Już dwa tygodnie minęły, ale to, co, jak i gdzie się 4 czerwca zdarzyło tak szybko nie zniknie z pamięci. Oby tylko to coś przyniosło, oby tylko…
Mal Content
Jak się czuje facet na demonstracji? Manifestacji? Proteście? Marszu? Jak to coś zwał, tak zwał. Ale jak on się czuje?
Na „rok ów, Sierpień ów, który każdy widział w naszym kraju”, facet stawił się jako dziecko w wieku wczesnoszkolnym, mało rozumiał, a na partycypację był zdecydowanie za mały. Zresztą – kto by go tam puścił, mu pozwolił?
Kiedy „Maj ów i Czerwiec ów”, poprzedzające Jesień Ludów, kwitły wariacko kasztanowcami, a później robiniami akacjowymi, pyszniły się intensywnymi kolorami i woniami, facet właśnie doszedł pełnoletniości. W ostatniej chwili, ale na tyle wcześnie, iż w wyborach udział wziął był i do przemian przyczynił się. Zaś przed wyborami już to jakieś ulotki rozklejał, już to, podpuszczony przez swego polonistę – prominentnego działacza lokalnej opozycji – wraz z klasowymi kolegami na głównym deptaku miasta mini agitację uprawiał, bo sercem całym był za zmianą, ale… W gruncie rzeczy jego zaangażowanie było mikre, jako że miał wtedy na głowie inne sprawy, w jego mniemaniu znacznie ważniejsze: szło wszak o wybór drogi życia, troskę o własne zbawienie oraz odkupienie całego świata. Swoją drogą jak to możliwe, aby troszcząc się o świat cały, być jednocześnie do tego stopnia egocentrycznym i wsobnym? Trudno orzec jak, ale facet chce was zapewnić: jest to absolutnie możliwe.
Trzydzieści cztery lata minęły jako mgnienie. Facet z duchowej stratosfery sfrunął sokolim lotem nurkowym i „w muł prozy życia” (by użyć pretensjonalnej metafory) gębą zarył. Nie on pierwszy i nie on ostatni. O takich kamikadze pisał fraszkopis: Mistyk wystygł. Wynik? Cynik. Tyleż zgorzkniały, na ile gorący był mistyk.
I nadszedł moment, kiedy facet powoli zaczął się obwąchiwać i oswajać z kolejną nadchodzącą jesienią, tym razem jesienią jego życia. I – powoli bo powoli, ale jednak – zaczął się pakować przed odlotem i sprzątać po sobie. A tymczasem znów się rozlega spazmatyczny krzyk: Dla Boga, panie Wołodyjowski! Larum grają! wojna! nieprzyjaciel w granicach! Cóż, pan Wołodyjowski od początku wiedział, że tak będzie. Najpierw go to gryzło, ale potem – spowszedniało. No bo ostatecznie sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało… to znaczy, przepraszam, dumny Narodzie. Chcieliście ludziska, to macie, ja powoli, jako się rzekło, szykuję odlot do ciemnych krajów.
A głos rozpaczliwie woła, duszę rwąc: a ty się nie zrywasz? szabli nie chwytasz? na koń nie siadasz? Co się stało z tobą, żołnierzu? Zaliś swej dawnej przepomniał cnoty? Cóż z tego, niech woła. Pierwsze primo: ta dawna cnota nie taką znowu wielką była. A drugie secundo: scyniczniały do cna Wołodyjowski sensu w chwytaniu szabli nie widzi, jako, że przeczucia ma jak najgorsze i nadzieja żadna się w nim nie tli. Jednak jego polonista po raz drugi go sprowokował. Nieważne, iż już od dobrych kilku lat przebywa w ciemnych krajach. Wcześniej zaszczepił facetowi zamiłowanie do conradowskiego postrzegania świata: po prostu facet, nawet do cna cyniczny, ale jednak facet, aby na miano faceta zasłużyć, musi – po prostu musi – to i owo uczynić, choć sprawę uznaje za beznadziejną i z góry przegraną. Musi, jeśli chce się równo i dokładnie ogolić. Bo tego bez patrzenia w lustro zrobić się nie da.
Dołącza przeto facet do manifestacji. Ale jak się na niej czuje? Nieszczególnie. Uniesienia tłumu żadnego przystępu do niego nie mają. Wypaliło się. Jest tutaj, bo wie, że musi. Ale czuje trzeźwo, beznadziejnie trzeźwo, że… Pesymizm? Nie, realizm. Ach, jak bardzo chciałby się mylić! Jak bardzo…
Za jakieś dwie dekady, kiedy to runie, bo w końcu przecież runie, facet, o ile jeszcze pozostanie na miejscu, a nie w ciemnych krajach, chyba już nie będzie się potrafił cieszyć. Czy pójdzie na demonstrację? Nie wiadomo, czy zdrowie pozwoli. Trudno też przypuścić, co się wykluje, po tylu latach destrukcji, jako alternatywa. Czy warto będzie ją wspierać? Za późno, za niepewnie, cholera jasna i psiakrew
I tak poznałyście, drogie dzieci, historię faceta, który ani razu nie był i nie będzie „w porę”. Niech będzie wam ona przestrogą! A co pozostało facetowi? Ptaszęta niebieskie śpiewają mu: carpe diem, faciu, carpe diem. I on to robi. To nawet miłe.
Apeirogon – książka autorstwa irlandzkiego pisarza Columa McCain.
Apeirogon – definicja: figura geometryczna o nieskończonej, ale policzalnej, ilości boków.
