Berlinale i inne filmy

Ewa Maria Slaska

Agnieszce Łaszczuk z podziękowaniem

W Berlinie zaczęło się Berlinale (TU program). Ludzie biegają zaaferowani pomiędzy kasami, a znajomymi, którzy może mogliby pożyczyć wejściówkę (choć to chyba ostatnio strasznie się zrobiło trudne) lub mają bilety do odstąpienia. Czasem można się  przy okazji załapać na jakieś spotkanie wieczorne z udziałem osobistości, których jednak ani nie dotkniesz, ani nawet nie obejrzysz z bliska. Bo zwykły człowiek, z wejściówką lub bez, dociera tylko do poziomu sali, gdzie na stołach ustawiono zakąski i napitki, a kelnerzy uwijają się, rozdając wino i zbierając kieliszki. VIPy natomiast (taki Jeremy Iron na przykład) przebywają w ogrodzonym wybiegu dla lwów, na podwyższeniu. Siedzą przy stołach, kelnerzy zgięci w pół, z lewą ręką na plecach, nalewają trunki z butelek owiniętych w wykrochmalone serwety. Jeśli my dostajemy pomidorki i szynkę, to na stołach, jak sądzę, królują dewolaje i świeże szparagi, a jak u nas łosoś i truskawki, to u nich zapewne kawior i polędwica z wołków Kobo. W mieście pojawiają się dokładne rozpiski, kiedy i gdzie można “upolować” jakąś sławę, ale informacje są celowo niedokładne, trzeba godzinami stać na dworze, a potem co – pstrykniesz zdjęcie ponad głowami tłumu i przez czerwony kordon, a głównym motywem będą łyse głowy, czapki z pomponem i wyciągnięte do góry ręce z komórką. Skarżył mi się ostatnio jakiś operator telewizyjny, że już w ogóle nie można filmować publiczności. Ochrona danych osobistych?, zapytałam. Nie, odpowiedział, komórki. Trzymane w górze, wiadomo, ale też te na podołku, a nad nimi pochylone głowy, bo nie ma już żadnej okazji, kiedy nie sprawdza się wiadomości. Co przypomniało mi oczywiście pewien mem, jaki obiegł internet jakiś czas temu. Nie znalazłam, ale na potrzeby tego postu odtworzyłam go. Na górnym zdjęciu Wałęsa swobodnie gawędzi z Królową (angielską oczywiście). Oboje się uśmiechają, choć nikt nie wie, jak się ze sobą porozumiewali. Na drugim, ćwierć wieku później, Królowa z kamienną twarzą siedzi wyprostowana jak kij, a z tyłu za nią, w drugim rzędzie, Morawiecki. Zasłoniłam mu napis na piersiach, bo nie znalazłam tego zdjęcia w innej wersji, tylko ze słowem na k, które tu przecież wcale a wcale nie jest potrzebne, bo Morawiecki jaki jest, każdy widzi.

Czym to się człowiek nie pociesza w trudnych czasach.
Jednak mój filmowy luty to wcale nie Berlinale, lecz filmy o wojnie. Bo obejrzałam w lutym pięć filmów o II wojnie.

Gdy Hitler ukradł różowego króliczka, film nakręcony na podstawie wspomnień Judith Kerr, córki słynnego przedwojennego dziennikarza niemieckiego, żydowskiego pochodzenia. Hitler dochodzi do władzy, Kerrowie uciekają, wojna wybucha, gdy kończy się film, ach nie, oczywiście na odwrót – film kończy się w momencie wybuchu wojny. Piękny, wzruszający film, pokazujący wojnę z perspektywy dziesięcioletniego wrażliwego dziecka. Podobną perspektywę przyjmuje Jo Jo rabbit, amerykański film satyryczny w reżyserii Nowozelandczyka, Taika Waititi. Tu też głównym bohaterem jest dziesięcioletnie dziecko – chłopiec, który się zaprzyjaźnia z wyimaginowanym Hitlerem.

Mam dziesięcioletniego wnuka i Bogu dziękuję, że on i jego rówieśnicy, że pokolenie ich rodziców, ba, że my, pokolenie dziadków, nie musieliśmy przeżywać tego, co te dzieci. Strach, głód, bieda, poniewierka.  Ile szczęścia nam przypadło! Przecież wystarczyło się urodzić o kilka lat wcześniej, albo i teraz, ale tysiąc kilometrów dalej, na wschód, na południe. Cztery tysiące kilometrów na południe od nas dzieci w Aleppo zmarzają w obozach dla uchodźców. To się dzieje na naszych oczach. Gdy wojna, tamta wojna wybuchła, nasi rodzice byli w tym właśnie wieku, mieli pięć, dziesięć, dwanaście lat. I świat też na to patrzył, jak ginęli w bombardowanych miastach, łapankach, kacetach, gułagach i wagonach bydlęcych.

I wreszcie ostatnio przez trzy dni pod rząd oglądałam słynny niemiecki serial telewizyjny sprzed kilku lat – Nasze matki, nasi ojcowie. Tak się złożyło, że dopiero teraz, miałam okazję go obejrzeć. Ten film został potwornie skrytykowany przez polską prawicę spod znaku PiS, za fałszywe przedstawienie Polaków. Obejrzałam i nie dopatrzyłam się niczego, o czym byśmy nie wiedzieli. Oskarżono ludzi z AK, że byli antysemitami. A nie byli? Nie wszyscy oczywiście, ale przecież byli. Oskarżono ich o to, że byli brutalni. A nie byli? To była wojna.

To dobry film, a nasz problem z nim leży zupełnie gdzieś indziej, ale o tym za chwilę.

Pięć filmów pokazujących filmę oczami Niemców, bo nawet jeśli Żydów, to Niemców. Uderza prywatność tej wojny. W tle dzieją się wielkie zdarzenia, pojawiają się informacje radiowe. Niemcy rozpętują wojnę, lub ją przegrywają, w Afryce, na Sycylii, w Rosji, w Berlinie. Amerykanie lądują w Normandii, w Naszych matkach… bracia Winter walczą w Rosji i pod Kurskiem biorą udział w największej bitwie pancernej w historii, bitwie, którą wygrała Armia Czerwona, co przesądziło o losach wojny i świata. Ale mimo to wojna pokazywana w latach 2010/2020 jest przede wszystkim sprawą prywatną. Już same tytuły formułują tę perspektywę: Różowy króliczek, Jojo króliczek, nasze matki, dzieci i ich rodzice. Tak chyba jest, że po 80 latach od wybuchu wojny, nie chcemy już chyba oglądać bitew, tylko życie.

