Kropla

Opowieść o kropli dzieje się w upalny letni dzień. Zdjęcia autor zrobił w mokry i szary dzień grudniowy. 

Mieczysław Węglewicz

Wstawał kolejny słoneczny dzień.
Kropla rosy wisiała niepewnie na krawędzi liścia.
Na swojej lśniącej powierzchni odbijała zakrąglony lekko drżący obraz świata. Początkowo wzbierała i pęczniała, gotowa do lotu w dół.
Tymczasem pracowite słońce zaczęło już swoją codzienną wędrówkę i jego ciepło dotarło do kropli, która stawała się mniejsza i mniejsza.
Przed południem wyschła bez śladu.

 

 

Opowieść o świeczkach i świętym Mikołaju

Ewa Maria Slaska

Było to w listopadzie, gdy nagle poczułam, że z niczym nie daję rady i na nic nie mam siły ani czasu. Nagle musiałam zacząć pracę w biurze, nie było jej zbyt wiele, ale jednak więcej niż przez kilka ostatnich lat, musiałam napisać zaległe zamówione teksty i, chyba po raz pierwszy w życiu, nawaliłam i nie napisałam na żądany termin, ba, nie napisałam ich nawet miesiąc później. Nawalałam wszystkie terminy, nigdzie nie przychodziłam, albo wcale, albo na czas. Ludzie zaczęli się na mnie obrażać, lub mnie obrażać, co na jedno wychodziło. A kot zaczął mi nocą sikać do łóżka…
W skrajnej desperacji napisałam maila i rozesłałam do wszystkich Krewnych-i-Znajomych-Królika, opisałam, co się dzieje, poprosiłam, nawet nie o pomoc, bo nie wiedziałabym, kto by miał mi w czym pomóc, tylko o zrozumienie i wyrozumiałość.
Już samo opisanie sytuacji przyniosło pewną ulgę. Ludzie dzwonili lub pisali, pytali, jak mi pomóc, jedna z przyjaciółek zapaliła świeczki w katedrze w Atenach…

A potem, któregoś dnia, gdy wróciłam z pracy, znalazłam pod drzwiami kopertę, a w niej kartkę świąteczną z tekstem po polsku, że to życzenia od świętego Mikołaja, i stówką euro.

Obdzwoniłam lub spytałam smsem, na messengerze, mailu i whatsappie wszystkich Krewnych-i-Znajomych-Królika, którzy przedtem dostali ode mnie marudzącego maila, pytając, kto? Wszyscy się wyparli, a w końcu ktoś powiedział, że mam przestać im zawracać głowę. Przyszedł święty Mikołaj i już, taka była kiedyś natura świętego Mikołaja, że anonimowo dawał prezenty tym, którzy potrzebowali.

Przestałam więc. Przyjęłam z wdzięcznością stówkę i wydałam ją na honorarium dla behawiorystki, która przyszła pomóc uspokoić kota. Kot się uspokoił, a wokół mnie zaczęły się dziać cuda. Ludzie, którzy się poobrażali wrócili (no, prawie wszyscy – dwie osoby odeszły chyba na zawsze, ale trudno – może to były takie przedświąteczne porządki w ich życiu, albo w moim – kto wie; a może jeszcze wrócą). Dostałam pieniądze, zaległe i bieżące, spodziewane i niespodziewane, oraz obietnicę umowy o pracę. Ba, wynajemca zwrócił mi nadpłaty i… uwaga: obniżył czynsz, co się przecież nigdy nie zdarza! Nawet nowa kołdra się zjawiła, w miejsce tej, którą kot kilkanaście razy obsikał, a ja kilkanaście razy uprałam, co zamieniło ją w wytartą, na wpół przezroczytą szmatę.

Nagle, bez najmniejszych problemów, napisałam wszystkie zaległe teksty i zrobiłam wszystko, co powinnam była zrobić…

Chaos zamienił się w Kosmos czyli Ład.

Dziś, po miesiącu od wysłania tamtego maila, patrzę spokojnie na świat i przyszłość, i mogę życzyć Wam wszystkim najpiękniejszych radosnych świąt.

Niech się Wam darzy!

A na zakończenie dwa morały wynikające z tej opowiastki.

Morał pierwszy: Mów głośno, co ci przeszkadza. Mów to sobie, ale mów to i innym, żeby wiedzieli. Opis tego, co dzieje się źle, jest pierwszym krokiem do tego, by zaczęło się dziać lepiej.

Morał drugi: Wierz w świętego Mikołaja i moc świeczek, bo ta wiara czyni cuda!

Dziękuję, Mikołaju! Zapalę ci zaraz świeczkę!!!


Moje tegoroczne choinki. Rózgi zebrałam podczas spaceru w dniu św. Mikołaja
i pomalowałam, drugą Wnuk skomponował dla Kici.

Ach, jeszcze jeden PS: oczywiście puściłam w dalszy obieg stówkę od świętego, mnie już pomogła, niech pomaga innym.

