Deszczowa delegacja 2

Mieczysław Bonisławski

– Wasyl chodził razem z Reinhardem. Był w Werwolfie a przedtem w UPA. On nigdy nie zapomniał i nie wybaczył. Chociaż zgodził się, aby go przesiedlili, zamiast dać się zabić. – punktował stojący w progu mężczyzna. Nie siadał, zresztą nie było na czym. Wokół stołu były tylko trzy foteliki. Na kolejne słowa siedzącego jednak na chwilę zamilkł, pochylił całą postać, jakby się skulił po silnym i celnym ciosie.
– Przypomnij sobie raczej ludzi, którzy mogli zginąć na twoim wiadukcie.
Specjalista, ciężko dysząc wlał w siebie jednym haustem zawartość szklanki. Odstawił puste naczynie. Nieprzyjemnie zgrzytnęło szkło o szkło.
– Nie doszło do tego. Zatem nie ma o czym mówić – ta chwila wystarczyła mojemu przystojniaczkowi, aby doszedł do siebie. Jego adwersarz jednak nie zamierzał odpuścić:
– Zamiast się czepiać mojej rodziny, opowiedz jak to razem z Ostrowskim chcieliście wysadzić ten wiadukt w Zielonej, na Krakusa on chyba był, czyż nie tak?
– Bawiłam się tam – wyskoczyła niczym kamień z procy Wioleta. – Naprawdę chciał go pan wysadzić? Tak normalnie, wybuchem? Niech pan opowie, koniecznie…

Ostrowski, Ostrowski? Zaraz, zaraz, z czym mi się to kojarzyło? Pierwsze spotkanie z nową paczką w knajpie pod redakcją. Bufet, przy bufecie taborety. Puste. Długi stół w głębi, po prawej, od strony zaciemnionych okien.
– Będziesz Alicjo kontynuować rodzinne tradycje…?
– Nie wiem, chyba tak.
– Dajcie dziewczynie spokój…
– Czemu, niech wie.
– Co mam wiedzieć?
Sekretarz, nieformalny opiekun naszego domu, przyjaciel Ojca, zanim ten nas opuścił, Świtała, sięgnął przez cały stół po półlitrówkę. Chociaż nigdy tego nie robił, nalał sobie i starszyźnie (w sumie ze dwóm osobom, nie z redakcji, ale historykom z pracowni konserwatorskiej Klema, z którymi – z oczywistych względów już bez samego sepleniącego Klema – bawili się w taki teatrzyk radiowy) i oddał flaszkę komuś „młodszemu” (stanowiskiem). Wystarczyło to jednak, aby wszyscy zamilkli. Milczenie zaczęło się przeciągać, a że wtedy jeszcze dla towarzystwa piłam razem z nimi, łatwo odniosłam wrażenie, że przeciągało się zbyt długo. Łatwo mi też przyszło wykrzyczeć słowa, jakich potem już nigdy nie używałam w takim gronie:
– No co, do cholery, mam wiedzieć?! Czy ktoś mi to w końcu wygarnie, czy też siedzą tu sami frajerzy?
Większość chyba nie wiedziała, tak samo jak ja, o co chodziło (jaka miła iluzja, prawda?) Ich zaciekawienie wzrosło teraz w dwójnasób: o jaką tajemnicę chodziło, a może (nawet bardziej) – jak też zareaguje człowiek, który zaczął ten wątek i któremu taka gówniara jak ja, tak się postawiła?
Tym człowiekiem był wielki On, Horowicz, promowany przez partię na stanowisko naczelnego, po Lemieszu (poprzednim naczelnym, którego ponoć zmuszono do odejścia w pięćdziesiątym szóstym), pierwszy po Bogu na tym okręcie. Albo moja kariera miała się teraz zakończyć, zanim cokolwiek jeszcze własnego opublikowałam, albo sprawę musiał załatwić drugi po Bogu, sekretarz redakcji.
Stało się to drugie. Świtała wstał zza stołu, zrobił krok w moją stronę i podniósł z krzesła. Wziął pod rękę i lekko wypchnął na środek sali.
– No, moi drodzy. Za bardzo coś witacie nową koleżankę. Nie mierzcie jej według siebie, mocna głowa przyjdzie po pierwszym, drugim, trzecim dużym artykule… Chodźze mną dziecinko, przeprośmy na chwilę kolegów…
I wtedy, w szatni, gdy mi zakładał na ramiona lekki płaszczyk, Świtała powiedział te słowa, których nie mogłam sobie przypomnieć tego ranka:
– Twój Ojciec, tak naprawdę, zdążył napisać jeden duży artykuł. Właściwie, biorąc pod uwagę, że to był jego ostatni u nas tekst, trzeba go traktować jak swoiste memento. Szczególnie, że w jakiś sposób zaprezentował w nim swoją własną ścieżkę, pracę tutaj, w Zielonej Górze.
Wspięliśmy się po stromych schodach ku wyjściu z budynku redakcji (knajpka była ulokowana na poziomie piwnic). Otworzył drzwi i pchnął mnie na dwór.
– Horowicz, no wiesz, zastępca, stary wyga, miał duże ambicje, które sprawa Ostrowskiego i to jak twój Ojciec ją poprowadził, nieco utemperowała. Potem, jak ją opisał, ten stary zawistnik poczuł się jeszcze bardziej urażony. Pamięta mu to do dziś. Nie wzoruj się na Ojcu, nie kontynuuj jego pierwszego tekstu, a przynajmniej unikaj pretekstu, aby ktoś cię tak odbierał.
– Wiesz co – i to było to właśnie zdanie – Szoruj teraz prosto do domu, wyciągnij z Olimpii Ojca jakąś starą zapisaną kartkę i wkręć na jej miejsce nową, zupełnie czystą. U mnie i u wielu rozpoczynasz nową kartę, swoją. I dodał jeszcze coś, co nie dawało mi spokoju, za każdym razem, jak tylko to sobie przypomniałam:
– Nie chcemy, abyś kończyła to, co zaczął twój Ojciec, jego tekst niech zostanie taki, jakim on sam go zostawił…
Kątem oka zobaczyłam, jak mój przystojniak wychodzi z kantorka a za nim biegnie moja przyjaciółka. Nie chciałam jej tak zostawiać, poza tym to był mój przystojniak.
– Jeszcze do pana wrócę. Ma pan bardzo ciekawy wątek, dostrzegam to u pana. Bez pana nie będzie artykułu – szepnęłam oszołomionemu gospodarzowi i już byłam na korytarzu. Administrator stał obok Wiolety. Zupełnie blisko, lekko się nad nią pochylił. Moja przyjaciółka zadarła głowę i spijała mu z ust padające słowa:
– Ostrowski był moim kolegą. Chociaż początkowo nie byłem w tej paczce od zamachu. Później zresztą też stałem tak bardziej z boku…
– To nie on wymyślił, że stworzą grupę bojową, która będzie walczyć z komuną zbrojnie. Był tam taki ich szef, dowódca, który wyznaczał cele ataku i robił wszelkie plany.
– To prawda, że wiadukt nad Krakusa, jako cel dywersji podsunął Ostrowski. Ten ich dowódca chciał wysadzić wiadukt między dworcem południowym a browarem. Ale właśnie Ostrowski prowadził zwiad i ocenił, że tamten wiadukt jest zbyt masywny, że nie starczy im materiałów wybuchowych. I zaproponował jako cel mniejszy wiadukt, właśnie na Krakusa.
– Kolej nie jeździła już do Szprotawy. Ruscy zawalili most na Śląskiej Ochli pod Jarogniewicami. Chcieli tamtędy przepchać lawety z czołgami. Ładunek okazał się zbyt ciężki, to była wszakże tylko taka kolejka. No i most runął a pociąg się wywalił…
– Wtedy jeździły składy do fabryk, tak jak teraz. Węgiel do „Polskiej Wełny” i browaru, drewno do tartaku i do zakładów stolarskich. Taki wybuch przerwał by te dostawy. To by była taka prawdziwa dywersja, jaką robili partyzanci podczas wojny.
Ostrowski dostał parę lat, pozostali też. Mnie nie wsadzili, bo nie byłem w środku grupy. Ale, że wiedziałem o niej, moje życie w mieście było skończone, zesłali mnie tutaj do PGR-u do pilnowania pałacu.
Takie podrzędne stanowisko, nieco więcej niż dozorca. Nikt mnie tu nie słucha, wszyscy wszystko niszczą, a ja nie mam nic do powiedzenia. Co ja tu upilnuję, tyle co nic. Moje życie jest przegrane, zawaliło się tak, jak niedługo zawali się ten pałac…
Wioleta sądząc, że mężczyzna skończył swoją historię, spróbowała wprowadzić do rozmowy swoją wersję:
– Szkoda by było tego wiaduktu. Myśmy się tam bawili. Czy taki wybuch mógł być niebezpieczny dla ludzi mieszkających przy wiadukcie? Sami mieszkamy całkiem niedaleko.
Lecz mężczyzna jeszcze nie skończył. Ze złością popatrzył na moją przyjaciółkę. Syknął na nią i rozdrażniony rzucił jej prosto w twarz:
– To nie o zabawę chodził ! Jak można o czymś takim w takiej chwili, nie wstyd ci panienko?! – i tu nastąpił najbardziej dramatyczny fragment, na który czekałam, aczkolwiek chyba zupełnie nieświadoma tego co usłyszę. Najpierw padło imię i nazwisko mojego Ojca a zaraz potem – Ten człowiek był wszystkiemu winny, całemu nieszczęściu Ostrowskiego, a przez niego i mojemu. To przez tego człowieka Ostrowski poszedł siedzieć, a ja wylądowałem tutaj, jako nikomu niepotrzebne popychadło.
Zdenerwował mnie:
– Chcieliście pozbawić setki ludzi ich miejsc pracy, być może zabić tych, co mieszkali przy samym wiadukcie i ty winisz za karę, jaką dostaliście, człowieka, który to opisał w gazecie?!
– Opisał w gazecie?
– Wy chcieliście zabijać, a on to tylko opisał. Co, napisał nieprawdę? W którym miejscu?
– Ależ to nie o pisanie chodzi. Tak mało wiesz, czy udajesz?
– Czego znowu nie wiem?
Odpowiedź na to pytanie zapowiadała się, jako kluczowa. Czułam, jakbym właśnie na tę wiadomość czekała całe swoje życie. Następna chwila mogła coś zmienić, los jednak chciał inaczej.
– To panie są z gazety ? Czekałyście na mnie.
O mało się nie roześmiałam. To był chyba ten inspektor… Inspektor ze spółdzielni, dla którego tu przyjechałyśmy i którego tak zawzięcie szukałyśmy w tym deszczu i smrodzie pekaesu, i ocierając się o pijaczków, i w tym zabłoconym gie-esie…? To był on? Ten mizerutki facecik z przedwojennym wąsem á la Chaplin, w za ciasnym na niego czarnym garniturku, który marynarkę włożył – zdaje się – na jakiś sweterek czy bluzeczkę od mamusi? Tego nie mogły nadrobić nawet nogawki odprasowane na kancik i przykrótkie rękawy z mankietami z zapiętymi guzikami, i nawet czyste lakierki. Facet wyglądał niczym… Kto, no – grabarz. Miniaturka grabarza… Ciekawe, kto to akurat umarł, kogo to dziś miał w planie pogrzebać nasz grabarczyk?
– Tak, czy nie?! – mała postać w garniturku była cała samą złością.
Wymieniłyśmy się z Wioletą bezczelnym i kpiącym spojrzeniem. Bez słów się zrozumiałyśmy. Miałyśmy jeszcze pomilczeć, chciałyśmy zobaczyć co gościu jeszcze potrafi?
Nie było to nam jednak dane.
– Panie Tadeuszu, to jest pani redaktor… – specjalista, który wyszedł za nami na korytarz, usłużnie wymienił moje nazwisko. – A to jest inspektor zarządu spółdzielni remontowo budowlanej, pan… – dokończył prezentacji, stając między nami, tak bardziej przy Wiolecie.
Obaj „nasi” faceci sięgali mi do ramion. Nie czułam się z tym zbyt komfortowo. Mali, drobni mężczyźni drażnili mnie, czułam się przy nich nieswojo. Nie wiem, co się ze mną działo, odczuwałam nie macierzyńską opiekuńczość wobec takich maleństw, ale jakąś niesprecyzowaną przewagę, z którą było mi bardzo źle. Nie chciałam tej przewagi. Nie rozumiałam jej, nie wiedziałam, do czego ją wykorzystać. Było mi z nią nie do twarzy, niepokoiła mnie i trwożyła.
– Takie więcej mądraliny z was? – skonstatował z przekąsem inspektor Tadeusz. – No dobrze. Zobaczymy – to było już bardzo uszczypliwe.
Wioleta odsunęła rękę specjalisty ze swego ramienia. Wyprostowała się tak energicznie, że potrąciła drzwi od biura, aż te niebezpiecznie pchnięte o mało nie trzasnęły administratora.
Tylko refleksowi gospodarza zawdzięczałyśmy to, że nie doszło do nieszczęścia. Obaj mężczyźni roześmiali się. Wtórowałam im i ja. Po chwili dołączyła Wioleta. Atmosfera została rozładowana, tylko inspektor nie dał porwać się tej fali. Nadal był naburmuszony, ale w końcu zaczął chociaż gadać po ludzku:
– Wracam do lasu, do ceglanego wiaduktu. Powinnyście pojechać ze mną… – dostrzegł nasze zdziwione spojrzenie. I szybko wyjaśnił – Stamtąd wróciłem. To w środku Lasu Broniszowskiego, za gliniankami, z których czerpiemy materiał na cegły, dawny przystanek „jagodowej kolejki”. Już nie Broniszów, a jeszcze nie Neudorf, głusza i dzicz. Wszystko można zrobić, wszystko ukryć. Nikt się nie zorientuje, nikt się nie dowie… Same lasy, gąszcze, skisłe dolinki.
– Jedziemy… W końcu coś się dzieje! – ucieszyła się Wioleta i ruszyła za panem Tadziem w garniturku. Zapomniała o swoim podwórku w cieniu nie wysadzonego wiaduktu, zapomniała o mnie i o moim szkalowanym Ojcu, i o moim administratorze. Na nieszczęście los nie był mi przychylny.
Pan Tadzieniek zatrzymał się w pół kroku przy końcu korytarza i pacnął się otwartą dłonią w czoło.
– Zaraz, jeszcze tylko jedno połączenie – obrócił się w miejscu i pędem wtargnął do sekretariatu. W drzwiach natknął się na dwóch młodych kolesi w skórzanych kurtkach, wysokich butach z cholewami. Do kompletu dochodziły jeszcze przekrzywione na bakier czapki leninówki na wygolonych głowach.
– Ach prawda…! – cofnął się ku nam i tym dwóm. W końcu podniósł głowę, przestał nią kręcić i popatrzył spokojnie nam w oczy – … byłbym zapomniał. Biorę jeszcze tych dwóch tutaj. Panie wybaczą, nie zmieścicie się wszyscy w gaziku. Pojedzie tylko pani redaktor. Koleżanka – skierował wzrok na Wioletę – zostanie tutaj i zaczeka, aż wrócimy.
No nie! Jakby mi cegłówka z wiaduktu, koniecznie ceglanego, spadła na łeb. Za nic nie pojechałabym sama z tym grabarczykiem. Bez szans. Otworzyłam usta, aby ostro zaprotestować.
Tadzieniek nawet na mnie nie spojrzał. Ci w leninówkach rozstąpili się, a on przemaszerował między nimi w kierunku stołu z radiotelefonem i królującej przy nim pani Olgi. Ku mnie skierował tylko wskazujący palec podniesionej nad głową ręki, którym potrząsnął, a zza jego pleców doleciało mnie krótkie:
– Nie teraz. I żadnych „ale”.
Stanęłam na środku korytarza jak osłupiała. Nie miałam siły zrobić nawet kroku, czy się obrócić. Słowa nie mogłam z siebie wydusić. Poczułam się jakbym była z drewna, taka drewniana marionetka, której ręce i nogi wprawia ktoś w ruch pociągając za sznureczki. Świat wokół mnie pulsował, wirował, żył. Ludzie gadali, podchodzili do siebie i odchodzili gdzieś, a ja tkwiłam po środku nich jak drewniana kukła na scenie, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, bez możliwości reakcji, ogłupiała i niema. Mogłam tylko słuchać, nawet bez wpływu na swoją mimikę, bo i moja twarz, oczy, wszystko zamarło.
No to słuchałam.
No i nasłuchałam się.
– Jak to, dlaczego! – buntowała się Wioleta.
– I co, panie inspektorze? Znalazł je pan, u administratora, czy u tego drugiego? – to doleciał głos sekretarki.
– U Demianiuka, pani Olgo. Niech pani włączy krótkofalówkę.
– I jakie one? Tak jak ostrzegałam?
– Nieważne, nieważne. Szybko, krótkofalówka…
– Z której strony wiaduktu pani mieszkała? – to był administrator.
– Od miasta, czyli od fabryki, ale na drugim końcu ulicy…
– Po tej stronie, czy po tamtej…? – tak, to był mój administrator!
– To te?
– Chyba te dwie – wymienili się głębokimi spostrzeżeniami obaj młodzi w leninówkach z cholewami.
– Jakby co, zapraszam z powrotem do siebie – nadskakiwał Demianiuk, specjalista.
– A idźże ty – ofuknął go mój przystojniak – Chodźmy do mnie, czuję się zobowiązany wyjaśnić pani tę historię do końca. Nie chciałbym żadnych niedomówień.
– Odbiór!… Tak, zaraz przyjadę… Bądź gotów… Nie, nie będę sam… – krzyczał do mikrofonu Tadzieniek, głosem silnym, o jaki bym go nie podejrzewała.
– Będziesz potrzebny… Czy mam to zrobić sam, czy czekać… – charczał ktoś po drugiej stronie aparatu – Sam jedziesz?… Pomogą coś, czy sam piach…
– No właśnie, nie wiem, czy miałam się wtedy bać? Czy tak zupełnie nieświadoma… – słodko kwiliła Wioleta, zdrajczyni.
– Mówiła coś o milicji… Może ona… – judziła sekretarka.
– Milicji wystarczy – ofuknął ją inspektor – Resztę musimy chwilowo zrobić sami.
– Tak! Słyszysz mnie? – znowu krzyczał do mikrofonu – Przywiozę wam ją… Trzeba
dokładnie posprawdzać… żadnych tam, nie, załatwimy do końca! Jakby co, bez ceregieli, to się nie może znowu rozpaskudzić naokoło…
– Ale jednak to było niebezpieczne… – przekomarzała się moja zdrajczyni. – Tak jak i teraz.
Zostanę sama… Ciemno, bez prądu, sami obcy ludzie…
– Będziemy jechać razem – zwrócił się do niej skórzany z cholewami – Pierwszy raz w Lesie?
– Po co ona tutaj?… – charkot z krótkofalówki – Córka zapewne, nie wiadomo czy nie… A jak się pojawi to co?
– Ciekawe te nasze Kocie Góry, jest taki przepust, po starej kolei, jak się popatrzy w dół, to… – powiedział skórzany.
– Chcecie, żeby tamta tu została? – spytała Olga.
– Co mam teraz powiedzieć, obiecać, że się panią zaopiekuję, niby za tamto?
– A nie wypadało by…?
– A jak tamta nie wróci, to co, tę do Radwanowa, na ostatni pekaes?
– Z tamtej strony szosy pagórki jeszcze większe. A na jednym takie głazy, w krąg ułożone.
Nieciekawie mówię?

Zaraz, zaraz. Spokojnie. O czym inspektor rozmawiał przez krótkofalówkę, o kim, chyba nie o mnie. Piach, to znaczyło, że do piachu? Co mieli załatwić do końca? I kto miał
to załatwić? O co pytała ta wydra, Olga, sekretarka? Dlaczego miałabym nie wrócić? Czemu Wioleta miałaby sama wracać pekaesem?
A ten co znowu, co za głazy, co za Las? Czego on chciał, przeszkadzał tylko, słuchać nie
dawał. Zaraz, zaraz, co inspektor chciał odpowiedzieć wydrze…?
Wydra, wydra. Długie, grube czarne włosy opadały prosto. Jak u kruka. Niska, tak się
wydawało i dosyć krępa w sobie. Skóra taka bardziej ciemna niż jasna, cera poorana. Uroda jak u młódki gdzieś z chutoru na Ukrainie, oderwanej od wiadra i wideł za biurko… Wydra to nie ta cała Olga, ale Wioleta. Ja jechałam do roboty, a ta podrywała przystojnego administratora. Może nie powinnam jechać ? Nie dałabym jej forów, niechby zobaczyła co i ja potrafię… Co ona zresztą mogła, poza tą swoją ulicą świata nie widziała…
Przyjechałam tu w ten deszcz, aby napisać artykuł. „Zapisuj swoją czystą kartkę”, kto to mi mówił? Sekretarz, Świtała. Wszyscy mi ponoć sekundowali. Ci wszyscy, co mi dobrze życzyli, przyjaciele. Jakże mogła bym ich zawieść ? Niech cię, moja droga Wioleto. Za tym administratorem ciągnął się jakiś smród. Jeszcze byś zobaczyła, gdy przywiozłabym rozwiązanie zagadki z Lasu, ścięło by cię z nóg! Jeżeli bym wróciła. A co by było, jak bym nie wróciła? Poszłabym do piachu? Gdzieś w gąszczu, a ciebie odprowadzili by na ostatni pekaes. I kto by odnalazł moje kości w skisłej dolince, gdzieś na dnie glinianki? Jakiś młody, przystojny ładowniczy, muskularny i bez koszulki, z opalonym torsem, jak u atlety… No i co z tego by mi było po tym?!

