
Gromnica na zdjęciu należy do Marii Gast-Ciechomskiej, która to zdjęcie zrobiła już wiele miesięcy temu, pewnego upalnego dnia lata 2018.
Przez dłuższą chwilę oglądałyśmy naklejony na gromnicy obrazek i wreszcie Maryla powiedziała, że to ani chybi chrześcijańska wersja Pani Zwierząt.
Jestem archeolożką, Pani Zwierząt towarzyszy mi w życiu “od zawsze”, bardzo ją lubię.
Przypomniał mi się taki zobaczony ze 30 lat temu napis na berlińskim murze (zwykłym murze, nie tym politycznym)
God is black
Yes, she is
No tak. Nie wdając się w sprawy kościołów ani też koloru, płci czy wyznania Tego czy też Tej Tam na Górze, choć z reguły myślę o nim “On”, to jednak, gdybym świadomie miała wybrać sobie Jego/ Jej wygląd, to byłaby to ona i wyglądałaby tak jak na fotografii poniżej – to ugarycka bogini karmiąca kozy z pyksydy czyli puszki z kości słoniowej, datowana na ok. 1250 przed naszą erą.

Ale oczywiście Matka Boska z wilkami ma swoje, też już zresztą bardzo stare, wyjaśnienie…
Legenda o Matce Boskiej Gromnicznej

Piotr Stachiewicz, Na Gromniczną
2 lutego przypada jedno z najdawniejszych świąt chrześcijańskich – święto Ofiarowania Pańskiego, czyli Przedstawienia Jezusa w Świątyni. W Jerozolimie było obchodzone już w IV w., w Rzymie od V w.
Zgodnie z prawem mojżeszowym każde pierworodne dziecko płci męskiej należało w czterdziestym dniu po narodzeniu zanieść do świątyni i wykupić, jako należące do Boga, za symboliczną opłatą 5 syklów. Z obrzędem przedstawienia i wykupu pierworodnego syna łączył się też obrzęd oczyszczenia, któremu musiała poddać się każda matka w sześć tygodni po urodzeniu dziecka. Dlatego to ściśle umiejscowione w kalendarzu święto dawniej nazywało się też świętem Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny i kończyło okres Bożego Narodzenia. Powszechnie jednak znane jest pod ludową nazwą święta Matki Boskiej Gromnicznej (rzadziej Gromnic), bowiem w tym dniu podczas nabożeństw święci się duże woskowe świece, zwane gromnicami. Zwyczaj ten wywodzi się z dawnych obchodów, w czasie których urządzano uroczyste procesje z zapalonymi świecami na pamiątkę nazwania Jezusa Światłem na oświecenie pogan i na chwałę Izraela przez proroka Symeona, obecnego w świątyni podczas obrzędu przedstawienia (Łk 2,32). Według podania procesja z zapalonymi świecami była znana w Rzymie już w V wieku. Od X wieku upowszechnił się obrzęd poświęcania świec, których płomień symbolizuje Jezusa – Światłość świata, Światło na oświecenie pogan.
Do wyobraźni wiernych bardziej przemawiała jednak dawna polska legenda, według której Matka Boska w lutowe noce chodzi po polach i miedzach z zapaloną świecą, chroni oziminy przed wymarznięciem i oświetla drogę zbłąkanym podróżnym. W wędrówce towarzyszy jej obłaskawiony wilk zwany gromnicznym, którego Najświętsza Panienka ocaliła litościwie przed rozsierdzonymi chłopami, skierowała na drogę dobra i uczyniła swoim sługą.
A kiedy jasną gromnicą świeci
Panna Przeczysta pośród zamieci,
już i Gromniczny Wilk za swą Panią
jarzy ślepiami.
Kazimiera Iłłakowiczówna,
Wilk Gromniczny
Współczesny poetce malarz Piotr Stachiewicz (1858-1938) w cyklu Legendy o Matce Bożej namalował obraz przedstawiający śnieżny krajobraz, idącą Maryję i lękliwie nastroszoną watahę wilków. Między opłotkami uśpionej wsi, w zimowej scenerii idzie, w zwiewnej szacie, Matka Boża ubrana swojsko, z narzuconą chustą na głowie i plecach, z gromnicą w ręce, którą odgania, sunące po śniegu w stronę ludzkich zagród, wilki. Powielony w tysiącznych oleodrukach i sprzedawany na odpustach stał się najbardziej znanym wizerunkiem Gromnicznej. W ikonografii ludowej Matka Boska Gromniczna przedstawiana jest także z wilkiem i koszyczkiem lub leżącym u jej stóp gniazdkiem ze skowronkami. Wierzono bowiem, że w tym dniu po raz pierwszy mimo mrozu powinien odezwać się skowronek; wierzono również, że w Gromnice, wyznaczające połowę zimy ukryty w ziemi robak odwraca się w drugą stronę, sposobiąc się w ten sposób do wyjścia z kryjówki.
