Sąsiedzi 5

Teresa Rudolf

Ach, te maki…

Dziś rano wstał Pan Lesio jakiś taki nieswój. Popatrzył przy śnadaniu na Salomona, pochłaniającego jedzonko z  puszki Sheba, i swierdził, że właściwie nie wie, skąd dziś u niego ten wisielczy humor.
– A i Salomon jakiś też ponury???, pomyślał.
Musiał się jeszcze szybko ogolić, ubrać, “zapachnieć”,  no i podążyć do pracy.
Od wielu lat robił coś, o czym nikt ze znajomych nie wiedział, na pytania odpowiadał, że  ma pracę nudną jak przysłowiowe flaki i z szybkością światła przechodził na inny temat.
– No, kochany, zostań, pilnuj domku – jak codziennie powiedział, patrząc w szeroko otwarte, szmaragdowe  oczy Salomona.
– Pamiętaj, nie otwieraj nikomu, Lesio przyjdzie niedługo.
I wyszedł, zamykając za soba drzwi na klucz. Usłyszał jeszcze krótkie miauknięcie kota.
Zapachniało znów Lesiem na klatce schodowej, ale dziś Lesio nie próbował nawet gwizdać przy schodzeniu w dół.
W drzwiach wyjściowych z  budynku natknął sie na Panią Klarę z ogromnym pudłem Whiskasa, z ktorego uśmiechał się Salomon.
– Dzień dobry pani, pogadałbym chętnie, ale jestem już spóźniony do pracy, wykrzyknął  Lesio i wybiegł na ulicę.
Pani Klara nie zdążyla się nawet zastanowić, jak zareagować, po jego ostatniej uwadze o niej i Filomenie…
Przyjechała na drugie piętro windą, weszła do mieszkania, gdzie przywitała się wylewnie z przeszczęśliwą kotką Salcią.

Jakoś tak naszły ją różne wspomnienia. Chyba te perfumy Lesia na mnie tak działają, pomyślała.
Kiedy tak siedziała z Salcią na kolanach, zrobiło się jej błogo od mruczenia Salci i iskrzenia ognia w kominku.
Odpłynęła w głęboki sen, o tym “życiu za życia”, jak często myślała o młodości.

Śniło jej się, że znów miała na sobie tę “ukochaną suknię Jerzego”, białą w cudowne maki.
Kiedy ją zobaczył, wsiadającą do pociągu linii Wrocław-Warszawa, szedł za nią aż do przedziału, gdzie, jak się okazało, siedzieli tylko we dwójkę.
– Jak pan myśli, czy to normalne, że nikogo nie ma w tym w przedziale, zazwyczaj ludzie stoją nawet na korytarzu.
– Ma pani rację, coś niezwykłego – patrzył tak nią w tej sukience, jak gdyby zrywał z niej mak po maku, aż nie zostało żadnego już, tylko bezwstydnie naga, biała  sukienka.
– Jakoś pan tak dziwnie, onieśmielająco na mnie patrzy, proszę przestać, bardzo dziwnie się czuję – powiedziała cichutko.
– Ściągałem wzrokiem maki  z pani sukienki, będę je mógł teraz idealnie namalować, pani jest moja muzą, a kiedyś odważę się i panią namalować, muszę mieć więcej śmiałości, sama pani rozumie, ten pani uśmiech, w tych makach…

Nagle dzwonek w drzwiach wyrwał  ją ze snu… Przeskoczyła 50 lat życia, by znów znaleźć się w dniu dzisiejszym.
Ból rozczarowanego nagle serca ściskał teraz za gardło i wyciskał łzy, które opanowywała, otwierając drzwi. Jak się okazało, była to Filomena, która trzymała w ręku białą kopertę w maki.
– Ten list przez pomyłkę zawędrował do mojej skrzynki, pani Klaro, oddaję w pani ręce,  wycofywała się sąsiadka.
– Proszę, niech pani zostanie chwilę, coś niezrozumiałego dzieje się ostatnio… niech mi pani na przykład powie, czy widziała pani w ostatnich latach takie koperty? Bo ja nie.
– Rzeczywiście zdziwiła mnie ona, niezmiernie, nigdy nie widziałam takiej ozdobnej,  przypomniały mi się od razu te pani filiżaneczki.
Pani Klara zadumana kontynuowała – kiedy pani zadzwoniła do drzwi, akurat śniłam o moim mężu, Jerzym, który dostał obsesji na punkcie maków, zakochując się we mnie przed 50 laty. Miałam na sobie wtedy właśnie sukienkę całą w makach, ciągle powtarzał, że mój “uśmiech Mony Lizy” i ta sukienka to cały jego świat. Był bardzo zazdrosny, nigdy nie wolno mi bylo zakładać tej sukienki, kiedy wychodziłam gdzieś z domu sama, wie Pani, kiedyś może opowiem, jak bardzo wpłynęła ona na całe moje życie, ech… – łza zakręciła się w oku.
Filomena czuła się jak dziecko na mszy świętej, bardzo uroczyście, nic jednak nie wiedząc, nie rozumiejąc, dlaczego.
Prawie już chciała uklęknąć, kiedy zdała sobie sprawę z tego absurdalnego uczucia i uśmiechnęła się bardzo ciepło…

Spotkania z Księciem Ciemności 3

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Księciu, jako kotu par excellence, kotu wypełnionemu po brzegi pękatego ciałka kocistością (kociowatością?), wypada być dostojnym, wyniosłym i zdystansowanym. I nawet się Sierściuszek stara: gdy wróciwszy z pracy wysiadam z samochodu i zmierzam przez podwórko ku domowi, materializuje się przy mych nogach niemal bezgłośnie – niemal, bo jego nadejście zwiastuje cichy głos dzwoneczka – i kroczy wraz ze mną, jako się rzekło: dostojnie, wyniośle, z dystansem. I oczywiście z dumnie uniesionym ogonem.

Przynajmniej do momentu, gdy znów się puści w komiczny truchcik: musi być przy drzwiach pierwszy! Żeby mi przypadkiem nie przyszło do głowy zostawić go na zewnątrz. Oczywiście, coś takiego by mi na myśl nie wpadło. Ale on tego nie wie.

I tak cała wyniosłość „się traci”. Tym bardziej trudno o jej zachowanie, że Książę, jako tłuścioszek, ma, póki co, aparycję raczej uroczego bufonka, niż zimnego gentelmana. Ale jak nie być grubaskiem, skoro kilkoro sąsiadów (rzecz jasna: też w tym uczestniczymy), w ramach rywalizacji o względy panicza, oferuje jedzonko. A on bez skrupułów korzysta i futruje na kilku frontach…

A poza tym, pamiętajcie, że ja jestem ciągle małym kotkiem! Nie skończyłem jeszcze roku! I chcę się bawić!

Choinka to pokusa nie do przeoczenia i nie do pokonania: kolory, refleksy świetlne, błysk, ruch. Mały kotek zastyga przed nią w zachwycie.

Ile radości! Ile zabawy! Ile możliwości! W zapamiętaniu, w zachwycie!

Oho! Ktoś na mnie patrzy. Że co? Że to zabawne? W życiu! Spójrz tylko: powaga i dostojeństwo. Jam jest Książę Ciemności!

1269 (4)

Mieczysław Bonisławski

VI.

Zgodnie z tradycją sięgającą jeszcze walk z Kazimierzem, księciem kujawskim w wojnie o kasztelanię lędzką, Bolesław noc po bitwie wieńczącej wyprawę, spędzał pośród swoich wojsk. Niejednemu z Bolesławowego rycerstwa noce takie wydawały się później najważniejszymi w życiu, gdyż książę zwykł wówczas osobiście pasować tych, co znamienitszymi czynami się wsławili, na rycerzy, panów obdarowywać nowymi nadaniami, a na końcu dzielić miedzy wszystkich wojenne łupy.

Trwające przy ogniskach do rana bachanalia zwycięzców, rozładowywały narosłe waśnie, łagodziły ból ran, a często, jako że Bolesław sam rzadko napadał na sąsiadów, i żal po stratach z początku kampanii. Książęce podarki ułatwiały również pohamowanie powstałej u rycerzy i pospólstwa żądzy odwetu na pobitych i bezbronnych brańcach, których pobożny Bolesław, w duchu chrześcijańskiego miłosierdzia, często odstawiał pod strażą do granic ziem przeciwnika.

Tym razem było jednak inaczej…
– Sam książę mówił, co zbrodniarzy głową będziem karać…! – nie wytrzymywał powątpiewającego tonu towarzyszy Gniewomir.
– Tak, ale to o nas chodziło, że barbarzyństwo wobec tego tam… – rycerz Szczerzyk pokazał ręką w stronę dopalających się zgliszcz zamku i splunął przed siebie w ogień – wilczego pomiotu…
Siedzieli w czterech ze swoją służbą wokół ogniska: Gniewomir, który niedawno został zaszczycony przypasaniem rycerskiego miecza, po kądzieli spokrewniony z Nałęczami; Tomisław z Szamotuł i Sędziwój, obaj Nałęczowie w pierwszej linii; i bohater dopiero co zakończonego szturmu, Szczerzyk, wsławiony własnoręcznym pojmaniem Sabela.
– Braciszkowie wybronią Sasów, obaczycie panowie… – judził wychyliwszy puchar z miodem Tomisław. – A to tobie, panie – zwrócił się do Szczerzyka – ten psi syn, Sabel, się należy. Jeno twoje to prawo wolnością go obdarować…

Przy ogniskach strugami lał się miód i piwo. Rozochoceni panowie śpiewali, sulęcińskie dziewki i inne, przybyłe jak to zwykle za wojskiem, bachantki piszczały obściskiwane po ich niewieścich wypukłościach. Znaleźli się nawet przywleczeni siłą z miasta na Gołębią Górę grajkowie. Zachęcani rubasznymi kułakami pijanych ciurów, nie kryli przerażenia, ale spełniali swoje posłannictwo, ku zadowoleniu rozbawionej gawiedzi.
– Nieźli to nawet są rycerze, a i pochwalić się ich godzi, że za margrabią, przeciw naszemu księciu nie obstawali – bronił templariuszy Sędziwój. – Ale co prawda, to prawda – za brańcami nie powinni się wstawiać, nie ich to rzecz.
– Może o swoich ludzi się jeno dopominają? – powątpiewał Szczerzyk.
Tomisław już pijany, zatoczył się wstając i krzyknął:
– A ja wam mówię kamraci, co morderców bronią! Niewinnych niewiast i dziatek międzyrzeckich pomścić nam nie dają!
– Idźże panie Szczerzyku do namiotu księcia – namawiał Gniewomir – Idźże o Sabela się dopomnij. Prawo masz do niego!
– Tak, tak! – rozochocił się właściciel Szamotuł. – Hej ciuro, a wartko miodu nalewaj panu Szczerzykowi… No, napijmy się przed tą wyprawą – przypił do kamrata, tamten jednak miał dalej wątpliwości:
– Jakże mi tak do namiotu księcia? Wam Nałęczom, to co innego, blisko żeście przy Bolesławie…
– A tak! – nie krył ukontentowania Tomisław – Tam przecie i dziś, Szymon Nałęcz, co to kasztel międzyrzecką w dożywocie trzyma, o brańcach z innymi radzi. Idźże, idźże mości Szczerzyku i na nas, Tomisława z Szamotuł i pana Sędziwoja się powołuj. Ty smyku za małoś jeszcze znaczny – machnął pojednawczo ręką w kierunku Gniewomira i wychylił kolejny puchar miodu.
– Co racja, to racja. Furda!, wszystkim należy nam iść – zawyrokował Sędziwój i wstając, ponaglił pozostałych – A ni chwili tu nie mitrężmy…!

