Na ten Nowy Rok

Ewa Karbowska

Czego życzę nam wszystkim

gdzieś od Zakopca do Gdańska
fantazja?
głupota ułańska
*
więc takiej żeby nie było
przekupność
zamienić na miłość
*
z Lublina aż po Zgorzelec
pazerność odrzucić
zbyt wiele?
*
obłudę odepchnąć na milę
gdy modły
to nie z pedofilem
*
bo Kraj nasz to nie jest arena
dla zdrajców
kpów z GANGU OLSENA
*
doprawdy
to nie kwestia gustu
się poddać tej zgrai oszustów
*
już pora
dać łomot lub łupnia
sługusom mściwego kurdupla
*
kolejny raz zgłupieć nie wolno
by kiedyś
mieć Polskę wolną
*
Wam – nam podziękuje za to
Ojczyzna
i CZUŁY NARRATOR
*
na draństwo co nie pozwoli
zbyt dobrze pojmuje
gdy boli
*
nie nazwie – pod troski pozorem – kobiety inkubatorem
(EK – 8.12.2020)

Grudniowe wiersze

Mieczysław Węglewicz

Prośba

Jak się z lasem spotkałem blisko
oko w oko
to ukłoniłem się nisko
i poprosiłem: Wasza Wysokość
Drogi przyjacielu Lesie,
i Ty Modrzewiu
co się mienisz
złotem
Jest już wrzesień
i na jesień
wszyscy mamy ochotę
Taką złotą
Dlatego Lesie spraw jesień
Niech brzozom
ozłoci ręce
Niech dęby zaczerwieni więcej
Niech zrzuci miedziane kasztany
bo w kasztanach jest co drugi
zakochany
tak się błyszczą
jak klejnoty
w słońcu
potem Lesie możesz jesień
zakończyć…

choć ona
jeszcze sama
nim zakończy ten melodramat
liście ma zrzucić brzozom
i słotą nas długo nudzić
aż chłodną dłoń poda
mrozom
i odejść i kiedyś wrócić

24.11.2020

Życie

Życie
tańcem na linie
ufasz jej,
sercem
płacisz
póki liny
nie zginiesz
nie ufasz
serce tracisz

Grudniowy poranek, cichy jak noc betlejemska… Warszawa.
Sobotni poranek 5 grudnia. Wracałem autem po nocnym dyżurze. Na moście było zupełnie pusto, mogłem bardzo zwolnić i robić zdjęcia…

jeszcze śpisz Warszawo
świt, sobota rano
dumnie napiętym
mostem świętokrzyskim
jadę do domu
wracam już po wszystkim
w dali Dobra, Solec
garść świateł miasta
pstryk
wszystkie zielone
i słońce na moście
czy można witać serdeczniej i prościej

I ciąg dalszy, nadesłany kilka dni później:

Grudniowa piosenka

śpij Warszawo
rano, w sobotę
noc minęła i jest
po wszystkim
czas już mostem
do domu
z powrotem
a most jest Świętokrzyski

wracam…
w dali
garść świateł
ulic Dobrej
i Solec
a zielono
jak latem
bo
wszystkie
światła
zielone

na moście
słońce
tańczy
jak dziewczyna
w różowej sukience
benzyna
ma zapach
choinek
słońce
smak pomarańczy

życzenia wigilijne 2020

Nie zabieraj…
do domu słów
z ulicy Żelaznej
Są ładniejsze
takimi mów
piękne i ważne
błyskawicy nie!
i oczom zimnym
Życiu tak!
Nie zabieraj
niewinnym
Nie zabieraj…
z ulicy słów
są ładniejsze
takimi mów
weź do domu wiersze
i warzywa
słońce
w kwiatach
z ogródka
A ludzi ludźmi
nazywaj
przecież zasługują

24.12.2020

Obudziłem się ze świadomością albo nawet wiadomością, że dziś 16 grudnia 2020 roku, 50 rocznica masakry robotników Wybrzeża. Byłem 16-latkiem w ogólniaku. Słuchałem o Wybrzeżu w ,,Wolnej Europie”. Płakałem, chciałem tam jechać. Ale była blokada komunikacyjna. Minęło 50 lat… Pamięć trwa.

Polski sen grudniowy

Kiedy przychodzi
bury grudzień
Drzewa są czarne
jakby wyschły
Chmury stalowe
i mrok dżdżysty
i mgły w portowej śpią
dzielnicy
Po bruku idą robotnicy
na ustach krzyk
butami w bruk
i
huk wystrzałów
I wszystko w ciszy
Bruk ulic staje się czerwony
i wszystko w ciszy
i obraz znika powoli
i tylko bruk jeszcze czerwony
od świateł reklam Coca Coli
i wszystko w ciszy

29.12.2018

Ulica Sienkiewicza

Pędził skądś wiatr szalony
przez szyny przez perony
za stacją
za kinem Promień
pod kotłem
dmuchnął
w płomień
parowóz
nabrał pary
do wagonów buraki
w kasztanowe konary
gwizdnął głośno na szpaki
buchnął, gwizdnął i dmuchnął
i chęć poczuł do jazdy
posypały się iskry
jak rubiny, jak gwiazdy
Sunął
po wąskich szynach
a tu nagle dziewczyna
za dziewczyną
tuż tuż
anioł stróż
z halabardą
skrzyżowały się drogi
tu dziewczyna tam nogi
Szła po szynach jak anioł
a Anioł? czy
szedł za nią?
potem była jak z wosku
blada i zjawiskowa
płakała za nią w kiosku
dobra pani Myszkowa
patrzyły na nią drzewa
przez nitki
babiego lata
Anioł Stróż przestał śpiewać
i także się rozpłakał