Z płomienia gromnicy wróżono: Gdy z gromnicy w kościele ciecze, zima jeszcze się powlecze. Skwiercząca gromnica zwiastować miała burzowy rok. Długie sople lodu, zwisające z dachu, zapowiadały niezwykły urodzaj marchwi. Szron pokrywający drzewa obiecywał obfity plon w sadach.
Największe znaczenie przywiązywano jednak do przystrojonych wiankiem i wstążkami płonących świec, które po poświęceniu uroczyście niesiono do domu. Jeśli w tym czasie trzy krople wosku spadły na rękę, wiedziano, że jest to wróżba pomyślna. Wierzono, że płomień gromnicy broni ludzi i ich stada przed wilkami i złymi duchami, odwraca czary i złe uroki, niweczy choroby, skraca męki konających i prowadzi ich w światłość wiekuistą. Dlatego po powrocie z kościoła poświeconą gromnicą kopcono znak krzyża na powale, a od jej płomienia zapalano wszystkie domowe ognie – w kuchni, w piecach i w lampce oliwnej przed świętym obrazem. W niektórych rejonach Polski gospodarze błogosławili gromnicą swój dobytek w stajni, a kawałek gromnicy obciętej od spodu dawano psu, by dobrze pilnował obejścia.
Podczas burzy z piorunami stawiano zapaloną gromnicę w oknie lub na stole, przy którym gromadzili się domownicy lub obchodzono z nią całe obejście. Warto wspomnieć przy tym, że nazwa tej świecy wywodzi się od rzadkiego w staropolszczyźnie przymiotnika gromny, huczny, grzmiący.
Gromnicę wkładano w ręce umierających, zapalano ją podczas obrzędu ostatniego namaszczenia. Na Podlasiu płomieniem świecy opalano dzieciom końce włosów, aby ustrzec je przed chorobami uszu. Do dziś w wielu domach przechowuje się gromnicę razem z palmą wielkanocną, by strzegły domostwo i jego mieszkańców przed wszelkim złem.
Ze świętem Matki Boskiej Gromnicznej kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd, trzymania w domach choinek i żłobków. Kończy się również okres wizyt duszpasterskich. Dawniej ostatni kolędnicy wyruszali tego dnia zwyczajowo z turoniem lub kozą odwiedzając domostwa i odgrywając wesołe scenki z życia wsi lub o tematyce religijnej, co dawało okazję do otrzymania datków pieniężnych lub poczęstunku.
2 lutego było też datą graniczną dla oświadczyn. W dawnych czasach pannom na wydaniu szyto bardzo dostatnią wyprawę, która wystarczała na długie lata, a przygotowania do wesela wymagały wiele czasu. Stąd zrodziło się przysłowie: W dzień Panny Gromnicznej, bywaj zdrów, mój śliczny! Oznaczało to, że jeśli kawaler nie oświadczył się pannie do dnia Matki Boskiej Gromnicznej i nie przygotował wesela, musiał długo czekać, gdyż niebawem zaczynał się czas przedpościa i Wielkiego Postu.
Od 1997 roku Kościół powszechny 2 lutego obchodzi, ustanowiony przez Jana Pawła II Dzień Życia Konsekrowanego, poświęcony modlitwie za osoby, które oddały swoje życie na służbę Bogu i ludziom w niezliczonych zakonach, zgromadzeniach i instytutach świeckich.
