Milczeć czy protestować

Jak milczymy to przyzwalamy, jak psykujemy – jesteśmy jędzami. Każdy ma problem z tym, kiedy pyskować i protestować, ale wydaje mi się, że kobiety mają z tym dylematem o deczko gorzej niż druga płeć (co do trzeciej myślę, że zapewne jest im jeszcze gorzej niż nam).

Krystyna Koziewicz

Milczeć, nie milczeć?

Czy warto trzymać język za zębami dla świętego spokoju? W niektórych sytuacjach na pewno tak, jednak dobrze jest, jeśli język trzymamy w stałym pogotowiu. Powszechnie mówi się, że milczenie jest „złotem”, oznaką zgody, ale czy powinno się milczeć, jeśli działania innych ludzi mają znamiona społecznej szkodliwości, uwłaczają ludzkiej godności czy zagrażają bezpieczeństwu?

W Niemczech obrażanie jest karalne, zwłaszcza w przestrzeni publicznej. Każdy kto zostanie obrażony, niewinnie pomówiony, może to zgłosić na policję. Dlatego warto reagować, zwłaszcza w czasach powszechnego obrażania, braku tolerancji, mowy nienawiści, tak by w żadnym wypadku nie dawać przyzwolenia na poniżanie i obrażanie drugiego człowieka. Warto w tym miejscu wspomnieć o jednym przesłaniu Związku Polaków w Niemczech spod Znaku Rodła – „Polak Polakowi bratem”, czy przykazaniu religijnym „Miłuj bliźniego jak siebie samego”!

W przypadkach drażliwych, jeśli nie reagujemy, działamy świadomie przeciw samym sobie. I tak to czasem bywa w naszym polskim „piekiełku”. Opisze parę przykładów z życia wziętych, które uznałam za godne piętnowania.

Byłam świadkiem, jak znany berliński działacz prawicowy przybył z grupą ludzi na uroczystość związaną z ważną rocznicą Rodła. Było to trzy lata temu. Na liście zgłoszeń nie figurowały nazwiska osób towarzyszących, nie mogły więc od razu zostać wpuszczone na salę. Koleżanka sympatycznym facetom grzecznie wytłumaczyła procedury udziału w imprezie, a panowie szybko zrozumieli, o co chodzi? Usunęli się na pobocze, czekając, aż się zwolni miejsce. Agresywny szef nie dawał jednak za wygraną, był innego zdania, wg filozofii Jegomościa nie obowiązywały żadne procedury w myśl zasady, że „pani nie wie, kim ja jestem”. Chcąc się jeszcze popisać przed kolegami, z oburzeniem przyjął informację, zagotował się do czerwoności, grożąc koleżance:

– Takich jak Ty niedługo będziemy wieszać.

Początkowo sądziłam, iż się przesłyszałam, ponieważ rzeczywiście były problemy z wieszaniem garderoby. Po upewnieniu się, że faktycznie była to groźba pod jej adresem, doznałam szoku. Dziwiłam się, że znajoma nie zareagowała i nie zadzwoniła na policję. Powiedziała mi potem, że uznała, iż nie należy pozostałym uczestnikom psuć ważnej imprezy z udziałem polityków i dyplomacji. Sprawa pozostała bez echa, jednym słowem upiekło się agresywnemu typkowi, co uznałam za niedopuszczalne. Incydent nie pozostanie bez echa, na razie został medialnie nagłośniony.

Drugi przypadek, tu też będzie mowa o tym samym mężczyźnie.

Wprawdzie nie byłam świadkiem, ale zdarzenie obserwowali inni. Kobieta wychodząca z mszy w kościele polskim, gdy zobaczyła transparent z obraźliwymi hasłami politycznymi, odruchowo zaczęła go usuwać… Oczywiście reakcja autora baneru była natychmiastowa, tym razem nie słowem, a czynem. Po prostu pozwolił sobie na przemoc, używając siły wobec protestującej. Ta jednak nie dała za wygraną i zadzwoniła na policję. Wiem tyle, że został spisany protokół, a człowiek, który dopuścił się rękoczynu, został ukarany grzywną i zakazem korzystania z miejsca. No i proszę, pod kościołem nie ma więcej takich akcji,
a i on z tego miejsca zniknął na amen.

Ostatnie wydarzenie miało miejsce tydzień temu, też pod polskim kościołem. Facet sprawiający dziwne wrażenie, natrętnie wciskał do rąk karteczki, wzywające do podpisywania petycji do Donalda Trumpa w sprawie żądań reparacji wojennych od Niemiec i Rosji. Kolporter oznajmił wszem i wobec, że Trump jest największym przyjacielem Polski, bo jest katolikiem, biblijnym Bogiem. Bogiem! Tak go gość określił. Gadał nakręcony jak katarynka, ludzi dawali gestem znaki, że ich to nie interesuje, niektórzy wdawali się w głośne pyskówki, atmosfera stawała się nieprzyjemna. Wierni po mszy świętej, wychodząc z kościoła, są raczej skupieni, nie lubią być atakowanym, zwłaszcza hasłami politycznymi. To wiem!

Obserwując zamieszanie i nieprzyjemną atmosferę, podeszłam do rozrabiaki z grzeczną uwagą, że „pod kościołem nie wolno prowadzić żadnej agitacji politycznej”. Wyjaśniłam, iż osobiście słyszałam od policji, która tydzień później po incydencie z krewkim działaczem sprawdzała gazety, szukając złowrogich treści politycznych.

To właśnie wtedy od policji dowiedziałam się, że nie wolno bez zezwolenia rozpowszechniać treści politycznych. Tłumaczyłam nawiedzonemu ideologicznie człowiekowi, który o dziwo wysłuchał nawet z uwagą. Nie dawał jednak za wygraną, kwitując, że „wolno mi, bo żyję w wolnym kraju”. Pożyczyłam mu miłego dnia i poszłam dalej rozdawać Kontakty.

Co ciekawe, nie minęła może minuta, a facet cichcem odwrócił się na pięcie i poszedł w czorta. Szedł szybko, aż się za nim kurzyło. Obserwatorzy tego zdarzenia byli mocno zdumieni, że pewnie miał coś na sumieniu, skoro w takim tempie dał dyla. Nieźle go postraszyłam? Ponoć już od trzech tygodni ludziom wychodzących z kościoła uprzykrzał życie, nawet perswazje księdza nie pomagały. A więc, trzeba reagować!

Kolejny przypadek to nieco lżejszy kaliber. Otóż, co roku zgłaszam się po akredytację na ITB czyli Międzynarodowe Targi Turystyczne. Za każdym razem muszę udowodnić trzema artykułami, że rozpowszechniam i promuję targi
w mediach społecznościowych (jako blogerka, prowadzę dwa portale, a na trzech innych zamieszczam informacje). Zatem w obręcie polskiej społeczności zasięg mam dość duży. Do tego trzeba zawsze dołączyć kopię legitymacji prasowej. Wszystko zrobiłam i odsłałam wniosek. Tym razem dość długo czekałam na akceptację, z niecierpliwości napisałam maila z prośbą o wyjaśnienie, ponieważ termin targów się zbliżał.

