Maki nad Odrą, dalie w ogrodzie

Ela Kargol

Przybyłam, zobaczyłam i wróciłam, tak można by sparafrazować słowa Juliusza Cezara. Veni vidi reveni, tak brzmiałoby po łacinie, jeśli córka dobrze przetłumaczyła i odmieniła ostatni czasownik.
Maki nad Odrą po słubickiej stronie kwitną najpiękniej. Chociażby po to, żeby je zobaczyć, warto było zadać sobie tyle trudu podróży spowodowanego pandemią i częściowym brakiem połączeń kolejowo-autobusowych między Berlinem a Poznaniem.

14 marca wszystko jeszcze funkcjonowało.

Od lat raz w tygodniu przekraczałam Odrę pociągiem i z okna wagonu Warsu podziwiałam szeroko płynące jej wody. Gdy jechałam z wnukiem, mieliśmy pewien dowcipny rytuał. Ja mówiłam spoglądając przez okno: „Patrz Magnus, Wisła!“, a on na to: „Babciu, to przecież Odra”. Ostatnio się zagapiłam i Magnus pierwszy odezwał się do mnie: „Patrz babciu, Warta!“ A to naturalnie była Odra.

Moja prawie 90-letnia mama mieszka z moją niepełnosprawną siostrą w Poznaniu. To do nich jeździłam, przytulałam, robiłam zakupy, płaciłam rachunki, układałam lekarstwa, prałam, sprzątałam, dawałam dobre rady, których i tak nikt nie sluchał. Ostatni raz byłam w połowie marca. Nie o wszystkim pomyślałam, nie wszystko załatwiłam. Nie odmówiłam wizyty księdza, który mamę co miesiąc odwiedzał i na początku kwietna znowu przyszedł. Nawet nie mogłam mu wiele zarzucić. Przed wejściem do domu zapytał się, czy mama i siostra go przyjmą. Przyjęły go z otwartymi rękami. Ale w sumie może wymodlił opiekę nad nimi u swojego szefa.

Minęły już ponad dwa miesiące odkąd nie byłam w poznańskim domu rodzinnym.

Wyruszyłam z berlińskiego domu 22 maja, dzień później niż zamierzałam.

Ponieważ pandemia trwa już jakiś czas, przepisy zmieniają się z dnia na dzień i nikt już nie wie, co można, czego nie wolno, co jest otwarte, a co zamknięte, czy możesz wyjść z domu, pojechać do innego miasta, ba, do innego kraju. Nie tak dawno protestowali mieszkańcy przygranicznych miejscowości, ci co mieszkają po jednej stronie, a pracują lub uczą się po drugiej. Protesty przyniosły „dobre zmiany“. Nie przeczytałam nigdy tych przepisów regulujących przyjazdy i wyjazdy przez granicę, coś tam usłyszałam w radiu, ktoś znajomy wyjechał, sąsiadka przyniosła formularz, który pracodawca miał wypełnić i wypełnił, ale nie było na nim żadnej pieczątki, więc równie dobrze mogłam wypełnić go sama. Wiedziałam, że w przepisach regulujących przyjazdy i wyjazdy przez już dawno otwartą unijną granicę są jakieś luki, niedopowiedzenia i możliwości wielorakiej interpretacji. Nie ustalono, o ile wiem, jak daleko od granicy należy mieszkać, pracować. No i jak tu ustalić swoje stałe i prawdziwe miejsce pobytu, gdy wielu z nas żyje w ciągłym rozkroku, nie tu i nie tam, nie tam i nie tu.

Od wielu lat mieszkam w Berlinie, sercem i duszą zawsze w Polsce. Pamiętam granicę niemiecko – niemiecką, niemożliwość wyjazdów do Poski, później przejazdy w zatłoczonych pociągach trwające godzinami. W roku 1984 moja kwarantanna trwała dwa lata, teraz dwa miesiące.

Mam zaświadczenie od pracodawcy, polski dowód osobisty, niemieckiego nigdy nie miałam, zameldowanie w Poznaniu, umowę o pracę, paczkę landrynek jako lek antystresowy, plecak na plecach i wychodzę z domu, i odczuwam lęk jak przed laty, gdy kontrole graniczne nie należały do przyjemnych. Jadąc do Frankfurtu zastanawiam się, skąd jestem, gdzie moje miejsce. Z całej mojej rodziny tylko ja nie zasymilowałam się do końca z mieszkańcami kraju mojej emigracji. Nie umiem powiedzieć dlaczego, czy kompleksy Polaka i to mniejsze poczucie wartości wzięły górę, czy mój charakter, bo na pewno nie światopogląd. Polska jest na wyciągnięcie ręki i mimo braku umiejętności prowadzenia samochodu jeździłam tam co tydzień. Trzy bardzo ważne miejsca, które odwiedzam, to mój dom rodzinny w Poznaniu, dom w Lachowicach w miejscu rodzinnym mojego ojca i ostatnio Szczecin z jego historią niemiecko-polską.

Uważam więc, że nawet bez „bumagi” mam prawo do wyjazdów za Odrę, w jedną i drugą stronę.

Rozglądam się wokół, patrzę na pasażerów w pociągu. Już dawno po karnawale, a my wszyscy w maskach. Łapię się na tym, że choć mam trzy maseczki lub cztery, zakładam najczęściej tę w biało-czerwone paski. Już to zestawienie kolorów powinno być wystarczającym biletem wstępu za Odrę. Są maski w kwiatki, kropki, gwiazdki, galaktyki, koniki i w koniczynki, motylki, pszczółki, maski z uśmiechem lub bez, z jakimś sloganem z nakrętką jak z butelki…

Pokaż mi swoją maskę, a powiem ci, kim jesteś!

Gdy wychodziłam z mieszkania w Berlinie, obejrzałam się za siebie, spojrzałam przychylnym okiem na mój bałagan, który zostawiam i do którego chciałabym wrócić, żegnam klatkę schodową w promieniach porannego słońca, maki, które wyrosły przed domem, nie wiedząc jeszcze, że będą moim towarzyszem podróży, maki. Na przystanku autobusowym na płytach chodnikowych odczytuję zamazany napis „Be Vegan” i myślę sobie, że mi to nie grozi. Nawet nie jestem wegetarianką, nad czym ubolewa jedna z moich córek.

Dojezdżam do dworca ZOO, przez długie lata był to dworzec, z którego odchodziły pociągi do Polski. Dworzec główny, Berlin Hauptbahnhof otwarto w 2006 roku. Mimo swoich niedoskonałości jego architektura mnie zachwyca.

Na peronie jest dość pusto. Pociągi do Warszawy nie są wykreślone z rozkładu jazdy. Ale ja wiem, że żaden pociąg nie przyjedzie i nie odjedzie, jeszcze nie. W pociągu do Frankfurtu jest nas sporo. Tuż obok siedzi dziewczynka w dzierganej na szydełku kolorowej masce. Na kolanach trzyma lalkę, też w szydełkowej masce.

Wysiadłam we Frankfurcie. Zapytałam panią w informacji o ostatnie pociągi do Berlina, a potem o przejście graniczne. Pani spojrzała na mnie wyrozumiale informując o pociągach i o przejściu, przez które nie przejdę. Autobusu nie mogę znaleźć, zresztą jest ich dużo mniej. Po co mają jeździć w kierunku zamkniętej granicy? Wiem, że ta podóż będzie wyjątkowa i wyjątkowo dużo będzie mnie kosztowała, a więc wsiadam do taksówki. Taksówkarzowi wyjaśniam, że chcę przejść i że powinno się udać. Życzy mi powodzenia, ale proponuje, że poczeka. Przed mostem stoją niemieccy policjanci. Pytam się, dokąd mam pójść: „Prosto, przed siebie, nas to nie interesuje, tam stoją polnische Kameraden.” Szukam w czeluściach plecaka dowodu i zaświadczenia, żeby mieć pod ręką i idę wolnym krokiem w kierunku mostu, mostu, który jest świadkiem wielowiekowej historii. Nie zawsze był mostem przyjaźni. Jak podaje wikipedia w Polsce jest tylko mostem granicznym, a w Niemczech nazywa się Stadtbrücke Frankfurt (Oder). Nie szłam chyba nigdy tym mostem, może raz jako nastolatka, wracająca z zakupów w enerdowskim Frankfurcie. Most, który łączy i dzieli miał dzisiaj łączyć. Zmierzono mi temperaturę, nie patrząc nawet na wynik. Przeszłam na drugą stronę z dowodem i zaświadczeniem z pracy. Ci, którzy sprawdzali bilety wstępu ledwo spojrzeli na moje papiery, a ja jeszcze niepewna swojego szczęścia przeszłam na makową stronę.

Maki nad Odrą po słubickiej stronie kwitną najpiękniej. Całe zbocza czerwienią się makami. Stoję i patrzę i przez chwilę nie chcę już dalej jechać, choć wiem, że muszę i chcę, do domu, do mamy.

Z taksówkarzem uzgadniam cenę podróży do Rzepina, mając nadzieję na szybkie połączenie pociągiem do Poznania. Jedziemy, taksówkarz miły, chwali rząd, który walczy z pandemią, nie to co w Szwecji, gdzie nikt niczego nie zabrania. Cieszy się, że w Lubuskim zniosą częściowo obowiązek przywdziewania masek: „Bo kto w tym wytrzyma, pani?” Nagle dostrzegam drogowskaz na Ośno Lubuskie. Uzgadniam następną cenę i jedziemy choć na chwilę pod budynek byłego Liceum Pedagogicznego, gdzie moja mama zdawała w 1951 roku maturę. Budynek z czerwonej cegły był kiedyś Królewskim Ewangelickim Seminarium Nauczycielskim, potem szkoła realną, teraz jest Młodzieżowym Ośrodkiem Socjoterapii.

Jestem w Rzepinie, na pustym dworcu, przy zamkniętych kasach. Jakiś entuzjasta przekonany o swojej misji wyjaśnia wszystkim, którzy próbują odczytać rozkład jazdy, że pociągi nie jadą, tylko niektóre i on wie które. Mój pociąg do Zbąszynka jedzie za trzy godziny, a tych państwa obok mnie z walizkami dopiero za pięć.

Postanawiam pójść w miasto, do banku, bo jak dojadę do Poznania, to już będzie za późno i nie zdążę nic załatwić. Pan, który wszystko wie, pokazuje mi drogę. Przy dworcu w Rzepinie stoi stara parowa lokomotywa, którą zawsze podziwiam z okien pociągu, wreszcie mogę jej prawie dotknąć. Mijam poniemiecki kolejowy budynek, w którego oknie łopocze biało-czerwona flaga. Niektóre sklepy są pozamykane, niektóre otwarte, ale puste. Mogłabym kupić córce drabinę, której potrzebuje, ale po namyśle rezygnuję. W banku załatwiam wszystko sprawnie i szybko wracam na dworzec. Przy dworcu właśnie po dwumiesięcznej przerwie otwarto bar-bistro z ogródkiem, piwem i pierogami. Przy stoliku siedzi para włosko-polska. To ci, którzy do odjazdu pociągu mają pięć godzin. Wyjechali w marcu do Włoch na karnawał. Jedenastoma pociągami przyjechali do Rzepina, spod Florencji. Przez znaczną część Austrii podróżowali taksówką. Ale o tym powiedziała mi dopiero polska żona włoskiego męża, gdy ten poszedł rozprostować kości: „Ja powiedziałam mężowi, że ten pan taksówkarz, to nas za darmo przewiezie, inaczej mąż by się nie zgodził. Do Austrii nas nie chcieli wpuścić i wtedy ten taksówkarz zaproponował pomoc. Ale za kurs to policzył sobie chyba potrójnie. Teraz mamy kwarantannę, jak dojedziemy do Warszawy, ale ja to się nawet cieszę.”

