Peru 7

Joanna Trümner

Machu Picchu

Szkoda, że tak leje”, myślę patrząc na krople deszczu spływające strugami po panoramicznym dachu pociągu do Aguas Calientes (miejscowości, z której odjeżdżają autobusy do ruin Machu Picchu). W wagonie jest tak ciasno, że nie mogę nawet rozprostować nóg, nie mówiąc już o wyjęciu książki z plecaka, przytulam więc policzek do trzymanej kurczowo w rękach zimowej kurtki i próbuję się zdrzemnąć. Ze stanu półsnu wyrywa mnie gwizd lokomotywy za oknem. Na sąsiednim torze mija nas „Belmond Hiram Bingham Train”, luksusowy pociąg w kolonialnym stylu, wiozący pasażerów z Cuzco do Aguas Calientes. Pociąg jedzie na tyle wolno, że mam okazję przyjrzeć się utrzymanym w stylu eleganckich pulmanowskich wagonów z lat dwudziestych ubiegłego wieku wagonom, przytulnie oświetlonej restauracji, wagonowi-kuchni, w którym cała armia kucharzy przygotowuje posiłek, barowi i wagonowi-obserwatorium. Po zobaczeniu tego przepychu, luksusu, który nie pozostawia nic do życzenia, ciasnota mojego turystycznego pociągu jeszcze mocniej działa mi na nerwy.

Rano z hotelu odbiera nas Wiktor, nasz przewodnik po Machu Picchu. Przyglądam się temu jak na Peruwiańczyka dosyć wysokiemu i przystojnemu starszemu mężczyźnie i myślę o tym, że podobnie mogli wyglądać królowie Inków. Podczas godzinnego czekania na autobus do ruin Machu Picchu obserwuję czekających w kolejce turystów i przysłuchuję się ich rozmowom. Stojący o kilka kroków przed nami Kanadyjczyk opowiada o swojej pierwszej wizycie w tajemniczym mieście, podczas której padał tak mocny deszcz, że ruiny widoczne były tylko w zarysie. Pogoda i teraz nie jest rewelacyjna, lekko mży. Wiktor próbuje nas uspokoić: „Za godzinę pojawi się słońce”. Co chwila podchodzą do niego inni przewodnicy, ze strzępków ich rozmów domyślam się, że Wiktor cieszy się wielkim autorytetem wśród kolegów. Niebawem dowiadujemy się od niego, że przed kilkoma dniami wrócił z Cuzco, gdzie w imieniu przewodników przedstawił lokalnym władzom turystycznym regionu żądania kolegów oprowadzających turystów po Machu Picchu.

Dla nas oprowadzanie po ruinach miasta i prowadzenie grup przez Szlak Inków to jedyne źródła utrzymania”, mówi, dodając, że wykonywanie tej pracy jest ze względu na porę deszczową możliwe tylko przez kilka miesięcy w roku. Agencje turystyczne próbują wykorzystać przewodników w sposób bezwzględny, z roku na rok pogarszają się ich warunki pracy, poza tym od kilku lat powstaje silna konkurencja w postaci przewodników przyjeżdżających tutaj z innych części kraju. W szczycie sezonu Machu Picchu odwiedza dziennie do pięciu tysięcy ludzi. „Dzięki naszej interwencji zredukowano ilość turystów z siedmiu do pięciu tysięcy”, opowiada Wiktor. „Bilety wstępu kosztują 70 dolarów, do tego dochodzi 18 dolarów za autobus w obie strony, czyli każdy turysta zostawia w Machu Picchu co najmniej 90 dolarów. Te pieniądze przepadają w nieznanych nikomu kanałach, tylko część z nich wykorzystywana jest do utrzymania jednego z siedmiu cudów świata, nie mówiąc już o poprawie warunków pracy lokalnych przewodników”, dodaje.


Po dwudziestominutowej jeździe autobusem serpentynami wśród gór docieramy na miejsce. Przepowiednia Wiktora się spełniła i na niebie pokazało się słońce. U wejścia do tajemniczego miasta stoi pomnik Hirama Binghama, amerykańskiego archeologa i polityka, który 24 lipca 1911 r. odnalazł to opustoszałe miejsce pośród gór i dżungli, podczas wyprawy w poszukiwaniu ostatniej stolicy Inków, Vilcabamby. Machu Picchu oznacza w języku keczua „stary szczyt”. To najbardziej tajemnicze miasto świata, do dzisiaj naukowcy nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, kto tam mieszkał i dlaczego tak nagle miasto opustoszało. Wiadomo, że wybudowane zostało w XV wieku, a opuszczone zaledwie 100 lat później, około 1535 roku. Jego władcą był Pachacuti, dziewiąty z kolei król Inków. W Machu Picchu mieszkało prawdopodobnie około 1000 mieszkańców, chociaż i to nie jest zupełnie pewne, bo Wiktor operuje liczbą od 700 do 1200 mieszkańców. Miasto składało się z dwóch części, wiejskiej i miejskiej. W wiejskiej znajdowały się pola uprawne, nawadniane specjalnym systemem kanałów, w miejskiej mieściły się pałace, świątynie i domy mieszkalne. Różne poziomy miasta połączone były ze sobą schodami liczącymi 1200 stopni, wszystkie budowle idealnie wkomponowano w górskie otoczenie. Trudno dostępne położenie Machu Picchu sprawiło, że hiszpańscy kolonizatorzy nigdy nie zdobyli, a prawdopodobnie po prostu nie znaleźli tego ukrytego wśród gór miasta. Gdyby je znaleźli, to na pewno zniszczyliby je tak samo bezwzględnie i bezmyślnie jak tysiące innych inkaskich i prekolumbijskich miast, świątyń i warowni na terenie całego Peru i świat nie miałby możliwości poznania tego przepięknego miejsca.

Następnego dnia wybieramy się do Machu Picchu na własną rękę, z niezbędną do wejścia na teren ruin pieczątką na bilecie, poświadczającą że zwiedzanie z przewodnikiem mamy za sobą. Spędzamy pięć godzin na oglądaniu miejsc, które wczoraj pokazywał nam Wiktor, odkrywamy również nowe miejsca. Dzisiaj jest tu więcej turystów. Ze zdumieniem patrzę na dwóch strażników niosących na jeden z najniższych poziomów ruin starszą kobietę na wózku inwalidzkim, cieszę się, że i ona ma możliwość zobaczenia jednego z najbardziej znanych i bez wątpienia najpiękniejszych miejsc na świecie. Po powrocie do hotelu nogi odmawiają mi posłuszeństwa, popołudnie spędzam w pozycji półleżącej na balkonie. Przy okazji sprawdzam koszt podróży pociągiem „Belmond Hiram Bingham Train”, który zrobił na mnie tak wielkie wrażenie. Podróż w obydwie strony i bilet wejścia na teren riuin Machu Picchu kosztuje od ośmiuset do tysiąca dolarów.

Następnego dnia wracamy pociągiem do Ollantaytambo, gdzie czeka na nas Martin z kierowcą. Ruszamy w dalszą podróż po Świętej Dolinie Inków. Pierwszym przystankiem na naszej drodze są Salineras de Maras, kompleks ponad 5000 salin na stromych zboczach doliny rzeki Urubamby, niedaleko miasta Maras. Zbudowane w formie tarasów saliny powstały w początkowym okresie rozwoju imperium Inków i produkują sól do dzisiaj. Możliwe jest to dzięki sieci otwartych kanałów, które rozprowadzają wodę mineralną z podziemnego strumienia. Pod wpływem słońca woda odparowuje, a sól się krystalizuje. Właścicielami salin są rodziny pochodzące z Maras i okolicy. W porze suchej z jednego poletka można uzyskać dziesięciocentymetrową warstwę soli w ciągu miesiąca. Na licznych straganach można kupić oryginalne pamiątki z soli, Martin twierdzi, że mieszkańcy sąsiedniego miasta i okolic w międzyczasie więcej zarabiają na sprzedaży pamiątek niż na produkcji soli, co jest możliwe tylko podczas pory suchej.

Kolejnym naszym postojem są tarasy rolnicze w Moray. Mają one kształt pierścieni, które na mnie robią wrażenie amfiteatru, a wybudowane zostały w czasach imperium Inków i spełniały rolę laboratoriów rolniczych. W tych „laboratoriach” pod gołym niebem badano wpływ klimatu na wzrost roślin uprawnych, głównie kartofli i kukurydzy. Uprawy były nawadniane poprzez skomplikowany system doprowadzania wody, a różnica temperatur pomiędzy najniższym a najwyższym tarasem dochodziła do 10 stopni. Martin opowiada nam, że Inkowie zwozili do laboratoriów w Moray oraz podobnych miejsc na terenie imperium ziemię z całego kraju i przez mieszankę ziemi z różnych regionów testowali możliwości uprawiania konkretnych gatunków na innych terenach państwa. Objuczone workami z ziemią lamy musiały nieraz pokonać kilkaset kilometrów. Myślę, że te eksperymenty przyczyniły się w dużej mierze do tego, że Peru posiada tyle odmian ziemniaka, iloma nie może pochwalić się żadne inne państwo na świecie. Jest tu około 3800 odmian tej rośliny, a sprawami dla niej istotnymi zajmuje się założone w 1971 z siedzibą w Limie największe na świecie centrum badań naukowych nad ziemniakami, maniokiem i innymi bulwami i korzeniami jadalnymi.

Wieczorem w hotelu w Cuzco myślę o tym, że w Świętej Dolinie Inków można byłoby spędzić jeszcze co najmniej kilka tygodni.

100 zdjęć na 100 lat / 100 Fotos für 100 Jahre

Elżbieta Kargol

Białoczerwień

Wszystko zaczęło się na wernisażu wystawy w Klubie Polskich Nieudaczników w Berlinie, wystawie zorganizowanej z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości przez Polskę.

Fotografowałam dzieła sztuki, artystów i zwiedzających, widok ogólny i szczególny, z przodu i z tyłu, wewnątrz i zewnątrz. Jedno zdjęcie zrobione na obrzeżach klubu, w zasadzie już w innym budynku, wzbudziło ogólne zainteresowanie. Pytano mnie, czyje to? Podejrzewano znaną berlińską artystkę, ale ona wyparła się dzieła. Dzieło było niczyje, niezamierzone, stworzyło się właściwie samo i wpasowalo w temat wystawy. Okno z białą firanką, od dołu zalepione do połowy czerwoną folią. W ten sposób powstał bialo-czerwony prostokąt, który mógłby, gdyby nie krata i wymiary, od biedy uchodzić za polską flagę.

Dziesiątki flag oprócz innych barw szczycą się białoczerwienią, a kilkanaście z nich samą białoczerwienią. We fladze Cesarstwa Niemieckiego oprócz czerni występowała też białoczerwień.

Rozejrzałam się wokół. Wszędzie białoczerwień, w naturze i nienaturze, jakby była ulubionym zestawem kolorów miasta, w moim przypadku Berlina, choć nie musiałaby to być wcale stolica Niemiec. Dowolne większe miasto dostarczyłoby tyle samo motywów białoczerwieni.

Biało-czerwone róże kwitną w parkach, na oknach pelargonie, dzikie wino w jesiennej bordowej barwie pnie się po białej ścianie, robię notatki biało-czerwonym długopisem i zajadam pomidory z mozzarellą.

Biały samochód zaparkował za czerwonym, albo odwrotnie, białe okna na tle czerwonej cegły, ktoś zapiął biały rower czerwonym łańcuchem, koło ratunkowe przy Teltowkanal, czerwona książka przy białej ścianie, czerwona maska na białej ścianie, czerwona zakładka w białych kartkach śpiewnika w kościele przy Bergheimer Platz.

Ścieżka rowerowa, którą podążam w poszukiwaniu białoczerwieni, też jest biało-czerwona, znaki zakazu, barierki i słupki ostrzegawcze, biało-czerwone jest logo napoju, który często piję. Biało-czerwony jest statek płynący po Szprewie, biało-czerwona antena na berlińskiej wieży telewizyjnej, najwyższym niemieckim budynku, biało-czerwony niedźwiedź na plakacie reklamującym berlińskie Berlinale, aż wreszcie biało-czerwony transparent znanej berlińskiej artystki na ulicach Berlina i biała tablica przy Reichstagu, upamiętniająca Solidarność, przytwierdzona do fragmentu czerwonego muru Stoczni Gdańskiej, muru przez który przeskoczył Lech Wałęsa.

Wymieniać można bez końca.

Białoczerwień jest wszechobecna, tak jak wszechobecni są Polacy na całym świecie.

Prawie wszystkie fotki zrobiłam w przeciągu dwóch dni, co świadczy o popularności obu barw. Częstotliwość i prawdopodobieństwo ich występowania przeogromne.

