Chandra

Merkanty Kramarczyk

Przedświąteczna kropelka goryczy

Oczywiście, że nikogo nie musi obchodzić moja chandra, a nawet (na co wskazuje przewlekłość tego stanu) – już chyba depresja.
Oczywiście, że nie odkryję Ameryki, obwieszczając, iż świat jest do dupy i idzie ku jeszcze gorszemu, zło się panoszy, zaś marzenia przestały się spełniać – już chyba definitywnie.
Oczywiście, że ryzykowne jest wyskakiwanie z takimi rewelacjami tuż przed Świętami, gdy większość ludzi chciałaby uwierzyć, że sentymentalne czułości faktycznie coś zmienią. Niełatwo odgrywać rolę dyżurnego trouble-fête.
Ale cóż pozostaje? Mam przekonanie, graniczące z pewnością, że takich jak ja jest więcej. Dla was, braciszkowie i siostrzyczki, piszę te słowa, wylewam tę kropelkę przedwigilijnej goryczy… no, niech będzie, że nie kropelkę, ale całe wiaderko.
Wy natomiast, którym przejście przez nasze „doliny” zostało oszczędzone, okażcie wyrozumiałość. A kiedy i wasze szlaki tamtędy powiodą, pamiętajcie, w jak piękną poezję można przekuć smutek. Wigilijne karpie to tylko pretekst – utwór jest aktualny przez cały rok.

1. Advent / Pierwsza niedziela adwentu

Adwentowy Flash Mob z Budapesztu sprzed kilku lat / Advents Flash Mob aus Budapest

🙂

Miłej lektury / Viel Spaß beim Lesen

Hallelujah – Adventi Flashmob a Bazilikánál
2016. december 11. Vasárnap

Az Út Mosolyért Alapítvány adventi jótékonysági rendezvényének csúcspontjaként hazai sztárok énekelték közösen Leonard Cohan világhírű dalát, a Hallelujah-t. Köszönettel tartozunk mindenkinek aki részt vett az eseményen és ezáltal hozzájárult gyűjtésünk sikeréhez. Az Út a Mosolyért Alapítvány a Heim Pál Gyermekkórház súlyosan sérült, tartós lélegeztetésre szoruló betegeinek egy új, korszerű lélegeztetési környezet kialakítását tűzte ki célul.

Ötlet: Út a Mosolyért Alapítvány
Közreműködők: Szulák Andrea, Hevesi Tamás, Kasza Tibor, Veres Mónika Nika, Kollányi Zsuzsi, Berkes Olivér
Kórus: Budapest Show Kórus
Zenei Rendező: Temesi Bertalan
Film/Edit: LIVEPOINT
Rendező: Tokay Péter
Társproducer: Nyakas Laura – Young&Trinity
Producer: Gubcsó Balázs – Út a Mosolyért Alapítvány

Lato 2019. Boże Ciało. Codziennie jeden wiersz (16). Kargol

Ela Kargol

Solemnitas Sanctissimi Corporis et Sanguinis Christi
W oktawę Bożego Ciała

Procesja na mojej ulicy

Boże Ciało w Berlinie nie jest dniem ustawowo „świętym”, ani wolnym od pracy. Dopiero w niedzielę po Bożym Ciele obchodzone są uroczystości z nim związane. Niejeden berlińczyk dziwi się i z ciekawością spogląda. mijając w mieście procesję.

W Berlinie, żeby zmniejszyć koszty utrzymania oraz ze względu na coraz mniejszą liczbę zainteresowanych, dwie lub trzy parafie połączono w jedną. Procesja w mojej parafii odbywała się właśnie w tej drugiej.

Trochę z lenistwa i wygodnictwa poszłam w niedzielę do mojego kościoła i uczestniczyłam w tzw. Ausweichmesse (mszy zastępczej, ausweichen znaczy tyle co ominąć, wyminąć, ustępować, unikać), czyli mszy, która daje mi możliwość uniknięcia długiej procesji. Msza rzeczywiście była krótka, bez kazania.

Wracając do domu, zaskoczona i zdziwiona, usłyszałam z oddali pieśni kościelne i pobrzękiwanie dzwonków. Zdziwienie moje było tym jeszcze większe, gdy zobaczyłam kroczącego dumnie policjanta, a później procesję i jej uczestników: wiernych ze sztandarami, ministrantów z dzwonkami, pana, który pieśni intonował i pana z przenośnym głośnikiem, księdza w otoczeniu asysty niosącego monstrancję pod baldachimem i chłopców sypiących kwiatki, tak chłopców.

Kilka lat temu niedaleko mojego domu pojawił się kościól. Pojawił, bo owszem widziałam głebokie wykopy, nie pamiętam jednak fazy budowy, po krótkim czasie stał już budynek, z wieżą i krzyżem na niej. Zdziwiłam się jeszcze bardziej, że w czasach, w których w Berlinie kościołów nie przybywa, a wręcz odwrotnie, powstaje nowa świątynia. Kościół pod wezwaniem św. Piotra jest wprawdzie kościołem katolickim, ale takim, w którego obrządku nic się nie zmieniło od 1500 lat, który nie zawsze żył w zgodzie z papieżem i wielu jego kapłanów zostało ekskomunikowanych, łącznie z założycielem bractwa. W tej chwili, śmiem przypuszczać, stosunki z Watykanem są poprawne, skoro buduje się nowe świątynie.
Lefebryści (Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X, łac. Fraternitas Sacerdotalis Sancti Pii X, FSSPX), bo najczęściej ich się tak nazywa, od nazwiska założyciela bractwa, Marcela Lefebvre’a, zarzucają kościołowi katolickiemu laicyzację i neoprotestantyzm, lewactwo i liberalizm. Chętnie nawróciliby wszystkich katolików, tworząc jak najwięcej państw wyznaniowych, „w których rzymski katolicyzm będzie religią dominującą i jedyną akceptowalną i w których inne wyznania pozbawione będą swoich praw publicznych.” (Zob. TU).
Podeszłam do policjanta i mówię, że to jedyna demonstracja na mojej ulicy. Uśmiechnąl się tylko i zatrzymał nadjeżdżające samochody. Chłopcy sypali kwiatki, a dziewczęta, trochę już starsze, te płatki kwiatowe im podawały, gdy wiaderka plastikowe (nie koszyczki!) były puste. W wiadomościach parafialnych przeczytałam, że kilku chłopców przystąpiło w tym roku do I Komunii Świętej. Tylko chłopcy, a gdzie dziewczęta?
Ołtarz był tylko jeden, a nie jak zwyczajowo – cztery. Mieścił się w bramie wjazdowej przy w kościele, przystrojony z „polskim” przepychem. Kapłan podszedł do ołtarza, stanął plecami do wiernych i zaczął celebrę po łacinie.

„FSSPX krytykuje również wprowadzenie do liturgii języków narodowych i usunięcie z niej łaciny, stanowiącej wspólny język dla całego Kościoła, który świadczył o jego jedności i uniwersalności. Księża Bractwa odrzucają również celebrację mszy w stronę ludu, przypomiając, że kapłan, działający w liturgii in persona Christi (w osobie Chrystusa), staje się przewodnikiem zebranego ludu, prowadząc go do Boga i zarazem uobecniając Jego tajemnice. Symbolem tego ma być zwrócenie celebransa w stronę ołtarza. Bractwo, doszukując się wielu uchybień w zreformowanym rycie mszalnym, celebruje wyłącznie mszę w formie nadzwyczajnej (trydenckiej).“
(Zob. TU).

Wierni przyklęknęli, nie przeszkadzał im szum i łoskot autostrady. Ich śpiew był głośniejszy:
Christus vincit, Christus regnat,
Christus, Christus imperat.

Procesja na mojej ulicy

Szli moją ulicą,
z pieśnią na ustach,
sztandarem i baldachimem,
i z ciałem.
Dzwonki pobrzękiwały,
głośnik skowyczał.
Ubrani jak stróż w Boże Ciało,
był upał, słońce mocno grzało.
Wiatr rozwiał płatki kwiatów
rozsypane na ciepłym asfalcie.