Piosenki i wiersze na grudzień

Piosenkę Ralpha Kaminskiego wybrali na dziś Konrad i Ewa Maria, wiersze nadesłały Ewa Karbowska – jej tegoroczny wiersz napisany w rocznicę wydarzeń grudniowych 1970 roku i Anna Dobrzyńska – wiersz anonimowy pt. Wigilia w stepie

Ralph Kaminski


Ewa Karbowska

KOLĘDA? – CO I BEZ ŚWIĄT?

– wszystkim dzielnym – a i Grażynce – Grażyna Orlińska
– zwłaszcza
/Jej w rewanżu za KOLĘDĘ BEZDOMNĄ/

kolęda – bez wiary?
dla młodszych, dla starych
co dłużej wytrzymać nie chcieli
*
chwycili transparent
by dzielić się darem
z rąk do rąk, bez kłamstw, po kolei
*
kolęda niedoli
na więcej pozwolić
nie mogła i umieć nie chciała
*
i solo i w tłumie
próbując zrozumieć
szła naprzód, choć trochę się bała
*
kolęda serdeczna
choć pozaświąteczna
znaczona protestu piorunem
*
szarpiąca za serca
na z gniewu kobiercach
na tego co przeciągnął strunę
*
kolęda ulicy
z nią znak błyskawicy
z modlitwą o godność w miłości
*
kolęda nadziei
że coś da się skleić
ulepszyć, dogadać, uprościć…
*
na płatach opłatka
gdzie córka i matka
szukają dla siebie ratunku
*
Bóg oczy odwraca?
ma wybór, czy kaca?
zostaje na posterunku?
*
wie, jeśli się nie da, to wojna i bieda
kryjąca ból
w lochach podziemi
*
w stajence? – jak Chrystus?
intencji, łez czystość
Królowie? – Ci Trzej? – jakby niemi…

17.12.2020

***


Jan Malczewski, Wigilia zesłańców

Wigilia w stepie

na melodię pieśni „Moja matko, ja wiem…”
śpiewanej przez Bernarda Ładysza
https://www.youtube.com/watch?v=e2yvjatUjpY

Dziki wiatr, dziki step, mroźna noc, w sercu trwoga.
Mróz w ziemiance, a śmierć kosi swój żniwny łan.
Stara matka różaniec wyszeptała na palcach do Boga,
Żeby łaskę nadziei w tę Noc Świętą dał.
Stara matka różaniec wyszeptała na palcach do Boga,
Żeby łaskę nadziei w tę Noc Świętą dał.

Tam daleko ten dom, gdzie opłatkiem się dzielą,
Gdzie wieczerza na stole i świerk pachnie w krąg.
A tu wśród nocnej ciszy, suchą kromką podzielą się wszyscy –
Garść obierzyn i wrzątku i nasion na ząb.
A tu wśród nocnej ciszy, suchą kromką podzielą się wszyscy –
Garść obierzyn i wrzątku i nasion na ząb.

Panno Święta, ja wiem, żeś Ty była uboga,
Że Król Herod Dzieciątko zatracić Twe chciał,
Jeśli w niebie nad stepem, jest okienko i droga do Boga –
To je wskaż i wytrwałość niezłomną nam daj!
Jeśli w niebie nad stepem, jest okienko i droga do Boga –
To je wskaż i wytrwałość niezłomną nam daj!

Z wolnej stopy 26

Zbigniew Milewicz

Gwiazdka króla Jana

Nie pamiętam już, jaką książkę w życiu przeczytałem samodzielnie jako pierwszą, ale cieszyłem się z każdej, którą dostałem w prezencie. Książkowe upominki należały kiedyś do standardów dobrego smaku, otrzymywało się je z okazji urodzin, imienin i pod choinkę, zwykle papier był kiepski, poligrafia nie dorównywała dzisiejszej, ale to była jedyna przepustka do kolorowego świata fantazji. Telewizji jeszcze w Polsce nie mieliśmy, do kina dzieci chodziły od święta, więc w wolnym czasie kopało się piłkę, albo czytało, wolałem to drugie. Przygody Kubusia Puchatka A.A. Milne´a stały na etażerce z książkami w mieszkaniu mamy, przy Wolności w Chorzowie, obok Słówek Boya-Żeleńskiego, wierszy Tuwima, Gałczyńskiego, a rozczytywał się w nich głównie mój ojczym, Stefan. Chętnie je czytał na głos lub recytował, na przykład po niedzielnym obiedzie, na którym bywali czasem zaproszeni goście; czytał i śmiał się z innymi dorosłymi z dialogów Krzysia i jego przyjaciół ze stumilowego lasu, a ja zastanawiałem się w duchu, co ich tak bawi. Dopiero jak sam dorosłem, zrozumiałem, że Milne pisał książki dla dzieci, które najbardziej docenić potrafią ich mamy i ojcowie.

