Dlaczego jestem antypisowcem?

Roman Brodowski

Moja antypatia do tego ugrupowania korzeniami sięga czasów, kiedy to PiS po raz pierwszy sprawował rządy w naszym kraju, czyli do lat 2005-2007.
To wówczas, w tym krótkim okresie, partia ta z jej prezesem na czele, dała się poznać od nie najlepszej, politycznej i programowej strony. Jej głównym celem było podporządkowanie sobie partnerówkoalicyjnych oraz przejęcie całkowitej kontroli nad krajem i to we wszystkich najważniejszych dziedzinach, począwszy od gospodarczej poprzez ekonomiczną, obronną, a na ideologicznej skończywszy.
Metody, jakie partia ta stosowała w celu wyeliminowania przeszkadzającej im w realizacji tego planu opozycji, w wielu przypadkach podobne były do tych, jakie stosowano w latach trzydziestych ubiegłego wieku na terenie III Rzeszy. Dzięki instytucjom rządowym takim jak policja, ABW, CBS oraz podległe ówczesnemu Ministrowi Sprawiedliwości i Prokuratorowi Generalnemu w jednej osobie Zbigniewowi Ziobrze sądowi jak i prokuraturze, Polska stawała się państwem policyjnym i to w pełni tego słowa znaczeniu. Inwigilacja, podsłuchy, kontrola, fałszywe oskarżenia, nie tylko przeciwników politycznych, ale także tych, którzy mogli stanowić przeszkodę w osiągnięciu przez PiS zamierzonego celu, stały się w naszym kraju codziennością. Wskutek takich działań wiele niewinnych osób straciło nie tylko godność, pracę, wolność, ale także życie.
W tamtym czasie zapędy dyktatorskiego rządzenia nie były tak jednoznaczne jak to się dzieje obecnie, a to z prostej przyczyny, że Jarosław Kaczyński pełnił funkcję Premiera Rządu.
Przypominam sobie reakcję naszego społeczeństwa, gdy PiS po dwóch latach, gdy premier podał się i koalicyjny rząd do dymisji, po czym przegrał kolejne przyspieszone wybory. Spontaniczna radość i ulga.

Niestety, mimo ostrzeżeń, jakie nadchodziły z wielu stron, o ewentualnym powrocie PiS-u do władzy, nikt nie podjął odpowiednich kroków, by do takiej sytuacji więcej nie doszło.
Nikt też nie rozliczył i nie postawił przed trybunałem stanu winnych za doprowadzenie do tragedii wielu ofiar terroru politycznego tamtego okresu.
Do dzisiaj nie wyjaśniona jest śmierć Barbary Blidy, Andrzeja Leppera czy też kilku innych tajemniczych aktów samobójczych.

Mimo upływu czasu, i partia i jej przywódca, prezes Kaczyński, nie zrezygnowali z dawnych planów, jakim była całkowita władza nad narodem polskim.
Już w 2005 roku porównałem PiS do raka. Twierdziłem, że ugrupowanie to i stosowana przez nie ideologia, podobnie jak guz rakowy piersi, musi zostać całkowicie, wraz korzeniami, usunięte z organizmu czyli z areny politycznej. W innym przypadku mogą nastąpić przerzuty, które z czasem zaatakują cały organizm.

Niestety obawy moje stały się faktem.

PiS w przteciągu ośmiu lat rządów koalicji PO – PSL solidnie przygotował się do przejęcia w kraju wszystkiego co możliwe. Nauczony doświadczeniem, łącząc kilka filozofii w jedną całość, jak na przykład machiawelistyczną metodę rządzenia państwem, zawartą w „Księciu”, filozofię Nietzschego o nadczłowieku (na której wzorował się Dostojewski pisząc  „Zbrodnię i karę“) czy rozważania religijne Hegla, przy wsparciu kleru, ze wzmożoną siłą powrócił do władzy.
Tym razem jednak, stosując metodę dezinformacji, politykę populistycznych haseł, i przekupywania na kredyt maluczkich, bez jakiego kolwiek kamuflażu, prowadzi grę, niszcząc wszelkie wartości społeczne, etyczne i kulturowe naszego (po części nieświadomego) społeczeństwa.

Tak, jeszcze raz powtórzę, że to, co się obecnie dzieje w naszym kraju, przypomina mi lata trzydzieste ubiegłego wieku, kiedy to Adolf Hitler tworzył III Rzeszę. Analogii jest tak wiele, że mam podstawy, by bać się o przyszłość mojej ojczyzny, Polski, a myślę, że wraz ze mną drżą tysiące, a nawet miliony rodaków.

Dlatego też, nie widząc innej możliwości, po raz kolejny postanowiłem podzielić się z z innym moimi obawami tak, jak tylko potrafię czyli wierszem:

Mali, wielcy, niebezpieczni

1 . Neron, Napoleon,
Hitler oraz Stalin
Mieli wspólny przymiotnik
Wszyscy byli mali

2. Każdy z nich też potrafił
Za ogólną zgodą
Rządzić niby bogowie
Przeciw swym narodom.

3. I u nas jest dzisiaj
Także mały „ktosik”
Pan – co władzę swą kupił
Od naiwnych…, za grosik.

4. Dyktatorem go zowią
Kurduplem, despotą
Tym, co naród naiwny
Pragnie wepchnąć w błoto.

5. Brak w nim jest szacunku
Dla Boga i ludzi
Niszczy wszystko i wszystkich
Więc pogardę budzi.

6. I choć jest niewielki
Nie potrafi zbyt wiele
Ma też groźne zaplecze
W sejmie i w kościele.

7. Fanatyczne pospólstwo
Wokół siebie zgromadził
Po czym nimi Rząd Polski
I parlament obsadził

8. Rządzi sobie spokojnie
Z ławy bocznej, sejmowej
I wydaje rozkazy
Zbieraninie owej.

9. Konstytucję zniewolił
Demokrację pogrzebał
Praworządność zagarnął
Powycinał drzewa…

10. A naród nasz Polski
„Znowuż głupim będzie”
Za + pięćset się sprzedał
Jak trzoda na spędzie.

11. Tak, jest ktoś malutki
Kto rządzi w Ojczyźnie
Więc chyba mam szczęście
Żyjąc na obczyźnie.

12. Bo nie muszę odczuwać
Pogardy, żenady
Za Kaczofaszystów…,
Tu nie ma ich śladów

Sylwester

Gołąb

ETOS PATOS

w Brugii piłem najlepsze piwo pszeniczne
na Grand-Place de Bruxelles w ilościach nadmiernych
tu poznałem człowieka który nazywał się
Etos Patos
postanowiłem napisać wiersz
w czasie nowiu z czerwonym oczkiem sygnetu