Rezultat – książka mocno powikłana, zawiera sporo wstawek nie mających nic wspólnego z głównym tematem. W rezultacie, podczas lektury wielokrotnie korzystałem z pomocy internetu i… uderz w stół.
Okazało się, że dwaj bohaterowie tej bardzo dramatycznej historii są właśnie w Australii – KLIK
Ich historia w ogromnym skrócie: Rami Elhanan – Izraelita, jego ojciec – Żyd, który emigrował do Izraela z Węgier w 1947 roku. Żona – Nurit Peled – córka wybitnego izraelskiego generała (6-dniowa wojna 1967). Rami był czołgistą podczas wojny Yom Kippur w 1974 r. W 1997 r, jego 14-letnia córka Smadar, zginęła w wyniku palestyńskiego samobójczego zamachu bombowego na ulicach Jerozolimy. Kilka lat później wstąpił do organizacji Combatants for Peace (Bojownicy o Pokój) – KLIK –zrzeszającej izraelskich i palestyńskich aktywistów walczących bez używania przemocy o zakończenie izraelskiej okupacji terenów palestyńskich.
Bassam Aramin – Palestyńczyk. Od dziecka był świadkiem izraelskiej przemocy w najbliższym sąsiedztwie. Gdy miał 17 lat, wraz z kolegami podłożyli przypadkowo znalezione granaty pod izraelskie pojazdy, nastąpiła eksplozja, nikt nie zginął. Wkrótce Bassam został schwytany i skazany na 7 lat więzienia. W więzieniu został okrutnie pobity przez izraelskich żołnierzy, dla których był to regularny trening. Bicie było kontynuowane w więziennym szpitalu. W więzieniu obejrzał film Lista Schindlera – KLIK – z którego dowiedział się o losie Żydów podczas Holocaustu. Jego pierwszą reakcją była radość – TAK! TAK! – jeszcze więcej!
Po kilku latach, nadal w więzieniu, przyszła zupełnie odwrotna refleksja. Zdał sobie sprawę z cierpień narodu żydowskiego. Co go uderzyło to wrażenie, że ofiary Holocaustu zdawały się przyjmować swój los bez gwałtownych protestów. Zaczął studiować ten temat, nauczył się języka hebrajskiego.
W 2005 roku Bassam dołączył do Combatants for Peace i tam poznał Rami. 2 lata póżniej jego córka Abir została postrzelona gumową kulą przez izraelski patrol. Najbliższy szpital nie był w stanie jej pomóc, zdecydowano przewieźć ją do szpitala w Jerozolimie. Pokonanie kilku kilometrów przez palestyńską karetkę pogotowia zajęło ponad 2 godziny z powodu długiego czekania na izraelskim punkcie kontrolnym. Dwa dni później Abir zmarła w szpitalu.
Abir i Smadar…
Od tego czasu Bassam i Rami odwiedzają wiele miejsc, głosząc ideę pojednania. Kilka dni temu byli w Melbourne.
O ich wizycie dowiedziałem się w piątek (26/5/23) wieczorem. Strona organizatora imprezy informowała, że bilety wyprzedane, ale można się zapisać na waiting list. Zapisałem się. W poniedziałek o 5 popołudniu dostałem powiadomienie, że mają kilka biletów. Dla mnie mieli, początek 6:30. Dojazd do centrum Melbourne o tej porze nie jest zbyt łatwy – samochodem do stacji kolejki, kolejką do centrum miasta, kilka przystanków tramwajem – JESTEM!
Migawka z jazdy tramwajem. Tłok, w większości młodzież, studenci. Starsza pani stoi w środku tego tłumu, nie ma się czego złapać a tramwaj hamuje dość mocno. – Możesz się mnie przytrzymać – proponuje stojąca obok młoda dziewczyna. – Naprawdę? Mogę? – starsza pani łapie dziewczynę w objęcia, przytula się do niej, kładzie głowę na jej ramieniu i z błogim uśmiechem zamyka oczy.
Przylegająca do naszej Biblioteki Stanowej sala Wheelers Centre okazała się bardzo skromna…
Dopiero w tym momencie zdałem sobie spraw, jak trudna do pojęcia jest idea, o którą walczą Rami i Bassam. Wiedziałem, że szczególnie Rami i jego rodzina byli mocno atakowani przez izraelskie prawicowe media. Nie dziwię się, że w takiej sytuacji trudno zdobyć popularność w innych krajach. Bassam i Rami wspomnieli, że w Australii odwiedzili szkoły izraelskie i palestyńskie. Spotkali się w nich z raczej chłodnym zrozumieniem, na marginesie zauważyli objawy wrogości.
Moje osobiste wrażenie. Po pierwsze – zdawałem sobie sprawę, że raczej nie dowiem się niczego nowego, ale miałem jednak poczucie, że oto tuż za miedzą dzieje się coś ważnego i chciałem chociaż otrzeć się o to. Niestety nie miałem śmiałości, żeby powtórzyć scenę z tramwaju.
Po drugie – Bassam i Rami – wydawali się nieco zmęczeni tymi licznymi występami, szczególnie Rami. Bassam potrafił zachować dobry humor. Na pytanie prowadzącej spotkanie, czy Rami jest jego przyjacielem, odpowiedział – Rami przyjacielem? Rami to jest mój wróg – jest Izraelitą, nie mówi po arabsku i nie pali papierosów!
Na pytanie – dlaczego to robisz? – Rami odpowiedział – każdego ranka gdy się budzę widzę nad sobą Smadar. Patrzy na mnie z wyrzutem – już tak późno, a ty jeszcze nic nie zrobiłeś, żeby to skończyć. I tak do końca dnia. Bassam kiwał głową bez słów.
