Notatnik niespiesznego cyklisty (2)

Mal Content

czyli
Z dziennika tetryka

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Jadę i myślę: „Ciekawe, kiedy znów trafi się coś godnego Dziennika tetryka?”

Wykrakałem. Polanka. I uroczy ensemble: wejdzie taki łowczy na ambonę, spojrzy na kwitnące drzewko, może się nawet rozrzewni jego pięknem, zapewne wyprodukuje refleksję, że oto kolejną wiosnę los pozwolił mu oglądać. Następnie oko zawiesi na celowniku, palec położy na spuście. I na zimno, dla przyjemności… Bo przecież nie
z potrzeby.

Niegdyś, przemyśliwując (nomen omen) to zjawisko, starałem się wykazać otwartość, wysłuchać argumentów, nie skreślać pochopnie. Nie udało się. Zabijania dla rozrywki wytłumaczyć się nie da, cała zaś hubertusowska męsko-szlachecko-junacka (a czasem nawet patriotyczna!) otoczka odstręcza okrucieństwem oraz, w sumie, infantylizmem. Nie zamierzam korzystać z żadnej oferty serwowanej przez specjalistów od eschatologii. Każda ma jakiś feler. Taka na przykład teoria reinkarnacji. Zakłada, że bytowanie ludzkie jest wyższe od zwierzęcego. Nie powiedziałbym. Zwierzę nie zabija dla relaksu. Ale załóżmy, że krąg wcieleń – sansara – się toczy, niezależnie od moich na nią poglądów. Może przeto chociaż taki myśliwy, jako okrutnik, wcieli się w przyszłym życiu w niższą formę płowej zwierzyny i odczuje przedśmiertny strach wobec innego nemroda, kierującego ku niemu lufę swego sztucera?

Ech, marzenie o sprawiedliwości! Jedno z najbardziej szkodliwych złudzeń. Zamiast kręgu wcieleń wolę kręgi rowerowych kół. I, praktykujący mięsożerca, mknę dalej przez las, tłumiąc gorycz hipokryzji.


PS.
Zdjęcia są, jako się już rzekło w uprzednim wpisie, gównianej jakości, ale tak to już będzie na stałe, bo biorę ze sobą na przejażdżki tylko smartfona.

Oczy

Anna Dobrzyńska

Pod zamkniętymi oczami

Świat zwalnia ociężale,

Powoli się odsuwa,

Wycisza , łagodnieje,

Niebieski Anioł czuwa,

Materia leniwieje,

Zastyga ciepła lawa,

Formują się marzenia,

To już jest sen czy jawa?

Świat staje się ciaśniejszy,

Przytula ciepłem, puchem,

Powietrze błogość wzmaga,

I pieści swym podmuchem,

Tu serce przestrzeń mierzy,

Tu bliscy są nam bliżsi,

Tu prawda się wyłania,

Tu ludzie są prawdziwsi.

Sto lat Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

Studiowałam na tym uniwersytecie w latach 1968 – 1974. Nazywaliśmy go zawsze tylko trzema literami UAM. Uniwersytet imienia Adama Mickiewicza. To mój tekst przygotowany na dzisiejszy zjazd etnografów.

 

Ewa Maria Slaska

Rozmyślania archeolożki i pisarki o studiowaniu etnografii

Zaczęłam studiować etnografię na Uniwersytecie imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu w roku 1968. Miałam już za sobą pierwszy, nieudany (z mojego punktu widzenia) rok studiów na polonistyce, a na etnografię zdawałam, żeby zwiększyć sobie szanse dostania się na archeologię. Wszyscy tak robili. Etnografia i archeologia były kierunkami małymi, nabór odbywał się co drugi rok. Za to dwa pierwsze lata studiów były wspólne i dlatego uważało się, że było i będzie dość łatwo przenieść się z jednego kierunku na drugi. W roku 1968 w Poznaniu zdawać można było tylko na etnografię. Gdybym się nie dostała, miałam jeszcze ponowną szansę zdawania już bezpośrednio na archeologię w roku następnym.
A studiować mogłam tylko w Poznaniu, bo tak życzyli sobie rodzice. Byłam uważana za mądrą, ale nieposłuszną i nieobowiązkową. Zbyt bujne życie studenckie w takiej na przykład Warszawie nie mogło mi posłużyć. Potrzebowałam uczelni i miasta, gdzie miało być… nudno, bo to gwarantowało, że jakoś te studia skończę. Natomiast nikt nie przejmował się faktem, że było 10 kandydatów na jedno miejsce. Zawsze byłam dobrą uczennicą, zawsze dostawałam dobre stopnie i dobrze zdawałam egzaminy.

Tymczasem podczas egzaminu pisemnego z historii przydarzyły się dwie rzeczy, które mnie zdeprymowały i pozwoliły przypuszczać, że zapewne wcale się na te studia nie dostanę.

Historię pisaliśmy w wielkiej auli. Siedzieliśmy tam my, stu kandydatów na studia etnograficzne, siedzieli też studenci wielu innych kierunków. Ławkę poniżej, nieco po lewej zajmował wysoki szczupły pryszczaty facet z gęsą grzywą ciemnoblond włosów. Perorował o tym, że żeby zdać na etnografię, trzeba już coś wiedzieć na temat kultury ludowej Polski. Chłopak nagle obrócił się w moją stronę, błysnęły bystre oczy za dużymi szkłami okularów.

– Co wiesz o Łemkach? – zapytał.

