Guantanamo


Tibor Jagielski

Przybywszy do Rzymu Cebulski stwierdził, że jego ludzie nie mają nawet butów. Zasadził wiec drzewko wolności na dziedzińcu kwatery; otworzył kasyno i ograł w karty pół Wiecznego Miasta, czym wzbudził niemały podziw ówczesnej finansjery. W przeciągu krótkiego okresu wyrósł – niedaleko od Watykanu, który stał się, nie po raz pierwszy w historii, więzieniem papieża – istny lupanar, bo na grze w tarocci oczywiście się nie skończyło.

Ledwo Bonaparte wyruszył na podbój Indii przez Egipt, a już włoscy chłopi, pod przywództwem kleru, chwycili za widły i strzelby, aby przepędzić francuskich diabłów
i ich sojuszników. Do ich ulubionych metod należały: pieczenie czarta na rożnie, wbijanie na pal (chętnie zrobiony z drzewka wolności), obłupianie ze skóry po uprzednim powieszeniu za nogi i gotowanie w kotle. Zdarza się.

Zabawy takie trwały nieraz parę dni, a ich ofiary szły w dziesiątki, jeśli nie setki.
Zazwyczaj kończyły się przybyciem republikańskiego oddziału pacyfikacyjnego, który zdobywał wieś lub miasteczko (po uprzednim ostrzale artyleryjskim) szturmem,
a tych którzy nie zginęli i nie uciekli, zaganiano do kościoła i wraz z nim palono.
Bywa i tak.

Tymczasem brak ochoty w “akcjach pokojowych”, ba, Tańce! Hulanki! Swawola
(seks – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli)!  No i zwłaszcza strumień złota, płynący
do kasy półbrygady, zdenerwowały na ostatek rzymską administrację, która zainterweniowała u Dąbrowskiego. Ten, nie zastanawiając się długo, awansował Cebulskiego na kapitana i wyprawił go, wraz z kompanią, do Toskanii.

Wymarsz, przy grzmocie bębnów, fanfarze trąbek i łopocie sztandarów, pozostawił w Rzymie nie jedną mokrą chusteczkę i to nie tylko dlatego iż (nowo wyekwipowani za szulercze pieniądze) żołnierze prezentowali się znakomicie, a choć nadal dokuczał brak broni palnej, to u żadnego boku nie brakowało pałasza i dobrze wypełnionej manierki.
Był marzec; kobiety rzucały fiolki; tańczyły konie oficerów.

Przez następne parę zim historia Legionów Polskich we Włoszech o Cebulskim milczy.
Odnajdujemy go znowu na pokładzie francuskiego okrętu liniowego “Le Fougeux”, wiozącego posiłki na, objętą powstaniem czarnych niewolników, wyspę Santo Domingo.

Konwój, w skład którego wchodziły jeszcze dwa liniowce, przebył Atlantyk w ciągu dwóch miesięcy, stawiając mężnie czoła licznym burzom i okresom ciszy morskiej; przemknął się szczęśliwie przez blokadę floty angielskiej i bez strat (nie licząc dwóch marynarzy, którzy spadli podczas sztormu z bocianiego gniazda i skręcili sobie karki – zdarza się) stanął na redzie portu Cap Francais. Nad zatoką stały kolumny dymu.

Na pytanie Cebulskiego, co te dymy oznaczać mogą, odpowiedział nieźle skonfundowany kapitan Boudrie, iż sądzi, że powstają one podczas palenia ratafii, które niezbędne jest przy produkcji rumu (najważnieszego towaru eksportowego kolonii).
–  Takiego trunku pić nie zamierzam – przeżegnał się Cebulski i miał całkowitą rację, bo już zbliżała się łódka z pilotem i marynarze wrzeszczeli z daleka:
– Dessalines zdradził! Murzyni spalili pół miasta! Atak odparty!

Jan Jakub Dessalines, pierwszy czarnoskóry, który zrobił zawrotną karierę w armii republikańskiej i dowodził na Santo Domingo oddziałami posiłkowym, składającymi się z byłych niewolników, przeszedł na stronę powstańców i rozpoczął regularną kampanię, zmierzającą do całkowitego wyniszczenia białych kolonistów (zdarza się) na wyspie zwanej, nie bez kozery, Perłą Karaibów. Perła, która wkrótce stać się miała grobem Polaków. Zdarza się.

Krótko po zacumowaniu w porcie pojawił się na pokładzie “Le Fougeux” kwatermistrz oddziałów polskich na wyspie, Przebendowski i po krótkiej lustracji, przyrzekł wszelką możliwą pomoc w zaopatrzeniu nowo przybyłych oddzialów nawet przed zmustrowaniem, które w wyniku kompletnego zniszczenia  portu jak i  kwater, mogło się przeciągnąć.

Jeszcze przed wieczorem nadszedł transport składający się z  tuzina świń, tej samej liczby koźląt, tudzież stu dwudziestu kop jaj, koszy pełnych bananów, ananasów, pomarańcz, cytryn, mango, papaji, jak i dwóch beczek rumu, dziesięciu skrzyń cygar, pięćdziesięciu kociołków do warzenia strawy, stu sześćdziesięciu ładownic, czterdziestu karabinów, tudzież dwudziestu pięciu dogów, specjalnie wyćwiczonych na Kubie, do rozszarpywania
(zdarza się) zbiegłych niewolników.

668 polskich żołnierzy bardzo się ucieszyło i rzucało pomarańczami we francuskich marynarzy, którzy – strasznie wściekli – nadaremnie czekali na zaopatrzenie.
(Nawiasem mówiąc 591 członków półbrygady za pół roku miało już nie żyć; bywa i tak)

Kwik i beczenie zarzynanych świń i koźląt, ognie rozpalane przez kobiety, a i rum rozlewany szczodrze, doprowadził prawie do szału załogę liniowców, która od tygodni już piła tylko stęchłą wodę.
Jednakże psy i nowe, angielskie karabiny robiły wrażenie i skończyło się na bezsilnych złorzeczeniach i przekleństwach, które na koniec tak wzruszyły legionistów, że zaprosili Francuzów do kotłów i beczek.

Na tle scenerii płonącego miasta wyglądało to nieźle.

Powiem w skrócie, bo świeca mi gaśnie: nieźle skonstruowana na papierze w Paryżu kampania na Santo Domingo skazana była, przynajmniej z trzech powodów, na porażkę:

A –  jak Anglicy; ścisłą blokadę morską, lecz zamienili Santo Domingo w pułapkę. Wszystkie, powtarzam, wszystkie statki francuskie zostały zniszczone lub padły łupem floty brytyjskiej albo wspomaganych przez nią powstańców.

B – jak barbarzyństwo, które osiągnęło apogeum; mordowano i niszczono wszystkich i wszystko. A ludożerstwo było na porządku dziennym.

C – jak choroby, które wykończyly (zdarza się) większość legionistów; malaria, czerwonka, tyfus, dezynteria.

Powiem też, że Cebulski tę degrengoladę przeżył i kiedy, osiem miesięcy później, pisał list do brata z obozu dla internowanych w Guantanamo na Kubie, brakowalo mu tylko lewego oka. „ (…) Uczę się na nowo strzelać, ale idzie jak po grudzie z tym jednym ślepiem. Ale jak tu narzekać, kiedy dziesięciu naszych z tuzina sczezło, a ja żyję. Jesteśmy skonfundowani, bo wszystkie nasze kobity i dziatki ze statkiem, który do nas płynął, zatonęły; Więckowski, sąsiad nasz z Szamotul, umarł ze żalu za żoną, niczem pocieszyć się nie dał. Tak to i ze zmartwienia sczeznąć można. Chodzą słuchy, że nas wykupili i już niedługo przyjdzie nam płynąć do Francji (…).

(spisane na postawie oryginalnej korespondencji legionistow polskich).
t.j.

Dodatek kulinarny:

Sałatka morska

Algi morskie  – 4 dobre garście
Ogórek (lądowy) – obrać, pokroić w grube plastry
Ostrygi – pół tuzina, otworzyć (są też w puszkach)
– włożyć do miski, dorzucić parę kaparów, lekko posolić i popieprzyć,
skropić paroma kroplami worchester sauce i sokiem cytryny, podlać oliwą
parę razy wstrząsnąć ostrożnie zawartość
i
– smacznego!
t.j.
——————————————————–
uwaga: wszystkie składniki (oczywiście poza oliwą i cytryną – u mnie zawsze w temperaturze pokojowej) muszą być zimne jak z lodówki, a zamiast ostryg można wziąć świeże grzyby typu shitake albo portobello

Rosa Luxemburg & Paweł Adamowicz

Sie ist vor Hundert Jahre gestorben. Eine Jüdin, eine Polin, eine Frau, eine Geh-Behinderte. In der Tat viermal behindert. Oder gar fünf, sie war doch noch eine Linke.

In meinem Land verhasst wie die Pest. In Deutschland respektiert, viel mehr als in ihrem Heimatsland. Man hatte letztens ihre Gedenktafel vom ihren Haus in Zamość entfernt.
Geboren 1871, ermordet am 15. Januar 1919 in Berlin.

August Bebel Institur lädt heute, am Di 15. Januar um 18–22 Uhr zu einem Film & Diskussion ein.

Rosa Luxemburg – 100 Jahre danach

Die Person Rosa Luxemburgs bewegt ein Jahrhundert nach ihrem Tod noch immer die Gemüter. Der Film Margarethe von Trottas aus dem Jahr 1986 bringt sie uns nahe. Aber wie authentisch ist der Film? Was hat sie politisch vertreten und was hat sie uns heute noch zu sagen?
Mit: Ernst Piper (Historiker, Luxemburg-Biograf) und Franziska Drohsel (Juristin, ehem. Juso-Bundesvorsitzende)

Ort und Kooperationspartner: Moviemento Kino, Kottbusser Damm 22 (U Schönleinstr.), www.moviemento.de l Eintritt: 5 €, Reservierung: Tel. (030) 692 47 8


Paweł Adamowicz – 1 Tag danach

Geboren 1965 in Gdańsk, am 13. Januar 2019 mit einem Messer während einer Wohltätigkeitsveranstaltung (Das Große Orchester der Weihnachtshilfe) ebenda niedergestochen; gestorben am 14. Januar 2019.

Adamowicz war von 1998 bis zu seinem Tod der Stadtpräsident von Danzig. Bis 2015 gehörte er der Bürgerplattform (Platforma Obywatelska) an, seitdem parteilos; gründete eine Wählervereinigung „Alles für Danzig“.

Seine Stadt verabschiedete sich von ihm am Abend seines Todestages (siehe Foto). Ähnliche Veranstaltungen fanden in vielen Städten in Polen statt, aber auch im Ausland, in Berlin, Budapest…

In Berlin gab es zuerst eine Schweigen-Zeremonie vor dem Brandenburger Tor und danach gingen wir (informell und illegal) zum Reichstag. Dort steht ein Fragment der Werftmauer aus Danzig mit einer Tafel zur Ehre der Solidarność. Sie wurde seiner Zeit von Paweł Adamowicz enthüllt.

Es war eine schöne Idee von polnischer Journalistin, Dorota Danielewicz (und auch ihr Foto unten), dass wir dorthin gehen. Und sogar die Berliner Polizei hat die Verlegung der Gedächtnisversammlung anerkannt.

Fragment der Danziger Werftmauer an der Rückseite des Deutschen Bundestags (Reichstag) wurde am 17. Juni 2009 von Paweł Adamowicz enthüllt


Znałam go, tak jak znało go wielu ludzi z Gdańska.
Chodził do tej samej szkoły, do której i ja (wcześniej, wcześniej) chodziłam (i do której uczęszczał też Donald Tusk) – I Liceum Ogólnokształcącego im. Mikołaja Kopernika, tuż koło bramy Stoczni Gdańskiej. Kilkakrotnie, gdy już mieszkałam w Niemczech, przyjeżdżałam na spotkania z nim. Omawialiśmy różne projekty polsko-niemieckie, które odbywały się (lub miały się odbyć i nie zostały zrealizowane) w Gdańsku i Berlinie. Kiedyś rozmawialiśmy o podobieństwach między tymi miastami, o ich osobnej pozycji, o roli, jaką odegrały w historii Niemiec, Polski, Europy i świata. Raz czy drugi widzieliśmy się w Berlinie, ostatnio podczas spotkania miast partnerskich w niemieckim Ministerstwie Spraw Wewnętrznych.

Ale może najmilsze wrażenie zostawił mi podczas pewnej niemal-że rodzinnej uroczystości w Ratuszu Gdańskim. Był 24 czerwca 2016 roku. Moi przyjaciele obchodzili 50 rocznicę ślubu. Oni i kilkanaście innych starych dobrych małżeństw. Ceremonię prowadził właśnie Paweł Adamowicz. Zachowywał się świetnie, swobodnie, serdecznie. Przemawiał, gratulował, ściskał, obejmował, całował w rękę lub w policzki, a potem, gdy nadeszła pora tańców –  tańczył. I nie był to taniec gwiazd, tylko serdeczna wspólnota prezydenta
i obywateli miasta, którym rządził (Foto Kasia Bogdanowicz).

