Boże Narodzenie na Björndal (przedruk)

Trygve Gullbranssen

A lasy wiecznie śpiewają

Jeśli nie pamiętacie: zamożny chłop norweski, Dag, poślubił bogatą dziedziczkę z miasta – Teresę. Nie był to wielki romans, ten zdarzy się dopiero w następnym pokoleniu, ale małżeństwo okazało się bardzo dobre. Teresa nie jest już młodziutką panną, ale po ślubie jest młodą mężatką, to jej pierwsza zima na Björndal. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Jest koniec XVIII wieku, Teresa jest nowoczesną kobietą, która znalazła się w zabitej deskami górskiej wsi, oddzielonej od świata ogromnymi lasami.

Z osiedla zaczęły przychodzić do dworu kobiety. Teresa dziwiła się, że gdy wchodziła do kuchni, kobiety podnosiły się nieśmiało i nisko się kłaniały. Skinęła im głową i zaraz pospieszyła do Daga.
— Przyszło tak dużo kobiet — powiedziała mu. — Czego one chcą?
— Zbliżają się święta — odpowiedział po prostu.
— Tak, ale po co ci obcy ludzie tutaj przyszli?
Dag zapomniał powiedzieć żonie wiele rzeczy. Odłożył pióro i podniósł się.
— To nie są obcy ludzie. Jest tu taki zwyczaj, że przychodzą, aby pomagać przy przygotowaniach świątecznych i przy innej w tym okresie pracy.
— Ależ to bardzo dużo rąk do pracy — zauważyła niepewnie.
— One przynależą tutaj — powiedział Dag.
— Ależ one mieszkają w osiedlu! — rzekła Teresa, nic nie rozumiejąc. — One chyba pochodzą z gospodarstw w dolinie.
— Tak — Dag patrzał poważnie przed siebie — ale widzisz, wszystkie te gospodarstwa
i grunty również przynależą tutaj.
— Przynależą! — Teresa zdziwiła się zaskoczona. — Czy chcesz przez to powiedzieć, że stanowią naszą własność?
— Od dawien dawna całe osiedle Björndal jest nasze.
Zatrwożyła się. Przywiozła z sobą wiele, bardzo wiele talarów, ale posiadać domy dla tylu ludzi było dla niej więcej niż bogactwem. Popatrzyła mocno na męża i odeszła, ale przy drzwiach zatrzymała się.
— Tak. Zbliża się Boże Narodzenie. W domu także urządzaliśmy uroczystość świąteczną, ale tutaj zapewne są inne zwyczaje?
— Tak, to możliwe. Czy Ane Hamarrbó już przyszła?
Teresa nie znała żadnej Ane Hamarrbó. Opuściła ją odwaga. Za dużo wszystkiego naraz.
— Poznasz Ane po jej wzroście. Jest wyższa od innych kobiet. Gdy przychodzi Ane, wtedy nadchodzą święta. Dopóki Ane nie przybędzie, nie wolno palcem ruszyć! O ile wszystko ma pójść dobrze — dodał z uśmiechem.
— Czy to niebezpieczna osoba?
— Nie… — odpowiedział z wahaniem. — Nie jest niebezpieczna, ale tutaj we dworze wszyscy jej słuchają. Jeszcze zanim ja się urodziłem, Ane kierowała przygotowaniami do świąt Bożego Narodzenia. Robi to zresztą już od osiemdziesięciu lat.
— Od osiemdziesięciu lat? — zawołała Teresa. — To ona ma chyba ze sto lat!
— Taka stara chyba nie jest, ale dziewięćdziesiąt na pewno przekroczyła i cieszy się doskonałym zdrowiem.
— I ona ma tutaj rządzić? — głos Teresy brzmiał ostro.
Dag popatrzył na nią.
— Uważają, że tak jest najlepiej.
— Dlaczego? — Teresa chciała wiedzieć. To wszystko wydawało jej się nader dziwne.
— Takie są stare obyczaje — wyjaśnił Dag z poważną miną. — Należy na tyle rzeczy uważać, trzeba wszystko zacząć właściwego dnia. Wszystko, co żyje na ziemi i pod ziemią, musi być właściwie traktowane. W okresie świąt Bożego Narodzenia działają różne złe siły.
— Ależ to są przesądy! — powiedziała przestraszona Teresa.
— Cóż my o tym wiemy? Pewnego razu, gdy Ane zachorowała i nie mogła przybyć, piwo przygotowane na święta skwaśniało. Świece nie chciały się palić, syczały i gasły. Działy się jeszcze inne rzeczy, których już nie pamiętam.
Teresa czuła się bezradna. Ale Dag tłumaczył jej, że znajdzie tutaj wiele rzeczy całkiem innych niż to, do czego była przyzwyczajona. Jeżeli pozwoli Ane w tym okresie zająć się wszystkimi sprawami gospodarstwa domowego, będzie mogła obserwować, a później
przejąć je sama, kiedy Ane już nie będzie na świecie.
Przyzwyczajonej do rozkazywania Teresie nie mogło się to podobać, ale musiała się przystosować. Wyszła z pokoju.
Przez chwilę Dag siedział zamyślony. Uśmiechnął się. Ostrzegł Teresę, żeby nie zadzierała z najniebezpieczniejszą osobą w osiedlu. Stare, dobre obyczaje nie zejdą wraz z Ane do grobu. Zna przecież swoją Teresę i wie, że weźmie sobie za punkt honoru postępować zawsze zgodnie ze starymi zwyczajami, dopilnuje też, aby wszystko odbywało się przynajmniej tak dobrze jak za życia Ane.
To samo myślała Teresa, kiedy wchodziła do sieni po drodze do kuchni. W tym momencie otworzyły się drzwi wejściowe i do środka, weszła stara kobieta. Postać wysoka i koścista. Ane Hamarrbó.
Teresa poznała ją natychmiast
Przez krótką, naprężoną chwilę mierzyły się wzrokiem: stara, która w życiu tylu ludzi stanowiła potęgę, respektowaną w całym osiedlu i znała każde urodzone w nim dziecko,
i która od czasu dłuższego, niż ktokolwiek mógłby pamiętać, organizowała wielkie uroczystości na Björndal — i nowa pani, która nie znała nikogo, ale która miała tutaj rządzić, być może, jeszcze wiele lat po śmierci Ane.
Ane stała w świetle kominka, tak że Teresa mogła widzieć wyraźnie część twarzy, nie zakrytej chustką. Twarz ta wyglądała jak zrobiona ze starej stwardniałej skóry. Była nieruchoma, tylko oczy świeciły niebiesko i przenikliwie w cieniu chustki. Teresa przyglądała się jej z ciekawością, lecz zaraz zauważyła, że sama też znajduje się pod
baczną obserwacją. Podeszła do Ane i podała jej rękę. Wyciągnęła się ku niej sucha, twarda i zimna od mroźnego powietrza dłoń.
— Nie wiem — odezwała się Teresa — czy jako nowo przybyła mogę powitać tu kogoś, kto od tak dawna mieszka w tym dworze.
Ane zdjęła chustkę z głowy i zaczęła ją powoli składać. Przez ten czas Teresa mogła się jej dobrze przyjrzeć — oglądała jej srebrne włosy jeszcze wciąż falujące, jej pokryte bruzdami czoło, długi, zakrzywiony nos, jej zasuszone usta bez warg i pomarszczone, jak gdyby pozszywane licznymi ściegami, stanowczy podbródek, wystający mocno do przodu. Twarzy, tchnącej taką powagą i takim spokojem, Teresa nie widziała jeszcze u żadnej kobiety. Ane wciąż milczała, i Teresa zaczęła już podejrzewać, że jest głucha i niema…
Tymczasem Ane złożyła nareszcie chustkę i znów podniosła wzrok na Teresę. Przemówiła. Nie była to odpowiedź na słowa Teresy, mówiła teraz to, co myślała.
— Widzę, że nie jesteś młodziutka.
Czegoś podobnego Teresa nigdy jeszcze nie słyszała. Nie wiedziała, czy się uśmiechnąć, czy też przyjąć te słowa z poważną miną.
Staruszka nie zważała na jej zakłopotanie i mówiła,
a raczej myślała głośno dalej. (…)
W jej twarzy było coś, co wzbudzało zaufanie, nie umiała jednak tego określić.
— Czy nie chciałabyś się posilić czymś gorącym po tak długiej
jeździe na mrozie? — zapytała Teresa, aby zmienić temat rozmowy.
— Zwykle częstują mnie zupą, ale ty tego nie mogłaś wiedzieć, więc też się nie odzywałam. Teresa czuła się zawstydzona, ale nie dała za wygraną.
— Nie. O tym nie wiedziałam. Ale może byś chciała skosztować czegoś, co obecnie piją ludzie w mieście? To się nazywa kawą i cudownie rozgrzewa w czasie mroźnej pogody.
— Słyszałam o tym — odparła Ane. — Podobno jest okropnie drogie.
— Tak, owszem… — Teresa przyznała. — Ale ja przywiozłam to ze sobą z domu.
— Tak, ludzie w mieście dogadzają sobie. Słyszałam o tym. Warto by chyba tego skosztować.
Teresa szła już do kuchni, ale naraz przypomniała sobie o wszystkich innych przybyłych kobietach. Zwróciła się więc do Ane z zapytaniem, co należało im podać.
— Wilki znajdują sobie żer — odparła. — Same dbają o siebie, kiedy przychodzą i kiedy odchodzą.
Teresa zrozumiała, że nie ma obowiązku wobec innych kobiet, i poszła zaparzyć kawę.
Gdy wróciła, Ane nie było. Teresa zajrzała do sąsiedniej izby. Siedziała tam wygodnie jak osoba od dawna zadomowiona. Teresa przyniosła ciastka i filiżanki. Ane śledziła bacznie każdy jej ruch.
— Widzę, że umiesz zabrać się do rzeczy. Upiekłaś także ciastka dla mnie.
Teresa pomyślała sobie, co by było, gdyby Ane wiedziała, że Dag i ona mają co niedziela kawę z ciastkami.
Oto nadeszła chwila, kiedy Ane po raz pierwszy w życiu piła kawę. Nie wiadomo, czy
z wrażenia, czy też dlatego, że miała już słabą, drżącą rękę — była to długa ceremonia.
Kosztowała i doszukiwała się smaku raz i znowu, bardzo powoli.
— Wcale niezła i dobrze rozgrzewa — powiedziała. Ane nie mogła siedzieć bez końca nad swoją kawą. Jednak kawa z ciastkami, jako coś dla niej nowego, mocno ją intrygowała. Chciała bowiem wiedzieć o kawie jak najwięcej, również
w jaki sposób się ją przyrządza. Po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat Ane Hamarrbó dowiedziała się o czymś nowym w sztuce kulinarnej, a pani na Björndal miała ją tego nauczyć. Ane otrzymała obietnicę, że dostanie trochę kawy do domu, aby syn jej, stary Orn mógł również pokosztować.
Dzięki temu Teresa zyskała sobie potężnego sprzymierzeńca i dziękowała Bogu całe życie za to, że nie okazała Ane żadnego niezadowolenia z powodu jej bezpośredniej, nie przebierającej w niczym mowy.