Do Afrykańczyka, siedzącego w innym kącie, podchodzę sama. Pytam, co tu robi, dokąd jedzie. Jest studentem z Warszawy, pojechał szukać pracy do Berlina, nie znalazł, wraca, ale dostał kwarantannę, nie wie dlaczego.

Opuszczam moich towarzyszy pandemicznej podróży, bo mój pociąg do Zbąszynka niedługo odjeżdża. Pamiętam Zbąszynek, na tyle, na ile dziecko może coś zapamiętać. Poniemiecki dom niedaleko dworca, zbudowany w latach 30 dla niemieckich kolejarzy, dom z dużym ogrodem. Na dworcu mam za mało czasu, żeby wyjść za perony.
Mama spędziła w Zbąszynku kilka lat, mieszkała w poniemieckim domu u polskiej już właścicielki. W poniemieckiej szkole uczyła polskie dzieci. A gospodyni gotowała w poniemieckich garnkach. Przyjaźń z polską właścicielką zbąszyńskiego domu z czerwonej cegły przetrwała lata. Pamiętam ganek, sad, poręcze wymalowane na ciemnozielono i mamę, która mnie tam zabierała.
Dworzec w Nowym Tomyślu i droga do miasta przemknęły mi szybko przed oczami, gdy siedziałam w następnym pociągu do Poznania. Nowy Tomyśl pamiętam lepiej, spędziłam tu kilka pierwszych lat życia, a następne lata przyjeżdżałam tu często w odwiedziny.

Z Berlina wyjechałam rano, wieczorem dotarłam do celu podróży. Mama czekała już na mnie. Mimo ciepłego wieczoru siedziała owinięta swetrem na tarasie. Poznała mnie po głosie. Mamie przez te dwa miesiące, przybyło lat, urosły włosy, ubyło wzroku i pamięci. Mama ma prawie 90 lat, prawie nie chodzi, prawie nie widzi, prawie żyje, czuje, kocha i tęskni. Ja też tęsknię i dlatego tu jestem.

W ogrodzie nikt nie skosił trawy. Szkoda tylko, że mama nie dojrzy stokrotek, które się w niej ukryły i zakwitły, ani dmuchawców, które rozwiał wiatr. Nie zobaczy też niezapominajek rozsianych za sprawą taty po wszystkich możliwych miejscach. Nie posadził nikt georginii, które tata co roku na wiosnę sadził dla mamy pod tarasem. Biorę łopatę i wkopuję kłącza kwiatów które już wypuściły pierwsze pędy, w ziemię.

Myślę, że latem znowu zakwitną. A ja przyjadę i opowiem mamie jak wyglądają, kilka zetnę i włożę do wazonu.

Mama, Rysia, Marx

Wenn es Pandemia nicht gegeben hätte…

Ewa Maria Slaska
Mein Leben kann man in
drei Phasen aufteilen, eine für Mama, eine für Marx und eine für Rysia.
Zufälligerweise sind sie alle drei am 5. Mai geboren: 1818 / 19
18/ 2018

– Mein Leben, sagte ich zu Marx, ist ganz genau der rechte Handschuh des Buches von deinem Freund, der Friedrich von Engels.
– Er war kein „von“. Ich war es. Und meine Frau.
– Egal. Er schrieb ein Buch, unter dem Titel: Der Ursprung der Familie, des Privateigentums und des Staats. Und bei mir war es gerade umgekehrt: Der Verlust der Familie, des Privateigentums und des Staats.

Kapitel Eins. Mama oder der Ursprung der Familie.

Du bist eine schreckliche Hexe, sagte meine Mutter, kein Mann wird dich je heiraten wollen.
Ich bin sechs. Verstehe kaum, was sie sagt, aber die Drohung ist unverkennbar.
Was habe ich getan, dass sie mir sowas sagte?

– Eee, sagt Rysia. Unwichtig. Einfache kolloquiale Übertreibung.

Der Tag liegt über 60 Jahre zurück. Es gab noch keine kleine Hexe namens Bibi Blocksberg, noch keine sympathischen Drachen, Vampire und Magier. Man brauchte noch Jahrzehnte, um die Kraft einer Hexe zu entdecken und sie zum Symbol der Frauenbewegung zu erheben. Ich war ein Kind. Eine Hexe war ein Schreck. Alles, wovon wir in der Märchenwelt umgeben wurden, war schrecklich, egal ob es die Gebrüder Grimm waren oder Andersen. Die kleine Sirene verliert lange Haare und Stimme, um die Liebe des Prinzen zu gewinnen. Die Hexe sagt ihr, dass sie zwar jetzt wunderbare Beine hat, aber mit der Liebe ist es so, dass man nie sicher sein kann, ob man geliebt wird. Und sie wird nicht geliebt. Sie steht im Schloss in einer dunklen Ecke und schaut zu, wie der Prinz eine Usurpatorin heiratet. Dich wird man nicht heiraten, kleine Sirene.
Und die Beine tun dir weh.
Deine Beine bluten.

Das Mädchen, das auf das Brot trat, ist auch von Andersen. Sie wollte tanzen gehen in ihren schönen roten Schuhen, und wollte sie nicht schmutzig machen. Sie musste durch einen Sumpf. Schnell holte sie das Brot aus ihrer Tasche, schmiss es in den Schlamm, und Hop, dachte sie, schon bin ich auf der anderen Seite. Aber nein. Sie versank in den Moorgrund und kam zur Moorfrau hinunter, die dort braut. Das sieht man, wenn die Wiesen im Sommer dampfen. Es ist schrecklich in der Brauerei der Schlammhexe, es ist eine stinkende Schlammgrube! Du wirst später selber eine Schlammhexe, Mädel. Man wird dich nie heiraten wegen deiner Füße in roten Schuhen.

– Hej, faucht Rysia. Schmeiß deine roten Schuhe weg.

Natürlich noch Aschenputtel. Beine, Füße, Schuhe, Blut, Prinz. Im Märchen wird er dich heiraten, aber im wahren Leben heiratet er eine von deinen Halbschwestern, die, die sich die Zehen abgehackt hatte, oder eh die, die ihre Fersen abhackte. Ihre Füße bluten, man wird dich nicht heiraten.

Och ja, klar, auch Rotkäppchen.

– Na, sagt Rysia, was sucht sie hier? Ihre Beine sind ganz in Ordnung. Und ihr Blut steckt ganz symbolisch im Rotkäppchen.

Man hackt auf dich ein, kleines Mädchen, deine Füße bluten. Du stehst in einer dunklen Ecke hinter dem Weihnachtsbaum und betest darum, dass dich niemand zum Tanzen auffordert. Du bist sieben. Deine Mutter hat dir ein Kleidchen gemacht, indem sie ihr Kleid grob abgeschnitten hat. Man sieht die Nähte ganz genau, jeder Stich ist so lang wie Mamas Finger. Mama hat sich mit der Nadel in den Finger gepiekt. Man sieht es nicht, aber auf dem Kleid ist Blut. Und du bist eine Hexe.
Hexe, Blut, Beine, Schuhe, Prinz, das wird gebraucht, um zu heiraten.
Aber siebenjährige Mädchen heiraten noch nicht.

Wir waren beide im Zimmer und standen neben dem Bücherregal. Mama in der Hocke, ich neben ihr stehend. Was habe ich damals getan, dass sie mir so etwas sagte? Seit Jahren versuche ich meine Unfähigkeit, mich daran zu erinnern, durchzubrechen, einen Schritt tiefer in die verlorene Zeit zu machen, nur eine Minute früher. Diese eine Minute.

Na, sagt Rysia. Lass die Minute sein. Es war eh eine Prophezeiung und keine Bedrohung. Du wolltest nie heiraten. Ja, wohl hast du es getan, aber dann biste weg, du warst weg, du wolltest es nicht und jetzt lebst du allein, das heißt mit mir, natürlich, und sagst immer selber, dass du so zufrieden bist, wie nie in deinem Leben.
Und rote Schuhe sind rote Schuhe. Und rote Socken sind rote Socken. Und eine Rose ist eine Rose.

Es gibt noch eine Frauengeschichte mit Blut. Eine Frauentag-Geschichte. Eine Frau sticht sich in den Finger. Die Frau bin ich, noch klein, aber in einer kleinen Frau steckt schon immer die zukünftige große Frau. Ich war acht Jahre alt, und ging zu einem Ballettkurs. Wir tanzten eine einfache Tanzszene. Zuerst gingen wir, Mädchen in weißen Ballettkleidchen, paarweise quer über die Bühne, als ob wir die Blumen sammelten. Dann kamen von der anderen Ecke Jungs in Leinenhosen und taten so, als ob sie uns erschrecken wollten. Wir liefen rum, die Jungs hinter uns, dann aber war klar, dass es nur ein Scherz war, wir bildeten einen Kreis, Mädchen, Junge, Mädchen, Junge, hielten uns fest an den Händen und tanzten im Kreis, schneller, schneller, schneller…

Einmal im Jahr tanzten alle Ballettkinder in der Oper, wir also mit unseren Wiesentanz auch. Der Ballettlehrer hat uns tausend Mal ermahnt, dass wir unsere Kleidchen schneeweiß waschen müssen und dann glatt und glänzend bügeln. Unsere Ballettschuhchen müssten auch schneeweiß sauber gekriegt werden, genauso wie Slips, die unter den kurzen Kleidchen hervorzulugen hatten. Es ist schwer zu begreifen, aber 1957, in der Volksrepublik Polen, war es fast unmöglich, diese Forderungen zu erfüllen. Es ist mir heut nicht klar, weshalb ich mich um mein Kostüm selber kümmern musste. War aber so. Plötzlich war es Frauentag und ich musste mich für die Matinee in der Oper fertig machen. Es geschah, wie es geschehen musste. Das Kleidchen war zwar vielleicht nicht schneeweiß, aber doch weiß, sauber und glatt gebügelt, die Schühchen waren ebenfalls eher eierschalen- als schneeweiß, aber irgendwie würde es gehen. Aber es gab KEINEN Slip! Keinen Slip! Keinen Slip! O Gott, was jetzt? Zur Erklärung: das, was in den Frühfünfzigern in Polen ein Mädchen an normalen Tagen trug, waren so genannte „Reformen“, Baumwollhöschen, meistens rosa. Zig mal getragen und ausgewaschen. Nirgendwo ein Slip. Nicht im Schrank, nicht im Wäschekorb. Dort aber finde ich weiße Nylonslips meiner Mutter. Sie sind ungewaschen, ja, und viel zu groß, ja, aber mindestens weiß und gleißend. Ich hole mir mein Nähzeug, und ruck zuck mit großen langen krummen Stichen nähe ich mir aus Mamas weißen Slips so etwas wie Mädchenslip für mich. Ich muss mich beeilen, es ist schon spät, gleich muss ich losrennen. Den letzten Stich ziehe ich durch meinen Finger! Ich reiße mich im Schreck hoch, zerreiße die Haut, Blut tropft auf… och… Gott sei‘s dank, Blut tropft auf den Fußboden und nicht auf meine hervorgezauberten Slips. Ich binde ein Taschentuch um meinen Finger, packe ein, binde mir ein weißes Tuch um die Haare und bin schon auf der Straße, laufend, so schnell ich kann.