100 FOTEK NA STO LAT!

Einzeln sind all diese rot-weiße Fotos zu sehen: / pojedynczo wszystkie biało czerwone zdjęcia Eli są

HIER / TU

Janz Berlin is eene Wolke

Die Autorin kam erst 1969 nach Berlin, hat also nicht die ganze Mauer-Zeit miterlebt, den Abbau umso intensiver.

Anne Schmidt

Der Mauerfall in Berlin (in der Erinnerung einer Tempelhoferin ) 

Am 10. November 1989 standen in klirrender Kälte morgens um 7.30 mein Mann, einige Leute aus unserer Bürgerinitiative und ich am Reichstagsgebäude neben einem stinkenden Dieselaggregat und hielten Schilder in die Luft; auf den Schildern standen Losungen mit Ausrufezeichen, die sich an die Geschäftsführer von westdeutschen Flughafengesellschaften richteten, die sich um 8.00 im Reichstagsgebäude zu einer wichtigen Konferenz treffen sollten.

Wir, die Mitglieder der ” Bürgerinitiative Flughafen Tempelhof”,  beschallten den Eingangsbereich des östlichen Flügels des Gebäudes mit den aufgezeichneten Geräuschen eines startenden Flugzeuges.

Der Ü-Wagen des SFB, der unsere Aktion aufzeichnen wollte, traf nicht ein. Bei meinem Marsch vom Hotel Esplanade zum Reichstagsgebäude hatte ich ihn am Brandenburger Tor stehen sehen, wo verschlafene Reporter auf die Öffnung der Mauer warteten.

Mit dem Ausweis einer Abgeordneten der “Alternative(n) Liste” gelangte ich in den großen Sitzungssaal des Reichstagsgebäudes, wo schon die Akivisten der TegelerAnt-Fluglärm-Initiative Platz genommen hatten. Sie hatten Schilder mit in den Saal geschmuggelt und gaben ihrem Unmut während der Reden verhalten Ausdruck.

Als der bayrische CSU-Mann Erich Riedel mit rollendem R von Peenemünde zu schwafeln begann, hielt es mich nicht länger auf meinem Sitz.Ich stürmte in den Gang im 1. Stock am nördlichen Ende des Gebäudes und hatte den Todesstreifen genau unter mir.

Im Saal hatte niemand die Ereignisse der vergangenen Nacht erwähnt, die unglaublichen Worte des Genossen Schabowski wiederholt, einen Blick in die Zukunft gewagt.  Als hätten diese Scheuklappenbeamten in ihrem abgeschirmten Bereich die Außenwelt mit ihrem Tunnelblick beeinflusst, bot sich mir ein Bild langweiliger, unspektakulärer Tristesse: Ein Kübelwagen der Volksarmee rollte langsam über den Fahrstreifen entlang der Mauer, als wolle er die Posten auf ihren Wachtürmen mit Essen versorgen. Die Aufregung der Nacht schien in Gleichgültigkeit zu versinken. Ich war grenzenlos enttäuscht, aber dennnoch zu aufgeregt, um zu den Ignoranten im Saal zurückzukehren.

Als ich aus dem Gebäude stürmte, kamen die ersten Schulklassen mit Willkommensgrüßen die Scheidemannstraße hinaufgezogen. Da ich meine kleine Tochter aus der Kita abholen musste, konnte ich mich nicht dem Zug zum Brandenburger Tor anschließen, sondern eilte zu meinem Auto vor dem Hotel Esplanade. Meine Vorausschau war davon ausgegangen, dass sich am Reichstagsgebäude und vor dem Tor die Massen drängeln und meiner Abfahrt im Wege stehen würden. Dem war nicht so, aber ab Friedrichstraße ließ die endlose Parade von Trabants und Wartburgs kein Durchkommen zu. Verzweifelt versuchte ich der stinkenden Blechlawine zu entkommen, sie zu umfahren, aber plötzlich waren sie überall in Kreuzberg. Ich hatte keinen Blick für die Insassen, denn der Termin in der Kita saß mir im Nacken.

Als ich mit 11/2 Stunden Verspätung in Tempelhof ankam,  empfing mich ein weinendes Kind und eine verständnisvolle Erzieherin. Die Nachricht von der Invasion der Blechkisten aus dem Osten hatte sich bis nach Tempelhof verbreitet.

Ab diesem Tag war nichts mehr so wie vorher: unser langerwarteter Besucher aus Pankow, der überraschenderweise Ende Oktober ein Visum für einen Besuch im Westen bekommen hatte, traf mit den Massen, die sich durch die wenigen Öffnungen der Sperranlagen drängelten, total erschöpft bei uns ein. Jeden Tag gab es neue aufregende politische Meldungen in den Medien. Meine Freundin, die unter widrigsten Umständen drei Jahre zuvor hatte ausreisen dürfen und eine Wohnung direkt vor der Mauer gefunden hatte, fürchtete den Überfall ihrer Verwandten und den Besuch ihrer bisherigen “Blicknachbarn”, meine Kreuzberger Schüler beschwerten sich über lange Schlangen vor den Supermärkten und meine Freundin aus Ost-Friesland schleppte mich in das Willkommenskonzert von Barenboim in der Philharmonie.

Dort vergoss ich Tränen der Rührung zusammen mit Musikfreunden aus Leipzig, die nur wegen dieses Konzertes aus Leipzig angereist waren.

Die anschließende Wanderung an der Mauer entlang auf dem Potsdamer Platz fand in einem einzigen Freudentaumel statt, den auch die Wagenburgler, die damals noch an ihr Bleiberecht glaubten, nicht beeinträchtigen konnten.

Trotz der warnenden Megaphondurchsagen der Polizei drängelte auch ich mich auf einen Wachtturm, um unvergessliche Fotos zu machen. Unvergesslich blieb beim Öffnen der Kamera für mich der Song von Nina Hagen “Du hast den Farbfilm vergessen, mein Michael”. So bleiben die Bilder dieser Nacht nur auf meinem inneren Schirm, aber Bilder auf der Mauer und Löcher in der Mauer dokumentierte ich in den nächsten Wochen fast täglich.

Diese einzigartige  Ausnahmesituation konnte ich nicht begreifen, ohne immer wieder zu den Orten des Geschehens zu fahren, am Anfang noch unsicher mit dem Pass in der Hand. Freudiges Strahlen war in den Gesichtern, die ich wahrnahm, nicht Skepsis und auch nicht Missgunst. Fremde Menschen sprachen und lachten miteinander, staunten ungläubig und tauschten Neuigkeiten aus. Freunde nahmen Jugendliche, die extra aus Wismar angereist waren, zur Übernachtung mit zu sich nach Hause und feierten mit ihnen auf der Mauer Parties.

“Janz Berlin is eene Wolke” ist ein Spruch, der schon zu Kaisers Zeiten geprägt wurde, aber nie besser gepasst hat als in diesen kalten Novembertagen.

Der Tod eines Dissidenten

40 Jahre nach dem Regenschirm-Attentat
“Ich werde sterben, Sie können nichts mehr tun”

7. September 1978. Georgi Markow wartet auf einen Bus in London, als der Fremde mit dem Regenschirm kommt. Ein Rempler, ein Stich, Tage später ist der bulgarische Dissident tot. Die Geschichte eines rätselhaften, wieder aktuellen Giftmords.

17. März 2018

Bulgarian defector Georgi Markov, 49, in an undated photo, whose murder is being investigated by military intelligence, anti-terrorist specialists from Scotland Yard and scientists at Porton Down erm warfare center near Salisbury, Wiltshire. Markov died on Sept. 11, 1978, believing he had been poisoned by the point of an umbrella jabbed in his right thigh. (AP Photo/Press Association)

Er hat ihn verspottet und beleidigt, immer wieder: in den bulgarischen Programmen der BBC, der Deutschen Welle, von Radio Free Europa.
Anzeige

Jetzt ist für den Verspotteten, Bulgariens kommunistischen Diktator Todor Schiwkow, der Tag der Rache gekommen. Ein besonderer Tag, der 7. September 1978. Schiwkows 67. Geburtstag. Dieser Tag, so ordnet er an, soll seinem verhassten Gegenspieler Georgi Markow den Tod bringen.

Längst trennen die beiden Männer Welten. Markow, einst ein glühender Kommunist und beliebter Schriftsteller in Bulgarien, hat sich mit dem Regime überworfen und ist 1969 ins Exil geflohen. Erst nach Italien, dann nach London. Hier wettert der Dissident und Journalist ab 1972 in seinen “Reportagen über Bulgarien aus der Ferne” scharfzüngig gegen seinen alten Freund Schiwkow und dessen Tyrannei. Hier fühlt er sich sicher.

Also denkt er sich nichts dabei, als ihn am 7. September 1978 ein Mann an der Londoner Bushaltestelle Waterloo Bridge anrempelt. Der Fremde murmelt ein paar Entschuldigungen und eilt dann mit seinem Regenschirm davon. Markow wundert sich nur kurz über den Stich, den er beim Zusammenprall in seinem rechten Oberschenkel verspürt hat.

Alles halb so wild. Bis ihn hohes Fieber packt. Und sein Blutdruck völlig verrückt spielt.
In der Notaufnahme, kurz bevor er ins Koma fällt, erzählt Markow dem Arzt von dem Fremden mit dem Schirm. “Er seufzte und lachte und sagte: Ich bin vom KGB vergiftet worden und werde sterben, da können Sie nichts mehr tun”, wird der Arzt Jahrzehnte später dem deutschen Filmemacher Klaus Dexel erzählen. Vier Tage später stirbt Markow an Herzversagen.

Der Zucker bringt den Tod

Erst die Obduktion liefert die Erklärung für seinen Tod, der bald als “Regenschirmattentat” weltbekannt wird: In Markows Bein steckt ein Platinkügelchen mit einem Durchmesser von 1,7 Millimetern. Es hat zwei winzige Öffnungen, in denen Spuren des Pflanzengiftes Rizin nachgewiesen werden. Offenbar waren die Löcher der Kugel mit Zuckerguss verschlossen – ein raffinierter, biologischer Zeitzünder: Durch die Körperwärme löste sich der Zuckerguss auf und gab das Gift frei.

Das alles wirft Berge an Fragen auf: Wer sind die Täter und Hintermänner? Wurde die Giftkapsel per Schirm in Markows Körper injiziert oder geschossen? Steckt tatsächlich der KGB dahinter?

Knapp 40 Jahre später erschüttert wieder ein rätselhafter Mordanschlag Großbritannien: Der einstige russische Spion Sergej Skripal, der später für den britischen Geheimdienst arbeitete, und seine Tochter sind vergiftet worden. Beide schweben seit Tagen in Lebensgefahr, während ihr Fall eine schwere internationale Krise entfacht hat. Die britische Regierung behauptet, die hochtoxische Substanz sei Nowitschok, ein einst in der Sowjetunion entwickeltes Nervengift. London wirft russische Diplomaten raus, auch die USA, Frankreich und Deutschland machen Russland verantwortlich. Moskau streitet alles ab.

Auffällig morden

Die Fälle trennt vieles. Und doch gibt es Parallelen, etwa die Frage: Warum wurden beide Attentate derart kompliziert ausgeführt, dass zwangsläufig Geheimdienste in Verdacht geraten mussten? Natürlich gibt es in London nichts Unauffälligeres als einen Regenschirm. Aber eben auch nichts Auffälligeres als einen Mord mit einem Schirm.

Ähnlich verhält es sich mit dem Gift, mit dem die Familie Skripal in einer Pizzeria in Kontakt kam: Es war den Ermittlern zufolge derart massiv verteilt, dass der kontaminierte Essenstisch und andere Gegenstände zerstört werden mussten. Entweder wollten die Täter alles versuchen, damit ihre Opfer sterben. Oder dafür sorgen, dass man ihren Gift-Fingerabdruck findet.

Sollten die Attentate auf Skripal, Markow (und auf den 2006 mit Polonium ermordeten russischen Ex-Spion Litwinenko) bewusst abschrecken? Sollten sie Angst verbreiten, mit einer Botschaft, die kein Diplomat sagen kann: Seht her, wir verschonen Verräter nicht? Oder hat jemand falsche Fährten gelegt, wie Moskau gern suggeriert?

Der Fall Markow lehrt zumindest: Mit einer schnellen Aufklärung ist nicht zu rechnen. Es dauerte Jahrzehnte und benötigte eine politische Revolution, bis die Umstände der Ermordung langsam deutlicher wurden. Und immer noch sind nicht alle Details geklärt – selbst die vermeintliche Mordwaffe wirft Fragen auf.