Klęknęli przed ołtarzem
w bramie wjazdowej
obok autostrady na Hamburg.
Kapłan na nich nie spojrzał,
odwrócony do boga
łacinę szlifował.

Lato 2019. Codziennie jeden wiersz (11). Helbig

Brygida Helbig

byłam w ciąży i poszłam na musical
dudniło tak strasznie, że moje dziecko
przewracało się w brzuchu przerażone
a ja nie wyszłam z sali

odtad moje dziecko ma wrażliwe uszy
nie mówiąc już o duszy

a ja dalej nie wychodzę z takich sal
wytrzymuję
wyrzyguję
jestem dzielna
a przede wszystkim
bardzo dobrze wychowana


PS od Adminki, bo a nuż ktoś z Was jest dziś w Nowym Jorku. Tu porada, co dziś robić w stolicy świata, nadesłana przez Iwonkę Szweizer: https://www.littletownshoes.com/2013/06/23/witamy-na-najbardziej-rozebranej-paradzie-ameryki/

Papież, ubogi Żyd Lejzor i szwedzka królowa

Od adminki: Sam nasz autor przyznaje, że spóźnił się z tym wpisem, bo nie tylko, że minął już tegoroczny karnawał, ale i Wielki Post za nami, i Wielkanoc katolicka, a nawet i prawosławna, i powodu nie ma już nijakiego, żeby ten post (jakież trafne słowo!) opublikować i chyba przyjdzie nam poczekać do przyszłego roku, ale ja, wzorem google’a, postanowiłam zignorować brak okazji i stworzyć ją sama. Otóż, skoro w Baratarii pojawił się, i to na wiele tygodni, wątek Sancho Pansy jako Karnawałowego Króla (np. TU), rozważania o walce z karnawałem też mogą zostać zaliczone do baratarystyki. A skoro mogły, to zostały zaliczone.

Ponadto Autor odkrył, że 20 maja – urodziny Mosze Dajana – to też dobre skojarzenie.

Lech Milewski

W Rzymie odbywał się karnawał.
Jakie to, mówiąc nawiasem, smaczne święto! U nas w Homlu telegrafista Zacharow uczęstował mnie takimi blinami, żem o mało co nie uwierzył w to całe jego opium ze śmietaną. Ale jasne, że w każdym kraju ludzie świętują to na swój sposób. W Rzymie po prostu wariowali (…) a wszyscy skakali i wszyscy grali na trąbach, i wszyscy tańczyli tańce rzymskich mniejszości. O kobietach to nawet nie będę panu gadał (…)
Ja tylko panu powiem, że kobiety miały pełne witryny. Co za banany powystawiały one na zewnątrz! Postawmy tu tysiąc kropek…
Oni skakali, śpiewali, całowali się, ale największy szlagier miał dopiero nastąpić. Ja już panu powiedziałem, że w Rzymie mieszkali także Żydzi. To oczywiście bezczelność:  Żydzi ośmielają się mieszkać w tym samym mieście co papież. Cóż jednak począć (…)
Ponieważ papież lubił karnawał więc wymyślił nadzwyczajną sztuczkę: niech Żydzi dostarczą jednego wyścigowca, żeby się wszyscy uśmieli. Niech ten nieszczęsny wyścigowiec obiegnie w karnawale trzy razy dokoła miasta i niech sobie cwałuje na golasa, papież zaś wraz ze swoimi słoniami i damami będzie siedzieć na złotych stołkach i śmiać się na całe gardło.
Jak to się mówi: dla jednego zapusty, a dla drugiego galop na brzuch pusty. Zebrali się Żydzi na postna konferencję: kto będzie tym zamęczonym koniem?

Żydzi bywają rozmaici: jedni nawet na brzuchu mają karaty, a inni tylko bezpłatne łzy. Na przykład ja leżę już na jedenastych drzazgach, a jakiś tam Rotszyld wcina teraz pewnie kozę. W Rzymie również byli kupcy pierwszej gildii, i żebracy z cmentarza, co za kawałek chleba ronią wiadra łez nad każdym wyznaczonym grobem. Któż więc ma cwałować wokół miasta?
Ma się rozumieć, że nie rabin – to przecież mąż uczony i bez niego wszyscy zgłupieją; ma się rozumieć, że nie rzymski Rotszyld – któż, gdyby go zabrakło, będzie raz do roku karmił żebraków zlewkami z kuchni?
Każdy Żyd wysupływał złotą monetę, żeby tylko nie cwałować, dawali i biedacy, bo przecież warto sprzedać szabasowe lichtarze czy surdut albo nawet poduszkę, żeby tylko nie umrzeć na golasa przed zwariowanymi słoniami. Ale się znalazł jeden nieszczęśliwy krawiec, który nie miał ani surduta, ani lichtarzy, ani puchowej poduszki, ani jedwabnego tałesu. On miał tylko żonę, sześcioro dzieci i odpowiednie zmartwienie, a tego nie da się wymienić na odpowiednia monetę. Nazywał się ten krawiec, mam wrażenie, Lejzor  (…)
Nadeszła chwila zapowiadanych wyścigów. Papież przeżegnał się, wychylił jeszcze jedną ćwiartkę wina i wdrapał się na swój stołek, dokoła zaś porozsiadali się różni kapłani oraz ślicznotki z witrynami i po prostu różne malowane łobuzy. Byli to ludzie nabożni, a z nimi sam papież – i dlatego oni wszędzie porozwieszali wizerunki waszego miłosiernego Boga. Wizerunki były zrobione ze złota, ze srebra, z brylantów za cały milion rubli, żeby wszyscy wiedzieli jacy oni hojni i jakiego mają luksusowego Boga. Siedzi sobie papież cały w aksamitach, a nad nim olbrzymi krzyż wprost od jubilera, na krzyżu Chrystus – nie żeby tam pozłacany czy dęty, nie – z masywnego złota całkiem nadzwyczajnej próby. Coś pięknego!

Gdzież jednak, mówiąc nawiasem, ten ludzki wyścigowiec?
Przyprowadzono więc Lejzora, a za nim przyszła żona i cała szóstka dzieci i wszyscy oni okropnie krzyczeli. Wszakże nawet małe dziecko rozumie, że nie można bez wytchnienia oblecieć trzy razy dokoła Rzymu, a niech się tylko przystanie, to natychmiast stajenni papieża zaczynają człowieka ćwiczyć batami. Czyli, że to jest tyle, co iść na pewną śmierć. Lejzor zaczął  ściągać ze sto razy łatane spodnie. Papieża ze śmiechu aż rozbolał brzuch… Widowiski było dość wesołe, bowiem taki nieszczęśnik w spodniach to już niezły kawał, bez spodni zaś – prawdziwie do rozpuku (…)
Lejzor siadł na kamieniu. Objął swe gołe kolana i jeszcze raz westchnął, ale tak westchnął, że wicher wionął przez calutki Rzym: to on się tak żegnał z życiem. A potem to on naturalnie wstał i pobiegł truchtem jak stara szkapa (…)
Tak obleciał jeden raz dokoła Rzymu. Już z trudem unosił nogi i stajenni coraz częściej podcinali go biczami, tak że jego ciało spływało krwią. Ale wszak trzeba było obiec jeszcze dwa razy i Lejzor wiedział, że nie obiegnie (…)
Padł na ziemię i zaczął oczekiwać śmierci. Wtedy właśnie zdarzył mu się ten bezwzględny przesąd.

