1269 (3)

Mieczysław Bonisławski

IV.

Punkt dowodzenia Bolesław założył w karczmie, niemal u podnóża zamku. Po trzech dniach oblężenia, podczas których jego wojska niemal bez przerwy biły w ściany twierdzy z kusz i proc, nieliczna załoga powinna była stracić na tyle bojowego ducha, by nie było już groźby żadnego wypadu w głąb linii oblegających. Obaj dowódcy, Janko kaliski i Przedpełek poznański uważali, że szturmowani od rana Sasi tylko dlatego dają jeszcze odpór atakującym, by wywalczyć sobie w ten sposób jak najłagodniejsze warunki kapitulacji. Książę nie chciał jednak, by załoga poddała się, chciał przede wszystkim całkowicie zniszczyć zamek, a żołnierzy Sabela demonstracyjnie osądzić i ukarać winnych, mszcząc tak międzyrzecką zbrodnię. Dobrowolne zaprzestanie obrony narzucało atakującym obowiązek oszczędzenia ludzi i twierdzy, dlatego Bolesław nakazał tym bardziej nękać przeciwnika, im lżejszy stawał się jego opór. Rozkazał też przygotować już ostatnią fazę szturmu, w której główną role miał odegrać ogień.

W pobliżu książęcego orszaku kręciło się mnóstwo ludzi. Każdy oddział, czy to czekający na swą kolej pójścia do ataku, czy to już zluzowany i wycofany spod obwarowań, każdy wreszcie pojedynczy rycerz czy ciura, chciał być jak najbliżej centrum całej akcji. A centrum takie tworzyło stanowisko w karczmie, toteż jej okolice obsiadł w oczekiwaniu zwycięstwa kto tylko mógł. Jedynie pochołkowie taborowi oraz gońcy, z niechęcią oddalali się, ganiając po całym mieście i wykonując polecenia swych dowódców.

Bolesław wykazywał dużą troskę o swe wojsko, zwłaszcza, że był to już koniec kampanii i dlatego wydzielił oddział mieszczan międzyrzeckich, by zbierał z pola walki i opatrywał rannych. Wśród wyniesionych spod zamku był i młody Piotr Opaliński. Ciężko rannego pomógł przynieść jego jasnowłosy opiekun, Maćko, sam mający tylko parę zadrapań.
– Hej… Pochyl się ku mnie… – poprosił Piotrek. Głos jego uciekał już z tego świata, poparzona głowa sprawiała ból.
Maćko przylgnął do ust leżącego.
– A nie mów nic ojcu…
Chłopak wzruszył ramionami: na cóż ma mówić, skoro się sam dowie i jeszcze złaja, że mu syna nie dopilnował.
Piotr mówił jednak coś jeszcze, Maćko znowu przywarł do jego ust.
– Już prawie, prawie i byłby on nasz… Nie mitręż ciuro tu ani chwili – pędź szybko, złap Sunnenwalda, każ go pachołkom rozpiąć na trawie i niech mu odejmą męskość. Potem by w strachu większym na śmierć nierycerską czekał, oczy mu wyłup…
Podniecenie minęło i ranny zapadł w odrętwienie. Usta znieruchomiały, a reszty twarzy i tak nie można było rozróżnić. Maćko spojrzał tam, gdzie jeszcze rano były oczy chłopca i pomyślał, że młody pan, towarzysz, też swojej śmierci nie zobaczy.
Ucapił jakiegoś ciurę.
– A bacz uważnie, bo tu leży syn jaśnie wielmożnego chorążego międzyrzeckiego. Znajdź Jaksę, Gawła lubo Janika, co służą w domu bnińskim, niech przypilnują trupa. Jak cię znaleźć?
– Jam Odon, u krojczych kasztelana Szymona Nałęcza służę.
– Pamiętaj! – przykazał Maciej i zawrócił ku zamkowi.

Był to czas, gdy smolarze ciągnący zazwyczaj przy taborach, znaleźli się nagle na pierwszej linii.

