Karol Frycz, ojciec polskiej scenografii

Rzadko pojawiający się na blogu piewca Ponidzia, tym razem o wielkim człowieku teatru, którego ukształtowało piękno ponidzkich krajobrazów

Tadeusz Rogala

Z Cieszków do Krakowa

„W piątek 23 marca 1877 roku o godzinie 5-tej po południu we dworze w Cieszkowach przyszedł  na świat pierworodny syn Heleny i Kaźmierza Fryczów. Na chrzcie otrzymał imiona Karol Józef; pierwsze po pradziadkach Fryczu i Dąbskim, drugie po dziadkach Fryczu i Trzetrzewińskim. Chrzest chłopca odbył się 7 października 1877 roku, po raz pierwszy w rodzinie zgodnie z wyznaniem matki: w rzymsko-katolickim kościele parafialnym w Probołowicach, drewnianym, z barokowymi ołtarzami, wystawionym w 1759 roku na lekko wyniesionym wzgórzu przez Proboszcza księdza Jacka Kowalskiego” – pisze o Karolu Fryczu, późniejszym dyrektorze krakowskiego teatru im. Juliasza Słowackiego, Lidia Kuchtówna w książce Karol Frycz.

Rodzina Fryczów pochodziła z Niemiec, z Saksonii, pierwotne nazwisko to prawdopodobnie Fritsch lub Fritsche. Polska linia Fryczów osiadła w Polsce za króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Pradziad Karola, Karol Bogumił, urodził się w roku 1773 w Lublinie, został ochrzczony w kościele kalwińskim w Piaskach Luterskich. Karol Bogumił ożenił się z Marią Bandtke, córką lubelskiego kupca. Rodzina Bandtków była wyznania augsburskiego, pochodziła ze Śląska. W roku 1814  Karol Bogumił zakupił dobra Schöbekirche koło Piotrowic (obecnie w Czechach).

Dwór w Cieszkowach, gdzie urodził się Karol Frycz; zdjęcie z lat trzydziestych, z prawej strony niższa przybudówka z dużymi oknami to oranżeria, w której Karol Frycz jako dziecko tworzył swój teatr

Dobra ziemskie Cieszkowy z przysiółkami Krzyżem i Grabówką w powiecie skalbmierskim, województwie krakowskim Karol Bogumił Fritsch nabył 31 sierpnia 1821 roku od barona Karola Larischa. Fritschowie do Cieszków przenieśli się z majątku na Śląsku.

W XVIII wieku właścicielami Cieszków byli Żeleńscy, przodkowie Tadeusza Boya- Żeleńskiego. Poprzez koligacje rodzinne dobra te przeszły w ręce Karola Larischa.

Karol Bogumił Frycz (używano już spolszczonej wersji nazwiska) zmarł 16 maja 1838 roku w Cieszkowach, dziedzicem dóbr został syn Józef, urodzony na Śląsku. Józef brał udział w powstaniu listopadowym, był porucznikiem pułku piechoty liniowej. Wcześniej studiował na Uniwersytecie Jagielońskim, osiadł w Cieszkowach i miał opinię znakomitego rolnika. W roku 1835 Józef poślubił Felicję Kalinowską, córkę Józefa Kalinkowskiego, w Księstwie Warszawskim kapitana pułku grenadierów, kawalera Orderu Virtuti Militari.
Z małżeństwa tego przyszło na świat dziewięcioro dzieci.

Grób Józefa Kalinkowskiego, dziadka Karola Frycza,
na cmentarzu w Probołowicach

W roku 1856 Józef Frycz rozbudował dwór w Cieszkowach według projektu architekta Stanisława Postawki z Gabułtowa, sąsiada i towarzysza z powstania. Wnętrza dworu udekorowano obrazami sławnych artystów – Józef znał się na sztuce. Dzieci dorosły, usamodzielniły się, a dobra Cieszkowy przypadły synowi Kaźmierzowi. W roku 1863 Kaźmierz bierze udział w Powstaniu Styczniowym. W roku 1875 zawiera związek małżeński z Heleną Trzetrzewińską.

„Kiedy panna Helena Trzetrzewińska – katoliczka, wchodziła do rodziny Kaźmierza, Fryczowie byli całkowicie spolonizowani, pomimo kalwińskiego wyznania męskiej lini rodu. Już nie wracali we wspomnieniach do niemieckiej tradycji. Ich korzenie wrosły mocno w szlacheckie gniazdo rodzinne w Cieszkowach na Ponidziu; w rozległy, pofałdowany krajobraz lessowy, i w modrzewiowy dwór stojący w cieniu potężnych lip. A w opowieściach rodzinnych przenoszonych przez pokolenia, kształtujących tożsamość narodową i głębokie przywiązanie do polskiej ziemi i polskiego narodu, kultywowano ofiarny udział przodków w kolejnych zrywach niepodległościowych” – psze Lidia Kuchtówna.

Resztki dawnej alei lipowej ze starymi drzewami, za aleją był ogród z jabłoniami, na których przesiadywał Karol Frycz jako dziecko

Mały Karolek dzieciństwo spędzał na wsi w Cieszkowach, wśród przyrody Ponidzia. A przyroda jest tu szczególnie piękna. Jak opisywał,  w tym czasie  czterdziestoletni Adolf Dygasiński, urodzony także w Niegosławicach na Ponidziu: „Nigdzie tak pięknie nie śpiewają słowiki ani skowronki, nigdzie bzy nie mają woni tak miłej, nigdzie róża rankiem nie przyozdabia świata cudowniej.” Karolkowi zostanie w pamięci piękny modrzewiowy dwór, za którym stał z tyłu zbór ariański, już wtedy przerobiony na lamus, stare aleje lipowe, pamiętające jeszcze innowierców w Cieszkowach – jak mówiono na braci arian – i sad jabłoniowy, rozciągający się na wschód od alej lipowych w dół do stawu rybnego. Z południowej strony sadu, na najwyższym wzniesieniu stał kopiec- kurhan z praczasów – a na nim rósł ponad dwustuletni wiąz. Zapewne pod nim bawił się mały Karlolek, a zimą zjeżdzał stąd na sankach, jak to robiły wiejskie dzieci. Sad słynął jeszcze potem, za czasów, gdy gospodarowali tu Bukowscy, ze smacznych śliwek, z których powidła były znane i doceniane w przedwojennej Polsce, w Krakowie. Sad przetrwał jeszcze do końca lat siedemdziesiątych, kiedy to władza ludowa wykarczowała stare drzewa i posadziła nowe. Teraz ten teren jest porośnięty dzikimi krzakami.

Poczwórna fornalka podczas bronowania na byłych polach majątku Fryczów, zdjęcie z roku 1943, brony pochodzą jeszcze zapewne z czasów gospodarowania Fryczów

Karol pierwsze nauki pobiera w rodzinnym dworze. Dla uzupełnienia nauki sprowadzono  nauczycielkę z Francji tzw. bonne supérieure. Bona tak opisywała wrażenia z polskiej wsi: „Zima była wyjątkowa, długa, poczwórne fornalki w końcu kwietnia borykały się, bronując, z zamarzniętą grudą, proboszcz parafii kwękał długo po przebytej hiszpance, a zawodowa stadnina harcowała po okólniku.  … Mając tu sto rozbieganych koni i stu służących, którzy jeżdżą konno nie spełniając żadnej poważnej pracy…”

Nauczycielka zapewne się z tymi końmi pomyliła. Nic nie wiadomo, aby w Cieszkowach hodowano tyle koni, natomiast w pobliskich Miławczycach w tym czasie Józef Trzebiński posiadał hodowlę koni wyścigowych, jedną z najlepszych w Królewstwie Polskim. W tych właśnie Miławczycach siedział kiedyś na dzierżawie Jan Chryzostom Pasek, a pierwsze dni dzieciństwa spędziła tu profesor Maria Dzielska. Można też przypuszczać, że gościńcem wsi Cieszkowy przejeżdżała latem starsza o dziesięć lat od Karola, Maria Skłodowska, jadąc ze pobliskich  Stawieszyc do  kancelarii notarialnej swego wuja Zdzisława Skłodowskiego do Skalbmierza. Maria Skłodowska spędzała na Ponidziu letnie wakacje.

Karol już jako siedmioletni chłopiec jeździł do Kielc i Krakowa. W wieku dzisięciu lat jest na przedstawieniu teatralnym w Starym Teatrze w Krakowie na sztuce „Rewizor petersburski” Gogola. Wygląd teatru z tego przedstawienia pozostał mu na długo w pamięci. Ogląda następne przedstawienia.

Dawny zbór ariański, z prawej stron widoczne stare lipy, o których wspominał Karol Frycz i fragment budynku szkoły, stojącej na miejscu, gdzie stał kiedyś dwór Fryczów

Po tych pierwszych przedstawieniach odrywa u siebie wielki pociąg do teatru. Po powrocie do domu  odtwarza role widziane w teatrze. Zamienia opustoszałą w lecie oranżerię na fikcyjny teatr, angażuje siostry i krewnych równolatków do gry w tym jego teatrze. Równocześnie ujawniają się zdolności rysunkowe Karola. W domu rodzinnym w Cieszkowach kultywowano tradycyjne patriotyczne i narodowe. „Wszystko, co zaznaczało się swoiście polskim charakterem, co miało jakieś cechy dodatnio wyróżniające nas orginalnością pośród rodziny narodów europejskich, a przede wszystkim słowiańskich, wszystko, co było znamieniem pewnej ciągłości narastających epokami formacji kulturowych czy obyczajowych, doznawało w domu troskliwej opieki. To była jakby kotwica wczepiona w ziemię ojczystą, zarówno w jej hojności, jak i w jej biedy.”

We wrześniu 1887 roku rodzice wysyłają Karolka do gimnazjum w Krakowie – nie chcą, by syn uczył się w Królewstwie Polskim w szkole rosyjskiej. Karolek okazał się się w tych początakach swojej edukacji niezbyt gorliwym uczniem. Klasę III, IV i V przerabia ucząc się w domu w Cieszkowach.

W tym okresie, podróżując z matką, zwiedza prawie całą zachodnią Europę, poznaje języki, do których miał wrodzone predyspozycje. Już w młodości władał niemieckim, włoskim, francuskim i angielskim.

Do Krakowa przyjeżdża tylko dwa razy w roku na egzaminy. W roku 1896 otrzymuje świadectwo ukończenia V klasy. Dalszą edukacje rozpoczął w gimnazjum w Bochni. W maju 1896 roku zdaje egzamin dojrzałości. Zawsze wspominał Cieszkowy, gdzie spędził dzieciństwo, czuł się Polakiem i Europejczykiem. Z maturalnym świadectwem powrócił do Cieszków. W rodzinie zastanawiano się nad dalszą jego edukacją – nie zdradzał bowiem szczególnego zainteresowania do żadnego przedmiotu. Było jednak wiadomo, że chętnie rysował.

W październiku 1896 roku rozpoczął studia na politechnice w Monachium na wydziale architektury. W czasie studiów młody student architektury doszedł do przekonania, że nie interesuje go architektura, lecz historia sztuki. W roku 1898 został wyrzucony ze studiów i powrócił do rodziców. Już zdecydował, że chce podjąć studia w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie.

Nie spełniła się nadzieja ojca Kaźmierza, że jedynak przejmie majątek rodzinny. Karol nie wykazywał żadnego zainteresowania rolnictwem. Rodzice nie sprzeciwiali się wyborowi studiów malarskich. W tej sytuacji Kazimierz Frycz około roku 1898 sprzedał Cieszkowy swojemu siostrzeńcowi, Felicjanowi Mieroszewskiemu i przeniósł się z rodziną do Lublina. I tak kończy się przygoda rodu Fryczów z Cieszkowami na Ponidziu.

Karol Frycz do końca życia będzie z nostalgią wspominał Cieszkowy. „Mając dwadzieścia lat – pisał w jednym z listów – opuściłem pewnego dnia stary, modrzewiowy duży dwór, w którym od dziecka mieszkałem, w którym urodził się mój ojciec, dziad i pradziad, w którym nagromadziły się graty i pamiątki, jak wspomnienia, od piwnic do strychu. Moim  ‘sadem wiśniowym’ były trzechsetletnie lipy, ocieniające stary zbór ariański w głębi parku, pielęgnowany przez moją rodzinę.”

Do Krakowa wyjechał już z Lublina. Zaczął studia w  matejkowskiej Szkole Sztuk Pięknych. Po śmierci Jana Matejki uczelnią zarządzał wybitny akwarelista – Julian Fałat. Karol studiował pod kierunkiem Alfreda Rollera, który później został scenografen Opery Wiedeńskiej.