On raptem widzi, że drogą cwałuje nagi Żyd i że to wcale nie on, Lejzor, tylko jakiś inny Żyd. Co znowu za kawały? Przecież wszyscy Żydzi wykupili się od wyścigu. Przygląda się więc Lejzor temu innemu Żydowi i dziwi się coraz mocniej: “Przecież on jest do mnie podobny, też skóra i kości i pot leje się gradem, i we krwi cały, i też bródka dygocze, że od razu widać: kaput. Ale oczy to ma chyba nie moje i nos innego kształtu. Czyli że to nie ja tylko inny Żyd. Więc ktoż by to mógł być?”…
To z pewnością inny Żyd. I Lejzor go zapytuje:
“Skąd się tu pan wziąłeś? Pan ma znajomą twarz, zdaje mi się, że już pana widziałem, ale ja przecież nie mogłem widzieć, bo ja nigdy nie wyjeżdżałem z Rzymu. A może ja już umarłem i mnie się to tylko śni? I dlaczego to pan cwałuje, kiedy powinienem biegać ja?”
Wtedy ten drugi Żyd mówi do Lejzora:
“Nazywam się Jehoszua i pan mnie nie może znać, ponieważ ja już dawno umarłem, a pan jeszcze żyjesz. Jednak się panu wydaje, że mnie pan zna, boś pan z pewnością widział moje wizerunki. Oni mnie nazywają najśmieszniejszymi słowami, ale ja zaraz panu powiem, kto ja jestem: jestem biednym Żydem. Pan wprawdzie jesteś krawcem, a ja byłem cieślą, ale my się zrozumiemy. Ja pragnąłem, aby na ziemi panowała całkowita prawda. Któryż biedak nie pragnie tego? Ja przecież wiedziałem, że rabin wypowiada mądre słowa i że Rotszyld zjada kaczkę, i że nie ma na ziemi ani sprawiedliwości, ani miłości, ani najzwyklejszego szczęścia (…)
Ja lubiłem, Lejzorze, gdy przygrzewało słońce i gdy śmiały się dzieci, i gdy wszystkim ludziom było dobrze, kiedy wszyscy pili wino, uśmiechali się do siebie, kiedy paliły się szabasowe świece, a na stole leżał rumiany bochen chleba. Ale któryż nędzarz tego nie lubi? Więc mnie wpierw, naturalnie, zabito, a teraz mi nie dają spokojnie leżeć w ziemi (…)
Ja sobie leżę w ziemi i nagle widzę tego rzymskiego papieża. On śmieje się wraz z poprzebieranymi łotrami i obmyśla pańską wesołą śmierć, i cóż – wisi nad nim mój złoty wizerunek, a ja to widzę poprzez cmentarną ziemię. Wtedy przybiegam tutaj i oto pan musisz umrzeć, bo ja marzyłem o całkowitym szczęściu. Biada mi! Biada! Oni powiadają, że jestem wszechmocny. Czy widziałeś pan kiedy biednego Żyda, który by wszystko mógł? Toż gdybym mógł tylko połowę wszystkiego, toż czyżbym nie wykrzyknął: “Dość”! Czyż Rotszyld zjadałby wtedy wszystkie kaczki, czy papież siedziałby na złotym stołku, a pan biegałby dokoła Rzymu? Ja mogę tylko nie mieć chwili spokoju. Ja mogę tylko w dzień i w nocy biec krwawym cieniem, tak jak biegł dzisiaj pan”.
Wówczas Lejzor uniósł się i uściskał tamtego Żyda: “Ja pana żałuję, cieślo Jehoszua, ja przecież już teraz wiem, co to znaczy biegać. Ale ja panu jedno powiem: dzisiaj może pan odpocząć, dzisiaj może pan spokojnie leżeć w swoim grobie. Po cóż mamy biegać we dwójkę? Dzisiaj biegam ja za pana i za siebie”.
Ale martwy Żyd tak odpowiedział Lejzorowi:
“Nie, pan jeszcze może żyć, pan masz sześcioro dzieci, to nie żarty. Wydaje mi się, że nam uda się ich podejść. Nie będą się przygladali naszym nosom, a z daleka jesteśmy do siebie podobni. Więc niechże pan sobie leży w tej głębokiej rozpadlinie, a ja tymczasem obiegnę dwa razy dokoła Rzymu. Niech się pan ze mną nie kłóci: przecież ja i tak będę musiał zaraz gdzieś pędzić, jak nie tu, to w jakimś innym miescie, ponieważ oni z pewnością teraz znów kogoś zabijają i wymawiają przy tym moje imię, żebym ja tylko nie mógł spokojnie leżeć”.
Rzekłszy to popędził wokół miasta i stajenni siekli go batami, i kpiły z niego wszystkie bezwstydne słonie.
………..
Paryż, kwiecień-październik 1927

Ilja Erenburg – Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca
Tłumaczenie: Maria Popowska. Czytelnik 1957

Fakty.
W czasach chrześcijańskich pogańskie saturnalia zostały zastąpione karnawałem – carni vale – czyli pożegnanie z mięsem.
W Rzymie, w X wieku centrum zabawy było Testaccio – miejsce gdzie w dawnych czasach znajdowały się bazary.
Ładowano wozy pełne świń (niektóre źródła podają: dzików), które byki wciągały na szczyt Monte Testaccio. Po czym zrzucano wozy z góry, a biedne prosiaczki spadały w przepaść, roztrzaskując się żywcem. Oszalały lud rzucał się na resztki zwierząt, rozszarpując mięso na kawałki nawet z na wpół żywej zwierzyny i w podskokach wędrował na Piazza Navona, gdzie upijał się do nieprzytomności.

W 1464 roku na Stolicy Apostolskiej zasiada Paweł II Barbo, wenecjanin, papież słynący z zamiłowania do luksusu i zbytku. To on postanawia przywrócić ludowi rzymskiemu igrzyska. Przenosi karnawał z Testaccio do centrum, aby wypromować nowo wybudowany Pałac Wenecki. Z jego balkonu ogląda wyścigi ludzi i zwierząt (stąd nazwa dzisiejszej Via del Corso).
Karnawał rzymski trwał zwykle osiem dni, aż do Tłustego Wtorku (Martedì Grasso).
Wyścigi miały ustalony harmonogram. I tak:
W pierwszy poniedziałek biegli Żydzi, których celowo zmuszano do jedzenia tuż przed biegiem, aby uczynić go trudniejszym.
W pierwszy wtorek biegły dzieci chrześcijańskie.
W środę odbywał się bieg młodzieży chrześcijańskiej.
Tłusty Czwartek biegli starcy po sześdziesiątce.
Drugi poniedziałek biegły osły.
Na zakończenie karnawału odbywał się wyścig byków.

Zawodnicy musieli pokonać dystans 1,5 km, od Porta Flaminia przy Piazza del Popolo do Pałacu Weneckiego, przy obecności dzikiej publiczności rzymskiej, obrzucającej biegaczy, zwłaszcza Żydów, błotem i kopniakami.
Źródło – KLIK.

Jewish Encyklopedia – KLIK – uzupełnia:
Żydzi po raz pierwszy wzięli udział w wyścigach w 1466 roku. Prawo nakazywało Żydom zapłacić daninę 1100 florenów jako subwencję wyścigów.
W pierwszych latach Żydzi lubili tę imprezę. Z czasem jednak zostawali poddawani przez publiczność różnym okrucieństwom. Kulminacja nastąpiła w 1547 roku, gdy żydowski biegacz umarł podczas wyścigu.

W roku 1668 papież Klemens IX zlikwidował bieg Żydów – KLIK.

A gdzie obiecana w tytule szwedzka królowa?
Na wstępie zastrzeżenie – nie mogę znaleźć artykułu, w którym wyczytałem, że Krystyna miała wpływ na decyzję papieża – może ktoś znajdzie, jednak okoliczności przemawiają na moją korzyść.
Oto one:

Krystyna Vasa, córka króla Szwecji Gustawa Adolfa, urodzona 18 grudnia 1626 roku. Położne najpierw powiadomiły rodziców, że urodził im się syn. Dopiero dokładniejsze oględziny wyjaśniły sprawę.
Ojciec przyjął niespodziankę z humorem:
będzie bystra, oszukała nas wszystkich.
Reakcja matki była odmienna: zamiast syna dostałam córkę, ciemną i brzydką,
z wielkim nosem. Zabierzcie ją, nie chcę tego brzydactwa.