Wioleta została z administratorem. Specjalista musiał zadowolić się zabawianiem wrednej Olgi. Ta próbowała go odegnać od siebie, w ogóle z sekretariatu, ale deszcz, który znowu zaczął siąpić był na rękę małemu, grubemu i łysemu mężczyźnie. Gdzież tu było mu iść do przyczep na placu? Wszystko było prawie rozładowane, a w ten deszcz i mrok i tak nie dało by się nic mądrego więcej zrobić. Tak to mniej więcej jej tłumaczył, coraz pewniej moszcząc się w jej gabinecie.
Za kierownicą zasiadł maleńki Tadzik. Dwaj skórzani z cholewami z rumorem zawładnęli tylnymi siedzeniami gazika. Skromnie usiałam z przodu, obok kierowcy. Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć? Powinnam być wściekła na Wioletę? – nie bo to by było płaskie, płytkie i głupie. Zła na to, że wszystko potoczyło się zgoła poza moją kontrolą, że ktoś za mnie tym wszystkim pokierował? A może jednak były tu gdzieś powody do niepokoju? No, bez przesady! – robiłam to co chciałam, to co zaplanowałam i po co tu przyjechałam. Siedziałam w służbowym gaziku, który prowadził inspektor państwowej instytucji, współpracujący z milicją. Tylko te mroczne, teatralne dekoracje wokoło i nade mną…
Tadeusz ssał w ustach papierosa, którego końcówka żarzyła się raz po raz w mroku tego pochmurnego i deszczowego dnia. Ciekawe, czy papieros zmókł ? Przecież krople deszczu go chyba nie omijały?
Inspektor całą swą mizerną postacią głęboko zapadł się w obszernym, przednim siedzeniu. Obie ręce miał wyciągnięte daleko przed siebie, ledwo co dosięgał do kierownicy, którą łapczywie objął oboma dłońmi, wszystkimi dziesięcioma palcami. Obracał nią całym sobą, jakby z wysiłkiem. I pociągał papierosa, raz po raz. Nic nie mówił, całym swym jestestwem oddany prowadzeniu gazika.
Przyglądałam mu się początkowo z wielką ciekawością. W końcu stało się to nudne. Gazik potoczył się najpierw z łoskotem brukiem do gościńca. Tam prowadzący, z niejaką fantazją, skręcił w prawo i wyskoczył na sam jego środek. Moment i znaleźliśmy się na placu, gdzie zawracał osinobus. Tu z nie mniejszą werwą kierowca zamaszyście skierował auto w lewo.
Przecisnęliśmy się między dwoma zbiegającymi się tu ku sobie chałupami. Pod nami biegł dukt, w który przeszła początkowo brukowana droga, najeżony gdzie niegdzie polnymi kamieniami i ułamkami cegieł.
Trzeba było przyznać, że inspektor – grabarczyk – czuł tę jazdę, odnajdywał się w tej roli. Prowadził rozsiadłszy się nieco pokracznie i tak też wyglądał za kierownicą, ale manewrował nią pewnie i z pewną nutą fantazji. Pilnował miarowej pracy silnika, żadnego rzężenia czy wycia na obrotach, żadnego zgrzytu w skrzyni biegów, a pudło gazika było cały czas pod kontrolą, w pełni ujarzmione. Przed nami, w oddali, zamykała horyzont, niemal rozmazana w mroku i padającym deszczu, w coraz niższych i coraz ciemniejszych chmurach zlewających się z zarysem drzew, ściana lasu, porastającego zbocza i grań szeroko rozłożonego wzgórza. Zamykało ono cały widnokrąg, monotonnie, niemal namacalnie leniwie, rozciągając się przed nami z prawa do lewa, niczym stary kocur przed nagrzanym piecem. Wzgórze nie było jakieś specjalnie wysokie, ale wyraźnie zaznaczało się w krajobrazie. Ludzie nazywali je Kocimi Górami.

Jechaliśmy po równym, a wzgórze powoli się do nas zbliżało. Z obu boków była pustka, o ile dobrze widziałam w tym mroku, były to chyba łąki, dosyć podmokłe, poprzecinane gdzie nie gdzie szpalerem wierzb i olch, pewnie rosnących wzdłuż rowów i kanałów. W oddali, na tle wzgórza zamajaczył ceglany komin. Zbliżaliśmy się do niego, choć było już widać, iż droga pozostawia go nieco z boku, po lewej. Zaczęły się wyłaniać coraz wyraźniejsze zabudowania wokół komina.
– To nasza cegielnia – rzucił jeden ze skórzanych z tylnego siedzenia. – Chce pani zobaczyć, jak się wyrabia cegły? W taką pogodę niewiele się tu dzieje…
– O, a tu z lewa, tu gdzie tera te bajoro na łące, tartak był – zagadał i drugi, który chyba nie chciał oddawać koledze całkiem pola – Jeszcze po wyzwoleniu drzewo tu przetrzeć wozilim. Komin był, prawie jak w cegielni. I trak pod dachem. Te wiate, jako pierwszą rozebralim i przenieślim na cegielnię. A potem komin się zwalił. Tak sam z siebie jakby.
Nie zdążyłam się do nich odwrócić, gdy cała ta masakra, która odstawili (szczególnie ten drugi), ugrzęzła w nieprzyjemnym, przenikającym gdzieś do kości, skrzypnięciu. Nasz wóz stanął w miejscu tak gwałtownie, że omal go nie podniosło. Tadzieniek hamował tak, jak prowadził, po kawaleryjsku.
Dopiero po chwili dostrzegłam to, co on zauważył na długo przede mną. Gazik niemal wrył się maską w opatuloną w ciemną chustę okrywającą głowę i cały niemal tułów, dosyć tęgą i niewysoką kobiecinę. Ta zaterkotała, ściszyła głos, obeszła wóz, stanęła obok kierowcy. Nachyliła się jeszcze bardziej ku niemu. Szeptała coś, z czego nic nie mogłam dosłyszeć.
Tadeusz puścił kierownicę. Oparł lewą nogę o burtę gazika. Odwrócił się ku kobiecie, prawą ręką wyjął z ust papierosa.
– No, gdzie? – zabrzmiało to jakoś tak pomiędzy, ni to pytanie, ni strofowanie. Inspektor zbeształ kobietę za to wtargnięcie mu przed maskę wozu, czy też raczej szukał jeszcze czegoś, kogoś?
Szybko się wyjaśniło. Z krzaków porastających przydrożny rów wyłoniła się druga kobieta. Tak samo opatulona ciemną chustą, w spódnicy sięgającej nieco poza kolana, obuta w niknące pod rąbkiem spódnicy kozaki.
– Ach tak?! – skwitował Tadeusz. Rozsiadł się na powrót za kierownicą, ale zanim ją znowu ujął, zatoczył jeszcze przed sobą prawą ręką, wskazując jakby kierunek – Przejdźcie i zaczekajcie tam, gdzie wiecie. Podjadę.
Dopiero teraz zwróciłam uwagę na to, że równinę łąk przed nami przecinała wąska kreska drzew i krzewów, siedzących obok siebie niczym na jakiejś grzędzie. To było jak opaska w poprzek łąk, oddzielająca nas od dalszej części równiny, graniczącej z lasem. Od tej części, gdzie niedaleko już majaczyły zabudowania cegielni. Wzdłuż całej równiny, po obu stronach drogi biegł w poprzek do niej, porośnięty, ledwo widoczny, ale jednak wyraźny nasyp. W miejscu gdzie się przecinał z drogą, dukt się tu lekko wspinał na to spotkanie, po prawej nie było już dalej łąk, zaczynał się zagajnik. Nie wiem ile to mogło być, metr a może półtora metra ponad powierzchnię łąki?
Gazik podjechał do tego nasypu, wspiął się do miejsca, gdzie dukt się z nim krzyżował i przekraczał, ale nie pojechaliśmy dalej, w stronę cegielni. Inspektor skręcił w prawo. Przejechał ze sto pięćdziesiąt, dwieście metrów po otoczonej drzewami, wydłużonej polance i skręcił jeszcze raz ostro w prawo. Na moment stanął w poprzek tego, porośniętego sięgającym przedniej szyby gazika zielskiem, wydłużonego placyku, po czym cofnął wóz i na wysokich obrotach ruszył do przodu, robiąc jednocześnie mocny skręt w lewo. W ten sposób zawrócił auto, które potoczyło się jeszcze parę metrów z powrotem w stronę duktu i stanęło.
Tadeusz energicznie wysiadł z wozu. Przed nim pojawiły się, niczym duchy, obie opatulone w chusty kobiety, które spotkaliśmy przed chwilą. Cała trójka odeszła kilka kroków od gazika, w stronę krzaków. Chyba nie chcieli, abym usłyszała to, o czym mieli rozmawiać?
Nie to nie. Nachalna nie byłam. A skoro oni w lewo, to ja na prawo. Spojrzałam przed siebie, w krzaki i drzewa przysłaniające w tym kierunku zabudowania Broniszowa. Stamtąd tu przyjechaliśmy.
Spojrzałam i zamarłam.
Moje oczy spotkały się z czyimś silnym spojrzeniem. Odczułam ten jad nieprzyjaźni, rozczarowanie przechodzące w szyderczą tolerancję. Skądś to znałam, to było takie znajome, jakbym się z tym zetknęła tak niedawno, że wrażenie tego spotkania ze mnie jeszcze nie wyparowało.
Zielone oczy. Zielone oczy nieprzyjaźnie omiatające mnie zza otaczającego je kasztanowo-rdzawego woalu.
Tak, w gęstwinie przykucnęła kobieta, na którą natknęłyśmy się z Wioletą po wyjściu z osinobusa. Kierowniczka nie wiadomo czego. Wtedy jej długie włosy, pewnie tuż po porannych zabiegach, chronione tym wielkim parasolem, opadały ładnie skręcone, suchymi puklami na kark i ramiona. Teraz kucała skulona, długie botki miała mokre i nieco przybłocone. Nie miała nad sobą parasola. Włosy płonęły rdzawo, ale kłębiły się już stargane i wilgotne. Patrzyła na mnie spomiędzy chaszczy niczym przyczajony wielki kot, gotowy do skoku, do ataku.
Zadrżałam.
Z zimna? Ze strachu?
W pierwszej chwili, gdy spojrzałam w kierunku wsi, zamierzałam wyjść z samochodu i zrobić parę kroków. Tak bez celu, dla rozprostowania kości lub po prostu dla zapełnienia tej kipiącej od niezręcznych relacji chwili. Gdy jednak nadziałam się na wzrok rdzawokasztanowej, odruchowo cofnęłam się, przysiadłam na powrót na swoim siedzeniu w samochodzie.
Wybawienie przyszło zupełnie nagle i z zupełnie nieoczekiwanej strony.
– Pani Truda! Co pani tak siedzi? – wyskoczył zza moich pleców, z tylnego siedzenia, jeden ze skórzanych.
Przyjrzałam się jej teraz dokładniej. Nie kucała bynajmniej, ale przysiadła sobie na murku z czerwonych cegieł. Nie było jej mokro od ziemi, bo były to jakieś stare fundamenty, suche i wybetonowane. Nie kapało też na nią z góry, gałęzie z szerokimi liśćmi, rozłożyście rozpostarte nad jej głową, skutecznie chroniły ją przed deszczem.
Truda nie zareagowała na słowa skórzanego. Ten więc odwrócił się w moją stronę.
– Pewnie dziwią panią te ruiny, co nie?
Zrobił krok w stronę gazika, podał mi rękę, zachęcając abym wysiadła za nim. Nie było powodu, aby tego nie zrobić.
Ruiny to było za dużo powiedziane. Trochę cegieł wystających z ziemi. Gdyby nie pewien porządek, czytelny jeszcze w tym szczątkowym stanie niegdysiejszej budowli, pozostałość konkretnej myśli jakiegoś architekta sprzed lat lub wieków, można by rzec – rumowisko. Czerwone cegły, trochę gruzu, ułamków zaprawy. Miało to kształt podłużny, wąski. Dwa prostokąty zbiegające się po środku, rozdzielone szerszym łącznikiem w kształcie kwadratu. Za nim coś jeszcze niegdyś było. Pozostał jakiś niewyraźny, trudny do opisania ślad. Wystawało to wszystko na grubość dwóch, trzech cegieł ponad powierzchnię gruntu. Gdzie nie gdzie tylko pozostało nieco więcej. Wzdłuż jednej krawędzi kwadratu, tej jakby dalszej, patrząc ode mnie, zachował się zwornik dwóch ścian. Wysoki może na pół metra. Na tym czymś przysiadła rdzawokasztanowa pani Truda.
Z paplaniny skórzanych wiedziałam już, że była tu dawniej, za Niemca, a jeszcze i chwilę po wojnie, stacja kolejowa. Na trawiastej polance, gdzie stanął nasz gazik były tory, bodaj dwa, czyli główny i boczny (tak zwana mijanka). A tutaj?
– To był dworzec w Broniszowie?
– Nie, skądże. Za mały – zaoponował młody. Podszedł do rumowiska, stanął pośrodku kwadratu. Butem uderzył w murek, na którym siedziała Truda. – Tu była waga towarowa. Solidnie obudowana, ceglanym murem, zadaszona.
Kobieta pokiwała głową, po czym energicznie wstała. Na jej twarzy widoczny był bardzo wyraźny niesmak. Ruszyła w kierunku samochodu. Minęła mnie w milczeniu, nie patrząc. Wzrok wbiła w ziemię.
Nie to nie, nie musiałyśmy przecież rozmawiać. Odwróciłam od niej twarz, wzruszyłam
ramionami i podeszłam do skórzanego, jakby nikogo więcej już obok mnie nie było.
Usiadłam obok, ale na drugim końcu murku, naprzeciw miejsca, gdzie siedziała przed chwilą rzdzawokasztanowa.
– Co tu ważono, cegły z cegielni ?
Skórzany zaśmiał się. Sama wiedziałam, że to było głupie pytanie, ale chciałam go właśnie pobudzić do śmiechu. Aby rozładować atmosferę, zbliżyć się do niego i może, nieco takiego rozluźnionego, rozgryźć.
– Nie cegły? – zdziwiłam się, grając dalej słodką idiotkę. – Nie wożono stąd cegieł pociągiem?
– Waga służyła rolnikom. Koleją wożono – no co – to, co zebrano z pola, buraki, ziemniaki. I zwierzęta gospodarskie, króliki, kozy, świnie.
– Ale cegielnia była przecież tak blisko. Pewnie też korzystała z tej kolei…?
– A pewnie.
– Widziałam już kiedyś cegielnię, na studiach zawieźli nas na praktykę reporterską. Było tam mnóstwo torów, ale takich wąziutkich. I zupełnie malutkie wagoniki. Czy tu na stację też szły takie wąskie tory, od cegielni? Gdzie były, z tamtej strony – wskazałam ręką gdzieś za gazika – czy tutaj, przy wadze?
– Jak chciałabyś zobaczyć wąskotorówkę, to musielibyśmy iść do samej cegielni. Od pieca Hoffmana i od maszynowni, kilka torów, czynnych jeszcze teraz, zbudowano do glinianek i do suszarni…
– Piec Hoffmana? Chyba byłam w środku. Tam się wypala cegły, tak?
Chłopak zadarł daszek czapki maksymalnie do góry. Kucnął przede mną i zaczął opowiadać o cegielni, o pracy robotników, dmuchawach, zegarze sterującym dosypywanie węgla. Rozpalał się z każdym zdaniem, autentycznie przeżywał to, co opowiadał, całym sobą. Potrafił zarazić entuzjazmem i podziwem do niemieckich cudów techniki cegielnianej, rozśmieszyć zabawnymi historyjkami, wynikającymi z prostoty naszych chłoporobotników, którzy zderzyli się z nieznaną im techniką i byli do tego po prostu leniwi lub pijani.
Kim był ten chłopak? Na robotnika cegielni nie wyglądał, a więc?
– Nasz piec Hoffmana ma dodatkowo jeszcze wieżę zegarową. Zapytasz, po co zegar na
wieży w cegielni? Szwaby mieli taki mechanizm, co zegarem sterował podsypkę miału do palenisk. Jak już byłaś w cegielni, to widziałaś, że piec Hoffmana to taki osobny budynek, z dołem i piętrem. Na dole są komory, w których kładzie się w stosy cegłę do wypalenia. U nas takie komory są z półkolistymi sufitami, jakby od góry położyć na nią pół przeciętej beczki. A na samej górze, pod dachem jest właściwy piec i cała instalacja do nagrzewania. W piecu Hoffmana ciepło wędruje po komorach. Każda komora ma po trzy czeluści zasypowe, w które sypie się miał. Jak się wrzuci uformowane, wysuszone cegły na wypalanie i rozpali piec, to trzeba już wypalać tę partię aż do końca. W różnych fazach trzeba pilnować, aby ogień i temperatura były odpowiednie. Pilnuje się przez dosypywanie do czeluści zasypowych tyle miału w danym momencie, ile trzeba. Ani za mało, ani za dużo. I na czas. Ani za wcześnie, ani za późno. Jak się pomylisz, to cegłę szlag trafi. Może mieć zły kolor lub kruchość. Albo wyjdzie ci zupełnie inna cegła, niż szef nakazał, nierówna. Trzeba pilnować. Nieraz jak się rozpali na noc, to trzeba całą noc czuwać i ganiać od czeluści, do czeluści. A u nas takich jest ponad pół setki. Wyobrażasz sobie? Patrzysz na czas, na miarkę miału i zaglądasz pod zasuwy, ile miału wsypać? A pomyl się tylko, albo co przegap! Cała cegła może iść do diabła, a ciebie obciążą…
I dlatego Szwaby wymyśliły ten zegar. On był na wieży, tak wysokiej, że jak naciągnęłaś
ciężarki, co to opadając, same napędzały tryby zegara, wystarczyło tego opadania na całe
wypalanie. Nie trzeba było naciągać ich znowu, starczyło tylko raz, na początku. Chyba, że było jakie specjalne wypalanie, to wtedy naciągało się tylko do połowy, albo do dwóch trzecich. Albo i dwa razy na jedną partię. Ten zegar miał do trybów doczepione takie druty, cięgna, które same zamykały i otwierały otwory czeluści, przez które sypał się miał. Szwab to miał dokładnie wszystko obmyślane, zrobił taki automat. Górą szły cięgna, a dołem taśma z miałem. I mechanizm zegara tym sterował. Tak jak ustawiłaś czas i ilość porcji. Przyszedł odpowiedni czas – cięgna otwierały otwór i sypała się do nich odmierzona porcja miału. Człowiek już nie musiał na wszystko uważać sam. Wystarczyło, że nastawił ciężarki na zegarze i pilnował, aby na taśmie był cały czas miał. Czyli wystarczyło go dosypywać, tak by nie było pusto. Resztę za niego robiła maszyna. Delikatne to wszystko było. I paliło się w tym takim specjalnym miałem. Na samym początku, zaraz po wyzwoleniu, jak tylko ruszyła nasza cegielnia, zostali tu jeszcze majstrzy, Niemcy. Były też zapasy tego miału, po Szwabach. Starzy majstrzy tłumaczyli naszym, robili z nimi, a często i za nich. Ale, tak przed pięćdziesiątym, wszystkie Szwaby musieli już wyjechać, majstrzy też. I cała ta maszyneria dostała się naszym. Nie dość, że delikatne to było, to i zapasy tego specjalnego miału się skończyły. Nasi próbowali palić czymś się dało, inżynier skądciś przyjeżdżał, jakieś eksperymenta robił. Ale częściej to nie działało, niż działało. Choć jeszcze chodziło. Do przedwczoraj. Z soboty na niedzielę, właśnie poza przedwczoraj, wesele było w Mirocinie. Taka jedna „Rumunka” od krów, z czworaków, co to obok dawnej stacji kolejowej stoją w Wichowie, szła za milicjanta z Mirocina, Romka „Poznaniaka”. No i chłopaki, i ci z Mirocina, i ci z Wichowa dali nieźle w palnik. Czyli po prostu popili. Ale rebiata z Mirocina przychodziła do cegielni na nockę zawsze po robocie w polu. A teraz przecież sianokosy, nie ma że niedziela. I jak tak zapili w sobotę na tym weselu, w niedziele porobili na kacu w polu, to drugiej nocy nie wytrzymali i posnęli się na dyżurze. I nie dopilnowali zrzutu miału na taśmę. Jak się przebudzili, patrzą, a tu temperatura spada, cegła nie czerwienieje, stygnie. No i dawaj, na siłę pchać ten miał, ile się da, już nie na taśmę, ale prosto do czeluści. Ale to nie był czas, który mierzył zegar na dosypkę, więc otwory były zamknięte zasuwami. Cięgna mocno trzymały zamknięte pokrywy, więc nasi zaczęli podważać je łopatami i jakimś łomem. A cała ta instalacja była strasznie delikatna… Pozrywali kilka cięgien, wyłamali kilka zasuw. I szlag trafił całą maszynerię. Niemca, który by to naprawił, już w Broniszowie nie ma. Z samego rana wołali jeszcze fachurę z Kożuchowa, z tych warsztatów pegieerowskich, ale gdzież mu tam do szwabskiego automatu. Za cienki, nie dał rady. Ponoć po południu miał jeszcze przyjechać ktoś z zakładów z samej Nowej Soli, ale tymczasem w obiad zamiast mechaników pojawiła się ta komisja wypadkowa z Żagania.
Ciekawostka, w komisji był nasz Tadek. Żyd bo Żyd, ale swojski chłopak, właśnie z Mirocina. Znają się z tymi pechowymi weselnikami od szkoły, przy piwku spotykają się co sobota… Nie przyjechał on tu im krzywdy zrobić, tyle że za nim zjawił się Reinhard czyli Rajmund, ten, co pani już wie.
Nie wiem, co teraz będzie, szwabski automat szlag trafił. Trzeba chyba teraz wszystko ręcznie, pilnować, odkrywać, zakrywać. I nie będzie już spania na nocce… Przez jedno głupie wesele, męczyć się teraz będzie tylu ludzi, i to na lata…
Ale zostały nam jeszcze wspaniałe maszyny w maszynowni. Transporter, taki na szynach, wyciąga wózki z gliną, prosto z torów, co idą od glinianki. Potem wywraca się koleby i glina leci do mieszarki. Ona napędzana jest elektryką… Tak, u nas jest nowocześnie, nie ręcznie…
Takie fest maszyny mamy!