***

ORWELL W ŚNIEGU

Zima blisko Panie
ordynator szpitala
miasta surowej rzeki
zwozi opony całopalne
na drugim krańcu płacze
dziecko
należy ruszyć ulicą Katowicką
późnej Krakowską
(w każdym mieście są ulice Krakowskie
i Katowickie)
przejść przez dworzec
minąć Harlem
stanąć na torach pograć w kolory
znaleźć Orwella w śniegu
należy zrobić to wszystko
by określić rodzaj snu

wyróżniamy sny

kosmologiczne z elementami groteski

kryminalne z cechami thrillera

pornograficzne z aspektami kultu

dramaty

i życie

***
DRESS CODE

dokąd nocą tupta panna z rybią głową?
­gdzie nocuje Budda skoro drga na sznurku nirwany?
pamiętam dzień w którym wysłałeś do mnie psa a on
wyszeptał słowa

jeżeli wyskoczysz z okna to nie znaczy że nie trafisz na zakład utylizacji śmieci ale
jeżeli jesteś mądry to nie zaprosisz więcej kolegów z origami

Panie profesorze gdyby przyjrzeć się temu dokładniej to Polska potrzebuje krwi
koguta z obciętą głową biegającego po Placu Zbawiciela lub po miejscach mniej oczywistych
w swej dozgonnej wdzięczności

Polska potrzebuje koguta do którego się przyzwyczai
któremu nada obywatelstwo ukształtuje charakter powierzy tajemnice
pozwoli żyć po bożemu słuchać Możdżera od tyłu poza tym
wszystko od tyłu będzie zabronione

***

LUCY NIESIE LEMONIADĘ

trzymaj lejce Biały Obłoku
twoja Lucy jest jak nit jak kruk na zmarzlinie
przyjedzie w zimowy poranek zabierze z ostatniej stacji
a później będzie wiosna ze wzgórz zejdzie woda
struchleją rzeki martwi ruszą z nurtem

to już blisko Biały Obłoku
zanim Księżyc okrąży plac zanim zawyje w las
a głos jego niczym histeria śpiewaczki
niczym szarża kawalerii wracającej do przysiółków
to już bardzo blisko jak stąd dotąd
sto dwadzieścia dwa ziarnka w cewce
sto dwadzieścia dwa ziarnka piasku

Lucy niesie lemoniadę

***

MGŁA

ucieczka wydaje się niemożliwa
a co dopiero życie
stało się przenośnią
przeciwwagą
złem byłoby sądzić
rzeczy niezwyczajne

szelest śniegu
ruch cyrkularki
przystanek na końcu wsi
zmarznięte dzieci
czekające na rodziców
ślad Boeinga
tnący jutrzenkę jak żyłę

a teraz drodzy państwo
przedstawiam ciemność
z delikatnością lisich kroków
z radością trzeźwych poranków
a teraz drodzy państwo
przedstawia się ona sama

odradzam bruderszaft
odradzam spokój

***

OVEČKA

wybieram się do miejsca za rzeką
w tym miejscu nie rozumieją mojego języka
a nawet gdyby rozumieli na nic by im to było
gdybym otworzył usta poleciałaby z nich para
taka co bez słów zapowie pełne przytułki
która ułoży się kochana w dzióbek i powie
o zerwanych trakcjach
związkach zawodowych odśnieżaczy

w dniu spoczynku ziemia nie otworzy się
jak ciało pod chirurgicznym nożem
więc należy wrócić do starych snów

grubszej gotówki na cele doraźne
zamykające się w obrębie jednego burdelu
który nie wiadomo dlaczego nazwali Ovečka
w którym piwo smakuje jak oratorium
a w brudnej podłodze nie ma pruderii
gdzie Jiři poznał drugą żonę
gdzie przypadkiem spotykasz polską geografkę
mylącą Rzym i Krym

***

HERBATNIK

Domy złudzeń domy cudze szadź
wiosną zakwitnie perz
wiersz zboczył z toru i zwalił się z nasypu
w dłoni trzymam skrobaczkę
ale proszę o wstrzemięźliwość
nie mowa o skrobaniu wyskrobywaniu
nie będzie wieców
i nawet nie będzie wzajemności

a może by tak poczytać
Herberta z herbatnikiem
przeanalizować kulistość Ziemi
zatrybić teorię wieloświatów
na przykładzie wiewiórki
niosącej żołędzie
no to

kogo teraz wyświęcicie kogo wygnacie
komu przyznacie mądrość
na której wieży zatkniecie sztandar
i w którym kierunku powiewać będzie
sumiennie

leje na to
nawet na deszcz któremu wszystko jedno
który nie jest miarowy i senny
który po prostu jest przykry
przykrzejszy od śnieżycy

***

IDĘ

grzebałem w szufladach w katakumbach
jelita ściągały gałki głębiej w oczodoły
wydawało mi się że bardziej
zaczynam poznawać siebie od środka
wyjdę z domu
spotkam kobiety w korporacyjnych spódnicach
które marzą o powrocie do mieszkania
zrzuceniu obuwia

teraz taksówkarzem może zostać każdy nawet
Jan Kowalski ze skrzynki na listy
agent GRU
koleś piszący wiersze który mógłby o tobie pomyśleć ciepło
odwieźć płaszcz gdybyś go przypadkiem zapomniała
mógłby wyliczyć mrugnięcia
w chwili gdy mówisz reszty nie trzeba
a później je pomnożyć dla utrwalenia
gdyż jak wszystkie inne jesteś wzorem
w układance cyfr taksometru

O dobroci z obowiązku

Anna Dobrzyńska

Jak łatwo być dobrym na niby,

W swych progach drugiego ugościć,

Pokazać mu swoje dobytki,

Pokazać mu swoje radości,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Okazać współczucie i troskę,

Ciekawość dla czyichś problemów,

Ciekawość dla czyjejś słabości,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Zrozumieć kogoś, wysłuchać,

Zaprosić na kawę, na obiad,

W radości się bawić, wygłupiać,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Pokazać się komuś gorszemu,

Lepszym, mądrzejszym, szczęśliwszym,

Że więcej należy się jemu,

Jak łatwo być dobrym na niby,

I widzieć w oczach drugiego,

Tę radość, wdzięczność, nadzieję,

Że szczęście też przyszło do niego,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Dla czasu zabicia, ot, tak w wolnej chwili,