Źródło TUTAJ.
Krystyna od najmłodszych lat interesowała się nauką i wiedzą. Jej norma to dziesięć godzin nauki dziennie. Znała siedem języków obcych, w tym arabski i hebrajski.
Po uzyskaniu pełnoletności zaczęła sprowadzać na dwór licznych uczonych i artystów. Jednocześnie gromadziła wiele dzieł sztuki i książek. Zapraszała na występy francuskie teatry i włoskie zespoły operowe.
W roku 1646 rozpoczęła regularną korespondencję z Kartezjuszem. Zaprosiła go do Szwecji, aby zorganizował tu akademię nauk. Uczony przybył do Sztokholmu w grudniu 1649 roku.
Krystyna, której wystarczało cztery, pięć godzin snu, wyznaczyła czas lekcji na 5 rano, ale wkrótce okazało się, że oboje nie żywią do siebie sympatii. Nie dziwię się, o tej porze!
Kartezjusz wspomina, że spotkał się z Krystyną nie więcej niż pięć razy.
Zima w Sztokholmie. Kartezjusz był bliski sformułowania nowej reguły: myślę, więc na luty kupuję dobre buty, ale przedwcześnie zmarł na zapalenie płuc (11 luty 1650).

20 października 1650 roku Krystyna została koronowana na króla Szwecji.
Już rok wcześniej zadeklarowała, że nie zamierza wyjść za mąż. W swoim pamiętniku napisała, że czuje wrodzony wstręt do małżeństwa. Od dzieciństwa podobała jej się religia katolicka i polecany przez nią celibat. Z drugiej strony nie ukrywała swoich uczuć do panny dworu, Ebby Sparre.
W ciągu trzech lat Krystyna straciła całą popularność. Istotnym powodem była rozrzutność. Na dodatek chciała przejść na katolicyzm.
Była na tyle przewidująca, że sama zgłosiła chęć abdykacji, która nastąpiła 6 czerwca 1654 roku. Królem Szwecji został jej kuzyn, znany nam dobrze Karol Gustaw Waza.

W listopadzie 1655 roku Krystyna przeszła oficjanie na katolicyzm i przeniosła się do Rzymu, gdzie została entuzjastycznie przyjęta przez papieża Aleksandra VII, który podczas bierzmowania nadał jej swoje imię – Aleksandra.
Dał jej również do dyspozycji apartamenty w Watykanie, udekorowane na tę okazję przez Berniniego. Po kilku miesiącach Krystyna przeniosła się do Palazzo Farnese, gdzie zorganizowała cośrodowe spotkania artystyczno-kulturalne i założyła Akademię Arkadia.
Oczywiście te inicjatywy wymagały pieniędzy, a z tym było krucho. Parlament szwedzki odmówił wypłacania jej królewskiej renty, liczne lenna poza Szwecją, między innymi na Pomorzu, przeszły w obce ręce. Trzeba było rozejrzeć się za płatną posadą.
W tym celu wyjechała do Francji z zamiarem uzyskania tytułu księżnej Neapolu. Ludwik XIV popierał jej starania, ale głośny skandal i niechęć matki króla, Anny Austriaczki, zmusiły ją do opuszczenia Francji.
Następnym celem była Anglia, ale tam właśnie działał Cromwell, który nie potrzebował petentki katoliczki.
Wróciła do Rzymu, gdzie tym razem została przyjęta bardzo niechętnie.
W roku 1660 zmarł król Karol Gustaw, więc Krystyna wróciła do Szwecji, przypomnieć, że abdykowała na rzecz zmarłego a więc, po jego śmierci, należy jej przywrócić tytuł królewski. Parlament odrzucił jej starania ze względów religijnych.
W roku 1668 abdykował król polski Jan Kazimierz, więc Krystyna zgłosiła kandydaturę na wolną elekcję. Mimo poparcia nowego papieża, Klemensa IX, nie wygrała.
Wróciła do Rzymu, gdzie (znowu) cieszyła się wielką sympatią papieża.
Zmarła 19 kwietnia 1689 roku i została pochowana w Grocie Watykańskiej w bazylice św. Piotra. Tylko dwie inne kobiety (Matylda z Canossy i Maria Klementyna Sobieska) dostąpiły takiego wyróżnienia.

Przyjaźń Krystyny z papieżem Klemensem IX skłania mnie do tezy, że miała ona istotny wpływ na jego decyzję o likwidacji biegu  Żydów. Dodatkowym argumentem może być fakt, że nadano jej przydomek Protektorki Rzymskich Żydów – KLIK.

Wpis wikipedii TUTAJ.

Dzień Matki / Muttertag (3)

Reblog z siebie samej

23 sierpnia 2016 roku

Jeden z terminów określających ten blog brzmi: salon odrzuconych. Nie jest on w przypadku tego wpisu formalnie właściwy, bo oficjalnie nikt tej książki, której początek tu publikuję, nie odrzucił. Przeciwnie – tekst został dobrze, ba, z dużym uznaniem przyjęty… Tyle, że było to w kwietniu, a teraz jest sierpień i od tego czasu nikt się do mnie nie odezwał…

Dopisek z 14 maja 2019 roku.

Kiążka jednak została odrzucona i, jak to w życiu dziwnie bywa, dokładnie tego dnia, kiedy Żydowski Istytut Historyczny zakomunikował mi, że nie opublikuje książki, którą “sam” zamówił  i “sam” dobrze, żeby nie powiedzieć – świetnie, zrecenzował, tego dnia zatem zadzwonił do mnie pan z małego wydawnictwa w Zielonce pod Warszawą i powiedział, że wydał już dwie książki o naszej rodzinie, jest więc skłonny wydać i trzecią. Co zrobił w lecie ubiegłego roku. Książka została znacznie skrócona, a ten fragment został odrzucony, tym razem przeze mnie, bo zmiana wydawcy spowodowała zmianę stylu książki i takie opowieści jak ta nie pasowały do historycznie potraktowanej historii rodzinnej.

Do publikacji tej opowieści po raz kolejny skłoniły mnie dwie blogowe autorki – Teresa Rudolf, której tekst opublikowałam dwa dni temu z okazji niemieckiego Dnia Matki (druga niedziela maja) i Ela Kargol, która pisząc o Don Kichocie w Poznaniu, napisała też o swojej Mamie, Dulcynei z Winograd. Obu inspiratorkom bardzo dziękuję.

Ewa Maria Slaska

Mama

Było lato. Umarła. Siedzieliśmy w ławkach kościoła świętego Mikołaja na gdańskiej
Starówce. Moja siostra miała na głowie śliczny czarny kapelusik z woalką, ja też miałam
włożyć podobny, ale poprzedniego dnia powiesiłam go na lampie i przepaliłam.
Było dużo ludzi. Ksiądz coś mówił, ale już wtedy nie wiedziałam, co. Płakałam.
Miałam czerwone oczy i zapuchnięty nos. Podczas Podniesienia do kościoła wleciał
gołąb, widzieliśmy jak wlatuje przez wielkie otwarte odrzwia. Doleciał nad ołtarz i
zaczął kręcić rundy pod sklepieniem. W kółko, w kółko, cały czas w kółko. Do końca
mszy.
Nikt z nas nie miał wątpliwości, że to była ona.

Moja siostra, Kasia, twierdzi, że do kościoła weszła Cyganka z dzieckiem na ręku.
Ktoś chciał ją wyprosić, ale ona zaczęła głośno krzyczeć, nie chciała wyjść. Ciekawe,
w ogóle tego nie pamiętam, a przecież to takie zdarzenie, które się tam i wtedy
MUSIAŁO zdarzyć.