Popatrzyłam na niego inaczej. Był naprawdę zafascynowany tą cegielnią. To, co wyniosłam ze studiów, Marek ze Stefanem Łosiem nazwali by to – profesją – nakazywało mi, zacząć dociekać, kim był skórzany w cegielni? Co robił w cegielni? Jakie miał z nią związki, związki i obowiązki (to już był cytat z Klema). I był to cholernie piętnujący imperatyw. Jak tego byś nie zrobiła, dziecinko, to… I tu cała seria inwektyw, społecznych i politycznych o takiej, co to by nie zrobiła, personalnych, zawodowych. A osobiste, ludzkie, po prostu predylekcje? A jakbym tak, za Dostojewskim tym razem, zaczęła się zastanawiać nad emocjonalnymi motywacjami, ba – mogłam iść dalej, mogłam pozwolić sobie na to – uczuciowymi stymulacjami gorącego stosunku skórzanego do tej sterty desek i murów, ton żelastwa, stłoczonej maszynerii, potu i smrodu spracowanych ludzi…
– Czy dużo dziewczyn pracuje w biurze cegielni?
Skórzany był zaskoczony tym pytaniem. I wcale tego nie krył. Chociaż nic nie powiedział, jego gesty, mimika, oczy – wyrażały to wszystko, czego nie powiedział. Zaskoczyłam go, ale żeby aż do tego stopnia?
– No, jak nie dziewczyny, to może kobiety? Przy produkcji, może przy lepieniu cegieł z gliny…?
Ależ się roześmiał!
– Jakże by to mogło być?! Pani mnie nie słuchała… Nie lepi się ręcznie. Najpierw elektryczna mieszarka robi masę, a potem mechaniczna krajalnica – kroi. Niedobrze. Stałam się na powrót per pani. A ja tak potrzebowałam w tamtej chwili tego jego „jak chciałabyś”, „jak byłaś”, „widziałaś”.
– Na cegielni pracuje twoja dziewczyna?
– Nie – popatrzył mi dłuższą chwilę w oczy. Spróbował w nie wejrzeć, czegoś się z nich
dowiedzieć o mnie, coś zrozumieć. Nie, nie zrozumiał, nic a nic, powtórzył – Nie pojmuję co tu mają do tego dziewczyny…?
Teraz ja musiałam na niego spojrzeć tak, aby to spojrzenie trwało na tyle długo i było na tyle dla niego interesujące, że dałby mi bezwiednie czas do namysłu. Uśmiechnęłam się lekko, ale sympatycznie, to powinno jeszcze bardziej go wciągnąć.
Nic z tych rzeczy. Poczułam, że to nie była maska, uśmiechałam się szczerze…
– Dziewczyny są piękne, śliczne, prawda? – zaczęłam delikatnie – Można je chyba za to polubić…? Już za samo to, że są i za piękno, ukryte właśnie w nich.
– Polubić? Za to, że ładnie wyglądają? – pokręcił głową. Przybrał taki ton, jakby wpierw chciał mi coś ważnego wytłumaczyć, ale nagle zrezygnował, utraciwszy w międzyczasie poczucie sensu tego działania – Pani to chyba nie rozumie chłopaków. Mężczyźnie ładność to kojarzy się od razu z… – nie dokończył. Zawstydzony chciał uciec gdzieś w bok. Odwrócił głowę i zrobił krok… Złapałam go za rękę.
– Wiem, z czym się kojarzy. Ale czy ty naprawdę nie spojrzałeś nigdy na dziewczynę i nie
poczułeś przyjemności patrzenia na coś, co było piękne? Bez tego, no wiesz…
– To znaczy jakie, że piękne?
– A maszyna, elektryczna mieszarka, powiedziałeś, że jest fest…?
– Pani pyta, czy ona jest piękna?
– A jest?
– A co to jest piękno?
– A powiedz mi, co to znaczy, że ona jest fest?
Skórzany zrozumiał pierwszy to, o co się nawzajem pytaliśmy. Bo, prawdę mówiąc i ja sama straciłam orientację. Gdybym miała powiedzieć, jakiej odpowiedzi oczekuję, to? Musiałabym najpierw powtórzyć sobie: o co pytałam i jakie cele miały spełnić odpowiedzi…
Skórzany odpowiedział. Znowu się rozbujał. Gadał jak najęty. Nie przerywałam mu, chłonęłam jak natchniona. Ale jakąś inną cząstką siebie. To grzęzło gdzieś w takim moim ja, że nie nadawało się nawet do takiej wewnętrznej dysputy, w moim środku – nie środku. To nie była rozmowa stażystów w parku przed redakcją „Po prostu”, którą można zapamiętać, przetrawić, zrobić z niej gonitwę myśli, przelać na papier do pamiętnika lub w jakąś formę dla ludzi obcych, z zewnątrz.
To było jeszcze gdzieś głębiej, nie do odtworzenia. Ale było. Tylko, że to się czuło, a nie dałoby się drugi raz odtworzyć słowami.
Skórzany sączył we mnie swoje słowa. Rozumiałam je, choć łapałam się na tym, że ich jednocześnie nie słucham. Tam w środku wystarczało mi koncentracji, aby słuchać, brać do siebie, przesączyć przez jakieś uczucia… A tutaj, jakby bliżej świata niż mnie samej zastanawiałam się… czy odpowiedzi muszą spełniać jakiekolwiek cele…?
Skąd się to nagle wtedy we mnie odezwało?
Skórzany sączył coś we mnie, coś, co było tylko moje, nie do zszargania w kontakcie ze
światem, z innymi ludźmi.
Odpowiadał na moje pytania i było mi z tym tak dobrze…
A jednocześnie przed oczami miałam wyraźny obraz parkowej alei, oświetlonej nielicznymi palącymi się latarniami. Czy to była TAMTA aleja?

Aleja w Centralnym Parku Kultury, którą można było zejść aż na Solec, do Syrenki?
Co to było: szczęście czy pech? Gdy nastał czas kolejnych praktyk, okazało się, że mieliśmy całym rokiem uczyć się służby słowa literackiego. Znaczenie literatury, poezji, społeczna rola literatów i takie tam. No i nasze miejsce w tym wszystkim, dziennikarzy. Praktyka ta, a jakże, w terenie, ale już nie huta w Stalowej Woli, ani PGR w koszalińskim, tylko prawdziwa redakcja pisma literackiego. I mnie przypadło „Po prostu”. Naczelny, Eligiusz Lasota, popatrzył na nas, pięć studentek, jak stałyśmy u niego w gabinecie i szast, trzy do poezji, do redaktora Edwarda, i prast – dwie pozostałe do prozy, do redaktora, pana Marka. Szczęście, czy pech, że tak poznałam ulubieńca salonów? Wszyscy mnie ostrzegali, że praktyki będę miała w barze „Pod Jontkiem”, Wiejska 17. Ledwie dwa piętra w dół schodami od redakcyjnych pokoi. A jednak nie.
Rozmawiałam z Markiem o literaturze i o życiu na ławce, pośród drzew. Raz nawet doszliśmy aż na Solec, do Syrenki. Siedzieliśmy długo na cemencie, może nawet spojrzeliśmy sobie w oczy?
To jasne, że byłam gówniarą z prowincji. Marek był już wyedukowany przez Łosia, Andrzejewskiego. Mieszkał i pracował przecież nie tylko w górach, Częstochowie czy
Białymstoku. Był i Wrocław, a przede wszystkim Warszawa, Warszawa, Warszawa… A ja co?
A ja – ta niezapomniana aleja w Centralnym Parku Kultury.
– Widzisz ten park? – Marek zatoczył ręką wokoło.
Powiodłam trochę cielęcym wzrokiem za tą ręką i szybko się zmitygowałam.
– Widzę. Okulista zbadał mi wzrok na początku roku akademickiego. I chwalił.
– Jasne – Marek odgarnął mi delikatnie włosy z twarzy – Bardzo długo nie będziesz nosić okularów. Popsujesz stereotyp oddanej Partii działaczki intelektualnej szczebla powiatowego…
– E tam, znowu się ze mnie nabijasz…
– O nie, co to, to nie – przeszedł nagle z pogodnego nastroju zupełnej nonszalancji w jakąś
agresywną zapalczywość. Ponad osiemdziesiąt kilo i ponad metr osiemdziesiąt prawdziwego faceta. Mogło w tej chwili przestraszyć. – Popatrz wkoło tym sokolim wzrokiem, poprzez te drzewa. Co widzisz?
Przełknęłam głośno ślinę. Miałam ściśnięte gardło i nic mi nie mogło przejść przez usta.
– Może dostrzegasz, a może nie? Biedne chałupy wyrobniczego Powiśla. Na Woli największym parkiem jest cmentarz, a tutaj prezydent uzurpator, tuż przed klęską swoją i narodu, posadził prawdziwy park. Po co to tutaj, jak ludzie się tak – nomen omen – gnieżdżą?
– I ja mam ci na to odpowiedzieć? – szczerze się zdziwiłam. Zagonił mnie zupełnie w kozi
róg. Odpowiedź była raczej oczywista, a raczej… dwie odpowiedzi…
– Nie odpowiedź tu jest ważna. Ja odpowiem jedno, ty drugie, kto inny – trzecie. Jakie to ma znaczenie? Puste słowa.
– A więc?
– Ważny jest cel odpowiedzi. Stawiając pytanie, wyznaczam cele, jakie mają spełnić otrzymane odpowiedzi. Ich treść to tylko pusta forma. Ona nic nie wnosi, nic nie zmienia. Liczy się tylko konkretny czyn!
– A to nie jest tak, że puste pytania – puste odpowiedzi?
Wykład. Studentka słuchała, ale studentka była nastawiona wojowniczo, buntowniczka.
– A pewnego razu była sobie taka śliczna dziewczyna…
Załapał od razu.
(Marek właśnie na pierwszej stronie „Po prostu” opublikował swoje opowiadanie. Ktoś potem opisywał je, jako prościutką historię o urodziwej dziewczynie siedzącej z chłopakiem na ławce w parku. Jej widok budził w przechodniach uczucia wzniosłe i szlachetne. Tymczasem dziewczyna, uosobienie czystej niewinności, kłóciła się z chłopakiem o pieniądze na skrobankę. On nie chciał zapłacić, a wtedy ona mu zagroziła donosem, bo sfałszował ankietę personalną)
– O nie, tylko nie w ten sposób.
– A dlaczego by nie?
– Bo taka literatura, taka odpowiedź może przynieść, akurat tobie, tylko żal.
– A czemu pytanie o śliczną dziewczynę, o piękno ma nieść żal, a nie coś odwrotnego?
– Chcesz, to pytaj – nie zauważyłam na czas tego typowego wycedzania szyderstwa, które Marek właśnie rozpoczął, no i zapytałam:
– Jakiemu celowi służą pytania, co to mogłabym je zadać autorowi „Ślicznej dziewczyny” lub jej samej?
Czego oczekiwałam od autora? Czy tego?
– Temu, aby nosić ze sobą prezerwatywę. Zapobiegliwie i notorycznie. Nie uwieczni, ale
przynajmniej utrwali to na jakiś czas jej urodę dla tego zapobiegliwego… I pozwoli mu
uniknąć dodatkowych kosztów.

Skórzany skończył. Popatrzył na mnie, jakby czegoś bardzo oczekiwał. Rozumiałam
go. Przekonał mnie. Tego potrzebowałam. Tu na wiejskiej stacyjce dawnej kolei
szprotawskiej odkryłam, kto i w jaki sposób był w moim życiu zwyczajnym pozerem. Małe i duże dwory, zamki i pałace, urzędy i redakcje, miasta i stolice. Mała wiejska stacyjka zarośniętej chaszczami kolejki.
A jednak nie mogłam mu tego wszystkiego powiedzieć. Szczególnie tego, że skórzany z
cholewą odpowiadał na moje rozterki, a Marek zaś mówił mi tylko o odpowiedziach, i tylko na pytania…

Ciąg dalszy jutro

Deszczowa delegacja 1

Będą trzy dni pod rząd, bo opowieść jest niezmiernie długa. Cholery dostaniecie, ale historia jest tak zagmatwana, że jeśli ją w trzech odcinkach opublikuję raz na tydzień, to już nic nie zrozumiecie. Od pierwszego razu i tak się nie da wszystkiego pojąć, przynajmniej JA nie dałam rady! I o dziwo, pogoda jest brzydka, ale to opowieść na lato…

Suspens!

