Billy Wilder

Tak się czasem zdarza, że nasze myśli spotykają się gdzieś poza nami. W książce, którą akurat czytałam (Judith Schalansky, Verzeichnis einiger Verluste), której fragment we wtorek TU cytowałam, była na stronie 108 maleńka wzmianka o Billym Wilderze, a w indeksie osób informacja, że urodził się w Suchej. Pomyślałam, że muszę zapytać Elę Kargol, czy chodzi o tę Suchą, do której ona co roku jeździ, bo stamtąd pochodzi jej rodzina. Ale nie zdążyłam. Weszłam bowiem na Facebooka, a tam…

Ela Kargol o nim napisała. Potem kilkakrotnie ten tekst przerabiała, aż  powstał taki wpis:

Billy Wilder ze Suchej

Fejsbuka używam aktywnie od kilku lat. W Suchej Beskidzkiej bywam trzy razy w roku, czasem częściej, ale nie przyszło mi nigdy do głowy, aż do lipca 2020 roku, żeby oznajmić światu, że Sucha była miejscem, gdzie na świat przyszedł Samuel Wilder, nazwany przez swoją mamę Billiem, prawdopodobnie na cześć Buffalo Billa. W 1906 roku widowisko, które wyreżyserował Buffalo Bill Wild West Show pokazywano na terenach dzisiejszej Polski, między innymi w Krakowie, Tarnowie, Bielsku-Białej. Jest prawdopodobne, że Eugenia, już chyba wtedy Wilder, oglądała z zachwytem to przedstawienie o Dzikim Zachodzie. Do Samuela mówiła z niemiecka Billie, później dopiero został Billym. Po krótkiej fejsbukowej notce, że Billy Wilder jest ze Suchej, odezwali się fejsbukowi przyjaciele z komentarzami, że nie tylko Billy jest z Polski, wtedy jeszcze Austro-Węgier, ale wielu innych artystów i twórców Hollywood i z Hollywood ma polskie lub zaborowe korzenie. Najbardziej zaskakującym zdarzeniem i komentarzem były słowa adminki, która w momencie, gdy ja pisałam o Billym, o nim czytała i chciała mnie właśnie zapytać, czy ja to wiem, że Billy Wilder urodził się w Suchej Beskidzkiej: „Ela! To niemożliwe! Ja dziś rano odkryłam, że Wilder urodził się w Suchej i chciałam Ci to napisać, wchodzę więc na FB, a tam Ty o tym piszesz!!!!“

Wyprzedziłam jej pytanie fejsbukową odpowiedzią.

O tym, że Billy Wilder, mistrz światowego kina, urodził się w Suchej (Suchą Beskidzką została dopiero 1965 roku) wiedziałam od zawsze, a na pewno od roku 1996, od wtedy, gdy cały świat się o tym dowiedział, a jedną z ulic w Suchej Beskidzkiej nazwano ulicą Billy’ego Wildera.
Pamiętam dzień, gdy tata usłyszał o tym ważnym dla bliskiego mu miasta wydarzeniu w jakichś telewizyjnych wiadomościach. Byłam wtedy w pokoju, ale nie słuchałam głosu z telewizora. Ojciec powiedział, że bardzo znany amerykański aktor przyjedzie do Suchej i może da jakieś pieniądze miastu.
Billy Wilder do Suchej nie przyjechał.Już wtedy miał 90 lat, a miasto Sucha niewiele od niego starsze obchodziło setny jubileusz nadania praw miejskich. Odłożył przyjazd na wiosnę następnego roku, ale zdrowie nie pozwoliło mu przylecieć do miasteczka, w którym “wszystko się zaczęło. Podobno był bardzo wzruszony faktem, że w rodzinnym mieście nazwano ulicę jego imieniem i nazwiskiem. Wtedy w Suchej reprezentował go jego przyjaciel, Zbigniew Karol Rogowski, dziennikarz, publicysta, i krytyk filmowy, który całą sprawę nagłośnił i doprowadził do końca, albo początku, jak kto woli.

Ulica Billy’ego Wildera znajduje się niedaleko suskiego dworca, w górnej Suchej, tam gdzie Billy spędził dzieciństwo, a jego rodzice prowadzili dworcową restaurację albo tam gdzie mieszkali i mieli może cukiernię i prawdopodobnie tam, gdzie Billy przyszedł na świat. Pewnych faktów nie znam, w internecie krążą sprzeczne wiadomości. Często wymieniany jest budynek dworca w Suchej Beskidzkiej jako miejsce restauracji dworcowej Wilderów. Jeśli rzeczywiście to ta restauracja, to pamiętam jej elegancki jeszcze wystrój, kelnerów jakby przedwojennych i to, że rzadko tam zaglądaliśmy ze względu na wysokie ceny. Do autorki jednego z rozdziałów książki Billy Wilder, mistrz kina z Suchej Beskidzkiej, pani Barbary Woźniak, nie mogłam dotrzeć, z muzeum suskiego otrzymałam kopię artykułu, z którego pani Woźniak prawdopodobnie korzystała. I, jak sama pisze, jedynym namacalnym dowodem, że Billy Wilder urodził się w Suchej Beskidzkiej, są notatki suskiego lekarza, doktora Karola Spannbauera, który leczył małego Samuela.

billy trybuna ślaska

Matka Billy’ego pochodziła z Nowego Targu, jej rodzice pracowali w branży restauracyjno-hotelarskiej, Ojciec był z Krakowa. Po ślubie zaczął prowadzić interesy z rodziną żony, otwierali kawiarnie i restauracje przy dworcach i na trasie Galicyjskiej Kolei Transwersalnej. Otwarcie tej linii kolejowej, w której budowie uczestniczyli też mój prapradziadek i jego koń, przyczyniło się do wszechstronnego rozwoju miejscowości przy trasie kolejowej, szczególnie przy dworcach, gdzie zatrzymywał się pociąg. Powstawały mieszkania dla pracowników kolejowych, rozwijał się handel. A ponieważ pociągi stały dłużej, niż jest to praktykowane obecnie, choć jeszcze dzisiaj przepina się na niektórych przystankach lokomotywę, podróżni chętnie korzystali z dworcowych jadłodajni, restauracji, kawiarni. Mały Billy pamięta, że Sucha musiała być dużym węzłem kolejowym, że postoje na dworcu podróżni wykorzystywali na krótki posiłek, a pracownik dworca dzwonkiem oznajmiał koniec postoju, a tym samym i posiłku. Billy oprócz Suchej zapamiętał Kraków i hotel, w którym grał w bilard, Nowy Targ, gdzie spędzał wakacje u dziadków, już po wyjeździe do Wiednia. Być może, że wracał do Suchej, albo przez nią przejeżdżał lub zatrzymywał się na krótki posiłek w dworcowej restauracji.

Billy Wilder zmarł w 2006 roku w Los Angeles i został tam pochowany. Do Suchej Beskidzkiej już nie przyjechał. Sucha o nim pamięta i jest dumna z faktu, że Billy Wilder tu się właśnie urodził. Organizuje się festiwale filmowe i wystawy. W stulecie urodzin oprócz przeglądu filmowego odbyły się też wybory sobowtóra Marylin Monroe, aktorki nie do końca lubianej przez reżysera Pół żartem, pół serio. W 105 urodziny reżysera wmurowano płaskorzeźbę w płytę suskiego rynku, upamiętniającą Wildera, a obok niej postawiono drogowskaz na którym wymienione zostały cztery miejsca: Wiedeń, Berlin, Paryż i Hollywood.

