Marek Szczurza Śmierć / Markus Rattenschlächter

Tibor Jagielski

punkt widzenia

centurio szczurza śmierć
pisze meldunek
o wniebowstąpieniu

auftrag ausgeführt
verbraucht
kreuze – drei
nägel – ein dutzend
essig – ein eimer
keine besondere vorkommnisse

14 IV 2017


Przypomnijmy. Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata.

W białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, posuwistym krokiem kawalerzysty, wczesnym rankiem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan pod krytą kolumnadę łączącą oba skrzydła pałacu Heroda Wielkiego wyszedł procurator Judei Poncjusz Piłat.
(…)
Na mozaikowej posadzce przy fontannie był już przygotowany tron i procurator nie spojrzawszy na nikogo zasiadł na nim i wyciągnął rękę w bok. Sekretarz z uszanowaniem złożył w jego dłoni kawałek pergaminu. Procurator, nie zdoławszy opanować bolesnego grymasu, kątem oka pobieżnie przejrzał tekst, zwrócił sekretarzowi pergamin, powiedział z trudem:
– Podsądny z Galilei?
(…)
Procuratorowi skurcz wykrzywił policzek. Powiedział cicho:
– Wprowadźcie oskarżonego.
Natychmiast dwóch legionistów wprowadziło między kolumny z ogrodowego placyku dwudziestosiedmioletniego człowieka i przywiodło go przed tron procuratora. Człowiek ów odziany był w stary, rozdarty, błękitny chiton. Na głowie miał biały zawój przewiązany wokół rzemykiem, ręce związano mu z tyłu. Pod jego lewym okiem widniał wielki siniak, w kąciku ust miał zdartą skórę i zaschłą krew. Patrzył na procuratora z lękliwą ciekawością. Tamten milczał przez chwilę, potem cicho zapytał po aramejsku:
– Więc to ty namawiałeś lud do zburzenia jeruszalaimskiej świątyni?
Procurator siedział niczym wykuty z kamienia i tylko jego wargi poruszały się ledwie zauważalnie, kiedy wymawiał te słowa. Był jak z kamienia, bał się bowiem poruszyć głową płonącą z piekielnego bólu. Człowiek ze związanymi rękami postąpił nieco ku przodowi i począł mówić:
– Człowieku dobry. Uwierz mi…
Ale procurator, nadal znieruchomiały, natychmiast przerwał mu, ani o włos nie podnosząc głosu:
– Czy to mnie nazwałeś dobrym człowiekiem? Jesteś w błędzie. Każdy w Jeruszalaim powie ci, że jestem okrutnym potworem, i to jest święta prawda. – Po czym równie beznamiętnie dodał:
– Centurion Szczurza Śmierć, do mnie!
Wszystkim się wydało, że zapada mrok, kiedy centurion pierwszej centurii Marek, zwany także Szczurzą Śmiercią, wszedł na taras i stanął przed procuratorem. Był o głowę wyższy od najwyższego żołnierza legionu i tak szeroki w barach, że przesłonił sobą niewysokie jeszcze słońce.
Procurator zwrócił się do centuriona po łacinie:
– Przestępca nazwał mnie człowiekiem dobrym. Wyprowadź go stąd na chwilę i wyjaśnij mu, jak należy się do mnie zwracać. Ale nie kalecz go.
Wszyscy prócz nieruchomego procuratora odprowadzali spojrzeniami Marka Szczurzą Śmierć, który skinął na aresztanta, każąc mu iść za sobą. Szczurzą Śmierć w ogóle zawsze wszyscy odprowadzali spojrzeniami, gdziekolwiek się pojawiał, tak niecodziennego był wzrostu, a ci, którzy widzieli go po raz pierwszy, patrzyli nań z tego także powodu, że twarz centuriona była potwornie zeszpecona – nos jego strzaskało niegdyś uderzenie germańskiej maczugi.
Ciężkie buciory Marka załomotały po mozaice, związany poszedł za nim bezgłośnie, pod kolumnadą zapanowało milczenie, słychać było gruchanie gołębi na ogrodowym placyku nie opodal balkonu, a także wodę śpiewającą w fontannie dziwaczną i miłą piosenkę.
Procurator nagle zapragnął wstać, podstawić skroń pod strugę wody i pozostać już w tej pozycji. Wiedział jednak, że i to nie przyniesie mu ulgi.
Szczurza Śmierć spod kolumnady wyprowadził aresztowanego do ogrodu, wziął bicz z rąk legionisty, który stał u stóp brązowego posągu, zamachnął się od niechcenia i uderzył aresztowanego po ramionach. Ruch centuriona był lekki i niedbały, ale związany człowiek natychmiast zwalił się na ziemię, jakby mu ktoś podciął nogi, zachłysnął się powietrzem, krew uciekła mu z twarzy, a jego oczy stały się puste.
Marek lewą ręką lekko poderwał leżącego w powietrze, jakby to był pusty worek, postawił go na nogi, powiedział przez nos, kalecząc aramejskie słowa:
– Do procuratora rzymskiego zwracać się: hegemon. Innych słów nie mówić. Stać spokojnie. Zrozumiałeś czy uderzyć?
Aresztowany zachwiał się, ale przemógł słabość, krew znów krążyła, odetchnął głęboko i ochryple powiedział:
– Zrozumiałem cię. Nie bij mnie.
Po chwili znowu stał przed procuratorem.
(…)
– Powiedz mi, czemu nieustannie mówisz o dobrych ludziach? Czy nazywasz tak wszystkich ludzi?
– Wszystkich – odpowiedział więzień. – Na świecie nie ma złych ludzi.
– Pierwszy raz spotykam się z takim poglądem – powiedział Piłat i uśmiechnął się. – Ale, być może, za mało znam życie!…  Czy wyczytałeś to w którejś z greckich ksiąg?
– Nie, sam do tego doszedłem.
– I tego nauczasz?
– Tak.
– A na przykład centurion Marek, którego nazywają Szczurzą Śmiercią, czy on także jest dobrym człowiekiem?
– Tak – odparł więzień. – Co prawda, jest to człowiek nieszczęśliwy. Od czasu, kiedy dobrzy ludzie go okaleczyli, stał się okrutny i nieczuły. Ciekawe, kto też tak go zeszpecił?
– Chętnie cię o tym poinformuję – powiedział Piłat – ponieważ byłem przy tym obecny. Dobrzy ludzie rzucili się na niego jak gończe na niedźwiedzia. Germanie wpili mu się w kark, w ręce, w nogi. Manipuł piechoty wpadł w zasadzkę i gdyby nie to, że turma jazdy, która dowodziłem, przedarła się ze skrzydła, nie miałbyś, filozofie, okazji do rozmowy ze Szczurzą Śmiercią. To było w czasie bitwy pod Idistaviso, w Dolinie Dziewic.
– Jestem pewien – zamyśliwszy się powiedział więzień – że gdyby ktoś z nim porozmawiał, zmieniłby się z pewnością.
– Sądzę – powiedział Piłat – że legat legionu nie byłby rad, gdyby ci wpadło do głowy porozmawiać z którymś z jego oficerów czy żołnierzy. Zresztą nie dojdzie do tego, na szczęście, i już ja będę pierwszym, który się o to zatroszczy.
(…)
Przez chwilę ciszę panującą na tarasie zakłócał tylko śpiew wody w fontannie. Piłat patrzył, jak nad rzygaczem fontanny wydyma się miseczka uczyniona z wody, jak odłamują się jej krawędzie i strumykami spadają w dół.
Pierwszy zaczął mówić więzień:
– Widzę, że to, o czym mówiłem z tym młodzieńcem z Kiriatu, stało się przyczyną jakiegoś nieszczęścia. Mam takie przeczucie, hegemonie, że temu młodzieńcowi stanie się coś złego, i bardzo mi go żal.
– Myślę – odpowiedział procurator z dziwnym uśmiechem – że istnieje ktoś jeszcze, nad kim mógłbyś się bardziej użalić niż nad Juda z Kiriatu, ktoś, czyj los będzie znacznie gorszy niż los Judy! …A więc Marek Szczurza Śmierć, zimny i pozbawiony skrupułów kat, i ci ludzie, którzy, jak widzę – tu procurator wskazał zmasakrowaną twarz Jeszui – bili cię za twoje proroctwa, i rozbójnicy Dismos i Gestas, którzy wraz ze swoimi kamratami zabili czterech moich żołnierzy, i ten brudny zdrajca Juda wreszcie – wszystko to są więc ludzie dobrzy?
– Tak – odpowiedział więzień.
– I nastanie królestwo prawdy?
– Nastanie, hegemonie – z przekonaniem odparł Jeszua.
– Ono nigdy nie nastanie – nieoczekiwanie zaczął krzyczeć Piłat, a krzyczał głosem tak strasznym, że Jeszua aż się cofnął. Takim głosem przed wieloma laty w Dolinie Dziewic wołał Piłat do swoich jezdnych: “Rąb ich! Rąb ich! Olbrzym Szczurza Śmierć jest otoczony!”
Jeszcze podniósł zdarty od wywrzaskiwania komend głos, wykrzykiwał słowa tak, aby usłyszano je w ogrodzie:
– Łotrze! Łotrze! Łotrze!
A potem ściszył głos i zapytał:
– Jeszua Ha–Nocri, czy wierzysz w jakichkolwiek bogów?
– Jest jeden Bóg – odpowiedział Jeszua – i w niego wierzę.
– Więc się do niego pomódl! Módl się najgoręcej, jak umiesz! A zresztą… – głos Piłata pękł nagle –nic ci to nie pomoże.
(…)
W chwilę później stanął przed procuratorem Marek Szczurza Śmierć. Procurator polecił mu przekazać więźnia komendantowi tajnej służby, a zarazem powtórzyć komendantowi polecenie procuratora, by Jeszua Ha–Nocri nie kontaktował się z innymi skazanymi, a także, by ludziom z tajnej służby wydać obwarowany surowymi karami zakaz rozmawiania o czymkolwiek z Jeszuą i udzielania odpowiedzi na jakiekolwiek jego pytania.
Marek dał znak, eskorta otoczyła Jeszuę i wyprowadziła go z tarasu.
(…)
Po czym stanął przed procuratorem urodziwy jasnobrody młodzieniec. W grzebieniu hełmu miał orle pióra, na jego piersiach połyskiwały złote pyski lwów, pochwa jego miecza okuta była złotymi blaszkami, miał sznurowane aż po kolana buty na potrójnej podeszwie, na lewe ramię narzucił purpurowy płaszcz. Był to legat, dowódca legionu.
Procurator zapytał go, gdzie się obecnie znajduje kohorta z Sebaste. Legat oznajmił, że sebastyjczycy tworzą kordon na placu przed hipodromem, tam gdzie zostanie zakomunikowany ludowi wyrok na oskarżonych. Wówczas procurator polecił legatowi wydzielić dwie centurie z rzymskiej kohorty. Jedna z nich pod dowództwem Szczurzej Śmierci będzie eskortowała skazanych, wozy ze sprzętem potrzebnym do kaźni i oprawców w drodze na Nagą Górę, a kiedy już tam przybędzie, ma się przyłączyć do kordonu ochraniającego jej szczyt.
Drugą nie zwlekając należy posłać na Nagą Górę, niech utworzy kordon już teraz.
(…)
Piechota rzymska w drugim kordonie cierpiała bardziej jeszcze niż Syryjczycy. Centurion Szczurza Śmierć pozwolił żołnierzom na to jedynie, by zdjęli hełmy i nakryli głowy białymi, zmoczonymi w wodzie chustami, żołnierze musieli jednak stać nie wypuszczając włóczni z rąk. On sam, z taką samą, nie zmoczoną jednak, lecz suchą chustą na głowie, przechadzał się nieopodal grupki oprawców nie zdjąwszy nawet z tuniki przypinanych srebrnych lwich pysków, nie odpiąwszy nagolenników, nie odpasawszy miecza ani krótkiego sztyletu. Słońce biło wprost w centuriona, nie przyczyniając mu najmniejszej krzywdy, na lwie pyski zaś nie sposób było spojrzeć – palił oczy oślepiający blask srebra, które jak gdyby kipiało na słońcu. Na pokiereszowanej twarzy Szczurzej Śmierci nie widać było ani znużenia, ani niezadowolenia i wydawało się, że olbrzymi centurion może tak chodzić przez cały dzień, przez całą noc i przez jeszcze jeden dzień, tak długo, słowem, jak długo będzie to potrzebne. Może chodzić ciągle tak samo, wsparłszy dłonie na ciężkim, nabijanym miedzianymi blachami pasie, nieodmiennie surowo spoglądając to na słupy z traconymi, to na legionistów w kordonie, nieodmiennie obojętnie odrzucając szpicem kosmatej skórzni wybielone przez czas ludzkie kości albo małe kamienie, które znalazły się na jego drodze.
(…)
…w piątej godzinie męczarni zbójców wspinał się na szczyt dowódca kohorty – wraz z ordynansem przygalopował z Jeruszalaim. Na skinienie Szczurzej Śmierci rozstąpił się łańcuch żołnierzy i centurion oddał honory trybunowi. Ten odprowadził Szczurzą Śmierć na bok i coś mu szepnął. Centurion zasalutował po raz drugi i poszedł w kierunku grupki oprawców, którzy rozsiedli się na kamieniach u podnóża słupów. (…) Szczurza Śmierć spojrzał z obrzydzeniem na brudne szmaty leżące na ziemi koło słupów, łachmany, które do niedawna stanowiły odzież przestępców, a którymi wzgardzili oprawcy, odwołał dwu oprawców i rzucił im rozkaz: – Za mną!

