Reblog: jedno zdjęcie

Kontynuując tematykę święta zmarłych i naszej pamięci o tych, którzy odeszli…

Hanna Szurczak

Pamięci mojej praprababci, Justyny Stengert
i Jej córki, Wandy – kobietom,
którym wyzwolenie odebrało godność i życie

Historia jednego zdjęcia

Był 1 listopada 2017 roku. Jak co roku szłam odwiedzić groby bliskich, krewnych i znajomych, na cmentarzu legnickim. Tym razem do co roku większej liczby zniczy dodałam jeszcze jeden. Chociaż trudno w to uwierzyć, to ja – urodzona i mieszkająca w Legnicy ponad 50 lat – nie wiedziałam nic o murze okalającym cmentarz komunalny przy ulicy Wrocławskiej. Dopiero wywiad z Marcinem Makuchem, obecnym dyrektorem Muzeum Miedzi w Legnicy i założycielem Fundacji Liegnitz.pl uświadomił mi, z czego powstał. A powstał w latach 70 XX wieku z „niepotrzebnych” płyt nagrobnych dawnych mieszkańców Legnicy.

Liegnitz, bo taką nazwę nosiło nasze miasto do 1945 roku, było dużym i znaczącym miastem niemieckim. W 1933 roku miało 76 504 mieszkańców, a w kolejnych latach liczebność ta wzrastała. Szacuje się, że w chwili zakończenia wojny doszła do 85 000.

Idąc wspominać swoich zmarłych postanowiłam zapalić znicz tym zapomnianym przez historię, pozbawionym potomków, bezimiennym legniczanom i legniczankom. Ustawiłam znicz pod murem i jego światło przez kilka godzin przypominało o ich istnieniu. Zdjęcie umieściłam na profilu Ratując pamięć na Facebooku, skąd trafiło na profil Liegnitz.pl. Prawie natychmiast pojawił się pod nim komentarz: „To może być miejsce pochówku mojej prababci…” Serce zabiło mi mocniej, bo choć nazwisko komentującej brzmiało z polska, to tekst był angielski. Odezwałam się do niej i tak zaczęła się jedna z najpiękniejszych przygód w moim życiu.

Korespondencja mailowa, prowadzona moim niezdarnym angielskim, trwa nadal i przynosi wciąż nowe odkrycia. Pozwala na poznanie historii nie tylko rodziny, ale i miasta. Pani Barbara Siwik napisała książkę o historii swojej rodziny, która nierozerwalnie łączy się z historią Legnicy.

***

Barbara Siwik, urodzona w Liegnitz w 1939 roku, pochodzi z rodziny, której przeszłość dała się udokumentować o kilka wieków wstecz. W roku 1939 jednak jej rodzice, Gertruda i Franz Larisch, byli zwykłymi obywatelami swojego miasta. Zajmowali małe mieszkanie na ul. Gerichtstraße 35 (obecnej Żołnierzy II Armii Wojska Polskiego), gdzie mieli wieść spokojne życie. Wkrótce okazało się jednak, że spokojnie nie będzie – 1.09.1939 roku wybuchła wojna, która zmieniła wszystko. Chociaż Liegnitz leżało w granicach III Rzeszy, to i tutaj obowiązywały wojenne reguły. Najpierw z ulic miasta zniknęli młodzi mężczyźni, którzy pojawiali się w rodzinnych domach na krótko, ubrani w mundury. Potem zaczęli znikać dobrze znani sąsiedzi i oni już nie wracali. Tak jak Heinrich Goldmann…

Tylko wieczorem Trudl znajdowała czas, potrzebny do pisania codziennego listu do Franza.
O 10 wieczorem w końcu się położyła, ale przebudziła się o północy. Czy to zadzwonił dzwonek? Tak! Dzwonek się powtórzył – głośno, niecierpliwie.
Włączyła lampkę, włożyła pantofle, założyła podomkę i poszła przez ciemny salon. W korytarzu najpierw zapaliła światło, później otworzyła drzwi wejściowe. Przed nimi stało dwóch mężczyzn, ubranych z mundury SS.
“Żyd Heinrich Goldmann?” – zapytał jeden z nich ochryple.
“Tak, pan Goldmann tu mieszka”. Trudl wskazała na zasłonę za swoimi plecami. “Ale nie wiem, czy on…”
“Wracaj do pokoju i zamknij drzwi!” – Mężczyzna popchnął ją bezceremonialnie i odsunął zasłonę.
Drugi mężczyzna podążył za nim.
Trudl wróciła szybko do sypialni i przyłożyła ucho do okrytych tapetą drzwi do pokoju starego człowieka. Słyszała krzyki… z pewnością głos Goldmanna. Drugi głos wydawał ostre polecenia. Słychać było przewracające się przedmioty.
Czy mężczyźni szukali czegoś w pokoju starego człowieka? Czy miał coś skradzionego?
I Trudl nagle zrozumiała: SS-man powiedział “Żyd”! O Boże! Oni wezmą Goldmanna w środku nocy i gdzieś zabiorą! Co powinna o tym myśleć? Ludzie mówią o takich zdarzeniach tylko za zamkniętymi drzwiami. Ale jak ci dwaj weszli do środka? Od 10 wieczorem drzwi wejściowe są zamknięte. Ktoś ich wpuścił! Z pewnością nie Weigts! Starsi ludzie słabo słyszeli. Pomimo, że mężczyźni robili sporo hałasu na ulicy, nie obudziliby się. Schuster Pohl? Mało prawdopodobne. Rodzinna sypialnia wychodziła na podwórko. I nagle uderzyła ją myśl: to mógł być tylko Trieblich!
[…]
Kilka dni później Alfred poinformował córkę: “’Liegnitzer Tageblatt’ pisał dziś, że ostatni Żyd został usunięty z miasta. Co stało się z waszym Goldmannem? I wtedy Trudl opowiedziała…

Ojciec Barbary, wówczas Basi, włożył mundur Wehrmachtu. I w tym mundurze trafił na wschodni front. W domu pozostała Gertruda, jego młoda żona, z dwiema córeczkami: Basią urodzoną w 1939 i Moniką, urodzoną w 1941. Ostatni raz widzieli się podczas urlopu Franza, w 1942 roku. W styczniu 1943 roku przyszła wiadomość, że trafił do sowieckiej niewoli i kontakt się urwał. Los ojca pani Barbara poznała dopiero wiele lat po wojnie. Udało się ustalić, że zmarł z głodu i wycieńczenia w łagrze na Syberii.

Gdy stało się jasne, że losy wojny są przesądzone, że Niemcy ją przegrywają, nadzieją mieszkańców miasta były zapewnienia władz, że wojska radzieckie zatrzymają sie na granicy polsko-niemieckiej (mam na myśli granicę z roku 1939). Do ostatniej chwili podtrzymywano tę złudną wizję i nie pozwalano mieszkańcom na ewakuację. Aż przyszedł luty 1945 roku. Wojska sowieckie parły na Berlin i żadne stare granice ich nie powstrzymywały. Dopiero w przededniu wejścia Rosjan do miasta zarządzono ewakuację. Mieszkańcy Liegnitz mieli uciec do ówczesnego Sudetengau (obecnie Czechy). Zamierzali w ślad za wojskiem niemieckim przedostać się na linię frontu angielsko-amerykańskiego. Jednak nie zdążyli, bo w miejscowości Komotau (czeski Chomutov) doścignęła ich Armia Czerwona. Tam niemieckie kobiety dowiedziały się, co znaczy wojna… Kobiety w dobie wojny nigdy nie są bezpieczne. Przestają być godnymi szacunku i otoczonymi opieką siostrami, żonami, matkami i babkami. Stają się obiektami seksualnymi, które bierze się gwałtem, by ukarać naród, z którego się wywodzą. By pokazać, kto teraz dzierży władzę; by zabić w sobie człowieczeństwo i tak już nieistniejące od chwili, gdy odbieranie życia innym stało się codziennością. Wojna odczłowiecza, pozbawia hamulców, dopuszcza do głosu najbardziej prymitywne instynkty. A kobiety w tym morzu śmierci i gwałtu muszą przetrwać, by przetrwała nadzieja na odbudowę życia. I Gertruda przetrwała, a los sprowadził ją znowu do Liegnitz. Wróciła do domu pieszo, ze swoimi córeczkami i dwojgiem sąsiadów.

Do Liegnitz dotarli 20 maja w niedzielę Zielonych Świąt. Weszli od strony Goldbergerstraße (dzisiejsza ul. Złotoryjska). Mieli za sobą dwunastodniowy marsz na trasie ok. 300 km z dwójką dzieci, z których młodsze trzeba było przeważnie nieść.
Miasta, jakie zachowali jeszcze w pamięci, już nie było. Ring (Rynek) pokrywały sterty papierów tak gęsto, jakby to był śnieg zimą na rozległych brzegach Katzbach (Kaczawy). Wydawało się, że na placu rozsypano wszystkie dokumenty, jakie tylko były w ratuszu. Wiele budynków przy Frauenstraße (ul. Najświętszej Marii Panny) strawił pożar, wyglądający na skutek celowego podpalenia. Wyposażenie ocalałych jeszcze budynków poniewierało się na ulicy i przeważnie nie nadawało się do użytku. Wszędzie uderzał w nozdrza zapach dymu i odór zgnilizny. Nie było widać żywej duszy.
Wreszcie znaleźli się na Nepomukbrücke (most św. Nepomucena na ul. Wrocławskiej) i trwożnie spojrzeli przed siebie… Boże, nieduży dom przy Gerichtstraße (wówczas ul. Sądowa, obecnie Żołnierzy II Armii Wojska Polskiego) stał na swoim miejscu! Powlekli się więc w jego stronę, mając nad sobą dźwięk dzwonów Dreifaltigkeitskirche (kościoła Świętej Trójcy).
Drzwi wejściowe do ich domostwa były otwarte na oścież. W sieni poniewierał się bezładnie porozrzucany i poniszczony dobytek dozorcy. Zewsząd roznosił się duszący fetor, jakby znaleźli się w jakiejś kloace. W rzeczy samej tak było.
Mieszkania na piętrze także stały otworem. Gertruda z drżeniem serca rozejrzała się po swoim gospodarstwie: wszędzie poniewierała się bielizna, ubrania, książki, potłuczone naczynia i sprzęty. Pierzyny porozrywano, a ich pokrywająca podłogę zawartość była wymieszana z fekaliami. Odór był wręcz nie do zniesienia.

Koniec wojny oznaczał zmianę mapy Europy. Zanim się to jednak stało, nastąpiła kolejna rodzinna tragedia…

Tej nocy Gertruda nie zmrużyła oka, a rano okazało się, że dzieci nie były tylko osłabione: obie córeczki miały wysoką gorączkę i leżały bez przytomności.
Po południu Basia oprzytomniała. Skręcały ją bóle brzucha. Wśród jęków i krzyku wydostawała się z niej krew i śluz. Chociaż wyglądało to strasznie, Gertruda wiele by dała, aby i Monika tak samo odzyskała przytomność. Ale mała leżąc cichutko, słabo oddychała pod mizerną kołderką.
Basi wróciły skurcze. Gertruda położyła ją na ceracie i czekała na rozwój wypadków. Dziecko miało 40° gorączki i nie reagowało nawet na bolesny ucisk.
Pod wieczór zjawił się w końcu weterynarz, który w tym czasie leczył i ludzi. Starszy pan przysiadł na posłaniu Moniki, wziął jej małą, ciepłą jeszcze dłoń w swoją rękę i pogłaskał ją po główce. „Ona nie żyje” – szepnął. „Obie mają tyfus. Prawdopodobnie zaraziły się dopiero tutaj. Wiem, że mieszkania służyły za wychodki, a w sowieckiej armii też grasuje czerwonka i tyfus. Ekskrementy to podstępne wylęgarnie chorób. Mała zmarła tak szybko, bo jej układ krwionośny był niewydolny. Starszej udało się przeżyć.”
Gertruda i sąsiadka owinęły Monikę prześcieradłem, a sąsiad zniósł malutkie zwłoki do piwnicy, gdzie było chłodniej.