Po kiszoną kapustę

Ela Kargol

Poznań to moje miasto, które często ostatnio zaniedbuję na korzyść Szczecina.
Wszystkie święta spędzam jednak tutaj, w Poznaniu, w moim domu rodzinnym, z prawie 90-letnią mamą i resztą rodziny. Główny obowiązek przygotowania świąt spada właśnie na mnie. Sporo już zrobiłam, nie kupilam jeszcze kapusty kiszonej. Po tę kapustę wybrałam się tramwajem aż na Rynek Jeżycki.

Wysiadłam na Moście Teatralnym i ruszyłam pieszo ulicą Jana Henryka Dąbrowskiego w kierunku rynku.

Mam tam swoje stoisko, swoją panią, tata też u niej zawsze kupował.
Na rynku jest wszystko: mydło i powidło, i kiszona kapusta, a po drodze tyle historii, której w przedświątecznej gonitwie nie potrafię ominąć.

Teatr Nowy. Jeśli zdążę, wybiorę się tu zaraz po świętach.
Ale moją uwagę oprócz repertuaru teatru zwraca hydrant opatulony patriotycznie.
Podchodzę bliżej i czytam, że to z okazji 101 rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Ciepło mi się robi na duszy i sercu.

Mój dziadek Ludwik nie poszedł do powstania. Jako Wielkopolanin wcielony został do armii pruskiej, walczył pod Verdun, odznaczony żelaznym krzyżem trafił do niewoli francuskiej i z Hallerem i jego Błękitną Armią wrócił do Polski.
Zaś jego brat Andrzej w chwili wybuchu I wojny światowej miał 13 lub 14 lat, Wielkiej Wojny udało mu się uniknąć, ale nic i nikt go nie powstrzymał, żeby nie pójść do powstania. Zginął pod Gnieznem w roku 1919. Został pochowany na jednym z gnieźnieńskich cmentarzy. Grobem opiekował się dziadek Hallerczyk chyba do początków lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Grobu już nie ma i nie znalazłam go na żadnej liście Powstańców Wielkopolskich.

Idę dalej Dąbrowskiego, a tam pomnik Trzech Tramwajarek, odsłonięty niedawno na skwerze nazwanym ich imieniem. Na skwerze ławeczka, na ławeczce niczym ze sztuki Aleksandra Gelmana dwoje przeciętnych staruszków, sorry ludzi w moim wieku, z tobołami, którzy cieszą się ciepłem grudniowego słońca. Podchodzę do pomnika – instalacji, robię zdjęcia, a ponieważ skwer jest mały, a na nim tylko ja i oni, więc zagaduję, że ciepło, jak na tę porę roku.
“A pani wie kto to, te tramwajarki? może jakiś wypadek tu był?”, pyta pani z ławeczki. Odpowiadam, że tyle wiem, że to bohaterki czerwca 1956 roku.
Towarzysz tej pani zwraca się do mnie: “Pani ma komórkę, pani poczyta w internecie”. Ale zaraz dodaje, że one tu zginęły razem z Romkiem Strzałkowskim, którego imieniem ulica jest przecznicę dalej.
“Na Kochanowskiego była ubecja. Wstyd się przyznać, ale mój wuja tam pracował. W latach 70, kiedyś u niego byłem, na Kochanowskiego, a tam na podłodze krew. Pytam się co to, a on, że pomidorowa się rozlała. Pani, tam się działy złe rzeczy. Ale jak mi mandat chcieli wlepić, to nazwisko wuja się przydawało.”
Szukam w internecie o tramwajarkach i czytam głośno:

Helena Przybyłek, Stanisława Sobańska i Maria Kapturska, bohaterki Poznańskiego Czerwca ’56 zostały nowymi patronkami skweru u zbiegu ulic: Kochanowskiego i Dąbrowskiego. Uchwałę w sprawie nadania nazwy Trzech Tramwajarek przyjęli poznańscy radni.

Trzy tramwajarki po wstrzymaniu ruchu tramwajowego stanęły na czele manifestacji, która szła pod gmach Wojewódzkiego Urzędu do Spraw Bezpieczeństwa przy ul. Kochanowskiego. Liczyły, że władza nie użyje przemocy wobec kobiet.

Helena Przybyłek została postrzelona w nogi, gdy z okien urzędu padły strzały. Kobieta została przewieziona do szpitala, gdzie funkcjonariusze SB wielokrotnie ją przesłuchiwali. W ciągu trzech kolejnych lat przeszła szereg operacji, w tym także amputację jednej z nóg.

Z kolei Stanisława Sobańska, niegroźne ranna podczas ulicznych starć, została aresztowana, a następnie brutalnie pobita. Obrażenia wymagały kilku operacji.