Mieczysław Bonisławski

Dzień wstawał mglisty. Było chłodno, ale w taki rześki sposób. Lato. Trochę śmiechu warte. Powinnam wybrać, jak się ubrać na podróż? Wyjazd to wprawdzie był niedaleki, jakieś dwadzieścia kilometrów, a nie na przykład do Wrocławia, czy choćby Gorzowa. I autobusem, pekaesem, jak tu mówią, a nie rowerem, czy furmanką. A jednak. Nie było bez różnicy, czy ta mglistość, jak tylko potem mgła się podniesie, zmieni się w słoneczne przedpołudnie, czy też rozdżdżoną, mokrą od deszczu kapuśniaczka pluchę. Brrr, zimną i przenikającą do kości…
Ojciec, gdyby tu jeszcze był z nami, kazał by mi założyć gumiaki, jakiś gruby sweter i nieprzemakalną (taką jakie noszą rybacy) katanę z kapturem, spodnie z wojskowego demobilu, broń Boże – brać parasol. On kochał pluchę, gdy wszyscy uciekali pod dach, kryli się po różnych zakamarkach. Tak, on wtedy wychodził na ulicę, bądź ścieżkę – zależnie od tego, czy to było miasto, czy wieś – i szedł naprzeciw światu, bynajmniej nie nieznanemu i nie po przygodę. On lubił pustkę, deszcz i tak nieskrępowany przez nikogo lubił spoglądać w oczy otaczającej rzeczywistości. Opisywać codzienne życie, ruch lub bezruch, robotników pracujących w ociekających maszynach lub ubraniach, lub – schowanych i przeczekujących deszcz. Nie, żadnej tam przygody, żadnego nieznanego. Ale dla mnie ten krótki wyjazd do cegielni w sąsiednim powiecie był i przygodą, i krył wiele tajemnic. Pierwszy wyjazd w teren dziennikarki z zupełnie nowego działu Gazety. Miałam znaleźć sensację i ją opisać, ale tak, aby materiał był społecznie użyteczny. Redaktor Świtała, delegując mnie na tę dziewiczą wyprawę, wspomniał nawet coś o mym Ojcu. Jakoś tak, żebym pamiętała, jak się skończyło pisanie Ojca o Ostrowskim i że ja mam rozpocząć swoją, zupełnie nową kartę… Zaraz, jak on to powiedział?
Nie, nie przypomnę sobie teraz. A więc co: słoneczny dzień, czy zafajdana plucha? Co mi, dziecince (tak by powiedział i Ojciec, i odgrywający teraz Ojca, sekretarz redakcji Ś. – co ci dziecinko?), a więc co mi, dziecinko, podpowiada kobieca intuicja? A więc najpierw popatrz w okno, dobrze, a teraz – w lustro. I co zobaczyłaś Alicjo?
…Klema, jak się pochylał nad stolikiem, nie dalej jak wczoraj wieczorem. Piliśmy trochę na dole, pod redakcją, w nowym Klubie Dziennikarza, potem „Pod Orłem”, a na końcu w „Ratuszowej”. Lub odwrotnie.
Ha, piliśmy! Przecież mnie odrzuca od samego zapachu tej ohydnej wódy. A więc, ja nie piłam, tak dla jasności. A może właśnie powinnam?
Klem był usposobiony tym razem plastycznie, miał swój dzień malarski. Popatrzył na mnie zza zasłony dymu z tlącego się tytoniu
– To nie jest dobry pomysł, aby tam jechała Alicja. Widziałaś siebie w lustrze? Przecież ty emanujesz kobiecością u progu. Jesteś jak pąk tulipana, który za chwilę pęknie w stronę wszechświata jaskrawą czerwonością. Tylko to nie będzie barwa, ale zapach, ruch, niedokończony gest. Kwintesencja rodzącej się kobiecości. Nie jedź Alicjo, oni, ci chłoporobotnicy tego nie zdzierżą i cię zgwałcą, zanim zapiszesz w notesie ich pierwszą odpowiedź – zatroskał się.
– Nie, nawet nie. Zawiną ci spódnicę, zanim zdążysz zadać pierwsze pytanie – poprawił się.
– Dlatego założę spodnie.
– I wypchasz je pakułami, aby wyglądać jak ich żony, dupiaste i czerwonolice od machania widłami – opisowo ujął Michał Horowicz.
Klem z niesmakiem powstał od stolika.
– Czerwone mordy to my sami mamy. A Alicja jest jak czerwony tulipan, co się właśnie rozwinie… Tu nie ma atmosfery, musimy się upić, ale nie tu. Co sądzicie o zacnym wyszynku pod białym ptakiem? – seplenił jak rzadko, słowa wychodziły od niego stulone jak płatki tulipana na noc.
Zastępca nie byłby sobą, gdyby się nie odgryzł. Horowicz znany był z tego, że wszystko o wszystkich wiedział i lubił tym prać na odlew, po pysku:
– A pamiętasz jak to było u Kurkowiaka? Gdy ci nagadał, że jego vice, Koleńczuk, żalił się że w jego biurze pijecie wódkę? Co mu wtedy powiedziałeś?
– „A propos, masz coś?” A że nie miał, zawołałem na chłopaków, „chodźcie”, tak powiedziałem. I poszliśmy. A to był człowiek takiego gołębiego serca…
– A zatem pamiętasz. A, że to było biuro Wydziału Kultury Wojewódzkiej Rady, a Franciszek był jego kierownikiem…
Zaczynało się robić nieciekawie. Ktoś musiał to przerwać.
– Schwarzer Adler. To dla ciebie ważne Alicjo. Jedziesz jutro szlakiem dawnej kolei na Szprotawę. Za Prusaków, tam „Pod Czarnym Orłem”, odbywały się zebrania udziałowców spółki kolejowej Lenza.
Nie zauważyłam, czy tę tyradę wygłosił Zdzichu Giżejewski, czy prześwietny oberpedagog tego miasta Ludwik Kończał?
Ale tak, spodnie? Dobrze, niech będą spodnie, może faktycznie w tej cegielni suknia i pończochy zrobią nie takie wrażenie, jakiego potrzebuję? A do spodni, co, sweter? Będę wyglądać jak taka lala z Warszawy, za jakąś artystkę mnie wezmą, nie za prawdziwego dziennikarza. Niech to wszystko…!
Wpierw za okno. Chyba zaczyna jednak siąpić? Nici ze słońca. Jak się ubrać na deszcz, do chłopów utaplanych do obiadu w glinie, a po obiedzie w gnoju, aby mnie nie wyśmiali? Nie, oczywiście, o żadnym gwałcie nie myślałam, nie bałam się. Ale musiałam zdobyć ich zaufanie. Nie mogłam ich ani rozśmieszyć, ani znieważyć. Nie mogli się ze mnie śmiać, jako z dziewczyny wchodzącej w męskie tematy. Nie mogli się też na mnie zamknąć, czując że się ponad nich wywyższam, niczym jakaś pinda z wielkiego świata.
– Alka.
Co to? Sama do siebie zaczęłam gadać? Zerk w lustro. No, znajoma, jak mówią przyjaciele, całkiem ładna twarz. Mówiąc szczerze, piękna nie była, może właśnie oryginalnie ładna: te intrygująco wystające kości policzkowe pod wysokim czołem i lekko skośnymi (do środka), głęboko osadzonymi, szerokimi oczami. A wąska, ale pełna żuchwa, z tymi dwoma głębokimi bruzdami, idącymi po obu bokach zwężającej się brody, jak twierdzili chłopcy (i czasem dojrzali mężczyźni po trzydziestce – vide sam Klem [niestety konserwator, nomen omen, zabytków] i aktorzy [choćby i prowincjonalni], czyli Zdzichu, mogła oddziaływać prokreacyjnie. Czyli po naszemu, była nawet apetyczna.
– Alka, jesteś tam?
Ale to nie ja do siebie gadałam. Twarz z lustra nie otwierała ust, a przecież brzuchomówstwa doktor Bandurski u mnie nie wykrył (tylko niepokojący wyrostek robaczkowy). Okno!
Otwarte na rozszerz…
Na ulicy stała niewysoka szatynka. Ubrana skromnie za to praktycznie, czyli gotowa do łobuzerki. Kto pierwszy, nawet przed niektórymi chłopakami, wspinał się z ulicy Krakusa na szczyt nasypu kolejowego? Kto wymyślił zakłady o wspinaczkę po konstrukcji wiaduktu i dopingował chłopaków w języku swego dziadka, po francusku? Moja dobra Wioleta.
– Wiesz która godzina? – padło zza okna – Za pół godziny mamy pekaes.
– Myślę, jak się ubrać  Chyba będzie tak cały dzień mżyć, co?
– A o chłopach pomyślałaś?
Roześmiałyśmy się obie. Wszystko nagle wydało się trywialne.
– Zaraz, zaraz, jak to: mamy?
– Jadę z tobą.
Wioleta, moja przyjaciółka z liceum. Została w mieście, zdecydowała się czekać na swoje nauczycielstwo na miejscu, podczas gdy ja wyjechałam na to dziennikarstwo. Jej dziadek, kiedyś tam przed wojną, wyemigrował do pracy do Francji, potem wrócił. Bez pieniędzy i bez pokory. Na tym zachodzie wyuczyli go, że hej. Od powrotu klepali razem biedę w takim wiejskim bardziej domku, z kiblem na podwórku. Przy samym nasypie kolejowym, w pobliżu wiaduktu na Krakusa. Cała dzielnica, taka biedna bardziej. Chyba jedyna Wioleta stamtąd zdecydowała się na liceum, chciała być nauczycielką i przed rokiem doczekała się w końcu i w naszym mieście na ten eSeN (wiecie, studium nauczycielskie). Profesor Kończał, tworząc tutaj to studium, sprawił, że mogła studiować bez kosztownego wyjazdu, na który po prostu nie było by jej stać. Musiała poczekać, gdy ja i reszta klasy wyjechała na rajzę, ale udało się!
Reszta jej ulicy poszła do pracy od razu po szkole, może ktoś jeszcze z całej ulicy ukończył zawodówkę. Ale Wioleta całe liceum była moją przyjaciółką i tak już dalej zostało, kiedy wróciłam, jako pani redaktor, po studiach (a jakże!) na stare śmieci.
– Lecimy, dawaj już!
Wieś przywitała nas jeszcze gorszą pogodą, niż ta, którą pożegnało nas miasto. Na deszcz, jaki się ostatecznie rozpadał, nie przydały się żadne nasze przygotowania ubraniowe.
Tu by i najlepszy parasol niewiele pomógł. Jedynym skutecznym rozwiązaniem byłoby nie wychodzić z domu. Może trzeba było zrobić użytek z zasłyszanych rozmów robotników, którzy dosiadali się już od pierwszej wsi za miastem, Ochli, i wrócić od razu kursem powrotnym? W ogóle nie wysiadać?
– Ale w nocy zaciągło, cie choroba. Tera to popada kilka dni jak nic.
– To się góra po was przejedzie. Jadźka, jak wróciła wczoraj ze szkoły, z Wichowa, to mówiła, że siano jeszcze nawet nie w stogach.
– Głupia ta twoja Jadźka. Z tej strony wzgórz sprzątnęlim, na ostatek, ale zdążylim. A od Wichowa i doliny insza pogoda. Deszcz przyszedł od Zielonej i zatrzymał się na wzgórzu.
– No tak, jak nie przejdzie na drugą stronę, to dopiero tutaj poleje. Będzie dzisiaj sikawica jak cholera.
– Co się martwisz, w pluchę by nas pogonili, a jak będzie tak lało, to się przesiedzi gdzie pod dachem…
Faktycznie, im bliżej było naszego celu, lekka z początku mżawka, zmieniała się w coraz bardziej regularny deszcz. Po szybach autobusu spływały wpierw coraz większe, ale jednak wyraźne krople. W Radwanowie, ostatniej wsi przed Broniszowem pojedynczych kropli nie dało się już odróżnić a od krzyżówki, leżącej na styku obu wsi – to była już wodna fala.
A nie było to, niestety, najgorsze, co nas spotkało.
W autokarze nie było ani przytulnie, ani wygodnie, unosiły się intensywne, duszące zapachy. Jednak wyjście z jego wnętrza w ten deszcz okazało się dla nas szczególnie porażające. Nasz zielony star, potocznie zwany stonką, bez zbędnych przygód (o, jakże by się to podobało memu Ojcu), dowiózł nas aż na skraj Radwanowa. Siedziałyśmy obie po środku autobusu, z jego prawej strony. Ja od okna, Wioleta obok mnie. Widziałam zatem przez okno mijane zabudowania PGR-u, bar przed którym stała pokraczna, kryta przyczepa przystosowana do przewozu osób, „zaprzęgnięta” do zdezelowanego traktora na ogromnych kołach, wreszcie skrzyżowanie dróg, na którym skręciliśmy w lewo.
Nasza „stonka” potoczyła się jeszcze ze dwieście metrów za to skrzyżowanie i stanęła na przystanku PKS-u. Niemal połowa pasażerów wysiadła, ale star nie ruszał. Nawet nie zwróciłybyśmy na to uwagi, gdyby nie to, że „uwaga” dostrzegła nas, dwie bidulki wciśnięte w te ciasne i niewygodne siedzenia.
Kierowca wychylił się znad szerokiej kierownicy, rzucił okiem po wnętrzu autobusu, jakby szukając kogoś konkretnego. Gdy jego wzrok w końcu zatrzymał się na nas, od razu było jasne, ze właśnie osiągnął jakiś założony sobie cel.
– A panie czemu jeszcze nie wysiadły? Wy przecież do Broniszowa.
– Bo to dopiero Radwanów – trzeźwo rzuciła Wioleta.
– Tam minęliśmy drogowskaz na Broniszów – wskazałam ręką gdzieś za siebie, w stronę krzyżówki. I dodałam, znacząco zawieszając głos – A więc…?
– A więc, moje panie – z satysfakcją spuentował kierowca – wiedzcie, że pekaes nie wjeżdża do samego Broniszowa. Ja jadę stąd już na Kożuchów. Do Broniszowa trzeba iść pieszo, od tej krzyżówki, tam na lewo. Do tabliczki Broniszów jest mniej niż pół kilometra, ale do tej waszej cegielni, będzie ponad trzy.
– O raju!
– Naprawdę, trzy kilosy w ten deszcz, pieszo?
Szofer wyglądał na zadowolonego z piorunującego wrażenia, jakie na nas wywarł. Wyraźnie trzymał w zanadrzu jeszcze coś, na taki właśnie moment.
– Opłaciła się wam, moje panie, ta poranna pobudka. Wstałyście wprawdzie skoro świt, ale teraz czeka was za to poświęcenie nagroda. Na pierwszy, i tylko na pierwszy kurs, podjeżdża tu osinobus z PGR-u i zabiera pracowników do GS-u i cegielni, a kursem powrotnym – ludzi do miasta i dzieciaki ze starszych klas do szkoły. Osinobus stoi przy barze, na krzyżówce. No, ganiajcie, aby wam nie uciekł…
A więc czekał nas jeszcze kontakt z tym czymś, co mi mignęło przed chwilą w oknie autobusu…?
Wioleta nie czekała, aż ratunek nam mignie koło nosa. Nie wdając się w żadne głębsze refleksje, chwyciła swój chlebak, powstała niczym na ćwiczeniach wojskowych i już gramoliła się z autobusu w deszcz. A ja – rzecz jasna – za nią.
– Do widzenia panu, dziękujemy – zdążyłam jeszcze tylko rzucić w biegu szoferowi grzecznościową formułkę.
– Do widzenia paniom. I powodzenia. Miłego dnia, mimo tej pogody…
Osinobus dopadłyśmy faktycznie już tuż za skrzyżowaniem. Jeszcze z daleka machałyśmy traktorzyście, aby zatrzymał się i nas zabrał. Na szczęście dostrzegł nas.
Jeżdżąc na dziennikarskie praktyki w teren, widziałam już różne typy i rodzaje środków lokomocji. To jednak był prawdziwy „dziki zachód”. Osinobus nie był w najlepszym stanie, odrapany, brudny. No i ten ciągnik. Zupełnie niedopasowany. Wszystkie te kryte przyczepy, z siedzeniami i przeszklone, którymi dotąd miałam okazje przejechać się w różnych rejonach Polski, ciągnął zawsze klasycznie wyglądający, średni traktor rolniczy z pełną kabiną dla prowadzącego. Tutaj konstrukcję z przedziałem pasażerskim podczepiono pod ogromny ciągnik bez zamkniętej kabiny traktorzysty (był tylko daszek na słupkach) poruszający się na czterech ogromnych kołach o jednakowej średnicy, z osiami bliżej środka całego pojazdu. Była to raczej maszyna budowlana lub ciągnik leśny. Hałasował za trzy normalne traktory a szarpał niczym czołg na poligonie.
Trwało to dobrych dziesięć minut. Jechałyśmy długo pomiędzy luźno porozrzucanymi wzdłuż osi gościńca zabudowaniami gospodarskimi. Nie była to bogata wieś, ale każde obejście miało osobną chałupę i co najmniej jedno albo dwa zabudowania gospodarcze. Droga wiła się niesamowicie, chałupy były to z lewa, to z prawa, raz blisko gościńca, raz dalej, w polu. Na licznych i ostrych zakrętach rzucało całym pojazdem (a nami w jego środku) jak w puszczonej na silnym wietrze karuzeli. Broniszów ciągnął się i ciągnął a końca tej jazdy nie było widać.
Wreszcie minęliśmy kościół, gościniec rozszerzył się w niewielki plac, a nasz osinobus skręcił na prawo i zatrzymał się. Koniec trasy. Zaczęliśmy się wszyscy gramolić do wyjścia. Chwila i w środku było pusto. Traktorzysta tylko na to czekał. Osinobus zakręcił na pętli podjeżdżając do grupki czekających osób. Wpuścił baby jadące na targ, dzieciaki do szkoły i jeszcze tam kogoś, chłopów w prawie odświętnych ubraniach (jechali pewnie do jakiegoś urzędu), ormowca z insygniami, faceta z teczką (co on tu robił, czyżby wracał od kochanki?) – i odjechał w siną dal. Nawet Wioleta, wychowana przecież w dzielnicy przy Krakusa, spojrzała na mnie z niedowierzaniem. Ten leśny ciągnik, na wysokich na półtora metra oponach i te odświętne ubrania, ten garnitur i świńska skóra urzędniczej teczki…
Wiatru nie było, deszcz zatem nie zacinał. Było dosyć ciepło, strugi wody nie ziębiły specjalnie. Po prostu lały się na nas, wlewały się każdą szparą pod ubranie, ciało robiło się mokre i lepkie. Majtki przywarły do tyłka jak stalowa zbroja, stanik ścisnął piersi, rękawy i nogawki stały się obce i wrogie. Stałyśmy tak chwilę, jak ofiary losu nie wiedząc, co z sobą zrobić? Mężczyźni, którzy przyjechali razem z nami, gdzieś poznikali, człapiąc w szybko rosnących kałużach.
Jedni pognali gdzieś w prawo, prostopadłą do głównej drogi brukówką, przeciskającą się między dwoma, zbiegającymi się ku sobie domostwami w kierunku niedalekiej ściany lasu, ku wyraźnie zarysowanemu pagórkowi. Drudzy przeszli na skos plac, w jaki z lewej strony rozszerzał się gościniec, skręcili i zniknęli między niskimi zabudowaniami, wyrastającymi całym stadem w głębi perspektywy. Kilku weszło na gościniec i podążyło z powrotem, w kierunku z którego przyjechaliśmy. W oddali, we mgle majaczyła tam kościelna wieża.
Mężczyźni jednak, nie dochodząc do kościoła, skręcili w lewo. Stał tam, nieco cofnięty od samej drogi podłużny, parterowy budynek z wysokim mansardowym dachem i ryzalitem z ogromną płaskorzeźbą. Z odległości ponad stu metrów nie dało się jednak dostrzec jej szczegółów.
Czy ktoś mógł się nad nami zlitować? Którędy tu było iść, którzy z tych robotników jechali do roboty do cegielni? I w ogóle, czy należało w ten deszcz szukać owego kierownika, który poprzedniego dnia bezgranicznie przerażony powiadomił o wszystkim milicję, czy raczej poszukać miejsca, w którym przeczekałybyśmy nawałnicę? Te chłopy gadały o jakimś dachu, pod którym posiedzą zamiast tyrać w deszczu… Czy ktoś…?
– Kogo szukacie dziewczynki ?
– Ach, droga pani…
– Bardzo dziękujemy…
– Ale, kogo szukacie? – kobieta miała długie włosy o kolorze kasztanów, opadające faliście poniżej ramion, ułożone i suche, bo ukryte pod rozłożystym parasolem. Nie przypominała wyglądem opatulonej w chustę i kufajkę wieśniaczki, mimo to jej oczy wyrażały narastające z każdą chwilą niedowierzanie i zdumienie. Czyżbyśmy aż tak głupio wyglądały?
– Ach, ten deszcz…
– Zgubiłyśmy się…
– Tu u nas, w Broniszowie?
Co do wyglądu – mogłam się domyślać, tego co gadałyśmy jak nakręcone trajkotki, na zmianę – byłam pewna… bez sensu i składu. Musiałam wziąć się w garść.
– Szukamy cegielni. Przyjechałyśmy do kierownika – tu podałam nazwisko.
Kobieta z parasolem przecząco pokiwała głową. Była ubrana po miejsku, garsonka a nie sukienczyna, długie botki, płaszczyk rozpięty od pasa, apaszka. Już miała nam coś doradzić, ale jej wzrok wyłowił coś za nami. Szybko się odwróciłam.
– Kierowniczko, otwarte już, możemy ten deszcz przy czym gorącym przeczekać?
– Sama kierowniczka widzi, w taki deszcz nie ma roboty.
– Taka dobra z pani kobita, no przecie nie pajdziem w ten deszcz aż do Radwanowa…
Dwaj robotnicy, w gumiakach i watowanych, roboczych kurtkach stanęli w wielkiej kałuży, jaka zdążyła się już zrobić w miejscu, gdzie stał osinobus. Jechało od nich wódą, a oni patrzyli zaczepnie spod przekrzywionych beretów… na nas dwie. Kierowniczka, czymkolwiek by nie kierowała, zapewne nie mogła im odmówić (o cokolwiek by nie poprosili), zatem przestała w tej chwili być dla nich ważna. Mieli ciekawszy punkt zainteresowania. Kobieta chyba odczuła dokładnie to samo.
– A idźcież nieroby, dla was każdy pretekst jest dobry – skinęła im głową w stronę domu z ryzalitem, w którym poprzednio zniknęło już, prosto z osinobusa, kilku naszych współpodróżnych – Tylko nie zachlajcie jeszcze bardziej…
– W taki deszcz w cegielni nie wypalają, co najwyżej kopią glinę. A i to wątpię, same widziałyście – skinęła na mężczyzn, zwracając się teraz z kolei do nas – Nie macie co tam iść, tylko jeszcze bardziej, do cna przemokniecie…
– A można jeszcze bardziej?
– Od dołu, no, buty, nogi. Tam ogromne kałuże i błoto. Przynajmniej już za torami.
Popatrzyłyśmy po sobie z Wioletą i roześmiałyśmy się. Wyglądałyśmy jak nieboskie
stworzenia.
Przez twarz kobiety przebiegł grymas strachu. Za chwilę mogła nas wziąć za wariatki, trzeba było ratować sytuację.
– Jesteśmy z Gazety, kierownik powiadomił milicję o pewnym wydarzeniu. Robotnicy rozpoznali człowieka, którego znali z czasów zaraz po wojnie, ponoć był niebezpieczny i teraz powrócił.
– Kierownik pewnie siedzi w biurze, na pewno tam go zastaniemy – wsparła mnie Wioleta.
Kobieta spuściła oczy. Zaciekawienie przemieszane z sympatią ustąpiły na jej twarzy miejsca siłą tajonej niechęci. Odburknęła tylko:
– Po co ta cała milicja, to nasze sprawy. Potrzeba nam was tutaj, no nie ma co mówić.
– Ale my nie jesteśmy z milicji…
– Koleżanka ma napisać artykuł do Gazety. Taki, aby wszystkich przestrzec…
Kierowniczka, czegoś tam, (nadal) nie wiedzieć czego, okręciła się wokół własnej osi i złapała oburącz parasol, bo właśnie pojawił się wiatr. Potrząsnęła włosami, które porwane porywem powietrza poza płachtę parasola w końcu też się nieco zmoczyły (dobrze jej tak!)
– Kierownika, mówicie, szukacie. Ano, może i kierownika. Ale kierownik chyba jeszcze w domu, on mieszka przy samej cegielni, w takim malutkim domku. Ale nie ma co tam teraz iść. Co zaś do inspektora, nie ma go na cegielni. Po północy koło ceglanego wiaduktu znaleźli… – przerwała, cmoknęła – Nie moja sprawa, co znaleźli. Jak macie się dowiedzieć, to ktoś wam i tak powie. Inspektor pojechał w każdym razie do lasu jeszcze w nocy.
Mogłybyście zaczekać u mnie, na sali, ale same widziałyście, kto tam dzisiaj jest i co się będzie działo – skinęła głową w stronę domu, w którym zniknęli uprzednio podpici robotnicy.
– Inspektor, to nie kierownik? – zdziwiłam się – Jak to?
Kobieta wzruszyła ramionami.
– Kierownik, czy inspektor, co mi tam do tego. To wy tu kogoś szukacie. Powinnyście chyba wiedzieć kogo, prawda ?
– To co mamy robić? Mamy iść do domu, do tego kierownika…?
– Chodźcie za mną – skierowała się z placu ku gościńcowi, a my za nią. Idąc wzdłuż drogi, w przeciwnym kierunku, niż ten z którego przyjechałyśmy osinobusem, minęliśmy frontową ścianę domu, po środku której były schody, ganek, wejście. Stanęłyśmy nieco dalej.
– Widzicie te drzewa? Tam jest pałac i biura GS-u. Nie macie teraz co iść do cegielni, do kierownika do domu i budzić go. Gdy wstanie, zajdzie tutaj. A jeżeli inspektor wrócił już z lasu, to też jest teraz tam. A jak go tam nie ma, to musi się pojawić. To jedyny telefon we wsi, a przecież prosto z lasu musi zadzwonić. Znowu na tę waszą milicję – syknęła ze złością na zakończenie i szybko, nie czekając na naszą reakcję, odwróciła się i nawet nie składając parasola wbiegła po schodach na ganek, otworzyła drzwi, trzasnęła. I tyle o pani kierowniczce. Mogła przejść do historii tego dnia, nie wyjawiając ostatecznie, czym kierowała. Ale – o czym miałam się dopiero przekonać na własnej skórze – niestety nie przeszła…
Od rana niebo było całe zaciągnięte srebrzystym woalem. I chociaż nie było widać nawet strzępków błękitu, powłoka rozciągnięta między niebem a miastem sprawiała wrażenie bardzo delikatnej i dalekiej. Nieuchwytnej i nietrwałej, jakby lada chwila miała się rozpaść, zniknąć, odsłaniając nieprzebrany błękit i słoneczne promienie. Od czasu kiedy rozpadało się na dobre, srebrzysty woal stężał, stał się szalem. Obniżył się nad pola i domy, był już na wyciągnięcie ręki. Powietrze jednak, pomijając krople i potoki deszczu, było w miarę przejrzyste, z góry znad tego szala, spod samego nieba, opadała na ziemię pewna jaskrawość. Wiatr, który pojawił się nagle nad pętlą autobusową rozwiał ów szal i przygnał czarne chmury. Nad Broniszów, dosłownie w ciągu minuty, czy dwóch, spadł mrok. Nie była to oczywiście ciemność nocy. Przypominało to raczej wczesny wieczór, taki bez czerwonego zachodu słońca, pochmurny wieczór, w chwili gdy blada, słoneczna światłość skryła się za linią horyzontu. Chmury były nawet stosunkowo wysoko, nie przytłaczały. Po prostu były wysoko nad głową. Przez moment wydawało się nawet, że wraz z nastaniem tego nagłego mroku, nieco ustał deszcz. Nagle jakby wszystko stanęło w bezruchu, stało się martwe…. W tym przedziwnym świetle – nie – świetle… Zaczynało robić się nieswojo. Obco. Wszystko wkoło, co stało na ziemi sprawiało takie nierealne wrażenie, jakby to była dekoracja teatralna na scenie. To wysokie ciemne niebo, było niczym oświetlone od dołu przyciemnionymi reflektorami rampy, te chmury, niemal jak utkane z waty i zawieszone na niewidocznych żyłkach, ciągnięte przez operatorów. A my tutaj, jak kukiełki, marionetki z linkami u nóg i rąk… Poczułam się… no, nie wiem, jakbym nie była sobą. Uwięziona w powłoce z papier-mâché.
„Pałac” od strony drogi otaczał stary park. Kilkusetletnie drzewa wyrastały ponad blankowane mury obronne, litą ścianą zieleni izolując cały zespół pałacowy od reszty wsi. Od drogi ku dziedzińcowi prowadziła wąska, krótka dojazdówka. Dopiero z jej perspektywy, po zejściu z gościńca, można było dostrzec fosę idącą z trzech stron wokół murów oraz proste ściany dłuższego skrzydła, pokryte tynkiem i jakimiś geometrycznymi wzorami sgraffito.
Bryła budowli, tak naprawdę złożona była tylko z dwóch wysokich, prostych skrzydeł ustawionych w literę „L” oraz z zamykającego pełen czworobok ceglanego muru obronnego z blankami i okrągłą basztą. Ta ostatnia stanowiła zwornik dla blankowanych ścian, przeciwległy do środka litery „L” (w którym z kolei zbiegały się oba skrzydła mieszkalne).
Po środku głównej ściany od strony podjazdu był pokaźnych rozmiarów portal i jakieś wejściowe drzwi. Wokół niewielkiego placyku, zawalonego znieruchomiałymi przyczepami, rozłożyły się, głównie parterowe, zabudowania. Plac z pluskającymi od deszczu kałużami, kilkoro drzwi prowadzących do jakiegoś środka, czekające na rozpoczęcie pracy urządzenia – i tylko brakowało żywych ludzi. Zupełna, zaskakująca i niewytłumaczalna martwota.
Gdy dotarłyśmy w końcu przed wejście do biura GS-u, wiatr i deszcz nagle ustały. Moment i nastała zupełna cisza. Aż spojrzałyśmy po sobie, jedna na drugą, a w oczach nas obu pojawiło się pytanie o to, co dalej: wchodzić, czy może jednak w tej sytuacji zawrócić do tej cegielni?

