Ino z Zatoką Gdańską w tle / “Semele”

Komische Oper*jutro*Komische Oper*morgen*Komische Oper*tomorrow

Von der Pressetexte der Komischen Oper:

Eine Oper im Gewand eines Oratoriums könnte man Semele von Georg Friedrich Händel bezeichnen. Mit prächtigen Chören, knappen Rezitativen und ausdrucksstarken Arien musste das Werk nicht dem starren Schema einer Opera seria folgen und wirkt bis heute frisch. Für ein fastenzeitliches Oratorium eher »ungewöhnlich«: die saftig-erotische, durchaus auch witzige Handlung. Heute zählt Semele weltweit zu den beliebtesten Werken aus der Feder Georg Friedrich Händels. Barock-Spezialist Konrad Junghänel und Chefregisseur und Intendant Barrie Kosky setzen auf das menschliche Drama hinter den göttlichen Ränkespielen und zeigen klar auf: »Wen die Götter strafen, dem erfüllen sie seine Wünsche«.

Die Rolle der Ino wird gesungen von der wunderbaren Karolina Gumos – seit 2006 im Ensemble der Komischen Oper Berlin ist und hier schon große Erfolge gefeiert hat.

Semele, oratorium operowe Händla z roku 1743, jest uważane za jedną z pierwszych oper angielskojęzycznych.

Semele była córką króla Kadmosa i Harmonii w Tebach, kochanką Zeusa. W Oratorium bóg urządził jej przepiękny pałac w kraterze wulkanu, którego strzegły smoki. Hera odkrywa kryjówkę kochanków, dostaje się do pałacu pod postacią Ino, siostry Semele, i namawia dziewczynę, by ta wystawiła kochanka na próbę – jeśli naprawdę jest bogiem, niech w takim razie ukaże się jej w swej boskiej postaci. Wiemy ze wszystkich opowieści o Pięknej i Bestii czy Amorze i Psyche, że takie zabawy z bogami źle się dla dziewcząt kończą. Zeus wzbrania się, ale dziewczyna tak nalega, że bóg w końcu spełnia życzenie i pojawia się jako Piorun. Semele ginie w płomieniach, ale Zeus – co za makabryczna część opowieści – zdąży wyjąć z brzucha płonącej kochanki jej nienarodzone jeszcze dziecko. Zaszywa je w swym udzie i po kilku miesiącach wydaje na świat małego Dionizosa – boga wina i płodności. Semele po śmierci trafiła do Hadesu, ale gdy Dionizos dorósł, zabrał ją stamtąd na Olimp, jako boginię Tyone.

W zapowiedzi niemieckiej słusznie przypomina się, że jeśli bogowie chcą kogoś ukarać, spełniają mu życzenia. No bo cóż, ok, to Hera namówiła Semelę, by wystawiła kochanka na próbę, ale to jednak ona sama tak długo wierciła kochankowi dziurę w brzuchu, aż ustąpił i ukazał jej swą boską moc.

Generalnie krwawa jatka. Zresztą proszę:

Wielkie gesty i strugi krwi. Nie wiem, czy by mnie ten trailer zachęcił do wizyty w operze. (Uwaga – nieważne, że pojawia się tam majowa data z 2018 roku – Semele zostaje właśnie wznowiona).

Zachęca jednak przysłana w zaproszeniu opowieść o Karolinie Gumos, grającej i śpiewającej u Kosky’ego rolę Ino, siostry Semele.


Solistin/Mezzosopranistin: Karolina Gumos (Komische Oper Berlin)  Foto: Gunnar Geller

Julia Maier referentka prasowa Komische Oper pisze:

Direkt an der Danziger Bucht wuchs Karolina Gumos auf. Vor ihrer Haustür lag das weite Meer und weckte die Neugier auf das, was hinter dem Horizont lag – für die Augen unsichtbar, aber mit dem Herzen zu erahnen. So auch das Singen. Ihre erste Rolle (im Kleinen Prinzen von Antoine de Saint-Exupéry) sang sie in dem am Strand ihrer Heimatstadt gelegenen Musical-Theater. Sie war 18 Jahre alt, und mit Gesang hatte sie vorher nichts am Hut gehabt. Sie ging zum Vorsingen, weil ihr damaliger Freund in der Produktion mitwirkte. »Plötzlich merkte ich, wie viel Spaß mir das Singen macht!« Und ihre Stimme entpuppte sich als perfektes Material für die Oper.

Der Ruf der Oper lockte sie! Erst zu einem Gesangsstudium nach Poznań und dann nach Deutschland. »Hier wollte ich erst gar nicht hin. Das deutsch-polnische Verhältnis ist ja recht belastet.« Dazu kam ein familiärer Hintergrund: Ihr Vater hatte als junger Mann während des Naziterrors im Untergrund für die Unabhängigkeit Polens gekämpft – und war dafür im KZ gelandet. »Ein unglaublicher Mann. Nach all den schlimmen Dingen, die er erlebt hatte, war er nie bitter und setzte sich nach dem Krieg immer wieder für Versöhnung ein.« Die Kammeroper Schloss Rheinsberg war ihre erste Station im Nachbarland. Hier lernte sie einen jungen Mann kennen, der ein Grund war, warum sie in Deutschland blieb und Wurzeln schlug. »Er war Hornist im Orchester.« Die große Liebe. »Er spielte für mich Alphorn am See, und da war’s um mich geschehen!« Seitdem sind die beiden zusammen.

»Einmal spazierten wir gemeinsam in Berlin Unter den Linden entlang. Da gab es einen Fensterkasten, in dem Aufführungsvideos der Komischen Oper gezeigt wurden. Damals redeten wir darüber, wie toll es doch wäre, wenn ich hier mal singen könnte …« Das Schicksal führte sie nach Stationen in Dortmund und Braunschweig tatsächlich an die Komische Oper Berlin. Hier ist nun ihre Heimat. Sie liebt die Seen und die Flüsse Brandenburgs. Leidenschaftlich gerne fährt sie Kajak und durchforstet in ihren liebsten Gummistiefeln die Wälder nach Pilzen. Wenn es sie in den Ferien in die Berge verschlägt, muss sie aufpassen: »Bei Serpentinen wird mir übel.« Sie ist halt doch ein Kind des Meeres…

Mehr Info auf Deutsch.

I po polsku (włączcie głos)

No cóż, trudna rada, przyjdzie pójść. Gehen wir?  Szczegóły / Mehr

Nawet Słowacki… (Barataria)

Ewa Maria Slaska

A ta Slaska jak się uczepiła tego Bakszyszu, to nie puszcza…

Tak, przyznaję, rzadko mnie kiedy robak jaki toczył jak ta zamiana wyspy Barataria na Bakszysz w tłumaczeniu Wojciecha Charchalisa. Już trzeci tydzień się z tym zmagam.

Przyszło mi do głowy, że może jednak nie mam racji i że może trzeba sprawdzić, jak naprawdę ta nazwa i w ogóle sprawa wyspy dla Sancho Pansy jest osadzona w polskiej literaturze. To jeden z tych wpisów, które rozwijają się w trakcie pisania i ja, autorka, zaczynając ten wpis, nie mam pojęcia, jakie na końcu zaprezentuję wnioski.

Do dzieła zatem. A raczej do Dzieła.

Julisz Słowacki, Beniowski. Pięć pierwszych pieśni

Pieśń druga:

O! Boże! ileżbym stworzył romansów,
Gdybym chciał wszystkich d…w być zabawą,
Wyspą dla grubych naszych Sanczo Pansów,
Na której by się uczyli ze sławą
Sylabizować. Lecz z prozą aliansów
Nie chcę — do wiersza mam, jak sądzę, prawo.
Sam się rym do mnie miłośnie nagina,
Oktawa pieści, kocha mię sestyna.

Ach to ten słynny cytat. Kocha mnie sekstyna. Przypis wyjaśnia, że d…w to słowo durniów (a ja myślałam, że dupków i dlatego wykropkowane), a Sancho Pansa — postać z powieści Cervantesa Don Kichot, rubaszny giermek tytułowego bohatera; obiecano mu stanowisko gubernatora wyimaginowanej wyspy.

Pieśń trzecia:

I wnet zrozumiał rycerz, że go czeka
Awantur nowych, dziwnych, łańcuch złoty;
Zaczarowany zamek, albo rzeka
Pełna rusałek. — O! domysły trafne! —
Może w pokrzywy przemieniona Dafne;
Może Minotaur i zaklęte skarby,
Z których jak z dobrej wioski będzie przychód —

Tak młodość wszystko stroi w lśniące farby,
Nigdy się małych nie spodziewa lichot.
O gdyby nie to! — to nigdy Ikar by
Nie latał — nigdy by nie żył Don Kichot,
Nigdy by w Trzecim Maju nie urosły
Illuzje — na co dziś wrzeszczą posły.

