Katja Pietrowskaja, też o tym pisze w swej pięknej książce o poszukiwaniu rodzinnych korzeni na Ukrainie i w Polsce.  Jednak większość ludzi zapewne nie zwraca na to uwagi, bo jakby większość myślała tak jak Katja i ja, to tego napisu by nie było. Byłyby albo masowe prostesty albo jeden zdecydowany telefon z biura kanclerki lub prezydenta i reklama zniknęłaby z czoła reprezentacyjnego dworca Republiki, stolicy i Europy.

Ale jest. Jest bo przynosi pieniądze, jest bo pieniądze są ważniejsze niż myślenie. Reklama Bombardiera jak wehikuł czasu przenosi mnie do Berlina lat 80. Dopiero przyjechałam, uczyłam się świata i języka, i ze zdumieniem odkrywałam SS czyli Sommersemester lub SSV czyli Sommerschlußverkauf. Nie mogłam uwierzyć, że prawo jazdy nazywa się Führerschein, władza – Gewalt, a Krieg i kriegen mają wspólny sens. Od tego czasu świat, również ten niemiecki i ten berliński, uwrażliwił się na różne aspekty języka, na to, że słowo może przekazywać nie tylko to, co chcemy, lecz również to, co ukryte i nieuświadomione. Zmieniła się też jakość komunikacji społecznej. Firmy komercyjne też w międzyczasie wiedzą, że stać nas na bojkot i znaczące protesty, niekiedy próbują nas nawet sprowokować jakimś celowo obraźliwym lub błędnym sformułowaniem, po to właśnie, byśmy więcej kupowali.

Ale my, podróżni w stolicy europejskiej, która jest na pewno też jedną z najważniejszych stolic Europy, nie będziemy przecież kupować produktów Bombardiera. Ta reklama zresztą wcale nie jest zachętą komercyjną, jest po prostu wielkim na miarę zainwestowanych przez firmę pieniędzy podpisem sponsora.

Bombardier

Wiem dość o procesach historycznych zachodzących w społeczeństwach, żeby nawet nie sięgając do enuncjacji jakiegoś komercyjnego tekstera, wyobrazić sobie drogę od zwykłego kanoniera z czasów wojny trzydziestoletniej do firmy, która najpierw produkowała lawety do armat, potem czołgi, potem pociągi pancerne i wreszcie samoloty. I nawet jeśli dziś wszędzie na świecie wyroby firmy Bombardier niosą ludziom tylko szczęście i pokój, nawet wtedy, powtarzam, nazwa firmy przypomina, że chodziło o Krieg i kriegen, o Gewalt, a kiedyś również o SS. I że niestety może o to nadal chodzić. Ta nazwa, niechby była nie wiem jak tradycyjna, i nie wiem jak wywodziła sią od tego biednego kanoniera z XVII wieku, przecież się po prostu kojarzy. Bombardier, bombardzier, bombardier…

Zastanawia mnie, że Niemcy jako państwo, od co najmniej 30 lat zainteresowane tym, żeby kojarzyć je z pokojem, tolerancją i demokracją, pozwalają na takie codzienne, frontalne, podważanie ich intencji w oczach setek tysięcy ludzi, którzy korzystają z dworca w Berlinie. Nawet jeśli świadomie nikt tego nie odbiera negatywnie, podświadomość każdemu zbuduje nieuchronny ciąg skojarzeń – Niemcy, dworzec, pociąg, bombardowanie.

Nie ma znaczenia, że kanadyjskie koncern nie ma nic wspólnego z okrutną historią europejską, nie ma znaczenia że został założony w roku 1942 przez Josepha-Armanda Bombardiera, wynalazcę nowoczesnego skutera śnieżnego. Nie ma znaczenia, że jako osoby bombardowane na dworcu niemieckim napisem Bombardier, nie wiemy, co łączy Józefa Armanda Bombardiera z twardym krokiem żołnierzy szwedzkich i niemieckich depczących europę w XVII wieku… To przecież wszystko bez znaczenia, każdy z nas widzi ten napis, a jego podświadomość natychmiast pokazuje fucka wszystkim niemieckim staraniom o image gołąbka pokoju!