Mama była niezwykłą, nadzwyczaj wrażliwą i utalentowaną artystką i to w dwóch dziedzinach: w grafice i tłumaczeniach poezji, głównie hiszpańskiej. Była nieprzeciętnie inteligentna, miała ogromną erudycję i wybitny talent narratorski. Otaczały ją tłumy przyjaciół i wielbicieli, a mimo to była nadzwyczaj samotna. Zamknięta w sobie i w swoim pokoju, osłonięta zwielokrotnionym murem milczenia, rezerwy, muzyki i opowieści, w których było wiele, ale nie ujawniało się nic, w każdym razie nie o niej samej. Zawsze skryta za maską, za milczącą grafiką i pozornie cudzym tekstem. Bo te teksty wcale nie były cudze, to były jej teksty, to ona je wybierała i to ona je dla nas wyrażała w słowach.

Oczywiście miała wady. Teraz, gdy już jesteśmy dorosłe, moja siostra i ja (choć zapewne nie mam prawa mówić w imieniu mojej siostry) wspominamy ją jako niezwykłego człowieka, ale gdy byłyśmy małe, nie było nam łatwo.

Nie było łatwo. Niestety, nikt nie powiedział, że mamy mieć w życiu łatwo. Nie było to  sprawiedliwe, bo życie nie jest sprawiedliwe. Ale było ciekawe. I na pewno wyposażyło nas na przyszłość w zupełnie już dziś nieistotne przymioty, jak erudycja, uprzejmość i uczciwość, tego jednak, że dziś te cechy już się na nic nie przydadzą, Mama nie mogła przewidzieć, bo chyba nikt nie mógł tego przewidzieć. Nauczyła nas, że trzeba pracować, bo jest to ważne, trzeba więc pracować, jak trzeba, to ponad siły i nie oglądając się na własne korzyści. Nie należy o nic zabiegać, bo zabieganie jest nieeleganckie podobnie jak odginanie małego palca przy piciu herbaty. Nagrodą za pracę jest sama dobrze wykonana praca, a nie pieniądz.

Ojciec zresztą wyznawał tę samą teorię. Nie wolno się dać opętać masie towarowej. Zrobili więc w życiu bardzo dużo, ale niczego się nie dorobili.

No i tak właśnie i ja zrealizowałam swoje życie, bez najmniejszych osobistych korzyści, a za to w konfrontacji z kolejnymi stratami.

Podobno to moja karma.

Wyznawcy teorii karmicznej twierdzą, że twoje życie się spełni, gdy połączysz w swoim życiu karmiczne losy twego ojca i twojej matki. Mnie się to przydarzyło dwa razy. W roku 1999 i w roku 2006. Na Odrze i w Hiszpanii.

W roku 1999 po raz piąty i ostatni odbywał się Polsko-Niemiecki Statek Literacki na Odrze. Zaplanowałam na ten rejs, wtedy jeszcze zresztą nie wiedziałam, że ostatni, iż będziemy podczas rejsu tworzyć i drukować książkę. To były te właśnie słowa – podczas rejsu tworzyć i drukować książkę – które połączyły Ojca mego i Matkę moją w mym własnym życiu. Ojciec projektował statki i jachty, budował je i pływał na nich. Matka tworzyła grafiki. Oboje tworzyli książki. W ich mieszkaniu, podobnie jak w ich życiu, były wydzielone i oddzielone od siebie dwie przestrzenie – pracownia Mamy do tworzenia grafiki i pokój Ojca, miejsce, gdzie projektował statki, jachty i wyprawy.

Drugi raz poczułam, że spełniam swe karmiczne zadanie, gdy poszłam – sama, rzecz jasna – na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. W naszej rodzinie to Ojciec podążał gdzieś daleko i to tak, żeby było trudno, a Mama kochała Hiszpanię. Tymczasem w roku 2006 to ja szłam na piechotę, a byłam sama, było daleko i trudno, i działo się to w Hiszpanii.

Ale to już nie ta Hiszpania, którą kochała Mama. Na trasie do Santiago zdarzają się bowiem i takie momenty:

Paskudny dzień. W jednym ze sklepów sprzedawczyni, możliwe, że Cyganka, próbuje mi wmówić, że nie zapłaciłam za papierosy (wtedy jeszcze paliłam), w drugim straszny Cygan z poranioną twarzą sprzedaje mi dwie marchewki i dwa jabłka, i dopisuje jedno euro do ceny za to, że jestem obca.

Och, Mamo, tyle zostało z dumnych Gitanos Lorki! Widzę ich masowo na ulicach Berlina. Przyjechali tu z Polski, Czech, Słowacji, Węgier, ale też z Hiszpanii i Portugalii. Kobiety wróżą, dzieci żebrzą na ulicach, mężczyźni handlują kradzionymi samochodami, bo teraz to już samochody, a nie konie. To te same twarze, twarze pięknych zakochanych Cyganów, pięknych niewiernych Cyganek i mordowanych kobiet z dziećmi. Lorca kochał ich piękno i ich szlachetność. Nie wiem, czy wówczas tacy jeszcze byli, czy już wtedy poeta przyłożył do ich pięknych twarzy lustro poetyckiej licencji i poetyckiego współczucia. Byli w Hiszpanii lat dwudziestych ubiegłego wieku pogardzanym zapewne ludem, tak jak w całej Europie, a on był pierwszy, który ich wyniósł do rangi ludzi i to ludzi godnych zazdrości, kochanych, kochających. Pięknych, kochanych, nieszczęśliwych. Szlachetnych.

Było.

Ciekawe, czy Mama w to wierzyła… ?

Dzień Matki / Muttertag (1)


Muzykę wybrała do wpisu autorka

Teresa Rudolf

Mama Freda

Nie wyobrażam sobie, abym miała mówić o niej “moja  teściowa” lub “meine Schwiegermutter”…
Nie wyobrażam sobie, gdyż pojęcie to prawie we wszystkich językach zakłada coś negatywnego, kontakt pełen konfliktów i przeróżnych animozji.
I na ogół znane są tylko niesmaczne kawały lub krzywdzące historyjki o matce któregoś z malżonków.
A kim była Mama Freda?
Kiedy zmarła miała 95 lat.
Miała, od kiedy pamiętam, całkiem białe, piękne włosy, misternie ułożone, i całą twarz pokrytą drobnymi, pogodnie układającymi się zmarszczkami.
Jej twarz była jak popołudniowe, przyjemnie ciepłe słońce, którym się człowiek  rozkoszuje gdzieś na tarasie, balkonie lub w ogrodzie…
To była zawsze prawdziwie, szczerze uśmiechnięta, jasna, dobra twarz.
Od czasu do czasu przyjeżdżała do nas, a wtedy była, i informowałam ją o tym, “ksieżniczką”, a ja “dziewczyną do wszystkiego”, która ma zadbać o to, by było jej u nas dobrze…
Słabo ten podział przyjmowała, nie znosiła bezczynności. Przebywała często w ogrodzie i na balkonie, gdzie dziergała jakieś swoje robótki.
Rano spotykałyśmy się obie na śniadaniu,
(Fredi wstawał zawsze późno) i zaczynały się ciekawe rozmowy.
Znakomicie poznałam całe drzewo genealogiczne rodziny, ze wszystkimi detalami, które mój mąż permamentnie przesypiał.
Nieraz tłumaczyłam mu, która to z jego kuzynek właśnie się rozwodzi, a która z bratanic będzie nauczycielką, co przekazywałam mu łącznie z komentarzem jego mamy: “i po co jej to?”
Mama Freda wieczorem brała książkę, lub gazetę do ręki, mówiąc:
“Ich freue mich schon sehr auf das Bett und das Lesen”(“cieszę się już bardzo na to, że położę się do łóżka i poczytam”).
A rano mówiła:
“Ich freue mich schon auf das Frühstück” (“już się cieszę, że zaraz będzie śniadanie”).
Po tygodniu role odwracały się i mama Freda informowała mnie, bardzo niecierpliwie, że od dziś to ona jest “dziewczyną do wszystkiego”, a ja jestem “księżniczką”.
No i zaczynało się dziać!
Mama Freda na całe dnie zajmowała kuchnię. Zaczynało się pieczenie sztrudli jabłkowych, makowych, orzechowych…
Było tego dużo, nie dawało się zjeść wszystkiego, trzeba było zamrażać.
Ja zupełnie nie miałam o tym pojęcia,
a ona wypiekała, wypiekała, wypiekała, wypiekała i… wypiekała.
Na teraz i na zapas…
Pachniało Mamą Freda całe mieszkanie…
Gotowała obiady, a  przede wszystkim robiła wspaniałe sałatki:
kartoflaną, ogórkową, zieloną, czerwoną, były świetnie, po prostu bombowo przyprawione…
Moja Mama Freda miała zakomite poczucie humoru, co przejawiało się również w stosunku do swego wieku, a też w stosunku do śmierci.
Szantażowała nas:
“Umrę tylko pod jednym warunkiem, że będziecie mi regularnie podsyłać sznycle z białym winem Grüner Vetliner.”
Bardzo lubila to wino “gespritzt”, a najlepiej na jakimś Heurigenie, czyli wiedeńskim festynie winnym, gdzie bawiła towarzystwo, od stu lat zaprzyjaźnione, jakimś powiedzonkiem lub wspomnieniem. Była jedną z  ostatnich osób wychodzących z takiej imprezy.