Pierwsza ruszyła Wioleta. Ostukała buty z błota o kamienny próg i otworzyła drzwi. Weszłam za nią. W korytarzu paliła się żarówka. Była wkręcona w okrągłą, wystającą ze ściany oprawkę, tuż pod sufitem i taka goła dawała trochę rozproszonego na wszystkie strony światła. Dalej od niej mrok gęstniał. Na prawo, tuż za wejściem były jakieś otwarte drzwi. Przed chwilą musiał ktoś przez nie wejść, na podłodze były ślady błota, zupełnie świeże, woda między grudkami jeszcze falowała niespokojnie. Z głębi, z wnętrza pomieszczenia za drzwiami dochodziły jakieś pomruki, odgłosy kroków, przestawiania czegoś.
Weszłyśmy przez te drzwi za tym kimś – tam musiało być jakieś życie, czegoś można było się dowiedzieć.
– Dzień dobry. Szukamy kierownika cegielni.
W pomieszczeniu stało biurko z maszyną do pisania, metalowa szafa na akta, stolik  radiotelefonem i – zaraz za progiem – otwierały się drugie drzwi, prowadzące do gabinetu obok. Za biurkiem siedziała sekretarka, w wewnętrznych drzwiach stał zmoknięty mężczyzna. Dosyć elegancki i chyba bardzo przystojny.
– Podobno miał tutaj być.
Sekretarka spojrzała niezdecydowana na mężczyznę. Ten cofnął się od drzwi w naszą stronę, rezygnując z wejścia w głąb tego drugiego pokoju.
– Po co go szukacie! Jest cholernie zajęty. Jakieś głupstwa pewnie znowu?
Nie wiem czemu miał służyć ten wstęp ? Na pewno jednak bardziej zaskakująca była riposta Wiolety:
– A pan kim jest?!
– Co takiego? – zasyczała sekretarka, zrywając się ze swojego krzesła. Mężczyzna roześmiał się i skinieniem ręki uspokoił kobietę.
– Wpadacie tu nie wiadomo skąd, nie wiadomo kto, a to ja mam się przedstawiać?
Za oknem coś zagwizdało, o szybę uderzył pęk liści i nagle zgasło światło.
– Diabli nadali to wszystko, z wami na czele – rozeźlił się mężczyzna. – Znowu zerwało linię.
Rzeczywiście, po drugiej stronie okna rozszalał się wiatr, jakby trąba powietrzna przechodziła przez podwórko. I na ten moment, bezszelestnie niczym zjawa z tego gabinetu obok (nie wiem czemu założyłam, że był pusty) wynurzył się jakiś ryży, ostrzyżony na jeża facet.
– Nie widzicie co się dzieje? Musicie zawracać głowę w taki dzień?! Gidzyński jestem, kierownik cegielni.
Kurcze, jakiś taki mało przyjemny był. No, z wyglądu, wyglądał jakby i w obyciu był nie teges. Już wolałabym tego pierwszego, na którym nacięła się Wioleta. Ale co, przedstawiłam się. I zaczęłam tłumaczyć:
– W redakcji Gazety powstał nowy dział, opisujemy zaskakujące zdarzenia, odkrywamy sensacje, współpracujemy z milicją. I komenda powiadomiła nas, że wczoraj zadzwonił kierownik z cegielni w Broniszowie. Robotnicy rozpoznali…
– Wiem, wiem, byłem przy rozmowie z ładowniczym… Ale to nie ja dzwoniłem na milicję, nie do mnie panie przyjechały.
– Nie do pana? To do kogo?
– Na milicję zadzwonił Tadeusz, inspektor z Żagania.
– A co ma do tego jakiś Żagań? – zaczęłam się w tym wszystkim gubić i nie zamierzałam tego oszczędzać temu całemu ryżemu cwaniaczkowi. Ten spojrzał na mnie z troską.
– Była ta awaria zegara… Po weselu… Zepsuło się sterowanie u Hoffmanna… – widział, że nic nie rozumiem – No, nieważne. Próbowaliśmy sami, przez ludzi z zespołu traktorowego z Kożuchowa. Ale ostatecznie, jeszcze wczoraj, przysłali nam tu komisję do spraw wypadków, z zarządu spółdzielni z Żagania. Bo teraz, jak zlikwidowali gminę, to cegielnia przeszła ze spółdzielni ceramiczno-chemicznej w Nowej Soli, pod budowlankę z Żagania… No i przyjechał ten inspektor, taki Tadeusz, nasz chłopak, z Mirocina i ten cały Reinhard, jako z powiatu. Bo on przez te lata w Radzie Powiatu, w Żaganiu się chował. Inaczej to nasi ludzie by go dawno rozpoznali, ale tych z powiatu to nikt nie zna. Nie wiadomo, kto tam siedzi po tych ich radach… No każdym razie, pierwszy Reinharda rozpoznał mój ładowniczy z pierwszej zmiany. I kiedy Reinhard uciekł do Lasu, Tadeusz zadzwonił na milicję. Tadeusz, nie ja. Do niego panie przyjechały.
– Ależ panie są doskonale przygotowane do tego reportażu! – zaśmiał się szyderczo ten, który zrugał Wioletę – Nic, tylko pogratulować. Mam posłać panią sekretarkę po kwiaty…?
Wioleta zrobiła dwa kroki, tak że stanęła z nim twarzą w twarz. Podniosła głowę, zajrzała mu bezczelnie w oczy. Gdyby wzrok mógł zabijać, można by zacząć do niej mówić per Bazyliszku…
– To niesamowite, jak ktoś taki mógł dostać takie stanowisko. I że nie bał się tu wrócić, pokazać swoją zakazaną gębę – w progu stanął niewysoki, korpulentny, łysawy jegomość w gumiakach (przedziwnie czystych w tych warunkach) i drelichowej kufajce zarzuconej na wełniany sweter.
Gidzyński wzruszył tylko ramionami, rzucił sekretarce, że idzie do domu odespać noc i zniknął, jakby go tu w ogóle nie było. Może i nawet dobrze się stało. Tych dwóch co zostali, zapowiadało się o wiele lepiej.
– To ja może zacznę od obu panów…? – poczułam w końcu krew na tym safari, rozmytym jak dotąd w morzu wody. – Obaj panowie znacie byłego skazanego?
Mężczyźni spojrzeli po sobie.
– Jestem tutaj starszym specjalistą, to stanowisko jest dosyć nowe, ale moją rodzinę przesiedlono tutaj w czterdziestym siódmym, spod Cisnej. Wychowałem się w tych lasach – wyciągnął ku mnie rękę ten co dopiero wszedł. Ucapił mi dłoń i potrząsnął nią w geście powitania. – Załapałem się jeszcze na ich koniec. UB i wojsko załatwiło sprawę dopiero na początku czterdziestego ósmego. Osobiście ich nie widziałem, ale brat i stryj byli na identyfikacji… Do Kożuchowa, do powiatu na UB specjalnie jeździli. Koleją, która tu jeszcze wtedy była. Zresztą o tę kolej wtedy też sprawa była…
– A pan? – zwróciłam się do tego bardziej eleganckiego.
– Ja tu jestem od niedawna, administruję pałacem i…
– Pan niech da spokój – syknęła sekretarka i administrator umilkł.
– Prądu nie ma i szybko nie będzie. W tę wichurę i ulewę ludzie już do roboty dzisiaj nie będą zdatni – ni to się usprawiedliwiając, ni cokolwiek wyjaśniając zwrócił się do sekretarki specjalista. – Telefon działa?
Kobieta podjęła z widełek słuchawkę, postukała w klawisze i położyła słuchawkę z powrotem.
– Działa. Jest łączność.
– Póki co, jeszcze jest. Dobrze. Nic tu po mnie, zabieram panie na razie do mojej kanciapy. Słuchaj Olga – zwrócił się znowu do kobiety za biurkiem – Jak tylko Tadeusz się pojawi, to ten wasz inspektor – wtrącił protekcjonalnie w naszą stronę – niech zadzwoni gdzie tam ma i skieruj go do mnie. Ja z paniami zaczekam na niego.
– A pan? – trąciłam ręką przystojnego administratora.
– Ja mam teraz pracę, muszę coś zrobić. Jak pani powiedziała, że się nazywa…? – powtórzył z naciskiem moje nazwisko.
Mały, gruby, łysy był specjalistą. Uosobienie negatywnego stereotypu, jaki panował w naszych rocznikach. Coraz więcej pojawiało się takich typków po różnych biurach i urzędach. I coraz natarczywej wykorzystywali swoją pozycję do podrywania dwudziesto- i trzydziestolatek. Ponoć prawo ich wieku, ale nasz starszy specjalista był młodszy niż typowy em-gie-eł.
Zaprowadził nas na koniec korytarza, weszłyśmy przez kolejne drzwi. Kantorek rzeczywiście był maleńki, zamiast biurka stolik i trzy foteliki (pewnie z zasobów pałacowych), przeszklony regał z książkami, głównie technicznymi, jakaś fizyka, geometria. Syfon, szklanki na stoliku. Czyżby specjalista dokształcał tu swoich magazynierów, a może robił konferencje z dyrekcją lub dostawcami?
– Siadajcie. Aż mnie trzęsie, jak sobie pomyślę o tym Rajmundzie. Bo on teraz Rajmund, chociaż wtedy był Reinhard, czy jakoś tak.
Specjalista nalał sobie wody sodowej z syfonu. Ręce faktycznie mu nieco latały. Jakieś krople padły na szklany blat, chroniący stół.
– Cały aż chodzę, sam nie wiem od czego zacząć…
– Przyjechaliście tutaj całą rodziną w czterdziestym siódmym – spróbowałam na powrót. – Spod Cisnej, czy tak? Gdzie ta Cisna była?
Mężczyzna podniósł szklankę na wysokość oczu. Jakby przez chwilę coś sobie przypominał, zastanawiał się.
– Tak, całą rodziną przyjechaliśmy.
Nawet nie zauważyliśmy, jak za nami wsunął się administrator. Za to wyraźnie go usłyszeliśmy: – Opowiedz pani – tu z wyraźnym niesmakiem wymówił moje nazwisko – o tej sielankowej podróży, w jaką wybrała się twoja rodzina. A nie zapomnij i o Wasylu. Wtedy, gdy ci przez gardło przejdą słowa o podróży całej rodziny. I wtedy jak będziesz tak klął na Reinharda.
– Pan mnie zna, panie administratorze? Odnoszę wrażenie, jakby… – jednak naprawdę był bardzo przystojny. I elegancki. Patrząc tymi niebieskimi oczyma, spod jasnej czupryny odbierał myśli.
– Mówi coś pani akcja „Wisła”?
W pierwszej chwili nie zrozumiałam. Ale nagle w tym mroku zobaczyłam na tle okna cień ojca. Był w wojskowym, oficerskim mundurze. Coś do kogoś krzyczał. Rzucił czymś o podłogę. Wyjął z kabury pistolet. Groził nim.
– Ty sucz, kto to jest?!
– Braciszek…
– Swołocz, banderowiec. Co mu doniosłaś? Od początku cię posłali, job twoju mać!
Wysoka brunetka, o głęboko osadzonych czarnych oczach, wydłużonej, zwężającej się ku brodzie twarzy z wystającymi kośćmi policzkowymi, z wąskim ale wypukłym czołem i brodą, piersiasta, szeroka w biodrach, o długich, zgrabnych nogach padła na kolana przed cieniem mego ojca. Odsunął się od niej, a ona upadła siłą rozpędu na twarz. Ojciec zawinął sobie jej długie, kruczoczarne pukle wokół nadgarstka i silnym pociągnięciem zmusił kobietę do powstania. W drugiej dłoni dzierżył pistolet, który przyłożył jej do skroni.
– Wszyscyście jedno bandyckie nasienie! Każę rozwalić co do ostatniej baby.
– Iwanko mi kazał, ale ja nic… Przenigdy, miłości ty moja, przenigdy… – szlochała kobieta.
Nie patrzyła w lufę pistoletu, oszalała z rozpaczy tuliła swą oryginalnie ruską twarz do spodni ojca, piersiami wbiła mu się w udo. Teraz było widać, że jest w zaawansowanej ciąży.
– Oddam was wszystkie pod sąd polowy. Mi zniszczyłaś życie, ale ilu chłopakom je po prostu odebrałaś.
– Nie wierzysz ty mnie?! Poczemu, ty nie wierzysz. Przysięgam, że ja nic. Kocham cię, chociaż ty patrzyłeś i za Ludką. Widziałam…
Ojciec jakby uspokoił się.
– Gadałyście co o mnie między sobą? Siostry kurenne…
– Iwanko uciekł. Nic ci nie grozi, mogiły żołnierzy i okradzionych striłców porosną. Zostaw nas, weź tę skrzynię dla siebie. I Ludkę. Jak trzeba i ja zapomnę. Choć to będzie tak bolało…
O co tu chodziło? Czego chciał od tej kobiety mój ojciec, co to za mundur, jakie to wojsko, jaka skrzynia? Ludmiła to imię mojej matki, Rosjanki, którą ojciec zgubił wraz ze mną w czterdziestym, ale szczęśliwie odnaleźliśmy się we Wrocławiu, zaraz po wojnie.
– Wiesz, co się robi ze zdrajcami? Wiesz jaka jest kara za przywłaszczenie tego, co banderowcy przedtem… Polakom i Żydom…? Jak się dowiedzą że to ja do was chodziłem, a wy wyhodowałyście w chałupie bandytę, który był skarbnikiem kurenia do akcji specjalnych, domyślą się wszystkiego i zdegradują mnie. A może i nie będą się patyczkować, tylko kula w łeb! Czy ty myślisz, że po to gniłem w okopach, że po to przeżyłem wojnę, by teraz dostać kulkę od swoich?!
– Nikt się nie dowie… Weź moją siostrę i uciekajcie stąd… Chcesz zabić swój pęd, przecież ty wiesz…
– Aleś ty głupia, jak ja mam uciekać przed swoimi. Zresztą wyda się. Rozgadają, chyba, że….
Ojciec odepchnął obutą w oficerki nogą klęczącą kobietę. Podniósł pistolet, zarepetował broń.
Czy ja miałam taką ciotkę? Mama nigdy nie mówiła nic o swojej rodzinie. Nigdy nie rozmawiali o tym z Ojcem, podobno wszystkich, oprócz nas, wybili hitlerowcy podczas akcji przeciwko partyzantom. Mama uratowała nas obie jakimś cudem. Bardzo to ponoć przeżyła. Dlatego był to temat tabu.
– Mieliście pojutrze być wysiedleni, cała wieś. Pociąg już czeka w Komańczy pod parą. Ale możecie nie zdążyć, gdyby istniało zagrożenie od bandy z lasu, wieś mogła by spłonąć, razem z wami wszystkimi… – zaczął złowieszczo analizować i przewidywać. – Świadkowie zginą, a martwi nic nie powiedzą. Sotnia przechodziła przedwczoraj połoniną w stronę Słowacji. Mogła zawrócić, aby nas zaatakować a przesiedleńców ukarać za uległość Lachom…
Przyłożył lufę do głowy kobiety. Wolną ręką odciągnął kurek.
– Może jak zechcę, Ludmiła akurat będzie przy sztabie. Jako jedyna ocalała z całej wsi, ofiara banderowców, dostanie szansę wyjazdu. Jakieś duże miasto, co sądzisz o karierze swojej siostry we Wrocławiu…?
– Jak nic co ludziom ważne, nie dla ciebie, to spojrzyj choć na to nieszczęsne maleństwo… Nie będzie ci żalko? Nie obudzisz się w środku z nocy z krzykiem?
– Ktoś taki nie będzie mi wymawiał! – przede mną znowu siedział w fotelu łysiejący specjalista. Wskazywał wyciągniętą ręką na przystojniaka, administratora. – Ja nie mam żalu, więc nie muszę niczego zapominać, ani przypominać.
Obraz Ojca rozwiał się. Zniknął wraz z tajemniczą kobietą, ciotką nie ciotką. Co za bzdury mi się śnią?!

Ciąg dalszy jutro

Barataria 66 reblog: Historia świata według EKSK

To jest taka opowiastka, która nie dość, że wyjaśnia powstanie posągów na Wyspie Wielkanocnej, ale jest przy okazji historią, która po prostu dzieje się w Baratarii. Dziwne, że Autor tego nie zauważył. Tę opowieść znalazłam na Facebooku, u człowieka, którego (chyba) nie znam osobiście, ale jest niewątpliwie odpowiednim znajomym odpowiednich znajomych i używa ksywy Tabor Regresywny. Nie wiem, o co chodzi, może o husytów, ale i tak przyznaję, że invidia mnie zalewa na myśl o tym, iż można było wymyślić sobie taki super pseudonim facebookowy. Aha, Autor twierdzi, że napisał historię seksu, a mnie się wydaje, że jest to jednak historia świata. Tak jak się ją rozumie w Baratarii 🙂

Mam wrażenie, że z rozwiązywaniem problemów jest jak z wybieraniem jaj z kurnika. Im więcej jaj wybieramy, tym więcej kury niosą. Spróbujmy łączyć problemy w większe grupy, może same się rozwiążą. Np. mam taki problem. Napisałem historię seksu i wstydzę się ją opublikować. Spróbuję ją połączyć z innym moim problemem. Od niedawna jestem emerytem – mam z tym problem. Gdy łączę ten z poprzednim problemem, robi się jeszcze większy problem. No to dołóżmy jeszcze jeden problem. Kiedyś zostałem mianowany Komandorem i po trzech dniach zdegradowany. Nie ważne , że chodziło o spływ kajakowy. Nie chcę być Komandorem zdegradowanym. Jak połączyć te trzy problemy wychodzi „Historia seksu wg emerytowanego komandora spływu kajakowego.” No i nie ma żadnego problemu. Działa?

No to raz kozie śmierć.

Historia seksu wg EKSK

Rozdział I.
Bóg stwarzając mężczyzn dał im orgazm, ale nie dał im wzwodu. Siłą rzeczy kobiety musiały opanować sztukę dzieworództwa. Cieszyły się dzięki temu niebywałym autorytetem i nieziemską urodą. Dzieci rodziły się ze śmiechem wyskakując niczym korek z butelki szampana. Ojcostwo ustalano w ten sposób, że ojcem zostawał ten, kto złapał takie dziecko w locie. Otrzymywał za to tytuł pomocy kuchennej i prawo do obierania ziemniaków, krojenia cebuli i ucierania marchewki. Niestety, kierowani ambicją mężczyźni wyprosili u Boga wzwód. Bóg postawił dwa warunki. Po pierwsze koniec włóczenia się po lasach, bierzecie się do pracy, po drugie coś wam zabiorę. Bierz, co chcesz, tylko daj nam wzwód – prosili. I Bóg dał im wzwód, a zabrał orgazm.

Rozdział II
Na drugi dzień mężczyźni wzięli się do pracy, po pracy dostali wzwód, pobiegli do kobiet się pochwalić, po czym oświadczyli, że teraz oni będą rządzić. Zajęli pierwsze miejsca przy ognisku i zaczęli rozmawiać o polityce, czyli kłócić się, kto ma dłuższego, szybszego i bardziej błyszczącego. Dziś ten spór nazywamy wyścigiem zbrojeń. Brak orgazmu kompensowali budując piramidy, stawiając posągi na wyspie Wielkanocnej, wznosząc łuki triumfalne i inne kolumny. Budowle te zostały niespodziewanie zaniechane, bo ktoś odkrył sztuczny sposób wywoływania orgazmu. Znalazło to smutne odbicie w architekturze bo przerzucili się na budowę lepianek ziemianek i szałasów. W tym czasie również zaczęło się zastępowanie wiary religią, sprawiedliwości zgodnością z przepisami prawa, mądrości inteligencją a radości życia różnymi uciechami. Aha, zaczęli też oglądać się za kobietami.

Rozdział III i ostatni.
Początkowo kobiety kpiły sobie z mężczyzn, ale życie pod męskimi rządami stawało się coraz bardziej nieznośne. Dzieci przestały się rodzić. W końcu kobiety zwołały Kongres, na którym, po demokratycznym głosowaniu, wybrały mniejsze zło. Uchwaliły, że trzeba poświęcić dziewictwo i w ten sposób wziąć władze w swoje ręce. By mężczyźni się nie zorientowali, pozostawiły im te śmieszne tytuły, którymi kazali się tytułować, te nikomu nie potrzebne stanowiska, na których się osadzili, a nawet pensje, które sobie przyznali, a i tak trafiały potem do kobiet. I wszystko wróciło by do normy, gdyby nie to, że po wypróbowaniu kilku systemów politycznych, mężczyźni wybrali demokracje parlamentarną jako najmniejsze zło. I tak wybierając, co cztery lata, mniejsze zło, wchodzimy w coraz większe g. bagno, a powinniśmy wychodzić. No i mamy, sztuczny wzwód, sztuczny orgazm do próbówki, i tylko czasami tak się zastanawiam – Czy my przypadkiem nie zamieniliśmy siekierki na kijek?

Zapominam Ciebie Ojczyzno

Roman Brodowski

Zapominam Ciebie Ojczyzno
Powoli zapominam
Zapisaną doświadczeniem
Prawdę przeszłości

Kto zrozumie filozofa?
Rozważania na temat „Prawda naszego czasu”

Jakiś dziwny niepokój dręczy me wnętrze, a i sumienie nie pozwala o wszystkim szczegółowo mówić, kiedy muszę odpowiadać moim dzieciom na pytania dotyczące mojej, a właściwie mojego pokolenia, przeszłości. Boję się, że nie zrozumieją, że nie uwierzą w prawdę przekazaną im o czasach dla mnie minionych, o kluczowych dla kraju wydarzeniach, których byłem i uczestnikiem i świadkiem.

Pomny słów mego Ojca, który zwykł był mawiać, że „moja prawda nie zawsze oznacza naszą prawdę”, czasami staram się w mych przekazach, zawierających wątki historyczne oparte na wiedzy czy to mojej, czy pokoleniowego doświadczenia, umieszczać w ocenie niektórych wydarzeń pierwiastek tak zwanego kompromisu społecznego.
Kiedy słucham wypowiedzi naszej klasy politycznej, dotyczących rzeczywistości naszego kraju, kiedy słucham tak zwanych autorytetów w dziedzinie historii, zastanawiam się, czy to, co pozostało poza mną, to czego w życiu doświadczyłem, w czym uczestniczyłem i czego byłem świadkiem, wydarzyło się naprawdę?
Czy przeszłość, jakże dla mnie jeszcze nieodległa, przeszłość moich rodziców, dziadków czy ludzi, których znałem, urodzonych jedno lub dwa pokolenia przede mną, ich relacje z czasów dzieciństwa, młodości, dorosłego życia, ich bagaż tragicznych doświadczeń okresu miedzywojennego, wojennego i powojennego, to tylko mój wymysł, moje urojenia, moja
konfabulacja istniejącej tylko w moich realiach rzeczywistości?
Także relacje niektórych towarzyszy z mojej czasoprzestrzeni, a dotyczące rzeczywistości lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, nawet i osiemdziesiątych, powodują, że niekiedy powątpiewam w istotę mojego „tu i teraz oraz tu i wczoraj”, w rzeczywistość istnienia mojego dualistycznego, materialno- duchowego, bytu.
Na szczęście, jak na razie, moja dominująca nad emocjami świadomość nie dopuszcza, by mną kierowały. Coraz częściej jednak zadaję sobie te same pytania, a mianowicie:
czymże jest prawda bytu?
Czymże jest prawda naszego, czy też mojego czasu?
Czymże jest ta moja (nasza), wypełniona wydarzeniami przestrzeń przemijania w zetknięciu z machiną propagandy i indoktrynacji (także na gruncie religii), jakich
używają dzisiaj elity rządzące dla zrealizowania swoich polityczno-sytemowych, czy ustrojowych przedsięwzięć?

Intuicyjnie dochodzę do wniosku że prawda mojego (ludzkiego) bytu jest niczym, a zarazem i czymś. Jest materiałem potrzebnym do przetworzenia, lub manipulowania, w celu osiągnięcia przez jednostki, korporacje, organizacje polityczne, religijne i finansowe
władzy lokalnej czy globalnei. Jak na ironię, to właśnie w kanonie pism, w Biblii, czytamy o
trójwładzy światowego, „ podległego szatanowi”, imperium zła, jakim jest „pieniądz, polityka i religia” i  nie mylmy jej z wiarą.
Coś w tym jest. Jednak kwestię biblijnej przestrogi pozostawiam ludziom kompetentnym w tej dziedzinie – czyli teologom. Filozoficznie rzecz ujmując, uważam że ta „płynąca wiecznie w niewiadomym kierunku”, wypełniona bytem materialnym i ideowym nasza przestrzeń, to co nas otacza, co żyje wokół lub w nas, to, co kreuje naszą rzeczywistość, i to, co my sobą niejako w tej przestrzeni kreujemy, jest tylko i aż naszą prywatną, czasami intymną rzeczywistością. Jest naszą, aczkolwiek bardzo podatną na wpływy zewnętrzne, i jedyną obiektywną i utrwaloną w świadomości prawdą naszej historii. Jest zapisanym przez nas i dla nas świadectwem naszego życia.

Słowa włożone w usta jednego z odtwórców głównych ról w satyrycznym filmie Stanisława Barei Miś, ukazującym głupotę peerelowskich realiów, że „ jest prawda czasu i… prawda ekranu”, dzisiaj, jeszcze bardziej, niż wówczas, gdy „Polska kroczyła jedyną słuszną drogą socjalistycznego proletriatu”, nabierają wymiaru nie tylko społecznego, ale i, w obecnych realiach, socjopolitycznego.

Niestety, dla niektórych z nas jedynym zaufanym źródłem prawdy są „prawda ekranu, ambony, czy też mównicy”. Przy założeniu, że dzięki tym mediom, zwłaszcza „prawdzie
ekranu”, możemy postrzegać toczące się życie za pomocą obrazu, przekazanego twórczą wyobraźnią kogoś innego, rozumieć świat rozumem nie własnym, przyjmować do siebie zmysłowo i instrumentalnie informacje przygotowane przez osoby trzecie, na zlecenie, to ten obraz jest niejako odzwierciadleniem Tischnerowskiego kanonu prawd.
Niestety tej pierwszej, szlachetnej, na dzisiejszym ekranie ciężko jest doświadczyć.
Natomiast dwóch pozostałych, czyli “tys prawda” i “gówno prawda”, jest , jak mawiają nasi odwieczni “wrogowie” zza miedzy, “skolko ugodno”.

Tak. Im bardziej spoglądam za siebie, im intensywniej analizuję to, co poza mną pozostało, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że pomimo ciągłych prób, do dzisiaj nie udało mi się wyzbyć tego, co chyba jednak nadal wypełnia me wnętrze, a mianowicie sokratejskiej, wątpiącej i wciąż poszukującej odpowiedzi na nurtujące mnie mentalne pytania –  duszy.

I tak jak On, lecz w innym kontekście, w natłoku zmieniających się jak w kalejdoskopie informacji, wiem, że dzisiaj moja wiedza historyczna, zarówno ta nabyta, jak i ta z autopsji, dzięki nowej wiedzy, nowym odkryciom i nowej interpretacji minionych wydarzeń przez nowohistoryków (dla mnie pseudo) stała się niemodna i ledwo słyszalna.
Mam jednak nadzieję, że zarówno rozum jak i logika pozwolą wielu z nas przetrwać batalię fałszowania faktów i konfabulacji wydarzeń, zwłaszcza dotyczących tej naszej jeszcze trawającej w nas historii. Że ukryta w naszej pamięci skarbnica prawdy odezwie się ponownie i ponownie pozwoli odnaleźć to, co powoli zatracamy – naszą narodową, wspólną i jednoczącą nas, tę rzeczywiście prawdziwą, przekazywaną z pokolenia na
pokolenie prawdę czasu.