Oczywiście sam założyciel firmy, zdolny wynalazca i przedsiębiorca, za te skojarzenia nie odpowiada. Był zresztą świetnym facetem.

Joseph-Armand Bombardier (1907-1964) pochodził z Kanady francuskiej, był niezwykle uzdolnionym mechanicznie chłopcem, który zbierał na ulicach zepsute przedmioty, po to by je naprawiać. Jego rodzice byli rolnikami i prowadzili wiejski sklepik. Nikt w rodzinie nie interesował się mechaniką. Nikogo, kto pisze o Bombardierze, a pisze się o nim w sieci całkiem sporo, nie zajęło pytanie, dlaczego rodzina nazywa się właśnie tak, jak się nazywa.

W wieku 13 lat zbudował funkcjonujący model lokomotywy poruszany mechanizmem wyjętym z zegarka, skonstruował też mechaniczny kołowrotek i przerobił starą strzelbę na armatę. Gdy miał lat 19 otworzył w garażu własny warsztacik naprawy zepsutych urządzeń i stworzył pierwszego snowmobila.

Miał 27 lat, gdy jego syn zachorował i nie udało się go dowieźć na czas do szpitala, bo ulice były zasypane śniegiem i nie odśnieżane. To sprawiło, że Józef postawił na przekształcenie modelu snowmobila w produkowany przemysłowo pojazd jeżdżący po śniegu.
Na cześć Bombardiera nazwano jeden z lodowców na Antarktydzie.


Firma Bombardier produkuje zatem różnorakie środki komunikacyjne, pojazdy śnieśne, pociągi, samoloty…

W kwietniu 2018 roku lecę do Warszawy. Na lotnisku staję przed takim oto samolotem – ewidentnie produkt firmy Bombardier (tak też zostaniemy za chwilę powitani: na pokładzie samolotu Bombardier), ale z wielką reklamą Wedla. Nie ma siły, wszyscy z mojego pokolenia będą mieli w tym momencie tylko jedno skojarzenie: 22 lipca d. E. Wedel. I taki rysunek Sławomira Mrożka: idzie pochód z okazji państwowotwórczej, obok kroczy facet z opakowaniem firmowym: E. Wedel. Wydaje mi się (pewnie się mylę), że zazwyczaj nie ma reklam na samolotach. Reklama jest większa niż napis firmowy. To odwrócenie poprzedniej sytuacji: E. Wedel, dawniej Bombardier… Ok, dobrze, trzeba będzie kupić torcik wedlowski.

W poczekalni obserwuję przywitanie dwojga ludzi w średnim wieku. Pani siedzi naprzeciwko mnie, pan podchodzi, pani wstaje, witają się i, jeszcze stojąc, zaczynają rozmawiać. Zadziwiło mnie pierwsze zdanie tej rozmowy. Mężczyzna mówi: wydaje mi się, że wszystko zrobiliśmy niepotrzebnie, i ma przy tym ton zatroskanego naukowca a nie zirytowanego biznesmena. Chciałabym się dowiedzieć, co zrobili niepotrzebnnie, ale jak siadają, to nie słyszę, o czym mówią. Słyszę następny fragment ich rozmowy dopiero w autobusie, który wiezie nas do samolotu, to chyba już jakiś inny temat, ale kto to wie… pan opowiada o szkole, do której dzieci chodzą nadzwyczaj wręcz chętnie i uwielbiają się uczyć. Wysiadamy z autobusu, stoimy w kolejce do schodków, pan i pani za mną. A wszystko to można osiągnąć w bardzo prosty sposób, mówi pan. Ruszamy, zaraz wejdziemy na schodki i niemożliwe, po prostu wejdziemy, usiądziemy i ja już się nigdy nie dowiem, jak to można osiągnąć. A koniecznie chcę wiedzieć. Jestem ciekawska i zaangażowana społecznie, a mój wnuk chodzi do szkoły… Muszę się dowiedzieć, jaki jest ten sposób. Obracam się, przepraszam, przedstawiam i pytam. Pan lekko (ale tylko lekko) zaskoczony, odpowiada, że chodzi o szkołę w Finlandii. Kiwam głową, można się było domyślić, że jak gdzieś dzieci uwielbiają en masse chodzić do szkoły, to musi to być Finlandia. To proste, mówi pan, o pracę w szkole można się starać tylko z najlepszymi wynikami na studiach, a o każde miejsce nauczyciela ubiega się dziesięć osób. Już nie zdążę zapytać, czy jest to praca super płatna, wchodzimy, a zanim siądziemy, pan da mi wizytówkę. Nie mogę dać mu w zamian swojej, bo… no bo… nieważne, nie mam, zapomniałam, lisy zjadły, jest w torbie oddanej na wózek bagażowy… Uśmiecham się tylko i mówię, dziękuję, jak o tym napiszę, to przyślę panu linka…