“Brüderliche Hilfe” aus Moskau

Fest steht immerhin: Die Spur führt, trotz vieler Dementis, direkt nach Moskau. Dokumente, die nach dem Zusammenbruch der Sowjetunion gesichtet werden konnten, und die Aussagen des ehemaligen KGB-Agenten Oleg Kalugin belegen, dass spätestens 1977 “alle Mittel” genehmigt waren, um Regimekritiker wie Markow zu liquidieren. Weil der bulgarische Geheimdienst dazu nicht allein in der Lage war, bat er Kalugin zufolge beim KGB um “brüderliche Hilfe”. Der Wunsch zum Anschlag kam dabei vom bulgarischen Diktator Schiwkow.

Der KGB zögerte und machte nur unter der Bedingung mit, nicht richtig mitzumachen: Man schickte Berater, lieferte Gift und Know-how – aber stellte nicht den Mörder.

So begann Kalugin zufolge eine “Komödie” voller “Fehler”, der den Tod Markows zu einem Zufallsprodukt machte. Der bulgarische Geheimdienst setzte offenbar auf einen zweifelhaften Agenten, den er selbst als “kleinen internationalen Betrüger ohne jegliche Aufklärungsmöglichkeiten” eingestuft hatte. Wenn der Mann mit dem Tarnnamen “Piccadilly” schon nicht ordentlich spionieren konnte, sollte er nun wenigstens töten.

Ratując, co się da 2

Ta historia zachęci was być może do przeczytania książki, którą ja już sobie zamówiłam i już sobie ostrzę pazurki. Czytelnicy cyklu Barataria dobrze wiedzą, że lubię opowieści o piratach. Autorka twierdzi, że (ach, niestety!) nie pisała nic o Jeanie Lafitte czyli piracie z Baratarii, ale tytuł książki – Republika Piratów – brzmi nader zachęcająco i niewykluczone wszak, że ta republika to jednak, metaforycznie rzecz biorąc, jest Barataria. Się okaże. A zanim się dowiemy, zapraszam do lektury innej pirackiej opowieści…

A. M. Rosner

Kapitan James Long stał na achterdeku Lady Eleonor i zastanawiał się, co zrobić. Dowodził brygiem w służbie Marynarki Wojennej Jego Królewskiej Mości Króla Jerzego i reprezentował go na wyznaczonych do patrolowania wodach. Chełpił się tym, że rufę jego okrętu zdobiła bandera oznaczająca przynależność do flotylli komodora Jonathana Wilsona – błękitna, z krzyżem świętego Jerzego wpisanym w krzyż świętego Andrzeja w górnej, lewej kwarcie.

Rozkazy, które otrzymał, były proste: zatrzymywać cywilne jednostki, sprawdzać listy przewozowe i szukać kontrabandy, jednocześnie mając oko na panoszących się po całych Karaibach piratów. Tych ostatnich nie spodziewał się napotkać i szczerze nad tym ubolewał. Miał nadzieję pojmać kiedyś jednego z nich i zyskać w oczach przełożonych. Wiedział jednak, że nie miał na to szansy tak długo, jak kazano mu poruszać się między Antiguą i Barbudą. Po akwenie kręciło się zbyt wiele patrolowców mających oko na trasy handlowe, niezwykle popularne wśród brytyjskich armatorów. Piraci trzymali się na północy, w okolicach New Providence.

Większość kolonistów, towarów, korespondencji i rozkazów nadsyłanych z Whitehall zaraz po przebyciu Atlantyku trafiało do Fort James – fortyfikacji na Antigui i siedziby gubernatora Wysp Podwietrznych, Waltera Hamiltona. Dopiero stamtąd rozsyłano wszystko dalej, tam, gdzie zgodnie z listami przewozowymi miało trafić. Brama do Nowego Świata – bo tak nazywano nieoficjalnie Antiguę – stanowiła najważniejszy punkt na handlowej mapie brytyjskich Indii Zachodnich, a kapitan Long był dumny, mogąc dbać o to, by ten stan rzeczy nie uległ zmianie.

Tego jednak dnia spotkało go coś, z czym nigdy wcześniej nie miał do czynienia. Takiej impertynencji i bezczelności nie życzył nikomu, nie wierzył też, że w ogóle była możliwa. Ostatecznie mógłby dopuścić do siebie myśl o tym, że jakiś Hiszpan czy Francuz pozwoliłby sobie na podobne zachowanie. Ostatecznie. Tu jednak rzadko się pojawiał się ktokolwiek, kto nie był Anglikiem.

Jeszcze raz przyłożył do oka lunetę i spróbował przyjrzeć się żaglowcowi.

– Panie Finley – zwrócił się do pierwszego oficera – będzie pan łaskaw powiedzieć mi, co widzi.

Mężczyzna wziął od kapitana przyrząd i wykonał polecenie.

– Sir, jestem absolutnie pewien, że to szkuner. Jednostka handlowa. Sądząc po ogólnym stanie, dość stara. Brak bandery, nazwa na rufie nieczytelna. Na pokładzie nie widać żywej duszy.

– Dziękuję, panie Finley.

– Sir, wydaje mi się – dodał po chwili oficer, cały czas patrząc na statek – że kogoś widzę. To znaczy, on raczej nie żyje. Przywiązali go do masztu.

– Zły omen…

Kapitan zerknął na sternika, który ośmielił się wyrazić opinię na temat napotkanej jednostki i przywiązanego do masztu nieszczęśnika, po czym dodał, widząc, że już przynajmniej dziesięciu marynarzy nadstawiło uszu, by dowiedzieć się co miał na myśli:

– Będzie pan łaskaw podzielić się ze mną swoimi przemyśleniami?

Uważał, że Samuel Bricks dobrze radził sobie na swoim stanowisku, koło zdawało się słuchać go jak nikogo innego, jednak jego wiara w zabobony stawała się nieznośna. I nie chodziło nawet o to, że jako dowódca musiał ich wysłuchiwać. Sternik zwykł dzielić się swoimi przemyśleniami z innymi marynarzami. W dodatku czynił to w czasie, kiedy nie pełnił akurat wachty i nikt nie miał nad nim kontroli, a to powodowało, że strach, jak zaraza, rozprzestrzeniał się między załogantami, obniżając morale. Co więcej, z nudów, jakie towarzyszyły im w czasie większości rejsów, traktowali jego dywagacje jako swoistą rozrywkę, bez reszty się jej oddając. Long wiedział, że powinien ukrócić ten proceder i nie widział powodu, dla którego nie miałby zrobić tego właśnie teraz.

– Przepraszam, sir. Nie powinienem mówić niepytany, ale szkunery najczęściej są holenderskie. Ten tu to jakiś statek widmo, bez załogi, a o Latającym Holendrze wszyscy przecież słyszeliśmy.

Stojący najbliżej pokładu rufowego mężczyźni zaczęli kiwać zgodnie głowami.

– Zgadza się, panie Bricks, każdy słyszał o Latającym Holendrze. Czy chce mi pan powiedzieć, że to właśnie on?

– Cóż, sir…

– Cieszy mnie, że przykłada pan wiarę do marynarskich legend i przykrość mi sprawia, że muszę pana rozczarować – wtrącił kapitan. – Holender nie istnieje. To bajka dla dzieci. Zresztą, ci, którzy twierdzą, że rzeczywiście go spotkali, przebywali koło Przylądka Dobrej Nadziei. Tam, gdzie jego załoga pożegnała się ze swoim nędznym życiem. Wie pan, gdzie jest ten przylądek? W Afryce, panie Bricks. Jeśli nie wie pan, gdzie leży Afryka, nawigator Marrick pokaże panu potem adekwatne mapy.

– Tak jest, sir – rzucił machinalnie stojący obok sternika mężczyzna. – Z przyjemnością pokażę.

– Tak więc, panie Bricks, jeśli to byłby Latający Holender, bylibyśmy pierwszymi, którzy wpadliby na niego w Nowym Świecie. Poza tym wszystkie znane mi relacje, dotyczące tej wyplutej z piekielnych czeluści łajby, mówią o poświacie, jaka miała się za nią ciągnąć. Widzi pan tu jakieś światło urągające prawom bożym i fizyki jednocześnie?

– Nie, sir – przyznał coraz bardziej zawstydzony sternik.

– Otóż to. Nie ma go tu, ponieważ to, co pan widzi, to nie Latający Holender, lecz jednostka, której załoga skryła się pod pokładem i ignoruje naszą obecność. Zapewne przewożą coś zakazanego. Uważają, że nie wejdziemy na ich pokład i uda im się przemycić alkohol, proch, broń albo coś innego.

Kapitan zerknął na marynarzy przysłuchujących się rozmowie. Z ulgą zauważył, że przynajmniej na chwilę stracili zainteresowanie sternikiem i jego opowieściami. Zerkali raz po raz na ścigany statek, jednak już nie ze strachem, lecz z rozczarowaniem.

– Sir, jeśli wolno zauważyć – wtrącił Tobias Finley, zniżając głos tak, by marynarze go nie dosłyszeli. Dopiero co przestał obserwować pokład szkunera. – Istnieje jeszcze jedna możliwość. Nadpłynęli ze wschodu, a to znaczy, że nie żeglują z kolonii, lecz z Europy. Może mieli na pokładzie jakąś zarazę i, choć nie mamy rzecz jasna do czynienia ze statkiem widmo, rzeczywiście na pokładzie nie ma żywej duszy?

– O tym, panie Finley, zaraz się przekonamy – odparł dowódca.

Oficer zdążył zerknąć w jego stronę. Już miał zadać pytanie o zamiary kapitana, gdy ten, splatając dłonie za plecami, rzucił dość głośno, by dosłyszeli go wszyscy:

– Panie Finley, proszę wydać polecenia do przygotowania do salwy ze sterburty. Wypatrzona jednostka nie reaguje na wezwania do zatrzymania, co uprawnia mnie do działania siłowego. Proszę załadować armaty od pierwszej do siódmej łańcuchowymi i czekać na sygnał do ataku. Sierżancie Smith, proszę przygotować swoich ludzi do inspekcji na pokładzie szkunera – zwrócił się do przebywającego na pokładzie dowódcy niewielkiego oddziału piechoty. W przeciwieństwie do odzianych w niebieskie mundury marynarzy, ludzie podlegli Smithowi nosili czerwień. Charakteryzowały ich też ignorancki stosunek do życia na morzu i godne pozazdroszczenia umiejętności szermiercze. Long nie miał problemu z tolerowaniem ich na swoim okręcie, cieszył się nawet, wiedząc z doświadczenia, że potrafili wykazać się w potencjalnie niebezpiecznych momentach.

– Panie Marrick – zwrócił się następnie do nawigatora – weźmie pan lunetę i będzie informował mnie o tym, co dzieje się na pokładzie. Jeśli pojawi się na nim ktokolwiek, zaprzestaniemy ostrzału.

Marrick zasalutował. To samo uczynił Finley, rozumiejąc, że kwestionowanie rozkazu, z którym nie do końca się zgadzał, pozbawione było nie tylko sensu, ale i podstaw prawnych. Zasady panujące na pokładzie były jasne i streścić je można było w niezwykle prostym zdaniu: kapitan miał zawsze rację.

Zszedł na pokład główny i odnalazł dowódcę działowych, Gordona Kenny’ego. Przekazał mu instrukcje, po czym stanął pod grotmasztem gotów do pracy. Jego zadaniem było powtarzanie słów kapitana tak, by nikt nie miał wątpliwości, co robić. Informował też dowódcę o stanie prac na pokładzie.

Szkuner poruszał się wolniej od Lady Eleonor, dogonienie go nie stanowiło więc większego problemu. Gdy znalazł się w zasięgu dział, kapitan zaczął wydawać rozkazy:

– Ster lekko na bakburtę. Przygotować się do salwy. Strzelajcie wyłącznie w maszty. Mamy go zatrzymać, nie zatopić.

– Przygotować się do salwy – powtórzył po kapitanie Finley. – Odciągnąć działa! Nabijać łańcuchowymi!

Kanonierzy, dodatkowo strofowani przez Kenny’ego, błyskawicznie wykonywali polecenie. Byli zgraną, dobrze współpracującą grupą. Przetoczyli wózki armatnie na odpowiednią odległość, wsypali do luf proch i ubili go. Następnie zaczęli delikatnie umieszczać na nim kule, złączone ciężkim łańcuchem. Na koniec upchnęli w lufach pakuły i dokładnie wszystko ubili. Ostatnim elementem było ponowne umieszczenie działa na miejscu i podsypanie prochu zapłonowego.

– Załadowane od pierwszej do siódmej, sir. Przeciwnik w zasięgu – zakomunikował w końcu Finley.

– Obrać cel – polecił kapitan.

– Podnieść klapy furt działowych! – krzyknął oficer. – Wycelować w maszty i takielunek! Sprawdzić ustawienie!

Gordon Kenny przeszedł na dziób i cofając się ku rufie, upewnił się, czy nachylenie wszystkie siedmiu dział odpowiednio wyregulowano. Dwa czy trzy razy polecił wprowadzić niewielkie korekty. Na koniec podszedł do oficera i rzucił krótko:

– Gotowe, sir.