Przedłużająca się niepewność co do wyników negocjacji księcia z templariuszami przywiodła pod jedyny w całym obozowisku na Gołębiej Górze namiot nie tylko zawsze skorych do buntów Nałęczów. Mnóstwo rycerstwa otoczyło obszytą baranimi futrami konstrukcję. To że w środku są zakonnicy i chcą zebranych na zewnątrz pozbawić przynależnego im słusznego prawa do zadośćuczynienia sprawiedliwości – tego byli pewni wszyscy; o czym konkretnie rozmawiał książę – tego znakomita większość jednak nawet się nie domyślała.

– Rycerstwo przed wejściem się zbiera. Gniewni srodze – poinformował zebranych wokół stołu kasztelan Szymon wycofawszy się spod wejścia do namiotu.
– Popili się jeno – próbował bagatelizować sprawę brat Egon – do rana wywietrzeje im wszystko z rozgrzanych łbów.
– Daj im tylko bracie jeszcze tyle miodu, by nie zdążyli przed zaśnięciem roznieść was na mieczach po uwolnieniu Sasów… – dobrodusznie doradził wojewoda Przedpełek i zupełnie innym tonem zwrócił się do Bolesława – Sprawa wydaje się poważna książę, nie należy głosu rycerstwa teraz lekceważyć.
– Chyba nie ośmielą się żadnego rokoszu tu podnosić? – zaniepokoił się prepozyt Pakosław.
– Żołnierz to dobry, bitny. Szkoda by jakimś nierozważnym czynem, którykolwiek z nich, honor swój pokalał. I to przez kogo? – przez pobitego już wroga… – Bolesław skinął na dziekana gnieźnieńskiego – Księże Falenty, waszej rozwadze oddaję zaprowadzenie tam spokoju.
– Potrafimy zginąć jak rycerze – rzekł hardo brat Gwidon mierząc wzrokiem wojewodę. – Nie po to jednak tu nas posłano, a i rycerstwo, jako i my, chrześcijańskie nas otacza. Sługi boże mogą się zatem tu chyba czuć bezpiecznie…?

Nastała chwila milczenia. Wojewoda zagryzł wargi, rękę oparł na pochwie miecza, nie chciał jednak jakąś gwałtowną reakcją powodować niesnasek, jako że książę z zainteresowaniem odniósł się, jak na razie, do posłów.
Bolesław spojrzał spode łba na de Molaya, uważając, że to on powinien pohamować swych ludzi. Burgundczyk, który chciał coś w pierwszej chwili powiedzieć, zamilkł jednak również, z jego twarzy zniknęła maska sympatii, ustępując miejsca determinacji.
Na szczęście poły namiotu rozchyliły się i do środka wszedł rycerz Nasław z Rudy.
– Jestem panie – rzekł i nie strzepując nawet z kaptura śniegu począł meldować – Jak żescie kazali panie, udałem się do miasta. Przy pogorzelisku karczmy nie było nikogo i dopiero z pomocą miejskich drabów odnalazłem Żyda Szymona na południowym przedmieściu – oto i on!

Przed siedzących wyszedł zza Nasława przygarbiony człowieczek. Był to mężczyzna około sześćdziesięcioletni, ubrany w długi i gruby płaszcz skracający jeszcze bardziej jego sylwetkę. Po bokach twarzy zwisały mu siwe pejsy, wydłużoną czaszkę przykrywała płytka mycka. W nikłym świetle pochodni, rysowała się czarną, skupioną w sobie plamą na tle jasnych skór poszycia namiotu.
– Podejdźże tutaj człowieku i opowiadaj, co wiesz! – przynaglił go wojewoda Przedpełek.
– Wybaczcie wielcy panowie mizernemu Żydowi to, co przez jego nic nie warte usta, przeszło w nic nie znaczącym gniewie. Co ja mówię, gniewie? Czy ja powiedziałem: nic nie znaczącym? To ja powiedziałem mało – to nie był gniew, moje usta się w ogóle nie rozwarły. Ot – psyt! – i nikt nic nie słyszał, i wielcy panowie już nie muszą się o nic gniewać na najmarniejszego z marnych Żyda. A najlepiej, jeśli oni zapomną że taki Szymon, karczmarz z miasta Sulęcina istnieje, ba, że w ogóle, kiedykolwiek istniał…!
– O czym on gada, co? – książę nie przerywając potoku słów Szymona spojrzał zaskoczony na wojewodę. Karczmarz w lot skomentował tę uwagę:
– To panów nie interesuje? No tak, bo i kogóż miałoby interesować, że jakiś tam karczmarz kupił za wszystkie swoje pieniądze, i swojej rodziny pieniądze, lichą gospodę i dom, i że to wszystko szybko szlag trafił! Wielka polityka, choć robiona dla ludzi, jest wysoko ponad małym człowiekiem. Cyt! – a może niech już lepiej, książę to czy margrabia, nie zauważa robaka Żyda, gdy pali ten swój świat? Ale i niech nie słyszy, gdy już spali temu Żydowi dom i zabije całą jego rodzinę, jak ten robak na niego klnie. Niech ten Żyd chodzi dalej po tej ziemi, skoro Bóg tak go doświadczył, czyli miał ku temu powód; niech cierpi żyjąc, bo to jest większe cierpienie, niżby miał zginąć z ręki kata za obrazę majestatu…
– Zamilcz Żydzie! – ryknął Przedpełek i nie dając staremu ochłonąć, rozkazywał dalej – Gadaj co wiesz o rycerzu Sunnenwaldzie. Popił on ponoć ostro w twej karczmie przed księcia i naszym nadejściem – gdzież on teraz?!
– Posłuchaj Szymonie – niespodziewanie odezwał się łagodnie Bolesław – rozumiem, żeś wszystko dziś stracił? Rodziny, którą Bóg powołał do siebie, ci nie zwrócę, ale gdy to, co powiesz, będzie dla nas przydatne, sowicie cię wynagrodzę. Postawisz sobie nową karczmę i kamienicę w rynku, co…?
– Rycerz Sunnenwald? – zastanowił się karczmarz, skubnął nerwowo pejsa i powtórzył – Panowie mówią rycerz Sunnenwald…? – głos jego nagle zmiękł, Żyd zachwiał się – Niech będzie przeklęty dzień, w którym ja usłyszałem o mieście Sulęcin, jeśli to wtedy ktoś tam na górze postanowił, iż na koniec spotkam tego właśnie rycerza…
Prepozyt Piotr zwinnie doskoczył do słaniającego się Szymona i podtrzymał go, ratując przed upadkiem. Pociągnął go do stołu i usadowił na wolnym miejscu.
– Niby to Żyd, ale posiada widać jakieś chrześcijańskie uczcucia – zwierzył się szeptem Pakosławowi międzyrzeckiemu.
Szymon gestem podziękował za ten ludzki gest i okazaną ze strony majestatu łaskę i nieco uspokojony jął opowiadać:
– Moi przodkowie stanowią stateczny i zacny żydowski ród konstantynopolski. Rabbi Abram przybył tam jeszcze przed 650 rokiem. Ja wywodzę się z gałęzi od zawsze zajmującej się kupiectwem. Na moje nieszczęście nie poszedłem śladem mych braci i chciałem handlować z Arabami. Zostałem oszukany i oskarżony o przemyt broni musiałem uciekać z miasta. Miałem na szczęście przyjaciela, kupca, zacnego al-Sahina, Araba, na stałe osiadłego w strefie chrześcijańskiej. Często podróżował on po całej Europie i miał zaufanie zarówno krzyżowców jak i swoich. On to pomógł mi opuścić Konstantynopol, zmylić mych prześladowców i zamieszkać w wybranym przez niego miejscu, w Montcroix we Francji.

Usłyszawszy w ustach Szymona nazwę templariuszowskiego zamku, de Molay zaczął zwracać większą uwagę na jego słowa.

– Był rok 1233, gdy zacny al-Sahin przekazał mi przez zaprzyjaźnionego brata Huberta z zamku Die, pewną wiadomość. Śląski książę, zaprzyjaźniony z mym przyjacielem, zakładał nowe miasto i ściągał do niego kupców. To mógł być dobry interes!
Gdy przybyłem na miejsce, ktoś mi podszepnął, bym kupił karczmę, ale miejscowy karczmarz nie zamierzał jej sprzedawać. Niestety Bóg sprawił, że przygniotło go drzewo w lesie. Zapłaciłem więc wdowie korzystną cenę i zacząłem robić interesy. Że też ja wtedy nie pomyślałem, że z tym drzewem, to był niedobry znak…!

Bernard de Molay podekscytowany nie mógł spokojnie usiedzieć. Myślał tylko o tym, jak wyciągnąć z namiotu karczmarza, aby porozumieć się z nim na osobności. Na razie jednak musiał uważać, by nie zdradzić przed Polakami zainteresowaniem Żydem. Pochylił się więc nad ławą i bawiąc się złotym medalionem, który miał zawieszony na piersiach, udawał w ogóle nie zainteresowanego długim i nie na temat opowiadaniem starego.
Żyd tymczasem szybko przeskoczył najbardziej ciekawy dla Burgundczyka okres:

– Wreszcie Bóg pozwolił mi i mojej rodzinie zaznać trochę spokoju. Nowe miasto rozwijało się, przybywało ludzi, to i interes szedł coraz lepiej. Gdy 20 kwietnia 1249 roku arcybiskup Magdeburga sam sobie spłacił Ziemią Lubuską dług księcia śląskiego, miasto było już własnością zakonu. Mógł sobie Bolesław Srogi bić się z kim chciał, mogli książęta poznańscy walczyć z margrabiami – po Sulęcin nikt prócz Pana nie miał prawa ręki wyciągnąć, a On nie był do tego skory, zresztą czemu miałby to robić? Przecież nie po to, by psuć interes jakiemuś tam Żydowi, oskarżonemu o przemyt broni?!

