mein name ist in wasser geschrieben umfasst von wellen unvergänglich wie schaum deren kronen
mein name wird von wind gepfiffen spaziert mit den wolken und fällt mit dem regen herunter
in wasser geschrieben ist mein name
——————————————————————
wracam z targów (fr/m) obładowany książkami do b., po drodze podrzucam redakcji moje teksty (wywiady z węgierskimi autorami, reportaż, felieton, trzy rolki ze zdjęciami) i parę książek, potem walę się do łóżka i śpię 24 godziny; po prysznicu dzwonię do pani małgosi i pytam jak tam moje teksty – wszystkim się podobają, a naczelny zabrał je nawet do domu. no, trochę mnie zdziwiło to “do domu”, ale nic, robię sobie parę dni wakacji i czekam na numer; po tygodniu mam go w ręce, otwieram i znajduje jedną szóstą reportażu i jedno zdjęcie (stoisko naszej redakcji na targach z leszkiem sz. i edwardem na pierwszym tle); lekko oszołomiony (liczyłem, że odrobinę zarobię, a płacono od znaku; za zdjęcie dostawało się najwięcej) staram się złapać edwarda, ale oczywiście trwa to wieczność i kiedy go wreszcie po dwóch tygodniach (następny numer magazynu był już w druku) dopadam zezuje strapiony – dlaczego nie puściłeś moich zdjęć i tekstów? – pytam patrzy na sufit, patrzy na ziemię, patrzy na mnie – nie mogę, bo, hm, wiesz, to faszyści… – bo walczyli pod stalingradem, a potem przeżyli gulag? – tak. – ale oni nie mieli z szalasim i jego strzało-krzyżowcami nic wspólnego; to byli normalni, zawodowi żołnierze I armii węgierskiej… patrzy w bok, patrzy w górę i milczy; milczymy obaj;
——————————————————————————
Pergamonaltar
Ich fühle mich wie Pergamonaltar manchmal ohne Kopf ein anderes mal kann ich nicht uff die Beine
Nicht selten sind nur die Hände da wie Freund und Feind ineinander im kampf verflochten
Ausgang – ungewiß
(2014)
heute über windräder
die reise nach jerichow ist immer eine reise des hiobs oder oedipus
gauck hat sich selbst geblendet in seiner christenheit und angela huldigt der kirche der komsomolzen bis ans gelbe meer und verwandelt deutschland in ein kibbuz voller windräder
führwahr an den don kichots mangelt es nicht aber was fehlt vollkommen sind die sancho pansas
was wurde loriot zur garnisonskirche sagen? ich denke ruhe in frieden
Do tego wpisu zainspirowała mnie Teresa Rudolf swoją poezją. Jej nastrojowe Tęsknoty jesienne wyzwoliły mi z szuflady pamięci październikowe wypady w Tatry, kiedy jeszcze rok akademicki i nasi profesorowie wspaniałomyślnie udawali, że nie widzą tych paru pustych miejsc w auli. Mieniącą się wszystkimi kolorami złota Dolinę Roztoki, kochane schronisko w Pięciu Stawach, w którym sypialiśmy pokotem na podłodze, jak był komplet gości, najlepszą herbatę na świecie z kotła, którą częstowali Dominikanie u Matki Boskiej Jaworzyńskiej i zachód słońca na Głodówce, kiedy wracałem z gór do Bukowiny. Czasami na tle płomiennego kręgu, jak w kiczowatym oleodruku, pojawiało się stadko jeleni, które przez chwilę pozwalały się podziwiać w bezruchu, zanim zniknęły w lesie. W takich chwilach Darwin zdecydowanie przegrywał z Panem Bogiem.
Moja babcia po kądzieli, Jadzia, z domu Hampel, około 1913 r.
Kiedy mieszkałem w Chorzowie, w domu dziadków na Wesołej, zawsze w październiku się świętowało. Babcia Jadzia, rocznik 1895, miała 11 października urodziny, a cztery dni później imieniny. Imienin na Śląsku się generalnie nie obchodziło, ale święta Jadwiga, śląska patronka rządziła się innymi prawami i jak u Jadwiżki, czyli w naszej starej parafii był odpust, to każdy świętował. Na łobiod musiała być wtedy rolada z modrom kapustom i kluskami, a wcześniej rosół, do kawy był kołocz.