Maria Kapturska została aresztowana 1 lipca 1956 roku. Podczas wielokrotnych przesłuchań została brutalnie pobita. W więzieniu zaczęła chorować i po zwolnieniu nie była w stanie pracować; otrzymała pierwszą grupę inwalidzką.

Kobiety przez swoją postawę stały się jednym z symboli robotniczego zrywu. Wśród poznaniaków panowało przekonanie, że powinny zostać uhonorowane w szczególny sposób.

Na pomniku brakuje daty, powiedziałam panu z ławeczki, że napiszę, gdzie trzeba. Romka Strzalkowskiego wszyscy w Poznaniu znają, a tramwajarki niekoniecznie są znane. Data dużo by pomogła. Pan z ławeczki jest wzruszony, podaje mi rękę, życzymy sobie zdrowych świąt. Nie bardzo wie, co mógłby powiedzieć na do widzenia, więc mówi: “no to się pogadało”, ale w tych słowach jest dużo więcej, jest świąteczna radość.

Mijam kino Rialto, kino przedwojenne o różnych nazwach, począwszy od Adrii, poprzez Kammer Lichtspiele w czasie wojny, Jedność zaraz po wojnie i od 1946 roku aż do teraz – Rialto.
Jest już późno, obawiam się, że mogę nie zdążyć kupić kapusty.

Widzę już w oddali stragany. Podchodzę do pierwszego z jemiołą. Pytam, czy mogę zrobić zdjęcie. Kobieta siedząca na straganie odpowiada: “Niech pani robi, jemioła taka śliczna”.
Ja na to, że pod jemiołą to kochankowie się całują. “Oj, pani, żeby pani wiedziała, mąż mi się oświadczył pod jemiołą ”
Pytam, czy miłość dotąd trwa? Ona ze łzami w oczach opowiada, że miłość trwała 25 lat, bo potem mąż zmarł na raka. Jakby żył, obchodziliby w grudniu 40 rocznicę ślubu. Opowiadam o sobie, a ona o synach, wnuczkach, pokazuje zdjęcia. Życzymy sobie zdrowych świąt, ona odrywa gałązkę jemioły i podaje mi na pożegnanie. Szukam mojego stoiska z kapustą, niestety nie znajduję, albo przyszłam za późno, albo już po prostu go nie ma.


Rynek Jeżycki z bogatą historią został założony jako Jersitzer Markt przy drodze na Berlin. Ta okolica pamięta jeszcze czasy, gdy wojska napoleońskie z generałem Janem Henrykiem Dąbrowskim wkroczyły do Poznania, wtedy nazywała się Szosą Berlińską, w 1900 roku przemianowano ja na Wielką Berlińską. W czasie II Wojny Światowej nazwano ją Saarlandstraße, później Karinstrasse. Po wojnie próbowano wrócić do nazwy kierunkowej. Oczywiście nie mógł to być Berlin, a stała się nim Skwierzyna. Ulica Skwierzyńska nie przyjęła się wśród poznaniaków, nazywano ją znowu przedwojennie, ulicą Dąbrowskiego.

Po wojnie postać generała Dąbrowskiego, twórcy legionów we Włoszech nie pasowała ówczesnemu ustrojowi. Włodarze miasta sprytnie zmienili nazwę na… Dąbrowskiego, ale Jarosława, z innym życiorysem, lecz dla poznaniaków stała się znowu ulicą Dąbrowskiego. I tak jest do dziś z tym, że Jarosław ponownie stał się Janem Henrykiem. Do tej pory można podziwiać świetność tej okolicy, z secesyjnymi kamienicami takich znamienitych poznańskich architektow, jak Paul Pitt czy Oskar Hoffmann.

Na Rynku Jeżyckim połowa straganów jest już zamknięta. Można kupić jeszcze ciuchy, nowe i przechodzone, chemię z Niemiec, mięso, jemiołę i choinki.

Wracam do domu bez kapusty, z gałązką jemioly, w bardzo świątecznym nastroju.

Poniedziałek, Barataria, święta, ziemniaki

To skomplikowane zadanie, które w tytule sformułowałam tak śmiało, choćby z największym trudem rozwiązać by należało, bo jeśli dotarły do mnie z Polski dwa zdjęcia choinek zrobionych z ziemniaków, to zaczyna się być może jakiś trend…
Ale internet pokazał mi tylko jeszcze jedną choinkę z ziemniaków – ustawioną przez pracowników peruwiańskiego Instytutu Ziemniaka w Limie.
To mi przypomniało, że jak opowiedziałam kiedyś podczas zebrania towarzyskiego, że ziemniaki w gwarze wielkopolskiej nazywają się pyry, bo pochodzą z Peru, moi rozmówcy nie chcieli mi uwierzyć, a ten spośród nas, który jest profesorem, poszedł do sąsiedniego pokoju i sprawdził w komputerze, czy tak właśnie jest.