Wprawdzie to tylko Don Kichot i Sancho Pansa, ale ale, jest i Barataria:

Słowacki w liście Do Księcia A. C., w pozorowanym dialogu zwraca się do adresata: „[…] tworzysz mnie urzędnikiem dworu swego z prawem utopii, – a nawet… obra­cając się do dworzan twoich… powiadasz: iż rad byś mię gubernatorem wyspy Baratarii uczy­nił” – i oddala ten zarzut: „Powinienem zatem dowód położyć: że utopistą nie jestem, ale chcę: aby Waszej Ks. Mości miłość Duchowi Narodowemu panowała, a moje małe gubernatorstwo na wyspie Baratarii zniszczyła… nie szkodząc wszakże duchowi mojemu, który przeciwnej so­bie materialnej sile poddać się nie chce i nie może” [JSD XII, 284]. (Podkreślenie – Słowac­kiego)

Przy okazji wertowania dokumentów dostępnych jako dokumenty cyfrowe na portalu Polona trafiam na notatkę z Wiadomości Wyścigowych ze stycznia 1932 roku, że książę Stefan Lubomirski wystawił był do wyścigu ogiera (kasztana) Lecha, którego ojciec nazywał się Buvesz, matka – Barataria. Baratarię kupił od Lubomirskiego niejaki Bronikowski, o czym donosi Goniec Wyścigowy z czerwca 1935 roku.

Wróćmy jednak do poetów. Krzyfof Paczuski, poeta współczesny. Dwa wiersze z tomiku Obłokom. Podzwonne, Lublin 2002

List wysłany z La Manchy

Dulcyneo, najsamprzód konfesją uczynię,
iże przeklęty wiatrak roztrzaskał mi kopię.
Drewnianym tedy zostanę pinokiem,
alibo inszą kukłą, by sławić twe imię.

Po tym Pansa (półgłówek) odbieżał na ośle
(bodaj kark bydlę skręcił) z takowym aliansem.
Zali mogę ostać grubym sanczopansem?
Abo błaznem, by imię twoje było głośne?

Najsłodsza, srom największy na koniec’m ostawił:
batyst szczodrze haftowan, com go z rąk twych dostał,
zasię wiatr mi go zimny spod piersi wydostał,
aże do chmur go poniósł, by imię twe sławił.

Przeto wybawiać światy przeszła mi ochota.
Za służbę daj dukatów. Nie ma Don Kichota.

Barataria

Półgłówek. Krępy, gruby — w dodatku na ośle.
Lękał się gniewu pana i czczości żołądka.
Klął na czym świat stoi (świat stoi na klątwach).
Nawet dziecko myślało od niego doroślej.

Na rzece łódź jest ważna. On marzył o wiośle.
Skąd miał wiedzieć — reguły doświadczał w wyjątkach.
W twardej czaszce leniwa budziła się mątwa.
Giermek ciągnął za panem, pan pędził na oślep.

Czy naprawdę wiatraki są złem tej planety,
gdyż ramiona oddają we władanie wiatru?
Zwycięży, kto pokona kaca i artretyzm.
Bululu sam obsłuży persony teatrów.

Miast kruszyć kopie, dożył, że wreszcie wymarli
niewolnicy ułudy z wyspy Baratarii.

Tymczasem Biblioteka Warszawska z roku 1884 donosi, że wreszcie dnia 26 listopada lord Holdernesse zaprosił do siebie posła pruskiego Michella i wręczywszy mu odpis traktatu angielsko-rosyjskiego z 30 września oświadczył gotowość zawarcia sojuszu z kró­lem pruskim. Król 7 grudnia odpowiada przychylnie. Na mocy tej instrukcyi dnia 16 stycznia r. 1756 w dwa dni po przybyciu księcia de Nivernois do Berlina, poseł pruski Michell podpisał w Westminsterze traktat, którego główny artykuł opiewał: „Gdyby wbrew wszelkim oczekiwaniom (!) i z naruszeniem pokoju w Niemczech, który obie strony tym traktatem pragną zabezpieczyć, którekolwiek obce mocarstwo pod jakim bądź pretekstem wysłało wojska do Niemiec, obie strony połączą swe siły zbrojne, aby takiemu naruszeniu pokoju w Niem­czech zapobiedz.“ Rzecz jasna, że ten „najniewinniejszy z wszystkich traktatów,“ jak go nazywają dziejopisarze pruscy, był wymie­rzony wyraźnie przeciwko Francyi. Kiedy zaś 16 stycznia r. 1756 książę Nivernois pomiędzy innemi rzeczami ofiarował Fryderykowi… zwierzchnictwo nad wyspą Tabago, król odparł, że należałoby sobie wyszukać kogoś, któryby był stosowniejszym od niego na namiestnika wyspy Baratarii (Sancho Pansa) i odmówił przedłużenia traktatu z ro­ku 1741.

A Szymon Kobyliński opublikował w roku 1994 w Życiu Warszawy “tekst paraliteracki”  (czyli po prostu felieton) pt. Don Kichot i Barataria, co jest oczywiście ciekawym pomysłem, ponieważ Don Kichot do Baratarii nigdy nie dotarł. Niestety w sieci nie ma tego tekstu, a kiedyż ci ja dotrę do Baratarii, przepraszam do biblioteki, która ma stare numery tej gazety…

No, tak czy owak, panie Wojciechu, Sancho się wszędzie w polskiej literaturze nazywa Pansa a Barataria Barataria…

Poprzednie wpisy na ten sam temat: TU i TU

1. Advent / Pierwsza niedziela adwentu

Adwentowy Flash Mob z Budapesztu sprzed kilku lat / Advents Flash Mob aus Budapest

🙂

Miłej lektury / Viel Spaß beim Lesen

Hallelujah – Adventi Flashmob a Bazilikánál
2016. december 11. Vasárnap

Az Út Mosolyért Alapítvány adventi jótékonysági rendezvényének csúcspontjaként hazai sztárok énekelték közösen Leonard Cohan világhírű dalát, a Hallelujah-t. Köszönettel tartozunk mindenkinek aki részt vett az eseményen és ezáltal hozzájárult gyűjtésünk sikeréhez. Az Út a Mosolyért Alapítvány a Heim Pál Gyermekkórház súlyosan sérült, tartós lélegeztetésre szoruló betegeinek egy új, korszerű lélegeztetési környezet kialakítását tűzte ki célul.

Ötlet: Út a Mosolyért Alapítvány
Közreműködők: Szulák Andrea, Hevesi Tamás, Kasza Tibor, Veres Mónika Nika, Kollányi Zsuzsi, Berkes Olivér
Kórus: Budapest Show Kórus
Zenei Rendező: Temesi Bertalan
Film/Edit: LIVEPOINT
Rendező: Tokay Péter
Társproducer: Nyakas Laura – Young&Trinity
Producer: Gubcsó Balázs – Út a Mosolyért Alapítvány

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 12

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie, przez monotonny jesienny krajobraz, mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Humor dopisuje mi nieszczególnie. Wszelako tetrykowi przystoi chandra.

W czym właściwie tkwi problem? Że trzecia dekada listopada? Zimno? Ciemno? Szaro? Gołe drzewa? Depresja? Oczywiście. Że budzą się nieuchronne skojarzenia z jesienią życia, przemijaniem, końcem? Zapewne. Banalne konstatacje. Zgrane metafory. Nie warto się w nie zagłębiać. A już broń boże nie ulec pokusie, by owe nastroje przekuwać w poezję.

Mam za sobą taki epizod. Jak chyba większość wrażliwych nastolatków. Czego tam nie było! Zmaganie z absolutem. Burza uczuć: tych infernalnych, rzecz jasna. Wiwisekcja zbolałej duszy. Wadzenie się ze złym i niesprawiedliwym światem – z pozycji mędrca życiem srodze doświadczonego. Toute la lyre! Gdy jakiś czas później przypadkiem wpadła mi w ręce ta produkcja, nie wiedziałem, co z oczami robić. Nie było takiej mysiej dziury, w której mógłbym się ukryć skutecznie przed swoim zażenowaniem.

Powinno mnie to trwale wyleczyć z wszelkich prób lirycznych. I prawie wyleczyło. Desperackie akty grafomaństwa zdarzają się co prawda, ale bardzo rzadko: raz na pół roku mniej więcej. Muszę bowiem nieco ulać goryczy i żółci, rozładować odrobinę żal za niezrealizowanymi literackimi marzeniami. Ulżę sobie i na kilka kolejnych miesięcy mam spokój. Kieruję się wszakże w tych momentach desperacji zasadą minimalizmu: poemat krótki, to i wstyd niewielki. Mój dziennik zawiera zresztą ślady owych emocjonalnych drgawek.