Frycz od samego początku wyróżniał się wśród krakowskich studentów malarstwa. Jego profesorami byli m. in. Leon Wyczułkowski i pejzażysta Jan Stanisławski. Karol interesuje się życiem kulturalnym i naukowym w mieście, które gromadziło wówczas znakomite  nazwiska i świetne talenty.  Nadal utrzymuje żywe kontakty rodzinne, szczególnie z Żeleńskimi, z Stanisławem Gabrielem, Edwardem i Tadeuszem. Równolegle do studiów malarskich  w roku 1902 Frycz zapisuje się na Wydział Filozoficzny Uniwerytetu Jagielońskiego, na kurs historii sztuki.  Spotyka się wtedy m. in. z Wyspiańskim i z Jackiem Malczewskim.

Karol Frycz nie kontynuuje jednak studiów na Akademii, lecz zapisuje się do rządowej Szkoły Przemysłu Artystycznego w Wiedniu, gdzie kształci się w kierunku dekoracyjno-przemysłowym. W czerwcu 1903 Frycz roku zalicza w Kunstgewerbeschule rok szkolny 1902/1903 i powraca do Krakowa. Współpracuje z pismem satyrycznym Liberum Veto, a jesienią pojawia się a Akademii na prawach wolnego słuchacza. Wiosnę 1904 roku Karol Frycz spędza w Anglii, dokąd wybrał się w podróż studyjną. Ten wyjazd zamyka lata jego studiów.

W kwietniu 1904 roku Frycz osiada w Krakowie. Jest tu już znany. Kontynuuje współpracę z Liberum Veto, interesuje się teatrem, uczestniczy w życiu kulturalnym Krakowa. Pokrewieństwo z rodziną  Żeleńskich ułatwiało mu wstęp do najlepszych krakowskich salonów. Intelektualiści Młodej Polski spędzają wiele czasu razem – w salonach, kawiarniach, za kulisami teatru. W cukierni Michalika spotykają się malarze, dziennikarze i poeci. Tu, przy wspólnym stoliku powstała myśl powołania kabaretu artystów, wzrorem podobnych przedsięwzieć w Europie Zachodniej. Tak powstał Zielony  Balonik. Od początku działał pod zarządem komitetu w składzie: Edward Żeleński, brat Boya, Nosakowski, Boy, Frycz, Trzciński i Sierosławski. Pierwszy wieczór kabaretowy odbył się 7 października 1905 roku.

Karol Frycz odwiedza często Stanisława Wyspiańskiego, kiedy ten jest już ciężko chory.  Gdy Frycz wyjedzie z Krakowa na pogrzeb stryja, po powrocie nie spotka już przyjaciela – Wyspiański już nie żył.  Fryczowi powierzoną oprawę plastyczną pogrzebu artysty.

W wieku trzydziestu lat Frycz jest już wziętym malarzem, cenionym grafikiem, uznanym dekoratorem teatralnym i wybitną postacią krakowskiego życia kulturalnego. W roku 1906 Ludwig Solski, dyrektor krakowskiego Teatru Miejskiego, daje mu szansę zadebiutowania w prawdziwym teatrze. Frycz przygotowuje scenografię do sztuki Peleas i Melissanda Maeterlincka. W latach 1907-1912 Karol Frycz działa w Krakowie z dużym zaangażowaniem i intensywnością, uprawia plakat, karykaturę grafikę, ilustracje książkowe, malarstwo sztalugowe. Włącza się w ruch Wielkiej Reformy Teatru, proponując tworzenie nowej oprawy plastycznej dla każdego przedstawienia i odejście od konwencjonalnych rozwiązań.

W roku 1912 Frycz przenosi się do Warszawy do otwieranego przez Arnolda Szyfmana Teatru Polskiego, gdzie zostanie zatrudniony jako scenograf.

Okres pierwszej wojny światowej Frycz spędził w Sandomierzu, gdzie w katedrze Narodzenia Najświętszej Maryi Panny odrestaurował średniwieczne freski.

Odzyskanie przez Polskię niepodległości przyniosło artyście nowe wyzwania. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zorganizowało w 1919 roku misję dyplomatyczną, której celem było nawiązanie kontaktów z admirałem Aleksandrem Kołczakiem, jednym z dowódców Białych i przeciwnikiem bolszewików, który kontrolował znaczne obszary Syberii. Delegacja wyjechała statkiem z Francji przez Kanał Sueski i dalej przez Ocean Indyjski do Chin. Misja nie powiodła się. W Chinach delegaci dowiedzieli się, że bolszewicy rozbili wojska Kołczaka, a jego samego rozstrzelali. Zadaniem Frycza w Azji była także promocja nowopowstałego kraju, poprzez upowszechnianie jego kultury. Frycz jeździł po Chinach i Japonii dając wykłady i spotykając się z politykami i prasą. Już przed wyjazdem Frycz nawiązał kontakty z gazetami, dla których pisał także reportaże z podróży. Powrócił do kraju po dwóch latach, a do końca życia przyrosło do niego przezwisko „Chińczyk”.

W latach 1921-31 działał w warszawskim Teatrze Polskim, realizując ponad 70 projektów.  W roku 1933 Frycz został  ściągnięty przez Juliusza Osterwę z powrotem do Krakowa, do Teatru im. Juliusza Słowackiego. A za dwa lata sam objął stanowisko dyrektora teatru, był też profesorem krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. W roku 1939, po wkroczeniu wojsk niemieckich, zamknięto Akademię Sztuk Pięknych, a teatr Slowackiego zamieniono na scenę impresaryjną dla zespołów III Rzeszy. Frycz spędził wojnę, pracując w bibliotece.

Po wojnie został pierwszym dyrektorem Teatru im. Słowackiego. Dyrekcja stała przed trudnym wyzwaniem, pracownie i magazyny zostały rozgrabione, także aktorów pozostało niewielu. Fundusze na działalność były niewielkie. Przy teatrze powstało Studio Aktorskie, które stało się zaczątkiem późniejszej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Po przejęciu dyrektorstwa teatru przez Osterwę Frycz był dziekanem wydziału scenografii krakowskiej ASP. Wśród jego uczniów znaleźli się Tadeusz Kantor, Andrzej Stopka, Józef Szajna. Frycz kładł nacisk na logikę myślenia, konsekwencję, wyczucie materii teatru. Jego wychowankowie określani są jako przedstawiciele krakowskiej szkoły scenografii.

Pod koniec życia Frycz ciężko chorował. Zmarł w piątek 30 sierpnia 1963 roku w wieku 86 lat. Pochowano go na cmentarzu na Salwatorze w Krakowie, sam wybrał sobie to miejsce pochówku dwa lata przed śmiercią. Spoczął w pobliżu Osterwy, Rostworowskiego, Tadeusza Białkowskiego, Mariana Niżyńskiego. W pogrzebie uczestniczył duszpasterz środowisk twórczych – biskup Karol Wojtyła, także m.in. wiceminister Kultury i Sztuki Zygmunt Garstecki, Balicki, Szyfman, Władysław Daszewski, Andrzej Stopka.

***

Przy pisaniu autor korzystał z książki Lidii Kuchtówny Karol Frycz. Zdjęcia pochodzą ze zbiorów Tadeusz Rogali.

Spotkania z Księciem Ciemności 1

Ksawery Kopański

Historyjka, którą chcę wam przedstawić, opiera się – jakby na parze filarów – na dwóch paradoksach. A wiadomo, że żaden stół ani żadne krzesło na dwóch nogach w pionie się nie utrzyma. Dlatego nie dziwcie się, jeśli moja gawęda co i rusz fiknie na ryj. Rzecz jasna: są i tacy, którzy stoją pewnie na dwóch nogach. Ale nasza klechda dotyczy akurat czworonogów, więc to żaden argument.
Paradoks pierwszy: diablę, o którym opowiem, choć z piekła rodem, przynosi ze sobą samo najlepsze. Jak to robi? Nie mam pojęcia.
Paradoks drugi: właściwie to ja jestem od dziecka zaprzysięgłym psiarzem. Koty lubię, szanuję, podziwiam i tak dalej; świadczy o tym zresztą choćby niniejsza opowiastka. Ale gdyby postawiono mnie przed twardym, bezalternatywnym wyborem, bez wahania wybrałbym psa. Tym razem – szczęśliwie – nie muszę wybierać.

*****

Książę Ciemności nie był nim od początku. Gdy pojawił się jakiś czas temu w mojej okolicy, wyglądał jak wypłosz: drobny, zagubiony i przerażony. Na małym ciałku Kreator osadził wielką głowę, z której spoglądały jeszcze większe, intensywnie zielone, trochę smutne, a trochę zaciekawione, oczyska. Typowe kilkumiesięczne kocię. Tyle, że uroczo intensywnie czarne. Na boku blizna po sporej ranie: już wygojonej i po części obrośniętej futerkiem.
Skąd się wziął? Co dotąd przeżył? Nie wiadomo. Dlaczego wybrał naszą posesję? To akurat oczywiste. Dom zamieszkany jest przez osiem rodzin, więc szansa, iż ktoś pomoże, spora. Niby miasto, ale okolica o wiejskim charakterze: przy domu cała masa komórek, bud, szopek. Łatwo znaleźć jakiś ciepły i bezpieczny kąt. Wypłosz nie zawiódł się w swych rachubach. Raz ten, raz inny mieszkaniec dom rzucał mu coś do jedzenia, brał na ręce, pogłaskał. A menda jedna potrafiła się przymilić, oj potrafiła!
Przez chwilę zagościła w mojej głowie myśl, aby go po prostu wziąć do siebie. Niestety: mam już sześcioletnią sunię, która w młodości cięta była na koty, że hej. Trochę się tego bałem. Poza tym tryb życia, obowiązki zawodowe – cała ta dolegliwa proza życia – wykluczały możliwość zaopiekowania się znajdką.
Głównymi opiekunami stało się przeto jedno z małżeństw moich sąsiadów. Nie przepadamy za sobą nawzajem, nawet się do siebie nie odzywamy (stara historia; ech, szkoda gadać…), ale lojalnie muszę przyznać, iż wobec czarnego wypłosza zachowali się bardzo ładnie. Regularnie go karmili, a on nocował głównie w ich komórce.
Kropka, nasza ukochana sunia, jest trochę samotna. Ma co prawda dwoje zakochanych w niej starych dziwaków, czyli moją Żonę i mnie, ale to jednak nie wszystko, co małemu pieskowi do szczęścia potrzebne. Łatka (nie była jej biologiczną matką, ale ją wychowała i wychuchała) z którą Kropka była mocno zżyta, dwa lata temu, po siedemnastoletnim pobycie na tym łez padole, przebiegła po tęczowym moście…
Od tego czasu Kropka jest samotna, choć, jak wspomniałem, ma nas. Kropka jest samotna, a czarnuch – uroczy. A może zaryzykować? Jeśli nie domownik, to chociaż kolega do zabawy „na przychodne”?
Pierwsze wizyty kiciuś spędził wyłącznie w moich ramionach, sycząc na Kropkę, która z kolei intensywnie go obszczekiwała: nie ze złości, lecz z dezorientacji. Ale potem, stopniowo, było coraz lepiej. Po jakimś czasie oba zwierzątka radośnie bawiły się, z zapałem turlając razem już to po łóżku, już po podłodze. W tym czasie mały kiciuś wyrósł na pięknego, dużego kota. Czarnego z zielonymi oczyma – o takim zawsze marzyłem. Zaczął też przybierać na wadze. Ale w taki sposób, iż przez chwilę myśleliśmy z Żoną, iż chyba jednak jest kotką, która, jak to się mówi, zaciążyła.
Co teraz? Kto się zajmie tą sprawą? Czy sąsiedzi staną na wysokości zadania?
I wtedy zdarzyło się nieszczęście. Kot(ka) zniknął(ęła). Jeden dzień, drugi… Rozpacz w całym domu, bo wszyscy już zdążyli go (ją) autentycznie polubić. Po czterech dniach sąsiadka – ta, z którą od kilku lat nie rozmawiam – z radością oznajmiła mi na korytarzu, że jest, wrócił! Murzyn jeden! Ciąża? Nie, to kot; przytył po prostu.
Od tego czasu piekielny osobnik ma wolny wstęp do naszego mieszkania. Zazwyczaj podczas spaceru, jaki odbywam z Kropką, przyłącza się do nas i wchodzi z nami „na pokoje”. Nie pyta o pozwolenie. Wchodzi jak na swoje. Z uniesionym dumnie ogonem.
Cała jego czarna sylwetka woła: „Jam jest Książę Ciemności”! Zostaje u nas, ile chce.
Siada, gdzie mu się podoba. Bawi się z Kropką. A potem odchodzi do swych kocich spraw. Drań wie doskonale, co mu wolno i dlaczego. Zna swą wartość.