Ale, gdy ja z kolei sprawdziłam w sjp (Słownik Języka Polskiego online), żeby zobaczyć, co on sprawdzał, to znalazłam informację, że etymologia niejasna, hipotetyczny związek z Peru, skąd pochodzą ziemniaki.

Jednak Muzeum Pyr w Poznaniu jednoznacznie opowiada się za pyrą jako derywatem nazwy Peru.

Wywód powyższy pozwolił mi uzasadnić związek zbliżających się wielkimi krokami świąt z ziemniakami, choć pewnie nie trzeba było tak daleko szukać, bo w końcu wszyscy wiemy, że w Wigilię trzeba zjeść na obiad śledzia i ziemniaki w mundurkach.

Również połączenie z Baratarią jest tym razem prościutkie jak ścieg za igłą wzdłuż brzegu prześcieradła. Właściwie to ci, którzy wiernie czytają poniedziałkowe wpisy baratarystyczne, mogliby wręcz pamiętać opowieść o Baratarii sprzed stu lat, gdzie przez jakiś czas rolę środka płatniczego pełniły ziemniaki. Pamiętacie? To dobrze, ale i tak opowiem Wam ją jeszcze raz.

Było to prawie dwa lata temu, gdy wpisując w wyszukiwarkę słowo Barataria otrzymywałam w odpowiedzi Silvio Gesell. Dłuższy czas ignorowałam te informacje, wychodząc z założenia, że to ktoś zpełnie przypadkowy, na przykład jakiś bloger-turysta, który latem nocował w hotelu Barataria, albo pracownik wydawnictwa Barataria. No ale w końcu zajrzałam i… zadrżałam z wrażenia. Silvio Gesell był klasycznym utopistą – teoretykiem i pragmatykiem zarazem, co jak wiemy jest rzadką kombinacją i w sposób wielokrotnie skomplikowany opisał utopię, którą nazwał Barataria. Jego syn odziedziczył po ojcu gen pragmatycznego szaleństwa, kupił szmat piaszczystych wydm i latami próbował je zazielenić, żeby wybudować tam osadę na wzór kibucu. W końcu mu się udało – dziś Villa Gesell w Argentynie to miasto liczące 750 tysięcy mieszkańców.

Silvio Gesell był niemieckim utopistą. Urodził się w roku 1862, zmarł w roku 1930 w Komunie Producentów Owoców Eden koło Berlina (Obstbau-Genossenschaft Eden), założonej w roku 1893 przez niemieckich jaroszy. Była to pierwsza w pełni wegetariańska komuna niemiecka, która istnieje do dziś. Silvio mieszkał w Edenie od roku 1911 do początku I wojny światowej oraz trzy lata, od roku 1927 do śmierci.
Gesell jest twórcą teorii Naturalnego Porządku Ekonomicznego, co w ogromnym skrócie można wyłożyć następująco: pieniądz jest jedynym towarem na świecie, który się nie psuje, a zatem bez uszczerbku może podlegać tezauryzacji, a to pomnaża jego moc. Ci którzy posiadają pieniądz, rządzą światem i jedynym sposobem, żeby odebrać im władzę, jest spowodowanie, że pieniądz zacznie się psuć i stanie się “wolny” (Freigeld). Do dziś istnieją, znikają i znowu powstają projekty oparte na gesellowskiej teorii wolnego pieniądza, niektóre świetnie prosperujące.

Miłośnikom zapomnianego już chyba polskiego pisarza i matematyka Themersona chciałabym w tym miejscu przypomnieć Przygody Pędrka Wyrzutka, gdzie pojawia się wolne miasto-państwo posiadające własny pieniądz. Dodajmy, że bylejaki, bo wartość pieniądza jest przecież całkowicie umowna.

W książce Cudowna Wyspa Barataria Silvio Gesell wykłada podstawowe zasady gospodarki pieniężnej tak, by ją pojął każdy głupi. Zacznijmy od tego, że jak twierdzi Gesell, podział każdego narodu na na wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych jest odwieczny jak kultura i jest jej nieodłącznym towarzyszem. Gdy naród przechodzi na gospodarkę pieniężną, co umożliwi podział pracy, rozpadnie się też na tych, którzy delektują się życiem, i tych, których ono nadmiernie obciążyło. Dezintegracja społeczna narodów jest spowodowana przez prawo posiadania złota i nieruchomości.

Wyspa Barataria leży na tej samej szerokości geograficznej, o 360 stopni na zachodni wschód od wyspy Utopia. Nazwana została tak dlatego, że barato znaczy tani, a wszystko było niesamowicie tanie na Baratarii i należy to rozumieć w duchu polityki społecznej – lud pracujący, bez wyjątku, otrzymywał dużo, choć musiał po temu wykonać mało pracy.

Przez dziesięć lat uzyskiwano to stosując zasady gospodarki komunistycznej, ale, poucza Gesell, i kapitalizm, i socjalizm, oba są w równym stopniu do niczego, a jedynym sposobem gospodarowania, który zapewni  WSZYSTKIM komfort jest „wolny pieniądz”. Na Baratarii Gesella “wolnym pieniądzem” będą… ziemniaki.

