Wracajcie, skąd przyszliście

Zakładam, że cała Polska widziała w ostatnią środę ten film. Film zaczął się w Berlinie
i my też tam byłyśmy – Dorota Kot i ja.
Marcin, którego widzimy już na starcie, śpiewał i grał na gitarze po naszej wspólnie przygotowanej afgańsko-polskiej kolacji. Był nawet element szczczeciński – Robert Poryzała wymyślił wegański paprykarz szczeciński.

Ludzie z Facebooka 2 Didi Stone Veron

Poznałam go wprawdzie na żywo na dworcu głównym w Berlinie kilka tygodni temu, w pewną jesienną niedzielę o poranku. Zwrócił moją uwagę, bo był super ubrany, podeszłam więc i zapytałam, czy mogę mu zrobić zdjęcie. W końcu okazało się, że zdjęcie zrobi nam wspólnie, jemu i mnie, jego kumpel. Zrobił ich chyba 40, wszystkie takie same i wszystkie nieostre. Wsiedliśmy razem do pociągu do Rathenow, oni wysiedli w trzy minuty później czyli na Spandau, my pojechałyśmy dalej. Teoretycznie na grzyby. Grzybów jednak nie było, za to spadł deszcz i w trzy dni później zaczął się wysyp.

Zamieniliśmy ze sobą co najwyżej pięć zdań, głównie się śmialiśmy. Była to ewidentnie tzw. znajomość nowojorska. Pamiętam, że gdzieś kiedyś taki termin przeczytałam u Vonneguta; jeśli zamieniłeś z kimś kilka słów i uścisnęliście sobie dłonie, to jesteście znajomymi nowojorskimi. I możecie się chwalić tą znajomością do końca życia.

No więc zostaliśmy znajomymi nowojorskimi, ale to dopiero twarzoksiążka mi uświadomiła, jaką niezwykłą osobę spotkałam i kto jest teraz moim “przyjacielem na Facebooku”.

Didi co weekend publikuje na FB różne komentarze na temat tego trzydniowego dnia, który jest w Berlinie dniem najlepszym pod słońcem, bo nie trzeba pracować i można się zajmować życiem (choć Bogiem a prawdą w Berlinie weekend jest przez cały tydzień). Teksty są bez znaczenia, chodzi raczej o podkreślenie radości:

All about the week End! Enjoy ur live And be in love with God. More blessings and happyness for all of US. Bonne fin de week End! Kaviar Diesel de Berlin

C moi veron kaviar Diesel de berlin! Bonne nuit à tous!

Juste une affaire à suivre.
Bon Week end à tous
Veron Diesel de berlin.

War sehr schön das Wochenende.
Ich wünsch euch allen einen guten rutsch ins neue.
Diesel de berlin!

Diesel – włoska firma designerska – ma w Berlinie 18 sklepów z modą. Didi przynosi zaszczyt wszystkim. Od czasu do czasu na FB pokazują się kolorowe jak rajskie ptaki zdjęcia mody dla mężczyzn, ale uważam, że Didi bije wszystkich…

Miłego adwentu, moi mili! Minęła Pierwsza Niedziela Adwentu nadchodzi Druga. Urządźcie przyjęcie, zaproście gości, otwórzcie kolejne drzwiczki w kalendarzu adwentowym, zapalcie pierwszą świeczkę, a potem drugą, a przy okazji pamiętajmy, że od 2 do 10 grudnia święcimy Hannukę. Albo jak to mówią Niemcy Weihnukka (Bożukka?) ugotujcie coś pysznego, ubierzcie się kolorowo, dajcie sobie jakiś drobiazg…

Mikołaj z pastorałem i Mikołaj w czerwonym płaszczu

Ewa Maria Slaska

… a może po prostu święty dzik (i święta locha)

Mimo iż studiowałam etnografię, właściwie nie pamiętam, żebyśmy na studiach kiedyś mówili o świętych dzikach, ale pojawiły się i zostały mi w pamięci dzięki dwóm książkom.

Marion Bradley, Mgły Avalonu

Morgiana, siostra króla Artura, została poślubiona staremu królowi Uriensowi, który przyjął chrzest i starał się być chrześcijaninem. Młodszy syn króla, Accolon, zakochuje się w macosze. Oboje są wrogami chrześcijaństwa. W dzień równonocy wiosennej Accolon i Morgiana, tak jak setki pokoleń kapłanek i kapłanów przed nimi, dokonują rytualnego aktu seksualnego na świeżo zaoranym polu, co wedle pogańskich wierzeń jest niezbędne dla zapewnienia trwałości istnienia. Starszy brat Accolona, Avalloch, podobnie jak ojciec, wyznawca chrześcijaństwa, grozi Morgianie wydaniem ojcu jej zdrady, jeśli mu nie ulegnie. Informuje ją też, że gdy po śmierci ojca on obejmie władze, ukróci pogańskie rytuały. Natarczywe groźby muszą zostać ukrócone. Avalloch musi zginąć.
Morgiana sprawia, że Avalloch ze świtą wyjeżdżają na łowy. Ona będzie tkała płaszcz Avallocha.

A kiedy skończę, pomyślała, czując, jak przez jej serce przebiega dreszcz, już nigdy nie będzie potrzebował żadnego płaszcza… (…)
Morgiana zaczęła powoli przeciągać czółno przez osnowę, uważając, by nie pomylić wzoru. Był to szachowy wzór z brązowych i zielonych kwadratów, niezbyt skomplikowany dla dobrej tkaczki; tak długo, jak automatycznie liczyła rzędy, nie musiała w ogóle o tym myśleć… (…) Czółna ślizgały się po osnowie: zielony, brązowy, zielony, brązowy, co kilka rządków ujmowała inne czółno, zmieniając kolor. Nauczyła synową, jak uzyskać przy farbowaniu tę zieloną barwę, tak jak sama nauczyła się tego w Avalonie… zielony kolor młodych wiosennych liści, brązowy kolor ziemi i zwiędłego listowia, w którym dzikie świnie grzebią w poszukiwaniu żołędzi… czółno ślizga się przez osnowę, grzebień dociska kolejne utkane rzędy nici, jej ręce poruszają się automatycznie, w prawo, w lewo, docisnąć rządek, chwycić drugie czółno… żeby tak koń Avallocha poślizgnął się i upadł, a on żeby skręcił kark i wybawił mnie od tego, co muszę czynić… było jej zimno, drżała, ale ignorowała to siłą woli, koncentrując się tylko na przeciąganiu czółna i liczeniu rzędów… w prawo i w lewo, niech obrazy swobodnie powstają w myślach… widzi Accolona w komnacie Uriensa, grającego z ojcem w kości… żeby tak dzik rzucił się na niego, a myśliwi Avallocha spóźnili się z pomocą…
Powiedziałam Ninianie, że nie zabiję. Nigdy nie nazywaj tej studni, z której nie będziesz pić… w myśli zobaczyła Świętą Studnię Avalonu, wodę tryskającą ze źródełka, spływającą ze zbocza góry. Czółno w tę i z powrotem, brązowy i zielony, brązowy i zielony, jak słoneczne promienie prześwitujące przez opadłe liście na brązową ziemię, w której wzbierają wiosenne fale i napełniają las życiem, soki płyną w brązowych pniach drzew… czółno miga szybciej i szybciej, świat zaczyna zamazywać się przed oczyma… Bogini! Tam, gdzie biegniesz w gęstwinie wraz z jeleniami… wszyscy ludzie i wszystkie zwierzęta są w twych rękach…
Wiele lat temu była Dziewicą Łowczynią, błogosławiła Rogatego Pana i wysyłała go, by biegł z jeleniami i zwyciężył lub poległ, tak jak nakaże Bogini. Powrócił do niej… Teraz nie jest już tą Dziewicą, która ma wielką moc Łowczyni. Jako Matka, z całą mocą swej płodności, utkała sieć (…), siedzi tu z czółnem w dłoni i tka śmierć, sama jak cień starej Śmierci Kostuchy. Wszyscy ludzie są w twoich rękach, na życie i na śmierć, Matko…
Czółno migoce, przesuwa się, ginie sprzed jej oczu, brązowy i zielony, zielony, jak liście i połączone korony drzew, tam gdzie żyją one, zwierzęta… locha węszy i chrząka, i ryje swymi długimi kłami, locha i małe prosiaczki podążające za nią w zagajniku… czółno śmiga w jej dłoniach, a ona nie widzi nic, tylko pochrząkującą i ryjącą lochę w głębi lasu.
Ceridwen, Bogini, Matko, Śmierci, Wielki Kruku… Pani życia i śmierci… Wielka Locho, pożeraczko swych młodych… Wołam cię, przyzywam cię… jeśli to jest zaprawdę to, czego żądasz, do ciebie należy wykonanie tego… wokół niej czas zatrzymał się i posunął, leży na łące, a słońce grzeje jej kark, gdy ona równocześnie biegnie przez las z Królem Bykiem, porusza się po lesie cicho, miękko… węsząc… poczuła życie, to myśliwi jadą i krzyczą. Matko! Wielka Locho…!
W odległym zakamarku swego umysłu Morgiana wiedziała, że jej ręce wciąż poruszają się równomiernie, zielony i brązowy, brązowy i zielony, lecz pod półprzymkniętymi powiekami nie widziała już komnaty i czółna, a tylko świeżą trawę wyrastającą pod drzewami, błoto i suche liście, zbrązowiałe po zimie, jakby na czterech nogach brodziła po pachnącym błocie… życie Matki jest tutaj, pod drzewami… za sobą słyszy ciche pochrząkiwania i popiskiwania swoich prosiątek, gdy jej kły ryją ziemię w poszukiwaniu korzeni i żołędzi, brązowy i zielony, zielony i brązowy…
Przez całe jej ciało przebiega prąd, budzi każdy nerw, gdy docierają do niej odległe kroki i krzyki w lesie… jej ciało siedzi nieruchomo przed krosnami, tka brązowe nici i zmienia je na zielone, czółno za czółnem, tylko jej palce żyją, lecz z nagłym dreszczem przerażenia i ślepą wściekłością naciera do przodu, pozwala, by płynęło teraz przez nią życie lochy…Bogini! Oby tylko nie ucierpieli niewinni… myśliwi nic tobie nie zawinili… Nie może uczynić nic, patrzy z przerażeniem, drży, zatacza się od zapachu krwi, krwi swojego samca… krew tryska z wielkiego dzika, to dla niej jednak nic nie znaczy, on musi zginąć tak jak Król Byk… skoro jego czas nadszedł, jego krew musi zostać przelana na ziemię… za sobą słyszy przerażone piski swoich prosiaków i nagle, jakby wypełniła ją Wielka Bogini, nie wie już, czy jest Morgianą czy Wielką Lochą, słyszy swój własny wściekły kwik i chrząkanie – i tak jak w Avalonie, gdy wznosiła ręce, by sprowadzić w dół mgły Bogini, tak teraz odrzuca głowę do tyłu, drżąc, charcząc, słysząc przerażone kwiczenie swych małych, które tupią nieprzytomne, biegają wkoło niej, trykają jej głowę… jest niemal oszalała od tych obcych zapachów, od krwi, żelaza, obcości, wróg na dwóch nogach zbliża się, żelazo i krew i śmierć, czuje, jak sama naciera, słyszy krzyki, czuje ukłucie metalu i czerwona mgła zalewa jej oczy i brąz i zieleń lasu, czuje, jak w tej samej chwili, gdy w przejmującym bólu uchodzi z niej życie, jej kły coś rozdzierają, czuje, jak tryska krew, i wie, że nie wie już nic więcej… a czółno pracuje dalej, ciężkie teraz jak z ołowiu, ponad rozdzierającym bólem w jej brzuchu i czerwoną mgłą przesłaniającą jej oczy, i jej łomoczącym sercem, w cichej sali, gdzie nie słychać nic, poza szelestem czółna i cichym terkotaniem kołowrotka, w jej uszach wciąż brzmią krzyki… zachwiała się w swoim transie, wycieńczona… przechyliła się, opadła na krosna i leżała tam bez ruchu. (…)
Czuła, jak kobiety pospiesznie rozcierają jej dłonie, wołają jej imię, usłyszała głos Accolona, czuła, jak ją bierze na ręce i podnosi. Nie mogła ani się poruszyć, ani przemówić. Pozwoliła się położyć na łożu, przynieśli jej wina, czuła, jak napój spływa w jej gardle, chciała powiedzieć, wszystko w porządku, zostawcie mnie, ale usłyszała tylko, jak wydaje ciche, przerażone chrząknięcia, i zamilkła, rozdzierał ją ból, ale wiedziała, że umierając, Wielka Locha uwolni ją, lecz najpierw ona też musi przejść agonię… i nawet kiedy tak leżała, oślepiona, zamroczona, umierająca, usłyszała odgłos myśliwskich rogów i wiedziała, że przywożą do zamku ciało Avallocha, zabitego przez lochę w kilka chwil po tym, jak on zabił dzika. Przed śmiercią Avalloch zdążył z kolei zabić lochę… śmierć i krew, i odrodzenie, i przepływ życia wewnątrz lasu, jak czółno śmigające po krosnach… w tę i z powrotem…