Centrum Edisona. Aha. Myślę sobie, że mały Bombardier świetnie by się nadawał na patrona centrum nauki dla super uzdolnionych dzieci. Szkoda, że ma nazwisko, które się marnie kojarzy…

No i to pierwsze zdanie na wizytówce: Uważaj na mity! Naprawdę opłaca się, być ciekawskim i zaczepiać ludzi…

Berlin o każdej porze roku. Wiosna

Elżbieta Kargol

Tulipany, tulipanie, tulipaństwa

I znowu zakwitły, wszędzie w ogrodach, w parkach, na skwerach, na klombach, rondach, między drzewami, za płotem i w trawie, w doniczkach i w wazonach, a przede wszystkim w berlińskim Britzer Garten, gdzie 21 kwietnia odbyło się oficjalne otwarcie kwitnięcia i gdzie ich ilość, różnorodność, barwność i miejsce przyprawiają każdego o kolorowy zawrót głowy. Skala ich barw jest niewiarygodnie szeroka, nie występują tylko w czysto niebieskim i czarnym okwiecie. Kwiaty są pojedyncze lub pełne, a ich kształt zmienia się od kielichowatego przez miseczkowy, kubkowaty, do form o skręconych lub postrzępionych płatkach, niektóre podobne do róży, inne do piwonii, ale najczęściej do lilii, bo do rodziny liliowatych wszak należą.

Mowa o tulipanach, tulipaniach i o całych tulipaństwach. Na świecie istnieją 194 państwa. Gatunków tulipanów jest około 120, a odmian uprawnych ponad 15 tysięcy. O nazwie nadawanej nowej odmianie decydują hodowcy. Nadawanie tulipanom imion znanych ludzi to element promocji. Jest Irena Sendlerowa i Fryderyk Chopin, jest Jurij Gagarin i Elvis Presley, i tysiące innych znanych lub mniej osobistości.


Tulipan zezwala, aby go podziwiano, ale nie budzi gwałtownych uczuć – pożądania, zazdrości, miłosnych zapałów. Jest pawiem wśród kwiatów.

Zbigniew Herbert

Niektórzy za ich ojczyznę uważają Holandię. Nic bardziej mylnego! Kwiaty te pochodzą z Azji środkowej, gdzie ich dzikie odmiany rosły na zboczach gór Tienszanu, Pamiru i Ałtaju, później w Chinach, Mongolii, aż dotarły do Persji i Imperium Osmańskiego. W XVIII wieku Turcją rządził sułtan Ahmed III. Czas jego panowania został nazwany “Wiekiem Tulipanów”. Nazwa tulipan pochodzi od tureckiego słowa tülbent – oznacza tkaninę, z której uwijano turbany. Czerwony tulipan, po turecku laleh, zapisuje się takimi samymi literami jak imię Allaha, a czytany od tylu daje helal czyli półksiężyc. Turcy wierzą, że kwiat ma boską siłę. Jego nazwa, choć zupełnie inna, pojawia się też w Pieśni nad pieśniami.

*

W połowie XVI wieku do Europy tulipany sprowadził z dworu sułtańskiego austriacki ambasador w Turcji, a ich uprawą zajął się holenderski botanik Karol Clusius. Rozpoczęło się tulipanowe szaleństwo. Ceny niektórych cebulek był warte domu w Amsterdamie. Do dzisiaj Holandia jest światowym potentatem w uprawie tulipanów.

Przed laty skorzystałam z oferty taniego przewoźnika i wybrałam się do Holandii, do Keukenhofu, aby podziwiać kwitnące łany tulipanów. Nic, oprócz folią przkrytych pól nie widzieliśmy. Był początek lub środek marca, wycieczka dwa tygodnie później kosztowałaby już 100 marek więcej.