Szukając śladów Samuela Wildera spotkałam panią, która dokładnie wiedziała, gdzie mieszkała Maria Konopnicka, ale też przypomniała sobie opowieści swojej babci, która znała Billy’ego Wildera i opowiadała, jak przyjeżdżał do Suchej z żoną i ta żona była taka… i tu nie umiała jej określić, albo nie umiała przypomnieć sobie słów babci, ale wiem, że chciała powiedzieć coś sympatycznego o żonie Billy’ego.
Ale nie wiem, czy pani miała bujną wyobraźnię, czy po swojemu interpretowała wspomnienia babci, czy też jeszcze wiele tajemnic kryje życiorys Wildera. Pokazała mi też miejsce, gdzie była bożnica, której nadaremnie szukałam i żydowskie kamienice. Bożnica była nad rzeką Młynówką, częściowo zasypaną, a częściowo schowaną za Karczmą Rzym, którą to karczmę Billy musiał znać. Dom modlitwy zbudowano dopiero w 1914 roku, a więc już po wyjeździe Wilderów do Wiednia. Przedtem suscy Żydzi należeli do Gminy Wyznaniowej Żywiec-Zabłocie. Billy musiał znać zamek, wtedy niedostępny, ze wspaniałą biblioteką ówczesnych właścicieli Branickich, może bywał z mamą na suskim jarmarku, tak jak mój dziadek ze swoją mamą.

Naprzeciwko dworca jest stary budynek, pamiętający jeszcze czasy zaborów. Od zawsze była w nim karczma, restauracja. W tej chwili też, Kebab Ahmed, najbliższa jadłodajnia przy dworcu. Czy prowadzili ją Wilderowie albo ktoś z ich rodziny?

Kto mógł przypuszczać, że te pięć lat życia Billy’ego i te pięć lat z życia miasta będą tak ważne dla ustalenia faktów z życia artysty.

Może lepiej wszystkiego nie wiedzieć i dalej szukać.


A tu ów tekst autorki z Facebooka: Billy Wilder urodził się w Suchej Beskidzkiej. Jego rodzice prowadzili restaurację dworcową. Jeśli była to restauracja na piętrze, to jeszcze ją pamiętam, oczywiście tę dużo późniejszą. Inne źródła podają, że mieli cukiernię przy dworcu, którą chcieli przekazać w przyszłości synom.
Skończyło się na planach.
Wyjechali do Wiednia, a synowie nie wyrażali chęci sprzedaży ciastek.
Billy Wilder mieszkał jakiś czas w Berlinie, później wyjechał do Hollywood. W Suchej Beskidzkiej obok płaskorzeźby wmurowanej w płytę suskiego rynku, upamiętniającej reżysera, stoi drogowskaz wskazujący miejsca, z którymi związany był twórca takich filmów jak “Słomiany wdowiec”, “Pół żartem, pół serio”,”Garsoniera”, “Bulwar Zachodzącego Słońca” i wielu innych.
W Suchej jest też ulica Wildera, imię nadano jej w 1995 roku, Wildera zaproszono, ale z powodów zdrowotnych nie przyjechał. Podobno się wzruszył.
W Suchej odbywają się festiwale z jego filmami, od jakiegoś czasu Sucha jest dumna z Wildera, choć jeszcze dzisiaj na murach domów można zobaczyć antysemickie bazgroły.

Wikipedia: Nazywał się Samuel Wilder. Urodził się 22 czerwca 1906 roku. Zmarł 27 marca 2002 roku w Los Angeles. Jego ojciec Max Wilder był właścicielem krakowskiego hotelu „City“ i wielu restauracji dworcowych w okolicach Krakowa.
Uważa się go za twórcę pewnego nader indywidualnego stylu komedii filmowej. Jednak najbardziej znane jego filmy to nie tylko komedie jak Pół żartem pół serio, Raz, dwa, trzy czy Słodka Irma, lecz również dramaty: Bulwar Zachodzącego Słońca, Stracony weekend, Świadek oskarżenia, Garsoniera.
W ciągu pół wieku stworzył ponad 60 filmów. Był 21 razy nominowany do Oscara, a sześć razy otrzymał tę nagrodę, w tym w roku 1961 jednocześnie jako producent, scenarzysta i reżyser filmu Garsoniera.

Jeden z komentatorów na FB: Na Victoria-Louise-Platz w Berlinie jest tablica na domu, w którym mieszkał “odkrywca” Marylin Monroe… 🤔

Ela: podobno bardzo jej nie lubił. Spóźniała się, była rozkapryszona, zapominała tekstu. Wątpił w jej talent i intelekt. Po nakręceniu z MM filmu Pół żartem… miał powiedzieć: “Rozmawiałem z moim lekarzem i psychiatrą – obaj powiedzieli mi, że jestem zbyt stary i zbyt bogaty, by ponownie przez to przechodzić”.

Adminka: W każdym razie ma w Berlinie i tablicę pamiątkową, i ulicę, a raczej promenadę.

Z wolnej stopy (7)

Zbigniew Milewicz

Na gapę przez życie

Moja przygoda z kryminalnym światem zaczęła się w liceum, od czytania powieści kryminalnych. Tytuły i autorzy już ulecieli mi z głowy, ale pamiętam, że zło zawsze było udziałem przestępców, a dobro po stronie stróżów prawa. Na czwartym roku studiów slawistycznych zamieszkałem w krakowskim „Żaku“, akademiku, z przyszłymi prawnikami i te pojęcia mi się trochę przemieszały. Na piątym natomiast, za politykę, poszedłem na miesiąc do kryminału i poznałem go od środka. Kiedy więc zacząłem w Dzienniku Zachodnim pisać “moje kryminałki”, to już nie byłem kompletnym amatorem, ale jak je dzisiaj czytam, to mi często głupio. Widzę młodzieńczą pychę autora, naiwność osądu, błędy gramatyczne… Dzisiaj na przykład historię Maksia napisałbym zupełnie inaczej, wtedy zakpiłem z bezdomnego i wstyd mi za to.

Pisaniem sądowych felietonów zajmował się za moich czasów w Dzienniku red. Marek Wydra, elegancki, starszy pan, zawsze pod muchą, albo krawatem, który publikował swoje teksty pod pseudonimem Marcin Prawda. Mnie początkowo musiały wystarczyć materiały, które uzyskiwałem z milicji, niekiedy jakiś smakowity kąsek podsunął mi mecenas Berezowski, albo Lolek Zahraj, który pracował w Prokuraturze Wojewódzkiej, z czasem jednak wywalczyłem sobie dostęp także do akt sądowych. Bohaterowie moich materiałów zwani byli w PRL-owskiej propagandzie ludźmi z marginesu, dla podkreślenia, że większość społeczeństwa jest zdrowa moralnie – nie kradnie, nie oszukuje ani broń Boże zabija, tylko owocnie pracuje dla dobra swojego kraju, a swój wolny czas spędza godziwie, przy herbacie i ciastku. Nikt jednak nie informował, jaki jest rozmiar owego marginesu. A ja, nawet gdybym to wiedział i napisał, to zaingerowałby cenzor, z powodu szkodliwych ustrojowo uogólnień, więc wystarczyło mi, że relacjonuję poszczególne przypadki społecznej patologii. Oto kilka dawnych tekstów z tego podwórka:



Fartuszek

Ewa Maria Slaska

Podczas kwarantanny przyzwyczailiśmy się do tego, że dzień składa się z pracy w domu, sprzątania i porządkowania, zakupów, spaceru i filmu na netflixie. Nawet książki okazały się nie tak ważne, jak bycie w domu, bycie razem w domu i w tym domu porządkowanie, jedzenie, spanie i filmy. Kwarantanna minęła, pozostały właściwie tylko maski w metrze i w sklepie oraz nowo odkryta pasja do bycia w domu. Ale konsekwencje są bardziej długotrwałe. Przede wszystkim straciliśmy zainteresowanie dla świata na zewnątrz, dla zgiełku i wydarzeń, które przedtem musieliśmy zaliczyć, ograniczyliśmy konsumpcję, przestały nas interesować “masthevy” i “mastsije”.