Tym razem nawet nie próbuję. Poezja nic tu nie pomoże, albowiem rzecz cała rozgrywa się na poziomie molekuł. Pogrążam się w spleenie, gdyż brak słońca hamuje syntezę witaminy D. Za to jazda rowerem wzmaga wydzielanie endorfin; telepię się przeto z uporem jak ten głupi na welocypedzie o zmroku, w zgniłej mgle i w mżawce.

Gorycz? Alkaloidy. Żółć? Fosfolipidy oraz bilirubina. Metabolizm, nie metafizyka. Chemia, nie liryka. Może lepiej niech tak już zostanie.

I mknę dalej przez szary krajobraz, dziwując się małemu paradoksowi mej biografii. Oto bowiem przez całe liceum raz jeden musiałem wziąć korepetycje, gdyż groziła mi lufa na koniec roku. Z chemii. Której nie umiałem i nie lubiłem. A której świadomość dziś pomaga mi zmagać się z bólem istnienia.

Sąsiedzi 1

Teresa Rudolf

Pani Klara

Pani Klara, dobrze zbudowana, sztuczna blondynka, wieku bardzo podeszłego, przywołała na parter windę, nacisnąwszy drżącą ręką odpowiedni guziczek.
Kiedy już otworzyły się drzwi windy, ze zdumieniem stanęła oko w oko, ząb za ząb i usta w usta, ze znienawidzoną sasiadką z drugiego piętra, Filomeną, kobietą wieku średniego, sztuczną rudowłosą.
Obie doznały kompletnego paraliżu, nie ruszając się ani do przodu, ani do tyłu, nie ustępując ani kroku “tej  głupiej małpie z naprzeciwka”.
I stałyby pewnie tak do dzisiaj, gdyby nie nadszedł pan Lesio z trzeciego piętra, elegancki pięćdziesięciolatek, jak zwykle pachnący wysokogatunkową wodą kolońską.
– Panie jadą na górę, jak  mniemam?
– Ja wysiadam, a  ja wsiadam – powiedziały panie równocześnie.
I pani Klara zrobiła zdecydowany krok do przodu, a i Filomena rownież.
Pan Lesio ze zdziwieniem obserwował menewry pań,  które nie wnosiły żadnego widocznego rezultatu.
Zawsze elegancki i pomocny kobietom, z euforią doradził:
– A gdyby tak pani Klara dała wysiąść pani Filomenie,  chyba byłoby wszystko dużo prostsze – zaproponował.
Zapachniało Panem Lesiem, urok jego inteligencji unosił się nad paniami, rozpuszczając ich kamienny upór.
Pani Klara dziarsko usunęła się z drogi Filomenie, która nie mniej dziarsko wydostała się z windy.
W tym momencie pan Lesio, stwierdziwszy, że “tam, gdzie się dwóch bije, to trzeci korzysta”, wskoczył do windy, zamknął drzwi i odjechał na górę.
Zabrał ze sobą zapach wysokogatunkowej wody kolońskiej, elegancję i swoje zaledwie te pięćdziesiąt lat.
Pani Klara znów wpadla w paraliż, z oczyma szeroko otwartymi na świat i z brwiami podniesionymi  prawie do trzeciego piętra, gdzie właśnie wysiadał pan Lesio.
Po czym  rykiem byłego lwa, huknęła była na całą klatke schodową:
– Niech was wszystkich pochłonie otchłań piekłaaaaaaa!!!! –
I powoli nacisnęła guziczek sprowadzający  windę.

https://youtu.be/903GZKqeBeQ

Od Adminki: Stanisław Soyka Na cześć księdza Baki. Otchłań czeka; tekst: Czesław Miłosz. Autorka, na moją prośbę, napisała ten tekst, żebyśmy mogły umieścić na blogu tę fantastyczną Otchłań, którą oczywiście to ona znalazła 🙂

Dwa nowe koty

Jeden z tych kotów wcale nie jest nowy, ale dopiero od niedawna mogę jego wizerunek opublikować tu na blogu, nie drżąc z niepokoju, że ktoś mnie kiedyś nakryje, na tym, że pokazuję wszystko, co się da, mimo, że wcale nie zawsze się da. Ale tego kota już się da!

To obraz Ōide Tōkō, Japończyka. Kot patrzący na pająka, 1888–1892,
tusz na jedwabiu,
MET, Nowy Jork
Zobaczcie też TU,
ustawiłam link tak, żeby pokazała się animacja kota z pająkiem,
– dzieło Simone Seagle; gdyby był jakiś inny obraz
(jest ich 9, wszystkie warte obejrzenia), to poszukajcie animacji numer 5.
Przy okazji chciałabym tu wygłosić pochwałę MET i wszystkich innych muzeów, które odstąpiły od obwarowywania reprodukcji swoich dzieł prawami autorskimi i licencjami.

Japońskiego kota przysłała Danusia, z kolei moja siostra nadesłała info książce, która się ukazała w ostatnich dniach października, a którą kupiłam i przeczytałam, i zachęcam do zrobienia tego smaego.

Pamiętam tego kota, kiedyś, dawno temu miałam okazję go poznać. O tym, że kot Konwickich nazywał się Iwan wiedzieliśmy chyba wszyscy, w tytule zastanawia jednak, że był “z domu Iwaszkiewicz”.

Wydawca tak to opisał:

Najsłynniejszy kot wśród celebrytów, największy celebryta wśród kotów.
Trudno uwierzyć, że charakterny i złośliwy kot Iwan nie jest wytworem literackiej fantazji Tadeusza Konwickiego, lecz pełnoprawnym członkiem rodziny Konwickich, przez osiemnaście lat zamieszkałym przy ulicy Górskiego w Warszawie. O jego względy zabiegali Dygat i Holoubek, w stanie wojennym dostawał zagraniczne paczki ze smakołykami, a całkiem niedawno jego życie stało się podstawą musicalu-horroru Zwierzoczłekoupiory.
„Ja się o niego troszczyłem, a on się troszczył o mnie. Jakaś jego obecność nadal trwa. I w tym nie ma żadnej bujdy”.
Kultowe teksty Tadeusza Konwickiego i ilustracje Danuty Konwickiej układają się w zupełnie nową książkę, ukrytą przez Tadeusza Konwickiego w jego najsłynniejszych powieściach. Genealogię Iwana rekonstruuje prawnuczka Jarosława Iwaszkiewicza Ludwika Włodek, a o tym, jak Iwan sprawił, by jego biografia wreszcie ujrzała światło dzienne, opowiada córka autorów Maria Konwicka.