Książę kazał gotować smołę i robić smolne szczapy. Lano też smołę w nieduże gary, które później procarze mieli miotać niczym ogniste kule. Na kilku przenośnych kozłach umocowano większe zbiorniki z płonącą smołą; te przyciągnięte pod ściany miały dymem i smrodem osłabić obrońców.

Odon tymczasem sprawił się szybko. Nim jeszcze Piotrek zdążył wyzionąć ducha, zabrał go Janik. Wypytywał on wkoło, jaką śmiercią zginął młody panicz, ale Odon nie był przecież w ogóle przy zamku, a ci co leżeli pokotem na błocie, byli już bliżej Boga niż spraw ziemskich. Wreszcie trafił na kuśtykającego ciurę, którego pamiętał z zamku w Międzyrzeczu. Okazało się, że tamten widział rzeczywiście dużo:

– …tak jak książę wielkopolski zawsze każe, na dany rozkaz przystąpiliśmy nakryci sklepieniem z tarcz pod mury. I jedni zaczęli walić obuchami w ścianę, gdy inni toporami odbijali z niej zwierzchnią glinę. Ze wzgórka zaś miotali na Sasów pociski łucznicy kaliscy, a robili to, trzeba było to widzieć, niezwykle celnie i z godną podziwu wytrwałością… Wróg lał na nas z góry ukrop i wrząca smołę, miotał głazy i kamienie… Co odważniejsi, by odwrócić uwagę obrońców, a sobie sławy przydać, jęli przystawiać już drabiny i piąć się po nich na blanki. Pan Piotr był pierwszy wśród nich, ale Bóg nie zechciał mu dać zwycięstwa… Już był panicz na górze, już miał na galeryję przeskoczyć, gdy Sas taranem drabinę odbił i pan musiał równowagę rozpaczliwie łapać. Wykorzystali to tamci, w łeb dali, a za spadającym w dół ciałem polali jeszcze smołą. I tak, panicz nie dość, że gnaty sobie pogruchotał, to jeszcze smoła oczy i uszy wypaliła, bo hełm na górze od ciosu mu z głowy opadł….

Takimi historiami karmiła się cała równina. Ciekawskich było mnóstwo a i opowiadających nie brakowało. Padały ostre słowa pod adresem saskich obrońców i hymny pochwalne ku czci wielkopolskich bohaterów. Omijano tylko jeden temat – strachu, który odczuwali i atakujący, i obrońcy. O nim mówiło się rzadko, prawie wcale. Przed walką i w jej trakcie on sam zamykał usta, później – nie pozwalała duma. Często natomiast modlono się, bo Bóg, przenajświętsza Panienka, święty patron, nie mogli przecież przed nikim zdradzić, dawali natomiast nadzieję na ocalenie, albo przynajmniej na bezbolesną, szybką śmierć. Wielu też właśnie o nią prosiło, zapominając w tej obozowo-bitewnej codzienności, że istniało przecież jeszcze inne, to pozostawione gdzieś przy rodzinie, normalne życie, o które według dowódców właśnie się bili.

W karczmie Bolesław wydawał już ostatnie rozkazy.
– Jak ohydnie cuchnie! – żachnął się kasztelan Janko, powracający spod zamku.
Książę spojrzał znad stołu na dowódcę swych wojsk.
– Czuję w powietrzu, że smolarze już się sprawili, co?
– Tak książę, możemy zaczynać. – potwierdził Janko, któremu podano w międzyczasie puchar wina.
Książę zwrócił się z kolei do siedzącego naprzeciw wojewody poznańskiego.
– Jak długo jeszcze wytrzymają, panie Przedpełku?
– Przed zachodem przyślą posłów z białą chorągwią.
– Trzeba się tedy spieszyć, jeśli mamy ich wyprzedzić – zauważył kasztelan kaliski.
– A zatem panowie – Bolesław wstał, odczekał, aż zrobią to pozostali i dziarskim krokiem wyszedł na środek izby – czas na nas, co. Widać w tym dymie wprawdzie wiele nie będzie, ale i tak na koniec sabelowego gniazda chcę popatrzeć.
– Mości kasztelanie! – zatrzymał się jeszcze przy Janku – a przypilnujcież mi, by nie doszło tam do rzezi…

V.