Na pożegnanie z Panem Pawłem Adamowiczem przyleciał Donald Tusk.

Vergessene Texte 2

Ewa Maria Slaska

Auf der Spurensuche nach “unseren Prälat” Ulitzka in Berlin

Fortsetzung

Ich wohne in Berlin, meine Spurensuche umfasst bewusst nur Berlin und Umgebung. Ulitzka war auch jahrelang in Ratibor tätig, aber ich bleibe bei meinem Leisten.

Ich finde Verschiedenes, auch etwas, was die Wissenschaftler, wie ich vermute, nicht gefunden haben. Darüber aber später. Zuerst zur Chronologie. Ulitzka in Berlin – das sind drei Zeitspannen: seine ersten Priesterjahre in Brandenburg (1901-1910), die Zeit nach seiner Ausweisung aus Schlesien bis zur Inhaftierung (1939-1944) sowie seine letzten Lebensjahre von 1945 bis 1953. Seit November 1939 war er ein Seelsorger im katholischen St. Antonius Krankenhaus in Karlshorst und anschließend in Friedrichshagen. Natürlich war er zwischen 1919 bis 1933 gefühlte Tausendmale als Abgeordneter der katholischen Zentrumspartei (Volkspartei) in Berlin.

Es war zuerst sein Name, der mein Interesse weckte. Das Wort Ulitzka: uliczka, eine kleine Straße. Eine Frage der Herkunft: Ulitzka ist selbstverständlich ein Deutscher gewesen, aber natürlich kommt mir dabei ein Satz aus dem Buch von Anna Poniatowska in den Sinn: Die ältesten Adressbücher oder Telefonbücher Berlins enthalten auf jeder Seite mehrere polnische Namen. Nicht alle Namensinhaber sind der Meinung, sie seien Polen, aber ihre Ahnen und Urahnen kamen aus dem Gebiet Polens hierher.

Und im Falle Ulitzka werde ich ergänzen: oder aus Tschechien. Das heißt, auch wenn Carl Ulitzka zweifellos in einer deutschen Familie in Oberschlesien geboren worden war, waren seine Ahnen und Urahnen Tschechen oder Polen. Der Historiker Guido Hitze, Autor einer umfassender Biografie des Prälats, schreibt, die Familie stamme aus dem Tschechisch-Mährischen her.

Das ist aber eigentlich unwichtig. Denn unabhängig davon, welche nationale Abstammung seine Familie vorweist, situierte er sich selbst im Grenzgebiet zwischen Deutschland und Polen. Er sprach beide Sprachen (Polnisch erlernte er während seines Theologiestudiums) und setzte sich für seine Landsleute ein, unabhängig von deren Muttersprache, selbst wenn es unbequem oder gar gefährlich war. Mein Freund Engelbert Kremser, der selber aus Ratibor stammt, meint die polnische und die deutsche Sprache waren in der Umgebung gründlich gemischt, „wie in einem Streuselkuchen – ein Streusel sprach Deutsch, ein anderer, gleich nebenan – Polnisch“. Und das Polnische war oft uralt, eine Sprache, die selbst die Polen in Polen seit Jahrhunderten nicht mehr sprachen, eine Sprache aus den Zeiten von Kochanowski (1530-1584), eines Renaissance Dichter, der als erster die Gedichte auf Polnisch schrieb. Bis dahin schrieben alle Wortmenschen Polens Latein .

Sicher ist eins: Ulitzka war ein Oberschlesier und baute um Berlin herum mehrere Kirchen.

Die Kirche in Bernau

Katholische Herz-Jesu-Kirche
Börnicker Str. 12 (Pfarramt) / Ulitzka Straße / Bahnhofstr. 9 (Hauptportal)
16321 Bernau bei Berlin

Die katholische Gemeinde in Bernau wurde 1849 gegründet. Ulitzka kam 1901 hierher. Jung, gerade erst 28 geworden, gutaussehend, groß. Ausdrucksvoller Profil, Gesicht mit prägnanter Knochenstruktur. Ein kluger Mensch, intelligent, charismatisch. Ein katholischer Seelsorger wie geschaffen fürs vorwiegend protestantische Umfeld. Die Gemeinde war arm, hatte keine Kirche und nutzte die Bonifatiuskapelle im Missionshaus in der Tuchmacherstraße als Gotteshaus. Dort bewahrte man das sog. Mariahilf-Bild auf, das später in die Kirche übernommen wurde.

Übrigens: Wegen des Bildes pilgerte man seit 1869 aus Berlin dorthin. Eine Idee von rebellierenden Pfarrer Eduard Müller, dem man die älteste Wahlfahrt des Erzbistums Berlin verdanke.

Schon früh kam Ulitzka in den Sinn, dass man hier eine Kirche bauen muss. In jeder Stadt, wo die Katholiken und Protestanten miteinander oder nebeneinander wohnen, hat man mindestens zwei Kirche. So wollte es Ulitzka auch in Bernau haben und später überall, wo er als Priester tätig war. Dies ist jedoch nicht so einfach, eine Kirche zu bauen. Erst müssen bürokratische Hürden überwunden werden, oft, wie es der Fall in Bernau war, politische, und dann auch finanzielle. Man braucht viel Geld – und dieses muss vorerst gesammelt werden, bevor man mit der Grundsteinlegung beginnt. Der ehemalige Pfarrer der Herz-Jesu-Kirche, Peter Beier, der 33 Jahre Gemeindepfarrer in Bernau war, erzählte mir, dass er zwar Ulitzka persönlich nicht kannte, aber seinerzeit in Bernau Johannes Lipinski, einen Mitarbeiter von Ulitzka, getroffen habe. Seine Aufgabe war es, in der heißen Phase des Geldsammelns, die ‘Bettelbriefe’ per Hand zu kopieren. Er erinnerte sich, man habe sich dabei die Finger wundgeschrieben!

Mit dem Bau begann man 1907. Die Kirche wurde am 13. September 1908 feierlich eingeweiht. Georg Kardinal Kopp kam aus Breslau zu diesem Anlass nach Bernau! Interessant ist, dass praktisch zu gleicher Zeit Ulitzka zuerst eine Kapelle für eine Arbeiterkolonie des Pastors Friedrich von Bodelschwingh in Lobetal bauen wollte und mit dem Bau einer anderen Kirche in der Gemeinde, der Maria-Verkündigungs-Kirche in Biesenthal, begann.

Pfarrer Kort organisierte 2007 Feierlichkeiten zum 100-jährigen Jubiläum des Kirchenbaus. Die Schulkinder spielten dabei ein Theaterstück über Ulitzka und seinen Vorhaben. Der Junge, der Ulitzka gespielt hatte, ist danach selber Priester geworden und bat darum, seine Primiz in Bernau feiern zu dürfen.

1998 (90 Jahre Kirchenweihe, 125. Geburtstag und 45. Todestag des Prälaten) hat Pfarrer Beier erreicht, dass ein kleiner Abschnitt der Breitscheidstraße, zwischen der Börnicker Straße und der Bahnhofstraße, genau dort, wo die Kirche steht, in die Ulitzka-Straße umbenannt wurde.

Kurz danach, am 20. August 1999 ging Pfarrer Beier in Ruhestand und somit nach Templin.

Es gab einen weiteren Versuch, an den Kirchenerbauer zu erinnern, diesmal von einem Gemeindemitglied vorgeschlagen: An der Giebelseite des Pfarrhauses der Herz-Jesu-Kirche sollte ein Porträt des Kirchenerbauers angebracht werden. Der Vorschlag fand jedoch keine breite Zustimmung und letztlich ganz fallen gelassen wurde.

Die Kirche kann man schon von der S-Bahn aus sehen. Ich bin um 12 Uhr mit Pfarrer Eberhard Kort verabredet, gehe aber zuerst um die Kirche herum. Eine schöne neugotische Kirche, mit einem blau-weißem Schild des Denkmalschutzes. Und das seit 1977, d.h. seit der DDR-Zeit! Als Erklärung dazu findet man nur einen Satz, der doch keine Erklärung liefert: Die Kirche wurde in den Jahren 1907/1908 nach Plänen des Charlottenburger Architekten Paul Ueberholz als einschiffige Hallenkirche im Stil norddeutscher Backsteingotik erbaut.

Ich vermute, dass es der Turm ist, der dem Denkmalschutz so gut gefallen hat. 66 Meter hoch! Und sehr schön. Pfarrer Baier wird mir später erzählen, Ulitzka wollte den Turm noch höher haben, damit er die evangelische Kirche überragt. Oh, du fromme Bescheidenheit!

Ich fotografiere fleißig. Neogotische Kirchen sind mir vertraut wie keine anderen. Ich wuchs im Danziger Stadtteil Langfuhr auf, wo alle Kirchen das Prädikat „neo“ tragen. Meine – Herz Jesu Kirche, wie die in Bernau und Templin – ist ebenfalls neogotisch.

Pfarrer Kort zeigt mir seine Kirche, die seit Ulitzkas Zeiten intensiv umgebaut wurde. Einfluss darauf hat das Jahr 1965, meint Pfarrer Kort, das 2. Vatikanische Konzil, die Änderung der Liturgie, die Entstehung der Volkskirche. Der Gemeindehirt kommt den Menschen näher. Die Kanzel wird nicht mehr benutzt, der Priester steht den Gläubigen zugewandt hinter einem schlichten Tisch oder – beim Vorlesen – am Pult. Jede katholische Kirche in der Welt wurde nach diesem Muster umgebaut.

Die Umgestaltung der Kirche in Bernau, die 1964-1966 unter Pfarrer Alfons Schneider erfolgte, ist nicht besonders gelungen. Zuständig für den Umbau war Herr Architekt Gottfried Zawadski aus Kamenz. Ende April 1966 war die Weihe des neuen Altares. Pfarrer Beier wurde kurz danach, am 19. Juni eingeführt. „Ich war nicht gerade glücklich über die völlig umgestaltete Kirche. Der Tabernakel auf einer Stelle und das Relief am Ambo stammen von Herrn Schötschel. Die große Herz-Jesu-Figur kam erst einige Jahre später in den Altarraum zurück. Zum 100-Jahr-Feier werden noch einige Dinge verändert, u.a. kamen die Platten in den Altarraum. Das Abendmahl-Relief, seitlich von Tabernakel, stammt aus dem einstigen Hochaltar und fand dort seinen Platz in Erinnerung an früher.“

Ja, ich bin auch der Meinung, dass man mit dem, was gemacht wurde, nicht besonders glücklich sein kann. Die auseinandergenommenen Teile des alten Altars, 1968 von schon erwähnten Friedrich Schötschel neu gemacht, sind sehr schön, aber unvorteilhaft platziert. Das Tabernakel steht auf einem kleinen Tisch rechts vom Altar, der Lesepult – links. Vorne an der Apsis-Wand sind drei Altarteile in Form eines Tryptychons angebracht, schmucklose Spanplatten, auf der mittleren die alte Christus-Figur aus der Entstehungszeit. Merkwürdig. Originell, aber merkwürdig. Genauso merkwürdig scheint mir der kleine, irdene Weihwasserbehälter, der wie ein polnischer Gurkentopf aussieht. Oder gar einer ist. Bevor ich mit meinen Recherchen fertig werde, werde ich noch ein paar solche bescheidenen Behälter sehen. Wir sind in der Uckermark, es ist ein armes Land. Gewesen.

Seelsorge in Hoffnungstaler Anstalten

Bevor Ulitzka mit dem nächsten Kirchenbau – Katholisches Pfarramt St. Marien in Biesenthal – richtig anfangen konnte, fand er 1905 die nächste wichtige Aufgabe, als in seinem Pfarrgebiet die Hoffnungstaler Anstalten Lobetal durch Pastor Friedrich von Bodelschwingh gegründet wurden.

Bodelschwingh, 1905 schon ein alter Mensch, hatte damals bereits die Verwirklichung mehrerer sozialer Projekte hinter sich, die allesamt nach dem Motto Arbeit statt Almosen organisiert wurden. Eine seiner letzten Gründungen lag in der Umgebung Berlins. In dem heute 15 km nördlich gelegenen „Hoffnungstal“ ließ er eine Arbeiterkolonie anlegen – eine Zufluchtsstätte und Herberge für die Obdachlosen der Hauptstadt. Die Arbeiterkolonie umfasste drei Dörfer: Rüdnitz, das alteingesessene Dorf, und zwei neu gegründete Dörfer, Lobetal und Hoffnungstal. (Sehr passende Namen. Lobe den Herren, meine Seele, lobe und verliere niemals die Hoffnung).

Unter den Bewohnern der Anstalt befanden sich sowohl Menschen evangelischen Glaubens als auch Katholiken. Ulitzka besprach die Lage mit dem Pastor von Bodelschwingh und übernahm die Seelsorge seiner in der Arbeiterkolonie weilenden Glaubensbrüder, unter denen auch viele Polen zu finden waren.

In Lobetal gab es ein kirchenähnliches Gebäude (heute: Verwaltungshaus), das zuerst eine provisorische Kirche in Berlin gewesen war, die Pastor Bodelschwingh nach Lobetal kommen ließ.