Ale, formalnie rzecz ujmując, to jednak nie nasz kot, tylko sąsiadów, którzy nazywają go Murzynkiem lub Bambusikiem, a po wspomnianym czterodniowym gigancie wyposażyli go w czerwoną obróżkę z dzwoneczkiem. Czerwień – owszem – dobrze się komponuje z czernią futerka w infernalną, czarcią całość. Ale ten dzwoneczek? Tragedia! Nie zdejmiemy go jednak, bo przecież ostatecznie – to nie nasz kot.

Ale taki układ nam odpowiada. Maksimum przyjemności z wizyt Księcia Ciemności i minimum zobowiązań. Wyjada co prawda cały pokarm Kropce (sąsiedzi, rzecz jasna, też go karmią) – przy całkowitej skądinąd akceptacji zacnej suni – ale to nie problem, stać nas na dodatkową puszkę.
Tyle tylko, że trzeba zachowywać zasady ścisłej konspiracji. Wolę, żeby sąsiedzi nie wiedzieli o jego odwiedzinach, bo trudno przewidzieć, jak by zareagowali. Nikt go co prawda do niczego nie zmusza – przychodzi kiedy chce i wychodzi, gdy ma ochotę – ale jednak lepiej nie ryzykować. Dlatego, choć pięknie tam wygląda, staram się, żeby nie przesiadywał na parapecie okiennym. Przynajmniej dopóki jest jasno.


Ufff… Mamy załatwione to, co niezbędne. Ekspozycja wykonana, akcja opowieści zawiązana. Czekajcie więc, jeśli taka Wasza wola, na kolejne odcinki opowieści o moim życiu z Księciem Ciemności.

1269 (2)

Mieczysław Bonisławski

Obóz po ogłoszeniu rozkazu o przystąpieniu do szturmu zamku wrzał. Służba wraz z giermkami nie kryła podniecenia, nieco bardziej opanowane starało się być rycerstwo. Po sensacji jaka wywołało wyprowadzenie nad samym ranem z lasu przez oddział czat czarownicy i szalonego dziada, kolejnym wydarzeniem stało się wygłoszenie mowy przez księcia Bolesława.

Nie pierwszej już młodości książę kaliski prezentował się na tle śnieżnego pustkowia wspaniale. Wysoki, mocno zbudowany stał przed swym ludem dumnie, w ozdobionej purpurą zbroi, z twarzą zwróconą ku twierdzy Sabela.
– My, książę kaliski, gnieźnieński i poznański, Bolesław, dzięki łasce Bożej możemy prowadzić was dzisiaj, w wigilię świętej Łucji, roku 1269 od narodzenia Jezusa Chrystusa, do szturmu ostatniego już gniazda saskiego na pradawnej ziemi naszych dziadów…
Rycerstwo stało w krąg, już w pełnym rynsztunku. Na lewym skrzydle łucznicy, na prawym – konni a po środku pośledni lud, czyli pospolite ruszenie.
– Wielu z zebranych tu panów – książę zatrzymał wzrok na stojących po swej prawicy – pamięta jeszcze poselstwo z jakim onegdaj do nas przyszliście, prosząc o zaniechanie wojny i ugodę z naszym zięciem, panem Konradem, margrabią brandenburskim. Nie doszło wtenczas do walki i ziemia wasza i dobra wasze wówczas nie ucierpiały. Zgodnie z umową, zamek nasz, Santok, rozebraliśmy, i to samo uczynił margrabia Konrad z zamkiem Drzeń.
Andrzej Zaręba pochylił się do ucha Dargosława ze Skórzewa:
– Nie tak łatwo poszło Sasowi, pamiętasz kumotrze?
– A jakże! – odszepnął zagadnięty – Nie był nasz książę skory do pozbycia się warowni na samej granicy. Po dwakroć Konrad zjeżdżał ze świtą panów do Santoka rozbiórki zamku doglądać.
– A my, w trzy tygodnie go postawilim na powrót – zachichotał Zaręba.
– Oj biedna ta nasza pani Konstancja, jak w niewoli zapewne żyje u takiego męża, co to na Polaków tylko ciągle czyha… – zaczął ktoś z boku biadolić – Wybacz Boże świętej pamięci księciu Przemysławowi, że córkę za mąż tak wydał…
– Cicho! – ofuknął go Zaręba, wspierając się dla wygody na włóczni wbitej w śnieg
– Niedługo jednak, cztery lata ledwie, Sasi wytrwali w pokoju – kontynuował Bolesław – a najlepiej wiedzą o tym dzielni Międzyrzeczanie, przez wojsko Ottonica najechani i haniebnie pobici.

Kasztelan międzyrzecki, Szymon Nałęcz stał pośród świty książęcej, nieco w bok od Bolesława.
– Słusznie pan nasz prawi – odezwał się tak, by go słyszeli – Wpierw Otto zamek na granicy bezprawnie postawił, a gdy książę kaliski, nie chcąc wojny wszczynać, folgował swoje słuszne oburzenie, Niemiec w swej zuchwałości mniemał, że to słabość i ku jeszcze większemu bezprawiu, Miedzyrzecz najechał. A gród bez fos jeszcze był, jeno drewnianymi strzelnicami i wałem otoczony…
– Wróg wpierw tak nieobronne miasto dobył, potem na zamek uderzył a gdy został odparty, z wściekłości to co z grodu zostało, kazał spalić i spod urągającej jego niezaradności warowni jak niepyszny zawrócił. Ale co przy tym zbrodni niepotrzebnej się wydarzyło, ile kobiet haniebnie sponiewieranych i dobitych przez żołdactwo saskie na polach pozostało…

Bolesław gestem nakazał kasztelanowi milczenie, sam zaś mówił dalej:
– Mszcząc naszych poddanych zajęliśmy Ziemię Lubuską, do margrabi przynależną i teraz zburzymy bezprawnie wzniesiony zamek Sulęcin. My, książę Bolesław, nie chcieliśmy tej wojny, ale niechaj każdy kto zechce wyciągnąć rękę po nasze ziemie wie, że będzie dościgniony, łupy będą mu odebrane a on pobity, w sromocie do domu z naszej jeno łaski wolnym zostanie puszczony.
– Za dobry dla wroga jest nasz książę – szepnął Szczerzyk do swego przyjaciela ze Skórzewa.
– By tylko zbrodniarzy wolno nie puścił – frasował się Zaręba, który w Międzyrzeczu poniósł bolesną stratę.
Drogosław przytaknął.
– Tak, nie darmo pana naszego Pobożnym nazywają. Gdy inni Piastowicze rękę nawet na biskupów podnoszą, nasz Bolesław i wówczas, gdy o infułę zabiegał, by po jego myśli została nałożona, dobrym słowem jeno kapitułę i papieża chciał przekonać.
– Prawda to, rzec muszę. Choć to waszego panie syna, prepozyta Piotra przecie kapituła poznańska wybrała, to i książę ma prawo swój głos dać, a nasz Bolesław w święty sposób to uczynił. Dziękować Bogu wypada, że tak dobrego i uczonego a przecie i odważnego księcia nam dał.
– Byle tylko dla niegodnych jego łaski, wilcząt saskich nazbyt miłosierny nie zechciał być…

Słowa Bolesława zdawały się potwierdzać najgorsze obawy jego rycerzy:
– Obiecaliśmy przed ta wyprawą pani księżnej Jolencie, że o ile jeno Bóg, ubłagany modlitwą, zwyciężyć nam pozwoli, okażemy brańcom, litość i miłosierdzie. Toteż rozkazujemy uważnie baczyć na polecenia panów Janka kasztelana kaliskiego i Przedpełka wojewody poznańskiego a i pomniejszych dowódców, w tym względzie się odnoszących. Niepotrzebne okrucieństwo – tak ciury jak i rycerza, głową karać będziemy. A że szkoda przyszłemu świętu takiego smutnego widowiska przydawać, to i folgujcie swoje zapędy.
Wielu ze słuchających wydało nieprzychylne pomruki, bacząc jednak, by nie dotarły one do uszu księcia.
– Jak nam wiadomo od pana Marcina chorążego międzyrzeckiego, w zamku zbrodniarze z Miedzyrzecza się pochowali. Tych ująć należy i pod sąd oddać. Gdyby jednak ucieczką salwować się chcieli, bijcież w nich, życia nie oszczędzając!
– W takim zamku, to muszą być bogactwa… – mały dobosz miejski z Płocka był myślami daleko od krwawych porachunków.

Nie dotknięci bezpośrednio międzyrzecką tragedią pachołkowie z innych miast, byli już nieco znudzeni tym, co mówił książę, toteż szybko podchwycili okazję do pokpienia z chłopca.
– W lochu złote dukaty.
– Całe garnce srebniaków.
– I ozdoby… I co zaczerpniesz swym tarabanem, to pan twój da ci wziąć – może wieś se kupisz?
– U Sasów doboszki, nie doboszów, mają. Musisz taką jeno zdybać i tak ucapić, coby bębnić do boju nie mogła… A jak się sprawisz, to prócz bogactw, książę i wesele wam na zamku wyprawi.
Blondynek mający pomagać młodemu Piotrkowi Opalińskiemu, huknął na trefnisiów i przygarnął ręką małego:
– Nie wierz im. Z zamku pozostawionego na oblężenie wszystko co cenne a i kobiety się wywozi. Ty pierwszy raz na wyprawie?
Chłopiec wykręcił się z uchwytu i spojrzał w górę, szukając oczu tamtego. Zakłopotany wymyślał najbardziej honorową odpowiedź.
Jan, pracujący przy stajniach Nałęczów, potarmosił go za głowę.
– Nie widzisz jak się boi, młokos.
– A ty się nie boisz? – zdziwił się blondynek i spoglądając wokół, tajemniczo szepnął – Czaty złapały w nocy czarownicę, taka może urok rzucić. Szturm się nie uda, a Sasi potrafią się bronić: smołę i ukrop będą na nas lać, głazy na łeb rzucać… – powiódł wzrokiem po przerażonych twarzach i zadowolony z osiągniętego wrażenia roześmiał się – Ale dziad, co to z wiedźmą był, rzekł, co dziś jeszcze zamek książę spali, kto więc przeżyje, ten niech plan już na jutro sobie układa…
Książę tymczasem kończył:
– Zgodnie ze zwyczajem, po walce, w obozie, uświetnimy naszym majestatem pasowanie na rycerzy, tych, co zasługi szczególne osiągną. Temu wspólnemu świętu radości zaś przydamy, dzieląc łupy i razem z wami, podziękujemy Bogu za okazane łaski.Panowie nasi i kmiecie z pospolitego ruszenia, bijcież zatem w imię Boże i Polski, co dziś jeszcze rozdarta niczym ciało świętego Stanisława biskupa! Bijcież Niemca, kęsy ciała owego, chcącego nam wyrywać…!
Ostatnie słowa zginęły w tumulcie wszczętym przez porwanych entuzjazmem słuchaczy.
– Wiwat książę Bolesław!
– Na Niemca!
– Za Polskę, za Międzyrzecz! – zbocza Gołębiej Góry rozbrzmiewały bojowymi okrzykami. Fala oddziałów ruszyła w dół, ku widniejącemu tam miastu i górującemu nad nim zamkowi.
– Za mą matkę, za ogień… – chłopięcy falset załamał się, ale Piotr Opaliński z Bnina dziarsko wymachując włócznią biegł za innymi.

III.

Było już południe. Szturm zamku rozwijał się zgodnie z planem, o czym gońcy przysyłani co jakiś czas ze stanowiska dowodzenia, informowali zebranych w sulęcińskim kościele duchownych. (Przy okazji, w drugą stronę powracało, za ich pośrednictwem, błogosławieństwo i obietnica modlitwy o pomyślność dla Bolesławowych wojsk.)

Na zewnątrz świątyni, na rynku, było głośno od pędzących w różne strony wozów, maszerujących oddziałów, z północy niósł się niskim pomrukiem bitewny zgiełk. W środku panował jednak spokój, grube mury stały na straży majestatycznej ciszy. Raz po raz zabrzęczałnajwyżej łańcuch, szurnęły czyjeś kroki, czy dał się słyszeć przytłumiony szept modlitwy.