To na pewno dobrze, bo znaleźliśmy może nieco ciszy i wewnętrznego spokoju. Ale jednak są też rzeczy, które nam przepadły, które zignorowaliśmy, obok których przeszliśmy obojętnie, których szkoda.

W berlińskim Gropiusbau w ciszy kwarantanny i pokwarantannowej niechęci do czegokolwiek przepadła wspaniała wystawa.

Była cicha, nie dotyczyła niczego spektakularnego, odtwarzała nasz dom. Był więc salon, sypialnia, jadalnia, graciarnia i miejsce, gdzie reperujemy  to, co umiemy zreperować. Teraz myślę, że wystawa Lee Mingwei była profetyczna, bo przecież została zaplanowana na długo przed wybuchem pandemii, a jej przedmiotem było to, co powinno być dla nas ważne, nasza życiowa przestrzeń, nasz dom, nasze przedmioty, nasi przyjaciele i ich losy, losy naszych bliskich, maleńkie prezenty, które możemy sobie nawzajem ofiarować, gdy zaszyjemy komuś rękaw kurtki lub napiszemy do kogoś, że jednak to była nasza wina, nawet jeśli przez całe życie wmawialiśmy jemu, sobie i światu, że to on był winien. Mingwei przypomniał nam, jak ważne jest, byśmy usiedli we dwoje przy herbacie, byśmy napisali do siebie listy, takie ołówkiem czy piórem na papierze, byśmy przyjrzeli się temu, co nas otacza, byśmy naprawili to, co zniszczone i żebyśmy docenili piękno naszego małego, skromnego życia. Wyszłam z tej wystawy poruszona do głębi jej fantastycznym ludzkim przekazem. W czasie pandemii, która przyszła z Chin, chiński artysta pozwolił mi znaleźć równowagę pomiędzy tym, co ważne, a tym co zbędne.

W salonie co tydzień inny zaproszony artysta prezentował… coś. Polska dziennikarka i kolekcjonerka sztuki, Urszula Usakowska-Wolff, prezentowała swoje (i męża) zbiory polskiej sztuki ludowej (maleńki fragment) – zdjęcie Urszula

Ze wszystkich elementów wystawy największe wrażenie zrobiła na mnie kolekcja pudełek z fragmentami czyichś ubrań, do których dołączony był opis… Otworzyłam na chybił trafił jedno z pudełek, zatytułowane Kindergartenschürze, czyli fartuszek do przedszkola.

Okazało się, że jest to polska historia, a fartuszek należał do Kasi. Na fartuszku jest jej imię, ale gdy otwierałam zamknięte pudełko, wcale tego nie było widać. Tak miało być, wybrałam sobie polską historię.

“Fartuszek“, napisała Kasia, “był obowiązkowym elementem stroju dziewczynki w komunistycznym przedszkolu w Polsce. Miał naszywkę z imieniem i kieszeń, w której można było trzymać chusteczkę do nosa, lub schować drugie śniadanie. Mój fartuszek uszyła mi mama. Miałam trzy lata, mieszkałyśmy w Poznaniu, mama była studentką szkoły sztuk pięknych i nie miała pieniędzy. Uszyła więc fartuszek ze swojej ślubnej sukni. Brała ślub, gdy była już w czwartym miesiącu ciąży, a suknię ślubną uszyła sobie z zasłony, która wisiała w mieszkaniu jej mamy, czyli mojej babci. W roku 1980 moja rodzina uciekła do Niemiec Zachodnich Fiatem Uno, a ja zostałam schowana w bagażniku. Mama zabrała wtedy również mój fartuszek, ale nie nosiłam go już więcej, bo w Berlinie w przedszkolu dzieci mogły nosić, co chciały. A mimo to nie mogę się rozstać z moim fartuszkiem.”

Wystawy już dawno nie ma. Ale każdy z nas może ją sobie zrobić na własny użytek we własnym domu, używając elementów własnego życia. Gdybym to ja miała na przykład przygotować eksponat na taką wystawę, włożyłabym do pudełka stary płaszcz mojej mamy, który wciąż jeszcze czasami noszę.


No cóż, zdjęcie ma parę lat. Wtedy protestowaliśmy przed Bramą Brandenburską przeciw Beacie Szydło. Minęło, nawet nie wiem, czy pamiętamy, jaką wstrętną była premierką. Obok mnie moja synowa, a chłopczyk w czapce z białymi uszami misia pandy, to mój wnuk. Nie wiem kto zrobił zdjęcie. Mam na sobie płaszcz mojej Mamy.

Kobiety, morze, architektura

Ewa Maria Slaska

czyli o malarstwie Jarosława Łukasika po wystawie w Zielonej Górze (przed nie zdążyłam, na wystawę też nie zdążyłam)

Najbardziej wzruszył mnie kot Jarka Łukasika, bo u niego w ogóle mało istot żywych, czasem pojawią się widziane od tyłu nagie kobiety, czasem jakaś kobieta bez głowy. Ostatnio przyjrzałam się temu, co u Łukasika się pojawia i zobaczyłam ze zdziwieniem zarówno koty jak i – o zdumienie, o zdumienie – mężczyzn w garniturach i to widziany en face. Jeden z nich to sam artysta.


O Jarosławie Łukasiku już raz i drugi pisałyśmy tu na blogu, Lidia Głuchowska i ja, bo, muszę przyznać, że jego obrazy robią na mnie rzeczywiście wrażenie. Gdybym umiała malować (a nie umiem), to chyba bym chciała malować tak jak Memling, ale jak nie Memling – to Łukasik.


Są więc ludzie i są zwierzęta, ale siłą Łukasika jest świat bez człowieka. Architektura, pejzaż, martwa natura, jedzenie. Za architekturę dostał właśnie nagrodę na Ogólnopolskim Biennale Malarstwa w Bisztynku, w kategorii Architektura.


10 lipca otworzył w Zielonej Górze wystawę (którą po dwóch tygodniach zamknięto), w galerii Pro Arte: Obrazy (nie)codzienne. Ten nawias jest kwintesencją tytułu, bo tematy obrazów Łukasika są jak najbardziej codzienne, to tylko oko artysty ujrzało w nich widoki niecodzienne, biorąc codzienność w nawias. Na potrzeby promocji wystawy Łukasik wygłosił takie świetne, nic nie mówiące zdanie, jakie każdy artysta musi umieć o sobie wygłosić: Obraz to “każdorazowo odmienne domniemanie ufundowane na intuicji, której ostateczny pesymizm skrywa się pod kolorową maską syntetycznych, bądź jak kto woli, surowych i prostych w formie, kompozycji”.
No, nic dodać, nic odjąć. To nie będziemy już nic dodawać.