Terry Pratchett, Wiedźmikołaj (Papa świnia – Hogfather), przełożył Piotr Cholewa

Najpierw Mikołaj jeździ saniami zaprzężonymi w świnie. Jak na przykład tu:

W powietrzu obok rynny unosiły się sanie.
Postać w czerwonym kapturze właśnie do nich wsiadła i rozmawiała chyba z kimś niewidocznym zza stosu worków.
MÓWIĘ O SYTUACJI. WIĘKSZOŚĆ TYCH LISTÓW… ONE TAK NAPRAWDĘ NIE WIERZĄ. UDAJĄ, ŻE WIERZĄ. NA WSZELKI WYPADEK. OBAWIAM SIĘ, ŻE MOŻE JUŻ BYĆ ZA PÓŹNO. TO SIĘ SZYBKO ROZPRZESTRZENIA, W DODATKU TAKŻE WSTECZ W CZASIE.
(…) NO TO PORA RUSZAĆ. Postać chwyciła lejce. DALEJ, DŁUBACZ! JAZDA, GRZEBACZ! W GÓRĘ, KIEŁ! BIEGIEM, RYJ! JEDZIEMY!
Zaprzężone do sań cztery wielkie dzikie świnie nawet nie drgnęły.
DLACZEGO TO NIE SKUTKUJE? – zdziwił się osobnik w czerwieni.
Nie mam pojęcia, panie – odparły worki. Może spróbujesz, panie, z „dawaj”?
DAWAJ! Czekali. NIE, TEŻ DO NICH NIE DOCIERA.
Szeptali chwilę.
NAPRAWDĘ? SĄDZISZ, ŻE TO SKUTECZNE?
Na mnie na pewno by podziałało, panie. Gdybym był świnią.
NO DOBRZE…
Postać w czerwieni znowu potrząsnęła lejcami.
JABŁKO! SOS!
Świńskie nogi poruszyły się natychmiast. Srebrzysty blask zamigotał na saniach i nagle rozlał się na wszystkie strony. A potem sanie i świnie zmalały do czarnego punktu i zniknęły.

Rozwoziciel prezentów mówi dużymi literami i jest śmiercią. Musi się niewąsko napracować. W końcu ma na to tylko jedną noc, do każdego domu musi wejść przez komin, zostawić prezenty i zjeść ciastko, które zostawiły dla niego dzieci. Popija sherry. Zabiera też rzepy, którymi karmi zaprzężone do sań ogromne świnie. Bestie są wielkie, szare, porośnięte gęstą szczeciną, a nad każdą z nich wisi obłok gryzącej pary. Mają wielkie zakrzywione kły. I nie wyglądają słodko. Nie mają w sobie ani odrobiny czaru. Łypią małymi czerwonymi oczkami. Chrumkają grobowym głosem. Sikają.

Boże Narodzenie nie nazywa się zresztą Boże Narodzenie tylko Strzeżenie Wiedźm. Ale to jest Boże Narodzenie, nawet anglosaskie dekoracje są takie same: Pęki bluszczu i jemioły zwisają z półek. A na kolację o północy zostanie podany pieczony indyk.

Zakończenie książki to historia strasznego polowania na Świętego Dzika, który ginie, aby zamienić się w szamana z czasów starszej epoki kamiennej, potem jest plemiennym mędrcem z czasów neolitu, aż wreszcie staje się kapłanem. To już Hogfather, Papa Świnia, Wiedźmikołaj. Jest potężnym, ubranym w czerwień mężczyzną; lód krystalizuje się tu i tam na jego szatach. I tylko w rzadkich błyskach szronu pojawia się sugestia szczeciny czy kła. Teraz Śmierć już nie rozdaje prezentów, robi to za niego gruby, ubrany na czerwono facet, który kiedyś był dzikiem.

Słyszałam kiedyś – powiedziała w zadumie Susan – że idea czerwonego stroju Wiedźmikołaja powstała stosunkowo niedawno.
NIE, odpowiada Śmierć. PAMIĘTANO JĄ.



Jest jeszcze wyjaśnienie religijne:

Mikołaj z Miry, Święty Mikołaj (gr. Άγιος Νικόλαος, łac. Sanctus Nicolaus), znany również jako Mikołaj z Bari – święty katolicki i prawosławny, wspominany w świętych pismach od VI wieku. Według średniowiecznej hagiografii żył na przełomie III i IV wieku, był biskupem Miry (miasta w Licji), wsławił się cudami oraz pomocą biednym i potrzebującym, którym cichaczem podrzucał nocą złote monety. Był bowiem bogaty z domu, otrzymał wielki spadek, ale ponieważ żył ascetycznie, wcale ich nie potrzebował.
Przez wieki był jednym z najbardziej czczonych świętych na Zachodzie i Wschodzie. Największe jego sanktuarium znajduje się we włoskim Bari.
W ikonografii św. Mikołaj przedstawiany jest z brodą, w szatach biskupa, z mitrą i pastorałem. Najczęściej w jednej ręce trzyma księgę a drugą wykonuje gest błogosławieństwa. Wśród jego atrybutów występują rekwizyty z legend – między innymi trzy złote kule, trzy jabłka, trzy sakiewki, troje dzieci lub młodzieńców, kotwica czy okręt. Jest też często przedstawiany w towarzystwie innych świętych, zwłaszcza Marii z Dzieciątkiem lub Anny Samotrzeciej.

Święty Mikołaj – Fra Angelico, tempera na desce z XV wieku.

I wreszcie wyjaśnienie popkulturowe:

Postać świętego Mikołaja jest wykorzystywana w kulturze masowej przy okazji świąt Bożego Narodzenia. Mikołaj jest starszym mężczyzną z białą brodą, ubranym w czerwony strój, który wedle różnych legend i baśni w okresie świąt Bożego Narodzenia rozwozi dzieciom prezenty saniami ciągniętymi przez zaprzęg reniferów. Mieszka w Laponii, na biegunie północnym albo w  miejscowości Himmelpforte (Wrota Niebieskie) w Niemczech.

Dzięki sprawnej promocji praktycznie zastąpił on w powszechnej świadomości tradycyjny wizerunek świętego Mikołaja, biskupa Miry.

Większość z nas jest przekonana, że znany nam wizerunek Mikołaja stworzony został  w roku 1931 dla potrzeb kampanii reklamowej Coca-Coli. Ale nie jest to  prawda. Jeden z pierwszych wizerunków Św. Mikołaja w nowej popkulturowej wersji powstał w roku 1823. Poeta Clement Moore napisał wiersz A Visit from St. Nicholas (Wizyta Świętego Mikołaja) – Mikołaj jest elfem, przybywa w miniaturowych saniach, zaprzężonych w maleńkie renifery.

W tamtych czasach Święty Mikołaj mieszkał w jaskini  i nosił brązowe ubranie. Następne wyobrażenie Świętego Mikołaja pochodzi z 1863 roku. Wtedy to na zamówienie świątecznej edycji amerykańskiego tygodnika Harper’s Thomas Nast jako pierwszy narysował Świętego Mikołaja jako człowieka, a nie elfa. Mikołaj miał okrągłe policzki, nosił białe bokobrody i był wesołym starszym panem. Postać Świętego Mikołaja jako jowialnego staruszka z siwą brodą w czerwonym stroju, którą dzięki reklamom Coca-Coli zna obecnie prawie cały świat, stworzył dla koncernu amerykański ilustrator, Huddon Sundblom, w 1931 roku.

Modelem Sundbloma był jego przyjaciel i sąsiad, emerytowany sprzedawca, Lou Prentiss. Za inspirację posłużył mu także wyżej wspomniany wiersz Clementa Moura. Po śmierci Prentissa Sundblom wzorował nowe rysunki na sobie samym. Dorysowywał jednak swej postaci wielką siwą brodę, choć sam nigdy jej nie nosił.

Do 1964 roku Sundblom stworzył na potrzeby świątecznych kampanii reklamowych Coca-Coli ponad 40 wizerunków Świętego Mikołaja.


W większej części Europy, w tym w Polsce, mikołajki obchodzone są jednak tradycyjnie
6 grudnia jako wspomnienie świętego Mikołaja, biskupa Miry a nie jowialnego amerykańskiego staruszka. Rankiem tego dnia dzieci, które przez cały mijający rok były grzeczne, znajdują prezenty, ukryte pod poduszką, w buciku lub w innym specjalnie przygotowanym w tym celu miejscu (np. w skarpecie).

No już! Byliście grzeczni? To zajrzyjcie pod poduszkę, wyjrzyjcie za próg, sprawdźcie, co jest w bucie i skarpecie. Może przyjechał facet z reklamy Coca-Coli, ale może jednak dobry biskup z Miry dowiedział się, że potrzebujecie pilnie pieniędzy na coś pilnie potrzebnego
i przyniósł wam złote monety.

Chiny i wojna o hegemonię

Ewa Maria Slaska

Nihil novi, ale nic z tego nie wynika

Michał Talma-Sutt podrzucił mi taki oto tekst z Gazety wyborczej. Autor Grzegorz Sroczyński. Ogromny tytuł:

Światu zostało pięć lat do wojny? “Amerykanie nie oddadzą roli światowego lidera bez walki”

Chodzi o Chiny. Amerykanie nie oddadzą Chinom władzy nad światem. Czytam i myślę, ach no tak, sprawdziło się.

Bo oto, drodzy Państwo, napisałam o tym wszystkim równo 10 lat temu w blogu “Chińczycy”. To była moja pierwsza próba jako blogerki i administratorki. Blogu nikt nie czytał, albo ja nie umiałam odkryć metody, jak się sprawdza, ilu się ma czytelników i jak się zwiększa ich liczbę. Ale stworzyłam, napisałam lub zreblogowałam kilkadziesiąt wpisów i blog do dziś wisi w sieci. Proszę. TU. Udowadniając, że nie wystarczy wiedzieć, co będzie. Trzeba jeszcze umieć przekonać świat, że się wie, a ja nie umiałam.

Kółko się obróciło o 10 lat i wróciliśmy w miejsce, gdzie zaczyna nas martwić nadchodząca jednobiegunowa dominacja Chin. Autor artykułu w GW bez przerwy podkreśla, że przegapiliśmy, przespaliśmy, nie zauważyliśmy.

No proszę: A ja nie! Zresztą nie ja jedna, oczywiście. Jeden z wpisów na blogu “Chinesen” był zatytułowany “Solidarisch gegen die Chinesen” i pokazywał takie oto zdjęcie:

Sprawdzam swoją mądrość sprzed 10 lat i przyglądam się blogowi “Chinesen”. Pierwszy wpis, 20 czerwca 2008, głupi potwornie, ale oddaje cesarzowi co cesarskie (a Polakom co polskie). Tym niemniej już następne wpisy cechuje jasność widzenia tego, co nadejdzie, która nie potrzebuje żadnych wielkich instrumentów intelektualnych i opiera się na zasadzie – wystarczy czytać gazety. Czy dziś, po 10 latach, możemy powiedzieć, że wystarczy czytać Facebooka – nie wiem. Na razie, o dziwo, wolałabym się nie rozpraszać na tematy uboczne. Choć jeden może jednak muszę. Widziałam ostatnio Piękny umysł, film Rona Howarda o Johnie Nashu, genialnym matematyku i schizofreniku. Podczas napadów choroby John analizuje świat wg gazet.

Czerwiec 2008. Właśnie zwijamy się jak robaki pod butem kryzysu, który zapoczątkowała firma Lehman w USA. Moi przyjaciele przypominają mi film The Big Short Adama McKaya, w którym bezwzględny finansista pcha całą swoją firmę do kryzysu, a jest aż czterech ludzi, pracowników czy klientów firmy, młodych geniuszy, którzy już wiedzą, że to wszystko trzaśnie. Jeden się wycofuje, trzech podejmuje odpowiednie decyzje i wychodzą z kryzysu jako milionerzy. Cóż, trzeba umieć.

Kryzys nastąpił, rządy w Stanach i w Europie, zgrzytając zębami, bo sprzeniewierza się to świętym zasadom liberalizmu gospodarczego, dotacjami państwowymi uratowali upadający świat finansjery. Wiedząc przecież w głębi ducha, że zrobili to li tylko po to, by ratować swoje tyłki na tę, może jeszcze na następną kadencję, odsuwając moment, gdy to wszystko trzaśnie.

Ale jest oczywiste, że to wszystko kiedyś trzaśnie.

Jest oczywiście kilka scenariuszy tego, co się wtedy stanie. Jeden, rodem z filmów i literatury, wygląda mniej więcej tak: klimatyzowane pałace finansistów wyłaniają się jak wyspy na morzu, a wokół rozciągają się spalone ziemie, wojna, głód, zgliszcza i nie pochowane trupy. Jeśli jest jakaś nadzieja, to w oddali pojawi się zielona górska łąka, zaświeci słońce, zaśpiewa ptaszę, zakwitnie kwiecie. Będziemy przechadzać się w cieniu kwitnących wiśni i cieszyć się majem.

Chińczycy ujrzeli to całkiem inaczej.
Opowiadam na blogu małą historyjkę o jedwabnej chińskiej fladze.  Podsumowałam tę historyjkę następującym wnioskiem: “Jeśli opowiastka jest prawdziwa, oznacza, że Chińczycy się przygotowują. Jeśli jest zmyślona, to my się przygotowujemy.” No ale się nie przygotowaliśmy. Już następne trzy wpisy (czerwiec 2008 roku!) pokazują, że przygotowują się Chińczycy. Instytut Konfucjusza w Niemczech podczas inauguracji we Frankfurcie ogłasza, że zamierza nauczyć chińskiego 100 milionów ludzi.

To informacja z jesieni 2007 roku. I od tego czasu, ilu z nich się nauczyło? Ja znam jedną dziewczynę. Jeśli każdy z nas zna jedną…

Dodajmy, że Chiny dobrze płacą tym, którzy chcą się uczyć. Otrzymują stypendia, sponsorowane wyjazdy.
W internecie nie znajduję danych, czy Instytut Konfucjusza przez minione 10 lat osiągnął swój cel. Ilu ludzi poza Chinami mówi po chińsku? Ilu się właśnie nauczyło lub uczy? Telefon w Instytucie Konfucjusza w Berlinie nie odpowiada. Zresztą, co mieli by mi odpowiedzieć?

Pozostaje jeszcze pytanie – po co? W gazecie Die Zeit Alexander Schwabe rozmawia z panią Xu Lin, przewodniczącą Instytutu.
Xu Lin: Wysyłamy w świat naszych nauczycieli i wolontariuszy, aby doszło do możliwie wielu spotkań. Gdy ludzie lepiej poznają chińską kulturę i tradycję, będą mogli stworzyć sobie własny obraz tego, jakie są Chiny.

Cóż, urzędnicy nie umieją chyba inaczej, nauczono ich, jak używać banałów i jaką skuteczną są bronią. Zwolennicy spiskowej wizji świata widzą to jednak inaczej – gdy Chiny podbiją świat, będą potrzebowały w każdym kraju osób, które obejmą niższe stanowiska kierownicze i pomogą okupantowi zarządzać podbitym światem. Te 100 milionów ludzi to materiał na kolaborantów.

Jak to mawiała moja poznańska gospodyni, od której wynajmowałam studencką stancję: Kupujmy grzebień. Wszawe czasy idą.

 

Barbara z wieżą

Ewa Maria Slaska

O tym jak nic nie wiedząc i niczym się nie interesując można jednak być mądrą dziewczynką, i co z tego dalej wyniknęło…

Pamiętacie czasy, gdy jako dzieci chodziliście (chodziliśmy) do kościoła? Czy ktoś wam (nam) wtedy tłumaczył, co my w tym kościele naprawdę widzimy? A pamiętacie, co widzieliście (widzieliśmy)?
Pamiętacie święte obrazki, witraże, freski, zeszyt do religii?

Próbuję odtworzyć moją edukację religijną.
Niektórych rzeczy dość szybko się dowiedziałam. Była Matka Boska w niebieskim płaszczu i jej syn, starszy od niej facet, w płaszczu czerwonym. Oboje mieli na piersi promieniste serce, a nad głowami aureole. Czyli byli święci. Mama mi wytłumaczyła, że chłopców ubiera się na niebiesko, bo opiekuje się nimi Matka Boska, a dziewczynki na różowo (co jest łagodniejszą formą czerwieni), bo nimi opiekuje się Jezus. I że to właśnie tak jest, na przemian.

Czy się mylę, jak myślę, że było to jedyne wyjaśnienie religijne, jakie usłyszałam od Mamy? Jednak coś tam wiedziałam, ktoś więc musiał mi coś (o)powiedzieć. Babcia, cioteczna babka, kaszubskie dziewczyny, które się nami opiekowały, sąsiadki?

Chronologia życia i doświadczeń Rodziny Boskiej, tak jak ją dało się ogarnąć dziecięcym umysłem, była następująca (przepraszam osoby wierzące, teraz te sprawy traktuję ze znacznie większym szacunkiem, ale tak wyrastałam – jako niedouczona bezbożnica):

Matce Boskiej w maju budowało się kapliczki z kartonu i umajało je kwiatkami.
W czerwcu były znowu kwiaty, sypałyśmy je w procesji, która szła wtedy jeszcze ulicami, a mieszkańcy mogli umieszczać w oknach tzw. ołtarze, z których zwisały “perskie” dywany.
W kaplicy w Matemblewie Matka Boska była w ciąży.
Potem była zima, książki pod choinką i pocztówki z małym domkiem, a w nim pani, pan i dziecko na sianie (nie kojarzyłam jednak, że to z tej ciąży w Matemblewie to dziecko). Wół czyli krowa (której okropnie się bałam – gdy uciekałam przed krową, zwichnęłam sobie nogę w kostce) i osioł, który kojarzył mi się z jakimś koszmarnym filmem komunistycznym pt. Osiołek Magdany.
No, ale ogólnie było nieźle. Była choinka i pod nogami skrzypiał czysty biały śnieg. Leżałam na tapczanie i czytałam prezent gwiazdkowy: Centkiewiczowie, Kierunek Antarktyda. To datuje. Jest rok 1961. Mam 12 lat.
W niedzielę wielkanocną Jezus o 6 rano leżał w grobie, ale w kościele był taki tłum, że nic nie było widać. Poza tym wisiał na krzyżu, ale dopóki nie dorosłam, nie pojmowałam, że ten wizerunek mężczyzny w koronie cierniowej oznaczał niewyobrażalne wręcz cierpienie. Bóg taki był i nie było powodu, by się specjalnie zajmować jego wyglądem.

Jeśli chodzi o życie rodzinne tych ludzi – “to by było na tyle”.

Z kolei na religii byli raczej ci różni “starzy Żydzi” – jeden trzymał w garści dwie połączone ze sobą tablice (u góry były takie półkoliste jak okna późnogotyckie) z cyferkami od I do XII, jeden wypuszczał gołębia, jednego wrzucili do studni, ale wyszedł, jeden palił zboże i marchew na kamiennym postumencie, a dym giął się ku ziemi (bo Panbóg wolał mięso, co było nie do pojęcia, bo ja mięsa nie cierpiałam). Ach, jeszcze był jeden, który chciał zabić syna ostrym nożem, a w krzakach stał baranek. Baranów też się bałam, od czasu gdy wielki baran rozgonił na cztery wiatry drużynę dzielnych dziewczynek-zuchów (no bo jakie to jest słowo: zuchen? zuszen?), która właśnie składała przysięgę zuchową.

Były święte obrazki, ale z tych to już w ogóle nic nie wynikało, a poza tym były przedmiotem kolekcjonowania a nie oglądania ze zrozumieniem.

No i wreszcie podstawowy element edukacji – witraże w kościele Najświętszego Serca Jezusowego we Wrzeszczu (to ten grassowski kościół, gdzie Oskar Mazerath mości się na kolanach Matki Boskiej – zbudowano go w 1911 roku, a wiele lat określano familiarnym mianem kościoła “na Czarnej”), przedstawiające polskich świętych (ale tego oczywiście nie wiedziałam) – święta Jadwiga, święta Salomea, święta Kinga, Wincenty Kadłubek, biskup Stanisław i Stanisław Kostka.

1437 Święta Barbara – rysunek Jana van Eycka

Kazania były nudne, cała msza była nudna, wstawać, klękać, siadać, śpiewać…
W międzyczasie można popatrzeć na witraże, freski i ołtarze, pełne jakichś świętych postaci. To było ciekawe, ci wszyscy dziwni ludzie.
Znałam ich już z książek Mamy o sztuce, które mogłam oglądać, jak byłam chora, a chora byłam właściwie bez przerwy. Jeleń z krzyżem na głowie, a na pierwszym tle plecy świętego Huberta, święty Sebastian pokłuty strzałami, święta Cecylia z własnymi piersiami na tacy, sto tysiący dziewic towarzyszących śwętej Urszuli, święta Katarzyna z kołem (skąd mogłam wiedzieć, co to znaczy, że ją na tym kole łamano), święty Michał zabijający smoka na obrazie Memmlinga, święta Barbara z graniastą wieżą…

Patrzę na to, co napisałam i sama sobie nie wierzę. Naprawdę byłam takim głupim tłumokiem, naprawdę aż tak nic mnie to nie interesowało? A jeśli tak, to kiedy to się zmieniło? Kiedy zrozumiałam ból i cierpienie przedstawione na tych obrazach? Kiedy odczułam je jako mój własny lęk, że to mnie ktoś będzie łamał kołem lub trzymał w ciemnicy? Kiedy uznałam, że chcę wiedzieć o tych ludziach wszystko, o tym skąd pióro, skąd koło i skąd wieża?

Więc dziś opowiem o Barbarze i wieży.

Barbara pochodziła z pogańskiej rodziny z Heliopolis. Była piękna, a jej ojciec Dioskuros był bogaty. Stać go było, żeby ją wysłać na naukę do Nikomedii. Była mądra i wykształcona.
Prowadziła korespondencję z wielkim filozofem i pisarzem Orygenesem z Aleksandrii. Pod jego wpływem przyjęła chrzest i złożyła ślub czystości. Ojciec dowiedziawszy się o tym, pragnąc wydać ją za mąż i złamać opór dziewczyny, uwięził ją w wieży, głodził ją i straszył,  po to, by wyrzekła się wiary. Dziewczyna była jednak niezłomna, ojciec zaprowadził ją więc do sędziego i oskarżył. Barbara została wychłostana, jednak w nocy odwiedził ją anioł, zaleczył jej rany i udzielił Komunii św. Z rozkazu sędziego została zbita maczugami i przypalona pochodniami, a wreszcie obcięto jej piersi. Wtedy znowu zjawił się anioł i okrył Barbarę białą szatą. I ojciec, i sędzia zrozumieli, że niczego nie osiągną. Zapadł wyrok, by ściąć dziewczynę mieczem, a wyrok wykonał ojciec Barbary. Legenda głosi, że zaledwie odłożył miecz, a zginął rażony piorunem.
Barbara poniosła męczeńską śmierć w Nikomedii (lub Heliopolis) ok. 305 roku, podczas krwawych prześladowań za panowania cesarza Maksymiana Galeriusza (305–311). Nie wiadomo, kiedy się urodziła, przypuszczam, że co najwyżej 15 lat wcześniej. Carmino Elia, reżyser filmu o świętej, który można obejrzeć na stronie internetowej telewizji Trwam (żeby nie było, że nie uprzedzałam!) jest zdania, że była jednak o kilka lat starsza.

Być może to nietypowa śmierć, zadana ręką własnego kochającego ponoć ojca, rozsławiła cześć św. Barbary na Wschodzie i na Zachodzie.

Jako patronkę dobrej śmierci czcili św. Barbarę przede wszystkim ci, którzy na śmierć nagłą i niespodziewaną są najbardziej narażeni: górnicy, hutnicy, marynarze, rybacy, żołnierze, kamieniarze, więźniowie itp. Polecali się jej wszyscy, którzy chcieli sobie uprosić u Pana Boga śmierć szczęśliwą. W Polsce istniało nawet bractwo św. Barbary, patronki dobrej śmierci. Należał do niego św. Stanisław Kostka. Barbara jest ponadto patronką archidiecezji katowickiej, AGH, Edessy, Kairu; architektów, cieśli, dzwonników, kowali, ludwisarzy, murarzy, szczotkarzy, tkaczy, wytwórców sztucznych ogni, żołnierzy (szczególnie artylerzystów i załóg twierdz). Jest jedną z Czternastu Świętych Wspomożycieli.

W ikonografii św. Barbara przedstawiana jest w długiej tunice i w płaszczu, z koroną na głowie, niekiedy w czepku. W ręku trzyma kielich i hostię. Według legendy tuż przed śmiercią anioł przyniósł jej Komunię św. Czasami ukazywana jest z wieżą, w której była więziona (wieża ma zwykle trzy okienka, które miały przypominać Barbarze prawdę o Trójcy Świętej), oraz z mieczem, od którego zginęła.
Często przedstawia się ją w ołtarzach i na obrazach w towarzystwie dwóch innych dziewic męczenniczek – Katarzyny z Aleksandrii i Małgorzaty z Antiochii.

***
Uwaga! wg tradycji ludowej – jeśli wstawicie dziś do wody gałązki wiśni lub czereśni, to zakwitną w Boże Narodzenie.

Barataria 94 Różowe wyspy na niebieskim morzu

Ewa Maria Slaska

Surrounded Islands / Otoczone wyspy / Umgebene Inseln

Wykonali je w latach 1980-1983 Christo i Jeanne-Claude. Ich projekt artystyczny obejmował usypanie w zatoce Biskańskiej, w okolicy najsłynniejszego miasta na Florydzie – Miami, 11 sztucznych wysp, które zostały otoczone matami uplecionymi z różowych sznurów polypropylenu.


Gdy Christo i Jeanne Claude budowali te swoje wyspy, mieszkałam jeszcze w Polsce, zajmowałam się wychowywaniem dziecka, staniem w kolejkach, zaprawianiem na zimę wszystkiego, co człowiekowi w ręce wpadło, i walczeniem o odzyskanie niepodległości i suwerenności państwa polskiego. Między rokiem 1980 a 1983 przeżyliśmy strajki sierpniowe, podpisanie porozumień pomiędzy strajkującymi i władzą, półtora roku Solidarności, wprowadzenie stanu wojennego i jego trwanie, które zaczęło się od grozy, a zakończyło potworną beznadzieją…

I w dobrych i w podłych czasach podtrzymywało nas jednak na duchu, że “świat o nas wie”, “pamięta” i “nie pozwoli”.

Dopiero po latach zorientowałam się, że nawet dla ludzi w Polsce te cztery tak dla mnie znaczące lata mogły mieć inną konotację. W roku 1980 rozpoczęła się kariera Kory i Maanam, w roku 1981 powstał Lombard, którego utwory w roku 1982 weszły na listę przebojów, a latem ukazały się na płycie Śmierć dyskotece!, która osiągnęła status złotej płyty. W Polsce lata 80. to boom muzyki rockowej, ale dociera też łagodne Italo Disco, które tak spodobało się Polakom, że już w następnej dekadzie na jego bazie wytworzyliśmy nasz rodzimy gatunek – Disco Polo. Grają Republika, Kryzys, Brygada Kryzys, ERSATZ, Aya RL, Tilt, Madame, Siekiera, 1984, Klaus Mitffoch, Lech Janerka, Variété, Kult, Maanam, Rezerwat, Bikini, Made in Poland, Obywatel G.C., Novelty Poland, Brak, Kontrola W., wczesny Lady Pank. Rok 1983 i płyta Kryzysowa narzeczona to szczyt ich popularności. Mniej niż zero – polityczna piosenka Lady Pank z roku 1983 znajduje się na liście 100 przebojów PRL. Oczywiście jakiś znaleziony przeze mnie w sieci znawca muzyki z tamtych czasów nie wymienia Kaczmarskiego, Kelusa ani Grechuty, czyli tej muzyki z lat 80., której my wciąż jeszcze słuchamy.

Moja niewiedza na temat tego, co się w latach 80 działo w Polsce poza sferą polityczną sięgnęła szczytu podczas jakiejś dyskusji już w Berlinie w latach zerowych. Pewien młodszy ode mnie o pokolenie pan kłócił się ze mną o słowo alternatywa. On myślał o polskiej muzyce lat 80, która się potem, jeśli dobrze pamiętam tamtą dyskusję, skomercjalizowała i podupadła, ja myślałam o subkulturze alternatywnej na Kreuzbergu w latach 80.

Mało się nie zabiliśmy.

A więc tak, my nic nie wiemy o nich, oni nic nie wiedzą o nas, a “świat” się nami tak czy owak nie interesuje. Jest rok 1980 – Christo i Jeanne Claude prezentują władzom Miami pierwszą wersję projektu różowych wysp. Od roku 1981 prawnicy i fachowcy zabiegają w imieniu artystów o uzyskanie pozwoleń na realizację projektu. Muszą uzyskać zgodę 11 ważnych instytucji, w tym Armii USA. Jak zawsze, artyści pracują za darmo, nie przyjmują dotacji ani grantów, korzystają z pomocy wolontariuszy, a niezbędne pieniądze uzyskują ze sprzedaży rysunków i fragmentów różowej folii.

7 maja 1983 roku instalacja jest gotowa. 11 sztucznych wysp zostaje ujętych w różowe kołnierze o szerokości 61 metrów – do ich realizacji zużyto 604 metry sześcienne folii. Instalacja zajmuje powierzchnię 11 kilometrów kwadratowych. Przez najbliższe dwa tygodnie można ją oglądać z samolotów, ulic nadbrzeżnych, łodzi i mostów pontonowych.
I jest to ogromny sukces!
Sukces artystyczny, ale przede wszystkim społeczny. Ludzie są razem, spotkali się bez żadnego innego celu, tylko chcą obejrzeć dzieło szalonych artystów. Nie ma kawiarni ani restauracji, jest tylko sztuka i oni. W mieście, które borykało się z ciężkimi niepokojami społecznymi na tle majątkowym i rasowym, nagle można było być razem. W ciszy i spokoju. Bez wrzasku, bójek i transparentów. Otoczone folią wyspy pomogły mieszkańcom Miami znaleźć jakiś modus wspólnego życia.

Nie wiedziałabym, o czym do dziś z nostalgią piszą dziennikarze, gdyby nie fakt, że przeżyliśmy to samo w Berlinie. Jeanne Claude i Christo po raz pierwszy postanowili zapakować Reichstag w roku 1972, ale projekt udało się zrealizować dopiero w czerwcu 1995 roku. Berlin się zjednoczył, bo – oczywiście – Niemcy się zjednoczyły. Zapadła decyzja, przeniesienia stolicy i siedziby rządu z przytulnego Bonn do tego okropnego, zimnego i ponurego Berlina. Nikt tego tak naprawdę nie chce, ale racja stanu wymaga podjęcia niesympatycznej decyzji. Reichstag, dawna siedziba władzy niemieckiej, ogromny budynek (wzniesiony na miejscu, gdzie przedtem stał pałac hr. Atanazego Raczyńskiego), stoi od roku 1933 nie używany. Hitlerowska prowokacja, jaką było podpalenie Reichstagu, wyłączyła budynek z użytku. Okres władzy Hitlera, wojna, czas powojenny, budowa Muru Berlińskiego – żadne z tych zdarzeń nie odcisnęło piętna na wielkiej budowli. Reichstag nie jest ruiną, ale świeci pustkami. Jeśli nowy rząd zjednoczonych Niemiec ma tu zacząć pracę, gmach musi zostać odbudowany. Zanim to jednak nastąpi, Jeanne Claude i Christo opakują Reichstag.

Berlińczycy, którym z reguły nic się nie podoba, są niezadowoleni z projektu, ale artyści w towarzystwie wolontariuszy zabierają się do pracy. I potem, nagle, z dnia na dzień – wszystko się zmienia. Nagle cały Berlin jest zachwycony. Pojawiają się głosy, że dobrze by było zostawić na zawsze tę wspaniałą instalację, bo to jedyny sposób, by nie musieć oglądać tego paskudnego budynku. Jest lato, jest ciepło, kwitną lipy, wszyscy idą pospacerować wokół opakowanego Reichstagu. Jeśli byliśmy wczoraj, nie szkodzi, dziś też pójdziemy. Wszyscy są mili, wszyscy się lubią, nikt nie wrzeszczy, nie ma żadnych haseł, ani za, ani przeciw… Opakowany Reichstag sprawił, że pogodziliśmy się ze sobą, z historią, teraźniejszością i przyszłością.

Można było zacząć żyć w nowym świecie. I wcale nie było to (i nie jest) złe życie.

Napisałam ten tekst przed kilkoma tygodniami, 12 listopada, po tej strasznej demonstracji neonazistów w Warszawie, na której czele szli panowie P – premier i prezydent, a za nimi ćwierć miliona ludzi. Część z nich wrzeszczała, że Polska dla Polaków i Europa dla Europejczyków.

Zastanawiam się, czy Christo mógłby opakować Pałac Kultury? Albo stadion? Nie, chyba jednak Pałac Kultury. Christo jest już starszym panem, ma 83 lata, ale może mógłby się jeszcze raz podjąć wielkiego dzieła? W tym roku zorganizował projekt Mastaby w Londynie, może mógłby przenieść się na chwilę do Warszawy.

Adwent

Ewa Maria Slaska

Tyle razy pisałam już o adwencie, że postanowiłam nie powtarzać sama siebie, tylko sama siebie zacytować, przypominając niektóre z opowieści i przepisów.

W Niemczech wszyscy wszystkim składają dziś życzenia, które brzmią ni mniej ni więcej (to jednak dokładny naród) – miłego pierwszego Adwentu! Też Wam życzę.

Opowieść o pomarańczach

Adwent to czekanie. Byliśmy mieszkańcami świata zwanego Komuną, wiedzieliśmy znakomicie, że na wszystko trzeba czekać, często bez obietnicy, że się doczekamy. Nauczyliśmy się stanowczego stania w kolejkach, wytrwałego trwania przed sklepami, zapobiegliwego zapisywania się na listy… I gdy na Zachodzie kolorowy świat z filmów kupując smakołyki i prezenty czekał na przyjście Pana, tak my czekaliśmy na mięso, cukier, masło, mieszkanie, a przed świętami jeszcze na statki z pomarańczami. Statek z pomarańczami wypłynął wczoraj z Kuby… Statek z pomarańczami wpłynie najprawdopodobniej za trzy dni… Statek z pomarańczami stoi na redzie. Takie komunikaty otrzymywaliśmy w gazetach i w radio, a może nawet, przyznaję, że nie pamiętam, w wiadomościach telewizyjnych.
Bywały i inne statki, przywoziły rodzynki, grapefruity, traktory lub paszę dla świń. Ale żadne z nich nie budziły takich emocji jak owe statki z pomarańczami. Nigdy się wtedy nie zastanawiałam nad tym, czy te pomarańcze miały być tylko dla nas, mieszkańców Trójmiasta, czy też dzieliliśmy się dostawą z resztą Polski. Ile w ogóle było tych pomarańczy? Współczesny statek kontenerowy ma ogromną ładowność, przekraczającą nawet 500 tysięcy ton. Największe statki zbudowane dotąd w Polsce to seria masowców o nośności ok. 150 000 ton. No ale to na pewno nie takie kolosy płynęły 40 czy 50 lat temu na Kubę, żeby przywieźć do Gdańska twarde pomarańcze o plamiastej zielono-pomarańczowej skórce. Załóżmy dla prostego rachunku, że przywieziono 20 tysięcy ton tego wspaniałego owocu (który nota bene w kubańskim wydaniu wcale nie był wspaniały). W kilogramie mieściło się pewnie 5 sztuk, co daje łącznie 100 000 000 pomarańczy. Sto milionów? Naprawdę? Po 2,5 sztuki na głowę mieszkańca? Jeden statek zaspokajał adwentowe potrzeby całego kraju??? Nie wiem, w głowie mieszkańca mi się nie mieści. Zawsze się to nam wydawało okropnie mało, taki jeden statek, dlatego chyba nie pyskowaliśmy, że można było kupić tylko po kilogramie, a może nawet po prostu po sztuce na głowę… A przecież jeżeli umiem liczyć, to mogliśmy dostać nawet po dwie pomarańcze na głowę!

Dobrze pamiętam natomiast, co myśmy wtedy z tymi pomarańczami robili – kroiliśmy je w poprzeczne plastry i wkładaliśmy do wigilijnego kompotu z suszonych owoców. I stale ktoś z nas podchodził do dzbanka i wtykał nos pod przykrywającą go ściereczkę. Te pomarańcze w ogóle nie miały smaku, ale pachniały i to już tworzyło nastrój prawdziwych świąt.

Opowieść o 11 listopada

Adwent to cztery ostatnie niedziele przed świętami Bożego Narodzenia. To wie w Polsce każdy katolik, bo pierwsza niedziela adwentu to jednocześnie początek roku liturgicznego. Nie jest to święto ruchome, w takim sensie jak Wielkanoc i inne święta zależne od niej kalendarzowo, ale jednak data jego co roku się zmienia. W tym roku pierwszym dniem adwentu jest dzisiejsza niedziela czyli 2 grudnia. Z lekcji religii każdy z nas na pewno pamięta, że w adwencie “zabaw hucznych nie urządza się”. Dlatego starano się nie brać ślubów w adwencie. Myślałby kto, że jest to zasada obowiązująca w całym świecie katolickim. A bogdaj to…

W Niemczech, i tych katolickich, i tych prostestanckich, i tych ateistycznych, a też i innowiernych, okres adwentu to okres zabawy jak najbardziej hucznej, bo niemiecki karnawał zaczyna się 11 listopada o godzinie 11:11. Co jednemu święto Wyzwolenia a innemu Zakończenia I Wojny Światowej czy wręcz Kapitulacji, to Niemcowi moment wyciągnięcia z szuflady czerwonego nosa na gumce albo srebrnej sukni wieczorowej w złote płomienie jaką miała niedawno na sobie Renée Zellweger (ach!)

Adwent to w krajach protestanckich wieniec adwentowy z czterema świeczkami, domki z piernika, kalendarze adwentowe i ich lokalne odmiany, np. wizyty krasnoludków, ciasteczka adwentowe, dekoracje adwentowe, przygotowania do Bożego Narodzenia (pierniki, figurki do szopki, ozdoby choinkowe, pocztówki świąteczne, prezenty…), w Polsce jeszcze Andrzejki i Barbara, wszędzie Mikołaj, wszędzie tam, gdzie są Żydzi – Chanuka (też się dziś zaczyna!!!), w Skandynawii jeszcze ekstra – Santa Lucia i Julklap…

W każdym razie zaczął się adwent i trzeba upiec ciasteczka. Co najmniej kilka rodzajów. I powinny doczekać przyjścia Pana, ale niektóre ciasteczka kończą się zanim nawet adwent się zacznie. Tak bywa. Albo powiem więcj, tak właśnie jest. A jeśli jest inaczej i raz upieczone ciasteczka starczają bez dalszych wypieków aż do Nowego Roku, to tylko dlatego że (widziałam na własne oczy!) puszcza się w obieg zamkniętą puszką z ciasteczkami, każdy, gość i domownik, otwiera puszkę, wyjmuje ciasteczko, zamyka puszkę i podaje ją dalej. Raz w ciągu wizyty! No ale tego wszak nie będziemy polecać…

Ciasteczka dla Elizy

przepis na niemieckie pierniki “Elisenlebkuchen” z Norymbergi, nazwane tak w XIX wieku ku czci córeczki jednego z piernikarzy. Sam przepis pochodzi z XVI wieku.

elisenlebkuchen

70 g masła
170 g cukru
jajka
200 g mielonych orzechów
łyżka kakao
łyżeczka cynamonu
szczypta mielonych goździków
100 g rodzynek
125 ml mleka
250 g mąki
pół torebki proszku do pieczenia
100 g skórki pomarańczowej usmażonej w cukrze
paczka polewy czekoladowej
posiekane pistacje lub migdały

Tak! To pierniki bez miodu!

Masło, cukier i jajka ukręcić mikserem na masę o konsystencji kremu. Mikser odłożyć. Już go nie będziemy tu potrzebować. Dodać orzechy, skórkę pomarańczową, mleko i przyprawy. Dodać mąkę i proszek do pieczenia. Wymieszać ręcznie.

Posmarować blachę tłuszczem. Wykładać ciasto na blachę – 1 piernik to 1 łyżka stołowa ciasta. Podana porcja ciasta starczy na dwie blachy. Piec 20 minut w temperaturze 220°C.

Ostudzić. Pokryć glazurą, posypać posiekanymi pistacjami lub migdałami.

Te pierniki są nadzwyczaj wręcz pyszne!

Światła w noc

Adwent to najczarniejsza część roku. Tak czarna, że chwała niech będzie protestantom, iż wymyślili, że trzeba ją rozweselić światłami. Oczywiście, chodzi przede wszystkim o światło symboliczne, o to, że przypominamy sobie narodziny Jezusa, ale też oczekujemy jego ponownego przyjścia w chwale. Ale jednak symboliczne światło świeci również jak najbardziej realnie. Jest czarno, zimno i ponuro, a my wracamy do domu i zapalamy światła w noc. Katolicki adwent był czarny, wstawało się rano i szło się czarnymi ulicami do ciemnego kościoła na roraty. Jak jest teraz, oczywiście nie wiem. Niemiecki adwent po prostu tonie w światłach, a od wielu lat świetlne pomysły przekroczyły już granicę i w Polsce też już wszędzie świecą się okna, balkony, ogrody, dachy… Bardzo to lubię. Łańcuchy świateł wokół okien, świeczki pod herbatą, świeczka przy komputerze, grube świece w adwentowym wianku, no i wreszcie ukoronowanie tej świetlnej orgii czyli choinka.
Kicz? No tak, jasne, kicz…

Peru 9

Joanna Trümner

Dżungla i Lima

Następnego dnia wstajemy o świcie. Ronaldo czeka na nas przed bungalowem. W świetle latarki wspólnie pokonujemy drogę do miejsca postoju naszej łodzi. W ciemnościach odpływamy od brzegu, przez godzinę płyniemy przez pola mgły przy akompaniamencie odgłosów dżungli. Kiedy docieramy na miejsce, Ronaldo opowiada nam, że niedaleko stąd widział przed rokiem „uncontacted person”, czyli indygennego Indianina, który nie miał do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją. „Co się w takim przypadku robi?”, pytam z ciekawością. „Nie wolno podejmować żadnych prób nawiązania kontaktu, Indianie mogą poczuć się zagrożeni i zareagować agresywnie.  Należy niezwłocznie poinformować dyrekcję parku”. Ronaldo dodaje, że naukowcy szacują, że na terenie parku Manu mieszka od tysiąca do trzech tysięcy Indian, którzy nie mieli do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją. Dlatego też duża część parku (ponad 80 %) to tzw. „zona restringida”, czyli strefa, do której turyści nie mają prawa wstępu. Indygenni mieszkańcy dżungli mieszkają w grupach, posługują się własnymi językami i mają swoje zwyczaje. Opowiadanie Ronalda, spacer w porannej mgle przez dżunglę i jej odgłosy, wszystko to   jest dla mnie tamtego ranka tak niesamowitę, że odczuwam ulgę na widok celu naszej wyprawy, punktu obserwacji ptaków. Moja ulga jest jeszcze większa, kiedy na służącej do oglądania ptaków platformie rozpoznaję Amerykanów, z którymi przegadaliśmy wczorajszy wieczór w lodge. Platforma, z której obserwujemy setki różnokolorowych papug, które wcześnie rano i późnym popołudniem zbierają się wokół tzw. „clay lick”,  czyli „lizawki” z gliny, jest luksusowa. Podzielona jest na dwie części z ośmioma stanowiskami obserwacyjnymi, ma dwie turystyczne toalety, stoliki i krzesła. Robimy pierwsze zdjęcia, a potem Ronaldo zaprasza nas na śniadanie.

Spędzamy kilka godzin na obserwowaniu papug, po powrocie do ośrodka jemy obiad, pakujemy rzeczy i wyruszamy w dalszą drogę po rzece. Po kilku godzinach w docieramy do Manu Learning Center, gdzie spędzimy noc. W ośrodku mieszkają wyłącznie młodzi ludzie. Patrząc na nich, odnoszę wrażenie, że jesteśmy tutaj jedynymi płacącymi gośćmi. Moje przypuszczenia niebawem się potwierdzają. Siadamy na ganku przed domkiem, gdy odwiedza nas Sharon, jedna z osób odpowiedzialnych za projekt fundacji „Crees” na terenie ośrodka. W ramach tego projektu młodzi ludzie z całego świata, głównie ochotnicy, prowadzą badania fauny i flory w tej części dżungli i informują miejscową ludność o tym, jak zachować dżunglę dla przyszłych pokoleń i wykorzystać jej zasoby, nie niszcząc natury. Dziewczyna zaprasza nas na krótką prezentację na temat projektu po kolacji i pokazuje drzewo, na którym odpoczywa leniwiec.

Wieczorem dowiadujemy się od niej, że w ośrodku mieszka około trzydziestu młodych ludzi (19-35 lat) z całego świata. Okres pobytu w dżungli trwa od dwóch tygodni do dwunastu miesięcy. Ochotnicy i naukowcy z różnych uczelni świata badają stopień odbudowania się fauny i flory na dużym terenie parku, który przed trzydziestoma laty został nielegalnie wykarczowany. Pomagają przyrodzie odrodzić się po kataklizmie, jaki przeszła z ręki człowieka. Sharon przyjechała z Vancouveru – po ukończeniu biologii szukała dla siebie wyzwania -i z koleżanką, przemiłą Holenderką (której iminia niestety zapomniałam), prowadzi ten ośrodek od dwóch lat. Oglądamy jeszcze krótki  filmik nagrany na terenie ośrodka – kamera na podczerwień nagrała wędrującą nocą  pumę.

Po chwili podchodzi Ben, który przed kilkoma dniami przyjechał z Perth. Robi mi się nieswojo, kiedy widzę, że po jego ramieniu spaceruje wielka tarantula. „Tylko idiota myśli, że w dżungli nie ma zwierząt”, próbuję opanować swój strach. Jestem pod wrażeniem młodych ludzi, którzy na długi czas pozbawiają się wszelkich wygód współczesnego świata i  płacą na dodatek niemałe pieniądze, by spędzić kilka miesięcy na kompletnym odludziu, po to by ratować przyrodę przed bezmyślnym zniszczeniem z ręki człowieka. Na pożegnanie sponsorujemy ośrodkowi pojemnik z przedziałkami, w którym wolontariusze zbierają owady na terenie parku. To nasza mini cegiełka do ratowania dżungli.

Następnego dnia zapuszczamy się łodzią jeszcze głębiej w dżunglę. Po wielu godzinach docieramy do kolejnej „lodge”. Po obiedzie i godzinnej przerwie Ronaldo zabiera nas na spacer. Opowiada o faunie i florze dżungli i o tym, że 10% występujących na terenie parku roślin to rośliny nieznane i niezbadane.  W godzinę później przeżywam wielki sukces, dostrzegam  gatunek małpy (jest ich łącznie 14), której Ronaldo nie zobaczył podczas dziesięciu lat swojej pracy jako przewodnik. Z wędrówki wracamy po zapadnięciu zmierzchu, drogę co chwila rozświetlają robaczki świętojańskie, które w tej szerokości geograficznej mają wielkość trzmieli. Dużo wysiłku kosztuje mnie opanowanie strachu, odgłosy dookoła nas są niesamowite, przpomina mi się obejrzany wczoraj film z pumą spacerującą po ośrodku. Cieszę się, kiedy po dwugodzinnej wędrówce rozpoznaję w świetle latarki domki naszej “lodge”.

Zasypiamy natychmiast, następnego dnia wstajemy przed świtem, bo czeka nas wyprawa łodzią po bocznej odnodze rzeki. Wyprawa na łodzi zajmuje pół godziny. „Opłacało się”, myślę, patrząc na unoszącą się nad jeziorem mgłę. Panuje absolutna cisza, przerywana jedynie odgłosami hoacynów, ptaków, które miejscowi nazywają „śmierdzącymi ptakami”. Hoacyny mają wyjątkowy w świecie ptaków układ trawienny, pokarm roślinny (jedzą wyłącznie liście) rozkłada się w wolu dzięki fermetacji bakteryjnej. Ten sposób trawienia powoduje, że ptaki obrzydliwie śmierdzą, co sprawia, że nie mają naturalnych wrogów. Nie mają też żadnych przyjaciół w świecie zwierząt. Nie dość tego, bo jeszcze są głośne i wydają z siebie obrzydliwy odgłos przypominający mi w tej scenerii filmy horroru.

Siedzimy na zbitej z desek platformie, którą transportują dwie łodzie i przyglądamy się budzącej się dżungli. Na brzegu widzimy stada małp buszujących po wierzchołkach drzew, oprócz hoacynów słyszymy i widzimy dziesiątki innych ptaków, pobyt nad laguną kończy krótkie spotkanie z kajmanem, wygrzewającym się na brzegu na słońcu. „Szkoda, że niedługo wracamy do cywilizacji”, myślę patrząc na ten raj.

Podczas obiadu spotykamy Anglika Gary’ego Prescota, obieżyświata, który od miesięcy podróżuje po Peru bez używania pojazdów napędzanych silnikiem. Pierwszy etap drogi przebył rowerem, który podarował później indiańskim dzieciakom, teraz spływa w dół rzeką na pontonie. Patrzę na jego suszący się na trawie ponton i nie chce mi się wierzyć, że udało mu się przepłynąć  dziką, nieokiełznaną rzekę tą zabawką dla dzieci. Podziwiam go za poczucie humoru, gdy opowiada o mijaniu pontonem uskoków i głazów na rzece. Gary próbuje pobić rekord Guinessa w ilości zobaczonych w ciągu trzech miesięcy w drodze ptaków. Od naszego pierwszego spotkania przy śniadaniu w jadalni “lodge” mam wrażenie, że znam go od lat. Opowiada nam o swej półrocznej podróży przez Polskę, Słowację i Czechy, wyprawie, której celem było również oglądanie ptaków. O „aresztowaniu” przez kontrolerów biletów w Warszawie, wspaniałej polskiej kuchni i gościnności ludzi.

W Peru Gary jest po raz drugi, młodzi przewodnicy, w tym nasz Ronaldo, znają go, widać, że cieszy się wśród nich dużym szacunkiem. Już od dzieciństwa był ornitologiem-hobbystą. Przez wiele lat pracował jako nauczyciel i organizował dla miejskich dzieci wyprawy za miasto w celu pokazania im przyrody. Od kilku lat nie pracuje, jeździ po świecie, ogląda zmiany w ekologii naszej planety i swoje ukochane ptaki, realizując równocześnie wiele projektów socjalnych. Biedny Gary jest potwornie pogryziony przez różne owady. Na widok jego nóg od razu darujemy mu nasze zapasy środków przeciwko moskitom i lekarstw łagodzących zakażenia. Niemieckie medykamenty działają tak dobrze, że następnego ranka przy śniadaniu Gary prosi nas o dokładną pisownię naszych imion, a  po kilku dniach wymieni nas na swym blogu (www.biknig birder) jako „uzdrowicieli z Berlina”.

Przy pożegnaniu życzę mu, żeby pobił ten swój rekord i zrealizował  w życiu jeszcze wiele projektów. Gary jest najlepszym dowodem na to, że świat pełen jest ciekawych, optymistycznych ludzi, którym los naszej Ziemi nie jest obojętny.

Nadszedł czas powrotu do cywilizacji. Podróż z dżungli do Puerto Maldonado, w której oprócz przewodników towarzyszą nam Myra i Helen, zajmuje siedem godzin. Na lotnisko docieramy głodni i zmęczeni, na szczęście przypomina nam się paczka z suchym prowiantem, którą rano wręczył nam Ronaldo. Przyznaję, że nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego samolot z lotniska w Puerto Maldonado, które obsługuje cztery loty dziennie, ma ponad godzinę spóźnienia. Na lotnisku w Limie żegnamy się z dziewczynami, które jeszcze tego samego dnia lecą do San Francisco.

Lima. Przed powrotem do Berlina spędzamy tutaj dwie noce. Pierwszego dnia z hotelu odbiera nas Percy (ten sam, z którym na początku podróży oglądaliśmy ruiny Pachacamac) i pokazuje nam starówkę stolicy, która od 1988 r zapisana jest na listę dziedzictwa UNESCO. Największe wrażenie robi na mnie katedra, w której leżą zwłoki znienawidzonego przez mieszkańców Peru Francisco Pizarro. Większość budynków starówki, podobnie jak katedra, zostało kilkakrotnie kompletnie zburzonych przez trzęsienia ziemi. Lima, ukochane miasto Pizarra, jego „oczko w głowie”, ma kilka pięknych zakątków, jak na przykład Pałac Prezydencki, Pałac Biskupów, plac wyzwoliciela Peru Jose de San Martin. Tu też założony został w 1551 r.  najstarszy uniwersytet na kontynencie – Uniwersytet San Marcos.

W dzień naszego powrotu do Europy miasto jest tak zapchane, że wbiegamy na lotnisko z obawą, że nie zdążymy na odprawę i samolot odleci bez nas. „Czas wracać do siebie”, myślę, czekając na odlot i obiecuję sobie, że spróbuję kiedyś wrócić do tego fascynującego kraju.

Koniec

Nowy kot, nowe wpisy o kotach

Ewa Maria Slaska

Rysia

Wierni czytelnicy tego bloga wiedzą, że bardzo lubię koty i że przez ponad 20 lat miałam piękną kocicę imieniem Schyzia (nomen był niestety omen) i że często pisałam o kotach – kotach w domu, kotach w mieście, kotach w sztuce. Moja siostra, moje przyjaciółki warszawskie, Maryna i Danusia, i berlińskie (a czasem i przyjaciele, ale rzadziej), znając moje upodobania, przysyłają mi różne dawne, albo przeciwnie – nowe i spod igły – kocie konterfekty. O tym, że koty są ważne, niech świadczy fakt, że na blogu nie ma odnośnika (tagu) “pies”, ale “kot” oczywiście jest – a ściślej rzecz biorąc: “koty”. Był czas, że tak często znaleźć tu można było wpisy o kotach, że jedna z odległych znajomych, zachęcana przez jedną z bliskich znajomych do czytania mojego bloga (bo ponoć ciekawy), miała odpowiedzieć, że nie ma ochoty, “bo ta Slaska to tylko o kotach pisze”…

Po czym, po 21 latach, Schyzia odeszła do krainy wiecznych kocich łowów, a ja przez długi czas nie pisałam o kotach (no, nie przesadzajmy – ale jednak pisałam rzadziej), bo bardzo mi było brak bliskiej kociej duszy w domu i nie chciałam “rozdrapywać ran”. Twierdziłam przy tym, że już nie chcę brać żadnego nowego kota, bo jeśli i ten miałby przeżyć dwie dekady, to może się zdarzyć, że mnie przeżyje, i co się wtedy z nim stanie. No ale kot przyszedł sam, a właściwie przyszła kotka – mój wnuk nadał jej świetne imię Rysia (choć kicia bardziej żbikowata jest niż rysiowata), no i tak to mogę spokojnie oddać się ulubionej rozrywce czyli pisaniu o kotach.

To Rysia sfotografowana przez moją synową, a to – banalnie – przeze mnie.

Ernę przysłał Tibor Jagielski, choć wcale nie wiem, czy on wie, że ja bardzo lubię koty. A może teraz już wie, ale nie wiem, czy wiedział, jak mi te swoje rysunki podsyłał.

Ten kocur (kocica) śpi w identycznej pozycji co Erna (i generuje ozon):


Takimi kotami powitał mnie pewnego dnia Mieczysław Węglewicz:

Ale przyznaję, że nie mam pojęcia, kto mi podrzucił dwa kolejne koty (autorką pierwszego jest na pewno Katharina Nenning):

Zaglądam dalej w zakamarki tego, co sobie ostatnio zapisałam. To znowu koty Miecia. Przyznajmy, że kot (jako taki) wie, co robi – na większości obrazków albo je albo śpi. Ouachhh… Kotom to dobrze. Tym dwóm jeszcze lepiej niż Rysi, bo Rysi zasadniczo nie wolno łazić po stole. A już spać na stole!

Kota na torebce miała pewna Arabka w autobusie. Musiała lubić koty, bo na opakowaniu komórki też miała kocie oczy i wąsiska, ale już nie chciałam przesadzać z nagabywaniem obcych ludzi o zgodę na fotografowanie.

A tu kubeczek sfotografowany podczas herbatki u mojego siostrzeńca (też autor).

No i okazuje się, że zwykłe koty zajęły tyle miejsca, że właściwie nie starczyło go na koty w dziełach sztuki. Dziś pokażę zatem tylko jeden obrazek z kotami, nadesłany przez moją warszawską przyjaciółkę Danusię. Ale nie martwcie się, na pewno za niedługo znowu napiszę o kotach, bo ja przecież zawsze “tylko o kotach”.


To koty z bestiariusza (Worksop Bestiary, England c. 1185 – NY, The Morgan Library & Museum, MS M.81, fol. 46v) i zaiste, ogromne wielokolorowe bestie, jeden z nich upolował szczura też jak bestia. W internecie ktoś sklasyfikował te koty: Irish Green Shorthair (now very rare), Pictish Woad Blue, and the Mercian Café au Lait Ragdoll.

Ulice Berlina. Moja ulica.

Ewa Maria Slaska

Kochani, dawno temu prosiłam, żebyście mi przysyłali wpisy o tym, co wiecie o swojej ulicy. Dziś przypominam tę prośbę i zaczynam od mojej własnej ulicy. Paradestrasse, ulica Parad. Bardzo śmieszna nazwa, gdy się popatrzy na tę niewielką, obsadzoną grubymi platanami ulicę, na której parady mogły by co najwyżej urządzać wiewiórki, lisy albo jeże. Bo choć ulica leży właściwie w samym centrum miasta, jest jednak częścią cichego, spokojnego osiedla domków jednorodzinnych, otoczonych murem niewysokich bloków mieszkalnych. Osiedle jest częścią Gärtenstadt, miasta ogrodu, zbudowanego w ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku. Zgodnie z nazwą osiedle jest pełne drzew i ogrodów, kwitną tu masy kwiatów, mieszkają różne zwierzęta, łącznie z szopami praczami. Od lat 30 XX wieku, czyli od czasów, gdy do władzy doszedł mały facet z wąsikiem, osiedle przemianowano na Fliegersiedlung – Osiedle Lotników, a ulice zmieniły nazwy – z geograficzno-historycznych na bojowe: nazwano je na cześć pilotów, zasłużonych podczas I wojny światowej. Osiedle miało (i nadal ma) piękne półkoliste ulice, przecina je linia zieleńców ze strumieniem i dwoma stawami, a w samym centrum posadzono piękny ogród różany. Od północy, południa i wschodu do osiedla przylegają piękne parki – Viktoria Park, Park Tempelhof i zamienione na chroniony prawem nieużytek dawne lotnisko Tempelhof*, oddzielone od nas wielką przelotową ulicą – Tempelhofer Damm**.

Na osiedlu nie ma kina, wielkich domów towarowych, właściwie nie ma kawiarni czy klubów, co nas chroni przed plagą Berlina – masami turystów, którzy ciągnąc za sobą walizki na kółkach, zalewają miasto w poszukiwaniu “nie tkniętych ludzką stopą” zakątków. Mamy za to dwa kościoły, kwadratowy katolicki i okrągły ewangelicki, oba modernistyczne, mamy piękny plac z modernistyczną fontanną bocianów, wielki dworzec kolejki i kolei, kilka szkół i przedszkoli oraz plac zabaw z samolotami. Projektant placu odwołał się do nazwy osiedla, nie zastanawiając się nad tym, że Boelcke czy Manfred von Richthoffen, patroni naszych ulic, w niczym nie przypominają uśmiechniętego lotnika z książeczek dla dzieci.

Ale nie myślę o tym, gdy patrzę z balkonu na ogrody pode mną, gdy wiosną piję kawę, podziwiając cudowną ogromną kwitnącą na różowo wiśnię, gdy już w lutym widzę pierwsze kwitnące kwiaty tegoroczne, a w styczniu widzę, że te grudniowe wciąż jeszcze kwitną, albo gdy nad balkonem rozpina się tęcza, myślę sobie, że mam ogromne szczęście, że mieszkam właśnie tu.

7:40 rano, 11 listopada 2018 roku – tak na mojej ulicy uczciliśmy koniec I wojny światowej


Rozpędziłam się w zachwytach. Tu więc trochę trzeźwych i prozaicznych informacji na temat mojej ulicy:

Wiadomości ogólne
Kod pocztowy 12101
Dzielnica miasta Tempelhof
Komunikacja Strefa A autobusy 104, 248 — metro (U‑Bahn) nr 6 stacja Paradestr
Przebieg ulicy od Tempelhofer Damm do Placu Adolfa Scheidta (Adolf-Scheidt-Platz)
Historia
Dzielnica historyczna Tempelhof
Nazwa ulicy od roku 1913

Nazwa związana z faktem, że ulicę wytyczono na terenie wojskowego placu ćwiczeń (poligonu). Wiosną 1722 roku król Fryderyk Wilhelm I przyjął w tym miejscu pierwszą paradę wojskową. Od roku 1905 stacjonował tu regiment wojsk kolejowych, a teren nadal był przeznaczony na apele, capstrzyki i parady. Rósł tu, na rogu dzisiejszej Paradestrasse i Tempelhofer Damm, jeden z licznych swego czasu tzw. dębów cesarskich (Kaiser-Eiche), pod którym stały trybuny dla cesarza odbbierającego paradę.

* To to lotnisko, na które przylatywały polskie samoloty.
** Trakt na Tempelhof czyli terenów w średniowieczu należących do zakonu Templariuszy, a od renesansu oddanych do użytku militarnego.