– Panie kapitanie – zawołał Finley – działa gotowe.

– Ognia!

Nim zdążył powtórzyć rozkaz, kanonierzy przystawili zapalniki do otworów prochowych i siedem z dziesięciu dział sterburty Lady Eleonor plunęło płomieniami. Nad wodą przetoczył się huk mogący zbudzić ze snu zmarłego, a przestrzeń pomiędzy jednostkami spowił dym.

Gdy wiatr zaczął go unosić, John Marrick zakomunikował, że kule łańcuchowe zrobiły dokładnie to, do czego je stworzono:

– Fokmaszt złamany dwa metry nad pokładem, grotmaszt w połowie. Szkuner stracił napęd!

– Refować żagle! Do zatrzymania! – rozkazał Long, a Finley znowu po nim powtórzył. – Przygotować się do przejścia na obcy pokład. Sierżancie Smith, proszę rozkazać nabić muszkiety.

Dowódca oddziału piechoty, którego członkowie zdążył ustawić się już na pokładzie rufowym, przekazał swoim ludziom, co mieli robić. Świetnie słyszeli rozkaz kapitana, obyczaj jednak nakazywał, by czekali na polecenie swojego przełożonego. Dowódca jednostki rzadko rozmawiał z załogantami. Komunikował się tylko z oficerami, oni zaś byli odpowiedzialni za to, by wszystko działało zgodnie z jego wolą.

Smith nie spodziewał się, by ktokolwiek na zaatakowanym statku zamierzał stawiać opór, w głębi duszy jednak wierzył, że lepiej być dobrze przygotowanym, niż zostać czymkolwiek zaskoczonym. Jego ludzie nie przepadali za rejsami, woleli służyć na lądzie, jednak w chwilach takich jak ta, gdy malowała się przed nimi choćby mglista szansa potyczki, działali sprawnie i szybko.

W czasie gdy mamroczący cały czas pod nosem sternik ustawiał bryg tak, by zrównał się ze szkunerem, załoga przygotowywał się do działania. Jej członkowie rzadko musieli sięgać po tak drastyczne rozwiązania, większość dowódców rewidowanych jednostek godziła się z losem i pozwalała przejść piechocie na swój pokład. Abordaż był rzadkością, każdemu z nich jednak zdarzyło się choć raz brać udział w podobnej akcji. Ustawili się pod sterburtą, trzymając w rękach liny zakończone hakami kotwicznymi lub obciążone ołowianymi odważnikami sieci.

Tobias Finley kazał im czekać, a gdy burta zwalniającego z każdą chwilą szkunera znalazła się na wysokości ich okrętu, polecił działać. Przerzucili liny, które wpiły się w poszycie statku. Naciągnęli je i uwiązali na własnym pokładzie, dzięki czemu ofiara nie mogła się już oddalić. Następnie w ruch poszły sieci. Część z nich utworzyła przejście między pokładami, niektóre zwisały, sięgając wody. Zadaniem tych drugich było zapewnienie możliwości łatwego wdrapania się na pokład nieszczęśnikom, którzy wpadliby do wody. Dopiero kiedy wszystko było już gotowe i obie łajby praktycznie stały w miejscu, przerzucono między nimi trapy abordażowe.

Marrick, uznając, że skoro wszyscy widzieli pokład szkunera, nie musiał dłużej go obserwować, oddalił się na chwilę, by przynieść kapitanowi tubę. Nowoczesne urządzenie, w pełni wykonane z byczej skóry, potęgowało głos użytkownika, sprawiając, że był słyszalny z olbrzymiej nawet odległości. Jeśli na szkunerze ktoś był, nie miałby prawa mówić, że przespał ostrzał i nie usłyszał komunikatu.

Dowódca skinął głową w podzięce, po czym przyłożył tubę do ust i krzyknął:

– Tu kapitan James Long, dowódca Lady Eleonor, w służbie Jego Wysokości Króla Jerzego. Zostaliście ostrzelani w związku ze zignorowaniem polecenia zatrzymania się do kontroli. Pełnimy służbę pod rozkazami komodora Jonathana Wilsona. Macie minutę, żeby wyjść na pokład i poddać statek rewizji.

– Nikt nie odpowie – mruknął pod nosem Bricks – bo nikogo tam nie ma.

Kapitan postanowił zignorować tę uwagę, jednocześnie pamiętając, by odbyć z mężczyzną jeszcze jedną rozmowę, tym razem w cztery oczy. Nie chciał pozbywać się swojego sternika, musiał jednak znaleźć jakiś sposób, by raz na zawsze zamknąć mu usta i świetnie rozumiał, że w tym akurat przypadku chłosta na nic się nie zda.

– Dokonaliście wyboru. Wchodzimy na wasz pokład – krzyknął po chwili. – Na każdą próbę walki odpowiemy z pełną stanowczością.

Odstawił tubę, po czym zwrócił się do piechura:

– Sierżancie Smith, proszę poprowadzić swoich ludzi na pokład szkunera. Przeszukajcie go dokładnie, zaczynając od forkasztelu. Jeśli zostaniecie zaatakowani, macie prawo odpowiedzieć ogniem i zabić napastników. W przypadku odnalezienia ciał, nie zbliżajcie się do nich na odległość mniejszą, niż będzie to konieczne. Nie dotykajcie ich. Panie Finley – rzucił w stronę oficera – idzie pan ze mną.

Odziana w czerwień grupa żołnierzy przeszła po trapach. Handlowa jednostka była niższa od brygu. Kapitan Long przyjrzał się jej pobieżnie, nim zszedł na pokład szkunera. Łajba znajdowała się w zdecydowanie gorszym stanie niż Lady Eleonor, dawno nie przechodziła karenażu, a jej burty nosiły ślady wieloletniego użytkowania. Takielunek musiał wyglądać żałośnie nawet zanim porwały go kule. Bloczki były stare, liny miejscami nadwyrężone, a same żagle wielokrotnie już łatane i naprawiane.

Przed zobaczeniem czegokolwiek innego kapitan Lady Eleonor postanowił obejrzeć ciało przywiązane do grotmasztu. Jedyny załogant lub pasażer nieszczęsnego szkunera musiał tkwić w tym miejscu od dłuższego czasu. Jego twarz była szara, bez śladu ogorzenia od słońca, niemożliwego do uniknięcia na pokładzie. Oczy zapadły się w czaszce, a z otwartych ust wystawał suchy jak wiór język.

– Przywiązali go tu i zostawili na śmierć?

– Tak przypuszczam, panie Finley – odparł kapitan. Dobył kordelasa i delikatnie odwrócił drewnianą tabliczkę, zawieszoną na szyi trupa. Przez chwilę nie mógł odcyfrować zapisanego na niej słowa. – Jonasz? Co za bzdury!

– Nawet jeśli uważali, że przynosił im pecha, są barbarzyńcami. To chyba najokrutniejsza ze śmierci!

– Zdziwiłby się pan, panie Finley, do czego zdolni są ludzie. Chodźmy do kajuty kapitana.

Oficer zamierzał zasugerować, by najpierw sprawdzili ją piechurzy, lecz kapitan nie dał mu szansy. Szybkim krokiem przeszedł przez pokład i wszedł do niewielkiej nadbudówki w rufowej części jednostki.

Kajuta wyglądała bez porównania skromniej niż ta, w której rezydował Long. Przez wąskie burtowe okna do środka wpadało niewiele światła. Bez trudu jednak dawało się zauważyć, że nieliczne meble należały do najprostszych i najtańszych. Nieprzykryta żadnym dywanem podłoga nieprzyjemnie skrzypiała, gdy Long podchodził do biurka, z pewnością służącego kapitanowi krypy za podstawowe miejsce pracy.

– Rozłożona mapa z zaznaczoną trasą – mruknął, wskazując Finley’owi cienką linię starannie wyrysowaną na zwoju. – Wypłynęli z Southampton. Ktoś dość długo i starannie nanosił pozycję statku. Wygląda na to, że kierowali się na Antiguę.

– No to dotarli. Ale gdzie, u licha, jest załoga?

– No cóż, panie Finley, tego póki co nie wiemy. Raczej nie zostali przez nikogo napadnięci. Myślę, że przybory nawigacyjne ukradłby każdy pirat, a tu wszystko jest.

Kapitan sięgnął niżej i zaczął otwierać szuflady biurka. Pierwsza była pusta, w drugiej jednak znalazł to, czego szukał – dziennik pokładowy. Otworzył go na ostatniej zapisanej stronie i przeczytał na głos:

 

14 kwietnia 1715

Harry Spikes. Być może to nie jego wina. Być może, być może, być może…

Prawda jest taka, że z dwudziestu ośmiu ludzi załogi przy życiu zostało nas teraz ledwie czterech. Czterech i Spikes…

Nie wiem, co się dzieje, a jako kapitan, powinienem. Ludzie po prostu znikają. Wieczorem jeszcze są, a gdy nadchodzi brzask, okazuje się, że znów jest nas o jednego mniej. Staramy się nie spać, patrzeć sobie na ręce, pilnować nawzajem. Dzieje się tu coś złego.

Spikes to Jonasz, jestem co do tego szczerze przekonany. To moja wina, zgodziłem się wziąć go na pokład, przewieźć go z tym całym ładunkiem, wierząc w rekomendacje od jego pracodawcy. Przeklinam dzień wyjścia z portu. Przeklinam dzień, w którym mnie najął! Jedyne, co mnie pociesza, to fakt, że zapłacił z góry. Oby mojej drogiej Elizabeth te pieniądze nie przyniosły pecha. Oby dobrze je wykorzystała. Oby była szczęśliwa beze mnie, bo nie wierzę, że jeszcze się zobaczymy.

 

– Przynajmniej wiemy, jak nazywa się ten nieszczęśnik z masztu – rzucił Finley, sprawdzając pozostałe szuflady.

Kapitan tylko na niego zerknął, po czym wrócił do czytania:

 

15 kwietnia 1715

Jonasz, Jonasz, Jonasz.

Było czterech, zostało trzech. Trzech i Jonasz. Jonasz, już teraz potrzebny do obsługi łajby.

Trzech i Jonasz na jednym pokładzie. Trzech, Jonasz i śmierć.

Trzeba wyrzucić ładunek za burtę. Potem wyrzucimy Jonasza.

Najpierw to zrobimy, a potem przywiążę do masztów Tommiego, Stephena i Pete’a. Nie znikną, nie wypadną, nie umrą. Nie porwie ich diabeł, kraken, lewiatan czy to coś, co zjada mi ludzi. Nie pozwolę.

Wojna! Właśnie tak, wojna, Jonaszu!

 

– Jezu. On oszalał, prawda, kapitanie?

– Zapewne – odparł Long, zatrzaskując dziennik. – Wezmę go, przyda się, kiedy nadejdzie czas składania raportu.

– Coś mi nie daje spokoju, sir.

Long zerknął na oficera i zachęcił do mówienia ruchem ręki. Ciekaw był, co usłyszy, szczególnie, że jemu więcej niż jedna rzecz „nie dawała spokoju”.

– Ten człowiek przywiązany do masztu, Spikes. Widziałem wielu wisielców wystawionych na działanie słońca i wody. Jak każdy zresztą, odkąd szubienice dla piratów zaczęto stawiać praktycznie przy każdym wejściu do portu… Oni nie wyglądają tak jak on. Słońce ich wysusza i skóra staje się ciemniejsza, ptaki wydziobują, co tylko się da. On wygląda, jakby tkwił tam od niedawna, a zapiski urywają się ponad tydzień temu.

– Rzeczywiście – odparł po chwili kapitan – ma pan rację. Nie mamy jednak pewności, kto ani kiedy go tam zostawił.

– Mimo wszystko… – mruknął pod nosem i skierował się ku drzwiom. Nim jednak zdążył przez nie przejść, te otwarły się i stanął w nich odziany w czerwień dowódca piechurów. Na jego twarzy malowało się najszczersze zaskoczenie.

– Sir? Właśnie miałem sprawdzić kajutę.

– Nie trzeba, panie sierżancie. Już ją obejrzeliśmy. Proszę meldować.

– Przeszukaliśmy każdy skrawek łajby. Nie znaleźliśmy nikogo, ani żywego, ani martwego. Poza tym przy maszcie. Czy mamy go odciąć?

– Nie – odparł kapitan, zmierzając do wyjścia.

Sierżant wiedział, że nie powinien zagradzać przejścia, tylko puścić dowódcę przodem. Zamiast to jednak uczynić, zamknął drzwi i dodał:

– Sir, jest jeszcze coś.

– Niechże pan w takim razie mówi i zejdzie mi z drogi, nim stracę cierpliwość.