Do namiotu wrócił wzburzony dziekan Falenty. Spojrzał pytająco na księcia, gdyż nie chciał przerywać mówiącemu, lecz książę dał mu znak, by powiedział co ma do powiedzenia.
– Rycerstwo srodze niekontente, mości książę…
Bolesław zniecierpliwił się:
– Nie po to cię posyłałem księże dziekanie…! Zawodzisz mnie w takiej chwili? Któż zatem sobie poradzi, gdy ty nie możesz, co? – zwrócił się do otaczających mężczyzn.
Falenty szybko sprostował:
– Twoi ludzie wierzą ci panie, każdą twą decyzję uznają za słuszną, jeno…
– Jeno co? – mruknął niezadowolony Piastowicz.
– Chcą byś panie przy nich, publicznie sądził dzisiejszej nocy dowódcę zamku.
– I morderców z Międzyrzecza zapewne, co? – wtrącił twardo wojewoda poznański.
– To zrozumiałe – odparł swobodnie dziekan.
– A z tym, to będzie gorzej – ciągnął ze smutkiem Bolesław – Ale Sabela osądzimy. Niechaj rycerstwo widzi, że nie mamy w tym względzie tajemnic – nie zrażało go rozczarowanie malujące się na twarzach templariuszy, wręcz pod ich adresem dalej wyjaśniał – A prawo osądu przy tym, kto wroga pojmał – Sabelowy zamek rycerstwo zdobyło, niechaj cieszy się swą przewagą… Nasław! Wypoczętyś już, idźże przyprowadź tu nam Sabela. Bacz jeno, by cały tu przybył… Co jeszcze? – dorzucił w stronę wyczekującego dziekana.
– Delegacja Rady, chcę podziękować za ocalenie miasta.
– Później! – machnął ręką Bolesław – A ty – zwrócił się do Szymona – mów o co cię pytają, czasu szkoda.

– Był Sunnenwald w karczmie przed zajęciem przez nasze wojska miasta, czy tez nie był? – przejął przesłuchanie w swoje ręce wojewoda Przedpełek.
– Czemu miał nie być? Wino u mnie dobre i pod dostatkiem go, a rycerz Sunnenwald miał po wizycie w Międzyrzeczu o czym zapominać…
– Mówił on co?
– A o czym on by rozmawiał z Żydem? Gdy zaś już był mocno pijany, pewnie te niewinne dusze mu się zwidywały, bo niczym szaleniec po karczmie się miotał.
– Ale wnuczki waszej to nie przeraziło, co? – bezlitośnie dręczył karczmarza Przedpełek. O, Panie, wybacz małej Racheli, to za mój grzech, sprowadziła ona na siebie i na całą rodzinę zgubę…
– Gadasz wreszcie do rzeczy, czy mam kazać cię wychłostać?! – wrzasnął poirytowany Przedpełek.
– O, wielcy panowie, nie potępiajcie zbyt srogo młodej dziewczyny, skoro i ja już jej wybaczyłem…
– Mów prędzej – ponaglił Bolesław.
– Rycerz Sunnenwald niedawno duże łupy przywiózł ze sobą, jako że wrócił po wielu zwycięskich bitwach wreszcie do domu. Ma on tu swa posiadłość, Lubniewicami ją zwą.
Ostatnio jednak coraz częściej ogarniał go dziwny obłęd, a ukojenie znajdował jeno u mnie, w karczmie. Ach, i czemuż ty nieszczęsny Żydzie od razu nie odgadł, że to nie o wino chodziło, ale o Rachelę…?
Młody arabski kupiec, jadący z Poznania do Niemiec, jednego razu opowiedział w mojej karczmie o pięknym amulecie, należącym do sławnego rabina, a który, po uprzednim zabiciu tegoż rabina, brat pani chorążyny międzyrzeckiej, przywiózł jej w prezencie z wyprawy krzyżowej.
Głupia Rachela, pomyślała, że mogłaby mieć ten żydowski skarb. I już nie podobał jej się żaden podarek rycerza Sunnenwalda, ani z Pomorza, ani z Prus, ani znikąd. Wielkie łupy stały się niczym w niewieścim sercu.
Myślał rycerz jak zdobyć amulet, ale on był po drugiej stronie granicy. I na moje nieszczęście, margrabia Otto zaczął zamek w Sulęcinie budować. Dlaczego tutaj?, na zakonnej ziemi? Wiadomo, że jak zamek, to i wojna, rycerz Sunnenwald już wiedział, jak zdobędzie wyśniony przez kochankę amulet…
Niemądra Rachela, gdybyż dobry Pan ją na czas oświecił. Ale to nie na rozum niewiasty, i ona czekała na powrót rycerza z Międzyrzecza z kolejnym podarkiem. Któraż jednak kobieta odda dobrowolnie jaki świecący przedmiot? Ręka, która zerwała pani chorążynie z szyi amulet, zerwała go już z szyi trupa…
A potem rycerz przyszedł i powiedział, że nadciąga Bolesław, że zamek mało obronny, i że Polacy zabijają miejscowych Żydów. Dlaczego Żydów? – ja się pytam – A może tylko morderców? Ale Rachela popatrzyła na swój skarb i po raz pierwszy w swym życiu coś zrozumiała. Ona dobrze wszystko zrozumiała. Ona zrozumiała aż za dobrze. Załadował Sunnenwald na wóz swe łupy, a wśród nich Rachelę i moją rodzinę, i sobie odjechał.
Czyż oni myśleli, że ujdą swemu przeznaczeniu? Czyż sądzili w swej głupocie, w swej bezgranicznej głupiej głupocie, że tam, dokąd jadą, czekają na biednych Żydów z otwartymi rękami?
A dziś wrócili do swych domów ludzie, którzy też uciekali nad Odrę. I oni widzieli trupa Racheli i trupy pozostałych moich dzieci i wnucząt, i rozbity wóz z łupami rycerza Sunnenwalda. Te łupy dzielili między siebie lędzcy kmiecie z kmieciami szamotulskimi…
– A sam Sunnenwald, co z nim? – wyrwał się kasztelan międzyrzecki.
Karczmarz opanowując z trudem szloch pokręcił przecząco głową.
– Ale gdzie to chociaż było?
– Niedaleko Górzycy Pan raczył powołać do siebie moje dzieci i wnuki, całą moją nadzieję. Bo i dla kogóż ja mam teraz pracować?, kogo oglądać w marzeniach, jak przejmuje mój interes?
Bolesław gestem nakazał wyprowadzić starego. Pochylił przy tym głowę ku kasztelanowi Jankowi i szeptem polecił:
– A wypłaćże mu tam jak obiecałem…

Podniósł się i de Molay, zmierzając ku wyjściu.
– Hej bracie – powstrzymał go Bolesław – Wychodzisz? A tu już chyba nam sprowadzono Sabela? Jakże to, nie ciekawyś?
Burgundczyk zatrzymał się niezadowolony. Nie siadał jednak, tylko poważnym głosem, stojąc, poprosił księcia:
– Panie, noc już, a myśmy nic jeszcze nie uradzili. Nie potrzeba nam Sabela, byś mógł ocenić naszą propozycję. Raczysz nas zatem teraz wysłuchać?
Książę skinął twierdząco.
– Dobrze – i gestem odsyłając wartownika dodał – Sabel może zaczekać.

W międzyczasie de Molay nachylił się do ucha brata Egona.
– Idź i znajdź mi karczmarza. Pilnuj go aż będę mógł przyjść – prawie bezgłośnie wyszeptał.
Egon wstał i przepuszczony przez Bernarda opuścił namiot. Burgundczyk dopiero teraz usiadł. Nie kazał długo czekać zebranym.

– Sprowadziła mnie tutaj misja niezwykłej wagi dla chrześcijaństwa i Europy. Długo nasz wielki mistrz szukał tego, do którego mógłby się w tej sprawie zwrócić, aż wybór padł na ciebie mości książę. To co powiem musi zostać jednak w tajemnicy a i nikt, kto nie musi, niechaj nie słucha, wszak każdego z nas Bóg obdarzył jakąś ludzką słabością, nie wspomagajmy więc czyhających pokus…
Towarzyszący księciu Polacy wstali. Bolesław ruchem ręki zatrzymał ich.
– Panie wojewodo poznański i panie kasztelanie kaliski, ostańcie, proszę, z nami. A i wy, księże dziekanie… też…
Reszta, pokłoniwszy się księciu i de Molayowi, wyszła. Piastowicz odczekał chwilę i zachęcił zakonnika:
– No mów panie de Molay.
– Zwracam się do ciebie panie, jako do syna księcia Władysława Odonica, wielkiego dobroczyńcy kościoła na terenie Wielkopolski. Wszyscy również wysoko sobie cenimy, to że wraz ze swym bratem Przemysławem, nie bacząc na zły przykład płynący z innych dzielnic, a i na niechęć własnego rycerstwa, potwierdziłeś wszystkie nadane ku chwale Pańskiej przez ojca twego przywileje, nawet nowe dodając. Mniemam zatem, że to co powiem nie winno być ci niemiłe.
Wiedz panie, że zdradzam ci teraz najskrytsze tajemnice zakonu i to niech będzie oznaką, jakim wielkim darzymy cię szacunkiem, ale zarazem, proszę cię książę, abyś nie zapominał o cnocie dochowania powierzonej tajemnicy.
Jak wiecie panowie po utracie Jerozolimy lud chrześcijański z bólem musiał oddać Saracenom prawie całą ziemię świętą, a zakony rycerskie, pozostając na tak okrojonym obszarze, utraciły możliwość pełnienia swej służby całą siłą. Wielki to sprowadziło smutek na naszego mistrza, ale jeszcze raz okazało się, że dobry Bóg nie opuszcza swych sług. Dotarły do nas wieści o ludzie pogańskim, strasznie dręczącym wyznawców prawdziwej wiary. Książę mazowiecki Konrad, korzysta już z pomocy rycerzy-zakonników, ale i my chcielibyśmy przyczynić się do nawrócenia cierpiących w bałwochwalstwie Prusów. Gotowi jesteśmy w każdej chwili porzucić nasze zamki we Francji i przybyć w te dzikie bory i trzęsawiska, skoro tylko Pan tego od nas zażąda.
Chcemy tu przybyć jednak nie symbolicznie tak, jak nasi poprzednicy, ale pełną siłą, aby czym prędzej ład zaprowadzić i ludowi przez szatana mamionemu dopomóc. Nie pójdzie to jednak tak prędko jak byśmy chcieli, poganie wspomagani siłą nieczystą już blisko dziesięć lat niszczą zamki zakonu Najświętszej Marii Panny… Prawie całą Pomezanię, Sambię i Dolne Prusy na powrót Bogu odebrali… Dlatego wielki mistrz powziął zamiar przeniesienia naszej stolicy bliżej terenu nowej misji.
Posłuchaj teraz uważnie książę, abyś mnie dobrze zrozumiał. Jak sam panie wiesz, od wielu już lat ziemia na której teraz jesteśmy, Ziemia Lubuska, pije przelewaną zgoła niepotrzebnie chrześcijańską krew. Jest przyczyna poczynań, które wręcz nie przystoją chrześcijańskim władcom! Ciągłe wojny czynią z tej krainy teren wymarły, co raz niszczony, nie dający nikomu korzyści. I to w czasie, gdy tuż tuż wznosi zbrojną dłoń szatan grożący zalewem pogaństwa! Czyż nie godzi się posłać tych wojsk raczej na Prusów?!
Stąd też płynie nasz projekt. Jako że zakon ma tu już sporo nadań, chcemy prosić o oddanie nam całej Ziemi Lubuskiej, abyśmy mogli tu założyć nową stolicę i zaprowadzić pokój w tej nieszczęsnej krainie. Nie uszczupli to niczyich dochodów, gdyż teraz ani książęta wielkopolscy, ani śląscy, ani panowie marchijscy nie mogą korzystać w pełni z bogactw tego rejonu, a tak zyska na tym chwała Pańska, a czyn taki, w imię Boga przedsięwzięty może, jak Opatrzność pozwoli, i zgodę między zwaśnione strony przyniesie?
– Rozmawiałeś już o tym z margrabią? – spytał Przedpełek.
– Margrabia nie będzie przeciwny, gdy książę polski się zgodzi, też pragnie pokoju na swym pograniczu… – na twarzach Wielkopolan pojawił się pobłażliwy uśmieszek – A my chcemy ponadto pomóc przywrócić rozdartym dzielnicom koronę, jako, że tylko silne państwo polskie stworzy skuteczną zaporę przed napływem pogan. Wszakże tu nie tylko o Prusów, ale i o Mongołów, przeciw którym nasi rycerze, jako jedyni, wsparli nieszczęsnego księcia polskiego pod Legnicą, chodzi…
Mądry i sprawiedliwy książę kaliski tę koronę może i, co jako rycerze i słudzy Boży, chętnie przed papieżem poświadczymy, winien, otrzymać.