Byle nie płacić nic a nic,

Byle się nic nie wysilić,

Tak łatwo być dobrym na niby,

Uważać jednakże należy,

Na podłość, niewdzięczność Darbiorcy,

Co jeszcze w coś więcej uwierzy,

Bo w końcu zaczyna traktować,

Darczyńcę swego i pana,

Jak lubianego człowieka,

Ufnego kolegę, kompana,

Bo w końcu, w ufności swej zwykłej,

Darczyńcę zaczyna traktować,

Normalnie, po prostu, po ludzku,

Zaczyna go chcieć, potrzebować,

I wtedy należy być czujnym,

Bo kiedy ta biedna istota,

Uwierzy w przyjaźń, broń Boże,

Darczyńca się nie wymota,

Więc kiedy nadejdzie kres w końcu,

I czas na dobro przeminie,

Co w planie dnia umieszczony,

Codziennie o jednej godzinie,

I kiedy Dobrodziej odhaczyć,

Już może dobroci spełnienie,

Ptaszkiem, krzyżykiem, czy kółkiem,

Ołówkiem, czy piórem skreślenie,

I kiedy ta biedna osoba,

ta biedna i smutna i nudna,

Doprawdy, zrozumieć nie może,

Że sprawa się robi paskudna,

I zamiast z wdzięczności w pokorze,

Odejść, po cichu, w półmroku,

Zniknąć jak Pan Bóg przykazał,

Wciąż jest i się kręci gdzieś z boku,

I gada coś o przyjaźni,

I … z Dobroczyńcą – rozmawia!!!

No skandal! jak może?!, doprawdy?

„Dobroć dostała – niech spada”!

A jeśli wciąż pojąć nie może,

Że wszystko to było na niby,

No…., z obowiązku, …dobroci,

…Z rozrywki Darczyńcy – ciiii,

… a nawet gdyby!

Jeśli tak durna jest, nic nie rozumie,

I wciąż się naprzykrza,

Wyłącz telefon, wykasuj maila, zapomnij,

I dalej – czyń dobro.

To wartość najwyższa.

Berlin liegt im Osten

Unter diesem Titel macht das Literaturbüro von Martin Jankowski ab und zu Veranstaltungen mit anderssprachigen Autoren, die in Berlin leben und arbeiten. Dh. schreiben. Im Rahmen des Projektes PARATAXE – die internationalen Literaturszenen Berlins fand am 23. November 2017 das Symposium “Ostpol Berlin – mittel-&osteuropäische Autor*innen in Berlin” statt. Literarisches Colloquium Berlin, Literaturport, die Berliner Literarische Aktion e.V. und zahlreiche Gastautor*INNen, Wissenschaftler*INNen und Literaturaktivist*INNen präsentierten Geschichte und Gegenwart der mittel-/osteuropäischen Literaturen Berlins.

Panel 1.

11.00 – 13.00: Fluchtpunkt Charlottengrad? Literaturenklaven gestern und heute. Mit Ekaterina Vassilieva, Alexander Filyuta, Boris Schapiro, Ekaterina Sadur, Grigorii Arosev. Moderation: Natalia Gagarina.
Featured Poet: Dora Kaprálová.

Panel 2.

14.30 – 16.00: Noch ist Kreuzberg nicht verloren. Literarische Grenzüberschreitungen. Mit Dorota Stroinska, Ewa Maria Slaska, Dorota Danielewicz, Brygida Helbig, Emilia Smechowski. Moderation: Arkadiusz Łuba.
Featured Poet: Ilia Ryvkin.

Panel 3.

16.30 – 18.00: Berlin liegt im Osten? Neue Literatur aus Berlin. Mit Irina Bondas, Dorota Kot, Dora Kaprálová, Radka Franczak, Kinga Toth, Marijana Verhoef. Moderation: Boris Schumatsky.
Featured Poet: Milena Nikolova.

Von links: Boris Schumatsky, Dorota Kot, Irina Bondas, Dora Kaprálová, Radka Franczak und ich als Übersetzerin für Radka (Foto Olga Horn)

Lesung

20.00: Die Sprache gibt den Löffel ab – multilinguale Lesung (Georgisch, Ungarisch, Russisch und Deutsch) mit Iunona Guruli, Orsolya Kalász und Julia Kissina. Moderation: Katerina Poladjan. Dt. Sprecherin: Nina West.



PARATAXE ist ein Projekt der Berliner Literarische Aktion e.V. und wird gefördert durch die Berliner Senatsverwaltung für Kultur und Europa. Die Parataxe Symposien finden in Kooperation mit dem LCB und Literaturport statt.


Wir waren dabei, wir Polinnen – Dorota Danielewicz, Radka Franczak, Brygida Helbig, Dorota Kot, Emilia Smechowski, Dorota Stroińska und ich (EMS), sowie ein Pole (ein einziger, es sei denn, es waren welcher im Publikum) – Arkadiusz Łuba. Darüber hinaus ein polnischer Imbiss vom Mr. P.


Aber wie es immer so ist, das Symposium war das eine und die Gespräche in den Pausen – das andere und vielleicht (sorry Martin! aber auch: danke Martin!) wichtiger :-). Gespräche, Vernetzung, Projekte, Bekanntschaften. Wie mit Boris Shapiro und seiner Frau!

Boris, ein russischer Dichter, schrieb für eine von uns (ach, leider, leider, nicht für mich, sonder für Dorota Kot – und wie neidisch ich bin!) ein wunderbares ad hoc Gedicht, an ihr leichtes und lustiges Paper Literatur to go anknüpfend.

Dorota publizierte dieses Foto auf dem Facebook mit einem Kommentar: Stało się. Es ist passiert. Niesamowite uczucie… Ein unglaubliches Erlebnis…

Wenn man sich fragt, was also “ist passiert”, lautet die Antwort: ein Dichter hat für Dorota ein Gedicht geschrieben. Nicht nur gewidmet – geschrieben!

Darunter schrieb der Dichter Boris Schapiro: Da ist die fertige Variante:

Für Dorota Kot

LITERATUR to go.
Das Leben to go.
Das Denken to go.
Nur du bist zu bleiben.
Was ist das „to bleiben“ und wo?

Das Wo to go.
Das Wann to go.
Das Jetzt to go.
Nur du bist für immer.
Ist das Immer to go?

Nein!
Du bist
das Go-to-immer.
Du bist.