Tak to spełniłam wszystko, co obiecałam w tytule. Są we wpisie ziemniaki, poniedziałek, Barataria i święta.

A to moja świąteczna szopka. Można by ją było skomponować również z ziemniaków. Byłaby po prostu większa. Być może na zdjęciu tego nie widać, ale dach jest z kawałka opłatka.

Drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, na te nadchodzące święta życzę Wam, Nam i Wszystkim, żebyśmy się stali drugą Finlandią.

Sąsiedzi 3

Teresa Rudolf

Pan Lesio

Pan Lesio wysiadł z windy i otworzył kluczem bordowe mahoniowe drzwi. Robiły  szczególne wrażenie wśród innych standardowych, czyli, jak mawiał Pan Lesio, “sraczkowatych” drzwi.
Ogólnie mówiąc, sam pan Lesio też odróżniał się znacznie od wszystkich innych mieszkańców kamienicy.
Na przyklad nikt nie mógł rozszyfrować, skąd pochodzą jego perfumy, których zapach był pięknie przeobłędny, a on nigdy nie zdradził ich nazwy i pochodzenia.
Podobnie jak i jego sąsiadki z drugiego piętra, panie Klara i Filomena, z kolei nigdy nie podawały swego wieku.
On oceniał panią Klarę na około 75 lat, a Filomenę bliżej jego pięćdziesiątki, której na ogół nie ukrywał, gdyż uwielbiał, gdy kobiety piszczały z zachwytem:
– Niemożliwe, ależ, ależ, ależ… Pan wygląda taaaaaak młodo!
Wszedł do mieszkania, ściągnął zimowy płaszcz i buty, powinien teraz jak zwykle przywitać się ze swym przemądrzałym, jak mawiał, kotem Salomonem.
Salomon naprawdę był mądry. Znał się na przykład dobrze na zegarze i karał Lesia, gdy ten spóźniał się z zaspokojaniem jego podstawowych potrzeb.
No, a teraz była już 18.30…
Kot jadał zawsze punktualnie o godzinie 18.00. “Oj, oj  dzisiaj będzie kiepściutko”, pomyślał pan Lesio.
Salomon podchodził powoli tygrysim krokiem,  z ogonem sztywno podniesionym do góry,  przyglądając się panu Lesiowi zielonymi, zmrużonymi oczyma.
Lesio kurczył się cały w sobie, “oj, oj , będzie kiepściutko”, powtórzył w myślach.
Kot wbił się pazurami w łydkę Lesia, zawisnął na nogawkach nowych, wysokogatunkowych spodni.
“Muszę z nim iść znowu do wenerytarza, pazury już  za długie”, pomyślał.
Kot wiercił i wiercił w nodze pana Lesia, aż znudzony, odpadł wreszcie na dywan.
Lesio blyskawicznie przyrządzał kocią potrawę zwaną “Gourmet Gold/Lachs” i wzrokiem błagał o przebaczenie.
Kot przyglądał się wszystkiemu swym salomonowym spojrzeniem, po czym spróbował, co mu pan Lesio podał i zdegustowany natychmiast wypluł.
W ten sposób potraktował parę nastepnych puszek Gourmet (wołowina, cielęcina, kurczak), po czym obrażony oddalił się na swoje posłanie.
Pan Lesio zrozpaczony, obawiał się cichych dni, które znał aż za dobrze.
Salomon wtedy nie mruczy,  nie kładzie się w nocy przy jego głowie, nie je i kompletnie go ignoruje.
Pan Lesio czuł się bardzo winny i ze zdziwieniem pomyślał:
“Żadna kobieta nie dała mi rady, a ten robi ze mną chce, kiedyś, ach kiedyś, to byłem lwem, tygrysem dyskotek i prywatek, to były czasy…”, rozmarzył się.
Poczuł, że kot próbuje mu pokazać, kto teraz jest lwem i tygrysem, i wbija mu się znów pazurami w łydķę…
– Salomoooooon, dość już, wygryzłeś mi z życia wszystkie moje kobiety, a teraz wyrywasz mi dziurę w nodze, doooośććć!!!, krzyknął. Po czym pomyślał, że jeśli chodzi o niektóre z tych kobiet, to nie należało mieć pretensji do Salomona, wręcz przeciwnie.
Salomon popatrzył na niego ze zdziwieniem i zrozumieniem, przytulił się do jego wysokogatunkowej nogawki, po czym skierował po kociemu do kolejnej miski Gourmet Gold…
“Noooo”, ze zdziwieniem pomyślał pan Lesio, “wystarczyło, że wykazałem dziś asertywność, jak to bywało kiedyś, i nawet  Salomon mnie nie pobił”.
Usiadł wreszcie na kanapie, wyprostował nogi, a na kolana wskoczył mu mrucząc, przemądrzały jak zwykle Salomon.