Pakosław i Piotr ze Skórzewa wraz z kasztelanem Szymonem po wyjściu z książęcego namiotu postanowili porozmawiać z Sabelem. Inni rozsiedli się blisko namiotu, czekając na wezwanie księcia, a Nasław miał w razie potrzeby powiadomić o tym od razu trójkę przebywającą w więzieniu z Sabelem.
Odsyłając żądne świeżych informacji rycerstwo do tych, co pozostawali, obaj prepozyci i kasztelan zniknęli w mroku. Więzienie było blisko, niemal na środku obozu. Była to taka sama jama, jak wszystkie pozostałe, pilnowana jednak przez kilku wartowników. Kilkunastu uratowanych z pożaru jeńców dowódca straży kazał nawet na noc rozwiązać, by leżąc czy siedząc bez ruchu, nie zamarzli. Wśród nich był też i Sabel.
Szymon zameldował przełożonemu warty przybycie dostojników i poprosił o sprowadzenie do sąsiedniej kwatery, okupowanej przez odpoczywająca zmianę strażników, saskiego dowódcy. Prośba została spełniona.

Dzień babci

To tekst sprzed miesiąca. Ale to bez znaczenia. Czytam to i szlag mnie trafia

Szlag mnie trafia, bo jasne – w Polsce były i są watahy moherowych beretów, ale, OMG, każdy z Was, młodych przemądrzalców, spotkał na swojej drodze niejedną kobietę – babcię, w wieku babci, w funkcji babci, która jest inna – której życia nie określają tylko wnuki, weki i leki, która wyrosła w czasach hippisów i Solidarności, która ma nowoczesne poglądy, słucha Janis Joplin i Nicka Cave’a, jest pacyfistką, nie je mięsa i lubi (a nie tylko toleruje) gejów i przyjaźni się z nimi od czasów, kiedy Wy, smarkacze, jeszcze pieluchy w zębach nosiliście. Ale nie, Wy… Wy wiecie lepiej, bo jakżeby inaczej – świat się zaczął od Was i Waszego aktywizmu, Wy, niedorobione kalki Grety, w większości i tak przecież sporo od niej starsze (zyg zyg marchewka)…

Już o tym pisałam… TU. I naprawdę chyba mam dość Waszego łaskawego protekcjonizmu!

Wszystkiego Najlepszego z okazji Dnia Babci. I uważajcie na doniczki, które zawsze przecież mogą Wam spaść na głowę z jakiegoś balkonu…

PS. Niektóre z nas mniemają, że w Niemczech jest lepiej, mimo że chyba nie obchodzi się Dnia Babci, ale za to szanuje grupę nieformalną Omas gegen Rechts (Babcie przeciwko prawicowcom). Ale i w tym kraju wszechobowiązującej uprzejmości pojawił się pod koniec ubiegłego roku pewien kawałek chóralno-popularny śpiewany przez gromadką przesłodkich dzieci, pod batutą jakiegoś kapelmajstra. To taka tradycyjna piosneczka (tu w tym tradycyjnym wydaniu), która opowiada o różnych przygodach babci, co w zamierzeniu jest śmieszne, bo łączy ową babcię z czynnościami nietypowymi dla jej wieku, a charakterystycznymi tylko dla młodych. Babcia jeździ na motorze, rozrabia, jest bezczelna. Wszystkie zwrotki zaczynają się od słów Meine Oma – moja babcia, a kończą wyrazami uznania: Meine Oma ist ‘ne ganz patente Frau (babcia jest fajowa). Całość przypomina polską zabawę z piosneczką Przepijemy naszej babci domek mały...

Takie rymowanki przy każdej okazji można łatwo zaktualizować. I otóż w trosce o zmiany klimatyczne dziatki zaśpiewały ostatnio teksty takie: „Meine Oma fährt im Hühnerstall Motorrad. Das sind tausend Liter Super jeden Monat. Meine Oma ist ‘ne alte Umweltsau“. Albo: „Meine Oma brät sich jeden Tag ein Kotelett, ein Kotelett, ein Kotelett. Weil Discounter-Fleisch so gut wie gar nix kostet. Meine Oma ist ‘ne alte Umweltsau“. Czyli babcia jeździ na motorze i truje benzyną, bo jest starą klimatyczną świnią. Albo: babcia zjada masę kotletów, a kupuje je taniej niż wino, bo jest starą klimatyczną świnią…

Wam, drodzy obrońcy środowiska w Niemczech też radzę, żebyście uważali – tu również może Wam spaść doniczka na głowę.

Drzewa (i gender)

O drzewach nazbierało mi się ostatnio tyle różnych informacji, że pewnie zaniedługo staną się niekończącym się tematem tego blogu jak koty czy Don Kichoty.

Jak zwykle – powędruję sobie między drzewa i rozpoczynając peregrynację, nie wiem jeszcze, dokąd mnie ta wędrówka zaprowadzi

Łukasz Łuczaj na łamach Przekroju

Pionierska płeć

Czy wiecie, że twardość drewna można ocenić po tym, jakiego rodzaju jest jego nazwa? Najtwardsze drzewa mają zawsze nazwę męską: cis, grab, dąb, jesion, jawor, klon, buk itd. Drzewa pionierskie, zasiewające się na opuszczonych polach, lekkonasienne i o miękkim drewnie są rodzaju żeńskiego, np. olcha, wierzba, iwa, osika, topola. Żeńskie są także brzoza, jodła i sosna.

Brzoza jest też pionierska, ale drewno ma średniej twardości. Jodła już pionierska nie jest, sosna trochę tak – oba gatunki mają drewno niezbyt twarde, raczej lekkie.

Ta dosyć mocna reguła nie sprawdza się już przy nazwach drzew gatunków obcych. Na przykład akacja (robinia) ma drewno twarde, a nazwę rodzaju żeńskiego.

Drewno, drzewo, las

Norweg Lars Mytting jest nie tylko autorem kilku powieści, wpisujących się w znakomitą nowoczesną tradycję literatury skandynawskiej, lecz jest też autorem publikacji popularno-naukowej o… cięciu i składowaniu drewna.

Nikt z nas, zwykłych ludzi, nie wyobraża sobie, co w książce, która nie jest podręcznikiem dla technologów drewna,  można by napisać o cięciu i składowaniu drewna na sposób skandynawski. Ale można i zapewniam was, że jest to niezwykle wręcz ciekawe.

Mytting wcale jednak nie jest technologiem drewna, nie jest też leśnikiem, botanikiem, cieślą czy stolarzem. Jest dziennikarzem, trochę niespokojnym duchem, zajmuje go wszystko, najbardziej może… muzyka. A jednak jego książka o cięciu drzew (po polsku Porąb i spal) sprzedała się w Norwegii 500 tysięcy razy i stała się jednym z największych sukcesów na norweskim rynku książkowym.

Jeden z recenzentów napisał, że jest to biblia, pieśń pochwalna, podręcznik, poezja, a przede wszystkim najczystsza radość.

Polscy recenzenci podkreślają, że jest to właściwie książka dla mężczyzn. Dlatego proszę koleżanki czytelniczki, by się tu odezwały i powiedziały, czy znają tę książkę, a jak tak, to co o niej sądzą?

Płyń z tonącymi to z kolei (zapewne) książka dla kobiet, bo jest tam wprawdzie prawdziwy mężczyzna, tajemnicza historia i niezwykła pasja, niebezpieczny żywioł, odludne miejsca, wojna, chciwość i nienawiść, ale są też dwie a może nawet trzy historie miłosne.

I są też, a może – przede wszystkim, drzewa, niezwykłe, tajemnicze, niebezpieczne i kosztowne. Oraz, co bardzo niezwykłe, miłość do… ziemniaków. Nie przesadzam – miłość. Już tu o tym dwa dni temu pisałam.

Przyznaję, że dawno nie czytałam tak fascynującej książki i, jak zawsze w takich wypadkach, czekam na moment, kiedy już nie wszystko będę wyraziście pamiętała, bo wtedy będę ją mogła przeczytać po raz kolejny.

O tym, że niemiecki leśnik, Peter Wohlleben, napisał niezwykłą książkę o drzewach i lesie, słyszałam już od dawna, ale jakoś stale się z nią mijałam. I nawet nie wiem, dlaczego.

Las jest dla mnie czymś tajemniczym, niezwykłym i niezwykle ważnym. Moja ukochana cioteczna babcia, Karusia, mówiła, że są ludzie gór i ludzie morza, a ona jest człowiekiem lasu. Myślę, że pod jej wpływem też stałam się człowiekiem lasu. Gdy to piszę, widzę te niezliczone lasy, przez które zdarzało mi się w życiu wędrować. W Polsce i w Nepalu, w Hiszpanii, Niemczech, Irlandii, Austrii, Włoszech, Grecji, Anglii, Portugalii, Francji i Stanach Zjednoczonych.

I kolejne lasy magiczne, literackie, wyobrażone, książkowe, filmowe, jak las w Labiryncie fauna albo w Hobbicie.

 

 

 

 

Wohlleben konstruuje w swej książce teorię o tym, że drzewa nie tylko żyją (to w końcu wszyscy wiemy) i czują (to też już wielu z nas wie), ale że tworzą skomplikowany i skuteczny system społeczny. W lesie Wohllebena drzewa porozumiewają się za pomocą korzeni i… grzybów. Na końcu każdego korzenia mieści się… mózg. Drzewa opiekują się starymi pobratymcami, wspierają chorych i pomagają im wrócić do życia i zdrowia, otaczają opieką dzieci.