Na placu wokół pomników

Ewa Maria Slaska

Od Pałacu Prezydenckiego do Placu Piłsudskiego, czyli Historia dla dzieci

Od razu zapowiadam, zdziwicie się. Albo mną, albo tym co piszę. Bo oto byłam w Warszawie, poszłam więc obejrzeć Pomnik Smoleński, a jak już tam byłam, to chodziłam i chodziłam, przyłączałam się do różnych grup i nie mogłam wyjść z podziwu.

Naprawdę.

Był wprawdzie dzień wkrótce po rocznicy katastrofy smoleńskiej, ale jednak powszedni, było więc mało ludzi i mnóstwo wycieczek. Pomnik stoi samotnie, podobnie zresztą jak i inne pomniki i świadectwa pamięci na tym Placu, który być może jest największym niezabudowanym placem w Europie.

Myślę oczywiście o Placu Saskim, który, jak się okazuje, nosił już w swej dwustuletniej historii kilka niezłych nazw:

  • Plac Saski (1814–1928)
  • Plac Marszałka Józefa Piłsudskiego (1928–1940)
  • Sachsenplatz (maj 1940–31.08.1940)
  • Adolf Hitler Platz (1.09.1940–17.01.1945)[
  • Plac Saski (1945–1946)
  • Plac Zwycięstwa (6.05.1946–1990)
  • Plac Marszałka Józefa Piłsudskiego (1990–2012)
  • Plac marsz. Józefa Piłsudskiego (2012)

Najbardziej interesująca wydaje mi się zamiana Marszałka na marsz. – jedyna nie dyktowana potrzebami politycznymi, tylko gramatyką i pragmatyką. Plac Piłsudskiego to najważniejszy plac w naszym kraju. Niestety jego obecny stan jest mało ciekawy – to nie plac jako centrum miasta czy dzielnicy, jako miejsce spotkań i spacerów, to tylko wielka, bezkształna przestrzeń, na której tu i ówdzie ustawiono pomniki. Plac jest rzeczywiście wielki, ma wymiary 110 m x 105 m czyli powierzchnię ponad hektara. 

Pomników na Placu jest kilka. Po wschodniej stronie stoi pomnik Marszałka (marsz. Józefa Piłsudskiego), wzniesiony w roku 1995 według projektu Tadeusza Łodziany.

W głębi, niejako za moim plecami w momencie, gdy robiłam tę fotę, stoi najsłynniejszy z nich czyli ulokowany w trzech arkadach pałacu Saskiego Pomnik Nieznanego Żołnierza, wzniesiony w roku 1925. Twórcą grobu był artysta-rzeźbiarz Stanisław Kazimierz Ostrowski. Pod koniec wojny grób uległ uszkodzeniu, w roku 1946 został odbudowany i ponownie odsłonięty. Przy Grobie płonie wieczny znicz i służbę pełni warta honorowa.

Na Placu stoi jeszcze Krzyż Papieski

Wikipedia pisze:

Podczas pierwszej pielgrzymki do Polski, 2 czerwca 1979 papież Jan Paweł II odprawił tu mszę świętą. Podczas stanu wojennego układano tam krzyż z kwiatów, wokół którego gromadzili się ludzie. Był on symbolem oporu przeciwko władzom i poparcia dla „Solidarności“. Krzyż był stale likwidowany przez władze. W roku 1981 na placu odbyły się uroczystości pogrzebowe prymasa Stefana Wyszyńskiego. W 1990 w nawierzchnię placu wmurowano płytę upamiętniającą mszę Jana Pawła II z 1979 oraz uroczystości pogrzebowe Stefana Wyszyńskiego z 1981. 6 czerwca 2009 w 30 rocznicę mszy na placu odsłonięto krzyż zaprojektowany przez Marka Kucińskiego, Jerzego Mierzwiaka i Natalię Wilczak.

Nieopodal, samotnie, stoi na placu maszt z polską flagą. No i wreszcie 10 kwietnia 2018 roku, tak jak wszystkie pozostałe pomniki, nieco na uboczu odsłonięto na placu Pomnik Ofiar Katastrofy Smoleńskiej. Niczego to jednak nie zmienia. Plac jest przeogromny i pusty, a w tej pustce grzecznie i nawet niezbyt głośno przemieszczają się wycieczki uczniów lub przedszkolaków, przyodzianych w jasnozielone kamizelki.

Zafascynowana tym widokiem jak z Antonioniego krążę po placu między pomnikami, przyłączając się do kolejnych grupek i słuchając tego, co mówią dzieci i tego, co mówią im dorośli.

I przyznaję – jestem pod wrażeniem. Dorośli organizując dzieciom spacer po tym wielkim placu i potem ulicą gen. Tokarzewskiego-Karaszewicza pod Pałac Prezydencki, planują tę wycieczkę jako lekcję historii Polski, tak jak się teraz rozumie tę historię – Bóg, Honor, Ojczyzna; flaga, ofiary katastrofy, polegli w wojnach; papież, kardynał, krzyż; marszałek, generał i Solidarność.

Spodziewam się więc wielkich słów, stawania na baczność i padania na klęczki. Tymczasem, owszem, jest atmosfera powagi, ale słowa nie są podniosłe, ani egzaltowane, ani nie przenika ich patos, a dzieci jak to dzieci kręcą się, rozglądają na boki, poszturchują. Słuchają i odpowiadają na pytania, ale też dokonują samodzielnej eksploracji. Dorośli są zdumiewająco skromnie obecni w tym wielkim historycznym uczniowskim akcie zdobywania wiedzy. “To jest flaga”, mówi nauczyciel. “Jaka?”, chwila ciszy i odpowiedź, “polska”. Dzieci idą dalej, jakaś grupka zaczyna śpiewać “Jeszcze Polska”, przewodnik obraca się i mówi “to jest hymn, hymnu się nie śpiewa ot, tak sobie”. Przy Grobie Nieznanego Żołnierza, jakiś przewodnik, ale nie ten sam, pyta, “wiecie kto tu leży?” Cisza. Wreszcie jakiś chłopczyk pytająco: “żołnierze?”

Na środku placu jakiś jeszcze inny przewodnik odgrywa z dziećmi scenkę historyczną “Zabory”. Marysia (znowu Marysia) jest Polską, Antoś bierze ją za prawą rękę – to zabór pruski, Franek za drugą – to Rosjanie, Karol zostaje ustawiony za pleckami Polski-Marysi i kładzie jej ręce na ramionach – to Austria. Coś chyba przegapiłam, bo cała klasa macha rączkami, a ja nie wiem, dlaczego? Aha, to powstanie, jedno, drugie, bo potem dzieci mają przez chwilę stać w milczeniu. Potem znowu machają rączkami, co tym razem oznacza, że skończyła się wojna. Karol, Franek i Antoś puszczają Marysię i wracają do kółka. Polska jest wolna. Idziemy dalej.

Idziemy dalej. Wokół pomnika smoleńskiego pod groszkowanymi szybami leży zadeptany piasek. “Tam są groby”, mówią dzieci. Nikt tego nie prostuje. Kilkoro dzieci studiuje listę ofiar. Jedna z dziewczynek pyta niepewnym głosem, “ale dlaczego jest ich tak dużo?”, utleniona i utapirowana nauczycielka, postać wręcz symboliczna, odpowiada spokojnie, “nie uważałaś, Marysiu, już to mówiłam, była katastrofa”. “Ach”, odpowiada Marysia, “samolot się rozbił”.

Może nie jest tak źle?


Brzozy Althammera z twarzą Kaczyńskiego nigdzie nie widziałam.

3. Mai – Tag der Pressefreiheit

Wortgewalten — Hans von Held                             Siła słowa — Hans von Held

Ein aufgeklärter Staatsdiener zwischen Preußen und Polen
Oświecony urzędnik między Polską a Prusami

Ausstellungseröffnung

Samstag, 5. Mai 2018, 15 Uhr
Schloss Caputh — Saal im Westlichen Erweiterungsflügel
Straße der Einheit 2, 14548 Schwielowsee

Die Verfolgung und Inhaftierung von Journalisten und Publizisten aufgrund kritischer Berichterstattung ist in vielen Ländern der Welt auch heute ein hochaktuelles Thema. An diese Problematik wird jährlich am 3. Mai mit dem Tag der Pressefreiheit erinnert.

Als ein früher Vorläufer für den Kampf um Meinungsfreiheit, der für die gerechte Sache Strafversetzungen und selbst Festungshaft in Kauf nahm, kann der preußische Beamte Hans von Held (1764—1842) angesehen werden. Wegen seiner politischen Schriften zählte er in seiner Zeit zu den bekanntesten Persönlichkeiten der Spätaufklärung in Preußen. Berüchtigt war er vor allem durch seine Anklagen gegen die preußische Staatsverwaltung Ende des 18. Jahrhunderts und seine öffentliche Kritik am preußischen Vorgehen nach der Zweiten und Dritten Teilung Polens (1793/1795).

Der in Schlesien geborene Hans von Held studierte an den Universitäten Frankfurt an der Oder, Halle an der Saale und Helmstedt Rechts- und Staatswissenschaften. Zunächst als Sekretär der niederschlesischen Akzise- und Zolldirektion in Glogau/Głogów und Küstrin/Kostrzyn tätig, wurde er 1793 nach Posen/Poznań versetzt, in das nach der Zweiten Teilung Polens zu Preußen geschlagene Gebiet.

Als Zollrat der neuen Provinz Südpreußen war er mit der Korruption unter hohen Beamten, der Bereicherung des Adels und Ausbeutung der Bevölkerung konfrontiert. Von der Gedankenwelt der Aufklärung beeinflusst und von den Ereignissen der Französischen Revolution beflügelt, setzte sich Held für Gleichheit, Freiheit und Gerechtigkeit ein. Er machte die Missstände in einem schwarzgebundenen Buch publik, das als »Schwarzbuch« bekannt wurde.

Vor dem Hintergrund der Französischen Revolution und der polnischen Aufstände in den Teilungsgebieten war der preußische König bemüht, kritische Stimmen zu unterdrücken. Anstatt Helds Vorwürfe untersuchen zu lassen, ordnete er dessen Strafversetzung an. Helds publizistischer Kampf, den er von Brandenburg an der Havel und Berlin aus fortsetzte, endete schließlich mit Festungshaft in Kolberg, heute Kołobrzeg.

Neben dem Wirken von Hans von Held wird auch das konfliktreiche Verhältnis zwischen Preußen und Polen-Litauen sowie die Entwicklung in den neuen preußischen Provinzen dargestellt.

Die zweisprachige (deutsch-polnische) Wanderausstellung und ein dazugehöriges Begleitbuch vermitteln anhand der Lebensgeschichte von Hans von Held ein lebendiges Bild der Geschichte Ostmitteleuropas in den Jahrzehnten um 1800.

Die Ausstellung Wortgewalten. Hans von Held. Ein aufgeklärter Staatsdiener zwischen Preußen und Polen wurde von Anna Joisten und Prof. Dr. Joachim Bahlcke vom Historischen Institut der Universität Stuttgart in Zusammenarbeit mit dem Deutschen Kulturforum östliches Europa realisiert und wird vom Deutschen Kulturforum östliches Europa in Kooperation mit der Stiftung Preußische Schlösser und Gärten Berlin-Brandenburg im Schloss Caputh gezeigt.

Musikalisch wird die Eröffnung von Meriel Price (Saxophon) umrahmt.

Zur Ausstellung ist eine gleichnamige Publikation erschienen.
Dauer der Ausstellung
6. Mai bis 15. Juli 2018

Öffnungszeiten
Dienstag bis Sonntag von 10 bis 17:30 Uhr

Barataria 61 czyli Jeść wiśnie z możnym panem

Hrabia Christian Ernest von Benzel Sternau

Deutscher Text gleich unter dem Bild

Tak jak obiecałam, dziś tekst jednej ze sztuk pana Hrabiego: Kozioł ofiarny czyli Niedobrze jest jeść wiśnie z możnym panem.

Tu wersja po polsku         Hier Original auf Deutsch

Ewa Maria Slaska

Jak to los dziwnie plecie… wybierając sztukę do tłumaczenia zupełnie na chybił trafił, trafiłam nie chybiając na historię, gdzie jeden z bohaterów to Hrabia, a w pierwszym rozdziale rozmawiający panowie (a tak, bo to sztuka, gdzie tylko panowie grają – jeden zresztą całkiem nieobecny) mówią o położonym nad Wisłą Królestwie Sarmacji i jego pseudokrólu. Nie zajęłoby mnie to specjalnie, wszyscy wiemy, że sztuki teatralne rozgrywają się … “gdzieś” (chętnie na wyspach Baratariach), a już szczególnie interesujące jest to “gdzieś” w szekspirowskiej Opowieści zimowej (już… gdzieś o tym pisałam), która dzieje się w Czechach, a dopływa się tam statkiem. Myślałabym więc, że to “gdzieś” w sztuce Niedobrze jest jeść wiśnie z możnym panem, to właśnie taka Sarmacja gdzieś (ależ to wyraz, to “gdzieś” – jak go tu powtórzyłam kilka razy, to aż mnie zamurowało z wrażenia – przecież to nie może być naprawdę to “gdzieś”!)

Tym niemniej w scenie gdzie pojawia się Sarmacja, w rozmowie Sekretarza z Opatem, gdy już jezuicki księżulo z Anglii drogo sprzedał sekretarzowi Ministra Imperium Niemieckiego zgodę na wsparcie kandydatury… dobrze, o tym później, bo się tu zaplączemy. Na razie wystarczy, jeśli powiem, że na końcu pertraktacji Sekretarz, zresztą Czech w służbie cesarskiej, pozwala sobie na boku na maleńką kąśliwą uwagę, że teraz zapłaci szczwanemu angielskiemu jezuicie, ale on i tak na szubienicy skończy, zwłaszcza, że już go nazwisko do tego predestynuje, nazywa się wszak Strikland.

Wiadomo jak to jest. Jeśli ktoś w sztuce nazywa się Stryczkowski i mają go obwiesić, toć go przecież i obwieszą. A tu nie! Opat obiecuje skuteczne poparcie, zabiera pieniądze i znika ze sztuki na zawsze. Czyli ten jakiś Stryczkowicz wcale się na darmo alibo po nic tak nazywa. A to w porządnej sztuce nie-mo-żli-we! Niemożliwe i już. W powieści może być inaczej, w wierszu też, to jasne, tam się mogą ukazać jakieś mgły, bo to naoczny wyraz ma być stanu ducha podmiotu lirycznego. Bogdaj tam literatura. Ale w sztuce teatralnej każda rzecz, każde słowo musi być po coś! To ta dubeltówka – musi wystrzelić! Dlaczego zatem Strikland?

Nie byłabym sobą, gdybym nie dotarła do sedna rzeczy. Strikland to William Strickland, angielski duchowny, bardzo zręczny dyplomata, który był jednym z głównych architektów strategii przetrwania jezuitów w latach oficjalnej kasacji zakonu, zadysponowanej przez papieża Klemensa XIV i trwającej od roku 1773 do 1814.

Gdy to znalazłam, wiedziałam już, że pozbawione “c” nazwisko Opata to wskazówka autora do tych, którzy czytając lub wystawiając sztukę, będą ją chcieli osadzić w konkretnych realiach. A wtedy się okaże, że pod każdą z postaci sztuki – Opata, Sekretarza, Wielkiego Kanclerza czy Księcia – da się podstawić konkretne osoby, a lekka sztuczka dworska okaże się uszczypliwą satyrą na współczesną politykę.
Przy tej okazji od razu powiem, że sztuka wcale nie jest błaha, jest dobrze napisana, autor nie mówi człowiekowi wszystkiego, czyli, jak to dawniej określaliśmy – daje do myślenia. Naprawdę, dobrze wam radzę – przeczytajcie ją!

Przyznam też, że dawno żadne tłumaczenie nie sprawiło mi takiej przyjemności, jak obcowanie ze sposobem myślenia i pisania pana hrabiego Benzel-Sternau. I od czasu jak je skończyłam, chodzę sobie po świecie i myślę, że chciałabym przetłumaczyć wszystkie te sztuki (40!), a potem je rozszyfrować, opracować i wydać. Również po niemiecku, bo przecież NIKT ich już tu nie zna! Oczywiście wiem, to zadanie ponad moje siły, nie jestem przecież ani historyczką, ani literaturoznawczynią, i na niczym się nie znam. A w ogóle, kogo to interesuje i kto by mnie tu mógł wesprzeć, i czy jakieś wydawnictwo…

Czysta baratarystyka!, mówię Wam.

Na razie wróćmy jednak do Stricklanda. Wcale niełatwo go było znaleźć, ciocia Wikipedia zawiodła tu na całej linii, no ale wujek Google, jak zawsze, w końcu dogrzebał się do informacji. Znalazł je w jakichś wewnętrznych pisemkach zakonnych w Anglii, jedną na stronie, która natychmiast zawiesza działanie całego komputera! Wydaje mi się, że to nie z jezuickiej złośliwości (choć ta była znana i wysoko ceniona), lecz przez ten obrazek, niepoprawnie umieszczony na stronie przez ojca redaktora (tu jest poprawnie).

William Strickland (1731-1819), obraz namalowany przez George’a Romney’a

Już same te dwa portrety otwierają wiele tropów, którymi, o nie!, wcale nie pójdę. (Na przykład popiersie mężczyzny z dużym nosem, widoczne na obu obrazach na biurku Stricklanda. Czy to Ignacy Loyola?

Giacomo del Conte namalował ten obraz w dniu śmierci
założyciela zakonu, 31 lipca 1556 roku.)

Wracamy, wracamy do naszych baranów! Jest druga połowa XVIII wieku (w III scenie sztuki zostanie to tak właśnie zapisane). Papież Klemens XIV zawiesił działanie potężnego zakonu jezuitów, wydając w tym celu stosowną bullę, Dominus ac Redemptor.

Bulla została wydana w lipcu 1773 roku i zastosowana z wielkim zapałem we Francji, Hiszpanii i Portugalii, które miały swoje powody, żeby nienawidzić zakonu (Francja z uwagi… o nie! nie myślcie sobie, wcale się tym nie będę zajmowała! Ale jak by co, obejrzyjcie film Misja lub przeczytajcie powieść Suego Żyd Wieczny Tułacz). To co się działo we we Francji, jako żywo przypomina, że już kilkaset lat wcześniej w tym kraju zlikwidowano pewien potężny zakon, a że tym razem nie zapłonęły stosy, to tylko dlatego… (no nie, nie skusicie mnie… do baranów!)

Rok 1773. Dla Polski trudny czas, bo oto zaledwie przed półtora rokiem rozegrał się pierwszy rozbiór Polski. Dwa kraje, które tego dokonały, protestanckie Prusy i prawosławna Rosja, ignorują papiestwo i nie widzą (póki co) powodu, żeby stosować się do papieskich rozporządzeń. Z drugiej strony oba wiedzą, że zagarnęły właśnie wielkie kęsy Polski, kraju katolików i coś z tym fantem trzeba będzie zrobić. Co? Wzmocnić zakon jezuitów, przyciągnąć ich z Francji, Hiszpanii, Portugalii… Pozwolić im tu działać i rosnąć w siłę.

Również Anglia, od czasu rozwodu Henryka VIII z Katarzyną, niezależna od papistów, wspiera jezuitów i staje się centrum zarządzania zakonem. Stąd Strickland, wychowanek jezuickiej akademii w Liege, po powrocie do Anglii będzie kierował zabiegami zakonu, o utworzenie niezależnej prowincji w Rosji, co mu się uda, ale to już zupełnie inna historia.

W sztuce jednak nie ma mowy o tym, że we Francji rewolucja, wręcz przeciwnie złowrogi przybysz z Francji, zwany tu Książę lub Le Duc, został przysłany jako dyplomata przez Kardynała-Ministra. A więc rzecz rozgrywa się przed wybuchem rewolucji.

Co pozwala ustalić, że akcja sztuki toczy się pomiędzy rokiem 1773 a 1789.  Z rozmowy Stricklanda z Sekretarzem wynika, że w Sarmacji właśnie zapaść muszą jakieś decyzje. Jakie? Nieważne.  Instrument do zarządzania Sarmacją znajduje się w rękach Wielkiego kanclerza. Król się nie liczy. Taki z niego pseudokróla pseudorepubliki, komentuje złośliwie Sekretarz, zakłócający spokój chłopski tyran. “Chłopski tyran”, to nie “z chłopa król”, tylko ten, co chłopów uciska. To już wtedy, gdy hrabia Sternau pisze swoją sztukę, zdumiewający Europę fakt, że w Polsce chłopi wciąż są niewolnikami swoich panów (i będzie tak jeszcze dobre pół wieku, dopóki Rosja i Prusy nie zniosą pańszczyzny, ale tego hrabia nie może wiedzieć).

Oczywiście chodzi tu o Króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, który przy wsparciu carycy Katarzyny został osadzony na tronie polskim w roku 1764, po to, by nie utrudniał rozbiorów. I tak sobie rządził aż do ostatecznego końca Polski, bo abdykował po ostatnim rozbiorze w roku 1795 i… (o nie, nic z tych rzeczy, nie będę się tu zajmowała pobytem króla-exula w Skt. Petersburgu, ani tym, że  jego ukochaną lekturą był wtedy Upadek cesarstwa rzymskiego Gibbona, tak jakby poniewczasie chciał się czegoś nauczyć od historii, nauczycielki…) Póki co jest jeszcze królem Polski, jak pisze Sternau, “słabeuszem i katolikiem, który może być sobie katolikiem z łaski Wielkiej Kobiety”.

Dokonajmy krótkiej analizy sytuacji politycznej. W Prusach albo rządzi jeszcze Fryderyk Wielki (1712 – 1786), albo już jego bratanek i następca, Friedrich Wilhelm II (17441797); wielki Fryderyk zmajstrował I rozbiór Polski, drugi był odpowiedzialny za dwa następne.
W Rosji przez cały czas rządzi caryca Katarzyna (1729 – 1796), która umarła jak już dokonała ostatecznego rozbioru Polski.
W Austrii sytuacja jest bardziej skomplikowana. Zasadniczo cesarzem jest Józef II Habsburg (1741-1790), s
yn Marii Teresy, która zresztą jako regentka nadal ma wiele do powiedzenia. A sytuacja jest skomplikowana, bo Józef jest jednocześnie ostatnim cesarzem Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego (i tu oczywiście można by dalej i dalej, o wojnach Prus o dominację, o wojnie siedmioletniej, o wojnach śląskich…). Doradcą cesarza i matki regentki jest nasz Wielki Kanclerz i to on steruje politykę Prus i Austrii w kierunku rozbiorów Polski.
W Anglii, skąd przybywa Strickland, rządzi aktualnie Georg III (1738-1820) – od 25 października 1760 roku ostatni król Wielkiej Brytanii i Irlandii, a pierwszy (od 1801 roku) król Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii, ostatni elektor Rzeszy i książę oraz pierwszy król Hanoweru.
W przedrewolucyjnej Francji rządzi jeszcze Ludwik XV (do roku 1774), zięć króla Polski, Stanisława Leszczyńskiego, mąż jego córki Marii, ale może już Ludwik XVI (1754-1793) król od roku 1774 do 1791, choć po prawdzie już w roku 1789 rewolucja pozbawiła go wszelkiej władzy. Jego żoną była Maria Antonina, córka cesarzowej Austrii Marii Teresy.