(…) Nadeszły święta. Rządziła Ane Hamarrbó. Od wczesnego ranka do ciemnej nocy ubijano zwierzynę i warzono, pieczono, szorowano i prano, jak gdyby nadchodził koniec świata. Święta obchodzono wówczas przez wiele, wiele dni i, o ile kobiety nie chciały sprowadzić na siebie nieszczęścia, nie wolno im było w tym czasie wykonywać prac, które mogły były wykonać zawczasu.

Kobiety z osiedla i dziewki folwarczne szły do pracy szeregami jak żołnierze. Parobcy zabijali niezbędne bydło i drób, przynosili wodę i drzewo, pomagali przy cięższych robotach. Nikt nie odważył się szemrać. Ane nie traciła słów na próżno. Oczy jej były wszędzie, palące i przenikliwe, jej kościste palce groziły. Więcej nie trzeba było. Miało się wrażenie, że koścista jej postać posiada jakąś magiczną władzę nad ludźmi. (…)
Teresa robiła to, co i wszyscy. Słuchała Ane i dziękowała Bogu za to, że postąpiła tak mądrze. Jakże by dała sobie radę z tym wszystkim bez Ane Hamarrbó? Stałaby się pośmiewiskiem dla całej okolicy, także dla Daga.
W swojej izbie sypialnej zapisywała dokładnie co do dnia i godziny wszystko, co się teraz działo. (…) Zdarzało się czasami, że nie zgadzała się z Ane. W niektórych rzeczach znała lepsze sposoby, ale milczała. To były słowa Ane: „Musi rządzić ten, kto jest do rządzenia powołany”.
W czasie wszystkich posiłków Ane zjawiała się w izbie i jadała razem z Dagiem, Teresą i jej siostrą Dorotą. Pewnego dnia powiedziała do Teresy:
— Palisz światło w swojej izbie aż do północy. Czy boisz się ciemności?
Teresa wiedziała, że niepotrzebne palenie świecy było wielkim grzechem. Wytłumaczyła, że zapisuje do książki wszystko, czego się teraz uczy w sprawie przygotowań świątecznych. Ane siedziała ze wzrokiem utkwionym przed siebie i długo nic nie mówiła. Teresę zdjął śmiertelny strach. Może jej się coś nie podobało?
Wreszcie Ane przemówiła:
— Umiesz więc również pisać?
— Tak.
— Ten musi zapisywać, kto ma złą pamięć.
Teresa pomyślała sobie, że raz przecież będzie mogła próbować zmienić sąd Ane. Dlatego wyjaśniła jej, że nie pisze wyłącznie dla siebie, bo nadejdzie dzień, kiedy nie stanie ani Ane, ani jej. Wtedy może przyjdzie nowa pani i będzie z chęcią czytała z notatek Teresy, jak to Ane Hamarrbó przygotowywała święta gwiazdkowe.
— Myśli twoje sięgają daleko — powiedziała stara.
Po chwili nadszedł Dag. Gdy zjedli, Ane podniosła się i powiedziała do niego:
— Masz więcej rozumu w kwestii małżeństwa niż wielu z twoich krewnych.
Daga zmieszało to trochę, ale zrozumiał i spojrzał ukradkiem na Teresę. Oczy ich spotkały się rozbawione.
Gdy święta Bożego Narodzenia nadeszły, praca dla kobiet z osiedla skończyła się. Wróciły do domu, niosąc ze sobą resztki mięsa pozostałego z uboju. Ostatnie dni pracowały już tylko te kobiety, które na stałe należały do dworu. Ane miała pozostać do ranka wigilijnego. Na Hamarrbó jest dosyć rąk do pracy — mówiła. Teresa nie wątpiła, że ręce te pracowały tak, jak je tego nauczyła Anne.

Tłumaczenie Henryk Goldman i Henryk Leśniewski


Autor żył na przełomie XIX i XX wieku (1894 – 1962).
Książkę (w norweskim wydaniu trzytomową) napisał w latach 1933-1935. Trylogia stała się światowym beststellerem i została przetłumaczona na 20 języków.
W roku 1959  powstał austriacki film wg pierwszego tomu trylogii (reżyseria Paul May), w 1960 – wg drugiego (reżyseria Gustav Ucicky).

Nie znalazłam w sieci filmu, ale znalazłam zwiastun. Nie wróży chyba nic dobrego:

Dziś o 18 – pełnia Księżyca

Beethoven Moonlight Sonata (Sonata al chiaro luna)



Teresa Rudolf

Pełnia księżyca na Cyprze, pamiętasz??