Maj 1945 roku był niebezpieczny. Szczególnie dla Niemców. Pojawienie się na ulicy było dużym ryzykiem. Jednak Monikę należało pochować. Udało się to dzięki pomocy stacjonującej w tym samym budynku rosyjskiej żołnierki. Sama zaproponowała, że będzie towarzyszyć konduktowi żałobnemu w osobie matki i sąsiadów, odprowadzającemu dziewczynkę na miejscowy cmentarz. Monika spoczęła w wykopanym naprędce dole, okryta jedynie całunem. Miejsce nie zostało oznaczone, śmierć nie została nigdzie zapisana. Znikła ledwie dostrzegalnie dla świata – boleśnie dla najbliższych.

Podczas konferencji alianckich ministrów spraw zagranicznych na Malcie w lutym 1945 r. była mowa między innymi o przyszłym kształcie granicy niemiecko-polskiej, który miał zacząć obowiązywać od sierpnia 1945 r. po Układzie Poczdamskim. Jednak już w czerwcu od strony polskiej uzbrojeni milicjanci zaczęli wypędzać ludność, zamieszkującą ponad stukilometrowy pas na wschód od Odry i Nysy. Także Liegnitz leżało na tym terenie.

Rankiem 20. czerwca 1945 roku Gertruda otrzymała nakaz wysiedlenia.

Polski rząd nakazuje

Dnia 21 czerwca 1945 r. w godzinach od 6 do 9 odbędzie się wysiedlenie ludności niemieckiej.
Ludność niemiecka zostanie przesiedlona na zachód od rzeki Nysy. Każdy Niemiec może wziąć ze sobą nie więcej niż 20 kg bagażu. Cały inwentarz nieuszkodzony ma pozostać jako własność Rządu Polskiego. Niewykonanie rozkazu będzie najsurowiej karane, do użycia broni włącznie. Wszystkie mieszkania w mieście muszą pozostać otwarte, a klucze od mieszkań i domów pozostawione w zamkach od zewnątrz. Wszyscy mają się zebrać na rynku w kolumnie marszowej. Ci Niemcy, którzy posiadają zaświadczenie o nieobjęciu ewakuacją, nie mogą wraz z rodziną opuszczać mieszkań od godziny 5 do 14.

Następnego dnia około dziewiątej Gertruda z córką i sąsiadami znaleźli się w rynku, który ledwie mieścił wszystkich zgromadzonych. Około dziesiątej kolumna marszowa pod okiem polskiej straży konnej ruszyła wzdłuż Haynauerstraße (ul. Chojnowskiej). W większości szły w niej kobiety i dzieci w różnym wieku oraz nieliczni mężczyźni, starzy i niedołężni. Młody wiek oznaczał niebezpieczeństwo nie tylko dla kobiet, lecz także i mężczyzn, chociaż z innych powodów. Odstawiano ich do obozów albo byli rozstrzeliwani.

Konna milicja była wyposażona w karabiny i w baty, z których nie wahano się robić użytku, kiedy kolumna przystawała albo starcy poruszali się zbyt wolno.

Do Haynau (Chojnowa) było około dwadzieścia kilometrów. Pogodny letni dzień przykro kontrastował z szarym strumieniem ludzi, sunącym mozolnie drogą.
Wielu z idących miało nadzieję, że w Haynau nastąpi odpoczynek, ale konni kazali im ciągnąć dalej. Dopiero pod wieczór zatrzymali się w szczerym polu, gdzie przypadkowo pozostało po zimie sporo płotów przeciwśniegowych. Niejedna z kobiet zaraz rzuciła się na te zapory, aby robić z nich prowizoryczne szałasy. Już po samym sposobie poruszania się można było poznać, że to przebrani mężczyźni. Na szczęście polscy strażnicy nie zwrócili na to uwagi, bo póki było jeszcze jasno, rzucili się na bagaże: wysypywali i przetrząsali zawartość toreb i plecaków, zabierając to, co im przypadło do gustu. Powtórzyła się sytuacja z Chomutowa, tylko teraz nie byli to Rosjanie…

Rewizji nie uniknęli także ani Vogtowie, ani Gertruda, jednak jej wynik rozczarował rabusiów – nie znaleźli niczego godnego uwagi. Basia tymczasem spała niezauważona na porośniętej chwastami ziemi, zawinięta w kołdrę. Przykrywała sobą jak kwoczka na gnieździe kuferek, obrączkę ślubną matki i wyciągniętą z domowej kryjówki biżuterię Vogtówien.

Nazajutrz wczesnym rankiem ruszyli dalej. Kto nie miał ze sobą prowiantu, cierpiał z głodu i pragnienia. Gertruda podała dziecku kilka łyków przegotowanej wody z butelki, po czym towarzysze drogi przytroczyli jej Basię z powrotem do pleców. Niebawem zobaczyli na skraju drogi pierwszych zmarłych – starców i małe dzieci. Widok jak na trasie z Chomutowa do Liegnitz! Lato było gorące, więc zwłoki zaczynały już cuchnąć. Tego dnia kolumna zatrzymała się kilka kilometrów przed miejscowością Bunzlau (Bolesławiec).

„Szliśmy już tędy w lutym”, mruknął Georg Vogt. „Tylko teraz nie ma w mieście nic do jedzenia. Musimy oddalić się od kolumny. Na wsi może szybciej znajdziemy po piwnicach coś do jedzenia.” Wieczorem tak manewrowali w tłumie, aby się znaleźć na skraju obozowiska w miejscu, gdzie dwa pola dzielił wyschnięty strumień. Około północy wykorzystali dogodny moment i niezauważeni przez polską milicję uciekli jego korytem.

[…]

Wreszcie dotarli pieszo do Görlitz i przeszli przez Neiße (Nysę). Most wydawał się drżeć pod ich stopami, ale było to tylko złudzenie, spowodowane wyczerpaniem. Basia od czasu do czasu dreptała znowu na własnych nóżkach, co wydawało się być cudem, bo po drodze nie znajdowali prawie żadnego jedzenia. Marta Vogt i jej córki zbierały po łąkach szczaw, a potem wszyscy żuli gorzkawe liście, walcząc w ten sposób z uczuciem głodu.

Z niejasnego powodu Vogtowie i Gertruda jak i tysiące innych Niemców spodziewali się, że po drugiej stronie rzeki wszystko odzyska jakiś porządek. Jednak w Görlitz nie było żadnej administracji – ani niemieckiej, ani sowieckiej. Nikt nie wiedział, co zrobić z wysiedleńcami, panował jeden wielki chaos. W pobliżu rzeki znaleźli przynajmniej jakieś miejsce na nocleg.

Lato roku 1945 pokazało się na szczęście ze swojej najcieplejszej strony, co było wprawdzie trudne do zniesienia w dzień, ale pomocne w przypadku konieczności spania pod gołym niebem. Gertruda dalej niosła Basię na plecach i puszczała ją na ziemię tylko, kiedy córeczka wyraźnie się tego domagała. Po drodze jedli głównie leśne jagody, które żuli jedną po drugiej, jak chleb, żeby na dłużej starczało. I tak miało trwać jeszcze wiele tygodni…

***

Granica pomiędzy starym i nowym życiem została zamknięta. Uchyliła się dopiero w latach 70 XX wieku i wówczas dorosła już Barbara odwiedziła rodzinne miasto. W 1974 roku z mamą oraz znajomymi znającymi język polski, wybrała się w podróż sentymentalną. Nowa Legnica nie przypominała tej z 1945 roku – na szczęście! Nie przypominała też jednak tej zapisanej w dziecięcej pamięci. O tę pamięć zadbały matka i babka Barbary. Na ich wspomnieniach oparła się pisząc później swoją książkę.

W 1974 roku odwiedziły swoje dawne mieszkanie…

Przyspieszyli kroku, bo ich oczom ukazała się niewielka kamienica. Stała obok dwupiętrowego, świeżo odremontowanego domu i wyglądała na niezamieszkaną. Najprościej było wejść do środka przez podwórze. Zmurszałe drzwi stały otworem, te same co przed trzydziestoma laty…
Korytarz był brudny. Barbara przyglądała się nieufnie schodom na piętro. Między pozostałościami prętów poręczy, z których już dawno zeszła farba, wisiały pajęczyny, ale na zakurzonych schodach widniały ślady czyichś butów. Wreszcie stanęli przed drzwiami, za którymi spędziła pierwsze lata swojego dzieciństwa…
Barbara zapukała z lekkim wahaniem. Cisza. Zapukała znowu, głośniej. Ktoś ostrożnie uchylił drzwi. Ukazała się w nich stara kobieta. Patrzyła na nich nieufnie i spytała o coś po polsku.
Fred zrobił krok naprzód, wskazał Gertrudę i Barbarę a potem wyjaśnił, że mieszkały tu przed trzydziestoma laty, i że bardzo by chciały jeszcze raz popatrzeć na swoje dawne mieszkanie. „Czy można?”
W oczach kobiety zamigotało coś na kształt lęku, lecz otworzyła drzwi, i wskazała gestem, by weszli do salonu po lewej stronie. Gertruda i Barbara nie wierzyły własnym oczom: od pamiętnego czerwca 45 roku zatrzymał się tutaj czas! Wszystkie meble stały na swoich dawnych miejscach. Również w sypialni, do której drzwi były otwarte, zobaczyły oprócz małżeńskiego łóżka także dziecięce łóżeczko Barbary, nad którym wisiał święty obrazek z Jezusem błogosławiącym dzieci. W trzyczęściowym, ślepym lustrze toaletki ujrzały swoje zamglone odbicia. Wyglądały jak duchy.
Barbara zmusiła się, by odwrócić wzrok i wejść do salonu, gdzie wzór na tapecie dawno się wytarł. Dawniej brązowy, teraz raczej czarny, sfatygowany dywan świecił dziurami w miejscach, w których często po nim stąpano. (…) W kredensie za szkłem stało pięć kieliszków do wina i dwie kryształowe miseczki, które oparły się pasji niszczenia radzieckich żołnierzy. Obicie kanapy było mocno sfatygowane. Teraźniejszość ukazywała im przeszłość pod zasłoną z kurzu. Gertruda schowała twarz w dłoniach i rozpłakała się. Tyle zostało z ich rodzinnego życia, które rozpoczęli przed wojną pełni nadziei i planów…
Barbara również walczyła z cisnącymi się do oczu łzami, bo nagle jej wzrok zatrzymał się na dwóch żelaznych hakach przymocowanych do futryny drzwi sypialni. Zobaczyła powieszoną na nich huśtawkę, a w niej małą dziewczynkę…
Nagle poczuła, że ktoś kładzie jej rękę na ramieniu. Stara kobieta mówiła coś do niej cichym głosem. Po jej policzkach także spływały łzy, jakby dobrze wiedziała, co czują jej niespodziewani goście…

Po tej wizycie przyszła kolej na cmentarz. Pani Gertruda chciała jeszcze raz pochylić się nad miejscem spoczynku swojej córeczki, westchnąć przy grobie prababki Barbary. Okazało się to jednak niemożliwe.