Na zawsze będę z nią wiązać pewne niesamowite przeżycie, które było absolutnie tylko “nasze”, a teraz jest już tylko “moje”.

Na naszym balkonie któregoś dnia pojawiło się gniazdo jaskółek.
Przylatywały, odlatywały, robiło się ciepło na sercu, gdy się słyszało ich świergolenie.
Aż tu któregoś dnia, gdzieś chyba z początkiem września, stało się coś trochę jakby z filmów Hitchcocka.
Na nasz balkon “przypłynął” cały klucz jaskółek, przeogromna ich ilość i wszystkie przykleiły się do ściany balkonu.
Jak jakiś dywan.
Mama Freda i ja stałyśmy akurat w pokoju, spojrzałyśmy na siebie jak zahipnotyzowane i patrzyłyśmy,  co dalej.
Ptaki w tej ilości ptaki, tak skupione razem, ciasno, nie są już jedynie śliczne, słodkie i malutkie, ale też wywołuają respekt i, powiedziałabym, lęk.
Zaczęły coraz głośniej coś wykrzykiwać,
a jedna z nich podleciała do gniazdka,
i piszczała coś do wystających małych główek…
Powoli, jedno po drugim, małe ptaszątka wylatywały z gniazda.
Jedna z główek pozostawała jednak ciągle w gnieździe.
Nie wyleciała na zewnątrz.
Cały klucz jaskôłek zaczął się odrywać ze šciany, ukladać precyzyjnie do lotu, a  na końcu “nasza” jaskółka z małymi.
Jak gdyby wszystkie ptaki wiedziały że mogą one lecieć tylko powoli, bo są jeszcze słabe.
Z przerażeniem patrzyłyśmy na siebie,
bo w gniazdku pozostało to ostatnie maleństwo.
Nagle klucz zatoczył koło, i powoli wrócił, oblepił  znów ścianę balkonu.
Mama pisklęcia podleciała do maleństwa
i zaczęła mu perswadować, że ma wyjść.
Nic z tego. Trochę to trwało, sytuacja, jak cofnięte wideo, identycznie się powtórzyła.
Ptaki odlatywały…
Wracały jeszcze ze trzy razy, ptasia mama była coraz bardziej nerwowa, już zaczęła prawie coś syczeć do niesfornego dziecka.
Grupa nie czekała za długo, wszystkie zaczęły  z kolei  do niej niecierpliwie głośno wrzeszczeć…
Ustawiły się do lotu, na końcu maleństwa, tym razem bez matki… i odleciały.
Miałyśmy obie łzy w oczach..
Bo co teraz? Taka tragedia…
Ptasia mama ostatkiem sił coś tłumaczyła małemu, aż w końcu… wyszedł.
Bardzo nieudolnie zaczał machać skrzydełkami… Poleciały.
Lot był niższy, niż  tej całej grupy.
Miałam bardzo mieszane uczucia.
Polecą teraz samiutkie?
A pozostałe rodzenstwo z kolei bez matki?
Aż tu nagle…
Zdziwieniu naszemu nie było końca!
Klucz powrócił, zniżył lot, podpłynął do naszej dwójki i obrócìł się.
Na końcu leciała mama ze swoimi dziećmi.
Jedno z nich troszķę wolniejsze, ciut niżej.
To wszystko działo się na naszych oczach, trwało na pewno ze dwie godziny co najmniej.
O jakże nam ulżyło….
Mama Freda skwitowała to jednym zdaniem: “no, dobra matka, dobra rodzina, dobrze, że sìę udało…”
Poszła do kuchni… i słyszę:
“Strudel się spalił!!!!!! Eee, co tam strudel…”
Ja: “No właśnie, co tam strudel…”
Dziwne, bo dopiero po latach opowiedziałam to Fredowi…
Jak już nie było Mamy Freda.
Wydawało mi się to nie do opowiedzenia.
Pewnie czuła to tak samo, bo on od niej tej historii nigdy nie usłyszał.

W następnym roku w gnieździe nie było już jaskółek, pojawiły się… szerszenie.

Kiedyś mi się śniło, że przyleciał znów ten sam  klucz jaskółek, zrobił obrót i odleciał, a na końcu, całkiem malutka, drobniutka frunęła Mama Freda.
Trochę tak nieudolnie jak ten najmłodszy kiedyś ptaszek…
jakby  się dopiero uczyła…..
Pomyślałam: “Ty na pewno dasz radę”…
A rano zatęskniłam za Mamą Freda.

Kot, tulipany i dwie panny

Zaczęło się od tego zdjęcia:

To mój stół wielkanocny. Kot siedzi na krześle pod stołem i czai się, żebym się obróciła,
a on (ona) wtedy wskoczy na stół i dopadnie białych papuzich tulipanów.

Okazało się, że… Zresztą czytajcie.

Dziś Wielkanoc prawosławna, jest to więc nadal wpis świąteczny z cyklu o wyższości świąt Wielkiejnocy… I najserdeczniejsze życzenia świąteczne.

Maria Szewczyk

Jej brat ożenił się z moją siostrą. A może byśmy się tak pobrali? – zapytał między jednym
a drugim robrem brydża w sanatorium, gdzie grali we trójkę „z dziadkiem”, bo czwarty do brydża właśnie zmarł. – Potem, to już będziemy całkiem starzy i chorzy, i kto nas będzie chciał? Moja siostra chciała. Po powstaniu i powrocie z obozu tułała się po obcych kątach
i właśnie po stalinowskiej przerwie skończyła medycynę zaczętą jeszcze na tajnych kompletach w czasie okupacji. Teraz będzie nareszcie miała swój kąt, męża… i jego siostrę. No więc jadę na ich ślub autostopem z wakacji z Mazur do miasteczka S. na Pomorzu Zachodnim przez pół Polski, z nocowaniem po drodze w stodole u sołtysa na sianie.
W podwórzu, przy poniemieckiej zszarzałej willi, pompuje wodę ze studni kulawy mężczyna „z plerezą” czarnych włosów i szerokim uśmiechem, istny Mastroianni z Wołkowyska. Pan młody! Pół miasteczka S., prawie wszyscy tam „ź Wilna”.
Ich ślubu ani wesela nie pamiętam, poza radosnym śmiechem, opowieściami i otwartą serdecznością jego przyjaciół Wilniuków. Wieczorem jego siostra woła mnie konspiracyjnie do pokoju, otwiera ciężki dębowy kredens, pokazuje schowaną „większą połowę” tortu, mówiąc: my jutro wychodzimy do pracy, ale ty sobie weź kawałek.
– Jak nie zapomnę, to wezmę.
Na to ona z ogromnym zdumieniem w głosie: – I ty mogłabyś zapomnieć o torcie??? Następnego dnia po przyjściu z pracy otworzyła kredens i wymruczała zawiedziona:
– Jednak nie zapomniała?! Faktycznie, zjadłam kawałek, jak mogłabym po takim pytaniu zapomnieć?