I wszyscy w domu!

Wielokrotnie wspominany w sztuce Kardynał-Minister Francji to zapewne kardynał de Rohan, ten zaplątany po uszy w słynną aferę naszyjnikową, która rozegrała się w roku 1784/1785. Ponieważ w sztuce nie ma mowy o aferze, być może zawężamy tym samym jej możliwe ramy czasowe do okresu 1773-1784.

Pozostaje nam jeszcze papież, bo to on ma przyznać ów ze wszechmiar pożądany kardynalski kapelusz. Nie jest to już chyba Klemens XIV, tylko raczej Pius VI (1775 – 1799), jezuita. Jego następca Pius VII przywróci zakonowi jezuitów wszystkie prawa. Pius VI tego nie uczyni, ale sprzyja jezuitom i najwyraźniej mają oni u niego wielki mir.

To zresztą sprawy (przynajmniej pozornie) marginalne. Głównym tematem sztuki są bowiem negocjacje o kardynalski kapelusz. Stąd przypuszczenie, że nie określone bliżej niemieckie imperium, które macza łapy w sprawach polskich, to trzecia potęga rozbiorowa – katolicka Austria, a projektantem tego handlu ewidentnie pro domo sua  jest właśnie Wielki Kanclerz: Wenzel Anton Graf Kaunitz-Rietberg (1711 – 1794), ambitny i wpływowy polityk austriacki. Zgodnie z enuncjacjami autora Minister osiągnął w życiu właściwie wszystko, ale młodszy syn, oddany do stanu duchownego, przysparza mu zmartwień, wdał się w nieczyste sprawki, w co go wciągnął przysłany z Paryża dyplomata, francuski książę, okultysta i satanista. Wielki Kanclerz musi jak najszybciej zaprowadzić porządek. Odsyła syna na wygnanie do klasztoru i poprzez wciągnięcie do gry kardynała Rohana zamierza przeinterpretować satanistyczne zabawy syna i Francuza z potępionego czarnoksięstwa w młodzieńcze wybryki. Ma powstać nowa MaBeNa – Machina Bezpieczeństwa Narracyjnego. Francuski Książę i syn Kanonik to nie skazani na anatemę wyznawcy Belzebuba, nie, to nie Politycy Wyklęci. To tylko dzieci się bawią.

Uratowany od banicji syn uda się z klasztoru prosto do Rzymu po ów kupiony od Stricklanda kapelusz kardynalski.

Wszystko pięknie. Kanclerz Kaunitz miał dzieci aż siedmioro, ale wygląda na to, że żaden z synów nie był kardynałem albo choćby duchownym.


No nic, na razie więcej faktów nie wyduszę z tego jednego krótkiego zdanka w sztuce, które, złapane mocno w garść, okazało się drogą do zagmatwanej historii Polski i Europy pod koniec XVIII wieku. A wszak jedno zdanko Sekretarza to tylko było. Do kasy więc (do siebie). Stryczek go nie minie, jako ostatnie wyniesienie – w końcu nazywa się Strickland!

Na zakończenie dodam, że hrabia Sternau zatytułował naszą sztukę Niedobrze jest jeść wiśnie z możnym panem i wcale a wcale wam nie wyjaśnię, że w tym przysłowiu chodzi o to, że możny pan wypluje wam pestki w gębę. Przeczytajcie, to sami zobaczycie (i same!)

Z Białorusi po białorusku 2

Natalia Miziarska / Наталля Мізярска

Гісторыя храмаў Ушаччыны ў савецкія часы (1917 – 1991 гг.)

Артыкул прысвечаны гісторыі хрысціянскіх храмаў на тэрыторыі Ўшацкага раёна ў савецкі перыяд. Упершыню разглядаюцца абрадавыя функцыі храма ў жыцці беларусаў Вушаччыны.

The article concerns the history of Christian temples at the Uschachi Territory in the Soviet Union’s period and is the first publication about the temple’s religious customs of the people’s life in Ushachi.

З прыходам да ўлады ў кастрычніку 1917 г. бальшавікоў і ўстанаўленнем савецкай улады на Беларусі, становішча ўсіх канфесій змянілася: пачалася доўгая, палітая крывёю многіх пакаленняў канфрантацыя дзяржавы і царквы. Такая палітыка была выклікана тым, што марксізм-ленінізм разглядаў барацьбу з рэлігіяй як адзін з напрамкаў класавай барацьбы пралетарыята з капіталам. Як пісаў К. Маркс: “Рэлігія ёсць опіум для народа”. Распрацоўваючы пытанні адносін бальшавікоў да рэлігіі ў рабоце “Сацыялізм і рэлігія”, Ленін падкрэсліваў неабходнасць жорсткіх адносін да рэлігійных вераванняў [13, с. 155-156].

Былы дамініканскій касцёл (пазней царква) ва Ушачах пасля
Другой Сусветнай
вайны

Па меркаванню М.І. Калініна рэлігію і яе сакрамэнтамі: хрышчэнне, вянчанне, адпяванне, павінны былі замяніць новыя абрады і традыцыі – савецкія святы, тэатры і тэатралізаваныя прадстаўленні [14, с. 6 ].

У сярэдзіне лістапада 1917 г. ва Ушачах Сход валрэўкома пастанавіў: безагаворачна прызнаць савецкую ўладу, актыўна падтрымаць усе мерапрыемствы ўрада. Было вырашана канфіскаваць маёмасць мясцовых памешчыкаў і царкоўныя землі на Ушаччыне. Адабранай зямлёй павінны былі надзяліць батракоў і малаземельных сялян Ушацкай воласці [15]. Супраць рэлігійных традыцый з’явіўся дэкрэт Савета Народных Камісараў ад 20 студзеня 1918 года “Аб аддзяленні царквы ад дзяржавы і школы ад царквы”. У студзені 1920 года дазвалялася для нованараджонага даваць любое імя, нават калі такога не было ў царкоўным календары. Па меркаванню камуністаў царква часта навязвала непрыстойныя імёны, якія нібы зневажалі чалавека: Авель, Зілота, Глікія [14, с.31].

Касцёл Святой Веранікі ў вёсцы Селішчы пасля вайны

Архіўныя дадзеныя сведчаць аб тым, што на Ушаччыне ў школах праводзілася выхаваўчая праца з антырэлігійнай накіраванасцю: “Антырэлігійныя вераванні праводзіліся з праграмным матэрыялам. Вучні ўдзельнічалі ў правадзімых мерапраемствах аб шкоднасці каляд і вялікадня. Заняткі ў школе праводзіліся ў царкоўныя дні” [ 2, ф.150, оп.1, д.25].

У 1919 – 1922 гг. у каталіцкай парафіі на Ушаччыне працаваў ксёндз Язэп Барадзюля, які быў абвінавінавачаны савецкімі ўладамі ў шпіянажы і высланы ў Сібір на 25 год. Пасля смерці Сталіна, ксёндз Я. Барадзюля ў 1954 г. быў вызвалены і атрымаў парафію ў Літве.

Царква Святой Параскевы Пятніцы ў Арэхаўна. Фундатар Мікалай Юзаф Грабніцкі.
Выгляд у сучасны час

Пік антырэлігійнасці на Ушаччыне прыпаў на 1929 – 1939 гг. Савецкая ўлада не толькі садзейнічыла распаўсюджванню атэізму сярод дарослых і моладзі, але і вынішчэнню сакральных аб’ектаў. Пасля 1930 г. была часткова разабрана праваслаўная царква (былы дамініканскі касцёл) ва Ушачах, які знаходзіўся на вуліцы Кастрычніцкай. Першы паверх царквы, аднак, ацалеў, на якім пазней пабудавалі Дом культуры, дзе збіраліся партыйныя актывісты [16, с. 470-471].

Пра лёс Кубліцкай царквы, якая некалі была ўніяцкай, успамінаў Васіль Быкаў: “ У 30-я гады з царквы садралі крыжы з царкоўных купалоў, але бурыць царкву пачалі самі. Усё царкоўнае майно сканфіскавалі або проста расьцягалі ваяўнічыя атэісты, якімі абавязаны былі быць усе піянеры, камсамольцы, бальшавікі, настаўнікі і актывісты. І мы піянеры-актывісты, цягалі з царквы і дралі старажытныя фаліянты, клеілі з царкоўных рукапісных пергамэнтаў папяровых зьмеяў, якія запускалі ў ветраныя дні. З царкоўных жа рызаў раённы быткамбінат пашыў цюбіцейкі, у якіх шмат год хадзілі нашы хлопцы” [ 1, с.19-20].

Выгляд касцёла ва Ушачах у сучасны час

У 1942-1948 гг. пад час бамбардзіроўкі немцамі Кубліч храм быў разбураны і ў такім стане заставаўся да канца вайны. У 1948 г. жыхары вёскі разабралі рэшткі касцёла на цэглу. Сёння можна ўбачыць толькі фрагменты фундамента [16, с. 490].

У гады Вялікай Айчыннай вайны нямецкія акупанты на беларускіх землях распрацавалі сваю палітыку ў адносінах да канфесій, якая прадугледжвала адраджэнне царквы ў жыцці насельніцтва. З гэтай мэтай забаранялася працаваць у нядзелю. Парушальнікі дадзенага загаду падвяргаліся штрафам і нават расстрэльваліся. Насельніцтва акупіраваных трыторый павінна было адзначаць рэлігійныя святы па старым стылі, у кожным доме мець іконы, насіць крыжы на шыі, хрысціцца перад і пасля ежы. Усе ранейшыя грамадзянскія акты (рэгістрацыя дзяцей, вянчанні, пахаванні) лічыліся несапраўднымі. З архіву Вермахта, вядома што ва Ушачах у гады Вялікай Айчыннай вайны немецкія захопнікі хавалі сваіх салдат ля сцен касцёла, які працаваў у той час [11].

Царква Стрэчання Гасподняга ў Мосары ў сучасны час (таксама два малюнка ніжэй)

Нямецкія акупанты не перашкаджалі адкрыццю храмаў, асабліва праваслаўных, якія былі зачынены ў перадваенныя гады. Абавязковай умовай рэлігійнага жыцця з’яўлялася беларуская мова. Часам фашысцкія захопнікі не толькі дазвалялі адкрываць храмы, але і спальвалі іх, як толькі даведваліся аб сувязях вернікаў прыхода з партызанамі [13, с. 216-219].

Касцёл Найсвяцейшай Марыі ў Селішчах вядомы з апісанняў Я. Фібека з 1913г.: “Касцёл узносіўся над возерам, пры ім быў збудаваны двухпавярховы кляштар. Касцёл меў 5 метраў у вышыню. Над галоўным алтаром вісеў абраз Божай Маці, які быў перавезены з Кубліч. Ён быў пакрыты срэбрам. Захрыстыя ў касцёле была вельмі багатай, бо тут было сабрана шмат рэчаў з суседніх храмаў: арнаты, упрыгожаныя срэбрам і золатам, пашытыя са слуцкіх паясоў” [17, с. 411-412]. Касцёл у Селішчах быў зруйнаваны ў перыяд з 1944 па 1989 гг. [16, с. 494].

Пасляваенныыя гады заставаліся складанымі ў жыцці канфесій. Вайна нанесла храмам вялікія матэрыяльныя страты: некаторыя храмы былі цалкам разбураны, многія моцна пашкоджаны. Зноў пачалося згортванне рэлігійнага жыцця, якое адрадзілася ва ўсіх рэгіёнах у ваенны час. Большай лаяльнасцю вызначаліся адносіны партыйна – дзяржаўных структур да праваслаўнай царквы, чаму садзейнічыла пашырэнне кантактаў І. Сталіна і яго акружэння с Патрыярхам Маскоўскім і ўсея Русі Алексіем І [13, с. 234-235].

На Ушаччыне ў паслеваенныя гады атэізм адраджаўся хуткімі тэмпамі. Асабліва вострай была барацьба супраць каталіцкага касцёла і яго ўплыву на насельніцтва. Праваслаўная царква некаторы час працавала, але таксама была знішчана: ушачане разабралі яе для сваіх патрэб у гаспадарцы [16, с. 495].

Сярэдзіна 50-х і пачатак 60-х гг. азнаменаваліся паступовым разгортваннем чарговага рэлігійнага ўціску. Калі раней, у 20-30-я гг. царква разглядалася як “Класавы вораг” і барацьба з ёй з’яўлялася чаткай барацьбы за сацыялізм, то ў 50-я гг. на змену прыйшло бачанне рэлігіі як рэакцыйнай, “ідэалагічна чужой” сацыялізму з’яве. Рэлігія разглядалася ў якасці галоўнага ворага навуковага светапогляду, а вернікі залічваліся ў разрад свядомых ці несвядомых носьбітаў чужых поглядаў і нораваў. У дзяржаве была абвешчана ідэя камуністычнага будаўніцтва, дзе не было месца для рэлігіі [13, с. 264].

Успамінае інфармант з вёскі Мосар Ушацкага раёна: “ Мой бацька летаў у адным самалёце з Берагавым, быў яго механікам, а як вернуўся с вайны, стаў прадседацелем калхоза. На то время я помню баба наша Аляксандрына перасялілась к нам з Чарсвяд, перевезла і старынныя іконы свае. Ну бацька мой как камуніст і значыт председацель, тапаром іх пабіў, пакрышыў. А что было делать, нада было прімер падаваць астальным гражданам” [8].

Тых людзей, якія ў савецкія часы руйнавалі храмы, напаткаў несшчаслівы лёс. Успамінае жыхарка з вёскі Пліна Ушацкага раёна Леановіч А.А.: “Гаварылі, з тых, хто разбураў святыні, вырывалі крыжы, палілі абразы, ніхто не памёр сваёй смерцю. Здараліся розныя страшныя выпадкі, напрыклад, старшыню калгаса, які прымаў удзел у ліквідацыі храмаў, задавіла машына. Стаяў у двары, а машына сама пакацілася, прыціснула яго да сцяны і ён памёр” [6].

Па словах інфарманткі, некаторых людзей, якія руйнавалі Ушацкі касцёл, таксама напаткала бяда: “С рассказаў старэйшых ізвестна, что адзін чалавек зрываў у нас бляшаную крышу з касцёла, бо яна была з жэсці і рабіў вёдры дома патом. З ім здарылася бяда, і ён памёр” [4].

У 1967 г. у дакладзе “50 гадоў вялікіх перамог сацыялізму” было заяўлена, што ў СССР пабудавана “развітое сацыялістычнае грамадства”, якому ўласцівы непарушная ідэйна-палітычная згуртаванасць працоўных, іх самаахвярная адднасць ідэалам партыі, вернасць прынцыпам марксізма-ленінізма, высокая ступень сталасці ўсіх грамадскіх адносін. У такім грамадстве для рэлігіі не было месца. Існаваў неабгрунтаваны тэзіс “аб крызісе рэлігіі”. Таму працягвалася палітыка закрыцця цэркваў, зняцця з рэгістрацыі праваслаўных абшчын. На ахове дзяржавы стаяла і заканадаўства, якое ўсё больш абмяжоўвала магчымасці вернікаў весці актыўнае рэлігійнае жыццё. Быў прыняты ўказ Прэзідыума Вярхоўнага Савета БССР “Аб адміністрацыйнай адказнасці за парушэнне заканадаўства аб рэлігійных культах”, прыняты 1 красавіка 1966 г. Гэты ўказ прадугледжваў за правядзенне рлігійных сходаў і іншых цырымоній штраф у памеры 50 рублёў. Для ўтаймавання найбольш актыўных вернікаў штрафныя санкцыі лічыліся недастатковымі, таму адначасова быў прыняты ўказ Прэзідыўма Вярхоўнага Савета БССР “Аб унясенні дапаўненняў у артыкул № 139 Крымінальнага кодэкса”, які прадугледжваў пакаранне пазбаўленнем волі тэрмінам да трох гадоў асоб, “якія раней судзіліся за парушэнне законаў аб аддзяленні царквы ад дзяржавы і школы ад царквы, а таксама арганізацыўную дзейнасць, накіраваную на ўчыненне гэтых дзеянняў” [13, с. 293-294].

Важным кірункам аховы насельніцтва, у першую чаргу моладзі ад рэлігійных уплываў з’яўлялася ўкараненне новай сацыялістычнай абраднасці. Была прынята пастанова “Аб рабоце савецкіх органаў па ўкараненні грамадскіх абрадаў”, згодна з якой пры гарадскіх, раённых, сельскіх і пасялковых Саветах пачалі дзейнічаць грамадскія камісіі па абрадах. Асноўную ўвагу яны ўдзялялі правядзенню ўрачыстай рэгістрацыі шлюбаў і нараджэнняў. З’явіліся камсамольскія вяселлі і хрышчэнні. У такіх мерапрыемствах прынімалі ўдзел мясцовыя савецкія органы, партыйныя, камсамольскія арганізацыі [ 13, с. 295].

Успамінае жыхарка Ушаччыны Каплеўская Марыя Сяргееўна: “ Я приехала работать сюда в 1958г., в Дольцах, Ушачах, Глыбочанах, где я работала церковь не работала. Работала в Лепеле і Полоцке церковь. Тогда за учителями назначались деревни, и они были ответственные, агитаторы. И если у тебя что случилось: перекрестил кто и ты не знаешь, могли тогда тебя с работы снять, так как ты за это всё отвечаешь. Некаторые верующие тайно крестили детей. Вот, родился у меня сын Серёжа, ну значит по традиции как тогда делали: собрали всех родственников, была крёстная мать, хотя никого не крестили. Надо было садить кого-нибудь за крёстную матку и батьку. Приходили представители партийные из сельсовета посвящали новорожденного красным налстуком пионерским. Дарили такой наборчик: портретик Ленина, галстук и звёздочка октябрятская” [12].

Некаторыя ушачане, па словах інфарматкі Каваленка А.Б., якія займалі пасады і працавалі настаўнікамі, аднак імкнуліся патаемна ахрысціць сваіх дзяцей: « Я крестила своих детей в начале 1980-х тайно. Поздней ночью я и ещё несколько моих коллег-учителей собрались и повезли в Прозороки в церковь детей крестить. Батюшку попросили в церковную книгу не записывать, а детям строго-настрого запретили рассказывать в школе о том, что с ними было. Очень рисковали и боялись, так как могли нас выгнать с работы» [ 9].

Па словах інфарманткі Клімавай І.С. вядома, што: “Моя мама рассказывала, что был такой момент, что вывешивали списки в сельсоветах и потом начинали людей гнобить. И потом если у тебя у власти знакомых нету, то могли и уволить с работы. Мама наша боялась крестить, сами покрестились, когда уже можно было” [5].

Непажадана было насельніцтву Ушаччыны таксама мець абразы ў сваёй хаце, што вядома са слоў інфарманткі Відзевіч В.П.: “Калі брат уступіў у партыю камуністычную, то ён загадаў маці зняць са сцяны лепшага пакою абраз старажытны. Мама вельмі растроілася, але ж прыхадзілі да нас братавыя калегі-настаўнікі, партыйцы. Святы царкоўныя мы святкавалі патаемна ў сваёй хаце без брата, але можа, першай прычынай аднак была не вера ў Бога, а таму што на стол ставіліся дэлекатэсы розныя. Бо кожны дзень есці дэлікатэсы ў 1970-я гады ніхто не мог сабе дазволіць з прычыны дэфіцыту” [3].

Камуністычная ідэалогія налажыла свой моцны адбітак на падрастаючае пакаленне савецкіх школьнікаў. Успамінае Каваленка Н.А. свае школьныя гады: “Когда я училась в шестом классе несколько отличников и хорошистов из нашего класса первыми посвятили в пионеры. После торжества, которое проходило в нашем музее, я пришла домой сняла пионерский галстук и значок и положила в секцию за стекло на самое почётное место. Когда бабушка это увидела, то гневу её не было предела, она Ленина идолом назвала и убийцей, рассадником зла. Я не понимала тогда её гнева, так как нам в школе по-другому говорили всё. А моя одноклассница даже повязывала галстук на ночную сорочку ” [10].

У заходняй частцы Віцебшчыны веруючыя людзі аднак насуперак партыйным уладам наведвалі храмы, аб чым вядома з успамінаў жыхаркі з вёскі Опса Браслаўскага раёна: “Касцёлы грамілі яшчэ раней, чым я нарадзілася. Мая мама казала, што калі руйнавалі Браслаўскі касцёл, то камуністы спачатку маліліся: сталі на калені, перажагналіся, прачыталі літанне і ружанец, а ўжо потым руйнавалі. На мой час касцёлы ператварылі ў склады, дзе сядзелі галубкі, паўсюдна загадзіўшыя храм. Уціск вернікаў прыйшоўся на 1980-е гады. Мае матка і бацька заўсёды выклікаліся ў школу на бацькоўскія сходы, бо я старалася наведваць касцёл. Наш класны кіраўнік пастаянна казала, што ў яе ёсць чорны сшытак, і папярэджавала нас, хто пойдзе да касцёла на Вельканац, будзе запісаны ў гэты сшытак. Але ўлічваючы, што такіх як я было з класа чалавек дванаццаць, а гэта была ўжо большасць, то напужаць нас было цяжка. Кожны раз, пасля наведвання касцёла, маіх бацькоў выклікалі у школу, ругалі і папярэджвалі. А потым у 1989 г., калі я заканчвала школу, ужо была трошкі такая адліга, але аднак усе мяне пужалі, што я не закончу школу. На сёняшні розум, я не магу зразумець, як гэта не закончыць школу? Напэўна былі іншыя ўстановы, якія патрабавалі каб вучань выпускаўся з адзнакай са школы, а рэлігійная самасвядомасць у дакуменце ж не была ўказана ў базавай, ці сярэдняй адукацыі? Мы баяліся, хваляваліся, што так будзе, але ж так былі выхаваны, што сядалі ў нядзелю ў аўтобус і ехалі ў Браслаў да касцёла” [7].

З прыходам да ўлады ў СССР М.С. Гарбачова ў 1985 г. паступова змяніліся адносіны дзяржавы да рэлігіі. Аб гэтым сведчыць вынікі работы Усесаюзнай партыйнай ХІХ канферэнцыі ў 1988 г. і святкаванне 1000-годдзя Хрышчэння Русі. У БССР, як і ў цэлым па краіне, упершыню за гады савецкай улады юбілей прайшоў без ідэалагічнага ўціску. Актывізацыяй рэлігійнага жыцця спрыялі і абвяшчэнне палітычнай і эканамічнай незалежнасці новай дзяржавы – Рэспублікі Беларусь [13, с. 315-317].

Рэлігійнае жыццё ва Ушацкім раёне пачынае адраджацца з 1989-х гадоў: будуецца праваслаўная царква святых пакутніц Мінадоры, Мітрадоры і Німфадоры; праваслаўная царква ў Арэхаўна Параскевы Пятніцы; аднаўляецца рымска-каталіцкі касцёл Святога Лаўрэна. Кожнаму грамадзяніну нашай краіны прадстаўлена права спавядаць любую рэлігію і наведваць храм.