Dieses Haus diente vor allem als Ess-Saal, man hielt dort aber Gottesdienste ab und bei Bedarf wurde es auch als Leichenhalle benutzt. Dort zelebrierte Ulitzka einmal im Monat die katholischen Messen, bei großer Nachfrage auch auf Polnisch. Danach, als die neue evangelische Kirche gebaut wurde, fanden dort auch die katholischen Messen statt.

Die zweite Gelegenheit der Betreuung der Katholiken aus den Hoffnungstaler Anstalten bot sich auf dem Gut der Begründer der Bekleidungskette Peek & Cloppenburg. Sie stellten einen Pferdestall als provisorische katholische Kapelle zur Verfügung.

Alles schien bestens geregelt zu sein. Aber nein, ein unermüdlicher Kirchenbauer wie Ulitzka konnte nicht umhin, hier eine Kirche oder mindestens eine Kapelle bauen zu wollen. Er wollte, nein, er musste sie bauen! Das Geld wurde zusammengebettelt, auch Pastor Friedrich von Bodelschwingh spendete eine erhebliche Summe. Man wählte für den Neubau ein Stückchen Wald zwischen Rüdnitz und Hoffnungstal. Es gab bereits eine Baugenehmigung und man hat schon Bäume gefällt. Auf tausend Quadratmetern ragten nur Baumstümpfe empor. Es sah wie eine Wartehalle in einem Bahnhof aus, daher wurde es unter den Koloniebewohnern katholischer Bahnhof genannt.

Guido Hitze schreibt, dass Ulitzka hier seinen zweiten Kirchenbau errichtete. Der Text ist merkwürdig vage und irgendwie unwissenschaftlich, es fehlen genaue Angaben, wo und wann die Hoffnungstaler-Kirche gebaut werden sollte. Es gibt auch keine Fotos und keine Berichte über die Gottesdienste, die dort angeblich stattgefunden haben. Ich schrieb Frau Elisabeth Kruse an, die Pastorin der Lobetaler Kirche an und stellte die Frage: Gibt es eine katholische Kirche in den Anstalten? Hat es sie je gegeben? Am nächsten Tag rief sie zurück. Nein, eine katholische Kirche oder eine Kapelle ist in den Hoffnungstaler Anstalten NIE gebaut worden! Ich soll nach Lobetal kommen und mit Herrn Andreas Buntrock reden. Der würde es mir alles genau erzählen. Am nächsten Tag bin ich nach Lobetal gefahren. Ich habe mit Herrn Buntrock, dem emeritierten Diakon der Hoffnungstaler Anstalten und Kenner der Geschichte dieser Ortschaft, gesprochen. Ja, sagte er, Ulitzka wollte hier bauen, und von Bodelschwingh wollte es auch. Und trotzdem ist es nie dazu gekommen. Wieso? Das weißt man heute nicht mehr.

In der Chronik der katholischen Kirche in Biesenthal finde ich einen interessanten Eintrag: April 1985: Wiederaufforstung unseres Waldgrundstückes in Rüdnitz. Ob damit der katholische Bahnhof gemeint ist? Herr Buntrock sagte mir, dass es die alte Waldlichtung nicht mehr gibt.

Und so habe ich erfahren, dass eine Journalistin, die lediglich mit Menschen redet, manchmal mehr erfahren kann als ein Wissenschaftler mit ungehindertem Zugang zu allen möglichen Archiven und Bibliotheken.

Kirche in Biesenthal

Katholisches Pfarramt St. Marien
Bahnhofstraße 162
16359 Biesenthal

Eine wunderschöne Kirche, ruhig, schlicht, elegant. Auch sie ein Baudenkmal wie die Kirche in Bernau. Den Bau dieser Kirche begründete Ulitzka somit, dass in der Sommerzeit ca. 100 katholische Schnitter aus Polen in die Gemeinde kommen, um bei der Ernte zu arbeiten. Sie hatten Anspruch an einen würdigen Gottesdienst, den er, Ulitzka, ihnen doch auf Polnisch halten kann.

Pfarrer Horst Pietralla von Biesenthal erzählte mir, dass man Ulitzkas Spendenaufrufe für seine Kirchen nicht mehr hören wollte. Dann kam er auf eine erfolgreiche Idee. Ich werde, sagte er, eine barocke Kirche bauen. Dies hat geholfen, zumal seine Geldgeber und Spender aus dem Bayrischen stammten, wo man große Stücke von der barocken Kirchenarchitektur hielt. In Windeseile hat derselbe Architekt, Paul Überholz, der bereits in Bernau tätig war, eine neue Kirche entworfen und gebaut, eine der ganz wenigen barocken Kirchenbauten im Erzbistum Berlin. Pfarrer Beier sagte mir, dass die Salvator Kirche in Lichtenrade ebenfalls barocke Züge vorweist.

Die Biesenthaler Kirche wurde am 10. Oktober 1910 eingeweiht. Die Bänke, die Fußbodenplatten, die Farbgebung sind authentisch, aus der Bauzeit also. Dh. im Gegensatz zu der Kirche in Bernau ähnelt die Kirche sehr dem, wie sie zu Zeiten ihres Stifters ausgesehen hat. Sie ist auch sehr gepflegt und sehr gut besucht. Leider ist Pfarrer Pietralla, der kurz vor dem Kriege geboren ist und 1953 sein Abitur machte, der letzte Pfarrer in der Gemeinde. Ist er weg, wird die Kirche geschlossen. Schade, weil sie sehr gut besucht ist. Es kommen ca. 80 Personen zu Hochmessen, darunter etwa 20 Kinder. Es gibt 15 Ministranten (mehr Mädchen als Jungs!) und eine achtköpfige Blaskapelle, deren Chef Biesenthals Bürgermeister ist. Im wunderbar gepflegten Garten steht eine Campanile mit einer Glocke, die noch zu Ulitzkas Zeiten aus Hildesheim geliefert wurde, zuerst nach Bernau, dann nach Biesenthal. Da der Glockenturm aber für drei Glocken gebaut wurde, hat sich Pfarrer Pietralla um den Erwerb zwei weiterer Glocken bemüht. Mit Erfolg. Neue Glocken werden noch im Jahre 2015 eingesetzt. Sie waren nicht teuer, erklärt mir Pfarrer Pietralla, die kleinere kostete 3000 Euro, die größere – 5000. Mehr wird das Bestimmen der Glocken kosten, zumal sie auch mit den Glocken in der evangelischen Kirche abgestimmt werden. Pfarrer Pietralla betont dabei, dass die dafür ausgegebenen Gelder nicht für soziale Zwecke vorgesehen waren. Ich brauche diese Erklärung überhaupt nicht, sie ist für Kritiker gedacht.

In der Kirche gibt es einen wunderbaren Altartisch, der ebenfalls von Friedrich Schötschel angefertigt wurde. Seine Werke (u.a. Tabernakel und Taufbeckendeckel) hatte ich bereits in Bernau gesehen. In Biesenthal war er lange Zeit zwischen 1969 und 1986 tätig. Aus seiner Hand stammten nicht nur der Altartisch im schlichten Barockstil, der gut mit der Kirche harmoniert, sondern auch ein Vortragekreuz und das Kirchenportal. Auf der Innenseite des Portals sind Verse von Gertrud von le Fort und Rainer Maria Rilke in Kupfer eingearbeitet.

Pfarrer Pietralla stellt mir die Kirchenchronik zur Verfügung. Was wirklich rührt ist der erste Eintrag der Chronik: 25.3.1902: Am Fest Maria Verkündigung hält der Pfarrer von Bernau, Carl Ulitzka, den ersten katholischen Gottesdienst seit der Reformation in Biesenthal in einer Notkapelle. Als Notkapelle dient das Gartenhäuschen des Herrn Neumann in Biesenthal, Schulstraße 28. Die Laube bestand aus Stube und Küche. Der Trennwand wurde entfernt und so entstand ein Raum von 9 m Lange und 3 m Breite. Die Höhe betrug 1,9 m. Dies hat ein Maler festgehalten und das Motiv wurde als Postkarte und zugleich Bittbrief gedruckt:

Leider reichen die vorhandenen Mittel nicht aus, schrieb Ulitzka. Ich muß daher betteln, obgleich ich weiß, wie schwer es ist, und dass weite Kreise des Gebens müde geworden sind.

Der letzte Teil in ein paar Tagen

Vergessene Texte 1

… und zwar so vergessen, als ob sie nie exitierten. Und dabei habe ich den honorarlosen Text gern geschrieben und ihm den ganzen Sommer 2015 gewidmet. Er erschien 2016 in einer Zeitschrif mit dem Datum 2014 und so vielen Fehlern, dass ich mich schämte die Autorenexemplare jemanden zu zeigen. Somit ist es offiziell ein Nachdruck und nicht Originaltext. Obwohl, ich habe es natürlich umgehend geändert und korrigiert. Durchgesehen, wie man es schön auf Deutsch sagt.

Hier die ofiziellen Angaben zu den Protagonisten: Carl Ulitzka Wikipedia

Ewa Maria Slaska, Berlin

„Ach, unser Prälat Ulitzka“

Ich bedanke mich bei Frau Pastorin Elisabeth Kruse, Ehrwürdigen Schwester Walburga, Pfarrer Peter Beier, Herrn Diakon Andreas Buntrock, Pfarrer Eberhard Kort, Herrn Engelbert Kremser, Pfarrer Horst Pietralla, Herrn Bernd Thürling

Als ich – Schriftstellerin und Publizistin – damit beauftragt wurde, über Carl Ulitzka zu schreiben, war ich mir über das Ausmaß dieses Wagnisses nicht im Klaren. Ich wusste, wer er war und dass er zu den vielen Persönlichkeiten gehörte, die schon vor dem Kriege grenzübergreifend zwischen Deutschland und Polen tätig waren, als symbolische Figuren der deutsch-polnischen Verständigung einen wichtigen Rang verdienten und stattdessen mit der Zeit in Vergessenheit geraten sind. Was mich aber persönlich an seiner Biographie am tiefsten berührte, war die Tatsache, dass er von der Nazis als „Polenkönig“ verfolgt und von den Polen als „Scheiß-Deutscher“ beschimpft wurde. Und ich wusste noch, dass (und wo) er in Berlin beerdigt wurde. Mehr noch, ich war einmal bei seinem Grab. Aber das war auch schon alles. Daher dachte ich, als mir der Auftrag erteilt wurde, prima, ich kann dabei mehr über Ulitzka erfahren…

Jeder Journalist, der über etwas schreibt, prüft heutzutage nach, was sich über sein Thema im Internet finden lässt. Auch ich tat nichts anderes. Und dabei überkamen mich Zweifel. Zuerst fand ich Hunderte und Aberhunderte Texte über Ulitzka. Auf Deutsch und auf Polnisch.

Dann kam es aber noch schlimmer, als ich das Buch von Guido Hitze entdeckte – Carl Ulitzka (1873-1953): Oberschlesien zwischen den Weltkriegen. 1440 Seiten! Der Autor schrieb darin folgendes:

Seine Biografie spiegelt gleichsam die besondere Entwicklung dieser umkämpften Grenzregion, die Abstimmungskämpfe in Oberschlesien nach dem Versailler Friedensvertrag wieder. Deutlich werden die Positionen des Zentrums innerhalb des Parteienspektrums sowie des deutschen Katholizismus vor und während der nationalsozialistischen Gewaltherrschaft. Die umfassende Studie porträtiert erstmals die Geschichte Oberschlesiens bis 1945 und den Lebensweg Ulitzkas aufgrund neuester Forschungsergebnisse. Der Autor wertet bisher unbekanntes Quellenmaterial deutscher und polnischer Archive aus und kommt zu neuen Ergebnissen…

Wie kann ein Journalist, ein Laie, ein Unwissender wagen, über einen Mann zu schreiben, über den allein dieser Autor 1440 Seiten geschrieben hatte? Und erst recht all die anderen Forscher…!

Aber bei all diesen Zweifeln ob eigener Unzulänglichkeit wusste ich, dass ich doch etwas über Ulitzka zu sagen habe, dass ich einen persönlichen Zugang zu ihm habe. An einem Novembertag 2006 war ich auf dem Friedhof und versuchte sein Grab zu finden. Vergeblich. Am nächsten Tag rief ich bei der Friedhofsverwaltung an. „Ach,“ sagte meine Gesprächspartnerin, „unser Prälat Ulitzka“… der liegt dort und dort begraben. Es folgten genaue Hinweise…

Interessant, dachte ich, dass er für Menschen, die ihn nicht persönlich kannten, immer noch „ihr Prälat“ war. 60 Jahre und mehr nach seinem Tod bewahrt ihn die kollektive Erinnerung. Das wollte ich näher untersuchen. So begann die Spurensuche, deren Etappen Bernau bei Berlin, Biesenthal bei Bernau, Templin, Lobetal, Berlin-Karlshorst, Berlin-Friedrichshagen, Berlin-Lankwitz und Potsdam wurden. Ich wurde mit einer Empfehlung von einem Ort in den nächsten geschickt. Nur die erste Etappe bestimmte ich selber, ich ging dorthin, wo ich sicher war, etwas zu finden: Auf den Friedhof. Das heißt, mein Ausgangspunkt war das Ende – von da rollte ich seine Geschichte auf.

