Sąsiedzi 20 (koniec)

Teresa Rudolf

Ich troje…

Filomena patrzyła smętnie przez okno, nawet  już zgubiła poczucie czasu, jak długo siedzą wszyscy pozamykani w  tych swoich klateczkach. Nieraz myślała, jak przedziwnym fenomenem jest wiedzieć, że dotyczy to całego świata, można śledzić  to przecież w wiadomosciach TV, lub w internecie. Szczególnie dziwne wrażenie zrobiło na niej  to “Zostań w domu” na  wideo z  Indii, gdzie normalnie ulice to tłum ludzki, jak płynąca, kolorowa rzeka, nierzadko wychodząca poza brzegi, a na filmiku widoczne jest osiedle skladające się z mnóstwa identycznych, szarych bloków z balkonami, a na każdym mnóstwo ludzi (pewnie okolo dwudziestu osób z malymi dziećmi, wszystkie generacje), przy całkiem pustych ulicach. Jak uda się taki kraj zamknąć w domach? Wszyscy coś wykrzykują do siebie równocześnie z różnych balkonów, śmieją się głośno, opowiadając chyba kawały, gdyż słychać w tym samym momencie śmiech tysięczny, jak w ogromnym teatrze, na super komedii, albo na jakimś wielkim party. Niesamowite, pomyślała wtedy z niepokojem, co może się jednak dziać wewnątrz tych mieszkań, przy tak przeogromnej masie ludzi? Czytała przecież, że izolacja zamkniętych” klatek rodzinnych” sprawia, że nawet w normalnych rodzinach często dochodzi do eskalacji niebywałej agresji, cierpią najbardziej dzieci, no i też jak zwykle kobiety. Wiadomo, pomyślała ironicznie, stworzenia pozbawione nadwyżki testosteronu.

Filomena odeszła od okna. Była już po śniadaniu, trzymała w ręku kubek z pachnącą, mocną kawą. Siadła do swej zawodowej pracy przy komputerze.
Ciekawe, że jej praca niczym nie różniła się od tej, jaką wykonywała jeszcze przed “Coroną”, gdyż miała samodzielną firmę i zawsze pracowała z domu, wykonując jako ekonomistka różne finansowe zestawienia dla wielu firm.
To co różniło zasadniczo czas teraz od poprzedniego okresu przed pandemią, to dużo mniej zamówień, gdyż niektóre firmy zawiesiły zupełnie działalność, inne pracowały na tak “małym płomieniu,”, że niewiele mogła zarobić. Kiedy zrobiła też analizę własnych finansów, po raz pierwszy poczuła prawdziwie gęsią skórkę. Co będzie dalej z krajem, co będzie ze mną?

Jakże daleko odpłynęły inne sprawy, z przymrużeniem oka zobaczyła swoje kiedyś krótkie zauroczenie sąsiadem z trzeciego piętra, Lesiem, lub też swoją antypatię zaszczepioną prawie od urodzenia przez rodziców, do pani Klary. Teraz okazało się, że rodzice mają wszędzie jakąś Klarę i permanentnie, konsekwentnie próbują ją z korzeniami  z ich otoczenia wyrwać. Nie mogła opanowac uczucia złosci, wstydu i smutku myśląc o nich. Ostatnimi laty oddaliła się znacznie od nich, widząc ich wrogie nastawienie do ludzi. Nieraz próbowała z nimi na różne tematy porozmawiać, niestety, zaczęły się, jak zwykle, wrzaski, przede wszystkim ze strony  matki, uniemożliwiające jakąkolwiek spokojną rozmowę.
– O Boże, toż to kompletna przekupa, jak z Kleparza, myślała Filomena z uczuciem wstydu i smutku, muszę bardzo uważac, co od niej przejmuję, ale, przyznawała sama przed sobą, jak na razie, bez dłuższego namysłu, było to jedynie… lepienie pierogów.
– Oj, teraz mam dużo czasu, by lepiej poznać samą siebie, czego ja tak naprawdę jeszcze chcę – powiedziała cicho do samej siebie.
~~~~
Klara spała dziś dlużej niż zwykle, jakoś tak nie mogła za dobrze w nocy… Już była 11, wcześniej wstała tylko na krótko do nakarmienia kotów.
Jak na razie Salomon przebywał dalej u niej, gdyż Lesio wcìąż nie mógł się sam nim zajmować, a z Reginą na pewno się nie polubią, myślała.
Wprawdzie spotkały się raz zamaskowane na schodach i o dziwo  kobieta ta, po raz  pierwszy powiedziała łagodnie “dzień dobry” i dodała: “gdyby Pani czegoś ze sklepu potrzebowala, niech Pani zadzwoni, to żaden kłopot  dla mnie”. Klara ze zdumienia wykrztusiła tylko dzień dobry, dziękuję Pani, i poszła do windy, gdy Regina tymczasem szybko zbiegała schodami.
Dzisiaj Klara była w nie najlepszym nastroju, nie mogła otrząsnąć się po śnie, w którym to Jerzy powiedział: “już te moje maki były kiczem, zostaw to malowanie, bo to jest jeszcze gorsze!!!!
Kiedy obudziła się zlana zimnym potem, poczuła okropny żal do niego myśląc: “nawet we śnie mnie krytykujesz?”
I po tylu latach przypomniala sobie teraz, że przecież kiedyś robił to bardzo często, przy byle jakiej okazji. Doszło do niej, że poprzez nagłą jego śmierć, stłumiła wiele niemiłych wspomnień o nim, całe lata go idealizowała i cierpiała z powodu utraty tego jedynego wtedy bliskiego czlowieka.
Poza nim nie miała  nikogo, żadnej rodziny dalszej i bliższej. Nie mogła pozbierać tych irytujących  myśli o sobie.
– Oj, teraz mam dużo czasu, by lepiej poznać samą siebie, czego ja tak naprawdę jeszcze chcę, powiedziała cicho do samej siebie.
~~~~~~
Lesio czuł się coraz bardziej niezręcznie w stosunku do pani  Klary. Opiekowała się bowiem jego kotem Salomonem od conajmniej czterech tygodni. Był pewien, że robiła to z takim samym ciepłem i  zaangażowaniem jak w stosunku do swej kotki Salci.  Ale w gruncie rzeczy była to dla niego obca kobieta, starsza sąsiadka, której czasem nieżle zaszedł za skórę swoją arogancją i sarkazmem .
Dziś wstydził  się tego, nigdy nie przyszłoby mu kiedyś do glowy, że to właśnie ona będzie mu pomagać, w jednej z najważniejszych dla niego spraw, opiece nad czteronożnym  pupilem. Wiedział, że tylko ona może to dobrze zrobić, gdyż od lat ma do czynienia przecież z jego siostra, miniaturką.
A Regina przed laty  bardzo dokuczała Salomonowi, wyraźnie będąc zazdrosną o niezrozumiałą dla niej  więź emocjonalną między Lesiem i jego kotem. Czuła się mniej ważna, mniej kochana, mniej warta jego uczuć, tak mu to właśnie w ostatniej, tysięcznej już awanturze wyjaśniła, dodając “nawet teraz, kiedy tu te parę godzin przebywał, wróciło natychmiast to moje dawne straszne uczucie, chociaż go po prawdzie nawet trochę lubię”.
Lesio poczuł nagle smutek i żal do obojga, co zrobili z tak wielkiej kiedyś miłości. Zobaczył z  uczuciem wstydu nagle cały swój wklad w jej zazdrość, w Stanach była bardzo samotna, a po powrocie do Polski nigdy nie potwierdzał prawdy, że jest mądrą i atrakcyjną kobietą….
Ale znów wrócił myślami do Klary, z uczuciem wdzięcznosci i pytaniem do siebie, co mógłby dla niej w przyszłosci zrobić. I nagle już wiedział!
Wziął słuchawkę do ręki i zadzwonił do niej.
– Pani Klaro, nawet nie wie Pani jak jestem wdzięczny Pani za opiekę nad Salomonem, tak chcialbym, kiedy już tylko będzie to możliwe, jakoś konkretnie się zrewanżowac. Na przykład Pani odpoczęłaby gdzieś od obu kotów, mogłaby gdzieś może wyjechać, kiedy już wszystko uspokoi się z tą epidemią, te wszystkie ograniczenia itd, możemy też otworzyć taką wspólnotę sąsiedzką, na przykład mogłaby Pani czasem na weekend też Salcię do nas podrzucać. Aaaa Regina? Ona się zmieniła, nie będzie problemu,  też na pewno się ucieszy. Długo była jedynie cisza w słuchawce, zanim usłyszał głos Klary: “dziś akurat myślałam, że muszę coś w moim życiu zmienić, pomyśłam więc, że zacznę od skorzystania z Pana propozycji i jak już to będzie możliwe, pojadę wreszcie do Sanatorium, od lat domaga się tego mój kręgosłup. Złożę wniosek o skierowanie… bardzo Panu dziękuję, życzę dalszego powrotu do zdrowia”.
Po rozmowie tej Lesio, pomyślał, że właśnie dzięki pomocy Reginy czuje się coraz lepiej, robi  szybkie postępy w poruszaniu się już bez kul, lasek itp.
Będzie dobrze, jest Reginie tak bardzo wdzięczny, ach, gdyby nie te wszystkie kobiety…
Do ostatniej pracy już nigdy nie wróci, nie chce już nikogo śledzić i sam być śledzony. Makabra!!!
Ciagle nie wiedział, komu się tak naraził, że omało nie stracił życia, lub mógłby zostać do konca życia kaleką.
Zyskał życzliwe dwie “dawne-nowe” sąsiadki, które tu przecież od zawsze mieszkały. Ależ to wszystko nieźle skomplikowane, myślał.
– Oj, teraz mam dużo czasu, by lepiej poznać sam siebie, czego ja tak naprawdę jeszcze chcę, powiedział  cicho do samego siebie.
~~~~~
Filomena wyjrzała przez okno i pomyślała: “musi kiedyś być wreszcie  dobrze i tego się właśnie  trzymam”.
~~~~~
Klara wyjrzała przez okno i pomyślała: “musi kiedyś być wreszcie dobrze i tego się  właśnie trzymam”.