„Na cmentarzu matka ruszyła pewnym krokiem i nagle nieoczekiwanie stanęła przed murem. Za nim znajdował się lichy trawnik, na którym kilku chłopców grało w piłkę nożną. „To niemożliwe!”, wymamrotała. „Przecież dziadek Larisch pochował tutaj prababcię Luisę. (Luise Antonia Gocke, urodzona 9.04.1853 w Brzenczkowitz, zmarła 5.09.1945 w Legnicy) Gdzie są te groby?”
„Mamo, Polacy przenieśli po prostu tamte prowizoryczne groby w inne miejsce”, pocieszała matkę. „Chyba nie myślisz, że ci chłopcy grają w piłkę na mogiłach?”
Nie, oczywiście! Tego Gertruda nie była sobie w stanie wyobrazić. Ale gdzie było jej dziecko? „Monika nie żyje od prawie 30 lat. Nawet gdyby jeszcze nadal leżała na tym kawałku ziemi, nic by już po niej nie zostało”, powiedziała tym razem nieco ostrzej Barbara. „Co chciałaś zrobić? Odkopać szczątki?” Udało jej się skłonić matkę do powrotu.

Pani Barbara i jej matka zapragnęły wrócić do domu. Od tej chwili stała się nim ostatecznie Braunsbedra. Śladów pochówków ich bliskich nigdy nie udało się odnaleźć.

***

Legnica, wbrew tym wszystkim wydarzeniom, nigdy nie znikła z serca Barbary Siwik z domu Larisch. Dlatego starsza pani stała się, jako użytkowniczka Facebooka, wierną czytelniczką profilu Fundacji Liegnitz.pl. I to tam w początkach listopada 2017 znalazła zdjęcie znicza płonącego pod murem legnickiego cmentarza…

Kontakt z panią Barbarą od początku dotyczył książki, w której zawarła spory kawałek historii mieszkańców Legnicy. Opowiedziała o powojennym losie jednej rodziny, który był jednak udziałem dziesiątków tysięcy innych Niemców. Szacuje się, że 3,5 mln Niemców opuściło swoje miejsce zamieszkania lub zostało przymusowo wysiedlonych, 200 tys. z nich zginęło podczas deportacji do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, 40 tys. umarło w obozach radzieckich, a 60 tys. w polskich, 120 tys. osób padło natomiast ofiarą aktów przemocy, najczęściej z rąk czerwonoarmistów (za: Interakcje. Leksykon komunikowania polsko-niemieckiego). Los wielu z tych ofiar nie jest znany. Miejsce ich pochówku – również. Pozostają wciąż żywi w przekazach rodzinnych, opłakiwani przez kolejne pokolenia. Przez wiele lat milczano o tych wydarzeniach, o ich skali. Dopiero pod koniec XX wieku polscy historycy coraz bardziej otwarcie przyznawali, że miały miejsce. Rozpoczęły się badania archiwów, przesłuchania świadków. Zaczęto pisać książki, artykuły prasowe, kręcić filmy fabularne. Po całych dekadach przemilczeń wreszcie dano głos tym, którzy swoimi pojedynczymi losami zapłacili za przynależność do narodu niemieckiego.

Barbara Siwik nie nosi w sobie żalu. Na wszelkie możliwe sposoby przekonuje, że w wojnie nie ma wygranych. Opowiadając o dramatycznych wydarzeniach powojennych daje tego świadectwo.

Książka “Unwegsame Pfad der Zeit” (“Ciernista ścieżka czasu”) miała premierę w marcu 2018 roku. Choć wyszła w języku niemieckim, jej fragmenty, przetłumaczone przez Marię Bubrzycką, trafiły nieomalże równocześnie za pośrednictwem strony Wiejskie cmentarze ewangelickie województwa łódzkiego do polskiego czytelnika. Ciepłe przyjęcie przez legniczan, którzy dotarli do tych fragmentów za pośrednictwem Facebooka Liegnitz.pl, podsunęło pomysł na zaproszenie autorki do rodzinnego miasta. Zajęło się tym Muzeum Miedzi oraz Fundacja Liegnitz.pl, połączone osobą dyrektora Marcina Makucha.

Spotkanie autorskie odbyło się 6.10.18 w siedzibie Muzeum. Prowadziła je pani Karolina Kuszyk, autorka i tłumaczka literatury niemieckiej. Odpowiedzi pani Barbary tłumaczyła na język polski pani Aleksandra Kuśnierz. Dzięki nim opowieść o książce oraz wywiad z autorką dotarły bez jakichkolwiek
problemów do licznie zgromadzonej publiczności. Niestety chętnych do kupienia niemieckiego wydania nie było. Może warto podjąć starania, by wydać tę pozycję w języku polskim?

W tekście wykorzystałam fragmenty powieści “Unwegsame Pfad der Zeit” w tłumaczeniu Marii Bubrzyckiej, Magdaleny Jakowczyk-Styrc oraz Karoliny Kuszyk. Zdjęcia rodzinne pochodzą z archiwum Barbary Siwik.

Tekst i zdjęcia współczesne: Hanna Szurczak, 12 października 2018

Uwaga od adminki: Mały jest ten nasz świat, mały, maleńki. Karolina Kuszyk jest moją koleżanką w Berlinie, autorką, której teksty  o pani Irence ukazywały się kilkakrotnie na tym blogu. Jeden z nich poruszał tę właśnie tematykę… Zaduszki, groby, poszukiwania (zobacz).

Halloween, Wszystkich Świętych, Zaduszki…

Ewa Maria Slaska

Poszłyśmy wczoraj z Krysią “na groby”, Krysia zrobiła piękne zdjęcia polskich grobów – publikuję je dzisiaj, myśląc, że “Wciąż umieramy” i że taki pewnie będzie tytuł mojej drugiej książki o polskich grobach w Berlinie (pierwszą prezentuję np. TU) .
1 listopada jest dobrym dniem, żeby zobaczyć, gdzie są te nasze groby – stoją przy nich ludzie, leżą kwiaty, płoną znicze.
Piękna ta seria świąt, kiedy myślimy o zmarłych – najpierw Halloween, nie wiadomo dlaczego spostponowany przez wszystkich jako amerykańska komercja, skoro to stare piękne celtyckie święto przodków. Potem nasze europejskie ale i nasze własne, rodzime święto Wszystkich Świętych – też powoli postponowane przez nowoczesną lewicę jako masowy objaw płytkiego polskiego katolicyzmu, a ja, niby też lewaczka, przyznaję się wszem i wobec oficjalnie, że lubię i że wcale nie chcę go ukrócić. Pewnie, lepiej by było żeby te nasze polskie światła 1 listopada – widoczne ponoć nawet z Kosmosu jak Wielki Chiński Mur i autostrady w Belgii – powtarzam zatem, że lepiej by było, żeby nie były z plastiku i może jest to nisza, i można zrobić jakieś badania, i zdobyć pieniądze, i pomysł na biznes, i na start up, może nawet w Berlinie, żeby wymyślić eko-znicze, które się same całkowicie spalą, nie zostawiając śladów i nie szkodząc atmosferze, a może nawet ją oczyszczając (a co tam – jak marzyć, to na całego!)
No i wreszcie dzisiejsze Zaduszki czyli Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych (Commemoratio Omnium Fidelium Defunctorum), które przypominają o ludowych uroczystościach ku czci zmarłych, o ich pogańskich tradycjach i o tym, że na całym świecie przed chrześcijaństwem ludzie wierzyli w swoich bogów i inne siły wyższe, i pamiętali o swoich zmarłych.

Krystyna Koziewicz

Zdjęcia z cmentarza św. Jadwigi na Lissenstrasse i św. Jadwigi na Olenhauer Strasse (ten ostatni nazywany jest czasem “polskim cmentarzem”).

A wieczorem poszliśmy tradycyjnie, na grób profesora Brücknera.

Bełżec zaczęli budować w listopadzie

Już w marcu tego roku przez trzy dni Wielkiego Tygodnia cytowałam tu fragmenty powieści Stasiuka. Dziś w dzień Wszystkich Świętych wracam jeszcze raz do tej książki.

Andrzej Stasiuk, Wschód

A teraz ten zimowy chłód w listopadzie. Grodzką wychodzę na zamek, by patrzeć z góry na ciemną wyrwę w środku miasta. Na resztki ognia, na kebab, na czarny wiatr i na niewidzialne igły lodu razem z tym wiatrem gdzieś od Dorohuska. Od Sobiboru wiatr i od Bełżca. Po to się zjeżdża do miasta Lublin – by patrzeć na Sobibór i na Bełżec i wietrzyć jak pies pod wiatr. Wąchać powietrze. Bełżec zaczęli budować w listopadzie. We Wszystkich Świętych zaczęli. Proboszcz wyznaczał robotników. Niemcy kazali i proboszcz wyznaczał razem z Wójtem. Wiedzieli tylko, że budowa, ale nie wiedzieli czego. Globocnik w białej willi przy Bocznej Lubomelskiej stukał palcem w mapę: tu, tu i tu ma być zbudowane. Bełżec zaczęty we Wszystkich Świętych. Do połowy grudnia stały już baraki rozbieralni i komór. „Obok tego baraku budowaliśmy trzeci barak, o wymiarach dwanaście metrów długości, a osiem metrów szerokości. Barak ten był podzielony na trzy części drewnianą ścianą, wobec czego każda część miała po cztery metry szerokości, osiem długości. Wysokość tych części była dwa metry. Wewnątrz ściany tego baraku zrobione były w ten sposób, że zbijaliśmy deski, a próżnię między nimi zapełnialiśmy piaskiem. Sciany wewnątrz baraku były Objfe papą, nadto podłogi i ściany do wysokości metra dziesięciu centymetrów obite blachą cynkową”. Zupełnie jakby budowalo się dom. Stukot młolków, Wizg pił, zapach żywicy W jesiennym powietrzu. Ludzie idą na cmentarz palić ognie. „Każda część tegoż baraku w północnej swej części miała drzwi o wymiarach metr osiemdziesiąt wysokości i metr dziesięć szerokości. Drzwi te, jak również drzwi od korytarza, były szczelnie obite gumą. Wszystkie drzwi w tym baraku otwierały się na zewnątrz. Drzwi były bardzo silnie zbudowane z trzech calowych brusów i zabezpieczone przed wyważeniem od wewnątrz baraku drewnianą zasuwą, którą wciskało się w dwa żelazne haki, gspecjalnie w tym celu zamontowane”. W listopadzie, jak budowa domu i żywiczny zapach trocin. Żeby zdążyć ze schronieniem przed mrozami. Pierwszy raz byłem tam w zimie. Na wszystkim leżał mokry śnieg. W Tomaszowie Lubelskim kupiłem sobie kawę na stacji benzynowej przy siedemnastce już na samym wylocie. Wypiłem ją przez te osiem kilometrów. Minąłem osiemset sześćdziesiątkę piątkę wiodącą do domu i przejechałem tory kolejowe. Skręciłem w lewo na parking. Wysiadłemi od razu zobaczyłem ten czerwono-czarny napis: „Środki czystości import z Niemiec”. Był wymalowany pędzlem, może sprejem na piętrowym budynku z wielkim ceglanym kominem. Zaraz za płotem obozu. Chodziłem z pół godziny i zgarniałem mokry śnieg z napisów po polsku i hebrajsku. Odnajdowałem miejsca, w których byłem: Dukla, Złoczów, Rymanów, Delatyn. Po polsku i po hebrajsku. Ale trzeba było zgarniać śnieg z kamiennych płyt, by odsłonić litery. Cały czas z tym napisem za plecami, że higiena z Niemiec.