Opr.: erg
A tu jeszcze cały wiersz Iłłakowiczówny:X
| Szła Najświętsza przez bór Panienka, miała płaszcz błękitny, białą sukienkę. I szło wilczysko chytre, przyczajone, przemarznięte, za Panną Świętą. X Wilka szukali z kłonicami, jak go znajdą, kości mu połamią: zeżarł zeszłej zimy cielę białe, prześliczne, w samą Gromniczną! X Spotykają chłopi świętą Podróżną, Pozdejmowali czapki, patrzą – na próżno. „Wybacz nam, Pani wspaniała, czyś wilka gdzie nie widziała?” X „Anim go szukała, ani go wydam, patrzcie lepiej po sercach, to się wam przyda, bo tam to właśnie, a nie śród leśnych ścieżyn, wilk leży!” X Poszły rosłe chłopiska milcząc do chałup. ogląda się Panienka po śniegu białym, ogląda się wszędzie, aż spod płaszcza Jej milczkiem wylazł łeb wilczy. |
“A tuś mi, łowco jagniąt bezbronnych! Katom cię wydać byłabym skłonna, tylko że nad twą wilczą niedolą serce mnie boli. X Skoroś sam znalazł moją opiekę, zostań już przy mnie, bo gdzie uciekniesz? Będziesz mi za to roztropnie służył zimą w podróży”. X Odtąd chodzi wilk Z Matką Najświętszą wiernie przez śniegi puste, zawiane ściernie, pełniąc wśród nocy mrocznych i długich różne posługi X A kiedy jasną gromnicą świeci Panna Przeczysta pośród zamieci, tuż i Gromniczny Wilk za swą Panią jarzy ślepiami. |



Jest ciemna, mroźna noc 24 grudnia 1942 roku. Nad stepami na zachód od Wołgi wieje porywisty wiatr, który powoduje, że do ujemnej temperatury około minus dwudziestu – trzeba dodać kolejne minus dziesięć stopni. Do tego pada gęsty śnieg, który w połączeniu z wiatrem daje srogą zamieć.
szmaty, które jeszcze jakiś czas temu były dumnymi żołnierzami III Rzeszy.
Tymczasem pod Stalingradem – w mieście i w stepach, w kotle o rozmiarach mniej więcej 60 na 60 kilometrów pozostaje żywych około 300 tysięcy niemieckich, rumuńskich i węgierskich żołnierzy. Wśród nich są także ochotnicy różnych narodowości ZSRR, którzy zdecydowali się służyć w armii jednego szatana, przeciwko drugiemu szatanowi. Wybrali bycie żołnierzem Hitlera. Wszyscy są w potrzasku i wiedzą o tym. Tylko część z nich jest w stanie walczyć, większość próbuje przetrwać głód, mróz i choroby. Ocenia się, że w grudniu 1942 roku zdolnych do walki i noszenia broni był co czwarty żołnierz 6 niemieckiej armii dowodzonej przez generała von Paulusa. Przy czym ilość ich systematycznie spadała koło Bożego Narodzenia, dochodząc do liczby nie więcej niż 40 tysięcy zdolnych do walki.
Trzy tygodnie temu była jeszcze szansa, żeby się wycofać, kiedy na skrzydłach wojska sowieckie Rokossowskiego, Żukowa i Watutina pędziły w stronę mostu w Kałaczu nad Donem – von Paulus prosił kwaterę główną czyli Hitlera o zezwolenie na manewr odwrotowy około 100-160 kilometrów na zachód. Wiedział, co się dzieje, widział z samolotu, jak sowieckie czołgi dosłownie rozjeżdżają w stepach broniące skrzydeł jego armii wojska rumuńskie, włoskie i
węgierskie. Propozycję wstępnie zatwierdził szef sztabu OKW, gen. Zeiztler, ale ostateczną zgodę musiałby wyrazić sam nieomylny, wpadający już we wstępne stadium obłędu i samouwielbienia, Adolf Hitler. Ale on nie zezwala na odwrót z miasta noszącego imię jego odwiecznego rywala, o które kazał toczyć od lata walki o każdy dom, ulicę, piętro. Stalingrad jest teraz wprawdzie morzem ruin, pozbawionym realnego znaczenia, ale jest coś takiego jak prestiż dyktatora. Sowieccy żołnierze trzymają w rękach wąskie na kilkaset metrów skrawki miasta tuż nad Wołgą, poukrywani w głębokich nadrzecznych jarach, wspierani przez artylerię z drugiego brzegu, zaopatrywani jak desant na
przyczółkach – łodziami, barkami i pontonami.
