Barataria Jagielskiego (114)

Tibor Jagielski

szachy z koźlej skóry:

pionki – wiatraki
pan kiszot – król
sanczo – królewna
goniec – byk
skoczek – koza
wieża – wieża

wie g., genau stuhr, von maschinen umgeben, aber doofer (selbstmedikamention);
als strafe dafür tingelttangelt er jetzt zwischen krankenhaus und zu in ein schlachtfeld umgewandelten wohnung (3 gehstöcke, zwei rolators, mehrere pc, auch ein smartphone, geladen und bereit)
die sanitäter trugen ihn wieder rein (der einer war bärtig, der andere haarlos)
und setzen ihn auf der couch und verschwanden schleunigst
sein katheterbeutel war übervoll und aus seinen mund floss gelblicher speichel
– jezus! – sagte ich mir tief in inneren – warum?
und dann  fiel mir ein, zu den sänitätern,
dass der bärtige lächelte und der kahle misgrämig war.

Kot, tulipany i dwie panny

Zaczęło się od tego zdjęcia:

To mój stół wielkanocny. Kot siedzi na krześle pod stołem i czai się, żebym się obróciła,
a on (ona) wtedy wskoczy na stół i dopadnie białych papuzich tulipanów.

Okazało się, że… Zresztą czytajcie.

Dziś Wielkanoc prawosławna, jest to więc nadal wpis świąteczny z cyklu o wyższości świąt Wielkiejnocy… I najserdeczniejsze życzenia świąteczne.

Maria Szewczyk

Jej brat ożenił się z moją siostrą. A może byśmy się tak pobrali? – zapytał między jednym
a drugim robrem brydża w sanatorium, gdzie grali we trójkę „z dziadkiem”, bo czwarty do brydża właśnie zmarł. – Potem, to już będziemy całkiem starzy i chorzy, i kto nas będzie chciał? Moja siostra chciała. Po powstaniu i powrocie z obozu tułała się po obcych kątach
i właśnie po stalinowskiej przerwie skończyła medycynę zaczętą jeszcze na tajnych kompletach w czasie okupacji. Teraz będzie nareszcie miała swój kąt, męża… i jego siostrę. No więc jadę na ich ślub autostopem z wakacji z Mazur do miasteczka S. na Pomorzu Zachodnim przez pół Polski, z nocowaniem po drodze w stodole u sołtysa na sianie.
W podwórzu, przy poniemieckiej zszarzałej willi, pompuje wodę ze studni kulawy mężczyna „z plerezą” czarnych włosów i szerokim uśmiechem, istny Mastroianni z Wołkowyska. Pan młody! Pół miasteczka S., prawie wszyscy tam „ź Wilna”.
Ich ślubu ani wesela nie pamiętam, poza radosnym śmiechem, opowieściami i otwartą serdecznością jego przyjaciół Wilniuków. Wieczorem jego siostra woła mnie konspiracyjnie do pokoju, otwiera ciężki dębowy kredens, pokazuje schowaną „większą połowę” tortu, mówiąc: my jutro wychodzimy do pracy, ale ty sobie weź kawałek.
– Jak nie zapomnę, to wezmę.
Na to ona z ogromnym zdumieniem w głosie: – I ty mogłabyś zapomnieć o torcie??? Następnego dnia po przyjściu z pracy otworzyła kredens i wymruczała zawiedziona:
– Jednak nie zapomniała?! Faktycznie, zjadłam kawałek, jak mogłabym po takim pytaniu zapomnieć?

Po latach napisała kronikę swojej rodziny, w której sama o tym nie wspomina, każdy ma inny raster pamięci, bo pisze w skrócie tak: „Ślub i uczta weselna były skromne, ale wzruszające… Natomiast pamiętam pyszny tort, który nie wychodził mi z głowy przez cały następny dzień w pracy. Czy jeszcze coś dla mnie zostanie. Zostało w całości, czemu nie mogłam się nadziwić. Okazało się, że ja jedna z rodziny mam taką słabość do słodyczy”.

Natomiast ja całkowicie, jakby powiedział Freud, wyparłam z pamięci inny epizod, dla niej traumatyczny, który wspomina tak: „ Na Wielkanoc przyjechała Marysia (tzn.ja, MS). Przeniosłam się na kanapę, gościowi ustępując wygodny tapczan. W Wielką Sobotę Basia (moja siostra, a jej bratowa, MS) w pracy dostała od kogoś kilka sadzonek tulipanów (tulipan w doniczce to była wtedy rzadkość, MS). Zaraz po ustawieniu przy kuchennym oknie, najbardziej słonecznym, dopadł do nich kot i kilka pędów zżarł. Basia wymierzyła sprawiedliwość (taki eufemizm: kot dostał za swoje, MS) i nas poprosiła, żeby uważać na kwiatki i kota. Wieczorem nakazała mi spać przy zamkniętych drzwiach, a kota przydzieliła Marysi, żeby spał z nią. W nocy jak przez mgłę widziałam Marysię, która otworzyła drzwi, wrzuciła kota, zamknęła drzwi, oczywiście, skoro miały być zamknięte! Zasnęłam natychmiast twardym snem. Rano do kuchni zajrzała Basia. I w krzyk! Na parapecie siedział kot, czyścioszek, mył zadowolony pyszczek, a po kwiatach ani śladu”…

„Eta była dawno”, jak śpiewała Żanna Biczewska. Czasy były twarde, dlaczego nikt nie płakał nad kotem? I nikt go o zdrowie nie pytał? Jak kilka dni temu u Ewy na FB przeczytałam, że i jej kot wcina tulipany na wielkanocnym stole, pomyślałam, że może to potajemna namiętność kotów, koci narkotyk, jak waleriana, po kropli której, jeśli spadła na podłogę, kot rzucał się w to miejsce i wylizywał je do białości. Ponieważ nikt, łącznie z Ewą, nie był w stanie wyjaśnić tej kwestii, wyruszyłam na poszukiwania i, zgodnie z zasadą „Czego nie wiecie, szukajcie w internecie!”, pod hasłem „kot zjadł tulipany” znalazłam setki stron, forów dyskusyjnych, dobrych rad i zaleceń i drżeń o zdrowie i życie kota. Tu choć kilka z nich:

– Jeśli w twoim domu mieszka kot, to dbając o jego zdrowie i życie, powinieneś zrobić uważny przegląd hodowanych roślinek. Teza o tym, że kot nie zje tego, co mogłoby mu zaszkodzić, nie jest wcale prawdziwa… Szczególnie narażone na toksyny są małe kotki.

– By ustrzec się kłopotów, najlepiej usunąć z domu wszystkie rośliny trujące dla kota!

I tu następują długie listy roślinnych trucizn. Oczywiście są wśród nich i tulipany, choć na innych stronach, chyba na miau.pl, i w sprzecznych komentarzach znajdziesz zdanie, że kwiaty tulipanów – nie, natomiast liście, jak najbardziej. Powiało zewsząd grozą, zwłaszcze że w litaniach roślin dekoracyjnych, doniczkowych, ogrodowych i dziko rosnących znajdziesz też szalej jadowity – Cicuta virosa, który nawet takiego mędrca jak Sokrates, doprowadził do śmierci, skazano go przecież na wypicie cykuty.

No i jeszcze parę komentarzy:

– To co można posadzić na balkonie, jakie rośliny domowe są nieszkodliwe?

– Wszystkie pozostałe 🙂

– No niewiele tego zostało.

– Nie ma na liście, ale się upewnię: mieczyk nie jest szkodliwy? A pytanie numer dwa: moje koty namiętnie obgryzają melisę, czy ma ona na nie również działanie uspokajające?

– Mój 18-letni kotek pił wodę spod melisy.

– Mam wrażenie, że te wasze koty są mądrzejsze od właścicieli!

– Mój kot zatruł się lobelią… Jest aktualnie u weterynarza… Trzymajcie wszyscy kciuki 😭❤
– Może ktoś podałby listę roślin bezpiecznych dla kociaków?

I tym rozsądnym apelem kończę, nadal, po tylu latach, nie wiedząc, co kota tak bardzo ciągnie do tulipanów! Może to się wyjaśni do następnych Świąt?


Dzisiejsze zdjęcie kota i tulipanów:

Z blogu jak udusić kurę: 26 kwietnia

Ewa Maria Slaska

Bardzo długi wstęp

Przez rok od czerwca 2010 do czerwca 2011 prowadziłam bloga o wdzięcznej nazwie Jak udusić kurę, czyli co każda Panna po 30 powinna wiedzieć, a dziwnym trafem nie wie.
W skrócie –
Kura. Po roku Kura przekształciła się Qrę a potem w Altanę, ale ja coraz mniej miałam do czynienia z zawartością tych blogów. W grudniu 2012 roku zaczęłam prowadzić tego bloga, w którym od czasu do czasu publikują też autorki Kury (i Autor, ale o nim zaraz). Kurę prowadziłam z siostrą i dwoma kuzynkami oraz kilkoma przyjaciółkami, po jakimś czasie dołączyła do nas jeszcze Ciotuchna, a potem objawił się jeszcze Autor i, nie zrażony samotnością mężczyzny wśród kur, przetrwał z nami Kurę, Qrę i Altanę, i jest (czasem częściej czasem rzadziej) wierną podporą tutejszego Salonu Odrzuconych (ewamaria.blog, dawniej: ewamaria2013). W skrócie nazywałyśmy siebie Pannami (ja byłam ewentualnie Panną Prymarną), on zaś przybrał, w przypomnieniu Tajemniczego ogrodu, wdzięczne miano Panicza. Owe trzy kobieco nazwane i prowadzone blogi funkcjonowały na blox.pl czyli portalu blogowym Angory, która teraz, nagle (i z naszego punktu widzenia – bez dania racji) postanowiła nam wszystkim uciąć nasze kurze łebki.
29 kwietnia
blox przestanie istnieć i jeden wielki Administrator raczy wiedzieć, w jakich odmętach wirtualnej rzeki świata znikną nasze teksty. Bądź nie znikną. Może być i tak. Nie wiemy. Na wszelki wypadek “Panicz” uratował zapisy edytorskie naszych wpisów, a ja postaram się – przy okazji lub bez niej – umieścić je tu, opatrując je ewentualnie własnym komentarzem.

