Po kiszoną kapustę

Ela Kargol

Poznań to moje miasto, które często ostatnio zaniedbuję na korzyść Szczecina.
Wszystkie święta spędzam jednak tutaj, w Poznaniu, w moim domu rodzinnym, z prawie 90-letnią mamą i resztą rodziny. Główny obowiązek przygotowania świąt spada właśnie na mnie. Sporo już zrobiłam, nie kupilam jeszcze kapusty kiszonej. Po tę kapustę wybrałam się tramwajem aż na Rynek Jeżycki.

Wysiadłam na Moście Teatralnym i ruszyłam pieszo ulicą Jana Henryka Dąbrowskiego w kierunku rynku.

Mam tam swoje stoisko, swoją panią, tata też u niej zawsze kupował.
Na rynku jest wszystko: mydło i powidło, i kiszona kapusta, a po drodze tyle historii, której w przedświątecznej gonitwie nie potrafię ominąć.

Teatr Nowy. Jeśli zdążę, wybiorę się tu zaraz po świętach.
Ale moją uwagę oprócz repertuaru teatru zwraca hydrant opatulony patriotycznie.
Podchodzę bliżej i czytam, że to z okazji 101 rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Ciepło mi się robi na duszy i sercu.

Mój dziadek Ludwik nie poszedł do powstania. Jako Wielkopolanin wcielony został do armii pruskiej, walczył pod Verdun, odznaczony żelaznym krzyżem trafił do niewoli francuskiej i z Hallerem i jego Błękitną Armią wrócił do Polski.
Zaś jego brat Andrzej w chwili wybuchu I wojny światowej miał 13 lub 14 lat, Wielkiej Wojny udało mu się uniknąć, ale nic i nikt go nie powstrzymał, żeby nie pójść do powstania. Zginął pod Gnieznem w roku 1919. Został pochowany na jednym z gnieźnieńskich cmentarzy. Grobem opiekował się dziadek Hallerczyk chyba do początków lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Grobu już nie ma i nie znalazłam go na żadnej liście Powstańców Wielkopolskich.

Idę dalej Dąbrowskiego, a tam pomnik Trzech Tramwajarek, odsłonięty niedawno na skwerze nazwanym ich imieniem. Na skwerze ławeczka, na ławeczce niczym ze sztuki Aleksandra Gelmana dwoje przeciętnych staruszków, sorry ludzi w moim wieku, z tobołami, którzy cieszą się ciepłem grudniowego słońca. Podchodzę do pomnika – instalacji, robię zdjęcia, a ponieważ skwer jest mały, a na nim tylko ja i oni, więc zagaduję, że ciepło, jak na tę porę roku.
“A pani wie kto to, te tramwajarki? może jakiś wypadek tu był?”, pyta pani z ławeczki. Odpowiadam, że tyle wiem, że to bohaterki czerwca 1956 roku.
Towarzysz tej pani zwraca się do mnie: “Pani ma komórkę, pani poczyta w internecie”. Ale zaraz dodaje, że one tu zginęły razem z Romkiem Strzałkowskim, którego imieniem ulica jest przecznicę dalej.
“Na Kochanowskiego była ubecja. Wstyd się przyznać, ale mój wuja tam pracował. W latach 70, kiedyś u niego byłem, na Kochanowskiego, a tam na podłodze krew. Pytam się co to, a on, że pomidorowa się rozlała. Pani, tam się działy złe rzeczy. Ale jak mi mandat chcieli wlepić, to nazwisko wuja się przydawało.”
Szukam w internecie o tramwajarkach i czytam głośno:

Helena Przybyłek, Stanisława Sobańska i Maria Kapturska, bohaterki Poznańskiego Czerwca ’56 zostały nowymi patronkami skweru u zbiegu ulic: Kochanowskiego i Dąbrowskiego. Uchwałę w sprawie nadania nazwy Trzech Tramwajarek przyjęli poznańscy radni.

Trzy tramwajarki po wstrzymaniu ruchu tramwajowego stanęły na czele manifestacji, która szła pod gmach Wojewódzkiego Urzędu do Spraw Bezpieczeństwa przy ul. Kochanowskiego. Liczyły, że władza nie użyje przemocy wobec kobiet.

Helena Przybyłek została postrzelona w nogi, gdy z okien urzędu padły strzały. Kobieta została przewieziona do szpitala, gdzie funkcjonariusze SB wielokrotnie ją przesłuchiwali. W ciągu trzech kolejnych lat przeszła szereg operacji, w tym także amputację jednej z nóg.

Z kolei Stanisława Sobańska, niegroźne ranna podczas ulicznych starć, została aresztowana, a następnie brutalnie pobita. Obrażenia wymagały kilku operacji.

Maria Kapturska została aresztowana 1 lipca 1956 roku. Podczas wielokrotnych przesłuchań została brutalnie pobita. W więzieniu zaczęła chorować i po zwolnieniu nie była w stanie pracować; otrzymała pierwszą grupę inwalidzką.

Kobiety przez swoją postawę stały się jednym z symboli robotniczego zrywu. Wśród poznaniaków panowało przekonanie, że powinny zostać uhonorowane w szczególny sposób.

Na pomniku brakuje daty, powiedziałam panu z ławeczki, że napiszę, gdzie trzeba. Romka Strzalkowskiego wszyscy w Poznaniu znają, a tramwajarki niekoniecznie są znane. Data dużo by pomogła. Pan z ławeczki jest wzruszony, podaje mi rękę, życzymy sobie zdrowych świąt. Nie bardzo wie, co mógłby powiedzieć na do widzenia, więc mówi: “no to się pogadało”, ale w tych słowach jest dużo więcej, jest świąteczna radość.

Mijam kino Rialto, kino przedwojenne o różnych nazwach, począwszy od Adrii, poprzez Kammer Lichtspiele w czasie wojny, Jedność zaraz po wojnie i od 1946 roku aż do teraz – Rialto.
Jest już późno, obawiam się, że mogę nie zdążyć kupić kapusty.

Widzę już w oddali stragany. Podchodzę do pierwszego z jemiołą. Pytam, czy mogę zrobić zdjęcie. Kobieta siedząca na straganie odpowiada: “Niech pani robi, jemioła taka śliczna”.
Ja na to, że pod jemiołą to kochankowie się całują. “Oj, pani, żeby pani wiedziała, mąż mi się oświadczył pod jemiołą ”
Pytam, czy miłość dotąd trwa? Ona ze łzami w oczach opowiada, że miłość trwała 25 lat, bo potem mąż zmarł na raka. Jakby żył, obchodziliby w grudniu 40 rocznicę ślubu. Opowiadam o sobie, a ona o synach, wnuczkach, pokazuje zdjęcia. Życzymy sobie zdrowych świąt, ona odrywa gałązkę jemioły i podaje mi na pożegnanie. Szukam mojego stoiska z kapustą, niestety nie znajduję, albo przyszłam za późno, albo już po prostu go nie ma.


Rynek Jeżycki z bogatą historią został założony jako Jersitzer Markt przy drodze na Berlin. Ta okolica pamięta jeszcze czasy, gdy wojska napoleońskie z generałem Janem Henrykiem Dąbrowskim wkroczyły do Poznania, wtedy nazywała się Szosą Berlińską, w 1900 roku przemianowano ja na Wielką Berlińską. W czasie II Wojny Światowej nazwano ją Saarlandstraße, później Karinstrasse. Po wojnie próbowano wrócić do nazwy kierunkowej. Oczywiście nie mógł to być Berlin, a stała się nim Skwierzyna. Ulica Skwierzyńska nie przyjęła się wśród poznaniaków, nazywano ją znowu przedwojennie, ulicą Dąbrowskiego.

Po wojnie postać generała Dąbrowskiego, twórcy legionów we Włoszech nie pasowała ówczesnemu ustrojowi. Włodarze miasta sprytnie zmienili nazwę na… Dąbrowskiego, ale Jarosława, z innym życiorysem, lecz dla poznaniaków stała się znowu ulicą Dąbrowskiego. I tak jest do dziś z tym, że Jarosław ponownie stał się Janem Henrykiem. Do tej pory można podziwiać świetność tej okolicy, z secesyjnymi kamienicami takich znamienitych poznańskich architektow, jak Paul Pitt czy Oskar Hoffmann.

Na Rynku Jeżyckim połowa straganów jest już zamknięta. Można kupić jeszcze ciuchy, nowe i przechodzone, chemię z Niemiec, mięso, jemiołę i choinki.

Wracam do domu bez kapusty, z gałązką jemioly, w bardzo świątecznym nastroju.

5 thoughts on “Po kiszoną kapustę”

  1. Pochodzilam sobie teraz z Pania Elzbieta po tym Poznaniu, bylam tam juz pare razy w zyciu…
    Bylo ciekawie, no i dowiedzilam sie duzo nowego…
    Dziekuje,.
    Zycze Pani przyjemnych Swiat!
    T.Ru

      1. 😍😍😍😍
        Dla Was obu:

        Dla Pani E.K.
        I Ewy Sl.
        ❤❤❤

  2. Ileż ja się w czasie studiów nachodziłem i najeździłem ulicą Dąbrowskiego ku kampusowi na Szamarzewie i z powrotem. Prawie codziennie przez kilka lat. Dziękuję za przywołanie wspomnień!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.