Więc co? Mówimy „Lublin”, a myślimy „Bełżec”? (…) Że to się tak splata, że potem nie rozplączesz? Że trzeba by rozciąć, ale wtedy nic nie zostanie, wszystko wycieknie jak krew z żywego ciała? Ciemność i jasność? Wątek i osnowa? Niewinność dzieciństwa i przeklenstwo doświadczenia? Po to tu przyjechałeś? Miałeś po prostu opisać miasto, a się wikłasz i widzisz Bełżec zamiast kaplicy na zamku na przykład, czyli glorii i chwały niegdysiejszej? Widzę jedno i drugie, i trzecie. Kupiłem bilet i poszedłem. Wszyscy szli, cała kolejka, a w środku ciasnawo. Odczekałem, aż trochę się już naoglądało i wyszło. No więc ciasnota i niebo, i świętość z tym światłem gdzieś u samego szczytu. Jak za tamtych czasów, gdy święte i niebieskie napierało ze wszystkich stron. Świat był wielki i groźny i się można było skryć w bożej opatrzności, zawinąć w bożą łaskę, otulić w ten złocisty płaszcz nadprzyrodzoności, która tutaj, w kaplicy, stawała się ciepła i miękka jak jedwab na Słońcu. Żeby groza diabelskiego świata nie miała dostępu. Groza materii strasznej i rozległej aż po Chabarowsk i Właclywostok, po krawędź ziemi, za którą jest ogniste piekło, gdzie diabli palą ludzkie ciała. (…)

Wyszedłem z przegrzanego wnętrza. Czekała już wiejska wycieczka starszych ludzi. Wchodzili jak do prawdziwego kościoła. Może chcieli nawet przyklękać, tak jak ja chciałem zakręcić się i ulecieć. Pochodziłem trochę po salach. Było to, co wszędzie: ubrania, obrazy, stare karabiny, skorupy. W ciemnej sali mieli wystawę o ludowych strachach. Diabły i czarownice świeciły na czerwono. A w największej wisiały obrazy. Usiadłem na chwilę przez Matejką: Przyjęcie Żydów do Polski. Jak to u Matejki – kłąb, wir ludzi i materiałów. Kolory, draperie, załamania, fałdy, opony i opończe. Bardzo bławatny to był malarz, bardzo bławamy. Żydzi wyglądają jak Cyganie na starych rycinach. Trudno powiedzieć, czy obdarci,czy malowniczy. Tworzą rozgestykulowaną, dziką gromadę. Stoją, klęczą, półleżą, wznoszą ręce do nieba i nie wiadomo, czy chcą do tej naszej Polski, czy raczej rwą sobie włosy z głowy. Władysław Herman patrzy na nich w zadumie i jakby sceptycznie. Wpuścić? Nie wpuścić? Jakaś dwuznaczność jest po jednej i po drugiej stronie. No ale jednak wpuścił, a Żydzi weszli.

Wyszedłem przed bramę królewskiego zamku. Był środek jasnego dnia. Solidarności, Tysiąclecia płynęła rzeka aut. Na placu Targowym, na dworcu roił się tłum. Ale ludzie, samochody, smutne kramy, taryfiarze, autobusy, łyse chłopaki stojące na przystankach, czekające na swoją Bychawę, Piaski i Źółkiewkę, to wszystko ślizgało się po powierzchni, po czarnej tafli jak ze ślepego szkła, pod którym ziała otchłań. Żyli,chodzili, sprzedawali, ale jakby na niby. Ponieważ życie nigdy tu nie powróciło. I nie była to wina taksówkarzy ani łysych chłopaków. Po prostu mieli zbyt mało siły, by przemoc pustkę piekieł. Nikt nie miał dość siły. Tego samego dnia, który był zimny, ale jasny, poszedłem w górę Lubartowskiej. Na rogu Unickiej, przy dawnej jesziwie, zawróciłem i zacząłem iść w dół. Prawa strona. Zaglądałem w podwórka. Tam było jak wtedy o świcie, gdy przyjechałem pierwszy raz. Grzyb, wilgoć, szary mur, piwnica, coś gniło, pleśniało bez światła. Komórki, próchno przybudówek, strupiały, wieczny zmierzch. Wyglądało jak niczyje. Jakby wtedy, tamtą wiosną czterdziestego drugiego, straciło oddech i przez dziesięciolecia się dusiło. Siniało. Rozkładało się. Nie było na to siły. Więc szedłem i zaglądałem. Spadziste podwórka. Okienka w cudze życie. Blade dzieci. Psy samopas. Skuleni w kapturach tym swoim szybkim, czujnym krokiem. Brama za bramą. Bury fotoplastykon. Żadnej pamięci poza niejasnym wspomnieniem, że było coś innego. Że to ani już cudze, ani jeszcze własne. I nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie. Bo jak można wziąć coś, co zastało spalone i rozwiane. Zostają resztki, domy przesiąknięte śmiercią, rzeczy przesiąknięte tłustym dymem. Życie w tym ledwo się może tlić. Jak płomień bez tlenu.

Na Lubartowskiej, na dworcu, spacerując z wózkami po błoniu u stóp zamku, biegając w dresach. Czy to się tak bardzo różni od noszenia ubrań po nich? Wsuwać ręce w rękawy, wsuwać ciało w miejsce ich ciał w przestrzeni. Gdzie jest granica między szabrem, koniecznością a oczywístością? Nie do rozstrzygnięcia. Cudze, niczyje, moje. „A co? Miało tak leżeć? A co? Miało tak stać?” Więc weszliśmy w ich życie, nie dzieląc ich losu, bo któż by chciał albo śmiał. Żyjemy na zgliszczach, mamy zwęgloną, martwą pamięć. Pustą. Więc Lubartowskąw dół i potem znów na dworzec. W kółko. Żeby patrzeć na ludzi, którzy wypełniają tę przestrzeń nie do wypełnienia. Są zziębníęci i cisi. Stoją oddzielnie. Młodzi czasem razem. Nie piszę o Żydach. Piszę o nas. O tych, którzy zostali. O tym, że wypełniliśmy przestrzeń, z której zniknęli. Że swoim życiem próbujemy wypełnić miejsce po ich życiu. O moich rodzicach na przykład, którzy mogli przybyć ze wsi do wielkiego miasta, ponieważ w tym mieście zwolniło się miejsce. I mogłem się tam urodzić, by potem pielęgnować naiwną wschodnią nostalgię, zanim pojąłem, że Wschód to też grób. Że im dalej w tamtą stronę, tym mniejsze jest nasze znaczenie, tym łatwiej się nas pozbyć i zamienić w proch albo lód. To kwestia przestrzeni, której jest tu nadmiar. „Wschód należy do ss”, powiedział Himmler i wysłał Globocnika, który w białej willi przy Bocznej Lubomelskiej stukał palcem w mapę i mówił: „Zbudujemy tu, tu i tu”. Ponieważ trzeba było zrobić miejsce, bo do nich miał należeć Wschód. Bo o Wschód nikt się nie upormni. Bo Wschód był zawsze wysypiskiem ciał. I można było je palić, aż tłuszcz osiadał na szybach domów pięć kilometrów dalej. Lecz nikt nie śmiał się upomnieć, tylko kobiety bez słowa myły okna. Tak było w Bełżcu od jesieni czterdziestego drugiego do wiosny czterdziestego trzeciego. Ponieważ trzeba było zrobić miejsce, bo Wschód miał należeć do nich. Ale miejsce zostało dla nas, a nie dla ss. Weszliśmy do cudzych domów i w szafach rozkładaliśmy nasze rzeczy. Mówiliśmy: „To są niczyje domy, niczyje szafy” i układaliśmy nasze rzeczy. Patrzyliśmy przez cudze okna, myśląc, że to jest nasz widok. Nie mieliśmy pojęcia, co skrywa. A skrywał miliony cudzych spojrzeń, które zostały zwęglone i niewidzialny popiół spadł na nasze dni.

No to co w końcu z tą kraina, której bramą był i jest Lublin? Co tam takiego było, że ciągnęło? jaka obietnica? Pustki? Z tym krajobrazem, w który cywilizacja wsiąka jak woda w piasek? Bo co? Miałeś nadzieję, że w końcu znajdziesz się sam i staniesz naprzeciw przedwiecznego jak pierwszy człowiek? Tak? Wyruszając przez Lublin, dalej i dalej na sam skraj ziem? (…) Zostałbym dłużej, ale wyjeżdżałem. Wilgotnawo tam było, ciemnawo, listopadowo. Pachniało węglowym dymem. W każdej bramie urzędował adwokat. Miasto pieniaczy sądowych, można by pomyśleć. Ale potem się dopatrzyłem, że zaraz obok dwie prokuratury oraz urząd skarbowy, więc po prostu obrona konieczna. No więc adwokactwo, mieszczaństwo i ten szary cień kamieni. Trochę jak w Peszcie, ale takie mniejsze, przykoślawione, niższe. Literacko to ulica Krokodyli. Widać Galicję rozcieńczoną Kongresówką, wszystko zanurzone w tym wiecznym zmierzchu listopada, w tym nieco bezbarwnym półśnie strefy rozpostartej między jesienią a przedwiośniem. Pogranicze kultur, języków, religii i pogody. Z okna miałem piękny widok na blaszane dachy i plątaninę staroświeckich anten telewizyjnych. No ale trzeba było się zbierać. Wyjeżdżałem przed świtem. Ruszały pierwsze auto- busy. Jak zwykle chciałem bocznymi. Chciałem bez przeszkód patrzeć, jak wstaje dzień, jak z mroku wynurza się kraj. Najpierw na Bełżyce, potem na Kraśnik. W głąb ojczyzny. W głąb jej ciemnego ciała. I potem, gdy kształty dnieją, w tę szarawość, w te wysmużone dale, na które ktoś ponalepiał domy, płoty, ludzkie
rzeczy, całą tę historię istnienia w listopadzie płaską jak wycinanka. Iak wylepianka. Bełżyce, Kraśnik, Zaklików, gdzie już zaczynało się podkarpackie, ale wolałem myśleć, że to wciąż lubelskie. Nie miałem nic przeciwko. Nie miałem nic przeciwko, żeby Lublin został stolicą całego kraju. Ale nie tak jak w czterdziestym czwartym, tylko naprawdę. Bardziej przypominał Polskę niż Warszawa. Z tymi jej wieżowcami z importu i fontannami, które miały na wieki zetrzeć hańbę prowincjonalizmu, nie dającą jej spać po nocach. Lublin był lepszy. Niczego nie udawał. Lodowaty wiatr ze wschodu o dziesiątej wieczór wymiatał ulice z ludzi. Tylko w sobotę Krakowskim szła młodzież. Nikogo starszego. Szli skuleni i mówili głośno. Klęli i mieli pospolite głosy. Dziewczyny tak samo jak faceci. Przyjechali ze swoich miasteczek i próbowali wypełnić niewypełnialną pustkę tego miasta. Dlatego Lublin bardziej przypominał Polskę z jej nieciągłością, przerwami w zabudowie, z jej zwielokrotnioną, nieoczywistą tożsamością. Na Wyszyńskiego pod czwórką widziałem czarny szyld: „Flagi narodowe, kościelne, unijne”. Więc Lublin walczył. Próbował pozszywać to, co się rozłaziło w palcach. Lublin był bohaterski i pozbawiony ostentacji. I handlował na lodowatym asfalcie w ciemnej dolinie czasu i głosami młodych próbował wypełnić śmiertelną ciszę. Tak myślałem, zostawiając miasto za sobą. Wyobrażałem sobie, że powracam do niego w maju, o zielonym zmierzchu,w gasnącym świetle, w powietrzu pachnącym dzieciństwem, gdy zapadający mrok był obietnicą cudu i tajemnicy. Że powracam do Lublina niczym w jnajdalsze dni, gdy dana nam była łaska niewinności. Tak jak do tamtej wsi nad Bugiem, gdzie w blasku poranka, w wiejskiej izbie wirował złocisty pył. Wjechałem w to Podkarpackie i od razu zaczął się lód. Czterdzieści na godzinę i naprawdę nie dało się więcej. Ci, co próbowali, stali teraz z nosami w rowach i czekali na traktor. To tu, to tam. Wyprzedziła mnie straż na sygnale. Patrzyłem za nimi z podziwem. Była może ósma. Szary, poranny lud stał na przystankach. Faceci palili. Miałem zamknięte okna, ale czułem ten zapach w zimnym, szklistym powietrzu poranka. Tak, było po ósmej, bo w Radiu Maryja leciały godzinki. Ilekroć rano jadę gdzieś poprzez kraj, to słucham i śpiewam na cały głos:

Zacznijcie, wargi nasze, chwalić pannę świętą,
Zacznijcie opiewać cześć jej niepojętą,
Przybądź nam, Miłościwa Pani, ku pomocy,
A wyrwij nas z potężnych nieprzyjaciół mocy.

Śpiewam, by przywołać pamięć swoich babek i dziadków. Tak robiłem i teraz, na tej gołoledzi. Przpominałem sobie ich twarze. Były podobne do tych na przystankach. Ich domy były podobne do tych przy drodze. Zwyczajne, bez ostentacji, kiedy spuściło się z nich wzrok, po prostu przepadały. Ale zapamiętałem z dzieciństwa tę dziwną przemianę, tajemne przeistoczenie, gdy o poranku z ust dziadków zaczynały płynąć słowa pieśni. Zazwyczaj mówili ludową prozą, a raptem, nieoczekiwanie spływał na nich dar poezji. Ich twarze jaśniały, a wzrok sięgał poza codzienność, wysoko, daleko, gdzie okrucieństwo życia nie miało dostępu.

Tyś krzak Mojżeszów boskim ogniem gorejąca,
Tyś różdżka Aronowa śliczny kwiat rodząca,
Bramo rajska zamkniona, różo Gedeona,
Tyś niezwyciężonego plastr miodu Samsona.

Dlatego gdy jadę przez kraj, rano, daleko od domu, zawsze tego słucham. Wyobrażam sobie swoich dziadków kiedyś i tych wszystkich ludzi o szarej godzinie poranka, teraz, w domach, które mijam, wsłuchanych w pieśń, która zdaje się nie mieć końca. W murowanych, starych z drewna, z krzywymi kalenicami, pod eternitem, w nowszych, jak z jakiegoś obcego, odległego snu, z wygonami, zagonami, polami zaraz za ścianą, z tymi wstęgami roli albo już ugoru ciągnącymi się hen pod las, pod zagajnik, po tutejszy horyzont wyniebieszczony, wysiwiały od mgły. Wyobrażam sobie, jak siedzą przy swoich radiach i kołyszą się lekko w tył, w przód, a ich usta bezwiednie podążają za modlitwą. W tył i w przód. W głąb czasu, poza jego wyobrażalne granice nad Jeziora Gorzkie, nad Morze Trzcin, na pustynię Szur, na pustynię Sin, w cień Horebu i dalej aż na górę Nebo, z której otwierał się widok na Kanaan. W tył i w przód, szepcząc, powtarzając, śpiewając o Mojżeszu, Aronie, Gedeonie w polowie listopada minionego roku w Woli Rzeczyckiej, w Musikowie, Bąkowie, Chłopskiej Woli i w Podborku. Śpiewałem razem z nimi. W Stalowej Woli skończyła się gołoledź.

Reblog: Najładniejsze dekoracje halloweenowe w Nowym Jorku

Z blogu:

Little Town Shoes

zapiski o życiu w Nowym Jorku

Filmik nagrała i blog prowadzi Magdalena Muszyńska, która tak pisze o sobie:

O mnie

Przeniosłam się do Nowego Jorku osiem lat temu. Jak większość osób, które mieszkają tutaj jestem zakochana w tym mieście. Czasami trudno uwierzyć dlaczego, bo głośno, bo brudno, bo drogo:) Ale Nowy Jork jest niezwykłym miejscem. Energia, koloryt i tempo tego miasta uzależnia. Jest też jednym z tych niewielu miejs, gdzie każdy, bez względu kim jest i skąd pochodzi, może tu być sobą.

Obecnie pracuję w firmie social media w Soho, Trzy lata temu zostawiłam pracę w Agencji, a moja pasja czyli “opowiadanie o Nowym Jorku”, stała się moją pracą. Zdałam egzamin na przewodnika po NYC i oprowadzam po moim ukochanym mieście.

Jeżeli planujesz wyjazd do Nowego Jorku i szukasz prywatnego przewodnika i pomocy w organizacji wyjazdu tu znajdziesz więcej informacji.

Obecnie jako jedyny polskojęzyczny przewodnik otrzymałam „złotą gwiazdę” od miasta jako dowód uznania wiedzy o NJ.

W marcu została opublikowana moja książka “Z Nowym Jorkiem na NY”, która jest na pierwszym miejscu pod względem sprzedazy w Empiku w kategorii turystyka i przewodniki w 2016 roku.

Moj blog o Nowym Jorku, a życiu w Ameryce, o życiu na emigracji. To trochę subiektywny przewodnik po Nowym Jorku, to trochę zbiór notek o codziennym życiu w Nowym Jorku, to trochę „insiderskich” porad, od kogoś kto tu już kilka lat mieszka.

Moje opowiadania, nowojorskie historie i zdjęcia zostały pokazane między innymi w TVN, Radio Zet, Radio ZET Chilli, Magazynie Gazety Wyborczej, Elle Polska, Twoj Styl, wp.pl. i wielu innych publikacjach prasowych.

Mieszkam na Brooklynie z mężem, psem i dwoma kotami.

Do zobaczenia w Nowym Jorku!

Magda

Travel Channel & LittleTownShoes

Jom Kippur 5779

Für meine Deutsche Leser ein Link zu einem Beitrag über Meike Weinemuth – sehr interessant.

Mija dziesięć Strasznych Dni Pokuty. Zaczął je Nowy Rok czyli Dzień Sądu, kończy Jom Kipur – Dzień Pojednania. Bóg zakończył osądzanie ludzi, wydał wyroki oraz wybaczył pokutującym winy.

Księga Kapłańska 23:27–30

Dziesiątego dnia tego samego siódmego miesiąca będzie dzień pojednania. Będzie to dla was święte zgromadzenie. Ukorzycie się i złożycie Panu ofiary ogniowe. Żadnej pracy w tym dniu wykonywać nie będziecie, gdyż jest to dzień pojednania, aby pojednać się z Panem, Bogiem waszym.

Maurycy Gottlieb, Żydzi modlący się podczas święta w synagodze (1878)

Stanisław Vinzenz, Tematy żydowskie, rozdział Ofiary w Kołomyi

W miasteczku Pistyń pod Kołomyją wierzono wśród Żydów, że podczas nabożeństwa umarli wstają z cmentarza i biorą udział w Sądnym Dniu, w nocy Sądu Bożego. Niech i dziś będą obecni w sądzie nad światem (…).

Poszedłem na nabożeństwo Sądnego Dnia. Znalazłem fenomen modlitwy tak gorącej, tak przemieniającej, a tak odmiennej u każdego z modlących się, że wszelkie ślady nowoczesnych “wmówień”, jakoby sama modlitwa była tylko jakimś wmówieniem, wyłącznie ułudą czy iluzją, odpadały ze mnie. (…) Wnikając w teksty modłów, przedłożone nam gościnnie w przekładzie niemieckim, słuchając śpiewów i łamiącego się tragicznie głosu starca, przewodnika modlitwy, oglądając twarze starców, lecz także ludzi zupełnie młodych, wyczerpane postem i wysiłkiem nieustannej modlitwy, przesiedzieliśmy razem (…) aż do północy, a następny dzień aż do wieczora (…), a wszyscy modlący się pościli bez przerwy, nawet ci starcy, nawet ci, którzy mdleli z wyczerpania, nie wzięli do ust ani kropli wody.

Ale myli się Vinzenz, bo to co opisał tak pięknie, to nie Dzień Sądu lecz Dzień Pojednania, Jom Kippur – dzień całkowitego postu. Na stronie israel heute (izrael dziś) znajduję informację, kiedy zaczynamy i kiedy kończymy pościć:

Jerusalem – początek (wczoraj) 18:05 koniec (dziś) 19:16
Tel Aviv – początek 18:22 koniec 19:16
Haifa – początek 18:15 koniec 19:17
Beersheva – początek 18:23 koniec 19:17
Eilat – początek 18:11 koniec 19:16

Gmar Chatima Tova

I pamiętajcie, że najlepiej, żeby na kolację były ciasto, owoce i ryba na słodko z bakaliami.

Przypominam sobie, że przed kilkunastu laty, podczas pielgrzymki do Santiago de Compostella, nocowałam tej nocy w czteroosobowym pokoju (na piegrzymce wielka rzadkość!) – były ze mną dwie studentki z Izraela i niemiecki strażak, który czytał Biblię. Była to ostatnia noc pielgrzymki – następnego dnia wieczorem spotkałam się z siostrą na placu przed najpiękniejszą katedrą na świecie katedrą, wzniesioną przez Mistrza Mateusza dla szczątków apostoła Jakuba.

A przy okazji – wiecie, że są co najmniej dwie książki polskie z Jom Kippur w tytule? A ja do dziś o żadnej z nich nie słyszałam. Mylą się więc ci, którzy sądzą, że ja to wszystko czytałam. O nie!

Powieść Wiesława Mandryki-Bukowińskiego nie jest podobno (nie wiem, nie czytałam) powieścią o Żydach lecz o kondycji ludzkiej, nie chodzi w niej o religię lecz o kondycję ludzką.

Natomiast druga książka, Jom Kipur Kazimierza Traciewicza to przede wszystkim powieść o polskich Żydach, a raczej, jak można sądzić z blurba (tej powieści też nie czytałam) o Polakach i Żydach w czasie wojny: Powieść Traciewicza osadzona jest mocno w materii życia i materii historii a ich zrozumienie prowadzi do uznania niejednoznaczności i wielości krańcowych przejawów człowieczeństwa: od heroizmu do podłości, i to tak po stronie polskiej jak i żydowskiej. 