Ich kannte das Wort Prälat, wusste aber nicht, was es/er ist? Ulitzka ist 1926 Päpstlicher Hausprälat geworden. Wikipedia informiert, dass in der katholischen Kirche als Prälat der Inhaber ordentlicher Leitungsbefugnisse, Inhaber höherer kurialer Ämter oder ein verdienter Priester, der den Ehrentitel vom Papst erhalten hat, bezeichnet wird.

Fortsetzung folgt in ein paar Tage


Quellen:
Guido Hitze, Carl Ulitzka 1873-1953 oder Oberschlesien zwischen den Weltkriegen, Düsseldorf 2002

Reblog o dwóch wojnach z komentarzem

Jacek Wesołowski

dzien-nik_fb.obrazy/teksty, 19 listopada 2018

D w i e   W o j n y

Wielkie wzburzenie w Niemczech wzbudziły onegdaj słowa p. Gaulanda, nestora-aktywisty Alternative für Deutschland (partia prawicowo-populistyczna jak PiS w Polsce), o uszanowaniu dla żołnierskiego trudu niemieckiego Wehrmachtu. Dlaczego? Ponieważ w niemieckiej pamięci historycznej pierwsza i druga wojny światowe inną mają pozycję. Poległych swoich w pierwszej wojnie Niemcy uczcili po niej niezliczoną liczbą rozmaitych denkmali i mahnmali (Denkmal – pomnik, Mahnmal – budowla ku pamięci). Były one rozsiane po całych Niemczech, od wielkich miast do najmniejszych wsi. (Mahnmal ku uczczeniu swych poległych w wojnie postawili i mieszkańcy mojej wsi Billendorf, dzisiejsze Białowice: stoi do dziś, tyle że Polacy zdjęli z cokołu orła Cesarza i postawili krzyż, zaś nazwiska poległych jego żołnierzy usunęli, umieszczając w zamian napis ku chwale bożej). Żołnierzy Reichswehry zatem czczono, a żołnierzy Wehrmachtu nie – takich pomników w Republice Federalnej nie znajdziesz. Dlaczego, odpowiedź jest prosta. Pierwsza wojna była rozprawą między państwami europejskimi, w której Niemcy uczestniczyły w składzie jednej ze stron obok Austro-Węgier i początkowo Włoch przeciw Francji, Anglii i Rosji. Do wojny przystąpiły w ramach prawa międzynarodowego, zgodnie z literą układu militarnego z k.u.k Oesterreich-Ungarn, które to państwo było pierwszej wojny inicjatorem. Inaczej w drugiej wojnie. Druga wojna nie wybuchła jak pierwsza jako rozprawa między państwami, które zdecydowały się na krok militarny, gdy nie potrafiły już rozwiązać swoich problemów politycznych i gospodarczych. Jeśli mówić o odpowiedzialności za pierwszą wojnę, to rozkłada się ona mniej lub bardziej równo na wszystkich jej uczestników. Drugą wojnę rozpoczęły Niemcy – by zapanować nad światem. Uciekły się do napaści (akcja militarna bez wypowiedzenia wojny) – najpierw na Polskę, następnie inne państwa w Europie. Różnicę między pozycją Niemiec w pierwszej a drugiej wojnie światowej stwarza również fakt, że w drugiej państwo niemieckie (III Rzesza) dopuściło się niesłychanego terroru wobec ludności cywilnej. Specjalne w nim miejsce zajmuje zagłada Zydów. W zbrodniach III Rzeszy Niemieckiej uczestniczył Wehrmacht – stąd w Republice Federalnej nie ma miejsca na honorowanie „trudu i znoju niemieckiego żołnierza” drugiej wojny. Można zadumać się nad tragicznym losem wielu zwykłych ludzi, wplątanych w pęta Historii, to tyle. Ich kości leżą w glebach Europy. Co powiedzieć na zakończenie refleksji o dwóch wojnach? Zacytuję z pamięci słowa pieśni Bułata Okudżawy:

Pierwsza wojna, mówisz: ech, to już tyle lat…
Druga wojna, jeszcze dziś winnych szuka świat.
A tej trzeciej, co chce przerwać nasze dni,
Winien będziesz ty, winien będziesz ty…


/Obraz: Pom-Niki, wybór ze zbioru 1988-2011. Strona katalogu wystawy„Jacek Wesolowski, Denk-Mal/Pom-Nik”, Zielona Góra-Dresden 2011. Moje Pom-Niki widz powinien sobie wyobrazić jako budowle, stojące w przestrzeni publicznej: na placach, ulicach, w parkach. Na wystawie pokazałem 44 obiekty wys. 20-50 cm plus aneks fotograficzny 44 zdjęć (10 x 15 cm) realnych pomników, fotografowanych przeze mnie w Polsce, w Niemczech i we Włoszech 2010-11./

Komentarz:

Krzysztof Bronowski Nie do końca mogę się z tym wywodem Pana Jacka zgodzić. Wina nie rozkłada się po równo. Niemiecki cesarz parł do wojny, bardzo chciał wojny, dawał gwarancje Austro-Węgrom i obiecywał, że obroni je przed Rosją. W pierwszej wojnie zwanej Wielką Wojną – Niemcy już dopuścili się kilku aktów barbarzyństwa (Kalisz, Belgia), już wtedy zaczęli tworzyć wzorem Brytyjczyków z wojny burskiej obozy. O jednym z takich obozów pisze Stefan Zweig w powieści Intronizacja. Dość dziwnym faktem jest też to, że Rosja i Austro-Węgry wypowiedziały sobie wojnę ostatnie, jak inni już wzięli się za łby. Rosja wtedy występowała jako obrońca prawosławnej Serbii (następcę tronu z żoną zastrzelił Serb), którą Habsburg upokorzył, a ona te warunki przyjęła, Habsburg uznał, że własne ultimatum to za mało. Rosja jako kraj prawosławny się za Serbią wstawiała, Francja była sojusznikiem Rosji, Wielka Brytania Francji, teoretycznie Rosji, ale jej nie kochała. A w tle mamy jeszcze sprzyjające Rzeszy Imperium Osmańskie…

Jacek Wesołowski jest polskim artystą, mieszka w Berlinie i na poniemieckiej wsi w Polsce (jest o niej mowa w tekście).

Peru 7

Joanna Trümner

Machu Picchu

„Szkoda, że tak leje”, myślę patrząc na krople deszczu spływające strugami po panoramicznym dachu pociągu do Aguas Calientes (miejscowości, z której odjeżdżają autobusy do ruin Machu Picchu). W wagonie jest tak ciasno, że nie mogę nawet rozprostować nóg, nie mówiąc już o wyjęciu książki z plecaka, przytulam więc policzek do trzymanej kurczowo w rękach zimowej kurtki i próbuję się zdrzemnąć. Ze stanu półsnu wyrywa mnie gwizd lokomotywy za oknem. Na sąsiednim torze mija nas „Belmond Hiram Bingham Train”, luksusowy pociąg w kolonialnym stylu, wiozący pasażerów z Cuzco do Aguas Calientes. Pociąg jedzie na tyle wolno, że mam okazję przyjrzeć się utrzymanym w stylu eleganckich pulmanowskich wagonów z lat dwudziestych ubiegłego wieku wagonom, przytulnie oświetlonej restauracji, wagonowi-kuchni, w którym cała armia kucharzy przygotowuje posiłek, barowi i wagonowi-obserwatorium. Po zobaczeniu tego przepychu, luksusu, który nie pozostawia nic do życzenia, ciasnota mojego turystycznego pociągu jeszcze mocniej działa mi na nerwy.

Rano z hotelu odbiera nas Wiktor, nasz przewodnik po Machu Picchu. Przyglądam się temu jak na Peruwiańczyka dosyć wysokiemu i przystojnemu starszemu mężczyźnie i myślę o tym, że podobnie mogli wyglądać królowie Inków. Podczas godzinnego czekania na autobus do ruin Machu Picchu obserwuję czekających w kolejce turystów i przysłuchuję się ich rozmowom. Stojący o kilka kroków przed nami Kanadyjczyk opowiada o swojej pierwszej wizycie w tajemniczym mieście, podczas której padał tak mocny deszcz, że ruiny widoczne były tylko w zarysie. Pogoda i teraz nie jest rewelacyjna, lekko mży. Wiktor próbuje nas uspokoić: „Za godzinę pojawi się słońce”. Co chwila podchodzą do niego inni przewodnicy, ze strzępków ich rozmów domyślam się, że Wiktor cieszy się wielkim autorytetem wśród kolegów. Niebawem dowiadujemy się od niego, że przed kilkoma dniami wrócił z Cuzco, gdzie w imieniu przewodników przedstawił lokalnym władzom turystycznym regionu żądania kolegów oprowadzających turystów po Machu Picchu.

„Dla nas oprowadzanie po ruinach miasta i prowadzenie grup przez Szlak Inków to jedyne źródła utrzymania”, mówi, dodając, że wykonywanie tej pracy jest ze względu na porę deszczową możliwe tylko przez kilka miesięcy w roku. Agencje turystyczne próbują wykorzystać przewodników w sposób bezwzględny, z roku na rok pogarszają się ich warunki pracy, poza tym od kilku lat powstaje silna konkurencja w postaci przewodników przyjeżdżających tutaj z innych części kraju. W szczycie sezonu Machu Picchu odwiedza dziennie do pięciu tysięcy ludzi. „Dzięki naszej interwencji zredukowano ilość turystów z siedmiu do pięciu tysięcy”, opowiada Wiktor. „Bilety wstępu kosztują 70 dolarów, do tego dochodzi 18 dolarów za autobus w obie strony, czyli każdy turysta zostawia w Machu Picchu co najmniej 90 dolarów. Te pieniądze przepadają w nieznanych nikomu kanałach, tylko część z nich wykorzystywana jest do utrzymania jednego z siedmiu cudów świata, nie mówiąc już o poprawie warunków pracy lokalnych przewodników”, dodaje.


Po dwudziestominutowej jeździe autobusem serpentynami wśród gór docieramy na miejsce. Przepowiednia Wiktora się spełniła i na niebie pokazało się słońce. U wejścia do tajemniczego miasta stoi pomnik Hirama Binghama, amerykańskiego archeologa i polityka, który 24 lipca 1911 r. odnalazł to opustoszałe miejsce pośród gór i dżungli, podczas wyprawy w poszukiwaniu ostatniej stolicy Inków, Vilcabamby. Machu Picchu oznacza w języku keczua „stary szczyt”. To najbardziej tajemnicze miasto świata, do dzisiaj naukowcy nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, kto tam mieszkał i dlaczego tak nagle miasto opustoszało. Wiadomo, że wybudowane zostało w XV wieku, a opuszczone zaledwie 100 lat później, około 1535 roku. Jego władcą był Pachacuti, dziewiąty z kolei król Inków. W Machu Picchu mieszkało prawdopodobnie około 1000 mieszkańców, chociaż i to nie jest zupełnie pewne, bo Wiktor operuje liczbą od 700 do 1200 mieszkańców. Miasto składało się z dwóch części, wiejskiej i miejskiej. W wiejskiej znajdowały się pola uprawne, nawadniane specjalnym systemem kanałów, w miejskiej mieściły się pałace, świątynie i domy mieszkalne. Różne poziomy miasta połączone były ze sobą schodami liczącymi 1200 stopni, wszystkie budowle idealnie wkomponowano w górskie otoczenie. Trudno dostępne położenie Machu Picchu sprawiło, że hiszpańscy kolonizatorzy nigdy nie zdobyli, a prawdopodobnie po prostu nie znaleźli tego ukrytego wśród gór miasta. Gdyby je znaleźli, to na pewno zniszczyliby je tak samo bezwzględnie i bezmyślnie jak tysiące innych inkaskich i prekolumbijskich miast, świątyń i warowni na terenie całego Peru i świat nie miałby możliwości poznania tego przepięknego miejsca.

Następnego dnia wybieramy się do Machu Picchu na własną rękę, z niezbędną do wejścia na teren ruin pieczątką na bilecie, poświadczającą że zwiedzanie z przewodnikiem mamy za sobą. Spędzamy pięć godzin na oglądaniu miejsc, które wczoraj pokazywał nam Wiktor, odkrywamy również nowe miejsca. Dzisiaj jest tu więcej turystów. Ze zdumieniem patrzę na dwóch strażników niosących na jeden z najniższych poziomów ruin starszą kobietę na wózku inwalidzkim, cieszę się, że i ona ma możliwość zobaczenia jednego z najbardziej znanych i bez wątpienia najpiękniejszych miejsc na świecie. Po powrocie do hotelu nogi odmawiają mi posłuszeństwa, popołudnie spędzam w pozycji półleżącej na balkonie. Przy okazji sprawdzam koszt podróży pociągiem „Belmond Hiram Bingham Train”, który zrobił na mnie tak wielkie wrażenie. Podróż w obydwie strony i bilet wejścia na teren riuin Machu Picchu kosztuje od ośmiuset do tysiąca dolarów.