Księżyc czasem potrafi nagle rozświetlać kompletną ciemność jak najjaśniejsza lampa, taka okrągła i biała kula,  jak te, które bardzo lubię, gdy tak w rzędzie stoją na eleganckich, kawiarnianych ulicach i uliczkach różnych miast. Nadają im klimat tajemniczości, sekretów, romansów świeżych jak południowe owoce i też tych pikatnych, smakujących kiedyś słodko-kwaśno, jak chińskie dania.

A czasem wisi  ta kula na niebie i jest właśnie tą jedyną i niesamowitą lampą. Pamiętam, kiedyś byliśmy w zimie na Cyprze, mieszkaliśmy w pensjonacie, który był dość niedaleko od Famagusty.

Wieczór zaczynał się gwałtownie kompletną ciemnością, jakiej przedtem nigdy nie przeżyłam. Nie mogliśmy się więc poruszać nigdzie poza domem,  bo nie było widać, gdzie  się idzie i po czym!

Po dwóch dniach nagle rozświetliła niebo pełnia ksieżyca i zrobiło się przedziwnie jasno, jak w dzień i światło stało się jak neon fioletowe, i na przemian białe, jak te moje ukochane, lampy uliczne.

Przechodziliśmy pół nocy kąpiąc się w tym świetle, jak latem w jeziorze, ze wszystkimi dzwiękami natury, i również  tymi  z dalekiego miasta. Nie opuszczało nas uczucie, że poruszamy się jak dzikie zwierzęta, nastawione na ostrożność, na absolutny,wielowarstwowy odbiór dźwiąków, bedących jak muzyka na różnych płaszczyznach, wyznaczanych przez rozmaite, przedziwne instrumenty.

Muzyka życia, nocy, podróży, bycia w świecie, ale też i w domu.

W sobie i u siebie.

Wszystko bylo jednym….

No i jak ty jak wyglądasz?

Pani Ksieżycowa
ma już dość,
ciagłego latania
wokół księżyca,
pępka nieba w nocy.
Ileż musi się naszyć,
dla męża próżnego.

Na godzinę
òsmą wieczorem,
coś cieniutkiego,
a na dziesiątą kolor
srebrnostalowy
jest szalenie ważny,
dobrze zgrany
z ciemnym nieba granatem.

A nad ranem, to dobrze
coś troszkę złotego,
nienachalnie, bo przecież
ma się aż do nocy,
oddać słońcu niebo.

A pan Ksieżyc,
czekoladą się obżera,
i tyje, tyje, tyje, tyje,
co dla Księżycowej,
już tylko jest rozpaczą!!

Prosi go, błaga,
grozi, przestanę już
szyć, nie jedz tyle,
mówi, nie nadążam,
nie nadążam!

No i jak ty wyglądasz znów?…
Jak ten Księżyc w pełni!

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy i prozy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej wpisom i je uzupełniają.

Wpis 2195

Ewa Maria Slaska

Sześć lat, 2195 wpisów

co daje średnią 365,83 wpisów rocznie. Oczywiście należy pamiętać, że rok 2016 był rokiem przestępnym, ale matematyka jest wiedzą nader dziwną, bo 5 lat po 365 dni plus 366 dni to 2191, a jest tych wpisów jednak 2195. Cztery wpisy więcej, choć nie wiem, jakim cudem, skoro przez te sześć lat przygotowuję jeden wpis dziennie, a dwie osoby kazały mi usunąć swój wpis. Jeden usunęłam całkowicie, drugi pozostawiłam jako pusty. Czyli właściwie powinno być 2190 wpisów. Mniejsza o to, dziwne. Podoba mi się natomiast, iż – jeśli dobrze liczę – 17 stycznia opublikuję numer 2222. Czy ktoś z Autorów lub Czytelników miałby ochotę coś na ten dzień przygotować? Równie ciekawe jest, że 14 stycznia, poniedziałek, to setny wpis o Baratarii, czyli ten cykl też już ma swoją całkiem długą historię… Nikt poza mną nie  miał aż tak długiego oddechu. Najdłuższy cykl po Baratarii to Stuart Joanny Trümner, który “dotarł” do numeru 51.

W ciągu tych sześciu lat do bloga pisało 233 autorów, niektórzy długo – np. Tomasz Fetzki, Andrzej Rejman i Zbigniew Milewicz przygotowali po 86 wpisów, zaraz po nich plasuje się Lech Milewski (81). Joanna Trümner jest autorką 76 wpisów (w tym oczywiście 51 numerów Stuarta i 9 świetnych wpisów o podróży do Peru), Roman Brodowski – 72, Lidia Głuchowska i Monika Wrzosek-Müller przygotowały po 49 wpisów, a ja, no cóż, 577. Ale to poniekąd wina faktu, że jak nikt nic nie przyśle i nie zaproponuje, to niestety to ja wypełniam dziury. Odrębną dużą pozycję zajmują reblogi i przedruki – 317, niekiedy też traktowane jako uzupełnianie luk w uzębieniu.

Zaciekawiło mnie też, ilu autorów znałam przedtem, ilu namówiłam do współpracy, a ilu pojawiło się, bo trafiło na ten blog, ale obliczenie tego przekroczyło moje możliwości. Na pewno wciągnęłam jako autorów większość osób z rodziny lub też wykorzystałam ich opublikowane gdzie indziej teksty. Bo popatrzmy:

Mama i  Ojciec, Ciocia i Wujek – 4
Moja siostra i jej mąż, dwie kuzynki, kuzyn i jego żona – 6
Moja cioteczna babka, moja odległa ciotka i jej syn – mój kuzyn w piątym pokoleniu – 3
Moja prababcia – 1
Muj wujeczny Dziadek – 1
Mój syn, synowa, wnuk – 3
Moja teściowa – 1
Dwóch moich siostrzeńców, siostrzenica i dziewczyna siostrzeńca – 4
23 osoby

Co najmniej dziesięć osób dzięki mnie zaczęło pisać czyli debiutowały na “łamach” tego blogu. Niektóre pisały do szuflady, niektóre pisały kiedyś, a potem przestały, a ja im udowodniłam, że warto zacząć znowu. Z blogowych inicjatyw (tej i poprzednich) powstało kilka audycji telewizyjnych i radiowych, kilka książek, w tym kilka debiutów.

Co z tego wynika? No cóż – i ty zostaniesz Indianinem! Czytelnicy – do pióra alibo klawiatury! piszcie i przysyłajcie…

A na okrasę do tej suchej statystyki dodam tu mały wywód Marka Włodarczyka czyli człowieka, który na co dzień używa pseudonimu Tabor Regresywny (nie zacofany, lecz samo-się-redukujący):

K – utopia. Gdyby nie koszmarny sen Bóg rozmieściłby ludzi równomiernie po całym wszechświecie. Ale stało się. Przyśniła mu się Droga Mleczna z zalegającymi po jej bokach puszkami po piwie, plastikowymi butelkami i wszelkim śmieciem. Mgławica Andromedy z wirującymi woreczkami jednorazowego użytku i wieloletniego wirowania. Peryferie układu Słonecznego pełne zardzewiałych wraków stacji kosmicznych. Nie był pewien, czy to proroczy sen czy też coś stanęło mu na żołądku. Na wszelki wypadek zaraz po przebudzeniu wyszukał najpiękniejszą planetę, doskonale skomponowaną z tropików i czap lodowych na jej biegunach, pełną wszelkiej roślinności rodzącej owoce, zamieszkałą przez życzliwe zwierzęta. Na pokuszenie umieścił w jej wnętrzu nieprzebrane dobra, złoto, diamenty, węgiel, ropę naftową, i na tej planecie, na próbę, umieścił ludzi. Na konferencji prasowej oświadczył “ jeśli zrobią z tego gotujący się śmietnik to nieskończenie będę co najwyżej cierpliwy, ale okażę zero miłosierdzia. Może raz na zawsze oduczą się rozwiązywania problemów.” Myślę, że jest to maksymalna utopia. Cały wszechświat jest Arkadią, tylko Ziemia jest ośrodkiem wszelkich nieszczęść i miejscem, gdzie odbywamy kwarantannę w celu zapoznania się ze skutkami opacznego rozumienia słowa „kabasz” . Tę opaczność najlepiej oddaje Biblia Poznańska, wydana przez Księgarnię św. Wojciecha w 2000 roku i tłumaczy je jako „ujarzmianie , deptanie ziemi, tzn. podporządkowywanie jej człowiekowi” (str. 6) . Już lepiej wypada inne tłumaczenie: „czyńcie ziemię sobie poddaną”. Pytanie, jak czynić, by czynienie nie okazało się ujarzmianiem z wiadomymi skutkami? Przychodzi mi do głowy jedna myśl. Czynić nie czyniąc. Niech się sama poddaje.
Z świątecznymi życzeniami
Marek Włodarczyk


A ja, Adminka, dołączę tu regresywne z ducha zdjęcia obiektów filologicznych, znalezionych zimą 2018 na ulicy w Berlinie. Filologia polska.