(…)
Procurator nie miał ochoty wchodzić do pałacu. Polecił, aby mu przygotowano posłanie pod kolumnadą. Legł na przygotowanym łożu, ale sen nie nadszedł. Nagi księżyc wisiał wysoko na czystym niebie i procurator patrzył weń przez kilka godzin.
Mniej więcej o północy sen użalił się wreszcie nad procuratorem. Ziewnąwszy spazmatycznie rozpiął i zrzucił płaszcz, zdjął przepasujący tunikę rzemień ze stalowym krótkim sztyletem w pochwie, położył go na stojącym obok łoża tronie, zdjął sandały i wyciągnął się. (…) Łoże znajdowało się w półmroku, kolumna osłaniała je przed księżycem, ale od wiodących na taras schodów do posłania ciągnęło się księżycowe pasmo. Procurator, skoro tylko stracił kontakt z otaczającą go rzeczywistością, zaraz ruszył po owej jaśniejącej ścieżce i poszedł nią ku górze, wprost w księżyc. Aż się roześmiał przez sen, uszczęśliwiony, że tak piękne i niepowtarzalne było wszystko na tej przejrzystej niebieskiej drodze (…), obok kroczył wędrowny filozof. Dyskutowali o czymś nader ważnym i niezmiernie skomplikowanym i żaden z nich nie mógł przekonać drugiego. Nie mieli żadnych wspólnych poglądów, co czyniło ich dyskusję szczególnie interesującą i sprawiało, że mogła się ona ciągnąć w nieskończoność. Dzisiejsza kaźń, oczywista, okazała się jedynie zwykłym nieporozumieniem; filozof, który wymyślił coś tak niepomiernie niedorzecznego jak to, że wszyscy ludzie są dobrzy, szedł tuż obok, a zatem żył. Wolnego czasu mieli, ile dusza zapragnie, a burza miała nadciągnąć dopiero pod wieczór, tchórzostwo natomiast należy bez wątpienia do najstraszliwszych ułomności człowieka. Dowodził tego Jeszua Ha–Nocri.
– O, nie, mój filozofie, nie zgodzę się z tobą – tchórzostwo nie jest jedną z najstraszliwszych ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą!
– Oto, na przykład, nie stchórzyłeś, obecny procuratorze prowincji Judea, a ówczesny trybunie legionu wtedy, tam, w Dolinie Dziewic, kiedy tak niewiele brakowało, żeby rozwścieczeni Germanie zagryźli olbrzyma Szczurzą Śmierć?
– Ale zechciej mi
wybaczyć, filozofie! Czyżbyś ty, tak rozumny, mógł przypuścić, że z powodu człowieka, który popełnił przestępstwo przeciw cezarowi, procurator Judei zaprzepaści swoją karierę?
– Tak, tak… – jęczał i szlochał przez sen Piłat.
– Teraz zawsze będziemy razem – mówił doń we śnie obdarty filozof–włóczęga, który, nie wiedzieć w jaki sposób, stanął na drodze Jeźdźca Złotej Włóczni – gdzie jeden, tam i drugi! Kiedy wspomną mnie, równocześnie wspomną ciebie! Mnie, podrzutka, syna nieznanych rodziców, i ciebie, syna króla–astronoma i młynarzówny, pięknej Pilli.
– Tak, zechciej o mnie pamiętać, wspomnij o mnie, o synu astronoma – prosił we śnie Piłat. I spostrzegłszy we śnie skinienie idącego obok niego nędzarza z En Sarid, skinienie, które było zapewnieniem, surowy procurator Judei z radości śmiał się i płakał przez sen.
Wszystko to było bardzo piękne, ale tym żałośniejsze było przebudzenie hegemona. Pies zawył do księżyca i urwała się przed procuratorem śliska, jak gdyby wymoszczona oliwą błękitna droga. Otworzył oczy, a jego zbolałe źrenice zaczęły szukać księżyca i spostrzegł, że księżyc odpłynął nieco na bok i stał się srebrzystszy. Blask miesiąca silniejszy był niż nieprzyjemne, niespokojne światło igrające na tarasie tuż przed oczyma.
W dłoniach centuriona Szczurzej Śmierci pełgała i kopciła pochodnia. (…) Osłaniając się dłonią przed płomieniem, procurator ciągnął:
– I w nocy, i przy księżycu nie zaznam spokoju!… O, bogowie!… Ty, Marku, także masz podła służbę, żołnierzy czynisz kalekami…
Marek patrzył na procuratora z nieopisanym zdumieniem i procurator opamiętał się. Aby zatrzeć wrażenie niepotrzebnych słów, słów, które wypowiedział budząc się, procurator rzekł:
– Nie gniewaj się, centurionie. Moja rola, powtarzam, jest jeszcze gorsza. Czego chcesz?
– Przyszedł komendant tajnej służby – spokojnie zakomunikował Marek.
– Proś, proś – powiedział procurator (…).
Afraniusz wyjął spod chlamidy sakiewkę, zapieczętowaną dwoma pieczęciami, całą w zakrzepłej krwi.
– Ten oto woreczek z pieniędzmi mordercy podrzucili w domu arcykapłana. Krew na tym woreczku – to krew Judy z Kiriatu.
– Ciekawe, ile tam jest? – pochylając się nad sakiewką zapytał Piłat.
– Trzydzieści tetradrachm.
Procurator uśmiechnął się i powiedział:
– Nie jest to wiele.

Hat Jesus die Kreuzigung überlebt? Czy Jezus przeżył ukrzyżowanie?

Reblog                                                                                                            Tekst po polsku poniżej

Rudolf Neumaier

Hat Jesus die Kreuzigung überlebt?

Ja, behauptet Johannes Fried in seinem Buch “Kein Tod auf Golgatha”. Mehr noch: Jesus ist entkommen. Wahrscheinlich als Gärtner.Schlummern in einer Essig-Narkose? “Der tote Christus”, gemalt von Philippe de Champaigne im Jahr 1674. (Foto: Erich Lessing/akg-images)

Wenn man die Bibel mit den Augen eines Unfallchirurgen betrachtet, liest sie sich gleich anders. Der Patient hängt an einem Kreuz, er hat gebrochene Rippen und innere Verletzungen. Ein Gemisch aus Blut und Wundwasser sammelt sich im Brustkorb. Die Lunge bekommt die verbrauchte Luft mit eigener Kraft kaum noch aus dem Körper. Der Erstickungstod droht. Doch vorher fällt der Patient in Ohnmacht. Heute würde man ihm einen Intubationsschlauch in die Luftröhre rammen, in jener Zeit ist die Medizintechnik noch nicht so weit. Doch der Mann am Kreuz hat Glück. Ein römischer Soldat sticht ihm den Speer zwischen die Rippen, ein Gemisch aus Blut und Wasser entweicht der Brust. Der Patient überlebt. Er heißt Jesus von Nazareth.

Sucht man nach Büchern mit dem Titel “Jesus lebt”, bekommt man allein bei der Suchmaschine der Bayerischen Staatsbibliothek 31 Treffer. Johannes Fried hat sich für einen etwas sperrigeren Titel entschieden: “Kein Tod auf Golgatha” (Verlag C.H. Beck, 189 Seiten, 19,95 Euro), das klingt nach brisanter Enthüllung. Fried, 76, ist, so der Untertitel, “Auf der Suche nach dem überlebenden Jesus” – als Wissenschaftler, nicht als Glaubenspilger. Über Jahrzehnte hinweg hat dieser Mittelalterhistoriker die europäische Geschichtswissenschaft geprägt. Dass er nun seine angestammte Disziplin stehen lässt und sich auf eine Exkursion in die Bibelexegese, die antike Philologie und sogar in die Medizin begibt, ist kühn. Wer sich mit Jesu Tod beschäftigt, nähert sich unweigerlich dem Feld von Verschwörungstheoretikern und Ufo-Experten. Vor ein paar hundert Jahren wäre man für solche Traktate verbannt, verbrannt oder zumindest exkommuniziert worden. “Die Suche nach Wahrheit”, raunt Fried im Vorwort, “ist immer gefährlich.” Ob ein renommierter Verlag wie C.H. Beck für dieses Buchprojekt den gleichen Mut aufgebracht hätte, wenn dieser Autor ein Nobody wäre?

Der Lanzenstich des römischen Soldaten könnte wie eine Pleurapunktion gewirkt haben

Johannes Fried geht von einer Studie aus, die ihm eher zufällig in die Hände fiel und sich mit dem Gekreuzigten auseinandersetzte: “Die Auferstehung Christi aus medizinischer Sicht”, erschienen vor fünf Jahren im Fachorgan Biologie in unserer Zeit mit einem Umfang von kaum fünf Seiten. In der Zusammenfassung des Beitrages heißt es: “Der Lanzenstich des römischen Soldaten wirkte möglicherweise wie eine erfolgreiche Pleurapunktion und rettete Jesus das Leben.” Sogleich machte sich Fried bei einem Pathophysiologen und einem Molekularbiologen kundig. Neutestamentler aus der theologischen Fakultät fragte er offenbar nicht.

Aus der katholischen Wissenschaft ist nun schon erster Widerspruch zu Frieds Jesus-Buch eingelegt worden. Thomas Söding, Ordinarius für Neues Testament in Bochum, meldete erhebliche Zweifel an Frieds Kompetenz an und bezeichnete seine Ausführungen in einem Gespräch mit der Katholischen Nachrichtenagentur als “Nonsens” sowie als “luftige Konstruktion, die keiner wissenschaftlichen Prüfung standhält”.

Mit solchen Reaktionen muss Fried gerechnet haben. Er räumt selber ein, dass er sich auf Glatteis begebe. Seine Geschichte ist schnell zusammengefasst: Jesus, der den zelotischen Untergrundkämpfern gegen die römischen Besatzer nahesteht, überlebt die Kreuzigung durch den lebensrettenden Stich des römischen Kriegsknechtes. Dass die Soldaten ihn für tot gehalten haben, liegt für ihn auf der Hand. Schließlich hatten sie ihm der Bibel zufolge Essig verabreicht, als er dürstete. Essig wiederum könne eine flache Atmung in Gang halten und die Hyperkapnie zähmen – beim Fachausdruck für den Kohlendioxid-Anstieg in der Lunge könnte der Pathophysiologe konsultiert worden sein. Freunde betten ihn ins Grab. In der folgenden Nacht wacht Jesus aus der Essig-Narkose auf. Männer in weißen Gewändern, wahrscheinlich Essener, holen ihn ab und päppeln ihn auf. Diese Männer gehen dann als Engel in die Bibel ein. Am Morgen danach ist das Grab leer. Jesus sieht zu, dass er nicht erkannt wird. “Wie alle Mitwisser seines Überlebens”, schreibt Fried,muss er sich vor der römischen Besatzungsmacht und den jüdischen Gegnern schützen. Er entkommt. Wahrscheinlich als Gärtner.