Godysław Baszko, rocznikarz kapituły poznańskiej, pozostał w kościele. Za stary już był, by towarzyszyć bezpośrednio zdobywaniu zamku, toteż chętnie pozostał w mieście, gdzie ciekawość przywiodła go do templariuszowskiej świątyni. Już wcześniej upatrzył ją sobie jako swoistą atrakcję, toteż z zainteresowaniem teraz oglądał bezwieżową budowlę, jakiej w Wielkopolsce nigdzie by nie znalazł. Bogatych zakonników – rycerzy stać było na budowę wspaniałego kościoła w mieście, o którego rozwój tak dbali, sprowadzając wielu osadników, Niemców z Saksoni, a nawet Flamandów. Bardziej zresztą do związanych z tym planów niż do rzeczywistości dopasowali wielkość sulęcińskiego kościoła – miasto liczyło dopiero niewiele ponad trzysta dusz, a rozmach architektoniczny mógł przecież zadziwić każdego.

Bogata, kolorowa posadzka z sudeckich piaskowców, leżała bezpośrednio na granitowym cokole, kryjącym piwnice. Mury bazyliki, ułożone z granitowej kostki, wieńczyło oparte na pendentywie krzyżowe sklepienie z kopułką nad skrzyżowaniem nawy głównej z poprzeczną, idącą tuż przed ołtarzem. Za transeptem, małe, niskie prezbiterium kończyła jeszcze niższa, półkolista apsyda, kryta półkopułą. Nawa środkowa, niezwykle wyniesiona względem obu, wąskich naw bocznych, ze swymi okienkami, była głównym źródłem słonecznego światła, zogniskowanego na główny oraz dwa boczne ołtarze. Te ostatnie umieszczono w sporych apsydach na obu końcach transeptu. Nawy oddzielały od siebie granitowe arkady o bogato rzeźbionych głowicach kolumn. Podobna arkada szła w poprzek, po obu stronach transeptu.

Ślepe otwory okienne, tworzące mroczne nisze wzdłuż wydłużonych boków zasadniczego założenia świątyni, obramowane portalitami, były w większości jeszcze puste; zaledwie w kilku wykonano już na tylnej ścianie malowidła. Godysław mijał je szybko i bez zainteresowania. Dopiero gdy przyzwyczaił wzrok do mroku, zaskoczony odkrył fantastyczne plecionki, z wkomponowanymi motywami tworów roślinnych i najprzeróżniejszych figur geometrycznych, pokrywających owe portality. Obszedł cały kościół wkoło jeszcze raz, zwracając teraz na nie szczególną uwagę.

W końcu stanął w wydłużonym kręgu światła, na wprost głównego ołtarza. Przeszedł wzdłuż nawy głównej w stronę wejścia, zagłębiając się w coraz głębszy mrok. Zadarłwszy głowę, z zapartym tchem śledził grę świetlnych nici, jaka odbywała się wysoko ponad nim. Zawrócił.

Ze stall podniósł się prepozyt Pakosław, wyszedł przed ołtarz i skinął na Baszkę.
– Przybyło poselstwo zakonne. Dziekan Falenty pragnie abyś był, panie, obecny przy rozmowach.
Godysław wyszedł przed kościół. Od razu zwrócił uwagę na czarny dym wznoszący się od strony zamku, którego gdy wchodził do świątyni jeszcze nie było. Na długie zastanawianie się nad jego przyczyną nie było jednak czasu. Czterech rycerzy w długich, białych płaszczach z ośmiokątnym, czerwonym krzyżem na plecach, rozmawiało z polskimi księżmi. Nieco z tyłu, stał koniuszy, pilnując koni.

Baszko podszedł do rozmawiających.

– Dobrze, że jesteś Baszko – Falenty postąpił krok ku przybyłemu – Bacz uważnie, byś potem wszystko dokładnie opisał. Zjawili się u nas, jak widzisz, bracia zakonni, właściciele Sulęcina…
– Jestem brat Gwido i występuję w imieniu komandora klucza lubuskiego… – rozpoczął templariusz – Przybywamy do was, zaniepokojeni o los miasta i ludności, które Bóg zechciał zlecić naszej opiece.
– I cóż was tak bracia niepokoi w postępowaniu chrześcijańskiego księcia? – prowokacyjnie przerwał mu niedoszły biskup poznański, Piotr ze Skórzewa.
– Książę wielkopolski Bolesław raczył zakończyć oblężenie zamku i przystąpił do szturmu. Załoga zamku jest niewielka i zmęczona wojną, rychło więc, dziś jeszcze może, poczynania księcia, skutek przyniosą. Chcemy was prosić, księże dziekanie i was panowie duchowni o wstawiennictwo u Bolesława za ludnością i miastem.
– Cóż to, obawiacie się karzącej ręki sprawiedliwości? – drwił Piotr.
– Oby Bóg wybaczył ci bracie twoje intencje – skarcił go, podnosząc ku niebu ręce, drugi z zakonników – Książę Bolesław zwany przecie Pobożnym, owe umiłowanie miłosierdzia zechce nam chyba jednak okazać?
– Nie Zakon prowadzi tę wojnę – dodał Gwido – Czemuż więc karać zgromadzenie Bogu służące?
– Wszyscy służymy Bogu – wtrącił się prepozyt międzyrzecki Pakosław – Tylko czy czyny wszystkich służą Jego chwale? Czy miłe było Panu spalenie Międzyrzecza i zamordowanie bezbronnych mieszczan? Od pół wieku panowie marchijscy wyciągają rękę po polska ziemię!

Na dany przez Gwidona znak, Falentemu podano oprawiony w skórę rulon. Dziekan rozwinął, obejrzał i oddał dokument Baszce. Zakonnik gestem zachęcił do przeczytania; Falenty skinął głową na Godysława.

Ja Mroczek z Pogorzeli, za zgodą brata mego Gerlacha, prepozyta lubuskiego, dla zmazania grzechów moich nadałem Bogu, NMPannie i zakonowi templariuszy dla zbawiennego poratowania ziemi jerozolimskiej, posiadłość moją leżącą między Lubuszem a Santokiem, zwaną Sulęcinem z wsiami i miastem przynależnymi wraz z wszelkimi prawami, tak jak one zostały wyszczególnione w przywileju nadanym mi przez księcia pana. Aby zaś ta dobrowolna darowizna dokonana wobec pana Bolesława księcia Śląska oraz baronów nie uległa zaprzeczeniu, postanowiłem wzmocnić niniejszy dokument przez przybicie pieczęci wymienionego księcia, mojej własnej i pieczęci mojego brata.

Baszko nie odrywając oczu od dokumentu przerwał na chwilę. Nerwowo przełknął ślinę i wobec milczenia pozostałych czytał dalej:

Działo się to we Wrocławiu w roku od Narodzenia Pańskiego 1244, w obecności Bolesława księcia Śląska, pana Henryka, biskupa wrocławskiego i Bogusława, kasztelana w Niemczy, komesa Racława wrocławskiego i Bogusława bytomskiego kasztelanów, pana Bogusława, Przecława, podczaszego Konrada…

– przerwał na znak Falentego. Przez chwilę templariusze czekali na reakcję Polaków, wreszcie odezwał się Gwido:

– Jeno z poszanowania księcia wielkopolskiego i was, księże dziekanie, wynikła nasza chęć pokazania wam tego niezwykle doniosłego dokumentu, z którego jasno wynika iż nie siłą czy podstępem miasto i ziemię nabyliśmy. Dostaliśmy ją na prawie, dla większej chwały Pana naszego, Jezusa Chrystusa…
– Zamilknij bracie…! Nie mieszaj Jego imienia, bo…! – wycedził przez zęby nie wytrzymując Piotr.
– Nie wiesz bracie Gwidonie – spokojnie przejął prowadzenie rozmowy dziekan gnieźnieński – że Bolesława uznano za zdziczałą płonkę szlachetnego rodu Piastów, że w księstwie swym przydomka Rogartki się doczekał? Zuchwały jest książę i dla prywaty, sprawę świętej ojczyzny gotów poświęcić. Niedawno to przecie przyjęto go na powrót do społeczności wiernych, klątwę zdejmując. A i obecnie dziwne rzeczy na Śląsku się dzieją. Chodzą słuchy jakoby książę legnicki niecnie ręki przykładał do śmierci swych konkurentów do władzy nad całą dzielnicą…
– Wy Polacy nigdy nie wiecie, co dla was jest dobre – przerwał mu milczący dotąd zakonnik o kruczoczarnych włosach, mówiący z galijskim akcentem. – Rozbity na dzielnice kraj jest słaby, potrzeba mu władcy, który to zrozumie i silną ręką przywróci na swe czoło koronę. Poprowadzi kraj ku sąsiadom, zajmie się kulturą… Bóg to dopiero doceni, kto najlepiej waszej ojczyźnie służy.
– Kim jesteś panie?
– Bernard de Molay, przybyłem tu z Arginy w pewnej misji i sądzę, że ją spełniam.
Falenty z zainteresowaniem przyjrzał się tajemniczemu zakonnikowi. Zamilkł jednak, gdyż prepozyt Piotr wszczął ostrą wymianę zdań z Gwidonem:
– Jak tu nie mówić o podstępie, gdy arcybiskup magdeburski pożyczył księciu legnickiemu pieniądze pod zastaw Ziemi Lubuskiej a potem zagarnął ją za niespłacone długi i poddał ja margrabi?!
– Gdyby w domu piastowskim nie było kłótni, miast niej zaś przeważyły by potrzeby korony, książę nie musiał by szukać za granicami pieniędzy na bratobójczą walkę.
– Ale to nie jest autorytet na który może powoływać się chrześcijański zakon!
– My mamy nadanie od komesa Mroczka, nie od księcia Bolesława!
– Ciekawe jaki to grzech je spowodował?
– Komes Mroczek…?
– W Polsce mówią: jaki pan, taki kram, bracie Gwidonie.
– A w Bretanii, że ryba psuje się od głowy…
– Nie zakon ojcze prepozycie oddał się Niemcom, jeno arcybiskup – przerwał im znowu de Molay – I nie nam oceniać politykę książąt. Wiem też i ja o walce synów Odonica z Bolesławem Srogim o ich ojcowiznę, wiem o tragedii Międzyrzeczan i wiem o ubiciu wczoraj dwóch naszych braci w lesie, przy polskim obozie, ale to nie powinno nam przesłaniać perspektywy kolejnej, niepotrzebnej masakry, której możemy uniknąć…
Falenty cały czas uważnie słuchał, wyczuwając jakąś ukrytą intencję zakonników. Coś wzbudzało w nim podniecenie, podświadomie przeczuwał jakieś niesamowite rozwiązania. Oczekiwał ich niespokojnie i nie mógł się doczekać!
Gwido pokazał na pokrywające już prawie cały horyzont dymy i krwawą łunę na północnym zachodzie.
– Czy zechcesz księże dziekanie, wstawić się za tym, by miasto nie ucierpiało od tego ognia, przygotowanego po to, by strawić zamek? Czy…
Falenty nie dał mu dokończyć:
– Polacy nie prowadzą wojny tak jak Niemcy. Mieszczanom kazano się zawczasu schronić na Winnej Górze i tam ich możecie odnaleźć. A co do ognia i pustego miasta – wszystko tu już jest w ręku Boga. Możecie tylko przekazać ludziom, by przygotowali się do gaszenia. Na to, daje wam moje słowo, książę się godzi.

Słowo na Nowy Rok (Barataria)

Don Quixote – Mural znaleziony w sieci
Foto htomek (Tomasz Hanarz)

Do napisania tego tekstu skłonił mnie ostatni listopadowy numer berlińskiego magazynu TIP.

Czy pójdziemy do nieba, jeśli nie będziemy już latać samolotami? pyta Philipp Wurm. Redakcja opatrzyła tekst podtytułem i nadtytułem – Moral, moralność. Moralność, takie ważące słowo, sięgające do sedna naszych problemów ze światem i ze sobą. Jesteśmy mało moralni, żyjemy, jak chcemy i tak, żeby nam było jak najwygodniej, mało się przejmujemy innymi i mamy poczucie, że wszystko nam wolno, tymczasem najważniejszym słowem 2019 roku było szwedzkie ‘Flygskam’ – ‘wstyd przed lataniem’.

Chcemy pójść do nieba, chcemy być moralni i chcemy jednak, by dało się to jakoś pogodzić z miłym wygodnym życiem, jakie my, Europejczycy pędzimy od kilkudziesięciu lat. Co powinniśmy zrobić dla klimatu, żeby zrobić coś, bo bezczynność zbyt obciąża sumienie. Trzeba więc zrobić coś. Czy wystarczy, jeśli rzucę palenie?, pyta jeden z dziennikarzy w Polsce. Czy jednak trzeba czegoś więcej i nie powinniśmy już latać samolotami?
Każdy z nas, ludzi obciążnych sumieniem, coś robi, czymś się zatem pociesza. Nie jemy mięsa, rzucamy palenie, sortujemy śmieci, nie kupujemy nowych ubrań, unikamy plastiku, a wyspa śmieci na Atlantyku i tak rośnie.