Odpustowe maszkety, fot. AnnaLerch-Wójcik.
Po mszy odpustowej szło się całymi rodzinami na stragany jeszcze przedwojennego kramarza Widery, ustawione przy kościele, wszyscy ładnie ubrani, kto miał w domu paradny, śląski strój, to go zakładał; dorośli kupowali sobie i dzieciom roztomaite geschenki, ja musiałem mieć swoje korki do pistoletu i kapiszony, czyli placpatrony, mama – ulubione makrony, a ciocia Irka – kanoldy, których osobiście nie cierpiałem, bo kleiły się do zębów. Kramy sięgały od ulicy Wolności, czyli Wolki, aż po wejście na cmentarz przy Drzymały, z przydrożnych kasztanowców opadały już liście, więc szeleściły pod stopami, kiedy szliśmy zapalić świeczkę na grobach cioci Milki i ujka Willika. Nad cmentarną bramą widniał napis: Sit janua coeli, co dopiero po latach sobie przetłumaczyłem na polski. Niech to będzie bramą nieba, życzy łacińska sentencja żywym, z czego wniosek, że wejście w zaświaty jest wspólne, dopiero później drogi się rozchodzą. Tak to przynajmniej rozumiem.
“Łodpust na Górnioku”, aut. Brygida Simka, akwarela, 2011 r.
Ciekawą alegorię października stworzył w 1877 roku francuski malarz neoklasycystyczny, James Tissot (obraz w winiecie). Przedstawia ona urodziwą, dojrzałą kobietę na tle złocistego listowia, ale nie dajmy się jej zwieść. Historia dowodzi, że w miesiącu tym dochodzi często do dramatycznych wydarzeń, czego przykładem chociażby wybuch Rewolucji Październikowej. Według kalendarza juliańskiego, który obowiązywał w Rosji w czasach carskich, miał on miejsce 25. X. 1917 r. (7 listopada w późniejszej konwencji gregoriańskiej).
Dzisiaj 12 października. W tym dniu w 1435 roku żona dziedzica księstwa Bawarii – Monachium, Albrechta, piękna i mądra Agnes Bernauer, została utopiona w Dunaju na rozkaz swego teścia, księcia Ernesta. Straszne. Ciąg dalszy kalendarium z 12 października jest mniej kryminalny, przynajmniej chwilowo, ale nadal głównymi bohaterkami wydarzeń są kobiety. 12 października 1492 roku Krzysztof Kolumb – niekwestionowany samiec alfa – dopłynął do archipelagu Bahamów i jest to oficjalna data odkrycia Ameryki, która ma… płeć żeńską. Dzisiaj panie pretendują do najwyższych stanowisk politycznych w świecie, a 12 października 1681 roku jedna z mieszkanek Londynu została publicznie wychłostana za zaangażowanie się w politykę. Jak ten świat się jednak zmienia. 118 lat później Francuzka Jeanne-Geneviève Garnerin, jako pierwsza kobieta w historii, wykonała udany skok ze spadochronem z balonu lecącego na wysokości 900 metrów i jeżeli doliczy się do tej daty jeszcze lat jedenaście, to będzie wiadomo, kiedy książę Ludwik I Wittelsbach poślubił księżniczkę Teresę von Sachsen-Hildburghausen. Wtedy bowiem bawarska para królewska zaprosiła mieszkańców Monachium do wspólnego świętowania godów weselnych i to był pierwszy w historii Oktoberfest.