Następnego dnia wracamy pociągiem do Ollantaytambo, gdzie czeka na nas Martin z kierowcą. Ruszamy w dalszą podróż po Świętej Dolinie Inków. Pierwszym przystankiem na naszej drodze są Salineras de Maras, kompleks ponad 5000 salin na stromych zboczach doliny rzeki Urubamby, niedaleko miasta Maras. Zbudowane w formie tarasów saliny powstały w początkowym okresie rozwoju imperium Inków i produkują sól do dzisiaj. Możliwe jest to dzięki sieci otwartych kanałów, które rozprowadzają wodę mineralną z podziemnego strumienia. Pod wpływem słońca woda odparowuje, a sól się krystalizuje. Właścicielami salin są rodziny pochodzące z Maras i okolicy. W porze suchej z jednego poletka można uzyskać dziesięciocentymetrową warstwę soli w ciągu miesiąca. Na licznych straganach można kupić oryginalne pamiątki z soli, Martin twierdzi, że mieszkańcy sąsiedniego miasta i okolic w międzyczasie więcej zarabiają na sprzedaży pamiątek niż na produkcji soli, co jest możliwe tylko podczas pory suchej.

Kolejnym naszym postojem są tarasy rolnicze w Moray. Mają one kształt pierścieni, które na mnie robią wrażenie amfiteatru, a wybudowane zostały w czasach imperium Inków i spełniały rolę laboratoriów rolniczych. W tych „laboratoriach” pod gołym niebem badano wpływ klimatu na wzrost roślin uprawnych, głównie kartofli i kukurydzy. Uprawy były nawadniane poprzez skomplikowany system doprowadzania wody, a różnica temperatur pomiędzy najniższym a najwyższym tarasem dochodziła do 10 stopni. Martin opowiada nam, że Inkowie zwozili do laboratoriów w Moray oraz podobnych miejsc na terenie imperium ziemię z całego kraju i przez mieszankę ziemi z różnych regionów testowali możliwości uprawiania konkretnych gatunków na innych terenach państwa. Objuczone workami z ziemią lamy musiały nieraz pokonać kilkaset kilometrów. Myślę, że te eksperymenty przyczyniły się w dużej mierze do tego, że Peru posiada tyle odmian ziemniaka, iloma nie może pochwalić się żadne inne państwo na świecie. Jest tu około 3800 odmian tej rośliny, a sprawami dla niej istotnymi zajmuje się założone w 1971 z siedzibą w Limie największe na świecie centrum badań naukowych nad ziemniakami, maniokiem i innymi bulwami i korzeniami jadalnymi.

Wieczorem w hotelu w Cuzco myślę o tym, że w Świętej Dolinie Inków można byłoby spędzić jeszcze co najmniej kilka tygodni.

100 zdjęć na 100 lat / 100 Fotos für 100 Jahre

Elżbieta Kargol

Białoczerwień

Wszystko zaczęło się na wernisażu wystawy w Klubie Polskich Nieudaczników w Berlinie, wystawie zorganizowanej z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości przez Polskę.

Fotografowałam dzieła sztuki, artystów i zwiedzających, widok ogólny i szczególny, z przodu i z tyłu, wewnątrz i zewnątrz. Jedno zdjęcie zrobione na obrzeżach klubu, w zasadzie już w innym budynku, wzbudziło ogólne zainteresowanie. Pytano mnie, czyje to? Podejrzewano znaną berlińską artystkę, ale ona wyparła się dzieła. Dzieło było niczyje, niezamierzone, stworzyło się właściwie samo i wpasowalo w temat wystawy. Okno z białą firanką, od dołu zalepione do połowy czerwoną folią. W ten sposób powstał bialo-czerwony prostokąt, który mógłby, gdyby nie krata i wymiary, od biedy uchodzić za polską flagę.

Dziesiątki flag oprócz innych barw szczycą się białoczerwienią, a kilkanaście z nich samą białoczerwienią. We fladze Cesarstwa Niemieckiego oprócz czerni występowała też białoczerwień.

Rozejrzałam się wokół. Wszędzie białoczerwień, w naturze i nienaturze, jakby była ulubionym zestawem kolorów miasta, w moim przypadku Berlina, choć nie musiałaby to być wcale stolica Niemiec. Dowolne większe miasto dostarczyłoby tyle samo motywów białoczerwieni.

Biało-czerwone róże kwitną w parkach, na oknach pelargonie, dzikie wino w jesiennej bordowej barwie pnie się po białej ścianie, robię notatki biało-czerwonym długopisem i zajadam pomidory z mozzarellą.

Biały samochód zaparkował za czerwonym, albo odwrotnie, białe okna na tle czerwonej cegły, ktoś zapiął biały rower czerwonym łańcuchem, koło ratunkowe przy Teltowkanal, czerwona książka przy białej ścianie, czerwona maska na białej ścianie, czerwona zakładka w białych kartkach śpiewnika w kościele przy Bergheimer Platz.

Ścieżka rowerowa, którą podążam w poszukiwaniu białoczerwieni, też jest biało-czerwona, znaki zakazu, barierki i słupki ostrzegawcze, biało-czerwone jest logo napoju, który często piję. Biało-czerwony jest statek płynący po Szprewie, biało-czerwona antena na berlińskiej wieży telewizyjnej, najwyższym niemieckim budynku, biało-czerwony niedźwiedź na plakacie reklamującym berlińskie Berlinale, aż wreszcie biało-czerwony transparent znanej berlińskiej artystki na ulicach Berlina i biała tablica przy Reichstagu, upamiętniająca Solidarność, przytwierdzona do fragmentu czerwonego muru Stoczni Gdańskiej, muru przez który przeskoczył Lech Wałęsa.

Wymieniać można bez końca.

Białoczerwień jest wszechobecna, tak jak wszechobecni są Polacy na całym świecie.

Prawie wszystkie fotki zrobiłam w przeciągu dwóch dni, co świadczy o popularności obu barw. Częstotliwość i prawdopodobieństwo ich występowania są przeogromne.

100 FOTEK NA STO LAT!

Einzeln sind all diese rot-weiße Fotos zu sehen: / pojedynczo wszystkie biało czerwone zdjęcia Eli są

HIER / TU

Janz Berlin is eene Wolke

Die Autorin kam erst 1969 nach Berlin, hat also nicht die ganze Mauer-Zeit miterlebt, den Abbau umso intensiver.

Anne Schmidt

Der Mauerfall in Berlin (in der Erinnerung einer Tempelhoferin ) 

Am 10. November 1989 standen in klirrender Kälte morgens um 7.30 mein Mann, einige Leute aus unserer Bürgerinitiative und ich am Reichstagsgebäude neben einem stinkenden Dieselaggregat und hielten Schilder in die Luft; auf den Schildern standen Losungen mit Ausrufezeichen, die sich an die Geschäftsführer von westdeutschen Flughafengesellschaften richteten, die sich um 8.00 im Reichstagsgebäude zu einer wichtigen Konferenz treffen sollten.

Wir, die Mitglieder der ” Bürgerinitiative Flughafen Tempelhof”,  beschallten den Eingangsbereich des östlichen Flügels des Gebäudes mit den aufgezeichneten Geräuschen eines startenden Flugzeuges.

Der Ü-Wagen des SFB, der unsere Aktion aufzeichnen wollte, traf nicht ein. Bei meinem Marsch vom Hotel Esplanade zum Reichstagsgebäude hatte ich ihn am Brandenburger Tor stehen sehen, wo verschlafene Reporter auf die Öffnung der Mauer warteten.

Mit dem Ausweis einer Abgeordneten der “Alternative(n) Liste” gelangte ich in den großen Sitzungssaal des Reichstagsgebäudes, wo schon die Akivisten der TegelerAnt-Fluglärm-Initiative Platz genommen hatten. Sie hatten Schilder mit in den Saal geschmuggelt und gaben ihrem Unmut während der Reden verhalten Ausdruck.

Als der bayrische CSU-Mann Erich Riedel mit rollendem R von Peenemünde zu schwafeln begann, hielt es mich nicht länger auf meinem Sitz.Ich stürmte in den Gang im 1. Stock am nördlichen Ende des Gebäudes und hatte den Todesstreifen genau unter mir.

Im Saal hatte niemand die Ereignisse der vergangenen Nacht erwähnt, die unglaublichen Worte des Genossen Schabowski wiederholt, einen Blick in die Zukunft gewagt.  Als hätten diese Scheuklappenbeamten in ihrem abgeschirmten Bereich die Außenwelt mit ihrem Tunnelblick beeinflusst, bot sich mir ein Bild langweiliger, unspektakulärer Tristesse: Ein Kübelwagen der Volksarmee rollte langsam über den Fahrstreifen entlang der Mauer, als wolle er die Posten auf ihren Wachtürmen mit Essen versorgen. Die Aufregung der Nacht schien in Gleichgültigkeit zu versinken. Ich war grenzenlos enttäuscht, aber dennnoch zu aufgeregt, um zu den Ignoranten im Saal zurückzukehren.

Als ich aus dem Gebäude stürmte, kamen die ersten Schulklassen mit Willkommensgrüßen die Scheidemannstraße hinaufgezogen. Da ich meine kleine Tochter aus der Kita abholen musste, konnte ich mich nicht dem Zug zum Brandenburger Tor anschließen, sondern eilte zu meinem Auto vor dem Hotel Esplanade. Meine Vorausschau war davon ausgegangen, dass sich am Reichstagsgebäude und vor dem Tor die Massen drängeln und meiner Abfahrt im Wege stehen würden. Dem war nicht so, aber ab Friedrichstraße ließ die endlose Parade von Trabants und Wartburgs kein Durchkommen zu. Verzweifelt versuchte ich der stinkenden Blechlawine zu entkommen, sie zu umfahren, aber plötzlich waren sie überall in Kreuzberg. Ich hatte keinen Blick für die Insassen, denn der Termin in der Kita saß mir im Nacken.

Als ich mit 11/2 Stunden Verspätung in Tempelhof ankam,  empfing mich ein weinendes Kind und eine verständnisvolle Erzieherin. Die Nachricht von der Invasion der Blechkisten aus dem Osten hatte sich bis nach Tempelhof verbreitet.

Ab diesem Tag war nichts mehr so wie vorher: unser langerwarteter Besucher aus Pankow, der überraschenderweise Ende Oktober ein Visum für einen Besuch im Westen bekommen hatte, traf mit den Massen, die sich durch die wenigen Öffnungen der Sperranlagen drängelten, total erschöpft bei uns ein. Jeden Tag gab es neue aufregende politische Meldungen in den Medien. Meine Freundin, die unter widrigsten Umständen drei Jahre zuvor hatte ausreisen dürfen und eine Wohnung direkt vor der Mauer gefunden hatte, fürchtete den Überfall ihrer Verwandten und den Besuch ihrer bisherigen “Blicknachbarn”, meine Kreuzberger Schüler beschwerten sich über lange Schlangen vor den Supermärkten und meine Freundin aus Ost-Friesland schleppte mich in das Willkommenskonzert von Barenboim in der Philharmonie.

Dort vergoss ich Tränen der Rührung zusammen mit Musikfreunden aus Leipzig, die nur wegen dieses Konzertes aus Leipzig angereist waren.

Die anschließende Wanderung an der Mauer entlang auf dem Potsdamer Platz fand in einem einzigen Freudentaumel statt, den auch die Wagenburgler, die damals noch an ihr Bleiberecht glaubten, nicht beeinträchtigen konnten.

Trotz der warnenden Megaphondurchsagen der Polizei drängelte auch ich mich auf einen Wachtturm, um unvergessliche Fotos zu machen. Unvergesslich blieb beim Öffnen der Kamera für mich der Song von Nina Hagen “Du hast den Farbfilm vergessen, mein Michael”. So bleiben die Bilder dieser Nacht nur auf meinem inneren Schirm, aber Bilder auf der Mauer und Löcher in der Mauer dokumentierte ich in den nächsten Wochen fast täglich.

Diese einzigartige  Ausnahmesituation konnte ich nicht begreifen, ohne immer wieder zu den Orten des Geschehens zu fahren, am Anfang noch unsicher mit dem Pass in der Hand. Freudiges Strahlen war in den Gesichtern, die ich wahrnahm, nicht Skepsis und auch nicht Missgunst. Fremde Menschen sprachen und lachten miteinander, staunten ungläubig und tauschten Neuigkeiten aus. Freunde nahmen Jugendliche, die extra aus Wismar angereist waren, zur Übernachtung mit zu sich nach Hause und feierten mit ihnen auf der Mauer Parties.

“Janz Berlin is eene Wolke” ist ein Spruch, der schon zu Kaisers Zeiten geprägt wurde, aber nie besser gepasst hat als in diesen kalten Novembertagen.

Der Tod eines Dissidenten

40 Jahre nach dem Regenschirm-Attentat
“Ich werde sterben, Sie können nichts mehr tun”

7. September 1978. Georgi Markow wartet auf einen Bus in London, als der Fremde mit dem Regenschirm kommt. Ein Rempler, ein Stich, Tage später ist der bulgarische Dissident tot. Die Geschichte eines rätselhaften, wieder aktuellen Giftmords.