Każdy nowy etap w życiu Europy oznacza wołanie nie tylko za nowym, wspaniałym światem. To nie wystarczy. W nowym wspaniałym świecie muszę przecież mieszkać nowi ludzie. Co mówi Miranda w szekspirowskiej Burzy?

O cuda! Ileż pięknych stworzeń widzę!
Jak pełny wdzięków ludzki ród na ziemi!
Jak jest szczęśliwy świat nowy, co żywi
Takich mieszkańców!

Człowiek renesansowy był na pewno Nowym Człowiekiem. Nowego Człowieka tworzy każda prawie utopia, prawdziwa czy wymyślona. Awangardowi twórcy sprzed stu lat, gdy skończyła się wojna i upadły mocarstwa, podkreślali przy tym, że Nowy Człowiek to nie byt abstrakcyjny, lecz Nowa Kobieta i Nowy Mężczyzna.
Nowymi Kobietami były sowiecka traktorzystka i amerykańska dziewczyna tańcząca charlestona. Istniała też nowa kobieta hitlerowska – wysportowana, sterylnie higieniczna eugeniczna blondynka.

Wojna zmiotła je wszystkie z powierzchni, Nowa Przaśna Kobieta peerelowska w ogóle nie miała szansy na zaistnienie. Wydawało się, że po prostu żyjemy, czy, jak to w PRL-u, walczymy o przetrwanie.
Tymczasem, proszę Państwa, przyjmijmy do wiadomości, że my też jesteśmy Nowymi Ludźmi i to w co najmniej trzech wydaniach. Najpierw nasz status nowości brał się z hippisowskiej schedy – z tolerancji i wolności jednostki. Wtedy też zaczęliśmy palić marihuanę, ale za to powoli odchodziliśmy od jedzenia mięsa.
W ćwierć wieku później byliśmy nowi, bo musieliśmy stworzyć nowy świat, globalny i cyfrowy, a w roku 2019 staliśmy się po raz trzeci w ciągu jednego ludzkiego życia innymi, można by rzec – nowymi, Nowymi Ludźmi, ludźmi postawionymi wobec Katastrofy Klimatycznej.

Każdy z tych etapów stawiał nam jako Nowym Ludziom nowe wymagania i na każdym ponosiliśmy porażki. Przede wszystkim dlatego że nikomu nie udaje się osiągnąć stanu idealnego. Za dużo wymagań, za dużo “no-gos”. Próbuję policzyć, nawet nie kusząc się o hierarchię ważności:

Nie palić
Nie kupować rzeczy zbędnych
Nie kupować tego, co wytworzone zostało w niewolniczych warunkach
Używać do całkowitego zniszczenia
Co się da produkować / naprawiać samemu
Nie używać plastiku, zwłaszcza jednorazowego
Nosić ze sobą własny kubek i własne sztućce
Oszczędzać
Chodzić i jeździć na rowerze, używać komunikacji miejskiej
Angażować się
Nie pić? Hmmm, nie wiem, ja nie piję, ale to obowiązuje, czy nie?
Dzielić się i pomagać
Nie latać
Nie jeździć samochodem
Ograniczyć potrzeby
Korzystać z ekologicznych źródeł energii
Angażować się, współczuć i wczuwać się
Nie produkować odpadów i śmieci
Nie marnować zasobów od kromki chleba po kopalnie uranu
Szukać nowych rozwiązań indywidualnie i społecznie; płacić tym, którzy ich szukają na skalę globalną
Zbierać śmieci
Nie jeść mięsa (być jaroszem)
Nie jeść mięsa i ryb (być wegetarianinem)
Nie jeść jajek, mleka, nabiału (być weganinem)
Być tolerancyjnym
Nie poniżać innych
Nie uprawiać lookizmu
Nie być rasistą
Zdrowo się odżywiać
Nie kupować ciętych kwiatów
Nie kupować kwiatów w doniczkach
Bezwzględnie przestrzegać norm demokracji i społeczeństwa obywatelskiego
Siać rośliny tam, gdzie dziś rosną góry śmieci
Uśmiechać się
Czytać
Chodzić
Gotować samemu
Jeść owoce i jarzyny
Myśleć, co jeszcze dałoby się zrobić

Nikt z nas nie realizuje wszystkiego. Ale podobno lepiej, żeby wszyscy realizowali niedoskonale pewne konieczne dziś ideały, niż gdyby nikt doskonale nie realizował niczego.

Cóż, jak wiemy, nobody is perfect. Nawet w tych sferach, gdzie udało się nam osobiście zastosować do normy Nowego Człowieka, zdarza nam się odstępstwo. 40% wegetarian czasem je mięso – bo babcia przygotowała, bo się zagapiliśmy, bo zostało po gościach, a przecież nie wolno wyrzucać jedzenia, bo tak zapachniało pieczonym kurczakiem z budki na rogu, że nie można się było powstrzymać.

Nie da się być ideałem. Nie wiadomo, how to be good. Chcieliśmy dobrze, ale wyszło jak zawsze. Tu nie spełniamy, tam nie wypełniamy, tu odstępujemy, tam nie dajemy rady. Oszukujemy sami siebie. Staramy się też, by cena, jaką zapłacimy za uspokojenie wyrzutów sumienia, była jak najniższa.
Barato to po hiszpańsku oszustwo i taniocha.
Na imię mi Barataria.

Sąsiedzi 4

Teresa Rudolf

Sąsiadeczki

Pani Klara i Filomena spotkały się znów na parterze budynku przed windą.
Jedna czekała na tę drugą, która to wcisnie guzik ściagający windę w dół, zachowując się jednak tak, jak gdyby tej drugiej tu w ogóle nie było.
Do budynku wszedł równocześnie pan Lesio i  znów jak zwykle zapachniało jego  przeobłędnymi perfumami.
Kiedy zobaczył dwie sasiadki z drugiego piętra, szybko przemknął schodami do góry, nie oszczedzając sobie jednak mruknięcia pod nosem:
“znowu te dwie wariatki razem”…
I pobiegł truchcikiem na górę.

Panie uslyszały jednak to”drobne co nie co” i ze zdumieniem spojrzały nagle na siebie.
– No, wie pani, nigdy nie pomyślałabym, że to taki straszny cham, a niby taki elegancik-francik, powiedziała pani Klara do Filomeny.
– No właśnie, też by mi to do głowy nie przyszło, potwierdziła wielce rozczarowana Filomena.
Ich ręce spotkały się równocześnie na guziku windy, obie się głośno roześmiały, tak  komiczne było to wspólne działanie.
– Czy sasiądka nie wypiłaby kawy ze mną, dla lepszego poznania się?, zaproponowała pani Klara.
– Właściwie czemuż by nie, nie mam dziś akurat nic specjalnego do roboty, odpowiedziała Filomena.
Była godzina 21.00.
Pani Klara otworzyła drzwi mieszkania, puszczając przodem Filomenę.
– Proszę wybaczyć, zostawiłam troszeczkę bałaganu, śpiesząc się, mówiła pani Klara.
Filomena rozejrzała się ze zdumieniem po sterylnie posprzątanym mieszkaniu, mówiąc:
– Ależ nie szkodzi, każdemu się zdarza, choć muszę powiedzieć, nie wiem co pani akurat miała ma myśli, mówiąc tu o bałaganie.
Ponieważ nie doszło do żadnego wyjaśnienia, konwersacja chwilowo urwała się.
– Zrobię nam pysznej kawusi, ale bez kofeiny, bo wie pani, ja po normalnej to spać nie mogę, to niezdrowo z kofeiną na noc – kontynuowała gospodyni i poszła do kuchni.
Filomena rozglądała się po dużym pokoju, zarejestrowała solidne, błyszczące brązem meble sąsiadki.
Na ścianach wisiały obrazy z kwiatami, szczególnie z makami, pejzażami, niektóre z nich były akwarelkami, inne delikatnie malowane olejnymi farbami.
– Aaaaa, pani patrzy na te obrazki, to malował kiedyś mój mąż, zginął przed 20 laty, przechodząc późnym wieczorem przez jezdnię i to na pasach, szkoda mówić, co to już wtedy za czasy były, a dzisiaj, to już w ogóle… – machnęła ręką gospodyni, nalewając kawę do ładnych, stylowych porcelanowych filiżaneczek, również w makach.
Panie zadumały się w ciszy nad tymi niebezpiecznymi już wtedy, a dziś jeszcze bardziej, czasami. Bo pomyśleć chociażby, co się tam w tych Chinach wyprawia. I to dlaczego, bo ktoś zjadł jakiegoś nietoperza.
Filomena po chwilce powiedziała:
– Właściwie to człowiek nie wie dziś, z kim rozmawia, weźmy na przykład tego naszego  sąsiada, Lesia, niby taki grzeczny, elegancki, a tu proszę, co też z niego wyszło, taki fałszywy drań. Ohoooooo, pani ma kotka, wyszedł do nas, a jak się nazywa?
– Salcia, o to jest mądralińska, mówię pani, chodź do nas Salciu, no chodź, chodź, słoneczko, no znów się schowała, boi się obcych… Mówię pani, zna się na zegarze, więc nie bardzo mi wybacza, gdy spóźniam się na przykład z posiłkiem.
– Wygląda zupełnie jak ten kot z Whiskasa, przerwała zachwycona Filomena. – Kiedyś taką ogromną paczkę niósł również ten Lesio, właśnie z tym zdjęciem kota, mówił, że takiego też ma, tak samo wygląda i nazywa się Salomon, aha, no i również zna się na zegarze, myślałam, że mi kit wciska, ale jak pani Salcia też… a  może to rodzeństwo?
– No proszę, coś takiego, mimo tego, nie lubię go już, jest taki falszywy, strach pomyśleć,  co ma o nas w głowie, kiedy człowiek nie widzi go i nie słyszy, nawijała pani Klara.
– Wie pani, ja to boję się  już chodzić wieczorami, bo niektórzy to wyglądają na zbirów, a inni są nimi po prostu, choć wcale nie wyglądają. Aaach, zasiedziałam się, powiedziała nagle zestresowana Filomena i wstała do wyjścia.
– Muszę nakarmić papugę, dodała, żeby pani wiedziała, jak ona strasznie klnie, powiem szczerze, że też i na panią, nie wiem skąd to ma, naprawdę…
– Na mnie? Papuga, a co takiego?, zdziwiła się nieźle gospodyni domu.
– Ona krzyczy: “ta wiedźma spod dwunastki”, czasem pół dnia w kółko to samo.
Zrobiła się nagle niebezpieczna cisza. Filomena zaczęła się ubierać, chcąc nagle zapaść się pod ziemię, po tym co powiedziała.
– Wie pani, a gdyby Salcia potrafiła mówić, to co pani usłyszałaby o sobie, wycedziła pani Klara i zaczęła się głośno śmiać.
– No, a co?, Filomena była strasznie ciekawa, dołączając do śmiechu sąsiadki.
– Nooooo, krzyczy: “ta ruda lafirynda spod piętnastki”.
Obie nie mogły opanować już  śmiechu.
– Ale mamy podłe te nasze zwierzątka, chichotała Filomena.
– Skąd one to mają?, dodała śmiejąc się histerycznie Pani Klara.
– Ale wie pani, strach pomyśleć, co mówiłby Salomon pana Lesia, ten przecież taki cichociemny, forsy ma jak lodu, te perfumy, hmmmm, nie wiadomo właściwie, co on tak naprawdę robi, a może to jakiś polski mafioso, mówiła dalej, coraz mniej i mniej śmiejąc się Filomena.
– No, chyba zacznę się go już bać, ma pani chyba rację, zadumała się nagle poważnie pani Klara.
Zawiało nieprzyjemną grozą.
– Myśli pani?…, zapytała już w drzwiach Filomena, z takim to nigdy nie wiadomo. Dziękuję Pani za wspaniały wieczór, dobranoc, następnym razem kawka u mnie, zapraszam już dziś.

Pani Klara zamknęła za nią drzwi, siadła na kanapie, spod której wyszła Salcia i wskoczyła jej na kolana.

Salomon na trzecim piętrze już dawno okupował kolana pana Lesia.