Na te same dymy spoglądali z Winnej Góry stłoczeni miedzy drzewami Sulęcinianie i pilnująca ich drużyna kaliska.

Najbardziej lamentował karczmarz Szymon, Żyd, którego draby obozowe siłą przywlekły z miasta dopiero przed południem:
– Oj joj, no i na cóż ty Panie dałeś mi tak dobre oczy? – po to bym teraz widział ten dym pod zamkiem? Tam z boku stała sobie spokojnie jeszcze rano moja karczma, o którą od trzydziestu pięciu lat dbałem tak, jak, wybacz mi Panie, nie dbałem nawet o me nieszczęsne dzieci i żonę. Ach i po cóż ja, na moje nieszczęście, to czyniłem?
Rudawy bękart, na którego wołano różnie, w zależności od pory roku, dnia i humoru, biegał znudzony za Żydem i urągliwie mu wymyślał:
– Żydzie, Żydzie, na kolację pieczeń bydzie!
– No i po cóż mi Panie dałeś jeszcze dobre uszy, abym to słyszeć miał…?! – odpowiadał jeszcze głośniejszy lament.
Zmierzający z gorącą strawą do Szymona kupiec Gotlieb, zaszedł chłopaka z tyłu i złapał za uszy.
– A mam cię darmozjadzie…! A masz ty…! – fachowo jął targać dokucznika za kołtuniasty łeb i obijać gdzie popadło.
Zwinny i wyćwiczony chłopak szybko wywinął się z tej opresji. Podkasawszy obszerną baranicę, uciekał kłapiąc drewniakami, że tylko świeciły gołe, brudne łydki.

Szymon zafrasowany nie chciał jeść. Zaraz obok swe koczowisko miała rodzina piwowara, Ulryka. Jego mały synek, Hansik, zdziwiony popatrzył na marniejącą strawę i pociągnął matkę za spódnicę.
– A czego on nie je?
– Bo jego dzieci i wnuki zgubiły się w lesie, a Polacy jak złapią małe Żydki, to pieką je w piecu i zjadają na kolację jako największy przysmak.
– A nie gadałabyś byle głupstw! – krzyknął na żonę Ulryk, ale kobieta spojrzała nań tak zatroskanym wzrokiem, że machnął tylko ręką i ująwszy pełen dzban, podszedł do karczmarza.
– No, masz ci Szymonie. Żyd żeś, ale zawszeć teraz nasz, sulęciński – trącił go by wypił choć trochę – Może twoim udało się uciec? Ho, ho, teraz oni pewno już za Odrą…?
Szymon spojrzał smutno na sąsiada:
– A bo to tam, myślisz panie Ulryk, Żydom jest lepiej?
A rudzielec psocił już w drugim końcu obozu. W tej niecodziennej sytuacji matki solidniej niż zwykle pilnowały swe dzieci i nie pozwalały ani na krok oddalać się od siebie. Mały hultaj ganiał więc sam, z konieczności miedzy samymi dorosłymi.

Szewc Rudolf, radny miejski zwołał swój cech, najliczniejszy w mieście, na skraj lasu, na przeciwległym od miasta stoku.
– Musimy coś postanowić – zaczął. – To już koniec kampanii, Polacy panoszą się, a my sami jeszcze nic nie zrobiliśmy…
– Ktoś zabił w lesie paru zakonników – zauważył młody Anzelm, zięć mistrza Albrechta – Nie polepszy to stosunków księcia z komandorem…
– Podobno zakon poselstwo do księcia wysłał. O litość chcieli błagać.
– A niech to! Honor zupełnie postradali. Kto posłował?
– Brat Gwido…
– Zresztą nieważne… Nie wyręczajmy się losem, nie naszą to będzie zasługą, gdy przez te trupy do czegoś dojdzie…
– Może to sukiennicy? – nie dawał za wygraną Haszek, uciekinier z Czech, którego margrabia Otto osadził w Sulęcinie – W końcu oni najwięcej zyskali na spaleniu Międzyrzecza.
– Nie – zaprzeczył Rudolf – Za dużo wśród nich Słowian i Polaków. Przecież ten ich Bogusław sam stamtąd przybył… Oni nic zresztą nie robią, jeno rozpaczają. Pewnie wszystko stracą – uśmiechnął się – Było im tu po co przyjeżdżać…! Słuchajcie – intrygująco zwiesił głos, po czym z entuzjazmem odkrywcy dokończył – myślę o podpaleniu obozu na Gołębiej Górze…!
– A ty tu czego! – ryknął naraz Anzelm próbując pochwycić rudzielca, ale poślizgnął się – To ten Hanek, bękart topielicy – wyjaśnił pozostałym, grożąc małemu zaciśniętą pięścią.
Chłopiec zatrzymał się w bezpiecznej odległości i krzyknął:
– Książęcy mają czarownicę, złapią was i upieką na kolację, już ogień rozpalili. Ho, ho, jaki duży ogień, taki wielki dym – pokazał rozkładając ręce i czmychnął między drzewa.
– Zostaw ścierwo – Rudolf przytrzymał swego syna, zamierzającego za nim pognać. – Głupek, nie zdradzi… Ale trzeba z nim pogadać, jak się to wszystko skończy. Tego tylko brakuje, by się tu w Sulęcinie spolszczył…

Biwak sulęcińskich mieszczan nie składał się z tak solidnych legowisk jak te na Gołębiej Górze. Raz, że w lesie nie było zasp, nie było też potrzeby ochrony przed wiatrem. Wykorzystywano za to nikłe już resztki umocnień pogańskiego grodu. Ci, co zostali przygnani przez oddział Miedzyrzeczan dopiero rano, odszukiwali swych powinowatych, biwakujących tu dłużej, bądź z konieczności, żywili nadzieję przeczekania szturmu wprost na śniegu, tak jak stali. Wszyscy zdawali sobie sprawę iż najpóźniej następnego dnia w południe wrócą do miasta. Problem był tylko w tym, czy zastaną tam prócz zgliszcz, coś, w czym da się zamieszkać, choćby do końca zimy?

Głodny już Hanek podkradł się ku biwakowi wójta, kowala Gerlacha. Tu zawsze udawało mu się – któryś z kowalików, czy jakaś dziewka służebna często ukradkiem dokarmiali go. Jak mówiono w mieście, syn Bawarczyka Witigo, prócz imienia i stanowiska, dostał od poprzedniego prepozyta jeszcze służącą, matkę Hanka.

Chłopak zatrzymał się kilkanaście kroków od celu. Miast kowalików i dziewek ujrzał kilku opatulonych w futra mężczyzn. Wśród nich był też wójt.

Kowal skończył właśnie opowiadać o wizycie zakonników i zachęcał do zajęcia stanowiska wobec ich rozkazów. Jego rozmówcy to była miejska elita, stanowiąca niemiecką frakcję w Radzie Miejskiej: kupiec August, przybyły z Westfalii, Rajmund Prowansalczyk, zarządzający w imieniu komtura winnicami, ożeniony z siostrą Gerlacha Judytą, i Konrad, drugi po Rudolfie przedstawiciel cechu szewców w Radzie. Towarzyszył im Fryderyk, dowódca straży miejskiej.
– To hańba u Polaków o łaskę się dopraszać – Konrad był oburzony – Niech lepiej już spalą miasto, i tak niczego dobrego nie możemy się po nich spodziewać.
August gwałtownie zaoponował:
– Wy szewcy, chcecie, by wasze swary z sukiennikami miasto zniszczyły. Co nam przyjdzie po spaleniu Sulęcina – straty jeno i poniewierka. My kupcy, nauczyliśmy się jakie korzyści płyną ze zgody…
– Straż wartko skrzyknę – zadeklarował Fryderyk – możemy gasić.
– Po prawdzie, nie honor to na taką łaskę wroga się zdawać, ale racja niechybnie przy naszym Auguście… – podsumował zafrasowany Gerlach – Przede wszystkim trzeba nam miasto ratować. Gdy stracimy winnice i warsztaty, nic nie skorzystamy na spaleniu Międzyrzecza. A i przewagę przy polskiej pomocy, rychło możemy tamtym oddać.
– Nic dobrego z tego nie wyniknie – ponuro wyobraził sobie taką przyszłość Konrad.
– Właśnie! – podchwycił Rajmund – Mówisz zatem zacny Fryderyku, że trzymasz mimo tego wszystkiego co się dzieje straż w gotowości?
Gerlach spostrzegł Hanka.
– A chodźże tu smyku – przywołał go. – Bękart tyś polski po dziadzie i po matce, możesz się teraz im za to wszystko odpłacić, ha, ha – roześmiał się jak z dobrego żartu i skinął na służącą – A nakarm nam tego biedaka. Może Bóg da, że coś jeszcze z tego wyrośnie?

Niedługo potem chłopak najedzony już, znowu hasał po obozie. Nagle z kłębów czarnego dymu nad miastem strzelił w górę olbrzymi płomień. Z ust oglądających to ludzi wydobył się jęk.

Bogusław, sukiennik, zaczął rozpaczać:
– Tyle dobra, tyle dobra na zatracenie…!
– Dziwisz się? – zakpił mistrz Albrecht – Nałęcz mści się za swoje warsztaty sukiennicze. Nie chce wam oddać pierwszeństwa, choć też żeście Polacy.
W kotlinie było już zupełnie ciemno. Po trochu że już zapadał wczesny, grudniowy zmierzch, głównie jednak od dymu i płatów sadzy, od których było gęsto w powietrzu. Za rynkiem niebo gorzało krwiście. Ognisty słup przypominał olbrzymi piorun od nieba do ziemi rozcinający horyzont na dwie połowy. Nie kołysał się, nie zmieniał odcieni – stanął i tak stał nad wszystkim co istniało.
– I na cóż teraz te waśnie mistrzu Albrechcie? – pokiwał głową Bogusław – Módlmy się lepiej o nasze miasto!
Biedniejsi Flamandowie, których komandor lubuski niedawno dopiero sprowadził do Sulęcina, otoczyli obu swarzących się mężczyzn. Posypały się pretensje:
– To przez wasze waśnie wszystko…
– Cały dobytek nam ci Polacy spalą!Po to tu przybyliśmy?
– Czemu Rada nie prosiła o darowanie miastu?
– Co nam do tego czy książę, czy margrabia… Z czego wyżyjemy do lata?
Dołączyły się i kobiety:
– Co będzie z dziećmi?
– Nie ma gdzie strawy przygotować, ni szat jak wyprać.
– Na zabijaków naszych i własnych synów wyprowadzicie! Na zatracenie Bóg tu nas sprowadził! – histeryzowała jakaś bardziej pobudliwa.
Albrecht spojrzał Bogusławowi w oczy. Chwile mierzyli się spojrzeniami, wreszcie Niemiec powoli zaczął mówić:
– W południe byli zakonnicy, ponoć wyjednali u książęcego kapelana, że ludzie będą mogli nie dopuścić ognia do miasta.
Stojący wokół mieszczanie pochwycili tę nowinę:
– Jazda, do gaszenia! Na co czekamy?! Wiwat Bolesław! Ratować co się da…
Z tyłu Rudolf i Konrad nie kryli dezaprobaty:
– Hołota, gotowi wszyscy lecieć na wezwanie Bolesława!
– Fryderyk mądrzej by już tam gasił…
– Czego chcesz, więcej się uratuje, więcej ściągniemy do kasy podatków. I to od Polaków. Ściągniemy tu jeszcze ich trochę z Międzyrzecza i na wieki będziemy pierwszym miastem na pograniczu.
– Tak, jakoś będziemy musieli się jednak z nimi dogadać…
Zatętniły kopyta końskie. Na drodze prowadzącej z miasta ukazał się jeździec w płaszczu zakonnym. Ujrzawszy zebranych, nie dojeżdżał już do nich, tylko zawrócił konia, krzycząc:
– Zamek padł! Na rozkaz komtura – wszyscy do gaszenia pożaru, za mną!

1 thought on “1269 (3)”

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.