Robię to po pierwsze dlatego że pisałyśmy (pisaliśmy) tam dobre i ciekawe rzeczy, które teraz hurtem stały się zbiorem tekstów wyrzuconych bez pardonu za burtę i jako takie mają prawo, po osuszeniu, do publikacji w salonie Ewy Marii. Po drugie jednak publikuję tu te teksty w przypomnieniu wesołego roku, jaki spędziłyśmy (spędziliśmy), redagując wpisy do Kury. Myślę że żaden z następnych blogów nie dał nam takiej niewinnej i nieskażonej radości, jak Kura. A ponieważ od czasów Kury minęło sporo lat, pamięć o niej spowija jeszcze mgiełka nostalgii

Miałyśmy jako autorki (i autorzy) pseudonimy. Każdy wpis zawierał przepis kulinarny (powstała też książka kucharska Kury) i zagadkę. Gdy dotychczas przenosiłam jakieś wpisy z Kury do Salonu, usuwałam kulinaria i zagadki, dopasowując kurze piórka do powagi, z jaką kurze przychodzi stąpać po wyfroterowanych posadzkach salonu. Teraz jednak, w ramach szeroko zakrojonej akcji ratunkowej, będę zostawiała wszystko tak, jak było.

Zaczynamy.

Dziś publikuję tu po prostu to, co 9 lat temu ukazało się 26 kwietnia na Kurze.

Kanadyjka

czwartek, 26 kwietnia 2012

O miodzie i smutasach

Czytając wpis Panny Prymarnej o pszczółkach, miodzie i „smoothies” stwierdziłam, że nie zmieszczę się w zwykłym komentarzu, tylko muszę napisać osobny wpis.

Najpierw o miodzie. Wiele lat temu szef firmy, w której pracowałam, miał niewielką farmę a na niej ule. No i na jesieni odbywało się u niego tradycyjne zbieranie miodu. Uczestniczyliśmy w tym rytuale kilka razy. Jak docieraliśmy na farmę, ramki były już wyjęte z uli i czekały na odwirowanie. Nad beczką zamocowana była ręczna wirówka, w którą wkładało się ramkę i kręciło korbką. Ciężka to była robota, ale bardzo satysfakcjonująca.

Powietrze przesycone było pyłem miodowym, wszystko się kleiło, wdychaliśmy ten miód po prostu całym ciałem. Odwirowany miód wlewało się do dużej kadzi. Ale nie bezpośrednio, tylko przez wielowarstwowy muślin, który filtrował wszelkie zanieczyszczenia. Ale co jakiś czas ten muślin się kompletnie zatykał i wtedy następowało najfajniejsza część procedury. Jedna osoba zbierała brzegi muślinu i trzymała wielki worek wypełniony miodem nad kadzią, a reszta rękami wyciskała z tego worka miód. No a potem następowało zlizywanie miodu z rąk (co na zdjęciu właśnie robi nasza córka Ewa). Pycha! Potem jeszcze było nalewanie miodu do słoiczków i przyklejanie nalepek.

Nasze dziewczynki uwielbiały te wyprawy i pomagały dzielnie na wszystkich etapach.

A teraz o „smoothies”, czyli jak je nazywa mój mąż, smutasach. Zaczęto je robić, jako napoje orzeźwiające na plażach Kalifornii. Początkowo były to koktajle z bananów, truskawek i soku pomarańczowego, z dodatkiem lodu. Stopniowo asortyment owoców i jarzyn używanych w smutasach bardzo się powiększył. Można je w zasadzie robić z każdej kombinacji owocowo-warzywnej, z produktów świeżych lub mrożonych. I dodawać mleko, jogurt, lód, soję, miód, a także płatki owsiane, pestki słonecznika itp. Możliwości są nieograniczone. Mam przed sobą książkę z 160 przepisami na smutasy. Podaję tu kilka żeby zilustrować różne warianty tego wspaniałego napoju. A dalej to już panny eksperymentujcie same. Najwyżej, jeżeli wyprodukujecie coś niejadalnego (a właściwie nie pijalnego), to zawsze można to wylać i zacząć eksperymenty od nowa.

Smutas morelowy

sok z 2 limonek
sok z 3 pomarańczy
4 dojrzałe wypestkowane morele (myślę, że brzoskwinie też się nadadzą)
listki świeżej melisy

Smutas śliwkowy

½ kg czerwonych śliwek
3 łyżki miodu
łyżeczka świeżego tymianku (najlepiej cytrynowego)
drobny lód

Smutas malinowy z płatkami owsianymi

Półtorej łyżeczki płatków owsianych zalać ½ szklanką gorącej wody i zostawić na 10 minut.
Zmiksować ze szklanką malin, 2 łyżeczkami miodu i 3 łyżkami jogurtu.

Zielony diabeł

miąższ z 1 awokado
½ ogórka obranego ze skórki i pokrojonego w kawałki
2 łyżki soku cytrynowego
2 łyżki soki z limonek
2 łyżeczki cukru pudru
szczypta soli
1 szklanka soku jabłkowego lub wody mineralnej
2 łyżeczki sosu chili (słodkiego)
kostki lodu


Początkowo nie miałam pomysłu na zagadkę, ale jednak coś znalazłam … o niedźwiadkach. Autor poniższego fragmentu był już cytowany na Kurze, więc myślę, że zgadniecie Panny bez problemu.

Nie za mojej pamięci były dwa niedźwiadki. Te potrafiły kurom piasek sypać, aż gdy kokoszki zbliżyły się, zabijały je łapą – bac! – z ukontentowaniem. Sadownicy przylatywali z wrzaskiem: jeden niedźwiedź na jabłoni siedział i trząsł, a drugi jabłka zbierał i ryczał na Ż., po czym zgodnie szły trząść następne drzewko. Kucharza raz mało szlag nie trafił: wyszedł na chwilę z kuchni, a wróciwszy- zastał Misia mieszającego rozrobione ciasto, do którego sam wlał hładysz śmietany. (…). Przemyślni misiutkowie z zamiłowaniem uprawiali polowanie na pastuchów: wyczekawszy w krzakach, aż ci nakładą kartofli do ogniska i powyjmują z toreb chleb i ser, wypadali z rykiem wielkim i z zadowolonym mruczeniem zasiadali do śniadania.

„Szczenięce lata” Melchiora Wańkowicza. Rozwiązała wczesnym rankiem Żona. Oburzona.

Drogi Przyjacielu

Anna Dobrzyńska

Drogi przyjacielu,

Nie trap zbyt wiele się trudami życia,

Ze mną wszak tyle masz dróg do przebycia.

(…)

Zawsze rozumiem Twoje potrzeby,

I nie oceniam nigdy Twych pragnień,

Pomagam Ci spełniać Twoje marzenia,

Jak Ty nie lubię tego co marne.


W Tobie pokładam mą troskę, nadzieję,

I wierzę w Ciebie, gdy inni nie wierzą,

Pomocną dłoń daję, pocieszam, ratuję,

Twe sprawy codzienne na sercu mi leżą.


Dopóki Ty ze mną – ja się nie odwrócę,

Cenić i wspierać Cię nie przestanę,

W problemie pomogę, troski rozbiję,

Przy mnie nic złego Ci się nie stanie.


Zdania nie zmieniam, humorów nie miewam,

Pomysłów mam wiele i nigdy nie zwodzę,

Spraw nigdy nie gmatwam, nie komplikuję,

Wszystko załatwiam, pomagam, nie szkodzę.


Zabiorę Cie w góry, zabiorę nad morze,

Gdzie plaża szeroka, gdzie ludzie są piękni,

Pomogę odpocząć, ugoszczę w luksusie,

Gdzie życie się kręci, gdzie krew w żyłach tętni.

 

Podobno, tak mówią, że przyjaciela

W biedzie spotykasz i tam go poznajesz,

A ja Ci mówię, gdy ze mną się trzymasz,

Bieda Ci obca i jej nie zaznajesz.


Wszystkiego dobrego, niech Ci się wiedzie,

Trzymaj się ciepło, życzę Ci zdrówka,

Niech wiatr z sił całych wieje w Twe żagle,

Pozdrawiam serdecznie,

Twoja Gotówka.

 

Etnologia jest dyscypliną

Irena Kabat
Organizatorka zjazdu napisała do nas w mailu:

100 lat etnologii na uniwersytecie w Poznaniu celebrowaliśmy w dniach 8-14 kwietnia 2019 roku. Program obejmował ogólnopolską konferencję naukową, wystawę fotograficzną w przestrzeni miasta, zajęcia dla licealistów, debatę wokół transformacji roku 1989, wieczór projekcji filmów z naszego archiwum oraz Zjazd Absolwentek i Absolwentów Studiów Etnologicznych. Na tę okazję powstały jubileuszowe gadżety, specjalne wydawnictwo, a także wystawy “Nasi w mediach” oraz “Pozdrowienia z terenu”. Świąteczny tydzień wypełniała muzyka: od Szamotulan i ich wieloosobowego wesela, poprzez muzykę dudziarską,  jazzowe standardy po specjalny, multimedialny koncert Kapeli ze Wsi Warszawa. Staraliśmy się bardzo, by było godnie, różnorodnie, radośnie i głośno. Mamy szczerą nadzieję, że udało nam się pogodzić powagę z zabawą, a wszystkim uczestnikom wydarzeń zapewnić wspaniałe przeżycia. Dziękujemy, że byliście z nami!

Zdjęcia: absolwentka Etnologii UAM , Zosia Kędziora https://drive.google.com/drive/folders/1WkZwb2Qh8xrU58M27eUL3_NWZ37hh8qR?usp=sharing

Film: http://etnologia.amu.edu.pl/studenci/czym-jest-dla-ciebie-etnologia-film-przygotowany-z-okazji-100-lecia-etnologii-uam/


Było miło i wesoło, ale było też poważnie, bo etnologia jako dyscyplina znika właśnie z krajobrazu nauki polskiej wskutek decyzji ustawodawcy. Ustawa 0.2, produkt biura ministra Gowina (PiS), zakłada wpakowanie wszystkich nierentownych a obdarzonych potencjałem buntu nauk humanistycznych, jak religioznawstwo czy etnologia, do wspólnego worka, nazwanego “nauka o kulturze”.  Spowoduje to zlikwidowanie, a co najmniej, jak się słyszało w wystąpieniach, zamazanie profilu tej nauki. I to akurat w czasach, gdy rola antropologii kulturowej i socjologii etnologicznej wzrosła tak niepomiernie, iż uważa się ją za kluczową dyscyplinę w procesie integracji społecznej i międzykulturowej.