Ich komme als Letzte, eine der Mutter entdeckt meinen blutenden Finger, klebt mir ein Wundpflaster um, zupft am meinem Haartuch, und schon stehen wir hinter der Bühne und warten auf unseren Auftritt. Vor uns sind noch die Kindergarten-Kinder und Erstklässler, die einen dummen Zwergentanz tanzen, nicht so wie wir, schon große schöne Mädchen, die einen lieblichen schönen Wiesentanz tanzen werden… Schöne Prinzessinnen, leicht wie Elfen…

Jetzt tanzen wir … Wir beugen uns, um die schönen Blumen zu pflücken, irgendein Mozart fließt von oben auf uns, tin tin tin tin, tanzen wir auf unseren Satinpointe-Schuhchen, hier so eine schöne Blume, und da noch eine und mein Slip beginnt sich aufzulösen… Ich höre es durch den Mozart sehr deutlich … Auf dem linken Pobacken. Schon kommen die Jungs, wir laufen weg, tirlirirlilalallala, weg in den Wald, die Jungs kommen näher, hop hop hop, Mädels lauft, laufe du Schöne, laufe Fraulein, Schmetterlinge kommet näher… Wir drehen uns, lach lach lach lacht die Musik, lach lach lach lachen die Mädchen über den Scherz, lach lach, meine Slips knistern auf dem rechten Po… Wir halten Händchen und tanzen schneller, schneller bis meine Slips, schon total zerissen, mir vom Po nach unten fließen und ich stolpere um sie, falle mit der Nase auf den Boden. Shame auf meinen Po. Ich hoffe, ich sterbe. Dong! Der ganze Kreis zerreißt, mehrere von uns fallen auf den Fußboden. Vorhang. Ende Gelände. Ich werde nie wieder auf der Bühne tanzen, keine Primaballerina werden.

So verliert man die Familie und ist allein auf der Welt. Sie können heftig wie sie wollen auf mich wirken, sich um mich drängen, mich umarmen mit ihren Judasumarmungen, ich habe keine Familie, keine, die mir Halt und Hilfe versprechen kann im Angesicht der Gefahren der weiten großen, schrecklichen Weltbühne. Egal wie schön sie immer wieder Mozart spielen mögen, ich werde ihnen allen nie mehr glauben… Sie haben mich alleine gelassen. Sie taugen als Familie nichts. Ende des Kapitels Eins.

Oder nein, noch nicht. Noch eine Bemerkung. Daher habe ich ja auch keine gute, feste, ewighaltende Familie gründen können.

Jetzt aber. Ende des Kapitels Eins. Verlust der Familie.

Kapitel Zwei. Marx oder der Ursprung des Privateigentums.

Man hatte in Polen gar nichts. Ich noch weniger als die anderen, weil meine Eltern keinen Wert auf das Materielle legten. Das sagten sie immer wieder und waren stolz drauf, Grashüpfer sein, keine Ameisen. Das hieß in der Praxis, dass meine Freundinnen aus der Schule Mama und Papa fragen konnten, ob sie ihnen etwas kaufen. Eine Jacke, einen Rock, Schuhe. Ich nicht. Ich trug immer etwas von den Älteren, etwas Abgelegtes, Nicht-Gewolltes. Das letzte woran ich mich erinnere, das für mich gekauft und genäht wurde, ist eine wollene Jacke, gemustert Dunkelblau und Schwarz. Da bin ich vielleicht zwölf gewesen. Sonst nie etwas Neues. Nie. Einmal, fragte ich, ob ich neue Handschuhe bekommen kann, meine sähen nämlich schrecklich kindisch aus. Nein, sagt Papa, es gibt kein Geld für neue Handschuhe, nur weil sie schrecklich aussehen. Ich hab selber gar keine.

Das prägt für immer. 60 Jahre später, ohne darüber nachzudenken, bin ich sofort im Stande das Prinzip Zero-Waste anzunehmen und zu wissen, dass ich bis Ende meines Lebens NIE MEHR etwas kaufen werde. Das macht mir nichts aus. Ich lernte es, als ich zehn war. Die Handschuhe waren mein letzter Versuch. Seitdem werde ich nie mehr drum bitten, dass man mir etwas kauft. Ich wachse in dem zu langen Mäntel und den zu engen Schuhen auf, in schlecht angepassten Klamotten. Seit dem Vorfall mit dem Slip für den Ballettauftritt versuche ich auch nie mehr, etwas für mich zu nähen.

Nie werde ich von alleine Shopping machen. Klamotten sind ja in Polen auch schlicht miserabel. Also kein Geld da, wenn aber doch, dann gibt es sowieso nichts, was man kaufen wollte. Da ich aus Danzig komme, einer Hafenstadt, hatte ich (rein theoretisch) noch eine andere Option, an Klamotten zu gelangen, nämlich die von Seemännern aus dem Ausland mitgebrachte, was dem Neckermann-Katalog-Angebot der 70ger entsprach. Die Dinge kamen zu einem entweder unter dem Tisch oder in den gesetzlich zugelassenen privaten Läden, die Komis hießen. Im Komis nahm man die Ware nur zum Provisionsverkauf. Die Dinge waren sündhaft teuer. Nur eine meiner Schulkameradinnen hatte solche Klamotten, die ihr ihre reiche Tante kaufte. Aber eine reiche Tante war eine seltene Ware. Ich hatte zwar auch eine, die wohnte aber in Australien. Etwa zweimal im Jahr schickte sie uns große Pakete voller Kleider und der Tag wenn Mama, meine Schwester und ich die Pakete öffneten, war ein buntes Fest fürs Leben in der grauen Wirklichkeit des kommunistischen Polens, aber die Kleider selber taugten für Nichts. Riesige raschelnde Taft- und Tüllballkleider, grosse Strickjacken, Kostümchen für Mitvierzigerinnen, die um vier oder fünf Konfektionsgrößen grösser und breiter waren als ich.

Als ich in den Westen kam, wiederholte sich die Situation. Zuerst hatte ich kein Geld, und als ich endlich an Geld kam, waren erst alle Dinge nie so, wie ich sie tragen wollte. Dazu kam noch ein mulmiges Gefühl, eine Art Gewissensbisse, als ich das Geld für mich selber ausgab. Mindestens zehn Jahre dauerte es, bis ich endlich ohne Probleme in einen Laden gehen konnte, um mir ein Kleid zu kaufen. Allmählich waren die Klamotten auch angenehmer, sahen nicht so verdammt steif und kleinbürgerlich aus, es kamen Boho-Looks, Ethno-Looks, Second-Hand-Looks, Urlaub-in-Toscana-Looks und was auch noch alles, bald aber wurden sie durch Billigzeug aus Indien, Pakistan und China ersetzt. Tand, Tand, Tand ist das Gebilde von Menschenhand, schrieb Fontane. Tand, Tand, Tand. Aus dem Gefühl, dass alles Tand ist, erwuchs selbständig, unabhängig von Moden und Trends, die Entscheidung, dass die Klamotten für nichts taugen.

Sie sind mir zum Symbol geworden, Symbol für Alles, was man wollen könnte und nicht hatte, um dann festzustellen, dass man es auch nicht braucht. Haus – um Gotteswillen! nur zum weglaufen. Auto! Kein Führerschein, wie praktisch. Fahrrad – dito, nicht zu gebrauchen von Jemanden, der nicht Fahrrad fahren kann. Bücher – sind doch Bibliotheken da und Bücherstände auf dem Flohmarkt. Möbel, Tand Tand Tand ist alles von Menschenhand.

Und endlich ein Zitat, das zu mir passt. Das hilft unendlich. Was braucht ein Schriftsteller? Nicht viel, viel weniger als jeder andere, Bett, Tisch, Stuhl, Bücher vielleicht und ein bisschen Geld für Reisen, um die Welt zu sehen. Gott sei gedankt, dass ich eine Schriftstellerin bin.

Was für ein wunderbares Prinzip. Ja, Marx, im Allgemeinen geht es mir um soziale Gerechtigkeit, im Grunde aber, um das Prinzip, teilen zu können. Für Leute kann es schwer sein, zu teilen. Für mich nicht. Ich kann alles teilen, alles weggeben.
Was kann aber derjenige teilen, der nichts hat und nie den Sinn entwickelte, etwas zu besitzen?!

Ende des Kapitels zwei. Verlust des Privateigentums.

Kapitel Drei. Rysia oder die Entstehung des Staats.

Denken Sie bitte nicht, dass ich meinen Staat Polen verloren habe, als ich im Januar 1985 mit einem Koffer in einer Hand und mit der zweiten die Hand meines Sohnes haltend, einen Zug aus Danzig nach Berlin Ost bestieg.

Ich emigrierte, aber der Staat war da. Überhaupt und für mich. Ich wusste nicht, dass es so ist, aber jetzt weiß ich – solange ich mich für den Staat engagierte, hatte ich ihn. Sogar als PiS an die Macht gekommen ist, engagierte ich mich gegen diese Partei und dies bedeutete, dass ich ihn hatte, den Staat. Weil der Staat doch nicht die Regierung ist und nicht das Territorium. Nicht die Grenze und nicht die Leistung. Nicht Errungenschaften machen den Staat und sogar Fehler ändern nichts an dem, was er im Grunde ist. Der Staat, der dein ist, ist Liebe. Es sind Menschen mit denen wir gemeinsam unseren Staat lieben. Wir können auch stolz sein, dass muss aber nicht sein. Was sein muss, ist die gemeinsame Liebe. Je länger die Litanei der Verbrechen ist, die die Recht und Gerechtigkeit-Partei gegen die Demokratie verbrochen hat, desto schwieriger war diese Liebe, aber sie war da, immer noch war sie da. Oder mindestens – dachte ich, dass sie da war.

In nicht mal einer Woche soll in Polen eine Wahl-Farce stattfinden. Man hat wegen der Pandemie Briefwahl konzipiert, die Post, der die Territoriale Militäreinheiten zu Hilfe stehen werden, muss austragen und soll damit unabhängige Wahlkomitees ersetzen.

Die Wahlen werden von PiS gewonnen. Der gängige Witz lautet: sag mal, mit wie vielen Stimmen wird Duda am 10. Mai die Wahlen gewinnen?
Im kommunistischen Polen wären es 99%, in PiS-Polen wird man sich mit 61% begnügen. Das reicht. Mehr braucht niemand. 61% und die Pandemie, die den Diktatoren in aller Welt wie ein Himmelsgeschenk in den Schoß fiel, werden reichen, um die Diktatur der Einzigwichtigen-Partei für die nächsten 20 Jahre zu festigen. Sie sind keine Idioten, die von der PiS-Partei. O nein, die sind die klügsten Köpfe, die wir jemals am Steuerrad des Staatsschiffes hatten. Klüger als Boleslaus der Mutige, der erste polnische König, klüger als Kasimir der Große, der Polen modernisierte, klüger als Wladislaus Jagiello, der den größten Sieg in der Geschichte Polen ausgekämpft hatte. Klüger als Bierut, Gomułka, Gierek und Jaruzelski, als Wałęsa, Mazowiecki, Kwaśniewski und Tusk. Sie haben ganz Polen, einen 40-Milionen-Staat unterjocht, ohne eine einzige Strassenschlacht, ohne jedweden politischen Gefangenen, ohne Zensurbehörde und Unterdrückungsapparat. Nur durch Propaganda und die alte Römische Regel divide et impera, regiere und teile (sprich: bezahle), haben sie die absolute Macht bekommen, haben Millionen aber Millionen Zlotys aus den Staatskassen auswandern lassen: für sich und eigene Sippschaft und für die Katholische Kirche.

Und dies alles bei wachsender Popularität. 61%.

Das erschreckt und lässt die übliche Liebe im Hals stecken.
Gestern fragte mich mein Kumpel, ob ich wählen gehe?
Nein, sagte ich, wozu auch?
Ich liebe diesen Staat nicht.
Ende des Kapitels 3. Verlust des Staats.