Po dwóch dniach otrzymałam odpowiedź odmowną – jakoby brakowało wystarczającej ilości aktualnych informacji, co przecież nie było prawdą.
W odpowiedzi odpisałam, że nie będę więcej na moich blogach zamieszczać reklamy ITB i serdecznie pozdrowiłam organizatorów. Nie minął dzień,
a w poczcie elektronicznej pojawił się mail głoszący radosną nowinę, że akredytacja została mi przyznana. Mail zawierał też przeprosiny!

A więc, tak sobie myślę, że milczenie wcale nie jest azylem dla prawdy. Kiedy milczeć, a kiedy reagować? – to pytanie, na które każdy musi sobie odpowiedzieć.

Der geniale Pole

Der Übertitel stammt von mir. Ich denke mir, er war einfach genial.
Eure Administratorin

Polnisches Institut Berlin

ausstellung
21 . 02 . | 19 . 00

VERNISSAGE: WITKACY. EIN GENIALER PSYCHOHOLIKER

AUSSTELLUNG: 21.02 – 29.03.2019
VERNISSAGE: 21.02.2019 | 19:00

In den Achtzigerjahren des 19. Jahrhunderts schießen in Polen die Genies wie Pilze aus dem Boden. 1882 wird Karol Szymanowski geboren, zwei Jahre später der Maler Leon Chwistek und der Anthropologe Bronisław Malinowski. 1885 schließlich kommt Stanisław Ignacy Witkiewicz, kurz „Witkacy“ genannt, zur Welt.

Witkacy war zweifellos ein kreatives Universalgenie, ebenso wie Władysław Strzemiński und Leon Chwistek oder nach dem Zweiten Weltkrieg Tadeusz Kantor. Er war Maler, Fotograf, Schriftsteller, Philosoph und Performer. Auch das Leben selbst war für ihn künstlerisches Material.Witkacy quälte sich und andere – vor allem die Frauen, von denen er zeit seines Lebens abhängig war. Die künstlerische Vielfalt in Witkacys Schaffen resultierte aus der Unmöglichkeit, in einer einzigen Form alle Aspekte seiner Persönlichkeit artikulieren und zur Ruhe kommen zu können.

Witkacy war ein kompromissloser Provokateur und ein ostentativer Egoist. Er hasste beschönigende Masken und riss sich selbst die ab, die niemand sah. 1939 wurde Witkacy ein Opfer der Geschichte: Als nach der Wehrmacht auch die Rote Armee in Polen einmarschierte, nahm er sich am 18. September das Leben.

Kuratorinen: Maria Anna Potocka und Delfina Jałowik (Museum für zeitgenössische Kunst MOCAK in Kraków)

Veranstalter und Partner: Polnisches Institut Berlin, Polnisches Institut Düsseldorf, Tatra-Museum Zakopane und Museum für zeitgenössische Kunst MOCAK in Kraków

Eintritt: frei


Witkacy: Gefährlicher Bandit (ca. 1930) © Tatra-Museum Zakopane

Ort: Galerie des Polnischen Instituts,
Burgstr. 27, 10178 Berlin

Magiczne torebki Kasi

Przyszła po książki. Miała ze sobą śliczną torebkę.
Zaczęłyśmy rozmawiać o tej torebce,
o innych torebkach, o pomysłach na torebki, o pomyśle na życie…

Póki jeszcze nie ma sklepu (będzie za jakieś dwa miesiące), możecie ją znaleźć na Instagramie.

 

Katarzyna Mroczka

Rysować lubiłam odkąd pamiętam. Z biegiem lat rysunki przeradzać zaczęły się w projekty, a projekty wreszcie – w namacalne twory mojej wyobraźni. Był to początek, który miał zaowocować w przyszłości. Czym? Wtedy nie miałam jeszcze pojęcia.

Moje pierwsze projekty powstawały na poczciwej Elnie, którą dostałam od taty. Nie tylko on zresztą nakłaniał mnie do pójścia w tym kierunku – to za namową mamy wybrałam szkołę o profilu krawieckim (Technikum Odzieżowe w Zielonej Górze).

Powstawały kolejne sukienki. Udało mi się odnieść pierwsze sukcesy w sferze mody – zostałam finalistką konkursu projektowania odzieży w Sieradzu. Z tej okazji powstała sukienka, do uszycia której użyłam – poza standardowym materiałem -przezroczystej folii. Nic nie wskazywało jednak na to, że to właśnie na tym elemencie w przyszłości zacznie opierać się moja marka. Czekała na mnie długa i zaskakująca (ale jakże bogata w doświadczenia!) droga, zanim doszłam do momentu, w którym jestem teraz. W tamtym czasie zawodowo zajmowałam się głównie przeróbkami i naprawą różnego rodzaju materiałów i ubrań (jak np. garniturów).

Kolejnym etapem poszukiwania siebie był Berlin – chociaż przyjechałam tu spontanicznie, bez konkretnych planów, a podążając jedynie za głosem serca – od razu obudził we mnie pozytywne emocje. Ten fascynujący zlepek narodowości, stylów i barw stwarzał i nadal tworzy w moich oczach magiczną aurę tego miasta.

Pierwsze miesiące nie były jednak łatwe ze względów praktycznych, jak chociażby braku kwalifikacji językowych, czy problemów z mieszkaniem. Mimo to starałam się pielęgnować swoje pasje i odrywać od momentami trudnej rzeczywistości. Pochłoneła mnie wtedy fotografia, a także zagadnienia związane z duszą, wnętrzem i rozwojem samego siebie. Chciałam jak najwięcej swoich pomysłów i myśli przełożyć na coś realnego. W zdjęciach znajdywałam pewną satysfakcję z tym związaną, realne piękno, jednak nie było to jeszcze „to”. Czułam, że za rogiem czeka coś więcej. 😉

Po jakimś czasie, gdy już poczułam się w Berlinie pewniej, dostałam pracę przy produkcji toreb – takich przez wielkie T.
W miejscu, w którym powstają różnych rodzajów i parametrów futerały, etui, profesjonalne torby (np. na sprzęty elektroniczne lub dla pewnych grup zawodowych, jak dźwiękowcy czy muzycy) itp.

Sam fakt nauki szycia tak niewygodnych, sporych gabarytowo materiałów dał mi dużo doświadczenia i satysfakcji, jednak najważniejsze było coś innego – bycie odpowiedzialną za cały projekt od pomysłu, poprzez design, aż do finalnego produktu. Oprócz oczywistej nauki profesjonalnego projektowania toreb, praca ta uczyła odpowiedzialności i skupienia na powierzonych zadaniach.