Przedstawiam Czytelnikom aktualnie się rozgrywający i w opinii publicznej niemal nie zauważany protest etnologów, który, zgodnie z zasadami political corectness, jest napisany tak, żeby nie szarpać i nie złościć ponad miarę. Zapewniam jednak, że to co słychać było z trybuny i w kuluarach Piątego Zjazdu Etnologów Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (13-14 kwietnia 2019) było ostre, bezpardonowe i budziło szacunek. Gdy się zobaczy ten protest w proeuropejskim kontekście politycznym, okazuje się, że tytułowe hasło to takie współczesne Ah! Ça ira.

To my – na stulecie.

Marcin Skupiński
Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej na Uniwersytecie Warszawskim
Zdjęcie pod tekstem:
Tomasz Białecki
II rok studiów, Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

Kilka słów o proteście…/A few words about the protest…

Etnologia, albo Antropologia Społeczno-Kulturowa (dawniej zwana w Polsce również Etnografią), to naukowe, empiryczne studia ludzkiego zróżnicowania społecznego i kulturowego. Jako odrębna dyscyplina naukowa wykształciła się pod koniec wieku XIX i na początku XX, przy znacznym udziale polskich naukowców takich jak Maria Antonina Czaplicka czy Bronisław Malinowski. Niestety w czasach PRL-u antropologia została uznana za „burżuazyjną naukę”. Pozostawiono jedynie etnologię, zmarginalizowaną jednak jako naukę pomocniczą historii. Nawet w tym trudnym czasie polskie etnografki kontynuowały studia społeczności ludzkich, tworząc interesujące teorie w oparciu o francuski strukturalizm czy rosyjską semiotykę. Transformacja ustrojowa oznaczała dla polskiej etnologii nowe wyzwania: jak powrócić do globalnej sieci wymiany naukowej? Jak zacząć dialog z badaczami z „Zachodu” na równych zasadach? A przy tym wszystkim nie stracić z pola widzenia zachodzących na bieżąco ogromnych zmian społecznych i kulturowych? Ostatnie trzy pokolenia polskich etnografek i etnografów włożyły ogromny wysiłek w podniesienie poziomu tej dyscypliny w kraju i za granicą. Odnieśli sukces. Dziś polska Etnologia jest rozpoznawalna na całym świecie a w centralnej Europie stanowi jeden z głównych ośrodków nauk etnologicznych i antropologicznych. Najlepszym dowodem niech będzie tegoroczny Kongres International Union of Anthropological and Ethnological Sciences, który odbędzie się w Poznaniu.

Niestety cała ta praca polskich etnolożek i etnologów może pójść na marne za sprawą jednego rozporządzenia ministra*. Etnologia nie jest już rozpoznawalna w Polsce jako oddzielna dyscyplina naukowa. Zostanie włączona do dość rozmytej kategorii „nauk o kulturze i religii” – kategorii, która nie funkcjonuje w żadnym kraju poza Polską. Wraz z tym ruchem, z trudem odzyskana autonomia etnologii/antropologii kulturowej w polskim systemie akademickim zostanie dalej ograniczona a sama dyscyplina – wraz z kulturoznawstwem – zepchnięta do najniższej kategorii uniwersyteckiej „kosztochłonności”. Proces ten zagraża kontynuowaniu w przyszłości przez polskich badaczy długotrwałych badań terenowych – stanowiących od ponad stulecia o specyfice dyscypliny.

Idąc w ślad listów protestacyjnych jakie z całego świata napłynęły do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, oraz studentów/ek i wykładowców/czyń z Poznańskiego Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej, którzy swoją symboliczną akcją zaczęli protest, sprzeciwiamy się stanowczo wymazaniu etnologii i antropologii z polskiej nauki. Jesteśmy studentami/tkami, wykładowcami/czyniami i absolwentkami/ami. Studiujemy, pracujemy i wykładamy w różnych miastach: Poznaniu, Warszawie, Krakowie, Łodzi, Cieszynie, Wrocławiu, Toruniu czy Gdańsku. Protestujemy jednak teraz solidarnie, by powiedzieć NIE wykreślaniu i marginalizacji studiów nad człowiekiem w polskiej nauce!

Zachęcamy wszystkie adeptki i adeptów etnologii i antropologii kulturowej, oraz wszystkie osoby którym na sercu leży dobro polskiego dorobku naukowego do poparcia naszej walki o utrzymanie dyscypliny. Szczegółowe informacje odnośnie akcji protestacyjnych w konkretnych miastach będą pojawiały się na tej stronie – https://www.facebook.com/Og%C3%B3lnopolski-Protest-Etnologii-2290095344591377/

Zapraszamy do jej uważnego śledzenia!


* Chodzi o tzw. ustawę 2.0 o nauce i szkolnictwie wyższym Jarosława Gowina z lipca 2018 roku.

Barataria 113 Paul Emile Machault i…

Kochani, ten wpis jest zasłonką, a czego i dlaczego dowiecie się później. Trzeba tylko cierpliwie doczytać do końca.

Ewa Maria Slaska

Rembrandt i Don Kichot

Tak było. Spotkałam ich obu w Krakowie na wystawie EUROPEUM w starym spichrzu (klasztornym?) Jej motyw przewodni czyli tzw. idea pozostaje nawet po dokładnym zwiedzeniu spichlerza całkowicie niepojęty. No ale był Rembrandt, Pejzaż z miłosiernym Samarytaninem (jedyny Rembrandt w Polsce, którego zresztą już parę lat temu widziałam w Muzeum Narodowym w Szczecinie, a i pejzaż też jedyny – tym razem w dorobku malarza) i był Don Kichot, rzeźba Paula Emile Machault (Francja, 1800 – 1866).

Fajna rzeźba, Don Kichot “jak żywy”. Co go jednak łączy z Rembrandtem?

Sprawdzam i wiem.

Ośrodek Kultury Europejskiej – EUROPEUM

Muzeum Narodowe w Krakowie prezentuje własny zbiór sztuki zachodnioeuropejskiej w XVII-wiecznym Spichlerzu, znajdującym się przy klasztorze oo. Kapucynów.

Ekspozycja w Spichlerzu ukazuje siedem wieków historii sztuki europejskiej na przykładzie ponad 100 obrazów i rzeźb. Zbiory te, gromadzone od założenia muzeum w roku 1879 (głównie jako dary), początkowo nie były objęte jakąś szczególną polityką kolekcjonerską, ponieważ muzeum skupiało uwagę przede wszystkim na dziełach sztuki rodzimej. Sytuacja zmieniła się po wojnie, gdy muzeum nabyło wybitne dzieła malarstwa i rzeźby zachodnioeuropejskiej.

Do 2010 roku zbiory sztuki europejskiej MNK prezentowane były razem z kolekcją Czartoryskich. To sprawiło, że Dyrekcja MNK postanowiła utworzyć samodzielną ekspozycję sztuki europejskiej w budynku Spichlerza.

Ośrodek Kultury Europejskiej EUROPEUM pełni też funkcje edukacyjne i jest jedynym w kraju centrum informacji o zbiorach malarstwa zachodnioeuropejskiego w Polsce. W XXI wieku ma uświadamiać publiczności trwającą od wielu stuleci przynależność do Europy naszej kultury i wielu dziedzin sztuki. EUROPEUM będzie gościć wystawy, imprezy, koncerty, wykłady dotyczące szeroko rozumianej kultury europejskiej.

A za zasłonką

Ryszard Dąbrowski

Hallo,
z okazji początku wiosny, jednego z trzech najważniejszych świąt w szamanizmie, składamy Wam serdeczne życzenia słonecznego słońca, deszczowych deszczy (ale tylko w nocy), obfitych zbiorów i plonów, licznych uśmiechów, dobrego samopoczucia pomyślności oraz ZDROWIA, gdyż „… ile cię trzeba cenić, ten się tylko dowie, kto cię stracił…”.
Jestem w rozterce jakie „pocztówki” dołączyć do tych życzeń lub na jakim i czego odwrocie je zamieścić. Żyjemy teraz w czasach poprawności politycznej, moralnej oraz obyczajowej i każdy nieostrożny krok, zdanie, wypowiedź może się skończyć zerwaniem przyjaźni lub znajomości, co już dwa razy mi się ostatnio przytrafiło. I to mnie! Osobie, która całe swoje świadome istnienie „walczyła” o życie bez cenzury, o prawo czytania, pisania, oglądania oraz wypowiedzi słownej i artystycznej bez jakichkolwiek tabu. Często, zarówno w Polsce jak i w Niemczech spotykałem się z tego powodu z porażkami oraz represjami.
Teraz, poprzez nowe ustawodawstwo, powoli zaciska się pętla cenzury wokół internetu i w niezadługiej przyszłości, o tym co tam będzie mogło być publikowane, przeczytane oraz obejrzane, będą decydować filtry algorytmiczne, „logarytmiczne”, „całkowe” oraz „różniczkowe”. Już teraz przybiera to niekiedy komiczne rezultaty.
Szamańskie święto wiosny, kiedy przyroda budzi się do życia a wszystkie organizmy zwiększają swoją aktywność, obchodzone jest w katolicyzmie jako Święta Wielkanocne i w ikonografii symbolizuje je pisanka, baranek oraz zając.
To pierwsze jest alegorią życia, jego zalążka i narodzin; to drugie zwierzęciem ofiarnym; a trzecie obrazuje płodność.
Doszedłem do wniosku, iż najadekwatniejszym przedmiotem łączącym wszystkie te trzy stworzonka boże powinno być jakieś dzieło sztuki. Najbardziej do tego się nadającym, wydał mi się obraz „Pochodzenie świata” (L’Origine du monde) Gustava Courberta (1819–1877) z 1866 roku znajdujący się w Musée d´Orsay w Paryżu – pocztówka „01”.
Uwaga! po obejrzeniu tego, co w linku, wrócić strzałką w lewym górnym rogu z powrotem do tekstu – bo nadal są sprawy ważne i ciekawe
 