To wszystko są filmy o Niemcach w czasie wojny. JoJo Rabbit to satyra, nie można się pośmiać, bo tragiczna, ale nie trzeba jej brać poważnie. Poza tym hitlerowcy mówią po angielsku, czyli z góry wiadomo, że to wszystko nieprawda.
Różowy króliczek z kolei jest filmem dla Polaków łatwym do samoidentyfikacji, bo pokazuje świat z perspektywy ofiary. A tylko tak chcemy widzieć wojnę – jako ofiary lub bohaterowie. I tylko takie chcemy znać perspektywy opowiadania o wojnie. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do prywatnej perspektywy niemieckiej, jak to się dzieje w Naszych matkach… Tu właśnie czai się niebezpieczeństwo, z jakim polski widz sobie nie radzi, i może to właśnie ono tak naprawdę wywołało ataki ze strony prawicy. Pięcioro bohaterów filmu to młodzi ludzie, nasze córki, nasi synowie. Nie mamy wyjścia, utożsamiamy się z nimi. W pierwszym odcinku nie jest to trudne, bo są młodzi, ładni i niewinni. Ale utożsamiamy się z nimi również potem, wtedy, gdy przestali już być naiwni i niewinni, bo wojna ich wszystkich zmieniła, bo już dopuścili się zdrad, już się zaprzedali, już stali się okrutni. Gdy bracia Winter z oddziałem atakują sowiecką stację nadawczą, perspektywa filmowa jest “nasza”, “nasz” oddział atakuje Złego, który czai się na poddaszu. Wszystkie filmy naszego dzieciństwa tak były kręcone i z takiej perspektywy poznawaliśmy zło. Takie były w owym czasie wszystkie westerny. Dobrzy atakują Złego, ten się broni, ale Dobrzy zawsze w końcu wygrywają. Rio Bravo z Johnem Waynem i Ricky Nelsonem. Gdy oglądam scenę napadu niemieckiego na stację sowiecką, oglądam Rio Bravo, moja podświadomość chce więc, żeby im się udało. Chcę, żeby udało się Niemcom! Jest tak, bo tak się przyzwyczaiłam i jest tak, bo przywiązałam się do młodszego Wintera jeszcze wtedy, gdy nie chciał tej wojny i nie umiem usunąć tej sympatii, gdy stał się już okrutnym wykonawcą zadań wojennych. I to jest, moim zdaniem, największa groza tego filmu. Udało mu się. Tak, udało mu się. Ja, Polka, oglądając ten film utożsamiam się z wrogiem! Przyjmuję jego rolę. Widzę w Niemcu człowieka, a nie zbrodniarza.
No cóż, za moich czasów mówiło się, że film “zmusza do myślenia”. Nasze matki, nasi ojcowie zmuszają nas do pójścia znacznie dalej, do zejścia do piwnic naszego polskiego ja, do głębokiego przeanalizowania tego, co się tam kryje. Bo zawsze dotąd myślałam, że moje reakcje na takie filmy wynikały z “naszyzmu”, nasi walczyli, nasi cierpieli, nasi wygrywali. A dopiero teraz widzę, że może to wszystko, cały ten “naszyzm”, to bzdura, bo to co się liczy, to… miłość. Bo nie umiem zobaczyć w tych młodych Niemcach zbrodniarzy, nawet wtedy, gdy widzę, jak popełniają zbrodnię, a widzę w nich tylko nasze dzieci. Nasze córki, naszych synów…

I nic na to nie mogę poradzić.

Worldwide Screening

Worldwide Screening on 75th International Day of Remembrance of the Victims of the Holocaust

We called for participation in the worldwide screening of “Shoah” by Claude Lanzmann. This can take place privately in a small circle, in a school, in a cinema, in a cultural institution or through a TV channel.

In the 9½-hour film “Shoah” both, surviving victims and perpetrators of the systematic extermination of Jews by the German Reich, have a chance to speak. Lanzmann worked on the film for eleven years, from 1974–1985. The Berlinale awarded the director the Honorary Golden Bear for his life’s work in 2013. His film is regarded as an »epochal masterpiece of memory studies«.

January 27, International Day of Remembrance of the Victims of the Holocaust, was introduced by the United Nations in 2005 to commemorate the Holocaust and the liberation of the Auschwitz-Birkenau concentration camp on January 27, 1945. The Auschwitz-Birkenau concentration camp was the largest German extermination camp during National Socialism. About 1.1 million people were murdered there. A total of over 5.6 million people fell victim to the Holocaust.

Until January 20th we will collect information about the screening you have organized. Please send us an to worldwidescreening@literaturfestival.com so that we can communicate the events on our website www.worldwidereading.com.

Here you find a list of participants. There will be screenings in Austria, Canada, Chile, France, Germany, Great Britain, Greece, Italy, Nigeria, Spain, USA.

Worldwide Screening am 75. Internationalen Gedenktag für die Opfer des Holocaust

Das internationale literaturfestival berlin [ilb] rief Personen, Schulen, Universitäten, Medien und kulturelle Institutionen zu einer weltweiten Filmvorführung von »Shoah« von Claude Lanzmann am 27. Januar 2020 auf. Damit knüpft das ilb an die Serie der weltweiten Lesungen an, die es seit 2006 zu verschiedenen Themen, vor allem auf die Menschenrechte bezogen, organisiert hat.

In dem 9½-stündigen Film kommen überlebende Opfer wie Täter der systematisch betriebenen Vernichtung der Juden durch das Deutsche Reich zu Wort. Lanzmann arbeitete an dem Film elf Jahre, 1974-1985. Die Berlinale verlieh dem Regisseur 2013 den Goldenen Ehrenbären für sein Lebenswerk.