Po pięciu latach poczułam jednak wypalenie zawodowe. Satysfakcja z tego co robię, zaczęła ustępować miejsca frustracji, spowodowanej niemożnością rozwinięcia w pełni artystycznych skrzydeł i konieczności podporządkowywania się ustalonym normom.
Postanowiłam więc odejść i szukać inspiracji gdzieś indziej. Podczas mojej przygody w tej firmie poznałam wielu wspaniałych ludzi, którzy poza fachem samym
w sobie, nauczyli mnie innych rzeczy – jak wiary we własne możliwości. W głowie kiełkować zaczęła już myśl – choć jeszcze niesprecyzowana – o stworzeniu czegoś własnego. Już nie w ramach hobby. Tym razem miał to być pomysł na życie.

Aż wiec kipiałam od motywacji i chęci tworzenia.
W zakładzie pracy, z którego właśnie odchodziłam, leżały złoża wyrzuconych resztek materiałów, których używaliśmy do szycia toreb. Były wśród nich kawałki grubej, przezroczystej folii.

Kilka dni poźniej powstała pierwsza torba. Narodziło się MROKO…

…i to było właśnie „TO”.

Początkowo nie bardzo mogłam jednak rzucić się na głęboką wodę. Brakowało mi dosłownie wszystkiego, poza kiepską maszyną i głową pełną pomysłów. Zaczęłam więc kolejną pracę, tym razem nie w branży, po to, by zabezpieczyć się finansowo i móc iść dalej.

Od tego momentu minęło już parę lat. W tym czasie skrzętnie kolekcjonowalam materiały i tworzyłam masę nowych projektów, szukając niepowtarzalnych połączeń. Poznawałam nowych, interesujących ludzi, którzy również mieli wpływ na mój styl. Interesowałam się także jogą, jej idee od długiego już czasu były mi bliskie, zdecydowałam się na roczne zajęcia sztuki medytacji w buddyjskiej świątyni.

To był ostateczny krok do podjęcia podróży w kierunku marzeń. Jestem spontaniczna i już nie boję się ryzyka, tak jak kiedyś – wypowiedziałam więc umowę o pracę w ostatniej firmie i z oszczędnościami w garści przystąpiłam do ostrej pracy nad kolekcją torebek własnej marki.

Większość projektów udało mi się zrealizować. Powstają kolejne.
Powstaje strona internetowa, a wraz z nią sklep on-line.
Powstaje wystawa pierwszej kolekcji.
Powstaje też samo MROKO – tym razem oficjalnie, z błogosławieństwem urzędu podatkowego włącznie. 😉

Moje magiczne torebki… Żywię nadzieję, że dzięki swej unikalności będą stanowić piękną ozdobę i przyciągać wzrok jeszcze przez długi czas.

Katarzyna Mroczka
MROKO Design

Zapytałam Kasię, ile kosztuje taka torebka. Powiedziała, że około 80 euro i dodała, że oczywiście może też uszyć torebkę według czyjegoś projektu.

Przed rokiem w “Przekroju”

Przed rokiem ukazał się w Przekroju mój tekst o Polakach w Berlinie. Znalazłam go wczoraj przypadkiem, szukając czegoś innego, w wersji oryginalnej i pomyślałam, a co… ciekawy. Może nie czytaliście Przekroju, może zapomnieliście. Czytajcie:

Ewa Maria Slaska

Slogany polskiego Berlina

Przyjechałam do Berlina w styczniu 1985 roku. Już po wielkiej fali emigracji z Polski w okresie Solidarności. To oni, tak zwani potem „uciekinierzy solidarnościowi“, stworzyli pierwszą powojenną polską narrację o Polakach w Berlinie. Pojawiła się ona w sto lat po poprzedniej wielkiej fali emigracji, która trwała od roku 1870 do końca I wojny światowej. Nowi przybysze nieświadomie powtórzyli wzory zachowań swoich poprzedników, o których zapewne nigdy nie myśleli.

„Hitlerowcy“

Po II wojnie światowej w Berlinie byli wprawdzie Polacy, ale nie tworzyli żadnej zintegrowanej grupy mniejszościowej. Uważali się za Niemców i co najwyżej układali się z Komuną, żeby od czasu do czasu obejrzeć występy grup folklorystycznych.

Dla nas to byli „oni“.

Natomiast Polacy wyjeżdżający z Polski, by osiedlić się gdzieś na stałe, wielkim łukiem omijali Niemcy. Celem emigrantów była Anglia, może Francja, na pewno Stany Zjednoczone. Nikt nie chciał zamieszkać u „hitlerowców“. Do Niemiec przyjeżdzali tylko niemieccy przesiedleńcy, ze Śląska czy z Mazur, i natychmiast starannie zacierali ślady łączące je z krajem, który przed tygodniem opuścili. Ale w latach 80 do Niemiec, a przede wszystkim do Berlina Zachodniego, zaczęli przyjeżdżać Polacy. „My, Polacy“. W Polsce nastało radosne święto wolności i to ono było, używając terminu socjologicznego, elementem „push“ czy też nawet „push out“. Bo wprawdzie w sierpniu zatańczyliśmy na ulicy karamaniolę, mityczny taniec zwycięskiej rewolucji, ale zaraz potem zaczęliśmy bez przeszkód korzystać z najważniejszej oznaki wolności czyli paszportu. Im więcej upojonych wolnością Polaków wyjeżdżało na Zachód, tym bardziej nasze wymarzone kraje – raje emigracji już nas, Polaków, tak łatwo nie wpuszczały, a może nawet już nas w ogóle nie chciały. I wtedy odkryliśmy, że możemy wjechać bez wizy do Berlina Zachodniego. I to był socjologiczny czynnik „pull“ a może nawet „pull in“. A im było nas więcej, tym było nas więcej.

„Drodzy polscy goście!“

Przywitano nas z otwartymi ramionami. Na granicy czekały na nas ulotki po polsku. „Drodzy polscy goście!“, bo tak nas wtedy tytułowały władze Berlina, wjeżdżali do świata, gdzie magiczne słowo „azyl“ otwierało drzwi, na pewno nie wszystkie, ale te do schronisk dla uchodźców i urzędów pomocy społecznej. Polacy stawali się azylantami, osobami czekającymi na azyl polityczny. Nie było zresztą ważne, czy się go dostanie, bo wjazd do Berlina otwierał kilka innych możliwości. Można było natychmiast rozpocząć starania o wyjazd dalej, przy czym to „dalej“ oznaczało raczej Australię i Południową Afrykę lub Kanadę, a nie USA. Można było skorzystać z prawa do „Duldungu“ czyli pobytu tolerowanego. Można było wreszcie postarać się o dowody przynależności do narodu niemieckiego. Azylant, któremu uznano papiery niemieckie stawał się „Aussiedlerem“, przesiedleńcem. Każda z tych grup miała inne prawa i korzystała z innych świadczeń pomocy społecznej. Grupy rywalizowały ze sobą i ustanowiały zmieniający się wraz ze zmianą statusu porządek dziobania.