Stół z powyłamywanymi nogami

Najlepsze życzenia z okazji Przesilenia Zimowego!

Aus einer Kiste… / ze skrzyni z papierami…

Tibor Jagielski

Ich habe in einer Kiste ein paar Skizzen zu den Projekten, die ich vor ca. 20 Jahren selbst realisiert oder an denen ich mitgearbeitet habe, ausgegraben. Ein Weihnachtsfeier war auch dabei…

Wygrzebałem z pudła ze starymi papierami szkice, jakie przed 20 laty wykonałem do kilku projektów, własnych lub tych, przy których współpracowałem. Było też pewne święto bożonarodzeniowe…

1. Projekt eines Plakats zum Theaterstück “Wilde Hunde”
Projekt plakatu sztuki teatralnej “Dzikie psy”, 1998, Berlin

2. Seelauf und Kanufahrt
Kajakiem i na piechotę, 1999, Brandenburgia

3. Skizze zum “Sommernachtstraum”
Szkic do “Snu nocy letniej”, 1996, Berlin

4. Der Ritter der Schwerte (Tarot)
Rycerz mieczy, projekt karty do gry w taroka (Koziorożec/ Wodnik), XII 1996, Vals

5. Einladung zum 25-jährigen Jubiläum des Klubs der alten Junggesellen in Stettin
Projekt zaproszenia na 25-lecie Klubu Starych Kawalerów, Szczecin, XII 2004

Diese Arschlöche Santa Kläuse greifen ein Weib an

Komentarz adminki: Jak szybko zmieniają się obyczaje (bo przecież nie natura ludzka). Obawiam się, że dzisiaj za taką ilustrację kobiety obdarłyby rysownika ze skóry.

6. Happy Hannuka,E-Postcard nach NY
Happy Hannuka, pocztówka elektroniczna do ny, 2004

Rabi's levitation or the pernicious effects of reading Kabbalah

7. Entwurf eines Logos auf dem Portal “XXX”
Projekt logo na portalu “XXX”, XII 2004

Reblog. Kapitalizm się chwieje

Kolejny tekst z cyklu Rozmowy Grzegorza Sroczyńskiego w Gazecie wyborczej podsunięty mi do czytania (i skomentowania) przez Michała Talmę-Sutta. Poprzednio Michał podrzucił mi artykuł o Chińczykach. Podobno z tego “podrzucania” wyniknie zaniedługo cykl rozmów naszych, Michała i moich, o współczesnej kondycji świata. Na razie jednak mamy salon tekstów odrzuconych, przerzuconych, zarzuconych
i podrzuconych…

Tekst opublikowany został TU.

“Kolejny kryzys może być tak głęboki, że zatopi wszystkie łodzie”

Zapowiedzią artykułu jest zdanie: Na świecie zyski rosną, pensje spadają. Dzisiejszy kapitalizm to maszynka, która produkuje kolejny wielki kryzys – z ekonomistką dr Hanną Szymborską rozmawia Grzegorz Sroczyński. Ciekawe tylko, że dostajemy ten tekst do czytania w jego pełnej kapitalistycznej krasie, w zalewie reklam i to takich, które provider wybrał specjalnie dla mnie, analizując moje kliknięcia, lajki i zakupy. (Zupełnie nieźle trafiony wybór sukienek i płaszczy. Chociaż tej kurtki z kapturem w życiu bym nie kupiła.)

Nie wiem, jakie są wnioski ekonomistki, bo wystarczy mi, że wiem, co ja sama o tym myślę. Wywołuję Michała Talmę-Sutta do tablicy i pytam, czy naprawdę trzeba nam sprzedawać jak objawienie coś, co każdy myślący człowiek i tak wie?

Nie patyczkując się zbytnio z tym, kto ułożył jaką teorię, wygłoszę tu kilka moich własnych uwag na temat demokracji, gospodarki, nauki o państwie i społeczeństwie.

Po pierwsze i najważniejsze! Państwo oddało się w ręce kapitału i dlatego było kilka lat temu możliwe, że jacyś trzej nieznani nam faceci z jakiejś nieznanej nam firmy ratingowej mogli ocenić, że Francja przestała być wypłacalna, a zatem skończyła się jako państwo. Moment, w którym to zostało ogłoszone i wszyscy to “łyknęli”, uważam osobiście za koniec demokracji takiej, jaką przez trzy ostatnie stulecia wypracowała Europa.

Umówiliśmy się po rewolucji francuskiej, że dobrowolnie staniemy się częścią państwa demokratycznego, ono zapewni nam nasze podstawowe potrzeby – praca, zarobki, zyski, wykształcenie, opieka zdrowotna, kultura, nauka – a raz na kilka lat normująca ręka demokracji w okresie wyborów umożliwi nam dokonanie w imieniu społeczeństwa korekt (na lepsze!) dotychczasowych zasad działania.

Uznaliśmy też, że najważniejszą grupą społeczną w państwie demokratycznym jest wykształcona klasa średnia, która zapewniała państwu spełnianie wszystkich jego zadań.

Państwo jednak przestało dbać o klasę średnią i oddało się w ręce koncernów. Te jednak nie były już zainteresowane ani produkcją, ani inwestycjami, bo produkcja daje zyski ryzykowne i odległe w czasie, inwestycja w produkcję zamraża gotówkę, podczas gdy inwestycja w grę finansową może przynieść zysk wysoki i natychmiastowy.

Od lat 80, od czasu gdy państwo przestało ingerować w gospodarkę, zniszczone, a przynajmniej osłabione zostały dwa najważniejsze mechanizmy kapitalizmu rynkowego: państwo przestało kontrolować sprawiedliwy podział nadwyżki zysków między płace pracowników a akumulację kapitału. A gospodarka przestała być zainteresowana produkcją i sprzedażą. Zniknął, bo całkowicie stracił znaczenie, idol gospodarki, czyli zadowolony klient.

Wszyscy to widzieliśmy, bo procesy te rozegrały się na naszych oczach i określiły jakość naszego życia. Nasza praca straciła sens, można było za nią coraz mniej płacić, zarabiamy coraz mniej i nikogo to już nie obchodzi. Nowi przywódcy, którzy wykorzystują niezadowolenie biedoty, nie próbują przywrócić równowagi między pracą a jakością życia, a zdobywają wyborców tylko i wyłącznie obiecując i dając pieniądze.

Przy okazji straciła znaczenia inna reguła dawnego modelu społeczno-gospodarczego: ten kto się kształci, dalej zajdzie. To już dawno nie jest prawdą. Dalej zajdzie ten, kto jest cwany i bezwzględny.