– Przepraszam sir, ale uważam, że powinniśmy odbyć tę rozmowę z dala od moich ludzi i jestem absolutnie przekonany, że nie powinna jej też słyszeć pańska załoga. Szczególnie sternik… Pod pokładem jest siedem trumien.

– I co w tym nadzwyczajnego? Zdarza się. Te wykonywane w Europie są lepsze od miejscowych, może któryś z kolonistów złożył nietypowe zamówienie dla siebie i rodziny?

– Raczej nie, sir. Podnieśliśmy jedną z nich i doszliśmy do wniosku, że są pełne. Znaczy, tak po ciężarze.

– Chce pan powiedzieć, że przewozili pełne trumny? Szatański pomysł, ale to może tłumaczyć zniknięcie załogi. Smród ciał każdego doprowadziłby do szaleństwa, a morowe powietrze, wydobywające się ze zwłok, zapewnie wywołało zarazę.

– Tam wcale nie śmierdzi, sir.

– W takim razie najwyraźniej służyły do przemytu czegoś zakazanego. Trzeba je otworzyć i sprawdzić, co jest w środku.

– Sir, pozwoliłem sobie już to zrobić. Nakazałem ludziom wyjść z ładowni i otworzyłem jedną z nich. Są w nich ciała. Tak jakby…

– A cóż to ma znaczyć? – fuknął kapitan, zniżając głos. Jednocześnie zerknął na swojego oficera. Mężczyzna przysłuchiwał się rozmowie. Wydawało się, że z minuty na minutę stawał się coraz bledszy.

– Zobaczyłem kobietę, bladą, jakby była trupem, jakby zeszła biedaczka z tego świata ledwie przed chwilą. Możliwe, że podróżowała tym szkunerem, bo nieopodal trumien znaleźliśmy skrzynie podróżne z prywatnymi rzeczami należącymi do mężczyzn i kobiet. Każdy, wybierając się w podróż, zabiera swoje rzeczy, to oczywiste. Z tym że zabieranie trumny wydaje mi się mocną przesadą… Nie umiem tego określić, sir, ale coś nie dawało mi spokoju. Patrzyłem na nią i poczułem nagle, jakby ktoś rozkazał mi zamknąć wieko. Nie chciałem tego robić, chciałem pokazać ją panu, ale…

– Co pan zrobił, panie sierżancie? – odezwał się w końcu Finley.

– Nic. Zamknąłem trumnę i przyszedłem wszystko przekazać kapitanowi. Obawiam się, sir, że w pozostałych też są ciała, a że brak odoru, myślę, że wszystkie są świeże.

Kapitan otworzył dziennik pokładowy i znalazł datę wyjścia szkunera z Southampton.

– W spisie towarów rzeczywiście figuruje siedem trumien. Jest też dopisek, by pod żadnym pozorem ich nie otwierać. Ale nie ma tu nic o kobietach na pokładzie.

– Ta, którą otworzyłem, sir, ma na wieku wypalony napis. Początkowo myślałem, że wykonano ją na miarę albo jakoś dostosowano na wyraźne polecenie zamawiającego, ale teraz podejrzewam, że nie o to chodzi. Ktoś napisał na niej „Elena, córka Jure Grando Alilovicia”. Nie mogę mieć pewności, sir, ale wydaje mi się, że to ona leży w tej trumnie.

– Cóż to za nazwisko – Finley najwyraźniej zaczął myśleć na głos.

– Brzmi jak południowoeuropejskie…

– Możliwe, sir. Jeśli można, sugerowałbym opuszczenie pokładu tego szkunera i zatopienie go. To wszystko jest odrażające. Kto zabiera w drogę przez ocean trumnę podpisaną własnym nazwiskiem? Nikt! A tu jest takich aż siedem!

– Wykluczone – rzucił kapitan, jakby słowa sierżanta wyrwały go z letargu. Zatrzasnął dziennik i odpychając mężczyznę od drzwi, wyszedł na pokład. Podążyli ramię w ramię za nim.

Minął zebrany na pokładzie oddział piechoty i przeszedł trapem na pokład Lady Eleonor. Dopiero wówczas ponownie odezwał się do mężczyzn, mając świadomość, że słuchało go więcej par uszu, w tym ta należąca do sternika:

– Panie sierżancie, proszę sprowadzić piechotę na nasz pokład. Dobrze się dziś spisali. Panie Finley, proszę upilnować, by szkuner został wzięty na hol. Odprowadzimy go na Antiguę, tam zajmą się nim nasi urzędnicy. Skoro na pokładzie nie ma żywej duszy, nie możemy postąpić inaczej. Nie widzę przesłanek, by podejrzewać, że na pokładzie wybuchła zaraza, nie życzę sobie jednak, by ktokolwiek bez wyraźnego powodu schodził pod jego pokład. Proszę uwinąć się z pracami przed zachodem.

– Tak jest – zasalutował Finley. Na nasłonecznionym pokładzie czuł się znacznie pewniej niż w tamtej kajucie. Poczuł się, jakby wracały mu siły, tam powoli go opuszczające.

– Będę w swojej kajucie. Proszę zameldować, kiedy skończycie prace.

Kapitan Long zostawił ich, nie dodając już nic więcej. Tobias Finley świetnie wiedział, jakie rozkazy wydawać ludziom, nie potrzebował, by ktoś patrzył mu na ręce. Long miał zresztą ciekawsze rzeczy do robienia.

Przeszedł przez drzwi swej kajuty i usiadł w szerokim fotelu. Przy meblach z drugiego pokładu siedzisko i stół wyglądały, jakby przed chwilą wyniesiono je z dóbr jakiegoś możnowładcy. Położył na blacie dziennik pokładowy szkunera i nim go otworzył, nalał sobie kieliszek wina.

Przeszło mu przez myśl, że paskudna okładka powodowała, iż dziennik idealne pasował do rozpadającej się powoli łajby. Nie myślał, by szkuner zdołał jeszcze raz przeprawić się przez Atlantyk, byłby to jego ostatni rejs, nawet gdyby załoga nie zaginęła w tajemniczych okolicznościach.

Demeter – prychnął, gdy znalazł nazwę, pod jaką statek zarejestrowano. – Butne imię dla takiej krypy, a za pychę na wodzie płaci się najwyższą cenę.

Zaczął czytać, chcąc zrozumieć, co mogło wydarzyć się na łajbie. Nie lubił podobnych sytuacji, a z niezadowoleniem przyznawał sam przed sobą, że czuł się kompletnie ogłupiały. To, że z kapitanem stało się coś złego, że postradał zmysły, było oczywiste. Tak samo jak to, że jego ludzi spotkał najsmutniejszy los, na który prawdopodobnie sobie nie zasłużyli. Wiedział jednak, że gdzieś musiały znajdować się wskazówki pozwalające na wysnucie sensownych, logicznych wniosków. Był racjonalistą twardo stąpającym po ziemi i postanowił znaleźć coś, co mogłoby pomóc mu w pisaniu raportu.

Uśmiechnął się pod nosem, wyobrażając sobie, co powiedziałby o sprawie pan Bricks. Wszystko zwaliłby na trumny, bo – jak wiadomo – nie oznaczały niczego dobrego. Po części zgadzał się z nim, sam nie miałby ochoty przewozić takiego towaru, nawet jeśli nie wierzył w marynarskie bajania o pechu i Jonaszach. Nie zamierzał jednak wspominać o tym choćby słowem.

Znalazł początek zapisków dotyczących ostatniego rejsu Demeter i informację o pojawieniu się Harry’ego Spikesa.

– Co my tu mamy? Pan Spikes to nie załogant, lecz przedstawiciel rodu Alilovici z Istrii. Referencje od Jure Grando Alilovici – mruczał, przeglądając włożone między karty dziennika listy – którego był faktorem. Znowu informacja o zakazie otwierania skrzyń i trumien. Tylko po co? Po co wieźć ze sobą trupy? I po co im ubrania, po co codzienne przedmioty? Przecież nie potrzebują tego wszystkiego. Nie wstaną z tych skrzyń i nie pójdą na kolację…

Krzyk cieni

Roman Brodowski

Lipiec to dla Wołynian oraz ich potomków miesiąc szczególny, miesiąc pamięci o tych, którzy zginęli w strasznych męczarniach z rąk oprawców – ukraińskich nacjonalistów. Co prawda proceder „etnicznego oczyszania terenów ukraińskich z ludności pochodzenia nie ukraińskiego” organizacje nacjonalistów ukraińskich rozpoczęły już na początku 1942 roku, to jednak kulminacja nastąpiła właśnie na Wołyniu 11 lipca 1943 roku. Tego dnia oddziały UPA dokonały skoordynowanego ataku na ponad sto zamieszkałych przez społeczność polską miejscowości,w powiatach horochowskim i włodzimierskim. Pod hasłem „śmierć Lachom“ zainicjowana została ogólnonarodowa akcja likwidacji tych, którzy nie byli Ukraińcami. Nie bez znaczenia jest fakt, że jako dzień rozpoczęcia akcji wybrano niedzielę. Chodziło oczywiście o to, by zaskoczyć jak największą liczbę Polaków w kościołach. A 11 lipca to również bardzo ważne i popularne prawosławne święto Piotra i Pawła, obchodzone na Kresach także w kościele katolickim. W wielu miejscowościach, w Chrynowie, Krymnie, Kisielinie, Porycku, Zabłoćcach, zbrodni na Polakach dokonano podczas mszy w kościele. W Chrynowie zamordowano 150 osób, w Krymnie 40, w Porycku 200, a w Zabłoćcach 76. W Kisielinie zginęło 90 Polaków, na szczęście część wiernych zdołała zabarykadować się na piętrze plebanii i obronić przed atakami. Podczas ataków na kościoły zginęło dwóch księży, Józef Aleksandrowicz w Zabłoćcach i Jan Kotwicki w Chrynowie, a ksiądz Witold Kowalski z Kisielina został ciężko ranny. Ksiądz Bolesław Szawłowski według sprzecznych relacji zginął także 11 lipca (w kościele w Porycku), lub też został jedynie ranny, a upowcy odnaleźli go i dobili dzień później. To tylko kilka przykładów.

By uczcić pamięć, wydarzeń tego jednego, niedzielnego dnia napisałem modlitwę. Powstała ona w oparciu o wspomnienia tych, którym udało się przeżyć.

Pytania do Boga, czyli modlitwa wątpiącego
Na pamiątkę ludobójstawa na Wołyniu

Tam jeszcze ziemia nie stwardniała
W niej jeszcze pamięć kwitnie żywa
A już na zgliszczach przemijania
Ktoś, niby Piłat – ręce umywa.

Ktoś chce jak Judasz, sacrum sprzedać.
Za garść srebrników prawdę zmienić
Za przyjaźń kruchą, biedną w szczerość
Dać kłam historii tej przestrzeni.

Dlaczego? – powiedz dobry Ojcze
Ci którzy krzyczą wierność Tobie
Miast potępienia zbrodni strasznych
Lżą pamięć przy „wołyńskim grobie”

Ileż w tych ludziach… pseudoludziach
Jest uczuć ciężkich nienawiścią
Że mogą przy świadkach żywych
Ofiar i katów zmieniać rzeczywistość.

A przecież wówczas w czasie wojny
Gdyś nieco Ojcze przysnął zmęczony
W dzień odpoczynku, w twej świątyni
Naród niewinny został stracony.

Daty tej nigdy nie wolno zapomnieć
Jedenastego lipca, poranek niedzielny
Czas na modlitwę, pojednanie z Bogiem
Na mszę wzywały dzwony kościelne.

Przyszli wieśniacy przed Twoje ołtarze
Ufni Ci, Stwórcy, wyznać swoją wiarę
Prosić o pokój, o wolność macierzy… ,
Przyszły dzieci, młodzi, kobiety stare.

Nad wieżami kościołów mojego Wołynia
Niby welon żałobny ciemne chmury zwisły
Na ambonach kapłani głosili kazania
Błogosławiąc narodu, ojczyzny czas przyszły.

Nagle, podczas wyznania Ci Ojcze wierności
Ktoś z zewnątrz drzwi zamknął przybytku z łoskotem
„Zabić Lacha na chwału ukrajnskiej dzierżawy
Wyrżnąć polską – wołano pod oknem – hołotę”
Dzień niech będzie dla Lachów ostatni i krwawy.

I potem już tak było, rzeź wielka zaczęta
Podpalone twe domy, granatem zniszczone…,
Zabity każdy kto żywy z płomieni uciekł
Innych jako owce na ołtarzu spalono.

Pod dowództwem upowców spod znaku Bandery
I przy wsparciu narodu co bratnim się mienił
Rozpoczął się marsz śmierci przeciw polskim rodom
Czyniąc piekło okrutne … Krew spłynęła z ziemi.