Das Joch der römischen Besatzer ist hart. Das Befreierwesen hat Konjunktur, hier ein Messias, dort ein Messias – und alle verkünden Rettung. Da kommen Jesu Anhänger auf eine Idee: Mit einer Geschichte, wie er sie zu bieten hat, kann kein anderer Messias aufwarten: mit dem Überleben des Todes – mit der Auferstehung aus dem Grab. Diese übernatürliche Deutung, die Jahre später bei den ersten Christenverfolgungen zum Tragen kommt, macht aus der Bewegung eine Religion. “Dieser Glaube gewann zuletzt die Oberhand über die Realität.”

Johannes Fried unterfüttert seine Indizien für Jesu Überleben mit Lakonie: “Auch Rippenbrüche heilen”, stellt er fest, und “atmen kann man mit einem Lungenflügel”. Am Ende starb Jesus “irgendwann und irgendwo in der Fremde”. Bisweilen streut Fried ein, bei seinen Überlegungen handle es sich um ein rein hypothetisches “Indizienensemble”. Damit die Geschichte in Fahrt kommt, verwendet er aber doch lieber das Indikativ. An dem im Johannes-Evangelium geschilderten Pleuraerguss “führt kein Weg vorbei”. Johannes hält er für den zuverlässigsten der vier Evangelisten, deswegen stützt er sich auf ihn. Ein wackliges Fundament. Für die Theologen gelten gerade die anderen drei Evangelien als die besseren historischen Quellen. Für Thomas Söding etwa ist es “völlig unvorstellbar”, wie Jesus Folter und Kreuzigung überlebt haben könnte.

Was man jetzt glauben soll? Alles. Oder nichts. Denn alles bleibt offen und nichts ist sicher. Das war schon immer so mit dem Glauben.


Artykuł po niemiecku został napisany przez dziennikarza poważnej gazety i jest napisany składnie – w oparciu o badania naukowca cytowanego z imienia i nazwiska autor opisuje powrót do życia osoby skazanej na karę śmierci przez ukrzyżowanie.  Polski artykuł jak znalazłam na ten temat jest znacznie gorszy, miesza tezy, zaczyna myśli i ich nie kończy, opiera się na niepotwierdzonych przypuszczeniach, których, jak się okazuje na końcu tekstu, wcale nie zamierzał potwierdzać.

Hipoteza, że Jezus nie umarł na krzyżu
ze strony archiwum tajemnic

Jezus z Nazaretu zwany Synem Bożym według przekazu biblijnego zbawił ludzkość za cenę własnego życia. Na całym świecie Chrystus znany jest jako założyciel i główna postać chrześcijaństwa. W ostatnim czasie pojawiły się teorie badaczy, którzy uważają, że Jezus nie umarł na krzyżu.

O tym, że Jezus istniał naprawdę, wiemy z wielu źródeł pisemnych, dzieł sztuki czy legend. Historycy w większości zgadzają się, że Jezus naprawdę istniał. Spory odnośnie życia Jezusa pojawiają się jeśli chodzi o jego działalność. Według Biblii Chrystus czynił cuda z woli Bożej. Dzięki swojej nadzwyczajnej mocy potrafił uzdrawiać chorych, rozmnażać jedzenie czy wskrzeszać zmarłych.

Wszystkie ewangelie są zgodne co do tego, że Jezus został zabity na krzyżu w Jerozolimie w Święto Paschy. Do egzekucji doszło na podstawie rozkazu rzymskiego namiestnika Poncjusza Piłata. Według przekazu zawartego w Piśmie Świętym taką decyzje wymusili na nim Żydzi, którzy wyśmiewali się z Jezusa i z tego, że jest on zapowiedzianym Mesjaszem.

W książce Jezus nie umarł na krzyżu czeski pisarz Piotr Vokacz pisze: W gruncie rzeczy ukrzyżowanie nie miało na celu zamordowanie Jezusa, ale torturowanie przed śmiercią. Rozpostarte ramiona ukrzyżowanego przybite były do belki, a nogi opierały się o mniejszy kawałek belki. Waga wiszącego ciała utrudniała oddychanie. Ukrzyżowany musiał cały czas unosić ciało do góry, aby zmniejszyć napięcie w klatce piersiowej.
W końcu nadszedł moment wyczerpania i to był początek końca. Umarł w wyniku uduszenia. Męczarnie te mogły trwać nawet kilka dni.
Jednak Chrystus nie cierpiał tak długo, jakby się można tego spodziewać. Od przybicia Jezusa do krzyża do momentu jego śmierci upływa od 3 do 6 godzin – tak sugeruje przekaz biblijny. Naukowcy uważają, że śmierć w wyniku ukrzyżowania nie może mieć miejsca w tak krótkim czasie. Normalny człowiek potrzebowałby co najmniej 24 godzin, by skonać na krzyżu. W przeszłości zdarzało się, że w podobny sposób ludzie umierali na krzyżu nawet 10 dni, tak twierdzi Amerykańska Organizacja Mayo Clinic.

Hipoteza badaczy, że Jezus mógł przeżyć swoje ukrzyżowanie, wzbudza wielkie oburzenie. Jak tłumaczą naukowcy przemawia za tym kilka faktów. Ostatecznym potwierdzeniem śmierci Jezusa ma być przebicie jego boku włócznią przez setnika rzymskiego Longina. Czyn ten zakończył życie Chrystusa. Z rany po przebiciu wypłynęła z boku krew i woda. Według lekarzy woda mogła być wydzieliną z jamy brzusznej. Znaczyło by to, że rana zadana przez Longina była jedynie powierzchowna i mogła tym samym być bezpośrednią przyczyną śmierci Jezusa. Według nich Jezus mógł w tym czasie jeszcze żyć, i tylko wydawał się martwy.

Spekuluje się, że całe ukrzyżowanie mogło być wyreżyserowaną inscenizacją przeprowadzoną przez spiskowców z otoczenia Jezusa. Wszystko dokonane było w tajnej współpracy z jego zwolennikami, którzy uczestniczyli w szeregach wroga. Na korzyść tej hipotezy przemawia kilka różnic w stosunku do innych przypadków ukrzyżowań. Na przykład nie połamano Jezusowi nóg na krzyżu. Była to zazwyczaj rutynowa procedura podczas ukrzyżowań. Złamanie nóg miało na celu uniemożliwienie skazańcowi podnoszenia się w celu zebrania powietrza, co powodowało zator płucny i w konsekwencji uduszenie.

Kolejna teoria jest związana z postacią Józefa z Arymatei, który był członkiem Sanhendrynu instytucji sądowniczej, która skazała Jezusa na śmierć. Dennis Price autor książki Zagubione lata Jezusa pisze, że Józef był ukrytym uczniem Jezusa. Autor pisze: Józef z Arymatei, który był uczniem Jezusa, ale ukrywał się z tym przed Żydami, prosił Piłata o jego ciało. Piłat kazał mu wydać ciało Jezusa. Oczywiste było to, że oficjalnym uczniom Jezusa nie wydano by jego ciała. Podejrzewano by, że snują plany, jak wyreżyserować zmartwychwstanie. Józef z Arymatei nie był w gronie podejrzanych. Następnie ciało Jezusa przetransportowano do zupełnie nowego grobowca, który wybudował Józef z Arymatei. Badaczom udało się stwierdzić, że Józef nie miał żadnej rodziny. Zastanawiające jest to dlaczego inwestował w grób. Według innego pisarza Vladimira Liszki: Grób, do którego złożono ciało Jezusa, był wybudowany celowo. Była to skrytka, gdzie miał się dokonać największy cud w historii – zmartwychwstanie. Prawo żydowskie zakazywało wierzącym kontaktu z ciałem zmarłego w przeddzień Paschy, jednak niektórzy nie zważali na ten zakaz. Jest to bardzo zastanawiające i według Liszki sugeruje to, że Jezus wcale nie był martwy.

W Koranie czytamy: Uwierzyliśmy, że zabito Jezusa Mesjasza, Syna Marii, posłańca Bożego. Jednak oni go nie zabili, ani nie ukrzyżowali, tylko im się wydawało. 

Ciężko uwierzyć w te wszystkie hipotezy, które mają na celu zasianie ziarna wątpliwości. Przed narodzeniem Jezusa było wielu samozwańców, którzy uważali siebie za przepowiedzianego Mesjasza. Ich imiona jednak zostały zapomniane. Na świecie nawraca się miliony osób, które głoszą swoje świadectwa, że ukazał im się Jezus Chrystus. Podczas śmierci klinicznych wiele osób uważa, że “po drugiej stronie” spotkały Chrystusa. Warto dodać, że Chrystus nie jest zwykłą postacią historyczną, od jego narodzin liczy się nową erę. Okres taki może zapoczątkować jedynie przez przełomowe wydarzenie w dziejach. Czy zwykły człowiek mógłby zwieść niemal cały świat? Wiadomo, że książki odnośnie tajemnego życia Jezusa zawsze wzbudzają zainteresowanie. Niestety przekaz zawarty w owych książkach nie ukazuje żadnej prawdy, a ich autorom zależy jedynie na wzbudzeniu jak największej taniej sensacji i dużym zarobku.

 

Matka Boska z wilkami (reblog)

Gromnica na zdjęciu należy do Marii Gast-Ciechomskiej, która to zdjęcie zrobiła już wiele miesięcy temu, pewnego upalnego dnia lata 2018.

Przez dłuższą chwilę oglądałyśmy naklejony na gromnicy obrazek i wreszcie Maryla powiedziała, że to ani chybi chrześcijańska wersja Pani Zwierząt.

Jestem archeolożką, Pani Zwierząt towarzyszy mi w życiu “od zawsze”, bardzo ją lubię.

Przypomniał mi się taki zobaczony ze 30 lat temu napis na berlińskim murze (zwykłym murze, nie tym politycznym)

God is black
Yes, she is

No tak. Nie wdając się w sprawy kościołów ani też koloru, płci czy wyznania Tego czy też Tej Tam na Górze, choć z reguły myślę o nim “On”, to jednak, gdybym świadomie miała wybrać sobie Jego/ Jej wygląd, to byłaby to ona i wyglądałaby tak jak na fotografii poniżej – to ugarycka bogini karmiąca kozy z pyksydy czyli puszki z kości słoniowej, datowana na ok. 1250 przed naszą erą.

Ale oczywiście Matka Boska z wilkami ma swoje, też już zresztą bardzo stare, wyjaśnienie…

Reblog

Legenda o Matce Boskiej Gromnicznej


Piotr Stachiewicz, Na Gromniczną

2 lutego przypada jedno z najdawniejszych świąt chrześcijańskich – święto Ofiarowania Pańskiego, czyli Przedstawienia Jezusa w Świątyni. W Jerozolimie było obchodzone już w IV w., w Rzymie od V w.
Zgodnie z prawem mojżeszowym każde pierworodne dziecko płci męskiej należało w czterdziestym dniu po narodzeniu zanieść do świątyni i wykupić, jako należące do Boga, za symboliczną opłatą 5 syklów. Z obrzędem przedstawienia i wykupu pierworodnego syna łączył się też obrzęd oczyszczenia, któremu musiała poddać się każda matka w sześć tygodni po urodzeniu dziecka. Dlatego to ściśle umiejscowione w kalendarzu święto dawniej nazywało się też świętem Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny i kończyło okres Bożego Narodzenia. Powszechnie jednak znane jest pod ludową nazwą święta Matki Boskiej Gromnicznej (rzadziej Gromnic), bowiem w tym dniu podczas nabożeństw święci się duże woskowe świece, zwane gromnicami. Zwyczaj ten wywodzi się z dawnych obchodów, w czasie których urządzano uroczyste procesje z zapalonymi świecami na pamiątkę nazwania Jezusa Światłem na oświecenie pogan i na chwałę Izraela przez proroka Symeona, obecnego w świątyni podczas obrzędu przedstawienia (Łk 2,32). Według podania procesja z zapalonymi świecami była znana w Rzymie już w V wieku. Od X wieku upowszechnił się obrzęd poświęcania świec, których płomień symbolizuje Jezusa – Światłość świata, Światło na oświecenie pogan.

Do wyobraźni wiernych bardziej przemawiała jednak dawna polska legenda, według której Matka Boska w lutowe noce chodzi po polach i miedzach z zapaloną świecą, chroni oziminy przed wymarznięciem i oświetla drogę zbłąkanym podróżnym. W wędrówce towarzyszy jej obłaskawiony wilk zwany gromnicznym, którego Najświętsza Panienka ocaliła litościwie przed rozsierdzonymi chłopami, skierowała na drogę dobra i uczyniła swoim sługą.