Teraz wg książki nakręcono film, w którym pojawia się również Puszcza Białowieska, Adam Wajrak i… Pałac Kultury, i to jest bardzo przyjemne, szkoda więc, że w stosunku do filmu, jaki nasza własna wyobraźnia tworzy podczas lektury tej fantastycznej książki, film jest w gruncie rzeczy przede wszystkim jej dość płytką, a za to nachalną reklamą.

Przypomniał mi się głupi dowcip. Stoją obok siebie dwie kozy, jedna żuje taśmę filmową.
– Co to za film? – pyta druga koza.
Don Kichot – odpowiada pierwsza. – Ale książka była lepsza.

Kocim krokiem z nowym rokiem

Zebrałam obrazy kotów, które nadesłała mi ostatnio

Danuta Starzyńska-Rosiecka

Tytus Czyżewski (1880–1945)
„Akt z kotem”
1920
olej na płótnie
Muzeum Narodowe w Warszawie

Jane Crowther
Contemporary Artist and designer living in Nottingham, UK

Felix Vallotton
(Swiss, 1865–1925). Laziness (La Paresse), 1896. Woodcut. © Musée cantonal des Beaux-Arts de Lausanne.

In 1891 Félix Vallotton began making woodcuts, a practice that brought him recognition and a steady income throughout the decade. Inspired by Japanese ukiyo-e woodblock prints, which were popular in Paris at the time, Vallotton’s prints captured the many facets of city living.⁣

Franz Marc – Cats on a Red Cloth, 1910

Ernst Kreidolf (Swiss, 1863-1956)
Morgenidyll, 1893

Le chat aux poissons rouges – Henri Matisse

Spotkania z Księciem Ciemności 2

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Miękko ale dostojnie, z dumnie uniesionym ogonem, sierściuch przekracza próg mieszkania, jakby wchodził do siebie. Czekał już pod drzwiami – nie śpi u nas, wszak to nie nasz kot – i teraz korzysta z momentu, gdy one się otwarły. Wciąż majestatyczny, powoli mija w przedpokoju Kropkę, która właśnie wychodzi ze mną na pierwszy poranny spacer… po czym komicznym truchcikiem pędzi do pokoju, wyzyskać tych kilka chwil, kiedy nas nie będzie. Wykorzystać je na to, by wskoczyć na łóżko i pomiziać się trochę z moją Żoną: przytulić, poocierać o żonine plecy, polizać ją w twarz albo w rękę. Tak sumiennie pracuje tym swoim jęzorkiem-tarką, że na skórze, w zgięciu łokcia, pozostawia ślad przypominający malinkę.

Wie, że Kropka by go do swojej ukochanej Pani tak łatwo nie dopuściła: istnieją w końcu jakieś granice gościnności! Jedzenie? Czemu nie: gdy wracamy ze spaceru i gdy napełnię miseczkę jadłem, Książę pierwszy z zapałem zaczyna jeść. A Kropka się temu nie sprzeciwia. Spokojnie, nawet z pewną tkliwą wyrozumiałością, stoi z boku i czeka na swoją kolej. Nie została zdominowana – co to, to nie! Jeśli chce (o czym jeszcze zapewne nie raz opowiem), potrafi użyć ząbków, aby przywołać Księciunia do porządku. Po prostu: to jej nie przeszkadza. No, ale jedzenie jedzeniem. Pani – to inna sprawa. Panią Kropka nie jest już tak skłonna się dzielić. Dlatego Czarniawy musi wykorzystać moment jej spaceru, jeśli chce zażyć pieszczoty: bo też Żona bardzo lubi te wspólne miziania i odwzajemnia je. To się nazywa, że kotek zapracowuje swoje śniadanie!

Najedzone zwierzątka zaczynają zabawę. Książę bezpazurzastymi (bo nie wysunął pazurków) łapkami trąca tu i ówdzie Kropkę, a ona bezzębną (bo nie angażuje uzębienia) mordką sprowadza go do parteru i zabawnie podgryza. Radochy przy tym co nie miara: nie tylko dla nich, ale i dla nas – dwójki starych dziwaków.

Po zabawie czas na odpoczynek. Oczywiście, fotel należy zagospodarować tak, żeby nikt się już na nim, broń boże, nie zmieścił.

Szczęśliwie, nie przeszkadza mi to, bo właśnie przygotowuję się na wyjście do pracy. A kiedy już jestem gotowy, Książę zazwyczaj wyczuwa moment i dumnie podchodzi do drzwi. Niekiedy jednak udaje, że jego sprawa nie dotyczy: leży jakby nigdy nic! Wzięty na ręce miauczy z wyraźnym niezadowoleniem, protestuje przeciw wygnaniu go na zimno i samotność. Trudno: tak czy inaczej, na własnych lub na moich nogach, musi opuścić lokal.

Fartowny poranek to fundament udanego dnia!

1269 (3)

Mieczysław Bonisławski

IV.

Punkt dowodzenia Bolesław założył w karczmie, niemal u podnóża zamku. Po trzech dniach oblężenia, podczas których jego wojska niemal bez przerwy biły w ściany twierdzy z kusz i proc, nieliczna załoga powinna była stracić na tyle bojowego ducha, by nie było już groźby żadnego wypadu w głąb linii oblegających. Obaj dowódcy, Janko kaliski i Przedpełek poznański uważali, że szturmowani od rana Sasi tylko dlatego dają jeszcze odpór atakującym, by wywalczyć sobie w ten sposób jak najłagodniejsze warunki kapitulacji. Książę nie chciał jednak, by załoga poddała się, chciał przede wszystkim całkowicie zniszczyć zamek, a żołnierzy Sabela demonstracyjnie osądzić i ukarać winnych, mszcząc tak międzyrzecką zbrodnię. Dobrowolne zaprzestanie obrony narzucało atakującym obowiązek oszczędzenia ludzi i twierdzy, dlatego Bolesław nakazał tym bardziej nękać przeciwnika, im lżejszy stawał się jego opór. Rozkazał też przygotować już ostatnią fazę szturmu, w której główną role miał odegrać ogień.

W pobliżu książęcego orszaku kręciło się mnóstwo ludzi. Każdy oddział, czy to czekający na swą kolej pójścia do ataku, czy to już zluzowany i wycofany spod obwarowań, każdy wreszcie pojedynczy rycerz czy ciura, chciał być jak najbliżej centrum całej akcji. A centrum takie tworzyło stanowisko w karczmie, toteż jej okolice obsiadł w oczekiwaniu zwycięstwa kto tylko mógł. Jedynie pochołkowie taborowi oraz gońcy, z niechęcią oddalali się, ganiając po całym mieście i wykonując polecenia swych dowódców.

Bolesław wykazywał dużą troskę o swe wojsko, zwłaszcza, że był to już koniec kampanii i dlatego wydzielił oddział mieszczan międzyrzeckich, by zbierał z pola walki i opatrywał rannych. Wśród wyniesionych spod zamku był i młody Piotr Opaliński. Ciężko rannego pomógł przynieść jego jasnowłosy opiekun, Maćko, sam mający tylko parę zadrapań.
– Hej… Pochyl się ku mnie… – poprosił Piotrek. Głos jego uciekał już z tego świata, poparzona głowa sprawiała ból.
Maćko przylgnął do ust leżącego.
– A nie mów nic ojcu…
Chłopak wzruszył ramionami: na cóż ma mówić, skoro się sam dowie i jeszcze złaja, że mu syna nie dopilnował.
Piotr mówił jednak coś jeszcze, Maćko znowu przywarł do jego ust.
– Już prawie, prawie i byłby on nasz… Nie mitręż ciuro tu ani chwili – pędź szybko, złap Sunnenwalda, każ go pachołkom rozpiąć na trawie i niech mu odejmą męskość. Potem by w strachu większym na śmierć nierycerską czekał, oczy mu wyłup…
Podniecenie minęło i ranny zapadł w odrętwienie. Usta znieruchomiały, a reszty twarzy i tak nie można było rozróżnić. Maćko spojrzał tam, gdzie jeszcze rano były oczy chłopca i pomyślał, że młody pan, towarzysz, też swojej śmierci nie zobaczy.
Ucapił jakiegoś ciurę.
– A bacz uważnie, bo tu leży syn jaśnie wielmożnego chorążego międzyrzeckiego. Znajdź Jaksę, Gawła lubo Janika, co służą w domu bnińskim, niech przypilnują trupa. Jak cię znaleźć?
– Jam Odon, u krojczych kasztelana Szymona Nałęcza służę.
– Pamiętaj! – przykazał Maciej i zawrócił ku zamkowi.

Był to czas, gdy smolarze ciągnący zazwyczaj przy taborach, znaleźli się nagle na pierwszej linii.

Książę kazał gotować smołę i robić smolne szczapy. Lano też smołę w nieduże gary, które później procarze mieli miotać niczym ogniste kule. Na kilku przenośnych kozłach umocowano większe zbiorniki z płonącą smołą; te przyciągnięte pod ściany miały dymem i smrodem osłabić obrońców.

Odon tymczasem sprawił się szybko. Nim jeszcze Piotrek zdążył wyzionąć ducha, zabrał go Janik. Wypytywał on wkoło, jaką śmiercią zginął młody panicz, ale Odon nie był przecież w ogóle przy zamku, a ci co leżeli pokotem na błocie, byli już bliżej Boga niż spraw ziemskich. Wreszcie trafił na kuśtykającego ciurę, którego pamiętał z zamku w Międzyrzeczu. Okazało się, że tamten widział rzeczywiście dużo:

– …tak jak książę wielkopolski zawsze każe, na dany rozkaz przystąpiliśmy nakryci sklepieniem z tarcz pod mury. I jedni zaczęli walić obuchami w ścianę, gdy inni toporami odbijali z niej zwierzchnią glinę. Ze wzgórka zaś miotali na Sasów pociski łucznicy kaliscy, a robili to, trzeba było to widzieć, niezwykle celnie i z godną podziwu wytrwałością… Wróg lał na nas z góry ukrop i wrząca smołę, miotał głazy i kamienie… Co odważniejsi, by odwrócić uwagę obrońców, a sobie sławy przydać, jęli przystawiać już drabiny i piąć się po nich na blanki. Pan Piotr był pierwszy wśród nich, ale Bóg nie zechciał mu dać zwycięstwa… Już był panicz na górze, już miał na galeryję przeskoczyć, gdy Sas taranem drabinę odbił i pan musiał równowagę rozpaczliwie łapać. Wykorzystali to tamci, w łeb dali, a za spadającym w dół ciałem polali jeszcze smołą. I tak, panicz nie dość, że gnaty sobie pogruchotał, to jeszcze smoła oczy i uszy wypaliła, bo hełm na górze od ciosu mu z głowy opadł….