Mam nadzieję, że ten tekścik nie odpowiada jakością książce – przyznaję, że dawno nie czytałam takiego pustosłowia jak to jedno zdanie.

Wierszyki na dzień dziecka

Z okazji Dnia Dziecka „Bajeczki Broma”, dla tych najstarszych, średnich, oraz najmłodszych, czyli pra… dziadków, rodziców, dzieci, wnuków et caetera, z życzeniami dziecięcej radości oraz miłej, świątecznej, rodzinno-pokoleniowej zabawy

Roman Brodowski

Dzień dziecka

Każdy z nas, i Ty, i ja
Dzieckiem był i dzieckiem jest
Każdy to „coś” z dziecka ma
Choć nie każdy o tym wie.

Pierwszy czerwca mamy dzisiaj
Więc na spacer weźmy dzieci
Lub kochane wnuki, wnuczki
I szalejmy do wieczora
Robiąc z nimi figle, sztuczki

Zapomnijmy dzisiaj o tym
Że gdzieś strzyka, lub coś boli
Bądźmy tacy jak … przed laty
Nie pytając czy przystoi

Żeby dzieci swe zrozumieć
I być z nimi zawsze w zgodzie
Powinniśmy żyć ich życiem
Nie raz w roku ale… co dzień

Więc nie licząc swoich lat
I bez względu na pogodę
Ślę życzenia dzisiaj nam
Bo w nas jeszcze dusze młode.

Berlin 26.05.2018

Myszka

Spotkałem raz myszkę maleńką.
Pod krzewem niedużym siedziała.
Ach witaj mój drogi olbrzymie
Ach witaj ! – w mą stronę wołała.

Spojrzałem na myszkę z wysoka
Zdziwiony tym faktem wyraźnie
I szeptem, by myszki nie spłoszyć
Odrzekłem jej, witaj…, przyjaźnie

A potem dłoń do niej zbliżyłem
(Bo w dłoni trzymałem bułeczkę)
I chciałem podsunąć pod ryjek
By myszkę nakarmić troszeczkę

Lecz myszka niestety uciekła
Ukryła się w norce przy krzaku
Bo myszki na ogół się boją
I ludzi i kotów i ptakòw.

Więc moją bułeczkę spokojnie
Powoli wsunąłem pod krzaczek
A potem szybciutko odszedłem,
Do tyłu, spokojnie jak raczek.

Czekałem ukryty w oddali
Cierpliwie, z nadzieją że wróci.
Bo chciałem ją jeszcze pożegnać,
Bo chciałem jej piosnkę zanucić.

Lecz myszka została w swej norce
Nie chciała się więcej pokazać…,
I tak się skończyło spotkanie,
Przygoda, co rzadko się zdarza.

Dla Kasi. Berlin 11. 05. 2013

Kwiatowa kołysanka

W naszym ogródku na rabatce,
Gwiaździstą nocą lub o świcie,
Można usłyszeć mowę kwiatów
Mówiących o swym krótkim życiu

Czerwona róża – herbacianka
Spiera się z kwiatem piwonii
O to, kto pachnie intensywniej
W czyjej wiatr letni tańczy woni.

Stokrotka chwali się przed bratkiem
Bogactwem śnieżnobiałych płatków,
Bo bratek chociaż też jest kwiatkiem,
Żyje w swych płatków niedostatku.

W dali, przy płocie śliczna lilia
Stoi samotnie w cieniu krzewów.
Spogląda z góry na narcyza
Słuchając jego – córko – śpiewu

Tylko maciejka milczy skromnie.
Czekając wieczorowej chwili,
Błękitem kwiatków z trawy zerka,
Pragnie by ludzie ją chwalili.

I ludzie chwalą ją, wąchają…,
Choć niepozorna jest, nieduża
Pachnie wieczorem najprzyjemniej
Swoim zapachem wprost odurza.

Żeby usłyszeć mowę kwiatów
Musimy zamknąć swe oczęta.
We śnie możemy ją zrozumieć
Rankiem? – możemy ją pamiętać.

Więc zamknij oczka moja Kasiu
Niechaj przytuli Cię poduszka,
Niechaj melodia wszystkich kwiatów
Napełni twoje małe uszka.

Czerwcowy poranek

Zapukało słoneczko do okna
Rozjaśniło porankiem komnatkę
I uśmiechem złocistych promieni
Zaprosiło Kasię na herbatkę.

Wstawaj miła panienko z łóżeczka
Czas powitać czerwcowego przybysza.
To kolejny, szósty już miesiączek.
Radość dziecka przyniósł sobą dzisiaj

Kasia wstała pospiesznie z pościeli
Do okienka podeszła wesoło
I spojrzała na świat spoza szyby
A tam pięknie, kwieciście wokoło.

Bez liliowe otworzył dzwoneczki
Niby kiście winogron wśród liści.
Tulipany zakwitły w ogródku.
Nieopodal bardzo starej wiśni.

Na zielonym jak morze dywanie
Pośród trawy wyrosły żonkile
Stoją dumnie ciesząc ludzkie oko
Uśmiechając się do świata mile.

Nawet ptaki śpiewają weselej
W swoich małych mieszkankach.
Zapraszają Cię moja księżniczko,
Na ich koncert ciepłego poranka.

Więc nie czekaj aż poranek minie
Szkoda czasu na leniuchowanie
Niespodzianka dziś czeka na ciebie…,
Ale najpierw…, rodzinne śniadanie.

Berlin 01.05.2015.

Bajka o Koparce

Dziś zapytał mnie Kamil z przedszkola
Czy znam jakąś o koparce bajeczkę?
Cóż, nie znałem niestety, tak bywa.
Więc odrzekłem, pomyślę troszeczkę.

Pomyślałem, i bajka na życzenie powstała.
„Bajka o przyjaźni walca i koparki“
Z którą razem wiosenną oraz letnią porą
Budowali drogę z Krakowa do Warki.

Koparka, co w ziemi kopała bez przerwy
Pomagając ludziom na placach budowy,
Zapragnęła zmienić swoje nudne życie
I ruszyła w drogę, w świat zupełnie nowy.

Wędrowała długo, przez lasy, przez pola
Szukając wokoło ciekawej posady.
Aż w końcu dotarła na budowę drogi
Na budowę nowej, pięknej autostrady.

Podeszła cichutko do szefa odcinka
Skłoniła się nisko, po czym przedstawiła,
I warkotem spokojnym swojego motoru,
O przyjęcie do pracy grzecznie poprosiła.

Szef koparkę zatrudnił po krótkiej kontroli
Obok walca, co asfalt niby ciasto rozgniatał,
By mu swoją pomocą w każdej chwili służyła… .
I chcąc nie chcąc maszyny obie z sobą pobratał.

Więc pracują codziennie niby para dobrana.
Dni, tygodnie, miesiące, podążają przed siebie
Przebywając ze sobą od wieczora do rana,
Kiedy słonko przypieka i gdy chmury na niebie.

Tak za nimi, powstaje droga nowa i piękna.
Autostrada wiodąca z Krakowa do Warki
Po niej będą niebawem autokary jeździły
Kiedy skończą budowę ludzie, walce, koparki.

Berlin, 16.10.2013

Herrensalat na Herrentag

czyli Tibor Jagielski

Sałatka ze szparagów (stary przepis krzyżacki)

jaja (6, ugotować, obrać, pokroić)
szparagi (250 gram, to samo, co wyżej, tylko najpierw  obrać)
pieczarki zebrane świeżo na polu (250 gram, podsmażyć na maśle, pokroić – u mnie pieczarki rosną na podwórku, już wyrosły – Adminka)
ogórki konserwowe (250 gram, chyba też pokroić, jak mniemam – Adminka)
pietruszki, szczypiorku, koperku do woli,
dodać sos á la byk (patrz: blog „gotuj się”, adamczewski, 2009, chyba też maj, ale nie jestem teraz pewien)
wymieszać ostrożnie, odstawić na parę godzin w chłodnym miejscu,
zaserwować, śpiewając czastuszki i strzelając hołubce;
smacznego!
tibor

A teraz informacje dodatkowe ode mnie czyli Adminki.

First things first, jak mawiają starożytni Anglicy. Rzecz pierwsza: sos.
Sos z bloga “gotuj się”, Adamczewski znalazłam na youtubie:
https://www.mojegotowanie.pl/filmy-kulinarne/gotuj-sie-piotr-adamczewski-zaprasza-na-szparagi-3
Mam nadzieję, że to ten. Pewności oczywiście nie ma. Jakby się wam nie chciało notować podczas oglądania, podaję: wrzucić pokrojone w kawałki jajko na twardo do miski, dodać grubą sól morską i dużo oliwy pierwszorzędnej jakości z pierwszego tłoczenia (czyli, jako się rzekło, first things first). Można zblendować lub zmiksować, ale panowie (panowie! toć to Herrensalat na Herrentag!) wybierają metodę pana Adamczewskiego czyli utrą te składniki ręcznie, a trzeć będą, aż uzyskają gładką masę.

Rzecz druga: Tibor.

Tibora poznałam lata temu, gdy pracowałam w redakcji Poglądu. Trudno w to uwierzyć, ale Pogląd przestał istnieć (przestał istnieć!) trzydzieści lat temu. Czas to jednak straszne hadztwo.

Rzecz trzecia: Pogląd.

Pogląd przestał istnieć trzydzieści lat temu, a my tam pracowaliśmy póki jeszcze istniał, każde z nas póty, póki nas z tej pracy nie wyrzucił redaktor naczelny i założyciel czasopisma, Edward Klimczak.

Rzecz czwarta: Edward Klimczak.

Edward Klimczak umarł 15 kwietnia 2011 roku. W roku 1988 przestał istnieć założony przez niego Pogląd. Pogląd był od roku 1983 kontynuacją Biuletynu Informacyjnego KOS czyli Komitetu Obrony Solidarności. Biuletyn Informacyjny KOS był organem Grupy Roboczej Solidarność, którą Edward Klimczak założył w Berlinie Zachodnim w dzień po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego. Klimczak przyjechał do Berlina w roku 1976 i pracował tu na Wolnym Uniwersytecie Berlińskim jako lektor i wykładowca. Do Niemiec przyjechał w roku 1973. Studiował filologię angielską i rosyjską. Urodził się w roku 1944 w Kielcach.

Rzecz piąta: Tibor po raz drugi.

Wraz z przepisem otrzymałam od Tibora taką oto informację: przez dziesięć lat byłem na blogu adamczewskiego “gotuj sie!” (“polityka”) i zamieściłem tam ponad setkę przepisów, w tym parę moich własnych, oryginalnych.
Generalnie – Tibor pisze, ma świetne tytuły. Ostry miecz horyzontu, Metalowe oko satelity. Reszta też dobra.

Rzecz szósta: Herrentag (zwany też Vatertag czyli Dzień Ojca)

Herrentag to święto Wniebowstąpienia Jezusa (co w bezbożnych Niemczech jest dniem wolnym od pracy, a w katolickiej i świętobliwej Polsce – nie). W ten Pański Dzień czyli Herrentag panowie (Herren) po dziś dzień (Tag), pojedynczo lub grupkami, udają się do lasu na pieszą wędrówkę lub przejażdżkę wozami drabiniastymi lub innymi, często gęsto popijając z manierki przyczepionej do specjalnej okutej laski. Jedzą też zabrany na wycieczkę prowiant lub odwiedzają leśne oberże, racząc się głównie mięsem.