Ten naturalistycznie namalowany anatomiczny fragment ciała kobiety, umiejscowiony w środku obrazu, kontrastuje poprzez jasną karnację skóry z brązowym tłem i dobitnie uzmysławia widzowi, skąd się wzięła cała ludzkość, a pośrednio także i to dzieło oraz wszystko co nas otacza.
Jest to również abstrakcyjne zaproszenie do aktu seksualnego, filozoficzna refleksja oraz kapłański pokłon w kierunku kobiety, a także jakże ważnego obszaru naszego życia.
Ale… czyż ten srom nie mruga zalotnie w naszą stronę?
Obraz ten powstał na zamówienie tureckiego dyplomaty, znawcy i kolekcjonera sztuki, Hali Şerif Paşa. Świadkowie epoki oraz uczeni w sztuce spierają się do dzisiaj, która z kochanek ich obojga została tutaj tak realistycznie przedstawiona oraz twierdzą, iż jest to tylko fragment większej kompozycji, której „obcięta” została głowa.
(Ciekawym polecam prześledzenie w internecie dalszych dziejów tego dzieła sztuki; kilkakrotne zmiany właściciela, przechowywany w schowku za zasłoną obrazu ze śnieżnym „landszaftem” z kościołem, okupację niemiecką przetrwał w sejfie w Budapeszcie, skonfiskowany przez Rosjan, sprzedany na czarnym rynku jego prawnemu właścicielowi, przeszmuglowany w 1946 roku do Paryża, po wędrówce przez USA i kilka rąk, w 1995 trafił do paryskiego muzeum.)
Obraz Courberta fascynował i inspirował także Marcela Duchampa, Balthasara Burkharda, Jaquesa Tardi, Tatjanę Ostojić, Liv Strömquisto oraz wielu, wielu innych.
Powstała też parafraza tej słynnej „ikony”; w setną rocznicę wybuchu pierwszej wojny światowej, artystka Orlan (Mireille Suzanne Francette Porte) namalowała z podobnej perspektywy męski akt z fallusem pod tytułem „Pochodzenie wojny” (“L’origine de la guerre”).
Aktualnie w dobie poprawności moralnej, można znaleźć w internecie wersje jakie przedstawia np. pocztówka „02”.
Rok temu, 15 marca 2018, przed sądem cywilnym w Paryżu zakończył się trwający 7 lat proces francuskiego nauczyciela Frédérica Durand-Baïssa, który wygrał przeciwko „fejsbukowi” za ocenzurowanie i zdeaktywizowanie jego konta po opublikowaniu na nim obrazu „Pochodzenie świata”. Sąd uznał winnym giganta mediów społecznościowych, iż uczynił to bez uzasadnionego okresu wypowiedzenia i podania przyczyn. Oddalił jednak roszczenia finansowe nauczyciela oraz żądanie 20 tysięcy Euro odszkodowania.
P.S. Tradycjonalistom przesyłam także tradycyjny filmik „03” o tym jak w Niemczech produkuje się pisanki. Otrzymałem go od „starego”, wiekiem i stażem znajomości, bliskiego kolegi z Monachium.
P.S. 2. W Niemczech, już w piątek, dniem wolnym od pracy, rozpoczęła się czterodniowa obżarcza orgia świąteczna. I o to chodzi „weihnachten-bis”; żadnego zastanowienia, refleksji – rachunek sumienia zostawiając ateistom.

 

Słowo na niedzielę wielkanocną

Kurt Marti

Historia, Wielkanoc

1.

Gdyby Bóg kierował tym
co potocznie
nazywa się historią,
to byłby On tym,
którego potocznie
nazywa się sadystą,
brodzącym przez potoki krwi
od zbrodni
do zbrodni.

2.

A dzisiaj?
Oświecenie poniosło porażkę.
Socjalizm bezradny.
Kościoły skorumpowane.
Czyżby człowiek stał się rakiem Ziemi?
Historia połyka naturę.
Głód postępuje.
Rozwój zbrojeń darowuje nam high-tech.
I nawet krew nie musi płynąć w tej wojnie:
Promienie laserowe karbonizują z szybkością światła
krajobrazy, miasta, ludzi,
spalają bez płomieni,
w ułamku sekundy
wszystko czarne
wszystko zwęglone.

3.

Obojętnie jaki Bóg,
obojętnie jaka by to była historia,
przenigdy nie spełnia się Jego wola
w wyścigu z całkowitym zniszczeniem.
Stwierdzam to, ach tak,
bez dowodu,
stary człowiek z pustymi rękami,
raz wściekły
to znów pełen nadziei,
ciągle pytając:
Wielkanoc,
czy to nie była Wielkanoc?

4.

Jednak nie Dżingis Chan,
nie Napoleon,
ani Gulbenkian, czy Krupp
wstali z martwych.
Pewnemu galilejskiemu prowincjuszowi jednakże
(jak krąży niezmordowana plotka)
miało to się zdarzyć,
jednemu,
który był tak ślepy historycznie,
a może owładnięty świętym szałem,
że kochającym i bezbronnym,
przyrzekł ziemię,
która
– od kryzysu do kryzysu
od wojny do wojny –
wydaje się trwać
w pewnych rękach
władców i bankierów,
wraz z ich spekulantami  zbrojeniowymi
i pięciogwiazdkowymi biurwami.

5.

Tak idę,
jak idę?
Myśląc, pytając:
czy nie było tam Marii z Magdali,
ostatniej pod krzyżem,
pierwszej o świtaniu,
apostoli apostolorum,
podżegaczki wiary,
serca pierwszej wspólnoty?
I idę,
krok za krokiem,
mrucząc, prosząc:
zaraź nas
twoją wytrwałością,
o ty,
wieloimienna Mario,
uczyń pewniejszymi
nasze codzienne kroki
przez prawdę,
której doświadczyłaś:
CHRYSTUS ZMARTWYCHWSTAŁ.

Przełożył i podał do publikacji Tibor Jagielski

Opowieść na sobotę wielkanocną

Teresa Rudolf

Pan Żebrak-Gentelman

Mam swojego Pana Żebraka…
Stoi w St. Pölten na rogu ulicy z laseczką
i wyprostowany, mocno już starszy pan.
Jest zadbany, choć widać, że jego ubrania robią się coraz bardziej przezroczyste
od starości i prania.
Nie ma wyciagniętej zawodowo ręki,
a zdobył moje serce od pierwszego dnia, przed trzema laty, kiedy z zażenowaniem otworzył rękę i zamknął od razu z tą małą sumą ode mnie, pokłaniając się z jakąś niepojętą godnością.
Aż zrobiło mi się głupio, że właściwie za co?
Za następnym razem ukłonił się już z daleka, kiedy zbliżyłam się,
porozmawialiśmy chwilę…
Pochodzi z Rumunii, mówi słabo po niemiecku, przyjeżdża tutaj autobusem spod Wiednia, zbiera pieniądze dla rodziny w Rumunii, gdzie wszyscy są bezrobotni,
a jeden z wnuków jest bardzo chory…
Nie pytałam dlaczego to akurat on “pracuje”
(nie umiem nazwać tego co robi naprawdę żebraniem).
Pan Żebrak informuje często mego męża, kiedy ten obok niego przechodzi,
w którą stronę akurat przed chwilą poszłam…
Mój mąż przejął bez zmrużenia oka,
już teraz “naszego Pana Żebraka” i ucina sobie z nim dłuższe męskie pogawędki…
Któregoś dnia zaczęła się nasza ogromna troska o tego dobrego znajomego,
bo nagle się nie pojawił.
Nie dawało to nam spokoju, bo niby już znajomy, a jednak na tyle obcy,
że nie ma kogo zapytać…
W głowie mieliśmy wszystkie scenariusze, łącznie z tym najgorszym.
Przeżywałam już osobistą żałobę,
pusty róg ulicy napawał mnie prawdziwym bólem serca…
Wspominałam pana gentelmana, ciepło jego oczu.
Oswoił nas tą swoją niewypowiedzianą kulturą.
Z solidarności do niego zaczęliśmy się buntować, gdy na jego miejscu klęczał młody żebrak, z wyciągniętą nachalnie ręką.
Postanowiłam i jestem konsekwetna,
że żaden klęczący lub siedzący na ziemi żebrak nie dostanie grosza, bo stracił całą swoją godność, mając siebie samego za nic.
Zwróciłam już jednemu uwagę, że musi wstać, bo naraża się na inwalidztwo,
spędzając godziny na kolanach na zimnej ziemi.
Zaklął pod nosem i zrozumialam, że to krajan, bo powinnam natychmiast
“kur…a spierd…ć”.
Od paru dni (po prawie półrocznej przerwie), pomimo pochmurnego dnia
i deszczu, w St. Pölten zaświeciło słońce:
nasz pan uśmiechnął się już z daleka,
nie chciał wziąć pieniędzy, bo “przecież od znajomych się nie bierze”.
Nie było go długo, bo wnuczkowi się pogorszyło, ale już jest lepiej,
musi więc zarobić na dalsze leczenie.
Zmusiłam go, by w imieniu wnuka przyjął
mały pieniężny wkład w leczenie.
I tak to mam znajomego z Rumunii, który ciężko zarabia na życie
bardzo eleganckim żebraniem…
Kiedy widzę, że idzie ktoś z policji, pędzę już wcześniej, by zdążył się schować w bramie,
aż przejdzie “łapanka”…


Od redakcji: Już kiedyś, wiele lat temu, na jednym z moich, naszych poprzednich blogów ukazał się wpis o takiej przyjaźni – napisała go moja mieszkająca w Kanadzie kuzynka, Małgosia. Przedrukowuję tu ten tekst w całości, bo portal blox.pl, na którym został wówczas opublikowany, właśnie przestaje istnieć i nie wiadomo, co się stanie z tym, co tam wtedy pisaliśmy.