Kiedy moja córka Ania dostała ode mnie w prezencie, na któreś swoje naste urodziny, Alicję w krainie czarów Lewisa Carrolla i później zapytałem ją, czy książka jej przypadła do gustu, odparła, że średnio. Spodobała jej się dopiero, kiedy sama została mamą. Oczywiście, dając komuś prezent, nigdy do końca nie wiemy, czy nie będzie to totalne pudło, dlatego mam dla Was w świątecznym upominku, do wyboru, dwa wiersze Alana Alexandra Milne´a, z kilkakrotnie już w tym blogu cytowanej Księgi Nonsensu Antoniego Marianowicza i Andrzeja Nowickiego. Obydwa pochodzą z rozdziału Wyższe sfery i wyobraźni Czytelników pozostawiam, czy mają one jakiś przypadkowy związek z naszą rodzimą szopką polityczną.

Gwiazdka króla Jana

Król Jan był królem bardzo złym
I cierpiał nad tym stale, bo
Nikt się nie bawił nigdy z nim
I ludzie unikali go.
Spostrzegłszy go, przechodnie
szli nadal bardzo godnie,
Jak gdyby nigdy nic.
A Jan rumieńcem płonął
Pod ciężką swą koroną
I pot mu spływał z lic.

Omijał pałac każdy człek,
Nawet z kulawą nogą pies,
Choć kucharz pyszne pączki piekł
i mnóstwo smakowitych bez.
Więc kiedy przyszła gwiazdka,
Król zjadał wszystkie ciastka
A gdy się poczuł źle
Zwykł czytać uroczyście
Życzenia list po liście
(Sam przedtem nadał je).

Król Jan był królem bardzo złym
I cierpiał nad tym stale, bo
Nikt się nie bawił nigdy z nim
I ludzie unikali go.
Nawet Mikołaj stary
Roznosząc swoje dary
I taszcząc pełny wór,
Choć wszędzie, wszędzie wstąpił,
Choć darów swych nie skąpił
Omijał Jana dwór.

Raz, kiedy pałac tonął w mgłach
I słychać było wichru gwizd,
Król potajemnie wszedł na dach
I do komina przybił list.
“Jeżeli M. się głowi,
Co przynieść ma królowi,
Niech wie, że może kłaść
Do worka marcepany
Orzechy, nóż składany.
A zwłaszcza piłkę. Jaś.”

Król Jan był królem bardzo złym
I cierpiał nad tym stale, bo
Nikt się nie bawił nigdy z nim
I ludzie unikali go.
Więc czuwał całe doby
I myślał sobie: “Oby
Nareszcie przyszedł M.!”
A potem się rozpłakał
I rzekł: “Dla takich zakał,
Jak ja – nic nie ma, wiem!

Słodyczy żadnych nie chcę już,
Bananów też wyrzekam się
I zbędny mi składany nóż.
Jednego tylko – piłki chcę!
Jeżeli dziś przy święcie,
Dostanę ją w prezencie
(Tak mówił Jan przez łzy)
To składam ślubowanie,
Że król od dziś przestanie
Być taki bardzo zły.”

Przez okno wyjrzał Jan na świat
I spostrzegł chłopców chyba stu,
“Ach, jakże – myślał – byłbym rad,
Gdyby choć jeden przyszedł tu””
Pląsają sobie wkoło,
Beztrosko i wesoło,
Nie skarżąc się na los,
A Jan rozpacza i łka,
Gdy nagle wpada piłka
I trafia go w sam nos!

Jan myślał wpierw, że pewnie śnię,
Lecz nos bolący nie jest snem,
Więc krzyknął: “To na pewno mi
Przysyła w darze zacny M.!”

I odtąd tak się zmienił;
Że wszyscy są zdumieni,
– Spotkałem go w tych dniach
Zupełnie przypadkowo
I mogę dać Wam słowo:
Jaś grzeczny jest aż strach.

Opowieść o złym lordzie Gburze

Lord Gbur miał toporzystko
Długości metra blisko
I wielu miał poddanych,
A bić potrafił też.
We czwartki i w soboty
Najwięcej miał roboty,
Po wszystkich chatach łaził
I ryczał niby zwierz:

“Lordowska Mość – to ja!
Kto nie zna mnie ten kiep!
Haha, haha, haha!
A teraz macie w łeb!”

Miał buty ten Gbur nasz srogi
Po dziadku – i ostrogi,
Kłuć nimi zwykł przechodniów
I śmiał się, wielce rad.
W niedziele i we środy
Nad brzegiem stawał wody
I ryczał aż z radości,
Gdy ktoś do wody wpadł.

“Lordowska Mość – to ja!
Jam Gbur – hehe! hehe!
Kto jeszcze – ha! ha! ha!
Wykąpać się dziś chce?”

Lecz raz przy piątku rano
Buciory mu zabrano.
Chce topór wyjąć z szafy –
Topora także brak.
Do swoich pędzi włości,
Lecz tutaj z Jegomności
Kto żyw pokpiwa sobie
I ludzie mówią tak:

“Lordowska Mość – to on?
Czy aby to ten sam?
Popatrzmy z wszystkich stron!
Ach! Jakże miło nam!”