Der 27. Januar, Internationaler Tag des Gedenkens an die Opfer des Holocaust, wurde 2005 von den Vereinten Nationen eingeführt, um dem Holocaust und der Befreiung des Konzentrationslagers Auschwitz-Birkenau am 27. Januar 1945 zu gedenken. Bei dem Konzentrationslager Auschwitz-Birkenau handelte es sich um das größte deutsche Vernichtungslager während des Nationalsozialismus. Etwa 1,1 Millionen Menschen wurden hier ermordet. Insgesamt fielen über 5,6 Millionen Menschen dem Holocaust zum Opfer.

Bis zum 20.1. nehmen wir gern noch Veranstaltungshinweise an. Bitte schicken Sie uns eine Nachricht über Ihre Veranstaltung an worldwidescreening@literaturfestival.com. Auf unserer Website www.worldwidereading.com werden wir diese Informationen einstellen.

Eine aktuelle Veranstaltungsübersicht finden Sie hier. Es wird Veranstaltungen in Chile, Deutschland, Frankreich, Griechenland, Großbritannien, Italien, Kanada, Nigeria, Österreich, Spanien und USA geben.

Trailer #ilb19
With this video we commemorate a great festival in 2019 and look forward to the 20th ilb in Septembre 2020.

https://www.literaturfestival.com/%2B%2Bresource%2B%2Bcollective.flowplayer/flowplayer.swf

Mit diesem Video blicken wir zurück auf ein großartiges Festival in 2019 und schauen vorfreudig auf das 20. Jubiläum des ilb im September 2020.

internationales literaturfestival berlin
Chausseestr. 5
10115 Berlin
Fon +49 (0) 30 – 27 87 86 65
Fax +49 (0) 30 – 27 87 86 85
presse@literaturfestival.com

www.litfestodessa.com
www.worldwide-reading.com
www.comics-berlin.de
http://www.wordalliance.org
20. internationales literaturfestival berlin | 9-19. September 2020
#ilb20 #ilb2020


In Berlin gibt es Vorführungen sowohl heute als auch morgen:

Heinrich-Böll-Stiftung – Bundesstiftung Berlin
Schumannstr. 8
10117 Berlin
Sonntag, 26.01.2020
10.00 – 21.00 Uhr
Eintritt frei, Anmeldung unter
https://calendar.boell.de/de/civi_register/139583
https://calendar.boell.de/de/event/claude-lanzmann-shoah

Akademie der Künste
Hanseatenweg 10
Berlin
27.01.2020
10 Uhr
https://www.adk.de/de/programm/index.htm

Brotfabrik Berlin
Caligariplatz 1
13086 Berlin
27.01.2020
13 Uhr
Eintritt pro Teil: 5 EUR. Alle vier Teile: 15 EUR
https://www.brotfabrik-berlin.de

KulturMarktHalle
Hanns-Eisler-Str. 93
10409 Berlin
26.01., 12.00 Uhr (mit vier kleinen Pausen)
www.kulturmarkthalle-berlin.de

Container
Am Weidendamm 3
10117 Berlin-Mitte (Nähe Bahnhof Friedrichstraße, der Eingang wird ausgeschildert)
Sonntag, 26.01.2020, ab 13 Uhr in drei Etappen  (3,5h, 3h, 3h – jeweils eine Stunde Pause zwischen den Teilen)
Alle Mitschauenden werden gebeten, Essen und Getränke mitzubringen, damit in den Pausen zusammen gegessen werden kann
Interessierte werden gebeten ihr Kommen kurz per Mail an
verfolgt-verschwiegen-vergessen@riseup.net anzukündigen

Janusz-Korczak-Bibliothek
Berliner Straße 120
13187 Berlin
26. Januar, 10.00 – 19.30 Uhr
http://stadtbibliothek-pankow.berlin.de

SANDALIA – Un’isola a Berlino
Schillerstraße 106, 10625 Berlin-Charlottenburg
Montag, 27. Januar 2020, 11.00 Uhr – 21.00 Uhr
Eintritt frei
www.sandalia.org

 

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 8

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Przez las lub przez pola. Czasem leśnym duktem, nieraz drożyną polną. A niekiedy – rzadziej – asfaltową szosą. Zależnie od tego, jaką trasę wybiorę. Wszak zmieniam szlaki, aby uniknąć monotonii.
Ot, choćby ten trakt bitumiczny: meandruje od wioski do wioski, to łąkę minie, to pole przetnie, to bór sosnowy trawersuje. Pejzaże różnorodne, wymagania kondycyjne umiarkowanie wysokie. Ideał. Toteż często zeń korzystam. Ale teraz, w okolicach października, ciągnie mnie tu szczególnie. Nie dla piękna krajobrazu. Bynajmniej. Raczej po to, aby trochę podrapać duszę, pamięć, emocje. By, jak rzekł Klasyk, nie zarosły błoną podłości.
O fakcie, że to malownicze miejsce ma złą historię, dowiedziałam się właściwie niedawno. Rok temu. Niby znam dzieje moich okolic dobrze; przed udaniem się na emigrację wewnętrzną udzielałem się jako dość nawet zaangażowany regionalista. Niby orientuję się, że region ma długą, bo wojen napoleońskich sięgającą, tradycję obozów jenieckich. Niby wiedziałem, że podczas ostatniej wojny było ich tu szczególnie wiele: jeden z nich, stalag, który tak naprawdę stalagiem nie był (w rzeczywistości bowiem spełniał wszelkie kryteria oflagu), ma światową – ba, hollywoodzką! – sławę. Ale istnienia tego tu oto obozu stałem się świadom dopiero poprzedniej jesieni. Gdy przy szosie zainstalowano mały drogowskaz, zaś odrobinę w głąb lasu pojawił się pamiątkowy kamień, a przed nim kilka wieńców świeżych kwiatów. Drogowskazu już nie ma, nie przetrwał. Wieńce dawno usunięto. Kamień trwa, na szczęście. Więc zjeżdżam z trasy.