„Przeszłem na Aussiedlera“

Najlepiej było zostać „Aussiedlerem“. Gdy przyjechałam, złożyłam podanie o azyl, azyl uzyskałam i zaczęłam pracę w schronisku dla azylantów. Pewnego dnia tak właśnie zostałam przywitana przez jednego z podopiecznych. „Pani Ewo, przeszłem na Aussiedlera“. Przeszłem. „Aussiedlerzy“ byli Niemcami, którzy wprawdzie z reguły nie znali języka, ale ojczyzna natychmiast wysyłała ich do dobrej szkoły, tak by mogli się jak najszybciej zintegrować. Mieli wyższy zasiłek, lepsze warunki mieszkaniowe w schronisku, prawo do nauki języka i nieograniczone prawo do pracy, której zresztą było jeszcze dużo i zpełnie dobrze płatnej. „Aussiedler“ był w stadzie przybyszów zwierzęciem alfa. Gdy przeprowadzał się do własnego mieszkania, kupował garnki Amway, encyklopedię Britannica i regał z oszkloną witryną, nazywaną potocznie „ołtarzykiem Aussiedlera“.

Niemieckie papiery często były lipne i Niemcy też to powoli zaczęli odkrywać. Jeden z (paskudnych zresztą) polityków berlińskich powiedział, że wystarczy pokazać „zaświadczenie o posiadaniu owczarka niemieckiego, by dostać w Berlinie status Aussiedlera“.

„Wygrałam azyl“

Następni w kolejce byli tacy jak ja – tak zwani „uznani azylanci“. Tytuły przyznawały specjalne urzędy, które początkowo podzielały zachwyty władzy. Po wprowadzeniu stanu wojennego z „drogich polskich gości“ Polacy stali się wręcz „naszymi bohaterskimi Polakami“. Modelem Polaka-bohatera był człowiek, który „właśnie wczoraj“ przyjechał do Berlina na zakupy, a generał Jaruzelski odciął go na zawsze od ojczyzny. Stopniowo jednak i goście, i bohaterowie tracili swój nimb, po części z winy „gospodarzy“, ale po części z własnej winy. Coraz częściej zdarzało się, że sami azylanci dobrze wiedzieli, iż opowieść o prawie do „uznania“ nie musi mieć nic wspólnego z prawdą i opowiadali bajki. Gdy szłam na pierwsze przesłuchanie azylowe, ktoś mi poradził, bym zeznała, iż w więzieniu przypiekano mi pięty żelazkiem. Tak mniej więcej. Jednak w większości azylanci opowiadali, że roznosili lub rozrzucali ulotki. Czasem próbowaliśmy obliczyć, ile tych ulotek musiało być w Polce, by starczyło dla wszystkich i uznaliśmy, że były to niewątpliwie Himalaje. Azylanci wiedzieli, że opowiadają bujdy, stąd wzięło się sformułowanie „wygrałem azyl“. Podświadomie azylant przyznawał, że azyl mu się nie należy, ale zawsze można było wygrać los na loterii.

„Uznani“ mieli prawo do kursu języka niemieckiego w dobrej szkole, nie musieli mieszkać w schroniskach i mogli pracować. Po co najmniej siedmiu latach legalnej pracy uzyskiwali prawo do wystąpienia o obywatelstwo niemieckie.

„Praca na czarno“

Azylanci, którzy wciąż jeszcze czekali na uznanie azylu, lub uzyskiwali odpowiedź negatywną i odwoływali się od decyzji urzędów, musieli nadal mieszkać w schronisku. Trwało to niekiedy latami. Mogło się oczywiście zdarzyć, że w międzyczasie „przeszli na Aussiedlera“ lub wyjechali do Południowej Afryki, ale często rodziny wciąż jeszcze wegetowały w jednym lub co najwyżej dwóch pokojach w tzw. „heimie“. Samotni mieszkali w pokojach wieloosobowych. Dużo pili. Gdy w schroniskach nie było kuchni, musieli korzystać ze zbiorowego żywienia. Często zmuszano ich do kupowania tylko w określonych sklepach, a zamiast pieniędzy otrzymywali bony na żywność. Dzieci nie podlegały przymusowi szkolnemu. Nikt nie miał prawa pracy. Niektórzy szli do szkoły tzw. ludowej, która była dostępna i tania, i uczyli się języka. Za naukę musieli płacić sami, ale nie były to wygórowane sumy.

Większość azylantów po kilku miesiącach znajdowała pracę nielegalną. Zgodnie z zasadą ekonomii etnicznej, że nowoprzybyli szukają pracy tam, gdzie już pracują ich rodacy, również Polacy w Berlinie opanowali dwie wielkie dziedziny gospodarcze. Mężczyźni pracowali na budowie, kobiety jako sprzątaczki. Pracowali dużo i dobrze. Gdy im się noga powinęła, spadali z poziomu pracy nielegalnej, zwanej „pracą na czarno“, na poziom kryminalny: mężczyźni kradli, kobiety się prostytuowały.

W domu, w którym wówczas mieszkałam, mieszkała piętro wyżej niemiecka prostytutka i skarżyła się, że „Polki zaniżają cenę i psują pracę“.
Niemcy chętnie jednak korzystali nie tylko z tańszej oferty pracownic seksualnych, ale i z usług złodziei aut, którym zlecało się kradzież własnego samochodu, po to, by wyłudzić premię z ubezpieczalni.

„Milcząca mniejszość“

Przed rokiem czy dwoma Peter Oliver Loew wydał książkę o Polakach w Niemczech i nazwał ją „Wir, Unsichtbaren – My, niewidzialni“. Miał na myśli to, że od 150 lat Polacy starają się ukrywać swoją polskość, wtapiać się w ogół, nie rzucać się w oczy. Tak miało być w XIX wieku i tak na pewno było w latach 1980-2011. Ale generalnie wszyscy wiemy, że my, Polacy, byliśmy nie tylko mniejszością niewidzialną, lecz – może nawet przede wszystkim – milczącą.

Kobiety pracowały w sferze prywatnej i nie musiały się specjalnie ukrywać z tym, co robią. Mężczyźni jednak musieli milczeć. Przechodziliśmy dzień w dzień koło wznoszących się berlińskich „szklanych domów“ i wiedzieliśmy, że budują je Polacy, bo nikt się nie odzywał.

Państwo się zjednoczyło, stolica przeniosła się do Berlina, zaczął się niewiarygodny boom budowlany. To Polacy traktowani jak niewolnicy zbudowali Potsdamer Platz i inne szklane krajobrazy Berlina.

Politycy bez zmrużenia powieki przyznawali, że miasto dzięki pracy nielegalnej udało się zbudować tanio, a zatem więcej pieniędzy będzie można wydać na luksusowe wnętrza.