Na blogu książkowym empiku recenzentka Żaneta napisała

Gdy w domu pojawia się kot, wszystko się zmienia. Musisz mu służyć. Znosisz cierpienie spowodowane przez ostre pazury. Obojętność. Uznajesz jego wyższość. I ta mała futrzana kulka (z biegiem czasu powiększająca swoje wymiary) staje się centrum świata domowników. Na punkcie kota oszalał również Tadeusz Konwicki.  (…) To kot nie byle jaki! Iwan, pieszczotliwie zwany Wanią, dachowiec, który zadomowił się w domu Tadeusza Konwickiego i jego rodziny. Pisarz-mistrz i jego kot. (…) Atutem wydania są piękne ilustracje autorstwa Danuty Konwickiej. W jej zbiorach znajduje się mnóstwo rysunków, akwareli, pasteli, a większość z nich skupia się na postaci kota wzorowanej na Iwanie. (…) „Przed światem udajemy, że nasz kot kocha nas ślepą, szaloną miłością”, Zabawa w kotka i myszkę. Jak wygląda życie z kotem? Dokładnie tak, jak opisuje to Tadeusz Konwicki. Mam wrażenie, że z jego słów bije spokój, ale jak to przyznaje w jednym z rozdziałów – udajemy przed światem. Właściciele kotów tak już mają. Na zewnątrz może to wyglądać, jakbyśmy to my „mieli” kota, jakby był cudowną, mruczącą przytulanką… ale nikt nie wie, jakie sceny grozy rozgrywają się w czterech ścianach. Podrapane nogi, przykryte długimi spodniami, potulne dosypywanie ulubionej karmy do miski, mimo że jest pełno, wstawanie o 4 rano, by zejść z kotem na dół i zobaczyć, jak siada pod choinką… – Tak, życie z kotem to wielka przygoda! Poznajemy prawdopodobny rodowód kota Iwana, chociaż tak naprawdę nic nie jest w jego przypadku pewne. Czy jego ojciec to kanapowiec Bazyli? A może jednak nieznany kot o dzikiej naturze? Jego charakter zdecydowanie ma ten pazur! Kot zagarnia dla siebie coraz większą przestrzeń, ma swoje ulubione miejsca, a życie domowników kręci się wokół jego niezwykle cudownej osoby. Tadeusz Konwicki przyznaje nawet, że wakacje spędza w domu, ponieważ ktoś musi zostać z futrzakiem. Czasami ma się dość. Danuta Konwicka miała dość niemal codziennie. Wyklinanie na kota to zjawisko nieodłączne, z którym trzeba się pogodzić. Wkrótce autor zrozumiał, że i tak nigdy się kota nie pozbędą, zwłaszcza po niepokojącym incydencie. Okno było otwarte, kot gdzieś zginął. I zaczęło się. Stawali na głowie, by go odnaleźć. Chodzili po okolicy, rozmawiali z sąsiadami, Tadeusz Konwicki zrobił nawet specjalne oględziny miejsca rzekomej zbrodni. I nic. Nigdzie śladu kota. I co się nagle okazało? Oczywiście, że smacznie śpi pod kołdrą w pokoju córki. Nie trzeba chyba pisać, że był niezadowolony nagłym przerwaniem drzemki!
Historia celebryty – kota Iwana – to zabawny obraz życia rodzinnego, które toczy się własnym rytmem. Poznajemy kociego wroga – miłą starszą panią, która przychodzi sprzątać. To bardzo poważny konflikt. Kot jej grozi, jęczy i – jak zaznacza autor – „…wcale nie ukrywa, że chce pożreć z kościami sympatyczną, kochającą zwierzęta, osobę”. Ale nie tylko się złościł – miał też swoje pasje. Jedną z nich było polowanie na wróble, które przynosił domownikom w prezencie. Kiedyś też przeżył przykry epizod – oglądał program przyrodniczy w telewizji i okazało się, że polowanie na ptaki na wizji nie jest takie proste… Poza tym był uzależniony od waleriany i podobał mu się film o Leninie. Tak, kot Iwan, to niezwykła osobistość! Język Tadeusza Konwickiego jest starannie dopracowany i nie brakuje w nim humoru, dzięki czemu książkę pochłania się w jednym kawałku – to uczta, w której warto wziąć udział (najlepiej ze swoim kotem). Jesteś sługą kota. Kiedyś ktoś powiedział, że dla kota człowiek jest tylko otwieraczem do puszek z jedzeniem. I coś w tym jest. Koty są inteligentne, mają wysoko rozwinięte poczucie własnego „Ja”, (…). Kocia biografia w wydaniu Tadeusza Konwickiego również tego dowodzi. To także przepiękny portret rodziny, w której kot jest pełnoprawny.

Już zanim kupiłam książkę dowiedziałam się z internetu, dlaczego kot jest “z domu Iwaszkiewicz”? A to dlatego że, jak mówi moja synowa, w internecie jest wszystko, nawet żaba przez rz (sprawdźcie, są nawet strony internetowe na temat rzaby, np. TA), znalazłam więc niemal natychmiast odpowiedź na dręczące mnie pytanie.

Autorki biografii – córka Tadeusza Konwickiego, Maria oraz prawnuczka Jarosława Iwaszkiewicza, Ludwika Włodek – na początku współpracy ustaliły, że łączy je pokrewieństwo właśnie przez kota Iwana. Przeprowadzone przez nie poszukiwania genealogiczne nie potwierdziły zawartych w “Kalendarzu i klepsydrze” przypuszczeń Konwickiego, jakoby mama Wani, “chowana w lasach, miała jakiś niedobry romans z rysiem, a może nawet ze żbikiem”. Babcia Ludwiki Włodek, Maria Iwaszkiewicz, wywodziła ród Iwana od półdzikiego, charyzmatycznego kocura sąsiadów o płonących oczach i złośliwym spojrzeniu. Ten kocur ze Stawiska miał czworo kociąt z kotką Włodków – Jagusią, drobną, niezależną z charakteru czarną koteczką. Jednym z kociąt był Iwan.

Tadeusz Konwicki w “Kalendarzu i klepsydrze” tak opisywał pojawienie się w jego życiu „kolegi, sublokatora i rezydenta”: “Nie mieliśmy z żoną jakoś ochoty na zwierzę w domu, dość nas wymęczyło chowanie dzieci, ale właśnie dzieci, obie córki, Ania i Marysia, od dawna męczyły o kota. Marysia Iwaszkiewicz, szukając klienta na kociaki, wydedukowała, że jesteśmy z żoną w krytycznej sytuacji, maltretowani przez dzieci. Wobec tego pewnego dnia w tekturowym pudełku czy w jakiejś torbie przybył do Warszawy kot Iwan, a właściwie trzymiesięczny kotek Wańka, szary z ciemnymi pręgami dachowiec, chudy, długonogi, bardzo nerwowy”. Imię dostał po bohaterze piosenki Bułata Okudżawy z refrenem “Oj, Wania, Wania” o Wańce Morozowie, który zakochał się w cyrkówce.

Tak rozpoczęło się 18 lat wspólnego życia pisarza i kota. Maria Konwicka wspominała: “Iwan był sercem domu i gwiazdą literacką. Po “Kalendarzu i klepsydrze” zyskał rzesze wielbicieli, którzy żądali wieści o nim w kolejnych książkach, słali z zagranicy kocie żarcie. Że sytuacja wymyka się spod kontroli zrozumiałam, gdy w czasie stanu wojennego rodzice biedowali, a z całego świata napływały paczki z jedzeniem dla Iwana. Mam wrażenie, że ojciec był na polskim gruncie prekursorem lansowania kotów w kulturze, trendu, który doprowadził dziś do sytuacji, że nie sposób otworzyć internetu, żeby nie utonąć w morzu zdjęć słodkich kiciusiów”.

Teraz już przeczytałam tę książkę. Fajna, zwłaszcza, że pewnie wszyscy pamiętamy cytowane tam fragmenty. Nie będę Wam opowiadać, jak fajna to  książka. Bieżcie czym prędzej do księgarni i kupujcie…

Barataria na gobelinach

Dla Pana Wojciecha Charchalisa

Ewa Maria Slaska

Panie Wojciechu! Barataria to nie Bakszysz!

Z uporem maniaka wracam do tematu sprzed tygodnia, do pomysłu tłumacza, żeby inaczej nazwać wyspę Baratarię, którą Książę Pan i Księżna Pani  w przypływie złośliwej fantazji ofiarowali giermkowi Don Kichota. Przez całą pierwszą część Dzieła i spory kęs drugiej Sancho Pansa, przymierając głodem, marznąc po nocach i cierpiąc od upału w ciągu dnia, często gęsto zbierając cięgi za swojego pana, jechał wiernie na swoim osiołku, nie otrzymując w zamian żadnej nagrody. Jedynym jego wynagrodzeniem była obietnica, że kiedyś jego pan podaruje mu wyspę. Cóż to miała być za wyspa! Wyspa spełnienia życzeń, szczęścia, lenistwa, dobrobytu, czarodziejska wyspa, utkana ze wszystkich marzeń ciężko pracujących ludzi, którym obietnica cudu pomaga przetrwać udręki codzienności. Wyspa, na którą czekał Sancho Pansa, była w świecie maluczkich wyrazistsza i lepiej zrozumiała, niż religijna obietnica Raju. Raj to była abstrakcja, przeznaczona tylko dla tych, którzy nigdy nie zgrzeszyli, a któż z nas nigdy nie zgrzeszył? Być może po śmierci mieszkali tam bogaci, bo bogaty wszędzie wejdzie, a jak się nie da wejść czy wjechać, to wpełznie jak gąsienica, gdyż pieniądz toruje mu drogę. Biedny wie, że nie ma nawet prawa pomarzyć o raju. Tymczasem wyspa jest zarazem baśniowa i realna, leży niemal w zasięgu ręki, za lasem, za zakrętem drogi, na rzece, jeziorze, morzu, oceanie. Na wyspie jest realne jedzenie, kasza, cebula, kawał mięsa, bochen chleba, stągiew wina. Wyspa obiecywała, że raz wreszcie można najeść się do syta, napić do woli, wyspać godnie, może białkę przytulić, ale to akurat nie było najważniejsze. Bo wszystkiego mogło brakować w życiu biedaków, ale seks zawsze był, była to wszak najtańsza rozrywka, na jaką stać było biedaka.