17. März 2018

Bulgarian defector Georgi Markov, 49, in an undated photo, whose murder is being investigated by military intelligence, anti-terrorist specialists from Scotland Yard and scientists at Porton Down erm warfare center near Salisbury, Wiltshire. Markov died on Sept. 11, 1978, believing he had been poisoned by the point of an umbrella jabbed in his right thigh. (AP Photo/Press Association)

Er hat ihn verspottet und beleidigt, immer wieder: in den bulgarischen Programmen der BBC, der Deutschen Welle, von Radio Free Europa.
Anzeige

Jetzt ist für den Verspotteten, Bulgariens kommunistischen Diktator Todor Schiwkow, der Tag der Rache gekommen. Ein besonderer Tag, der 7. September 1978. Schiwkows 67. Geburtstag. Dieser Tag, so ordnet er an, soll seinem verhassten Gegenspieler Georgi Markow den Tod bringen.

Längst trennen die beiden Männer Welten. Markow, einst ein glühender Kommunist und beliebter Schriftsteller in Bulgarien, hat sich mit dem Regime überworfen und ist 1969 ins Exil geflohen. Erst nach Italien, dann nach London. Hier wettert der Dissident und Journalist ab 1972 in seinen “Reportagen über Bulgarien aus der Ferne” scharfzüngig gegen seinen alten Freund Schiwkow und dessen Tyrannei. Hier fühlt er sich sicher.

Also denkt er sich nichts dabei, als ihn am 7. September 1978 ein Mann an der Londoner Bushaltestelle Waterloo Bridge anrempelt. Der Fremde murmelt ein paar Entschuldigungen und eilt dann mit seinem Regenschirm davon. Markow wundert sich nur kurz über den Stich, den er beim Zusammenprall in seinem rechten Oberschenkel verspürt hat.

Alles halb so wild. Bis ihn hohes Fieber packt. Und sein Blutdruck völlig verrückt spielt.
In der Notaufnahme, kurz bevor er ins Koma fällt, erzählt Markow dem Arzt von dem Fremden mit dem Schirm. “Er seufzte und lachte und sagte: Ich bin vom KGB vergiftet worden und werde sterben, da können Sie nichts mehr tun”, wird der Arzt Jahrzehnte später dem deutschen Filmemacher Klaus Dexel erzählen. Vier Tage später stirbt Markow an Herzversagen.

Der Zucker bringt den Tod

Erst die Obduktion liefert die Erklärung für seinen Tod, der bald als “Regenschirmattentat” weltbekannt wird: In Markows Bein steckt ein Platinkügelchen mit einem Durchmesser von 1,7 Millimetern. Es hat zwei winzige Öffnungen, in denen Spuren des Pflanzengiftes Rizin nachgewiesen werden. Offenbar waren die Löcher der Kugel mit Zuckerguss verschlossen – ein raffinierter, biologischer Zeitzünder: Durch die Körperwärme löste sich der Zuckerguss auf und gab das Gift frei.

Das alles wirft Berge an Fragen auf: Wer sind die Täter und Hintermänner? Wurde die Giftkapsel per Schirm in Markows Körper injiziert oder geschossen? Steckt tatsächlich der KGB dahinter?

Knapp 40 Jahre später erschüttert wieder ein rätselhafter Mordanschlag Großbritannien: Der einstige russische Spion Sergej Skripal, der später für den britischen Geheimdienst arbeitete, und seine Tochter sind vergiftet worden. Beide schweben seit Tagen in Lebensgefahr, während ihr Fall eine schwere internationale Krise entfacht hat. Die britische Regierung behauptet, die hochtoxische Substanz sei Nowitschok, ein einst in der Sowjetunion entwickeltes Nervengift. London wirft russische Diplomaten raus, auch die USA, Frankreich und Deutschland machen Russland verantwortlich. Moskau streitet alles ab.

Auffällig morden

Die Fälle trennt vieles. Und doch gibt es Parallelen, etwa die Frage: Warum wurden beide Attentate derart kompliziert ausgeführt, dass zwangsläufig Geheimdienste in Verdacht geraten mussten? Natürlich gibt es in London nichts Unauffälligeres als einen Regenschirm. Aber eben auch nichts Auffälligeres als einen Mord mit einem Schirm.

Ähnlich verhält es sich mit dem Gift, mit dem die Familie Skripal in einer Pizzeria in Kontakt kam: Es war den Ermittlern zufolge derart massiv verteilt, dass der kontaminierte Essenstisch und andere Gegenstände zerstört werden mussten. Entweder wollten die Täter alles versuchen, damit ihre Opfer sterben. Oder dafür sorgen, dass man ihren Gift-Fingerabdruck findet.

Sollten die Attentate auf Skripal, Markow (und auf den 2006 mit Polonium ermordeten russischen Ex-Spion Litwinenko) bewusst abschrecken? Sollten sie Angst verbreiten, mit einer Botschaft, die kein Diplomat sagen kann: Seht her, wir verschonen Verräter nicht? Oder hat jemand falsche Fährten gelegt, wie Moskau gern suggeriert?

Der Fall Markow lehrt zumindest: Mit einer schnellen Aufklärung ist nicht zu rechnen. Es dauerte Jahrzehnte und benötigte eine politische Revolution, bis die Umstände der Ermordung langsam deutlicher wurden. Und immer noch sind nicht alle Details geklärt – selbst die vermeintliche Mordwaffe wirft Fragen auf.

“Brüderliche Hilfe” aus Moskau

Fest steht immerhin: Die Spur führt, trotz vieler Dementis, direkt nach Moskau. Dokumente, die nach dem Zusammenbruch der Sowjetunion gesichtet werden konnten, und die Aussagen des ehemaligen KGB-Agenten Oleg Kalugin belegen, dass spätestens 1977 “alle Mittel” genehmigt waren, um Regimekritiker wie Markow zu liquidieren. Weil der bulgarische Geheimdienst dazu nicht allein in der Lage war, bat er Kalugin zufolge beim KGB um “brüderliche Hilfe”. Der Wunsch zum Anschlag kam dabei vom bulgarischen Diktator Schiwkow.

Der KGB zögerte und machte nur unter der Bedingung mit, nicht richtig mitzumachen: Man schickte Berater, lieferte Gift und Know-how – aber stellte nicht den Mörder.

So begann Kalugin zufolge eine “Komödie” voller “Fehler”, der den Tod Markows zu einem Zufallsprodukt machte. Der bulgarische Geheimdienst setzte offenbar auf einen zweifelhaften Agenten, den er selbst als “kleinen internationalen Betrüger ohne jegliche Aufklärungsmöglichkeiten” eingestuft hatte. Wenn der Mann mit dem Tarnnamen “Piccadilly” schon nicht ordentlich spionieren konnte, sollte er nun wenigstens töten.

Ratując, co się da 2

Ta historia zachęci was być może do przeczytania książki, którą ja już sobie zamówiłam i już sobie ostrzę pazurki. Czytelnicy cyklu Barataria dobrze wiedzą, że lubię opowieści o piratach. Autorka twierdzi, że (ach, niestety!) nie pisała nic o Jeanie Lafitte czyli piracie z Baratarii, ale tytuł książki – Republika Piratów – brzmi nader zachęcająco i niewykluczone wszak, że ta republika to jednak, metaforycznie rzecz biorąc, jest Barataria. Się okaże. A zanim się dowiemy, zapraszam do lektury innej pirackiej opowieści…

A. M. Rosner

Kapitan James Long stał na achterdeku Lady Eleonor i zastanawiał się, co zrobić. Dowodził brygiem w służbie Marynarki Wojennej Jego Królewskiej Mości Króla Jerzego i reprezentował go na wyznaczonych do patrolowania wodach. Chełpił się tym, że rufę jego okrętu zdobiła bandera oznaczająca przynależność do flotylli komodora Jonathana Wilsona – błękitna, z krzyżem świętego Jerzego wpisanym w krzyż świętego Andrzeja w górnej, lewej kwarcie.

Rozkazy, które otrzymał, były proste: zatrzymywać cywilne jednostki, sprawdzać listy przewozowe i szukać kontrabandy, jednocześnie mając oko na panoszących się po całych Karaibach piratów. Tych ostatnich nie spodziewał się napotkać i szczerze nad tym ubolewał. Miał nadzieję pojmać kiedyś jednego z nich i zyskać w oczach przełożonych. Wiedział jednak, że nie miał na to szansy tak długo, jak kazano mu poruszać się między Antiguą i Barbudą. Po akwenie kręciło się zbyt wiele patrolowców mających oko na trasy handlowe, niezwykle popularne wśród brytyjskich armatorów. Piraci trzymali się na północy, w okolicach New Providence.

Większość kolonistów, towarów, korespondencji i rozkazów nadsyłanych z Whitehall zaraz po przebyciu Atlantyku trafiało do Fort James – fortyfikacji na Antigui i siedziby gubernatora Wysp Podwietrznych, Waltera Hamiltona. Dopiero stamtąd rozsyłano wszystko dalej, tam, gdzie zgodnie z listami przewozowymi miało trafić. Brama do Nowego Świata – bo tak nazywano nieoficjalnie Antiguę – stanowiła najważniejszy punkt na handlowej mapie brytyjskich Indii Zachodnich, a kapitan Long był dumny, mogąc dbać o to, by ten stan rzeczy nie uległ zmianie.

Tego jednak dnia spotkało go coś, z czym nigdy wcześniej nie miał do czynienia. Takiej impertynencji i bezczelności nie życzył nikomu, nie wierzył też, że w ogóle była możliwa. Ostatecznie mógłby dopuścić do siebie myśl o tym, że jakiś Hiszpan czy Francuz pozwoliłby sobie na podobne zachowanie. Ostatecznie. Tu jednak rzadko się pojawiał się ktokolwiek, kto nie był Anglikiem.

Jeszcze raz przyłożył do oka lunetę i spróbował przyjrzeć się żaglowcowi.

– Panie Finley – zwrócił się do pierwszego oficera – będzie pan łaskaw powiedzieć mi, co widzi.

Mężczyzna wziął od kapitana przyrząd i wykonał polecenie.

– Sir, jestem absolutnie pewien, że to szkuner. Jednostka handlowa. Sądząc po ogólnym stanie, dość stara. Brak bandery, nazwa na rufie nieczytelna. Na pokładzie nie widać żywej duszy.

– Dziękuję, panie Finley.

– Sir, wydaje mi się – dodał po chwili oficer, cały czas patrząc na statek – że kogoś widzę. To znaczy, on raczej nie żyje. Przywiązali go do masztu.

– Zły omen…

Kapitan zerknął na sternika, który ośmielił się wyrazić opinię na temat napotkanej jednostki i przywiązanego do masztu nieszczęśnika, po czym dodał, widząc, że już przynajmniej dziesięciu marynarzy nadstawiło uszu, by dowiedzieć się co miał na myśli:

– Będzie pan łaskaw podzielić się ze mną swoimi przemyśleniami?

Uważał, że Samuel Bricks dobrze radził sobie na swoim stanowisku, koło zdawało się słuchać go jak nikogo innego, jednak jego wiara w zabobony stawała się nieznośna. I nie chodziło nawet o to, że jako dowódca musiał ich wysłuchiwać. Sternik zwykł dzielić się swoimi przemyśleniami z innymi marynarzami. W dodatku czynił to w czasie, kiedy nie pełnił akurat wachty i nikt nie miał nad nim kontroli, a to powodowało, że strach, jak zaraza, rozprzestrzeniał się między załogantami, obniżając morale. Co więcej, z nudów, jakie towarzyszyły im w czasie większości rejsów, traktowali jego dywagacje jako swoistą rozrywkę, bez reszty się jej oddając. Long wiedział, że powinien ukrócić ten proceder i nie widział powodu, dla którego nie miałby zrobić tego właśnie teraz.

– Przepraszam, sir. Nie powinienem mówić niepytany, ale szkunery najczęściej są holenderskie. Ten tu to jakiś statek widmo, bez załogi, a o Latającym Holendrze wszyscy przecież słyszeliśmy.

Stojący najbliżej pokładu rufowego mężczyźni zaczęli kiwać zgodnie głowami.

– Zgadza się, panie Bricks, każdy słyszał o Latającym Holendrze. Czy chce mi pan powiedzieć, że to właśnie on?

– Cóż, sir…

– Cieszy mnie, że przykłada pan wiarę do marynarskich legend i przykrość mi sprawia, że muszę pana rozczarować – wtrącił kapitan. – Holender nie istnieje. To bajka dla dzieci. Zresztą, ci, którzy twierdzą, że rzeczywiście go spotkali, przebywali koło Przylądka Dobrej Nadziei. Tam, gdzie jego załoga pożegnała się ze swoim nędznym życiem. Wie pan, gdzie jest ten przylądek? W Afryce, panie Bricks. Jeśli nie wie pan, gdzie leży Afryka, nawigator Marrick pokaże panu potem adekwatne mapy.