Kanadyjka

Darryl i Muff

Darryla poznałam jakiś rok temu. Zauważyłam go głównie z powodu psa, dużego, czarnego, siwiejącego, który mu zawsze towarzyszył. I z powodu ludzi, którzy z nim gawędzili, śmiali się, obdarowywali różnymi rzeczami. Darryl jest żebrakiem i siedzi na ulicy, którą idę do autobusu po pracy. Waham się tu trochę z użyciem słowa „żebrak”, bo kojarzy mi się ono z aktywnym żebraniem, czyli proszeniem o coś. A Darryl nie żebrze, tylko sobie siedzi. Przed sobą ma czapkę, czasami kubeczek, ale nikogo nie zaczepia, o nic nie prosi (czasami „pożycza”). Myślę, że bardziej pasuje do niego określenie „kloszard”.
W centrum jest sporo takich ludzi, ale jakoś Darryl wpadł mi w oko. Przyniosłam któregoś dnia do pracy ciastka, zostały mi i idąc do autobusu dałam je Darrylowi. Pogadaliśmy chwilę i tak się zaczęło.

Foto: Kanadyjka

Darryl ma około pięćdziesiątki, jest rudy i ma fantastycznie niebieskie oczy. I jest zawsze uśmiechnięty. A pies nazywa się Muff, jest stary i nie lubi, jak go głaskać – gryzie. Nawet Darryla gryzie, podobno jego pierwszy pan się nad nim znęcał.

W związku z tym gryzieniem Darryl opowiedział mi zabawną historię, która mu się przydarzyła. Otóż od czasu do czasu Darryl chodzi do pobliskiego hotelu, żeby skorzystać z toalety. Któregoś dnia, zbliżając się do hotelu zauważył sporą grupę panów w czarnych garniturach kręcących się przed wejściem. Pokazali mu nawet gdzie ma przywiązać psa. Wracając z toalety, kiedy wysiadł z windy zauważył, że z sąsiedniej windy wysiadł nasz premier, Harper. Premier wyszedł z hotelu jednymi drzwiami, a Darryl w sekundę po nim drugimi. I wtedy, ku swojemu przerażeniu, zobaczył, że Harper z wyciągniętą ręką zmierza do przywiązanego psa, najwyraźniej z zamiarem pogłaskania go. Darryl zaczął krzyczeć i biec w kierunku psa, ale okazało się, że za późno. Premier dotknął psa, który złapał zębami za jego rękę. I w tym momencie ochroniarze wycelowali w Muffiego kilka pistoletów. Na szczęście nie strzelili, bo Darryl zdążył dobiec, wytłumaczyć premierowi, że tego psa nie wolno głaskać. Premier przeprosił, ochrona schowała pistolety. Ale co się strachu najadł to jego.

Codziennie Darryl przemierza na piechotę ok. 10 km, aby dotrzeć na swoje miejsce pod ścianą. To jest jego praca.  Jak mi zdradził, nawet się do tej pracy odpowiednio ubiera (ma zniszczone ubranie, potargane włosy, brudne ręce). „Ja, proszę pani, nie zawsze tak wyglądam. Jak wracam do domu to biorę prysznic, wkładam porządne ciuchy, czeszę się. Nie poznałaby mnie pani”.  Dla psa zresztą to siedzenie pod murem to też jest praca, którą bardzo poważnie traktuje. „Jak mi się nie chce wstać w poniedziałek rano, to Muff zwala mnie z łóżka, przynosi mi torbę, którą zawsze noszę ze sobą, i jest gotowy do wyjścia. Nigdy tak się nie zachowuje w weekendy, to jest mądry pies i wie, kiedy mamy iść do pracy.”

W zimie Darryl postanowił, że pies jest już za stary na przesiadywanie cały dzień pod ścianą i powinien „przejść na emeryturę”. Urządził nawet uroczyste pożegnanie psa pod swoją ścianą. I nie udało się. Muff odmawia zostawania w domu i nadal towarzyszy Darrylowi, który tylko rozkłada ręce i śmiejąc się mówi „z nim nie wygram”.

Z Darrylem można rozmawiać o wszystkim, o polityce, o książkach, o ludzkich obyczajach. Złościł się ostatnio na tych, jak się wyraził, „gówniarzy”, którzy okupują różne miasta (Ottawę też).  „Niech któryś z nich usiądzie tu na moim miejscu i posiedzi w każdą pogodę. A potem niech idzie do mojego zapluskwionego domu i zrobi sobie kluski z serem, bo tylko na tyle będzie go stać. Wtedy porozmawiamy.”

Darryla znają wszyscy w okolicy. Niedawno jakaś paniusia zaalarmowała policję, że Darryl znęca się nad psem. Rzeczywiście, Darryl pokrzykiwał na psa i ciągnął go na smyczy, bo pies się uparł, że nigdzie nie pójdzie i tylko krzykiem dało się go do czegoś zmusić. Na szczęście wezwanie odebrał policjant, który zna Darryla  i Muffiego i skończyło się na pokiwaniu palcem. Ta pani po prostu nie wiedziała, że Darryl prędzej sam będzie głodny niż oszczędzi na psim jedzeniu, że Muff ma u Darryla w domu osobistą kanapę do spania, że Darryl niedawno kupił psu dobrego wołowego kotleta na urodziny a sam jadł makaron z serem, że niedawno jeden z przechodniów chciał wziąć Darryla na lunch, a Darryl podziękował i poprosił go żeby mu kupił torbę jedzenia dla psa.

****

Napisałam początek tego tekstu już dawno, ale jakoś nie mogłam się zdecydować na jego opublikowanie. Teraz chyba jednak nadszedł czas, bo Darryl jest bardzo chory (chociaż ciągle siedzi pod murem), ale nie wiem jak długo to będzie trwało. Powiedział mi zresztą, że dopóki pies żyje i on będzie żył, ale jak psa zabraknie to życie straci sens.


Od adminki: gdy przygotowywałam ten wpis wczoraj czyli w Wielki Piątek, znalazłam na Facebooku jeszcze jeden tekst na temat “innych” żebraków. Kradnę go, żeby go tu opublikować:

Jacek Dehnel

Albo kiedy w pierwszy naprawdę ciepły wieczór wiosny odprowadzacie przyjaciela na autobus i przy Nowym Świecie podchodzi do was zawiany miejscowy pan pijakożebrak i mówi:
– Chciałem powiedzieć, że Wielkanocy w tym roku nie będzie. Unia Europejska skasowała. Ale będziemy mieli za to drugie Halloween. I po chwili milczenia dodaje:
– Jako przewodnik warszawski pragnę zwrócić uwagę panów na ważny element piękna Warszawy, często w oprowadzaniu pomijany – tu ręką robi teatralny ruch w górę – Księżyc!

Foto: Jacek Dehnel

Pierwsza w tym roku wiosenna pełnia księżyca czyli Wielkanoc.

Marek Szczurza Śmierć / Markus Rattenschlächter

Tibor Jagielski

punkt widzenia

centurio szczurza śmierć
pisze meldunek
o wniebowstąpieniu

auftrag ausgeführt
verbraucht
kreuze – drei
nägel – ein dutzend
essig – ein eimer
keine besondere vorkommnisse

14 IV 2017


Przypomnijmy. Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata.

W białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, posuwistym krokiem kawalerzysty, wczesnym rankiem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan pod krytą kolumnadę łączącą oba skrzydła pałacu Heroda Wielkiego wyszedł procurator Judei Poncjusz Piłat.
(…)
Na mozaikowej posadzce przy fontannie był już przygotowany tron i procurator nie spojrzawszy na nikogo zasiadł na nim i wyciągnął rękę w bok. Sekretarz z uszanowaniem złożył w jego dłoni kawałek pergaminu. Procurator, nie zdoławszy opanować bolesnego grymasu, kątem oka pobieżnie przejrzał tekst, zwrócił sekretarzowi pergamin, powiedział z trudem:
– Podsądny z Galilei?
(…)
Procuratorowi skurcz wykrzywił policzek. Powiedział cicho:
– Wprowadźcie oskarżonego.
Natychmiast dwóch legionistów wprowadziło między kolumny z ogrodowego placyku dwudziestosiedmioletniego człowieka i przywiodło go przed tron procuratora. Człowiek ów odziany był w stary, rozdarty, błękitny chiton. Na głowie miał biały zawój przewiązany wokół rzemykiem, ręce związano mu z tyłu. Pod jego lewym okiem widniał wielki siniak, w kąciku ust miał zdartą skórę i zaschłą krew. Patrzył na procuratora z lękliwą ciekawością. Tamten milczał przez chwilę, potem cicho zapytał po aramejsku:
– Więc to ty namawiałeś lud do zburzenia jeruszalaimskiej świątyni?
Procurator siedział niczym wykuty z kamienia i tylko jego wargi poruszały się ledwie zauważalnie, kiedy wymawiał te słowa. Był jak z kamienia, bał się bowiem poruszyć głową płonącą z piekielnego bólu. Człowiek ze związanymi rękami postąpił nieco ku przodowi i począł mówić:
– Człowieku dobry. Uwierz mi…
Ale procurator, nadal znieruchomiały, natychmiast przerwał mu, ani o włos nie podnosząc głosu:
– Czy to mnie nazwałeś dobrym człowiekiem? Jesteś w błędzie. Każdy w Jeruszalaim powie ci, że jestem okrutnym potworem, i to jest święta prawda. – Po czym równie beznamiętnie dodał:
– Centurion Szczurza Śmierć, do mnie!
Wszystkim się wydało, że zapada mrok, kiedy centurion pierwszej centurii Marek, zwany także Szczurzą Śmiercią, wszedł na taras i stanął przed procuratorem. Był o głowę wyższy od najwyższego żołnierza legionu i tak szeroki w barach, że przesłonił sobą niewysokie jeszcze słońce.
Procurator zwrócił się do centuriona po łacinie:
– Przestępca nazwał mnie człowiekiem dobrym. Wyprowadź go stąd na chwilę i wyjaśnij mu, jak należy się do mnie zwracać. Ale nie kalecz go.
Wszyscy prócz nieruchomego procuratora odprowadzali spojrzeniami Marka Szczurzą Śmierć, który skinął na aresztanta, każąc mu iść za sobą. Szczurzą Śmierć w ogóle zawsze wszyscy odprowadzali spojrzeniami, gdziekolwiek się pojawiał, tak niecodziennego był wzrostu, a ci, którzy widzieli go po raz pierwszy, patrzyli nań z tego także powodu, że twarz centuriona była potwornie zeszpecona – nos jego strzaskało niegdyś uderzenie germańskiej maczugi.
Ciężkie buciory Marka załomotały po mozaice, związany poszedł za nim bezgłośnie, pod kolumnadą zapanowało milczenie, słychać było gruchanie gołębi na ogrodowym placyku nie opodal balkonu, a także wodę śpiewającą w fontannie dziwaczną i miłą piosenkę.
Procurator nagle zapragnął wstać, podstawić skroń pod strugę wody i pozostać już w tej pozycji. Wiedział jednak, że i to nie przyniesie mu ulgi.
Szczurza Śmierć spod kolumnady wyprowadził aresztowanego do ogrodu, wziął bicz z rąk legionisty, który stał u stóp brązowego posągu, zamachnął się od niechcenia i uderzył aresztowanego po ramionach. Ruch centuriona był lekki i niedbały, ale związany człowiek natychmiast zwalił się na ziemię, jakby mu ktoś podciął nogi, zachłysnął się powietrzem, krew uciekła mu z twarzy, a jego oczy stały się puste.
Marek lewą ręką lekko poderwał leżącego w powietrze, jakby to był pusty worek, postawił go na nogi, powiedział przez nos, kalecząc aramejskie słowa:
– Do procuratora rzymskiego zwracać się: hegemon. Innych słów nie mówić. Stać spokojnie. Zrozumiałeś czy uderzyć?
Aresztowany zachwiał się, ale przemógł słabość, krew znów krążyła, odetchnął głęboko i ochryple powiedział:
– Zrozumiałem cię. Nie bij mnie.
Po chwili znowu stał przed procuratorem.
(…)
– Powiedz mi, czemu nieustannie mówisz o dobrych ludziach? Czy nazywasz tak wszystkich ludzi?
– Wszystkich – odpowiedział więzień. – Na świecie nie ma złych ludzi.
– Pierwszy raz spotykam się z takim poglądem – powiedział Piłat i uśmiechnął się. – Ale, być może, za mało znam życie!…  Czy wyczytałeś to w którejś z greckich ksiąg?
– Nie, sam do tego doszedłem.
– I tego nauczasz?
– Tak.
– A na przykład centurion Marek, którego nazywają Szczurzą Śmiercią, czy on także jest dobrym człowiekiem?
– Tak – odparł więzień. – Co prawda, jest to człowiek nieszczęśliwy. Od czasu, kiedy dobrzy ludzie go okaleczyli, stał się okrutny i nieczuły. Ciekawe, kto też tak go zeszpecił?
– Chętnie cię o tym poinformuję – powiedział Piłat – ponieważ byłem przy tym obecny. Dobrzy ludzie rzucili się na niego jak gończe na niedźwiedzia. Germanie wpili mu się w kark, w ręce, w nogi. Manipuł piechoty wpadł w zasadzkę i gdyby nie to, że turma jazdy, która dowodziłem, przedarła się ze skrzydła, nie miałbyś, filozofie, okazji do rozmowy ze Szczurzą Śmiercią. To było w czasie bitwy pod Idistaviso, w Dolinie Dziewic.
– Jestem pewien – zamyśliwszy się powiedział więzień – że gdyby ktoś z nim porozmawiał, zmieniłby się z pewnością.
– Sądzę – powiedział Piłat – że legat legionu nie byłby rad, gdyby ci wpadło do głowy porozmawiać z którymś z jego oficerów czy żołnierzy. Zresztą nie dojdzie do tego, na szczęście, i już ja będę pierwszym, który się o to zatroszczy.
(…)
Przez chwilę ciszę panującą na tarasie zakłócał tylko śpiew wody w fontannie. Piłat patrzył, jak nad rzygaczem fontanny wydyma się miseczka uczyniona z wody, jak odłamują się jej krawędzie i strumykami spadają w dół.
Pierwszy zaczął mówić więzień:
– Widzę, że to, o czym mówiłem z tym młodzieńcem z Kiriatu, stało się przyczyną jakiegoś nieszczęścia. Mam takie przeczucie, hegemonie, że temu młodzieńcowi stanie się coś złego, i bardzo mi go żal.
– Myślę – odpowiedział procurator z dziwnym uśmiechem – że istnieje ktoś jeszcze, nad kim mógłbyś się bardziej użalić niż nad Juda z Kiriatu, ktoś, czyj los będzie znacznie gorszy niż los Judy! …A więc Marek Szczurza Śmierć, zimny i pozbawiony skrupułów kat, i ci ludzie, którzy, jak widzę – tu procurator wskazał zmasakrowaną twarz Jeszui – bili cię za twoje proroctwa, i rozbójnicy Dismos i Gestas, którzy wraz ze swoimi kamratami zabili czterech moich żołnierzy, i ten brudny zdrajca Juda wreszcie – wszystko to są więc ludzie dobrzy?
– Tak – odpowiedział więzień.
– I nastanie królestwo prawdy?
– Nastanie, hegemonie – z przekonaniem odparł Jeszua.
– Ono nigdy nie nastanie – nieoczekiwanie zaczął krzyczeć Piłat, a krzyczał głosem tak strasznym, że Jeszua aż się cofnął. Takim głosem przed wieloma laty w Dolinie Dziewic wołał Piłat do swoich jezdnych: “Rąb ich! Rąb ich! Olbrzym Szczurza Śmierć jest otoczony!”
Jeszcze podniósł zdarty od wywrzaskiwania komend głos, wykrzykiwał słowa tak, aby usłyszano je w ogrodzie:
– Łotrze! Łotrze! Łotrze!
A potem ściszył głos i zapytał:
– Jeszua Ha–Nocri, czy wierzysz w jakichkolwiek bogów?
– Jest jeden Bóg – odpowiedział Jeszua – i w niego wierzę.
– Więc się do niego pomódl! Módl się najgoręcej, jak umiesz! A zresztą… – głos Piłata pękł nagle –nic ci to nie pomoże.
(…)
W chwilę później stanął przed procuratorem Marek Szczurza Śmierć. Procurator polecił mu przekazać więźnia komendantowi tajnej służby, a zarazem powtórzyć komendantowi polecenie procuratora, by Jeszua Ha–Nocri nie kontaktował się z innymi skazanymi, a także, by ludziom z tajnej służby wydać obwarowany surowymi karami zakaz rozmawiania o czymkolwiek z Jeszuą i udzielania odpowiedzi na jakiekolwiek jego pytania.
Marek dał znak, eskorta otoczyła Jeszuę i wyprowadziła go z tarasu.
(…)
Po czym stanął przed procuratorem urodziwy jasnobrody młodzieniec. W grzebieniu hełmu miał orle pióra, na jego piersiach połyskiwały złote pyski lwów, pochwa jego miecza okuta była złotymi blaszkami, miał sznurowane aż po kolana buty na potrójnej podeszwie, na lewe ramię narzucił purpurowy płaszcz. Był to legat, dowódca legionu.
Procurator zapytał go, gdzie się obecnie znajduje kohorta z Sebaste. Legat oznajmił, że sebastyjczycy tworzą kordon na placu przed hipodromem, tam gdzie zostanie zakomunikowany ludowi wyrok na oskarżonych. Wówczas procurator polecił legatowi wydzielić dwie centurie z rzymskiej kohorty. Jedna z nich pod dowództwem Szczurzej Śmierci będzie eskortowała skazanych, wozy ze sprzętem potrzebnym do kaźni i oprawców w drodze na Nagą Górę, a kiedy już tam przybędzie, ma się przyłączyć do kordonu ochraniającego jej szczyt.
Drugą nie zwlekając należy posłać na Nagą Górę, niech utworzy kordon już teraz.
(…)
Piechota rzymska w drugim kordonie cierpiała bardziej jeszcze niż Syryjczycy. Centurion Szczurza Śmierć pozwolił żołnierzom na to jedynie, by zdjęli hełmy i nakryli głowy białymi, zmoczonymi w wodzie chustami, żołnierze musieli jednak stać nie wypuszczając włóczni z rąk. On sam, z taką samą, nie zmoczoną jednak, lecz suchą chustą na głowie, przechadzał się nieopodal grupki oprawców nie zdjąwszy nawet z tuniki przypinanych srebrnych lwich pysków, nie odpiąwszy nagolenników, nie odpasawszy miecza ani krótkiego sztyletu. Słońce biło wprost w centuriona, nie przyczyniając mu najmniejszej krzywdy, na lwie pyski zaś nie sposób było spojrzeć – palił oczy oślepiający blask srebra, które jak gdyby kipiało na słońcu. Na pokiereszowanej twarzy Szczurzej Śmierci nie widać było ani znużenia, ani niezadowolenia i wydawało się, że olbrzymi centurion może tak chodzić przez cały dzień, przez całą noc i przez jeszcze jeden dzień, tak długo, słowem, jak długo będzie to potrzebne. Może chodzić ciągle tak samo, wsparłszy dłonie na ciężkim, nabijanym miedzianymi blachami pasie, nieodmiennie surowo spoglądając to na słupy z traconymi, to na legionistów w kordonie, nieodmiennie obojętnie odrzucając szpicem kosmatej skórzni wybielone przez czas ludzkie kości albo małe kamienie, które znalazły się na jego drodze.
(…)
…w piątej godzinie męczarni zbójców wspinał się na szczyt dowódca kohorty – wraz z ordynansem przygalopował z Jeruszalaim. Na skinienie Szczurzej Śmierci rozstąpił się łańcuch żołnierzy i centurion oddał honory trybunowi. Ten odprowadził Szczurzą Śmierć na bok i coś mu szepnął. Centurion zasalutował po raz drugi i poszedł w kierunku grupki oprawców, którzy rozsiedli się na kamieniach u podnóża słupów. (…) Szczurza Śmierć spojrzał z obrzydzeniem na brudne szmaty leżące na ziemi koło słupów, łachmany, które do niedawna stanowiły odzież przestępców, a którymi wzgardzili oprawcy, odwołał dwu oprawców i rzucił im rozkaz: – Za mną!