Nie odpowiedziałam, bo co miałam odpowiedzieć. Nic nie wiedziałam. Patrzyłam na chłopaka z nabożnym podziwem. Nawet nie słyszałam tego słowa. Teraz to wydaje się nieprawdopodobne, ale była głęboka komuna, mieliśmy właśnie za sobą rozruchy marcowe, które przeorały nasz świat na nowo, w zakamarkach PRL „nowe” i „inne” zaczynało podnosić głowę, rodził się podskórny bunt i dopiero on miał nam przynieść wiedzę o wielu sprawach, o których nigdy przedtem nie słyszeliśmy, w tym również o Akcji „Wisła” i brutalnym wysiedleniu Łemków. Ale latem 1968 roku jeszcze nic nie wiedziałam, oprócz tego, że był Marzec i że była to sprawa polityczna. Akurat byłam wtedy w Warszawie i wiedziałam dość dobrze, co się działo. Ale o polityce jako takiej, o historii politycznej Polski, Europy i świata nic nie wiedziałam. Przyznaję, że słowo Katyń też usłyszałam po raz pierwszy dopiero w Poznaniu. Przyjechałam zielona jak niedojrzałe jabłko. Moja rodzina, jak każda rodzina w Polsce, oczywiście wiedziała wszystko o tych wszystkich sprawach, wyznawała jednak zasadę, że dzieciom się o niczym nie mówi. Musiałam mieć kompletnie zdetonowaną minę, bo chłopak przyjrzał mi się łaskawiej, podał mi rękę i powiedział:

– Cześć, jestem Zbyszek. Zbigniew Gierszewski.
Przedstawiłam się.
– Ewa Bogucka.
– Skąd jesteś?
– Z Gdańska.
– U was pewnie nie ma Łemków, u nas są.

Nie był to jednak koniec moich nieszczęść.

Przygotowałam sobie bowiem, ucząc się do egzaminu, zeszyt, w którym zapisałam najważniejsze tezy z historii średniowiecza. Chciałam je przerzucić przed egzaminem. Wyobraziłam sobie, oczywiście bez sensu, że ci co zdają na archeologię i etnografię, zostaną zapytani o ten właśnie okres. Ponieważ jednak rozmawiałam ze Zbyszkiem, nawet nie zajrzałam do notatek.

Przyznaję, że nie pamiętam, jakie były pytania, wiem jednak, że nic z tego, co zapisałam nie mogło mi się do niczego przydać. To mnie zapewne uratowało. Bo w pewnym momencie dobiegł do mnie jeden z młodych asystentów, którzy przechadzali się po sali i pilnowali, żeby nie ściągać i nie podpowiadać. Myślę, że zobaczył z góry mój zeszyt, wrzucony niedbale pod pulpit. Dopadł do mnie, wyciągnął ten nieszczęsny zeszyt, rzucił okiem na kartę egzaminacyjną, zrobił odpowiednią notatkę na zeszycie, zabrał go i odszedł, mówiąc, że będzie mnie to kosztowało miejsce na studiach.

Zmartwiałam, ale nieugięcie pisałam dalej. Moje tatarskie dziedzictwo nie pozwala ustępować nawet w obliczu sił wyższych i przeważających.

Dostałam się i Zbyszek też się dostał. Zaprzyjaźniliśmy się. Ale oczywiście była to taka przyjaźń między chłopakiem a dziewczyną, czyli nie do końca “prawdziwa”. On miał Tadzia Kubiaka i to był jego najlepszy przyjaciel. Ja zaprzyjaźniłam się z Ewą Marią Slaską. Był pierwszy dzień na studiach. Stałyśmy koło siebie podczas przerwy, patrzyłyśmy przez okno.
– Zostajesz na etnografii, czy przenosisz się na archeologię? – zapytała Ewa.
– Przenoszę się – odpowiedziałam.
– Ja też.

Nie wiedziałyśmy tego, ale właśnie rozpoczęłyśmy znajomość, która miała stać się przyjaźnią, tak ważną, że określi kiedyś nasze życie i potrwa do śmierci. Ja zostanę żoną brata Ewy. Od tej pory obie będziemy się nazywały tak samo: Ewa Maria Slaska. Marek Slaski, brat Ewy, i ja wyjedziemy do Gdańska, gdzie urodzi się nam syn. Matka obojga, chcąc być bliżej syna i wnuka, sprzeda mieszkanie w Poznaniu i kupi inne w Trójmieście. Obie przeprowadzą się więc do Sopotu. Ewa zacznie pracę w firmie założonej przez mojego znajomego. Zakochają się w sobie, urodzi im się syn. My wyprowadzimy się do Berlina. Ewa zostanie w Sopocie. Jej syn ma 10 lat, gdy Ewę zaatakuje rak, gdy syn będzie miał lat 20, Ewa umrze. Mój syn mieszka w Berlinie i ma syna. Syn Ewy mieszka w Gdańsku i ma córkę.

Tego wszystkiego by nie było, gdybyśmy z Ewą, paląc papierosy, nie przeprowadziły tej jednej krótkiej rozmowy. Była to zresztą rozmowa zarozumiała, przynajmniej z mojej strony. Ewa była córką młodo zmarłego i świetnie zapowiadającego się archeologa, Jacka Slaskiego. W owym czasie Ewa Slaska, córka Jacka, miała zapewne zapewnione miejsce na archeologii. Ewa Bogucka nie. Ale podzieliłyśmy tę skórę na niedźwiedziu.