Niewykluczone jednak, że w czasach krzyżackich typową potrawą w Dniu Ojca była wegetariańska sałatka szparagowa.

Wielkanoc. Rytuały przejścia

Anna Dobrzyńska

DZIEŃ

A kiedy się spełni mój czas określony,

I dzień kolejny po prostu przeminie,

Wskazówki zegara się znowu spotkają,

Na znanej, zwykłej, pradawnej godzinie,

X

W jesiennym półmroku, wieczoru szarości,

Srebrny liść spadnie, kolistym swym lotem,

Na ziemię, co wkrótce do siebie go przyjmie,

I śnieżnej czapy zasnuje go złotem,

X

Odejdą w niepamięć mych dni, chwil tysiące,

Zagaszą ogień, mej świecy płomieni,

Światło się skończy, i mrok poczernieje,

Ciepły wosk w kamień, zimny się zmieni,

X

Odstąpi dzień nocy, swe jasne godziny,

Chłód na stworzenie, zimowy sen ześle,

Ucichną polany, las cisza otuli,

Zima swą mroźną, woń wokół roześle,

X

A gwiazdy na niebie, których po miliony,

Spadną z wysoka, i zimnem przeszyją,

Tak trwałe na niebie, tak kruche wśród ludzi,

Płatkami śniegu, co ziemię przykryją,

X

Trzask tafli jeziora, skrzyp śniegu pod butem,

Zadmie wiatr zimny, powietrzem swym zmrozi,

Gałęzie drzew starga, szron na nich osadzi,

Siła, potęga, żywemu wciąż grozi,

X

Z gór rzeki przeniosą, wód kroplę źródlanych,

W ocean wielki, setki mil odległy,

Z chmur nasiąkniętych, wodami spod ziemi,

W końcu deszcz spadnie, na teren rozległy,

X

I szarość się zmiesza z błękitem, zielenią,

Tak jeszcze bladą i niewybarwioną,

Z każdym dniem silniejszą, mocniejszą, barwniejszą,

Pełną odcieni, w słońcu opaloną,

X

I ziemię przebije, wiosenny pierwiosnek,

Co daje radość przez samo istnienie,

Tak ładny i skromny, tak biały i czysty,

Żyjący swym pięknem, na słońca skinienie,

X

A zza oceanu, i zza wielkiej wody,

Ptaki powrócą, do domu, do siebie,

I z słońca promieniem, lot cichy skrzyżują,

W blasku jasności, jaśnienia na niebie,

X

I pójdę w tę jasność, w bieli, czystości,

…Z Miłością mą całą, po bezkres wieczności.

 

Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 4

Andrzej Stasiuk jedzie przez Polskę. Na Wschód. W Wielką Środę wyjechał od matki i po drodze wciąż jeszcze z nią rozmawia.

Z powieści Wschód, Czarne 2014, strona 69-75

Wielka Sobota

Tomaszów. Opłotki. Wielka Sobota. Czerwone wozy straży parkują pod kościołem. Odnajduję osiemset pięćdziesiątkę i ruszam w stronę Hrubieszowa. Kiedy zaczynają mówić księża redaktorzy, wyłączam. Mówią ślisko i martwo. Zupełnie inaczej niż ci wszyscy, którzy z tych domów, z tych gminnych poczt wysyłają wdowie grosze. To tak, jakby płacili za to, że czasami mogą mówić łamiącym się głosem z głębi nocy, z otchłani swojego Wielkiego Piątku, swojej Soboty. Wypełniają czerwone przekazy i płacą za to, że ktoś ich wysłucha. Jadwiga z Lubaszowa. Stefan z Oleszyc. Znikąd. Niemi, odłożeni, odwieszeni na haczyk nicości. Płacą i mogą przemawiać z głębi swojej samotności, z głębi swojego lęku. No więc jadę i czuję w powietrzu wokół ich głosy. Gdyby nie to radio, nigdy bym ich nie usłyszał, nie usłyszałby ich nikt. De profundis. Krajobraz faluje. Łagodne grzbiety wzgórz toczą się na wschód ku granicy. Jasnozielone i brunatne na przemian, podzielone geometrią miedz. Spłachetki. To zniknie, gdy ostatni starzy umrą, a młodzi odejdą. Czasami widuję ich razem w tych sklepach z blachy wypełnionych trupim światłem. Dziadkowie i wnuki. Młodzi podnieceni, z gorączka w oczach. Starzy czujni, ostrożni, w ubraniach z dawnych czasów. Podążają niepewnie w ślad za młodymi, którzy poruszają się jak w hipnozie. Wnętrza są bez okien. Jak grobowce, jak prosektoria. To się pewnie tak skończy. Wszyscy tam przyjdą i dadzą się zamknąć. Potem zgaśnie nawet trupie światło i będą chodzić, będą pełzać, świecąc sobie telefonami, aż skończą się baterie. Takie myśli miałem, jadąc osiemset pięćdziesiątką na Hrubieszów. Mijałem kobiety na rowerach wiozące święconkę. Duże wiejskie kosze przykryte białymi serwetkami. Była Wielka Sobota. Przydrożne krzyże ktoś przybrał kolorowymi wstążkami. Pod jednym palił się czerwony nagrobny znicz. Ale na przekór otchłani, która otwierała się u fundamentów świata, dzień był ogromny i świetlisty. Od Wyżyny Wołyńskiej blask ciągnął jak wiatr.

Kiermasz wielkanocny w Hrubieszowie  2014. Organizatorami kiermaszu były: Hrubieszowski Dom Kultury i Gminny Ośrodek Kultury w Wołajowicach. Wzięło w nim udział około 50 wystawców, którzy oferowali tradycyjne i współczesne palmy, stroiki, pisanki i wiele innych świątecznych wyrobów.

W Hrubieszowie przy kościele ubrane na obcisło chłopaki stały wokół passata. Drzwi były pootwierane i dudnił bas. Wsłuchiwali się i coś podkręcali. Kościół stał na skarpie nad Huczwą. Ludzie szli z koszykami, ale obok, bo święcenie było chyba pod gołym niebem, koło dzwonnicy, więc przy Grobie Pańskim pustawo. Właściwie same stare kobiety, czyli jak w życiu. Bo przecież po wsiach przy nieboszczyku też czuwały babki i ciotki, paląc świece i szepcząc modlitwy. Tak było i tu. W chłodzie, w pólzmroku, w ciszy. Grób był prosty. Tylko zwłoki i kwiaty. Na ścianie powyżej rozpięli malowidło. Biblijna scena z pustynią, głazami i grobowcem, do którego zmierzał ciemnowłosy lud w białych szatach. Tak się to miało zacząć – w odległej ziemi, bez naszego udziału. Przyszło z dawna i z daleka. Nad Huczwę i teraz tu płaczą. Że go zabili. A sami to nic. Czekali na gotowe. Naiwni i niewinni po wieki wieków. Tylko chwilę przysiadam i zaraz dalej. Szukam siedemdziesiątki czwórki. Po drodze mijam cerkiew wśród wysokich drzew. Blaknie, rudzieje. Miasto zaraz się kończy, parteruje, tralki, balustradki, usiłowania. Wyjeżdżam, skręcam na Orlen, żeby wziąć podwójne espresso w kartonowym kubku. Piję łapczywie i prawie się parzę, bo chcę w tym najciemniejszym dniu świata mieć jasny umysł. Żeby to wszystko, co widzę i słyszę, wchodziło głębiej. Żeby przeszywało na wylot. Ponieważ nic innego nie możemy zrobić. Po prawej zaczyna się niski, zielony wygon ze stadami gęsi. Wszystko się zgadza. Husynne. Bug rozlewa się niebiesko i szkliście. Rzeka dzieciństwa jak żyła w ciele. Może pierwsza rzeka, jaką widziałem z życiu. Bo przecież jak mieszkaliśmy na Grochowie, to wcale nie musiałem widzieć Wisły. Pakowałaś mnie w becik i hajda na wschód. Tymi ciężarówkami z żelazną drabinką, którymi chłoporobotnicy wracali z pracy. I my między nimi. Ja w beciku, ty w płaszczyku z tym futerkowyrn kołnierzem i w chustce na głowie. Na wschód. Żebym jak Anteusz mógł dotknąć tamtych ziem. Samochodem Lublin, samochodem Star na drewnianej ławie. Wydaje mi się, że do dziś pamiętam zapach tamtych ciał, ubrań i spalin. Tytoń, piwo i benzyna. I teraz ilekroć widzę Bug, to cofam się w czasie. Odzyskuję siły. Myślę, że mógłbym to wszystko, co się wydarzyło, zapamiętać od nowa, jeszcze mocniej. Może byłem ślepy jak kocię i gdy otworzyłem pierwszy raz oczy, to on tam płynął. Wyglądałern z becika. Pięć minut od drewnianej chałupy. Przez piaskową górę i już zaczynała się sucha równina, gdzie kilka lat później znajdowałem skamieniałe pioruny. Ale teraz znajduję skrót do osiemset szesnastki i zaraz zaczyna się Horodło. Przed niskim domem z cementowej cegły wiszą dwa strażackie mundury. Schną na słońcu i wietrze. Piach podwórka jest niemal biały. Wokół nie ma nikogo i tylko te czarno-seledynowe, fosforyzujące uniformy łopocą niepokojące w bezludnym krajobrazie. Po prawej znowu zjawia się rzeka. On tego dnia schodzi do piekieł, ale w Horodle z jakiegoś powodu nie mogę odnaleźć kościoła, więc jadę dalej na północ i dopiero w Dubience trafiam na świątynię. Biała, skromna, barok, neobarok stoi trochę na uboczu.
W środku pachnie wilgocią i wschodnim opuszczeniem. Na chórze łuszczą się organy niczym porzucona dziecinna zabawka. Pusto. Trzy osoby. Dwóch strażaków w takich mundurach jak tamte schnące. Trzymają straż u grobu, ale jakoś tak dziwnie. Zapewne z szacunku stoją twarzamí do grobowej wnęki i tyłem do reszty świata, więc jako warta są raczej do niczego. I znowu stara kobieta z różańcem. Paciorki powoli wysypują się z jej dłoni. I cicho rzeczywiście jak po śmierci, ale z okien leje się piękna jasność. Cała trójka wyglądała jak obraz. Przycupnąłem z dala, by nie burzyć kompozycji. W końcu byłem tylko przejazdem. Brązowy papier do pakowania udawał skały, ale białe kwiaty w doniczkach wyglądały na prawdziwe. I jeszcze tylko zwłoki i nic więcej. Moze tak powinien się objawiać ze swoim życiem albo śmiercią. W ciszy, w samotności, w pustce. A nie bekliwym tłumom, które jak już się zbiorą, to w końcu zaczną wołać to swoje „Ukrzyżuj!” Obojętnie kogo. Tak jak w tym radiu. Gdy mówią ci z głębi swojej samotności, nigdy nie mówią „my”. Dzwonią z ciemności swojego losu, zza horyzontu dzwonią. Spod ziemi i z czterech ścian. Nigdy nie mówią „my”. Potem odzywa się szef ze swoją mendowatą mową, z tym kleistym językiem, który ledwo się obraca, ledwo brnie, lecz kala wszystko, czego dotknie. Są tylko „oni” i „my”. I ani żywej duszy. Jakby żaden Bóg się nie wcielił w człowieka, tylko miał zjawiać się na zawołanie, by pognębić „onych” oraz „mych” wywyższyć. Bug wyciąga swoje zielone ramię wzdłuż szarej szosy, wskroś tego parterowego kraju złaknionego pociechy, a ja wysluchuję na ukaefie diablej, nienawistnej gadki, która przemawia w imię religii, głoszącej, że „na początku było Słowo”. Ukaef to wszystko znosi jak papier i jeszcze pewnie ze swoją ukaefią obojętnością rozpyla trutkę nad Ukrainą i Białorusią. Panie, wiem, że jesteś zajęty, że nie masz Czasu, że dziś odwiedzasz piekło, ale uważam, że powinieneś rozpędzić mój naród na cztery wiatry. Powinieneś przepędzić go od siebie jak tych przekupniów ze świątyni. Na jakąś pustynię ich wygnać, żeby się tułali jak Żydzi. Żeby im się nie wydawało, że mają do Ciebie jakiś grupowy dostęp, że ich będziesz zbiorowo rozpatrywał i liczył im te wszystkie plemienne zasługi, które sobie wyobrażają, zapisują i potem w nie wierzą. Że to są zasługi przed Tobą. Panie, ja bym ich na Twoim miejscu rozgonił po całym świecie na tysiąclecia jak naród Izraela i dopiero by się okazało, ile są warci, jakby nie mieli tego swojego Mazowsza, Kieleckiego, Grunwaldu, tych wszystkich listopadów, styczniów i wrześniów dymiących spalonym mięsem, toby się okazało. Jakby nic nie mieli. Jakby nie mieli żadnego Ruska, Niemca ani Żyda na usprawiedliwienie, ani tego swojego papieża by nie mieli na pogański kult, tylko na sto kilometrów piasek, toby bylo wiadomo, czy oni wierzą, czy tylko robią narodowy interes. Piasek i wieczność. Tak bym zrobił. W kosmos. I Częstochwę na ich oczach bym im rozpirzył jak Jerycho, jak stragany jerozolimskich gołębiarzy. Żeby, gdy już popędzisz kota temu mojemu narodowi wybranemu, mogli przyjść do Ciebie niewidomi i chromi i żeby nie musieli z tych wiejskich poczt z żółtą trąbką wysyłać czerwonych przekazów z ostatnim groszem dla zbójeckich jaskiń w eterze. Tak sobie myślę już za Dubienką, gdy przecinam dwunastkęz która po tamtej stronie granicy zamienia się w M07 i ciągnie aż do Kijowa. Tak sobie myślę i wyobrażam jak włącza te swoje chińskie albo tajwańskie radyjka ze srebrnego plastiku, który udaje aluminium. Jak nasłuchuje pociechy, Szu-szu-szu od jednego do drugiego. Ale z pudełek dobiega tylko zgiełk i sączą się fałszywe świadectwa. Więc ona szu-szu-szu to tu, to tam, szukając szczelin w tym bełkocie. Pobrzękuje garnczkami, rondelkami. Opatula się, bo z głębi świata ciągnie chłód. Siedzę obok, ale jesteśmy samotni. Mówię: mamo, nie słuchaj tego wszystkiego. Ale sam nie potrafię powiedzieć jej niczego na pocieszenie. Tylko wciąż przypominam sobie te chwile przedpokoju, gdy przed wyjściem do kościoła sprawdzała, jak wyglądam. I zimny dotyk palca z kroplą tanich perfum. Lecz teraz nie potrafię po prostu powiedzieć: nie bój się, wszystko będzie dobrze. Bo jesteśmy samotni, gdy On jest w piekle. I zostawił nas na pastwę ukaefu. Ją, mnie, każdego. W ciemnościach Wielkiej Soboty na wieki.

Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 3

Andrzej Stasiuk

Wielki Piątek

Tylko kościoły są otwarte. Żółte światło wychodzi przez uchylone drzwi i gaśnie za progiem. Czuwają u zwłok Żyda zabitego przez naród niewierny. Od wieków przychodzą o tej porze i obłędnie lamentują i oskarżają. Nic nie rozumieją. Ani księża, ani stare kobiety. Zamiast oskarżać, powinni dziękować, że ktoś to zrobił za nich. Że ktoś Go zabił za nich. Inaczej sami by przecież musieli, żeby „się wykonało”. Księża w sutannach, biskupi na złoto i z pastorałami, baby wiejskie, lud pobożny, który cały dzień dzisiaj na klęczkach sunął po zimnych posadzkach, by całować rany z gipsu, by rozpamiętywać, sycić żałość, karmić nienawiść, oni wszyscy w tych ciemnych sukienkach, w chustkach, z torebkami, z książeczkami, w których wszystko czarno na białym zapisano, ze zmiętymi bejsbolówkami w garściach, w dzinsach, z ciut zakrytymi pępkami, na chybotliwych obcasach, w zielonkawych garniturach, w skórach czarnych, rozścielający chusteczkę, żeby żeby przyklęknąć w naftalinie, w perfumach, w niewinności, oni wszyscy musieliby dzisiaj wołać do schrypnięcia: „Ukrzyżuj Go! Ukrzyżuj!” Ale im się udało. Żydzi zrobili za nich wszystko. Od początku do samego końca. A ci stali z rozdziawionymi gębami i nic nie mogli pojąć. Nie mogli pojąć, że ktoś ich wyręczył, bo byli zbyt tchórzliwi, zbyt obłudni, zbyt dziecinni, by zrobić sobie prawdziwego Boga. Przyszli na gotowe i potem już nigdy nie mogli im tego wybaczyć. Tak rozmyślałem, wpatrując się w czerwone światła wyprzedzających mnie aut. Każdy ma taką drogę krzyżową, na jaką zasłużył. Numer 865 na przykład. Płazów, Narol, Kadłubiska. Wielki Piątek. Powinienem skręcić do Bełżca. Gdy palono tam ciała na wolnym powietrzu, na rusztach z szyn kolejowych we wsi na szybach osiadał tłuszcz. Ale zapadła noc, więc co? Stałbym przed czarną żelazną bramą i patrzył w ciemność. Stałbym i nasłuchiwał pociągów. Wąchał powietrze. Więc jednak skręcam w lewo, na siedemnastkę. I zaraz jest Tomaszów. Na stacji Shella przed myjnią stoi sznurek aut. Chłopaki przekomarzają się z dziewczynami. Zaczyna się weekend. Jadę przez mój kraj, wypatrując kościołów, wypatrując znaków. Myślę o niej, o matce, o tym, jak szuka w radiu swojej mszy. Sama w pustym pokoju. Kręci gałką i oddziela niepotrzebne dźwięki, usuwa zgiełk i w końcu odnajduje nabożeństwo. Tak jest od lat. Dawno temu w niedzielny poranek obracała mnie przed lustrem w przedpokoju. Wystrojonego, wyprasowanego, nadąsanego. Czułem lodowaty dotyk palca z kroplą wody kwiatowej. Do kieszeni dostawałem złożoną na cztery albo osiem chusteczkę. Była sztywna i twarda od żelazka. Jak cienka deszczułka. Szło się z pół godziny. Asfaltową ulicą w cieniu starych drzew. Rodziny trzymały się razem. Potem dziciarnia odpryskiwała i zbijała się w oddzielne ruchliwe stadka. Kosciół stał na piaszczystym wzgórzu. Wchodziło się po szerokich cementowych schodach. Skromny, smukły neogotyk. Do środka mogło wejść ze sto osób. Można było poczuć, że jest się naprawdę wybranym, ale ja po prostu umierałem z nudów. A teraz chcę, by tamto powróciło, lecz wiem, że nadaremnie. Podglądam żółtawe światło pełznące z kościelnych drzwi. Wśród czarnej nocy Lubelszczyzny, czarnej nocy Wschodu z Bełżcem gdzieś na samym jej dnie, w podziemiach ciemności. Ale nie skręcam, tylko idę pomiędzy swoich, patrzeć, jak ładują do wózków, jak myją auta, jak kupują piwo w rozświetlonych pawilonach Shella, BP i Statoila. Zmieniam stacje, nasłuchując głosów ojczyzny. Całkiem jak ona w swoim pokoju. I też nastawiam Radio Maryja. Mam zaprogramowane na stałe. Wystarczy nacisnąć. Najlepiej się słucha przy bocznych drogach, tych wszystkich osiemset coś, pięćset coś, czterysta, trzysta. Jesienią i wiosną, gdy na drzewach nie ma liści. Wtedy dobrze widać domy i podwórka. Widać zakamarki. Widać to ściszone życie drugiego planu. Zaułki ludzkich dni. Schludną biedę z plastikowymi, udającymi mosiądz lampami nad wejściem. Wszystko przycięte, ułożone i wykorzystane. To tu, to tam, lalczynej wielkości. Dopilnowane resztką sił. Albo wypięte po nowemu, z tą smętną ostentacją zacierającą ślady dawnych dni. Do niczego niepodobne nowości nad nowościami. Minione pomieszane z jeszcze nienadeszłym. Druciana siatka, kury i wybetonowane grillowiska z głazów plus klinkierowy komin. Więc łapię ten Toruń i wjeżdżam głębiej w ojczyznę. Czterdzieści na godzinę i patrzę, skąd dzwonią. Stąd. Spod niskiego nieba. Zza płaskiego horyzontu dzwonią. Dzwonią z Wielkiego Piątku, gdy muszą opłakiwać Żyda z gipsu, z plastiku, a przecież powinni jakiegoś porządnego Boga, polskiego, z krwi i kości, z naszego mięsa. Z tej samotności lechickiej dzwonią. Z tego opuszczenia. Z czeluści świata. Gdy tylko zaczyna się normalny kraj, trzycyfrowe drogi, to od razu ich włączam. Słucham człowieczych głosów. Że mają wersalkę do oddania. Niezbyt używaną, w dobrym stanie. Że są elektrykami i mogą za darmo w czymś pomóc w tej dziedzinie. Gniazdko naprawić, zajrzeć, jak gdzieś iskrzy. Że jak ktoś coś potrzebuje przewieźć, to jest furgonetka do dyspozycji popołudniami, tylko za paliwo, a jak nie, to też się obejdzie. Podaję telefon. Albo że mąż umarł, dzieci dawno odeszły, została tylko najmłodsza, ale ona bez wózka to się w ogóle nie rusza. Tylko z kuchni do pokoju, do okna z widokiem przez firankę i kwiaty, ale nie dalej, bo nie ma kto pomóc, żeby wynieść przez próg i po trzech schodkach, więc słońce przez szybę, przez okno. No to ktoś, że może przyjść raz, dwa w tygodniu i pomóc, podaję telefon. Albo że któregoś dnia przychodzi Matka Boska, zjawia się całkiem naprawdę i wtedy życie się odmienia, powracają siły i opada z ramion ciężar dni. Panie, dopomóż mojemu mężowi w zmaganiach z nałogiem. A mojej żonie dopomóż, by tak nie cierpiała w chorobie. Tego słucham. Wśród zagród uprzątniętych od drogi i zagraconych „a nuż się przyda” po zakamarkach. Niektóre podwórka zarasta trawa i widać już tylko jedną ścieżkę wydeptaną do furtki. Czasami w szybie bieleje nieruchoma twarz. Koty na parapetach wyczekują porannego słońca. Tomaszów. Opłotki.

Ciąg dalszy w Wielką Sobotę

Grób Pański w Biłgoraju