Nie pomógł wygląd srogi,
Złapali go za nogi,
Wrzucili do sadzawki
I po łbie dali mu.
Gdy oblepiony błotem
Wyłaził z wody potem,
Pękało wprost ze śmiechu
Poddanych jego stu:

“Dość głupią minę ma
Lordowska Mość – no nie?
Haha! haha! haha!
Hehe! hehe! hehe!”

Gdy chyłkiem po kryjomu
Gbur wśliznął się do domu,
Gdy się osuszył troszkę
I przemył na łbie guz,
Wyrzucił stare zbroje,
Ubrania wyjął swoje
I rzekł: “Dość tej zabawy,
Nie będę Lordem już.

Prastary Gburów klan
Niech na mnie skończy się.
Ja się nazywać PAN
CAŁKIEMZWYCZAJNY chcę!”

A więc chciałoby się życzyć tym u władzy: myślcie o jutrze, zanim wam kto nosa utrze. Niestety na ogół o nim nie myślą zawczasu, dlatego pisze się takie wierszyki, albo robi rewolucje.

Niby wszystko proste

Teresa Rudolf

Wzruszenie

Siedzi osłupiała,
muzyka zamienia
ją  kamień, w lód,
…wróci ona znów?

Siedzi osłupiała,
muzyka powoli
oblepia głowę…
…skurcz serca.

Siedzi osłupiała,
rozpuszcza się
powoli w sobie,
…krok po kroku.

Wstaje, wstaje,
jak lunatyczka,
porusza się jak
…w transie,

…jest  już,
…już tylko
…gesią skórką
i wzruszeniem…

Słoneczna lampa

Złocista lampa
na niebie, oświetla
mój zielony świat,
złoci się, złoci.

Czy to wiosna,
czy też zima,
wszystko tak
jakoś splątane.

Kłębek zdziwienia
we mnie, zwija się
i rozwija, nabiera
kolorów, szarzeje.

Patrzę na niebo,
mrużę oczy, słońce
ciągle jak lampa….
i dziś mi wystarczy.

Zadumanie

Teresa Rudolf

Wędrówka po lesie

Ludzie bez masek,
daleko od siebie,
– bliskość bez rąk.

Drzewa bezlistne,
trzęsą się z zimna,
– wiosna je ubierze…

Niebo niebieskie
pełne białych chmur,
– zimne jak czyjeś oczy…

Cicha cisza w lasach,
stąpasz po liściach,
– w sercu niemy hałas…

Ptaki śpiewające,
z całych sił gardła,
– a na którym drzewie?

Pada jabłko…

To jest twój syn,
a to twój wnuk
– nie znasz ich.

Jesteś w nich,
oni byliby w Tobie
– nie byłeś ciekawy.

Tam gdzie jesteś,
masz cały spokój
– ta ziemia już obca.

To jest twój syn,
a to twój wnuk,
– daleko im do jabłoni.

Fragmenty baratarystyczne

Ewa Maria Slaska

O dwóch poetach

Szczeciński poeta Marek Maj jako Don Kichot pojawia się na tym blogu nie po raz pierwszy (zob. TU i TU). Po raz pierwszy jednak w historii baratarystyki Rosynant jest jednocześnie Pegazem. Co też poeta potrafi zrobić z prozą, nawet tą światową!

Marek wydał właśnie tomik wierszy, a zrobił to chyba dzień lub dwa po tym, jak ostatni raz byłam w Szczecinie, a teraz nie wiadomo, kiedy znowu pojadę i czy, jak dojadę, tomik będzie jeszcze do “miecia”, czyli “mania” (Był kiedyś taki felieton, bodaj czy nie Jerzego Waldorffa, opublikowany w słynnym swgo czasu tygodniku Świat, o tym jaką formę przybiera słowo mieć w formie odrzeczownikowej; w rachubę wchodziło jeszcze “mienie”, a chodziło o “miecie w dupie”).

Ale wracajmy do poezji, czyli do zdania “Marek Maj wydał właśnie tomik wierszy”,  zatytułowany Teorie naiwne.

Leszek Żuliński w recenzji opublikowanej na portalu Latarnia morska pisze, że to wiersze intelektualne, ciekawe i mądre. A na dowód przytacza te trzy (przytaczam te same, bo co mam zrobić, skoro tomiku w ręku nie mam i sama przytoczyć ani utoczyć nic nie mogę):

Kobietyka poety

Do ciebie zmierzam, do twych ramion,
wśród wersów oddech mi się plącze,
ślady litotą sprzeczną mamią
potykam się o szlak ramiączek

Odwijam z ciebie interlinie,
treść wciąż pomijam, chociaż badam
po niespełnieniach czule płynę,
akbym w nieznane się zapadał.

Wikłam się w dreszcze nad konturem,
w niegramatyczność, nagłą miękkość,
smakiem odliczam warstwy, które
skazują mnie na łatwe piękno.

Wychylam język niedomówień,
w stan nieskupienia wnikam bystro
i na powierzchni wątek gubię,
po czym się staczam w rzeczywistość.