Idą Święta

Teresa Rudolf

Idą Święta ciężkim krokiem..

Idą ciężkim krokiem Święta,
stary, szary wór na plecach,
dla każdego, coś godnego.

A tu jakieś mądre zdanie,
jakiś zapach z dawnych lat,
jakiś sekrecik z kluczykiem.

Pioseneczka z dzieciństwa,
uśmiech żebraka, choć mróz,
dobre, ciepłe dotknięcie…

Dla zwierzęcia zawsze bitego,
dla dziecka samotnego, choć
zabawki nad nim i pod nim.

Gest opamiętania, gdy ręka
leci, bo to tylko umiesz,
gest przebaczania bez słów.

Tyle podarków też innych
w starym worze, na starych
plecach, starych Świąt!

Idą ciężkim krokiem Święta,
doszły już prawie, przerażone
strasznym świata zgiełkiem.

Wokoło przepych złoty,
kolorowy, ciągle migoczący,
stres szukania igły w sianie…

Wokół uszy ciągle ogłupiałe,
od też biednej “Cichej Nocy”
pieśni świata najgłośniejszej.

Idą Święta ciężkim krokiem,
jak dać rady wszystkim,
i ciepłej karmy i ciepła.

Idą Święta i płaczą, wśród zgiełku…

Muzykę do wpisu dobrała autorka wiersza

The Witcher znaczy Wiedźmin

Wszyscy wiemy – od dziś Netflix będzie pokazywał serial The Witcher wg słynnego cyklu powieści Andrzeja Sapkowskiego. Firma uruchomiła ogromną machinę reklamową, przynajmniej w Berlinie, ale zapewne wszędzie. W każdym razie w Berlinie Martin Januszewski znalazł figury z serialu przed słynnym Bikini Haus w centrum miasta, tuż naprzeciwko Europa Center. A ja codziennie przesiadam się na stacji, która kilka dni temu zapowiadała serial wielką naklejką na posadzce, ale do dziś zdążyła obkleić ogromnymi zdjęciami wszystkie przejścia, schody, bilboardy i kolumny.

To świetne. A pytanie, jakie się nam wszystkim musi nasuwać brzmi: czy to nowa Gra o Tron?

Weihnachtsmarkt / Jarmark Bożonarodzeniowy

Ewa Maria Slaska

Jednym z magnesów przyciągających turystów do Berlina są niewątpliwie Jarmarki Bożonarodzeniowe. Przyjeżdżają Włosi, Hiszpanie, Anglicy, Szwedzi, Polacy, Japończycy i Chińczycy.  I są to naprawdę tłumy. Jarmarków jest w Berlinie masa, są jarmarki koreańsko-japońskie i polskie, są gejowskie i artystyczne, ale najwięcej jest tych całkiem normalnych – z drewnianymi budkami, w których kupić można francuskie naleśniki i włoskie sery, ale przede wszystkim wypić tradycyjnego niemieckiego grzańca, zjeść potwornie słodkie jabłko zanurzone w czerwonym karmelu i kupić malowane kolorowym cukrem pierniki, z napisami po bawarsku, na przykład “Ich liebe Dir”, co można przetłumaczyć jako “Kocham Ci”.
Mają rację ci, którzy powiedzą, że jarmarki bożonarodzeniowe to kicz do potęgi. Tak, to kicz, ale jak dobrze jest choć przez parę godzin zapomnieć o tym, jak ciężko i smutno jest na świecie, jak dobrze jest napić się grzanego wina, zjeść pierogi przy stoisku z polskim jedzenie, nacieszyć się miłą, przyjazną atmosferą.

Można by pomyśleć, że po ataku terrorystycznym trzy lata temu, 19 grudnia 2016 roku, zainteresowanie jarmarkami zmaleje, ale wydaje się, że wręcz przeciwnie, że przybywa jeszcze więcej turystów niż przedtem, być może pod hasłem “nie myślcie, że dacie nam rady”.

Dziś, w trzecią rocznicę tamtego strasznego dnia wspominamy 11 osób, które zginęły pod kołami uprowadzonej przez terrorystę ciężarówki i Łukasza Urbana, polskiego kierowcę, który stawił opór napastnikowi, zginął w walce, ale uratował wiele dalszych możliwych ofiar. Wśród ofiar znaleźli się Niemcy

Ein goldener Riss im Boden erinnert an die Opfer des Terroranschlags am Breitscheidplatz am 19. Dezember 2016
Tzw. Złota Szczelina przypomina o ofiarach ataku terrorystycznego 19 grudnia 2016 roku

Weihnachtsmärkte sind etwas, was Touristen aus aller Welt nach Berlin zieht. Italiener, Engländer, Spanier, Polen, Schweden, Japaner und Chinesen. Aus allen Herren- und Frauenländer kommt man massenweise nach Berlin, kauft ein, trinkt Glühwein, isst Marzipanstollen, geröstete Mändeln und bunt karmellisierte Äpfel. Man kann sagen, dass es Kitsch ist. Und man wird recht haben. Klar, es ist Kitsch, aber es ist so verdammt gut für ein paar Stunden zu vergessen, wie die Welt da draussen aussieht und einfach die unglaublich schöne, ruhige, freundliche Atmosphäre des Jahrmarkts genießen.