Muszę tu chyba jeszcze coś napisać na temat tego naukowca, który przyłapał mnie na ściąganiu, mimo że nie ściągałam. Przepuścił mnie jednak, co zapisałam mu na korzyść. Mimo to nie pamiętam, jak się nazywał, a szkoda, bo był potem naszym wykładowcą historii i opowiedział nam niezwykłą i do dziś (a może właśnie dziś) spychaną na margines teorię, jak to było z tą „odwieczną wrogością polsko-niemiecką”. We wczesnym średniowieczu i Polska, i Niemcy toczyły ciężkie walki ze słowianami nadodrzańskimi, przede wszystkim Weletami i Obodrzytami. Dopiero niemiecka historiografia narodowa uznała wszystkich Słowian za Polaków – odwiecznych nieprzyjaciół Rzeszy, i podobnie historycy polscy uprościli zapisy kronikarskie, uznając, że kto na Zachodzie walczył przeciwko polskim władcom, Mieszkowi i Chrobremu, był złym Niemcem.

Jestem bardzo wdzięczna temu zapomnianemu przeze mnie historykowi, bo to on właśnie nauczył mnie, że wszystkie teorie (humanistyczne na pewno, ale również i inne) można podważyć, a jak można, to należy to robić, nie oglądając się na panującą ideologię (były, przypominam, czasy głębokiej Komuny!) i własny interes.

Lubiłam etnografię i dziś często zastanawiam się nad tym, dlaczego w ogóle przeniosłam się jednak z etnografii na archeologię. Niewykluczone, że dlatego iż tak to sobie postanowiłam kiedyś, gdy miałam lat 15 i czytałam książkę o odkryciach archeologicznych. Nie pamiętam, co to za była za książka, ale na pewno nie był to Kosidowski, który w moim pokoleniu odpowiadał niemal za wszystkie „powołania archeologiczne”.

Książka była zaczytana, na drodze życia postradała obwolutę i wyglądała jak wszystkie książki popularno-naukowe w połowie lat 60 – miała szarą płócienną okładkę i żółtawy papier. Był w niej rozdział o zatopionym mieście Wineta. Czytałam go na jachcie, który akurat stał w porcie. Było zimno, więc i Mama, która leżała na sąsiedniej koi, i ja leżałyśmy przykryte po brodę śpiworami.

– Chciałabym to studiować – powiedziałam.
– Archeologię – powiedziała Mama.

No i tak zostało.

Archeologia też była ciekawa i to bardzo, choć traciła przy bliższym poznaniu, bo zamieniała się w pedantyczne zapisywanie skorup, ozdób i narzędzi. Nawet opisywanie nie było tak ważne jak zapisywanie. Podczas kilkumiesięcznej praktyki w Muzeum Archeologicznym w Gdańsku poznałam jeszcze jedną formę pisma archeologicznego – pisanie numerów na obiekcie. Było to moje codzienne i całodzienne zajęcie. Przez osiem godzin pisałam piórkiem i tuszem numery na skorupach średniowiecznych. Dlatego na studiach wybrałam epokę kamienia – był to czas, że ludzie jeszcze nie wytwarzali ceramiki, a zatem nie było skorup. Nie przewidziałam, że na każdym artefakcie krzemiennym też trzeba napisać numer.

Pracowałam zaledwie dwa lata jako archeolożka i nigdy jako etnografka, a jednak przez całe życie byłam bardzo zadowolona, że właśnie te dwa kierunki studiowałam. Cenię archeologię i etnografię za to samo – za to, że zmusiła mnie do zajęcia się wszystkimi aspektami życia. Układ trawienny i budowa skał, księga i wychodek, złoto, glina i popioły, królowie i żebracy… Bez przerwy z tego korzystam, jako pisarka, dziennikarka i blogerka… Na studiach nauczyłam się, że dobrze jest wiedzieć. I że trzeba wiedzieć jak najwięcej, bo wszystko może się kiedyś przydać, wiedza o tym, kim był Tlaloc i o tym, jak na Polesiu wrzucało się do wielkiej beczki odpadki jedzenia. Tak powstawała sałamacha, ostatnia deska ratunku umierającego wieśniaka w okresie głodu. Dobrze było wiedzieć, jak człowiek stawał się człowiekiem, jak zaczynał mówić, jak patrzył w gwiazdy, jak uczył się tkać i lepić garnki. Jak stworzył pismo, księgę, gazetę i bloga. Czyli jak mi dał zajęcie na całe życie.


6 stycznia 2019 roku rzeszowska Gazeta Wyborcza podała, że od 1 stycznia przestało działać Muzeum Kultury Łemkowskiej w Zyndranowej. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji przyznało zbyt niską kwotę wsparcia i muzeum odmówiło jej przyjęcia.

– W przeszłości wspierał nas urząd gminy, mówi Bohdan Gocz, założyciel muzeum. Przez jakiś czas byliśmy też oddziałem Muzeum Okręgowego w Krośnie. Od dziesięciu lat toczymy walkę o przetrwanie. W 2017 roku musieliśmy ograniczyć dni otwarcia muzeum, bo dotacja była o wiele niższa niż potrzeby. Poza sezonem otwieraliśmy muzeum już tylko w weekendy.  W 2018 roku zrezygnowaliśmy z dotacji na muzealne święta, prosząc by wolno nam było użyć tych pieniędzy na zwykłą działalność muzeum. Ale teraz doszliśmy do ściany i nie wiem, co dalej będzie – przyznaje.