Mach dir keine Sorge, sage ich zu Rysia, dich liebe ich.

Andrzej Titkow (Z Facebooka)

DZIADEK MIKOŁAJ

Spluwał siarczyście
na warszawskie bruki,
wiejskim obyczajem
z Guberni Woroneskiej.

W Nowej Lubomirce
dźwigał worki
na stacji kolejowej,
i kłody w tartaku,
a w Antoniewie
ziemię szwagra
uprawiał jak własną.
Nigdy nie narzekał,
miał pogodę ducha
samotnych koczowników.

Codziennie chodził na obiad
do biura, w którym niegdyś pracował.
Jaworzyńską do Placu Zbawiciela,
a potem Marszałkowską do Żurawiej.
Szedł szybko, wyprostowany,
z podniesioną głową,
jak człowiek wolny.

Królował przy biesiadnym stole,
z zawadiackim uśmiechem
wznosił wielopiętrowe,
pełne znaczeń toasty,
taki na przykład-
Sława etich warot,
iz kotorych wyszeł wies narod.
Mocny kuksaniec w bok
od siedzącej obok Babci,
śmiechów przyjazny szmer
i kieliszków brzęk.

W swej sprawnej,
biurokratyczno – administracyjnej,
choć nieco śpiewnej polszczyźnie
(tej wschodniej nuty nigdy się nie pozbył)
uwodził urzędniczki, sklepikarki
i białogwardyjskie artystki
z babcinego teatru.

Nie był wojownikiem,
chociaż był niezłomny
i kiedyś, tylko raz,
już po wielu latach,
powiedzał szwagrowi
swoje non possumus.
Siedzimy obok siebie,
lecz nie jesteśmy razem,
ja byłem na dole,
ty byłeś na górze.

I cisza zapadła
przy biesiadnym stole.

Lonia

W dniu Jej śmierci córka umieściła na FB zdjęcie jednej z Jej prac i podpisała:
Longina Poterek-Krenz (16.2.1946- 28.8.2019), z cyklu “Incurably Alive”
Dziś pogrzeb.

Ewa Maria Slaska

Informacje na FB, gdy chodzi o śmierć są zazwyczaj bardzo skąpe. Data urodzenia i śmierci, kto nieuważnie przeczyta, nawet się nie domyśli, że to współczesna klepsydra,
i nekrolog, i list do rodziny i przyjaciół na całym świecie.

Odeszła. Płaczemy. Wspominamy.

Tak zostałyśmy narysowane przez naszą córkę i synową, Anię Krenz: Antoś pomiędzy dwoma babciami, Lonia po prawej, Ewa po lewej. Była wiosna 2011, ciepło, wyszliśmy całą rodziną na spacer i ciastka do kawiarni, która się chyba nazywała Kuchen-Cafe czyli Ciastkarnia.

Czasem chodziliśmy wszyscy razem na spacery, do muzeum, do kawiarni, czasem tylko my dwie, ale tak naprawdę pamiętam ją przede wszystki ze wspólnej gry w scrabble’a. Obie to uwielbiałyśmy, reszta rodziny – różnie, czasem z nami grali, czasem nie, więc, gdy tylko Lonia przyjeżdżała i wygospodarowałyśmy trochę czasu i miejsca na planszę, siadałyśmy “do skrabelka”. Pudełko scrabble’a jest pełne poliniowanych kartek – L/E albo E/L. Gdy grałyśmy we dwie nie było innych kombinacji. I bardzo równomiernie rozłożone wygrane – raz Lonia, raz ja, a potem znowu Lonia. Ta, która wygrywała, miała, bywało, zaledwie o dwa lub trzy punkty więcej od tej, która akurat przegrała.

Wnuk spał, syn i synowa (córka i zięć) wyszli, a my grałyśmy. Tak spędziłyśmy ostatniego Sylwestra. Dużo rozmawiałyśmy podczas gry – o wszystkim, o życiu, świecie, rodzinie, przyjaciołach. Taką ją na zawsze zapamiętam. Siedzi na przeciwko mnie przy stole, popija białe wino i opowiada o tym, jaki ma pomysł na następną pracę artystyczną – rok płóciennych poduszek, każda wypełniona jakąś rośliną, charakterystyczną dla danego miesiąca. Styczeń też?, zapytałam. Luty? Tak, odpowiedziała, w ogrodzie zawsze coś rośnie.

Ogród. Czarodziejskie miejsce. Dziki ogród, wymagający więcej pracy niż niektóre wymuskane grządki. Ukochane miejsce całej rodziny. Rajski ogród.

Na zdjęciu Antoś gra z babcią w piłkę. To ten ogród sprawił, że Antoś uważa, że w Polsce żyje się lepiej niż w Niemczech, a na wsi lepiej niż w mieście (choć Puszczykówko to nie wieś przecież, tylko miasteczko).

Lonia i Antoś tępią ślimaki. Lonia i Antoś karmią kota, Rysia. Lonia i Antoś wyrywają małe dęby (zawsze, jak mi o tym opowiadali, myślałam o Małym księciu i baobabach, które mogły rozsadzić planetę). Lonia gra z Antosiem w piłkę.

Zawsze w rajskim ogrodzie, pełnym kwiatów o każdej porze roku.

Mam w kuchni jej obraz pełen takich właśnie skromnych kwiatów. Była jak Wyspiański, widziała piękno w każdym najmniejszym kwiatuszku.

Lonia z Anią tyle lat temu.

Patrzę na to zdjęcie i myślę – tak, taka byłaś. Znałyśmy się już wtedy, co się większości “współteściowych” nie przydarza. Ale nam tak.

Gdy się dowiedziałam o twojej śmierci, byłam w mieście. Szłam powoli do domu i po drodze minęłam galerię CRONE na Fasanenstrasse w Berlinie.

Do dziś jest tam wystawa Milena Tilla, zatytułowana Signature. Przypomniały mi się nasze wspólne szczęśliwe czasy, gdy przyjeżdżaliście na wernisaże do Galerii ZERO, którą prowadziły na Kreuzbergu nasze dzieci. Czasem, gdy była pogoda, wystawialiśmy stoły i ławki na ulicę i jedliśmy nieśmiertelny makaron z sosem pomidorowym. Weszłam do Galerii, zobaczyłam, że każdy może się podpisać na ścianie. Więc podpisałam Ciebie.

Dziś po finisażu ściany galerii zostaną z powrotem zamalowane na biało. Tam się kiedyś spotkamy, w tej białej przestrzeni.

Lonia.

Zawsze z książką lub gazetą, zawsze z krzyżówką i kubkiem kawy, takiej po polsku, sypanej. Miejmy nadzieję, że tam też będzie ją mogła pić.

Do zobaczenia, Loniu! Pozdrów od nas wszystkich.

Dzień Matki / Muttertag (3)

Reblog z siebie samej

23 sierpnia 2016 roku

Jeden z terminów określających ten blog brzmi: salon odrzuconych. Nie jest on w przypadku tego wpisu formalnie właściwy, bo oficjalnie nikt tej książki, której początek tu publikuję, nie odrzucił. Przeciwnie – tekst został dobrze, ba, z dużym uznaniem przyjęty… Tyle, że było to w kwietniu, a teraz jest sierpień i od tego czasu nikt się do mnie nie odezwał…

Dopisek z 14 maja 2019 roku.

Kiążka jednak została odrzucona i, jak to w życiu dziwnie bywa, dokładnie tego dnia, kiedy Żydowski Istytut Historyczny zakomunikował mi, że nie opublikuje książki, którą “sam” zamówił  i “sam” dobrze, żeby nie powiedzieć – świetnie, zrecenzował, tego dnia zatem zadzwonił do mnie pan z małego wydawnictwa w Zielonce pod Warszawą i powiedział, że wydał już dwie książki o naszej rodzinie, jest więc skłonny wydać i trzecią. Co zrobił w lecie ubiegłego roku. Książka została znacznie skrócona, a ten fragment został odrzucony, tym razem przeze mnie, bo zmiana wydawcy spowodowała zmianę stylu książki i takie opowieści jak ta nie pasowały do historycznie potraktowanej historii rodzinnej.

Do publikacji tej opowieści po raz kolejny skłoniły mnie dwie blogowe autorki – Teresa Rudolf, której tekst opublikowałam dwa dni temu z okazji niemieckiego Dnia Matki (druga niedziela maja) i Ela Kargol, która pisząc o Don Kichocie w Poznaniu, napisała też o swojej Mamie, Dulcynei z Winograd. Obu inspiratorkom bardzo dziękuję.

Ewa Maria Slaska

Mama

Było lato. Umarła. Siedzieliśmy w ławkach kościoła świętego Mikołaja na gdańskiej
Starówce. Moja siostra miała na głowie śliczny czarny kapelusik z woalką, ja też miałam
włożyć podobny, ale poprzedniego dnia powiesiłam go na lampie i przepaliłam.
Było dużo ludzi. Ksiądz coś mówił, ale już wtedy nie wiedziałam, co. Płakałam.
Miałam czerwone oczy i zapuchnięty nos. Podczas Podniesienia do kościoła wleciał
gołąb, widzieliśmy jak wlatuje przez wielkie otwarte odrzwia. Doleciał nad ołtarz i
zaczął kręcić rundy pod sklepieniem. W kółko, w kółko, cały czas w kółko. Do końca
mszy.
Nikt z nas nie miał wątpliwości, że to była ona.

Moja siostra, Kasia, twierdzi, że do kościoła weszła Cyganka z dzieckiem na ręku.
Ktoś chciał ją wyprosić, ale ona zaczęła głośno krzyczeć, nie chciała wyjść. Ciekawe,
w ogóle tego nie pamiętam, a przecież to takie zdarzenie, które się tam i wtedy
MUSIAŁO zdarzyć.

Mama była niezwykłą, nadzwyczaj wrażliwą i utalentowaną artystką i to w dwóch dziedzinach: w grafice i tłumaczeniach poezji, głównie hiszpańskiej. Była nieprzeciętnie inteligentna, miała ogromną erudycję i wybitny talent narratorski. Otaczały ją tłumy przyjaciół i wielbicieli, a mimo to była nadzwyczaj samotna. Zamknięta w sobie i w swoim pokoju, osłonięta zwielokrotnionym murem milczenia, rezerwy, muzyki i opowieści, w których było wiele, ale nie ujawniało się nic, w każdym razie nie o niej samej. Zawsze skryta za maską, za milczącą grafiką i pozornie cudzym tekstem. Bo te teksty wcale nie były cudze, to były jej teksty, to ona je wybierała i to ona je dla nas wyrażała w słowach.

Oczywiście miała wady. Teraz, gdy już jesteśmy dorosłe, moja siostra i ja (choć zapewne nie mam prawa mówić w imieniu mojej siostry) wspominamy ją jako niezwykłego człowieka, ale gdy byłyśmy małe, nie było nam łatwo.

Nie było łatwo. Niestety, nikt nie powiedział, że mamy mieć w życiu łatwo. Nie było to  sprawiedliwe, bo życie nie jest sprawiedliwe. Ale było ciekawe. I na pewno wyposażyło nas na przyszłość w zupełnie już dziś nieistotne przymioty, jak erudycja, uprzejmość i uczciwość, tego jednak, że dziś te cechy już się na nic nie przydadzą, Mama nie mogła przewidzieć, bo chyba nikt nie mógł tego przewidzieć. Nauczyła nas, że trzeba pracować, bo jest to ważne, trzeba więc pracować, jak trzeba, to ponad siły i nie oglądając się na własne korzyści. Nie należy o nic zabiegać, bo zabieganie jest nieeleganckie podobnie jak odginanie małego palca przy piciu herbaty. Nagrodą za pracę jest sama dobrze wykonana praca, a nie pieniądz.