Na Wołyniu, Polesiu, w Tarnopolu, Lwowie
Gdzie po polsku myślano, po polsku mówiono
W imię tej nie ludzkiej lecz szatańskiej idei
Piekło straszliwe na ziemi polskiej zrobiono

Przygarnąłeś do siebie ofiarne tysiące
Sto sześćdziesiąt, może – nikt nie liczył – więcej
Cierpień doświadczonych od „przyjaciół ze wschodu”
Nie pojmuję ni duszą, ni lirycznym sercem.

W kolejną rocznicę tamtej wielkiej tragedii
Dziś jak zawsze zapalę znicz na oknie w domu… ,
Tylko proszę, mój Boże, nie zasypiaj więcej
Nie pozwól nikogo tak doświadczać, nikomu.

A na koniec modlitwy bardzo Ojcze proszę
Daj mi siłę wybaczyć daj siłę pamiętać
Ja tę prawdę historii mym dzieciom przekażę
Prawdę faktów, bo prawda, jak uczysz, rzecz święta.

Berlin 10.07.2016

Zasada działania we wszystkich przypadkach była podobna. Najpierw, by uniemożliwić mieszkańcom ucieczkę, oddziały UPA okrążały teren, następnie okoliczni ukraińscy chłopi, wspomagani przez oddziały band nacjonalistycznych, dokonywali rzezi. O metodach, jakie stosowali oprawcy, nie będę pisał. Wystarczy jednak wyobraźni, by uzmysłowić sobie, w jakich męczarniach ginęły ofiary, po tym jakich narzędzi używano do ich zabijania. A ginęli od kul, siekier, wideł, pił, noży, łańcuchów, sztachet nabijanych gwoździami…
Po wymordowaniu ludności mienie ofiar zazwyczaj rozkradano, a wsie doszczętnie palono, by uniemożliwić ponowne zasiedlenie.
Była to akcja dobrze przygotowana i zaplanowana. Zawsze na kilka dni przed rozpoczęciem akcji we wsiach ukraińskich odbywały się spotkania, na których uświadamiano miejscową ludność o konieczności wymordowania wszystkich Polaków.
Za akcję „Smert Lachom” odpowiadają podwładni Stepana Bandery, a przywodzili jej Iwan Łytwynczuk ps. „Dubowyj”, Petro Olijnyk ps. „Enej” czy też dzisiejszy bohater narodowy Ukrainy – Roman Szuchewycz. Ile ofiar w sumie pociągnęła za sobą – do dzisiaj nie wiadomo. Liczba oscyluje między 120 a nawet 250 tysięcy.
Dlaczego poruszam ten temat? Dlaczego rozdrapuję rany? Bo rany te dla setek tysięcy wołyńskich kresowian nadal krwawią. One się nigdy nie zabliźniły.
Ukraiński historyk Wołodymyr Wjatrowycz w swej książce Druga wojna polsko-ukraińska 1942–1947 neguje fakt przeprowadzenia jakiejkolwiek zorganizowanej antypolskiej akcji. Według niego polskie doniesienia są stekiem kłamstw i nie znajdują potwierdzenia w dokumentach, a to, co Polacy nazywają rzezią, było „zwykłą” wojenną walką między dwoma wrogami.
Dopóki sprawa Rzezi Wołyńskiej nie znajdzie swojego miejsca w pamięci i na kartach historii, dopóki w imię pamięci o ofiarach nie zostanie sprawiedliwie osądzona, dopóty potomkowie ofiar będą „wołać o pomstę do nieba”, domagając się godnego uczczenia śmierci swoich najbliższych.

Śladami Wołynia

Od dawna, podobny Odysowi
Płynę pod żaglami tęsknoty
W poszukiwaniu milczenia
Na wołyńskiej pustyni słowa

Instynktownie odnajduję gniazdo,
Chatę bieloną matczynym mlekiem.
W zapomnianym przez Boga świecie
Słyszę płacz zmurszałych drzew

Widzę obumarły szkielet żurawia
Przy wyschniętej od pokoleń studni,
A w niej, w żabim raju uwięzioną,
Proszącą o wyzwolenie – godność.

Bezpańskie koty, wierne miejscu
Biegają po wdeptanym znaku krzyża.
Od pokoleń czekają przyjaznych dłoni,
Odeszłych w czas urodzaju nienawiści.

Kamienie niemo szepczą litanię
Szukają kupca na niemy dramat,
Śpiące w soczystej zieleni dziedzińca
Skarby ziemi, zastygłe krople krwi.

W błękicie między słońcem a ziemią
Wiatr unosi pachnące przebaczenie.
Polami przechadza się, szukająca śladów
Jestestwa, wołyńska nadzieja żywych

Obraz malowany ludzkim cierpieniem,
Wystawiony na aukcji za cenę pamięci
Coraz ciszej woła o wyznanie prawdy…,
Powoli odchodzi w przestrzeń zapomnienia.

A ja wciąż powracam do wczoraj.

Berlin 11.11.2007

Barataria 71 Kino, stolica i król

Barataria jest wokół mnie, znajduję ją wszędzie, gdziekolwiek by mnie nie zawiodły obowiązki lub zachcianki. W biblioteczce siostrzeńca i w pokoju gościnnym przyjaciółki moich rodziców. Sięgam ręką i jest.

Zanim więc wrócimy do Antonia Skármety i Wesela poety, najpierw poznajdowane w ostatnich dniach wielkie dzieła baratarystyki i jej nic nie znaczące okruchy. Marek Ławrynowicz, Kino Szpak. Wzruszający zapis młodości innej niż moja, bo chłopczyńskiej w podwarszawskiej Falenicy, podczas gdy ja, dziewczyna z pograssowskiego Wrzeszcza, a przecież podobnej. Oni do kina Szpak, ja do kina Leningrad, żeby oglądać Help – oni 5, 6, 7 razy, ja – o! ja! – 15. Piętnaście. Nic dziwnego, że Beatlesi zajmują ponad połowę okładki, mimo że w samej książce wspomniani są zaledwie raz czy dwa razy. Ale 7 razy do kina na Help, to naznaczy na całe życie.  Nie wzruszajmy się jednak, autor ma rację, nie ma podróży sentymentalnych, są tylko wyprawy donikąd.

Zatrzymuję się na chwilę. Donikąd? A nie do nikąd?

Nieważne. Rozdział Fryś. To nazwisko dyrektora liceum w Falenicy. Kurdupla. Rozmawia właśnie z matką Ryszarda Borówy. Ojciec i matka Borówy mają po 195 centymetrów wzrostu, sam Borówa przerósł ich (już) o dwa centymetry. Ojciec jest chudy jak szczapa, matka przepotężna.

Kolejna heca.

Mamusia Borówy, zatroskała się bardzo (…) i dzięki temu już w trzy dni potem nasze liceum mogło ujrzeć w swych progach monstrualną postać Borówowej. Gdy szła korytarzem, szyby brzęczały w oknach, a strop podejrzanie trzeszczał. Wchodząc do sekretariatu niechcący urwała klamkę, a gdy już weszła, strąciła telefon i wdeptała go w dywanik. Widząc spustoszenia czynione przez mamusię Ryśka w sekretariacie, kurdupel zaprosił ją bezzwłocznie do swojego gabinetu, usadził w fotelu i pilnował, żeby z niego nie wstawała. Siedziała zatem jak trusia, a Fryś perorował. W miarę opowieści ujawniała sią coraz bardziej miłość macierzyńska Borówowej. (…) Potem z gabinetu dobiegł żałosny skrzyp fotela, brzęk tłuczonego szkła w sekretariacie, a na koniec ukazał się kurdupel, prowadzący za łokieć starą Borówy. Wyglądał jak mały, chudy Don Kichot z monstrualnym Sancho Pansą…


Zdjęcie z czerwca 2018. Okładka Don Kichota z lat 50 – z rysunkiem Picassa. Gdy okładka się zniszczyła, właścicielka wycięła Picassa, oprawiła i powiesiła na ścianie. W latach 50 w PRL nikt przy zdrowych zmysłach nie wyrzuciłby reprodukcji Picassa do kosza na śmieci.


Robert Menasse, Stolica. Kontrowersyjna powieść o Brukseli. Słynna. Z dwoma istotnymi wątkami polskimi. Po pierwsze morderca (wiem, wiem, zdradzam tajemnicę, ale autor sam ją zdradza niemal natychmiast) jest Polakiem, żołnierzem Chrystusa, sterowanym  przez NATO za pośrednictwem Archidiecezji Poznańskiej, chyba że jest na odwrót i coś mi się pomyliło, i to Watykan za pośrednictwem Poznania steruje NATO, a ta niby stolica Europy, Bruksela, siedziba EU, to jakaś nic nie znacząca paranoja, cierpiąca pod ciężarem procedur biurokratycznych, gwałtownego ocieplenia klimatu i … świń. Takich prawdziwych, co to ważą ze 300 kilo. W tle czuje się kryzys, jaki wywołali uciekinierzy, jednak żadni uciekinierzy nie docierają na ulice stolicy. Po raz drugi Polska pojawia się w powieści zaraz po świni i jej obecność nie tylko w powieści, ale i w Europie zaznacza się nader intensywnie, bo to w Polsce leży Auschwitz. Taka jest Polska widziana z Austrii i z Europy – wtyka Watykanu i miejsce, gdzie Niemcy zbudowali najsłynniejszy (można tak powiedzieć?) obóz koncentracyjny.

Adam Krzemiński tak pisze w Twórczości o tej powieści:

Co innego Stolica Roberta Menasse, pierwsza powieść 0 Unii Europejskjej. Po części dreszczowìec, po części polityczna satyra, a po części historiozoficzny traktat o kondycji Europy. Początek jest groteskową metaforą. Po Starym Rynku Zbożowym w Brukseli biega świnia. Może to demonstracja producentów wieprzowiny. A może tylko przywidzenie, metafora, że UE to chlew, a może jednak świnka-skarbonka. (może dodajmy: to może też być świnia z niemieckiego powiedzenia “mieć świnię” czyli mieć fart).
Z tym że u Menassego kilka osób, które widziały tę świnę, szczęścia nie miało. 11 marca znajdą się wśród trzydziestu dwóch ofiar islamistycznego zamachu na stacji metra Maelbeek. Pochwalną recenzję Stolicy »Neue Zürcher Zeitung” zatytułowała Jeszcze Europa nie zginęła. Ale w powieści nic się nie udaje. Wielki Jubilee Project, który ma tchnąć duszę w jednoczenie Europy, nie wypala. Pełen dobrej woli austriackj eurokrata proponuje wprawdzie, by ideę UE osnuć wokół Auschwitz i tam też zorganizować rocznicowe obchody, zapraszając wszystkìch żyjących jeszcze byłych więźniów…

ale pomysł zostanie odłożony ad acta. Oczywiście nie wypali również prowokacja pewnego znanego austriackiego profesora, który chce, by z pamięci ludobójstwa i zagłady uczynić nowy symbol i wznieść stolicę Europy w Oświęcimiu.

Powieść się świetnie czyta (ale chyba na razie nie ma tłumaczenia na polski, zresztą – książki przecież najlepiej czytać w języku oryginału), mnie jednak najbardziej zafascynowały nie ironiczne pomysły na Europę XXI wieku, lecz te fragmenty, gdzie Menasse pisze o Wielkiej Utopii – o idei, która przyświecała ojcom i matkom założycielom Unii Europejskiej. To czysta baratarystyka, a jaka piękna… W styczniu 1945 roku, po wyzwoleniu obozu w Oświęcimiu, narody Europy, pochylając się z szacunkiem nad ofiarami niemieckiej zbrodni i wstrząsając się z przerażenia na widok jej grozy, kierując się najszlachetniejszą ideą – Nigdy więcej Auschwitz! Nigdy więcej rasizmu! – postanowiły zbudować wspólną Europę, która wyzbędzie się okowów nacjonalizmu, ten bowiem ową niewiarygodną zbrodnią wywołał i on za nią odpowiada…

I co? I Brexit!
I co? I Polska…

Na dziś wystarczy, Króla mrówek trzeba jednak przenieść na następny tydzień…

Reblog: Willa z fortepianem

Znalezione w internecie przez Andrzeja Rejmana

W dzielnicy Ursus, niedaleko skrzyżowania Alej Jerozolimskich z ulicą Ryżową stoi niewielka willa. Z ulicy ledwo ją widać spośród rozbuchanej zieleni. Jednak jeśli wejść w boczną drogę i zajść dom od tyłu, oczom ukaże się ciekawy architektonicznie modernistyczny budynek. Niewiele wiemy o tym domu. Powstał prawdopodobnie w latach 30 XX wieku. Od ok. 2015 roku stoi opuszczony i niszczeje. Naszej dobrej znajomej Laurze Styczeń udało się dostać do środka willi. Znalazła tam istne cuda – wspaniały przedwojenny fortepian wyprodukowany przez warszawską firmę, liczne stare zdjęcia, dokumenty przedwojenne i z czasów okupacji oraz wiele innych przedmiotów o niewątpliwej wartości muzealnej. Ktokolwiek tam mieszkał, musiał być niezwykle interesującym człowiekiem i dbał o swoją przeszłość i dziedzictwo. Niestety dowiedzieliśmy się, że willa, która była wpisana do Gminnej Ewidencji Zabytków, została niedawno z niej wyłączona. Jaki los ją czeka?