~~~~~~
Lesio/Lesław wyjrzał przez okno i pomyślał: “musi kiedyś być wreszcie dobrze i tego się właśnie trzymam”.

Koniec

Peter Handke, Pani Dzikich Zwierząt

Ela Kargol podarowała mi na urodziny powieść Petera Handke Der Bildverlust. Odłożyłam ją gdzieś na bok, na jedną z licznych stert książek, które przeczytam w najbliższym czasie, ale czy to położyłam na tę samą stertę za dużo innych książek, czy też któryś z gości, czekając na herbatę, przejrzał książkę i odłożył ją gdzie indziej, dość, że powieść zniknęła mi z oczu na wiele miesięcy i popadła w zapomnienie. Aż pewnego dnia Ela spytała, jak mi się czytało ten baratarystyczny tekst, a ja początkowo nie umiałam sobie nawet przypomnieć, że taka książka Handkego w ogóle się pojawiła, a co dopiero, że zniknęła, skąd więc w ogóle mogłam wiedzieć, że to tekst baratarystyczny…

Oczywiście, gdybym się choćby pobieżnie przyjrzała temu, co wzięłam do ręki i odłożyłam, to zauważyłabym podtytuł: oder Durch die Sierra de Gredos. Nie skojarzyło by mi się to z Don Kichotem, ale z Hiszpanią już tak, a to zawsze asumpt, żeby sprawdzić, czy Don Kichote tu jest, i Sancho Pansa, no i oczywiście Barataria. Ale nie zrobiłam tego wówczas, tylko dopiero teraz, w czerwcu 2020 roku.

Handke twierdzi, że Sierra de Gredos to te góry, przez które wędrują Don Kichote i Sancho Pansa. Po polsku jednak pan i giermek błąkają się po Sierra Morena, czyli tam, gdzie w 200 lat później Jan Potocki wyśle następcę Don Kichota, Alfonsa Van Wordena, podążającego do Madrytu (wiem, wiem, opowieść oczywiście znaleziona została w Saragossie), co mu się przez wiele tygodni nie udaje… i tak dalej (można zresztą zajrzeć TU), albo obejrzeć film Hasa z Cybulskim i Czyżewską (TU). Sprawdzam, ale rzeczywiście słowo Gredos nie pojawia się w polskim tekście ani razu. W hiszpańskim też nie. Być może zresztą, że w niemieckim też nie (nie ma w internecie darmowego pdfa z powieścią Cervantesa) i że to wszystko wymyślił sam Handke, a krytycy, nie sprawdzając, to podchwycili. To by nawet do niego pasowało, taki szelmowski żart, przy zachowaniu jak najpoważniejszej miny.

Czy to zresztą ważne, które to góry?

Zanim jednak przejdę do wrażeń z lektury, dwie uwagi o myślach, które ją poprzedziły.

Zacznę od tej, którą wywołały recenzje powieści Handkego. Nie czytałam ich zbyt uważnie, nie lubię, żeby mi ktoś mówił, co mam myśleć. Przerzuciłam je w sieci, chciałam bowiem zobaczyć, co Ela miała na myśli, gdy mi powiedziała, że prezent od niej to powieść baratarystyczna. Przeczytałam więc to i owo, i zamyśliłam się głęboko.

Bo że chodzi o naśladownictwo Don Kichota jest oczywiste i wielu recenzentów o tym pisze. To nie jest nic specjalnie dziwnego – naśladownictw Don Kichota były setki. Wszystkie najważniejsze motywy i tematy literackie, a Don Kichot do nich należy, podobnie jak Sancho Pansa i Barataria, powtarzają się co pokolenie, niekiedy nawet wielokrotnie. To zrozumiałe, bo motywy mogą być uniwersalne, ale my, czytelnicy i czytelniczki, zawsze będziemy potrzebować aktualnych interpretacji. Wydaje mi się jednak, że w dzisiejszych czasach coś się zmieniło na dobre i że w XX / XXI wieku nowe wersje opowieści o człowieku, który ucieka od establishmentu, wędruje, przeżywa przygody i powodowany szlachetnymi intencjami walczy o wolność i prawo do miłości, marzeń i sprawiedliwości, zostały dodatkowo udziwnione.

Ale może to nie udziwnienie, tylko prorocza wizja.

U Salmana Rushdiego Don Kichot wymyśla sobie swojego syna, ożywia tę wymyśloną postać, uczłowiecza ją coraz bardziej, jednocześnie jednak pokazując mu jej miejsce w strukturze rodziny patriarchalnej – syn ma być giermkiem ojca, oczywiście nie chce się na to zgodzić, jak każdy nastolatek, i w końcowej części książki, to on jest buntownikiem, a Don Kichot nudnym mieszczuchem. U Handkego Don Kichot będzie kobietą i to najbardziej abstrakcyjną postacią kobiecą, jaką mężczyzna-pisarz może sobie wydumać. To istota przeciwnej płci, o przeciwnych sposobach zarobkowania (odnosząca niewiarygodne sukcesy finansowe bankierka) i całkowicie przeciwnych zainteresowaniach (pełne uczuć i pasji życie kobiety kontra pisarz intelektualista czerpiący podnietę głównie z własnego rozumu, a zatem brzuch i serce kontra głowa i duch). Ba, bohaterka Handkego już na samym początku powieści nabiera cech boskich, staje się współczesną Panią Dzikich Zwierząt, otaczają ją ważki, jeże i nietoperze. Pisarz staje się “tylko” giermkiem swojej bohaterki i byłoby to oryginalne, gdyby nie fakt, że Handkemu oczywiście nie można ufać, bo to autor, który nie opisuje życia tylko byty wymyślone. Nie troszczy się nawet specjalnie o wiarygodność swych rozumowych cyborgów. U Juana Lopeza Bauzy Don Kichot jest wprawdzie wciąż jeszcze białym mężczyzną, ale już Sancho Pansa jest czarny.

Czy następny autor (a może raz wreszcie autorka) napisze  Don Kichota, który będzie czarną kobietą, jak w tym wpisie sprzed kilku dni, który zatytułowałam cytatem z pieśni Salomona: Nigra sum, sed formosa. Czarna jestem, ale piękna.

Czy to wszystko są tylko twory męskiego umysłu, czy rzeczywiście zmierzamy w kierunku świata, gdzie dzieci będą naszymi własnymi klonami, kobiety przejmą wszystkie najważniejsze role społeczne, a ludzie o czarnej skórze będą odgrywali taką samą rolę jak ludzie o skórze białej? Czy Rushdie, Bauza i Handke udziwniają czy prorokują?

Bo jak tylko udziwniają, to nie lubię takiej literatury. Ale co, jeżeli wiedzą?

Wiem, pamiętam, najpierw podzielę się z Wami jeszcze jedną moją myślą, a potem opowiem o książce. Ale tego, co dotąd napisałam, już i tak wystarczy. Ciąg dalszy jutro.

Przepraszam – jednak nie jutro, tylko pojutrze.

Z wolnej stopy 3

Zbigniew Milewicz

Świetne miejsce

Jeżeli w Bawarii człowiek ma problemy, to najczęściej sięga po piwo. Kiedy nie pomaga, trzeba wypić dwa, mówią ludowi znachorzy, a jak te nie wystarczą… Głównym mankamentem wspomnianej metody jest kac nazajutrz i dalej nierozwiązany problem, dlatego od jakiegoś czasu próbuję również alternatywnych odgromników, takich jak trening autogenny Schultza. Jest to oparta na zasadach yogi i medytacji zen technika relaksacyjna, w której pacjent sam oddziaływa na swój układ nerwowy i wyciszony jest w stanie lepiej siebie ogarnąć. W tej technice najbardziej podoba mi się końcowa imaginacja podróży do miejsca, w którym człowiek czuje się w pełni szczęśliwy. Dla mnie prawie zawsze jest to polskie wybrzeże Bałtyku, na którym lato trwa ledwie chwilę, dlatego staram się nim nacieszyć na zapas teraz, w lipcu, żeby w listopadzie było się czym ogrzać u Schultza.

Nie przepadam za wczasowym luksusem. Pozłacane krany w łazience z wodotryskiem, łoże z baldachimem i homary na śniadanie oddam za przyzwoity, turystyczny standard i dzięki Basi, która w Jastrzębiej Górze prowadzi jeden z ośrodków Spa, znajduję to czego szukam. Hotel La Siesta mieści się zaraz przy miejscowym deptaku, do plaży mam pięć minut, karmią smacznie i za tydzień pobytu płacę ze wszystkim niecałe 1200 złotych, a więc niedrogo. Branża turystyczna na polskim wybrzeżu zareagowała na odwołanie – związanego z korona wirusem – zakazu przyjmowania gości niejednolicie. Jedni postanowili szybko odbić sobie straty z zimy i wiosny i wyśrubowali ceny do chorych rozmiarów, inni zrobili to umiarkowanie, lub pozostawili na dotychczasowym poziomie, wychodząc z założenia, że ich goście nie mogą płacić za pandemię. Środki bezpieczeństwa nadal jednak obowiązują, oczywiście na deptaku i plaży nikt maseczek nie nosi, a w pomieszczeniach zamkniętych jest różnie; personel kawiarni, sklepów i barów na ogół stosuje się do wymogów, a klientela dowolnie. Sam jestem tego przykładem, niestety częściej negatywnym, co zwalam na wczasowy luz. Tylko w miejscowym kościele panuje pełna dyscyplina, wszystkie boże owieczki zamaskowane.