„Szczurze nory“

Można jednak było zrezygnować z restrykcji życia azylanta w schronisku, przejść na tzw. „Duldung“ czyli pobyt tolerowany i nieco w stylu amerykańskim „stać się kowalem własnego losu“. „Duldung“ nie dawał żadnych praw i żadnego zabezpieczenia finansowego. „Tolerowani“ nie mieszkali w schroniskach tylko albo u przyjaciół lub, nazwijmy to umownie, narzeczonych, albo też w mieszkaniach wynajmowanych przez rodaków stojących wyżej na drabinie dziobania, nielegalnie użyczanych rodakom z samego dołu drabiny. Oczywiście wiedzieliśmy o tym, że takie mieszkania istnieją i mniej więcej orientowaliśmy się, jak wyglądają. Strasznie. Jak „szczurze nory“, żeby użyć określenia z filmu Lubitscha „Być albo nie być“. Zetknęłam się ze zjawiskiem „szczurzej nory“ przez… dobre serce. Koleżanka uciekła od męża w dramatycznych okolicznościach. Przygarnęłam ją z dwójką małych dzieci, a sama przeniosłam się na kanapkę do innej koleżanki. Po jakimś czasie adwokat wywalczył dla niej prawo powrotu do wspólnego mieszkania, co oznaczało, że mąż musi je opuścić. Gdy zapytała mnie, czy mąż na najbliższy miesiąc mógłby u mnie zamieszkać, zanim znajdzie mieszkanie, zgodziłam się. Tymczasem ów mąż, oczywiście nie powiadamiając mnie o tym, wynajął moje mieszkanie ośmiu samotnym mężczyznom, którzy płacili mu w sumie czterokrotną wysokość czynszu, a „za to“ zdewastowali mi mieszkanie. Dowiedziałam się o tym, gdy zatelefonował do mnie sąsiad, skarżąc się na pijanych Polaków rzygających mu w nocy na okna… W ciągu 24 godziny wszystkich ich wyrzuciłam, koszty remontu mieszkania i długi za nieograniczone korzystanie z mojego telefonu spłacałam ponad pół roku.

„Niedźwiedź w paszporcie“

Ostatnią kategorią byli ludzie mieszkający w Berlinie całkowicie nielegalnie. Ich warunki życia były jeszcze gorsze niż tolerowanych. Tolerowani i nielegalni rozmnożyli się niezwykle po roku 1989. W Polsce zapanowała demokracja, Niemcy przestały przyjmować od Polaków podania o azyl polityczny, a „Aussiedlerzy“ musieli ubiegać się w Polsce o uznanie papierów niemieckich. Nowoprzybyli natychmiast wsiąkali w szarą strefę pracy na czarno i życia na pograniczu przestępstwa. Każdy zatrudniony nielegalnie popełnia oczywiście wykroczenie przeciw prawu, ale i wśród skryminalizowanych ustanowił się porządek dziobania – najgorzej mieli ci, których złapano, zresztą nieważne na czym, i ukarano odesłaniem do Polski z pieczątką w paszporcie. Oznaczało to zakaz wjazdu do Berlina przez sześć miesięcy. Tak zwany niedźwiedź albo miś, czyli herb Berlina, w paszporcie złamał niejedną dobrze się zapowiadającą karierę.

„W tramwaju milczę, w muzeum głośno rozmawiam“

Oczywiście to, co tu opisuję, sprawiło, że berlińczycy przestali nas lubić. Owszem korzystali z nielegalnych, a więc tańszych, usług polskich budowlańców, sprzątaczek, złodziei aut i prostytutek, ale traktowali nas z pogardą lub, w najlepszym wypadku, litością („bo Polska jest taka biedna“). A my…

A my w ciągu tych trzydziestu lat, pomiędzy rokiem 1980 a 2010, zacisnęliśmy zęby i o własnych siłach, z nieprawdopodobnym uporem, bez niczyjej pomocy i przez nikogo nie motywowani, wydźwignęliśmy się z tego skryminalizowanego bagna do roli cenionych i kreatywnych pracowników, inteligentnych przyjaciół i odpowiedzialnych obywateli. Wydostaliśmy się najpierw z czarnej strefy, potem z szarej, a potem krok po kroku wspięliśmy się po drabinie społecznej do poziomu klasy średniej. Założyliśmy szkółki i szkoły, stowarzyszenia i kluby, gazety i galerie, sklepy, warsztaty, firmy budowlane i restauracje. Jeden z „tolerowanych“ udzielił kiedyś wywiadu dziennikarce berlińskiej gazety „taz“ i powiedział zdanie, które do dziś uważam za symbol naszych ówczesnych wysiłków: „W metrze milczę, w muzeum głośno rozmawiam po polsku“.

Byliśmy dobrze wykształceni, wynieśliśmy też z Polski głęboki kult dla kultury. Emigracja wepchnęła nas w głęboki dół, ale wiedzieliśmy, że to dół i że trzeba się z niego wydostać. Wiedzieliśmy też, co nas czeka, gdy już przestaniemy być „kobietą i mężczyzną z wydm“.

Wysiłki przyniosły efekty. Dziś już nikt nie wypomina nam złodziejstwa i życia w „nielegalu“. Nie mieszkamy w „szczurzych norach“. Pracujemy, mieszkamy, żyjemy, jeździmy na wakacje na Karaiby. Stworzyliśmy mocną i ciekawą ofertę kulturalną nie tylko dla nas samych ale i dla naszych gospodarzy i innych współmieszkańców naszego miasta.

Dotarliśmy na miejsce i możemy być z tego dumni.

Dodajmy jednak, że my z tych „szczurzych nor” wyszliśmy, same nory jednak nie zniknęły, wciąż bowiem pojawiają się ich nowi mieszkańcy – niechciani polscy goście.

„Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego“

Od wstąpienia Polski do Unii do Berlina przybywają nowi Polacy. Studenci, stażyści, praktykanci, artyści, informatycy i młodzi przedsiębiorczy założyciele start-upów, obieżyświaty, ludzie alternatywni, geje i lesbijki, ci, których dusi Polska i zaściankowo-martyrologiczna polskość. Przybyli tu dumni z tego, że są Polakami. Nazwali się Kosmopolen. Połączyli się z dziećmi mojego pokolenia, które wprawdzie w pełni korzystają z przywileju mieszkania w stolicy najważniejszego państwa europejskiego, ale nigdy nam nie wybaczyły, że zabraliśmy je potajemnie z domów od babci, dziadka i przyjaciół i przywieźliśmy tutaj.

Są młodzi, świat należy do nich, nie ukrywają swej polskości, nie wstydzą się jej, cenią dwujęzyczność, pielęgnują obcy akcent i swoją odmienność. Czują się dobrze tu i teraz, chwalą się, że nie są, tak jak my, zakompleksieni i zawstydzeni polskością. Nie interesuje ich nasze doświadczenie i nasza droga do postawy obywatelskiej.

Czasem z nami współpracują, czasem pracują dla nas i to my im płacimy pensje lub honoraria, ale nawet wtedy potrafią publicznie powiedzieć, że „nie mają i nie chcą mieć z nami nic wspólnego“.

To właśnie usłyszałam wczoraj, 11 października 2017 roku.