Neidisch wie ich bin, kaufte ich mir das Buch von Boris Shapiro und verlangte eine Widmung. Die kam mit wunderbarer Anspielung an mein parallel laufendes Handy-Gespräch mit jemandem, der mir grad erzählte, in Polen bei einer Parlament-Sitzung fand  eine Offenbarung von Muttergottes statt, die bekannt gab, dass wir NARÓD WYBRANY sind – das auserwählte Volk.

Wir sind, glaube ich, ein Volk der Idioten, die sich aus dem Mittelalter hinüber ins 21. Jahrhundert gerettet haben, aber als Schlüsselwort für meine (MEINE!) Widmung tat die neuste polnische Offenbarung einen witzigen Wunder!

Boris Schapiro, geboren 1944 in Moskau, ist seit 1975 in Deutschland und lebt heute in Berlin. Er schreibt Russisch und Deutsch.

Blind wähle ich im Buch ein Gedicht, das ich hier abschreiben werde.

Seite 58. Geschrieben am 3. Juni 1996. Kein Titel.

DIE JUDEN sind kein Thema,
nur das Überleben,
der Glaube, das Irren, Atemnot,
das Lernen, die Geduld
und – Gott.

Granada (Advents-Zeit Spendenzeit)

Hallo an ALLE! Helft uns!

Bei der Realisierung eines Doku-filmes – schreibt Dariusz Zalega aus Katowice/Chorzów:

Etwa 200 Einwohner aus Oberschlesien haben am Bürgerkrieg in Spanien teilgenommen. Diese Region war ein Dreiländereck und unter Polen, Deutschen und Tschechen geteilt, die Aktivisten haben  sich nicht auf eine nationalistische Propaganda eingelassen, sondern gemeinsam gekämpft – für Demokratie und soziale Gerechtigkeit. Viele sind in Spanien gefallen und viele haben mit Bitterkeit die Niederlage erlebt. Wir sollten an sie erinnern, gerade jetzt wo sich über Europa dunkle Wolken des Nationalismus sammeln. Deswegen wollen wir über sie einen Dokumentarfilm machen und bitten Euch um Unterstützung.

Im Film “Faust und Dynamit” (Dauer 45 min) wollen wir die Erinnerungen oberschlesischer Spanienkämpfer, sowie Archive und Filme, Lieder aus dieser Zeit und geschichtliche Szenen verwenden.

Warum: “Faust” – weil die Kämpfer nicht zurückschreckten sich dem Faschismus entgegen zu stellen; “Dynamit” – weil die meisten oberschlesischen Kämpfer Bergleute waren.

Dieser Film gehört zu einem erweitertem Projekt, um die Erinnerung an “die rebellische Geschichte Oberschlesiens”, einer industrialisierten Region vieler Nationen, zu erinnern. In diesem Rahmen haben wir bereits u. a. einen Film realisiert:

http://de.labournet.tv/video/6983/rebellisches-schlesien

Nach der Herstellung soll dieser Film auch über das Internet verbreitet werden als auch bei Aufführungen mit anschließenden Diskussionen. Es werden auch Versionen des Filmes mit deutschen, tschechischen, englischen und spanischen Untertiteln erhältlich sein.

Um den Film herzustellen und das Gedenken an diese Menschen zu bewahren brauchen wir Geld: 40.000 zł (10.000 €uro)

Helft uns!

Hier sind die Links zum Trailer und zum Verein:

www.youtube.com/watch?v=CPhjyviZzfM

www.spain-silesia.eu/

www.youtube.com/channel/UCVEoc_sb6_DtDy8jc-fjKiQ/videos

Überweisungen auf das Konto des Vereines sind in der EU gebührenfrei

Stowarzyszenie Grupa Twórcza Ocochodzi
Promenada gen.
J. Ziętka 7, 41-500 Chorzów
Bank account: PL71 1050 1357 1000 0022 9017 5872
BIC: INGBPLPW
Titel des Projektes: Spain-Silesia


Anm. d. Redaktion:

Es gibt ein wunderbares Gedicht von russischen Dichter und Drehbuchautor Michail Swetlow: Grenada. Meine Mutter kannte es auswendig. Das letzte Mal hörte ich sie es vor gefühlt 40 Jahren rezitieren, aber bis heute habe ich in Erinnerung ganz lange Passagen davon in genialer Übersetzung ins Polnische von unseren genialen Dichter Julian Tuwim. Seit ich den obigen Beitrag gelesen habe, liefen mir diese Gedicht-Fragmente stets durch den Kopf. Ich dachte, ich veröffentliche es hier. Zur Erklärung noch – die Ballade ist 1926 geschrieben, der Krieg von dem da die Rede ist, ist der russische Bürgerkrieg und nicht der spanische, aber bei den Kämpfen in Spanien wurde die Ballade von russischen Brigadisten gesungen.
Swetlow ist 1903 geboren, erste Gedichte schrieb er schon als 14-jähriger; er starb 1964 in Moskow. Auf Deutsch habe ich sein Gedicht nicht gefunden.