Niestety, również dzisiaj mija 106 lat od dnia śmierci brytyjskiej pielęgniarki Edyty Luizy Cavell, rozstrzelanej przez niemiecki pluton egzekucyjny za pomoc udzieloną żołnierzom alianckim w ich ucieczce z Belgii. Jej bohaterska postawa i tragiczna śmierć dały ofierze miano męczennicy okresu I wojny światowej. Dokładnie 80 lat temu natomiast, w ukraińskim Dniepropietrowsku, Niemcy rozpoczęli masowe mordy miejscowych Żydów. Spośród około 11 tysięcy ofiar okupację przeżyło jedynie 15 z nich. To są niedobre, niemieckie akcenty, nad którymi trudno przejść do porządku dziennego. Stonuję je wobec tego butem Nikity Chruszczowa, który 12 października 1960 roku był głównym bohaterem pewnych obrad w auli ONZ. Przywódca ZSRR, zdegustowany krytyką Kremla za politykę wobec krajów Europy Wschodniej, oponował, tłukąc swoim obcasem w pulpit mównicy. Dzisiaj taki but na giełdzie byłby pewnie sporo wart.
Wciąż nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czym jest intuicja. Ale już próbuje się ją badać. Joel Pearson, australijski profesor psychologii, prowadził doświadczenia, które udowodniły, że intuicja pomaga podejmować szybsze, pewniejsze i bardziej trafne decyzje. Intuicją zajmują się też nauki ścisłe, m.in. fizyka, która bada przestrzeń wielowymiarową. Naukowcy mówią, że intuicja, to rodzaj wewnętrznego przewodnictwa, nasza zdolność do uzyskiwania wiedzy na jakiś temat bez logicznego rozumowania. Moim zdaniem, to pewna subtelna więź, która łączy naszą świadomość z większą całością, z jakąś głębszą, uniwersalną mądrością.
Są ludzie, którzy potrafią przeczuć wiele rzeczy i nie znaczy to, że oni intuicję mają, a inni są jej pozbawieni.
Myślę, że intuicja dostępna jest wszystkim, nie tylko ludziom, ale także zwierzętom, że mają ją wszystkie istoty czujące. Pisze o tym przekonująco Peter Wohlleben w książce Duchowe życie zwierząt. Kto ma do czynienia ze zwierzętami, ten wie, jak szybko wyczuwają zamierzenia ludzi. Psy np. intuicyjnie odczytują nasz nastrój, choć nikt ich tego nie uczył. Także dzieci mają z intuicją wyjątkowy kontakt – zanim zaczną używać rozumu, działają intuicyjnie. W dorosłym życiu ważne jest, czy i jak intuicji słuchamy i jaki z niej użytek zrobimy.
Pewnie to zaskakujące, ale w szczególny sposób intuicję potrafią wykorzystywać przestępcy. Złodziej ma intuicję, kogo okraść. To często wynika z życiowej traumy. Ten człowiek zapewne znalazł się kiedyś w traumatycznej sytuacji i nauczył się słuchać przeczuć, żeby przeżyć. Dalej jest przekonany, że musi walczyć o życie, robi to, zagarniając dla siebie, niszcząc innych. Intuicja, której warto słuchać, nie niszczy, ale integruje z naszym światem, i tym zewnętrznym, i wewnętrznym.
Intuicja kobieca
Mężczyźni nam jej zazdroszczą…
– Moim zdaniem, intuicja nie ma płci, ale kobietom łatwiej ją usłyszeć. To wynika z kultury i z ról, które społeczeństwo nam przypisało. Od mężczyzn oczekuje się analitycznego myślenia i twardego stąpania po ziemi. Kobiety są bardziej nastawione na odczytywanie emocji, m.in. dlatego, że częściej zajmują się dziećmi. Mają też przyzwolenie na to, by słuchać przeczuć i czasem zachowywać się nieprzewidywalnie. A osoby, które słuchają intuicji, bywają nieprzewidywalne, nie trzymają się schematów.
Mam zatem jako kobieta łatwiejszy dostęp do tej wewnętrznej mądrości.
Od kobiet dużo częściej słyszę, że mają przeczucia, choć nie wiedzą skąd. Ale wiele z nich to ukrywa. Boją się zderzenia z tzw. zdrowym rozsądkiem i zarzutu: “coś sobie wymyślasz, coś ci się przywidziało”. Szkoda, bo intuicja to nasza siła, wykorzystujmy ją i wzmacniajmy, zamiast ją zagłuszać.