Berlin, 12 października 2017

Reblog: więzienie, ogródki działkowe i cmentarz

Ela Kargol

Niepozorna kolonia ogródków działkowych, nieopodal głównego dworca w Berlinie (Berliner Hauptbahnhof) dobrze ukryta za parkiem historycznym, który powstał w połowie XIX wieku na terenie byłego więzienia Lehrter Straße.
Właśnie tu odbył się w 1847 tzw Proces berliński (Polenprozess) przeciwko 254 uczestnikom konspiracji polskiej. Wśród oskarżonych byli Ludwik Mierosławski, Karol Libelt.

Chyba niewielu z setek tysięcy podróżnych przelewających się co dnia przez berliński dworzec główny zastanawia się, co jest za wysokim murem po przeciwnej stronie Invalidenstraße. A ci, co skracają sobie drogę, nie zwracają uwagi na nienarzucającą się, choć przemyślnie skomponowaną architekturę historycznego parku.

Do więzienia należały zachowane po części do dzisiaj budynki mieszkalne służby więziennej, przydomowe ogródki, kościół, w którym nota bene odbywał się berliński proces i cmentarz – częściowo zlikwidowany.

O istnieniu ogródków i tej dość nietypowo położonej nekropolii przeczytałam w działkowym czasopiśmie Gartenfreund. Nie mogłam sobie wyobrazić cmentarza wśród altanek, leżaków, rzodkiewki, relaksu po pracy przy piwie i grillu. A jednak jest to możliwe. W samym środku kolonii, pod rozłożystymi starymi drzewami rozrzucone są jakby w nieładzie, obrośnięte starym bluszczem przykryte trawami części nagrobków. Wszystko ogradza jasnozielony żelazny płot na podmurówce z żółtej cegły. Brama cmentarna jest zamknięta. Jest to jednak tylko część cmentarza, na którym chowano urzędników służby więziennej. Druga część przeznaczona dla więźniów została zlikwidowana i zagospodarowana przez działkowców. Tylko okazałe platany zaznaczają cmentarną aleję. Spotkana działkowiczka nie umiała jednak zbyt dużo o cmentarzu powiedzieć. Wspomniała jedynie, że urząd dzielnicy obiecał uporządkować teren tej małej nekropolii. Bardziej jednak martwiły ją włamania. Bezdomni, szukający schronienia przed zimnem są tam częstymi nieproszonymi gośćmi.
Mimo różnych problemów działkowców ogródki są atrakcyjną oazą wypoczynku w zieleni. Są jedyną kolonią w dzielnicy Tiergarten i ze względu na historyczną przeszłość cały teren objęty jest ochroną zabytków.

This slideshow requires JavaScript.

Takich jak wy będziemy wieszać

Ewa Maria Slaska

Krysi

Przyznaję, że całkowicie zapomniałam o tym incydencie, a przypomniała mi o nim obecna wtedy również koleżanka, która usłyszała, co mi powiedział pan W., znana berlińska osobistość ze skrajnej prawicy.

Poszło o bardzo błahą sprawę. Ale może nieprawda, i poszło o sprawę najważniejszą czyli o władzę.

18 listopada 2017 roku w Kościele Francuskim na Gendarmenmarkt odbywał się koncert z okazji Jubileuszu Rodła, organizowany teoretycznie przez tę, zacną kiedyś, organizację w Niemczech we współpracy z Konwentem Organizacji Polskich czyli tzw. Biurem Polonii. Napisałam, że koncert “teoretycznie” współorganizowało Rodło, bo jednak całą stronę organizacyjną zapewniał Konwent. Biuro zbierało m.in. zgłoszenia od widzów, który chceli uczestniczyć w koncercie, prowadziło listę zgłoszeń i zapewniało sprawne skreślanie gości, którzy przyszli z przygotowanych list.

Zgodnie z przyjętą od lat praktyką gości niezgłoszonych wpuszczałyśmy (byłyśmy we trzy, trzy kobiety, Joanna, Krysia i ja) jeśli przyszedł ktoś, kto zamówił na przykład pięć biletów, ale w rezultacie zająć chciał tylko dwa miejsca. Goście czekający na dodatkowe miejsca wchodzili zgodnie z kolejnością, w jakiej przyszli.

W pewnym momencie pewnym, zamaszystym krokiem wkroczył do kościoła pan W. w towarzystwie kilku młodych ludzi. Trafił na mnie. Znalazłam jego nazwisko, “odhaczyłam go” i powiedziałam, że bardzo  mi przykro, ale młodzi panowie nie byli zgłoszeni i muszą chwilę zaczekać.

Pan W. stanął przede mną, wypiął pierś i powiedział (naprawdę!), że chyba nie wiem, kim on jest i że muszę natychmiast wpuścić osoby mu towarzyszące. Odpowiedziałam, że dobrze wiem kim jest, a młodzi panowie muszą się poddać przyjętej procedurze. Ja to jeszcze załatwię pogroził mi pan W. i pobiegł ze skargą do szefów Konwentu i Polskiej Rady w Berlinie. Obaj przyszli, wyjaśniłam procedury, panowie poklepali pana W. po plecach i powiedzieli, żeby się nie denerwował, bo wszyscy zaraz wejdą. Dwóch z pięciu młodzieńców już zresztą weszło, a potem jeszcze dwóch. Pozostał jeden, gdy powrócił pan W. i gromko zażądał wpuszczenia chłopaka, który zesztą wcale nie wyglądał na zadowolonego z interwencji i zza pleców pana W. uśmiechał się do mnie przepraszająco.
– Niech go Pani wpuści, niech przynajmniej już powiesi, zażądał pan W.
– Powiesi?, zapytałam. Kto? Kogo?
– Was, warknął pan W. Przyjdzie czas, a będziemy Was, lewaków, wieszać.
Zawołałam szefostwo, poskarżyłam się, ponoć panowie chcieli uzyskać od pana W. przeprosiny. Nic nie uzyskali. Nikt nikogo nie przeprosił. Młody człowiek wszedł, gdy zwolniło się miejsce. Usłyszał, że można komuś bezkarnie grozić. I że nienawiść ma się dobrze nie tylko w towarzystwie ekstremalnej prawicy, ale również w obliczu potulnej
i dobrze wychowanej mieszczańskiej lewicy.

Z dużym opóźnieniem zaczął się koncert, a raczej “akademia ku czci” Rodła i PiS-u, PiSu-u i Rodła. Wypowiedzi były długie i okropne, pełne znanej nam wszystkim retoryki nienawiści. Nie mogłam tego słuchać, aż wreszcie nie wytrzymałam – gdy wnuczka założyciela Rodła wygłosiła wstrętną mowę antysemicką, wstałam jako pierwsza.
Wyszłam przed koncertem, za mną wyszło jeszcze kilka osób, a potem, jak się dowiedziałam, jeszcze około 50.
Tak mnie ta ohydna akademia zbulwersowała, że zapomniałam o pogróżkach pana W.