A kiedy jasną gromnicą świeci
Panna Przeczysta pośród zamieci,
już i Gromniczny Wilk za swą Panią
jarzy ślepiami.

Kazimiera Iłłakowiczówna,
Wilk Gromniczny

Współczesny poetce malarz Piotr Stachiewicz (1858-1938) w cyklu Legendy o Matce Bożej namalował obraz przedstawiający śnieżny krajobraz, idącą Maryję i lękliwie nastroszoną watahę wilków. Między opłotkami uśpionej wsi, w zimowej scenerii idzie, w zwiewnej szacie, Matka Boża ubrana swojsko, z narzuconą chustą na głowie i plecach, z gromnicą w ręce, którą odgania, sunące po śniegu w stronę ludzkich zagród, wilki. Powielony w tysiącznych oleodrukach i sprzedawany na odpustach stał się najbardziej znanym wizerunkiem Gromnicznej. W ikonografii ludowej Matka Boska Gromniczna przedstawiana jest także z wilkiem i koszyczkiem lub leżącym u jej stóp gniazdkiem ze skowronkami. Wierzono bowiem, że w tym dniu po raz pierwszy mimo mrozu powinien odezwać się skowronek; wierzono również, że w Gromnice, wyznaczające połowę zimy ukryty w ziemi robak odwraca się w drugą stronę, sposobiąc się w ten sposób do wyjścia z kryjówki.
Z płomienia gromnicy wróżono: Gdy z gromnicy w kościele ciecze, zima jeszcze się powlecze. Skwiercząca gromnica zwiastować miała burzowy rok. Długie sople lodu, zwisające z dachu, zapowiadały niezwykły urodzaj marchwi. Szron pokrywający drzewa obiecywał obfity plon w sadach.
Największe znaczenie przywiązywano jednak do przystrojonych wiankiem i wstążkami płonących świec, które po poświęceniu uroczyście niesiono do domu. Jeśli w tym czasie trzy krople wosku spadły na rękę, wiedziano, że jest to wróżba pomyślna. Wierzono, że płomień gromnicy broni ludzi i ich stada przed wilkami i złymi duchami, odwraca czary i złe uroki, niweczy choroby, skraca męki konających i prowadzi ich w światłość wiekuistą. Dlatego po powrocie z kościoła poświeconą gromnicą kopcono znak krzyża na powale, a od jej płomienia zapalano wszystkie domowe ognie – w kuchni, w piecach i w lampce oliwnej przed świętym obrazem. W niektórych rejonach Polski gospodarze błogosławili gromnicą swój dobytek w stajni, a kawałek gromnicy obciętej od spodu dawano psu, by dobrze pilnował obejścia.
Podczas burzy z piorunami stawiano zapaloną gromnicę w oknie lub na stole, przy którym gromadzili się domownicy lub obchodzono z nią całe obejście. Warto wspomnieć przy tym, że nazwa tej świecy wywodzi się od rzadkiego w staropolszczyźnie przymiotnika gromny, huczny, grzmiący.
Gromnicę wkładano w ręce umierających, zapalano ją podczas obrzędu ostatniego namaszczenia. Na Podlasiu płomieniem świecy opalano dzieciom końce włosów, aby ustrzec je przed chorobami uszu. Do dziś w wielu domach przechowuje się gromnicę razem z palmą wielkanocną, by strzegły domostwo i jego mieszkańców przed wszelkim złem.
Ze świętem Matki Boskiej Gromnicznej kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd, trzymania w domach choinek i żłobków. Kończy się również okres wizyt duszpasterskich. Dawniej ostatni kolędnicy wyruszali tego dnia zwyczajowo z turoniem lub kozą odwiedzając domostwa i odgrywając wesołe scenki z życia wsi lub o tematyce religijnej, co dawało okazję do otrzymania datków pieniężnych lub poczęstunku.
2 lutego było też datą graniczną dla oświadczyn. W dawnych czasach pannom na wydaniu szyto bardzo dostatnią wyprawę, która wystarczała na długie lata, a przygotowania do wesela wymagały wiele czasu. Stąd zrodziło się przysłowie: W dzień Panny Gromnicznej, bywaj zdrów, mój śliczny! Oznaczało to, że jeśli kawaler nie oświadczył się pannie do dnia Matki Boskiej Gromnicznej i nie przygotował wesela, musiał długo czekać, gdyż niebawem zaczynał się czas przedpościa i Wielkiego Postu.
Od 1997 roku Kościół powszechny 2 lutego obchodzi, ustanowiony przez Jana Pawła II Dzień Życia Konsekrowanego, poświęcony modlitwie za osoby, które oddały swoje życie na służbę Bogu i ludziom w niezliczonych zakonach, zgromadzeniach i instytutach świeckich.

Opr.: erg


A tu jeszcze cały wiersz Iłłakowiczówny:X

Szła Najświętsza przez bór Panienka,
miała płaszcz błękitny,
białą sukienkę.
I szło wilczysko chytre,
przyczajone, przemarznięte,
za Panną Świętą.
X
Wilka szukali z kłonicami,
jak go znajdą, kości mu połamią:
zeżarł zeszłej zimy cielę białe,
prześliczne,
w samą Gromniczną!
X
Spotykają chłopi świętą Podróżną,
Pozdejmowali czapki, patrzą
– na próżno.
„Wybacz nam, Pani wspaniała,
czyś wilka gdzie nie widziała?”
X
„Anim go szukała, ani go wydam,
patrzcie lepiej po sercach,
to się wam przyda,
bo tam to właśnie,
a nie śród leśnych ścieżyn,
wilk leży!”
X
Poszły rosłe chłopiska milcząc
do chałup.
ogląda się Panienka po śniegu białym,
ogląda się wszędzie,
aż spod płaszcza Jej milczkiem
wylazł łeb wilczy.
“A tuś mi, łowco jagniąt bezbronnych!
Katom cię wydać byłabym skłonna,
tylko że nad twą wilczą niedolą
serce mnie boli.
X
Skoroś sam znalazł moją opiekę,
zostań już przy mnie,
bo gdzie uciekniesz?
Będziesz mi za to roztropnie służył
zimą w podróży”.
X
Odtąd chodzi wilk
Z Matką Najświętszą wiernie
przez śniegi puste,
zawiane ściernie,
pełniąc wśród nocy mrocznych
i długich
różne posługi
X
A kiedy jasną gromnicą świeci
Panna Przeczysta
pośród zamieci,
tuż i Gromniczny Wilk
za swą Panią
jarzy ślepiami.

Pogrzeb cioci

W tym roku jakoś mało “hucznie” zorganizowałam na blogu okres Bożego Narodzenia, no to niech się jego koniec (zbliża się wszak Matka Boska Gromniczna) przynajmniej odznaczy wpisem szczególnym

Ela Kargol

Kilka dni temu byłam na pogrzebie siostry mojego taty, w Nysie. Pogrzeb i cała oprawa skromna, bo i skromne było życie nieboszczki. Cmentarz stary, na którym już nie chowają. Ale ciocia miała to „szczęście”, że był tam już grób jej męża, zmarłego jakieś 50 lat temu.

Msza pogrzebowa w neogotyckim kościele przy klasztorze Werbistów. Kościół, o tak!, robi wrażenie, zabudowania też. Nie było czasu, żeby się rozejrzeć po okolicy. Ksiądz taki sobie, mylił się i nieskładnie mówił, oratorem nie był.

Kuzynka Marysia zarządziła, że nie dajemy na mszę, bo on (ksiądz) nie wyczyta z imienia i nazwiska, pomyli daty i miejsca, itp. i lepiej dać u siebie, w swojej parafii i przypilnować. Tak też zrobiłam, nie dałam.

W części budynku klasztornego mieści się szkoła, zresztą jest jakby kontynuacją dawnego gimnazjum misyjnego.

W kościele jest nas garstka, oglądam witraże, drzeworyty, staram się skupić, ale marznę i nici ze skupienia. Trochę się wstydzę za księdza i odliczam minuty, żeby wyjść, ogrzać się styczniowym słońcem, może jeszcze się rozejrzeć wokół.

Ale nic z tego, nie wypada, nie ma czasu. Organizujemy się, kto z kim, i jedziemy na cmentarz.

Przed kaplicą cmentarną, wymagającą natychmiastowego remontu, stoją panowie z firmy pogrzebowej, jeszcze „nieprzebrani”. Klną jak szewcy. Mróz siarczysty i słoneczny. Drewniany krzyż z tabliczką informującą o dacie urodzin i dacie śmierci (ot całe życie!) stoi niedbale oparty o mur kaplicy i czeka na to, żeby go postawić na grobie, zresztą zwyczajowo tylko na jakiś czas, bo potem zastąpi go tzw. pomnik. W kaplicy nie można wytrzymać z zimna. Na zewnątrz słońce, jakby na przekór mrozowi, podnosi rtęć w termometrze nieco do góry. Wujek Kazek rozpoczął modlitwę za zmarłych, ale niektórzy, w tym i ja wychodzą do słonka.

Szkoda, że wcześniej tego nie wiedziałam, chociaż, może właściwie dobrze, że nic nie wiedząc rozglądam się i chłonę to, co uda mi się w ciągu tych kilku minut dostrzec. Widzę, że cmentarz stary, że na pewno poniemiecki, bo to przecież te tereny. Dostrzegam ślady dawnych alei, obsadzonych z jednej strony starymi drzewami. Podejrzewam, że z braku miejsca te aleje zwężono.

Dopiero później dowiaduję się, że to Cmentarz Jerozolimski (Jerusalemer Friedhof), cmentarz o bardzo długiej historii, siegającej XVII wieku, albo jeszcze dłuższej. Niestety po roku 1945 cmentarz zagospodarowano na nowo, zniszczono stare groby. Cudem ocalał grób i nagrobek Josepha von Eichendorffa (1788-1857). Podobno jest zaraz przy Kościele Jerozolimskim pod wezwaniem Świętego Krzyża, który widzę. Jakbym wiedziała, że to tak blisko, może bym podeszła choć na chwilkę. Ciekawostką jest, jak podaje Wikipedia, że przy budowie kościoła spełniono wymogi tzw. miary jerozolimskiej – odległość między nyskim ratuszem (symbolem władzy) a kościołem jest taka sama jak odległość między domem Piłata a miejscem Ukrzyżowania Chrystusa w Jerozolimie.

Sam cmentarz zachęcał bardzo do spaceru.

Ale to był pogrzeb cioci. Cioci, którą mało znałam, która żyła zgodnie i godnie, pracowicie i długo, bo aż 85 lat, pochowała wcześnie męża, wychowała sama troje dzieci, przeżyła śmierć syna.

Ksiądz rozpoczął w kaplicy ceremoniał pogrzebowy. Zaintonował pieśń „Anielski orszak”. Oprócz wujka i księdza nikt nie znał dokładnie słów, albo nie odważył się śpiewać. Panowie grabarze już przebrani (czarne marynarki i białe szaliki) wynieśli trumnę z kaplicy, uderzając trzy razy o próg i nieśli ją na barkach kilkadziesiąt metrów dalej do wykopanego grobu.

Minęliśmy mały murek na kórym zapalono kilka zniczy panu prezydentowi Adamowiczowi. Jego trumę też dwa dni temu nieśli – prezydenci innych miast.

Modlitwa nad grobem, potem trumnę na linach dość szybko zsunięto w dół.

Później kwiaty, bardzo dużo sztucznych, przy tych mrozach wytrzymają do wiosny, praktycznie. Jadąc na pogrzeb zamawiałam wiązanki. Pani z drugiej strony telefonu przekonywała mnie do sztucznych: „jest mróz, żywe zmarzną”. Może miała rację. Bo z jakiej racji ja mam mieć rację wybierając żywe, sztucznie pędzone?

Znicze się wypalą prędzej czy później. Zapomnimy prędzej czy później ciocię Genię, Eichendorffa może nie, pana prezydenta Adamowicza nie wiem.

Jest taki wiersz Eichendorffa, którego w szkołach niemieckich uczą się wszystkie dzieci na pamięć. Nie wiem, czy powstał w Nysie, ale mogę sobie to wyobrazić.

Weihnachten

Markt und Straße steh’n verlassen,
still erleuchtet jedes Haus;
sinnend geh ich durch die Gassen,
alles sieht so festlich aus.