(…)
Procurator nie miał ochoty wchodzić do pałacu. Polecił, aby mu przygotowano posłanie pod kolumnadą. Legł na przygotowanym łożu, ale sen nie nadszedł. Nagi księżyc wisiał wysoko na czystym niebie i procurator patrzył weń przez kilka godzin.
Mniej więcej o północy sen użalił się wreszcie nad procuratorem. Ziewnąwszy spazmatycznie rozpiął i zrzucił płaszcz, zdjął przepasujący tunikę rzemień ze stalowym krótkim sztyletem w pochwie, położył go na stojącym obok łoża tronie, zdjął sandały i wyciągnął się. (…) Łoże znajdowało się w półmroku, kolumna osłaniała je przed księżycem, ale od wiodących na taras schodów do posłania ciągnęło się księżycowe pasmo. Procurator, skoro tylko stracił kontakt z otaczającą go rzeczywistością, zaraz ruszył po owej jaśniejącej ścieżce i poszedł nią ku górze, wprost w księżyc. Aż się roześmiał przez sen, uszczęśliwiony, że tak piękne i niepowtarzalne było wszystko na tej przejrzystej niebieskiej drodze (…), obok kroczył wędrowny filozof. Dyskutowali o czymś nader ważnym i niezmiernie skomplikowanym i żaden z nich nie mógł przekonać drugiego. Nie mieli żadnych wspólnych poglądów, co czyniło ich dyskusję szczególnie interesującą i sprawiało, że mogła się ona ciągnąć w nieskończoność. Dzisiejsza kaźń, oczywista, okazała się jedynie zwykłym nieporozumieniem; filozof, który wymyślił coś tak niepomiernie niedorzecznego jak to, że wszyscy ludzie są dobrzy, szedł tuż obok, a zatem żył. Wolnego czasu mieli, ile dusza zapragnie, a burza miała nadciągnąć dopiero pod wieczór, tchórzostwo natomiast należy bez wątpienia do najstraszliwszych ułomności człowieka. Dowodził tego Jeszua Ha–Nocri.
– O, nie, mój filozofie, nie zgodzę się z tobą – tchórzostwo nie jest jedną z najstraszliwszych ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą!
– Oto, na przykład, nie stchórzyłeś, obecny procuratorze prowincji Judea, a ówczesny trybunie legionu wtedy, tam, w Dolinie Dziewic, kiedy tak niewiele brakowało, żeby rozwścieczeni Germanie zagryźli olbrzyma Szczurzą Śmierć?
– Ale zechciej mi
wybaczyć, filozofie! Czyżbyś ty, tak rozumny, mógł przypuścić, że z powodu człowieka, który popełnił przestępstwo przeciw cezarowi, procurator Judei zaprzepaści swoją karierę?
– Tak, tak… – jęczał i szlochał przez sen Piłat.
– Teraz zawsze będziemy razem – mówił doń we śnie obdarty filozof–włóczęga, który, nie wiedzieć w jaki sposób, stanął na drodze Jeźdźca Złotej Włóczni – gdzie jeden, tam i drugi! Kiedy wspomną mnie, równocześnie wspomną ciebie! Mnie, podrzutka, syna nieznanych rodziców, i ciebie, syna króla–astronoma i młynarzówny, pięknej Pilli.
– Tak, zechciej o mnie pamiętać, wspomnij o mnie, o synu astronoma – prosił we śnie Piłat. I spostrzegłszy we śnie skinienie idącego obok niego nędzarza z En Sarid, skinienie, które było zapewnieniem, surowy procurator Judei z radości śmiał się i płakał przez sen.
Wszystko to było bardzo piękne, ale tym żałośniejsze było przebudzenie hegemona. Pies zawył do księżyca i urwała się przed procuratorem śliska, jak gdyby wymoszczona oliwą błękitna droga. Otworzył oczy, a jego zbolałe źrenice zaczęły szukać księżyca i spostrzegł, że księżyc odpłynął nieco na bok i stał się srebrzystszy. Blask miesiąca silniejszy był niż nieprzyjemne, niespokojne światło igrające na tarasie tuż przed oczyma.
W dłoniach centuriona Szczurzej Śmierci pełgała i kopciła pochodnia. (…) Osłaniając się dłonią przed płomieniem, procurator ciągnął:
– I w nocy, i przy księżycu nie zaznam spokoju!… O, bogowie!… Ty, Marku, także masz podła służbę, żołnierzy czynisz kalekami…
Marek patrzył na procuratora z nieopisanym zdumieniem i procurator opamiętał się. Aby zatrzeć wrażenie niepotrzebnych słów, słów, które wypowiedział budząc się, procurator rzekł:
– Nie gniewaj się, centurionie. Moja rola, powtarzam, jest jeszcze gorsza. Czego chcesz?
– Przyszedł komendant tajnej służby – spokojnie zakomunikował Marek.
– Proś, proś – powiedział procurator (…).
Afraniusz wyjął spod chlamidy sakiewkę, zapieczętowaną dwoma pieczęciami, całą w zakrzepłej krwi.
– Ten oto woreczek z pieniędzmi mordercy podrzucili w domu arcykapłana. Krew na tym woreczku – to krew Judy z Kiriatu.
– Ciekawe, ile tam jest? – pochylając się nad sakiewką zapytał Piłat.
– Trzydzieści tetradrachm.
Procurator uśmiechnął się i powiedział:
– Nie jest to wiele.

Hat Jesus die Kreuzigung überlebt? Czy Jezus przeżył ukrzyżowanie?

Reblog                                                                                                            Tekst po polsku poniżej

Rudolf Neumaier

Hat Jesus die Kreuzigung überlebt?

Ja, behauptet Johannes Fried in seinem Buch “Kein Tod auf Golgatha”. Mehr noch: Jesus ist entkommen. Wahrscheinlich als Gärtner.Schlummern in einer Essig-Narkose? “Der tote Christus”, gemalt von Philippe de Champaigne im Jahr 1674. (Foto: Erich Lessing/akg-images)

Wenn man die Bibel mit den Augen eines Unfallchirurgen betrachtet, liest sie sich gleich anders. Der Patient hängt an einem Kreuz, er hat gebrochene Rippen und innere Verletzungen. Ein Gemisch aus Blut und Wundwasser sammelt sich im Brustkorb. Die Lunge bekommt die verbrauchte Luft mit eigener Kraft kaum noch aus dem Körper. Der Erstickungstod droht. Doch vorher fällt der Patient in Ohnmacht. Heute würde man ihm einen Intubationsschlauch in die Luftröhre rammen, in jener Zeit ist die Medizintechnik noch nicht so weit. Doch der Mann am Kreuz hat Glück. Ein römischer Soldat sticht ihm den Speer zwischen die Rippen, ein Gemisch aus Blut und Wasser entweicht der Brust. Der Patient überlebt. Er heißt Jesus von Nazareth.

Sucht man nach Büchern mit dem Titel “Jesus lebt”, bekommt man allein bei der Suchmaschine der Bayerischen Staatsbibliothek 31 Treffer. Johannes Fried hat sich für einen etwas sperrigeren Titel entschieden: “Kein Tod auf Golgatha” (Verlag C.H. Beck, 189 Seiten, 19,95 Euro), das klingt nach brisanter Enthüllung. Fried, 76, ist, so der Untertitel, “Auf der Suche nach dem überlebenden Jesus” – als Wissenschaftler, nicht als Glaubenspilger. Über Jahrzehnte hinweg hat dieser Mittelalterhistoriker die europäische Geschichtswissenschaft geprägt. Dass er nun seine angestammte Disziplin stehen lässt und sich auf eine Exkursion in die Bibelexegese, die antike Philologie und sogar in die Medizin begibt, ist kühn. Wer sich mit Jesu Tod beschäftigt, nähert sich unweigerlich dem Feld von Verschwörungstheoretikern und Ufo-Experten. Vor ein paar hundert Jahren wäre man für solche Traktate verbannt, verbrannt oder zumindest exkommuniziert worden. “Die Suche nach Wahrheit”, raunt Fried im Vorwort, “ist immer gefährlich.” Ob ein renommierter Verlag wie C.H. Beck für dieses Buchprojekt den gleichen Mut aufgebracht hätte, wenn dieser Autor ein Nobody wäre?

Der Lanzenstich des römischen Soldaten könnte wie eine Pleurapunktion gewirkt haben

Johannes Fried geht von einer Studie aus, die ihm eher zufällig in die Hände fiel und sich mit dem Gekreuzigten auseinandersetzte: “Die Auferstehung Christi aus medizinischer Sicht”, erschienen vor fünf Jahren im Fachorgan Biologie in unserer Zeit mit einem Umfang von kaum fünf Seiten. In der Zusammenfassung des Beitrages heißt es: “Der Lanzenstich des römischen Soldaten wirkte möglicherweise wie eine erfolgreiche Pleurapunktion und rettete Jesus das Leben.” Sogleich machte sich Fried bei einem Pathophysiologen und einem Molekularbiologen kundig. Neutestamentler aus der theologischen Fakultät fragte er offenbar nicht.

Aus der katholischen Wissenschaft ist nun schon erster Widerspruch zu Frieds Jesus-Buch eingelegt worden. Thomas Söding, Ordinarius für Neues Testament in Bochum, meldete erhebliche Zweifel an Frieds Kompetenz an und bezeichnete seine Ausführungen in einem Gespräch mit der Katholischen Nachrichtenagentur als “Nonsens” sowie als “luftige Konstruktion, die keiner wissenschaftlichen Prüfung standhält”.