Co wiadome

Co wiadome – istnieje, niewiadome – w kolejce,
by napocząć swe dzieje
i odnaleźć swe miejsce. Mają nazwy te byty –
łosek ciąg z pełnych gardeł –
w nich kod sensów ukryty,
i motywy niezdarne

To, co nie jest – pogodnie
tkwiąc w niebytu domyśle –
szczerze może się odnieść,
nie mieć nic – niezawiśle.
Nie istnieje z przyczyny
nie dość pewnej i jasnej –
nie istnieje – widzimy –
nie ma zastępstw dla następstw.

Voila

Pejzaż bez nazwy, bez miejsca i czasu –
kolory puste, zmyślają się same
w ten niedorzeczny porządek i zasób
czerni wsączonej w zawistny atrament.

Cienie bez mitów, wyrazy bez cieni,
wątpliwość w rzeczy przecieka z orzeczeń,
równoważników niewczasów i ziemi
wciąż nieodkrytych w poświacie i w świecie.

Bezradna cisza, donośnie odkryta –
bez makijażu, leksyki swych sukien –
czule kołysze w nielichych przybytkach
zdań wielokrążki – cyfrowe i drukiem.

Michał Anioł Buonarotti

Od dawna już noszę się z myślą, że w ramach pisania na blogu o rozmowach z Konradem, napiszę o starości i  miłości (jednak nie, nie ma co owijać w bawełnę, ma być o miłości, seksie i erotyce, czyli o trójcy, którą nazwałam MiSEr – res sacra miser, o zaprawdę), ciągle jednak odwlekam ten moment, przekonując sama siebie, że muszę jeszcze “doczytać”, zaczęłam więc czytać Ryszarda Przybylskiego Baśń zimowa. Esej o starości (wyd. Sic! 1998), a tam w pierwszym rozdziale (W gospodzie śmierci) na pierwszej stronie od razu cytat z Cervantesa: “Droga jest zawsze lepsza niż gospoda”. Nawet najgorsza droga. Bo droga to bezdroże, las, przenikliwy deszcz i zacinający wiatr. Ciemność. Bóg, który zachowuje się “bezróżnie”. A gospoda jest cuchnąca, obrzydliwa i ponura, mroczna i obskurna.  Tak zaczyna się opowieść o starości Michała Anioła. Poprzedziły ją już we wstępie starość Sokratesa i Kanta, opowiedziane jednak przez innych. Tu jednak Przybylski przywołuje tzw. Capitolo, wiersz, w którym poeta sam pisze o własnej starości, a ma lat co najmniej 70. Może trochę więcej, bo datowanie nie do końca jest pewne (1546? 1550?). A przypomnijmy, co artysta przekazał nam we freskach z Kaplicy Sykstyńskiej: człowiek sam, porywając się na zamkniętą w rajskim jabłku wiedzę o tym, co Złe i co Dobre, zawinił własnej starości. No ale nie my osobiście, dlaczego można nas ukarać za winę Adama (bo u Michała Anioła to Adam, a nie Ewa zrywa jabłko)?

Jako rdzeń drzewa w korze swej zamknięty,
Żyję samotny tutaj i ubogi,
Jak duch w naczyniu czarami zaklęty.
 
Na lot w mym ciemnym grobie mało drogi,
Jeno pająki pracują w zawody,
Jak gdyby tkackich czółenek tłum mnogi.
 
U drzwi mych piętrzą się odchody.
Czy winogrona zjadł, czy medycynę,
Tutaj załatwia swe wygody.
 
Kto koty, ścierwo, nocniki, grat stary
Wyrzuca, niech się na mój kąt domowy
Ze mną się nie mienia, bo znajdzie te dary.
 
W ciele jestem taki słaby i niezdrowy,
Że gdy ulżenia wiatrom chęć mnie ima,
Bym chleb zatrzymał lub ser, nie ma mowy.
 
Kaszel i katar przy życiu mnie trzyma;
Jeżeli wzdęcie nie odejdzie dołem,
Zaledwo oddać mogę dech ustyma.
 
Chromy, złamany i zbity mozołem
Żywota jestem; śmierć moja gospoda,
Gdzie żyję i gdzie stołuję się społem.
 
Smutek to moja jedyna pogoda,
Spoczynkiem moim niedola wśród bóli;
Kto cierpień szuka niech mu Bóg ich doda.
 
Śmiałbyś się widząc mnie w święto Trzech Króli
I tych pałaców rząd, który się puszy,
Wobec ubóstwa dachu, co mnie tuli.
 
Popiołów serca miłość już nie ruszy;
Jeżeli większy ból mniejszy uśmierza,
Dobrze podcięte są skrzydła mej duszy.
 
Głos mój jak szerszeń w naczyniu uderza,
Kości i żyły mam w skórzanym worze,
Smoły pigułki trzy w wnętrzu pęcherza.
 
Oczy zmętniały i spełzły w kolorze,
Zęby w klawisze instrumentu mienię,
Bo głos z ich ruchem dopiero wyjść może.
 
Musi oblicze me siać przerażenie;
Sama ma szata chociaż dłoń oszczędza
Kija, z suchego siewu kruki żenie.
 
W jednym mym uchu pająk sieć rozprzędza,
W drugim mi śpiewa świerszcza nocna zwrotka;
Charczę z kataru, który sen odpędza.
 