Dulag Kunau. Powstał pod koniec września 1939 roku, gdy jeszcze gdzieniegdzie w Polsce (tu były Niemcy) toczyły się ostatnie walki. Istniał do stycznia roku następnego, kiedy jeńców rozlokowano po okolicznych stalagach, bo też, w rzeczy samej, byli to głównie szeregowcy i podoficerowie.
Stoję przed kamieniem, a pamięć podsuwa mi jeden z najcelniejszych fragmentów mojego ukochanego Abecadła Kisiela. Podsuwa, bo znam go na pamięć. Pod hasłem Kardynał Stefan Wyszyński stoi, między innymi, napisane:
Mnie się podobało, że on miał poczucie humoru. Nie robił z tego dużego użytku, ale pamiętam kiedyś, jak zaprosił posłów koła „Znak” do Lasek, urządził takie rekolekcje swojego rodzaju. Potem przemawiał i mówi, że Polska jest od kilkuset lat pod specjalną opieką Matki Bożej, a ja się nachylam do Stommy i szepczę, że coś nie bardzo Polska wyszła na tej opiece. A on patrzy na mnie, już wiedział, co ja mówię. Mówi: „Pan chce żebym ja pana wyklął, a ja nie. Ja wiem, co pan powiedział”.
Nie dla humoru purpurata cenię sobie ów passus, tym bardziej nie dla nadchodzącej beatyfikacji Kardynała. Nie jest to postać z mojej bajki. W przeciwieństwie do Kisiela. No bo, ostatecznie, który z nich celniej zdiagnozował rzeczywistość?
Mistyczne interpretacje historii już sobie pozwoliłem kiedyś z przekąsem skomentować. Na miejscu dawnego dulagu ogarniają mnie zgoła inne emocje. Skąd one się biorą? Sam w żaden sposób nie mam prawa pamiętać tamtego czasu. Moi rodzice urodzili się w drugiej połowie wojny, już pod jej koniec właściwie, przeto i oni mi tego nie przekazali. Więc skąd? Nie mam pojęcia. Ale stojąc przed kamieniem czuję dotkliwy smutek i złość. Na to, że tak wielu młodych chłopaków skazano, bez żadnej winy z ich strony, na rozpacz klęski. Na strach o przyszłość. Na prawie sześcioletnią rozłąkę z rodziną. Na poniewierkę, na głód, na chłód spania zimą pod namiotami.


Na niewolnictwo i traktowanie jak bydło robocze. Na niepowetowaną utratę najlepszych lat beztroskiej młodości. Bo komuś, kurwa, zachciało się być nadczłowiekiem!
A problem jest uniwersalny. Nie dotyczy jedynie dulagu Kunau i Września owego pamiętnego. Uzurpatorscy nadludzie, którzy uważają, że mają prawo dla swych korzyści rozpieprzyć innym życie, byli, są i będą. Sam znam kilku.
Ach, ulało mi się znowu żółci i goryczy… Tylko spokojnie, pamiętaj Malu Contencie o nadciśnieniu. Posłuchaj kojącego szumu sosen nad głowami.


Te sosny też nie pamiętają obozu, są zbyt młode. Nie słyszały stłumionego wstydliwie płaczu mężczyzn, którzy pierwszy raz w życiu być może, w brutalnych okolicznościach, spędzali Wigilię z daleka od najbliższych. Te sosny i tak mają szczęście. Piją, co najwyżej, łzy i pot, jakie wsiąkły w ziemię osiemdziesiąt lat temu. Ale nie wyrosły na masowych grobach.
I mknę dalej asfaltowym traktem, coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że określenie polityka historyczna zawiera truciznę: gloryfikuje wojny, co z tego, że nawet i dla nas zwycięskie. Wojna to wojna. Zawsze jest zła. Pamięć historyczna? Już lepiej – jeśli rzetelną jest i uczciwą. Pamięć ofiar? O tak! Wszystkich.

A Little History of Life and Death

Joscelyn Jurich, Columbia University

Six Photographs of Nermin Divović in Sarajevo Under Siege

Of the many news and personal photographs, international and local newspaper front pages, posters, and makeshift stoves and heaters that Sarajevans fashioned during the siege of Sarajevo – now displayed in the Historical Museum of Bosnia-Herzegovina’s permanent exhibition, Sarajevo Under Siege – one object stands out. It is a small blue-and-white striped handknit sweater that belonged to Nermin Divović a Sarajevan killed by a sniper on November 18, 1994, when he was seven years old. Donated to the museum by Divović‘s family, it lies stretched out under a glass case with a matter-of-fact caption printed on a rectangle of white paper testing atop. “Nermin Divović was a boy killed in 1994 by sniper fire, in the street Zmaja od Bosne” it reads. “The bullet first passed through the body of the boy`s mother and then shot him in the head. Nermin`s sister, who was with them, escaped the bullet, because she was just one step ahead of them. Nermin loved drawing, football and toy cars. He was a pupil at elementary school Edhem Muladbdić” Exhibited nearby is a black-and-white photograph by Spanish photographer Gervasio Sánchez: a portrait of Nermin wearing the sweater, holding a snowball in one hand in December1993, during the height of the almost four-year-long siege of Sarajevo (1992 – 1996). The same caption that accompanies the sweater is posted on another white rectangle of paper underneath this photograph.

A Nermin Divović’s sweater, Historical Museum of Bosnia and Herzegovina, July 2018; photograph by Joscelyn Jurich

Since 2016, visitors to the Historical Museum of Bosnia-Herzegovina, itself located just a hundred meters from where Nermin was killed, have been able to see this moving artifact that has inspired works of art such as Paul Coldwell‘s Seven Sweaters for Nermin Divović (2018), a series of seven handknit sweaters in sizes 0-7, seven sweaters to commemorate each year of the boy`s short life. Just a few feet away from the sweater and Sánchez‘s portrait is a small but potent exhibition of six recently acquired photographs by Sánchez and his colleague, AP photographer Enric Martí.

The series begins with a solemn photograph by Sánchez of Nermin wearing his blue-and-white sweater while with his mother, Dźenana Sokolović, and sister (unnamed) as they wait for former French President Valéry Giscard d‘Estaing in December 1993. The next three photographs, also taken in December 1993 by Sánchez, are jubilant scenes of Martí throwing snowballs and playing with Nermin on the street, followed by another portrait by Sánchez of Nermin playing with a snowball. The last photograph by Martí is the image of Nermin that was seen internationally. He is lying in Zmaja od Bosne, the street known as “sniper alley“, eyes closed, a large puddle of blood streaming around his head. The UN firefighters who tried to help him are standing nearby, and in the version of the photograph that circulated most widely, the UN firefighters are shown in action, seemingly trying to block the area around Nermin. Marti took a series ofphotographs after Nermin`s killing in addition to this one, including at Nermin‘s funeral on November 21, 1994 – an image that foregrounds Nermin‘s father, Pašo Divović, covering his face, crouched next to Nermin‘s freshly dug grave. AP photograph Jacqueline Arzt took dififerently arresting photographs of Nermin: one with a blanket over his head and body as he is about to be taken away from the scene of his death, and another of Nermin in the morgue as a morgue worker looks at his body.