Muzeum utrzymuje się z pieniędzy, które otrzymuje z MSWiA. W tym roku ubiegało się o 53 tys. zł, ale otrzymało 33 tys. zł. Członkowie Towarzystwa na rzecz Rozwoju Muzeum Kultury Łemkowskiej w Zyndranowej, które prowadzi muzeum, uznali, że taka kwota nie wystarczy na obsługę ruchu turystycznego oraz prowadzenie bieżącej działalności.

Satyra, groteska, żart liryczny

Nadtytuł jest oczywiście cytatem z Gałczyńskiego, użytym dla określenia krotochwil naszej nadwornej poetki

Teresa Rudolf

Maria i Jan

Maria, starsza dama
pasjansa sobie stawia,
czy Jan sprzed pół wieku,
też go jeszcze rozkłada.

Jan, starszy pan, też
pasjansa sobie stawia,
czy Maria sprzed pół wieku,
też go jeszcze rozkłada.

Franciszek pamięta Marię,
pamięta też i Jana,
znów bardzo się cieszy,
że tak namieszał kiedyś.

On, pies ogrodnika,
nie dostał ani Marii,
nie wykończył też Jana,
znów pasjansa rozkłada.

Marii wychodzi, że Jan
tak samo jak kiedyś,
w kartach o niej myśli,
siedzi przy pasjansie.

Janowi wychodzi, że Maria,
tak samo jak kiedyś,
w kartach o nim myśli,
siedzi przy pasjansie.

Franciszek siedzi też sam,
wychodzi mu w kartach,
że tak już siedzieć będzie,
ale co z Janem i z Marią?

Stawia pasjansa Franciszek
ciesząc się, że kiedyś on
namieszał, pies ogrodnika,
i razem oni nie zostali…

Maria i Jan nie wiedząc nic
o sobie, śnią ciągle to samo,
że pies Franio biega po ogrodzie
sam siebie gryząc w ogon.

A ktoś zbiera…

Ktoś zbiera monety,
ktoś inny znów guziki,
a  ktoś przysłowia.

Ktoś  zbiera zioła,
ktoś inny stare pajace,
a ktoś stare zdjecia.

Ktoś zbiera grzyby,
ktoś inny znów jabłka,
a ktoś kasztany.

Ktoś zbiera listy,
ktoś inny znaczki,
a ktoś czyjeś myśli.

Można zbierać różnie,
coś na bardzo krótko,
a można coś na zawsze.

A ja zbieram szum
fontann, strumyków
małych i większych.

Zbieram w głowie
świergot ptaków,
i miauczenie kotów.

Kolor wiosny i lata,
kolor nieba i morza
i kolor czyichś oczu…

Mrówka Zośka…

Zośka, przodownica pracy
“Batalionu Zośka”, nagle
otrzeźwiała, wypalę się,
pomyślała i … zwiała.

Kiedy batalion niósł liść
suchy pod młodziutkie
drzewko, Zośka skręciła
sprytnie w inną stronę.

Zachichotała jeszcze
patrząc na swą zwartą
grupę: “Batalion Zośka”
bez Zośki… ale numer!

Żal ją trochę ogarnął
w końcu była mrówką
batalionu najlepszą,
lecz… było za późno.

Batalion zniknął, nastała
pustka, żadnego zadania,
choć nosiła liście i patyczki,
samotność ją zjadała.

Slyszała o adopcjach
zagubionych zwierzątek,
kotów, psów, nawet jeży,
więc może i mrówki??

Wysłała więc
na Facebook
prośbę
o adopcję:

“Mrówka Zośka, pracowita,
kochająca ludzi, psy i koty,
marzy o własnym domku,
w rodzinie ją kochającej,
lubi bardzo spacery i pracę
w zwartej, dobrej  grupie”.

Siedziała wciąż na Facebooku,,
marniała w oczach, zwątpiła,
aż przyszła kiedyś odpowiedź:
“bardzo chętnie: Batalion Zośka”.

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Monika

Tibor Jagielski

Monika umarła 15 marca 2019 roku. Sie starb am 15. März.

Kai liebste
schau mir zu

Ich schlüpfe grade in deine Rolle
erforsche so wie Du
ob Nächte wach sind
oder
wie man ohne Wissen fällt
oder
andere brückenlos mich
in ein Dunkel ohne Bilder
schicken
und in mein Inneres
mit Licht und Messer dringen
und mit Blicken
zutiefst ungehörig

Meine Seele
hatte sich
in Bergkristall verborgen
hellsichtig

Kai ukochany
spójrz na mnie

wskakuję właśnie w twoją rolę
badam jak ty
czy noce nie śpią
albo
jak upada się bezwiednie
albo
jak inni wysyłają mnie bezpośrednio
w ciemność bez obrazów
i wdzierają się w moje wnętrze
ze światłem i nożem
i spojrzeniami
najgłębiej bezwstydnie

Moja dusza
ukryła się
w krysztale górskim
proroczo

Monika

Monika Maas ( 17.02.1932 – 15.03.2019)

mając 77 lat monika pojechała jeszcze raz samochodem do austrii, sama; pytana, jak było, odpowiedziała, że strasznie to było męczące i że zrobiła to po raz ostatni; narzekała, że matka nie nauczyła jej polskiego (urodziła się w berlinie, ale matka i ojciec pochodzili z łodzi – czas ziemi obiecanej – i obcowali do końca życia z polakami, n.p. penderecki czy gałczyński); jej poezja jest w dużym stopniu kobieca, czasami bardzo osobista, pisana w pierwszej osobie, haftowana na suknie wspomnień, efektowna, bo lapidarna,tak jak najlepsze wiersze herberta; odchodziła powoli w ciemność, w otoczeniu bliskich; wiem, że spotkamy się znowu na elizejskich polach.
auf wiedersehen!
t.