W intuicji nie ma drogi na skróty ani gotowych rozwiązań, które moglibyśmy dostać na kursie. Trzeba zacząć od uporządkowania swojego realnego życia. Jeśli tego nie zrobimy, intuicję zagłuszą problemy, kłopoty w pracy, konflikt z partnerem, jakieś doświadczenia z przeszłości, które nie chcą puścić. Zacząć warto od porządków na najbardziej podstawowym, materialnym poziomie, np. wyrzucić dziurawe skarpetki z szuflady.
– To pierwszy etap: zadbać o to, co na zewnątrz. Kolejny, to poznać siebie, bo intuicja wiąże się ściśle z samoświadomością. Oczywiście, nie da się tego zrobić ot tak, często to praca na całe życie. Ale warto ją zacząć. Zatrzymać się i pobyć ze sobą. Uświadomić sobie emocje w ciele. Czujemy je podobnie, ale nie jednakowo. Złość może być odczuwana jako fala gorąca, strach jako drżenie lub napięcie mięśni, np. na karku. Kiedy mamy świadomość siebie i typowych reakcji naszego organizmu i schematów myślowych, w które wpadamy, łatwiej nam zrozumieć to, co płynie z intuicji.
Wzywamy Niemcy i inne kraje UE do natychmiastowego wstrzymania wszystkich dublińskich transferów osób ubiegających się o ochronę międzynarodową do Polski, a także do udzielenia pomocy humanitarnej ludziom z Afganistanu i innych krajów trzecich, umierającym z głodu i zimna na granicy Polski z Białorusią.
Stajemy w solidarności z ludźmi, którzy utknęli pomiędzy granicami Polski i Białorusi, bez dostępu do wody pitnej, żywności, schronienia, pomocy medycznej, oraz z polskimi organizacjami pozarządowymi, aktywistami i dziennikarzami, którym zabroniono wstępu na terytorium Polski w pobliżu tej granicy. Płoty i druty kolczaste, najstarsza europejska puszcza z dzikimi zwierzętami, zimno, deszcz i tysiące głodnych ludzi uwięzionych pomiędzy granicami Polski i Białorusi, granicy którą stała się dziś zwierciadłem, w którym możemy wyraźnie dojrzeć oblicze naszych wartości etycznych.
Jak zareagujemy na tę sytuację? Jako Europejczycy nie zgadzamy się na obojętność w obliczu kryzysu humanitarnego. Nie zgadzamy się na łamanie prawa do życia i innych podstawowych praw człowieka. Nie zgadzamy się na stosowanie siły i tortur, jak to ma miejsce dzisiaj na granicy polsko-białoruskiej. Żadna wojna, żaden stan wyjątkowy nie może być usprawiedliwieniem dla stosowania tortur. Obecna sytuacja jest dramatyczna, także dlatego, że w mediach jest bardzo mało informacji o tym, co naprawdę dzieje się na odciętym terytorium Polski, gdzie nikt nie ma wstępu. Dziś, w Berlinie, chcemy przerwać tę ciszę.
Narracja o “hybrydowej wojnie Łukaszenki” jest tylko echem propagandy jego reżimu, która powtarzana przez różne media, prowokuje w społeczeństwach europejskich strach, ale polscy aktywiści, wciąż monitorujący sytuację migrantów na leśnym pograniczu, donoszą o chorych i słabych ludziach – mężczyznach, kobietach i dzieciach, którzy nie stanowią żadnego zagrożenia.
“Czy zajmiecie się chociaż naszymi ciałami, gdy umrzemy?” – to ostatni sms, jaki otrzymali aktywiści, od jednego z afgańskich migrantów, który od 42 dni jest odcięty od jakiejkolwiek pomocy… W miniony weekend do mediów wyciekła informacja o pierwszych czterech martwych ciałach. Pojawiły się również informacje o tym, że co najmniej jedne zwłoki zostały przeciągnięte z powrotem z Polski na Białoruś. W środę aktywistom udało się uratować 11 wycieńczonych migrantów – tylko troje pozwolono zabrać do szpitali resztę zabrała Straż Graniczna. W Białorusi dziś przy polskiej granicy odnaleziono porzuconego nieprzytomnego cudzoziemca, miał przy sobie dokument medyczny z pobytu w Polsce….W odpowiedzi na pierwsze doniesienia o śmiertelnych ofiarach wśród migrantów, polski rząd wysłał więcej wojska do “ochrony granicy”. Najprawdopodobniej po to, by uchronić siebie przed kolejnymi tego typu doniesieniami. Ile jeszcze zgonów nie zostało zgłoszonych? Ile ciał usunięto po cichu w nocy na terytorium, gdzie nikt nie może wejść? Nikt tego nie wie.