Takimi historiami karmiła się cała równina. Ciekawskich było mnóstwo a i opowiadających nie brakowało. Padały ostre słowa pod adresem saskich obrońców i hymny pochwalne ku czci wielkopolskich bohaterów. Omijano tylko jeden temat – strachu, który odczuwali i atakujący, i obrońcy. O nim mówiło się rzadko, prawie wcale. Przed walką i w jej trakcie on sam zamykał usta, później – nie pozwalała duma. Często natomiast modlono się, bo Bóg, przenajświętsza Panienka, święty patron, nie mogli przecież przed nikim zdradzić, dawali natomiast nadzieję na ocalenie, albo przynajmniej na bezbolesną, szybką śmierć. Wielu też właśnie o nią prosiło, zapominając w tej obozowo-bitewnej codzienności, że istniało przecież jeszcze inne, to pozostawione gdzieś przy rodzinie, normalne życie, o które według dowódców właśnie się bili.

W karczmie Bolesław wydawał już ostatnie rozkazy.
– Jak ohydnie cuchnie! – żachnął się kasztelan Janko, powracający spod zamku.
Książę spojrzał znad stołu na dowódcę swych wojsk.
– Czuję w powietrzu, że smolarze już się sprawili, co?
– Tak książę, możemy zaczynać. – potwierdził Janko, któremu podano w międzyczasie puchar wina.
Książę zwrócił się z kolei do siedzącego naprzeciw wojewody poznańskiego.
– Jak długo jeszcze wytrzymają, panie Przedpełku?
– Przed zachodem przyślą posłów z białą chorągwią.
– Trzeba się tedy spieszyć, jeśli mamy ich wyprzedzić – zauważył kasztelan kaliski.
– A zatem panowie – Bolesław wstał, odczekał, aż zrobią to pozostali i dziarskim krokiem wyszedł na środek izby – czas na nas, co. Widać w tym dymie wprawdzie wiele nie będzie, ale i tak na koniec sabelowego gniazda chcę popatrzeć.
– Mości kasztelanie! – zatrzymał się jeszcze przy Janku – a przypilnujcież mi, by nie doszło tam do rzezi…

V.

Na te same dymy spoglądali z Winnej Góry stłoczeni miedzy drzewami Sulęcinianie i pilnująca ich drużyna kaliska.

Najbardziej lamentował karczmarz Szymon, Żyd, którego draby obozowe siłą przywlekły z miasta dopiero przed południem:
– Oj joj, no i na cóż ty Panie dałeś mi tak dobre oczy? – po to bym teraz widział ten dym pod zamkiem? Tam z boku stała sobie spokojnie jeszcze rano moja karczma, o którą od trzydziestu pięciu lat dbałem tak, jak, wybacz mi Panie, nie dbałem nawet o me nieszczęsne dzieci i żonę. Ach i po cóż ja, na moje nieszczęście, to czyniłem?
Rudawy bękart, na którego wołano różnie, w zależności od pory roku, dnia i humoru, biegał znudzony za Żydem i urągliwie mu wymyślał:
– Żydzie, Żydzie, na kolację pieczeń bydzie!
– No i po cóż mi Panie dałeś jeszcze dobre uszy, abym to słyszeć miał…?! – odpowiadał jeszcze głośniejszy lament.
Zmierzający z gorącą strawą do Szymona kupiec Gotlieb, zaszedł chłopaka z tyłu i złapał za uszy.
– A mam cię darmozjadzie…! A masz ty…! – fachowo jął targać dokucznika za kołtuniasty łeb i obijać gdzie popadło.
Zwinny i wyćwiczony chłopak szybko wywinął się z tej opresji. Podkasawszy obszerną baranicę, uciekał kłapiąc drewniakami, że tylko świeciły gołe, brudne łydki.

Szymon zafrasowany nie chciał jeść. Zaraz obok swe koczowisko miała rodzina piwowara, Ulryka. Jego mały synek, Hansik, zdziwiony popatrzył na marniejącą strawę i pociągnął matkę za spódnicę.
– A czego on nie je?
– Bo jego dzieci i wnuki zgubiły się w lesie, a Polacy jak złapią małe Żydki, to pieką je w piecu i zjadają na kolację jako największy przysmak.
– A nie gadałabyś byle głupstw! – krzyknął na żonę Ulryk, ale kobieta spojrzała nań tak zatroskanym wzrokiem, że machnął tylko ręką i ująwszy pełen dzban, podszedł do karczmarza.
– No, masz ci Szymonie. Żyd żeś, ale zawszeć teraz nasz, sulęciński – trącił go by wypił choć trochę – Może twoim udało się uciec? Ho, ho, teraz oni pewno już za Odrą…?
Szymon spojrzał smutno na sąsiada:
– A bo to tam, myślisz panie Ulryk, Żydom jest lepiej?
A rudzielec psocił już w drugim końcu obozu. W tej niecodziennej sytuacji matki solidniej niż zwykle pilnowały swe dzieci i nie pozwalały ani na krok oddalać się od siebie. Mały hultaj ganiał więc sam, z konieczności miedzy samymi dorosłymi.

Szewc Rudolf, radny miejski zwołał swój cech, najliczniejszy w mieście, na skraj lasu, na przeciwległym od miasta stoku.
– Musimy coś postanowić – zaczął. – To już koniec kampanii, Polacy panoszą się, a my sami jeszcze nic nie zrobiliśmy…
– Ktoś zabił w lesie paru zakonników – zauważył młody Anzelm, zięć mistrza Albrechta – Nie polepszy to stosunków księcia z komandorem…
– Podobno zakon poselstwo do księcia wysłał. O litość chcieli błagać.
– A niech to! Honor zupełnie postradali. Kto posłował?
– Brat Gwido…
– Zresztą nieważne… Nie wyręczajmy się losem, nie naszą to będzie zasługą, gdy przez te trupy do czegoś dojdzie…
– Może to sukiennicy? – nie dawał za wygraną Haszek, uciekinier z Czech, którego margrabia Otto osadził w Sulęcinie – W końcu oni najwięcej zyskali na spaleniu Międzyrzecza.
– Nie – zaprzeczył Rudolf – Za dużo wśród nich Słowian i Polaków. Przecież ten ich Bogusław sam stamtąd przybył… Oni nic zresztą nie robią, jeno rozpaczają. Pewnie wszystko stracą – uśmiechnął się – Było im tu po co przyjeżdżać…! Słuchajcie – intrygująco zwiesił głos, po czym z entuzjazmem odkrywcy dokończył – myślę o podpaleniu obozu na Gołębiej Górze…!
– A ty tu czego! – ryknął naraz Anzelm próbując pochwycić rudzielca, ale poślizgnął się – To ten Hanek, bękart topielicy – wyjaśnił pozostałym, grożąc małemu zaciśniętą pięścią.
Chłopiec zatrzymał się w bezpiecznej odległości i krzyknął:
– Książęcy mają czarownicę, złapią was i upieką na kolację, już ogień rozpalili. Ho, ho, jaki duży ogień, taki wielki dym – pokazał rozkładając ręce i czmychnął między drzewa.
– Zostaw ścierwo – Rudolf przytrzymał swego syna, zamierzającego za nim pognać. – Głupek, nie zdradzi… Ale trzeba z nim pogadać, jak się to wszystko skończy. Tego tylko brakuje, by się tu w Sulęcinie spolszczył…

Biwak sulęcińskich mieszczan nie składał się z tak solidnych legowisk jak te na Gołębiej Górze. Raz, że w lesie nie było zasp, nie było też potrzeby ochrony przed wiatrem. Wykorzystywano za to nikłe już resztki umocnień pogańskiego grodu. Ci, co zostali przygnani przez oddział Miedzyrzeczan dopiero rano, odszukiwali swych powinowatych, biwakujących tu dłużej, bądź z konieczności, żywili nadzieję przeczekania szturmu wprost na śniegu, tak jak stali. Wszyscy zdawali sobie sprawę iż najpóźniej następnego dnia w południe wrócą do miasta. Problem był tylko w tym, czy zastaną tam prócz zgliszcz, coś, w czym da się zamieszkać, choćby do końca zimy?

Głodny już Hanek podkradł się ku biwakowi wójta, kowala Gerlacha. Tu zawsze udawało mu się – któryś z kowalików, czy jakaś dziewka służebna często ukradkiem dokarmiali go. Jak mówiono w mieście, syn Bawarczyka Witigo, prócz imienia i stanowiska, dostał od poprzedniego prepozyta jeszcze służącą, matkę Hanka.

Chłopak zatrzymał się kilkanaście kroków od celu. Miast kowalików i dziewek ujrzał kilku opatulonych w futra mężczyzn. Wśród nich był też wójt.

Kowal skończył właśnie opowiadać o wizycie zakonników i zachęcał do zajęcia stanowiska wobec ich rozkazów. Jego rozmówcy to była miejska elita, stanowiąca niemiecką frakcję w Radzie Miejskiej: kupiec August, przybyły z Westfalii, Rajmund Prowansalczyk, zarządzający w imieniu komtura winnicami, ożeniony z siostrą Gerlacha Judytą, i Konrad, drugi po Rudolfie przedstawiciel cechu szewców w Radzie. Towarzyszył im Fryderyk, dowódca straży miejskiej.
– To hańba u Polaków o łaskę się dopraszać – Konrad był oburzony – Niech lepiej już spalą miasto, i tak niczego dobrego nie możemy się po nich spodziewać.
August gwałtownie zaoponował:
– Wy szewcy, chcecie, by wasze swary z sukiennikami miasto zniszczyły. Co nam przyjdzie po spaleniu Sulęcina – straty jeno i poniewierka. My kupcy, nauczyliśmy się jakie korzyści płyną ze zgody…
– Straż wartko skrzyknę – zadeklarował Fryderyk – możemy gasić.
– Po prawdzie, nie honor to na taką łaskę wroga się zdawać, ale racja niechybnie przy naszym Auguście… – podsumował zafrasowany Gerlach – Przede wszystkim trzeba nam miasto ratować. Gdy stracimy winnice i warsztaty, nic nie skorzystamy na spaleniu Międzyrzecza. A i przewagę przy polskiej pomocy, rychło możemy tamtym oddać.
– Nic dobrego z tego nie wyniknie – ponuro wyobraził sobie taką przyszłość Konrad.
– Właśnie! – podchwycił Rajmund – Mówisz zatem zacny Fryderyku, że trzymasz mimo tego wszystkiego co się dzieje straż w gotowości?
Gerlach spostrzegł Hanka.
– A chodźże tu smyku – przywołał go. – Bękart tyś polski po dziadzie i po matce, możesz się teraz im za to wszystko odpłacić, ha, ha – roześmiał się jak z dobrego żartu i skinął na służącą – A nakarm nam tego biedaka. Może Bóg da, że coś jeszcze z tego wyrośnie?

Niedługo potem chłopak najedzony już, znowu hasał po obozie. Nagle z kłębów czarnego dymu nad miastem strzelił w górę olbrzymi płomień. Z ust oglądających to ludzi wydobył się jęk.