Szkoda, że wystawa, zanim się na dobre zaczęła, to już się skończyła. Są wakacje, może byśmy dojechali z Berlina do Zielonej Góry.


A tu jeszcze na zakańczenie, zupełnie od rzeczy, dwa obrazy z kotami, które od wielu tygodni tułają się po pulpicie, czekając nie wiadomo na co, na jakąś okazję, do której będą pasowały.

Powyżej Vanessa Bell (1879-1961), Angielka, Pokój z widokiem na ogród, poniżej Henriëtte Ronner-Knip (1821-1909), malarka belgijsko-holenderska, Cat with kittens.

Debiut przed 40 laty

Debiut jest ze stycznia 1980 roku. W życiu jeszcze nic nie zapowiadało tego, co kilka miesięcy później miało się zacząć, a jak przyszło, to przeorało nasze życie i politykę na świecie, a dobre i złe konsekwencje tego, co się zdarzyło, odczuwamy do dziś. W styczniu 1980 roku świat się mógł jeszcze wydawać zwyczajny, ale poeci oczywiście wiedzieli…

Wiersze przypominam zatem w pewnym sensie rocznicowo. Właśnie się zaczynało. 7 sierpnia przed 40 laty wyrzucono z pracy na stoczni Annę Walentynowicz, co stało się początkiem końca PRL-u.

Obok kolumny debiutanckich wierszy Kultura publikuje dyskusję o nowej poezji, w której między innymi zarzuca się młodym poetom, że nie odtwarzają życia, jakie jest, a jest straszne, brudne, szare: zmęczone twarze w tramwajach, pejzaże przemysłowe współczesnej Polski, przeraźliwych nowobogackich, ulice zapełniające się jednakowymi samochodami…
A poezja tymczasem o miłości i śmierci, i naszych korzeniach w tym, co minęło.

Kultura – była tygodnikiem społeczno-literackim, ukazującym się w Warszawie w latach 1963–1981, jej redaktorami naczelnymi byli kolejno Janusz Wilhelmi (do 1973) i Dominik Horodyński. Tygodnik został zawieszony po wprowadzeniu stanu wojennego.

Tibor Jagielski

obraz szkoły flamandzkiej XVI w. “polowanie na dzika”

niepomny przestróg
przyglądasz się starym obrazom
jęk rogu tnie stalowe niebo
czerwone ręce napinają łuki
psy mkną wraz ze spojrzeniami
wiatr targa brunatne opończe
śledzisz martwe jeszcze oszczepy
a już gotowe do ciosu
w niewidzialną zwierzynę
i nagle zrywasz się
sfora wypada na ciebie
i świst pocisków znaczy drogę bólu
ciało pokrywa się szczeciną
a ryj już orzą psie zęby
zwycięski krzyk rogu
niesie się niesie się niesie

sonata

posadzono mnie
w ogrodzie kwartetów smyczkowych
więc siedzę kurczowo ściskając skrzypce
było to zaraz po tym
jak urodziłem zwierzę
wszystkie zmysły mówiły mi że to jest miłość
lecz zwierzę wstało i walnęło mnie w twarz
mówiąc
– no matka
gramy coś o waszym wielkim uczuciu –
teraz jest noc
ono stoi obok
przerzucając strony partytury
chociaż to niepotrzebne
wszystkie nuty bólu znam na pamięć

Średniowieczna uwertura

na trzy palce od horyzontu
namalowałem księżyc
teraz wędruję
prowadzony pędzlem Boscha
z obosiecznym mieczem wyobraźni na ramieniu
przez płócienną równinę niepokoju
a drogi do Twojego zamku strzeże
setka smoków
Czarny Rycerz
Śmierć
a zwłaszcza Ty

Zamach na agape

chwile gdy leżymy obok siebie
pełne są długich łodzi lądujących na brzegu
czerwonych i niebieskich
proszę Cię
zamknij oczy
żebyś nie widziała
jak biegnie czas
z toporem w ręku

Z wolnej stopy 6

Zbigniew Milewicz

Myszy wolą bułki…

Zanim młodemu dziennikarzowi pozwolono napisać jakiś większy tekst, musiał poćwiczyć w kronice miejskiej. Biegałem więc po mieście w poszukiwaniu dziurawych ulic, a tych akurat w Katowicach nie brakowało, zepsutych latarni, zapchanych studzienek kanalizacyjnych, kolizji komunikacyjnych, pijanych już z rana budowlańców i dziesiątków innych tematów, które mogły zainteresować czytelników. Później to trzeba było odręcznie sklecić, przedyktować jednej z redakcyjnych maszynistek i na czas oddać do wstępnej oceny szefowej działu, pięknej, ale wymagającej Zofii Pietrzyckiej. Później materiał lądował w sekretariacie redakcji, przechodził adiustację i razem z tekstami kolegów i koleżanek po piórze docierał do drukarni na Liebknechta. Na kółkach naszego redakcyjnego Fiata 125 p, albo Wołgi, ale ta druga najczęściej była tylko do dyspozycji naczelnego.

Informacje do kroniki miejskiej, w naszym slangu – szpunty, musiały być zwięzłe, tematycznie zróżnicowane, napisane dobrą polszczyzną i oczywiście sprawdzone. Na luksus fantazjowania mógł sobie pozwolić felietonista, ale przyłapanemu na cygaństwie szpunciarzowi groziły konsekwencje w postaci służbowej nagany, obciętej wierszówki, a nawet zwolnienia z pracy. Poza tym kronika miejska była najuważniej czytanym działem gazety, więc przykładaliśmy się do roboty. Tylko, skąd tu było brać u licha ciągle nowe wiadomości, kiedy często w zasięgu wzroku, słuchu i węchu nic szczególnego się działo… Była to zmora, która nękała wszystkich początkujących dziennikarzy, także i mnie. Każdy z nas miał swoich informatorów w różnych miejskich służbach, którzy niejednokrotnie ratowali nam skórę, ale jak i oni nie mieli nic nowego do powiedzenia, to ostatnią deską ratunku był ślepy przypadek. Jemu też zawdzięczałem różne ciekawe materiały, chociażby takie:

Kiedyś obowiązywała taka maniera, że dziennikarz-narrator pisząc o sobie używał liczby mnogiej, co mnie dzisiaj trochę śmieszy i irytuje, ale to było i na szczęście  minęło.

Kilka innych faktów, które przypomniały mi się w trakcie lektury moich starych szpuntów z DZ:

Zdarzyło się, że dosłownie chwilę po moim wyjściu z Domu Prasy w Rynku, na sąsiedniej ulicy, pirat drogowy wjechał w grupę ludzi na przejściu dla pieszych, wśród których był inwalida o kulach, kobieta z dzieckiem i opisujący to zdarzenie. Jakimś cudem nikt z nas nie ucierpiał, kierowca nie zatrzymał się, przejechał obok posterunku milicyjnego w Rynku i zniknął za zakrętem. Udało mi się odnotować numery rejestracyjne pojazdu, nazajutrz w DZ ukazała się stosowna notatka na temat zdarzenia, jednak  jego sprawca nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Kiedy uparcie próbowałem dociec w drogówce, kim był, bez ogródek dano mi do zrozumienia, że na takich tablicach jeżdżą tajniacy i powinienem dać sobie spokój ze sprawą. Tym bardziej, że nie było ofiar.