Wśród wczasowiczów dominują młodzi ludzie, najwięcej rodzin z dziećmi, a więc 500+. Adekwatnie do tego rozrywka i gastronomia, typowa – nadmorska, dostosowana do wieku, poziomu i oczekiwań konsumentów. Tu się nic nie zmienia od lat, może i dobrze, bo do tych kolorowych, tandetnych plastików też mnie ciągnie we wspomnieniach, do znajomego gwaru deptaku, zapachu waty cukrowej i smażonej ryby, do flirtowania z dziewczynami starszymi i młodszymi, śmiesznych kalamburów, co rodzą się na poczekaniu w rozmowach z nieznajomymi… Ciągnie jak do szumu Bałtyku i piasku pod stopami na plaży, rozgrzanego słońcem, albo mokrego od fali, co zostawia na chwilę ich ślady; takiego mięciutkiego i złocistego próżno szukać nad Adriatykiem i Morzem Czarnym. Od ubiegłego roku plaża w Jastrzębiej Górze jest dużo szersza, przywieziono piasek pozostały po pogłębieniu Portu Północnego w Gdańsku i nie brakuje miejsc do opalania, wygląda czysto. Morze tutaj też jest klarowne i na tyle ciepłe, że da się w nim zanurzyć, choć jest to najbardziej wysunięta na północ miejscowość w Polsce.

Na wysokim klifie, gdzie biegnie promenada, koncertuje na akordeonie Leszek Sypniewski z Konina, bard o głosie przypominającym trochę Wysockiego. Śpiewa poezję Mickiewicza, Słowackiego, Wyspiańskiego, Tuwima i innych klasyków, do której sam układa muzykę, ku pokrzepieniu – jak powiada – ludzkich serc. Kiedyś pracował przy remontach kotłów energetycznych, teraz cieszy się, kiedy widzi, że słuchacze regenerują się duchowo pod wpływem jego sztuki. Przychodzą oklapnięci, smutni, a odchodzą z błyskiem w oku i uśmiechem na twarzy. Część swoich tekstów pisze sam, to są przeważnie lekkie historie z romantyczną nutką, takie, jak Letnia dziewczyna na przykład.

21 maja 2020 Letnia Dziewczyna Gorąca Jastrzębia Góra

Strawę duchową z tzw. wyższej półki (chociaż Mickiewicz na niższej się nie plasuje ), oferują w Jastrzębiej Górze ojcowie Jezuici, w ramach XV Międzynarodowego Letniego Festiwalu Muzycznego. Uczestniczę w pięknym koncercie wiolonczelistki Edyty Słomskiej i organowym szwajcarskiego wirtuoza, Vinzenta Thevenaza, w planie są kolejne. Koncerty odbywają się w kościele pw. św. Ignacego Loyoli, wstęp na nie jest bezpłatny, ale można ofiarować datki na remont tutejszych organów. Do kościoła prowadzi od głównej drogi do Władysławowa ulica Prof. Krzysztofa Pendereckiego. Ten wybitny kompozytor zmarł niedawno, 29 marca b.r. Związany był z nadmorskim kurortem od kilkudziesięciu lat, przyjeżdżał tu z potrzeby serca i dla walorów zdrowotnych kaszubskiej Pilece. Zatrzymywał się zawsze w domu Leśna Perła, przed którym jutro, 9 lipca, odsłonięta zostanie uroczyście tablica pamiątkowa, poświęcona zmarłemu. Profesor Penderecki patronuje festiwalowi i tym imponującym 40-tonowym organom na 77 głosów, których w przyszłości ma być ponad 100. Dołożyłem się więc do kwesty.

Kiedy na początku swojego pobytu w Jastrzębiej Górze wysłałem admince swoje zdjęcie znad morza, z dopiskiem, gdzie dokładnie jestem, odpowiedziała mi: Aaa, świetne miejsce. Ewunia pochodzi z pobliskich stron i wie, co pisze.

PS od Adminki: Tak, wiem, co piszę. Przyjeżdżaliśmy tu latami, bardzo chętnie zimą lub wczesną wiosną, często na Wielkanoc, kiedy właściwie nie było w ogóle turystów, bo nawet jeśli domy wczasowe bywały pełne, na plażę prawie nikt nie wychodził. Ale Autor mnie niezmiernie zaskoczył twierdzeniem, że jest to najbardziej na północy położona miejscowość w Polsce. Nie sprawdzam tej rewelacji, jestem pewna, że Autor wie, co pisze 🙂

Spotkania z Księciem Ciemności 24

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!
Wiele razy zastanawiałem się nad tą zagadką, ale – jak dotąd przynajmniej – nie potrafię bodaj przybliżyć się do jej rozwiązania.
Jak on to robi? Drań, mała menda tudzież samolub. A próżny taki, że ja ze swoim egocentryzmem, wcale nie małym, jawię się przy nim jako wzór skromności. Nawet nie próbuje udawać, że się czemuś lub komuś podporządkuje, coś tam uwzględni, czy choćby zauważy. Słowem: charakterek, nie charakter. Przyszedł niezapowiedziany. Z długiej nieobecności ani myśli się tłumaczyć. Wskoczył na stół, zignorował fakt, że ja tu właśnie zarabiam na swój chleb oraz na jego karmę. Leży jakby nigdy nic.

Niedawno kupiłem nową lampkę. Myślałem, naiwny, że dla siebie…
Włączam ją, bo zmrok już zapadł za oknem: co prawda chwilowo Książę uniemożliwia mi pracę, ale może to się zmieni.
Tylko tego mu było trzeba! Scenografii oraz reflektorów mu brakowało! Zaczyna mistyczno-szatańsko-artystyczny pokaz. Oczu nie mogę oderwać.



A potem, jakby nigdy nic, zabiera się za lizanie łapki, jakby chciał powiedzieć: Popatrz: jaki mały jestem i bezbronny. Opiekuj się mną, dobrze?


I co z takim zrobić? Da się go nie lubić? Pytania z gatunku retorycznych.
Ale przynajmniej coś zaczynam rozumieć. Jego tajemniczy, koci zmysł polega na tym – między innymi, rzecz jasna, bo nie tylko na tym – że skubaniec zawsze wie, gdzie i kiedy się pojawić. Tylko i aż. Też bym tak chciał.

Urodziny 5 lipca

Tekst powstał na zamówienie, dla uczczenia dzisiejszego dnia, ale, jak to czasem bywa z tekstami na zamówienie, nie został przyjęty. Nie dowiedziałam się nawet, dlaczego. Mogę się tylko domyślać.

Ewa Maria Slaska

Urodził się gdzieś na trasie między Kamieniem Pomorskim a Szczecinem i ojciec Polak przyniósł go do Szczecina w plecaku. Matka Niemka nie zdołała uciec „przed Ruskimi”, tak się to wtedy mówiło, byli więc tylko oni dwaj. Ojciec był młody, przystojny, chudy jak szczapa, wyglądał jak oni wszyscy, chłopcy od Jędrusiów, on miał niecały rok i o dziwo całkiem dobrze rósł, mimo że ojciec karmił go tym, co mu się akurat nawinęło pod rękę, najczęściej chlebem namoczonym w cienkiej zupce. Od dłuższego czasu nocowali w piwnicy domu dla inżynierów fabrycznych w starej papierni w Skolwinie. Dwie rodziny, siedmioro dzieci w różnym wieku, dwóch ojców, dwie matki, jedna ciotka i on z ojcem. Siłą rzeczy ciotka zajęła się nim i ojcem. Ojciec chciał iść dalej, nawet do Niemca, byle uciec przed Ruskimi. Ale ciotka odradzała. Sowieci póki co nikogo przez granicę nie puszczali po dobroci, a jak ktoś próbował – strzelali. Zabiją cię, a dzieciak umrze z głodu, powiedziała ciotka. Zresztą pewnie zaraz tu będzie Polska, to póki co przeczekamy, a potem i tak przyjdą Niemcy.
Podobno nie ma prawa pamiętać ciotki, ale myśli że pamięta. Wyglądała jak rudy anioł. Ale może tylko mu się śniło.

Kiedyś zapytał ojca, gdzie ten plecak, w którym ojciec go przyniósł do Szczecina, ale ojciec nie pamiętał. Gdzieś przepadł. Ciotka też gdzieś przepadła.

Spali na papierze. APIS Feldmühle, Papier- und Zellstoffwerke. Scholwin bei Stettin. Wiesz, powiedział kiedyś Ojciec, który zawsze wszystko wiedział, swego czasu była to największa w Europie fabryka papieru. Ale, kiedy spali w piwnicy na papierze, miał rok i nie mogło go to interesować.

Oficjalne przekazanie miasta władzom polskim nastąpiło 5 lipca 1945 roku. Nie bardzo było co przekazywać, bo było to morze ruin. Ale na tej granicy pomiędzy Polską a Niemcami decyzja i tak należała do Sowietów… On akurat kończył rok. Ma teraz 76 lat i znowu mieszka w Skolwinie, choć kiedy tu dotarli w 45 roku, dawny Scholwin nazywał się Odermünde, potem Żółwino albo Ujście Odrzańskie, a dopiero od listopada 1946 roku tak jak teraz: Skolwin. Też tego nie pamięta, ale ojciec chętnie o tym opowiadał. To były takie małe Sowiety, mówił ojciec. Enklawa Policka, nic tylko wojsko sowieckie i niemieccy jeńcy.

Teraz sprawdza, teraz wszystko można sprawdzić, że Enklawa formalnie istniała od 5 października 1945 do 25 września 1946 roku. Był to obszar ok. 90 km², czasowo wyłączony spod administracji polskiej, pozostający częścią terytorium Polski. Sowieci wywozili wszystko, co się dało wywieźć z fabryki benzyny w Policach. W Enklawie pracowało ponad 20 tysięcy jeńców i robotników niemieckich. Dopiero gdy już nic nie było do wywiezienia, enklawe zlikwidowano, Niemcy wyjechali, a tu mogli formalnie przybywać osadnicy polscy.
No ale oni z Ojcem już tu byli.

Ojciec całe życie pracował w papierni, najpierw ją odgruzowywał, potem odbudowywał. Produkcja ruszyła w roku 1952, ale on tego też jeszcze nie pamięta. Ojciec był robotnikiem w ścieralni. To była ciężka praca. Potem szedł coraz wyżej i dalej, dalej od ścieralni. Skończył zaocznie studia, został kierownikiem zmiany, zastępcą dyrektora. Jego oczkiem w głowie była kaoliniarnia. Zawsze się złościł, że musimy sprowadzać z Czech, choć sami mamy w Polsce złoża kaolinu, tylko nie umiemy ich płukać. Złościło go też, że różne rodzaje kaolinu składuje się razem, przez co nie można drogich rodzajów glinki używać tylko do produkcji ładnego papieru, a tanich do produkcji byle czego, tylko trzeba do każdej produkcji używać tego, co akurat taśma z magazynu podrzuciła.
Dzięki ojcu miał w szkole pod dostatkiem zeszytów, miał też grube białe bibuły i błyszczący papier od obkładania. Czasem ojciec przynosił kalkomanie. To nie było dla chłopaka, ale wszystkie dziewczynki w klasie bardzo lubiły kalkomanie.
Pojawiła się nowa mama. Tak powiedział ojciec. To jest Jola, twoja nowa mama. Z Jolą było dobrze. W mieszkaniu było sprzątnięte, na oknie kwitły pelargonie, w niedzielę na obiad był rosół i kurczak z mizerią.

Gdy teraz o tym myśli, zastanawia się, skąd ojciec miał te zeszyty i kalkomanie dla niego, bo papiernia w Skolwinie wytwarzała papier gazetowy, papier śniadaniowy, tekturę, papier pakowy, papier toaletowy i wytłaczanki czyli opakowania do jajek. Pewnie miał to od kolegów z innych papierni, on im papier toaletowy, oni mu zeszyty dla dzieciaka.
Gdy on sam po studiach chemicznych w latach 70 przyszedł do fabryki, zaczęli produkcję kalki. Produkowali niebieską i czarną, ołówkową i maszynową. Ojciec umarł, Jola przeszła na emeryturę i zabrała się za porządki stulecia. Uporządkowała nawet starą walizkę, do której ojciec od zawsze wrzucał „papiery”, rachunki, pocztówki z Zakopanego od kolegów z pracy, kwity do szewca. Jola wszystko posortowała, śmieci wyrzuciła, a resztę powkładała do tekturowych teczek po kalce.

Jola była księgową i pracowała w stoczni. Gdy zaczęły się strajki Jola nie wróciła do domu. Nie mieli wtedy jeszcze telefonu, o tym, co się dzieje w Stoczni dowiedzieli się z Wolnej Europy. Pojechali obaj z ojcem, zabierając ze sobą kilka ryz papieru i kalkę. Wiedzieli już z poprzednich rozruchów w 1970 roku, że jeżeli podziemna drukarnia, tak zwana „wolna wałkowa” nie nadąża, jedynym sposobem produkcji ulotek informujących o sytuacji strajkujących jest przepisywanie ich ręcznie przez kalkę. Jola miała ładne pismo, na pewno znowu będzie pisała ulotki. Tak jak dziesięć lat temu.

Akurat gdy Stocznia Szczecińska podpisywała umowy sierpniowe (podpisali je jeszcze przed Gdańskiem, Gdańsk był drugi, ale o Gdańsku wiedział cały świat, a o Szczecinie wszyscy zapomnieli), urodził się jego drugi syn. Ach, no tak, oczywiście, przecież ożenił się, nie mieszkał też już z ojcem i Jolą. Ale życie jest jakie jest. Marysia wyjechała do Kanady na miesiąc, potem zrobiły się z tego trzy miesiące, potem wybuchł stan wojenny, minął rok, kiedyś odesłał do Marysi starszego syna, potem mama Marysi zawiozła tam młodszego. Rozwiedli się, Marysia wyszła po raz drugi za mąż. On się nie ożenił.

W styczniu 1989 roku pojechał do do Berlina. Kolega się tam „zahaczył”, załatwił mu pracę na budowie. Kolega dostał azyl, twierdził że i on dostanie, bo wszyscy dostają. To oczywiście nie była prawda, ale miał szczęście, bo przecież w teczkach tak starannie poukładanych przez Jolę, były dokumenty mamy. I na szczęście przypomniał sobie o tym, zabrał ze sobą mamy „Stammbuch” czyli książeczkę rodzinną, jakieś metryki, świadectwo chrztu po niemiecku. Właściwie stosunkowo szybko z pozycji osoby czekającej na azyl polityczny przeszedł do „lepszej” kategorii – stał się kimś, kto czeka na przyznanie statusu przesiedleńca czyli Niemca. Dużo chodził po mieście, nie umiał sobie znaleźć miejsca. Kiedyś trafił na Stettiner Strasse. Podobało mu się, poczuł się, jakby znalazł kawałek domu, w miejscu, które nigdy nie stanie się domem. To wiedział. Dziwił się, bo kolega, choć na początku nie znał języka, zadomowił się bezboleśnie. A on, choć język znał od zawsze, bo ojciec dbał o to, by nie zapomniał, że jego mamą była Niemka, nie umiał się tu odnaleźć. Gdy przyszła pora, żeby się wyprowadzić ze schroniska do własnego mieszkania, poszukał sobie mieszkania na „Szczecińskiej”. Było już po zmianach politycznych, cały Berlin stał otworem.

Zaprzyjaźnił się z ludźmi, od czasu do czasu miewał jakieś romanse, raczej unikał Polonii, unikał środowisk, gdzie spotykali się tacy jak on, przesiedleńcy. Pracował wciąż na budowie, jako chemik najpierw nie dostał pracy, a potem nawet nie szukał. Zaczął pisać, od razu po niemiecku, nie chciał, żeby mu ktoś tłumaczył jego myśli, to zawsze nie było to. Pisał głównie dla bezpłatnych gazet dzielnicowych. Zarobek nie był specjalnie wielki, ale pozwalał zająć się czymś innym, niż betoniarka, rusztowanie i wylewka betonowa.

W styczniu 1998 roku redakcja wysłała go na odsłonięcie pomnika Hermanna Stöhra na tyłach Dworca Wschodniego. Plac, na którym ustawiono wielki głaz z napisem został nazwany jego imieniem. Był to jeden z pierwszych wreszcie zrehabilitowanych żołnierzy armii hitlerowskiej, którzy odmówili służby wojskowej lub zdezerterowali. Stöhr został skazany na śmierć i zgilotynowany. Takie osoby jak on przez wiele dziesięcioleci były w aktach Wehrmachtu wciąż jeszcze zapisane jako zdrajcy. Przemawiający podczas odsłonięcia pomnika inicjator akcji, Jochen Schmidt, powiedział: W Niemczech jest sto a może dwieście, a może pięćset ulic Ottona von Bismarcka, ale ten plac jest pierwszy, który nazwano ku czci tych, którzy odważyli się sprzeciwić reżimowi Trzeciej Rzeszy.

Stöhr urodził się w Szczecinie, wrócił tam, gdy w latach 30 stracił pracę. W Szczcinie założył wydawnictwo, tu dostał powołanie do wojska, którego nie przyjął, tu został aresztowany i stąd wywieziono go do Berlina na śledztwo, proces i śmierć.

Poruszyła go ta historia. Wielokrotnie jeszcze przychodził na plac i rozmyślał o tym, że ludzie z pokolenia jego ojca czy Hermanna Stöhra dobrze wiedzieli, co jest ważne i nie wahali się, poświęcić za to życia. Podobało mu się to, ale jednocześnie zawstydzało.

Kiedyś przeczytał, że Szczecin chciałby wynająć od Berlina dworzec Szczeciński. Zdziwił się, bo nawet nie wiedział, że istnieje coś takiego jak dworzec Szczeciński, skąd kiedyś odjeżdżały pociągi do Szczecina. Dworca już nie było, nie wiedział więc, co właściwie Szczecin chciał dostać, wynająć, użytkować? Na ulicy między stare tory kolejowe wmurowano nazwy miast, do których kiedyś odjeżdżały stąd pociągi. Jeździł do Szczecina co najmniej raz na miesiąc, czasem nawet częściej, ale odjeżdżał ze stacji Gesundbrunnen. Nie miał daleko, przychodził na dworzec na piechotę. Kiedyś zapytał sam siebie po co tak jeździ w te i we wte?

Wrócił do Szczecina już jako emeryt. Papiernia właśnie przestała istnieć. Wydało mu się to symboliczne. Oczywiście to nieprawda, że przestała istnieć, bo tylko przestała pracować. Mury stały tak jak zawsze. Kupił dom na Skolwinie, wysoko na skarpie, z widokiem na Odrę. Dom wymagał remontu, zamówił ekipę w spółdzielni studenckiej, przyszło trzech chłopaków, hydraulik, kafelkarz i murarz, przyszła też malarka, została na kilka lat, ale i to minęło. Jest sam. Czyta, pisze, myśli. Myśli, że jest dobrze. Ma 76 lat. Jest o rok starszy od miasta, w którym się wprawdzie nie urodził i wcale nie przez całe życie mieszkał, a mimo to najważniejszego.

Wprowadzili obostrzenia z uwagi na pandemię. To dziwne uczucie, bo puste nocą miasto przypomina mu stan wojenny. Ale same zakazy i nakazy niezbyt go przejmują. Jest sam, ale już od wielu lat jest sam, od czasu gdy odeszła młoda malarka i zabrała wiadro, pędzle, drabinę, a zostawiła samotność.

Podobno papiernię mają znowu uruchomić.
Na Odrą leci klucz gęsi w kierunku jeziora Dąbie.
Pisze książkę o Hermannie Stöhrze.
Jest dobrze.

PS. Właśnie zadzwonił telefon. Zadzwoniła mama Marysi, czasem telefonują do siebie, czasem wychodzi z nią gdzieś. Ale jest pandemia, nie można się spotykać ot tak sobie. Dziś twoje urodziny, mówi mama Marysi. Siedzę sobie na balkonie i piję toast kawą na cześć podwójnych urodzin, Twoich i Szczecina.
Sto lat!

 

Memy

Kol Nze

Ciekawy wiersz. Wzbudził we mnie ochotę do napisania o genezie “memów” i memetyce. Jeśli się o niej wie, wiersz nabiera nowego sensu, a poza tym to bardzo ciekawa, obiecująca teoria naukowa.

Mem w oryginalnym znaczeniu (to słowo wymyślił Richard Dawkins – znany ateista i propagator teorii ewolucji) oznacza “jednostkę informacji kulturowej” – coś bardzo analogicznego do genu, tyle że geny przekazują informację poprzez reprodukcję organizmów (informacja biologiczna), a memy są ideami, które są przechowywane w ludzkiej pamięci, i rozmnażają się z mózgu na mózg (informacja kulturowa, mentalna) przez naśladownictwo – ktoś coś zrobi, powie lub napisze, a ktoś inny tę informację odbierze i tym samym zapisze mu się ona w głowie.

Memem może być bardzo wiele rzeczy – gest, słowo, ideologia polityczna, żart, rodzinna anegdota, jakaś moda, melodia, rytuał, symbol dowolnego rodzaju. Humorystyczny mem internetowy (czyli to, z czym kojarzymy to słowo) to tylko jeden z możliwych rodzajów memu.

Czyli “memy” w pierwotnym sensie to rzeczywiście wszystko, co po sobie zostawimy. Nasze ciało przeminie, a nasze przedmioty mogą przetrwać, ale co nam z tego, jeśli nikt nie będzie wiedział, że były nasze? Musi pozostać informacja memetyczna – wspomnienia, zapiski (ale jeśli nikt nie będzie ich czytał, nie będą się powielały i z czasem też obumrą). Poza tym, możemy zostawić ślady bardziej bezosobowe, ale jeszcze trwalsze – na przykład udzielać się w jakiejś dziedzinie naukowej i stworzyć nową wiedzę, która będzie służyć następnym pokoleniom. Wiele osób chce zostawić po sobie potomstwo – ślad genetyczny, ale można również “przedłużyć swoje życie” zostawiając po sobie trwałe memy. 🙂

Po co jednak wprowadzono pojęcie “memu”, skoro obejmuje ono taki szeroki wachlarz zjawisk? Dawkins zauważył coś zaskakującego – stwierdził, że wszystkie powyższe rzeczy podlegają darwinowskiemu doborowi naturalnemu – temu samemu mechanizmowi, któremu podlegają żywe organizmy! Dana informacja może mieć cechy, które bardziej lub mniej sprzyjają naszemu dzieleniu się nią – prosty przykład: przeczytam przepis na tartę, który brzmi zachęcająco, a gdy po wykonaniu tarta okaże się pyszna, chętnie podzielę się tym przepisem z bliskimi. Mem, którym był przepis na tą konkretną tartę, posiadał cechę sprzyjającą jego powielaniu – cechą było to, że tarta jest smaczna. Gdyby tarta mi nie smakowała, pewnie nie przekazywałbym przepisu dalej.

Widzimy więc, że memy posiadają pewne cechy niezbędne do zaistnienia procesu doboru naturalnego. Memy powielają się tak jak geny (z tą różnicą, że nasze geny otrzymuje tylko nasze potomstwo, a memami możemy “zarazić” każdego), są różnorodne (może istnieć wiele różnych przepisów na różne rodzaje tart) jak geny, dochodzi między nimi również do pewnego rodzaju “rywalizacji” – tak jak z genami. Rywalizacja polega na tym, że lepsze przepisy na tartę z czasem powinny się stawać coraz bardziej popularne, gorsze – coraz mniej. Z czasem mogą się pojawić jeszcze lepsze przepisy, na przykład uwzględniające jakiś dodatkowy składnik, o którym dawnym kucharzom się nie śniło – wtedy przepisy nie uwzględniające go, dotychczas uznawane za najlepsze, utracą swój blask i zostaną stopniowo zapomniane.

Oczywiście na potrzeby przykładu bardzo uprościłem tarcianą rzeczywistość. Dobrze wiemy, że powodów do zapamiętywania i “rozmnażania się” przepisu może być znacznie więcej, niż same walory smakowe. Jakiś przepis może mieć dla nas wartość sentymentalną (“Babcia zawsze tak to przyrządzała”), inny może być sygnowany przez eksperta z danej dziedziny (“Tarta Fondibou-Lerette Basée autorstwa Magdy Gésslér”) i tak dalej… Te niuanse wcale nie przeczą regułom doboru naturalnego – wręcz przeciwnie. W końcu ewolucja biologiczna też zaskakuje swoim zniuansowaniem i bogactwem cech sprzyjających przetrwaniu.

Nawet jeśli zgadzamy się w tymi wnioskami, wciąż możemy czuć jakiś zgrzyt w tej osobliwej analogii. Ewolucję biologiczną – w przeciwieństwie do kulturowej – postrzegamy jako proces “ślepy”, który nie dzieje się świadomie, a jest zaledwie efektem obowiązujących warunków. Rozumiemy na przykład, że drzewa nie podejmują decyzji o wzrastaniu w górę, bo uznały, że opłaca im się przewyższyć swoich sąsiadów-konkurentów w lesie, by zapewnić sobie więcej światła słonecznego. Drzewa nie są aż tak mądre. Po prostu te osobniki, których geny powodują wzrost wyższy od przeciętnego (na przykład na skutek losowej mutacji we fragmencie genomu, który odpowiada za tę cechę), przebiją się ponad resztę drzew, zdobędą więcej energii słonecznej, która pozwoli im wyprodukować więcej nasion i w następnym pokoleniu drzewa wysokie będą już stanowić większy procent całej populacji lasu. W ten sam sposób ewoluują wszelkie inne cechy sprzyjające przetrwaniu organizmów (a właściwie ich DNA) – nie dlatego że organizm je “wymyśla”, lecz dlatego że losowe mutacje połączone z ciągłym zachodzeniem reprodukcji i konkurencją powodują przetrwanie “najlepszych” – osobników z najkorzystniejszymi mutacjami DNA. My – obecni zwycięzcy tej trwającej od miliardów lat rywalizacji – jesteśmy mutantami, zmutowanymi z mutantów, zmutowanych z jeszcze wcześniejszych mutantów.

Ale ewolucja memetyczna jest inna, prawda? W końcu nie wydaje się taka ślepa. Przepisy na tartę nie stają się lepsze dlatego, że przy ich powielaniu czasem przydarzy się nam literówka albo przejęzyczenie, które prowadzi do niespodziewanego ulepszenia przepisu. Być może kiedyś gdzieś tak się zdarzyło, ale generalnie przepisy stają się lepsze, bo ulepszają je ludzie – świadomie. Testują, co do siebie pasuje, i wyciągają wnioski. Nasz udział w “mutowaniu” memów nie zmienia jednak tego, że konkurują one między sobą i się “rozmnażają” – dobór naturalny wciąż tu zachodzi.

Te zmutowane przez nas memy, gdy przedostaną się do cudzego umysłu, muszą poruszyć w człowieku jakieś “struny” (jego emocje, potrzeby, nawyki), które sprowokują go do dalszego przekazania informacji. Jeśli tego nie zrobią, to informacja przepadnie, a jeśli zrobią – stanie się popularniejsza. Możemy uogólnić nasz wcześniejszy wniosek o tartach: w miarę upływu czasu memy wędrujące między umysłami powinny stawać się coraz skuteczniejsze w sztuce zmuszania nas do ich powielania.

To oznacza, że wygrywają te memy, które najskuteczniej potrafią wykorzystać nas do swojego rozrodu – choć niekoniecznie są dla nas najkorzystniejsze. Ewolucja memetyczna jest ślepa na nasze potrzeby – znów analogicznie do ewolucji genetycznej, gdzie ostają się te wersje DNA, które najlepiej spisały się w zadaniu rozmnażania, nawet kosztem szczęścia swoich nosicieli. Po stronie memetyki mamy zaś “memy-pasożyty” – twory, które nie przynoszą żadnego pożytku swoim nosicielom, a mimo to nie przestają być powielane. Możemy dzięki temu zrozumieć, czemu niektóre memy trwają, nawet jeśli wszystkim szkodzą. Szkodliwe memy mogą wcale nie znikać z informacyjnego obiegu – tak długo jak poruszają w nas struny, które zapewniają, że przekażemy je dalej.

Perspektywa memetyczna jest wprost odwrotna do naszego codziennego sposobu patrzenia na świat. Zwykle uznajemy siebie – ludzi – za podmioty, które tworzą, kształtują, manipulują przedmiotami – ideami. W memetyce jest na odwrót – to idee są w pewnym sensie podmiotem, siłą sprawczą. Idee są informacją, która mutuje i mnoży się, a ludzi “postrzega” jako przedmioty – “maszyny replikujące” (ją). Oczywiście memy nie mają żadnej świadomości ani mózgu – jednak dzięki doborowi naturalnemu wciąż się rozwijają i mogą sprawiać takie wrażenie, tak samo jak ślepa ewolucja gatunków (np. zwiększanie się wysokości drzew) sprawia wrażenie inteligentnego działania.

Analizując zjawiska z takiej perspektywy, można dochodzić do nietypowych, oryginalnych wniosków i odkryć – np. w badaniach socjologicznych. Kiedyś myślano nawet, że z czasem memetyka stanie się osobną, rozbudowaną dziedziną nauki. Na razie, mimo wielu prac naukowych z jej udziałem i na jej temat, daleko nam do tego. Być może zmianę przyniesie dalszy rozwój technologiczny – coraz wydajniejsze komputery i rozwój kognitywistyki (psychologii, neurobiologii, sztucznej inteligencji…) umożliwią nam modelowanie ewolucji memów, tak jak dzisiaj możemy już modelować ewolucję organizmów.


PS od adminki, czyli staroświecki dodatek do memetyki:

Wir ergreifen keine Idee, sondern die / Idee ergreift uns und knetet uns und peitscht uns in die Arena hinein, dass / wir wie gezwungene Gladiatoren für sie kämpfen.

Nie wspieramy idei, to ona /nas wybiera, nas formuje i biczem zapędza na arenę /gdzie musimy o nią walczyć jak gladiatorzy.

Heinrich Heine

Wiersze

Teresa Rudolf

Ostatnio tak się składa, że obok mnie wokoło bardzo dużo ludzkiego cierpienia… w każdej formie.