Dlatego tak okropna była w opowieści Cervantesa ta przewrotność Księżnej i Księcia, którzy dali Sancho Pansie ową Wyspę tylko dla żartu i żeby z niego zakpić. Uprzedzili go nawet o tym.

Digo, pues, que con todo su acompañamiento llegó Sancho a un lugar de hasta mil vecinos, que era de los mejores que el duque tenía. Diéronle a entender que se llamaba la ínsula Barataria, o ya porque el lugar se llamaba Baratario, o ya por el barato con que se le había dado el gobierno. Al llegar a las puertas de la villa, que era cercada, salió el regimiento del pueblo a recebirle; tocaron las campanas, y todos los vecinos dieron muestras de general alegría, y con mucha pompa le llevaron a la iglesia mayor a dar gracias a Dios, y luego, con algunas ridículas ceremonias, le entregaron las llaves del pueblo, y le admitieron por perpetuo gobernador de la ínsula Barataria.

Wyspa nazywała się taniocha, bo za taniochę Sancho ją otrzymał.

Oczywiście artyści, którzy od lat przedstawiali Baratarię, zapominali o tym, że jej pierwociny były proste, przedstawiali ją po królewsku wspaniale.


U góry: Obraz (tzw karton) Charlesa Antoine’a Coypela, Sancho Pansa przybywa do Baratarii, stanowiący wzór dla gobelinu; poniżej ten sam temat oraz Uczta Sancho Pansy w Baratarii już jako gobeliny utkane wg obrazów Coypela i otoczone bogatymi rokokowymi bordiurami na modnym wówczas karmazynowym tle.

Mistrzami odpowiedzialnymi z przeniesienie wizji malarza na warsztat tkacki byli ojciec i  syn Michel i Jean Audranowie. Gobeliny zostały wykonane z wełny i jedwabiu, a znajdują się w Getty Museum w Malibu, California, USA. Coypel, nadworny malarz Ludwika XVI, przygotował 28 kartonów do produkcji gobelinów z serii o don Kichocie, która została w XVIII wieku w różnych wersjach wykonana dziewięciokrotnie i praktycznie rzecz biorąc zdominowała całą tekstylną produkcję Królewskiej Manufaktury Mebli i Gobelinów w Gobelin koło Paryża.

Gobeliny z pierwszej serii były przeznaczone na królewski podarunek dla Marii Krystyny i Alberta Kazimierza, księstwa Saxen-Teschen, którzy w owym czasie wspólnie zarządzali tzw. Niederlandami Austriackimi czyli dzisiejszą Belgią. Księżna Maria Krystyna była siostrą królowej Marii Antoniny. Książę Albert Sasko-Cieszyński – synem króla Polski, Augusta III i Marii Józefy Habsburżanki.

Przy okazji ciekawostki – Księstwo Maria Krystyna i Albert mieszkali w Cieszynie i znacznie przyczynili się rozkwitu gospodarczego księstwa Cieszyńskiego. Po śmierci żony pogrążony w smutku książę przeniósł się do Wiednia. Książę był kolekcjonerem sztuki, zgromadził największą na świecie kolekcję rysunków i grafik starych mistrzów. Kolekcja zgromadzona w pałacu Księcia dała początek muzeum, które od imienia księcia nazwane zostało Albertina. Jest to dziś jedno z najsłynniejszych muzeów na świecie.

Również gobeliny o Don Kichocie weszły w skład zbiorów Albertiny, wciąż jednocześnie pozostawały w posiadaniu członków dynastii Cieszyńskiej. Dopiero w roku 1936 jeden kolejnych właścicieli przeprowadził się do Londynu i zabrał ze sobą gobeliny. Ich losy przez następnych 30 lat były nieznane. Pojawiły się na rynku w roku 1967, kiedy to Alice Bucher ze Szwajcarii wystawiła je na sprzedaż w Domu Aukcyjnym Sotheby’s w Londynie. Muzeum Paula Getty’ego nabyło je tamże w roku 1982.

Muzeum Getty’ego nie podaje kim była Alice Bucher – dzięki informacjom znalezionym w internecie pozwalam tu więc sobie popuścić nieco wodze fantazji. Niejaka Alice Bucher ze Szwajcarii wystawiła gobeliny na sprzedaż w roku 1967. W tym samym roku w Adligenswil koło Lucerny niejaka Alice Bucher zbudowała największe i najnowocześniejsze na owe czasy przedsiębiorstwo drukarskie – Druckzentrum C. J. Bucher. Alice prowadziła tę skromną firmę rodzinną już od roku 1941, kiedy jej mąż ciężko zachorował. W roku 1967 firma zdobyła się na niebywały skok inwestycyjny, a w dziesięć lat pźźniej powołała do życia fundację wspierającą milionowymi dotacjami instytucje pedagogiczne, artystyczne i społeczne w Lucernie. Czyżby to gobeliny z Sancho Pansą, gubernatorem Baratarii, pozwoliły przedsiębiorstwu Bucherów tak świetnie się rozwinąć? Szkoda tylko, że nie wiemy, jak Alice weszła w ich posiadanie. W styczniu 2018 roku drukarnia Alice Bucher firma przestała istnieć. Do bankructwa doprowadził ją internet.

Tak bywa. Fortuna kołem się toczy.

Legenda głosi, że gobeliny otrzymały swoją nazwę od tak wysokiego kunsztu tkackiego, że zasadniczo nie mogły być dziełem rąk ludzkich i musiały powstać jako dzieło goblinów, utalentowanych baśniowych rzemieślników. Ale rzeczowa Wikipedia najwyraźniej nigdy nie słyszała o takiej wersji nazwy gobelin. Gobelin to Gobelin, mała miejscowość nieopodal Paryża, w której ulokowano manufakturę, a która wzięła swą nazwę od nazwiska słynnych farbiarzy, mieszkających tu od XV wieku. Czy to oni tak byli utalentowani? Może, w każdym razie to oni jako pierwsi uzyskali ów wspaniały karmazynowy kolor, dający się zastosować w arrasach. Farbiarstwo zapewniło rodzinie Gobelin nieprzebrany majątek, ten z kolei zapewnił im wejście do stanu szlacheckiego.

No tak. Fortuna gobelinem się toczy…

I jeszcze się potoczy. Za tydzień TU

Człowiek

Teresa Rudolf

Człowiek

Wstyd,
bicie serca, zimny pot,
gorączka paląca twarz,
ziemio rozstąp się!

Żal,
ból, piekło na ziemi,
gorączka paląca serce,
rzeka cierpienia rwąca.

Żałoba,
żal, tęsknota, zły sen,
oby się ocknąć, przepaść,
niewiara w rzeczywistość.

Miłość,
wiara, zaufanie, bajka,
gorączka pragnienia,
gniazdo orła na niebie.

Zdrada,
pełzanie węża jadowitego,
śmiertelne miłości ukąszenie,
zabójstwo z premedytacją.

Człowiek?
To wszystko razem,
a i wiele wspaniałości,
zakopanych, jak w sniegu.

Wiosno przyjdź,
czekam na pierwsze
przebi-śniegi:
moje kwiaty

nadziei i wiary w dobro.

“Wiadomości”

Wojna, bieda, głód,
dzieci na ulicach wielkich miast,
lub w łóżkach bogatych mężczyzn.

Wojna religii, bieda Afryki,
głodne dzieci w miastach,
na wsiach całego świata.

Wojna w rodzinach,
bieda piszcząca jak pisklę,
zanim zabije głodem.

Wojna w biały dzień,
lub podstępna nocą
głód człowieka i zwierząt.

“A miał być tu przedpokój
Raju, miało być dobrze,
jeśli się jest grzeczniutkim”.

Wojna własnych uczuć,
myśli, przekonań, głód
spokoju i lekkości życia.

“Wiadomości” odpłynęły,
słońce, śniadanie, muzyka,
spokój każdemu prawie.

Jakby nigdy nic się nie stało
puka codzienność własna…
tak daleka od tej innej…

Płyniemy sobie łódką
naszego dnia, do następnych
“Wiadomosci”:
wojna, głód, bieda…

Tajemnica

Co mówią twoje oczy,
kiedy ściskasz jej rękę,
a co mówi ręka,
kiedy patrzą oczy?

Co mówią twoje słowa
kiedy patrzysz na nią,
a co mówią myśli
w twojej głowie?

Co mówi twoje ciało,
kiedy patrzysz na nią,
a co mówi twa fantazja,
gdy zamykasz oczy?

To wszystko sekretem,
kiedy na nią patrzysz,
kiedy ją ściskasz,
kiedy kłamiesz.