Zwracamy się do polityków i rządów Niemiec oraz państw członkowskich Unii Europejskiej o solidarne działanie, nie tylko poprzez sankcje wobec reżimu Białorusi, ale poprzez wspólną akcję humanitarną wspierającą ludzi, którzy stali się bezbronnymi ofiarami politycznego impasu. Niedawne wyjście Białorusi z Partnerstwa Wschodniego nie daje krajom UE prawa do wycofania się z humanitarnych, i międzynarodowych zobowiązań do zapewniania ochrony osobom umierającym na wschodniej granicy Unii Europejskiej.
Wzywamy do natychmiastowego wstrzymania wszystkich transferów dublińskich do Polski. Sytuacja cudzoziemców, ubiegających się o ochronę międzynarodową w Polsce, była niezwykle trudna nawet przed obecnym kryzysem i ogłoszonym niedawno przez polski rząd stanem wyjątkowym. Praktyka systematycznych push-backów wobec osób próbujących legalnie wjechać przez przejścia graniczne Brześć – Terespol i inne przejścia graniczne w Polsce istnieje od lat. Jako Międzynarodowa Inicjatywa Humanitarna byliśmy obecni na granicy Polski i Białorusi od 2016 roku. Pracując z osobami wypychanymi na Białoruś byliśmy bezpośrednimi świadkami łamania ich prawa dostępu do ochrony międzynarodowej przez polską Straż Graniczną. Obecnie procedurę push-backów zalegalizowało nowe prawo wprowadzone w Polsce, pozostające w skrajnej sprzeczności z Konwencją Genewską. Ponadto, po ostatnich ewakuacjach z Afganistanu, w Polsce nie ma już miejsc w otwartych ośrodkach recepcyjnych. Większości osób przekazywanych do Polski będzie więc grozić odkonwojowanie bezpośrednio z granicy do ośrodków detencyjnych, w których polskie przepisy pozwalają na przetrzymywanie kobiet, dzieci w każdym wieku w warunkach przypominających więzienie nie przez kilka dni, ale nawet powyżej roku. Zatrzymanie transferów dublińskich do Polski leży wyłącznie w gestii rządu niemieckiego i innych państw EU, ich kontynuacja będzie jednoznaczna ze zgodą na nieludzkie traktowanie i tortury osób ubiegających się o ochronę w EU.
Prosimy również o konsekwentną polityczną presję wobec Polski, prowadzącą do niezwłocznego umożliwienia dostępu do pomocy humanitarnej osobom na granicy polsko-białoruskiej, będącej wciąż wschodnią granicy UE, oraz do wdrożenia odpowiednich do sytuacji mechanizmów kontroli działania polskich służb wobec migrantów.
Jesień w pełni, teraz bardzo piękna, kolorowa i słoneczna. Złota polska. Taką jesień lubię najbardziej. Robi się coraz chłodniej, naturalną koleją rzeczy. W sklepach pojawia się coraz więcej zniczy, sztucznych kwiatów na nagrobne wiązanki, na straganach królują wrzosy, suszki, coraz więcej chryzantem. Za niecały miesiąc Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny, te nasze polskie Dziady, najważniejsze, po Bożym Narodzeniu święto w całym roku. Ponieważ wszyscy mamy coraz więcej mogił do odwiedzenia, uporządkowania, przystrojenia, już powoli zaczyna się wędrówka po cmentarzach, również do tych miejsc położonych w odległych zakątkach kraju. Jesień w naturalny sposób przywołuje temat przemijania i śmierci. To pora roku gdy najbardziej odczuwam obecność archetypów. Czas uświadamiania sobie istnienia granic, schyłku, przesilenia, zamknięcia. Czas zwrócenia się ku eschatologii. Dla mnie jest to jednocześnie pora obfitująca w doznania zmysłowe. Bogactwo kolorów, mocnych, nasyconych, intensywne zapachy, ostre, korzenne, jakby płynące z samego wnętrza ziemi, powiedziałabym – chtoniczne. Jesienne warzywa i owoce mają też inny smak niż letnie.