– Tak jest, sir – rzucił machinalnie stojący obok sternika mężczyzna. – Z przyjemnością pokażę.

– Tak więc, panie Bricks, jeśli to byłby Latający Holender, bylibyśmy pierwszymi, którzy wpadliby na niego w Nowym Świecie. Poza tym wszystkie znane mi relacje, dotyczące tej wyplutej z piekielnych czeluści łajby, mówią o poświacie, jaka miała się za nią ciągnąć. Widzi pan tu jakieś światło urągające prawom bożym i fizyki jednocześnie?

– Nie, sir – przyznał coraz bardziej zawstydzony sternik.

– Otóż to. Nie ma go tu, ponieważ to, co pan widzi, to nie Latający Holender, lecz jednostka, której załoga skryła się pod pokładem i ignoruje naszą obecność. Zapewne przewożą coś zakazanego. Uważają, że nie wejdziemy na ich pokład i uda im się przemycić alkohol, proch, broń albo coś innego.

Kapitan zerknął na marynarzy przysłuchujących się rozmowie. Z ulgą zauważył, że przynajmniej na chwilę stracili zainteresowanie sternikiem i jego opowieściami. Zerkali raz po raz na ścigany statek, jednak już nie ze strachem, lecz z rozczarowaniem.

– Sir, jeśli wolno zauważyć – wtrącił Tobias Finley, zniżając głos tak, by marynarze go nie dosłyszeli. Dopiero co przestał obserwować pokład szkunera. – Istnieje jeszcze jedna możliwość. Nadpłynęli ze wschodu, a to znaczy, że nie żeglują z kolonii, lecz z Europy. Może mieli na pokładzie jakąś zarazę i, choć nie mamy rzecz jasna do czynienia ze statkiem widmo, rzeczywiście na pokładzie nie ma żywej duszy?

– O tym, panie Finley, zaraz się przekonamy – odparł dowódca.

Oficer zdążył zerknąć w jego stronę. Już miał zadać pytanie o zamiary kapitana, gdy ten, splatając dłonie za plecami, rzucił dość głośno, by dosłyszeli go wszyscy:

– Panie Finley, proszę wydać polecenia do przygotowania do salwy ze sterburty. Wypatrzona jednostka nie reaguje na wezwania do zatrzymania, co uprawnia mnie do działania siłowego. Proszę załadować armaty od pierwszej do siódmej łańcuchowymi i czekać na sygnał do ataku. Sierżancie Smith, proszę przygotować swoich ludzi do inspekcji na pokładzie szkunera – zwrócił się do przebywającego na pokładzie dowódcy niewielkiego oddziału piechoty. W przeciwieństwie do odzianych w niebieskie mundury marynarzy, ludzie podlegli Smithowi nosili czerwień. Charakteryzowały ich też ignorancki stosunek do życia na morzu i godne pozazdroszczenia umiejętności szermiercze. Long nie miał problemu z tolerowaniem ich na swoim okręcie, cieszył się nawet, wiedząc z doświadczenia, że potrafili wykazać się w potencjalnie niebezpiecznych momentach.

– Panie Marrick – zwrócił się następnie do nawigatora – weźmie pan lunetę i będzie informował mnie o tym, co dzieje się na pokładzie. Jeśli pojawi się na nim ktokolwiek, zaprzestaniemy ostrzału.

Marrick zasalutował. To samo uczynił Finley, rozumiejąc, że kwestionowanie rozkazu, z którym nie do końca się zgadzał, pozbawione było nie tylko sensu, ale i podstaw prawnych. Zasady panujące na pokładzie były jasne i streścić je można było w niezwykle prostym zdaniu: kapitan miał zawsze rację.

Zszedł na pokład główny i odnalazł dowódcę działowych, Gordona Kenny’ego. Przekazał mu instrukcje, po czym stanął pod grotmasztem gotów do pracy. Jego zadaniem było powtarzanie słów kapitana tak, by nikt nie miał wątpliwości, co robić. Informował też dowódcę o stanie prac na pokładzie.

Szkuner poruszał się wolniej od Lady Eleonor, dogonienie go nie stanowiło więc większego problemu. Gdy znalazł się w zasięgu dział, kapitan zaczął wydawać rozkazy:

– Ster lekko na bakburtę. Przygotować się do salwy. Strzelajcie wyłącznie w maszty. Mamy go zatrzymać, nie zatopić.

– Przygotować się do salwy – powtórzył po kapitanie Finley. – Odciągnąć działa! Nabijać łańcuchowymi!

Kanonierzy, dodatkowo strofowani przez Kenny’ego, błyskawicznie wykonywali polecenie. Byli zgraną, dobrze współpracującą grupą. Przetoczyli wózki armatnie na odpowiednią odległość, wsypali do luf proch i ubili go. Następnie zaczęli delikatnie umieszczać na nim kule, złączone ciężkim łańcuchem. Na koniec upchnęli w lufach pakuły i dokładnie wszystko ubili. Ostatnim elementem było ponowne umieszczenie działa na miejscu i podsypanie prochu zapłonowego.

– Załadowane od pierwszej do siódmej, sir. Przeciwnik w zasięgu – zakomunikował w końcu Finley.

– Obrać cel – polecił kapitan.

– Podnieść klapy furt działowych! – krzyknął oficer. – Wycelować w maszty i takielunek! Sprawdzić ustawienie!

Gordon Kenny przeszedł na dziób i cofając się ku rufie, upewnił się, czy nachylenie wszystkie siedmiu dział odpowiednio wyregulowano. Dwa czy trzy razy polecił wprowadzić niewielkie korekty. Na koniec podszedł do oficera i rzucił krótko:

– Gotowe, sir.

– Panie kapitanie – zawołał Finley – działa gotowe.

– Ognia!

Nim zdążył powtórzyć rozkaz, kanonierzy przystawili zapalniki do otworów prochowych i siedem z dziesięciu dział sterburty Lady Eleonor plunęło płomieniami. Nad wodą przetoczył się huk mogący zbudzić ze snu zmarłego, a przestrzeń pomiędzy jednostkami spowił dym.

Gdy wiatr zaczął go unosić, John Marrick zakomunikował, że kule łańcuchowe zrobiły dokładnie to, do czego je stworzono:

– Fokmaszt złamany dwa metry nad pokładem, grotmaszt w połowie. Szkuner stracił napęd!

– Refować żagle! Do zatrzymania! – rozkazał Long, a Finley znowu po nim powtórzył. – Przygotować się do przejścia na obcy pokład. Sierżancie Smith, proszę rozkazać nabić muszkiety.

Dowódca oddziału piechoty, którego członkowie zdążył ustawić się już na pokładzie rufowym, przekazał swoim ludziom, co mieli robić. Świetnie słyszeli rozkaz kapitana, obyczaj jednak nakazywał, by czekali na polecenie swojego przełożonego. Dowódca jednostki rzadko rozmawiał z załogantami. Komunikował się tylko z oficerami, oni zaś byli odpowiedzialni za to, by wszystko działało zgodnie z jego wolą.

Smith nie spodziewał się, by ktokolwiek na zaatakowanym statku zamierzał stawiać opór, w głębi duszy jednak wierzył, że lepiej być dobrze przygotowanym, niż zostać czymkolwiek zaskoczonym. Jego ludzie nie przepadali za rejsami, woleli służyć na lądzie, jednak w chwilach takich jak ta, gdy malowała się przed nimi choćby mglista szansa potyczki, działali sprawnie i szybko.

W czasie gdy mamroczący cały czas pod nosem sternik ustawiał bryg tak, by zrównał się ze szkunerem, załoga przygotowywał się do działania. Jej członkowie rzadko musieli sięgać po tak drastyczne rozwiązania, większość dowódców rewidowanych jednostek godziła się z losem i pozwalała przejść piechocie na swój pokład. Abordaż był rzadkością, każdemu z nich jednak zdarzyło się choć raz brać udział w podobnej akcji. Ustawili się pod sterburtą, trzymając w rękach liny zakończone hakami kotwicznymi lub obciążone ołowianymi odważnikami sieci.

Tobias Finley kazał im czekać, a gdy burta zwalniającego z każdą chwilą szkunera znalazła się na wysokości ich okrętu, polecił działać. Przerzucili liny, które wpiły się w poszycie statku. Naciągnęli je i uwiązali na własnym pokładzie, dzięki czemu ofiara nie mogła się już oddalić. Następnie w ruch poszły sieci. Część z nich utworzyła przejście między pokładami, niektóre zwisały, sięgając wody. Zadaniem tych drugich było zapewnienie możliwości łatwego wdrapania się na pokład nieszczęśnikom, którzy wpadliby do wody. Dopiero kiedy wszystko było już gotowe i obie łajby praktycznie stały w miejscu, przerzucono między nimi trapy abordażowe.

Marrick, uznając, że skoro wszyscy widzieli pokład szkunera, nie musiał dłużej go obserwować, oddalił się na chwilę, by przynieść kapitanowi tubę. Nowoczesne urządzenie, w pełni wykonane z byczej skóry, potęgowało głos użytkownika, sprawiając, że był słyszalny z olbrzymiej nawet odległości. Jeśli na szkunerze ktoś był, nie miałby prawa mówić, że przespał ostrzał i nie usłyszał komunikatu.

Dowódca skinął głową w podzięce, po czym przyłożył tubę do ust i krzyknął:

– Tu kapitan James Long, dowódca Lady Eleonor, w służbie Jego Wysokości Króla Jerzego. Zostaliście ostrzelani w związku ze zignorowaniem polecenia zatrzymania się do kontroli. Pełnimy służbę pod rozkazami komodora Jonathana Wilsona. Macie minutę, żeby wyjść na pokład i poddać statek rewizji.

– Nikt nie odpowie – mruknął pod nosem Bricks – bo nikogo tam nie ma.

Kapitan postanowił zignorować tę uwagę, jednocześnie pamiętając, by odbyć z mężczyzną jeszcze jedną rozmowę, tym razem w cztery oczy. Nie chciał pozbywać się swojego sternika, musiał jednak znaleźć jakiś sposób, by raz na zawsze zamknąć mu usta i świetnie rozumiał, że w tym akurat przypadku chłosta na nic się nie zda.

– Dokonaliście wyboru. Wchodzimy na wasz pokład – krzyknął po chwili. – Na każdą próbę walki odpowiemy z pełną stanowczością.

Odstawił tubę, po czym zwrócił się do piechura:

– Sierżancie Smith, proszę poprowadzić swoich ludzi na pokład szkunera. Przeszukajcie go dokładnie, zaczynając od forkasztelu. Jeśli zostaniecie zaatakowani, macie prawo odpowiedzieć ogniem i zabić napastników. W przypadku odnalezienia ciał, nie zbliżajcie się do nich na odległość mniejszą, niż będzie to konieczne. Nie dotykajcie ich. Panie Finley – rzucił w stronę oficera – idzie pan ze mną.

Odziana w czerwień grupa żołnierzy przeszła po trapach. Handlowa jednostka była niższa od brygu. Kapitan Long przyjrzał się jej pobieżnie, nim zszedł na pokład szkunera. Łajba znajdowała się w zdecydowanie gorszym stanie niż Lady Eleonor, dawno nie przechodziła karenażu, a jej burty nosiły ślady wieloletniego użytkowania. Takielunek musiał wyglądać żałośnie nawet zanim porwały go kule. Bloczki były stare, liny miejscami nadwyrężone, a same żagle wielokrotnie już łatane i naprawiane.

Przed zobaczeniem czegokolwiek innego kapitan Lady Eleonor postanowił obejrzeć ciało przywiązane do grotmasztu. Jedyny załogant lub pasażer nieszczęsnego szkunera musiał tkwić w tym miejscu od dłuższego czasu. Jego twarz była szara, bez śladu ogorzenia od słońca, niemożliwego do uniknięcia na pokładzie. Oczy zapadły się w czaszce, a z otwartych ust wystawał suchy jak wiór język.

– Przywiązali go tu i zostawili na śmierć?

– Tak przypuszczam, panie Finley – odparł kapitan. Dobył kordelasa i delikatnie odwrócił drewnianą tabliczkę, zawieszoną na szyi trupa. Przez chwilę nie mógł odcyfrować zapisanego na niej słowa. – Jonasz? Co za bzdury!

– Nawet jeśli uważali, że przynosił im pecha, są barbarzyńcami. To chyba najokrutniejsza ze śmierci!

– Zdziwiłby się pan, panie Finley, do czego zdolni są ludzie. Chodźmy do kajuty kapitana.

Oficer zamierzał zasugerować, by najpierw sprawdzili ją piechurzy, lecz kapitan nie dał mu szansy. Szybkim krokiem przeszedł przez pokład i wszedł do niewielkiej nadbudówki w rufowej części jednostki.

Kajuta wyglądała bez porównania skromniej niż ta, w której rezydował Long. Przez wąskie burtowe okna do środka wpadało niewiele światła. Bez trudu jednak dawało się zauważyć, że nieliczne meble należały do najprostszych i najtańszych. Nieprzykryta żadnym dywanem podłoga nieprzyjemnie skrzypiała, gdy Long podchodził do biurka, z pewnością służącego kapitanowi krypy za podstawowe miejsce pracy.