W 1971 roku swoje dwudzieste szóste urodziny odprawiłem w katowickiej restauracji „Fregata“, w której babcia klozetowa dorabiała handlem wówczas niedostępnymi w sklepach mięsnych… frankfurterkami. Raz łapiąc za ścierkę i wiadro, raz za kiełbaski, zachwalała swój towar nie gorzej od przekupki na bazarze, kazała mi go wąchać i ocenić świeżość, a ja to później opisałem, w szpuncie p.t. Babcia klozetowa i frankfurterki.

Ucząc się dziennikarskiego fachu, starałem się zaopatrywać swoje teksty w dobre tytuły. Jak tytuł jest słaby, to nikt nie przeczyta nawet najlepszego materiału – powtarzali starzy wyjadacze, powołując się na przedwojenną prasę, gdzie  wymyślaniem tytułów trudnili się ekstra fachowcy. Kiedy więc napisałem w nadtytule: Rozpędziła kolejkę, a później: Delikatesowa mysz, wiedziałem, że handel będzie miał do mnie pretensje, ale klienci zastanowią się, zanim przekroczą próg tego sklepu. Chodziło o Delikatesy w centrum Katowic i zdechłą mysz, znalezioną przez ekspedientkę w worku z bułkami oraz o panikę wśród personelu i klientów, która z tego powodu wybuchła, co zrelacjonowałem, jako naoczny świadek zdarzenia. Wtedy kupowałem chleb i pomyślałem sobie: dobrze, że myszy wolą bułki. Ten optymizm mi się skończył, kiedy do redakcji przyszła czytelniczka z połową bochenka, w której zapieczone były bliżej niezidentyfikowane, brzydko pachnące, obce ciała. Wtedy postanowiłem w ogóle zrezygnować z jedzenia pieczywa.

Kronika miejska urodziwej Zofii Pietrzyckiej była dla mnie dobrą szkołą. Pisząc o dziurach w drodze, wypadkach i społecznej znieczulicy nie odkrywałem Ameryki, ale uczyłem się patrzeć trzeźwo na otaczający świat, krytycznie go oceniać i w miarę możliwości definiować. Bardzo mi w tym pomogli w redakcji DZ tacy wspaniali ludzie, jak Bolesław Surówka, Stanisław Kalbarczyk, Kazimierz Skotnicki, Wicio Bieńkowski… Nie byłoby mnie w zespole redakcyjnym bez akceptacji naczelnego, Bronisława Schmidta-Kowalskiego, ale to już zupełnie inna historia.

Melancholia

Teresa Rudolf

A przecież…

Uleciało z niej powietrze,
zapadła się jej dusza,
zaniedbany grób nadziei.

Nie wie, jak to możliwe,
by za życia już fruwać
nad sobą jak ptak,

patrząc ciekawie z góry
na to ciało obolałe,
od zastygłej niemocy.

Czy to już Ty, pytała
ze smutkiem patrząc
jak po sekundzie,

po milimetrze jej ubywa,
czuła to, będąc dla siebie
wścibską podglądaczką.

Kogo pytać o azyl,
argumenty dla duszy,
że czas już gdzieś osiąść?

Obudziła się, o co chodzi,
gdzie jest, przerażona,
kot polożył się na poduszce.

To jest mój kot przecież,
moja poduszka przecież,
mój ból serca przecież.

Żyję ciągle… przecież…
i przecież… to dobrze…
kot zeskoczył na podłogę.

Jest kotem… przecież.

Modlitwa inaczej…

Twój wskazujący palec
zamiast długiej, siwej
brody na dużej chmurce?

Twój wskazujący palec
nad ziemią deptaną
brutalnie przez ludzkość?

Twój wskazujący palec
na sumieniach ludzi,
bez krztyny sumienia?

Twój wskazujący palec
hamujący usta, aby
przestały wciąż kłamać?

Twój wskazujący palec,
zaciskany na rękach, by
piszac, też nie kłamały?

Twój wskazujący palec
trzymający za serca,
by zaczęły coś czuć?

Karcisz, dotykasz, prosisz,
“a teraz będą same plagi”
mówią, “teoria spiskowa”…

I woleliby Cię znów ujrzeć,
z uśmiechem, na chmurce,
z długą brodą, a Ty Panie?

A Ty Panie?
Co chciałbyś powiedziec?
Byśmy zrozumieli?

 

Wakacje

Ela Kargol

Jarmark w Suchej

Tradycje jarmarków w Suchej Beskidzkiej sięgają XVIII wieku, gdy Sucha nie była jeszcze Beskidzką lub jak niektórzy żartują była Suchą bez Kicka, bo Kicek się opił i Suchą opuścił.
Nazwę wzięła Sucha od rzeki Stryszawki, która kiedyś była Suchą.