Po latach napisała kronikę swojej rodziny, w której sama o tym nie wspomina, każdy ma inny raster pamięci, bo pisze w skrócie tak: „Ślub i uczta weselna były skromne, ale wzruszające… Natomiast pamiętam pyszny tort, który nie wychodził mi z głowy przez cały następny dzień w pracy. Czy jeszcze coś dla mnie zostanie. Zostało w całości, czemu nie mogłam się nadziwić. Okazało się, że ja jedna z rodziny mam taką słabość do słodyczy”.

Natomiast ja całkowicie, jakby powiedział Freud, wyparłam z pamięci inny epizod, dla niej traumatyczny, który wspomina tak: „ Na Wielkanoc przyjechała Marysia (tzn.ja, MS). Przeniosłam się na kanapę, gościowi ustępując wygodny tapczan. W Wielką Sobotę Basia (moja siostra, a jej bratowa, MS) w pracy dostała od kogoś kilka sadzonek tulipanów (tulipan w doniczce to była wtedy rzadkość, MS). Zaraz po ustawieniu przy kuchennym oknie, najbardziej słonecznym, dopadł do nich kot i kilka pędów zżarł. Basia wymierzyła sprawiedliwość (taki eufemizm: kot dostał za swoje, MS) i nas poprosiła, żeby uważać na kwiatki i kota. Wieczorem nakazała mi spać przy zamkniętych drzwiach, a kota przydzieliła Marysi, żeby spał z nią. W nocy jak przez mgłę widziałam Marysię, która otworzyła drzwi, wrzuciła kota, zamknęła drzwi, oczywiście, skoro miały być zamknięte! Zasnęłam natychmiast twardym snem. Rano do kuchni zajrzała Basia. I w krzyk! Na parapecie siedział kot, czyścioszek, mył zadowolony pyszczek, a po kwiatach ani śladu”…

„Eta była dawno”, jak śpiewała Żanna Biczewska. Czasy były twarde, dlaczego nikt nie płakał nad kotem? I nikt go o zdrowie nie pytał? Jak kilka dni temu u Ewy na FB przeczytałam, że i jej kot wcina tulipany na wielkanocnym stole, pomyślałam, że może to potajemna namiętność kotów, koci narkotyk, jak waleriana, po kropli której, jeśli spadła na podłogę, kot rzucał się w to miejsce i wylizywał je do białości. Ponieważ nikt, łącznie z Ewą, nie był w stanie wyjaśnić tej kwestii, wyruszyłam na poszukiwania i, zgodnie z zasadą „Czego nie wiecie, szukajcie w internecie!”, pod hasłem „kot zjadł tulipany” znalazłam setki stron, forów dyskusyjnych, dobrych rad i zaleceń i drżeń o zdrowie i życie kota. Tu choć kilka z nich:

– Jeśli w twoim domu mieszka kot, to dbając o jego zdrowie i życie, powinieneś zrobić uważny przegląd hodowanych roślinek. Teza o tym, że kot nie zje tego, co mogłoby mu zaszkodzić, nie jest wcale prawdziwa… Szczególnie narażone na toksyny są małe kotki.

– By ustrzec się kłopotów, najlepiej usunąć z domu wszystkie rośliny trujące dla kota!

I tu następują długie listy roślinnych trucizn. Oczywiście są wśród nich i tulipany, choć na innych stronach, chyba na miau.pl, i w sprzecznych komentarzach znajdziesz zdanie, że kwiaty tulipanów – nie, natomiast liście, jak najbardziej. Powiało zewsząd grozą, zwłaszcze że w litaniach roślin dekoracyjnych, doniczkowych, ogrodowych i dziko rosnących znajdziesz też szalej jadowity – Cicuta virosa, który nawet takiego mędrca jak Sokrates, doprowadził do śmierci, skazano go przecież na wypicie cykuty.

No i jeszcze parę komentarzy:

– To co można posadzić na balkonie, jakie rośliny domowe są nieszkodliwe?

– Wszystkie pozostałe 🙂

– No niewiele tego zostało.

– Nie ma na liście, ale się upewnię: mieczyk nie jest szkodliwy? A pytanie numer dwa: moje koty namiętnie obgryzają melisę, czy ma ona na nie również działanie uspokajające?

– Mój 18-letni kotek pił wodę spod melisy.

– Mam wrażenie, że te wasze koty są mądrzejsze od właścicieli!

– Mój kot zatruł się lobelią… Jest aktualnie u weterynarza… Trzymajcie wszyscy kciuki 😭❤
– Może ktoś podałby listę roślin bezpiecznych dla kociaków?

I tym rozsądnym apelem kończę, nadal, po tylu latach, nie wiedząc, co kota tak bardzo ciągnie do tulipanów! Może to się wyjaśni do następnych Świąt?


Dzisiejsze zdjęcie kota i tulipanów:

Barataria 113 Paul Emile Machault i…

Kochani, ten wpis jest zasłonką, a czego i dlaczego dowiecie się później. Trzeba tylko cierpliwie doczytać do końca.

Ewa Maria Slaska

Rembrandt i Don Kichot

Tak było. Spotkałam ich obu w Krakowie na wystawie EUROPEUM w starym spichrzu (klasztornym?) Jej motyw przewodni czyli tzw. idea pozostaje nawet po dokładnym zwiedzeniu spichlerza całkowicie niepojęty. No ale był Rembrandt, Pejzaż z miłosiernym Samarytaninem (jedyny Rembrandt w Polsce, którego zresztą już parę lat temu widziałam w Muzeum Narodowym w Szczecinie, a i pejzaż też jedyny – tym razem w dorobku malarza) i był Don Kichot, rzeźba Paula Emile Machault (Francja, 1800 – 1866).

Fajna rzeźba, Don Kichot “jak żywy”. Co go jednak łączy z Rembrandtem?

Sprawdzam i wiem.

Ośrodek Kultury Europejskiej – EUROPEUM

Muzeum Narodowe w Krakowie prezentuje własny zbiór sztuki zachodnioeuropejskiej w XVII-wiecznym Spichlerzu, znajdującym się przy klasztorze oo. Kapucynów.

Ekspozycja w Spichlerzu ukazuje siedem wieków historii sztuki europejskiej na przykładzie ponad 100 obrazów i rzeźb. Zbiory te, gromadzone od założenia muzeum w roku 1879 (głównie jako dary), początkowo nie były objęte jakąś szczególną polityką kolekcjonerską, ponieważ muzeum skupiało uwagę przede wszystkim na dziełach sztuki rodzimej. Sytuacja zmieniła się po wojnie, gdy muzeum nabyło wybitne dzieła malarstwa i rzeźby zachodnioeuropejskiej.

Do 2010 roku zbiory sztuki europejskiej MNK prezentowane były razem z kolekcją Czartoryskich. To sprawiło, że Dyrekcja MNK postanowiła utworzyć samodzielną ekspozycję sztuki europejskiej w budynku Spichlerza.

Ośrodek Kultury Europejskiej EUROPEUM pełni też funkcje edukacyjne i jest jedynym w kraju centrum informacji o zbiorach malarstwa zachodnioeuropejskiego w Polsce. W XXI wieku ma uświadamiać publiczności trwającą od wielu stuleci przynależność do Europy naszej kultury i wielu dziedzin sztuki. EUROPEUM będzie gościć wystawy, imprezy, koncerty, wykłady dotyczące szeroko rozumianej kultury europejskiej.