Podróże pełne smaku

Ela Kargol

Pan Jan

Mieszkam w Berlinie. Po śmierci taty, gdy w domu w Poznaniu została tylko mama, zaczęłam częściej podróżować na trasie Berlin – Poznań.
Szukałam różnych rozwiązań dla tych wojaży. Miało być tanio i przyjemnie. A ponieważ nie prowadzę i nie posiadam samochodu, musiały być to środki transportu publicznego.
Zaczęło się od polskiego busa, który bardzo szybko zmienił barwy, firmę i cenę. Próbowałam jeździć ze znajomymi do Zbąszynka, a potem wsiadałam w pociąg regio.
W końcu dość było mi tych trudów podróży, niewygody, ciasnoty i wróciłam do szybkiego i dość wygodnego połączenia kolejowego ICE, co nie znaczy, że jeżdżę pociągiem.
Podróżuję WARSEM.
I są to moje najbardziej wypoczynkowe trzy godziny, które spędzam przy kawiarniano-restauracyjnym stoliku, rano przy śniadaniu, w południe przy kotlecie, wieczorem przy sałatce lub smażonym camembercie. Do tego zawsze cappuccino lub piwo.
Spotykam różnych ludzi, dosiadających się do mojego stolika, lub odwrotnie, siedzących w pobliżu, interesujących lub mniej, ciekawskich, skrytych, rozgadanych i milczków, prawicowych, lewicowych, symetrystów, obojętnych, nieokreślonych, takich, których niewiele obchodzi, po której jestem stronie i jaką religię wyznaję i takich, którzy się oburzają, gdy czytam Wyborczą.

Wars to moje miejsce wytchnienia, wypoczynku, ograniczone czasem i przestrzenią, gdzie nie mogę wyjść, kiedy mi się chce, nie mogę się spieszyć, bo Wars dołączony do pociagu śpieszy się po swojemu. Bardzo lubię te trzy godziny na trasie Berlin – Poznań – Berlin, których nikt mi nie zakłóca, zabiera. Ten czas jest mój.

Pan Jan przysiadł się do mojego stolika, gdy wracałam z Poznania do Berlina. Chwiał się, gdy szedł i szukał wolnego miejsca. Wszyscy odwracali od niego wzrok. Mnie po prostu zaskoczył. Siedziałam zaczytana,delektując się piwem. Zabrałam plecak z krzesła naprzeciwko i wskazałam ręką wolne miejsce.
Dopiero później spojrzałam na twarz, na postać i trochę pożałowałam swojej decyzji.
No, ale stało się.

Pan Jan okazał się Janem z Polski B albo C, a może jednak z A, bo kto nam daje prawo do takiego podziału?
“Z Białegostoku jadę już od rana, swoje już wypiłem (mówił o dniu, w którym jechał i pił). 60 kilometrów od Łukaszenki mieszkam”. Na pytanie warsowicza z innego stolika o Puszczę Białowieską stwierdził, że Szyszko nie żyje, różni ludzie różnie mówią, a jego żona zawsze mówi, “spójrz na siebie, a potem innych krytykuj”.
Ale zaraz potem powiedział, że ten “kaczyniak” różne rzeczy wyczynia, eee pani. “Ja myślę, że Leppera powiesili, a papież to był gość, on z komuną walczył i nie miał czasu ani głowy, żeby walczyć z pedałami”.
Ktoś go poprawił, że z pedofilami. “No, no, z tymi profilami.”
“A pani to chyba studia skończyła?”
To było do mnie. “A dlaczego pan tak sądzi? No bo pani coś czyta, no ale widzę, że piwo pije, no to zagadam.”
I wtedy nastąpił cytat z, jak twierdził, Kochanowskiego: “Lipko, ojczyzna moja”. I chyba dopiero wtedy zwróciłam świadomie na niego uwagę. Może niepotrzebnie poprawiłam, że może o Mickiewicza mu chodzi i o Litwę. Nie, jemu chodziło o lipę Kochanowskiego. Lipę ma na podwórku, pod nią ławkę – huśtawkę, a więc wszystko się zgadza. Siada pod nią często, z żoną albo sam.
Żonę wziął sierotę, bufetową była, a on w straży pożarnej. Ksiądz w rodzinie to brat jego ojca. “Był cały czas u koryta, a teraz stary i żona musi się stryjem opiekować.” Dzieci ma troje, nie ksiądz tylko Jan. Jeden syn w Australii robi i jest “praco – alkoholikiem”, a synowej ciągle mało. Druga synowa dobra, do rany przyłóż i szczera do bólu. Nie lubi, gdy Jan za dużo wypije.
Jan zamówił schabowego i 200 gram. Kelnerka myślała, że kotlet ma ważyć 200 gram. I mu na to, że kotlety są normowane i są małe odstępstwa. Ani ona (ona taka mimoza), ani on nic nie rozumieją, niby po polsku, a jednak dwa różne języki. Wtrącam się i tłumaczę, że ten pan chce dwie setki, a mimoza na to, czyli 200 mililitrów wódki?
Tak.
Ja dostaję prawie zaraz camemberta i następne piwo, Jan dopiero po chwili dwusetkę. Na kotleta czeka. Wreszcie zagaduje mimozę, że on ma cztery prosiaki i dałby rady je zakatrupić, wypatroszyć oporządzić, a żona upiekłaby przez ten czas sto kotletów. Ale mimoza nie rozumie. W końcu kotlet pojawia się na stoliku. Stoliki w Warsie upiększone są takimi serwetkami, które sa śliskie i ciągle zjeżdżają z tych stolików. Utrapienie wszystkich klientów Warsu. Niektórzy ściągają je od razu, a inni poprawiają cały czas. Pan Jan poprawiał, wygładzał i próbował równo ułożyć.
Przez całą podróż.
Mamy duże opóźnienie. Jan jedzie do Kolonii. Biletu nie ma, kupuje u niemieckiej konduktorki. Pomagam mu, wspólnie szukamy jego BahnCard. Wysypuje wszystko z kieszeni. Pieniądze, dokumenty wypadają na stolik, na podłogę. Wszyscy zbieramy, ja próbuję odliczyć 55 Euro na bilet. Jan daje konduktorce 60 Euro, całuje szarmancko w rękę i mówi: “rest nicht brauchen”.
Jan w tym swoim “zamuleniu” (sam tak o sobie mówi) jest cały czas sobą, według mojej oceny dobrym, prawym i szczęśliwym człowiekiem.
Konduktorka wyjaśnia mi połączenie z Berlina do Kolonii i nawet sama prosi, że trzeba mu pomóc, bo ma tylko kilka minut czasu na przesiadkę. Inni warsowicze też oferują pomoc.
Pan Jan pracuje w podfirmie jakiejś chyba jeszcze podfirmy gdzieś pod Kolonią.
Szef Turek dobry chłop, poklepie po plecach, ale do roboty goni. Jan pracuje w rzeźni. Wózki z mięsem pcha (Tunel Magdy Parys mi się przypomniał). I jeden z takich wózków ostatnio na niego wjechał i go przygniótł. Rozpiął koszulę i pokazał obitą klatkę piersiową.
W następny dzień ma termin u lekarza, teraz jest na zwolnieniu.
Wysiadamy w Berlinie, jeszcze raz wszystko gubi. Zbieramy, wkładamy mu do kieszeni, zamykamy zamki.
Czekam z nim te kilka minut na pociąg do Köln.
Mam nadzieję, że dojechał.
“Szczęściu trzeba pomóc, jeśli los nie jest łaskawy.”
To jego słowa, może znowu go kiedyś spotkam w Warsie przy “setce i serwetce”.

“Podróże Warsem są pełne smaku”, jak zapewnia ich slogan, “smaku na życie, szczęście, chwilę zapomnienia, wytchnienia i radości.”

Notatnik niespiesznego cyklisty

Mal Content

czyli Z dziennika tetryka 14

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie polem-lasem mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Święta minęły, za chwilę Nowy Rok, a śniegu jak nie ma, tak nie ma. Toteż nie przerywam swych rowerowych wypraw. Ale kończę prowadzenie notatnika.

Czemu? Nie dlatego, że koniec roku. To arbitralnie wybrany dzień, mógłby być każdy inny. Magia dat nie działa: życie wyprało mnie skutecznie ze słabości do symboliki.

Dlaczego więc? Może dlatego, że trzy tygodnie temu podczas jazdy doświadczyłem przeżycia niemal mistycznego, ale nie potrafiłem go opisać, mimo iż próbowałem? Po raz kolejny boleśnie uświadomiłem sobie (choć wiem to przecież świetnie od dawna), iż talentu „nie staje”. A że akurat tego dnia Olga Tokarczuk odbierała w Sztokholmie nagrodę? Tym dotkliwiej odczułem niedostatki swego warsztatu. To nie symbol, tylko koincydencja czasowa. Niech każdy robi, co potrafi. I chwała Pani Oldze!

Ale jeszcze bardziej dlatego, że chwilę temu zobaczyłem to, co zobaczyłem. Przypomnę, iż na początku Notatnika niespiesznego cyklisty stały konie. Teraz spotkałem je ponownie. To samo stado. Tak samo piękne. Ale ten entourage! No niech będzie, że to taki mały symbol.

Jak przeto pisać, gdy wszystko wokół tak przygnębia, że nawet wytrenowany i wytrawny Malkontent ma dość? A dodatkowo przyszłość rysuje się w naprawdę nieciekawych barwach? Nie sposób.

I mknę dalej polem-lasem ku zmierzchowi, machając Czytelnikom ręką na pożegnanie.

Aha, jeszcze jedno! Przecież obiecałem swego czasu. Jak to jest z mymi nadmiarowymi kilogramami? Pomogły przejażdżki? Odpowiem tak: jest nieźle, sporo zniknęło… za to obwisy skóry objawiły się w pełnej krasie! Produkcja żółci i goryczy nie jest więc zagrożona.

Pa pa! Może spotkamy się kiedyś na szlaku?

1269 (1)

Tak jak rok temu, tak i w tym roku, pierwszym autorem jest dzisiejszy solenizant, tyle że w tym roku dostaliśmy od niego długą wieloczęściową powieść historyczną (a zapewne, jak znamy autora, będzie to również historia fantasy), dziejącą się w roku 1269 w okolicach Sulęcina. Będę ją drukować co środę i zobaczymy, na ile śród autorowi starczy zapasów i czy przekonamy go, żeby pisał dalej…

Mieczysław Bonisławski

I.

Mimo ciemności grudniowej nocy, przyzwyczajone do nich oko, potrafiło rozróżnić nawet szczegóły. Rzadki, ale zakrzaczony las, podścielony skorupą kilkudniowego, zmrożonego śniegu, iluminował odbitym światłem tłustego, okrągłego księżyca w pełni. W górze, przeganiając po niebie ciemne chmury, wiał silny wiatr. Barwa i intensywność światła, wraz z falowaniem tej kłębiącej się zasłony, ulegały ciągłym zmianom. To, maszty najbliższych drzew majestatycznie stały w bladym blasku szeroko, po horyzont rozlanej poświaty; to wszystko spowijała przygnębiająca, zionąca majakami, głęboka czerń. Po chwili, gdy chmura przekołowała dalej, widnokrąg raptem rozszerzał się na powrót, ukazując cienie świerków na tle białej, pofałdowanej powierzchni.

Księżyc stał wprost nad wijącym się od skraju lasu, nieszerokim parowem. Nagie drzewa wyrastające z jego dna, nie sięgały ponad ściany, których równie porośnięte szczyty ginęły w ciemności. Półokrągłym spodem, tonącym w księżycowym świetle, niezdarnie posuwały się dwie, wyraźnie odcinające się od tła, postacie. Minęła dłuższa chwila, zdążyły się już posunąć z kilkadziesiąt metrów w głąb, nim dotarła do ich świadomości otaczające je cisza. Tu wiatr nie wciskał się zimnem do każdej szpary opończy, nie wywracał jak na otwartym polu; wirujące z jego siłą, porywane z ziemi i drzew płatki śniegu nie oblepiały głowy ni pochylonych pleców i ramion.

Postacie przystanęły. Była to chwila, gdy mogły wreszcie strzepać z siebie zlodowaciały śnieg, otupać nogi. Jedna z nich, niższa i bardziej wiotka, pośpieszywszy się, spróbowała w kilku miejscach rozgrzebać śnieg. Zaspy były tu mniejsze i płytsze, a pod warstwą firnu, gniły na wpół zmarznięte pokłady liści. Pomiędzy oblodzonymi krzakami znalazłoby się nawet miejsce na zaciszną i ciepłą jamę.

Wyższa z postaci jednak coś mruknęła, machnęła zawzięcie ręką i podpierając się kijem, ruszyła z mozołem dalej. Mniejsza, niezdarnie ślizgając się na rozruszanej mazi, pośpiesznie podążyła jej śladami.