Спіс літаратуры:

  1. Быкаў, В. Доўгая дарога дадому. Кніга ўспамінаў. – Прадмова аўтара; Мастак А. Бохан. – Мн.: ГА БТ “Кніга”, 2004. – 544 с.

  2. Занальны дзяржаўны архіў у г. Полацку. Фонд. 150. «Матэрыялы аб рабоце Мосарскай школы». Вопісь 1, справа 25.

  3. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Відзевіч Валянціны Пятроўны, 1952 г.н. у г.п. Ушачы

  4. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Ісаковіч Валянціны Эдуардаўны, 1947 г.н. у в. Усвея Ушацкага раёна.

  5. Запісана Мізярска Н.А. у 2018 г. ад Клімавай Інэсы Сяргеяўны, 1969 г.н. у в. Шніткі Сарочанскі с/с

  6. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Леановіч Алены Антонаўны, 1953 г.н. у в. Пліна Ушацкага р-на.

  7. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Любачка Марыі Казіміраўны, 1972 г.н. у г.п. Бешанковічы.

  8. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Каваленка Аляксандра Фѐдаравіча, 1949 г.н. у г.п. Белае Ушацкага р-на

  9. Запісана Мізярска Н.А. у 2018 г. ад Каваленка Алены Баляславаўны, 1950 г.н. у г.п. Ушачы

  10. Запісана Мізярска Н.А. у 2018 г. ад Каваленка Наталлі Аляксандраўны, 1976 г.н. у г.п. Ушачы

  11. Кавалеўская, К. “Рэха вайны пад сценамі касцёла” / К. Кавалеўская // Ушацкая раѐнная газета Патрыѐт – 2018 г. – № 9 (9726) – С.3

  12. Запісана Мізярска Н.А. у 2018 г. ад Каплеўскай Марыі Сяргеяўны, 1934 г.н. у г.п. Ушачы

  13. Канфесіі на Беларусі (к. XVIIIXX ст.) / В.В. Грыгор’ева, У.М. Завальнюк, У.І. Навіцкі, А.М. Філатава; Навук. Рэд. У.І. Навіцкі. – Мн.: ВП “Экаперспектыва”, 1998 г. – 340 с.

  14. Мелешко А.А. Современные гражданские обряды и традиции. – Мн.: Полымя, 1985. – 143 с.

  15. Міхайлаў, А. Наш родны кут. Да 50-годдзя савецкай улады / М. Міхайлаў // Ушацкая раѐнная газета ―Патрыѐт‖. – 1967г. – № 16 – С.

  16. Fibek, J. Dzieje parafii i klasztorów katolickich na Białorusi. Tom 1 Wschodnia część Diecezji Witebskiej. Łomża : Zakon Braci Mniejszych Kapucynów, Prowincja Warszawska, 2016 r– 692 s.

17. Zyskar, J. Nasze koscoly/ T.1 Archidjecezja Mohylowska – Warszawa. Petersburg 1913 r. – 443 s.

Barataria 57 Ministerio del Tiempo

z podziękowaniem dla Kingi Szpuler, która przetłumaczyła na Polski kolejne odcinki zabawnego serialu hiszpańskiego Ministerstwo Czasu, i jakby już tego nie było dość, jeszcze wiernie przyjeżdża, a właściwie przyjeżdżają, ona i Włodek, do Berlina, przywożą film i sprzęt do zainstalowania kina domowego, po czym wspólnie oglądamy perypetie kilkorga pracowników Ministerstwa Czasu, których zadaniem jest korygowanie w kolejnych odcinkach przeszłości, po to by w teraźniejszości wszystko było tak, jak jest. Rekrutowani w różnych epokach pracownicy, niekiedy dobrzy, acz nikomu nieznani, niekiedy znamienici jak Diego Velasquez, przez różne drzwi, ulokowane w podziemiach gmachu ministerstwa, dostają się w przeszłość w dokładnie określonym miejscu i momencie, aby dokonać pewnych niezbędnych korekt. Niekiedy muszą po temu skorzystać z motocykla, komputera lub komórki, czego zasadniczo robić nie powinni, jednak i w ich pracy zdarza się, że cel (zbożny, zbożny!) uświęca środki. To dzięki nim Łazik z Tormesu nie ginie na szafocie i spisze swe przeżycia, które anonimowo ukażą się drukiem w roku 1554, zapoczątkowując tryumfalny pochód powieści łotrzykowskiej w Europie (a dodajmy: i w Ameryce). To oni ratują od śmierci pewnego rozrabiakę, który dzięki temu zdąży się ożenić, spłodzić dzieci i zostać prapraprapradziadkiem (tak, tak – w szóstym pokoleniu!) księcia Adolfo Suáreza Gonzáleza, który w roku 1971, po obaleniu Franco, został pierwszym premierem Hiszpanii. Interweniują w sprawie zakończenia wojen napoleńskich na półwyspie Iberyjskim i ratują dla potomności Guernikę Picassa. Sprawią też, że nie powiedzie się intryga, zmierzająca ku temu, by Szekspir a nie Cervantes… Ale, hola, tu już zaczynam opowiadać historię, która jest treścią dzisiejszego wpisu, pora więc zakończyć tę dedykację i powiedzieć raz jeszcze krótko i zwięźle: dziękuję, Kinga Szpuler! 

Ewa Maria Slaska

Jest rok 1604

Cervantes skończył właśnie pisać powieść, z której właściwie jest bardzo dumny (w filmie powie o niej, że przełamała wszystkie konwencje i jest w niej epika, liryka, tragedia i komedia), ale nie aż tak, by nie ulec pokusie i nie sprzedać jej dwóm (niby-to) Anglikom, którzy pojawią się u niego jako Lord Charles York i jego szambelan, niejaki Benent. Panowie przyjechali niby to z szekspirowskiej Anglii, przywieźli worek złota i twierdzą, że opowieść o Rycerzu Smętnego Oblicza i jego zabawnym giermku zostanie wystawiona na deskach teatru Globe. Ale bogdaj tam… Obaj są oszustami, którzy podobnie jak pracownicy ministerstwa podróżują w czasie i właściwie są do swych podróży lepiej przygotowani, bo nie potrzebują żadnych drzwi wejściowych ani wyjść przez szafy, studnie i kominy, czym muszą się posługiwać urzędnicy ministerialni, lecz dysponują nowoczesnym nihilatorem, co pozwala im znikać ot tak, pach pach i już. Zresztą w ogóle nie są renesansowymi Anglikami, tylko jak najbardziej XXI-wiecznymi obywatelami USA. Nie po raz pierwszy mącą w historii (nie tylko zresztą oni), którą “nasi” próbują właśnie skorygować. Nie do końca jest też pewne, jakie są ich prawdziwe cele. Bo możliwe, że  po prostu próbują zdobywać pewne przedmioty, manuskrypty, biżuterię, obrazy, po to, by je w czasach współczesnych spieniężyć z tysiąckrotnym zyskiem (pomyślmy – oryginalny rękopis Cervantesa na aukcji u Sotheby’ego!), ale niewykluczone, że zamierzają zniszczyć manuskrypt opowieści, po to, by się nigdy nie ukazała! Bo wtedy na polu bitwy o literacką sławę pozostaną tylko Lope de Vega w Hiszpanii i Szekspir w Anglii, a skoro wiadomo, że historia sama z siebie ustali, kto jest “lepszy” a kto “gorszy”, wiadomo więc, że Lope de Vega (w roku 1604 po stokroć sławniejszy niż Cervantes) nie sprosta próbie czasu, w historii kultury europejskiej jak prawdziwy Koh-i-Noor literatury ostatnie się tylko i wyłącznie ów genialny Anglik, o którym wprawdzie wcale nie wiadomo, czy to on napisał to, co napisał, ale jednak to jego nazwisko będzie dziś opromienione chwałą największego geniusza literackiego wszechczasów. Bo o ile w walce militarnej o dominację na morzach i oceanach świata Anglia pokonała Hiszpanię, o tyle jednak to Hiszpania wygrała toczącą się równolegle wojnę o prymat w literaturze – Don Kichot stanie się najczęściej tłumaczoną i wydawaną świecką książką na świecie, w liczbach bezwzględnych ustępując tylko Biblii.

Ale tego Cervantes nie wie. Sprzedał manuskrypt i za uzyskane od (niby-)Anglików złoto zakłada teatr, jest bowiem przekonany, że to jest przyszłość kultury. W rozmowie z wydawcą mówi: wybrałeś zawód bez widoków, za książkę płaci się tylko raz, a może ją przeczytać nawet i sto osób, do teatru trzeba za każdym razem kupić bilet.

Wysłannicy Ministerstwa Czasu, młoda XIX-wieczna emancypantka, XV-wieczny żołnierz i zdesperowany policjant z lat 70 ubiegłego wieku, przegrywają walkę. Nie udaje im się odzyskać manuskryptu od pseudo-Anglików, przekonują się, że Cervantes nie sporządził kopii powieści o ostatnim błędnym rycerzu i nie są w stanie namówić go, by napisał swą powieść jeszcze raz. Po co? pyta, nikt tego nie będzie czytał, cała ta pisanina nie ma sensu. Teatr, tylko teatr… Sytuacja staje się dramatyczna. W roku 1604 pisarz nie oddał powieści do druku, nie ukazała się więc i właśnie na naszych oczach zaczyna po prostu znikać z kartek książek. Za chwilę znikną zresztą i książki. W ostatniej chwili “nasza trójka” wpada na pomysł – usypiają Cervantesa, przenoszą go do współczesności, pokazują mu jego własny pomnik w Madrycie (pisarzowi towarzyszą pod pomnikiem Don Kichot i Sancho Pansa) i wystawę w księgarni.


Udało się. Odtransportowany w rok 1604 pisarz siada do stołu i zaczyna pisać: W mieścinie pewnej, prowincji Manchy, której nazwiska nie powiem, żył niedawnymi czasy hidalgo pewien, z liczby tych, co to prócz spisy u siodła, szabliska starego, szkapy chudziny i paru gończych, niewiele co więcej mają.

PS. Oczywiście film pokazuje perypetie z doprowadzaniem do publikacji pierwszej części powieści, co miało miejsce w roku 1604, a więc zasadniczo nie dotyczy Baratarii, która pojawia się dopiero w roku 1615 w tomie drugim. Ale, przyznaj sam Czytelniku (i Czytelniczko!), gdyby nie ukazała się część pierwsza, czy-by Miguel Cervantes de Saavedra w ogóle stworzył był i część jej drugą?

Reblog z dyskusją. Pomnik polskich ofiar wojny w Berlinie

Krzysztof Ruchniewicz

Reblog  Po co jeszcze jeden pomnik w Berlinie?

Czy w Berlinie powinien powstać jeszcze jeden pomnik poświęcony ofiarom II wojny światowej? Chodzi o obywateli polskich, którzy cierpieli i ginęli podczas ostatniej wojny z rąk niemieckiego okupanta. Czy można poświęcić tylko jednej grupie narodowej (lub państwowej) osobny pomnik? Co z innymi pomysłami upamiętnienia, które pojawiły się już wcześniej? Czy nie powinno się postawić pomnika wszystkim ofiarom niemieckiej agresji w krajach Europy Środkowo-Wschodniej?

Niechęć do pomników?

To prawda, że po 1945 roku w podzielonych Niemczech niechętnie stawiano pomniki ofiarom nazizmu z krajów okupowanych. Pewnego rodzaju wyjątkiem jest pomnik „Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty“, który odsłonięto w 1972 roku w Berlinie Friedrichshain1. Nie jest on jednak związany z upamiętnieniem ofiar nazizmu, a raczej oporu przeciw nim. Dzisiaj pomnik ten jest jedynie świadkiem historii i przykładem dawnej polityki historycznej. Także przebudowa niczego nie zmieni, bo jego symboliczne przesłanie jest jasno określone.

W połowie listopada 2017 roku grupa ponad 80 niemieckich osobistości wystąpiła z nowym / starym pomysłem budowy pomnika poświęconego zamordowanym polskim obywatelom, który miałby stanąć w centrum Berlina. Apel wystosowano do nowego Bundestagu2, trwa obecnie dyskusja na ten temat. W mediach przypomniano, że istnieje już inna inicjatywa upamiętnienia ofiar nazistowskiej okupacji Wschodu3, a pomnik ofiar holokaustu obejmuje także dużą część polskich ofiar4. Każda z tych propozycji jest ważna i godna podkreślenia, jednak moim zdaniem nie oddaje specyfiki problemu.

Vernichtungskrieg

Atak Niemiec hitlerowskich na Polskę w 1939 r., pierwszą ofiarę nowej wojny światowej, różnił się od dotychczasowych konfliktów. Od pierwszego dnia była to wojna zbrodnicza5. Celem była likwidacja polskich elit oraz podporządkowanie reszty społeczeństwa. Symbolem barbarzyństwa jest niewielkie miasto Wieluń, leżące wtedy na pograniczu polsko-niemieckim, które zniszczono niemal całkowicie z powietrza. Następne miesiące stały pod znakiem celowej eksterminacji (egzekucje w Lasach Piaśnickich na Pomorzu, podwarszawskich miejscowościach Wawer i Palmiry) i niszczenia polskiego majątku.

Rozpoczęto szeroko zakrojone przesiedlenia, które trwały całą wojnę. Do pracy przymusowej skierowano miliony obywateli polskich, także w obozach koncentracyjnych. Mimo istnienia silnego oporu, Niemcom udało się dokonać licznych akcji pacyfikacyjnych, mordów na ludności cywilnej. Siłą zdławiono powstanie w getcie w 1943 r., rozpaczliwą walkę resztki polskich Żydów, a w 1944 r. powstanie warszawskie. Podczas jego trwania wymordowano ponad 150 tys. cywilnych mieszkańców.

Zbrodnie ZSRR

Straty z rąk niemieckich nie były przy tym jedynymi. Dwa tygodnie po napaści niemieckiej do wojny przyłączył się ZSRR, który na ziemiach wschodnich Polski rozpoczął – podobnie jak wcześniej Niemcy – politykę eksterminacji i represji, która trwała do czerwca 1941 r. Aresztowania i deportacje objęły ok. 500 tys. osób. Symbolem zbrodni jest Katyń. Tam wiosną 1940 r. zabito strzałem w tył głowy kilka tysięcy Polaków. Stanowili oni część z 22 tysięcy oficerów i cywilów, o których rozstrzelaniu zadecydowało wtedy kierownictwo radzieckie. Warto pamiętać o zmieniającej się roli ZSRR w czasie wojny, w tym właśnie o latach współpracy między Hitlerem a Stalinem w 1939-1941 r.6

Propozycja budowy pomnika poświęconego polskim ofiarom niemieckiej okupacji w centrum Berlina odpowiada skali i znaczeniu w polskiej historii lat II wojny. W wyniku niemieckiego terroru prawie 6 mln. obywateli polskich straciło życie, w tym ok. 3 mln Żydów. Od początku ziemie polskie były laboratorium zbrodni na Żydach i Słowianach, którego „osiągnięcia” zastosowano po napaści na ZSRR.

Pomysłodawcy (wzniesienia nowego pomnika w Berlin – przyp. red. ) jako miejsce lokalizacji pomnika wskazują Askanischer Platz przed ruinami Anhalter Bahnhof. Przypomnijmy, że właśnie tu w 1940 r., okresie niemiecko-radzieckiego współdziałania, spotkali się Joachim von Ribbentrop i Wiaczesław Mołotow. Upamiętnienie polskich ofiar może poszerzyć wiedzę o przebiegu okupacji niemieckiemu społeczeństwu. Często bowiem ogranicza się ona do ofiar Zagłady, a pomija polskich obywateli innych narodowości i wyznania7.

Upamiętniać i przypominać

Wzniesienie pomnika jest potrzebne dla relacji polsko-niemieckich. Jak widać, wojna mimo upływu czasu odgrywa w nich nadal znaczącą rolę. Obiekt powinien jednak wyrażać dwie rzeczy, upamiętniać i przypominać. Po 1945 roku, w warunkach głębokich podziałów i wrogości, znalazły się w Polsce i Niemczech osoby, które mimo wszystko dążyły do nawiązania dialogu i pojednania. Ten aspekt powinen być także obecny w przestrzeni publicznej. Do dzisiaj w Niemczech nie ma miejsca pamięci, które byłoby poświęcone takim osobom. A przecież nie chodzi tylko o przypominanie zbrodni i ofiar, ale także o znaki pamięci, dające nadzieje i umacniające wiarę, że możliwy jest pokojowy, przyjazny byt narodów-sąsiadów. Mimo ciężaru historii, nie jesteśmy przecież skazani na konflikt.


Kochani Czytelnicy, przypisy do tekstu Krzysztofa Ruchniewicza znajdziecie na samym końcu tego wpisu. Na razie jeszcze sobie z autorem podyskutuję. Przeczytałam bowiem zreblogowany tu tekst z bardzo mieszanymi uczuciami. I to co najmniej z dwóch powodów.

Po pierwsze nie lubię pomników i to z tak wielu powodów, że nie sposób ich wszystkich tu przytoczyć. Generalnie jestem zdania, że – oczywiście, musimy pamiętać, o tym co było, aby uczcić tych, których uczcić trzeba i przypomnieć o winie tych, których winy nie daje się zmazać. Ale znacznie ważniejsze wydaje mi się Pojednanie, a najważniejsze jest to, co dzieje się teraz i co zdarzy się w przyszłości. Najważniejsze jest to, że po 250 latach wrogości przez ostatnie 25 lat docieraliśmy krok po kroku do normalności. Zaczęło się od przebaczenia, poprzez likwidowanie uprzedzeń i resentymentów, po współpracę partnerską i dobrosąsiedzką, a zakończyło się przyjaźnią.

I groza mnie ogarnia na myśl, że możemy to wszystko zaprzepaścić wskutek politycznych przepychanek polsko-niemieckich, w których polska strona atakuje stronę niemiecką, a te posunięcia polityki zagranicznej są jednocześnie kolejnym sposobem zniewalania własnego wyborcy w kraju – bo podsuwają mu wroga zewnętrznego, rozdrapując jednocześnie ledwo co zaleczone rany i obiecując za to gratyfikację finansową. Oczywiście od wroga.    

Ale, po drugie, równie straszne mi się wydaje, że polityka niemiecka, która dokładnie wie, co się teraz w Polsce dzieje, zamiast twardo stanąć po stronie najważniejszych wartości europejskich – demokracji, tolerancji, otwartości i poczucia odpowiedzialności, podsuwa politykom polskim kąsek na ułagodzenie ich zajadłej i zapiekłej antyniemieckości. Po co? Bo Niemcy pragmatycznie już dawno rozpoznali, co my Polacy z przerażeniem przełknęliśmy dopiero 10 stycznia – że w Polsce nie ma żadnej opozycji, co oznacza, że sprawująca obecnie władzę formacja polityczna będzie rządziła przez najbliższych 10, 15 a może nawet 20 lat. I że w związku z tym trzeba z nią ustalić nowy model stosunków. Zaaranżować się!
PiS też to zresztą wie, stąd aktualna rekonstrukcja rządu, w której usunięto tych polityków, którzy najgorzej zapisali się w Niemczech i w Europie.

Obie strony porządnie odrobiły lekcję i mogą sobie teraz spokojnie spoglądać w przyszłość. A widomym znakiem odrobionych lekcji będzie pomnik na placu Askańskim w Berlinie. Pomnik postawiony ofiarom koszmarnej wojny w ponad 70 lat po jej zakończeniu. Czy to nie jest ironiczny grymas Historii? I naigrywanie się z ofiar?

Wolałabym, żebyśmy jakoś uhonorowali Pojednanie, List Biskupów, Bartoszewskiego, Mazowieckiego, żebyśmy postawili pomnik Bartoszewskiemu albo nazwali w Berlinie szkołę jego imieniem (to sugestie Krzysztofa Ruchniewicza i bardzo mi się podobają), żebyśmy zorganizowali więcej wyjazdów szkolnych dla młodzieży z Polski do Niemiec i z Niemiec do Polski, żebyśmy w każdej polskiej wiosce, w każdym miasteczku i w każdej dzielnicy w dużych miastach zorganizowali warsztaty demokracji i tolerancji… W takim kontekście ów pomnik wydaje mi się zorganizowanym z przyczyn merkantylnych czołobitnym pokłonem przed konserwatywnym antyeuropejskim nacjonalistycznym opartym na poczuciu krzywdy i tylko krzywdy pseudopatriotyzmem polskim.

PS.

Nie chcę dociekać, czy projekt nowego pomnika w Berlinie jest naprawdę inicjatywą oddolną grupy Niemców, którzy “tylko” znaleźli wsparcie ze strony polityków, bo szczerze powiem – nie wierzę w to. Uważam tę niemiecką narrację za element ugłaskiwania z kolei własnych wyborców. 


Przypisy do artykułu Krzysztofa Ruchniewicza:

  1. Zob. Rafał Żytyniec, „Pomniki polityczne ‘czerwonego Berlina’”, w: Siedlisko. Dziedzictwo kulturowe i tożsamość społeczności na Ziemiach Zachodnich i Północnych, nr 4/2007, s. 24-30; tenże, „Symbol myśli i czynu najlepszych sił obu narodów“ czy „historia polskiej walki z faszyzmem“? Pomnik Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty w Berlinie-Friedrichhain (1965-1989), w: Historie wzajemnych oddziaływań, pod red. Roberta Traby, Berlin-Warszawa 2014, s. 125-172.
  2. Zob. Bartosz T. Wieliński, Niemcy chcą postawić pomnik Polakom zamordowanym podczas drugiej wojny światowej, „Gazeta Wyborcza“, 7.11.2017
  3. Zob. Peter Jahn, Erinnern! Aber woran?, „Die Zeit“, 22.11.2017.  
  4. Przykładowo zob. Gabrielle Lesser, Ein Museum der Okkupation tut not, „Jüdische Allgemeine“, 23.11.2017. Stefan Lehnstaedt, Ein Denkmal nur für polnische NS-Opfer? Das wäre ein falsches Signal, „TAZ“, 7.12.2017.
  5. Ostatnio: Jochen Böhler, Zbrodnie Wehrmachtu w Polsce. Wrzesień 1939. Wojna totalna, Kraków 2009.
  6. Zob. Sławomir Dębski, Między Berlinem a Moskwą. Stosunki niemiecko-sowieckie 1939-1941, wyd. II poprawione, Warszawa 2007.
  7. Zob. Katarzyna Woniak, Niemiecka okupacja Polski w niemieckich podręcznikach szkolnych, w: „Fikcyjna rzeczywistość“. Codzienność, światy przeżywane i pamięć niemieckiej okupacji w Polsce, pod red. Roberta Traby, Katarzyny Woniak i Anny Wolff-Powęskiej, Warszawa-Berlin 2016, s. 281-307.