Reblog: Chrześcijanin kulturowy

Kolejny tekst znaleziony na Facebooku

Jacek Wesołowski
dzien-nik:fb.obrazy/teksty, 19 maja 2018

Przymiotnik „chrześcijański” może odnosić się do religii lub do kultury. „Religia chrześcijańska” i „kultura chrześcijańska” nie są określeniami synonimicznymi. Pierwsze oznacza doktrynę określonego wyznania, określonego Kościoła któregoś z licznych odłamów zinstytucjonalizowanego chrześcijaństwa, drugie odnosi się do zespołu tradycji, obyczajów, wartości i norm postępowania, mających owszem swą genezę i umocowanie w religii, ale już od niej bezpośrednio niezależnych, niejako wyodrębnionych, wyalienowanych – w tym sensie ktoś określający się jako chrześcijanin może być nim tylko w rozumieniu kulturowym, a niekoniecznie religijnym. Przyznaje się do korzeni chrześcijańskich, wyznaje wartości chrześcijańskie, lecz może być ateistą czy agnostykiem, i jeśli chodzi niekiedy do kościoła, to nie z wiary, lecz z tradycji, z wychowania, z poczucia więzi kulturowej – z chrześcijaństwem. Jestem chrześcijaninem, a nawet katolikiem – kulturowym. W tym sensie większość chyba chrześcijan dzisiejszej Europy, a w szczególności zachodniej i północnej, to są chrześcijanie kulturowi. Niekoniecznie wierzą w Boga, a już zwłaszcza w takie szczegóły nauki Kościołów jak Piekło, Niebo i Czyściec oraz Sąd Ostateczny – zresztą poszczególne wyznania chrześcijaństwa co do tych szczegółów różnią się między sobą: np. w protestantyzmie nie ma kultu swiętych – stąd w krajach wyznań wyłonionych z Reformacji nie obchodzi się imienin, a tylko urodziny. Premier Morawiecki nie tak dawno powiedział, że widzi przed Polską misję chrystianizacji Europy. Przez ostatnich 35 lat nabyłem spore doświadczenie bezpośrednie, gdy chodzi o Europę zachodnią i stwierdzam, że jej kraje są chrześcijańskie dość – gdy chodzi o kulturę chrześcijańską: o chrześcijańskie wartości i ludzkie zachowania etyczne. Np. Niemcy dzisiejsi pod tym względem wydają mi się przewyższać Polaków. Natomiast z pewnością Niemcy nie są tak chrześcijańskie, jak Polska w sensie uprawiania kultu religijnego i bardzo im w tym polskiemu sąsiadowi daleko. Kościoły w Niemczech (a zwłaszcza wschodnich) – tak ewangelickie jak i katolickie – są pustawe, niektóre od dawna już pełnią funkcje kulturalne, nie religijne. Ja myślę, że polski premier, mówiąc o chrystianizacji Europy miał na myśli nie tyle chrystianizację, ile klerykalizację. Z zamiaru, woli i ambicji naszego pobożnego, bogobojnego narodu, a ścisle polskiego rządu narodowego ramię w ramię z polskim (katolickim) Kościołem, który jest nie tylko instytucją religijną, lecz także w wysokim stopniu polityczną, tak więc kulturową – pod płaszczem religii. Etyka w polityce występuje fasadowo.


Boutique sacré de Jacek Wesolowski, instalacja zbiorcza, fragment (ściana centralna: Ołtarz), Hradczanska Galeria, Praha, 1995

Deszczowa delegacja 3

 

Mieczysław Bonisławski

– … chłopy same mu oddadzą tę całą, no…
– Przyjechał tu jako urzędnik. Będą szukać.
– … i gówno znajdą!
– Nie bądźcie takie pewne – od strony gazika doszły mnie pokrzykiwania inspektora z Mirocina, na którego ostro napierały obie baby w chustach.
– A bo co, bo my takie głupie, że nie potrafimy same?
– I tylko nam tu nie wyjeżdżaj znowu z tą swoją, no, co to wiesz…
– Oni sami lubią dopilnować tej swojej sprawiedliwości – słodko, szyderczo wtrąciła zupełnie spokojna, jakby nieobecna, pozostająca poza sporem Truda.
– Właśnie, z tą całą sprawiedliwością – podchwyciła jedna z bab.
– Same potrafimy. U nas też jest sprawiedliwość.
– Ale o co wam chodzi, baby? Czego wy w końcu chcecie? – rzucił jakby zrezygnowany, pobity Tadeusz.
– A jużci, same to zrobimy.
– Wszystko zostanie w Lesie, nikt się nie dowi…
– My tam wiemy, co komu się należy… Tylko ty, inspektor, zawróć te milicje.
– Ale co wam zaszkodzi milicja? Załatwią sprawę, bez kłopotu. Już oni mu nie odpuszczą,
nie obawiajcie się.
– Tego się nie boimy. On już i tak nam nie ucieknie, co by tam w mieście nie wymyśliły…
– O co inne idzie. Jak się znowu tu zjadą te ubeki, to naszych pobiorą, jak kiedyś, spokoju
przez lata nie będzie…
– Lepiej schować to między swojemi.
– A i w Lesie jeszcze co znajdą, albo po komorach co nie, dobrze mówię? – jedna z kobiet w chustach nagle zwróciła się do Trudy. Kasztanowłosa kierowniczka spoważniała jeszcze bardziej (o ile to było możliwe).
– Kto to wie…
– Kto, jak kto, ale już wy na pewno – druga z kobiet pozwoliła sobie na pełną poufałość. –
Szwaby wiedziały, czego pilnują w Lesie. Pociąg wjechał i nie wyjechał. A ktoś pilnować
przecie musiał…
– Już my wiemy po co żeśta naszych striłców do lasu zabrały – zaczęła jazgotać pierwsza – Nie zamydlicie nam oczu, my nie takie głupie ludzie, choć proste.
Truda spojrzała na Tadeusza.
– Chyba za późno. Milicja już wie. Dzisiaj przyjechała redaktorka z gazety.
Ale babom w chustach było mało. Jak już przemogły wstyd, strach, jak już przerwały
milczenie, musiały wygadać wszystko, od serca i spod wątroby, byle do końca. A Truda z Tadeuszem to było za małe audytorium do wyrzucenia z siebie tego, co je bolało. Pierwsza zrobiła kilka kroków w moją stronę, ku skórzanemu. Ale zagadnęła do mnie, obcej, nie do niego.
– Popatrz no tylko, ledwie wrócił, a już nowego trupa po północku znaleźli. I to gdzie, przy ceglanym moście… Rozumie Las swego…
– Stefanicha, co wy?! Przecież to właśnie pani redaktor! – krzyknęła ostrzegawczo Truda. – Miastowa, ona się kuma z milicją – starała się jeszcze dosadniej wyjaśnić grozę sytuacji.

Ale tu nie było dylematu poznawczego. Trafiłam w sam środek tajemniczej historii i nie
mogłabym już tego odpuścić. Tak, mój drogi Marku, tu się liczył czyn. I cel oczekiwanych
odpowiedzi. To nie była chwila na kawiarniane dysputy o stylu czy ideologii. Tu się
rozgrywało prawdziwe dziennikarstwo. Rdzawokasztanowa nie była w stanie mi
przeszkodzić. To nie były twoje progi, droga kierowniczko.
– A jak to się stało, że on tu przyjechał?
– A kto go tam wi… W powiecie się uchował, ale nie u nas w Kożuchowie, tylko w Żaganiu
znaczy się – połknęła haczyk Stefanowa baba i ani się obejrzała, jak trajkotała, zapominając o machającej do niej rękoma Trudzie. – I teraz, jak nie ma gminy w Broniszowie, a powiatu w Kożuchowie, to i cegielnia przeszła pod Żagań, a on pono przyjechał ją doglądnąć… Ale jaka tam prawda, to nie wi nikt, ino on sam…
Spojrzałam pytająco na Tadeusza.
– No i czego? – ofuknął mnie tylko i zaczął wsiadać do gazika. Drugiej babie pokazał miejsce z tyłu, gdzie siedzieli przedtem obaj skórzani, tak jakoś po środku, jakby pomiędzy nimi.
– Czy ona coś wie? – spytała go Truda, gramoląc się za babą na tył gazika (ile tam się ich
miało pomieścić? A podobno dla jednej Wiolety nie było już miejsca).
– Nie wiem. Pewnie tyle, co jej powiedział Demianiuk – wzruszył ramionami Tadeusz. –
Gadały jeszcze z administratorem.
– Że też ziemia takiego jeszcze nosi – rozeźliła się ta druga.
– A czemuż to? Co z tym administratorem? – szturchnęłam kumotersko moją Stefanichę w ramię. – Co, a gadajcież kumo.
Z tego co pamiętam, żywą stylizację wyśmiewali u nas w Zielonej Górze wszyscy, od Klema po Horowicza, ale Marek ją stosował. Klem nazywał to śmietnikiem. Chodzisz, i co, otwierasz klapę śmietnika. Myślisz, ze zainteresujesz ludzi jego wnętrzem? Nic bardziej mylnego. Ale Marek nie unikał oryginalnej gwary. Tyle tylko, że na kartkach. Na żywo, w akcji go nie widziałam. To, jak zagadnęłam mojego świadka, nazwałby czynem w słowach.
I umiałby określić cel, do jakiego dążyły oczekiwane przez mnie odpowiedzi. Coś, czego ja sama nawet w tamtej chwili bym nie potrafiła zrobić.
– Reinhard, ten esesman, to była swołocz sama w sobie. Ale ten nasz administrator, to
przechodzi nawet jego.
– Ten poczciwy Demianiuk?
– Demianiuk, to od paszy i nawozów i też ma swoje za uszami – zaoponowała ta druga. –
Chodzi o Sosińskiego, tego od pałacu.
– I co ten Sosiński?
– Jego tu przywieźli ubecy i pałacowym zrobili – niemal szeptem wyznała Stefanicha.
– To ubek?
– A kto go tam wi!
– Nie, wszystkie wiedzą, że nie ubek… To bandyta. On, w tej Zielonej Górze to wysadzać
miał mosty i fabryki. W takiej bandzie był.
– Ale, dzięki Bogu, ich złapali, zanim ludzi pozabijali. I on na UB wszystko powiedział,
przeciwko tym innym… I za to, zamiast do więzienia, przywieźli go tutaj. Lekką robotę mu dali, czystą, w cieple. Pewnie Żyd…?
– A może on w tej bandzie od początku dla zdrady był postawiony? Kto ich tam wi…
– Podziękować mu tak pewnie chcieli, zapłacić znaczy się za zdradę… Jako swemu, Żydowi znaczy się. W UB same Żydy…
– Cichojcie kobiety! – Truda wyskoczyła z gazika i złapała Stefanichę za rękę – Co tak
gadacie po próżnicy? Pani redaktor i tak nie słucha – po raz pierwszy zwróciła się do mnie bez tej pogardy i lekceważenia. – Nie były przy tym, gadają co na język przyjdzie, głupiego…
Tadeusz zapuścił silnik. Bez problemu wszedł na obroty. Zdjął nogę ze sprzęgła.
– Daj spokój – rzucił rozkazująco do Trudy. – Niech sobie pani redaktor posłucha. Tyle jej, co usłyszy.
– Co ty, Tadek?! – przeraziła się kierowniczka o kasztanowych włosach – Co ty?
Tadeusz żachnął się i jeszcze szyderczo spuentował:
– I tak nigdzie i u nikogo tego nie wydrukuje. Przecież wiesz, jak z tym jest i co…
– Ty tak poważnie? – głos Trudy zadrżał – Chcesz…
– Ja? Ja chcę? – zawisła na moment jakaś taka złowieszcza cisza. – Wsiadaj. Wsiadajcie
wszystkie, pora kończyć.
Nie wyłapałam, nie chciałam wyłapać złowróżbnego kontekstu, czającej się groźby w tym co powiedział… Właściwie w tym, czego nie dopowiedział inspektor w marynarce.
– I co z tym Sosińskim? To w końcu, kim on jest – naciskałam Stefanichę. Odpowiedziała mi jednak ta druga:
– Był sekretarz partii z tej nowej gminy i mówił, aby go przyjąć jak swego. Że to niby ofiara błędów i czegoś jeszcze…
– Tych, no, wypaczeń, czy jak… – dorzuciła Stefanicha.
– A jużci, że tak. Ale kto go tam wi, o co w tym się rozchodzi… Chłopy, co po wojnie na
naukę poszli do lasu, z Wasylem do Reinharda, znaczy się, krzywo patrzą na pałacowego.
Baliśma się na początku, żeby kto mu wideł nocą w plecy nie wbił…
– Pani – złapała mnie za poły płaszcza Stefanicha – a co to są te błędy? Pani wi? Bo to, człek może pobłądzić, no jasne. Wypije za dużo i zbłądzi. Jakaś wypruta szczęka może z tego być, albo i dzieciak na miedzy. Ale wysadzać, zabijać Bogu ducha winnych ludzi? To nie błąd… Krew na rękach. To grzech, zbrodnia… Czy nie tak?
– No, a te wasze chłopy? Przecie niektórzy byli pod Banderą, a potem u Wilkołaków. No i
jakże tak?
– Już my same swoich to potrafimy osądzić. Między swojakami to było. Tylko my i Las, a w Lesie to insze życie, insza sprawiedliwość. A oni o swoje, o nasze poszli do lasu. I bili tylko rusów komunistów i Żydów ubeków… O, Tadeusz też Żyd, ale on nasz, z tych porządnych znaczy się – zabrzmiało to jakby zaczęła się sumitować, chociaż nikt nie dał ku temu powodu.
– Cicho, na Boga! – krzyknęła Truda. – Co wy gadacie, chcecie kłopotów?!
– Inspektor zabiera panią do Lasu, to przecie też musi być nasza… – zdziwiła się Stefanicha, wskazując ręką na mnie.
Tadeusz tylko nieprzyjemnie zarechotał. Truda złapała się za głowę, jakby chwyciły ją jakieś boleści.
– Czy Wioleta jest bezpieczna z tym Sosińskim? – zupełnie poważnym głosem zaatakowałam mojego urzędowego przewodnika. – Inspektorze, rozumiem, że jest pan lojalnym i odpowiedzialnym obywatelem?
– Kto tu dzisiaj, po wczorajszym, może czuć się bezpiecznie? A ty, jesteś pewna, żeś
bezpieczna? – Po raz pierwszy usłyszałem od Tadeusza tak długie zdania. Pytając o Wioletę, chciałam ocenić właśnie swoją sytuację, a gdyby… To przynajmniej ją uchronić, ostatecznie to ja ją w to wciągnęłam… Popatrzyłam mu uważnie w oczy. Trochę prowokująco i bezczelnie. On jednak nie zamierzał iść na próbę nerwów. Szybko wrócił do swej skorupy.
– No, kobity, wsiadać! Raz, dwa. – Znowu zapuścił motor i szybko ruszył, nie oglądając się na wskakujące do wozu postacie – Jedziemy!
Poczułam wahnięcie wozu od tyłu. Jedno, drugie, trzecie. Wsiadły obie kobity a za nimi
wskoczyli dwaj skórzani. Nie wiedziałam, w co grał inspektor? Reagował przypadkowymi hasłami, na odczepnego, czy też pojął, o co mi chodziło i podjął przez moment słowne zapasy? Nie wiedziałam, ale nadszedł czas, kiedy należało to rozwikłać.
– Słuchaj no, Tadeusz – przyjęłam jego bezpośredni sposób kontaktu. – Albo jedziemy w
końcu do tej cegielni, albo – jak nie masz mi nic do zaoferowania – zawieź mnie z powrotem do pałacu… Ja nie mam czasu na takie różne dyrdymały…
– Nie mam nic do zaoferowania? – zaśmiał się znad kierownicy. – Panienka rozkazuje! To
co, cegielnia, pałac, czy…
Gazik właśnie przeskoczył dukt, ale nie skręcił ani w prawo ku wsi, ani w lewo, ku cegielni. Pognał jak szalony prosto, dalej starotorzem. Krzyknęłam (już nie pamiętam nawet, co).
Na linii horyzontu, nieco w górze, ponad ścianą lasu niesamowicie błysnęło, a po chwili
gruchnął przenikający do kości grzmot. Krzyknęłam jeszcze raz, przez ramiona i kark
przeszedł mi dreszcz. Skuliłam się i mimo woli, niemal bezwiednie, przywarłam głową do ramienia Tadeusza.
Gnaliśmy starą kolejką niemiecką wprost na spotkanie walących piorunów, w stronę gęstego, ciemnego lasu. Przed oczami stanął nagle mi mój Ojciec. Zobaczyłam Wioletę, Giżejewskiego, Horowicza (który nagle wydał mi się nawet zupełnie sympatyczny), Marka, Klema. Nade wszystko stanął mi przed oczyma Klem.