Barataria 111 O paleniu książek

Temat na czasie. Przed tygodniem ksiądz w Gdańsku spalił książki, które uznał za szkodliwe. I nie był to fake new z okazji Prima Aprilisu. Nie będę tu publikować zdjęć ani podawać nazwiska klechy, ani myślę przysparzać mu sławy. Od Malezji po Mozambik internauci zjednoczyli się w oburzeniu i zdumieniu, że coś takiego w dzisiejszych czasach w ogóle jest możliwe. Cytowano słynne zdanie Heinego z tragedii Almanzor, że tam gdzie dziś pali się książki, za chwilę palić się będzie ludzi. Zdanie to, jak wiadomo, okazało się prawdą w sto lat później w Niemczech. Pisałam o tym TU, a przedtem TU. Ponieważ z tego starego wpisu zniknęło zdjęcie Pomnika Spalonych Książek w Berlinie, zamieszczę je tu raz jeszcze.

Nie ma książek, nie ma pomnika. Jest tylko szklana płyta w bruku. Niecodzienny pomnik autorstwa Michy Ullmana na Placu Bebla w Berlinie.

Może trzeba tu jeszcze przypomnieć napisane po pierwszym paleniu książek na Placu Opery, 10 maja 1933 roku, oskarżenie Josepha Rotha – Wczoraj spaliliście nasze książki, ale to nas mieliście na myśli.

I tak było.

A teraz nuże do baratarystyki. Rozdział szósty, w tłumaczeniu Wiktora Woroszylskiego (Wydawnictwo Tower Press, Gdańsk 2001) – siódmy.

Kiedy Don Kichot, opatrzony, umyty i nakarmiony rosołem z pasztecikiem, zasnął mocnym snem w swoim łożu, jego blada siostrzenica wyrzekła cichym głosem, spuszczając oczy:
– Wielebny księże proboszczu i wy, mości balwierzu, winną się czuję, że nie doniosłam wam w porę o szaleństwie mego wujaszka. Może bylibyście spalili te heretyckie książki i zaradzili nieszczęściu, zanim doszło do tego, co tu widzicie.
– Na całopalenie nigdy nie jest za późno – uspokoił ją proboszcz. – Bądź panna spokojna, dzień nie minie, a na stos poślemy kacerzy!
Musicie wiedzieć, że w owych czasach zdarzało się w Hiszpanii palić na stosie nie tylko książki, ale żywych ludzi, skazanych na to przez Świętą Inkwizycję, czyli bractwo duchowne, tropiące świętokradztwo, odstępstwo od wiary, obcowanie z diabłem i inne grzechy. Niestety, łatwiej było o coś takiego człowieka oskarżyć, niż oskarżonemu dowieść swej niewinności.
Tak i teraz, gdy blada siostrzenica Don Kichota oskarżała o herezję, czyli obrazę prawd religijnych zgromadzone w bibliotece wujaszka opowieści rycerskie, cóż mogły biedne powiedzieć na swą obronę? Trwożnie i błagalnie szeleszcząc kartkami, musiały poddać się wyrokowi, który zapadł bez uczciwego zbadania rzeczy.
Rumiana gospodyni chyżo rozpaliła na dworze wielkie ognisko, powiada zaś autor, cytując powiedzonko hiszpańskie, iż zajmowała się tym z gorliwością takiej pracownicy, która większą ma ochotę palić niż tkać płótno, choćby nie wiem jak szerokie i cienkie. Znajdowało się to ognisko akurat na wprost okien komnaty bibliotecznej, do której wprowadzono inkwizytorów – proboszcza i balwierza.
– Podawajcie mi tedy księgi – rzekł, rozglądając się proboszcz – jedną po drugiej. Zobaczymy, która na stos zasługuje.
– Wszystkie! – zawołała siostrzenica. – Wszystkie co do jednej, to pewne!
Proboszcz i balwierz zbyt byli jednak ciekawi, żeby zgodzili się palić książki bez oglądania. Balwierz jął sięgać kolejno po oprawne foliały i podawać je księdzu po głośnym odczytaniu każdego tytułu; wtedy dopiero ksiądz ogłaszał wyrok i wykonywał go, nie zwlekając.
– „Wielkie czyny Esplandiana” – obwieścił balwierz.