Mit solchen Reaktionen muss Fried gerechnet haben. Er räumt selber ein, dass er sich auf Glatteis begebe. Seine Geschichte ist schnell zusammengefasst: Jesus, der den zelotischen Untergrundkämpfern gegen die römischen Besatzer nahesteht, überlebt die Kreuzigung durch den lebensrettenden Stich des römischen Kriegsknechtes. Dass die Soldaten ihn für tot gehalten haben, liegt für ihn auf der Hand. Schließlich hatten sie ihm der Bibel zufolge Essig verabreicht, als er dürstete. Essig wiederum könne eine flache Atmung in Gang halten und die Hyperkapnie zähmen – beim Fachausdruck für den Kohlendioxid-Anstieg in der Lunge könnte der Pathophysiologe konsultiert worden sein. Freunde betten ihn ins Grab. In der folgenden Nacht wacht Jesus aus der Essig-Narkose auf. Männer in weißen Gewändern, wahrscheinlich Essener, holen ihn ab und päppeln ihn auf. Diese Männer gehen dann als Engel in die Bibel ein. Am Morgen danach ist das Grab leer. Jesus sieht zu, dass er nicht erkannt wird. “Wie alle Mitwisser seines Überlebens”, schreibt Fried,muss er sich vor der römischen Besatzungsmacht und den jüdischen Gegnern schützen. Er entkommt. Wahrscheinlich als Gärtner.

Das Joch der römischen Besatzer ist hart. Das Befreierwesen hat Konjunktur, hier ein Messias, dort ein Messias – und alle verkünden Rettung. Da kommen Jesu Anhänger auf eine Idee: Mit einer Geschichte, wie er sie zu bieten hat, kann kein anderer Messias aufwarten: mit dem Überleben des Todes – mit der Auferstehung aus dem Grab. Diese übernatürliche Deutung, die Jahre später bei den ersten Christenverfolgungen zum Tragen kommt, macht aus der Bewegung eine Religion. “Dieser Glaube gewann zuletzt die Oberhand über die Realität.”

Johannes Fried unterfüttert seine Indizien für Jesu Überleben mit Lakonie: “Auch Rippenbrüche heilen”, stellt er fest, und “atmen kann man mit einem Lungenflügel”. Am Ende starb Jesus “irgendwann und irgendwo in der Fremde”. Bisweilen streut Fried ein, bei seinen Überlegungen handle es sich um ein rein hypothetisches “Indizienensemble”. Damit die Geschichte in Fahrt kommt, verwendet er aber doch lieber das Indikativ. An dem im Johannes-Evangelium geschilderten Pleuraerguss “führt kein Weg vorbei”. Johannes hält er für den zuverlässigsten der vier Evangelisten, deswegen stützt er sich auf ihn. Ein wackliges Fundament. Für die Theologen gelten gerade die anderen drei Evangelien als die besseren historischen Quellen. Für Thomas Söding etwa ist es “völlig unvorstellbar”, wie Jesus Folter und Kreuzigung überlebt haben könnte.

Was man jetzt glauben soll? Alles. Oder nichts. Denn alles bleibt offen und nichts ist sicher. Das war schon immer so mit dem Glauben.


Artykuł po niemiecku został napisany przez dziennikarza poważnej gazety i jest napisany składnie – w oparciu o badania naukowca cytowanego z imienia i nazwiska autor opisuje powrót do życia osoby skazanej na karę śmierci przez ukrzyżowanie.  Polski artykuł jak znalazłam na ten temat jest znacznie gorszy, miesza tezy, zaczyna myśli i ich nie kończy, opiera się na niepotwierdzonych przypuszczeniach, których, jak się okazuje na końcu tekstu, wcale nie zamierzał potwierdzać.

Hipoteza, że Jezus nie umarł na krzyżu
ze strony archiwum tajemnic

Jezus z Nazaretu zwany Synem Bożym według przekazu biblijnego zbawił ludzkość za cenę własnego życia. Na całym świecie Chrystus znany jest jako założyciel i główna postać chrześcijaństwa. W ostatnim czasie pojawiły się teorie badaczy, którzy uważają, że Jezus nie umarł na krzyżu.

O tym, że Jezus istniał naprawdę, wiemy z wielu źródeł pisemnych, dzieł sztuki czy legend. Historycy w większości zgadzają się, że Jezus naprawdę istniał. Spory odnośnie życia Jezusa pojawiają się jeśli chodzi o jego działalność. Według Biblii Chrystus czynił cuda z woli Bożej. Dzięki swojej nadzwyczajnej mocy potrafił uzdrawiać chorych, rozmnażać jedzenie czy wskrzeszać zmarłych.

Wszystkie ewangelie są zgodne co do tego, że Jezus został zabity na krzyżu w Jerozolimie w Święto Paschy. Do egzekucji doszło na podstawie rozkazu rzymskiego namiestnika Poncjusza Piłata. Według przekazu zawartego w Piśmie Świętym taką decyzje wymusili na nim Żydzi, którzy wyśmiewali się z Jezusa i z tego, że jest on zapowiedzianym Mesjaszem.

W książce Jezus nie umarł na krzyżu czeski pisarz Piotr Vokacz pisze: W gruncie rzeczy ukrzyżowanie nie miało na celu zamordowanie Jezusa, ale torturowanie przed śmiercią. Rozpostarte ramiona ukrzyżowanego przybite były do belki, a nogi opierały się o mniejszy kawałek belki. Waga wiszącego ciała utrudniała oddychanie. Ukrzyżowany musiał cały czas unosić ciało do góry, aby zmniejszyć napięcie w klatce piersiowej.
W końcu nadszedł moment wyczerpania i to był początek końca. Umarł w wyniku uduszenia. Męczarnie te mogły trwać nawet kilka dni.
Jednak Chrystus nie cierpiał tak długo, jakby się można tego spodziewać. Od przybicia Jezusa do krzyża do momentu jego śmierci upływa od 3 do 6 godzin – tak sugeruje przekaz biblijny. Naukowcy uważają, że śmierć w wyniku ukrzyżowania nie może mieć miejsca w tak krótkim czasie. Normalny człowiek potrzebowałby co najmniej 24 godzin, by skonać na krzyżu. W przeszłości zdarzało się, że w podobny sposób ludzie umierali na krzyżu nawet 10 dni, tak twierdzi Amerykańska Organizacja Mayo Clinic.

Hipoteza badaczy, że Jezus mógł przeżyć swoje ukrzyżowanie, wzbudza wielkie oburzenie. Jak tłumaczą naukowcy przemawia za tym kilka faktów. Ostatecznym potwierdzeniem śmierci Jezusa ma być przebicie jego boku włócznią przez setnika rzymskiego Longina. Czyn ten zakończył życie Chrystusa. Z rany po przebiciu wypłynęła z boku krew i woda. Według lekarzy woda mogła być wydzieliną z jamy brzusznej. Znaczyło by to, że rana zadana przez Longina była jedynie powierzchowna i mogła tym samym być bezpośrednią przyczyną śmierci Jezusa. Według nich Jezus mógł w tym czasie jeszcze żyć, i tylko wydawał się martwy.

Spekuluje się, że całe ukrzyżowanie mogło być wyreżyserowaną inscenizacją przeprowadzoną przez spiskowców z otoczenia Jezusa. Wszystko dokonane było w tajnej współpracy z jego zwolennikami, którzy uczestniczyli w szeregach wroga. Na korzyść tej hipotezy przemawia kilka różnic w stosunku do innych przypadków ukrzyżowań. Na przykład nie połamano Jezusowi nóg na krzyżu. Była to zazwyczaj rutynowa procedura podczas ukrzyżowań. Złamanie nóg miało na celu uniemożliwienie skazańcowi podnoszenia się w celu zebrania powietrza, co powodowało zator płucny i w konsekwencji uduszenie.

Kolejna teoria jest związana z postacią Józefa z Arymatei, który był członkiem Sanhendrynu instytucji sądowniczej, która skazała Jezusa na śmierć. Dennis Price autor książki Zagubione lata Jezusa pisze, że Józef był ukrytym uczniem Jezusa. Autor pisze: Józef z Arymatei, który był uczniem Jezusa, ale ukrywał się z tym przed Żydami, prosił Piłata o jego ciało. Piłat kazał mu wydać ciało Jezusa. Oczywiste było to, że oficjalnym uczniom Jezusa nie wydano by jego ciała. Podejrzewano by, że snują plany, jak wyreżyserować zmartwychwstanie. Józef z Arymatei nie był w gronie podejrzanych. Następnie ciało Jezusa przetransportowano do zupełnie nowego grobowca, który wybudował Józef z Arymatei. Badaczom udało się stwierdzić, że Józef nie miał żadnej rodziny. Zastanawiające jest to dlaczego inwestował w grób. Według innego pisarza Vladimira Liszki: Grób, do którego złożono ciało Jezusa, był wybudowany celowo. Była to skrytka, gdzie miał się dokonać największy cud w historii – zmartwychwstanie. Prawo żydowskie zakazywało wierzącym kontaktu z ciałem zmarłego w przeddzień Paschy, jednak niektórzy nie zważali na ten zakaz. Jest to bardzo zastanawiające i według Liszki sugeruje to, że Jezus wcale nie był martwy.

W Koranie czytamy: Uwierzyliśmy, że zabito Jezusa Mesjasza, Syna Marii, posłańca Bożego. Jednak oni go nie zabili, ani nie ukrzyżowali, tylko im się wydawało. 

Ciężko uwierzyć w te wszystkie hipotezy, które mają na celu zasianie ziarna wątpliwości. Przed narodzeniem Jezusa było wielu samozwańców, którzy uważali siebie za przepowiedzianego Mesjasza. Ich imiona jednak zostały zapomniane. Na świecie nawraca się miliony osób, które głoszą swoje świadectwa, że ukazał im się Jezus Chrystus. Podczas śmierci klinicznych wiele osób uważa, że “po drugiej stronie” spotkały Chrystusa. Warto dodać, że Chrystus nie jest zwykłą postacią historyczną, od jego narodzin liczy się nową erę. Okres taki może zapoczątkować jedynie przez przełomowe wydarzenie w dziejach. Czy zwykły człowiek mógłby zwieść niemal cały świat? Wiadomo, że książki odnośnie tajemnego życia Jezusa zawsze wzbudzają zainteresowanie. Niestety przekaz zawarty w owych książkach nie ukazuje żadnej prawdy, a ich autorom zależy jedynie na wzbudzeniu jak największej taniej sensacji i dużym zarobku.