Za jednym zakrętem był następny, za nim kolejny. Horyzont, na wyciągnięcie ręki, obcinały ośnieżone ściany, monotonnie, prawie równo, jak po sznurku, wznoszące się już wysoko ponad głową. Nogi mieszały mokry śnieg i nadgniłe liście, wyrywały w oczkach kawałki owijających łydki leszczyn i bzów. Aż nagle, z przodu, rozbłysły po bokach świetliki gwiazd.

Cienie na śniegu były szare i bure a krzewy rozstąpiły się: parów przepuszczał podążające w poprzek obniżenie. Musiała tędy prowadzić jakaś ścieżka. Wyglądała jak bród na rzece.

Tu też martwy, zimowy bezruch nocy, tak naturalny, został zupełnie niespodziewanie zmącony. Coś podłużnego mrowiło się nisko przy przeoranym śniegu. Widok przysłaniało coś czarnego, jedno i drugie, trochę dalej, uniesione w górę. Wtem, przez parów przeleciało krótkie warknięcie i wataha wilków rzuciła się do ucieczki ku gwiazdom.

Dwójka wędrowców wyszła zza zakrętu na ten właśnie moment. Wahanie prowadzącego trwało jedną chwilę, szybko zawrócił i usiłował nieporadnie, podbiegając, zniknąć tam skąd przybył. Drugi, biegł lżej, ale nie chcąc pozostawić powolniejszego towarzysza, zapadł w bok między gałęzie, wgryzając się rękoma w śnieg. Trwało to jednak odrobinę za długo. Zostali już dostrzeżeni przez zbrojnych, którzy wypłoszyli byli watahę. Jeden z nich przystanął i pohukując, wymachiwał ku wilkom zapalona pochodnią, ale dwaj pozostali, pochylonymi włóczniami wygarnęli uciekinierów i poprowadzili z powrotem ku przejściu przez parów.

Tu leżały w poprzek dwa trupy w czarnych zbrojach, okryte długimi, białymi płaszczami. Jeden został rozwleczony przez zgłodniałe wilki; tkanina płaszcza była rozciągnięta po zakrwawionym śniegu – na jego środku czerwienił się ośmiokątny krzyż. Odgryziona głowa, szczelnie okryta przylegającą do czaszki siateczką z metalowych kółek, poturlała się parę metrów obok. Sztywne ciała leżały tu już z kilkanaście godzin.

Trójka zbrojnych otoczyła uciekinierów, jeden przyświecił pochodnią. Chwilę się przyglądali.
– Wilków czy martwych zakonników takeś się przeraził dziadu, co? – spytał najważniejszy.
Mniejszy z wędrowców z trwogą, dziewczęcym głosem wykrzyknął:
– Dziadek ślepy, on ślepy, panie!
– Ejże! – zdziwił się rycerz i ucapił jeńca za barki. Zdarł mu z głowy kaptur i chwilę, jakby zaskoczony, chwytał rozpuszczone jasne włosy – Coś ty za dziewka?
– Szpieg lubo… czarownica! – pośpieszył z wyjaśnieniem nie pytany drugi ze zbrojnych.
– Cicho ciuro, poświeć no tu mi lepiej – rycerz bacznie lustrował oboje brańców. Siwy dziad rzeczywiście niewiele chyba widział, a dziewka, nie wiedzieć była li ładna, czy nie? Z jasnych loków zostały jeno zmierzwione kudły, twarz wykrzywiało zmęczenie.
– Ubić ich, ubić, bo to i wilcy się przecie ich zestrachali…
– Nie było by wilków, gdyby pogrzebać Teutonów jak ich tylko ubilim – skwitował rycerz. – A wy co za jedni, na przeszpiegi szliście?
Dziewczyna gwałtownie jęła przeczyć głową i rękoma, stary tymczasem przyklęknął przy trupie i coś mamrotał, jakby modląc się.
– Ty! – rycerz stracił nieco pewność siebie – Ty aby nie zamawiasz czego tam na nas?
– Odpowiadaj jak cię rycerz pyta! – jeden z pachołków szturchnął klęczącego włócznia. Dziad począł się gramolić w górę. Dziewczyna, nie zatrzymywana podbiegła pomóc mu stanąć na trzęsących się nogach. A on zwrócił swa twarz ku granatowemu niebu, skąd powoli zaczynał się już skradać świt. Chwilę trwali zapatrzeni, po czym ruszyli w milczeniu dalej przed siebie, dziad oparty o ramię dziewczyny, wyszukujący kijem właściwą drogę.
– Ejże! – zaprotestował rycerz i na jego znak, obaj pachołkowie zawrócili dziwna parę.
– Pójdziecie, ale do obozu. Trzeba sprawdzić coście za jedni – wyjaśniał, jakby bardziej sobie, niż im, dowódca i dał znak obu ciurom.

Opuścili parów, ruszając wydeptana ścieżką w bok. Za plecami pozostawili bardzo powoli jaśniejące niebo.

Niezwykle wąskie przejście wiło się straszliwie pomiędzy drzewami i leszczyną, szli więc gęsiego, rozciągnięci na kilkanaście kroków. Zbrojny przywódca w pewnej chwili zauważył, jak dziewczyna o coś zapytała dziada i ten jął cicho jej opowiadać. Przyśpieszył, dorównując im kroku, ale ci w ogóle na to nie reagowali.

– …Zmartwiał Gabriel, gdy Asmadeusz bestię sprowadził. Przyleciała z zachodu, ziejąc ogniem i dymem, smrodem bijąc co niewinne i trując co zdrowe. Wraży ogon zanurzyła w nurcie Odry, zadem siadła na rogatym tronie Kaina a pysk dziobaty i wstrętny wsadziła w międzyrzecze…
– I poszedł krzyż na krzyż i oba od krwi poczerwieniały, aż tam, gdzie jeden z Bolesławów ziemią frymarczył, drugi się zjawił, rękę mu wstrzymał i oczy oczyma na wschód zwrócił, chcąc ostrzec przed tym, co z tego wyniknie…
– Miasto za miasto, łup w łup, ogniem po ogniu, przy brzęku mieczy ścielił się trup i ginęła kraina, aż ostał się jeden już tylko zamek, jak zadra tkwiący w ciele, obcy plon bratobójczej kłótni. Świeżo pobudowany, z bali gliną oblepionych, dumnie wznosił swe baszty, drwiąc z głupoty, która go zrodziła…
– Po naszemu gada…? – zdziwił się jeden z ciurów.
– Cicho! – zgromił go dowódca – O czym on mówi? – zwrócił się do dziewczyny, od początku sprawiającej wrażenie bardziej przystępnej.
Ta teraz jednak spojrzała nań błędnym wzrokiem i poczęła majaczyć:
– Jak zgłodniali wilcy do rżącego konia, jak gęś do swego klucza, zbiegną się ze wszystkich stron Bolesławowi ludzie pod zamek Sabela. Na wyniosłości, nieopodal miasta stojący, jak krwawy ochłap żeru zew wokół rzucać będzie, żądne odwetu wici…
– Tfu, toż jak wiedźmy gada… Jezu, urok na obóz rzuca…! – przerażone ciury odskoczyły w krzaki zaciskając ręce na drzewcach włóczni.
– Ręka, którą wzniesie ramię, kość z Kości i krew z Krwi, uratowane przed niebytem od ludzi jeszcze przed wynijściem na tę ziemię, pierwsza przyłoży smolne polano do wydłubanej spod gliny ściany. Szatan, który zagnieździł się w ciele obrońcy krwawych krzyży na płaszczach, upiecze ich braci, a oni sami poproszą was o łaskę, judaszowe pieczęcie okazując Bolesławowi.
– Albo też Bebaal z Gabrielem tak losy poplączą, że ten, którego matka, co nigdy szczęścia macierzeństwa nie doznając, dzieciobójczynią stać się miała, księdzu swe życie zawdzięczając, za wiarę bałwanią krew czystą przeleje lub obaj dwa krzyże, jak szpony dwóch orłów na ciele brzemiennej samicy zajęczej, na wieki, po śmierć, jedyne rozwiązanie, skrzyżują… – jak będzie, ja nie wiem. Pozwólcie wielcy panowie iść swoją drogą – zaskakująco trzeźwo zakończył starzec, prośbą skierowaną do swych nieproszonych przewodników.
– Niewątpliwie wiara chrześcijańska nie jest ci, starcze, obca – odpowiedział spokojnie rycerz – ale zbyt dużo wiesz, jak przed chwilą słyszeliśmy. Więcej nawet niż dotąd się wydarzyło – trzeba to wyjaśnić. Brać ich! – krzyknął do dwóch pozostałych. Pachołkowie błyskawicznie nacelowali ostrza włóczni na nerki więźniów i pchnęli ich do marszu przed sobą.

Na skraju lasu już dniało.

II.

Nad zachodnim stokiem Gołębiej Góry i sąsiadującym z nią od południa skłonem, snuły się ścieląc nisko przy ziemi, smugi dymów. W głębokich oparzelinach ukryte, niczym w śnieżnych kagankach, pełzały po czarnych polanach, blade w świetle wschodzącego słońca, płomienie. Wytopione aż do pachnącej ziemi nisze okupowali skuleni ludzie. Każda jama została wyrąbana siekierami w zaspie a bloki lodu, ułożone na górze wieńczyły koroną okrąg ścian. Podobnie jak dna, wyłożone zostały one świeżą jedliną i tak przygotowane śnieżne jamy, okazały się niezastąpioną w tych warunkach polową kwaterą: zimny wiatr hulał wysoko ponad głowami ściśniętych ludzi, ognisko dawało ciepło i pozwalało przygotować gorącą strawę. Na rozłożony na obu wzgórzach obóz składało się kilkanaście takich kwater.

Oba stoki schodziły się w przodzie na dnie kotliny wzdłuż której biegły dwie ulice splecione w połowie w węzeł rynku – to był Sulęcin. Z drugiej strony, w połowie drogi do następnego grzbietu stał zamek. Zbudowany z nawiezionych tu i uprzednio przygotowanych bali drewnianych, do wysokości zwieńczenia ścian zamykających dziedziniec, pokryty z wierzchu warstwą gliny. Nie był otoczony fosą, podejście do niego utrudniało tylko ukształtowanie terenu. Od strony miasta, nad doliną Postomii górowała prostokątna wieża mieszkalna ze strzelnicami. Wzdłuż korony obwarowań zewnętrznych biegła od środka szeroka galeria osłonięta blankami; wydostawało się na nią z wieży bądź w trzech pozostałych rogach – po wychodzących na drewniany podest schodach. Wspinały się one jednobiegowo, przytulone od wewnątrz do idących wokół dziedzińca ścian, wykorzystując całą ich długość.

Margrabia brandenburski nie zdążył jeszcze wykończyć całego założenia obronnego ani budynków gospodarczych. Sabel, dowódca załogi zamku, z dużym niepokojem obserwował przebieg obecnej, zimowej kampanii 1269 roku. Margrabia Otto oddając mu zamek, nakazał go szybko dokończyć, a sam gwałtownym wypadem napadł i spalił pobliski Międzyrzecz księcia kaliskiego. Niestety Bolesław kaliski ruszył w pościg za uchodzącym najeźdźcą. Otto uciekł za Odrę a Wielkopolanie zaczęli pustoszyć pożarami i grabieżą całą jego ziemię leżącą na wschód od rzeki. Sabel jednak zamku Sulęcin nie oddawał, choć też i książę Bolesław długo nie rozpoczynał regularnego oblężenia ani szturmu. Dopiero po dojściu do Odry i splądrowaniu całej prawobrzeżnej części Ziemi Lubuskiej, zaczął zbierać wracające wojska pod Sulęcinem. Od kilku dni Sabel mógł nocami oglądać gorejące ogniska na przeciwległym wzgórzu. Polacy wcale nie kryli swego obozu, specjalnie go tak rozbili, by Sasi broniący zamku musieli widzieć co noc ten ogień, by wiedzieli jak po każdym dniu, ilość świecących punktów wzrasta! A to zwiastowało, że rano ostrzał będzie jeszcze intensywniejszy.

– Jutro świętej Łucji… – przypomniał sobie saski dowódca, marząc o ukochanej kobiecie, która obrała ją za swą patronkę. Kobieta była jednak daleko, w domu, chwila uniesienia trwała krótko. Podjudzona gorejącą wojną żądza rywalizacji, rycerska potrzeba jak najszybszego sprawdzenia się w namacalnie, na wyciągnięcie ręki przyczajonym niebezpieczeństwie, burzyła spokój, nurtowała natrętnym pytaniem – kiedyż ci Słowianie będą gotowi wreszcie uderzyć?