I tym wszystkim ludziom poświęcam, jak i też poprzednio, moje wiersze…

Ból oporu…

Ból duszy niebywały,
w wyścigu przed
zmęczonym ciałem,

Ból ciała dzielnego,
strach przed bólem
tej gnębionej duszy.

Dusza zmartwiona
ciałem, czy starczy
jej sił pocieszania.

Splątane nadzieją
świętą i wzniosłą
ciało i dusza.

Dusza i ciało
siłą walki o to “tu
i teraz” związane.

Zaborczość
podłego najeźdźcy,
i opór czlowieka…

trzymanie kciuków.

Dziś dobry dzień…

Dziś dobry dzień,
ale podejrzliwość,
gdzie jakiś tu haczyk…

Dziś dzień dobry,
i ptaki głośniejsze,
niż krzyk mego bólu.

Dziś mam siłę być
zły na ciebie, a po co
gdy cię kocham?

Dziś mogę nosić
cię głośno w sercu,
niech też inni słyszą…

Dziś powietrze tak
czyste jak nigdy,
swieże oddychaniem.

Dziś, życie zamknięte
w jednym dniu, aż
do jutra i do jutra….

Będzie dobrze, do jutra.

Polskie Odziały Wartownicze przy Armii Amerykańskiej

Tadeusz Rogala

W Niemczech i w Europie

Przy okazji 75 rocznicy zakończenia II wojny światowej warto przypomnieć los Polaków po zakończeniu wojny i ich udział w odbudowywaniu zniszczonej Europy.

Po zakończeniu działań wojennych w strefach zachodnich Niemiec przebywało około półtora miliona Polaków. Byli to więźniowie obozów koncentracyjnych, obozów jenieckich oraz osoby przebywające na robotach przymusowych. Były też ludzie, którzy z różnych względów znaleźli się na tym terenie, jak np. Brygada Świętokrzyska, która w liczbie ponad tysiąca osób przeszła przez front do strefy amerykańskiej – w obawie przed represjami ze stony Sowietów – wyzwalając po drodze kobiecy obóz koncentracyjny w Holiszowie (Czechy), uwalniając około 700 więźniarek, w tym 167 Polek oraz ponad 200 Żydówek.

Wielu Polaków z terenów wschodnich Niemiec przedzierało się na Zachód, mając nadzieję na spotkanie się z Polskimi Siłami Zbrojnymi, będącymi pod władzą Rządu Rzeczypospolitej w Londynie i możliwość wstąpienia do tej formacji wojskowej. Ludzie liczyli, że istniejący stan rzeczy na ziemiach polskich ulegnie zmianie i wkrótce te ziemie będą wolne od okupacji radzieckiej. Inni Polacy przesuwali się na Wschód pragnąc jak najszybciej wrócić do domu. Wielu Polaków z kresów wschodnich nie miało jednak dokąd wracać.

Mocarstwa zachodnie uważały, że z chwilą przeprowadzenia w Polsce wolnych wyborów, także reszta Polsków wróci do kraju. Większość Polsków jednak takiej nadziei nie miała, wielu liczyło się niebezpieczeństwem nowych prześladowań ze strony władzy narzuconej przez Związek Radziecki.

Już w roku 1944 zawarta została między Główną Kwaterą Dowództwa Frontu Europejskiego SHAEF i polskimi władzami wojskowymi ogólnikowa umowa na temat użycia wyzwalanych jeńców Polaków i wyzwolonych robotników przymusowych w oddziałach Labor Service (służba pracy). Już wtedy brano pod uwagę, że w wyzwalanych stopniowo Niemczech mogą powstać zadania techniczne i wartownicze dla większej ilości ludzi godnych zaufania, a nie przygotowanych do objęcia służby wojskowej.

Wladze okupacyjne w Niemczech kierowały się tym, aby wszystkich uchodzców skierować do krajów pochodzenie, czyli ich repatriację. Nie przewidywano, aby taka ilość osób wysiedlonych (displaced persons, w skrócie DP, w powszechnym użyciu dipisi) miała możliwość pozostania. Dipisów umieszczono bądź to w dawnych obozach lub byłych niemieckich koszarach wojskowych. I tak np. w Ludwigsburgu w koszarach niemieckich i budynkach obozowych przebywało, w pewnych okresach do 14 tysięcy Polaków. Obóz ten istniał do początku lat pięćdziesiątych. Obozy były prowadzone przez UNRA, potem przez IRO. Wiele osób wróciło do kraju, czy poprzez repatriacje, czy też na własną rękę, jednakże duża część Polaków pozostała ze względu na sytuację politycznąj.

W pierwszych trzech latach po zakończeniu wojny praktycznie nie było możliwości pracy dla osób wysiedlonych. W tych niezwykle trudnych wyrunkach życia uchodzców i ich bezczynności należało czymś zająć dziesiątki tysięcy mężczyzn, zdolnych do pracy. Taką możliwość pracy dały im Oddziały Wartownicze. A wartownicy byli potrzebni, wojska okupacyjne wyjeżdzały z terenu Niemiec, natomiast pozostało dużo obiektów do strzeżenia, jak składy, lotniska, obozy internowanych. Koncepcja wojsk wartowniczych odpowiadała tradycjom Armii Amerykańskiej, która nie miała przymusowej służby wojskowej i chętnie posługiwała się personelem pomocniczym innej narodowości.

Podpisana wcześniej umowa przewidywała wypłatę wynagrodzeń dla Labor Service według skali dla Polskich Sił Zbrojnych w Anglii. Na podstawie tej umowy dowódcy armii amerykańskiej, 7 Armii w Heidelbergu i 3 Armii w Monachium,wydali rozkazy upoważniające do tworzenia oddziałów wartowniczych. Pierwsze kompanie wartownicze powstały już w maju 1945 roku. W praktyce odbywało się to w ten sposób, że dowódcy jednostek amerykańskich, którzy nie mogli wykonać zadań ze względu braki w ludziach, zwracali się do najbliższego ośrodka byłych jeńców polskich, wyszukiwali w nim oficera i zlecali mu formowanie kompanii wartowniczej, nie dając żadnych regulaminów i wskazówek co do zasad organizacji. Oficerowie dobierali sobie młodszych oficerów i podoficerów, i opierając się na znanych sobie regulaminach i wzorach organizacyjnych polskich, formowali od dołu formację typu wojskowego polskiego, a podlegającą dowództwu amerykańskiemu, które jednak nie wtrącało się do szczegółów i pozostawiało dużą swobodę dowódcom polskim.

Ponieważ sprawa uzupełnień i organizacowania nowych jedynostek nastręczała dużo trudności, z projektem powołania Głównej Sekcji Łącznikowej polskiej, wystąpił mjr Leopold Koziebrodzki, oficer łącznikowy przy dowództwie 7 Armii. Rozkazem z 3 listopada 1945 roku powołano do życia Polską Sekcję Łącznikową pod nazwą 8th Labor Supervision Area, na czele której stanął płk. Franciszek Sobolta. Podstawy regulaminowe dla Oddziałów Wartowniczych zostały ustalone dopiero w maju 1946 roku, zaś ostatecznie ujednolicone dla wszystkich jedynostek dopiero w maju 1947 roku.

Część jednostek pełniła służbę przy lotnictwie amerykańskich, jednostki te przemianowano na szwadrony wartownicze (Labor Service Squadron). W ramach Labor Service obok kompanii wartowniczych istniały kompanie pracy, wykonujące różne zadania techniczne oraz kompanie transportowe (Truck Co), szczególnie popularne, ponieważ dawały sposobność zdobywania umiejętności kierowania samochodami, a także ich konserwacji i naprawy. Istniały także kobiece Oddziały Wartownicze. W Käfertal utworzono pluton kobiet pod dowódctwem por. Ireny Markiewicz, zapoczątkowany przez 22 byłe członkinie AK, przybyłe z obozu w Burg. Liczebność tego plutonu dochodziła do 140 osób.

Pod koniec roku 1945 władze amerykańskie podały zapotrzebowanie na 25 tysięcy nowych wartowników. Oddziały wartownicze pilnowały obozów jenieckich, gdzie tylko w strefie amerykańskiej przeszło przez nie ponad dwa miliony jeńców niemieckich. Drugą kategorią były obozy dla przestępców wojennych. Poza tym istniały więzienia dla skazanych przestępców wojennych oraz więźniów śledczych, czekających na rozprawę przed sądem norymberskim. W procesie głównych przestępców wojennych służbę pełniła amerykańska policja wojskowa, która później została zastąpiona przez kompanie wartownicze bałtyckie i polskie. Niekiedy można było na kronikach filmowych zobaczyć naszywkę Poland na mundurach eskorty przestępców wojennych.

Innym ważnym zadaniem wartowników było strzeżenie obiektów wojskowych i mienia armii amerykańskiej. Nie było to zadanie wdzięczne. Z chwilą zakończenia wojny prawie wszystkie magazyny armii niemieckiej, wszystkie wojskowe i cywilne ładunki towarów kolejowych zostały przez miejscową ludność rozgrabione. Prawie cały przemysł niemiecki stanął, a dla ludności głównym źródłem zdobycia niezbędnych artykułów była grabież. Na wyprawy do amerykańskich magazynów szły całe zorganizowane bandy, nieraz bardzo dobrze uzbrojone. Obok rabunku występowały kradzieże dokonywane przez liczny personel lokalny, zatrudniony przy transportach, magazynowaniu, w warsztatach wojskowych itd. Musiały być też strzeżone obiekty wojskowe, mieszkania wojskowych i cywilnych przedstawicieli mocarstw okupacyjnych, parkingi, biura itp. Zamiarem władz okupacyjnych było ograniczenie armii okupacyjnej do możliwego minimum, a wszystkie zadania wartownicze miały przejąć nowo tworzone formacje wartownicze.

Zarówno polscy jeńcy wojenni, jak i byli robotnicy przymusowi, którzy nie decydowali się na powrót do kraju, chętnie zgłaszali się do Oddziałów Wartowniczych. Do roku 1950 nie było problemów z rekrutacją szeregowców i podoficerów. Dużą rolę odgrywało przywiązanie do munduru, ale motywowały też na ogół lepsze warunki bytu w kompaniach w porównaniu do życia obozowego.