– Giń, wszetecznico! – wykrzyknął proboszcz, przez otwarte okno ciskając księgę na stos.
Sypnęły iskry, „Wielkie czyny Esplandiana” zajęły się odpowiednio też wielkim płomieniem.
– „Florismarte z Hirkanii”.
– Nie zasługuje na łaskę!
I „Florismarte” powędrował za „Esplandianem”.
– „Rycerz Platir”.
– Za innymi niech idzie żwawo!
– Tak, dobrodzieju, tak – dogadywała zadowolona gospodyni – toć mówiłam, że wszystkim się stos należy.
– „Palmerin z Oliwy”.
– I ta oliwa bynajmniej nie sprawiedliwa – niech spłonie, by ani kropli z niej nie zostało.
Tak oto, kiedy Don Kichot, przygodami zmorzony, spał w swym łożu pod baldachimem, proboszcz z balwierzem, w asyście gospodyni rumianej i siostrzenicy bladej, nad księgozbiorem jego w wielkim pośpiechu inkwizycję sprawowali najsroższą. Może i niedobre to książki, może i banialuki opowiadały, z naiwności autorów lub – odwrotnie – licząc na czytelników naiwność, może nawet styl ich mocno szwankował, ale wyznam wam, że kiedy opisuję tę scenę, opisując zaś widzę, jak karty ksiąg w płomieniu się skręcają z sykiem żałosnym, raptem serce mi się ściska, jakbym obecny był przy paleniu ludzi na stosie, i chciałbym rękę inkwizytora zatrzymać…
– „Historia słynnego rycerza Tyranta Białego” – ogłosił balwierz.
Proboszcz drgnął.
– Co, macie tam „Tyranta Białego”? – przepytał się podniecony. –Toć to powieść, gdzie za młodu znajdowałem był kopalnię rozkoszy, daję wam słowo! Pamiętam jak dziś, jest tam Don Kyrieeleyson z Montalbanu, rycerz jakich mało, i brat jego, Tomasz z Montalbanu, walka słynnego Tyranta z brytanem i cesarzowa zakochana w giermku swym, Hipolicie. Styl jest
przedni, daję słowo, kumie, weźcie tę książkę do domu i przeczytajcie, a sami się przekonacie!
– Przeto ułaskawimy tę księgę – zgodził się balwierz.
No, więc jednak! Odetchnąłem na chwilę i wy chyba ze mną. Ale odłożywszy na bok „Historię słynnego rycerza Tyranta Białego”, inkwizytorzy sięgnęli po następne dzieła i te rzadko już znajdowały w ich oczach łaskę, traf bowiem chciał, że rzadko którą czytali za młodu, by móc teraz z rozrzewnieniem wspominać. Z górą sto książek, prozą i wierszem pisanych, poszło na stos, parę zaś zaledwie uniosło głowę z tej rzezi i uniesione zostało na plebanię lub do domu balwierza, by służyć wyjątkowym literackim uniesieniom niszczycieli książek.

To ten cytat, którego szukałam. Wcześniejszy niż Heine i wcześniejszy niż Roth:

…widzę, jak karty ksiąg w płomieniu się skręcają z sykiem żałosnym, raptem serce mi się ściska, jakbym obecny był przy paleniu ludzi na stosie,
i chciałbym rękę inkwizytora zatrzymać…

Kadr z filmu Wojciecha Hasa, Rękopis znaleziony w Saragossie wg powieści Jana Potockiego; najlepszy film fantasy w historii kina polskiego, ze Zbyszkiem Cybulskim w roli kapitana Alfonsa van Wordena, który jest, jakżeby inaczej, kolejną postfiguracją Don Kichota. Dom rodzinny kapitana, wieczorne czytanie z ksiąg fantasy.

Zaproszenie

Joanna Trümner

Zaproszenie, które Maria wręcza mi w drzwiach wielkiego, nowocześnie umeblowanego domu na przedmieściach naszego rodzinnego miasta zaskakuje prostotą i elegancją. Po Marii spodziewałam się czegoś bardziej wystawnego, złoconych, pretensjonalnych liter, głośno krzyczących o późnym szczęściu mojej bliskiej kuzynki i nie poznanego jeszcze przyszłego pana młodego. „Dziś rozpoczynamy kształtowanie naszego życia. Wspanialszego od tego, które spędzilibyśmy samotnie”, czytam i czuję, że z tych słów bije przekora, zaczepna odpowiedź na złośliwe komentarze, że wspólna droga nie będzie już długa, pan młody ma przecież 74 lata, a Maria skończyła przed kilkoma miesiącami 60 lat.

Czas obszedł się z nią bardzo łaskawie – nieodpowiedni partnerzy, złe decyzje, długi, problemy z dziećmi i choroby, którymi zarażała się kilkakrotnie do pacjentów, wszystko to nie pozostawiło na jej twarzy prawie żadnych śladów. Uśmiecham się do tej szczęśliwej Marii w wielkim domu przyszłego męża, z trudem rozpoznaję w niej Marię z naszego przedostatniego spotkania, nienaturalnie szczupłą, znerwicowaną, z ciemnymi sińcami pod oczami. Marię, która po raz kolejny znalazła się w zwrotnym punkcie życia.

Było to nasze pierwsze spotkanie po jej sześcioletniej nieobecności w rodzinnym mieście. Podczas tych sześciu lat Maria dzwoniła do mnie kilkakrotnie z życzeniami urodzinowymi lub świątecznymi, nasze rozmowy były zbyt krótkie, żeby zorientować się, jak bardzo była nieszczęśliwa. Nawet chciałam ją odwiedzić na drugim końcu Polski, w tej małej mieścinie, której nazwy przedtem nigdy nie słyszałam. Dwa razy Maria odwołała moje odwiedziny, tłumacząc się najpierw remontem mieszkania, a potem grypą. Nasz kontakt ograniczał się więc przez lata do sporadycznych, często nieoczekiwanych, rozmów telefonicznych. Teraz wiem, że Maria dzwoniła do mnie prawdopodobnie tylko po to, żeby usłyszeć mój głos, przypomnieć sobie, że ma rodzinę, nie jest zdana tylko na siebie i może liczyć na pomoc. Nigdy nie poznałam mężczyzny, do którego przeprowadziła się po trzech miesiącach znajomości przez internet na drugi koniec Polski, jednego z wielu w szeregu nieodpowiednich, egoistycznych, nie szanujących jej i uzależnionych od alkoholu lub po prostu kompletnie nie dających sobie rady w życiu partnerów.