Po trzecie – konkrety. Rząd Izraela – obaj nie mieli wątpliwości – jeśli odrzucamy przemoc, to wszystko w rękach rządu Izraela. Rami – to prawicowy, faszystowki rząd. Opozycja praktycznie nie istnieje. Jedyny izraelski rząd, który stwarzał nadzieję na unormowanie stosunków między Izraelem i Palestyną, to rząd Yitzhaka Rabina w latach 1974-77. Przypomnę, że w latach późniejszych Y. Rabin był przywódcą lewicowej parlamentarnej opozycji. W 1995 roku został zamordowany przez prawicowego ekstremistę. Rząd okupowanej Palestyny – Rami machnął ręka z rezygnacją – jak prezydent Palestyny chce odwiedzić swój stary dom w innej strefie okupacyjnej, to musi prosić izraelską administrację o przepustkę.
Bassam miał podobne zdanie, dodatkowo wspomniał, że bardzo istotnym czynnikiem w tej sprawie jest pozycja rządu USA.
I jeszcze Rami – dla naszej młodzieży, gdy osiągnie 16 lat, organizuje się wycieczki do Auschwitz, tam maszerują wznosząc okrzyki – Nigdy więcej! Po powrocie do Izraela, czeka na nich obowiązkowa służba wojskowa, a tam są szkoleni, jak przeprowadzać kontrole ludności palestyńskiej.
Po uporządkowaniu wrażeń wróciłem do lektury.
Apeirogon – nieskończone, ale policzalne. W przypadku książki jest to 1001 rozdziałów. Pierwsze 500 rozdziałów ponumerowane od 1 do 500, kolejne 500 – odwrotnie, ostatni rozdział – bez numeru – zdjęcie falującej wody.
Mój główny zarzut do autora – w książce brak jest płynnej narracji, która oddawałaby klimat życia w Izraelu i Palestynie, zamiast tego przypadkowe krótkie relacje, jakby skopiowane z internetu. Dostosowałem się do tego. Poniżej kilka takich relacji.
W rezultacie zamachu terrorystycznego, w którym zginęła Smadar, zginęły jeszcze trzy przypadkowe osoby oraz trzej zamachowcy. Zamachowcy byli przebrani za kobiety. Następnego dnia po zamachu rodziny terrorystów musiały opuścić swoje domy, które zostały zabetonowane. Krążą pogłoski, że zamieszkały one w nowych domach, zakupionych dla nich przez rząd Iranu. Rodzice dziewczynki, która również zginęła podczas zamachu, wytoczyli w USA proces rządowi Iranu o zorganizowanie zamachu. Sąd uznał ich skargę i przyznał odszkodowanie $1,7 mln. Rząd Iranu nie zapłacił.
Relacje prasowe po śmierci Abir. Ojciec ofiary działa w organizacji Combatants for Peace... Ojciec ofiary spędził kilka lat w więzieniu za działalność terrorystyczną. Armia opublikowała oficjalną deklarację, że nie ma nic wspólnego z tą sprawą… W okolicy wydarzenia odbywały się protesty Palestyńczyków… Ofiarę incydentu widziano jak trzymała w dłoni kamień… Została zabita kamieniem rzuconym przez protestujący tłum… Została postrzelona przez palestyńską policję… Miała atak epilepsji i uderzyła głową o bruk… W jej kieszeniach znaleziono kamienie… Zginęła w wyniku wybuchu granatu, który trzymała w dłoni… Personel w palestyńskiem szpitalu upuścił ją z wózka i rozbiła sobie głowę… Jej muzułmańscy rodzice nie zgodzili się na leczenie przez izraelskiego doktora…
Cztery lata później podczas procesu w sądzie cywilnym, sędzia (kobieta) zakwestionowała raport, że Abir została zabita kamieniem wystrzelonym z procy przez palestyńskich chłopców ukrywających się na pobliskim cmentarzu. Zwróciła uwagę, że cmentarz jest odległy 100 m i zasłonięty przez 4-piętrowy budynek. Dodatkowy argument – znaleziono gumowe kule na ziemi, kilka kroków od miejsca wypadku. Rezultat procesu – Bassam otrzymał odszkodowanie – 1 mln szekeli ( ok. $270,000).
Bassam stale nosił w kieszeni cukierkową bransoletkę (candy bracelet), którą kupiła Abir podczas wyprawy do sklepu. Może taką…
Po wyjściu z pracy wkładał rękę do kieszeni i przesuwał palcami po cukierkach. Pewnego dnia wracał z pracy samochodem. Ruchomy punkt kontrolny… – Pokaż mi swoje dłonie! Pokaż dłonie!! Izraelski żołnierz, starsza kobieta, siwe pasma włosów. Bassam miał wrażenie, że mówi z rosyjskim akcentem. Nagle wycelowała w niego karabin… – Co to kurwa jest? Bassam przekręcił donie, zauważył że są lekko zabarwione na różowo, pachniały słodyczą. – Na kolana, na pieprzone kolana! Bassam klęknął przy szosie. Twarz zwrócił na wschód aby, jeśli przyjdzie na to pora, móc się modlić. Przez głowę przeleciała myśl, żeby polizać dłoń, ale przypomniał sobie, że jest Ramadan, czas postu. – Podciągnij koszulę, podciągnij koszulę, powtarzam! Przez chwilę nie czuł wstydu, nawet przed kobietą, gniew przytłumił przyzwoitość. Kolba karabinu uderzyła go w okolice nerek, pchnęła do przodu, czuł kurz w na twarzy, kobieta nakładała mu na nadgarstki samozaciskowe kajdanki. Pociągnęła go za włosy i wepchnęła do wojskowego samochodu. Pięć godzin później, jeszcze na posterunku, kobieta zmiękła, przykro jej, ale Sentex – materiał wybuchowy używany do produkcji bomb, zabarwia dłonie na różowo.