W roku 1946 roku powołanow w Käfertal, w byłym obozie jenieckim, obóz jednolitego szkolenia dla Oddziałów Wartowniczych pod nazwą „Polskie Zgrupowanie Wojskowe” – Polish PWX-Camp Nr 1, który następnie przekształcono na „RAMP (recovered allied military personnel) Replacement Guard Center”. Do roku 1955 w obozie Käfertal uformowano ogółem 133 kompanie, wyszkolono 842 oficerów Oddziałów Wartowniczych, 3787 podoficerów i 26087 szeregowych. Ogółem przez szkolenie w obozie Käfertal przeszło 39 294 wartowników. Dowódcą obozu był ppłk. Juliusz Filipkowski. W okresach szczytowych ogólna liczebność kompanii wartowniczych dochodziła do 40 000 wartowników.

Cały czas po roku 1945 następowała emigracja Polaków do Anglii, Ameryki, Australii nie tylko z obozów przejściowych, ale także z Oddziałów Wartowniczych. Tylko od września 1948 roku do września 1950 roku z Odziałów Wartowniczych wyemigrowało ponad 10 000 Polaków. Ponieważ żołnierzom z Oddziałów Wartowniczych można było wypowiedzieć służbę natychmiastowo, a także wystąpić z nich bez wypowiedzienia, występowała cały czas rotacja. Przyjmuje się, że poprzez Oddziały Wartownicze przeszło około 200 tysięcy Polaków.

Szczególnie po reformie waluty w roku 1949 mieszkańcy obozów cywilnych patrzyli z zazdrością na wartowników, uważając, że mają dobre zarobki. Przed reformą waluty pracowano nie tylko w Oddziałach Wartowniczych, ale w ogóle w Niemczech nie dla uposażenia, ale dla otrzymania lepszych przydziałów żywności. Bolączką Oddziałów Wartowniczych było zagadnienie ubezpieczeń społecznych, początkowo sprawa ta nie była uregulowana. W końcu sprawę ubezpieczeń załatwiona została drogą objęcia wartowników jak i innych pracujących „osób wysiedlonych”, także tych przebywających w obozach dla wysiedlonych, przez niemieckie ubezpieczenia społeczne.

W latach 1945-1947 około 50% wartowników było zakwaterowanych w koszarach murowanych, 30% w budynkach cywilnych, a 20 – w barakach drewnianych. Zdarzało się, że zakwaterowani byli w namiotach.

Jak pisał w „Ostatnich Wiadomościach” z 1 stycznia 1949 roku płk. F. Sobolta:

Służba w Oddziałach Wartowniczych nie jest celem – jest środkiem do osiągnięcia celu. Oddziały Wartownicze składają się z ludzi, którzy powzięli indywidualną, nieskrępowaną żadnym naciskiem z zewnątrz decyzję pozostania poza krajem. W wyniku tej decyzji wstąpili oni dobrowolnie do organizacji, która umożliwiła im przetrwanie i przygotowanie się do właściwej emigracji w warunkach znacznie lepszych, niż te jakie miała pozostała część społeczności polskiej w Niemczech (…).
Podstawą tego zbiorowego wysiłku jest dobra służba wartownika stojącego na posterunku, wzorowa praca robotnika w kompanii pracy, sumienna jazda kierowcy w kompanii samochodowej. Tylko i wyłącznie tej uczciwej codziennej bezimiennej pracy Oddziały Wartownicze zawdzięczają dobre imię u swych pracodawców, wśród społeczności polskiej i u Niemców, w których kraju żyją.

Na egzystencję Oddziałów Watrowniczych wpływały dwa warunki. Z jednej strony rząd amerykański dążył do ograniczenia stanów liczbowym Armii Amerykańskiej, co przemawiało za tworzeniem i zwiększaniem Oddziałów Wartowniczych, a z drugiej – dążenie Rosji Sowieckiej do zlikwidowania za wszelką cenę polskich formacji w wolnym świecie, jeśli miały nawet w najmniejszym stopniu charakter wojskowy. W marcu 1946 roku warszawska misja wojskowa w Berlinie złożyła w Najwyższej Radzie Kontroli notę protestującą przeciw tworzeniu „oddziałów wojskowych”, które miały być podstawą dla „działalności emigracyjnych elementów faszystowskich”. W rezultacie Sowiety domagały się w tej nocie rozwiązania Oddziałów Wartowniczych.

Efektem tego był wydany w kwietniu 1946 roku zakaz noszenia jakichkolwiek odznak, uwidaczniających stopień oficerski lub podoficerski, a także zakaz salutowania. W praktyce zarządzenie okazało się niepraktyczne, dlatego już w czerwcu wprowadzono osobne oznaki oficerskie i podoficerskie. Istnienie umundurowanych i uzbrojonych formacji polskich nie podovało się też niektórym instytucjom niemieckim. Pod wpływem akcji sowieckiej, w pewnej mierze popartej przez instytucje niemieckie, doszło do przemundurowania Oddziałów Wartowniczych, a ściślej – przefarbowania zielonych mundurów amerykańskich na kolor granatowy.

Sprawowanie służby wartowniczej przez Polaków w Niemczech na terenie strefy amerykańskiej, a później także angielskiej miał różnorodny wpływ na stosunki polsko-niemieckie. Wartownicy byli częścią sił okupacyjnych. Polacy z różnej kategorii niewolników stali się współokupantami, a niejako częścią aparatu, sprawującego w Niemczech władzę. Polacy mieli to samo poczucie wartości i swojej władzy co armie okupacyjne, jednak nie było jej nadużywania. Pełnienie służby wartowniczej na terenie Niemiec podniosło w tutejszym społeczeństwie wartość Polaków. Jednakże były akcje i intrygi przeciw wartownikom, wychodzące od miejscowego społeczeństwa. Po okresie, gdy  ludność miejscowa biernie poddawała się okupacji aliantów, przyszedł okres reakcji, co skierowane zostało również przeciw polskim wartownikom. Najbardziej uwydatniło się to w roku 1947. Potem akcje przeciw wartownikom polskim ucichły. W Niemczech powojennych było dużo biedy, zwłaszcza w pierwszych latach. Nieraz można było widzieć czy to zbiegów ze Wschodu, czy inwalidów wojennych wyciągającego rękę do polskiego wartownika, a także znane były opinię, że od Polaka otrzymał prędzej jałmużnę niż od tubylca. Tam, gdzie wartownik w służbie czy poza nią spotykał się z ludnością miejscową, następowała poprawa stosunków.

Kompanie Wartownicze były dla Polaków nie tylko możliwością przetrwania trudnego okresu powojnennego, ale stanowiły swojego rodzaju szkołę życia. Trzeba przypomnieć, że na obczyżnie w Niemczech znalazło się wiele tysięcy polskiej młodzieży. Na roboty przymusowe wywożono osoby od czternastego roku życia. Przebywały na robotach przymusowych także całe rodziny.

Jeżeli kompanie wartownicze (…) nie są organizacjami, której byt zależy od takich czy innych ram formalnych – to tylko i jedynie dzięki temu, że stanowią one przede wszystkim szkołę wychowania. Kompanie wartownicze od początku swego istnienia mają równocześnie ambicję kształtowania poglądów wartownika oraz jego stosunku do ciążących na nim zadań i obowiązków człowieka i Polaka.

– pisały „Ostatnie Wiadomości” nr 2 z 6 stycznia 1948 roku.

W numerze 255 z 11 września 1946 roku czytamy

Dowódca każdej kompanii w obecnych warunkach życia na obczyźnie (…) posiada zwiększone obowiązki. Wynikają one z faktu, że podporządkowani mu ludzie są oderwani od ziemi ojczystej, że pozbawieni są nie tylko domu rodzinnego, ale i opieki oraz kierownictwa ze strony rodziców (…). Dowódca kompanii ludziom tym musi zastąpić ojca. W ten zaś sposób ponosi faktyczną odpowiedzialność za należyty rozwój duchowy i umysłowy powierzonej mu kompanii.

A z okazji obchodów Święta Żołnierza w 1946 roku „Ostatnie Wiadomości” piszą znowu:

Jesteśmy niejako przedstawicielami Polski na obczyźnie, a to zobowiązuje. Pracą i wzorowym postępowaniem winniśmy udowodnić, że w pełni zdajemy sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nas ciąży. W tym leży sens emigracji, aby tu, na obczyźnie, jedynością woli i czynów, zdyscyplinowaniem i wysiłkiem utorować sobie i krajowi drogę do nowej, lepszej przyszłości.

Polacy skupieni w Oddziałach Wartowniczych starali się uzupełniać swoje wykształcenie, przerwane przez wojnnę, i rozwijać się intelektualnie. W Käfertal ukazywała się prasa, organizowano różne kursy dokształcające, nawet zorganizowano teatr. Dzięki życzyliwości dowódctwa amerykańskiego poza zwykłym szkoleniem wartowników, organizowano na dużą skalę kształcenie zawodowe, przekraczające wymagania i potrzeby kompanii. Przygotowywano kadry oficerów oświatowych, instruktorów, i pracowników świetlic.

Ważną rolę w pracy ogólno-oświatowej odegrała prasa. Na początku ukazywało się wiele pism. Po likwidacji obozu szkoleniowego w Käfertal jedynym pismem wartowniczym stały się „Ostatnie Wiadomości”. Poza tym istniał jeszcze specjalny dodatek dla wartowników w katolickim tygodniku „Słowo Polskie”, wydawanym w Monachium.