Мы ехали шагом,
Мы мчались в боях
И «Яблочко»-песню
Держали в зубах.
Ах, песенку эту
Доныне хранит
Трава молодая –
Степной малахит.
X
Но песню иную
О дальней земле
Возил мой приятель
С собою в седле.
Он пел, озирая
Родные края:
«Гренада, Гренада,
Гренада моя!»
X
Он песенку эту
Твердил наизусть…
Откуда у хлопца
Испанская грусть?
Ответь, Александровск,
И Харьков, ответь:
Давно ль по-испански
Вы начали петь?
X
Скажи мне, Украйна,
Не в этой ли ржи
Тараса Шевченко
Папаха лежит?
Откуда ж, приятель,
Песня твоя:
«Гренада, Гренада,
Гренада моя»?
X
Он медлит с ответом,
Мечтатель-хохол:
– Братишка! Гренаду
Я в книге нашел.
Красивое имя,
Высокая честь –
Гренадская волость
В Испании есть!
X
Я хату покинул,
Пошел воевать,
Чтоб землю в Гренаде
Крестьянам отдать.
Прощайте, родные!
Прощайте, семья!
«Гренада, Гренада,
Гренада моя!»
X
Мы мчались, мечтая
Постичь поскорей
Грамматику боя –
Язык батарей.
Восход поднимался
И падал опять,
И лошадь устала
Степями скакать.
X
Но «Яблочко»-песню
Играл эскадрон
Смычками страданий
На скрипках времен…
Где же, приятель,
Песня твоя:
«Гренада, Гренада,
Гренада моя»?
X
Пробитое тело
Наземь сползло,
Товарищ впервые
Оставил седло.
Я видел: над трупом
Склонилась луна,
И мертвые губы
Шепнули: «Грена…»
X
Да. В дальнюю область,
В заоблачный плес
Ушел мой приятель
И песню унес.
С тех пор не слыхали
Родные края:
«Гренада, Гренада,
Гренада моя!»
X
Отряд не заметил
Потери бойца
И «Яблочко»-песню
Допел до конца.
Лишь по небу тихо
Сползла погодя
На бархат заката
Слезинка дождя…
X
Новые песни
Придумала жизнь…
Не надо, ребята,
О песне тужить,
Не надо, не надо,
Не надо, друзья…
«Гренада, Гренада,
Гренада моя!»
Jechaliśmy stępa,
pędziliśmy w kłębach
I “Jabłoczko” – piosnkę
trzymaliśmy w zębach.
Ach, piosnkę tę dotąd
na pewno pamięta
Malachit stepowy,
murawa pomięta.
X
Lecz inną pieśń jeszcze,
o obcym narodzie,
Do siodła przytroczył
towarzysz w pochodzie
I śpiewał, choć rodak,
tutejszy jak ja;
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
Na pamięć tę piosnkę
Jak pacierz znał Pański,
I skąd do mołojca
Ten smutek hiszpański?
Kijowie! Połtawo!
Od kiedyż w te strony
Przybyły z Grenady
Hiszpańskie canzony?
X
Nie w twoimż to zbożu,
Ukrajno śród żniwa,
Tarasa Szewczenki
Papacha spoczywa?
Więc skąd, przyjacielu,
W piosence twej łka:
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
A chochoł-marzyciel
Po małej chwileczce
Powiada: “Grenadę
Znalazłem w książeczce.
Wysoki to honor
Tak piękne mieć imię,
Jest powiat grenadzki
W hiszpańskiej krainie.
X
Ja chatę porzucił
I walczyć szedł po tom,
Że ziemię w Grenadzie
Ja oddać chcę chłopom.
Żegnajcie, najmilsi,
Powrócę, Bóg da!”
Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
Pędziliśmy w znoju,
By poznać dokładnie
Gramatykę boju
I słowa armatnie.
Świt wstawał na niebie,
By znowu się schować,
I koń się utrudził
Po stepie cwałować.
X
Lecz “Jabłoczko” szwadron
Wciąż grał bez wytchnienia
Na skrzypcach epoki
Smyczkami cierpienia.
I gdzież, przyjacielu,
Podziała się ta
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
Na ziemię od kuli
Zwaliło się ciało,
Rozstało się z siodłem,
A nigdy nie chciało.
Nad trupem się księżyc
Potoczył jak łza,
I wargi martwiejąc
Szepnęły: „Grena…”
X
Daleko, za chmury,
Unosząc swa mękę,
Przyjaciel mój poszedł
I zabrał piosenkę,
I nikt już nie słyszał
Od tego dnia:
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
A szwadron kolegę
Bez żalu pogrzebał
I “Jabłoczko” – piosnkę
Do końca dośpiewał.
I tylko z niebiosów
Opadła nad nami
Łza deszczu maleńka
Na zmierzchu aksamit.
X
I cóż wy, najmilsi?
Za pieśnią tęsknicie?
Nie wolno! Pieśń nową
Złożyło nam życie!
I składa, i składa,
I naprzód nas gna!
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!

Nasz rok leśmianowski 16

Dziś rocznica śmierci. Maria Szewczyk podaje na bloga wiersz Leśmiana i obraz Malczewskiego, obiecuje też wpis o dramatycznych okolicznościach śmierci poety.

Bolesław Leśmian

Zbladła twarz Don Żuana, gdy w ulicznym mroku…

Zbladła twarz Don Żuana, gdy w ulicznym mroku
Spotkał swój własny pogrzeb, i przynaglił kroku.
I zatracił różnicę między ciałem w ruchu
A tym drugim, co legło w trumiennym zaduchu.
Czuł tożsamość obojga – orszak szedł pośpiesznie,
A jemu się zdawało, że w miejscu tkwi śmiesznie.
Czekał, aż uśnie w Bogu, lecz stwierdził naocznie,
Że Bóg nie jest – noclegiem – i że już nie spocznie.
Pogardą na śmiertelne odpowiadał dreszcze.
“Śpi snem wiecznym” – szeptano, ale nie spał jeszcze.
Szedł coraz bezpowrotniej – w pozgonnym rozpędzie.
“Śpi snem wiecznym…” Snu nie ma i nigdy nie będzie!
“Szczęśliwy! Już nie cierpi!” – tak mówiono wkoło –
A on w świat trosk mogilnych kroczył niewesoło,
W świat, gdzie pierwszą ułudą jest ostatnie tchnienie –
I zaczęło się nowe – niezależne cierpienie.
Dzwony jeszcze dzwoniły. Nie słychać ich wcale.
Szli ludzie – dotąd żywi… Minął ich niedbale.
Czczość dzwonów i daremność zrozumiał pogrzebu.
I zmarłymi oczyma przyglądał się niebu.

Jacek Malczewski, Śmierć, 1902, Muzeum Narodowe w Warszawie

Przygrobny monolog

Roman Brodowski

Wiersz ten napisałem w ubiegłym roku. Inspiracją były słowa, które zwykł mawiać mój brat podczas rozmów, jakie ze sobą prowadziliśmy, zwłaszcza tych o sytuacji panującej w Polsce.
Zawsze kiedy pytałem Go o jego osobiste refleksje dotyczące czasu, gdy udzielał się w walce o obronę praw więźniów politycznych, a było to w okresie powstania „Solidarności”, zwykł był odpowiadać jednym i tym samym zdaniem: „Wygraliśmy z komuną, żeby przegrać samych siebie”. Wówczas, kiedy jeszcze żył, a zmarł w grudniu 1998 roku, nie do końca rozumiałem, co miał na myśli.
Dopiero po wielu latach, a zwłaszcza dzisiaj, kiedy to PiS rządzi naszym narodem, gdy sytuacja polityczna w kraju stała się się nie do zniesienia, w pełni zrozumiałem, co kryło się pod jego „złotą” myślą. I chyba powoli przekonuje mnie jego logika myślenia, że „wygrywając rok 1980/81, a następnie 1989, przegraliśmy samych siebie”.