Tymczasem w obozie, książę kazał formować szyk swojej drużynie a poszczególni rycerze, zaczęli skrzykiwać pospolite ruszenie. Jednocześnie oddział wolnych mieszczan z Międzyrzecza na rozkaz przyniesiony przez oboźnego, zwinął swój biwak na bezimiennym wzgórzu i pośród pohukiwań wszedł pomiędzy budynki Sulęcina. Zaczęto wygarniać wszystkich pozostających tam jeszcze mieszkańców w kierunku Winnej Góry, gdzie koczowała już większość z Sulęcinanian. Pozostawioną żywność i cenniejsze przedmioty taborowi pachołkowie wkładali na wozy i odjeżdżali na Gołębią Górę a wszystko co się tylko mogło palić, zrzucano na stertę przed karczmą, w bezpośrednim pobliżu zamku.

W obozie na Gołębiej Górze panował większy spokój. Tu nie rozwlekano po śniegu ognisk, ale w każdej z nisz pozostawał dyżurny do pilnowania ognia; zwieńczenia umacniano, zmieniano też starą jedlinę na świeżą.

Chorąży międzyrzecki, Marcin z Bnina Opaliński odszukał swego syna.
– Pietrek, pomnisz ty jeszcze dobrze owegoż zbója? – przed młodzikiem, najwyraźniej sposobiącym się podczas tej wyprawy do stanu rycerskiego, stanął mężczyzna stateczny, godziwej postury, w zbroi upysznionej paradną tkaniną. Hełm trzymał nie nałożony jeszcze w ręku; długie, choć już nieco przerzedzone, jasne loki wiatr rozwiewał na wszystkie strony.
– Jakżeż bym mógł…! – nieprzystojnie oburzył się Piotr i zaraz żarliwie, z synowskim szacunkiem poprawił się – Póki żyw będę, panie ojcze, idąc na Niemca, nic ino tę zbrodnię przed oczami mieć będę; w każdym Teutonie upatrywać będę zbrodniarza, szyję pod mój miecz noszącego. I pozwól Panie Boże, by jeno śmierć tamtego szczura, mordercy niewinnych kobiet, a nic innego, uwolniła mnie od tego obrazu…
Chorąży Marcin położył rękę na ramieniu rozpalonego młodzieńca.
– Pofolguj synku, pofolguj. Jeśli graf Sunnenwald schronił się w sulęcińskim zamku, musisz go dostać i pomścić nasz ból, nie bacząc nawet na swój honor. Jeśli go tu nie będzie – razem poszukamy zadośćuczynienia krzywdzie na teutońskim brzegu, ale dojść jej możemy tylko na winnym zbrodni, pamiętaj. Nic nam po przewagach nad wszystkimi innymi Niemcami – to nie oni ubili naszą żonę i matkę.
– Nie ja jeden będę go tu szukał, panie ojcze…! – w słowach Piotra kryła się mściwa satysfakcja – Nie ujdzie stąd zdrowy ni jeden jego członek, wystawią mi go jak ogary dziką świnię…
– Dobrze synku, nie zapomnij jeno ani na chwilę, że krew tę przelejesz z miłości do matki i z pamięci o męczeńskiej śmierci jej zadanej. – spojrzał gdzieś ponad głową chłopca – Wybacz mi Unisławo, a Ty Panie na moje sumienie zrzuć ów grzech, do którego popycham własnego syna – zdjął ręce z jego ramion – Uchrońcie go oboje od jadu nienawiści… Pomódlmy się Piotrze…
Chwilę trwali w kontemplacji, którą, przeżegnawszy się na powrót, starszy z nich, wstając z przyklęku, przerwał prosząc:
– Chcę teraz porozmawiać z tym giermkiem, który będzie ci towarzyszył, zawołaj no go Pietrek do mnie.

Chwilę później Piotr przyprowadził młodszego od siebie, wysokiego blondynka. Marcin wsparty na własnym kolanie popatrzył na niego zdziwiony.
– Nie jesteś ty zaawansowany w leciech chłopcze?!
– Na szesnasty mi już idzie, panie – usłyszał chorąży pewną siebie odpowiedź. Młodzieniec choć mało niewątpliwie jeszcze widział w swym życiu, sprawiał wrażenie roztropnego i optymistycznie patrzącego w swą przyszłość.
– To ty masz iść z mym synem na zamek margrabiego Ottona?
– Ja, panie.
– Będziesz zdobywał rycerskie ostrogi?
– To zależy od naszego pana, księcia kaliskiego – mój ojciec musiał uchodzić do Wielkopolski z Marchii…
– Ach tak? Opowiedz mi o tym.
– Wiem niewiele, panie. Tyle tylko, że ojciec był wolnym gościem komesa Mroczka w Sulęcinie i za zdradę stanu musiał uciekać ze Śląska. Ukrywał się w Puszczy Noteckiej, aż go złapał pod Santokiem wielmożny kasztelan międzyrzecki. Chciał go oddać do Sulęcina, ale miasto przejęli już wówczas templariusze, więc pan kasztelan kazał mego ojca jeno obwiesić. Matkę uratowało to, że była brzemienna. Jego wysokość kasztelan przyjął ją do służby na zamku międzyrzeckim, gdzie niedługo potem się urodziłem. Miałem jeszcze trzech starszych braci i siostrę, ale nie wiem, co się z nimi stało?
– Jak wołają na matkę?
– Racława, ale ona panie nie żyje. Spalił ją Niemiec, jeszczem pacholęciem był. U siostry się chowałem, ale i ona nie żyje. Jej spalone szczątki rozwlókł po śniegu rycerz Sunnenwald.
Marcin zacisnął pięści. Szybko jednak popatrzył, czy młodzi zauważyli jego słabość i popędził ich do przewidzianych regulaminem obozu czynności.
– Starajcie się godnie nosić imię gniazda swych ojców a Bóg pozwoli księciu zauważyć wasze zasługi – rzucił jeszcze na odchodne i poczekawszy aż znikną w tłumie, sam podążył ku niszy, w której spodziewał się zastać książęcy poczet i gdzie czekały go własne obowiązki.

Ciąg dalszy za tydzień

W oczekiwaniu na cud

Autor nie mógł wiedzieć, co napisałam we wpisie świątecznym, bo było jeszcze kilka dni przed świętami i właśnie zaczynała się Chanuka, gdy przysłał mi taką propozycję… W każdym razie pisałam, że zdarzył się cud. Dziękuję, Tiborze!

Tibor Jagielski

…jak chcesz, a kiedy – będziesz wiedziała sama
podczas oczekiwania na cud
pozdrawia

tibor

Autor: Tibor Jagielski
Mozart Don Giovanni Finale

WIERSZE  DNI ZAMACHU STANU

nasz krzyk
milknie
bogowie
przechodzą obok nas
obojętni
(16)

słońce tańczy na soplach wiszących z okapu
krople spadają na parapet
rozlewają się i zamarzają natychmiast
cisza
(17)

48

w nocy
po bezskutecznej rewizji
wzięli mnie

– wsadzimy cię do celi z pedałami
to ci dadzą popalić
ty dupo

mówili
wspierając dłonie na przytroczonych do boku kaburach
(a ten “dobry” pozwolił wziąć szczoteczkę i fajki)

jak było
pytali mnie potem
– hujowo normalnie
(18)

z cyklu “krzyk ryby”,*)
szczecin, 1981/12/20


*) wydany w opozycji do  stanu wojennego z 13/12/1981
w ilosci ok. stu egzemplarzy
tomik wierszy;
wydawałam wtedy także  moje obrazki,
powielałam (głównie techniką linorytową) i wieszałam w środkach masowej komunikacji

najlepsze rysunki i wiersze umieszczałam na ścianie mojego pokoju, ale z tej pożogi niewiele ocalalo,
może jeden napis na murze berlińskim, parę zdjęć i powyższy rysunek.

Klątwa, czyli…

Marek Włodarczak

Jak doszło do autodestrukcji wymiaru sprawiedliwości w Baratarii

Dopóki sprawiedliwość w Baratarii była rozumiana jako zgodność z przepisami prawa, a jedynymi narzędziami dochodzenia sprawiedliwości, były kodeksy i organa wymiaru sprawiedliwości, wszystko jakoś było, kulawo bo kulawo, ale szło. Wyroki często skandalicznie mijały się ze zdrowym rozsądkiem, ale statystycznie było to do przyjęcia.
I wtedy ktoś wpadł na pomysł, że sprawiedliwy wyrok to taki, z którym zgadzają się obie strony konfliktu, a jako narzędzi można używać wszystkiego, byle zgodnie z prawem. Najważniejsza jest sprawiedliwość. Początkowo wszyscy byli zachwyceni, do dziś krążą opowieści o tym, jak Salomon wydał sprawiedliwy wyrok przy użyciu miecza, o tym jak rozstrzygał spory Sancho Pansa w Baratarii, czy o słynnym Kredowym Kole opisanym przez Bertolda Brechta.

Ale wszystko co dobre kiedyś się kończy. Pozwolę sobie oddać głos rozmówcy, który prosił o anonimowość. Opowieść prezesa.

Byłem prezesem T F-K, gdy wszczęto wobec mnie śledztwo w sprawie fałszerstwa, jakiego się dopuściłem przy zwalnianiu dyscyplinarnym sekretarki TF-K. Fałszerstwo miało polegać na tym, że wypisałem zwolnienie niebieskim długopisem, a datę wpisałem czarnym cienkopisem. Zostałem przesłuchany przez policję, urząd pracy wstrzymał mi dotację, a ZUS za pośrednictwem komornika zabrał pieniądze przeznaczone na budowę kajaka. Po wnikliwym śledztwie prokuratura Baratarii umorzyła śledztwo ze względu na brak znamion przestępstwa. Zarówno ja jak i sekretarka uważaliśmy to za sprawiedliwe, tylko kajak szlag trafił. Poszedłem do prokuratury z pytaniem, czemu zajmują się takimi sprawami? Odpowiedzieli, że muszą wszczynać postępowanie przy każdym zgłoszeniu.

Indiańskie przysłowie mówi, usiądź na brzegu rzeki, a trup twojego wroga sam do ciebie przypłynie. Chyba dwa lata później znów prowadzono wobec mnie śledztwo, w związku którym dostałem pismo z prokuratury. Pismo to wypisane było niebieskim długopisem, a data została wpisana czarnym cienkopisem. Jako prawy obywatel złożyłem do prokuratury Baratarii zawiadomienie o popełnionym wykroczeniu. Na podstawie art. 305 & 1 kpk, art. 325 a kpk prokuratura odmówiła wszczęcia dochodzenia w tej sprawie z powodu niezaistnienia przestępstwa. Na zasadzie art. 325 e & 1 kpk odstąpiono od sporządzenia uzasadnienia. Mimo że decyzję uważałem za słuszną, złożyłem na nią zażalenie, a w uzasadnieniu napisałem: „Aby sprawiedliwości stało się zadość proponuję, by prokuratura Baratarii dobrowolnie poddała się karze grzywny w trybie z art. 335.  Z przeznaczeniem na budowę kajaka. „Bardzo krzyczeli, jak to pismo składałem w prokuraturze. Oczywiście pieniędzy nie dostałem, za to dostałem osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata w sprawie, która powinna skończyć się grzywną. Wtedy zwróciłem się o pomoc do moich znajomych, a oni wystosowali pismo do Sądu Najwyższego Baratarii. „My dziwki, złodzieje i pijacy oświadczamy, że wyrok w sprawie (tu sygnatura sprawy) obraża nasze poczucie sprawiedliwości”. Sąd Najwyższy podzielił opinie moich znajomych i po podkreśleniu na czerwono „My dziwki złodzieje i pijacy” odesłał pismo do mnie. Początkowo myślałem, że to jakiś żart, dziś przyglądając się temu, co się dzieje z organami wymiaru sprawiedliwości Baratarii, uważam, że to była klątwa. Klątwa, którą Sąd Najwyższy Baratarii w imię sprawiedliwości rzucił na pozostałe organa, a niewykluczone, że i na siebie. Narastający chaos pogłębiają jeszcze reformy. Nikt nie wie, co z tym zrobić, obawiam się, że skończy się to całkowitą autodestrukcją wymiaru sprawiedliwości Baratarii.

I pomyśleć, że poszło o głupi kajak.


PS po tygodniu:

Mam wrażenie, że od czasu opublikowania „Klątwy” jej działanie się wzmogło. Mało tego, w związku z angażowaniem się UE w konflikt w wymiarze sprawiedliwości, pojawia się groźba zainfekowania wirusem „Barataria” całej Europy.