Nasz stary, mokotowski ogród pachniał jesienią liśćmi drzew orzecha włoskiego. Orzechy spadały na ziemię i trzeba było systematycznie je zbierać, żeby zdążyć, zanim zostaną przykryte kolejną warstwą liści. Te liście grabiliśmy i początkowo paliliśmy w ogrodzie, wtedy jeszcze w mieście wolno było to robić. Charakterystyczny był ten zapach jesiennych ognisk, unoszących się ze wszystkich ogrodów. Później, gdy w zamieszkały u nas jeże, zostawialiśmy pryzmy liści i gałęzi dla nich na zimę. Przez wiele lat ogrzewaliśmy dom za pomocą starego, jeszcze przedwojennego pieca koksowego. Był to niewątpliwie zabytek techniki, wyglądem przypominał mały parowozik, wmurowany był w podłogę piwnicy, w wydzielonej kotłowni, obok której znajdowało się pomieszczenie na opał. I działał jeszcze dobre dziesięć lat. Codziennie rano musieliśmy w nim rozpalać. Rozgrzewał się powoli i trzeba było poczekać z godzinę, zanim gorąca woda zacznie krążyć w kaloryferach. Zapach dymu węglowego każdego rana wypełniał kuchnię, z której schodziło się do piwnicy, żeby dorzucić do pieca. Jesienne chłody zawsze były utrapieniem Maryli, z trudem je znosiła. Często się przeziębiała. Narzekała na jesień i zimę w Berlinie, bardziej deszczowe i wilgotne niż w Polsce. Otulała się w wełniane, luźne swetry, pod które mogła założyć kilka warstw, „na cebulkę”. Pamiętam czasy, gdy sama dziergała na drutach te swoje swetry, chusty, szale. Potem zrezygnowała, gdyż intensywna praca przy komputerze zbytnio męczyła jej wzrok. Za to nieraz szyła coś na starym Singerze, do którego domontowano elektryczny silnik. Przeważnie były to przeróbki zasłon lub poszewki na poduszki. Jesienią Maryla odkładała do szafy krótkie spódniczki, które tak chętnie nosiła latem. Przez cała zimę chodziła wyłącznie w spodniach, wtedy nie marzła. Do tego zakładała długie płaszcze lub kurtki sięgające przynajmniej za kolana. Przez pewien czas miała długie, prawie do kostek, sztuczne futro . Zwykle dużo wcześniej niż ja zakładała czapkę lub beret i wełniane rękawiczki.
W domu po wstaniu rano z łózka otulała się w długi, ciepły szlafrok, na nogi naciągała wełniane getry i ciepłe skarpety. W tym stroju i z kubkiem gorącej herbaty w ręku zasiadała do pisania. Początkowo przy maszynie, później przy komputerze. Było to zawsze miejsce, w którym spędzała najwięcej czasu. Z jej pokoju dobiegał stukot klawiatury, a gdy nie pracowała, grające radio lub jakaś muzyka. Tak było również w nowym domu, gdy przyjeżdżała z Berlina. Te dźwięki oznaczały, że Maryla jest w domu. Zawsze miała jakąś pracę do wykonania. Po jej śmierci, wchodząc na górę do jej mieszkania, długo odczuwałam przede wszystkim dojmującą ciszę.