A teraz myślę, że gdybym wiedziała, jak kończy się pobłażanie nienawiści, pewnie wezwałabym policję i złożyła skargę. Ale to był koncert polonijny, przyjechali muzycy ze Szczecina – świetna orkiestra Akademia, szkoda mi było organizatorów, muzyków, publiczności…

A teraz myślę, że zawsze tym się tłumaczymy, tym ciepełkiem, tym, że nie chcemy psuć nastroju, tym , że to, tamto i siamto…

A teraz myślę, że to moja wina. Trzeba było…


Zbieżność inicjału nazwiska tego człowieka i mordercy pana Prezydenta Pawła Adamowicza, jest przypadkowa. Ale rozumiem, że skoro nie zaskarżyłam zachowania tego pana, nie wolno mi podać jego nazwiska. Czyli tak jak zawsze – ja odsłaniam przyłbicę, przeciwnik chowa się za plecy innych i paragrafy

“Unrast” Tokarczuk in Zitadelle Spandau

Seit ein paar Jahren gehen Monika Wrzosek-Müller und ich immer zu neuen Aufführungen von Elżbieta Bednarska. Ihr Theater ist eine skurille Mischung des Textes, der Choreografie und Akrobatik sowie ungewöhnlicher Raumnutzung. Sie arbeitet immer an den Grundlagen der Bücher der polnischen Autoren mittlerer Generation. Nach Innana in den Katakomben von Olga Tokarczuk und Hebronmauer von Andrzej Stasiuk, nahm Bednarska diesmal wieder ein Buch von Olga Tokarczuk an: Unrast (Bieguni).

See you in Zitadelle Spandau. Wir können (voraus)sagen – geht hin! Es lohnt sich.

Nach dem klicken an das Bild kann man sich eine pdf-Datei des Flyers speichern und alles in Ruhe lesen.

Spätere Notiz. Monika: Hervorragenes Theater!


Bei der Gelegenheit noch ein anderer kultureller Ratschlag für morgen für Polen und Polensfreunde in Berlin – Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy – Großes Orchester der Weihnachtshilfe 2019 in Werkstatt der Kulturen in Neukölln, Wissmannstr. 32. Ab 12:00 bis 23:59 Uhr.

Spätere Notiz. Ewa: Es war so angenehm, und dann diese Nachricht, dass unser Danziger Stadtpräsident, Paweł Adamowicz, während der Veranstaltung in einer recht-radickallen Attacke schwer verletzt wurde! Shame!

Fiszbach / Rathaus / Kreuzberg / Görlitzer Park

Kommet heute / Przybywajcie / Just come today

Wiesław Stefan Fiszbach

Die Menschen von Görlitzer Park

Malerei, Fotografie, Zeichnung

Eine Veranstaltung vom Städtepartner Stettin e.V.

Freitag, 14. Dezember 2018 von 18:00 bis 20:00

Rathaus Kreuzberg, Yorkstr 4-11, 10965 Berlin, II Etage

Wiesław Stefan Fiszbach ist ein polnischer Maler, der seit der 80. in Berlin lebt. Vor ein paar Jahren begann er, die Menschen zu porträtieren, die man im Görlitzer Park trifft – Spaziergänger, Dealer, Junkies, Obdachlosen. Der Blick des Künstlers sieht sie an, sie werden nicht beurteilt und nicht bemitleidet. Sie sind, wer sie sind. Das sind wir, die Zuschauer, die uns darüber Gedanken machen sollen.
Die Ausstellung ist vom Mo 10. Dez bis Fr 4. Januar an den Werktagen von 7:00 bis 19:00 im Rathaus Kreuzberg zu sehen.

Ein kleiner Umtrunk mit dem Künstler haben wir für Freitag
14. Dezember ab 18 Uhr vorgesehen.

Bringt das Geld mit, man kann die Kunstwerke auch kaufen!
Und Weihnachten steht vor der Tür!

Wracajcie, skąd przyszliście

Zakładam, że cała Polska widziała w ostatnią środę ten film. Film zaczął się w Berlinie
i my też tam byłyśmy – Dorota Kot i ja.
Marcin, którego widzimy już na starcie, śpiewał i grał na gitarze po naszej wspólnie przygotowanej afgańsko-polskiej kolacji. Był nawet element szczczeciński – Robert Poryzała wymyślił wegański paprykarz szczeciński.

Professor Brückner – Ende einer Geschichte

Am 23. November (Thanksgiving Day!) bekomme ich per Mail folgendes Schreiben:

Sehr geehrte Frau Slaska, sehr geehrte Frau Kuzio-Weber,

heute möchte ich auf den im Jahr 2013 mit der damaligen Senatsverwaltung für Stadtentwicklung und Umwelt geführten Schriftwechsel zurückkommen und Ihnen die erfreuliche Mitteilung machen, dass der Senat von Berlin in seiner Sitzung am 6. November 2018 mit Senatsbeschluss Nr. S-1667/2018 unter anderem auch die Verlängerung der Grabstätte von Professor Aleksander Brückner (1856-1939) auf dem Parkfriedhof Tempelhof als Ehrengrabstätte des Landes Berlin für die Dauer von weiteren 20 Jahren beschlossen hat.

Die Presserklärung des Senats finden Sie hier:

https://www.berlin.de/…/pr…/2018/pressemitteilung.755287.php

Ich bedanke mich für Ihr Engagement in Bezug auf diese Ehrengrabstätte des Landes Berlin.

Mit freundlichen Grüßen
Christian Krüger

Senatskanzlei / Senate Chancellery

Also doch… Ich spüre ein Kribbel im Bauch. Die Sache mit dem Grab von Profesor Brückner beschäftigte mich schon lange. Es war mühsam, manchmal, wenn es um Kontakte mit den Obrigkeiten in Polen ging, recht unangenehm, in Deutschland dafür immer freundlich, aber, oje, wie langwierig und scheinbar ergebnisslos. Die Bürokratische Mühlen mahlen sehr sehr langsam. Die Senatssitzung, auf der es entschieden wurde fand am 14. August statt. Die zweite, die es bestättigte – am 6. November, zu mir kam die Mitteilung am 23. November.

Höhepunkt unserer Bemühungen ums Grab von Prof. Brückner. Am 14. März 2014 der Marschall des Polnischen Sejms, Bogdan Borusewicz, in Begleitung von den polnischen und deutschen Parlamentarier sowie des Generalkonsuls der RP in Berlin bei der Niederlegung der Blumen auf dem Grab. Anna Kuzio-Weber und ich waren dabei. Ich stehe ganz klein dahinten, Anna machte das Bild.

Irgendwie kann ich es nicht wahrnehmen, dass es jetzt erledigt idt.

Aber, o happy Thanksgiving Day!, es ist wahr, ein hohgestellter Beamter des Berliner Sentas wird sich doch keine kleine Scherze mit Frau Slaska und Frau Kuzio-Weber erlauben.