Nasze przedostatnie spotkanie, pierwsze po powrocie Marii z gehenny, którą przeszła na południu Polski, odbyło się w eleganckiej kawiarni dużego centrum handlowego. Opowiadanie Marii o mężczyźnie, który traktował ją jak tanią sprzątaczkę i przez lata upokarzał i przejął kontrolę nad jej życiem, o jej dramatycznym powrocie do rodzinnego miasta, który był w zasadzie ucieczką, nie pasowały do tego miejsca. Przy sąsiednich stolikach siedzieli ludzie, których życie składało się z sukcesów, biznesmeni spędzający przerwę obiadową przy belgijskiej czekoladzie lub kobiety odpoczywające po kilkugodzinnych zakupach. Nikt z nich nie potrafiłby zrozumieć życia Marii. W ich życiu nie było miejsca na naiwne i nieprzewidywalne decyzje.

Nieraz zastanawiałam się, skąd się brali wszyscy ci nieudacznicy życiowi, których Maria przyciągała jak magnes, tylko po to, żeby przez krótki czas poczuć akceptację i ciepło. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego była gotowa płacić tak wysoką cenę za chwilę iluzji. Nie wiem, jak udało jej się mimo wszystkich życiowych pomyłek wychować trójkę dzieci, dwóch synów, którzy ją uwielbiają i córkę, która nie akceptowała wyborów matki i zdecydowała się nigdy nie zakładać własnej rodziny.

Pan Młody opowiada o swoim życiu, pierwszym małżeństwie i śmierci żony przed sześcioma laty, o dwóch synach, którzy po killku latach pobytu w Irlandii wrócili do domu z pieniędzmi i prowadzą samodzielną działalność, o wielkim domu, który sam wybudował. Opowiada i opowiada, jego życie brzmi jak jedno wielkie pasmo sukcesów i ciężkiej pracy. „Po co mu Maria, skoro sobie tak wspaniale daje radę w życiu?“, myślę i czuję, że wzbiera we mnie niechęć do niego. Widocznie mam to wypisane na twarzy, bo pan młody reflektuje się i dodaje: „Największym szczęściem ostatnich lat jest to, że znalazłem Marię“. Maria milczy, któtko potem opowiada o młodszym z żyjących w Wielkiej Brytanii synów: „Wraca. I dzieci, i żona mają dosyć Anglii, wszyscy nie widzą tam dla siebie żadnych perspektyw”. Gryzę się w język, żeby powstrzymać się przed komentarzem, że dwudziestoośmioletni człowiek z trójką małych dzieci, bez zawodu, bez mieszkania i oszczędności również w Polsce nie będzie miał żadnych perspektyw. Pan Młody jest mniej delikatny: „Niech on zostaje tam, gdzie jest. My mu na pewno nie pomożemy. Zresztą nie znam człowieka, który nie wróciłby z zagranicy z pieniędzmi”. Patrzę na Marię, jej usta zaczynają drżeć. „Po trzydziestu latach pobytu za granicą wiem, że nie każdy wraca do Polski z pieniędzmi”, mówię i nienawidzę się za pouczający, arogancki ton. Ale wiem, że muszę wziąć Marię w obronę, jest przecież moją kuzynką, bliską rodziną, jednym z ostatnich pomostów do wspólnie spędzonego szczęśliwego i beztroskiego dzieciństwa.

Pan Młody zmienia temat i zaczyna opowiadać o mieszkaniu Marii. „Dałby sobie święty spokój”, myślę na wspomnienie zaniedbanego dwupokojowego mieszkania, w którym czasami mieszkało aż sześć osób, dwie świnki morskie, pies i kot. Pan Młody, wybawiciel, rycerz na białym koniu opowiada, jak stopniowo zwalczył brud ponad czterdziestu lat i harował jak wół, żeby można było tam znowu zamieszkać. Pokazuje mi zdjęcia z kolejnych etapów pracy i komentuje z dumą, że mieszkanie zostało niedawno wynajęte i w końcu przynosi pieniądze. „Przecież tam nikt nigdy nie sprzątał”, dodaje, a ja kątem oka widzę, że usta Marii ponownie zaczynają niebezpiecznie drżeć. Jestem wściekła, facet ma zero wyczucia: „Przecież ona musiała samotnie wychowywać trójkę dzieci”, mówię i czuję, że muszę chociaż na chwilę odpocząć od obecności tego człowieka.

Możesz mi proszę pokazać sukienkę ślubną?”, pytam Marię. Elegancki bladoróżowy kostium bardzo do niej pasuje, Maria wygląda w nim ślicznie. „Jesteś szczęśliwa?”, pytam i wiem, że nie udało mi się ukryć wątpliwości i mieszanych uczuć na temat jej późnego szczęścia. „On jest najlepszą rzeczą, która mogła mnie spotkać“, odpowiada.

Przytulam ją do siebie, żałuję, że nie będę mogła przyjechać na ślub. I bardzo chciałabym, żeby naprawdę Pan Młody okazał się najlepszą sprawą, jaka Marię w życiu spotkała.