Tulipan jest łatwy w obsłudze, rośnie w każdej ziemi, cebulki wysadzamy jesienią do gruntu, i w zależności od gatunku zakwitną od marca do czerwca. Po przekwitnięciu lepiej wyjąć cebulki z ziemi, przechować w chłodnym i ciemnym miejscu, a jesienią powtórzyć proces, żeby następnej wiosny znów cieszyły oczy.

Z moim dziadkiem, ogrodnikiem i pszczelarzem z zamiłowania, zajmowaliśmy się krzyżowaniem tulipanów. Przenosiliśmy pyłek z białego kwiatu na czerwony. W następnym roku dziadek patriota pokazywał mi w ogrodzie biało-czerwone tulipany, efekt naszych botanicznych eksperymentów. Prawdopodobnie mnie trochę oszukiwał, ale dawno mu to wybaczyłam, bo wszystko co wiem o faunie i florze w ogrodzie, na polach i łąkach, zawdzięczam właśnie jemu.

W berlińskim Britzer Garten posadzono 250 tysięcy tulipanowych cebulek. Choć zimne dni marcowe zaszkodziły wielu roślinom i nie wszystkie zakwitły lub nie zakwitną, to jednak większośc ich otuli(pani)ła ziemię barwnym kobiercem kwiatów

Tulipan

Jak ptak jesteś – o piórach z purpury i złota!
Nakrapianyś – jak skóra cudownego węża!
Jak płomień – którym wiatr bezgłośnie miota!
Jak płomień – co w pośpiechu ostygłby i stężał!

Chrzęścisz cicho jedwabiem pod zakrzepłym żarem,
siarkę mieszasz z krwi pąsem w chlasty, bryzgi, smugi,
aż powalony wreszcie własnym, szkarłatnym ciężarem,
masz w sobie coś z Mefista i chorej papugi…

Beata Obertyńska, z tomu Otawa, 1945


Zdjęcie Autorka, dalsze zdjęcia – mnóstwo wspaniałych zdjęć – TU

Barataria 62: balet bez Baratarii

Ewa Maria Slaska

Nowe przygody Pana i Giermka czyli balet Don Kichot

Muzyka: Ludwig Minkus
Choreografia: Marius Petipa / Rudolf Nuriejew
Libretto: Marius Petipa, od 1900 roku Aleksander Górski
Premiera: 26 grudnia 1869 w Wielkim Teatrze Moskiewskim (Bolshoi Theatre)

Istnieją trzy wersje baletu, moskiewska z roku 1869, sanktpetersburska z roku 1871 (obie autorstwa Petipy) i wersja poprawiona przez Akesandra Górskiego z roku 1902, ta, którą wystawia się do dziś; w tej wersji rolę zakochanej Kitri zatańczyła Matylda Krzesińska, polska tancerka Tetaru Maryjskiego w St. Petersburgu, w której zakochał się następca tronu (a potem ostatni car Rosji), Mikołaj II – zresztą wszyscy to na pewno świetnie wiedzą, wszak w ubiegłym roku na ekranach kin pojawił się rosyjski film Aleksieja Uczitiela Matylda, który nacjonalistycznie nastawieni Rosjanie próbowali na całym świecie bojkotować, bo przypomnienie carskiego romansu obrażało pamięć o świętym (to nie  ironia – Mikołaj II po upadku komunizmu został kanonizowany) wszechrosyjskim władcy, zamordowanym wraz z żoną i dziećmi przez Sowietów. Matylda jest przepięknym (jeśli ktoś lubi kicz w wielkim stylu) kostiumowym romansem, rozgrywanym przez obwieszone klejnotami postaci w pełnych przepychu wnętrzach. Mikołaj, choć bardzo chce wziąć ślub z kochanką, przygotowuje się jednocześnie do ślubu z Alicją, księżniczką heską, która jako caryca przybierze imię Aleksandry. Film dzieje się jeszcze przed ślubem i koronacją Mikołaja i przypomina przy okazji niezwykły pojedynek pomiędzy dwiema primabalerinami carskiego baletu – Matyldą Krzesińską i Pieriną Lignani na… piruety. Legnani, Włoszka, uważana za najwspanialszą primaballerinę wszechczasów, była pierwszą tancerką, której udało się wykonać tzw. fouetté en tournant z 32 obrotami. W filmie ambitna Polka próbuje dorównać rywalce, co jej się w końcu udaje. Krwawiące stopy Matyldy i pożar je pałacu na sztucznej wyspie stanowią niewątpliwie główną atrakcję tej filmowej opowieści bez happy endu.