A za zasłonką

Ryszard Dąbrowski

Hallo,
z okazji początku wiosny, jednego z trzech najważniejszych świąt w szamanizmie, składamy Wam serdeczne życzenia słonecznego słońca, deszczowych deszczy (ale tylko w nocy), obfitych zbiorów i plonów, licznych uśmiechów, dobrego samopoczucia pomyślności oraz ZDROWIA, gdyż „… ile cię trzeba cenić, ten się tylko dowie, kto cię stracił…”.
Jestem w rozterce jakie „pocztówki” dołączyć do tych życzeń lub na jakim i czego odwrocie je zamieścić. Żyjemy teraz w czasach poprawności politycznej, moralnej oraz obyczajowej i każdy nieostrożny krok, zdanie, wypowiedź może się skończyć zerwaniem przyjaźni lub znajomości, co już dwa razy mi się ostatnio przytrafiło. I to mnie! Osobie, która całe swoje świadome istnienie „walczyła” o życie bez cenzury, o prawo czytania, pisania, oglądania oraz wypowiedzi słownej i artystycznej bez jakichkolwiek tabu. Często, zarówno w Polsce jak i w Niemczech spotykałem się z tego powodu z porażkami oraz represjami.
Teraz, poprzez nowe ustawodawstwo, powoli zaciska się pętla cenzury wokół internetu i w niezadługiej przyszłości, o tym co tam będzie mogło być publikowane, przeczytane oraz obejrzane, będą decydować filtry algorytmiczne, „logarytmiczne”, „całkowe” oraz „różniczkowe”. Już teraz przybiera to niekiedy komiczne rezultaty.
Szamańskie święto wiosny, kiedy przyroda budzi się do życia a wszystkie organizmy zwiększają swoją aktywność, obchodzone jest w katolicyzmie jako Święta Wielkanocne i w ikonografii symbolizuje je pisanka, baranek oraz zając.
To pierwsze jest alegorią życia, jego zalążka i narodzin; to drugie zwierzęciem ofiarnym; a trzecie obrazuje płodność.
Doszedłem do wniosku, iż najadekwatniejszym przedmiotem łączącym wszystkie te trzy stworzonka boże powinno być jakieś dzieło sztuki. Najbardziej do tego się nadającym, wydał mi się obraz „Pochodzenie świata” (L’Origine du monde) Gustava Courberta (1819–1877) z 1866 roku znajdujący się w Musée d´Orsay w Paryżu – pocztówka „01”.
Uwaga! po obejrzeniu tego, co w linku, wrócić strzałką w lewym górnym rogu z powrotem do tekstu – bo nadal są sprawy ważne i ciekawe
 
Ten naturalistycznie namalowany anatomiczny fragment ciała kobiety, umiejscowiony w środku obrazu, kontrastuje poprzez jasną karnację skóry z brązowym tłem i dobitnie uzmysławia widzowi, skąd się wzięła cała ludzkość, a pośrednio także i to dzieło oraz wszystko co nas otacza.
Jest to również abstrakcyjne zaproszenie do aktu seksualnego, filozoficzna refleksja oraz kapłański pokłon w kierunku kobiety, a także jakże ważnego obszaru naszego życia.
Ale… czyż ten srom nie mruga zalotnie w naszą stronę?
Obraz ten powstał na zamówienie tureckiego dyplomaty, znawcy i kolekcjonera sztuki, Hali Şerif Paşa. Świadkowie epoki oraz uczeni w sztuce spierają się do dzisiaj, która z kochanek ich obojga została tutaj tak realistycznie przedstawiona oraz twierdzą, iż jest to tylko fragment większej kompozycji, której „obcięta” została głowa.
(Ciekawym polecam prześledzenie w internecie dalszych dziejów tego dzieła sztuki; kilkakrotne zmiany właściciela, przechowywany w schowku za zasłoną obrazu ze śnieżnym „landszaftem” z kościołem, okupację niemiecką przetrwał w sejfie w Budapeszcie, skonfiskowany przez Rosjan, sprzedany na czarnym rynku jego prawnemu właścicielowi, przeszmuglowany w 1946 roku do Paryża, po wędrówce przez USA i kilka rąk, w 1995 trafił do paryskiego muzeum.)
Obraz Courberta fascynował i inspirował także Marcela Duchampa, Balthasara Burkharda, Jaquesa Tardi, Tatjanę Ostojić, Liv Strömquisto oraz wielu, wielu innych.
Powstała też parafraza tej słynnej „ikony”; w setną rocznicę wybuchu pierwszej wojny światowej, artystka Orlan (Mireille Suzanne Francette Porte) namalowała z podobnej perspektywy męski akt z fallusem pod tytułem „Pochodzenie wojny” (“L’origine de la guerre”).
Aktualnie w dobie poprawności moralnej, można znaleźć w internecie wersje jakie przedstawia np. pocztówka „02”.
Rok temu, 15 marca 2018, przed sądem cywilnym w Paryżu zakończył się trwający 7 lat proces francuskiego nauczyciela Frédérica Durand-Baïssa, który wygrał przeciwko „fejsbukowi” za ocenzurowanie i zdeaktywizowanie jego konta po opublikowaniu na nim obrazu „Pochodzenie świata”. Sąd uznał winnym giganta mediów społecznościowych, iż uczynił to bez uzasadnionego okresu wypowiedzenia i podania przyczyn. Oddalił jednak roszczenia finansowe nauczyciela oraz żądanie 20 tysięcy Euro odszkodowania.
P.S. Tradycjonalistom przesyłam także tradycyjny filmik „03” o tym jak w Niemczech produkuje się pisanki. Otrzymałem go od „starego”, wiekiem i stażem znajomości, bliskiego kolegi z Monachium.
P.S. 2. W Niemczech, już w piątek, dniem wolnym od pracy, rozpoczęła się czterodniowa obżarcza orgia świąteczna. I o to chodzi „weihnachten-bis”; żadnego zastanowienia, refleksji – rachunek sumienia zostawiając ateistom.

 

Słowo na niedzielę wielkanocną

Kurt Marti

Historia, Wielkanoc

1.

Gdyby Bóg kierował tym
co potocznie
nazywa się historią,
to byłby On tym,
którego potocznie
nazywa się sadystą,
brodzącym przez potoki krwi
od zbrodni
do zbrodni.

2.

A dzisiaj?
Oświecenie poniosło porażkę.
Socjalizm bezradny.
Kościoły skorumpowane.
Czyżby człowiek stał się rakiem Ziemi?
Historia połyka naturę.
Głód postępuje.
Rozwój zbrojeń darowuje nam high-tech.
I nawet krew nie musi płynąć w tej wojnie:
Promienie laserowe karbonizują z szybkością światła
krajobrazy, miasta, ludzi,
spalają bez płomieni,
w ułamku sekundy
wszystko czarne
wszystko zwęglone.

3.

Obojętnie jaki Bóg,
obojętnie jaka by to była historia,
przenigdy nie spełnia się Jego wola
w wyścigu z całkowitym zniszczeniem.
Stwierdzam to, ach tak,
bez dowodu,
stary człowiek z pustymi rękami,
raz wściekły
to znów pełen nadziei,
ciągle pytając:
Wielkanoc,
czy to nie była Wielkanoc?

4.

Jednak nie Dżingis Chan,
nie Napoleon,
ani Gulbenkian, czy Krupp
wstali z martwych.
Pewnemu galilejskiemu prowincjuszowi jednakże
(jak krąży niezmordowana plotka)
miało to się zdarzyć,
jednemu,
który był tak ślepy historycznie,
a może owładnięty świętym szałem,
że kochającym i bezbronnym,
przyrzekł ziemię,
która
– od kryzysu do kryzysu
od wojny do wojny –
wydaje się trwać
w pewnych rękach
władców i bankierów,
wraz z ich spekulantami  zbrojeniowymi
i pięciogwiazdkowymi biurwami.

5.

Tak idę,
jak idę?
Myśląc, pytając:
czy nie było tam Marii z Magdali,
ostatniej pod krzyżem,
pierwszej o świtaniu,
apostoli apostolorum,
podżegaczki wiary,
serca pierwszej wspólnoty?
I idę,
krok za krokiem,
mrucząc, prosząc:
zaraź nas
twoją wytrwałością,
o ty,
wieloimienna Mario,
uczyń pewniejszymi
nasze codzienne kroki
przez prawdę,
której doświadczyłaś:
CHRYSTUS ZMARTWYCHWSTAŁ.

Przełożył i podał do publikacji Tibor Jagielski