Amorze! Muzo! Groto kwiatów słodka!
Bazgroty, trąbki do pieprzu, do licha!
Precz, do rynsztoka z wami, do wychodka!
 
Po cóż lepiłem lalki, gdy kres czyha
Na mnie, jakiego doznał człek, co w sile
Przebywszy morze, potem w bagnie zdycha.
 
Sztuka wielbiona, w której miałem tyle
Sławy, do tego przywiodła mnie przecie:
W obcej się służbie, starzec biedny, chylę.
 
Jestem zniszczony, gdy mnie śmierć nie zmiecie.
 
Tłumaczył Leopold Staff
 

Podobno to wiersz w stylu florenckim. Dowcipny, ironiczny. Wzdragam się na myśl o ostrości, z jaką artysta widzi własną starość. I znikąd pociechy.

I tak było, żył jeszcze prawie 20 lat. Zmarł w wieku lat 89.

Tate Modern po raz drugi

Ewa Maria Slaska

Tak sobie tydzień temu napisałam trochę o Tate Modern i… poczułam niedosyt. Bo o Tate Modern można oczywiście w nieskończoność, a ja chciałam “tylko” o oknach, korytarzach, schodach i Themersonach, ale już i te chcenia wystarczyły, by znowu napisać o Tate Modern.

Okna i schody są moim ulubionym tematem w muzeach i w innych budynkach publicznych. Ale możliwe, że w muzeach przede wszystkim, bo są wytchnieniem dla oka i ducha, pozornie zajętych wchłanianiem sztuki wielkimi kęsami, a tak naprawdę coraz bardziej znużonych. Widok za oknem, pusta przestrzeń westybulu, funkcjonalność schodów przynosi ogromną ulgę. W Tate Modern świetnie to wiedzą. Naprzeciwko wielkich okien z widokiem na panoramę Londynu z Tamizą, katedrą św. Pawła i wieżowcem The Shard stoją długie ławki. Na każdej siedziała jedna osoba. Skutek pandemii czy postępującej atomizacji społecznej?

A o Themersonach muszę też koniecznie napisać, bo wydaje mi się, że ze “starej” polskiej sztuki tylko oni zostali pokazani w Tate. Z nowej wciąż się ktoś pojawia, ale ze starej nie ma nikogo, choć przecież co najmniej Witkacy świetnie by tu pasował. Albo “papież awangardy”, Tadeusz Peiper.

Themersonów znałam od dzieciństwa, bo moi rodzice i ich przyjaciele byli miłośnikami Przygód Pędrka Wyrzutka, książeczki dla dzieci, napisanej przez Stefana Themersona, a zilustrowanej przez jego żonę – Franciszkę.  Pędrek Wyrzutek był w zależności od tego, z kim rozmawiał, człowiekiem, rybą, psem i słowikiem. Ludzie widzieli w nim psa, według psów był słowikiem, a według słowików – rybą. Książeczka to seria odrębnych opowiastek o wędrówkach Pędrka i istotach które spotkał. Były to profesor-wielbłąd, karabinier, małpa, król Pingwin, kapitan Metaferejn, Subiekt sprzedający kapelusze, wilk i Mały Zafrasowany Człowieczek. Z tych historyjek najlepiej zapamiętałam świat, gdzie wszystko było udawane, ale ponieważ wszyscy się na to godzili, można było… udawać, że jest to świat prawdziwy.

Autor, z wykształcenia filozof, w tej błahej historyjce zadaje poważne filozoficzne pytania, o sens życia, o zgodę na normy, zasady i konwenanse, o to kim jesteśmy?

A skoro już jesteśmy przy pytaniu, kim jest Pędrek Wyrzutek, nie mogę nie zacytować tu wiersza Wisławy Szymborskiej Zdumienie:

Czemu w zanadto jednej osobie?
Tej a nie innej? I co tu robię?
W dzień co jest wtorkiem? W domu nie gnieździe?
W skórze nie łusce? Z twarzą nie liściem?
Dlaczego tylko raz osobiście?
Właśnie na ziemi? Przy małej gwieździe?
Po tylu erach nieobecnosci?
Za wszystkie czasy i wszystkie glony?
Za jamochłony i nieboskłony?
Akurat teraz? Do krwi i kości?
Sama u siebie z sobą? Czemu
nie obok ani sto mil stąd,
nie wczoraj ani sto lat temu
siedzę i patrzę w ciemny kąt
– tak jak z wzniesionym nagle łbem
patrzy warczące zwane psem?

Stefan Themerson, urodził się w roku 1910 w Płocku, zmarł w roku 1988 w Londynie. Był nie tylko filozofem, ale awangardowym artystą, pisarzem, poetą, eseistą, filmowcem i kompozytorem; stworzył koncepcję poezji semantycznej i maszynę do filmowania poklatkowego. Pisał po polsku, francusku i angielsku. Jedna z recenzentek Pędrka (Marta_25) pisze: Stefan Themerson stworzył powieść uniwersalną, która do dziś nie traci na wartości. To książka trudna, wymagająca od czytelnika sporego zaangażowania i pewnej zdolności „zacierania granic” między fikcją, a rzeczywistością.

Themerson na tle obrazu swojej żony, Franciszki.