Ojciec zresztą wyznawał tę samą teorię. Nie wolno się dać opętać masie towarowej. Zrobili więc w życiu bardzo dużo, ale niczego się nie dorobili.

No i tak właśnie i ja zrealizowałam swoje życie, bez najmniejszych osobistych korzyści, a za to w konfrontacji z kolejnymi stratami.

Podobno to moja karma.

Wyznawcy teorii karmicznej twierdzą, że twoje życie się spełni, gdy połączysz w swoim życiu karmiczne losy twego ojca i twojej matki. Mnie się to przydarzyło dwa razy. W roku 1999 i w roku 2006. Na Odrze i w Hiszpanii.

W roku 1999 po raz piąty i ostatni odbywał się Polsko-Niemiecki Statek Literacki na Odrze. Zaplanowałam na ten rejs, wtedy jeszcze zresztą nie wiedziałam, że ostatni, iż będziemy podczas rejsu tworzyć i drukować książkę. To były te właśnie słowa – podczas rejsu tworzyć i drukować książkę – które połączyły Ojca mego i Matkę moją w mym własnym życiu. Ojciec projektował statki i jachty, budował je i pływał na nich. Matka tworzyła grafiki. Oboje tworzyli książki. W ich mieszkaniu, podobnie jak w ich życiu, były wydzielone i oddzielone od siebie dwie przestrzenie – pracownia Mamy do tworzenia grafiki i pokój Ojca, miejsce, gdzie projektował statki, jachty i wyprawy.

Drugi raz poczułam, że spełniam swe karmiczne zadanie, gdy poszłam – sama, rzecz jasna – na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. W naszej rodzinie to Ojciec podążał gdzieś daleko i to tak, żeby było trudno, a Mama kochała Hiszpanię. Tymczasem w roku 2006 to ja szłam na piechotę, a byłam sama, było daleko i trudno, i działo się to w Hiszpanii.

Ale to już nie ta Hiszpania, którą kochała Mama. Na trasie do Santiago zdarzają się bowiem i takie momenty:

Paskudny dzień. W jednym ze sklepów sprzedawczyni, możliwe, że Cyganka, próbuje mi wmówić, że nie zapłaciłam za papierosy (wtedy jeszcze paliłam), w drugim straszny Cygan z poranioną twarzą sprzedaje mi dwie marchewki i dwa jabłka, i dopisuje jedno euro do ceny za to, że jestem obca.

Och, Mamo, tyle zostało z dumnych Gitanos Lorki! Widzę ich masowo na ulicach Berlina. Przyjechali tu z Polski, Czech, Słowacji, Węgier, ale też z Hiszpanii i Portugalii. Kobiety wróżą, dzieci żebrzą na ulicach, mężczyźni handlują kradzionymi samochodami, bo teraz to już samochody, a nie konie. To te same twarze, twarze pięknych zakochanych Cyganów, pięknych niewiernych Cyganek i mordowanych kobiet z dziećmi. Lorca kochał ich piękno i ich szlachetność. Nie wiem, czy wówczas tacy jeszcze byli, czy już wtedy poeta przyłożył do ich pięknych twarzy lustro poetyckiej licencji i poetyckiego współczucia. Byli w Hiszpanii lat dwudziestych ubiegłego wieku pogardzanym zapewne ludem, tak jak w całej Europie, a on był pierwszy, który ich wyniósł do rangi ludzi i to ludzi godnych zazdrości, kochanych, kochających. Pięknych, kochanych, nieszczęśliwych. Szlachetnych.

Było.

Ciekawe, czy Mama w to wierzyła… ?

Córka trenera / Coach’s daughter vs Pociecha

Po polsku poniżej

PRESSEMITTEILUNG 30. April 2019


„A Coach’s Daughter“ gewinnt im Wettbewerb des 14. filmPOLSKA

„Córka trenera“ / “A Coach’s Daughter” hat im Wettbewerb des 14. filmPOLSKA den filmPOLSKA-Preis gewonnen. In diesem „äußerst sportlichen Kunststück“ sah die Jury „großes Einfühlungsvermögen und ein präzises Auge“ des Regisseurs Łukasz Grzegorzek für zwischenmenschliche Beziehungen. Die „zarte und stille“ Geschichte über das schwierige Verhältnis eines ehrgeizigen Tennislehrers und seiner Teenagertochter, die ihren eigenen Weg gehen will, verlasse erfreulicher Weise die gewohnten Erzählpfade eines Roadmovies, eines Sportfilms, eines Vater-Tochter-Dramas und einer Coming-of-Age-Geschichte, heißt es in der Begründung der Jury, und „überrascht durch einen zeitgemäßen und intelligenten Humor“. „Das lässige Sportlerdrama macht Platz für eine hellsichtig gezeichnete moderne Emanzipationsgeschichte“, so die Jury-Begründung weiter.

Aus der Pressemappe:

Erst ein gesundes, hochenergetisches Frühstück, dann Training und anschließend eine Autofahrt zum nächsten Ort. So verläuft jeder Sommertag von Tochter Wiktoria (liebevoll genannt Maniek, was ein Jungens Name ist) und ihrem Vater Maciej Kornet. Wiktoria soll eines Tages die beste polnische Tennisspielerin werden und in die Fußstapfen der frühzeitig abgeschlossenen Karriere ihres Vaters treten. Das sehr gut eingespielte Vater-Tochter-Duo scheint unzertrennlich zu sein. Alles verändert sich schlagartig als Igor, ein ebenso junger Tennisspieler, ein Teil ihrer Turnierreise wird.

Das Roadmovie von Łukasz Grzegorzek ist mehr als nur eine Geschichte heranwachsendender Teenager. In seinem Film stehen neben hervorragend gedrehten Tennisspielszenen schwierige Vater-Tochter-Konstellationen und unausgesprochene familiäre Konflikte im Vordergrund. Der Film wurde im Jahr 2018 mit dem Publikumspreis in Łódź und in Cottbus mit dem Hauptpreis „U18 Wettbewerb Jugendfilm“ ausgezeichnet.

Kategorie: Neues Polnisches Kino
Polnischer Titel: Córka trenera
Englischer Titel: A Coach’s Daughter
Produktionsjahr: 2018
Dauer: 01:33:00

Regie: Łukasz Grzegorzek
Drehbuch: Krzysztof Umiński, Łukasz Grzegorzek
Kamera: Weronika Bilska
Darsteller: Karolina Bruchnicka, Jacek Braciak, Agata Buzek

Fotos: Weronika Bilska


Ewa Maria Slaska: Eines steht klar: Es agieren gute Schauspieler in dem Film. Die Hauptdarstellerin, Karolina Bruchnicka, die die Tochter spielt, ist eine wunderschöne, sympatische und begabte junge Frau. Der Vater, Jacek Braciak, spielt konsequent seine Role, auch da konsequent, wo er sich lächerlich macht oder blamiert. Agata Buzek ist eine einzige absolute Spitze, die mit Würde und Gelassenheit auf von vorne herein verlorener Position steht. Und sie spielen einen schönen Tenis, ein Spiel in dem jeder einzelner Muskel so wunderschön, jugendlich, spörtlich und sauber zur Geltung kommt.

Nun, dies alles reicht nicht, um einen guten Film zu machen, reicht sogar nicht, um einem passablen Film zu machen. Der Film ist miserabel und ich kann es wirklich nicht verstehen, weshalb er mir nichts dir nichts den I. Preis der Festivals-Jury bekommen hat. Unter uns gesagt, verstehe ich überhaupt nicht, weshalb er zum Festival und darüber hinaus auch noch zum Wettbewerb gewählt wurde. So eine schwache, langweilige Geschichte, die sich so unappetitlich dehnt wie das oben erwähnte gesunde Frühstück, das vom Vater gefühlt tausend Mal gekaut wurde, weil es eben gesund ist.

Ich muss sagen, ich bin sehr enttäuscht (vielleicht sogar empört) und frage mich, weshalb man, wenn man schon über die Generation-Konflikt etwas sagen wollte, weshalb man den Film Pociecha von Szalonek-Podlejski-Duo nicht gewählt hätte. Das Thema ist sehr ähnlich – schwierige Vater-Tochter-Beziehungen, der Film hat aber Tiefe, ist nicht so verdammt belehrend plakativ und noch dazu hat einen starken deutsch-polnischen Bezug, was den Film wirklich zu dem polnischen Filmfestival in Deutschland und zu dem I. Preis geradezu prädestiniert.

Ich habe den Film schon hier bei diesem Blog gezeigt, aber nur zu, seht ihr Euch den Film nochmals an.  So ein guter Film (auch wenn ihr Polnisch nicht versteht, schaut euch den Film an, weil er auch schön ist):

POCIECHA (cały film)


I nagroda – informacja prasowa festiwalu FilmPOLSKA, 30.04.2019:

„Córka trenera“ zdobywa I nagrodę w tegorocznym konkursie festiwalu FilmPOLSKA. W uzasadnieniu jury czytamy, że jest to wybitny film o sporcie, a reżyser Łukasz Grzegorzek obserwuje stosunki międzyludzkie „chłodno i precyzyjnie, ale zarazem z wielką empatią“. Film jest „wrażliwą, spokojną opowieściąo trudnych stosunkach łączących byłego tenisistę i ambitnego trenera i jego nastoletnią córkę, która chciałaby jednak układać swoje życie po swojemu. Film Grzegorzka jest po trochu filmem drogi, filmem o sporcie, o stosunkach między ojcem a córką i wreszcie o dojrzewaniu, ale zarazem w każdej z tych linii narracyjnych schodzi z utartych ścieżek, „zaskakując nader aktualnym, inteligentnym poczuciem humoru (…), a lekka opowiastka o sporcie nabiera cech wyraziście opowiedzianej, nowoczesnej historii walki o prawo do samostanowienia”.

Z materiałów prasowych festiwalu:

Najpierw zdrowe, wysokoenergetyczne śniadanie, potem trening i jazda samochodem do następnej miejscowości na następny turniej. Tak spędzają kolejne dni lata Wiktoria i jej ojciec Maciej Kornet. Ojciec czule nazywa córkę Maniek, a Wiktoria, idąc w ślady ojca, ongiś znakomitego gracza, ma pewnego dnia zostać najlepszą polską tenisistką. Ojciec i córka są zgrani, silnie ze sobą związani i zadowoleni z tego, co robią. Wszystko zmienia się, gdy na scenie pojawi się Igor, młody ambitny tenisista. Przypadek sprawi, że ojciec i córka zabierają chłopaka ze sobą w kolejny wyjazd, a ojciec zajmie się też treningiem chłopaka.

Roadmovie Łukasza Grzegorzka to coś więcej, niż historia podrastającej panny. Film prezentuje serię wspaniałych epizodów sportowych, ale jednocześnie ukazuje napięte stosunki między ojcem i córką i trudną historię rodzinną. Film otrzymał w roku 2018 nagrodę publiczności na festiwalu filmowym w Łódź i został nagrodzony w Chociebużu (Cottbus) główną nagrodą w kategorii filmów o młodzieży „U18“.