– Rozłożona mapa z zaznaczoną trasą – mruknął, wskazując Finley’owi cienką linię starannie wyrysowaną na zwoju. – Wypłynęli z Southampton. Ktoś dość długo i starannie nanosił pozycję statku. Wygląda na to, że kierowali się na Antiguę.

– No to dotarli. Ale gdzie, u licha, jest załoga?

– No cóż, panie Finley, tego póki co nie wiemy. Raczej nie zostali przez nikogo napadnięci. Myślę, że przybory nawigacyjne ukradłby każdy pirat, a tu wszystko jest.

Kapitan sięgnął niżej i zaczął otwierać szuflady biurka. Pierwsza była pusta, w drugiej jednak znalazł to, czego szukał – dziennik pokładowy. Otworzył go na ostatniej zapisanej stronie i przeczytał na głos:

 

14 kwietnia 1715

Harry Spikes. Być może to nie jego wina. Być może, być może, być może…

Prawda jest taka, że z dwudziestu ośmiu ludzi załogi przy życiu zostało nas teraz ledwie czterech. Czterech i Spikes…

Nie wiem, co się dzieje, a jako kapitan, powinienem. Ludzie po prostu znikają. Wieczorem jeszcze są, a gdy nadchodzi brzask, okazuje się, że znów jest nas o jednego mniej. Staramy się nie spać, patrzeć sobie na ręce, pilnować nawzajem. Dzieje się tu coś złego.

Spikes to Jonasz, jestem co do tego szczerze przekonany. To moja wina, zgodziłem się wziąć go na pokład, przewieźć go z tym całym ładunkiem, wierząc w rekomendacje od jego pracodawcy. Przeklinam dzień wyjścia z portu. Przeklinam dzień, w którym mnie najął! Jedyne, co mnie pociesza, to fakt, że zapłacił z góry. Oby mojej drogiej Elizabeth te pieniądze nie przyniosły pecha. Oby dobrze je wykorzystała. Oby była szczęśliwa beze mnie, bo nie wierzę, że jeszcze się zobaczymy.

 

– Przynajmniej wiemy, jak nazywa się ten nieszczęśnik z masztu – rzucił Finley, sprawdzając pozostałe szuflady.

Kapitan tylko na niego zerknął, po czym wrócił do czytania:

 

15 kwietnia 1715

Jonasz, Jonasz, Jonasz.

Było czterech, zostało trzech. Trzech i Jonasz. Jonasz, już teraz potrzebny do obsługi łajby.

Trzech i Jonasz na jednym pokładzie. Trzech, Jonasz i śmierć.

Trzeba wyrzucić ładunek za burtę. Potem wyrzucimy Jonasza.

Najpierw to zrobimy, a potem przywiążę do masztów Tommiego, Stephena i Pete’a. Nie znikną, nie wypadną, nie umrą. Nie porwie ich diabeł, kraken, lewiatan czy to coś, co zjada mi ludzi. Nie pozwolę.

Wojna! Właśnie tak, wojna, Jonaszu!

 

– Jezu. On oszalał, prawda, kapitanie?

– Zapewne – odparł Long, zatrzaskując dziennik. – Wezmę go, przyda się, kiedy nadejdzie czas składania raportu.

– Coś mi nie daje spokoju, sir.

Long zerknął na oficera i zachęcił do mówienia ruchem ręki. Ciekaw był, co usłyszy, szczególnie, że jemu więcej niż jedna rzecz „nie dawała spokoju”.

– Ten człowiek przywiązany do masztu, Spikes. Widziałem wielu wisielców wystawionych na działanie słońca i wody. Jak każdy zresztą, odkąd szubienice dla piratów zaczęto stawiać praktycznie przy każdym wejściu do portu… Oni nie wyglądają tak jak on. Słońce ich wysusza i skóra staje się ciemniejsza, ptaki wydziobują, co tylko się da. On wygląda, jakby tkwił tam od niedawna, a zapiski urywają się ponad tydzień temu.

– Rzeczywiście – odparł po chwili kapitan – ma pan rację. Nie mamy jednak pewności, kto ani kiedy go tam zostawił.

– Mimo wszystko… – mruknął pod nosem i skierował się ku drzwiom. Nim jednak zdążył przez nie przejść, te otwarły się i stanął w nich odziany w czerwień dowódca piechurów. Na jego twarzy malowało się najszczersze zaskoczenie.

– Sir? Właśnie miałem sprawdzić kajutę.

– Nie trzeba, panie sierżancie. Już ją obejrzeliśmy. Proszę meldować.

– Przeszukaliśmy każdy skrawek łajby. Nie znaleźliśmy nikogo, ani żywego, ani martwego. Poza tym przy maszcie. Czy mamy go odciąć?

– Nie – odparł kapitan, zmierzając do wyjścia.

Sierżant wiedział, że nie powinien zagradzać przejścia, tylko puścić dowódcę przodem. Zamiast to jednak uczynić, zamknął drzwi i dodał:

– Sir, jest jeszcze coś.

– Niechże pan w takim razie mówi i zejdzie mi z drogi, nim stracę cierpliwość.

– Przepraszam sir, ale uważam, że powinniśmy odbyć tę rozmowę z dala od moich ludzi i jestem absolutnie przekonany, że nie powinna jej też słyszeć pańska załoga. Szczególnie sternik… Pod pokładem jest siedem trumien.

– I co w tym nadzwyczajnego? Zdarza się. Te wykonywane w Europie są lepsze od miejscowych, może któryś z kolonistów złożył nietypowe zamówienie dla siebie i rodziny?

– Raczej nie, sir. Podnieśliśmy jedną z nich i doszliśmy do wniosku, że są pełne. Znaczy, tak po ciężarze.

– Chce pan powiedzieć, że przewozili pełne trumny? Szatański pomysł, ale to może tłumaczyć zniknięcie załogi. Smród ciał każdego doprowadziłby do szaleństwa, a morowe powietrze, wydobywające się ze zwłok, zapewnie wywołało zarazę.

– Tam wcale nie śmierdzi, sir.

– W takim razie najwyraźniej służyły do przemytu czegoś zakazanego. Trzeba je otworzyć i sprawdzić, co jest w środku.

– Sir, pozwoliłem sobie już to zrobić. Nakazałem ludziom wyjść z ładowni i otworzyłem jedną z nich. Są w nich ciała. Tak jakby…

– A cóż to ma znaczyć? – fuknął kapitan, zniżając głos. Jednocześnie zerknął na swojego oficera. Mężczyzna przysłuchiwał się rozmowie. Wydawało się, że z minuty na minutę stawał się coraz bledszy.

– Zobaczyłem kobietę, bladą, jakby była trupem, jakby zeszła biedaczka z tego świata ledwie przed chwilą. Możliwe, że podróżowała tym szkunerem, bo nieopodal trumien znaleźliśmy skrzynie podróżne z prywatnymi rzeczami należącymi do mężczyzn i kobiet. Każdy, wybierając się w podróż, zabiera swoje rzeczy, to oczywiste. Z tym że zabieranie trumny wydaje mi się mocną przesadą… Nie umiem tego określić, sir, ale coś nie dawało mi spokoju. Patrzyłem na nią i poczułem nagle, jakby ktoś rozkazał mi zamknąć wieko. Nie chciałem tego robić, chciałem pokazać ją panu, ale…

– Co pan zrobił, panie sierżancie? – odezwał się w końcu Finley.

– Nic. Zamknąłem trumnę i przyszedłem wszystko przekazać kapitanowi. Obawiam się, sir, że w pozostałych też są ciała, a że brak odoru, myślę, że wszystkie są świeże.

Kapitan otworzył dziennik pokładowy i znalazł datę wyjścia szkunera z Southampton.

– W spisie towarów rzeczywiście figuruje siedem trumien. Jest też dopisek, by pod żadnym pozorem ich nie otwierać. Ale nie ma tu nic o kobietach na pokładzie.

– Ta, którą otworzyłem, sir, ma na wieku wypalony napis. Początkowo myślałem, że wykonano ją na miarę albo jakoś dostosowano na wyraźne polecenie zamawiającego, ale teraz podejrzewam, że nie o to chodzi. Ktoś napisał na niej „Elena, córka Jure Grando Alilovicia”. Nie mogę mieć pewności, sir, ale wydaje mi się, że to ona leży w tej trumnie.

– Cóż to za nazwisko – Finley najwyraźniej zaczął myśleć na głos.

– Brzmi jak południowoeuropejskie…

– Możliwe, sir. Jeśli można, sugerowałbym opuszczenie pokładu tego szkunera i zatopienie go. To wszystko jest odrażające. Kto zabiera w drogę przez ocean trumnę podpisaną własnym nazwiskiem? Nikt! A tu jest takich aż siedem!

– Wykluczone – rzucił kapitan, jakby słowa sierżanta wyrwały go z letargu. Zatrzasnął dziennik i odpychając mężczyznę od drzwi, wyszedł na pokład. Podążyli ramię w ramię za nim.

Minął zebrany na pokładzie oddział piechoty i przeszedł trapem na pokład Lady Eleonor. Dopiero wówczas ponownie odezwał się do mężczyzn, mając świadomość, że słuchało go więcej par uszu, w tym ta należąca do sternika:

– Panie sierżancie, proszę sprowadzić piechotę na nasz pokład. Dobrze się dziś spisali. Panie Finley, proszę upilnować, by szkuner został wzięty na hol. Odprowadzimy go na Antiguę, tam zajmą się nim nasi urzędnicy. Skoro na pokładzie nie ma żywej duszy, nie możemy postąpić inaczej. Nie widzę przesłanek, by podejrzewać, że na pokładzie wybuchła zaraza, nie życzę sobie jednak, by ktokolwiek bez wyraźnego powodu schodził pod jego pokład. Proszę uwinąć się z pracami przed zachodem.

– Tak jest – zasalutował Finley. Na nasłonecznionym pokładzie czuł się znacznie pewniej niż w tamtej kajucie. Poczuł się, jakby wracały mu siły, tam powoli go opuszczające.

– Będę w swojej kajucie. Proszę zameldować, kiedy skończycie prace.

Kapitan Long zostawił ich, nie dodając już nic więcej. Tobias Finley świetnie wiedział, jakie rozkazy wydawać ludziom, nie potrzebował, by ktoś patrzył mu na ręce. Long miał zresztą ciekawsze rzeczy do robienia.

Przeszedł przez drzwi swej kajuty i usiadł w szerokim fotelu. Przy meblach z drugiego pokładu siedzisko i stół wyglądały, jakby przed chwilą wyniesiono je z dóbr jakiegoś możnowładcy. Położył na blacie dziennik pokładowy szkunera i nim go otworzył, nalał sobie kieliszek wina.

Przeszło mu przez myśl, że paskudna okładka powodowała, iż dziennik idealne pasował do rozpadającej się powoli łajby. Nie myślał, by szkuner zdołał jeszcze raz przeprawić się przez Atlantyk, byłby to jego ostatni rejs, nawet gdyby załoga nie zaginęła w tajemniczych okolicznościach.

– Demeter – prychnął, gdy znalazł nazwę, pod jaką statek zarejestrowano. – Butne imię dla takiej krypy, a za pychę na wodzie płaci się najwyższą cenę.

Zaczął czytać, chcąc zrozumieć, co mogło wydarzyć się na łajbie. Nie lubił podobnych sytuacji, a z niezadowoleniem przyznawał sam przed sobą, że czuł się kompletnie ogłupiały. To, że z kapitanem stało się coś złego, że postradał zmysły, było oczywiste. Tak samo jak to, że jego ludzi spotkał najsmutniejszy los, na który prawdopodobnie sobie nie zasłużyli. Wiedział jednak, że gdzieś musiały znajdować się wskazówki pozwalające na wysnucie sensownych, logicznych wniosków. Był racjonalistą twardo stąpającym po ziemi i postanowił znaleźć coś, co mogłoby pomóc mu w pisaniu raportu.

Uśmiechnął się pod nosem, wyobrażając sobie, co powiedziałby o sprawie pan Bricks. Wszystko zwaliłby na trumny, bo – jak wiadomo – nie oznaczały niczego dobrego. Po części zgadzał się z nim, sam nie miałby ochoty przewozić takiego towaru, nawet jeśli nie wierzył w marynarskie bajania o pechu i Jonaszach. Nie zamierzał jednak wspominać o tym choćby słowem.

Znalazł początek zapisków dotyczących ostatniego rejsu Demeter i informację o pojawieniu się Harry’ego Spikesa.

– Co my tu mamy? Pan Spikes to nie załogant, lecz przedstawiciel rodu Alilovici z Istrii. Referencje od Jure Grando Alilovici – mruczał, przeglądając włożone między karty dziennika listy – którego był faktorem. Znowu informacja o zakazie otwierania skrzyń i trumien. Tylko po co? Po co wieźć ze sobą trupy? I po co im ubrania, po co codzienne przedmioty? Przecież nie potrzebują tego wszystkiego. Nie wstaną z tych skrzyń i nie pójdą na kolację…