Ich studiere alle weiterführende links. Er ist da. Nach Hans Baluschek und Willy Brandt.

Auch der Arnold Słucki ist immer noch da, obwohl mathematisch-technisch gesehen, ist seine Zeit auch abgelaufen. Die Entscheidung über Ehrengrab fiel nämlich am 2.09.1997.  20 Jahre der Gültigkeit von Ehrengrab-Entscheidung sind somit schon mehr als ein Jahr hin. Wird sich jetzt jemand es zum Herz nehmen, sich demnächst auch um Słucki zu bemühen? Polnische Botschaft? Polnisches Institut in Berlin? Stowarzyszenie Pisarzy Polskich w Polsce? Polska Akademia Nauk w Berlinie? Polski Instytut Pamięci Narodowej? Uniwersytet Warszawski? Alles Institutionen, die wir wegen des Grabs von Prof. Brückner vergeblich “abgeklappert” haben.

Ich habe mehrere male hier auf dem Blog über das problem mit dem Grab vom Professor Brückner geschrieben, habe unseren Glanz und unseren Elend “besungen”. Jetzt ist es getan.

Ich rufe Anna Kuzio-Weber an. Es ist doch “unser Ding”.
– Wir haben es! schrie ich ins Handy.
Sie weiss noch vom nix.
– Schau in die Post, antworte ich.
Eine Minute Ruhe und nach dem schlichten Anerkennungsausdruck, kommt eine schlichte nüchterne Frage:
– 20 Jahre. Und was wird danach geschehen?
Shit. Sie hat Recht. Und was wird danach geschehen? Der Friedhof wird 2027 völlig aufgelöst. Ist eigentlich schon fast leer. Das Grab wird bis 2038 gepflegt. Dort? Umgebetet? Nach Polen übergebracht, wie während der Diskussion schon manche vorgeschlagen haben.
– Vielleicht, sage ich zögernd, vielleicht… werden sich die von uns damals angeschriebenen Institutionen doch rechtzeitig darum kümmern. Vielleich die Universitäten Halle und Jena, die doch seit 2012 gemeinsam ein Alexander-Brückner-Zentrum führen? Wer weiß.
– Wir werden es nicht mehr erleben, antwortet sie.
Da hat sie recht.


Andere Beiträge (auch die, wo das nur am Rande erwähnt ist) von diesem Blog über das Problem mit dem Grab von Professor Brücken (auf Deutsch und/oder Polnisch) habe ich hier aufgelistet:

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2012/12/30/bruckner/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2014/11/01/profesor-bruckner-jak-co-roku/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/10/31/bruckner-raz-jeszcze-wieder-prof-bruckner/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2017/06/10/gron-na-cmentarzu-w-berlinie/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2018/09/16/gesichter-berlins/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2018/10/30/ich-bin-nicht-tot-nie-umarlem-ne-son-gia-morto/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2018/11/02/halloween-wszystkich-swietych-zaduszki/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2018/11/08/reblog-nachts-am-meer/


Und hier noch eine auf Polnisch für Facebook verfasste Liste von all denen, die uns auf dem Weg zum Erfolg tätlich unterstützt haben:

Ewa Maria Slaska Pięć lat walczyłyśmy – Anna Kuzio-Weber i ja – o przyznanie grobowi Profesora Brücknera statusu grobu honorowego. W tej walce wspierały nas przez te lata liczne osoby, a niekiedy również instytucje. Postaram się wymienić tu wszystkich, ale jeśli o kimś zapomniałam, to niech się nie obraża, tylko natychmiast sam siebie dopisze:
Ewa Maria Slaska Bzdurę napisałam powyżej. Zaczęłyśmy z Anią samotną walkę znacznie wcześniej, bo w roku 2011 – czyli 7 lat temu. Po tym, jak żadna z instytucji i żadna z ważnych osobistości, do których się zwróciłyśmy, nie zwróciły na nas uwagi, poskarżyłam się na FB, że tak jest – wtedy dopiero (dzięki Fejsbuczku kochany) zrobił się raban, znalazłyśmy osoby wspierające nasze wysiłki. I wtedy też postanowiłyśmy machnąć ręką na instytucje i osobiście we dwie, w imieniu WIR-u, który już przestał istnieć, i całej zaangażowanej Polonii, złożyłyśmy wniosek do Senatu o (najpierw) przedłużenie i (potem) przywrócenie grobowi profesora statusu grobu honorowego, pozostającego pod opieką władz Berlina. Było to 5 lat temu! I to na TEN LIST otrzymałyśmy właśnie tę fantastyczną odpowiedź… Tak było
Ewa Maria Slaska Dawid Jung poeta i Łukasz Narolski, rekonstruktor historii, którzy założyli stronę internetową Profesor Aleksander Brückner In Memoriam. Moi kochani, dziękuję!!! Ta strona poruszyła w Polsce niebo i ziemię!
Ewa Maria Slaska Jacek Tyblewski i Monika Stefanek z Radia Funkhaus Europa (dziś Cosmo) oraz Bogdan Twardochleb, z redakcji Kuriera Szczecińskiego!!!!
Ewa Maria Slaska Wiem, wszyscy mieliście i mieliśmy, masę problemów i nieprzyjemności z powody naszych starań. Ale uzyskaliśmy to, co chcieliśmy uzyskać, i to sami, my, powiem szumnie – obywatele! i nasze obywatelskie instytucje!
Ewa Maria Slaska Maria Gast-Ciechomska i (nie istniejące już) Stowarzyszenie Frauen Initiative Berlin-Warschau.
Ewa Maria Slaska Jeśli mowa o Stowarzyszeniach Już Nieistniejących, to muszę tu przypomnieć, że Anna Kuzio-Weber i ja reprezentowałyśmy w momencie rozpoczęcia starań Polsko-Niemieckie Towarzystwo Literackie WIR.

Ewa Maria Slaska Bardzo dziękujemy panu (wówczas) Marszałkowi Sejmu RP, Bogdanowi Borusewiczowi, który wraz z delegacją parlamentarzystów polskich i niemieckich odwiedził grób w marcu 2014 roku

Ewa Maria Slaska Od lat w staraniach o zachowanie grobu wspierało nas również Stowarzyszenie Städtepartner Stettin e.V., a zwłaszcza Wolfgang Hahn, Anne i Folker Schmidt oraz Dorota Kot
Ewa Maria Slaska Wielkie zasługi “dla sprawy” położyła też Szewczyk Maria prowadząca od lat program polski w Volkshochschule Wedding oraz jej liczni kursanci.
Ewa Maria Slaska I wreszcie (choć wcale nie na końcu) moi przyjaciele, znajomi i nieznajomi, którzy od lat chodzili z nami 1 listopada na grób profesora: Roman Brodowski, Krystyna Koziewicz, Krystyna Jesse, Andreas M. Völker, Tereska Michońska, Tibor Jagielski, Monika Wrzosek-Mueller… Och mój ty Boże, na pewno o kimś zapomniałam…