Kategoria konkursowa: Nowe Kino Polskie
Tytuł: Córka trenera
Rok produkcji: 2018
Czas: 01:33:00

Reżyseria: Łukasz Grzegorzek
Scenariusz: Krzysztof Umiński, Łukasz Grzegorzek
Zdjęcia: Weronika Bilska
Obsada: Karolina Bruchnicka, Jacek Braciak, Agata Buzek

Ewa Maria Slaska: „Córka trenera“ to film ze znakomitą obsadą. Karolina Bruchnicka, odtwórczyni głównej roli, jest piękną, sympatyczną i utalentowaną młodą kobietą. Ojciec, Jacek Braciak, gra swoją rolę z żelazną konsekwencją, również tam, gdzie się ośmiesza i kompromituje. Agata Buzek jest po prostu fantastyczna w roli kobiety stojącej od samego początku na straconych pozycjach. I wszyscy pięknie grają w tenisa, co też zostaje sfilmowane tak, że widać każdy czysty ruch pięknie pracujących, sprawnych mięśni.

Szkoda, ale to niestety nie wystarcza, by zrobić dobry film, ba, nie starcza nawet, by wyprodukować film jako tako poprawny. Film jest tak słaby, że nie tylko nie rozumiem, jak mógł dostać I nagrodę w konkursie podczas festiwalu FilmPOLSKA w Berlinie, ale po prawdzie nie pojmuję, jak mógł w ogóle zostać zakwalifikowany do udziału w tym konkursie i w tym festiwalu. Historia jest słabiutka i nudna, a ciągnie się równie nużąco
i nieapetycznie jak ciągnęło się pewnie codziennie owo wspomniane wyżej zdrowe śniadanie, które ojciec przeżuwa nieskończoną ilość razy, bo tak jest zdrowo.

Przyznaję, że jestem rozczarowana (a może nawet oburzona) i zadaję sobie pytanie, jak to się stało, że jeśli podczas festiwalu miał się pojawić film na temat konfliktu pokoleniowego, wybrano taką słabiznę, a nie Pociechę, znakomitą produkcję pary filmowców Michała Szalonka i Pawła Podlejskiego. Temat podobnytrudne stosunki ojca i córki, pokazane za pomocą metod nieco jednak głębszych niż filmie festiwalowym, co sprawia, że autorom udało się uniknąć natrętnego, moralizatorskiego pouczania. Na dodatek film osadzony jest w bardzo silnym kontekście polsko-niemieckim i doprawdy jest wręcz predestynowany do tego, by go dostrzegli i decenili autorzy festiwalu filmów polskich w Niemczech. Powinen zostać zakwalifikowany do festiwalu, wytypowany do konkursu i nagrodzony.

Pokazywałam już Pociechę tu na blogu, a teraz zachęcam, byście obejrzeli ten film raz jeszcze. Taki dobry film – piękna opowieść, piękna praca kamery, świetna gra aktorska:

POCIECHA (cały film)

Z blogu jak udusić kurę: 26 kwietnia

Ewa Maria Slaska

Bardzo długi wstęp

Przez rok od czerwca 2010 do czerwca 2011 prowadziłam bloga o wdzięcznej nazwie Jak udusić kurę, czyli co każda Panna po 30 powinna wiedzieć, a dziwnym trafem nie wie.
W skrócie –
Kura. Po roku Kura przekształciła się Qrę a potem w Altanę, ale ja coraz mniej miałam do czynienia z zawartością tych blogów. W grudniu 2012 roku zaczęłam prowadzić tego bloga, w którym od czasu do czasu publikują też autorki Kury (i Autor, ale o nim zaraz). Kurę prowadziłam z siostrą i dwoma kuzynkami oraz kilkoma przyjaciółkami, po jakimś czasie dołączyła do nas jeszcze Ciotuchna, a potem objawił się jeszcze Autor i, nie zrażony samotnością mężczyzny wśród kur, przetrwał z nami Kurę, Qrę i Altanę, i jest (czasem częściej czasem rzadziej) wierną podporą tutejszego Salonu Odrzuconych (ewamaria.blog, dawniej: ewamaria2013). W skrócie nazywałyśmy siebie Pannami (ja byłam ewentualnie Panną Prymarną), on zaś przybrał, w przypomnieniu Tajemniczego ogrodu, wdzięczne miano Panicza. Owe trzy kobieco nazwane i prowadzone blogi funkcjonowały na blox.pl czyli portalu blogowym Angory, która teraz, nagle (i z naszego punktu widzenia – bez dania racji) postanowiła nam wszystkim uciąć nasze kurze łebki.
29 kwietnia
blox przestanie istnieć i jeden wielki Administrator raczy wiedzieć, w jakich odmętach wirtualnej rzeki świata znikną nasze teksty. Bądź nie znikną. Może być i tak. Nie wiemy. Na wszelki wypadek “Panicz” uratował zapisy edytorskie naszych wpisów, a ja postaram się – przy okazji lub bez niej – umieścić je tu, opatrując je ewentualnie własnym komentarzem.

Robię to po pierwsze dlatego że pisałyśmy (pisaliśmy) tam dobre i ciekawe rzeczy, które teraz hurtem stały się zbiorem tekstów wyrzuconych bez pardonu za burtę i jako takie mają prawo, po osuszeniu, do publikacji w salonie Ewy Marii. Po drugie jednak publikuję tu te teksty w przypomnieniu wesołego roku, jaki spędziłyśmy (spędziliśmy), redagując wpisy do Kury. Myślę że żaden z następnych blogów nie dał nam takiej niewinnej i nieskażonej radości, jak Kura. A ponieważ od czasów Kury minęło sporo lat, pamięć o niej spowija jeszcze mgiełka nostalgii

Miałyśmy jako autorki (i autorzy) pseudonimy. Każdy wpis zawierał przepis kulinarny (powstała też książka kucharska Kury) i zagadkę. Gdy dotychczas przenosiłam jakieś wpisy z Kury do Salonu, usuwałam kulinaria i zagadki, dopasowując kurze piórka do powagi, z jaką kurze przychodzi stąpać po wyfroterowanych posadzkach salonu. Teraz jednak, w ramach szeroko zakrojonej akcji ratunkowej, będę zostawiała wszystko tak, jak było.

Zaczynamy.

Dziś publikuję tu po prostu to, co 9 lat temu ukazało się 26 kwietnia na Kurze.

Kanadyjka

czwartek, 26 kwietnia 2012

O miodzie i smutasach

Czytając wpis Panny Prymarnej o pszczółkach, miodzie i „smoothies” stwierdziłam, że nie zmieszczę się w zwykłym komentarzu, tylko muszę napisać osobny wpis.

Najpierw o miodzie. Wiele lat temu szef firmy, w której pracowałam, miał niewielką farmę a na niej ule. No i na jesieni odbywało się u niego tradycyjne zbieranie miodu. Uczestniczyliśmy w tym rytuale kilka razy. Jak docieraliśmy na farmę, ramki były już wyjęte z uli i czekały na odwirowanie. Nad beczką zamocowana była ręczna wirówka, w którą wkładało się ramkę i kręciło korbką. Ciężka to była robota, ale bardzo satysfakcjonująca.

Powietrze przesycone było pyłem miodowym, wszystko się kleiło, wdychaliśmy ten miód po prostu całym ciałem. Odwirowany miód wlewało się do dużej kadzi. Ale nie bezpośrednio, tylko przez wielowarstwowy muślin, który filtrował wszelkie zanieczyszczenia. Ale co jakiś czas ten muślin się kompletnie zatykał i wtedy następowało najfajniejsza część procedury. Jedna osoba zbierała brzegi muślinu i trzymała wielki worek wypełniony miodem nad kadzią, a reszta rękami wyciskała z tego worka miód. No a potem następowało zlizywanie miodu z rąk (co na zdjęciu właśnie robi nasza córka Ewa). Pycha! Potem jeszcze było nalewanie miodu do słoiczków i przyklejanie nalepek.

Nasze dziewczynki uwielbiały te wyprawy i pomagały dzielnie na wszystkich etapach.

A teraz o „smoothies”, czyli jak je nazywa mój mąż, smutasach. Zaczęto je robić, jako napoje orzeźwiające na plażach Kalifornii. Początkowo były to koktajle z bananów, truskawek i soku pomarańczowego, z dodatkiem lodu. Stopniowo asortyment owoców i jarzyn używanych w smutasach bardzo się powiększył. Można je w zasadzie robić z każdej kombinacji owocowo-warzywnej, z produktów świeżych lub mrożonych. I dodawać mleko, jogurt, lód, soję, miód, a także płatki owsiane, pestki słonecznika itp. Możliwości są nieograniczone. Mam przed sobą książkę z 160 przepisami na smutasy. Podaję tu kilka żeby zilustrować różne warianty tego wspaniałego napoju. A dalej to już panny eksperymentujcie same. Najwyżej, jeżeli wyprodukujecie coś niejadalnego (a właściwie nie pijalnego), to zawsze można to wylać i zacząć eksperymenty od nowa.

Smutas morelowy

sok z 2 limonek
sok z 3 pomarańczy
4 dojrzałe wypestkowane morele (myślę, że brzoskwinie też się nadadzą)
listki świeżej melisy

Smutas śliwkowy

½ kg czerwonych śliwek
3 łyżki miodu
łyżeczka świeżego tymianku (najlepiej cytrynowego)
drobny lód

Smutas malinowy z płatkami owsianymi

Półtorej łyżeczki płatków owsianych zalać ½ szklanką gorącej wody i zostawić na 10 minut.
Zmiksować ze szklanką malin, 2 łyżeczkami miodu i 3 łyżkami jogurtu.

Zielony diabeł

miąższ z 1 awokado
½ ogórka obranego ze skórki i pokrojonego w kawałki
2 łyżki soku cytrynowego
2 łyżki soki z limonek
2 łyżeczki cukru pudru
szczypta soli
1 szklanka soku jabłkowego lub wody mineralnej
2 łyżeczki sosu chili (słodkiego)
kostki lodu


Początkowo nie miałam pomysłu na zagadkę, ale jednak coś znalazłam … o niedźwiadkach. Autor poniższego fragmentu był już cytowany na Kurze, więc myślę, że zgadniecie Panny bez problemu.

Nie za mojej pamięci były dwa niedźwiadki. Te potrafiły kurom piasek sypać, aż gdy kokoszki zbliżyły się, zabijały je łapą – bac! – z ukontentowaniem. Sadownicy przylatywali z wrzaskiem: jeden niedźwiedź na jabłoni siedział i trząsł, a drugi jabłka zbierał i ryczał na Ż., po czym zgodnie szły trząść następne drzewko. Kucharza raz mało szlag nie trafił: wyszedł na chwilę z kuchni, a wróciwszy- zastał Misia mieszającego rozrobione ciasto, do którego sam wlał hładysz śmietany. (…). Przemyślni misiutkowie z zamiłowaniem uprawiali polowanie na pastuchów: wyczekawszy w krzakach, aż ci nakładą kartofli do ogniska i powyjmują z toreb chleb i ser, wypadali z rykiem wielkim i z zadowolonym mruczeniem zasiadali do śniadania.

„Szczenięce lata” Melchiora Wańkowicza. Rozwiązała wczesnym rankiem Żona. Oburzona.

Reblog: Stutthof. Apel cieni.

Jak odnaleźć życie w krainie śmierci? Na płycie “Stutthof. Apel cieni” Budzyński śpiewa poezję z obozu. Jeden z tych wierszy – Stutthof – został napisany przez naszego Dziadka, Wiktora Ostrowskiego.

Jarek Szubrycht (Gazeta Wyborcza)

Tomasz Budzyński, wokalista punkowej Armii, i specjalizujący się w elektronicznych eksperymentach Jacaszek oprawili muzyką i wyśpiewali poetyckie zapiski więźniów obozu koncentracyjnego. “Stutthof. Apel cieni” to płyta trudna i nieprzyjemna, ale ważna.