An den Fenstern haben Frauen
buntes Spielzeug fromm geschmückt,
tausend Kindlein steh’n und schauen,
sind so wunderstill beglückt.

Und ich wandre aus den Mauern
bis hinaus ins freie Feld.
Hehres Glänzen, heil’ges Schauern,
wie so weit und still die Welt!

Sterne hoch die Kreise schlingen;
aus des Schnees Einsamkeit
steigt’s wie wunderbares Singen. –
O, du gnadenreiche Zeit!

Boże Narodzenie

Pusty rynek. Nad dachami
Gwiazda. Świeci każdy dom.
W zamyśleniu, uliczkami,
Idę, tuląc świętość świąt.

Wielobarwne w oknach błyski
I zabawek kusi czar.
Radość dzieci, śpiew kołyski,
Trwa kruchego szczęścia dar.

Więc opuszczam mury miasta,
Idę polom białym rad.
Zachwyt w drżeniu świętym wzrasta:
Jak jest wielki cichy świat!

Gwiazdy niby łyżwy krzeszą
Śnieżne iskry, cudów blask.
Kolęd dźwięki niech cię wskrzeszą —
Czasie pełen Bożych łask!

Tłumaczył ks. Jerzy Szymik

Powieść kalendarzowa (Barataria 101)

Ewa Maria Slaska

Znalazłam na chomiku.pl zachwycająco inne, odmienne tłumaczenie Don Kichota, dzieło Wiktora Woroszylskiego (gdańskie Wydawnictwo Tower Press, 2001). Tłumacz smakowicie bawi się słowami. Spójrzmy na pierwsze zdanie, tytuł pierwszego rozdziału:

Rozdział pierwszy, w którym nie mieszkając, bo i po cóż mieliby mieszkać, pojawiają się bohaterowie książki: Don Kichot i Sanczo Pansa

Zaiste, bo i po cóż mieliby mieszkać, skoro odtąd będą już zawsze wędrować, przez czasy, miejsca i książki.

Rozdział pięćdziesiąty ósmy, w którym ten, który dziś opowiada
historię o Don Kichocie z La Manczy, proponuje nieco inne jej
zakończenie

 

Nota bene Woroszylski proponuje również inną numerację rozdziałów, czym się za chwilę zajmię szerzej

Powiedziałem, że trudno mi uwierzyć w tę przemianę Don Kichota na łożu śmierci; trudno
i przykro; ale cóż mam robić – nie wymyślam błędnego rycerza dziejów, lecz je tylko
powtarzam.
Powtórzywszy do końca, do ostatniego tchnienia umierającego i szlochu żegnających go
bliskich, mimo to jeszcze raz oświadczę zuchwale, że  n i e   w i e r z ę ; i nie tylko w
odwrócenie się Don Kichota od błędnego rycerstwa i nawrócenie na codzienność i zdrowy
rozsądek nie potrafię uwierzyć, lecz i w następną wiadomość, poświadczoną przez księdza
i notariusza, że  D o n   K i c h o t   n i e   ż y j e .
Myślę, że Cervantes, w tym czasie sam już w nie najlepszym stanie, uległ pogłoskom,
których nie mógł sprawdzić, a które łatwo domyślić się kto porozpuszczał, i zakończył
książkę (…), nie wiedząc, że Don Kichot tymczasem przyszedł do siebie i (…) jął potajemne przygotowania czynić do czwartej wyprawy.

Rok przymusowej pokuty szybko minął – i oto…
Przez skwar, od jasnego nieba do rudej roli jak na sznurze wielkie pranie sztywno rozwieszony w powietrzu, przez skwir ptactwa polnego, przez ojczystej ziemi skwierczenie
na przyrody i dziejów gorącej blasze, jedzie, kolanami chudymi chude boki rumaka swego
Rosynanta ściskając, bohaterski rycerz Don Kichot.
Jedzie, chudy i długi, spiczastością kolebiącej się w siodle postaci widnokręgi okrągłe
kłując, z Rosynantem jak on kościstym niemal jedność tworząc, niezmożony Don Kichot, oby Bóg mu sprzyjał i Wszyscy Święci!
Parę kroków za nim, na osiołku brzuchem powłóczącym po ziemi, Don Kichota giermek,
Sanczo Pansa jak miech pękaty, wypukłością kształtów mnąc i tłamsząc prostą krechę drogi, w skwar ten sam, a jakby nie tak doskwierający, w skwir ten sam i skwierczenie wjeżdża.
Jadą obaj, nierozłączni w tej opowieści i w pamięci świata, różni tacy, że trudno o większą
różność, nie do pomyślenia wszelako – Don bez Sancza, Sanczo bez Dona.
Don Kichot, chudy i długi, niczym tyka grochowa ku górze pnie się.
Sanczo Pansa, bulwiasty ziemniak, bruzdy się trzyma.

Don Kichot, srebrny kłos wybujały, wiatr kołysze nim, ale nie, nie złamie!
Sanczo Pansa, nać przyziemna, z pędrakami ledwie-ledwie pełznąca, nie popędzisz jej, nie
przepędzisz!
Jadą, nierozłączni i nieśmiertelni, rycerz przodem, giermek, jak przystoi, parę kroków za
nim, w górze niebo rozpostarte jasność rozlewa, w dole – końskich i oślich kopyt bębnienie w skórę ziemi napiętą, a przed nimi – znów niewiadome przygody.

***

Nieistniejąca wigilia i pomieszane rozdziały

Don Kichot to książka złożona z dwóch tomów. Drugi, dopisany 15 lat po pierwszym, składał się z 78 rozdziałów i kończył śmiercią szalonego rycerza. Stąd nieco dziwi, że w tłumaczeniu Woroszylskiego jest to rozdział 58, a Don Kichot wcale nie umiera.

Ale dla rozważań o czasie znacznie ważniejszy jest tom pierwszy, skonstruowany jako rok. Od starożytności tak niekiedy budowano groby (piramidy), świątynie, zamki i pałace. Sama budowla była rokiem, cztery baszty to cztery pory roku, dwanaście wielkich sal to miesiące, 52 okna to tygodnie, a 365 pomieszczeń to dni. Przykładów takich kalendarzowych założeń architektonicznych można znaleźć mnóstwo, przypomnę pierwszy z brzegu – zamek Ossolińskich zwany Ujazd albo Krzyżtopór.

Quelle: Wikipedia

 

Ale nie tylko zamki miewają konstrukcję kalendarzową, są też podobnie skonstruowane powieści, a najważniejszą jest pierwszy tom Don Kichota, zamierzony oczywiście w momencie powstania jako zamknięta całość. Dopisana potem druga część była odezwem na krytyczną parodię i wcale nie miało być ani jej, ani tym samym – Baratarii.

Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy to powieść-rok i jak przystało na twór kalendarzowy składa się z czterech ksiąg i 52 rozdziałów.

Rozdział pierwszy opowiada o przyzczynach, jakie sprawiły, że don Alonso Kesani (Quejana) postanowił zostać błędnym rycerzem i o przygotowaniach, jakie podjął, by ten zamysł zrealizować. Drugi rozdział zaczyna się w lipcu. Jest upalne lato.  Rozdział 52 to też letni miesiąc, bo autor pisze, że chmury odmówiły ziemi swej rosy i we wszystkich miejscowościach tej okolicy odbywały się procesje błagalne i pokutne proszące Boga, aby otworzył dłonie miłosierdzia swego i spuścił deszcz.

Minął więc rok kalendarzowy i zaznaczył się w powieści zmianą pogody i minął rok kościelny, liturgiczny, a każdy jego dzień-akapit i tydzień-rozdział to zapis zmieniających się w ciągu 12 miesięcy zwyczajów kościelnych i obrzędów ludowych.

Przygody Don Kichota zaczynają się w tzw. okresie zwykłym roku kościelnego, ale podobnie jak sam rok liturgiczny koncentrują się na okresie od I niedzieli adwentu do Zesłania Ducha Świętego.

Nie tak dawno poznałam w Berlinie pewnego uczonego człowieka, który cały swój (wcale pokaźny) spadek po rodzicach, zużył na to tylko, by tę tezę udowodnić. Nie tracił czasu na wspinanie się po szczeblach kariery naukowej, nie pisał doktoratów i referatów, nie tracił czasu na nauczanie studentów i pisanie sprawozdań, nie chciał poddać się wszechmocnej władzy punktacji naukowej, zwanej ewaluacją. Po prostu żył skromnie, przejadając spuściznę rodzinną i badał sprawę.
A gdy już ją przebadał i udowodnił, napisał, biedny szaleniec, wierzący w jej święte posłannictwo poszukiwania prawdy, a nie punktów, wysłał swoje dzieło do wszystkich wielkich uczelni i instytucji na świecie, opatrzywszy je listem przewodnim: proszę, oto jak trzeba rozumieć Księgę.

I co? Czy dostał doktoraty honorowe i zaproszenia na występy jako profesor-samodzielny badacz? Czy ktoś go wspomina? Czy choćby więc cytuje go w przypisach?

I co więc?
I nic więc!

Nie znalazłam pracy tego człowieka w sieci, a dawno straciłam z nim kontakt i nie wiem, czy go kiedyś odszukam. Nie mogę sama powtórzyć jego badań i wyciągnąć wniosków, które on wyciągnął, bo nie dostałam spadku po rodzinie i nie mam już całego życia, by się tym zająć.

Ale tak sobie myślę, że ten człowiek kogoś mi przypomina. I to bardzo.

Biedny Don Kichot nauki!

Continue reading “Powieść kalendarzowa (Barataria 101)” →

Nowy Rok Wallandera / New Year with Tennyson

Ewa Maria Slaska

Wczorajszego sylwestra spędziliśmy z Wallanderem i jego ojcem. Wpis kończył się tymi zdaniami:

Złożyli sobie życzenia. Ojciec nalał sobie kolejny kieliszek koniaku. Rozlał przy tym trochę na podłogę. Był w świetnym humorze. Dla Wallandera to było najważniejsze.
O dwunastej zasiedli przed telewizorem i słuchali…

Zaczął się Nowy Rok. Wallander i jego ojciec zasiedli przed telewizorem i słuchali, jak Jarl Kulle recytuje noworoczny wiersz.*

Tłumaczka, Irena Kowadło-Przedmojska, dodaje w tym miejscu przypis:

A więc znany aktor tradycyjnie wita Nowy Rok w Szwecji wierszem Alfreda Tennysona.

Nie mogę nie pójść tym tropem. Zostawiam więc Wallandera, który wraca do domu, a rano budzi się z bólem gardła i głowy…


“Ring Out, Wild Bells” is a poem by Alfred, Lord Tennyson. Published in 1850, the year he was appointed Poet Laureate, it forms part of In Memoriam, Tennyson’s elegy to Arthur Henry Hallam, his sister’s fiancé who died at the age of twenty-two.

According to a story widely held in Waltham Abbey, and repeated on many websites, the ‘wild bells’ in question were the bells of the Abbey Church. According to the local story, Tennyson was staying at High Beach in the vicinity and heard the bells being rung on New Year’s Eve.

It is an accepted English custom to ring English Full circle bells to ring out the old year and ring in the new year over midnight on New Year’s Eve. Sometimes the bells are rung half-muffled for the death of the old year, then the muffles are removed to ring without muffling to mark the birth of the new year. In some versions of the story it was a particularly stormy night and the bells were being swung by the wind rather than by ringers, but this is highly unlikely given the method of ringing English full circle bells, which requires a considerable swinging arc before the clappers will strike the bell.

Ring out, wild bells, to the wild sky,
The flying cloud, the frosty light:
The year is dying in the night;
Ring out, wild bells, and let him die.
XXX
Ring out the old, ring in the new,
Ring, happy bells, across the snow:
The year is going, let him go;
Ring out the false, ring in the true.
XXX
Ring out the grief that saps the mind
For those that here we see no more;
Ring out the feud of rich and poor,
Ring in redress to all mankind.
XXX
Ring out a slowly dying cause,
And ancient forms of party strife;
Ring in the nobler modes of life,
With sweeter manners, purer laws
XXX
Ring out the want, the care, the sin,
The faithless coldness of the times;
Ring out, ring out my mournful rhymes
But ring the fuller minstrel in.
XXX
Ring out false pride in place and blood,
The civic slander and the spite;
Ring in the love of truth and right,
Ring in the common love of good.
XXX
Ring out old shapes of foul disease;
Ring out the narrowing lust of gold;
Ring out the thousand wars of old,
Ring in the thousand years of peace.
XXX
Ring in the valiant man and free,
The larger heart, the kindlier hand;
Ring out the darkness of the land,
Ring in the Christ that is to be.