Ale też sekretem,
gdy kochasz bez pamięci,
kiedy brak ci słów,
bo aż tak kochasz…

Wpis został w całości skomponowany przez autorkę

Z powieści…

Poprzedniego dnia umarł mąż bohaterki powieści, która pracuje jako opiekunka w Passau. Jutro wraca do domu, ale jeszcze jeden dzień spędza w tym mieście, w domu, gdzie opiekowała się starym panem.

Łucja Fice

Po drugiej stronie grzechu. Katedra św. Szczepana.

O katedrze TU.

Pod wieczór wybieram się do katedry świętego Szczepana. Nie wiem, po co tam idę. Tę potrzebę czuję sercem, jakąś niezrozumiałą energią, która mnie otula. Ta energia ma jakiś nakaz, głos, mówiący – idź do kościoła. Tam znajdziesz otuchę. To będzie czas twojej skruchy. Czuję ogień wypieków na policzkach, może to ogień mojego sumienia, rozrachunku z przeszłością? Idę głównym przejściem w kierunku ołtarza. Przyklękam. Katedra jest prawie pusta. Turyści przenieśli się do pubów. W Pasawie odbywa się Festiwal Muzyki. Siadam na ławce tuż z brzegu. Nie wiem co mam zrobić z rękoma i w ogóle ze sobą. Po co właściwie tu przyszłam? Czuję się w tej ławce, jakbym była złodziejem, jakbym przywłaszczyła sobie ławkę, która jest własnością kogoś innego. Zaczynam wstydzić się samej siebie, że ponownie zaczynam wierzyć w Niego, Boga w trzech osobach. Mam wrażenie, jakbym cofnęła się do średniowiecza, gdzie nakaz religijny, nakaz wiary pod presją spalenia na stosie przywiódł mnie w to miejsce. Może myślę niestosownie, może urągam? Zastanawiam się, dlaczego moja wiedza, poglądy, te wszystkie zapatrywania są w tej chwili niezgodne z tym, co mam w głowie. Czy to utrata bliskiej osoby powoduje zmianę poglądów?

Każda następna chwila przynosi zmianę myśli i uczuć. W tej chwili jestem tylko turystką, która rozgląda się po obleczonych w majestatyczne obrazy mury. Chcę stąd wyjść. Czuję się niepewnie, ale zostaję i kontynuuję monolog do Boga.

– Czyżbyś wszczepił we mnie robala, który mnie powoli zżera? Raczej nie istniejesz. Czy ja muszę być wiecznie niespokojnym duchem i zadawać pytania? A może tylko przytępiłeś mój umysł, żebym całe życie szukała nadaremnie zadowalającej odpowiedzi. Jak to wszystko się dzieje, że rodzimy się i umieramy? Dlaczego nie jesteś Bogiem, który wysłuchuje i pomaga? Oświeć mnie, proszę. – Spoglądam na ukrzyżowanego Jezusa. – Przeszedłeś do historii, wsiąknąłeś w ludzką pamięć pokoleń, tak jak mój mąż jest już tylko w mojej pamięci. – Podnoszę dumnie głowę. – Odpowiedz! – mówię, niemal głośno. No odpowiedz! – rozkazuję. – Czemu tak urządziłeś nasz ludzki gatunek? Dlaczego jego jądrem musi być rozstanie i cierpienie? – już tylko proszę, ale bez pokory. – Chcę wiedzieć i już! Zawsze wierzyłam, że potrafię nad wszystkim zapanować, że mam kontrolę nad sobą, nad każdym krokiem. Los ze mnie zadrwił. Czuję się teraz wobec Ciebie, Boże, jak zwierzątko. Zaprosiłeś mnie na bankiet zwany życiem, a tu sala opustoszała, wyszedł mój mąż i zresztą wielu innych znajomych. Zjadam resztki z Twojego stołu, jakieś ochłapy. Może powinnam nisko pochylić głowę przed Tobą, byś zaczarował czas i oddał mi męża z powrotem? Siedzę z dłońmi zaciśniętymi w pięści. Moje myśli w kołowrotku. Po co podrzucałeś książki, w których nauka tłumaczy Twoją boskość w zupełnie inny sposób? Może nie jesteś formą energii, na którą dałam się nabrać, tylko jako Stwórca wychodzisz poza energię? Wiem na pewno, że stworzyłeś świadomość, a świadomość to energia. Przecież jedną z cech świadomości jest to, że jest świadoma sama w sobie, że ma różne struktury. Na cokolwiek spojrzę, to to coś ma świadomość. A komunikacja? To też cecha świadomości, a więc mogę z Tobą rozmawiać i Ty możesz ze mną i ze wszystkim, cokolwiek stworzyłeś. Przecież nie stworzyłeś tego wszystkiego i poszedłeś sobie hen daleko, tylko musiałeś mieć jakiś cel? Czy tym celem ma być rozmowa z Tobą? A może to jakaś gra? A w tej grze chodzi o to, żeby zaakceptować to, że mamy w sobie Twoją cząstkę, jak w tym śnie, z którego „złapałam” słowa: „Nie było i nie ma bogów przed nami, to my jesteśmy bogami”. Co mam zaakceptować, jakiego Ciebie? Otwórz mi ten kanał połączenia z Tobą, proszę. Obudź moje zmysły. Wiesz! Brakuje mi chyba odwagi i niewinności, by w Ciebie uwierzyć, Ciebie takiego w trzech osobach. Wiesz co? Jesteś współwinnym tej mojej niewiary, moich ograniczeń. Zrozum! Czekam tu na cud. Przyszłam tu dla cudu odpowiedzi na pytanie. – Dlaczego przemijamy? Nagle! Jakby ktoś lub coś otworzył mi zapadkę w umyśle. Może nie słyszę dosłownie, ale gdzieś na poziomie jakieś energii we mnie. Nie przemijamy. Przyszłaś tu w określonym celu. Poczułam się jak niepyszna, ukarana za niedostateczną wiarę, więc wyobrażam sobie mojego Boga, który nie ma ograniczeń poznawczych jak ja, który zna dogłębnie Fizykę Całego Kosmosu, bo przecież ją stworzył i umie ją zastosować. Boże! Jesteś genialnym Obserwatorem, który śledzi biegi wszystkich czasów, tworzy, wygasza i modyfikuje. Naginasz prawa. Bywasz w każdej części Wszechświata, w dowolnym strumieniu czasu. Jesteś we wszystkich światach naraz i dbasz, by te światy wpływały na siebie. Katalizujesz rozwój każdej jednostki, a śmierć dajesz nam po to, by uwolnić nasze dusze. Rozumiem.

Nie wiem czy był to monolog czy jednak rozmowa, bo odpowiedź dostałam. Czyżbym poznała urywek, ułamek prawdy? Chcę wstać z kolan, ale coś mnie trzyma, każe skłonić głowę, zmusza do pokory. Czuję to.

– Boże, być może nie wierzę w Ciebie, takiego jak nakazuje mi moja religia, jednak wiem, że jesteś i wierzysz we mnie. Nie wiem, jak mam się do Ciebie zwracać. Daj mi jeszcze jakiś inny znak. Dobry znak w tym parszywym moim losie. Tylko o to Cię proszę.

Wychodząc jeszcze raz spoglądam na ukrzyżowanego Jezusa. Wlokę się noga za nogą do domu, jakbym bała wrócić się do światła. Już na miejscu koncentruję się na poszukiwaniu w swojej głębi jakiejś przyjemności. Przeszkadza mi hałas dochodzący z ulicy, więc zamykam szczelnie okna, wyłączam radio, gdzie w eterze muzyka się ledwo tli. Przysiadam na kanapie, a właściwie się kładę. Rozmyślam. Próbuję sobie sama wytłumaczyć, czym jest śmierć. Czy to tylko zamiana formy, kanał, połączenie do innego wymiaru bytności, w którym zawsze istniejemy? Most do czegoś, czego nauka w tej chwili nie może udowodnić? Spoglądam na swoje nogi, na tę twardą materię i mam wrażenie, że jakaś cząstka mnie jednocześnie istnieje w innym wymiarze, bo część mojej świadomości jest oddzielna i istnieje Tu i Tam. Czy ciało jest jak stary łach, który się wyrzuca. – Kochanie może tu jesteś i mnie dotykasz?

Ponownie korzystam z wolności myślenia. Nie pozwalam na schwytanie w religijne pułapki mojego umysłu. Mam przecież prawo do korzystania z tej wolności. Może moje koncepcje wcale nie są fikcją? Boże – daj znak.