Ważnym elemenen wychowawczym było wpajanie wartownikom idei spółdzielczości. Na bazie tego powstał Fundusz Kulturalno-Oświatowy Kompanii Wartowniczych przemianowany później na Fundusz Społeczny O.W. Przy jego pomocy realizowano zakrojoną na szeroką skalę pomoc charytatywną. Watrownicy poddali się dobrowolnie opodatkowaniu na Fundusz w wysokości 2% swoich poborów. Czy to z incjatywy dowódcy, kapelana czy z incjatywy wartownika szli z pomocą innym. Zbierano gotówkę, papierosy czy czekolady i oddawano to na potrzeby dla dzieci lub chorych w szpitalach, często też na potrzeby więźniów. Szczególną formą pomocy od samego początku istnienia Oddziałów Wartowniczych były szkoły, w których uczyli się sami wartownicy, ale także w których uczyli się Polacy w wieku od lat 6 do 40. Najwięcej kosztowała wartowników Wyższa Szkoła Techniczna w Esslingen, kształcąca polskich inżynierów. Szkoła ta powstała jeszcze w roku 1945 z incjatywy grupy polskich inżynierów. Istniała tam Staatliche Ingenieurschule Esslingen, której gmach, bogato zaopatrzony we wszystkie laboratoria, oddany został na potrzeby polskiej uczelni technicznej. Uczelnia przetrwała do roku 1947. Ponadto finansowano m.in. gimnazium w Regensburgu, Bratnią Pomoc w Stuttgarcie, Marburgu, Frankfurcie czy Szkołę Techniczną w Schrambergu.

W książce „Biała Księga Polskich Oddziałów Wartowniczych” Stanisław Łysiak pisze:

Powołano Fundusz Społeczny Oddziałów Wartowniczych, dzięki któremu wyszkolono spore zastępy doktorów, dentystów, inżynierów i wielu innych specjalistów i złagodzono nędzę wielu byłym wartownikom, w trudnej sytuacji socjalnej w rodzinie, na skutek braku opieki socjalnej. Polscy inżynierowie pracują przy budowie cmentarzy dla poległych żołnierzy Armii Amerykańskiej, pozostałych w Europie. Ci sami inżynierowie pracują przy zakładaniu instalacji wojskowych. Lekarze polscy zajmują godne stanowiska w szpitalach amerykańskich. Wartownicy pracują w warsztatach samochodowych i innych, a wielu pracuje przy obsłudze specjalnych maszyn elektornicznych.

W „Polsce Walczącej” nr 27 z 1947 roku Tadeusz Nowakowski tak pisze o akcji oświatowej wartowników:

Żołnierze polscy z amerykańskich kompanii wartowniczych fundują stypendia, zrzekają się papierosów (papierosy w tym czasie były najlepszym środkiem płatniczym – przyp. autora), składają wysokie ofiary pieniężne. Chłopcy z zapadłych poleskich i wołyńskich wiosek, sami bez szkoły, ciężko pracujący – daniną swoją umożliwiają młodzieży studia. Spracowana ręka chłopska i robotnicza dobrowolnie wyciągnięta – czyż trzeba lepszego symbolu i dowodu, jak dalecy jesteśmy na obczyźnie od nienawiści czy niechęci warstwowej. Jakże wysoki jest ten dług serdeczny młodej inteligencji polskiej w Niemczech i jak wyraźnie domaga się spłaty w przyszłości.

Z końcem 1946 roku władze amerykańskie przystąpiły do ekshumacji zwłok żołnierzy armii Stanów Zjednoczonych, pochowanych na cmentarzach tymczasowych i umieszczenia ich na stałych cmentarzach wojennych. Dal tego celu sprowadzono z Niemiec do Francji na dwa lata jedynostki transportowe Labor Service. Po nich wysłano następne kompanie do innych zadań. I to jeszcze przez wiele lat. I z tego zadania polscy wartownicy wywiązali się wzorowo. Niektórzy pozostali na stałe we Francji, zakładając tam rodziny.

Polscy żolnierze w Labor Service służyli przy Armii Amerykańskiej do końca lat osiemdziesiątych, przechodząc międzyczasie różne zmiany organizacyjne i umundurowania. Powyższy opis jest tylko zasygnalizowaniem historii Polskich Oddziałów Wartowniczych i ich wiekiego wkład w pomoc dla polskich emigrantów w Zachodniej Europie, szczególnie w Niemczcech, a także wielki wkład w stabilizację życia społeczności niemieckiej i europejskich po zakończeniu wojny i budowanie podwalin pod dzisiejszą Europę.


Na podstawie książki „Dziesięciolecie Polskich Oddziałów Wartowniczych przy Armii Amerykańskiej w Europie”, praca zbiorowa i z bezpośrednich rozmów z byłymi wartownikami z Oddziałów Wartowniczych.

Z wolnej stopy 2

Zbigniew Milewicz

Półrocze

Dokładnie pół roku 2020 za nami, można sporządzić bilans tego, co się udało do tej pory zrealizować i co nam nie wyszło, a z czym poradzili sobie n.p. nasi znajomi, przyjaciele, sąsiedzi albo wrogowie. Tylko że takie porównywanie budzi często gorycz porażki, której nikt przecież nie lubi, dlatego lepiej bilansować tylko we własnym imieniu. Mnie z planów noworocznych nie udało się jeszcze ograniczyć cukrowego łakomstwa, po staremu, jak widzę słodycze, to kwiczę, znowu nie pojechałem do Nowego Orleanu, dalej sam sobie prasuję koszule i sprzątam albo nie, ale żyję. Przynajmniej ten plan zrealizowałem w stu procentach, a może tylko w pięćdziesięciu, bo półrocze to nie cały rok, jednak cieszę się z tego, co mam.

Moja polska sąsiadka Marta martwi się, że idą złe czasy. Z youtube dowiedziała się, że pod koniec czerwca, albo na początku lipca ma wybuchnąć trzecia wojna światowa, że przyjdzie seria katastrof żywiołowych, które dotkną także Niemcy, bo pod wodą się znajdą. Tak przynajmniej wieszczy jasnowidz Jackowski i pewna Norweżka, a mąż Marty w to nie wierzy, mówi, że na takich przepowiedniach ludzie tylko robią kasę i dla niej je sporządzają. Im gorsza jest wizja przyszłości, tym więcej jest odsłon na youtube, w nich są różne reklamy i na nich taki wizjoner zarabia krocie. Jurek też uważa się za jasnowidza, bo przewidział n.p. upadek muru berlińskiego i nikt mu za to nie dał nawet złamanego centa, czy raczej wtedy jeszcze pfeniga. Nie dajmy się więc zwariować, mówi.

Nie wiem, któremu z nich wierzyć. Napiszę, że Marcie, to narażę się Jurkowi, poprę Jurka, wtedy podpadnę Marcie. Jeszcze bym chętnie pożył w niewojennym świecie i na suchym, bawarskim lądzie, więc na wszelki wypadek zaplanuję sobie szczęśliwe to półrocze i Państwu radzę zrobić podobnie. Co prawda, sceptycy twierdzą, że najłatwiej rozśmieszyć Pana Boga, opowiadając mu o swoich planach, ale myślę, że to tylko jakaś diabelska propaganda.

Spotkania z Księciem Ciemności 23

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!

Można powiedzieć Książę, że sam sobie strzeliłem w stopę. W poprzednim wpisie zawiesiłem poprzeczkę wysoko: świat uczuć, dusza, eschatologia niemalże. O czym napisać dziś, aby nie obniżyć lotów? Mam pewną ideę, ale grozi nam banał. I to taki, że aż zębami zazgrzytamy z zażenowania. Cóż jednak czynić – innych pomysłów brak! Trzeba spróbować…

Ludzie zastanawiają się – od kiedy tylko sięgnęli po umiejętność autorefleksji – dlaczego jest tak, jak jest: czemu jeden rodzi się w czepku, a innemu ktoś do kołyski napluł złośliwie. Czemu jednym życie układa się jak po maśle i jak pączki w masełku żyją, a inni „bez masełka po stópki” muszą ciągle włazić, upokarzać się, by na kromkę suchego chleba zarobić. Czemu jedni są wysocy, szczupli i z męską kwadratową szczęką, emanują urokiem i czar roztaczają, a inni… co dzień rano gapią się na mnie złośliwie z lustra w łazience. Czemu jednym zdrowie dopisuje, a po latach hulaszczo spędzonych gasną cicho i bez turbulencji po dziewięćdziesiątce, zaś inni cierpieniem okupując każdy oddech, umierają w męczarniach mając lat zaledwie kilka lub kilkanaście. Et caetera, et caetera, et caetera

Każdy o tym myśli, najtęższe łby parują, by zagadnienie rozkminić. I nic. Są pomysły, aby rzecz powiązać z pracowitością, zasługami, moralnym prowadzeniem się. Lecz to raczej ślepy zaułek. Los. Fortuna. Przeznaczenie. Tyche. Fatum. Karma. Ananke. Od czego zależy? Nikt nie wie. I się nie dowie.

Banał, aż zęby zgrzytają! Ale prawdziwy. Ludzie tak mają. Koty też. Od czego zależy, że jedne kocięta – ślepe i gołe – nie dostają szansy, by przeżyć kilka bodaj godzin na tym łez padole, inne są skazane na całe lata egzystencji śmietnikowej, w głodzie i strachu, a jeszcze inne…

Zaczęło się może nieszczególnie. Przypominam: przypałętało się toto niemal rok temu, małe, chude, wystraszone, wypłoszone, z wielką blizną na boku. Ale, jakimś zrządzeniem owego tajemniczego nieznanego, trafiło właśnie tu, do naszego domu. I teraz? Śpi codziennie gdzie indziej, u kogo zechce, a ma do dyspozycji kilka mieszkań: każdy z sąsiadów go lubi. Stołuje się, gdzie akurat lepiej dają jeść. Ten pogłaska, ów pomizia. Dobrobyt taki, że grozi małemu baszy kompletną demoralizacją. Naje się, pośpi w puchach, a jeszcze zacna Kropka czuwać będzie nad jego snem.

I dlaczego? Ani rasowy. Ani wybitnie piękny: owszem, bardzo ładny, lecz ileż równie uroczych kocurków i kici snuje się po wysypiskach! Charakter też nieszczególny: chimeryk i – po troszę – samolubek.

Ale pies mu mordę lizał! Niech ma! Niech korzysta. Nie warto odrzucać uśmiechów losu. Bo one się mogą nie powtórzyć.