W słowniku terminologi baletowej polskiej Wikipedii znajdujemy takie oto wyjaśnienie: Fouetté – termin oznaczający rząd tanecznych pas przypominających obracającego się bąka. F. na 45° to wirtuozerskie obroty na palcach, w czasie obrotu pracująca noga “zamachuje się” za łydkę nogi oporowej, zgina w kolanie, jej nosek z tyłu przenosi się do przodu, potem noga silnie wyprostowuje się z równoczesnym opuszczeniem nogi oporowej w demi-plié (pół ugięcie). (Nawiasem mówiąc, to wygląda mniej więcej tak, trzeba to tylko obejrzeć 32 razy).

Fouetté stanowi najczęściej kulminację w różnych formach tańca klasycznego, zwykle w pas de deux np. w Jeziorze łabędzim czy Don Kichocie. I tak to, jak zwykle w tych wędrówkach po kulturze, dokądbyśmy nie poszli i tak “wracamy do naszych baranów”.


Natalia Maria Wojciechowska, autorka portalu Baletowe ABC, pisze

HISTORIA I CIEKAWOSTKI
  • Już w 1614 roku w królewskim Luwrze tańczono balet dworski Don Quichotte. Później motywy z dzieła Cervantesa zadomowiły się w balecie na stałe, owocując przez 400 lat dziesiątkami nowych opracowań. Prawdziwą furorę zrobił jednak dopiero balet Mariusa Petipy z muzyką Ludwiga Minkusa (1869), bo trwa na scenach do dzisiaj, odświeżany i przetwarzany przez kolejne pokolenia choreografów.
  • W 1740 roku Franz Hilvedring jako pierwszy wystawił Don Kichota w wersji dwuaktowej,
  • W 1768 Jean George Noverre rozbudował wersję Hilvedringa i jak poprzednik wystawił swoją wersję w Wiedniu – do muzyki Josefa Starzera,
  • W 1808 roku Charled Didelot znany jako „ojciec rosyjskiego baletu” wystawił w Petersburgu dwuaktową wersję Don Kichota,
  • W 1839 roku Paul Taglioni (wujek Marii Taglioni) wystawił własną wersję tego baletu w Berlinie,
  • W 1843 roku wujek Paula Taglioniego – Salvatore Taglini – wystawił swoją produkcję Don Kichota w Turynie,
  • Odtwórczynią roli Kitri podczas światowej premiery w roku 1869 w Moskwie była Anna Sobeshchanskaya
  • W 1871 – 21 listopada w Teatrze Kamenny w Petersburgu została wystawiona rozszerzona przez Petipę i Minkusa wersja w 5 aktach i 11 obrazach,
  • W 1924 roku zespół Anny Pawłowej, co prawda w kawałkach, ale jako pierwszy wystawiał balet Don Kichot poza granicami Rosji,
  • W 1950 Ninette de Valois wystawiła swoją wersję Don Kichota, wykonaną przez zespół Royal Ballet,
  • W 1962 roku po raz pierwszy poza Rosją została wystawiona oryginalna rosyjska wersja Don Kichota zatańczona przez Ballet Rambert,
  • W 1965 roku George Balanchine stworzył współczesną wersję Don Kichota dla New York City Ballet,
  • W 1966 Rudolf Nureyev wystawił swoją wersję tego baletu, którą stworzył dla baletu wiedeńskiego (Vienna State Opera Ballet),
  • W 1973 roku wersja Rudolfa Nureyeva tańczona przez balet australijski została sfilmowana,
  • W 1980 roku Michaił Barysznikow stworzył własną wersję dla American Ballet Theater, którą tańczyło wiele zespołów na całym świecie,
  • W 1900 roku 6 grudnia Aleksander Górski wystawia w Petersburgu swoją wersję Don Kichota z nowymi tańcami, jak wariacja Królowej Driad do muzyki Antona Simona,
  • Kiedy Aleksander Górski ponownie w 1902 roku wystawiał Don Kichota kompozytor Riccardo Drigo nalegał na wstawienie dwóch wariacji skomponowanych przez niego dla Matyldy Krzesińskiej,
  • Wersja Górskiego nie została dobrze przyjęta przez zwolenników Petipy oraz baletomanów i była postrzegana przez długi czas jak okaleczenie pracy Petipy,
  • Wersja Górskiego stała się stałą pozycją Teatru Bolszoi oraz Kirov.