Strefy na terenach palestyńskich: A – administrowana przez władze palestyńskie, nieograniczony dostęp dla izrealskich patroli wojskowych, prawo izraelskie zabrania tam wstępu obywatelom Izraela. B – administrowana przez władze palestyńskie, obie strony odpowiadają za bezpieczeństwo, otwarta dla Izraelitów i Palestyńczyków. C – tereny zamieszkałe przez izraelskich osadników (ONZ uznaje to za nielegalne) i Palestyńczyków (głównie rolnicy). Strefa administrowana przez Izrael. Prócz tego jeszcze 4 pomniejsze strefy H1, H2, E1. Seam Zone – patrz przypisy.
Apeirogon – figura geometryczna o nieskończonej, ale policzalnej, ilości boków. Licznik bije nadal – 5/6/2023 – zmarł 3-letni palestyński chłopiec postrzelony przez izraelski patrol – KLIK.
Przypisy: Colum McCain – autor książki – KLIK. Punkty kontrolne na terytorium Palestyny – KLIK. Seam Zone – KLIK.
EMS (Ewa Maria Slaska): Wszystko co wiem, wiem z Facebooka!Wszystkie uwagi kursywą będą ode mnie. Reszta od biegnącego autora.
Piotr Ibrahim Kalwas
28 maja 2023
Dzień dobry. Jestem w Szczecinie i właśnie wybiegam z hotelu. Biegnę do Warszawy. Ok. 600 km biegu przez dwa tygodnie. Mały plecak, dużo muzyki, no i przesłanie mojego biegu, które jest wypisane na tiszercie. To przesłanie to oczywiście oczywista oczywistość, ale nieustannie trzeba o tym przypominać. Będę codziennie nadawał z biegu, trzymajcie za mnie kciuki. I za dobrą pogodę
EMS: Pierwsza informacja na FB zebrała 4,7K lajków! To się nazywa osiąg!
Pierwszy dzień biegu Szczecin – Warszawa pod hasłem NIE GŁOSUJ NA PiS! zaliczony. Niedługi, 35 km (wynik w komentarzach) tak na rozruch. Teraz pizza i bezalkoholowe piwo w hotelu jak z bajki
EMS: Autor codziennie będzie zamieszczał takie zdjęcie, wykonane PO przebiegnięciu dziennej normy, a w komentarzach znajdzie się też statystyczna relacja z samego biegania:
EMS: W komentarzach dużo fajnych słów zachęty i wsparcia, ale też rady o tych, co zawsze wiedzą lepiej. Np. pewien pan pisze:
1. mózg ma kłopot z dostrzeganiem “nie” przed czasownikami 2. “nie” chowa się pod szelką plecaka, pod ramieniem. …rekomenduję nową koszulkę z napisem “GŁOSUJ NA jakąkolwiek OPOZYCJĘ” Jeśli pomysł, Panie Piotrze, podoba się to dokładam się do zakupu nowej koszulki A w sumie to możemy zrobić z tego charytatywną zrzutkę z przeznaczeniem na jakiś mądry cel (hospicjum?)
EMS: Czyli nawet krytyka jest sympatyczna. I tak trzymać.
EMS: Po drodze ciekawostki:
EMS: I koty, ale też hasło autora biegacza brzmi – hotel z kotem to dobry hotel.
EMS: Gdy to piszę (9 czerwca) jest 13 dzień biegu, a to znaczy, że bieg dobiega końca (to piękna fraza – bieg dobiega), gdy to zostanie opublikowane (12 czerwca) będzie już po biegu
Dziewiąty dzień mojego biegu Szczecin – Warszawa pod hasłem NIE GŁOSUJ NA PiS! Dotarłem ze Słupcy do motelu między Koninem a Kołem. 41km. Piękne wiejskie i leśne klimaty miałem po drodze. Wolę nadrobić trasy i biec przez wsie, pola i lasy, niż zasuwać drogą szybkiego ruchu, bo to i niebezpieczne i nudne. Dziś poczułem tę samotność o której pisali ci od Drogi, np. Kerouack czy Stachura. To jest ekstatyczna samotność, przenikająca na wskroś, ma się wrażenie że jest się centrum świata. Jeden i drugi o tym pisał, dziś to poczułem, to niezwykłe. Miałem wrażenie, że jestem w pędzącej kapsule unoszącej się nad ziemią. Myśli, obrazy, wspomnienia, muzyka dudniąca mi na uszach, wszystko to zlewało się w jedną całość i niosło mnie do przodu. Doznawałem mistycznych uniesień. Tak, wiem, to Runner’s High i zmęczenie, ale może nie…
Dziesiąty dzień mojego biegu Szczecin – Warszawa pod hasłem NIE GŁOSUJ NA PiS! Dotarłem do pensjonatu w okolicach Kłodawy. 33 km biegu, ostatnie 4-5 już marszu i marszobiegu, bo dziś poczułem w sobie te 400 przebiegniętych km. Adrenalina wali po całości Jeden pan z dobrego auta pokazał mi fucka, inny, z rzęcha, groził piąchą i coś wrzeszczał, ale James Brown go zagłuszył. A poza tym dużo przyjaznego machania i Teraz żarcie. Dużo.