Od tamtej pory zaiskrzyło we mnie. Mam coraz to większe wątpliwości w tym procesie poszukiwania Boga. Dziwne, że nie szukam go w religii, w której przyszło mi się urodzić, tylko szukam Go w nowoczesnej nauce, która rozwinęła skrzydła w ciągu ostatnich lat, a teoria powstała zaledwie sto lat temu. Dziś słyszy się takie zdania: Kwantowe myślenie, kwantowe jedzenie (słyszałam już o serwowanych kwantowych sznyclach). Uzdrowiciele leczą metodą kwantową, a bioterapie też są kwantowe. Czy ja żyję już w Matrixie? I w tym Matrixie mam szukać Boga? Jeszcze trochę, a w aptece dostanę kwantowe tabletki, które zlikwidują mi zmarszczki. Nawet mi się to podoba, dałabym się nabrać. Słyszałam też o kwantowych dotykach, kwantowych spostrzeżeniach. Może mnie nie ma, a tylko moja plazma bez przerwy się zmienia. Może moje życie naprawdę jest fikcją, a to prawdziwe toczy się gdzieś w innym wymiarze? Może ten nasz wymiar, to boski cel, by sprawdzić nas jako ludzką rasę, co zrobimy ze sobą, gdy mamy wolną wolę? A zatem dlaczego ludzie dostali szału na punkcie pieniędzy i ich pomnażania? Ja osobiście nie pomnażam, a tracę to, co mam, bo tak podpowiada mi intuicja. Do grobu zabiorę tylko to, co mam w głowie, dobre lub złe myśli, ponieważ z nich się składam. Myśli są kwantowe. Więc tak sobie myślę, że tę szkołę, którą jest życie, ukończę na dostateczną i kwantowo przeniosę się w inny wymiar, który gdzieś jest tu obok.

Z powieści…

Łucja Fice

Po drugiej stronie grzechu: Bajka zamku Książ

Po pół wieku uciekam od szalonych czasów pełnych szalonych ludzi w głąb Wałbrzyskiego Parku Narodowego. Pobyt w zamku ma być próbą, czy pęknę pod ciężarem kłamstw tego świata, czy wrócę do domu zrelaksowana. Jestem już w Książu na dolnym Śląsku, niedaleko Świebodzic, gdzie jako mała dziewczynka i nastolatka spądzałam u stryjka wakacje i święta. Pragnę odszukać ślady tej miłości, którą zostawiłam w samym zamku Książ.

Życie to bajka, tak zwykłam mówić. Każdy żyje w swojej, wykreowanej przez własne myśli. Chowam się w zaciszu Natury, w lesie okalającym zamek. Powracam w miejsca, gdzie zostawiłam ślady dziewczęcych stóp. Podążam też śladami samotnej Daisy, Stokrotki, ostatniej pani tego zamku, która sto lat temu też samotnie uciekała w las, by nad dzikim strumieniem łowić pstrągi i rozmyślać. Daisy, mimo swego bogactwa, również była samotna. Mój powrót do zamku był szokiem. Odnowiony, z przygotowanymi komnatami i dziełami sztuki sprzed lat, przyciąga turystów z całego świata. Wynajmuję prywatnego przewodnika, który oprowadza mnie po zamku i opowiada jego historię. Biorę też udział w nocnej wyprawie po zamkowych lochach. Wracam w te same miejsca, po których kiedyś latały nietoperze i biegały szczury wielkie jak koty. Mieszkam w domku, jednym z wielu domków dla służby, a po których biegałam jako mała dziewczynka z grupą innych dzieciaków, bawiąc się w chowanego. Podziwiam piękne pałacowe ogrody. Nie chcę opisywać dziejów zamku i związanej z nim historii niemieckich laboratoriów śmierci w czasie drugiej wojny światowej, czy historii pięknej, bajecznie bogatej, dobrej księżniczki, która mieszkała tu do czasu wybuchu wojny. Można to znaleźć w literaturze faktu.

O Daisy TU. O dziejach zamku podczas II wojny TU. A tu jeszcze opowieść o tym, jak Daisy spędzała święta.

Późnym popołudniem tego samego dnia wybieram się na pierwszy spacer do „puszczy” okalającej zamek. Odnalazłam dziką dróżkę, nieznaną turystom, prowadzącą głęboko w dół lasu. Po kilkudziesięciu metrach zorientowałam się, że zapomniałam telefonu, a o kompasie w ogóle nie pomyślałam. Wszystkie moje życiowe wybory i kroki, jakie podejmuję, są na chybił trafił. I tak było tym razem. To był instynktowny moment zapuszczenia się w głąb tej „puszczy”. Ryzyko, nie czuję strachu, adrenalinę mam chyba we krwi. Inteligencji orientacji mam tyle, co szprotki w puszce, a jednak idę dalej. Moim celem jest wartki strumień, nad którym rozmyślała księżniczka, a później ruiny starego zamku. Idę tą samą dróżką, którą pokonywała Daisy. Po przejściu następnych kilkuset metrów zgubiłam się. Ani w tą, ani w tamtą. I wtedy mroczny las pokazał swoją nieokiełzaną siłę i moc. Przysiadam na zwalonych pniach drzew i myślę o księżniczce i inteligentnych drzewach. Opowieści o Pani zamku słyszałam już od stryjka. W głowie jak na ekranie komputera wyświetla się „film” i słyszę głos stryjka – „Księżniczkę do lasu prowadziły sarenki, dlatego nigdy nie zbłądziła”. Wstaję i nie mam innego wyjścia, jak podążyć się w jednym kierunku. Gdzieś przecież wyjdę. Jestem już nad urwiskiem. Głęboko w dole płynie strumień. Las wydaje się bajkowy, jakbym znalazła się w filmie Avatar. Nie mogę się zgubić, przecież drzewa też mają serca. Przez ich wiekowe konary, rozczapierzone jak tysiące ludzkich rąk, wpadają ostatnie promyki słońca. Jest godzina dwudziesta. Przysiadam na zwalonym pniu, który będę musiała pokonać, by iść dalej. Spoglądam na niższe piętro lasu. Nagle widzę gromadkę sarenek, a wśród nich jedną malutką. Pokonuję zwalony pień i idę w dół, śladem zwierząt. Jestem blisko, może dwadzieścia metrów. Płoszę je. Jedna z nich zostaje i mi się przygląda.

– Chodź do mnie, malutka, nie zrobię ci krzywdy, zgubiłam się – mówię głośno.

Inne już odbiegły, a ta mała zachowywała się irracjonalnie. Obserwowała mnie, jakby na mnie czekała. Jedna ze starszych saren co chwilę przystawała i na pewno wiadomymi sobie znakami dawała małej reprymendę. Szłam dalej, jakby sarenka mnie prowadziła i zapomniałam, że w ogóle się zgubiłam. I tak doszłam do strumienia. Dopiero wtedy zrozumiałam, że one szły do wodopoju, ale instynkt mnie nie zawiódł. A może znalazłam się w bajce, a sarenka to Daisy? Przykucnęłam i zobaczyłam szerokie kilkudziesięciostopniowe schody z kamieni, prowadzące do ruin zamku. Po raz drugi ogarnął mnie lęk i to uzasadniony. Jestem sama w puszczy. Pomyślałam: skoro Daisy się nie zgubiła, to i ja nie muszę. Nagle słyszę jakieś głosy. Teraz to mnie zamordują – takie myśli przebiegły przez głowę. Głosy były coraz bardziej słyszalne. „Ja tam nie idę”, „Zobacz, tam ktoś jest”. Głos kobiecy był przyjazny, więc się odwracam. Widzę parę młodych, którzy idą w moim kierunku.

– Co pani tu robi sama w tym ogromnym lesie? – pyta mężczyzna.
– Idę na stary zamek – odpowiadam spokojnie, jakbym była leśnikiem i znała tu każde drzewo.
– Jest późno, robi się szaro. Ma pani szczęście, tu można zabłądzić, tu nikt sam nie rusza w las.
– Za późno – odpowiadam.
– Idziemy do ruin?
– Pewnie, że idziemy, muszę zrealizować swój plan.

No i wchodzimy po szerokich i głębokich schodach. W czasie wspinaczki dziewczyna opowiada historię Daisy, jakiej jeszcze nie znałam. Uraczyła mnie prawdziwą opowieścią z życia jej babci, która pracowała w pałacowych ogrodach. Wracaliśmy już prawie po omacku, przy świetle latarki, którą miał ze sobą mężczyzna. Młody dobrze orientował się w terenie i bez problemu o godzinie dwudziestej drugiej trzydzieści wróciliśmy na zamek.

Dziewczyna o imieniu Grażynka opowiedziała legendę, która mówi o księżnej zamku, o jej duchu, błąkającym się wśród ścieżek, którymi za życia podążała i pomaga nie zgubić się osobom zapuszczającym się w głąb tego olbrzymiego lasu.