Równie niezwykłym powieściowym bohaterem Themersona co Pędrek jest też profesor Mmaa, czyli termit-antropolog, prowadzący badania nad ludźmi. Termity są bardzo dociekliwymi naukowcami, a zdobywają wiedzę pożerając książki. Wykład profesora Mmaa to kolejna opowieść utopijna o całym życiu i całym świecie, pełna odniesień do filozofii, religii i psychoanalizy.

Franciszka Themerson z domu Weinles (ur. 1907 w Warszawie, zm. 1988 w Londynie) – polska malarka żydowskiego pochodzenia, rysowniczka, ilustratorka, scenografka; wydawczyni; żona Stefana Themersona.

W Tate znaleźli się oboje głównie dzięki awangardowym filmom. Wikipedia wymienia ich siedem, ale cztery zaginęły. Dwa powstały w Londynie na zlecenie Rządu RP na Uchodźstwie. W Tate można obejrzeć film The Eye & The Ear, w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie – rekonstrukcję  Apteki.

W historii Themersonów wzrusza mnie też ich wzajemne przywiązanie do siebie. Byli kuzynami, poznali się, gdy Stefan miał lat 19, a Franciszka 22, pobrali się dwa lata później. Przeżyli ze sobą ponad 50 lat i jak twierdzą wszyscy, którzy ich znali, przez cały czas byli bardzo dobrym, zaprzyjaźnionym ze sobą małżeństwem. Umarli w tym samym roku, w odstępie trzech miesięcy.

Listopadowe spacery cmentarne. Poppy Day.

Ela Kargol

Brytyjski cmentarz w Stahnsdorfie (Berlin South-Western Cemetery)

O tym, czy maki kwitną w Stahnsdorfie wiosną, muszę się jeszcze przekonać. Na pewno zakwitają 11 listopada, a ściślej w niedzielę najbliższą tej dacie.

11 listopada 1918 w wagonie kolejowym w lesie Compiègne został podpisany rozejm między Ententą i Cesarstwem Niemieckim, kończący I Wojnę Światową. Rozejm wszedł w życie tego samego dnia o godzinie 11. Tego dnia Polska po 123 latach zaborów odzyskała niepodległość. W 1937 roku ustanowiono w Polsce 11 listopada Narodowym Świętem Niepodległości.

W Finlandii 11 listopada obchodzony jest Dzień Ojca, w Tajwanie Dzień Bliźniąt, w Chinach Dzień Singli, w Stanach Zjednoczonych Dzień Weteranów, we Wspólnocie Narodów Dzień Pamięci (Remembrance Day) nawiązujący też do dnia zakończenia I Wojny Światowej. Dzień Pamięci nazywany jest także Dniem Maku (Poppy Day).

Mak już od starożytności symbolizuje wieczny sen i śmierć. Makami przystrajano grobowce faraonów. Architektura sepulkralna pełna jest maków wykutych w kamieniu.

Mak jest rośliną ulotną, przemija szybko, jak życie. Nasiona jego z kolei mogą wykiełkować nawet po 30 latach.

Najbardziej lubi ziemię nagą, bez roślin, taką przeoraną i wymęczoną, wzruszoną pługiem lub wojną.

Poppy Day nie wziął się ze starożytnych wierzeń, ale z flandryjskich pól, pól, gdzie toczyły się najkrwawsze bitwy I Wojny Światowej.

John Alexander McCrae był kanadyjskim poetą, lekarzem, żołnierzem Kanadyjskich Sił Zbrojnych. Brał udział w Wielkiej Wojnie. Podczas drugiej bitwy o Ypres 2 maja 1915 roku ginie jego dobry przyjaciel. Pogrzeb odbywa się następnego dnia i wtedy McCrae dostrzega ogrom kwitnących maków na wojskowym polowym cmentarzu. Zaraz potem John McCrae pisze swój słynny wiersz In Flanders Fields. Czerwony kwiat maku staje się symbolem Dnia Pamięci w krajach anglosaskich i w ten dzień noszony jest z dumą przypięty przez Brytyjczyków do ubrania. Ze sztucznych maków powstają wieńce, składane w miejscach upamiętniających wojny, nie tylko tę pierwszą. W Poznaniu, na cytadeli na Cmentarzu Wojennym Wspólnoty Brytyjskiej, jedynym takim cmentarzu w Polsce, od lat składa się w niedzielę najbliższą 11 listopada wieńce ze sztucznych maków. Te wieńce widziałam już tam kilka razy i aż wstyd się przyznać, nie umiałam ich połączyć z żadnym świętem. O samym maku-symbolu, papierowym kwiatku, dowiedziałam się również stosunkowo późno.

Wojskowy cmentarz w Stahnsdorfie (Berlin South-Western Cemetery) założony został w roku 1924. Jest częścią znanego cmentarza Südwestkirchhof Stahnsdorf, o którym TU pisałam niedawno. Pochowano tu 1172 ofiary Wielkiej Wojny. Przy Heerstrasse w samym Berlinie znajduje się inny Brytyjski Cmentarz Wojskowy dla ofiar II Wojny Światowej, na którym wśród żołnierzy innych narodowości pochowanych jest pięciu Polaków służących w Polskich Siłach Zbrojnych w Wielkiej Brytanii.