Myślę, że nieprzypadkowo filmik ten chodził po mediach społecznościowych akurat przed wyborami do Bundestagu. Okoliczności przyrody wskazywały na to, że nakręcono go w Dominikanie, albo w Kenii, gdzie niemieckie turystki chętnie spędzają urlop. Młody, szczupły tubylec z jedną z nich wynurza się z oceanu, trzyma ją za rękę, wychodzą na brzeg i to wszystko. Gdyby nie fakt, że kąpali się nago, to w ogóle nie byłoby wiadomo, po co nakręcono ten skądinąd banalny obrazek. Brak konfekcji pozwala zauważyć, że pani panu bardzo się podoba, mimo, iż wiekowo mogłaby być jego mamą. Spieszno mu znaleźć się z nią na plaży, bo trochę ciągnie ją za rękę, a ona jakby się jeszcze trochę wahała, ale przecież skwapliwie podąża naprzód. Na pytanie, po co nakręcono (pewnie telefonem komórkowym) ten clip, odpowiada jego tytuł : Jak zdobyć niemieckie obywatelstwo. Złożony cyrylicą, po rosyjsku.
Nie pokażę go, bo sam nie jestem naturystą; zainteresowani bez problemów znajdą go w internecie. Ciekawi mnie natomiast, kto za tym filmikiem stoi? Przypadkowy podglądacz, czy któraś z partii, konkurujących z CDU? W końcu jeszcze nie wiadomo, kto w przyszłości będzie tutaj gospodarzem i problem migrantów jest najbardziej drażliwy, najmocniej polaryzuje społeczeństwo. Najmniej prawdopodobne, że nakręciły go rosyjskie służby, n.p. w rewanżu za udaną hospitalizację opozycjonisty Nawalnego, ale przecież można spróbować im go przypisać.
Komu się zaś nie podoba, że Niemki, sfrustrowane nudą w swojej sypialni, wyjeżdżają na balety do ciepłych krajów, a później czasami nawet poślubiają swoich beachboys, niech pocieszy się tym, że z takich związków pochodzą często śliczne dzieci.
Oczywiście na seks-wakacje wyjeżdżają nie tylko Niemki, są Brytyjki, Rosjanki, Polki, Amerykanki, Kanadyjki, panie innych narodowości, zwykle dobrze sytuowane. Dla mediów jest to wdzięczny temat, można go zrobić dla gawiedzi, żądnej taniej sensacji, ale da się też go zgłębić. W Die Welt* dziennikarz zadał sobie ten trud; artykuł został napisany jedenaście lat temu, przez mężczyznę. Wtedy zjawisko damskiej seksturystyki było jeszcze w miarę nowe, nie tak rozpowszechnione jak dzisiaj i autor starał się dociec jego przyczyny. Niemieckojęzyczna lektura, ale można przeczytać choćby z pomocą translatora i warto. Zaledwie dwa lata później Der Spiegel** doniósł, że w samej tylko Tajlandii, uważanej tradycyjnie za światowe centrum męskiej seksturystyki, pracuje ponad 30.000 żigolaków, wyspecjalizowanych wyłącznie w usługach dla pań, co pokazywało, jak wielki już był na to popyt. Również załączam odnośny artykuł.
Jak się ma ten temat mniej więcej współcześnie, informuje Focus, w polskim wydaniu z 2 lipca 2019 r.:
Choć seksbiznes kojarzy się przede wszystkim z wykorzystywaniem kobiet przez mężczyzn, także współczesne kobiety korzystają z możliwości kupienia sobie paru chwil przyjemności w ramionach egzotycznego i młodego kochanka. Na co dzień to przykładne żony i matki, ale na wyjazdach potrafią iść na całość, bo na urlopie nie obowiązują te same zasady, co w domu – tu dozwolone jest niemal wszystko. Dla Europejek, także Polek, jednym z najpopularniejszych celów obok Tunezji jest Egipt. Na forach internetowych panie polecają sobie konkretne hotele, konkretnych barmanów. Na kolejne wyjazdy namawiają przyjaciółki.
Tu rozpasanie kwitnie w najlepsze, a miejscowi mężczyźni wyspecjalizowali się wręcz w naciąganiu bogatych i spragnionych wrażeń kobiet. Choć islamskie prawo zabrania kontaktów pozamałżeńskich – jest w nim pewna luka. To kontrakt małżeński nazywany urfi. Choć jest zawierany przed notariuszem, do niczego mężczyzny nie zobowiązuje – właściwie jego jedynym celem jest „legalny” seks. Aby rozwiązać kontrakt – wystarczy podrzeć papier. Pół biedy, jeśli kobieta przyjmuje ten układ i wie, że wyznania miłosne śniadego kochanka nic nie znaczą. Gorzej, jeśli zakocha się i uwierzy w płomienne słowa i wartość takiego związku.