Dzień jedenasty mojego biegu Szczecin – Warszawa pod hasłem NIE GŁOSUJ NA PiS! Dobiegłem do hotelu między Kutnem a Żychlinem. 40 km. Po pierwszych kilku km złapał mnie skurcz łydki i musiałem pół godziny siedzieć w polu. Znam te skurcze, więc nie przejąłem się, to samo przechodzi. Potem już było dobrze, biegłem i maszerowałem na zmianę. Były klaksony, machania, podniesione kciuki i uśmiechy, dezaprobaty nie zauważyłem, ale z pewnością była. Do gorąca jestem przyzwyczajony, ale pod koniec biegu drzewa wydawały mi się starymi mężczyznami krzyczącymi coś do mnie i machającymi rękoma (gałęziami) to było zajebiste. Dużo Red Hot Chili Peppers dzisiaj, dawno nie słuchałem i autentycznie czułem żal w ich głosach i pretensje że ich zaniedbałem, pierwszy raz poczułem jak muzyka mi się żali, żywa plazma, byt. Podwójne pierogi teraz i dwa Dextery. A, i popatrzcie jakiego mam fajnego trajbala na głowie, zupełnie za darmo (chodzi o zdjęcie nr 4 w powyższej galeii)
Dzień dwunasty mojego biegu Szczecin – Warszawa pod hasłem NIE GŁOSUJ NA PiS! Dobiegłem do hotelu za Łowiczem. 38 km. Minąłem dwie procesje twarzą w twarz i nikt na mnie nie krzyczał Za to z balkonu domu w pewnej wsi młodzi ludzie krzyczeli do mnie “brawo!” i to było bardzo miłe. Uśmiechy kierowców i tylko jeden pan kierowca pukał się w głowę. Wypiłem ze cztery litry płynów i ani razu nie sikałem. Cały paruję No i po raz pierwszy dostałem wegański obiad, na czas biegu zmuszony byłem przejść na wegetarianizm, inaczej bym umarł z głodu, na prowincji króluje mięso, a warzywa drogie strasznie. To jakiś obłęd, na polskiej wsi warzywa i owoce są droższe niż na Malcie.
10 czerwca
Zrobiłem to Przebiegłem ze Szczecina do Warszawy pod hasłem NIE GŁOSUJ NA PiS! Dziś dotarłem do mety w Łazienkach. Ok. 570 km biegu przez 14 dni. Chciałbym bardzo podziękować wszystkim, którzy mnie wspierali, to było mi potrzebne i dodawało sił. Wielkie, wielkie dzięki. Jeżeli moja akcja przyczyniła się chociaż minimalnie do zwycięstwa demokracji w najbliższych wyborach, to osiągnąłem swój cel. To była taka mała kropla, ale wiecie sami jak jest z tą kroplą i skałą…
Działajmy oddolnie, jak tylko możemy w walce z PiSem, niekoniecznie biegając, ale organizując na wszelkie sposoby małe, większe i duże akcje antypisowskie. Razem i indywidualnie. W nas jest siła, w wolnych ludziach. Niech moc będzie z Wami.
The Center for Anthropological Research on Museums and Heritage and the Institute for European Ethnology of the Humboldt University in Berlin cordially invite you to a book launch of: Cross Purposes: Catholicism andthe Political Imagination in Poland by Magdalena Waligórska (Cambridge University Press, 2023) to take place on June 6, at 18:00 CEST. Please, join us for a discussion with the author, chaired by Prof. Magdalena Buchczyk (HU Berlin), with comments by: Prof. Felix Ackermann (Fernuniversität Hagen) and Dr. Karolina Wigura (FU Berlin). The discussion will be followed by a small reception.
The event takes place at the CARMAH Center for Anthropological Research on Museums and Heritage, Mohrenstr. 40-41, 10117 Berlin, Room 408.
No other symbol is as omnipresent in Poland as the cross. This multi-layered and contradictory icon features prominently in public spaces and state institutions. It is anchored in the country’s visual history, inspires protest culture, and dominates urban and rural landscapes. The cross recalls Poland’s historic struggles for independence and anti-Communist dissent, but it also encapsulates the country’s current position in Europe as a self-avowed bulwark of Christianity and a champion of conservative values. It is both a national symbol – defining the boundaries of Polishness in opposition to a changing constellation of the country’s Others – and a key object of contestation in the creative arts and political culture. Despite its long history, the cross has never been systematically studied as a political symbol in its capacity to mobilize for action and solidify power structures. Cross Purposes is the first cultural history of the cross in modern Poland, deconstructing this key symbol and exploring how it has been deployed in different political battles.
--
PD Dr. Magdalena Waligórska
Institut für Europäische Ethnologie
Center for Anthropological Research on Museums and Heritage
Humboldt-Universität zu Berlin
Anton-Wilhelm-Amo-Str.41
10117 Berlin
NEW PUBLICATION:
Cross Purposes: Catholicism and the Political Imagination in Poland (CUP, 2023)
https://www.cambridge.org/core/books/cross-purposes/72E707A0DE6E82457D62EFE5E0D1A2B0
Cross Purposes is the first cultural history of the cross in modern Poland, deconstructing this key symbol and exploring how it has been deployed in different political battles. Historians of Eastern Europe will find in it a compelling cultural history of Poland’s major political upheavals.