A translation into Swedish by Edvard Fredin called ‘Nyårsklockan’ – ‘The New Year’s Bell’ – is recited just before the stroke of midnight at the annual New Year’s Eve festivities at Skansen in Stockholm, capital of Sweden. This tradition began in 1897 when the young Swedish actor Anders de Wahl was asked to recite the poem. De Wahl then performed the poem annually until his death in 1956. Since 1977 the Swedish national public TV broadcaster, SVT, has aired the event live, and the first to read the poem on television was the actor Georg Rydeberg. The show turned out to be a major success, and watching it on New Year’s Eve quickly became a nationwide tradition. Rydeberg recited the poem until his death in 1983. After that many famous Swedish actors and/or singers have recited the poem.

  • Georg Rydeberg 1977 – 1982
  • Jarl Kulle 1983 – 1996
  • Margaretha Krook 1997 – 2000
  • Jan Malmsjö 2001 – 2013
  • Loa Falkman –  2014
  • Malena Ernman – 2015
  • Pernilla August – 2016
  • Krister Henriksson – 2017

It should be noted that the Swedish translation differs significantly from the English original. Inspired by the Swedish tradition, auto manufacturer Volvo used the poem in a 2016 New Year’s Eve advertisement (TU).

Ciąg dalszy jutro / Follow us tomorrow

Sylwester Wallandera

Wszyscy Czytelnicy tego bloga wiedzą, że jestem wielbicielką prozy Mankella. Pisałam o tym kilkakrotnie, między innymi o rozważaniach Mankella na temat cerowania skarpetek, które uważam za głębokie, mądre i smutne opisanie naszej współczesnej kondycji ludzkiej.

Kilka miesięcy temu opowiedziałam Czytelnikom o 7 książkach, które wybrałam sobie na straganie w Szczecinie. Jedną z nich był Mankell.

Jak niemal zawsze u Mankella, jest zimno, policjanci grzęzną w błocie, zbliżają się święta, ale oprócz kalendarza nic ich nie zapowiada. Ważna jest pogoda. Książka rejestruje najdrobniejsze jej zmiany.

W Wigilię po południu padał deszcz. Pierwszy dzień świąt był zimny i słoneczny. Drugiego dnia świąt, tuż po siódmej, Wallander wyjrzał przez okno w kuchni. Padał deszcz ze śniegiem i był to przygnębiający widok. Stanął przy oknie. Śnieg robił się coraz gęstszy. Wstał i poszedł do kuchni. Śnieg wciąż padał. Uliczna latarnia kiwała się miarowo na wietrze. Potem biegł przez mokry śnieg i omal się nie przewrócił na schodach.
– Wpadnę w sylwestra – powiedział.
– Przywieź butelkę koniaku – odparł ojciec.
Następnego dnia wyjrzało słońce i temperatura wynosiła pięć stopni. Rankiem 30 grudnia w Ystad sypał gęsty śnieg. Jeżeli pogoda się nie poprawi, w sylwestra zapanuje kompletny chaos, pomyślał Wallander. Rydberg zapytał Wallandera o plany na sylwestra.
– Jadę do mojego starego do Löderup. Kupię mu koniak, coś przegryziemy, pogramy w karty, poziewamy i o północy wzniesiemy toast. Potem wrócę do domu.
– Staram się zawsze przespać ten wieczór – wyznał Rydberg. – Sylwester to dla mnie zmora. Jeden z niewielu dni, kiedy biorę poszek nasenny.
Uścisnęli sobie dłonie, jakby chcieli zaznaczyć, że ten dzień jest szczególny. Wallander poszedł do biura, wyjął kalendarz na 1990 rok i wypróżnił szuflady biurka. Zwyczaj, który przyswoił sobie kilka lat temu. Z nadejściem nowego roku czyścił szuflady i wyrzucał stare papiery. Ilość śmieci w szufladach wprawiła go w zdumienie. W jednej wyciekł klej.
O siódmej pojechał do domu, wziął prysznic i się przebrał. Krótko po ósmej był w Löderup. Ojciec przyrządził wyjątkowo smaczną zapiekankę z ryby. Wallander kupił ojcu koniak i ojciec pokiwał z zadowoleniem głową na widok butelki henessy. Włożyli do lodówki szampana. Kolację popijali piwem. Ojciec, chcąc uczcić ten wieczór, włożył swój stary garnitur i krawat. Wallander po raz pierwszy w życiu widział tak oryginalny węzeł.
Tuż po dziewiątej zasiedli do pokera. Wallander dostał dwukrotnie do ręki trójkę, ale wymienił jedną kartę, żeby pozwolić ojcu wygrać. Około jedenastej wyszedł się wysikać na podwórze. Było bezchmurnie i trochę chłodniej. Niebo iskrzyło się od gwiazd. Wszedł do domu. Ojciec wypił już sporo koniaku i był lekko wstawiony. Wallander zamoczył tylko usta. Chciał wrócić na noc do domu. Wprawdzie znał punkty kontroli drogowej, ale uważał, że nie wypada mu prowadzić po alkoholu. W każdym razie nie w sylwestra. Czasami mu się to zdarzało i za każdym razem obiecywał sobie, że to ostatni raz.
Około pół do dwunastej zadzwoniła Linda. Kolejno z nią rozmawiali. Wallander słyszał w tle głośną muzykę. Musieli ją przekrzykiwać.
– Z nami byś miała fajniej! – krzyczał do słuchawki.
– Skąd możesz wiedzieć?! – odkrzyknęła wesoło.
Złożyli sobie życzenia. Ojciec nalał sobie kolejny kieliszek koniaku. Rozlał przy tym trochę na podłogę. Był w świetnym humorze. Dla Wallandera to było najważniejsze. O dwunastej zasiedli przed telewizorem i słuchali…

…ciąg dalszy o tym, czego słuchali Wallander i jego Ojciec, a z nimi cała Szwecja – jutro… Szczęśliwego Nowego Roku! W minutę po północy historia potoczy się dalej. Uwaga – po angielsku! 🙂

Madonna ze Stalingradu

Radosław Wiśniewski

Kolęda 1942. Madonna ze Stalingradu

Jest ciemna, mroźna noc 24 grudnia 1942 roku. Nad stepami na zachód od Wołgi wieje porywisty wiatr, który powoduje, że do ujemnej temperatury około minus dwudziestu – trzeba dodać kolejne minus dziesięć stopni. Do tego pada gęsty śnieg, który w połączeniu z wiatrem daje srogą zamieć.
W ziemiankach wykopanych jeszcze latem lub wczesną jesienią gromadzą się ludzkie kukły pozawijane w szmaty, które jeszcze jakiś czas temu były dumnymi żołnierzami III Rzeszy.
O północy Radio Berlin przed życzeniami wigilijnymi emituje audycję „Radio bez granic”
w której wzywa najdalej wysunięte frontowe posterunki Wielkich Niemiec: Spitzbergen, Afryka, Atlantyk, Petsamo, Nordkapp, Krym, Kaukaz. Rzesza będzie wielka. Spikerzy wywołują też Stalingrad.
Tymczasem pod Stalingradem – w mieście i w stepach, w kotle o rozmiarach mniej więcej 60 na 60 kilometrów pozostaje żywych około 300 tysięcy niemieckich, rumuńskich i węgierskich żołnierzy. Wśród nich są także ochotnicy różnych narodowości ZSRR, którzy zdecydowali się służyć w armii jednego szatana, przeciwko drugiemu szatanowi. Wybrali bycie żołnierzem Hitlera. Wszyscy są w potrzasku i wiedzą o tym. Tylko część z nich jest w stanie walczyć, większość próbuje przetrwać głód, mróz i choroby. Ocenia się, że w grudniu 1942 roku zdolnych do walki i noszenia broni był co czwarty żołnierz 6 niemieckiej armii dowodzonej przez generała von Paulusa. Przy czym ilość ich systematycznie spadała koło Bożego Narodzenia, dochodząc do liczby nie więcej niż 40 tysięcy zdolnych do walki.

Trzy tygodnie temu była jeszcze szansa, żeby się wycofać, kiedy na skrzydłach wojska sowieckie Rokossowskiego, Żukowa i Watutina pędziły w stronę mostu w Kałaczu nad Donem – von Paulus prosił kwaterę główną czyli Hitlera o zezwolenie na manewr odwrotowy około 100-160 kilometrów na zachód. Wiedział, co się dzieje, widział z samolotu, jak sowieckie czołgi dosłownie rozjeżdżają  w stepach broniące skrzydeł jego armii wojska rumuńskie, włoskie i węgierskie. Propozycję wstępnie zatwierdził szef sztabu OKW, gen. Zeiztler, ale ostateczną zgodę musiałby wyrazić sam nieomylny, wpadający już we wstępne stadium obłędu i samouwielbienia, Adolf Hitler. Ale on nie zezwala na odwrót z miasta noszącego imię jego odwiecznego rywala, o które kazał toczyć od lata walki o każdy dom, ulicę, piętro. Stalingrad jest teraz wprawdzie morzem ruin, pozbawionym realnego znaczenia, ale jest coś takiego jak prestiż dyktatora. Sowieccy żołnierze trzymają w rękach wąskie na kilkaset metrów skrawki miasta tuż nad Wołgą, poukrywani w głębokich nadrzecznych jarach, wspierani przez artylerię z drugiego brzegu, zaopatrywani jak desant na przyczółkach – łodziami, barkami i pontonami.
Historycy po latach przyznają, że zmagania o Stalingrad w jakimś momencie całkowicie utraciły sens, przypominając raczej tępe rzezie poprzedniej wojny, niż blitzkrieg, a żadna ze stron nie chciała ustąpić. Jak wiadomo – Wehrmacht się nie cofa, a armia czerwona nie gwałci.

W listopadzie zatem jeszcze, kiedy teoretycznie istniała droga odwrotu, Hitler wydaje rozkaz, że 6 Armia i resztki innych formacji ma się okopać, trwać i czekać na odsiecz, a zaopatrzenie bierze na siebie Luftwaffe. Sam Kesselring gwarantuje, że wszystko czego trzeba dostarczy most powietrzny, do którego ściąga wszystkie dostępne samoloty transportowe i bombowe. W jedną stronę paliwo, żywność, amunicja, ciepłe ubrania, w drugą – ranni i niezdolni do walki. Do zaopatrzenia takiej masy ludzi, pojazdów i zwierząt w polu, jaką posiada 6 Armia, potrzeba 500 ton zaopatrzenia dziennie. W najlepszym momencie istnienia mostu powietrznego do kotła Luftwaffe będzie przy bardzo ciężkich stratach własnych dostarczać ok. 100 ton, tylko dwa razy liczba zbliży się do zadeklarowanych przez Kesselringa 300 ton. Odbywa się to kosztem ściągnięcia zewsząd wszelkich samolotów, także z ośrodków szkolnych i jednostek zaangażowanych do tej pory w loty nad Atlantykiem. Tylko co z tego, skoro wśród tego zaopatrzenia znajdzie się między innymi 200 tysięcy egzemplarzy pism propagandowych albo 6 ton cukierków, czy 4 tony części zamiennych do sprzętu saperskiego, niezbędnych jak wiadomo głodującym żołnierzom. Do połowy grudnia 1942 roku zostaną zarżnięte konie w liczbie 4 tysięcy, należące do rumuńskiej dywizji kawalerii. Do Wigilii pod nóż pójdzie też większość koni pociągowych, taborowych. Armia, nawet gdyby chciała – bez koni nie ma szans wykonać większego marszu odwrotowego. W armii niemieckiej bowiem, wbrew obiegowej opinii, podstawowym środkiem logistyki jest nadal koń.

Generałowi von Paulusowi nie wystarcza siły charakteru na okazanie wodzowi niesubordynacji. Rezygnuje z planu wycofania 23 listopada, i tak spóźnionego, rezygnuje z planu przebijania się z 27 listopada – także spóźnionego i w praktyce nie do realizacji, zgadza się okopać i czekać. Okopać? Na zmarzniętym stepie? Z obroną, której nie ma o co oprzeć? Z dziesiątkami tysięcy głodujących żołnierzy, z których nie z powodu ran w walce, ale odmrożeń coraz mniejsza ilość jest zdolna do noszenia broni? Paulus we wspomnieniach jawi się jednak nie jako krewki dowódca frontowy, ale drobiazgowy sztabowiec, skromny i cichy, po wielokroć analizujący sytuację.