Reblog: Stutthof. Apel cieni.

Jak odnaleźć życie w krainie śmierci? Na płycie “Stutthof. Apel cieni” Budzyński śpiewa poezję z obozu. Jeden z tych wierszy – Stutthof – został napisany przez naszego Dziadka, Wiktora Ostrowskiego.

Jarek Szubrycht (Gazeta Wyborcza)

Tomasz Budzyński, wokalista punkowej Armii, i specjalizujący się w elektronicznych eksperymentach Jacaszek oprawili muzyką i wyśpiewali poetyckie zapiski więźniów obozu koncentracyjnego. “Stutthof. Apel cieni” to płyta trudna i nieprzyjemna, ale ważna.

Tomasz Budzyński to człowiek, który wprowadził mistykę do polskiego punk rocka i okolic. (…) pisał i wykonywał rzeczy znacznie bardziej uduchowione niż średnia punkowa. (…) Twórczość Budzyńskiego jest programowo chrześcijańska, a więc nawet w apokaliptycznych wizjach optymistyczna. Autor jest święcie przekonany, że to wszystko ma sens.

(…) Ta płyta jest próbą odnalezienia życia w krainie śmierci, sensu w świecie, który był unicestwieniem wszelkich sensów. (…)

„Stutthof. Apel cieni”, czyli jak oddać grozę obozu

Od razu powiem: sukces jest połowiczny. Ale lepiej być nie mogło – nie da się bowiem
znaleźć odpowiedniego słowa, nie da się utrafić z dźwiękiem wystarczająco niepokojącym, by w pełni oddać taką grozę. Nie udało się to już zresztą na poziomie tekstów: wiersze więźniów KL Stutthof są przejmujące siłą nie tyle samej poezji (na pewno nie wszystkie w równym stopniu), ile okoliczności, w których powstały.


Czy jednak wypada je oceniać tak samo, jak ocenia się wiersze zakochanego młodzieńca albo dojrzałej damy z dystansem opisującej przemykający za oknem świat? Czy idącym na śmierć z pieśnią na ustach można zwracać uwagę na fałszywie zaśpiewane nuty?

Różne są to wiersze: niektóre oszczędne w słowach i bezpośrednie, inne uciekające od dosłowności, jeszcze inne rozmodlone.
Różne były losy ich autorów: Halina „Lilka” Banasiak doczekała wyzwolenia, ale niedługo potem zmarła na tyfus, Wiktor Ostrowski przetrwał i dożył słusznego wieku, a Zdzisław Karr-Jaworski, który organizował potajemne wieczorki z poezją i śpiewem w obozie, zmarł za drutami. Są też utwory anonimowe i można tylko zgadywać, jaki los spotkał tych poetów.

Nadejdzie dzień wolności

Muzycy – Tomasz Budzyński (głos, gitara, bębny), Dariusz Budkiewicz (bas, gitara, klawisze), Michał Jacaszek (elektronika) i Rafał Nowak (perkusja) – podeszli do zadania z wyczuciem. Muzyka, choć czasem bardzo intensywna, nie pcha się tu na pierwszy plan. Podporządkowuje się tekstom, nie odwraca od nich uwagi. Dominują prymitywne, jednostajne rytmy, na które Jacaszek nadziewa kłębki elektronicznego mroku, a gitarzyści riffy, brudne i zduszone, nie atakujące z pełną mocą.
Wokaliście nie zawsze udaje się trafić z nastrojem – Budzyński ze swoim gromkim
pohukiwaniem idealnie sprawdza się, gdy trzeba dodać otuchy albo opisać piekło. Gorzej, kiedy przychodzi cichy, liryczny moment rezygnacji spisywany słabnącą ręką.

Niemal wszystkie te wiersze łączy jedno – nadzieja. Wiara w to, że cierpienie kiedyś się skończy, że zły los musi się odwrócić.  (…) największe wrażenie robi „Sen więźnia” Karr-Jaworskiego: malowniczy obrazek, na którym autor zmieścił i wioskę szykującą się do żniw, i starą matkę w rodzinnym domu, i śniegi Tatr, i fale Bałtyku. Budzyński przytacza te opisy na tle pulsującej monotonnie mrocznej elektroniki. Nagle muzyka cichnie i wokalista dopowiada puentę a capella: „Szkoda, że snem tylko było/ Szkoda, że snem tylko było…”

Johanna & Tanja w Meksyku / in Mexiko 7

Auf dem Friedhöf / Na cmentarzu

In einem Land, wo so der Hauptplatz in einer Hauptstadt aussieht, sehen auch Friedhöfe wie Blumensträusse aus. /  W kraju,  gdzie tak wygląda główny plac stolicy, cmentarze też wyglądają jak bukiety kwiatów.

Manche werden gehäkelt / Niektóre kwiaty są zrobione szydełkiem

Es gibt auch Grabstätte, die für uns ausgesucht wurden. Für mich ein blaues Grab./ Wybrane też zostały groby dla nas. Dla mnie niebieski. Dla innych do koloru, do wyboru.

Wichtig sind auch die Kunstwerke. / Nie zapominajmy o tym, że na grobach powinny się znaleźć dzieła sztuki.
Kwiaty / Blumen

Und das man auf dem Friedhof essen und trinken sollte. / No i nie zapominajmy
o jedzeniu i piciu wspólnie z przodkami.