Nach dem Vorfall vom 19. Dezember 2016 hätte man meinen können, der Magnet hat ihre Kraft eingebüsst. Aber nein. Ja, auf dem Weihnachtsmarkt im Herzen der Stadt, zwischen KaDeWe und Europa Zenter, gibt es ein Gedenkort, da, wo der Terrorist mit einem von einem Polen gekaperten Truck eingefahren ist, man geht vorbei, liest die Namen, zündet eine Kerze, legt eine Blume, seufzt, geht weiter. Am Weihnatchstmarkt-Betrieb änderte es wenig, oder hätte es ihn gar verstärkt, nach dem Motto, wir lassen uns nicht runterkriegen

Heute erinnern wir uns an die 12 Todesopfer des Anschlags, darunter auch Łukasz Urban, der polnische Truck-Fahrer, der dem Terrorist Widerstand geleistet hatte und gestorben ist, der aber durch seinen Kampf unzählige weitere Menschenleben gerettet hatte.

 

Zdjęcia: Ania, Ela i Monika

Chandra

Merkanty Kramarczyk

Przedświąteczna kropelka goryczy

Oczywiście, że nikogo nie musi obchodzić moja chandra, a nawet (na co wskazuje przewlekłość tego stanu) – już chyba depresja.
Oczywiście, że nie odkryję Ameryki, obwieszczając, iż świat jest do dupy i idzie ku jeszcze gorszemu, zło się panoszy, zaś marzenia przestały się spełniać – już chyba definitywnie.
Oczywiście, że ryzykowne jest wyskakiwanie z takimi rewelacjami tuż przed Świętami, gdy większość ludzi chciałaby uwierzyć, że sentymentalne czułości faktycznie coś zmienią. Niełatwo odgrywać rolę dyżurnego trouble-fête.
Ale cóż pozostaje? Mam przekonanie, graniczące z pewnością, że takich jak ja jest więcej. Dla was, braciszkowie i siostrzyczki, piszę te słowa, wylewam tę kropelkę przedwigilijnej goryczy… no, niech będzie, że nie kropelkę, ale całe wiaderko.
Wy natomiast, którym przejście przez nasze „doliny” zostało oszczędzone, okażcie wyrozumiałość. A kiedy i wasze szlaki tamtędy powiodą, pamiętajcie, w jak piękną poezję można przekuć smutek. Wigilijne karpie to tylko pretekst – utwór jest aktualny przez cały rok.

Czarny czwartek

Ewa Maria Slaska

17 grudnia 1970 roku
Gdynia

Tego dnia, podczas tak zwanych rozruchów grudniowych, partia wydała rozkaz strzelania do strajkujących robotników. Byli zabici. Ilu? Tego do dziś nikt nie wie. Pochowano ich ukradkiem na cmentarzu na Witominie w Gdyni i Emaus w Gdańsku.

Dziś, po pół wieku, pamięć o tym, co się zdarzyło pielęgnuje przede wszystkim ta piosenka.

Ballada o Janku Wiśniewskim

Chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chyloni
Dzisiaj milicja użyła broni
Dzielnieśmy stali, celnie rzucali
Janek Wiśniewski padł

Na drzwiach ponieśli go Świętojańską
Naprzeciw glinom, naprzeciw tankom
Chłopcy, stoczniowcy, pomścijcie druha
Janek Wiśniewski padł

Huczą petardy, ścielą się gazy
Na robotników sypią się razy
Padają starcy, dzieci, kobiety
Janek Wiśniewski padł

Jeden raniony, drugi zabity
Krew się polała grudniowym świtem
To partia strzela do robotników
Janek Wiśniewski padł

Krwawy Kociołek to kat Trójmiasta
Przez niego giną dzieci, niewiasty
Poczekaj draniu, my cię dostaniem
Janek Wiśniewski padł

Stoczniowcy Gdyni, stoczniowcy Gdańska
Idźcie do domu, skończona walka
Świat się dowiedział, nic nie powiedział
Janek Wiśniewski padł

Nie płaczcie matki, bo nie na darmo
Nad stocznią sztandar z czarną kokardą
Za chleb i wolność, i nową Polskę
Janek Wiśniewski padł

Słowa Krzysztof Dowgiałło, muzyka Andrzej Korzyński (pierwszej wersji muzycznej autorstwa Mieczysława Cholewy obecnie się nie wykonuje). Piosenka powstała w roku 1970. Na filmie widzimy inscenizację z roku 1990.