No dobrze, to wreszcie opowiedzmy sobie, o czym jest ów balet:

PROLOG
Don Kichot, naczytawszy się ksiąg o przygodach błędnych rycerzy, postanawia wyruszyć na poszukiwanie ideału piękna, jakim dla niego jest Dulcynea. Towarzyszy mu wierny sługa Sancho Pansa.

AKT I
Na placu miasteczka codzienny gwar i krzątanina. Kitri, córka właściciela gospody, Lorenza, tańczy z przyjaciółkami. Dziewczyna jest zakochana w Basiliu, ale jej ojciec nie zgadza się na małżeństwo z biednym cyrulikiem – swata jej na męża bogatego Gamacha.
Na rynek wkracza niecodzienna postać: Don Kichot. Jest oczarowany tańczącą Kitri, która jawi mu się jako uosobienie Dulcynei. Składa jej rycerski hołd uwielbienia, który zostaje przyjęty z humorem. Wkrótce zręcznym manewrem Kitri znika wraz z Basiliem, a Lorenzo, Gamache i Don Kichot z Sancho Pansą rzucają się za nimi w pogoń.
W tawernie zebrali się matadorzy i Espada, adorujący uliczną tancerkę. Zainteresowanie wszystkich szybko przenosi się na tańczącą Mercedes. Uliczna tancerka nie chce dać za wygraną. Nieporozumienie przerywa pojawienie się Kitri i Basilia oraz całego goniącego ich towarzystwa. Lorenzo próbuje zmusić córkę do małżeństwa z Gamachem, co widząc Basilio – pozoruje samobójstwo. Lorenzo zmuszony przez Don Kichota, udziela błogosławieństwa Kitri i „umierającemu” Basiliowi. Chłopak natychmiast ożywa i młodzi uciekają. Oszukany Lorenzo i Gamache gonią ich, za nimi zaś podąża błędny rycerz z wiernym sługą.
Don Kichot jest przekonany, że to miłość wskrzesiła Basilia.

AKT II
Noc, Cyganie przy ognisku. W sam środek zabawy wpadają goniący Basilia i Kitri. Don Kichot dostrzega stojący nieopodal wiatrak i bierze go za wcielenie złych mocy. Rzuca się do walki, a wszyscy przerażeni uciekają.

Sancho Pansa pielęgnuje potłuczonego pana. Don Kichot jest oszołomiony; wydaje mu się, że Amor prowadzi go do krainy Driad. Jedną z nich jest Kitri – Dulcynea. Sancho cuci Don Kichota. Oto pojawia się spacerująca po lesie para – księżna z orszakiem, która zaprasza błędnego rycerza na zamek.

AKT III
Na zamku pojawiają się wszystkie znane nam postaci. W honorowym pojedynku Don Kichot zmusza natrętnego Gamacha do rezygnacji z ręki Kitri. Młodzi są szczęśliwi.

Błędny rycerz w towarzystwie wiernego Sancho Pansy udają się w dalszą drogę na poszukiwanie ideału piękna.


Od lutego balet w nowej wersji przygotowanej przez Víctora Ullate można obejrzeć w Deutsche Oper (Operze Niemieckiej) w Berlinie; najbliższe terminy: 27 kwietnia, 4 maja, 2 czerwca, 17 czerwca i 2 lipca. Bilety w cenie od 29 do 95 euro.

Zauważyliście oczywiście, że wideo kończy się owym słynnym Fouetté, tańczonym ongiś przez piękną Matyldę.