Magdalena Waligórska is a cultural historian and sociologist. Her fields of interest include contemporary Polish and Belarusian history, nationalism and national symbols, Jewish heritage, Jewish/non-Jewish relations, and memory studies. She is currently leading a research group at the Department of European Ethnology of the Humboldt University in Berlin. She has published extensively on nationalism, Jewish culture, and Jewish-non-Jewish relations in journals including East European Politics and Societies, Holocaust Studies, East European Jewish Affairs and POLIN. Her first book, Klezmer’s Afterlife: An Ethnography of the Jewish Music Revival in Poland and Germany, was published 2013.
Dziękuję Monice Wrzosek-Müller za podsunięcie mi tego tekstu. Dziękuję programowi deepl za ogromny udział w zadaniu przetłumaczenia tego artykułu.
6 stycznia 2023 roku ukazał się w tygodniku Spiegel tekst Yuvala Noaha Harariego, izraelskiego historyka o napaści Putina na Ukrainę i wojnie. Z reguły rebloguję takie teksty w języku oryginału, ale tym razem postanowiłam przetłumaczyć go na polski, ponieważ przeżywam już od dawna wciąż zaskoczenie (i grozę!), że otóż my, Polacy, przejęliśmy niemiecką narrację o tym, że:
1. nie wolno irytować Putina 2. wysyłanie czołgów nie zakończy wojny 3. pacyfizm jest dobrem najwyższym i nie podlegającym debacie 4. Ukraińcy powinni się poddać i zakończyć wreszcie tę bezsensowną wojnę, oddając Putinowi wszystko, co chce sobie zabrać 5. Upór Ukraińców zagraża pokojowi na świecie 6. Ukraińcy będą odpowiedzialni za światową klęskę głodu 7. Przecież Niemcy nie mogą przyjąć wszystkich uciekinierów z Ukrainy
Wszystkie te wypowiedzi tak naprawdę oznaczają, że trzeba zakończyć tę wojnę, bo zakłóca ona wygodne niemieckie życie w dostatku i zagraża niemieckiemu stanowi posiadania. Skrywają egoizm i chciwość.
Dyskusja wzmogła się ostatnio, gdyż dwie znane kobiety niemieckie – polityczka lewicy Sahra Wagenknecht i ongiś wielce zasłużona feministka, Alice Schwarzer 10 lutego ogłosiły manifest, w którym żądają od kanclerza Olafa Scholza zaniechania dostaw broni na Ukrainę. Trzecia znana niemiecka kobieta, biskupka ewangelicka Margaret Käßmann, jako jedna z pierwszych go podpisała, po czym do grona sygnatariuszy dołączyły różne ważne osoby, w tym politycy z prawicowej partii AfD (Alternatywefür Deutschland). Pod manifestem podpisało się już milion ludzi.
W dyskusjach z Polakami na temat poddania się Ukrainy z reguły pytam, czy moi rodacy mówili by to samo, gdyby Rosjanie stali pod Olsztynem, Krakowem, Kaliszem i Szczecinem? Co wrażliwszym przypominam, że Niemcy tego może nie wiedzą, ale my – tak, my wiemy dokładnie, co oznacza, że Ukraina się podda? Jaki terror tam zapanuje? Na jakie cierpienia narażeni zostaną mieszkańcy tych oddanych Putinowi terenów? Bo my z historii wiemy, co mogą zrobić Sowieci.
Ale właściwie nie mam siły na rozmowy o tej wojnie, ani z Niemcami, ani z Polakami, którzy przyjęli niemiecki punkt widzenia. Nie mam siły, bo nikt nie słucha argumentów i nie dopuszcza dyskusji, bo znaleźliśmy się w narcystycznym świecie, w którym każdy ma swój punkt widzenia i przenigdy od niego nie odstąpi. Oddaję więc głos Harariemu, bo w świecie bez dyskusji liczy się jeszcze tylko głos uznanego celebryty. Wagenknecht, Schwarzer, Käßmann i Chomsky opowiedzieli się za narracją prosowiecką, Yuval Noah Harari – przeciw.
I chwała mu za to.
I jeszcze jedna uwaga: zdaniem Harariego Polska miała swój udział w przygotowaniu do tej wojny, podobnie jak USA i Wielka Brytania.
Basia wyjechała do Berlina Zachodniego, a stamtąd po kilku miesiącach do Ameryki. Stefan odprowadził ją na dworzec, pocałował dzieci, poprzekomarzał się z nimi trochę, a potem ze ściśniętym sercem patrzył na odjeżdżający pociąg. Dostał paszport wtedy, ale dopiero wtedy, gdy Basia już poleciała do Ameryki i teraz z kolei on pojechał do Berlina Zachodniego. Zanim wyjechał, do Szarzyńskich przyszła pani Irena i dała Stefanowi list do Ewy. I tak to wBerlinie Stefan spotkał się z Ewą, która wyjechała z kraju wkrótce po Basi, tyle że Basia pojechała dalej, a Ewa wystąpiła w Berlinie o azyl polityczny, otrzymała go i zaczęła pracować jako opiekunka społeczna w ogromnym schronisku dla „azylantów” na Streitstrasse na zachodnim krańcu Berlina, w Spandau.