The quietness of these five photographs, punctuated by the crushing violence of the last photograph and exhibited in a museum whose outside façade is punctured with the damage of sniper fire and whose steps are cracked with wear and disrepair, make the proximity of Nermin`s life and death intimate; as a series, the photographs work together as punctum is the narrative, rather than a singular detail, that pricks and wounds.

Exhibition of photographs of Nermin Divović by Enric Martí and Gervasio Sánchez, July 2018; photograph by Joscelyn Jurich

And though news photographs, they are far from what Roland Barthes describes as characterizing the genre: capable of shocking only through “shouting” at the viewer. In the silent and secluded space of this exhibit, they become just as much mementos as memento mori. When the photograph of Nermin dead is made part of a narrative of a life, however short, it becomes much more than an “arresting” or “seizing” image; it is not war reduced to a photograph. Rather, it opens the viewer up to imagine the relationship, what Ariella Azoulay describes as the civil contract between both of these photographers and Nermin, and between the photographers, Nermin, and spectator. Beyond the binding ties of a civil contract, one might work to imagine the connection between Martí and Nermin, and what Martí experienced realizing that the little boy he photographed shot dead by a sniper was the same little boy that he had been playing with just several months prior. While it is not unusual that this would be the case during a siege in which, by 1994 approximately sixteen hundred children and thirteen thousand adult civilians had already been killed, it does not lessen the imaginative shock. “There is a strong connection in their interaction“, said one of the curators of the exhibition, Tijana Krizanović. “Martí met Nermin in Sarajevo in completely opposite ways – one full of life, the other in death.“

Just a couple of weeks before Nermin was killed, three children were shelled along with their teacher at school; the next day, five children playing outside of their school and four adults nearby were killed. A monument to all of the children killed stands about a twenty-minute walk from the Historical Museum. In 2005, a memorial in the form of a stone marker was erected near where Nermin was killed with the statement “To not forget and to not repeat” engraved at the top. Recently the children killed during the siege have also had a more “living” memorial created through the planting of sixteen hundred roses that are cared for by the parents of the slain children

Memorial to Nermin Divović on Zmaja od Bosne, Sarajevo, July 2018; photograph by Joscelyn Jurich

In 2007 the War Childhood Museum opened in Sarajevo with an exhibition centered around three thousand personal objects – clothing, toys, notebooks – of children who survived the war.

“The dead and the survivors are not numbers, they are unfinished stories,” Sánchez recently said in an interview. “When I see a child, a teen or an adult that dies, I don’t think of that person as an unknown, I think of what their lives would have been like if they hadn’t been killed or wounded.”

In his 2009 collection Sarajevo: War und Peace (1991-2008) Sánchez includes his photograph of Nermin playing with a snowball; one with his family; another of Nermin‘s sweater; Martí‘s photograph of his death; and a 2008 photograph of Nermin‘s mother, brothers, and father sitting at his grave. When Ratko Mladić’s trial for war crimes – including the siege of Sarajevo and the genocide at Srebrenica – began in 2012 at the International Criminal Tribunal for the former Yugoslavia (ICTY) in The Hague, lead prosecutor Dermot Groome echoed Sánchez’s words. At the center of his argument about how sniping created a regime of terror against Sarajevans, Groome opened by reminding Mladić and the court of Nermin’s story. “Today Nermin Divović would be 25”, Groome stated, before detailing the circumstances of Nermin’s killing.
The constellation of the museum’s location, Nermin‘s sweater, and Sánchez‘s and Martí‘s photographs work together to create an atmosphere countering and complicating the “that-has-been” that Barthes described as photography‘s noeme. Rather, the series seen in this geographical context is closer to what John Berger describes as the necessary “radial system” that needs to be constructed around a photograph “so that it may be seen in terms which are simultaneously personal, political, economic, dramatic, everyday and historic.” As such, it represents a complex coalescing of “that-has-been” with that which “continues-to-be” and, potentially, that which “will-continue-to-be”, making it impossible to watch these photographs ethically as post-war photographs. They are instead closer to what Azoulay has called “regime-made disasters” that demand and deserve a civil viewing, or what she has also called a “non-governmental viewing”- one that emphasizes the process by which individuals are made into victims and that includes and implicates the spectator as a vital participant.“ In her 2005 essay “The Ethics of the Spectator” in Afterimage, Azoulay writes that the spectator is capable of seizing hold of the “atrocities of the present” to “identify and forewarn others of the dangers that lie ahead.” In this series by Sánchez and Martí, the blended and shifting temporalities of the past, the contemporary, and a looming potential future are fused into a most present and prescient emergency énoncé.

Tryptyk

Teresa Rudolf

Z lotu ptaka

A dziś już miliony ludzików
ruszyły na podbój  dnia…
chętnie jedni, inni mniej…

Jedni sprawnie, inni mniej,
w “ludowisku” podobnie jak
i w mrowisku ogromny ruch…

Warto by sie lepiej, dokładniej
temu przyjrzeć, myślał ptak
lecący wysoko pod niebem.

Obniżał, lot  planując, by usiąść
na kolorowym dachu domu,
jakby byl z klocków Lego.

Dach stawał  się coraz większy
bliższy, już prawie osiągalny,
robilo się głośno, coraz głośniej…

Z dołu patrząc, ptak  był coraz niżej
coraz większy,  prawie osiągalny,
coraz, coraz bliższy… i padł strzał!

Krzyk ptaka i strzelającego
zlał się nagle jakoś w jedno,
a później wibrował już długo

krzyk triumpfu, ptak widział jak
uciekało, coraz szybciej, jego niebo,
oddalało się coraz, coraz dalej…

Aż  mu wszystko, pulsując, ucichło.

Patrząc w  niebo

Mały, śliczny chłopiec z krótkimi
czarnymi, włoskami i  oczyma jak
węgiel czarnymi, patrzył w niebo…

A tam dziś taki ogromny ruch…
bardzo głośno, coraz głośniej,
różne wielkie maszyny na niebie.