Kilka lat temu głośna była strona założona przez Rosjanki, na której kobiety poszukiwały konkretnych mężczyzn z egipskich kurortów, którzy złamali im serca. Na stronie są setki ogłoszeń. Wiele kobiet omamionych urokiem żigolaków pożyczyło im spore sumy pieniędzy.
Przytoczony tekst nie jest najwyższych lotów, uważam, że za dużo w nim taniego moralizatorstwa, ale z jego przesłaniem się zgadzam: trzeba uważać na naciągaczy. Ponieważ sezon urlopowy nad egzotycznymi morzami trwa przez okrągły rok, autor życzy Czytelniczkom, ich znajomym oraz znajomym znajomych, żeby przede wszystkim dobrze się nad nimi bawiły i na nic nie dały się nabrać, na co nie mają ochoty.
*** Prawda której szukam tylko się śni Nie jestem w stanie kupić mądrości Stwarzam tylko własny świat Nigdy nie zawrócę Zbiegi okoliczności w życiu? Nie widziałam żadnego
*** Świat ma własną twarz, figurę, charakter i na dodatek przegląda się w lustrze. Wszystko jest nieprzebudzonym snem Uwierzyć tylko trzeba w jego kształt Pokochać senny pozór W pół nie urywać snu Gdziekolwiek jesteś Dośnić do końca
Sen jak bajka
Plaża lśniąca połowem. Umierające ryby na złocistym piasku Jestem jedną z nich Mam białe wargi ułożone do okrzyku BÓG Z pyska wyślizgnęła się moja dusza Podobna do pęcherza Jędrna Przypomina obłok perłowej masy Jak boskiego tchnienia Rybaku! Spójrz na mnie Na pierdnięcie mojej duszy Myśli kuleją w pogoni ZA Pokusa ślizgania się w poprzek Jestem rybą Zaczynam tańczyć Rybak się przygląda Podcina skrzela Zamieniam się w kobietę Jest ŚWIT
trolle to nie lwice (jak się skromnie nazywają) tylko szakale atakują (w ich mniemaniu) najsłabszych
podczas gdy lwice z góry zastanawiają się jaką ofiarę dopaść to szakale walą na oślep w stado wychodząc ze słusznego założenia, że starych, chorych i cielaków zawsze dość, a jak ktoś z watahy skręci sobie kark, to tym lepiej, bo będzie więcej do pożarcia
podczas gdy lwy gardzą to szakale delektują się padliną
nie oznacza to, że są leniwe o nie potrafią czekać
zawsze rusza trek mielizna się znajdzie
droga znana
t.j. IX 21
elektronisches safari
trolle sind keine löwinen (obwohl sie sich so wähnen) sondern schakale sie greifen die an (die ihrer meinung nach) die schwächsten sind
während die löwinen sich genau überlegen welches opfer sie schnappen schlagen die szakale blind in die herde zu recht wissend dass die alten, kranken und fohlen ihnen nicht entkommen werden und wenn manches sich dabei den genick bricht umso besser die meute hat danach mehr zu fressen
während die löwinen den aas zu meiden versuchen schmeckt es den schackalen ausgezeichnet
es bedutet nicht, dass sie faul sind o nein die schackale können warten
nie wiem, czy ktoś w roku 2010 nie wierzył w zwycięstwo partii pis, przynajmniej ja nie, ja się takiego rozwoju sytuacji obawiałem; katastrofa smoleńska była wtedy lokalnie, tak jak pandemia cov-19 dzisiaj globalnie, wodą na młyn zwolenników teorii spiskowych („a nie mówiłam/em!”); a krótko potem dochodzi do majdanu w kijowie, który kończy się aneksją krymu przez moskwę, czy ktoś w to nie wierzył? ja nie, ja się tego obawiałem; a i dzisiaj nie wierzę w polexit, nie, ja się tego obawiam