Przyjechał do Berlina w grudniu 1983 roku. Pojechał do Ewy, która powiedziała mu, co ma robić i dała mu nocleg na pierwszych kilka nocy. Potem, gdy już złożył papiery o przyznanie mu azylu politycznego, przeniósł się do schroniska dla uchodźców, czyli tak zwanego „heimu” (a może nawet „hajmu”). Jak było do przewidzenia, skierowano go do tego właśnie „hajmu”, w którym pracowała Ewa. Ewa powiedziała mu, że tak będzie, bo pracowała w tak zwanym „ośrodku przejściowym opieki nad uchodźcami”, dokąd kierowano ludzi, którzy właśnie złożyli podanie azylowe. Stąd po kilku tygodniach, najdalej miesiącach, wysyłano ich do innych ośrodków, niekiedy w Berlinie, a niekiedy w Niemczech Zachodnich. Pozostanie w Berlinie graniczyło z cudem i Ewa uprzedziła go, że ani ona, ani nikt inny pracujący w „hajmie” nie ma wpływu na to, dokąd zostanie skierowany ktoś, kto ubiega się o azyl. Dodała jednak, że rozpoczęcie starań o wyjazd do USA w biurze berlińskim, znacznie zwiększa szansę, na zostanie w Berlinie. I tak też się stało. „Hajm” na Streitstrasse była to ogromna instytucja, w której mieszkało niekiedy około tysiąca osób. Ponieważ Stefan w międzyczasie miał już przyobiecaną zieloną kartę, uprawniającą do pobytu w USA, nie przeniesiono go do innego schroniska. Mieszkał jak wszyscy samotni mężczyźni w wieloosobowych pokojach i robił to, co wszyscy, załatwiał sprawy w urzędach niemieckich lub amerykańskich i podejmował się dorywczych prac „na czarno”, głównie na budowach. Miało mu się to potem przydać w Nowym Jorku, ale teraz jeszcze tego nie wiedział. Wieczorami starał się czytać albo pisać, ale nie było to łatwe, bo pięciu pozostałych lokatorów pokoju głośno rozmawiało, z reguły przy wódce. Rozmawiali wciąż o tym samym, o kobietach, które zostawili w Polsce i o niepokoju, bo przecież nie mogli być pewni, że są im wierne, a potem, bez najmniejszego problemu zaczynali pijackie wynurzenia na temat kobiet, które poznawali w Berlinie, często po prostu w „hajmie”, a które określali wspólnym imieniem „dupa”. Stefan zaciskał zęby i zastanawiał się, jak długo wytrzyma, zanim zacznie gryźć ściany.
pot. powiedzenie używane do kategorycznego stwierdzenia, że to, co przed chwilą zostało powiedziane, mówiący uważa za nieprawdopodobne lub nieprawdziwe
Zapomniałam o tym powiedzonku. Ela mi przypomniała, gdy w Domu Willy’ego Brandta (Willy Brandt Haus), czyli głównej siedzibie niemieckiego SPD na wystawce materiałów reklamowych znalazłyśmy pocztówki z portretem kanclerza i nawet jego własnoręcznym podpisem.
Wzięłam tę pocztówkę do ręki i powiedziałam, że trzeba by mu tu przykleić na policzku Leoparda. I wtedy Ela zrobiła ten gest i zapytała, czy tu jej czołg jedzie.
To ten portret kanclerza, ten gest i ten czołg (nie znam się, może więc nie ten, tylko taki, ale może jednak ten, bo Scholz stoi obok):
Foto Maximilian König, SPD, BerlinFoto Anna DettleffNZZ, David Hecker / Getty
Der Beitrag wurde von Brigitte von Ungern-Sternberg zusammengestellt.
Deutschland liefert endlich Mal etwas mehr als alte Helme in die Ukraine. Dh. Panik wächst.
Liebe Ewa, liebe Ela, (gemeint ist Ela Kargol – Anm.d.R.)
es gibt eine interessante ARTE Doku darüber, wie die Anrainerstaaten der Ostsee aufrüsten, um Putin ‚klare Kante‘ zu zeigen. Ihr habt sie ja vielleicht schon gesehen.
Ich denke, Putin wird der Appetit auf weitere ‚militärische Aktionen‘ inzwischen vergangen sein, solange er sich mit der Ukraine abarbeitet. Aber man kann nie wissen.
Aus Estland bekam ich Fotos von Sandskulpturen mit aktuellem Thema, die im Sommer entstanden sind, zwei davon im Anhang.
Mit allen guten Wünschen für 2023, hoffentlich hört der Krieg bald auf!!!
Pomnik poległych stoczniowców 1970 postawiono na placu przed stocznią. Upamiętniał ofiary wydarzeń Grudnia 1970 roku. Pomnik powstał w szybkim tempie. Już pierwszego dnia strajku, w sierpniu 1980 roku, Bogdan Pietruszka naszkicował pierwszy pomysł, a zgodnie z tym pierwszym szkicem pomnik to miały być cztery krzyże, połączone w krąg ramionami, z kotwicą na każdym i zniczem u dołu. Już dwa dni później dyrekcja Stoczni Gdańskiej wyraziła zgodę na wzniesienie pomnika i, wciąż jeszcze podczas strajku, pomnik skierowano do realizacji. Wtedy też ustalono termin odsłonięcia – w rocznicę wypadków grudniowych, 16 grudnia 1980 roku.