Wczoraj, przedwczoraj były tu,
ciągle jestem, myślał, to nic złego,
tłumaczył  sobie, bo nie było komu.

Wielkie, coraz głośniejsze maszyny,
coraz bliżej, wielkie groźne ptaki,
krążyły, by ziać ogniem i dymem…

One są jak ptaki myślał i patrzył,
ciekawy, zdumiony, kiedy nagle
poczuł strzał… niedaleko  od ziemi.

“Ptaki nie zrobiłyby tak, nie zrobiły”,
a one oddalały się, coraz mniejsze,
nawet nie widział, jak pluły  bombami.

“Ptaki by tak nie zrobiłyby, nie zrobiły…”
myślał  króciutko czarnowłosy, czteroletni,
syryjski chłopczyk, kochający  ptaki…


Friedrich Händel

Puls szybszy,
adrenalina wzrasta

Myśliwi strzelają bardzo trafnie,
do ptaków, zajęcy, lisów, dzików
do zwierząt chorych i  zdrowych,

….puls szybszy, adrenalina wzrasta.

“Mysliwi” strzelają bardzo trafnie,
do obcych, innych, słabych, “intruzów”
do ludzi chorych, zdrowych, dzieci,

….puls szybszy, adrenalina wzrasta.

Myśliwce rzucaja trafnie bomby,
na swoich, na obcych, na to co w dole,
co się rusza, a nie powinno nigdy,
na to, co “nielegalnie” ciągle  gdzieś żyje.

***

Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają. 

Hiroszima

Anna Dobrzyńska

Rozdałem karty,

Zebrałem lewa,

Sprawdziłem azymut,

Włączyłem zegary,

Leciałem długo,

12 godzin,

Zburzyłem miasto,

Uciekłem od fali,

Odbiłem w prawo,

Zabiłem ludzi,

Miałem na nosie,

Ciemne okulary,

Huk usłyszałem,

Zmrużyłem oczy,

Poczułem trzęsienie,

Sprawdziłem zegary,

Wracałem długo,

12 godzin,

Witałem ludzi,

Ściskałem dłonie,

Dostałem hot-doga,

I Coca-Colę,

Poszedłem spać,

Byłem zmęczony.

 

Lato 2019. 22 lipca (wiersze 33)

W poniedziałek 22 lipca, w 77 rocznicę rozpoczęcia akcji likwidacji warszawskiego getta, ulicami Warszawy, po raz ósmy, przejdzie Marsz Pamięci. Tegoroczny Marsz, poza upamiętnieniem tej tragicznej daty, będzie poświęcony w szczególności pamięci Władysława Szlengla, genialnego poety warszawskiego getta, który w swojej twórczości przedstawił tragizm życia i śmierci ludzi uwięzionych w zamkniętej dzielnicy.

Organizatorem Marszu jest, jak co roku, Żydowski Instytut Historyczny im. Emanuela Ringelbluma.

Marsz rozpocznie się o godzinie 18:00 przed pomnikiem Umschlagplatz przy ulicy Stawki w Warszawie. Tegoroczna trasa Marszu zakończy się pod kamienicą przy ulicy Waliców, gdzie przed wojną mieszkał Władysław Szlengel.

Władysław Szlengel (ur. 1912 lub w 1914 w Warszawie, zm. 8 maja 1943 tamże) – polski poeta pochodzenia żydowskiego, autor tekstów kabaretowych i piosenek, dziennikarz, aktor estradowy. W latach 1940–1943 przebywał w getcie warszawskim, gdzie kontynuował działalność pisarską i artystyczną. Za sprawą wierszy pisanych w owym czasie zwany jest poetą getta.

Władysław Szlengel

Obrachunek z Bogiem, (Getto Warszawskie, 1943)

Może to był sen – (chociaż nie)
A może zamroczył mnie trunek
Siedzieliśmy razem Bóg i ja
I robiliśmy rachunek…
Bóg był starszym panem
O spojrzeniu pełnym łaski
Miał siwą długą brodę
I chodził bez opaski…
Kenkarty wprawdzie nie miał
Bo przybył prosto z raju
Lecz miał obywatelstwo
Podobno… – Urugwaju
Wyjąłem dużą księgę
A Pan Bóg Watermana
Otwarłem konto – wiara
I rzekłem… proszę pana
Mam lat trzydzieści dwa
Lat sytych albo biedy
Dotychczas Panie Boże
Otwarty miałem kredyt
Mówiono: módl się
Ja się modliłem
Mówiono: pość –
– pościłem…
Przez ciężkie postu dni
Bez kropli wody w ustach
Dla wielkiej chwały Twej
i urojonych ustaw
W męczących smugach świec
W tumulcie izb bóźniczych
Modliłem się byś mógł
uczynki moje zliczyć
Mówiono  mi „nie kradnij”
nie kradłem
Mówiono: nie jedz świniny…
(lubię) – nie jadłem
Mówiono: Bóg tak chce…
Mówiono: Boża Droga
Mówiono: nie cudzołóż…
Wstrzymałem się… dla Boga
Mówiono nie zabijaj!
nie zabijałem
Nie miej Boga nademną
– nie miałem…
Są różne miłe święta
Są różne trudne święta
Po dziesięć razy na rok
Kazano mi pamiętać
Kazano siedzieć w kuczce
Pić gorzkie jadać macę…
Pokuty różne czynić
i zaniedbywać pracę
Rzemieniem ściskałem ręce
Księgi zżerałem nocą
i umartwiałem ciało
Przepraszam, pytam – po co ?
Mówiłem: Bóg pomoże
Mówiłem: Bóg ocali
Wierzyłem: Pan Bóg ze mną
Mówiłem: i tak dalej…
Spójrz no, popatrz w księgę
Rzecz jasna, oczywista
Patrz! karta Twoich zasług
w stosunku do mnie – czysta…
Biją mnie w twarz
– Nie uciekam
Jak zwierz tropiony z nory w norę
Czekam… a Ty nic…
Głodno mi chłodno i tęskno
Droga wciąż dziksza, daleka
Pusto – wokoło, martwo
Nie płaczę… – czekam…
Na wiatr więc wyrzucone
Błagania posty lament
i sto tysięcy modlitw
i pół miliona „Amen”…
Co Ty mi dajesz dziś
Za wszystkie me uczynki
Ten blok…
Tę blaszkę… plac –
Te bony – czy Treblinki?
Czy jeszcze czekasz bym
Pojutrze jak testament
Pod pruski idąc gaz
Powiedział jeszcze „Amen”?
No mów coś, proszę mów –
Rachunek wyjm z ukrycia
Otwarte ksiegi – patrz! –
Wspólniku mego życia…
Ten miły starszy pan,
z którym przy stole piłem
Ołówek wziął do ręki i rzekł…
i tu się przebudziłem
Czy to był zwykły sen? –
Czy też mnie zmorzył trunek? –
Lecz do dziś nie wiem jak
się skończył obrachunek.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 4