Pomińmy już całkowitym milczeniem kolejne anachroniczne reguły: że zadowolony niewolnik lepiej pracuje oraz że właściciel kapitału ma obowiązki wobec państwa (ojczyzny!), społeczeństwa, kultury i nauki. Wszystko zastąpiły proste zasady kapitalizmu: 1/ można zrobić najgorsze świństwo, bo jeśli ja tego nie zrobię, to zrobi to ktoś inny;
2/ jeśli coś przynosi zyski nie tylko można, ale trzeba to zrobić;
3/ pieniądz nie ma ojczyzny

W społeczeństwach i państwach pojawiła się nowa reguła, dawniej całkowicie nieznana. Nieprawdą jest już, że państwo jest zainteresowane utrzymaniem jakości tego, co już zostało osiągnięte i będzie tego bronić w interesie swoich obywateli. Ważne jest, żeby obywatele nie przeszkadzali. Dla nowego typu państwa korzystna jest konsumpcyjna nadprodukcja i zalew taniochy, bo po pierwsze utrzymuje to społeczeństwo w stanie względnego zadowolenia (o to zapewnia wygraną w następnej kadencji), a po drugie sprawia, że biedy i braku szans nie widać na ulicy.

A co robić?

Nie wiem i postanawiam jednak zajrzeć do cytowanego tu artykułu, żeby sprawdzić czy autorka i jej rozmówca mają w tej kwestii jakąś teorię. (Trochę tu skracam, ale odtąd to nie jest mój tekst, tylko pani Szymborskiej):

Politycy muszą przypomnieć sobie, jak skutecznym inwestorem jest państwo. Państwo musi stać się znowu odpowiedzialne za innowacyjność, a zatem inwestować w badania. Państwo musi zapewnić istnienie inwestycji długoterminowych, bo te preferowane przez dzisiejszy rynek finansowy czyli inwestycje krótkoterminowe, nie zapewniają stablinych miejsc pracy i  wzrostu, który daje dobrobyt wszystkim. Ale najważniejsze jest, by w obliczu nowego kryzysu państwa umiały ze sobą współpracować. Trzeba zmienić przedmiot debaty publicznej z uchodźców, protekcjonizmu i wojen tożsamościowych na rzeczy, które są bliższe życia: niskie płace, kiepska jakość pracy, nierówności dochodowe.

Oto trzy rzeczy, które są w zasięgu możliwości obecnych rządów: regulacja sektora bankowego, uruchomienie strategicznych inwestycji państw i reforma systemu podatkowego. To jest osiągalne. Kryzysy w kapitalizmie były i będą. Państwa powinny zadbać, żeby klasa średnia zdołała przetrwać nadchodzące burze.

Barataria 96 Księstwo Hutt River

Lech Milewski

W powszechnym mniemaniu Australia to kraj bez granic, ograniczają ją tylko morza
i oceany.
Nic bardziej błędnego. Wystarczy tylko wychylić nos odrobinę na północ od Perth
i podróżnik natrafi na…

Granica

Oto instrukcja dojazdowa według google.

Mapa

Google wie co pisze – Principality czyli Księstwo.

Księstwo powstało w kwietniu 1970 roku w wyniku oczywistych sprzeczności systemu kapitalistycznego (zainteresowanym polecam lekturę Kapitału K. Marksa).
Konkretnie poszło o wyznaczone przez rząd australijski kwoty, ograniczające produkcję rolną. Zgodnie z nimi farma o powierzchni 4,000 hektarów mogła sprzedać tylko 1,647 buszli zboża (około 50 ton). Aktualne zbiory wyniosły prawie 100 razy więcej.
Leonard Casley, właściciel farmy, złożył protest do gubernatora stanu Zachodnia Australia, ale nie uzyskał odpowiedzi.
Złożył wówczas roszczenie odszkodowania w  wysokości 52 milionów dolarów, jednocześnie uznał się za uprawnionego do zajęcia w charakterze rekompensaty sąsiadujących z farmą gruntów rządowych.
Dwa tygodnie później Casley złożył skargę, że rząd chce dokonać przymusowej akwizycji jego farmy i uznał, że w takiej sytuacji prawo międzynarodowe pozwala mu dokonać secesji i ogłosić niezależność od Australii. Zadeklarował, że nadal pozostaje wiernym poddanym królowej Elżbiety II.

Leonard Casley przyznał sobie tytuł Jego Wysokość Leonard I Książe Hutt. To pozwoliło mu powoływać się na ustawę z 1495 roku (Treason Act), według której władca de facto nie może być oskarżony o zdradę legalnie uznanej władzy.
Casley nie otrzymał oficjalnej odpowiedzi rządu australijskiego i uznał, że tym samym autonomia prowicji staje się faktem dokonanym.

Nieświadomy tych wszystkich zaszłości australijski urząd podatkowy oskarżył Casleya
o niezłożenie wymaganych deklaracji podatkowych. Australijski sąd uznał Casleya winnym.
Nie pozostawało nic innego tylko wypowiedzieć Australii wojnę, co miało miejsce
2 grudnia 1977 roku.
Kilka dni później Casley powiadomił rząd australijski o zakończeniu działań wojennych. Jednak od tego czasu mógł się powoływać na artykuł Konwencji Genewskiej z 1949 roku – rząd powinien wykazać pełen szacunek dla narodu niepokonanego podczas wojny.

Nie wiem jak moi czytelnicy, ale ja czuję się pokonany. A zatem pora na zapoznanie się z regułami funkcjonowania Księstwa.

Po pierwsze w Księstwie obowiązują wizy.
Przybysze muszą na wstępie odwiedzić Government Office i uiścić opłatę $2, dzięki czemu wbije się im wizę do paszportu. Jeśli nie posiadają przy sobie paszportu lub, z sobie tylko znanych powodów, nie życzą sobie, aby widniała w nim wiza Księstwa, wówczas wiza zostanie im wydana jako osobny dokument za taką samą opłatą. Szczegółowe informacje wizowe TUTAJ.

Podczas pobytu w Government Office goście mogą zwiedzić bogatą galerię zabytków
i pamiątek. Wiele z nich nadesłali obywatele nierezydenci – patrz kolejny punkt.
Podczas zwiedzania galerii istnieje prawie 100-procentowe prawdopodobieństwo spotkania członka panującej dynastii.

Uwaga 1: na zdjęciu gabloty z pamiątkami zauważyłem prawo jazdy Elvisa Presleya.

Uwaga 2: wszystkie drogi do Księstwa przebiegają przez teren Australii i administracja Księstwa lojalnie przypomina, że osoby planujące wizytę, są zobowiązane dostosować się do australijskich praw wizowych.

Po drugie – obywatelstwo.
Księstwo z żalem powiadamia, że do czasu rozbudowy infrastruktury nie jest w stanie przyjąć nikogo na pobyt stały. Jednak istnieje możliwość uzyskania statusu poddanego nierezydenta (non-resident subject).
Szczegółowe informacje TUTAJ.
Obecnie Księstwo liczy 23 obywateli rezydentów i ponad 14,000 nierezydentów.

Po trzecie – władza.
Wcześniej wspomniałem Leonarda I, władcę księstwa. W 2017 roku, po 47 latach sprawowania władzy, abdykował on na rzecz swojego najmłodszego syna – Księcia Graeme I. Poniżej Jego Książęca Wysokość Książę Leonard I z żoną Księżniczką Shirley. Między nimi popiersie suwerena.

Książeca para

Na marginesie wspomnę, że książęca para ma sześcioro dzieci. Trzy córki wyszły za mąż
i mieszkają w Perth. Trzej synowie pozostali na ojcowiznie.

Rząd Księstwa obejmuje liczne ministerstwa i komisje, ich liczba znacznie przewyższa liczbę rezydentów. O dalekowzroczności Księstwa może świadczyc fakt, że posiada specjalną Komisję Morską (Naval Commission) mimo, że morza z terenów Księstwa nie widać.

Ekonomia.

Teren Księstwa liczy 75 km2. Większość terenu przeznaczona jest na uprawę zbóż
i hodowlę owiec.

Istotną dziedziną ekonomii jest turystyka. Wikipedia ocenia ilość turystów na 40,000 rocznie.

Więcej na temat ekonomii TUTAJ.

Podobnie jak wiele innych państw o niewielkim terytorium, ale wielkich duchem, Księstwo Hutt River emituje własne monety i znaczki pocztowe.