Co prawda, na początku utwór ten zamierzałem pozostawić w szufladzie, dla siebie. Jednakże dzisiaj przekonany jestem, że moje ubiegłoroczne myśli dojrzały do tego, by ujrzeć światło dzienne, by je upublicznić.

„ Przegrać samych siebie”

„Wygraliśmy z komuną
Żeby przegrać samych siebie”
Powtarzałeś przy każdej okazji
Tę twoją – złotą – myśl.

Jesteś od dawna mój Bracie
Poza przestrzenią zmysłowej
Interpretacji „Tajemnicy wiary”
Więc obce Ci jest uczucie lęku.

Wiem co byś powiedział gdybyś żył
Ale ja tak nie potrafię ja muszę
Ja nie przegrałem jeszcze siebie
Ja wciąż o siebie …gram.

Może to i dobrze, że nie widzisz
Jak spełnia się twoje „proroctwo”
Jak bardzo szata solidarnej jedności
Rwana po kawałku zaczyna gnić.

Chmury Bracie, brunatne chmury
Opadają powoli na twoją nadzieję
Solidarność jak w rozbitym lustrze
Ukazuje wielotwarz obłudy i fałszu

Prawda twojego czasu popada w ruinę.
Praworządność wrzucono do szamba
A naród za kilka srebrników sprzedał
Swoją niby narodową polską dumę.

Ty nie zabronisz mi krzyczeć
Bo krzyczę nie moją ale twoją prawdą.
To nie ja ale ty uczyłeś mnie patrzeć
Oczyma patriotycznej poprawności.

Dzisiaj bohaterom twojego czasu
Odebrano prawo ich wielkości
Napisano historię dla nowosystemu
Faszystowsko narodowej dyktatury

Kolejny karzeł bez przeszłości
Rozpoczął taniec na grobach tych
Którzy nie mogą już się bronić
By stać się światłem dla ślepowierców

Armia pochlebców wokół niego
Niby stado psów przy pańskim domu
Oczekuje spadających ochłapów
Z coraz biedniejszego ojczyźnianego stołu

Tak tak Bracie – ciężkie czasy nastały
Nasza Ojczyzna jak kula Syzyfa stacza się
Rządni władzy despoci wiodą naród
No właśnie! … dokąd oni nas wiodą?

Obiecują, równość i sprawiedliwość
A niszczą Konstytucję i sądów niezawisłość
Obiecują dobrobyt świetlaną przyszłość,
A trwonią wszystko dla minuty chwały.

Jak mam żyć Bracie w naszym „gnieździe”
Kiedy ono powoli wypełnia się
Marazmem głupoty fanatyzmu i niezgody
Gdy naród nasz popada w desspotyczną niewolę

Dlaczego dzisiaj drogi przyjacielu
My którym droga do wolności
Okupiona jest krwią naszych przodków
Nie potrafimy być wielkim „Jedno”

Dlaczego przyniesiona na sztandarach
I twojego Bracie zrywu „Demokracja”
Zamienia się w pusty niby dzban slogan
A ludzie… Oni niczego nie rozumieją.

Jak dobrze że śpsz spokojnie – Bracie.

Berlin, 24 października 2016

Na przełomie

Andrzej Rejman

Dziś, na przełomie października i listopada, kilka wersów pełnych treści aktualnych o każdej porze roku. Ostatnio może nawet bardziej aktualnych – o każdej porze roku, każdego dnia, w każdej godzinie…

Tadeusz Sadowski

Droga

Dokąd prowadzisz nas, drogo błotnista?
Jaką przeszkodę kryjesz za zakrętem?
Czemu twe brzegi ostem porośnięte?
Czy kresem twoim jest bezpieczna przystań?

I jak daleko do kresu owego?
Jakie przed nami jary, bagna, strugi?
Jak poznać liczbę kilometrów długich
Z potłuczonego głazu milowego?

Chociaż nas zwodzą liczne mylne szlaki,
Brniemy przez gąszcze lepką mgłą zasnute
– Z obojętnością miażdżąc ciężkim butem
Konwalie białe i czerwone maki.

***
wersja muzyczna tego wiersza:

***

Mgły poranne – Józef Rapacki, Wydawnictwo “Galerja Polska” Kraków, przed r. 1938

Pole maków – Edmund Cieczkiewicz, Wydawnictwo Salonu Malarzy Polskich w Krakowie, przed r. 1938

Wiersze ze Stavanger

SYLWESTER GOŁĄB

Wiersze (jeden niepublikowany)

Floryda

dozorcy sypią popiół
autobusy zostały w zajezdni
popołudniem ruszyły w teren piaskarki
i cały budżet gminy rozjechały prywatne samochody
więc odjechała

w tym dniu gmina miała jeszcze kilku zmarłych na głowie
rozpychających się bądź co bądź na niewielkim metrażu

Śmiertelność i pudel

W trzydziestym roku życia pojąłem
własną śmiertelność
w Wigilię stłukłem bombki
będące rodzinną pamiątką

ojciec umierając machnął ręką
myślę że na sanitariuszy by spierdalali
pamiętam mówił bym panował
nad językiem w którym nie myślę
że

każdy pudel ma panią która słucha arii
potrafi przewidzieć śnieżyce otulić róże w waciane onuce
swoich kochanków przenosić przez próg jedną ręką
dla pikantności nacierając piersi papryczkami
kicając jak zając w miłosnym uniesieniu

Hotel Robotniczy DG3

wjeżdżamy sobie
na ambicję
czekamy na rozwój wypadków
na sprężynowej wersalce

w sprężynowych nożach
w bazarowych uniformach
nie czytamy Dostojewskiego
nie piszemy wierszy
gromadzimy materiały
takie studium literackie

czekamy na rozwój wypadków
zwiastowanie
groźniejszych w obyciu
tych przy opisach których
pojawia się archaiczna blizna

wpadają
w rękach trzymają
kwiaty
skończył się świat
mówią
zostańmy kochankami

Jan

płatami odchodzić będziemy od stołu
mała Natasza podbiegnie
w jej oczach błyśnie księga Jana
Janka
Janeczka
który wywiódł nas z niewoli domowego miru
który rozdarł koszulę pod wiatr
który powierzył się ziemi

więc zrzucimy się na krówki dla ukojenia sumień
obmyślimy plan samozniszczenia w coraz lepszych wierszach
jak Jaś który wieszczy Armagedon w zakolu rzeki

Oczka Judei

a zęby będziesz miał jeszcze po śmierci
jak przeleci kometa uśmiechniesz się do niej
dzieci będą leczyć skaleczenia chlebem i śliną

przypną twoje zdjęcie do lodówki obok informacji
nakarm psa blado wygląda
a jak będą skubać kaczkę
archaniołowie zaniepokoją się takim stanem rzeczy
i przysłonią oczka Judei

Statham

czuję satysfakcję
akupunktura barbarzyńcy
przybrała formę totalną
mogę sobie wyobrazić jak
ze słodyczą papieskiej kremówki
mówisz

że przypominam ci Beckhama

przecież grywałem z kumplami
do późnych nocy
wracając poręczami
mimo działającej windy
mimo

miejsca zamieszkania
znacznie oddalonego od wypiętrzonych
kikutów socrealizmu

mogę sobie wyobrazić
jestem podobny do Stathama
przetrącając szczęki
w kaszlu chrząszcza
wybrzmiewa syrena po

chama

Těšín

zawiesina w gęstwinie
pościeli
testujemy

wytrzymałość ruchomych schodów
humanizm miśków Haribo
moc czeskiego spirytusu
w Polsce wydawał się słabszy
więc wracaliśmy przez pokój klatkę
klatkę stop
do otwarcia do pierwszego ziewnięcia
zza lady w Asia Večerka

nadrzecze sprowadziło tłumy
będzie śniło w niepokoju
stężenie w czarne płaty
wdech
targiem
strażą
rybi salatem
puzonem
Radegastem
wydech

co za kulturalne miasto

Granica

zbieraliśmy łuski
przekraczaliśmy granice
po jednej stronie komuniści znaczy się my
dumne dzieci Ojczyzny Ludowej
po drugiej Iluminaci
jak się miało okazać po wielu latach demokracji
w Republice Czeskiej
dowódca zdobywa najwyższą hałdę w okolicy
dobrze że nie jestem z tych stron
krew moja mniej czarna
mam własne inne góry
z żaróweczką na szczycie
z korytarzem powietrznym
Warszawa–Budapeszt

czerwony Szwejk
ma nas na muszce
odpali? przymknie na to jedyne oko?
przecież nie strzeli
skoro i tak mamy wejść do Schengen

w osiemdziesiątym siódmym mógł tego nie wiedzieć
i my chyba też tego nie wiedzieliśmy

w dziewięćdziesiątym siódmym
zostanie bohaterem sobotniego Peříčka
zdradziecko obwieściły to jego umięśnione wąsy

jedni zostali poetami
inni nie istnieli
las rośnie jakby wolniej
wysypisko rośnie jakby wolniej
na zasadach umowy o rozbrojeniu

Mark Zuckerberg

Deszcz obmywa ulice samochody
stertę złomu pozostawioną przez bezdomnego

Gdyby Pan Bóg był tak mądry jak
Mark Zuckerberg
Wymyśliłby portal
matkiboskie.pl
dla polskich Matek Boskich

I na przykład Matka Boska Licheńska
chwali się zdjęciami z Egiptu
a Matka Boska Częstochowska
jest nieco skromniejsza

Wiersze

wysłałem kilka wierszy
do redaktora naczelnego
Pisma Świętego

nadal czekam na odpowiedź

zuchwałe posunięcie
wiem

ale posunę się jeszcze dalej
jutro wysyłam do naczelnego
Twórczości

Struny

w teorii strun nie chodzi o zależność
chodzi o studnię plującą resztkami sójek wodę której nie było
całą historię nieporozumienia od wybuchu syczeń na przełęczy
pociągów dokądś

do których nie zdążyłem wsiąść przez które
przychodzi mi słowo na rękach
przez które przychodzi serce wielkie jak Boga
dyndające na włóknach jedwabników

jeszcze przyjeżdżam na pogrzeby
wyciszam kuchnię potencjometrem radia
składam ubrania w kostkę
ulegam rytuałom taktycznym strąceniom
święcę pola w chwili przesilenia kumulujących się

sprzeczności
wciskam w kieszeń pamiątki z prowincji wzgórz i szyldów
do momentu gdy groby przykryje śnieg i nikt nie upomni się o nie
tak jak w dziewiećdziesiątym piątym gdy oddychałem mroźnym powietrzem
tak jak w dziewiećdziesiątym piątym gdy sarny ginęły na torach

SYLWESTER GOŁĄB (ur. w 1980) – pedagog, animator kultury, redaguje magazyn literacko-emigracyjny „Obszary Przepisane”. Wiersze publikował m.in. w czasopismach: „Czas Kultury”, „Migotania”, „Cegła”, „Nowy BregArt”, „LiteRacje”, „Tekstualia”; na stronach internetowych czasopism: „Latarnia Morska”, „2Miesięcznik”, „Odra”, „Helikopter”; na stronie Fundacji na Rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza oraz w norweskich magazynach literackich. Jego wiersze ukazały się w antologii magazynu Helikopter „Przewodnik po zaminowanym terenie”. Autor tomiku poetyckiego Garda (wyd. MaMiKo 2016). Mieszka w Stavanger w Norwegii.

400 tysięcy

Autorka twierdzi, że w Niemczech mieszka i pracuje 400 tysięcy opiekunek ludzi starych i chorych. Jestem pewna, że jest ich znacznie więcej, bo zawsze na jedną osobę zatrudnioną legalnie przypada co najmniej jedna osoba pracująca “na czarno”… Łucja jest jedną z tych, które od lat pracują “na biało”. I jedną z nielicznych, które tę pracę potrafiły opisać. Publikowałam tu już zarówno wiersze Łucji, jak i fragmenty dwóch jej poprzednich książek. Dziś trzecia. Właśnie się ukazała.