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a (tym razem wyjątkowo)
samochód, nie rower, dzielnie niesie przez zmieniające się krajobrazy mnie samego i
moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Akurat na owe kilogramy nic ta
przejażdżka nie pomoże, lecz trudno. Czasem trzeba załatwić sprawy na tyle daleko od
domu, że rowerem nijak by się tam nie dotarło.
Miałem nieco czasu, więc postanowiłem zboczyć odrobinę z trasy i odwiedzić pole
bitwy pod Mokrą. Jednej z niewielu wygranych potyczek Września. By oddać hołd
Obrońcom.
Pomnik, owszem, stoi. Ale cokolwiek zapuszczony. Że już o gazonach wokół niego nie
wspomnę.


Taki mamy czas, iż całą uwagę i pieczołowitość pompuje się w Wyklętych. Nawet dla
akowców nie starcza czasu. Cóż więc mówić o chłopcach Września! Żadne przegięcie
nie jest zdrowe: warto by o tym trochę pomyśleć. Jednak wyznawcy z zasady nie myślą.
Czciciele Wyklętych też nie.
Obok osiemnastowieczny kościółek p.w. św. Judy Tadeusza. 1 września roku
pamiętnego przez cały dzień znajdował się w centrum pancernej bitwy. I ocalał. Co
poczytano za cud.


Za kilkanaście minut będę przejeżdżał przez Wieluń. Bój pod Mokrą jeszcze się nie
zaczął, piąta rano jeszcze nie wybiła, a w Wieluniu już opłakiwano ponad sto ofiar
nalotu Luftwaffe. Cywilnych ofiar. Większość zginęła we własnych łóżkach. Cud się nie
wydarzył.
Bój pod Mokrą jeszcze się nie zaczął, a w Szymankowie już było po egzekucji
kolejarzy i celników, którzy udaremnili podstępne zajęcie przez Wehrmacht mostów w
Tczewie. Zastrzelono 20 funkcjonariuszy. I drugie tyle członków ich rodzin. Cywilów.
Cud się nie wydarzył.
Przez kolejne sześć lat śmierć będzie sobie urządzać orgiastyczną ucztę. Cud się nie
wydarzy.

A w Mokrej się wydarzył! Ocalał kościółek! Ładny kościółek, nie przeczę. Ale…
Powstrzymam się przed użyciem wulgaryzmu i stwierdzę oględnie: wsadźcie sobie taki
cud.
Mówią, że na mitologizowanie podatne są słabe umysły. Nie twierdzę, by mój był jakoś
szczególnie mocny, niemniej takie interpretacje wydarzeń faktycznie nie mają do niego
przystępu. Lecz może w ten sposób łatwiej znieść nieznośną rzeczywistość?
I mknę dalej przez zmieniające się krajobrazy, zastanawiając się: dobrze to, czy źle, żem
zupełnie niepodatny na ich ogląd odrealniony.

DMAO oder Berlin erinnert sich

DenkMalAmOrt – Denkmal am Ort – DMAO

In der Wohnung, im Treppenhaus, im Hof, im Keller, im Schrebergarten, bei der alten Tante weit in Köpenick, im Hinterzimmer eines Nazi-Günstlings wie es bei der Lale Andersson der Fall war, bis zuerst ihr Garderobier und später auch sie selbst in einem KZ landeten.

Berlin erinnert sich.

DENK MAL AM ORT  ist eine persönliche Erinnerung an einen Menschen oder eine Familie in Berlin, die während der NS-Zeit verfolgt wurde.
DENK MAL AM ORT findet statt an den authentischen Wohn- und Lebensorten in Berlin, in der ehemaligen Wohnung, im Hof, im Keller, im Treppenhaus oder vor dem Wohnhaus. Wir leben in Wohnungen mit Vergangenheit.

Am jeweils ersten Wochenende, das auf das Kriegsende in Berlin am 2. Mai folgt, werden Haus- oder Wohnungstüren in Berlin geöffnet und die Namen unserer ehemaligen Nachbarn, Bruchstücke ihrer Biografien, Verfolgungs- und Fluchtgeschichten werden sichtbar in Gesprächen, Lesungen, Installationen, Zeichnungen, Texten, Musik, Audio, Film, Poesie, Gesang und mehr.

www.denkmalamort.de
facebook.com/denkmalamort

Hier ist es, das pdf mit allen DMAO_2019_Veranstaltungen und Orten.
Es kann bequem überallhin verschickt und ebenso problemlos gelesen, vergrössert und ausgedruckt werden.

DMAO_2019_Faltblatt_als_pdf_DE

DMAO ist ein Projekt von drei Personen:

Jani Pietsch, M.A. Politische Wissenschaft, Geschichte, Philosophie – Historikerin und freischaffende bildende Künstlerin in Berlin
www.janipietsch.de

 

Marie Rolshoven, M.A. Theater- und Filmwissenschaft, Kunstgeschichte – Mitarbeiterin der Gedenkstätte Stille Helden Berlin und Mitmacherin des Ausstellungsprojekts Wir waren Nachbarn – Biografien jüdischer Zeitzeugen im Rathaus Berlin-Schönebergwww.marie-rolshoven.com

Florian Voß, ein junger Biologe, geboren 1973, Projektentwickler für Umwelt- und Bildungsprojekte, ist 2016 gestorben.