12 grudnia od południa, chociaż nie najkrótszą drogą, rusza odsiecz prowadzona przez mistrza sytuacji niemożliwych do rozwiązania – Ericha von Mansteina. Kilka wcześniej poturbowanych dywizji pancernych w ramach operacji „Wintergewitter” przez dziewięć dni przebija się mozolnie w śnieżycach w stronę Stalingradu i trzystu tysięcy towarzyszy broni. Manstein wybiera dłuższą o 80 kilometrów drogę do Stalingradu, przeczuwając, że na najkrótszej sowieci skoncentrowali większość swoich sił i, paradoksalnie – dłuższa droga może być dużo szybsza. Nie myli się. Sowieci są zaskoczeni i przez kilka dni się cofają. W eterze słychać krzyżujące się komunikaty wysyłane przez radiostacje dywizji Mansteina – „wytrwajcie”, „idziemy do was”, „do zobaczenia wkrótce”. Jednak dla pełnego sukcesu konieczne jest współdziałanie 6 Armii, a więc żołnierze von Paulusa muszą się zdobyć na ostatni szturm, żeby wyjść z okrążenia. Paulus domaga się jednak więcej zaopatrzenia, argumentując, że ostatnie czołgi, jakie ma, mają paliwa na rozruch silników i przejechanie nie więcej niż 20 kilometrów.

Nikt jednak nie wie, że Adolf Hitler wcale nie chce, aby Manstein umożliwił niemieckim żołnierzom odwrót. Dowiedziawszy się, że dywizje pancerne znajdują się tylko 40 kilometrów od kotła pod Stalingradem, Hitler już wydaje rozkazy, aby po przebiciu się do wojsk von Paulusa, utworzyć w stepach korytarz długości stu kilometrów, który posłuży do lepszego zaopatrzenia 6 Armii tak, aby ta mogła utrzymać miasto. Jeden z ostatnich jego rozkazów, w większości jednobrzmiących, do konających na mrozie żołnierzy i ich dowódców brzmi:

Zabraniam poddania się. 6 Armia będzie trwać na swoich pozycjach do ostatniego człowieka i do ostatniej kuli. Przez swój niezłomny opór wniesie niezapomniany wkład w ustanowienie obronnego frontu i zbawienie zachodniego świata.

Ale planu szaleńca, by utrzymać Stalingrad, nikt jednak nie wprowadzi w życie. W Wigilię Bożego Narodzenia żołnierze w kotle stalingradzkim słyszą nasilony huk armat od południa i zachodu. Nie wiedzą jednak, że to nie jest odgłos nadchodzącej odsieczy, ale sowieckiego kontrnatarcia. Tego dnia sowieckie czołgi wpadają m.in. na lotnisko Tacynska, skąd startowały samoloty z zaopatrzeniem dla Stalingradu. W ostatniej chwili, dosłownie pod lufami czołgów, podrywa się w powietrze ponad sto samolotów transportowych, ale składy i kilkadziesiąt innych samolotów, wpada w ręce Rosjan. Racja żywnościowa w kotle stalingradzkim zostaje zmniejszona do 100 gramów chleba na osobę. Czasem interpretowane to jest jako racja żywnościowa dla żołnierzy, którzy są zdolni do walki, dla rannych i niezdolnych do walki ta racja bywa obniżana do 50 gramów chleba dziennie i pół litra zupy, gotowanej na kilku paskach koniny. To jedyne mięso. Zdarza się, że strawienie wysokokalorycznego posiłku dostarczonego mostem powietrznym, np. tłustej konserwy – po wielu dniach głodówki powoduje taki wysiłek organizmu, że następuje niemal natychmiastowa śmierć.

Na okolicznych wzgórzach sowieci wystawiają udekorowane choinki, tak żeby widzieli je niemieccy żołnierze, przez megafony puszczają niemieckie kolędy, tak żeby było je dobrze słychać. W swoim bunkrze lekarz 16 dywizji pancernej, Kurt Reuber, w cywilu pastor i teolog, rysownik na prośbę żołnierzy zaczął szkicować jakiś obrazek na święta. Żołnierze wiedzieli, że umie rysować. Na szlaku bojowym jaki przeszedł z nimi, ciągle coś szkicował. Do dzisiaj zachowały się portrety dzieci, kobiet, starców spotkanych po drodze. Nie ma w tych obrazach cienia wyższości, poczucia bycia nadczłowiekiem, raczej próba wglądu, chciałoby się powiedzieć – empatycznego. W ramach swojej pracy Kurt Reuber leczył nie tylko rannych żołnierzy niemieckich, ale także jeńców wojennych, a w oblężonym już Stalingradzie – co potwierdzają relacje rosyjskie – udzielał pomocy chorym i rannym cywilom.

Kiedy zatem spiker Radia Berlin wśród licznych posterunków Tysiącletniej Rzeszy wzywa Stalingrad, Kurt Reuber siada w swojej ziemiance i na odwrotnej stronie sowieckiej mapy o rozmiarach 90 na 120 centymetrów zaczyna szkicować postać. Zachowały się jego listy pisane do żony, w których zapewniał ją i dzieci, że tata na pewno wróci, ale opisał także i ten moment:

Długo myślałem nad tym, co powinienem naszkicować i zdecydowałem się na Madonnę albo matkę i dziecko. Zamieniłem swoją dziurę w zmrożonym błocie w studio. Przestrzeń była zbyt mała, żebym mógł widzieć swój obraz dobrze, więc wchodziłem na stół i patrzyłem na niego góry, żeby zyskać właściwą perspektywę. […] Nie miałem dobrych materiałów, więc użyłem rosyjskiej mapy jako papieru. […] Obraz wygląda tak: głowa matki i dziecka są skierowane ku sobie a wielki koc otula ich oboje. Intencją było pokazanie „bezpieczeństwa” i „Miłości matki”. Pamiętałem słowa św. Jana “Światło, życie i miłość” . Co mógłbym więcej dodać?

Madonna ze Stalingradu jest otulona tylko tym kocem, ma bose stopy, z jednej strony ukazuje ciepło jaki otacza małego Nowonarodzonego, z drugiej potworny chłód (szalała zamieć, zmniejszono racje żywnościowe) wszędzie wokół.

Żołnierze zaczęli przychodzić sami do bunkra Reubera, siadali wokół, milczeli, wpatrywali się w stworzony przez niego obraz i wyglądało to tak, jakby medytowali. Kurt Reuber powiesił swój obraz na ścianie i zapalił przed nim świeczkę, jak przed prawosławną ikoną. Jego ziemianka zamieniła się w rodzaju ekumenicznego miejsca adoracji, kontemplacji i skupienia. Miejscem w którym synowie symbolicznie spotykali się z matką. Większość ostatni raz.

Obraz Reubera oraz jego listy zostały wywiezione z kotła przez jego dowódcę dr. Wilhelma Grosse, który opuścił Stalingrad ostatnim samolotem transportowym, jaki tworzył powietrzny most, 6 stycznia 1943 roku i po wojnie dostarczył jego rodzinie.

Kocioł w Stalingradzie ostatecznie upadł 2 lutego 1943 roku. Na polach wokół miasta i w samym mieście sowieckie służby znalazły prawie 150 tysięcy niepochowanych ciał ludzi, którzy zginęli z zimna i głodu. Niektóre leżały w stosach, jedne na drugich. Niektóre w pozycjach świadczących, że w ostatnich chwilach życia ludzie popadali w obłęd, na trzydziestostopniowym mrozie rozbierali się do naga. Sowieci wzięli do niewoli około 100 tysięcy jeńców różnych narodowości, głównie Niemców. Nie wiadomo, czy zaliczono do tej liczby wziętych do niewoli służących w Wehrmachcie żołnierzy narodowości ukraińskiej, rosyjskiej i innych. Tych bowiem najczęściej rozstrzeliwano na miejscu. Do rodzin po wojnie wróciło łącznie pięć tysięcy wziętych do niewoli Niemców, czyli co dwudziesty żołnierz niemiecki, który dożył kapitulacji 6 Armii. Kurta Reubera wśród nich nie było. Zmarł 20 stycznia 1944 roku w sowieckim łagrze Jełabuga w Tatarstanie.

Przed śmiercią, w święta Bożego Narodzenia 1943 roku, naszkicował na skrawku papieru swój ostatni obraz – Madonnę Uwięzionych.

Obraz Reubera został przekazany przez rodzinę w sierpniu 1983 roku w depozyt Kościoła Pamięci w Berlinie.

Oprócz Kościoła Pamięci w Berlinie kopie ikony Reubera przyjęły dwa inne miasta zrównane z ziemią przez wojnę jako symbol pojednania i pragnienia pokoju.

Kopie “Madonny ze Stalingradu” są wystawione w protestanckim kościele w Coventry i prawosławnej cerkwi w Wołgogradzie, dawnym Stalingradzie.


Od redakcji: Niemiecka Wikipedia podaje listę, która liczy 26 kopii Madonny w Niemczech, jedną w Anglii (w Coventry), cztery w Austrii i dwie w Rosji.

Boże Narodzenie na Björndal (przedruk)

Trygve Gullbranssen

A lasy wiecznie śpiewają

Jeśli nie pamiętacie: zamożny chłop norweski, Dag, poślubił bogatą dziedziczkę z miasta – Teresę. Nie był to wielki romans, ten zdarzy się dopiero w następnym pokoleniu, ale małżeństwo okazało się bardzo dobre. Teresa nie jest już młodziutką panną, ale po ślubie jest młodą mężatką, to jej pierwsza zima na Björndal. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Jest koniec XVIII wieku, Teresa jest nowoczesną kobietą, która znalazła się w zabitej deskami górskiej wsi, oddzielonej od świata ogromnymi lasami.