Ale wracając do jarmarków, w 1742 roku król August III nadał Suchej przywilej organizowania jarmarków, który to przywilej utrzymał w mocy po roku 1772 cesarz austriacki. Najpierw było ich osiem rocznie, potem dwanaście. Początkowo były to jarmarki końskie, w okresie miedzywojennym w co drugi wtorek, później już w każdy wtorek i tak jest do dzisiaj.
Ja nie pamiętam już koni wystawianych na sprzedaż. Pamiętam świnie, króliki, gołębie i drób. Ostatnimi laty jednak przyjeżdżam za późno i jak mam szczęście, to jeszcze przejdę obok zduszonych gdaczących w klatkach kur, kwaczących kaczek i milczących królików.
Gdy córka była mała, kupiliśmy jej na suskim targu dwa młode króliki z myślą, że podczas naszych miesięcznych wakacji w Lachowicach, niedaleko Suchej nacieszy się nimi, a potem zmienią właściciela i zamieszkają u wujka. Tylko, że my miastowi chcieliśmy wszystko przedobrzyć. Udaliśmy się do miejscowego weterynarza, żeby je zaszczepił. W tym wypadku trzeba było popierać Nieszczepionkowców.
Po końskiej dawce szczepionki, jaką otrzymały od weterynarza, króliki przeżyły jeszcze dwa dni. Inaczej było z kurami. Te dożyły sędziwego wieku. Tata z moim mężem, Tomkiem nikomu nic nie mówiąc, albo mówiąc po fakcie, kupili na suskim jarmarku gromadkę młodych kur i jak zapewniał sprzedawca młodego koguta. Przywieźli je z jarmarku do Lachowic samochodem w kartonach. Tata zbił z desek minikurnik, ogrodził kawał pola i wypuścił kury na tę ogrodzoną wolność. I jeżeli ktoś myśli, że kury nie umieją fruwać, to jest w błędzie. Nie wszystkie, ale niektóre pofrunęły. Pół dnia Tomek z moim ojcem i sąsiadami szukali zbiegłych kur. Wyłapali wszystkie. Kurom podcięto skrzydła i wtedy z pokorą przyjęły swój kurzy los. Kogut był opiekuńczy i dość szybko zaczęły pojawiać się pierwsze jajka. Wnuk miał wtedy chyba trzy lata, ale z wielką radością przynosił nam codziennie świeże jaja. Plan był taki, że gdy wyjedziemy, kury podarujemy cioci i wujkowi. I w tym momencie wszystko mogłoby się dobrze skończyć, gdyby nie głupota i zbrodnia mojego taty, przy współudziale jego siostry i mojej mamy. Kogut skończył w rosole, ale zakpił sobie ze smakoszy koguciego wywaru. Sprzedawca zachwalając swój towar przysięgałby nawet, że ten kogut znosi jajka, ale on tylko zmienił metrykę staremu kogutowi znacznie go odmładzając. Kogut był starym wygą, gotował się w rosole dwa dni i cały czas był twardy. A mnie było go bardzo żal i długo nie mogłam tego tacie wybaczyć. I to wszystko za moimi plecami, w plany zabójstwa nikt mnie nie wtajemniczył.
Później już nie kupowaliśmy żywych istot na jarmarku. Choć plany takie bywały. Tata chciał kupić owce do naturalnego koszenia trawy. Niestety po owce trzeba było jechać na jarmark do Nowego Targu, a więc na planach się skończyło.
Pamiętam jeszcze jedną jarmarkową historię. Jechaliśmy busem do Wadowic. Był wtorek, a więc dzień targowy. Dość dużo ludzi wsiadło na przystanku przy rynku w Suchej: pani z kartonem pełnym kaczuszek i pan z dość dużym workiem. Bus ruszył, kaczki zaczęły gdakać i śmierdzieć, a sznurek, którym związany był worek, nieco się poluzował. Prosiak z worka od razu poczuł wolność i wyskoczył z kwikiem. Ponieważ był wielki ścisk, ludzie dosłownie na sobie stali, a przy hamowamiu pojazdu leżeli, świnka nie miała szans, żeby przedostać się do drzwi wyjściowych.
Któryś z pasażerów chwycił ją między nogi i trzymał. Kwik i pisk był tak donośny, jakby kogoś zarzynali. Prosiak wrócił do worka i w Zembrzycach razem z właścicielem wysiadł. Kaczątka dojechały do Wadowic.

Jak mijam rynek i most na Stryszawce w Suchej i wchodzę pomiędzy pierwsze stragany, to z rozkoszą wdycham zapach jarmarku i czuję jego tętno, gwar. Urzeka mnie koloryt, bogactwo oferty, mydło i powidło. W tym roku kupiłam majtki każdemu z rodziny. Dwa lata temu kupowaliśmy wnukowi pułapki na kuny, które nigdy nie zadziałały, ale mamy aż trzy. Pan, który je sprzedaje, zawsze wyjaśnia, jak ich użyć, dzieli się też swoimi prywatnymi pomysłami. Inny sprzedawca, u którego już prawie byłam gotowa kupić pistolet strzelający gumowymi nabojami, sam odwiódł mnie od tego pomysłu, opowiadając o innym kliencie, któremu taki nabój zranił dotkliwie oko. Tomek od jakiegoś czasu kupuje konopne maści z Czech. Pani, która je zachwala, mówi, że pomagają na wszystko i że są zagraniczne, czeskie, poza tym ma jeszcze drożdże do bimbru, bo jak maści nie pomogą, to bimber na pewno. Mamie kupiliśmy buty z “plastikowej skóry, mięciutkie, wyprofilowane”, w których do dzisiaj chodzi, tata kupował scyzoryki, radzieckie wiertarki i sprzęt do czyszczenia kominów. Córka kupiła ostatnio sukienkę i “maski przeciw zarazie”, jak głosiła odręcznie napisana reklama, dwie dla dzieci z „krainą lodu“ i „tik tokiem“, a dla siebie z ogólnopolskim wzorem ludowym.

Nie ma już handlarzy koni, są konie na biegunach, na ręcznikach, na pościeli i te wystrugane w drewnie, nie ma handlujących Żydów, którzy byli liczną społecznością w Suchej, a którym moja babcia sprzedawała jajka, o oni oczywiście z jarmarczną marżą sprzedawali je znowu na targu. Jest na pewno inaczej, jest współcześnie, ale panuje wciąż ta sama jarmarczna atmosfera, dla nas miastowych też pewna egzotyka, urok i czar. W tym roku obowiązuje ogólna dezynfekcja, a policjanci pilnują zachowania 1,5-metrowych odległości. Tylko ta pani od czeskich maści z dumą i swadą demonstruje swoją maskę z dziurą w środku: „Bo jo muse godać i mom takom limitowanom, a jak gymbe zamkne, to dziury ni ma”.

Reblog z kałuży pełnej mirabelek

Czasem tak jest. Przy jakimś tekście pojawia się polubienie, rzucam okiem, kto, co, ale jest jak jest, ktoś cię polubił, ty kogoś, sekunda zainteresowania mija, zaczyna się dzień pracy… Aż tu nagle pewnego dnia widzisz, że wpis Zbycha Milewicza polubił ktoś, kto ma adres kałuża pełna mirabelek, i przepadłaś z kretesem, adminko. Idziesz po tropie i docierasz na bloga…

Cieszę się, Agato, że Cię znalazłam…

IMG_1626

fot. S_sylwia™

Kiedyś myślałam, że szczęśliwy dom to taki, w którym jest więcej doniczek niż butów, bluszczyk pnie się po półkach, kolce kaktusów lśnią w porannym słońcu, liście palm opierają się leniwie o okno.

U nas co rano rozpierducha. Bukiet stokrotek zerwanych przy torach przestał być bukietem koło drugiej. W nocy czyjaś ciemna i kosmata łapa wyrzuciła go z wazonu i poroznosiła stokrotki po całym mieszkaniu. Kilka godzin później zeschły się mało spektakularnie i mało symetrycznie. Potem nasze ciężkie od przerywanego snu i strug deszczu na dachu stopy rozdeptały je na płask. Doniczki? Tak, gliniane i tylko na podłodze. Kwiaty? Trzykrotki i palmy. Mało gramotne połączenie egzotyki z lokalnością. Te są dozwolone, nie powodują alergii, nie trują. Można się na nie rzucać i je zjadać jak wiszące nad głową skumulowane płaty karmy. Tak na serio? No tak. Monstera i to nie zwykła klasyczna ciężka monstera ze skąpymi wycięciami w liściach, ale monkey mask, piękna, podziurawiona jak według szablonu. Kupiłam ją miesiąc przed przeprowadzką, miesiąc przed wzięciem czarnego, dymnego futerka. Potem ktoś mi powiedział, że monstera jest przecież trująca dla kotów. Brawo. Brawo ja.

Upchnęliśmy więc monsterę w najmniej reprezentacyjnym miejscu, w miejscu gdzie regał z książkami przestaje być regałem z książkami, a staje się rumowiskiem pełnym starych zapalniczek z Wysp Kanaryjskich, które zardzewiały zanim ktoś zdążył nimi odpalić fajkę o smaku bananów, tam mają tak obłędnie dobre fajki o smaku bananów, że warto polecieć do Maspalomas choćby na te kilka buszków. Egzotycznie. Tam więc upchnęliśmy monsterę, żeby żaden odważny pazur nie oderwał liścia w nocy i nie pożarł go w nagłym zrywie głodu.