2019 sind es 14 Orte am 4. Mai und 12 am 5. Mai. Ich habe für Euch eins ausgesucht. Ich suche weitgehend unbekannte Geschichte aus, obwohl man sich an diesem Wochenend auch an Max Liebermann oder Albert Einstein erinnern kann. Eigentlich suchte ich einen Ort in der Krefelder Strasse in Moabit, wo ein arabischer Doktor, Mod (Mohamed) Helmy, eine jüdische Familie versteckte – die Erinnerung an ihn wurde von meinem Orthopäden gepflegt und er war  der, der das Schreiben eines Buchs über ihn vorgeschlagen hat. Wie das Leben es will, der Autor, Igal Avidan, ein Israeli, der seit über 30 Jahre in Berlin lebt, ist auch mein Bekannte. Er präsentiert sein Buch immer wieder auch in Berlin und es ist bei ihm oder bei dem Verlag käuflich zu erwerben.

Dann denke ich mir, dass auch ich bei dem Projekt mit machen könnte, um unsere beide Protagonisten, mit denen ich mich seit Jahren beschäftige, zu erinnern: Hermann Stöhr (links unten), der erste Kriegsverweigerer des 2. WK, hingerichtet in Plötzensee und Stanisław Kubicki, polnischer Maler, Vorreiter des Pazifismus und der Deutsch-Polnischen Versöhnung, zum Tode gefoltert in Gestapo Gefängnis Pawiak in Warschau.

 

 

 

 

Zum lesen gibt es darüber viel – man kann HIER starten.

Soll ich es machen. Schaffe ich es? Jedes Projekt bedeutet so unheimlich viel zu tun, was die Freischaffenden vor allem aus eigener Tasche und aus dem eigenem Kraftreservoir schöpfen müssen. Halte, Ewa, es ist ein Zukunftslied über die Vergangenheit. Kehren wir lieber zurück in die Gegenwart.

Aus dem diesjährigen DMAO-Projekt wähle ich eine Geschichte aus:

Nummer 10 am 4. Mai

Mommsenstraße 6, Hochparterre, 10629 Berlin-Charlottenburg
14 – 17 Uhr Ausstellung, Gespräch und Lesung (Deutsch und Englisch)
Im Gedenken an die ehemaligen Hausbewohner, Familie Fiegel, Familie Isaacsohn und Familie Selten, öffnen Dr. Wolf-Rüdiger Baumann und Claudia Saam ihre Wohnung. Die Geschwister Naomi und Paul Fiegel kommen aus Sydney (Australien), um an ihren Vater Bernhard und an ihre Großeltern Erna und Paul Fiegel zu erinnern.

S3, S5, S7, S9, S75 / Station Savignyplatz

Ein junger Soldat

Ewa Maria Slaska

Ich habe ihn vorher nie gesehen, obwohl ich mindestens Tausend mal über diese Straße in Schöneberg gegangen und in der Kirche nebenan Hundertmal gewesen bin. Hauptstraße 47 in Schöneberg, evangelische Paul-Gerhardt-Kirche. Der Patron (1607-1676) war ein lutherischer Theologe und gilt als einer der bedeutendsten deutschsprachigen Kirchenlieddichter.

***

Ein junger Soldat steht am Rand des Kirchenensambles, allein, schön und ausgesprochen menschlich, traurig ist er, weist keine Spur von Überheblichkeit, Arroganz, Standesdünkel auf.

Ich kampfe mich durch zu der Tafel an der Kirchenmauer, um zu lesen, wer er ist. Ich glaube nämlich, er ist wer, kein Symbol, sondern ein Mensch mit Namen, Adresse und Geburtsdatum.

Die Tafel ist versteckt hinterm Busch, man kann sich nicht durchboxen, um sie zu lesen. Auf dem Foto ist es genausowenig zu erkennen. Eines ist klar – es ist doch ein symbolisches Denkmal. Für die Soldaten des Ersten und des Zweiten Weltkrieges.

Ich schaffe es auch nicht, ihm näher zu kommen, so nah, dass ich sein Gesicht fotografieren könnte.

Wer war er?

Wie immer, es braucht ein wenig Geschick, um diese Frage zu beantworten.

In Wikipedia finde ich zuerst Infos über die Kirche: Die Paul-Gerhardt-Kirche steht direkt neben der barocken Dorfkirche Schöneberg und bildet mit weiteren Gemeindebauten ein grosses Bauensemble. Die ursprüngliche Kirche wurde 1910 vom Architekten Friedrich Schultze entworfen und war eine der wenigen reinen Jugendstil­kirchen in Berlin. Aufgrund ihres markanten runden Turmes verpasste ihr der Volksmund den Namen „Thermoskanne“. Die Bildhauerarbeiten führte der Künstler Robert Schirmer aus Berlin aus.

Die Kirche wurde im Zweiten Weltkrieg beschädigt, der Turm hatte seinen Kuppelhelm verloren, blieb jedoch ansonsten intakt und bestimmte noch bis in die späten 1950er Jahre die Silhouette von Schöneberg. Dann wurde die Kirche 1958-1962 nach Entwürfen von Hermann Fehling, Daniel Gogel und Peter Pfankuch neu gebaut. Seit 1995 steht sie unter Denkmalschutz.

Nach ziemlich langen Suchen finde ich den Text auf den Tafel:

UNSEREN GEFALLENEN KAMERADEN
1914 – 1918        1939 – 1945
KYFFHÄUSERBUND
BERLIN

Der Kyffhäuserbund, ein deutscher Soldatenbund, wurde 1900 gegründet.

Das Denkmal in Schöneberg wurde nach 1920 von einem (später) Nazi-Bildhauer, Hermann Hosaeus gefertigt.

Er schuf mehr als 50 Soldaten-Skulpturen und galt in der Weimarer Republik als Hauptschöpfer der Kriegerdenkmälern. Er schrieb auch ein Dekalog für Bildhauern, die ein Kriegerdenkmal zu gestalten haben. Erster Gebot lautete: Du wirst keine Heldenhaine entwerfen. Als künstlericher Berater des Kyffhäuserbundes bestimmte er massgebend die Zahl und das Aussehen der deutschen Memorials.

Interessant finde ich jedoch, dass die anderen Soldatenfiguren von Hosaeus genauso sind, wie ich meinte, dass es die Denkmäler sind – pathetisch, bombastisch, strengschauend, arrogant, agressiv, später auch muster-arisch… Sehr kriegerisch, halt. Nur der eine ist anders.