Tak sobie myślę, iż zdarzyły się dwa cuda. Jeden, że spotkałam ludzi, akurat tego dnia, akurat o tej porze, akurat dziewczę, które znało historię życia Daisy i związane z nią legendy. Czy to przypadek? Tego się już nie dowiem. Teraz zaczekam na moją sarenkę, która zaprowadzi mnie ponownie nad tę samą rzeczkę, ale w czasie snu.

Zaprosiłam młodych na piwo i tak do drugiej w nocy słuchałam opowieści związanych z zamkiem. Wszystko jest dla mnie takie dziwne. Tam jest magia. W końcu moje marzenie się spełnia. Wymądrzę się w tym momencie i dodam, że to intencje wpływają na procesy zachodzące w mózgu. Im więcej intencji, tym większa możliwość spełnienia marzeń. Z tym zamkiem łączy się moja platoniczna przygoda miłosna, której ślady tam zostawiłam.
W latach sześćdziesiątych był to dziki, opuszczony teren z pozostałościami zniszczeń po wojnie, zarówno po Niemcach jak i armii rosyjskiej. Okalający zamek las (ponad 200 ha) też był mi znany, jakby to była moja własna posiadłość. Do tej puszczy (tak nazywam dziki Wałbrzyski Park Krajoznawczy) nie prowadziła kiedyś droga, tylko piaszczysty dukt. Z innymi dzieciakami penetrowaliśmy opuszczone lochy. Jako zakochana szesnastolatka robiłam z moim chłopakiem całodzienne wypady. Przyjechałam do Świebodzic, gdzie moja pierwsza miłość nadal mieszka z rodziną. Umówiliśmy się w jednej z restauracji w zamku Książ. Poinformowałam go przez telefon, jak jestem ubrana. Pijąc kawę rozmarzyłam się. Czekam na młodego, przystojnego chłopaka, studenta trzeciego roku Politechniki Wrocławskiej. Jestem rozemocjonowana i chyba zaprogramowana w taki sposób, by utrwalać emocje chemiczne w pamięci długoterminowej. Taką zamyśloną wyrywa mnie głos, wypowiadający moje imię. Podnoszę głowę. Co po nas zostało? Tylko głos, który jest wizytówką niezmienną od lat, identyfikatorem. Na własnej skórze odczułam tę degradację czasu. Doznaję szoku, bo wracam. Skąd wracam? Jestem już Teraz i Tu.

Staje przede mną starszy pan w dżinsach i sportowej koszuli, odmawia wypicia kawy. Nie czuję radości ze spotkania ani w jego pozie ani w jego oczach, co najwyżej szklaną pustkę. Nie tak miało być, nie taki obraz zaplanowałam. Płacę w pośpiechu rachunek i ruszamy starym audi do Świebodzic, do domu, w którym pomieszkiwałam w czasie wakacji. Konsternacja odbiera zmysły, więc rozmowa nie klei się. Dojeżdżamy. Moim oczom ukazuje się może nie zdewastowany, ale bardzo zniszczony budynek, na którym ta sama co kiedyś, ale wyblakła reklama zakładu fotograficznego sąsiada z pierwszego piętra. Choć pozornie nic się nie zmieniło, tylko się zestarzało, to wspomnienia zakodowane w pamięci długotrwałej żyją starymi obrazami. Pomyślałam: Domy są jak ludzie, składają się z tych samych cząsteczek, atomów, elektronów, pozytonów i nawet emanują zapachem tamtych czasów, bo w dziwny sposób włączył mi się zmysł węchu z czasów dzieciństwa i młodości. Nie ma już ładnego ogródka, w którym rosły róże i pachnące konwalie. Nie ma naszej romantycznej altanki. To wspomnienie młodości niosło ślady cierpienia, a jego brzegi raniły mnie aż do molekuł. Pomyślałam, że przeszłość zostawiłam za sobą, a tu na własne życzenie jest obok. Poczułam się, jakby atomy moich rzęs drgały w świetle kosmicznego tańca światła, a ja byłam tylko ich wylęgarnią.

– Ależ jest! – nagle wybudzam się z zamyślenia. – Jest schowana za garażem.

Kolega prowadzi mnie tą samą dróżką, po której dawno, dawno temu dreptałam. W mózgu włączają się chyba antyatomy, antyelektrony, te wszystkie antycząstki, bo znowu na kilka sekund jestem w tamtym czasie, z grupą imponujących mi studentów. Pijemy alkohol i palimy fajki. Katalepsja mija i widzę obecny obraz. Stara nora, zarzucona wieloma szpargałami i brudnymi szmatami. Czyżby to jeszcze te koce, którymi kolega okrywał mnie w późne letnie, chłodne wieczory, kiedy czytaliśmy Mickiewicza, Tetmajera i innych wielkich poetów, a fraszek Sztaudyngera uczyliśmy się na pamięć? Znów mój umysł odebrał wrażenie zapachu altany z tamtych lat. To samo odczucie dopadło mnie, kiedy wchodzę do domu i witam się z panią w moim wieku. Siedziała na kanapie i cały czas coś żuła. Zdawała się być jak cicha, łagodna owieczka, która zjada trawę. To jego żona. Na spotkanie wychodzi i wyciąga szeroko ramiona stulatek, ojciec kolegi i przyjaciel mojego stryjka. Wygląda jak dobry, poczciwy batiuszka. Zaprasza. W mieszkaniu, które pięćdziesiąt lat temu było dla mnie „bogate”, nic się nie zmieniło, oprócz nowych setek książek upchanych, gdzie się da. No tak! „Dom bez książek, to dom bez okien”. Dziadek opowiada historie, które są dla mnie jakby nie z tej ziemi, historie wojny związane z zamkiem. Podziwiam jego rześkość i prawię komplementy. Choć nie. To, co mówię, to prawda. Dziadek otwiera stare zniszczone pudełko, które nawet dziwnie pachnie i wyciąga pożółkłe czarno białe zdjęcia z księżną Daisy.

– Zobacz, o tu, tu siedzi mój ojciec.

Staruszek wraca do przeszłości, nie tylko tej wojennej historii Książa. Opowiada o swoim ojcu, bywalcu na zamku w latach dwudziestych. Wchodzę w tamtą przestrzeń, która dla mnie jest tylko myślą, bo reszta, co otacza tę przestrzeń, to już chyba myślący Bóg, który tak zarządził. Słowa o Niemcach, o czasie drugiej wojny światowej i laboratoriach, w których poddawani byli okrutnym badaniom mieszkańcy okolic, są precyzyjne, zdania logiczne i sensowne, strzela nimi jak harpunami, a harpuny łatwo wbić, ale wyciągnąć, to już nie będzie jak. Na trwałe zostanie zapisany w moim umyśle i sercu odpowiednim kodem mój stosunek do Niemców. Nawet pani Merkel ze swoją polityczną poprawnością ratowania milionów emigrantów nie pomoże. Podziwiam piękny umysł tego staruszka i jego moc przebaczenia, o którą ja będę musiała prosić Boga. Niesamowitość potęguje wrażenie, kiedy ta pierwsza moja miłość kładzie na stole moje listy sprzed pół wieku, adresowanych kaligraficznie kopertach. Przypominam sobie, ile czasu poświęcałam pisaniu tych adresów, okłamując matkę, że to lekcje. Robię zdjęcia i zachłannie czytam. Rozpoznaję w nich siebie poprzez transformacje ideowe, duchowe, kulturowe. Choć czuję się „przestarzała”, to gdzieś w środku jestem tą samą osobą, te listy o tym świadczą. Zatrzymuję wzrok dłużej na jednym, gdzie odnajduję mój wiersz, który mogę dzisiaj uznać za dobry. Rozbraja mnie zapis: „[…] przepraszam, ale to z poetyckiego nawyku”. Boże! Pomyślałam: jakiż to poetycki nawyk mogłam mieć w wieku szesnastu lat? Chciało mi się śmiać, ale z moich wierszy już nie. Opuszczam Świebodzice i dom pełen wspomnień. Wyjeżdżamy. Po drodze robię ksero listów. Wysiadam tak po prostu, mówiąc „do widzenia”.
Gdzie ten dżentelmen sprzed lat? No cóż, do przeszłości się nie wraca. Życie zostało tak zaplanowane i zapisane w boskiej księdze, że nie jego żoną miałam być. Boski plan został zrealizowany. Wypełniły się nawet banalne cele, a teraz dostałam nowe zadania, bo chyba jestem kobietą zadaniową. Czy je zrealizuję? Nie wiem. Ale po latach dostałam odpowiedź. Do przeszłości się nie wraca. Jej już nie ma.