Tomasz Budzyński to człowiek, który wprowadził mistykę do polskiego punk rocka i okolic. (…) pisał i wykonywał rzeczy znacznie bardziej uduchowione niż średnia punkowa. (…) Twórczość Budzyńskiego jest programowo chrześcijańska, a więc nawet w apokaliptycznych wizjach optymistyczna. Autor jest święcie przekonany, że to wszystko ma sens.

(…) Ta płyta jest próbą odnalezienia życia w krainie śmierci, sensu w świecie, który był unicestwieniem wszelkich sensów. (…)

„Stutthof. Apel cieni”, czyli jak oddać grozę obozu

Od razu powiem: sukces jest połowiczny. Ale lepiej być nie mogło – nie da się bowiem
znaleźć odpowiedniego słowa, nie da się utrafić z dźwiękiem wystarczająco niepokojącym, by w pełni oddać taką grozę. Nie udało się to już zresztą na poziomie tekstów: wiersze więźniów KL Stutthof są przejmujące siłą nie tyle samej poezji (na pewno nie wszystkie w równym stopniu), ile okoliczności, w których powstały.


Czy jednak wypada je oceniać tak samo, jak ocenia się wiersze zakochanego młodzieńca albo dojrzałej damy z dystansem opisującej przemykający za oknem świat? Czy idącym na śmierć z pieśnią na ustach można zwracać uwagę na fałszywie zaśpiewane nuty?

Różne są to wiersze: niektóre oszczędne w słowach i bezpośrednie, inne uciekające od dosłowności, jeszcze inne rozmodlone.
Różne były losy ich autorów: Halina „Lilka” Banasiak doczekała wyzwolenia, ale niedługo potem zmarła na tyfus, Wiktor Ostrowski przetrwał i dożył słusznego wieku, a Zdzisław Karr-Jaworski, który organizował potajemne wieczorki z poezją i śpiewem w obozie, zmarł za drutami. Są też utwory anonimowe i można tylko zgadywać, jaki los spotkał tych poetów.

Nadejdzie dzień wolności

Muzycy – Tomasz Budzyński (głos, gitara, bębny), Dariusz Budkiewicz (bas, gitara, klawisze), Michał Jacaszek (elektronika) i Rafał Nowak (perkusja) – podeszli do zadania z wyczuciem. Muzyka, choć czasem bardzo intensywna, nie pcha się tu na pierwszy plan. Podporządkowuje się tekstom, nie odwraca od nich uwagi. Dominują prymitywne, jednostajne rytmy, na które Jacaszek nadziewa kłębki elektronicznego mroku, a gitarzyści riffy, brudne i zduszone, nie atakujące z pełną mocą.
Wokaliście nie zawsze udaje się trafić z nastrojem – Budzyński ze swoim gromkim
pohukiwaniem idealnie sprawdza się, gdy trzeba dodać otuchy albo opisać piekło. Gorzej, kiedy przychodzi cichy, liryczny moment rezygnacji spisywany słabnącą ręką.

Niemal wszystkie te wiersze łączy jedno – nadzieja. Wiara w to, że cierpienie kiedyś się skończy, że zły los musi się odwrócić.  (…) największe wrażenie robi „Sen więźnia” Karr-Jaworskiego: malowniczy obrazek, na którym autor zmieścił i wioskę szykującą się do żniw, i starą matkę w rodzinnym domu, i śniegi Tatr, i fale Bałtyku. Budzyński przytacza te opisy na tle pulsującej monotonnie mrocznej elektroniki. Nagle muzyka cichnie i wokalista dopowiada puentę a capella: „Szkoda, że snem tylko było/ Szkoda, że snem tylko było…”

Foto-Spotkanie w Ratuszu dzielnicy Kreuzberg

Tak proszę Państwa, po raz drugi Barataria, “od zawsze” czyli od dwóch lat zajmująca poniedziałki, ustępuje wpisowi, który musi się ukazać właśnie dziś. I naprawdę właśnie dziś, bo tylko jeszcze dziś, jutro i w środę możecie obejrzeć wystawę, o której pisze Ela…

Ela Kargol

Jeszcze przez kilka dni będzie można obejrzeć w Berlinie w ratuszu Kreuzberg wystawę Foto-Spotkanie, wystawę, która połączyła dwa rodzaje fotografii: cyfrową barwną Lupo Finta i moją analogową, czarno-białą.
Zdjęcia analogowe powstały w latach 80 ubiegłego wieku w Polsce i przedstawiają głównie członków rodziny lub moich dobrych znajomych (jest jeden wyjątek, ale rozpoznacie go sami).

Wszyscy oni (z jednym wyjątkiem) patrzą z ufnością w kamerę lub ją zupełnie ignorują. Sceny nie są ustawiane, pokazują wiejskie życie w Małopolsce i Wielkopolsce. Znam historie moich bohaterów na długo przed i po uwolnieniu migawki.

Irzyk, który na fotografii klepie kosę dawno już nie chodzi z końmi do Doliny Pięciu Stawów, a dziewczynka przycupnięta koło pieca to przyszła mistrzyni Polski w gigancie
i
wicemistrzyni w slalomie.

O kilku z nich opowiem:

Małopolska, Lachowice, Beskidy

Dziadek Piotr pod koniec swojego życia miał już trudności z chodzeniem. Podczas ciepłych pór roku przesiadywał na ławce przed domem. Jednak to miejsce, a szczególnie widok stamtąd był ograniczony. Stodoła odcinała spojrzenie w dal. Kilka razy na dzień podejmował ten nieludzki już dla niego trud podejścia trochę dalej, gdzie mógł spojrzeć może nie poza widnokrąg, ale na swoje pola i dziedziny, na drogę, las, rzekę. Po chwili zapatrzenia szczęśliwy wracał na swoją ławkę.

Józka od Pudy grabiła skoszoną trawę. Na tym polu, jak sięgnę pamięcią zawsze rosła trawa. W zależności od pogody i umiejętności przerzucania jej lub przegrabiania, trawa po kilku dniach stawała się sianiem. Potem układało się ją na ostwiach. Ponieważ wujek Kazek miał lepsze grabie, były większe i miały więcej zębów, Józka często od niego je pożyczała, a może przychodziła tylko pogadać.

Pole od dawna nieuprawiane i niekoszone jest wystawione od kilku lat na sprzedaż.

Okno, przez które spoglądają dziewczynki, mieściło się w domu, w którym urodził się mój ojciec. Dom drewniany, zbudowany bez użycia gwoździa prawie 200 lat temu, niestety nie zaistniał w żadnym spisie zabytków, a obecny właściciel zniszczył to, co stare i piękne. Drewniane bele zastąpił pustakami, okna wstawił plastikowe, nawet ponad stuletni eternit zastąpił blachą.

Dziewczęta spoglądają do kuchni, wtedy jeszcze z piecem i polepą czyli podłogą z gliny.
W tej kuchni babcia gnieździła się z całą rodziną, urodziła jedenaścioro dzieci.

Ojciec pisał we wspomnieniach:

„Drewniany budynek, w którym ujrzałem światło dzienne 6 października 1929 roku miał już wtedy 103 lata. Na tragarzu drewnianym podtrzymującym pułap widnieje napis 1826. Wydaje mi się, że należy do jednych z najstarszych domów we wsi Lachowice powiat Sucha Beskidzka, i gdyby nie fakt, że w 1914 została nałożona nowa konstrukcja dachu i miejsce oryginalnych góralskich gontów zajął eternit, okaz ten znalazłby się pod ochroną zabytków muzealnych. Kontrast między współczesną techniką a oryginałem sprzed powstania listopadowego pogłębił się jeszcze więcej, gdy w 1960 roku zabłysło w nim światło elektryczne.

Pomieszczenie jakie zajmowała nasza rodzina składało się z jednej kuchni o powierzchni 8 metrów kwadratowych, która zarazem była pokojem i sypialnią. Dzisiaj mówi się o trudnościach mieszkaniowych, ale wątpię czy takie warunki mieszkaniowe jakie zajmowała nasza rodzina można spotkać w obecnej chwili”.


Wielkopolska, Sośnica koło Jarocina

Ciocia Bronia, najukochańsza ciocia, pracowita jak mrówka, skora do żartów jak wszyscy w Sośnicy. Często pamiętam jej złożone ku niebu ręce. Nie wiem, czy dziękowała, czy przepraszała w danym momencie Pana Boga. Była prawą ręką proboszcza. Rano zdążyła posprzątać w kościele, oporządzić gospodarstwo i ukręcić masło. To urządzenie, na którym siedzi, to maselnica korbowa.

Prawdopodobnie była sobota. W niedzielę zawsze był rosół. Że akurat na nią padło, no cóż pech. Kiedyś myślałam, że ten, który przeżył i zdumiony patrzy na pieniek, siekierę i głowę i może opłakuje swoją najdroższą, to kogut. Teraz mam wątpliwości, całkiem możliwe, że to kura i jej ból siostrzeński jest o wiele większy. Ból i strach, bo następnym razem może ona będzie przeznaczona na pieniek i rosół. Kogut, dopóki jest jeden, nie ma się czego obawiać.

Salcia i Baran (Salomea to imię, Baran nazwisko)

Cała rodzina ze strony mojej mamy ciężko pracowała na roli i w gospodarstwie, ale potrafiła w tę pracę, a zwłaszcza w momenty po pracy, wnieść tyle radości, żartu, uciechy, wygłupów, że aż tęsknię do tych chwil. Baran był sąsiadem, lubił wypić, bardzo zdolny, rzeźbił, malował, nie tylko ściany. Śpiewać też umiał i grać na gitarze. Nie przeszkadzało mu, że gitara miała cztery struny, w tym jedną ze sznurka. Salcia śpiewała albo „Koło mego ogródeczka”, albo stare niemieckie piosenki. Nauczyła się ich, pracując podczas wojny
„u Helmutów”.

Pojechaliśmy rowerami z wujkiem Idkiem na otwarcie sklepu, małego “z kolonialką”, jak mówił Idek. Sklep był już jakiś czas otwarty, ale właściciel, kolega Idka, wyznając zasadę „Zastaw się, a postaw się” i wywieszając kartkę ZAMKNIĘTE, zrobił dla nas otwarcie specjalne. Wypiliśmy chyba wszystko procentowe, co miał „na sklepie.” Podobno po miesiącu zbankrutował.


Tatry, Schronisko w Dolinie Roztoki i na Ornaku

Irzyk klepie kosę. Właśnie wrócił ze Stawów, rozprzągł konie, puścił luzem. W zasadzie to nie wiem, po co ją klepie. Przed schroniskiem trawy się nie kosiło, może lubi. Jutro znowu konie wywiozą towar pod kolejkę do schroniska w Stawach (Dolina Pięciu Stawów Polskich). Jak kolejka nawali, to Irzyk uwiąże konie i towar będzie wnosił na plecach. Wieczorem napali w „hajcu” i punktualnie na dobranockę zjawi się w „jadalence”. Uwielbiał kreskówki.

Tadzia poznałam w Roztoce. Chodził po schroniskach i zbierał po ceprach puste „flaszeczki”. Niektórzy go przepędzali, ale w Roztoce zawsze dostał ciepłą strawę i nocleg. Tadziu był sprawny inaczej, trochę żył w swoim świecie, ale doskonale radził sobie poza swoim światem. Do renty dorabiał jak mógł i gdzie tylko mógł. Zbierał grzyby, borówki, jeżyny, makulaturę i wspomniane już flaszeczki. Afera zrobiła się wtedy, gdy pokazał jakiemuś dziennikarzowi dokumentację swoich zbiorów, a zapisywał skrupulatnie, tak jak umiał w 16-kartkowych zeszytach w kratkę, ile flasazek zebrał i z jakiego schroniska. Artykuł podobno się ukazał, no i wiadomo było, gdzie piją najwięcej.