Te cmentarze projektowane są wszystkie w podobny sposób, zgodnie ze standartami Komisji Grobów Wojennych Wspólnoty Narodów. W centralnym miejscu umieszczony jest Krzyż Ofiarności (Cross of Sacrifice), w rzędach w wojskowym szyku ustawione są jasne wapienne stele z nazwiskiem zmarłego,  w równym szyku przed nimi rosną rośliny ozdobne i kwiaty. Wśród kwiatów na pewno są róże. Maków nie widziałam, ale to nie ich pora kwitnienia.

Przyjechaliśmy w tym roku tu specjalnie, żeby uczestniczyć w Remembrance Sunday, o godzinie 11 w dniu 8 listopada. Jechaliśmy z Berlina rowerami, bez współczesnych udogodnień, z mapką narysowaną ołówkiem na kartce. W końcu i przy końcu drogi wiedzieliśmy, że cmentarz musi być już gdzieś w pobliżu i wtedy wyłoniła się jakby z brytyjskiej mgły postać w meloniku z parasolem, w klasycznym trenczu z przypiętym do niego po lewej stronie papierowym makiem. Bardzo precyzyjnie i krótko opisał nam drogę i wojskowym szybkim krokiem pomaszerował dalej. Na cmentarz dotarł przed nami. Bo myśmy pojechali za głosem dudziarza, który ćwiczył w sosnowym lesie swoje smutne granie przed główną ceremonią. Była msza, bardzo uroczysta. Po odegraniu na trąbce wojskowego sygnału The Last Post nastąpiły dwie minuty ciszy. Krótko potem trębacz zagrał pobudkę Reveille. Nasz Brytyjczyk stał wyprostowany trzymając prawą rękę na sercu. Pastor opowiadał o okrucieństwach wojen i o utrzymaniu pokoju za wszelka cenę, i o wspomnieniu tych, co polegli. I nagle rozległy się dudy, pieśn żałobna wygrana z taką mocą i żalem, że aż mnie przeszedł dreszcz, tym bardziej, że nie widziałam dudziarza, słyszałam tylko muzykę, a potem go zobaczyłam, stąpającego między jasnymi grobami tych, najczęściej młodych, chłopców.

John McCrae

In Flanders Fields

In Flanders fields the poppies blow
Between the crosses, row on row,
That mark our place; and in the sky
The larks, still bravely singing, fly
Scarce heard amid the guns below.

We are the dead. Short days ago
We lived, felt dawn, saw sunset glow,
Loved, and were loved, and now we lie
In Flanders fields.

Take up our quarrel with the foe:
To you from failing hands we throw
The torch; be yours to hold it high.
If ye break faith with us who die
We shall not sleep, though poppies grow
In Flanders fields

Wśród Flandrii pól

Wśród Flandrii pól kwitnący mak
krzyża za krzyżem barwi szlak,
kres naszych dróg. Skowronka lot
wzbija się ponad armat grzmot
co śpiew mu głuszy – dzielny ptak.

Nasz los to Śmierć. Wciąż życia smak
w pamięci trwa, choć miłość wszak
nie kończy się, nasz grób jest tu,
wśród Flandrii pól.

Podejmij walkę, tam wciąż – wróg,
weź z rąk omdlałych złoty róg.
Niech zabrzmi znów, nie zawiedź nas,
Bo zburzysz nam spoczynku czas.
Zbudzimy się, choć maki śpią
Wśród Flandrii pól.

Tłumaczył Tichy na blogu Okruhy (Salon24)

Wiersze / Gedichte

Tibor Jagielski

F

faun jest dziki, faun jest zły,
faun ma ostre rogi, kły,
jeśli spotykasz fauna w gaju,
wiedz, że kluczem jest do raju.

tegel in nebel

mein flughafen blieb still heute nacht
die radarflügel
die lichter
schutdown

50 jahre sah ich zu dir hin
brachte dort jemanden
oder empfing

ich werde dich
vermissen

IX XI MMXX

https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Schloss_Tegel_Sammlung_Duncker.jpg

lato czarnych stóp

lato było pełne jagód
lepiły się do stóp
ich sok tryskał obficie
i farbował wszystko na czarno

panował upał jeżyny
pęczniały od słodyczy
śliwki dojrzewały przedwcześnie
a żarłoczne osy dobierały się
im do skóry

nawet zmrok nie przynosił ulgi
nie spadła kropla na ziemię
i co raz to wybuchały pożary
zmęczeni ludzie chwytali za wiadra i sikawki
przeciwko smokom
ogień! ogień!
rozlegało się wkoło

a ja
niczym łoś wędrowałem po mokradłach i bagnach
przepływałem jeziora
by spocząć w cieniu olch

nie byłem sam
towarzyszyła mi miłość
niosła mnie ścieżka
drzewa rozwierały gałęzie
a nawet skały rozsuwały się
i wiatr dodawał skrzydeł

gwiazdy
mrugały do mnie na dobranoc
budziło słońce
tego lata obrodziły jagody
nie byłem sam

26 VIII 11/ 22 XI 20

Autor podpisał to zdjęcie / Autor gab dazu so eine Unterschrift: Amrumtasse