W listopadzie zatem jeszcze, kiedy teoretycznie istniała droga odwrotu, Hitler wydaje rozkaz, że 6 Armia i resztki innych formacji ma się okopać, trwać i czekać na odsiecz, a zaopatrzenie bierze na siebie Luftwaffe. Sam Kesselring gwarantuje, że wszystko czego trzeba dostarczy most powietrzny, do którego ściąga wszystkie dostępne samoloty transportowe i bombowe. W jedną stronę paliwo, żywność, amunicja, ciepłe ubrania, w drugą – ranni i niezdolni do walki. Do zaopatrzenia takiej masy ludzi, pojazdów i zwierząt w polu, jaką posiada 6 Armia, potrzeba 500 ton zaopatrzenia dziennie. W najlepszym momencie istnienia mostu powietrznego do kotła Luftwaffe będzie przy bardzo ciężkich stratach własnych dostarczać ok. 100 ton, tylko dwa razy liczba zbliży się do zadeklarowanych przez Kesselringa 300 ton. Odbywa się to kosztem ściągnięcia zewsząd wszelkich samolotów, także z ośrodków szkolnych i jednostek zaangażowanych do tej pory w loty nad Atlantykiem. Tylko co z tego, skoro wśród tego zaopatrzenia znajdzie się między innymi 200 tysięcy egzemplarzy pism propagandowych albo 6 ton cukierków, czy 4 tony części zamiennych do sprzętu saperskiego, niezbędnych jak wiadomo głodującym żołnierzom. Do połowy grudnia 1942 roku zostaną zarżnięte konie w liczbie 4 tysięcy, należące do rumuńskiej dywizji kawalerii. Do Wigilii pod nóż pójdzie też większość koni pociągowych, taborowych. Armia, nawet gdyby chciała – bez koni nie ma szans wykonać większego marszu odwrotowego. W armii niemieckiej bowiem, wbrew obiegowej opinii, podstawowym środkiem logistyki jest nadal koń.
Na okolicznych wzgórzach sowieci wystawiają udekorowane choinki, tak żeby widzieli je niemieccy żołnierze, przez megafony puszczają niemieckie kolędy, tak żeby było je dobrze słychać. W swoim bunkrze lekarz 16 dywizji pancernej, Kurt Reuber, w cywilu pastor i teolog, rysownik na prośbę żołnierzy zaczął szkicować jakiś obrazek na święta. Żołnierze wiedzieli, że umie rysować. Na szlaku bojowym jaki przeszedł z nimi, ciągle coś szkicował. Do dzisiaj zachowały się portrety dzieci, kobiet, starców spotkanych po drodze. Nie ma w tych obrazach cienia wyższości, poczucia bycia nadczłowiekiem, raczej próba wglądu, chciałoby się powiedzieć – empatycznego. W ramach swojej pracy Kurt Reuber leczył nie tylko rannych żołnierzy niemieckich, ale także jeńców wojennych, a w
oblężonym już Stalingradzie – co potwierdzają relacje rosyjskie – udzielał pomocy chorym i rannym cywilom.
na odwrotnej stronie sowieckiej mapy o rozmiarach 90 na 120 centymetrów zaczyna szkicować postać. Zachowały się jego listy pisane do żony, w których zapewniał ją i dzieci, że tata na pewno wróci, ale opisał także i ten moment:
Żołnierze zaczęli przychodzić sami do bunkra Reubera, siadali wokół, milczeli, wpatrywali się w stworzony przez niego obraz i wyglądało to tak, jakby medytowali. Kurt Reuber powiesił swój obraz na ścianie i zapalił przed nim świeczkę, jak przed prawosławną ikoną. Jego ziemianka zamieniła się w rodzaju ekumenicznego miejsca adoracji, kontemplacji i skupienia. Miejscem w którym synowie symbolicznie spotykali się z matką. Większość ostatni raz.
Kocioł w Stalingradzie ostatecznie upadł 2 lutego 1943 roku. Na polach wokół miasta i w samym mieście sowieckie służby znalazły prawie 150 tysięcy niepochowanych ciał ludzi, którzy zginęli z zimna i głodu. Niektóre leżały w stosach, jedne na drugich. Niektóre w pozycjach świadczących, że w ostatnich chwilach życia ludzie popadali w obłęd, na trzydziestostopniowym mrozie rozbierali się do naga. Sowieci wzięli do niewoli około 100 tysięcy jeńców różnych narodowości, głównie Niemców. Nie wiadomo, czy zaliczono do tej liczby wziętych do niewoli służących w Wehrmachcie żołnierzy narodowości ukraińskiej, rosyjskiej i innych. Tych bowiem najczęściej rozstrzeliwano na miejscu. Do rodzin po wojnie wróciło łącznie pięć tysięcy wziętych do niewoli Niemców, czyli co dwudziesty żołnierz niemiecki, który dożył kapitulacji 6 Armii. Kurta Reubera wśród nich nie było. Zmarł 20 stycznia 1944 roku w sowieckim łagrze Jełabuga w Tatarstanie.
Trygve Gullbranssen