Monety produkowane są ze szlachetnych kruszców przez renomowane mennice w Australii i USA. Znalazłem informację, że wyemitowana kilka lat temu moneta o nominalnej wartości $100 zawiera drogocenne palladium, którego wartość przekracza obecnie $600.

Moneta

Moneta

Poczta

Znaczki

Monety produkowane są ze szlachetnych kruszców przez renomowane mennice w Australii i USA. Znalazłem informację, że wyemitowana kilka lat temu moneta o nominalnej wartości $100 zawiera w sobie drogocenne palladium, którego wartość przekracza obecnie $600.

Na stronie internetowej Księstwa znalazłem informację, że Księstwo wydaje własne prawa jazdy (cena $100) i różne inne bardzo praktyczne akcesoria.

W innych źródłach znalazłem informację, że rok temu australijski urząd podatkowy zażądał zapłaty prawie 3 milionów dolarów zaległych podatków.
Z drugiej strony administrowanie legalnych i finansowych procedur związanych z Księstwem kosztowało australijskiego podatnika prawie $100,000.
A więc zgodnie z wspomnianym wcześniej dziełem Karola Marksa – ekonomia się kręci i sama siebie napędza.

Wszystko powyższe to prawda i tylko prawda, co potwierdzam spiratowaną z internetu oficjalną pieczęcią Księstwa

Pieczęć

Źródła:
Oficjalna strona internetowa – KLIK.
Wikipedia – KLIK.

Melancholia

Teresa Rudolf

Saksofon w jesieni

W parku siada na ławce
czarna Melancholia
z bladą twarzą,
zamyka  oczy,
jak co roku…

Ból nieistnienia przebiega
przez nią jak prąd,
w głowie szuka
czegoś
niecierpliwie..

I nagle przychodzi
ta melodia sprzed lat,
liście pod nogami
chrzęszczą jesiennie,
jak jesień.

Melancholia ogarnia
Melancholię,
melodia kradnie uszy,
a oczy rudo-zielona
jesień…

Silenzio” Beethovena

Taka ta cisza jakaś słyszalna,
gra na pianinie serca leciutko,
dusza nastawia uszy,
by nie umknęła jej
żadna nuta wzruszenia,

nastawia mózg,
by nie umknęła żadna zaduma…
nad tą tęsknotą
nie wiadomo za czym…
ociera łzę w oku,

nie wiadomo po czym…
uchyla głowę nad doskonałością
nad darem,
który nie wszyscy otrzymują,
jedynie naród wybrany:

Twórcy.

“Beethoven’s Silence”, utwór Ernesto Cortazara, kompozytora meksykańskiego

Zima

Och, nie odpowiada ona
kryteriom, oczekiwaniom,
odpadnie z kastingu
w tym roku, jak mur…

Jak może tak bez bieli?
Lasy, ogrody czekaja,
ludzie chca Świąt i Ryby
A więc jak tak bez bieli?

A narty, sanie, Rudolfy?
Chrupiący śnieg biały?
Świat jak beza bielutki?
Oj zimo, zawalasz!

A zima patrzy smutno
przed siebie, pusto
w jej oczach, strach,
ma znów swą depresję.

Zawaliła w tym roku,
ale jak nie zawalać,
kiedy ściga ją człowiek
zmieniając ciągle klimat…

Wściekłości swej boi się,
że nie wytrzyma, że walnie
lawinami, sztormami,
zimną powodzią.

Boi się stracić kontrolę
wykończy zimnym wichrem,
wykończy szarym zimnem
ale… śniegu nie będzie!

Nie będzie, bo ta biel,
przecież to wiadomo,
jest kolorem czystej,
jak łza Niewinności…


Oprawę muzyczną dzisiejszego wpisu ułożyła Autorka

Reblog: Vermeer van Delft

Kilka dni temu Danusia Starzyńska-Rosiecka z Warszawy przysłała mi takiego oto linka:

Vermeer 

Patrzę, patrzę i napatrzyć się nie mogę. Danusia wie, że ja też, tak jak ona, kocham Vermeera (przepraszam za patos, tak wyszło). Przez lata jeździłam po całym świecie, żeby oglądać jego obrazy w oryginale. Zobaczyłam niemal wszystkie. Aż pewnego dnia okazało się, że w Hadze pokażą naprawdę wszystkie dzieła delftyjczyka, również te niedostępne na co dzień – ze zbiorów królowej angielskiej. Pojechałam, zobaczyłam. Przed widokiem Delft (patrz niżej), tym samym, o którym pisał Proust, postałam godzinę, aż mnie wypchnął “ze stania” jakiś rosły Holender. Dobrze było obejrzeć wszystkie dzieła na raz, ale pomyślałam sobie, że dobrze też było żyć w czasach (i mieć pieniądze), żeby sobie tak jeździć od muzeum do muzeum na dwóch kontynentach.

A wszystko pewnie dlatego że Mama, czyli Irena Kuran-Bogucka, uważała go za mistrza niedoścignionego. Przez całe dzieciństwo oglądałam reprodukcje obrazów Vermeera i słyszałam głos Mamy, że żadna reprodukcja niczego nie odda, bo artysta malował genialnie, a na reprodukcji jego obrazy i dzieła pożal się Boże jakiegoś pacykarza wydają się równej klasy.
Czasy się zmieniły – to, co widzimy w podanym przez Danusię linku, pozwala nam obejrzeć te dzieła lepiej i dokładniej, smakując każdy detal.

Oglądam obrazy na ekranie. Podobają mi się, ale nie wiem, może się mylę, nie zaspokajają miłości. Albo może jej nie budzą. Przypomina mi się wpis Danusi na (słynnym?) naszym wspólnym blogu, zwanym w skrócie “Kura” (Jak udusić kurę, czyli co każda panna po trzydziestce powinna wiedzieć, a dziwnym trafem nie wie).  Już wiem, że koniecznie muszę go zreblogować. Wpisy Danusi “na Kurze” były zielone. Większość naszych wpisów zawierała przepis kulinarny i zagadkę – zostawiam wszystko tak, jak było.

Danuta Starzyńska-Rosiecka

Cztery obrazy

Ostatnio mam mnóstwo pracy. Wracam do domu bardzo zmęczona. Mało piszę dla przyjemności. W ogóle mało robię rzeczy dla czystej przyjemności robienia ich. Niedawno kupiłam piękną grafitową włóczkę na piękny ciepły męski szal, ale nie mam czasu nawet wyjąć jej z torby. Stąd mój dzisiejszy tekst będzie się składał w zasadzie z prawie samych fragmentów tekstów napisanych przez innych, ale za to z jakich tekstów…

Zacznijmy od jednego z najsłynniejszych fragmentów „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta:

Umarł w następujących okolicznościach. Dość lekki atak uremii sprawił, że zalecono mu spokój. Ale ponieważ jakiś krytyk napisał, iż w ‘Widoku Delft’ Ver Meera (wypożyczonym przez muzeum haskie na wystawę Holendrów) – obrazie, który Bergotte uwielbiał sądząc, że go zna bardzo dobrze – kawałek żółtej ściany, której Bergotte sobie nie przypominał, wymalowany jest tak wspaniale, że kiedy się patrzy wyłącznie na ten fragment, wydaje się niby szacowne dzieło sztuki chińskiej, samowystarczalne w swej piękności, Bergotte zjadł parę kartofli, wyszedł z domu i udał się na wystawę. Przechodząc koło kilku obrazów odniósł wrażenie oschłości i zbyteczności sztuki tak sztucznej, mniej wartej od przewiewu i słońca w jakimś pałacu w Wenecji lub w zwykłym domku nad morzem.

(…) W końcu znalazł się przed obrazem Ver Meera, który pozostał mu w pamięci bardziej olśniewający, bardziej różny od wszystkiego, co znał, ale w którym, dzięki artykułowi krytyka, pierwszy raz zauważył drobne postacie ludzkie namalowane niebiesko i to, że piasek był różowy, i wreszcie szacowną materię kawałka żółtej ściany. Zawrót był coraz silniejszy; Bergotte wlepił wzrok w bezcenną ścianę, jak dziecko wpatrujące się w żółtego motyla, którego pragnie pochwycić. ‘Tak powinienem był pisać – powiedział sobie. Moje ostatnie książki są za suche; trzeba je pociągnąć kilka razy farbą, uczynić każde zdanie cennym samo w sobie, jak ten fragment żółtej ściany’. Równocześnie nie tracił poczucia swego groźnego stanu. Na niebiańskiej wadze jawiło się jego własne życie obciążające jedną z szal, gdy druga zawierała kawałek ściany tak pięknie namalowanej żółto. Bergotte czuł, że niebacznie oddał pierwsze za drugie. ‘Nie mam przecież ochoty – powiadał sobie – figurować na tej wystawie w wieczornej rubryce wypadków’.

Powtarzał sobie: ‘Kawałek żółtej ściany z daszkiem, kawałek żółtej ściany’. Zwalił się na okrągłą kanapę; równie szybko przestał myśleć, że życie jego jest w grze, i odzyskując optymizm powiedział sobie: ‘Zwykła niestrawność, nie dogotowane kartofle, to nic.’ Nowy cios powalił go: Bergotte stoczył się na ziemię, zbiegła się publiczność wraz z woźnymi. Był martwy.

Vermeer van Delft Widok Delft

Vermer van Delft, Widok Delft, Muzeum Królewskie Mauritius Haus w Hadze

„Im dłużej ogląda się ‘Widok Delft’, tym bardziej obraz staje się skomplikowany, tym lepiej widać, jak ściśle obmyślany jest jego rysunek, z tym większą precyzją łączą się w nim elementy składowe” – tak zaś pisał Gustaw Herling-Grudziński.

A teraz spotkanie z innym obrazem. Oto poeta, eseista i prozaik Adam Zagajewski, wspominający jak podczas pobytu w Nowym Jorku nie mogąc sobie poradzić „z nadmiarem tego miasta”, znalazł ukojenie w muzeum:

Trafiłem wtedy do muzeum, Frick Collection, i tam, przed obrazem Vermeera, ‘Lekcja muzyki’, poczułem, jak rzeczywistość, nagle, w jednym momencie, zatrzymała się, zastygła w harmonijnym bezruchu. Przede mną dziewczynka bierze lekcję muzyki, spowita w niebieskie światło, miękkie światło, jak we wnętrzu niebieskiego oceanu. Nagle zapanował spokój, we mnie i w Nowym Jorku. Byłem szczęśliwy, tak jakbym miał wprowadzić się do Vermeerowskiego obrazu i zamieszkać w nim na zawsze, i nie odczuwać już nigdy ani lęku, ani ciężaru pytań bez odpowiedzi, nie przeżywać sztormu sprzeczności i niepewności. Pejzaż otwierał się przede mną, gładka ścieżka pośród oswojonych, ciepłych sprzętów. Miałem przed sobą inny świat: meble leżały na kamiennej posadzce spokojnie i ufnie jak kot, obdarzone były słodką, dobroduszną inteligencją. Nawet światło rozumiało. To nie było zwykłe, zewnętrzne światło, które zatrzymuje się na granicy przedmiotów, odbija się od nich i wraca, zgodnie z prawami fizyki, nie to światło zdawało się płynąć zewsząd, nie dzieląc, nie izolując rzeczy, przeciwnie, było braterskie i rozumne. Jak bardzo chciałbym zostać w tym obrazie. Zatrzymać się w kształcie.

Vermeer van Delft, Przerwana lekcja muzyki, Frick Collection, Nowy Jork

I znów inny obraz i inny tekst. Tym razem poeta i krytyk literacki Jarosław Klejnocki:

Ach jakże zazdroszczą twoje przyjaciółki
sam pan Vermeer maluje cię w jasnej pracowni
pełnej dziwnych sprzętów więc znosisz niewygody:
tyle godzin w tej samej pozie pod ogromną mapą
siedemnastu prowincji w milczeniu z fanfarą ciężką
książką i uwierającym wieńcem na skroni. Żałujesz
tylko ze nie pozwolą ci zatrzymać tej pięknej
szaty z błękitu ale nie martw się jest już
twoja do końca świata.

I już miliony oczu będą patrzeć na ciebie
w zachwycie obojętnie z roztargnieniem w
zniecierpliwieniu z tęsknotą miłości. Jeszcze
o tym nie wiesz lecz przecież przeczuwasz
przymknąwszy nieśmiało oczy zdziwiona dziewczynko.

Cóż za spokój cóż za niewinność choć tyle
nadejdzie słyszę huczące maszyny łoskot
wybuchów widzę otwarte od krzyku usta eksplodują
wzgórza kosmos oddala się coraz bardziej rozpadają
się kraje płonie mapa ginie gdzieś pamięć czernieją
płótna.

A ciebie nie dotyka zimno jesteś wolna więc jaka
zazdrość jakie zachwycenie. Vermeer maluje; chrzęści
piasek w trybach zegarów.

Vermeer van Delft Alegoria malarstwa

Vermeer van Delft, Alegoria malarstwa, Kunsthistorisches Museum, Wiedeń, Austria

Wiersz Klejnockiego prowadzi nas dalej do jeszcze innego tekstu:

– Co robisz? – spytał.
Zdziwiło mnie to pytanie, ale wiedziałem, że lepiej tego nie okazywać
– Kroję warzywa, panie. Na zupę.
Zawsze układam warzywa w kole tak, że każde ma w nim odpowiednie miejsce, niczym kawałki tortu. Tym razem było ich pięć: czerwona kapusta, cebula, pory, marchewka i rzepa, przy czym okrągły środek wypełniała marchewka. Żeby ją tak uformować, użyłam tępej części ostrza.
Mężczyzna postukał palcem w stół.
– Czy w tej kolejności wkładasz je do zupy? – zapytał, oglądając koło.- Nie, panie… – zawahałam się. Nie potrafiłam wyjaśnić, skąd taki układ warzyw. Po prostu czułam, że tak właśnie powinny leżeć, ale bałam się to powiedzieć.- Widzę, że oddzieliłaś odcienie bieli – rzekł, wskazując kawałki rzepy i cebuli. – A dlaczego pomarańczowy i fioletowy nie są obok siebie?
Wziął do ręki kawałek kapusty i marchewki i potrząsnął nimi, jakby to były kości do gry.
Zerknęłam na matkę, która skinęła lekko głową.
– Bo te kolory się kłócą, kiedy są obok siebie, panie.
Uniósł brwi, jakby nie spodziewał się takiej odpowiedzi.

***

Ja z pokrojonych warzyw proponuję wam dziś jednak nie zupę, tylko sałatkę jarzynową. I tak: piękne obrazy, piękna proza, piękna poezja… a na koniec prostota kuchenna w najczystszej postaci, wręcz prostacka; choć bardzo przyziemna, to bardzo smaczna.

Potrzebne są:

– 3 średnie ugotowane ziemniaki,
– 2 średnie ugotowane marchewki,
– szklanka ugotowanego zielonego groszku lub zawartość jednej puszki groszku (odcedzona),
– szklanka ugotowanej fasoli lub zawartość jednej puszki (jw.),
– 2 jajka ugotowane na twardo,
– 2 ogórki kiszone,
– 1 duża cebula cukrowa (cukrowa, bo nie jest ostra),
– 1 jabłko,
– sól,
– pieprz,
– majonez,
– musztarda (ja używam sarepskiej)

Ugotowane warzywa kroimy (jedni lubią drobniutkie kawałki, ja wolę większe). Dodajemy posiekane jajka, ogórki, cebulę i jabłko oraz groszek i fasolę. Mieszamy, przyprawiamy. Dodajemy majonez i odrobinę musztardy.