Z osiedla zaczęły przychodzić do dworu kobiety. Teresa dziwiła się, że gdy wchodziła do kuchni, kobiety podnosiły się nieśmiało i nisko się kłaniały. Skinęła im głową i zaraz pospieszyła do Daga.
— Przyszło tak dużo kobiet — powiedziała mu. — Czego one chcą?
— Zbliżają się święta — odpowiedział po prostu.
— Tak, ale po co ci obcy ludzie tutaj przyszli?
Dag zapomniał powiedzieć żonie wiele rzeczy. Odłożył pióro i podniósł się.
— To nie są obcy ludzie. Jest tu taki zwyczaj, że przychodzą, aby pomagać przy przygotowaniach świątecznych i przy innej w tym okresie pracy.
— Ależ to bardzo dużo rąk do pracy — zauważyła niepewnie.
— One przynależą tutaj — powiedział Dag.
— Ależ one mieszkają w osiedlu! — rzekła Teresa, nic nie rozumiejąc. — One chyba pochodzą z gospodarstw w dolinie.
— Tak — Dag patrzał poważnie przed siebie — ale widzisz, wszystkie te gospodarstwa
i grunty również przynależą tutaj.
— Przynależą! — Teresa zdziwiła się zaskoczona. — Czy chcesz przez to powiedzieć, że stanowią naszą własność?
— Od dawien dawna całe osiedle Björndal jest nasze.
Zatrwożyła się. Przywiozła z sobą wiele, bardzo wiele talarów, ale posiadać domy dla tylu ludzi było dla niej więcej niż bogactwem. Popatrzyła mocno na męża i odeszła, ale przy drzwiach zatrzymała się.
— Tak. Zbliża się Boże Narodzenie. W domu także urządzaliśmy uroczystość świąteczną, ale tutaj zapewne są inne zwyczaje?
— Tak, to możliwe. Czy Ane Hamarrbó już przyszła?
Teresa nie znała żadnej Ane Hamarrbó. Opuściła ją odwaga. Za dużo wszystkiego naraz.
— Poznasz Ane po jej wzroście. Jest wyższa od innych kobiet. Gdy przychodzi Ane, wtedy nadchodzą święta. Dopóki Ane nie przybędzie, nie wolno palcem ruszyć! O ile wszystko ma pójść dobrze — dodał z uśmiechem.
— Czy to niebezpieczna osoba?
— Nie… — odpowiedział z wahaniem. — Nie jest niebezpieczna, ale tutaj we dworze wszyscy jej słuchają. Jeszcze zanim ja się urodziłem, Ane kierowała przygotowaniami do świąt Bożego Narodzenia. Robi to zresztą już od osiemdziesięciu lat.
— Od osiemdziesięciu lat? — zawołała Teresa. — To ona ma chyba ze sto lat!
— Taka stara chyba nie jest, ale dziewięćdziesiąt na pewno przekroczyła i cieszy się doskonałym zdrowiem.
— I ona ma tutaj rządzić? — głos Teresy brzmiał ostro.
Dag popatrzył na nią.
— Uważają, że tak jest najlepiej.
— Dlaczego? — Teresa chciała wiedzieć. To wszystko wydawało jej się nader dziwne.
— Takie są stare obyczaje — wyjaśnił Dag z poważną miną. — Należy na tyle rzeczy uważać, trzeba wszystko zacząć właściwego dnia. Wszystko, co żyje na ziemi i pod ziemią, musi być właściwie traktowane. W okresie świąt Bożego Narodzenia działają różne złe siły.
— Ależ to są przesądy! — powiedziała przestraszona Teresa.
— Cóż my o tym wiemy? Pewnego razu, gdy Ane zachorowała i nie mogła przybyć, piwo przygotowane na święta skwaśniało. Świece nie chciały się palić, syczały i gasły. Działy się jeszcze inne rzeczy, których już nie pamiętam.
Teresa czuła się bezradna. Ale Dag tłumaczył jej, że znajdzie tutaj wiele rzeczy całkiem innych niż to, do czego była przyzwyczajona. Jeżeli pozwoli Ane w tym okresie zająć się wszystkimi sprawami gospodarstwa domowego, będzie mogła obserwować, a później
przejąć je sama, kiedy Ane już nie będzie na świecie.
Przyzwyczajonej do rozkazywania Teresie nie mogło się to podobać, ale musiała się przystosować. Wyszła z pokoju.
Przez chwilę Dag siedział zamyślony. Uśmiechnął się. Ostrzegł Teresę, żeby nie zadzierała z najniebezpieczniejszą osobą w osiedlu. Stare, dobre obyczaje nie zejdą wraz z Ane do grobu. Zna przecież swoją Teresę i wie, że weźmie sobie za punkt honoru postępować zawsze zgodnie ze starymi zwyczajami, dopilnuje też, aby wszystko odbywało się przynajmniej tak dobrze jak za życia Ane.
To samo myślała Teresa, kiedy wchodziła do sieni po drodze do kuchni. W tym momencie otworzyły się drzwi wejściowe i do środka, weszła stara kobieta. Postać wysoka i koścista. Ane Hamarrbó.
Teresa poznała ją natychmiast
Przez krótką, naprężoną chwilę mierzyły się wzrokiem: stara, która w życiu tylu ludzi stanowiła potęgę, respektowaną w całym osiedlu i znała każde urodzone w nim dziecko,
i która od czasu dłuższego, niż ktokolwiek mógłby pamiętać, organizowała wielkie uroczystości na Björndal — i nowa pani, która nie znała nikogo, ale która miała tutaj rządzić, być może, jeszcze wiele lat po śmierci Ane.
Ane stała w świetle kominka, tak że Teresa mogła widzieć wyraźnie część twarzy, nie zakrytej chustką. Twarz ta wyglądała jak zrobiona ze starej stwardniałej skóry. Była nieruchoma, tylko oczy świeciły niebiesko i przenikliwie w cieniu chustki. Teresa przyglądała się jej z ciekawością, lecz zaraz zauważyła, że sama też znajduje się pod
baczną obserwacją. Podeszła do Ane i podała jej rękę. Wyciągnęła się ku niej sucha, twarda i zimna od mroźnego powietrza dłoń.
— Nie wiem — odezwała się Teresa — czy jako nowo przybyła mogę powitać tu kogoś, kto od tak dawna mieszka w tym dworze.
Ane zdjęła chustkę z głowy i zaczęła ją powoli składać. Przez ten czas Teresa mogła się jej dobrze przyjrzeć — oglądała jej srebrne włosy jeszcze wciąż falujące, jej pokryte bruzdami czoło, długi, zakrzywiony nos, jej zasuszone usta bez warg i pomarszczone, jak gdyby pozszywane licznymi ściegami, stanowczy podbródek, wystający mocno do przodu. Twarzy, tchnącej taką powagą i takim spokojem, Teresa nie widziała jeszcze u żadnej kobiety. Ane wciąż milczała, i Teresa zaczęła już podejrzewać, że jest głucha i niema…
Tymczasem Ane złożyła nareszcie chustkę i znów podniosła wzrok na Teresę. Przemówiła. Nie była to odpowiedź na słowa Teresy, mówiła teraz to, co myślała.
— Widzę, że nie jesteś młodziutka.
Czegoś podobnego Teresa nigdy jeszcze nie słyszała. Nie wiedziała, czy się uśmiechnąć, czy też przyjąć te słowa z poważną miną.
Staruszka nie zważała na jej zakłopotanie i mówiła,
a raczej myślała głośno dalej. (…)
W jej twarzy było coś, co wzbudzało zaufanie, nie umiała jednak tego określić.
— Czy nie chciałabyś się posilić czymś gorącym po tak długiej
jeździe na mrozie? — zapytała Teresa, aby zmienić temat rozmowy.
— Zwykle częstują mnie zupą, ale ty tego nie mogłaś wiedzieć, więc też się nie odzywałam. Teresa czuła się zawstydzona, ale nie dała za wygraną.
— Nie. O tym nie wiedziałam. Ale może byś chciała skosztować czegoś, co obecnie piją ludzie w mieście? To się nazywa kawą i cudownie rozgrzewa w czasie mroźnej pogody.
— Słyszałam o tym — odparła Ane. — Podobno jest okropnie drogie.
— Tak, owszem… — Teresa przyznała. — Ale ja przywiozłam to ze sobą z domu.
— Tak, ludzie w mieście dogadzają sobie. Słyszałam o tym. Warto by chyba tego skosztować.
Teresa szła już do kuchni, ale naraz przypomniała sobie o wszystkich innych przybyłych kobietach. Zwróciła się więc do Ane z zapytaniem, co należało im podać.
— Wilki znajdują sobie żer — odparła. — Same dbają o siebie, kiedy przychodzą i kiedy odchodzą.
Teresa zrozumiała, że nie ma obowiązku wobec innych kobiet, i poszła zaparzyć kawę.
Gdy wróciła, Ane nie było. Teresa zajrzała do sąsiedniej izby. Siedziała tam wygodnie jak osoba od dawna zadomowiona. Teresa przyniosła ciastka i filiżanki. Ane śledziła bacznie każdy jej ruch.
— Widzę, że umiesz zabrać się do rzeczy. Upiekłaś także ciastka dla mnie.
Teresa pomyślała sobie, co by było, gdyby Ane wiedziała, że Dag i ona mają co niedziela kawę z ciastkami.
Oto nadeszła chwila, kiedy Ane po raz pierwszy w życiu piła kawę. Nie wiadomo, czy
z wrażenia, czy też dlatego, że miała już słabą, drżącą rękę — była to długa ceremonia.
Kosztowała i doszukiwała się smaku raz i znowu, bardzo powoli.
— Wcale niezła i dobrze rozgrzewa — powiedziała. Ane nie mogła siedzieć bez końca nad swoją kawą. Jednak kawa z ciastkami, jako coś dla niej nowego, mocno ją intrygowała. Chciała bowiem wiedzieć o kawie jak najwięcej, również
w jaki sposób się ją przyrządza. Po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat Ane Hamarrbó dowiedziała się o czymś nowym w sztuce kulinarnej, a pani na Björndal miała ją tego nauczyć. Ane otrzymała obietnicę, że dostanie trochę kawy do domu, aby syn jej, stary Orn mógł również pokosztować.
Dzięki temu Teresa zyskała sobie potężnego sprzymierzeńca i dziękowała Bogu całe życie za to, że nie okazała Ane żadnego niezadowolenia z powodu jej bezpośredniej, nie przebierającej w niczym mowy.

(…) Nadeszły święta. Rządziła Ane Hamarrbó. Od wczesnego ranka do ciemnej nocy ubijano zwierzynę i warzono, pieczono, szorowano i prano, jak gdyby nadchodził koniec świata. Święta obchodzono wówczas przez wiele, wiele dni i, o ile kobiety nie chciały sprowadzić na siebie nieszczęścia, nie wolno im było w tym czasie wykonywać prac, które mogły były wykonać zawczasu.

Kobiety z osiedla i dziewki folwarczne szły do pracy szeregami jak żołnierze. Parobcy zabijali niezbędne bydło i drób, przynosili wodę i drzewo, pomagali przy cięższych robotach. Nikt nie odważył się szemrać. Ane nie traciła słów na próżno. Oczy jej były wszędzie, palące i przenikliwe, jej kościste palce groziły. Więcej nie trzeba było. Miało się wrażenie, że koścista jej postać posiada jakąś magiczną władzę nad ludźmi. (…)
Teresa robiła to, co i wszyscy. Słuchała Ane i dziękowała Bogu za to, że postąpiła tak mądrze. Jakże by dała sobie radę z tym wszystkim bez Ane Hamarrbó? Stałaby się pośmiewiskiem dla całej okolicy, także dla Daga.
W swojej izbie sypialnej zapisywała dokładnie co do dnia i godziny wszystko, co się teraz działo. (…) Zdarzało się czasami, że nie zgadzała się z Ane. W niektórych rzeczach znała lepsze sposoby, ale milczała. To były słowa Ane: „Musi rządzić ten, kto jest do rządzenia powołany”.
W czasie wszystkich posiłków Ane zjawiała się w izbie i jadała razem z Dagiem, Teresą i jej siostrą Dorotą. Pewnego dnia powiedziała do Teresy:
— Palisz światło w swojej izbie aż do północy. Czy boisz się ciemności?
Teresa wiedziała, że niepotrzebne palenie świecy było wielkim grzechem. Wytłumaczyła, że zapisuje do książki wszystko, czego się teraz uczy w sprawie przygotowań świątecznych. Ane siedziała ze wzrokiem utkwionym przed siebie i długo nic nie mówiła. Teresę zdjął śmiertelny strach. Może jej się coś nie podobało?
Wreszcie Ane przemówiła:
— Umiesz więc również pisać?
— Tak.
— Ten musi zapisywać, kto ma złą pamięć.
Teresa pomyślała sobie, że raz przecież będzie mogła próbować zmienić sąd Ane. Dlatego wyjaśniła jej, że nie pisze wyłącznie dla siebie, bo nadejdzie dzień, kiedy nie stanie ani Ane, ani jej. Wtedy może przyjdzie nowa pani i będzie z chęcią czytała z notatek Teresy, jak to Ane Hamarrbó przygotowywała święta gwiazdkowe.
— Myśli twoje sięgają daleko — powiedziała stara.
Po chwili nadszedł Dag. Gdy zjedli, Ane podniosła się i powiedziała do niego:
— Masz więcej rozumu w kwestii małżeństwa niż wielu z twoich krewnych.
Daga zmieszało to trochę, ale zrozumiał i spojrzał ukradkiem na Teresę. Oczy ich spotkały się rozbawione.
Gdy święta Bożego Narodzenia nadeszły, praca dla kobiet z osiedla skończyła się. Wróciły do domu, niosąc ze sobą resztki mięsa pozostałego z uboju. Ostatnie dni pracowały już tylko te kobiety, które na stałe należały do dworu. Ane miała pozostać do ranka wigilijnego. Na Hamarrbó jest dosyć rąk do pracy — mówiła. Teresa nie wątpiła, że ręce te pracowały tak, jak je tego nauczyła Anne.

Tłumaczenie Henryk Goldman i Henryk Leśniewski


Autor żył na przełomie XIX i XX wieku (1894 – 1962).
Książkę (w norweskim wydaniu trzytomową) napisał w latach 1933-1935. Trylogia stała się światowym beststellerem i została przetłumaczona na 20 języków.
W roku 1959  powstał austriacki film wg pierwszego tomu trylogii (reżyseria Paul May), w 1960 – wg drugiego (reżyseria Gustav Ucicky).

Nie znalazłam w sieci filmu, ale znalazłam zwiastun. Nie wróży chyba nic dobrego: