Radek Wiśniewski
#Kroniki_Nadziei_2020
Jesce som wirusy, synku. I jakoś ich obecność nakłada się z twoimi pytaniami o to “cy wsyscy umarnom” , i co potem. Jakoś staram się za wiele nie sprzedawać Ci koncepcji teologicznych, bo wolę słuchać twoich intuicji. Nawet za dobrze nie wiem co potem i co przedtem. Życie, żywioł jest mądrzejsze do wszystkiego co się mówi, wymyśla na jego temat. A nie chcę ci opowiadać pierdół o tym, że wszyscy pójdziemy do aniołków. Bo ja nie znoszę taniej angelologii, jaka opanowała nam popkulturę i sprawiła, że jakiś tajemniczy wysłannik-nie-z-tego-świata stał się figurką jak słonik na szczęście. To opowiem ci taką historię, o mnie i o Krzywym. Pamiętasz Krzywego? To mój przyjaciel, ten sam, z którym spaliśmy kiedyś w namiocie i żeby nie było zimno, zawinęliśmy w dresy kamienie z ogniska i dresy Krzywego się spaliły. Lubisz tę historię tak bardzo, że kazałeś sobie opowiadać ją zamiast bajki na dobranoc kilka razy.
Ta historia jest mniej efektowna. Nie ma w niej spalonych portek. W zasadzie nic nie ma efektownego, ale posłuchaj. To było w czasach kiedy już, zdaje się, Krzywy był na doktoracie w Krakowie, a ja z Krakowa wróciłem do miasteczka Brzeg, które jest moim miejscem na ziemi. Mimo, że w nim fizycznie nie mieszkam. Było ciężko. Jak się wraca po przygodzie takiej jak studia w Krakowie na UJ, na tej słynnej psychologii, gdzie było 21 osób na miejsce, a ty się dostałeś, to wlecze się za tobą cień pytania, którego nikt nie zadaje, a jednak, które wisi: “co poszło nie tak?” No nie było łatwo. Krzywy wpadł na weekend chyba, zadzwonił, że jest, no to mus się zobaczyć. Poszliśmy nad Odrę, na Kępę Młyńską i na skraj Wyspy Jeżynowej. Na te ostatnią przy niskich stanach rzeki kiedyś można było przejść po śliskich kamieniach jakimi wyłożony był boczny stopień wodny. Ale wiosną woda płynęła wartko jednym i drugim stopniem. Zalegliśmy więc na brzegu w zazielenionej trawie, było chyba dosyć ciepło. Mógł być koniec marca, początek kwietnia. Może jakaś Wielkanoc czy coś. Rozmawialiśmy o Bogu.
Tak. Patrząc na rzekę, rozmawialiśmy z przyjacielem o Bogu i świata urządzeniu. To było jak niespieszne składanie puzzli, w zasadzie nic nie wymyślaliśmy, ani nie odkrywaliśmy, ale porównywaliśmy, co kto ma w ręku, jaki to kawałek i do którego kawałka w ręku drugiego pasuje. To się zdarza w bardzo bliskiej zażyłości, że ma się dużą część myśli wspólną, jak pudełko jednych puzzli. Trzeba się tylko spotkać, dać czas rozmowie, jak rzece i wszystko się elegancko układa. Życzę ci synku, żebyś chociaż raz w życiu takiej przyjaźni doświadczył. To jest po prostu miłe, daje poczucie ulgi, wspólnoty, niewymienialnej na żadne skarby tego świata. I z tych puzzli w ciągu godziny ułożyliśmy przekonującą teologię, w której były ślady bluesa, jazzu i muzyki symfonicznej w tej części, w której mowa była o pozornej sprzeczności wolnej woli człowieka z wszechmocą Bożą i Jego wolą. Blues jest ważny.
Na sam koniec coś nam się zaczęło układać z tymi aniołami. Bo w naszych puzzlach było miejsce na posłańca, ale nie na te odpustowe kukły. I jakoś tak słowo do słowa, nie wiem kto, co powiedział pierwszy, gdyż jak wspomniałem – puzzle z jednego pudełka żeśmy układali. I chyba Krzywy powiedział pierwszy coś takiego:
– Stary, a jeżeli tej obrazkowej postaci nie odpowiada żadna istota?
– Noooo, że niby tak jak tam ludzie personifikowali wiatr czy morze jako zdenerwowanego dziada, to…
– O to, że mamy wyobraźnię, do której przemawia się osobowo, bo wokół osoby, wokół ja, kręci się całe nasze życie, inaczej byśmy nie zakumali, co się do nas mówi.
– Ta, i piszący w natchnieniu tego nie wiedzieli, ale czuli…
– Pamiętasz, co mówił Kłocz na jednym z wykładów? Że język biblijny nie znosi abstrakcji, zawsze ma konkretne odniesienie, nie ma otyłości jako takiej, ale są grubasy…
– Co jedzą same kiełbasy…
– Taaaak, kiełbasy – tutaj zaśmialiśmy się obaj, bo Krzywy zrobił minę, jakby zjadał wielką kiełbasę.
– Czyli co? Nie ma istoty, tylko osobowe przedstawienie czegoś?
– Funkcja, nie istota!
– Czyli liczy się, co robisz, w imię czego, kogo robisz, nie ma innego Posłańca
– Ty jesteś Posłańcem…
– Nie, Ty!
– Raz ty, raz ktoś inny, jest rola, która krąży między ludźmi, rola anioła. Raz aniołem jest ostatni chuj, bo go dopadła, a ten kto miał być aniołem i całe życie się na anioła uczył, okazuje się być ostatnim chujem, bo nie podjął roli, ale rola musi byc wypełniona, więc ona szuka swojego wykonawcy
– Aha, a Duch wieje, kędy chce…
Tak rozmawiając powstaliśmy z trawy i żeby nie wracać tą samą drogą, poszliśmy wzdłuż brzegu rzeki w stronę młyna. Na niewielkiej plaży, łasze piasku wpadliśmy na faceta w jasnym garniturze. Zamilkliśmy nagle, stanęliśmy jak wryci, bo coś w nim było, w tym facecie dziwnego. Spojrzał nam w oczy, ale nic nie mówił. Miał w ręku parasol, taki z czubkiem, złożony. A dzień był słoneczny, nie zapowiadali deszczu. Po chwili odwrócił się i skupił się na tym, co robił, zanim na niego wpadliśmy. Pisał końcem parasola jakieś znaki na piasku.
Kiedy go minęliśmy i był już daleko, obaj wybuchnęliśmy niepohamowanym, przestronnym, jakby powiedział Stachura, śmiechem. Takim śmiechem, który dopada Cię wtedy, kiedy bezwiednie przekroczysz jakąś granicę. Na przykład paradygmatu poznawczego. Nie podjęliśmy już tematu aniołów. Nigdy.
Ale dzisiaj często o tamtej rozmowie myślę, kiedy pytasz mnie o wirusy i “cy wsyscy umarnom”. Myślę, że kiedyś tak, wszyscy umrzemy, i wiem, że muszę ci jakoś to wyjaśnić. Ale może nie teraz. Ktoś nad nami czuwa, ktoś podejmuje rolę. I jak pouczał nas Kłocz na studiach – zarówno anioł jak i diabeł istnieją i mają się dobrze. Jeden i drugi zaś zadziwiająco jest podobny do człowieka, mówił Kłocz.
Zadziwiająco.



Kochani, dziwne te święta, chociażby dlatego, że nawet my, single, święta jednak spędzaliśmy z kimś, z rodziną, z przyjaciółmi. Ci co mieszkają rodzinnie, w związkach, we wspólnych mieszkaniach, nie mają problemu, ktoś będzie koło nich. Ale my, single?
Taki więc mi przyszedł pomysł, ukradziony, przyznaję, ze strony 





Wszyscy pamiętamy, jak nie my sami, to powiedzieli nam nasi rodzice lub nawet dziadkowie, o słynnej audycji profesora mniemanologii stosowanej, satyryka Jana Tadeusza Stanisławskiego pod zbiorczym tytułem O wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiejnocy. Audycje były na zupełnie inny temat, ale tytuł trwał i oddawał to, co myśli prawie każdy: Boże Narodzenie jest lepsze od Wielkiejnocy. Tymczasem tak naprawdę to Wielkanoc jest najważniejszym świętem nie tylko katolickim, ale chrześcijańskim, bo to od męczeństwa, śmierci i zmartwychwstania Jezusa zaczęło się Chrześcijaństwo. To oczywiście symboliczne, bo wiosna to początek życia. Starożytny Nowy Rok. Jako archeolożka przypomnę, że większość religii swój początek zapisuje w czasie zbliżonym do wiosennego zrównania dnia z nocą. Wielkanoc też się wiąże z tą starożytną rachubą czasu, święci się ją w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca. Ostatnia pełnia była w środę 8 kwietnia (różowa pełnia).


Zadzwoniłam do wielu znajomych i przyjaciół. Zapytałam, jak spędzą święta. Wielu wyjechało do Polski, ale oczywiście nie wszyscy, bo to już nawet nie chodzi o nich samych, ich przyjazd oznacza, że i ich rodzina podlegać będzie dwutygodniowej kwarantannie. Surowej i surowo pilnowanej przez policję i służby porządkowe.
Polnische Kirche
Mały Książę, polnische Lebensmittel



Lubię dzielić się historyjkami o naszych rajach. Tym bardziej, że Przyjaciel prezentuje poczucie humoru dość – powiedziałbym – jak na księdza… hmm… niekonwencjonalne. Które mnie skądinąd wybitnie pasuje.