Bogusław, sukiennik, zaczął rozpaczać:
– Tyle dobra, tyle dobra na zatracenie…!
– Dziwisz się? – zakpił mistrz Albrecht – Nałęcz mści się za swoje warsztaty sukiennicze. Nie chce wam oddać pierwszeństwa, choć też żeście Polacy.
W kotlinie było już zupełnie ciemno. Po trochu że już zapadał wczesny, grudniowy zmierzch, głównie jednak od dymu i płatów sadzy, od których było gęsto w powietrzu. Za rynkiem niebo gorzało krwiście. Ognisty słup przypominał olbrzymi piorun od nieba do ziemi rozcinający horyzont na dwie połowy. Nie kołysał się, nie zmieniał odcieni – stanął i tak stał nad wszystkim co istniało.
– I na cóż teraz te waśnie mistrzu Albrechcie? – pokiwał głową Bogusław – Módlmy się lepiej o nasze miasto!
Biedniejsi Flamandowie, których komandor lubuski niedawno dopiero sprowadził do Sulęcina, otoczyli obu swarzących się mężczyzn. Posypały się pretensje:
– To przez wasze waśnie wszystko…
– Cały dobytek nam ci Polacy spalą!Po to tu przybyliśmy?
– Czemu Rada nie prosiła o darowanie miastu?
– Co nam do tego czy książę, czy margrabia… Z czego wyżyjemy do lata?
Dołączyły się i kobiety:
– Co będzie z dziećmi?
– Nie ma gdzie strawy przygotować, ni szat jak wyprać.
– Na zabijaków naszych i własnych synów wyprowadzicie! Na zatracenie Bóg tu nas sprowadził! – histeryzowała jakaś bardziej pobudliwa.
Albrecht spojrzał Bogusławowi w oczy. Chwile mierzyli się spojrzeniami, wreszcie Niemiec powoli zaczął mówić:
– W południe byli zakonnicy, ponoć wyjednali u książęcego kapelana, że ludzie będą mogli nie dopuścić ognia do miasta.
Stojący wokół mieszczanie pochwycili tę nowinę:
– Jazda, do gaszenia! Na co czekamy?! Wiwat Bolesław! Ratować co się da…
Z tyłu Rudolf i Konrad nie kryli dezaprobaty:
– Hołota, gotowi wszyscy lecieć na wezwanie Bolesława!
– Fryderyk mądrzej by już tam gasił…
– Czego chcesz, więcej się uratuje, więcej ściągniemy do kasy podatków. I to od Polaków. Ściągniemy tu jeszcze ich trochę z Międzyrzecza i na wieki będziemy pierwszym miastem na pograniczu.
– Tak, jakoś będziemy musieli się jednak z nimi dogadać…
Zatętniły kopyta końskie. Na drodze prowadzącej z miasta ukazał się jeździec w płaszczu zakonnym. Ujrzawszy zebranych, nie dojeżdżał już do nich, tylko zawrócił konia, krzycząc:
– Zamek padł! Na rozkaz komtura – wszyscy do gaszenia pożaru, za mną!

Dom (apel o wsparcie)

Publikowałam już na blogu apel o wsparcie dla projektu wydania książki młodo zmarłego poety, Juliusza Gabryela, i o pomoc dla filmu Andrzeja Titkowa o żydowskich mieszkańcach Lublina, dziś następna prośba, tym razem w sprawie książki o opiekunkach. Temat jest bardzo ważny i może ktoś wpadnie na pomysł, jak pomóc autorce. Bo jedyny sposób, jaki ona może tu zastosować, to oczywiście po prostu znowu pojechać do pracy jako opiekunka!

Uwaga: tłumaczenie na niemiecki jest gotowe, potrzebne są pieniądze na druk i rozpowszechnianie.

Łucja Fice

Z zawodu jestem chemiczką. Obecnie na emeryturze. Moją pasją całe życie była literatura. Wiersze pisałam już jako dziewczynka w szkole podstawowej, a w Technikum miałam na koncie dojrzałe teksty. Od roku 1996 należę do literackiego Stowarzyszenia RSTK i w tym samym roku debiutuję na łamach czasopisma literackiego Własnym Głosem. Od tamtej pory „zainfekowana” literackim bakcylem już na poważnie, puszczam się w wir pisania. Co roku uczestniczę w warsztatach literackich, czego efektem są tomiki poezji, nagrody na ogólnopolskich konkursach literackich. W pewnym momencie życia zmuszona zostałam do wyemigrowania z kraju na Wyspy Brytyjskie, gdzie podjęłam pracę jako opiekunka w Care Home w Walii. Po kilkuletnim pobycie na Wyspach podejmuję ryzyko pracy jako opiekunka seniorów w Niemczech. Emigracja i saksy zaowocowały powieściami PRZEZNACZENIE, WYSPA STARCÓW, OPIEKUNKA, DRUGA STRONA GRZECHU, ale najważniejsza jest dla mnie powieść ZA KRYSZTAŁOWYM LUSTREM – wspomnienia opiekunki. Po drodze były promocje, wywiady, publikacje, recenzje w wielu czasopismach (Polityka, Gazeta Wyborcza, Wysokie Obcasy, czasopisma lokalne). Redaktor naczelny czasopisma Akant, prof. Pastuszewski napisał pracę naukową Portret psychiczny emigrantki zarobkowej po roku 2004 na podstawie moich powieści. W 2016 roku zostałam przez MKiDZN nagrodzona odznaką Zasłużony dla Kultury Polskiej.
W powieściach mówię wprost, chcę zachować szczerość. Przedstawiam świat opiekunki jako rzeczywistość i dostrzegam wynikające z tego dramaty. Starałam się przedstawić ten wybrakowany świat trochę inaczej, więc połączyłam go ze snami, ze wszystkim, co dobre w tej pracy, a więc duchowy rozwój, przystanek i zastanowienie się nad sobą samą.
Świat wewnętrzny Gabrysi, głównej bohaterki powieści Za kryształowym lustrem, jest bardzo bogaty, jest w nim poza realistycznym opisem ciąńkiej pracy, również drugi wątek, metafizyczny, filozoficzny,. Rozmyślania Gabrysi dotyczą sensu egzystencji, co chyba czyni książkę ciekawszą.
Jestem pewna, że powieść warta jest wydania w Niemczech, o co zabiegam. Otrzymałam już zgodę wraz z umową od Redakcji FRANKFURTER VERLAGSGRUPPE GmbH na jej niemieckie wydanie. Jednak koszty edycji książki (7000 lub 12000 euro) nie pozwolą mi na jej wydanie bez finansowego wsparcia. Jestem przekonana, że powieść zdobyłaby uznanie czytelników na księgarskim rynku w Niemczech i krajach niemieckojęzycznych, pozwoliłaby na przybliżenie tematu niemieckim czytelnikom. Powieść ma zwrócić uwagę niemieckiego czytelnika na to, co ważne jest w życiu, na aspekty moralne jego decyzji, gdy decyduje się wynająć opiekunkę z Polski do opieki nas  niepełnosprawnym członkiem rodziny.
W takiej sytuacji zmuszona jestem do szukania innych źródeł finansowania. Proszę tych, którzy zechcieli by mnie wesprzeć w tym projekcie i pomóc, by ta empatyczna powieść mogła się w Niemczech ukazać. Sponsorów na pewno zareklamuję nie tylko w książce, ale również we wszelkich wywiadach czy spotkaniach.
Wierzę w ludzi i ich pomoc w pokonaniu barier, jakimi są pieniądze, bo przecież Unia Europejska jest naszym wspólny DOMEM.

Fragment powieści:

Miedziane słońce wpadało do pokoju przez wszystkie okna. Stałam chwilę przy otwartym oknie, jak zamurowana, sztywna, z uczuciem jakiejś bolesnej rozkoszy. Miło było położyć się do wygodnego łóżka. Nagle zerwałam się. Wydawało mi się, że podopieczny mnie wołał przez aparat babyfon. Włożyłam szlafrok i zeszłam do pacjenta.

Otworzyłam kluczem główne drzwi, weszłam do pokoju chorego, ale nic nie słyszałam oprócz ciszy. Heinz smacznie spał. Chciałam wracać, ale moją uwagę przyciągnęło światło z kuchni. Strugi perłowego światła, które wyglądało jak koraliki zawieszone na niewidocznych sznurkach. Przesunęłam ręką po oczach, czy aby nie śpię. Nie! Byłam zupełnie świadoma. Po przetarciu oczu zauważyłam, że kuchnia tętni życiem.

– Gdzie jest Helga?
– Helga śpi.

Nie wiedziałam, od której osoby pochodził głos. To była odpowiedź, którą najprawdopodobniej słyszałam tylko w mojej głowie, kiedy zaczęłam tę sytuację analizować. I wtedy, właśnie wtedy zauważyłam na dwóch stołach rozciągających się na całej długości kuchni zielony, żywy dywan sadzonek. W tym momencie mnogość obcych mi ludzi w kuchni zafascynowała mnie po raz drugi.

– Kim oni są, co tu robią?

Nagle ze świecą w ręku podeszła Irena. Wtedy pomyślałam, że śpię, ale wcale nie mam zamiaru się obudzić.

– Nie śpisz! – Irena uśmiechała się i podała mi dużą świecę, która płonęła jakoś inaczej. To światło nie przypominało blasku świecy czy refl eksu lampy. Nie miało złocistych odcieni. Było przezroczyste, ale migotało i błyszczało.
– Co ja tu robię? Irciu! Ty nie żyjesz! Irciu! To tylko sen!
– „Mój świat jest tak blisko ciebie, jak twoja koszula przy ciele”. Nagle obraz znikł, a ja znalazłam się w kuchni, którą opuściłam wieczorem.

Znowu sen na jawie – pomyślałam i zamknęłam drzwi na klucz.
Mignęło jeszcze wspomnienie snu i wyszłam na zewnątrz. W pełnym milczeniu nocy posuwałam się w wilgotnej ciemni schodów. Spojrzałam na niebo, na którym (tak mi się zdawało) zabłysła i zaraz zgasła gwiazda.
Chociaż żadnej gwiazdy nie było, to zapamiętałam ją sobie i jakbym ścisnęła ją w dłoni, żeby zrobić miejsce w umyśle dla czegoś, co mogłoby się wydarzyć. Doszłam do metalowych schodów, które prowadziły do mieszkania Klaudii i Martina, gdzie na drugim piętrze był mój pokój. Przeszłam przez duże oszklone drzwi i byłam w pierwszym pomieszczeniu. Spojrzałam jeszcze na szklaną, oświetloną szkatułę, w której znajdowała się rzeźba rumaka i… nagle coś mi się przestało zgadzać.

– Przecież jestem na jawie, jestem tego świadoma.
Wtedy dźgnął mnie strach. Wytężyłam słuch i próbowałam oswoić się z myślą, że słyszę czyjeś głosy. Kiedy próbowałam okiełznać lęk i już myślałam, że jestem nadzwyczaj spokojna, strach powrócił rykoszetem.

Na sofie siedziały dwie młode kobiety, których nigdy nie widziałam. Obie na dużych tamborkach wyszywały kolorowe makaty i rozmawiały.
Na podłodze leżały trzy dywaniki. Były magicznie kolorowe.
Wiedziałam, że są już gotowe. Kobiety nie zwróciły na mnie uwagi, jakbym była przeźroczysta.

– Boże! Co tu się dzieje? To sen! To sen! To tylko sen! Chcę się obudzić! Chcę się obudzić! Chcę się obudzić!
Stałam przy oknie z przyklejonym do szyby nosem, w niemym osłupieniu.
Dotarło do mojej świadomości, że nie obudziłam się w łóżku.
Od kiedy tak stałam? A może jeszcze się nie obudziłam? Moje ruchy zdawały się być osowiałe jak po męczącym dniu. Spoglądałam milcząco na poranny ogród, na te rozlewające się słoneczne plamy. Zdawałam sobie sprawę z własnej obecności TU I TERAZ, choć już nie miałam stuprocentowej pewności. Ten sen był tak fascynujący, że chciałabym jeszcze raz do niego powrócić. Czułam w nim „coś” nie z tego świata, a teraz to „coś” odchodziło, jakbym straciła świadomość własnych myśli, choć moja percepcja była trzeźwa. Trudno mi było wrócić do rzeczywistości, bo w dalszym ciągu czułam, się tak, jakbym znalazła się na przecięciu światów, jak przed zaśnięciem, kiedy wchodzę w stan marzeń. Te wszystkie obrazy, które przepływały przez mój umysł, myśli i głos Ireny podczas tego snu, odbierałam przecież bardzo realnie. Zawsze uwielbiałam spokojną tonację jej głosu, który działał na mnie jak dźwiękowe valium.
A może wcale mnie tu nie ma, może to tylko odbicie mnie samej w szybie, w KRYSZTAŁOWYM LUSTRZE, odbicie mnie w sobie? – pomyślałam. Może potrzebowałam tego snu, by móc zrozumieć coś innego? Muszę go zinterpretować z innej strony. Może jestem w stanie sama zmieniać swoje życie? Może coś wyłapuje moje myśli, które są z tym„czymś” w rezonansie?! Może te sny to jakaś siła przyciągania, o której nie mam pojęcia i mogłabym wszystko do siebie przyciągnąć, o czym tylko pomarzę? Może są połączeniem pomiędzy moimi marzeniami, lękami, a fi zyczną rzeczywistością? Chyba tak! To moje myśli sprowadzają mnie na saksy. Miałam wówczas zbyt dużo mentalnego chaosu w głowie, bym mogła dostrzec spokój.

Ile razy już tak bywało? Czy inni też mają takie stany ducha, jakby byli pogrążeni w półśnie, we mgle? Co u diaska się ze mną dzieje?
Poczułam, jakby granica między snem a jawą zupełnie się zacierała, zaczęłam wątpić, czy w ogóle żyję. Tak bywało w dzieciństwie, a teraz znów wszystko powraca. Z kim mogę o tym porozmawiać? Z kim się tym podzielić? Nie chcę więcej śnić!
To co? Mam się nie kłaść spać? – prowadziłam w myślach dialog ze sobą, jakby były mnie dwie. Przecież te sny to nie sploty luźno poukładanych zdarzeń, to logiczne, sensowne obrazy. Jeszcze raz zdałam sobie sprawę, że byłam z czymś w rezonansie. No właśnie, z czym? Może to był jakiś bank Wszechświata i stamtąd, jak z komputera dostałam tę wiadomość. Przecież prośby o sen z Ireną się spełniły, a w moim mózgu jest rodzaj kryształowego lustra, przez które przepływa jakaś nieznana energia zawierająca informacje. Może miałam w tym śnie dostęp do jakiejś hiperkomunikacji?

Po przeanalizowaniu snu, centymetr po centymetrze, odkryłam:
Zielone sadzonki – wzrastanie we mnie mądrości o mnie samej.
Światło zapalonych świec – wewnętrzny blask, o którym mówił nie tylko Jezus, ale inni prorocy. To przekaz, który ma mnie wprowadzić na następny etap rozwoju, żebym przestała pytać, KIM JESTEM, a zaczęła pytać, KIM lub CZYM mogę się stać. Nastąpiło skojarzenie ze słowami matki ze starego snu: „Dostrzeżesz kim jesteś. Rezultaty już istnieją”. Czyżby życie przynosiło to, co zostało zamówione? Może to przekaz, że muszę zaakceptować, iż jestem procesem, a nie tylko osobą, istotą. Haft owane ręcznie artystyczne dywaniki – to ten fundament pod zrozumienie, to tkanie mądrości, przecież widziałam wzory, które mój umysł rozpoznawał, które oparte na wiedzy i doświadczeniu mogą mi się przydać, tylko muszę z nich skorzystać.

A może ten sen był odpowiedzią na moje wielkie współczucie, na moją pozytywną emocję, jaką obdarzyłam Heinza, uczucie, z którego zdałam sobie sprawę, że płynęło głęboko z mojego serca. Boże! Teraz rozumiem, dlaczego tak rzadko miewam tak piękne sny. No tak! Następna PRAWDA – bo tak rzadko jestem prawdziwie dobra. Nie jestem doskonała. To we mnie tkwi DOBRO I ZŁO. BIAŁE I CZARNE.

Jestem dualna. Choć o tym wiedziałam, jakby od zawsze, dając innym rady, to dopiero TERAZ sama to poczułam. To Irena, moja przyjaciółka, pomogła mi uświadomić sobie, KIM JESTEM. Odeszła, bo bała się, a świat zrobił za nią resztę, zarażając nieuleczalną bakterią.
Zrozumiałam i urodziły się nowe pytania: jak być tylko dobrą?
Czy jest taki świat, nad którym sprawuję władzę? Jak pozbyć się złych myśli, emocji? To są najważniejsze dla mnie, jako dla człowieka w dzisiejszych czasach, pytania.

Przy śniadaniu opowiedziłam sen.
– Gabi! To są wspaniale symbole, spróbuj je rozszyfrować. Może w tych snach widzisz przyszłość?
Nie powiedziałam, że już to zrobiłam.
Zawsze widziałam przyszłość, od dziecka, ale problem w tym, że widziałam ją we fragmentach, jak w okruchu rozbitego lustra. Ilona nie miała racji, mówiąc, że przyszłość jest już zapisana.

***

Dni mijały w spokoju, umilane relaksującą muzyką sączącą się od samego rana z radia lub z płyt CD. Dom pachniał miłością, dobrą kuchnią i kwiatami. Po pięciu latach na saksach zostałam obdarzona szacunkiem i szczerą miłością obcych mi ludzi. Już nie czułam się jak wierny pies, który nie może opuszczać swojego pana, lub pokutująca dusza, która czeka na powrót do DOMU. Wracam do DOMU, w którym czas ma inne znaczenie, jest bardziej realny, nieodbarwiony. Mój DOM w Polsce to świat, z którego pochodzę, ale jestem szczęśliwa, że byłam w domu, w którym zrozumiałam swoje sny. Tam, w cieniu drzew w ogrodzie znalazłam spokój, jakbym urodziła się na nowo. Po szczegółowym rozważeniu planu naprawy siebie samej, zrozumiałam, że droga, którą podążałam, była nie tylko celem dla zdobycia pieniędzy, bo pracując z chorymi i umierającymi, stawiałam siebie na ich miejscu i zrozumiałam, czym jest życie. Wszystko, co mi się przydarzyło, widzę teraz jako doświadczenie. Wszystko, co musiało się wydarzyć, abym mogła uregulować rachunek sumienia. Kocham cię życie ponad życie.

Barataria czyli Chatka Puchatka

Marek Włodarczak

kontynuacja wpisu Klątwa

Kończąc pracę jako nauczyciel fizyki, ostatnią lekcję zapisałem na tablicy i zatytułowałem:

Ostatnia lekcja fizyki

Nie wierzę w fizykę, której was uczyłem. To nie jest Chatka Puchatka. Z tych samych patyków można zbudować inną fizykę. Pytanie tylko – czy to będzie Chatka Puchatka.

Wszyscy ją zapisali, nawet ci, co nie mieli zeszytu.

Na koniec cała klasa ustawiła się z prośbą o autograf. Prawdopodobnie była to jedyna lekcja, którą zrozumieli.

Komentarz:

Pisząc o patykach, miałem na myśli nasze wrażenia wzrokowe, słuchowe, dotykowe itd. Bracia Wachowscy w filmie Matrix pokazali, że źródłem tych wrażeń może być równie dobrze rzeczywistość jak i Matrix. Załóżmy, że źródłem naszych wrażeń jest jeszcze coś innego, a nam się tylko wydaje, że tym źródłem jest to, co nazywamy obiektywną rzeczywistością. Nazwijmy to coś matrixem. To, co nazywamy fizyką nie jest fizyką, to tylko matematyczny opis naszych wrażeń. Właściwa fizyka to próba odpowiedzi na pytanie – co istnieje? Rzeczywistość czy matrix? Pytanie to zostało uznane za jałowe, bo nigdy się tego nie dowiemy. Diogenes Laertios w Żywotach i poglądach słynnych filozofów na str. 388 pisze o Doktrynie Stoickiej. Stoicy uważali, że fizykę logikę i etykę należy wykładać razem, bo się z sobą łączą i przyrównywali „do urodzajnej roli: ustawione dookoła ogrodzenie – to logika, owoce – to etyka, ziemia i drzewa – to fizyka”. Jednak nasza cywilizacja nie jest „Chatką Puchatka” – z tym większość się zgodzi. I jest to cywilizacja oparta na fizyce Demokryta, czyli przekonaniu, że świat to elementy w ruchu. Załóżmy, że jest to fundamentalny błąd, który zgodnie z Doktryną Stoicką, daje owoce, jakie daje.

Czy można inaczej? Inną fizykę a z nią inną etykę? Czy to będzie „Chatka Puchatka”?


PS od Adminki: moi drodzy Ctzytelnicy, zorientowałam się dosłownie kilka dni temu, że wielu z Was, zwłaszcza tych młodych i wszakże nadzwyczaj inteligentnych, nie zna podstawowych tekstów źródłowych, a więc Kubusia Puchatka i Chatki Puchatka. Na wszelki wypadek przypominam tym, co nie wiedzą, jak to było z chatką Puchatka.

Pewnej zimy ktoś (pewnie Krzyś) ustawił w śniegu chatkę dla Kłapouchego. Tymczasem Puchatek i Prosiaczek, nie wiedząc o tym, zatroskali się, że musi być bardzo zimno biednemu filozofowi w jego ponurym zakątku, postanowili więc wybudować mu chatkę niespodziankę. Jeden z nich przypomniał sobie, że za lasem widział stos gałęzi, które świetnie by się nadawały do realizacji ich planów budowlanych. Chodzili więc kilkakrotnie między owym stosem gałęzi a cienistym zakątkiem, gdzie mieszkał Kłapouchy i w końcu ustawili mu chatkę, a właściwie Chatkę! Była ona identyczna, ale przecież inna, na czym zapewne, tworząc niektóre swe dzieła, wzorował się chiński artysta Ai Wei Wei, że przypomnę tu przesypywanie łyżeczkami góry piasku.