Dzisiejsza zagadka odnosi się do ostatniego z cytowanych przez mnie tekstów. To początek powieści-opowieści o powstaniu pewnego obrazu, czyli czwartego obrazu. Powieść ta została pięknie sfilmowana. Co to za powieść? Kto jest jej autorem? O jaki obraz chodzi? Jak nazywają się dziewczyna i pan? Kto zagrał ich w filmie?

Odpowiedzi w nadzwyczajnym tempie udzieliła dziewczyna z perłą, to znaczy – zona_oburzona, a chodzi o obraz, książkę i film “Dziewczyna z perłą” – kto namalował – jasne. Autorka powieści – Tracy Chevalier. Reżyser filmu Peter Webber. W rolach głównych Colin Firth jako Jan Vermeer i Scarlett Johansson jako Griet.

W nagrodę rondelek, a dla nas wszystkich jeszcze “Dziewczyna z perłą”:

Barataria 95 Santa Lucia

Ewa Maria Slaska

W mojej spontanicznej serii o grudniowych świętych – byli już święta Barbara i święty Mikołaj – musi się oczywiście znaleźć również święta Łucja. Ciekawe, że już dawno, kiedy wcale jeszcze nie wiedziałam, że zachce mi się (znowu) pisać o świętych, zapisałam w terminarzu wpisów na blogu, że dziś w cyklu Barataria znajdzie się święta Łucja. Rzecz tylko w tym, że nie zapisałam – dlaczego?

Jak już Czytelnikom zapewne wiadomo, są trzy podstawowe powody opisania jakiegoś zjawiska w aspekcie baratarystycznym. I są to:

  • związek z Don Kichotem, Sancho Pansą i ewentualnie Cervantesem
  • utopijne władztwa
  • wyspiarskość

Lub jakieś pochodne powyższych tematów.

Dotknięta niepamięcią, postanawiam, że najpierw opiszę świętą Łucję, żeby się trzymać serii o świętych, a potem sprawdzę, co z wyspami, bo jakoś mi majaczy, że powinny być takie wyspy. W końcu niemal wszyscy święci mają gdzieś jakieś wyspy.

Łucja czyli Lucia kojarzy się przede wszystkim ze Szwecją i dziewczętami, które ubrane w białe suknie przepasane czerwoną wstążką, przechodzą ulicami w wiankach ze świec. Jest to święto obchodzone dosłownie wszędzie i przez wszystkich, w domach prywatnych, szkołach i przedszkolach, biurach i urzędach. Je się różne smakołyki, np. bułeczki szafranowe.  TU podawałam przepis na ciasteczka świętej Łucji.

A TU Julita Bielak pisała o tym dniu, przypominając, że święta Łucja zaczyna obchody świąt Bożego Narodzenia, a według pogańskiej tradycji – Zimowego Przesilenia. Bo przypomnijmy: Boże Narodzenie to nie tylko Wigilia i dwa dni świąt, lecz 12 dni, od przesilenia zimowego do Nowego Roku, a czasem nawet jest ich 24 – od świętej Łucji do Trzech Króli. Do czasu reformy kalendarza dzień świętej Łucji był tożsamy z Przesileniem Zimowym, świętem Sol Invictus – Słońca Niezwyciężonego. Dnia przybywało, zwycięskie słońce trumfalnie wędrowało po nieboskłonie, codziennie o kilka chwil dłużej. Nic więc dziwnego, że w wielu krajach ze wspomnieniem o świętej Łucji łączą się wróżby i świąteczne obyczaje. W Chorwacji na przykład sieje się tego dnia pszenicę w doniczce i dobrze jest, jeśli się zazieleni do Bożego Narodzenia, co oczywiście przypomina, że gałązki wiśni włożone do wody na świętą Barbarę tego dnia mają zakwitnąć.


Sama święta Łucja była, podobnie jak święta Barbara, świętą dziewicą-męczennicą, zabitą zresztą w tym samym okresie krwawych prześladowań chrześcijan – w roku 304. Opowieści o śmierci tych dziewcząt tchną sadystycznym okrucieństwem i są tak przesadzone, że chciałoby się powiedzieć – zmyślone. Jednak często ich cierpienia brzmią jak współczesne opisy przemocy domowej, a zadają je ojcowie, bracia, oblubieńcy… Przypomina mi to jakiś okropny przypadek przemocy opisany niedawno w Wysokich obcasach. Mąż, który okrutnie latami pastwił się nad żoną, szydził: spróbuj pójść się poskarżyć – i tak ci nikt nie uwierzy.

Łucja urodziła się w zamożnej rzymskiej rodzinie w Syrakuzach. Ojciec wcześnie zmarł, matka, która początkowo chciała dziewczynę wydać za mąż, uleczona cudownie z ciężkiej choroby przy grobie świętej Agaty z Katanii, zezwoliła córce na złożenie ślubów czystości. O zgubie dziewczyny zadecydował odrzucony na rzecz Jezusa narzeczony. Zawlókł ją sędziego, a ten skazał Łucję na karę… burdelu. Jak chce legenda, ani sprzężaj wołów, ani tysiąc mężczyzn nie zdołało jej tam zaciągnąć. Poddano ją więc przeróżnym męczarniom, z których jednak zawsze cudownie się salwowała. W końcu została zabita ciosem miecza w szyję, być może również wyłupiono jej oczy.

Relikwie św. Łucji w srebrnej trumnie – kościół św. Jeremiasza w Wenecji

Łucja pomaga w chorobach oczu, układu krwionośnego, bólach gardła i przy biegunce. Nie wiem, co z tą biegunką, ale pozostałe choroby, które jej podlegają, są związane z jej męczeństwem. Wyłupiono jej oczy i dlatego zajmuje się chorobami oczu. Dziwna logika. Odpowiednio więc jest opiekunką ślepych (ale i biednych), nawróconych dziwek, chorych dzieci oraz Syrakuz i Wenecji, jej opiece podlegają też adwokaci, wieśniacy, elektrycy, szklarze, wozacy, nożownicy (rzemieślnicy a nie rzezimieszki), szwaczki, pedele, tapicerzy, siodlarze, krawcy, pisarczykowie i tkacze.


W Neapolu śpiewa się słynną piosenkę Santa Lucia. To utwór ludowy, spisany przez Teodoro Cottrau (1827–1879) w roku 1849.


A to już zupełnie inne morze i inne góry. Wyspa Saint Lucia i dwie wspaniałe wpadające do morza góry – Mały i Wielki Piton, wpisane na listę zabytków przyrody UNESCO.

Wyspa (jest tylko jedna), położona w Małych Antylach, została odkryta przez Krzysztofa Kolumba w 1502 roku. Początkowo była przedmiotem rywalizacji Francuzów i Anglików, w XIX wieku weszła w skład Korony Brytyjskiej, obecnie jest niezależnym państwem,  ale jej nominalną władczynią jest królowa Elżbieta. Dzień świętej Łucji jest tu świętem narodowym.

Na stronie turystyka.pl autor tekstu napisał, że wyspa jest kwintesencją Karaibów, tutejszego luzu, folkloru i atrakcji. A największą jej atrakcją jest wulkan, zapewne jedyny wulkan na świecie, do którego wnętrza można wjechać samochodem.

Mieszkają tu, jako to beztrosko podaje Wikipedia – Murzyni, w większości katolicy. Wyspa liczy zaledwie około 160 tys. mieszkańców (mniej niż Kreuzberg czy Mokotów), a mimo to wydała w XX wieku aż dwóch laureatów nagrody Nobla.

Sir William Arthur Lewis (1915 – 1991), ekonomista, otrzymał w roku 1963 tytuł szlachecki, a w roku 1979, wraz z Theodorem W. Schultzem nagrodę Nobla w dziedzinie nauk ekonomicznych.


Sir Derek Walcott (1930 – 2017) był poetą i pisarzem brytyjsko-santalucijskim; w roku 1972 otrzymał szlachectwo, w roku 1992 – literacką nagrodę Nobla.