Trzykrotka? Nie jest gwiazdą Instagrama, a kiedy się ją dotknie, gubi swoje zielono-fioletowe listki, a kitku przybiega na plaśnięcie pierwszego liścia o podłogę i zabiera się do ogryzania zielonego opadu. Doniczki przekopuje nocami, tak że kiedy już wstaniemy, a zawsze wstajemy za późno, o tę jedną chwilę za późno, to już mamy naszykowaną dróżkę z czarnej ziemi na panelach w salonie. Kwiatki nigdy się tu nie nudzą. Truchleją wieczorem i wstrzymują oddech aż do rana.

Najbardziej boją się widoku mięciutkiej, dymnej łapy zakończonej haczykami ostrych pazurków. Kiedy to bezlitosne, dymne futerko zostało do nas przywiezione w wiklinowej transportece i czerwonym kubraku to pierwsze co zrobiliśmy, to nie zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Najpierw musieliśmy zdjąć zasikany kubrak i dobrze wyżąć go w zlewie. Zapach ciepłego, zleżałego moczu Kiki rozszedł się po pięćdziesięciu metrach mieszkania, a Kiki już obmiałkiwała wszystkie kąty. Nazywała komody, lampki i fotele w swoim języku. Chciałam ją nazwać Avonlea, bo tak jak Ani z Zielonego Wzgórza, a potem tytułowej Ani z Avonlea nie zamyka się jej buzia. Chciałam też spełnić swoją wieloletnią fantazję, żeby wszyscy w moim domu nazywali się na literę “A”, tak jak w Akademii Pana Kleksa – on przyjmował tylko uczniów z imionami na tę literę. Na starcie miałam ułatwione zadanie – Agata, Adrian. Avonlea brzmiało aż nazbyt dobrze. No właśnie, okazało się, że na tym imieniu Adrian łamał sobie język, zęby na nim zjadł, a i tak nie weszło. Wjechała więc kolejna propozycja. Raven. Czarny kruk. Czemu nie? Dymna, dumna koteczka. Próbujemy. Do tego marzyło mi się też dostojne i adekwatne kocie nazwisko. Kotka moich rodziców nazywa się nie bez powodu Kendra Pazurczak i to ja byłam dawcą tej nazwy. Stwierdziliśmy, że w przypadku dymnego futra dobrze podpasuje “von Dymkos”, przywodzące na myśl holenderskich baronów i jednoznacznie nawiązujące do dymności. Pierwsza wizyta u weterynarza zweryfikowała moje leksykalne zakusy. Kitku wjechało na weterynaryjną leżankę z zamkniętym, załzawionym oczkiem, a weterynarz otwierając książeczkę zdrowia zapytał:

– Imię?
Odchrząknęłam i wzięłam głębszy oddech, żeby wystarczyło mi go do końca:
– Raven Avolnea Kiki von Dymkos.

Weterynarz uniósł brwi aż po swoje, nietknięte botoksem, ale za to tknięte niejedną zgryzotą czoło (reszta weterynarza była skryta pod maską) i spytał:

– Jak to się pisze?
Kitku w tle płakało i na przemian tarło łapą oczko. Nie było czasu.
– Pan napisze “Kiki”, tak będzie dobrze.

No i w książeczce zdrowia wypisał cztery duże, drukowane litery K – I – K – I. Maść pomogła po tygodniu, odstawiliśmy po dwóch. Kiki pozostała Kiki. Zaczęła reagować na swoje imię i patroszyć nocami kwiaty. Teraz już wiem, że szczęśliwy dom to taki, w którym w czerwcu co rano rozdeptujesz stokrotki na panelach.

✾

Kiki pochodzi z Fundacji Kocia Wyspa, która mieści się w Stalowej Woli, ale dowozi kotki do Krakowa i okolic. Mamy ją dzięki uprzejmości Pani Kasi i Natalii, którym prawdopodobnie nigdy nie będę umiała się wystarczająco nadziękować ♥

Blog Agaty TU

“Byli Żydzi w Steglitz”

Ela Kargol

W Berlinie, wśród tysiąca atrakcji turystycznych są miejsca, gdzie trudniej trafić, choć dostęp do nich nie jest ograniczony. Jedno z takich miejsc ukryte jest w dzielnicy Steglitz niedaleko Hermann-Ehlers-Platz w pobliżu na nowo powstającego “Nowego Kreisela”, wieżowca, oferującego luksusowe mieszkania, jak głosi reklama “w berlińskim niebie”, niedaleko dość znanej willi Schwartzów, w miejscu przecięcia się wielu linii komunikacyjnych, metra, kolejki podmiejskiej i chyba aż kilkunastu autobusów.
Biało-czerwona flaga łopocze wśród innych flag, przytwierdzona do gzymsu Hotelu Steglitz International, pamiętającego z pewnością lepsze czasy.


Prawie codziennie, jadąc tamtędy rowerem do pracy, mijam pałac, wielki, okazały, z ornamentami, przyklejony z obu stron do czerwonego ratusza z wieżą. Wieżę ma ratusz, ale chętnie użycza jej pałacowi. Pałac bez wieży nie byłby pałacem. Ratusz zbudowano jakieś 120 lat temu, kiedy jeszcze berlińska  dzielnica Steglitz była wsią i leżała poza granicami Berlina.

Pałac jest współczesny, choć udaje baśniowy. Króla i królowej nigdy nie widziałam, może ukrywają się przed tłumem zwiedzających, kupujących, pijących kawę, wędrujących w pośpiechu przez kolejne pałacowe komnaty konsumpcji lub tych wypoczywających pod niebem wirtualnego akwarium pełnego morskich stworzeń. Pałac (Das Schloss) jest jedną z wielu galerii handlowych, które zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu w latach 90 ubiegłego wieku, nie tylko w Berlinie.


Prawdziwy pałac, od którego wzięła nazwę ulica i galeria handlowa, stoi kawałek dalej. Okazały dworek (Gutshaus Steglitz), pieczołowicie odrestaurowany, z przylegającymi do niego budynkami, które mieszczą teatr i kino, powstał na przełomie XVIII i XIX wieku i należał do pruskiego polityka Carla Friedricha Beyma. Posiadłość zawdzięcza swą nazwę jednak następnemu mieszkańcowi dworku, urodzonemu w Szczecinie feldmarszałkowi Friedrichowi Heinrichowi von Wrangel. Papa Wrangel, bo tak nazywano potocznie generała, spędzał chętnie letnie miesiące w pałacyku. Był osobą na tyle wpływową, że w godzinach popołudniowych, podczas poobiedniej drzemki generała, pociągi przejeżdżające w pobliżu nie mogły wydawać żadnych akustycznych sygnałów, by go nie zbudzić.

Generał urodził się w Szczecinie. Dożył sędziwego wieku, zmarł w 1877 roku w Berlinie. Pochowany jednak został w swoim rodzinnym mieście na szczecińskim Cmentarzu Wojskowym, który znajdował się na terenie obecnego Placu Generała Andersa. Niedawno próbowałam odnaleźć przybliżone miejsce rodzinnego grobowca Wrangelów. Pomniki nagrobne zostały zniszczone już po wojnie, wiadomo jednak dość dokładnie, gdzie znajdowała się kwatera rodzinna generała von Wrangel.