Krzysztof Dowgiałło, który napisał tę piosenkę na gorąco i od razu, nie wiedział, jak się nazywał zabity chłopak, którego na drzwiach zaniesiono pod komitet wojewódzki. Jednak nawet, kiedy już było wiadomo, nikt nie zmieniał słów piosenki. Janek Wiśniewski stał się symbolem Polaków walczących o wolność z czerwonym reżimem.

Ballada o Janku Wiśniewskim została wykorzystana w trzech filmach:

Andrzej Wajda, Człowiek z żelaza (1981), śpiewa Krystyna Janda, towarzyszą jej Jacek Kaczmarski i Przemysław Gintrowski;

Władysław Pasikowski, Psy (1992); balladę wykonują po pijanemu byli esbecy, niosąc na drzwiach pijanego w sztok kolegę; była to oczywiście kpina z tragedii robotników Stoczni z 1970 roku i wywołała spore oburzenie;

Antoni Krause, Czarny czwartek  (2011), śpiewa Kazik Staszewski.

Oprócz Jandy i Kazika piosenkę wykonuje też w wersji punck rocka zespół “Nauka o Gównie”, a podczas Koncertu dla Niepodległej 10 listopada 2018 roku na Stadionie Narodowym w Warszawie wykonali ją Olga Szomańska i Michał Kowalonek.

***
Kolejną odsłoną tej piosenki, jest gryząca, ironiczna parodia, śpiewana od kilku lat przez Suwerena (jeśli ktoś wie, jak się człowiek nazywa, to niech wpisze w komentarzu – ja nie znalazłam żadnych informacji).

Chłopcy z Targówka i ze Śródmieścia
Pomnijcie Jarka, co stan ten przespał
Ludzi łapali, w ludzi strzelali
Jarek Kaczyński spał!

Gdy w telewizji brak teleranka
Gdy na górników czeka łapanka
W wygodnym łożu, na Żoliborzu
Jarek Kaczyński spał!

Jeden zraniony, drugi zabity
krew się polała grudniowym świtem
A tam w łóżeczku, na poduszeczce
Jarek Kaczyński spał!

Gdy w kinie “Moskwa” film o Wietnamie
Jarosław woli drzemać przy mamie
Na prawym boku, w ciepłym półmroku
Jarek Kaczyński spał!

Już Kuroń leży na styropianie,
bo go pobili zomowskie dranie
drżą robotnicy, a on w szalfmycy!
Jarek Kaczyński spał!

Nie płaczcie dzieci, płakać nie warto
W miękiej piżamie, z różową kokardą.
Za chleb, za wolność, za nową Polskę
Jarek Kaczyński spał!

Przypomnę jeszcze, dla porządku, że autorem piosenki w oryginalnej wersji jest Krzysztof Dowgiałło z Trójmiasta, działacz Solidarności, aresztowany (nie internowany, tylko aresztowany!), a potem w roku 1989 kandydat do Senatu w pierwszych (na wpół) wolnych wyborach i wreszcie Senator RP, wybrany miażdżącą większością głosów. Moja teściowa, która była wówczas wolontariuszką podczas wyborów na Osiedlu Brodwino, gdzie mieszkała i gdzie mieszkali też Dowgiałłowie, opowiadała potem, że przy zliczaniu głosów wysortowali zaledwie trzy czy cztery głosy, oddane na kogoś innego, reszta – ogromna sterta – to były głosy na Krzysztofa.

Zawsze ze wzruszeniem myślę, że znałam Krzysztofa od dzieciństwa i zawsze będę pamiętać pewien cudowny zimowy spacer w wigilijny poranek – Krzysztof wpadł do nas i wyciągnął na spacer Tatę i mnie. Poszliśmy do ciemniejącego lasu, po jakimś czasie Krzysztof rozpalił ogienek i wyciągnął z kieszeni bułki i kawałki kiełbasy, które, jakże niebogobojnie, upiekliśmy nad ogniem na patykach. Minęło od tego czasu 60 lat, a ja wciąż nas widzę w ciemniejącym lesie z patykami w ręku, takich obojętnych na wszystko i niezależnych – nikt nam nie powie co wolno, a czego nie wolno w lesie, w Wigilię, o zmroku. Jesteśmy wolnymi ludźmi…

Dziękuję, Krzysztofie!

I może ostatnia uwaga: Zawsze, ale to zawsze płaczę, gdy słucham tej piosenki. Też tam byłam w Gdańsku w roku 1970, w roku 1980, w roku 1981… Dopiero podczas wyborów w roku 1989 byłam w Berlinie, nie głosowałam więc na Krzysztofa tylko – jak zawsze Polacy za granicą – na kogoś z Warszawy. Niestety – nie pamiętam na kogo. Oczywiście na kogoś z naszych, ale na kogo? Nie wiem. Zawsze się łudzę, że na Gieremka albo Holoubka.