Po podpisaniu porozumień powołano do życia Społeczny Komitet Budowy Pomnika, który ogłosił konkurs na opracowanie koncepcji rzeźbiarsko-architektonicznej. Wygrał zespół Bogdana Pietruszki, ten naszkicowany podczas Strajku na odwrotnej stronie jakiegoś urzędowego, ten z czterema krzyżami. Tylko że w międzyczasie postanowiono, iż krzyże jednak będą trzy. Dla przypomnienia śmierci Jezusa i trzech zabitych podczas Grudnia 1970 roku. Zabito ich w tym miejscu, gdzie teraz stawał pomnik. Z Pietruszką pracowali znani gdańscy rzeźbiarze Robert Pepliński, Elżbieta Szczodrowska-Peplińska i Wiesław Szyślak oraz architekci Jacek Krenz i Wojciech Mokwiński. Od 30 listopada trwały prace przy budowie, odsłonięcie nastąpiło zgodnie z planem 16 grudnia 1980 roku. Pomnik składał się więc z trzech krzyży o wysokości 42 metrów i wadze 42 ton każdy, ustawionych na planie trójkąta, o nieregularnych, spękanych kształtach. Spinają je trzy kotwice, po dwie tony każda, które, podobnie jak krzyże, są zarówno symbolem stoczniowców, jak chrześcijańskim znakiem nadziei. Krzyże mają jeszcze dodatkową symbolikę – są znakiem żałoby. W dolnej części pomnika umieszczone zostały wykonane ze stali nierdzewnej płaskorzeźby, przedstawiające życie stoczniowców, wykonane przez Roberta Peplińskiego i Elżbietę Szczodrowską. Na płaskorzeźbach zostały umieszczone daty protestów stoczniowców – 1956, 1970, 1980 i 1981. Na jednej z płyt umieszczono dwa fragmenty wiersza Czesława Miłosza, ułożone jednak tak, jakby były całością:
Który skrzywdziłeś człowieka prostego, śmiechem nad krzywdą jego wybuchając, nie bądź bezpieczny, poeta pamięta.
Możesz go zabić, narodzi się nowy, spisane będą czyny i rozmowy.
Wszyscy byli na odsłonięciu Pomnika, Stefan i Basia też. Chcieli zabrać Małgosię, ale rodzice Stefana się nie zgodzili, przy czym nie chodziło im o politykę, ale o to, że jest ciemno, zimno i tłok, dziewczynka została więc z dziadkami.
Rzeczywiście było ciemno, zimno i tłoczno, nic nie było widać, ale nastrój był podniosły i tak dobrze było stać razem z innymi. Na zakończenie swojej przemowy Wałęsa chciał powiedzieć, że spotkamy się tu za rok i wtedy się rozliczymy. Miał na myśli rozliczenie władzy za śmierć tych stoczniowców, ku czci których teraz odsłanialiśmy pomnik. Przejęzyczył się jednak i powiedział, „a za rok się rozlecimy”. I było to niestety prorocze.
Po skończonej uroczystości Stefan i Basia zabrali ze sobą jakieś przyjezdne osoby, którym trzeba było dać nocleg, i pojechali do rodziców do Wrzeszcza. Na pewno była z nimi Joanna Szczęsna, ubrana w dwie sukienki, jedna na drugą – pod spodem batystowa, niebieska, a na wierzchu dżinsowa. Bardzo to ładnie wyglądało, oceniła Basia.
– Wiesz, powiedziała Basia, wydaje mi się, że ja znam tę panią Szczodrowską. – O, zdziwił się Stefan. – Jak byłam dziewczynką, przyjeżdżała do babci na wieś taka cienka, wysoka rzeźbiarka z Gdańska. Wszyscy mówili, że była szurnięta, bo dziwacznie gadała i wciąż coś rysowała. A czasem lepiła z gliny to, co narysowała. Kiedyś ulepiła mnie. – No coś ty? – No tak, taką małą głowę na bardzo długiej szyi. Chciała nawet, żebym jej pozowała do aktu, ale mama dostała ataku wściekłości i na tym się sprawa skończyła. – A ta głowa, gdzie jest? – Nie wiem, może jest gdzieś tam w szopie. Ta kobieta zrobiła trzy różne głowy, dwie zabrała do Gdańska, ale jedną nam zostawiła.
Gdy następnym razem pojechali do Matemblewa, poszli do składziku w głębi stodoły, przerzucili tony jakichś rupieci i głęboko pod spodem, znaleźli wysmotruchaną i lekko poobijaną głowę dziesięcioletniej Basi. Miała prostą grzywkę i koński ogon. I rzeczywiście – nadzwyczajnie długą szyję.
Zabrali tę głowę do Gdańska i powiesili w kuchni, ale po jakimś czasie Basia ją zdjęła i schowała do szafy.
– Nie lubię, jak ona na mnie patrzy. – Jaka ona? Przecież to ty. – Chyba nie, to jednak raczej starorzymska larwa i straszy.
Stefan myślał o tym, żeby pójść z tą głową do rzeźbiarki i zapytać, czy to jej dzieło, ale Basia nie chciała. Wolała poczucie, że kiedyś jako dziecko pozowała Szczodrowskiej (“samej Szczodrowskiej”) niż ewentualne rozczarowanie, gdyby się okazało, że jednak nie.
– A zresztą, ona na pewno nie pamięta każdej swojej byle jakiej rzeźby, powiedziała Basia. Stefan był zdania, że na pewno pamięta, ale była to Basi rzeźba i Basi portret, tylko ona więc mogła w tej kwestii decydować. Gdy Stefan wyjeźdżał do Berlina, zabrał tę głowę ze sobą. Do Nowego Jorku nie pozwolono mu jej jednak zabrać. Gdy szedł w stronę bramy, obrócił się jeszcze raz, żeby po raz ostatni (czuł, że jest to po raz ostatni) popatrzeć na Berlin, Niemcy, Europę. Ostatnie co zobaczył, to wypełniony po brzegi kosz na śmieci. Głowa Basi leżała na szczycie, twarzą do dołu.