We Wrangelschlösschen odbywają się obecnie wystawy, bankiety, przyjęcia, udziela się ślubów, pomieszczenia można też wynająć na różne uroczystości. Sam budynek stoi u zbiegu ruchliwej ulicy Pałacowej, niedaleko wjazdu na autostradę 103 i tylko z jednej strony graniczy z krótką, dość spokojną ulicą nazwaną też na cześć generała Wrangelstraße.


Ale wróćmy do Pałacu, czyli do miejsca, gdzie Grunewaldstraße przecina Schloßstraße, do miejsca, którego jako rowerzystka z nie do końca sprawnym rowerem nie lubię. Wprawdzie od niedawna jeżdżę specjalnym na zielono pomalowanym pasem dla rowerów, ale zawsze z duszą na ramieniu, otoczona ze wszystkich stron zgiełkiem, wrzawą i pośpiechem miasta. Na drogowskazy informujace  o ważnych miejscach w pobliżu nikt nie zwraca uwagi.

Hermann-Ehlers-Platz, kiedyś zwany po prostu Placem Ratuszowym, od 1958 roku przyjął nazwę od nazwiska znanego berlińskiego polityka. To plac z bardzo bogatą historią, nie zauważaną jednak przez przechodniów, skracających sobie tędy drogę, czekających na przystankach autobusowych, kupujących świeże warzywa i kwiaty na rynku albo inne różności na niedzielnym pchlim targu. Nikt nie zwraca uwagi na kierunkowskaz z wypisanymi miastami partnerskimi, niczym rozłożyste drzewo stojący na środku placu. Nałęczów, Kazimierz Dolny, Poniatowa to polskie miasta partnerskie tej dzielnicy. Są jeszcze inni partnerzy – w Izraelu, Szwecji, Danii, na Węgrzech, we Włoszech, Korei Południowej, Grecji.


Na placu, po lewej stronie od ratusza, ustawiona jest tablica z informacją o “powieszonym  żołnierzu” (Der erhängte Soldat). Żołnierz był dezerterem, powieszonym przez nazistów na kilka dni przed ostateczną kapitulacją.


Spiegel gegen das Vergessen lub w skrócie Spiegelwand czyli Ściana przeciw Zapomnieniu inaczej Ściana Lustrzana upamiętnia tysiące Żydów deportowanych z Berlina. Lustra, w których odzwierciedla się współczesne życie dzielnicy, przypominają o Żydach współtworzących i zamieszkujących kiedyś Steglitz.

Jednym z nich i bardzo ważnym był Moses Wolfenstein (urodzony w roku 1838  niedaleko Poznania, zmarły w roku 1907 w Steglitz). Moses Wolfenstein był kupcem i czynnym organizotorem żydowskiego życia w obecnej dzielnicy, wedy jeszcze wsi. Przy dzisiejszym Hermann-Ehlers-Platz (Düppelstraße 41) wybudował dom i sklep z odzieżą, a stajnię w podwórzu rozbudował tak, że stała się małą synagogą. Gdy synagoga nie mogła już pomieścić wiernych, nabożeństwa i spotkania odbywały się w innych miejscach, między innymi w Żydowskim Domu dla Niewidomych przy Wrangelstraße, przed którym dopiero niedawno odkryłam 28 kamieni pamięci. Wszyscy mieszkańcy tego domu zginęli w obozach zagłady.

Budynek synagogi przy Düppelstraße 41 stoi do dzisiaj, choć w latach 80 był o krok od wyburzenia. Nie jest wprawdzie łatwo dostępny, w zasadzie publicznie nie jest wcale dostępny, ale zawsze można poprosić kogoś z mieszkańców kamienicy (już nowej, bo dom Wolfensteina nie przetrwal wojny) o otwarcie drzwi wejściowych i tych od podwórza. Dwa tygodnie temu poprosiłam młodą dziewczynę wychodzącą z wózkiem z tego domu, żeby wpuściła mnie do środka, a nawet na podwórze, bo chcialam zrobić zdjęcia synagogi. Dziewczyna zaczęła mnie zapewniać, że tu nie ma żadnej synagogi, że na placu w miejscu, gdzie stoi Lustrzana Ściana stała kiedyś synagoga.

Faktem jest, że na to bardzo wymowne miejsce pamięci mało kto zwraca uwagę, a tym bardziej mało kto wie, że budynek synagogi zwany też Domem Wolfensteina (Haus Wolfenstein) zachował się do dzisiaj, a Ściana przeciw Zapomnieniu o tej samej długości co synagoga ma o nim przypominać.

Podczas nocy kryształowej synagoga została splądrowana i zbeszczeszczona. Ścisła zabudowa i sąsiedztwo ze stolarnią ocalily budynek przed podpaleniem. W przeddzień udało się wynieść z synagogi zwoje tory, które rodzina Wolfensteina zabrała ze sobą, wyjeżdżając w 1939 roku do USA. Teren na którym stała synagoga zmuszeni jednak zostali sprzedać. Powojenne losy budynku byly rozmaite. Budynek był magazynem, mieszkaniem, o mały włos nie został wyburzony, by w jego miejscu zbudować pasaż handlowy. Dzięki inicjatywie obywatelskiej Haus Wolfenstein został wpisany na listę zabytków, ale dopiero w roku 1989. Zamiar, żeby udostępnić synagogę na miejsce spotkań i studiów nie powiódł się. Dlatego na Hermann-Ehlers-Platz, tuż przed miejscem, gdzie stała kamienica Wolfensteina, a za nią synagoga, ustawiono ten przejmujący pomnik pamięci jakim jest Lustrzana Ściana, Lustro Przeciw Zapomnieniu.

Moses Wolfenstein został upamiętniony w latach 60 ubiegłego wieku. Część ulicy, która łączy Schloßstraße z Hindenburgdamm, nazwano Wolfensteindamm. Gdy zobaczylam szyldy nazw ulic Wolfensteindamm i Hindenburgdamm obok siebie, uznałam je za dość niefortunny żart historii. Hindenburgowi odebrano w tym roku honorowe obywatelstwo miasta Berlina. Protesty, żeby zmienić nazwę ulicy Hindenburga nie powiodły się.

Na Lustrzanej Ścianie oprócz tysięcy nazwisk deportowanych berlińskich Żydów, oprócz zdjęć synagogi i zdjęcia Abrahama Pisarka, na którym są jego dzieci przy chanukowym świeczniku, jest tekst  Roberta Kempnera:

Man hat ihnen die Berufe genommen, das Besitztum gestohlen, sie durften keinen Kanarienvogel halten, keine Konzerte oder Kinos besuchen, ihre Menschenrechte und ihre Menschenwürde wurde in den Staub getreten, bis sie in Konzentrationslager deportiert wurden und in die Gaskammern kamen.

Zakazano im wykonywania ich zawodów, zabrano majątek, nie mogli hodować kanarka, nie mogli pójść na koncert, ani do kina, zabrano im prawa człowieka, a godność człowieka zmieszano z błotem, aż w końcu wywieziono ich do obozów koncentracyjnych, gdzie poszli do komór gazowych.

Ostatnio w Poznaniu odbywał sie cykl spotkań i spacerów pt. “Byli Żydzi w Poznaniu”. To samo mogłabym powiedzieć o Steglitz: “Byli Żydzi w Steglitz”.