Przyjeżdżał w Tatry z rodzicami, Nie pamiętam jego imienia, małomówny. Siadał przed schroniskiem w charakterystycznej dla wszystkich chłopców w jego wieku pozie. Nie posiadając smartfona nudził się kreatywnie. Miał nożyk i patyk.

Agnieszka dzieciństwo spędziła w schronisku, najczęściej w kuchni wśrod kucharek. Zanim zaczęła chodzić, jeżdziła już na nartach w nosidełku z mamą lub tatą. W 2006 roku została mistrzynią Polski w gigancie i wicemistrzynią w slalomie. W 2010 roku wystartowała na zimowej olimpiadzie w Vancouver.

Niektóre z portretowanych osób już dawno odeszły, niektórzy podrośli i wiodą inne życie, część sprzętów wyrzucono na śmietnik. Ze starego domu ojca uratowaliśmy kilka kawałków drewna, z domu matki kilka kamieni. Oprócz wspomnień i kilkudziesięciu zdjęcio-historii cieszy mnie to, że na posklejanej i na nowo pozbijanej ławce dziadka Piotra usiadł jego praprawnuk, a kosy używa nadal często kuzyn Jarek ze Sośnicy, choć ma w pełni zmechanizowane gospodarstwo.

Barbara z wieżą

Ewa Maria Slaska

O tym jak nic nie wiedząc i niczym się nie interesując można jednak być mądrą dziewczynką, i co z tego dalej wyniknęło…

Pamiętacie czasy, gdy jako dzieci chodziliście (chodziliśmy) do kościoła? Czy ktoś wam (nam) wtedy tłumaczył, co my w tym kościele naprawdę widzimy? A pamiętacie, co widzieliście (widzieliśmy)?
Pamiętacie święte obrazki, witraże, freski, zeszyt do religii?

Próbuję odtworzyć moją edukację religijną.
Niektórych rzeczy dość szybko się dowiedziałam. Była Matka Boska w niebieskim płaszczu i jej syn, starszy od niej facet, w płaszczu czerwonym. Oboje mieli na piersi promieniste serce, a nad głowami aureole. Czyli byli święci. Mama mi wytłumaczyła, że chłopców ubiera się na niebiesko, bo opiekuje się nimi Matka Boska, a dziewczynki na różowo (co jest łagodniejszą formą czerwieni), bo nimi opiekuje się Jezus. I że to właśnie tak jest, na przemian.

Czy się mylę, jak myślę, że było to jedyne wyjaśnienie religijne, jakie usłyszałam od Mamy? Jednak coś tam wiedziałam, ktoś więc musiał mi coś (o)powiedzieć. Babcia, cioteczna babka, kaszubskie dziewczyny, które się nami opiekowały, sąsiadki?

Chronologia życia i doświadczeń Rodziny Boskiej, tak jak ją dało się ogarnąć dziecięcym umysłem, była następująca (przepraszam osoby wierzące, teraz te sprawy traktuję ze znacznie większym szacunkiem, ale tak wyrastałam – jako niedouczona bezbożnica):

Matce Boskiej w maju budowało się kapliczki z kartonu i umajało je kwiatkami.
W czerwcu były znowu kwiaty, sypałyśmy je w procesji, która szła wtedy jeszcze ulicami, a mieszkańcy mogli umieszczać w oknach tzw. ołtarze, z których zwisały “perskie” dywany.
W kaplicy w Matemblewie Matka Boska była w ciąży.
Potem była zima, książki pod choinką i pocztówki z małym domkiem, a w nim pani, pan i dziecko na sianie (nie kojarzyłam jednak, że to z tej ciąży w Matemblewie to dziecko). Wół czyli krowa (której okropnie się bałam – gdy uciekałam przed krową, zwichnęłam sobie nogę w kostce) i osioł, który kojarzył mi się z jakimś koszmarnym filmem komunistycznym pt. Osiołek Magdany.
No, ale ogólnie było nieźle. Była choinka i pod nogami skrzypiał czysty biały śnieg. Leżałam na tapczanie i czytałam prezent gwiazdkowy: Centkiewiczowie, Kierunek Antarktyda. To datuje. Jest rok 1961. Mam 12 lat.
W niedzielę wielkanocną Jezus o 6 rano leżał w grobie, ale w kościele był taki tłum, że nic nie było widać. Poza tym wisiał na krzyżu, ale dopóki nie dorosłam, nie pojmowałam, że ten wizerunek mężczyzny w koronie cierniowej oznaczał niewyobrażalne wręcz cierpienie. Bóg taki był i nie było powodu, by się specjalnie zajmować jego wyglądem.

Jeśli chodzi o życie rodzinne tych ludzi – “to by było na tyle”.

Z kolei na religii byli raczej ci różni “starzy Żydzi” – jeden trzymał w garści dwie połączone ze sobą tablice (u góry były takie półkoliste jak okna późnogotyckie) z cyferkami od I do XII, jeden wypuszczał gołębia, jednego wrzucili do studni, ale wyszedł, jeden palił zboże i marchew na kamiennym postumencie, a dym giął się ku ziemi (bo Panbóg wolał mięso, co było nie do pojęcia, bo ja mięsa nie cierpiałam). Ach, jeszcze był jeden, który chciał zabić syna ostrym nożem, a w krzakach stał baranek. Baranów też się bałam, od czasu gdy wielki baran rozgonił na cztery wiatry drużynę dzielnych dziewczynek-zuchów (no bo jakie to jest słowo: zuchen? zuszen?), która właśnie składała przysięgę zuchową.

Były święte obrazki, ale z tych to już w ogóle nic nie wynikało, a poza tym były przedmiotem kolekcjonowania a nie oglądania ze zrozumieniem.

No i wreszcie podstawowy element edukacji – witraże w kościele Najświętszego Serca Jezusowego we Wrzeszczu (to ten grassowski kościół, gdzie Oskar Mazerath mości się na kolanach Matki Boskiej – zbudowano go w 1911 roku, a wiele lat określano familiarnym mianem kościoła “na Czarnej”), przedstawiające polskich świętych (ale tego oczywiście nie wiedziałam) – święta Jadwiga, święta Salomea, święta Kinga, Wincenty Kadłubek, biskup Stanisław i Stanisław Kostka.

1437 Święta Barbara – rysunek Jana van Eycka

Kazania były nudne, cała msza była nudna, wstawać, klękać, siadać, śpiewać…
W międzyczasie można popatrzeć na witraże, freski i ołtarze, pełne jakichś świętych postaci. To było ciekawe, ci wszyscy dziwni ludzie.
Znałam ich już z książek Mamy o sztuce, które mogłam oglądać, jak byłam chora, a chora byłam właściwie bez przerwy. Jeleń z krzyżem na głowie, a na pierwszym tle plecy świętego Huberta, święty Sebastian pokłuty strzałami, święta Cecylia z własnymi piersiami na tacy, sto tysiący dziewic towarzyszących śwętej Urszuli, święta Katarzyna z kołem (skąd mogłam wiedzieć, co to znaczy, że ją na tym kole łamano), święty Michał zabijający smoka na obrazie Memmlinga, święta Barbara z graniastą wieżą…

Patrzę na to, co napisałam i sama sobie nie wierzę. Naprawdę byłam takim głupim tłumokiem, naprawdę aż tak nic mnie to nie interesowało? A jeśli tak, to kiedy to się zmieniło? Kiedy zrozumiałam ból i cierpienie przedstawione na tych obrazach? Kiedy odczułam je jako mój własny lęk, że to mnie ktoś będzie łamał kołem lub trzymał w ciemnicy? Kiedy uznałam, że chcę wiedzieć o tych ludziach wszystko, o tym skąd pióro, skąd koło i skąd wieża?

Więc dziś opowiem o Barbarze i wieży.

Barbara pochodziła z pogańskiej rodziny z Heliopolis. Była piękna, a jej ojciec Dioskuros był bogaty. Stać go było, żeby ją wysłać na naukę do Nikomedii. Była mądra i wykształcona.
Prowadziła korespondencję z wielkim filozofem i pisarzem Orygenesem z Aleksandrii. Pod jego wpływem przyjęła chrzest i złożyła ślub czystości. Ojciec dowiedziawszy się o tym, pragnąc wydać ją za mąż i złamać opór dziewczyny, uwięził ją w wieży, głodził ją i straszył,  po to, by wyrzekła się wiary. Dziewczyna była jednak niezłomna, ojciec zaprowadził ją więc do sędziego i oskarżył. Barbara została wychłostana, jednak w nocy odwiedził ją anioł, zaleczył jej rany i udzielił Komunii św. Z rozkazu sędziego została zbita maczugami i przypalona pochodniami, a wreszcie obcięto jej piersi. Wtedy znowu zjawił się anioł i okrył Barbarę białą szatą. I ojciec, i sędzia zrozumieli, że niczego nie osiągną. Zapadł wyrok, by ściąć dziewczynę mieczem, a wyrok wykonał ojciec Barbary. Legenda głosi, że zaledwie odłożył miecz, a zginął rażony piorunem.
Barbara poniosła męczeńską śmierć w Nikomedii (lub Heliopolis) ok. 305 roku, podczas krwawych prześladowań za panowania cesarza Maksymiana Galeriusza (305–311). Nie wiadomo, kiedy się urodziła, przypuszczam, że co najwyżej 15 lat wcześniej. Carmino Elia, reżyser filmu o świętej, który można obejrzeć na stronie internetowej telewizji Trwam (żeby nie było, że nie uprzedzałam!) jest zdania, że była jednak o kilka lat starsza.

Być może to nietypowa śmierć, zadana ręką własnego kochającego ponoć ojca, rozsławiła cześć św. Barbary na Wschodzie i na Zachodzie.

Jako patronkę dobrej śmierci czcili św. Barbarę przede wszystkim ci, którzy na śmierć nagłą i niespodziewaną są najbardziej narażeni: górnicy, hutnicy, marynarze, rybacy, żołnierze, kamieniarze, więźniowie itp. Polecali się jej wszyscy, którzy chcieli sobie uprosić u Pana Boga śmierć szczęśliwą. W Polsce istniało nawet bractwo św. Barbary, patronki dobrej śmierci. Należał do niego św. Stanisław Kostka. Barbara jest ponadto patronką archidiecezji katowickiej, AGH, Edessy, Kairu; architektów, cieśli, dzwonników, kowali, ludwisarzy, murarzy, szczotkarzy, tkaczy, wytwórców sztucznych ogni, żołnierzy (szczególnie artylerzystów i załóg twierdz). Jest jedną z Czternastu Świętych Wspomożycieli.

W ikonografii św. Barbara przedstawiana jest w długiej tunice i w płaszczu, z koroną na głowie, niekiedy w czepku. W ręku trzyma kielich i hostię. Według legendy tuż przed śmiercią anioł przyniósł jej Komunię św. Czasami ukazywana jest z wieżą, w której była więziona (wieża ma zwykle trzy okienka, które miały przypominać Barbarze prawdę o Trójcy Świętej), oraz z mieczem, od którego zginęła.
Często przedstawia się ją w ołtarzach i na obrazach w towarzystwie dwóch innych dziewic męczenniczek – Katarzyny z Aleksandrii i Małgorzaty z Antiochii.

***
Uwaga! wg tradycji ludowej – jeśli wstawicie dziś do wody gałązki wiśni lub czereśni, to zakwitną w Boże Narodzenie.