Łucja Fice

Po drugiej stronie trotuaru gmach ratusza. To tu właśnie powinien stać pomnik opiekunki, bo to właśnie w tym kraju pracuje ich ponad czterysta tysięcy (dane z niemieckiej prasy). Dalej, wzdłuż całej ulicy, rozciągały się małe studia odzieżowe. Odzież wisiała na ulicznych wieszakach. Po prawej stronie olbrzymi budynek, w którym znajdowało się Centrum Handlowe Kaufhof. Zjadłyśmy z Ewelin smaczny obiad, zamówiłyśmy jeszcze lody i ciastka, po których ciężko było wstać. Rachunek wyniósł trzydzieści pięć euro.
– Ewelin, to duża kasa – odezwałam się nieśmiało. – Może ja sama będę gotowała, to zaoszczędzisz?
– Moja droga Gabi! Stać mnie na to – usłyszałam.
– Gabi! Dam ci dziesięć euro na wodę, colę czy cokolwiek. Zdążyłam pomyśleć: Nie! Co za rozrzutność! Pożegnałyśmy się cmoknięciem w oba policzki. Ewelin pojechała do domu opieki, gdzie przebywał jej chory mąż, a ja znalazłam się w mrowisku ludzi i śmiałam się słońcu w twarz, a ono upijało mnie swymi wiosennymi promykami.
Spacerowałam szerokim trotuarem, zapominając, że jestem na kontrakcie, że w ogóle pracuję. Świat jawił się jak bajka. Przyglądałam się wystawom, a do niektórych sklepów zaglądałam. Słuchałam tego brzęczenia miasta. Czułam się, jakbym zagrała w ruletkę i wygrała milion dolarów. Myśli trzymałam z daleka od chorób, starości, śmierci. Czułam tę lekkość, która napawa radością. Nie chciałam wracać do czarno-białego życia, do ciemnych pokoi, w których niewidoczne wycelowane zatrute strzały odbierały życie podopiecznym. Analizowałam swoje dotychczasowe życie – doświadczyłam wszystkiego. Miałam malutkie mieszkanie na poddaszu, w którym przez lata czekałam na nowe. Na emigracji wynajmowałam sutereny z wilgocią, bez okien, gdzie w ścianach były dziury. Pracowałam też w pałacyku jako opiekunka bogatego człowieka. Zaliczyłam europejskie muzea i zwiedziłam wiele atrakcyjnych miejsc w Europie. Czego nie dotknęłam? Gdzie nie byłam? – te myśli zaprzątały mój umysł. Czy mogę mieć do kogoś pretensje? Nie! Bo przecież sama kreśliłam wektor mojego życia. Życie jak fikcja z filmu, a ten cały materializm, to chyba tylko moja wyobraźnia – zakończyłam ten myślowy dialog ze sobą.
Uwielbiam przemierzać miasto wzdłuż i wszerz. Spacerowałam tego dnia całymi godzinami. Byłam wolna i szczęśliwa, choć czułam brzemię bólu, cierpienia, starości podopiecznych, o których akurat rozmyślałam. Kiedy ponownie przechodziłam obok ratusza, w którym pracują władze tego miasta, myślałam o podejmowanych tam decyzjach, które odmieniają losy Augsburga. Miasto lśni czystością i żyje według wskazówek płynących z tego pięknego gmachu. Wyobrażałam sobie, jak dobre decyzje tam się rodzą. Idąc dalej, obserwowałam szyldy banków, napisy na butikach mieszczących się w secesyjnych, odnowionych, kolorowych, czystych kamienicach. Przechodząc obok banku, wyobrażałam sobie faceta, który w dobrze skrojonym garniturze podejmuje z kasy milion euro, jedzie na jakąś azjatycką wyspę i tam się urządza. Kto ma mieć kasę w Europie, jak nie Niemiec?

Cena: 38,00 zł
Data wydania: 30 września 2017
Ilość stron: 392
ISBN 978-83-8011-013-7

Blurb na okładce głosi:

Za kryształowym lustrem to trzecia część trylogii o opiekunkach pracujących w Europie po 2004 roku. Wspomnienia te nie mają służyć gromadzeniu faktów i ciekawostek, lecz mają pomóc zrozumieniu problemów, jakie niosą ze sobą wyjazdy “na saksy” do Niemiec w celu opiekowania się starszymi ludźmi w ich domach. Powieść przepełniają różne emocje, które mogą u niejednego czytelnika wywołać przerażenie, zdziwienie lub niepokój, ale taka jest praca opiekunki i taka jest starość. Książka nie jest ostrzeżeniem, próbą edukowania, czy sięganiem po sprawdzone tematy – jest raczej połączeniem realizmu i duchowych problemów bohaterki wynikających z tęsknoty za domem i rodziną. Wizje ze snów przepojone przeczuciami nieuniknionych wydarzeń dają wyraz innego postrzegania świata. Przeczucia Gabrysi stają się początkiem poszukiwań odpowiedzi na pytania: Kim jesteśmy? Jaki cel ma życie? Czy jesteśmy uwięzionym gdzieś umysłem, a sny odkrywają nam rąbka tajemnicy z innego poziomu rzeczywistości? Gabrysię interesuje fenomen świadomości we wszystkich jej przejawach. Ta synkretyczna powieść ma również przemawiać cierpieniem tych, którzy odchodzą, których dni są policzone.

Dwie poprzednie powieści to Przeznaczenie oraz Wyspa starców. We wszystkich częściach autorka w przejmujący sposób ukazuje tęsknotę Polek za domem i rodziną. Napisać o pracy opiekunki i nie poprzestać na tragizmie – wszechobecnej starości, cierpieniu i śmierci – nie jest łatwo. Dzięki przenikliwości i poczuciu humoru głównej bohaterki udaje się jednak uniknąć patosu, a stworzyć fascynującą obyczajową panoramę, pełną złożonych psychologicznie postaci.

W lustrze

Widzę niebieską barwę mego odbicia
Stoję w kręgu słonecznej żółci
Kręgi rzucają cień na niebieski diadem motyla
Otaczający głowę
P
lama się wzbija w górę
Czuję się rozżarzonym jądrem
Przez głowę przebiegają fale ciepła aż po granice czegoś
Nie do wypowiedzenia
Staję się wolną od myślenia przestrzenią
Jestem tylko świetlną mgiełką
Miriady tych mgiełek kłują mój wewnętrzny zmysł wzroku
Jestem
zamknięta w wieczności
Czuję ból
Chcę go uśmierzyć
Myślę o Bogu
Skupiam się na diademie motyla
Widzę ognistą materię
Jezioro błyszczącej magmy
Jednak nie ślepnę
Rozumiem bez zdziwienia i wątpliwości
Jestem z kimś połączona
Nie jestem już materią zmęczonego człowieka
Jestem przestrzenią w przestrzeni
Myślenie jest przestrzenią a przestrzeń myślą
Nie widzę już lustra
Nie boję się
Choć spogląda na mnie duże czerwone oko
Jestem na jawie we własnej cielesnej powłoce
Nie mam już diademu motyla
Czy żyję naprawdę?
To pytanie mi nie wystarcza
Może sen to powołanie do życia w innym wymiarze
A może? Co dzień z rana wpadam do materii jak kamyk do rzeki?
A może jestem tylko westchnieniem, pragnieniem kogoś
Kto wrzawą dnia puka do mego umysłu
Żyjesz?