Knajpiany gwar. Opary alkoholu (tak się mówiło, ale czy ktoś je kiedykolwiek fizycznie widział?) Przyciemnione światło (ależ mi wyszła figura stylistyczna!) Pochylone głowy (brzmi patetycznie)… nad śledzikiem i tatarkiem. Kto z was pomyślał, że jak patetycznie pochylone, to nad jakimś ważkim zagadnieniem? Ale faktycznie, to była istotna i głęboce intelektualna dyskusja.
– No tak, orkiestra rzecz ważna – rozciągając słowa, potwierdził racje przedmówcy Klem. – Ale czyż my już nie mamy orkiestry, przy fabryce metalowej?
– Jasne, a grać też można choćby i u was, w teatrze – poparł go Marian Szpakowicz, człowiek Klema od plastyków, z którymi Klem (sam przecież artysta) też działał i to ostro.
– A Hala Ludowa? Przecież funkcjonuje świetnie – nie pamiętam już, kto to powiedział.
Okazało się, że przedmówcą był Zdzichu Giżejewski, bo to on, jako następny mówca, stanął im wszystkim okoniem:
– To wszystko prawda, ale tu chodzi nie o to, aby móc od czasu do czasu gdzie zagrać. To ma być zupełnie nowa instytucja kultury. Mamy za małe miasto na operę, teatr muzyczny, nie ma tu zresztą takich tradycji. Ale jednak życie muzyczne musi się gdzieś wykluwać i toczyć.
– Jesteśmy jedynym województwem, nawet choćby bez filharmonii – przytaknął mu Horowicz. – Tak nie może być, w województwie musi rozwijać się życie muzyczne…
Nastąpiła chwila przerwy. Mężczyźni polali. Kobiety wypiły po pół kieliszka, popiły, podniosły się jakieś piskliwe śmiechy. Dwie aktorki, które przyszły ze Zdzichem, blondi z redakcji wiejskiej Gazety, maszynistka z działu kultury miejskiej rady i Halinka od Klema.
Klem wyciągnął fajkę, powoli ją nabił. Zapalił. Pyknął raz, drugi raz.
– Słyszałem, że tam u was, w Komitecie, macie nawet już pomysł gdzie?
Horowicz zaperzył się:
– Co w Komitecie, co, że jak taki problem, to tylko Partia…? Do brudnej roboty, to my, a ci co potem skorzystają, to postoją z boku i święci, nie ubabrają rąk?
Rozejrzał się wokół stołu. Wypatrzył Zygmunta Juny, kierownika Wydziału Kultury Rady
Miejskiej.
– Zygmunt, powiesz coś? Co na to miejska rada…?
Zyga Juny siedział jakby nieobecny, zapatrzony w zastępczynię Klema w biurze Wojewódzkiego Konserwatora, Halinkę Karpowicz. Mówiono, że się w niej kochał, a w kręgu Klema dodawano oczywiście, że w sensie erotycznym. Przy czym sama Halinka ponoć nic w tej kwestii nie obiecywała. Dała bym sobie rękę obciąć, że usłyszałam jak deklamował jej nad stołem kolejny swój wiersz, w ogóle nie słuchając Horowicza. To też było tajemnicą wszystkich, że kierownik pisał wiersze, które dyktował potem Halince, mówiąc jej, że tak szybko i bezbłędnie pisze. A ona przepisywała tę twórczość na maszynie, udając, że nie domyśla się adresata. Ktoś zauważył, że robiła to nawet z wypiekami na twarzy, ale czego to ludzie nie wymyślą.
– Ale czy to przejdzie? – zatroskała się któraś z dziewczyn. – Tu jeszcze jednak jest parafialna prowincja. Ludzie prędzej pójdą rzucić księdzu na tacę, niż kupią bilet na operę, czy koncert…
– I tak źle, i siak niedobrze.
– Jakby nie patrzeć, dogodzisz jednym, ubodziesz drugich…
– To jest koszt postępu, inaczej na zawsze zostaniemy takim zasranym zaściankiem…
Następna kolejka. Chwila ciszy. Jeden zakąsił, drugi głośno przełknął samą wódkę.
– A jak się ludziom nie spodoba? – Klem znów wziął fajkę – Można to tak robić dla ludzi wbrew nim samym?
Horowicz nie miał takiego dylematu:
– Społeczeństwem musi kierować ten, co ma świetlaną wizję. Inaczej nie będzie postępu.
– Czy postęp jest najważniejszy?
– To jest cel, do którego dąży każdy, kto mądry.
– Czy mądrość jest na tyle bezcenna?
Horowicz nie zdzierżył tej filozoficznej nuty:
– Cóż, błędy się zdarzają…
– Zatem trzeba próbować, tak aby móc je popełniać, bo to jedyna droga do postępu? – zadrwił Klem.
– Ale może nie takie jak przerobienie tabliczki na drzwiach Zespołu Chórów Ludowych na…
Klem rozłożył ręce:
– Wiem, wiem, „zespół chujów ludowych”, było, minęło. Muzeum Okręgowe ma już siedzibę, a sublokatorów szlag trafił, wynieśli się, o co zresztą chodziło… A ty, zastępca, coś sugerujesz? To całe radosne dochodzenie chyba jeszcze trwa… Nic straconego…
– Jak u nas, na wsi, chłop lub baba coś zbarłoży, to dadzą mu przez łeb lub wyśmieją, a zaraz potem zapomną. Ale obcym, władzy – nie wybaczą takiego samego numeru – złowieszczo podsumowała moja koleżanka z redakcji wiejskiej.
– Jak prostemu człowiekowi coś zabierasz, tylko po to, żeby dać coś w zamian, to zapamięta ci to, że mu zabrałeś, a nie to, że zabrałeś, aby dać to coś innego.
– Tak, to piękna w swojej prostocie reguła moralna – skwitował Zdzichu – ale chyba nadaje się tylko do takich bardziej ostatecznych i zasadniczych sytuacji. Oko za oko, śmierć za śmierć, krew na rękach to zbrodnia.
– Słyszałeś? – zaperzył się Horowicz. – To dotyczy tylko „tamtych”, nie „naszych”. Społeczeństwo trzeba edukować, aby stało się „nasze”, przestało władzę uważać za „tamtych”.
– Dlatego że władza ma rację? A jak nie ma…
– Władza ma zawsze rację, nawet jakby jej nie miała. Teraz relatywizują zbrodnie leśnych, wypuszczają z więzień, odcedzają krew od krwi, porównują krople z kroplą… A jutro będą bronić kruchty przed przerobieniem na filharmonię, gdy im pozwolimy tkwić w tym pańszczyźnianym marazmie… Nie wolno nam zgadzać się na zacofanie tych ludzi. Musimy ich wyciągać…
– Co to za porównanie?
– A słyszałem z ust świadka. Prokurator wojskowy – tu padło nazwisko – opowiadał mi o swoim dochodzeniu jeszcze w Gorcach. Co tam ludzie mówią o „Ogniu”…
– Rozmawiałeś o tym z prokuratorem – zaraz, to przecież moje nazwisko padło. Kto z mojej rodziny mógł być prokuratorem?
– Tak, to był rodzaj rozmowy kwalifikacyjnej. Wiesz, że on odchodzi z resortu ? Chce teraz to wszystko opisać. To wszystko co się zdarzyło ze Słowakami, z Łemkami, na Orawie, w Bieszczadach…
– Jakaś dziwna moda teraz nastała. I co postanowiłeś?
– Zamówiłem artykuł, ale o czymś bliższym, o czymś z miasta, z województwa. Po co mi ten „Ogień”, jakieś bandy UPA, jeszcze coś by z tego wyszło, wiesz ilu Ukraińców mamy w
terenie… Słyszałeś o tej grupie młodzieży, tak gdzieś sprzed pięciu, sześciu lat, co to mieli
wysadzać naszą bocznicę przemysłową, jakiś wiadukt… Sprawa Ostrowskiego…
Zaraz, zaraz! Przecieżo tym pisał mój Ojciec. Ale on nigdy nie był żadnym prokuratorem!
Ojcze, o co tu chodzi?
I wtedy go zobaczyłam, po raz kolejny tego deszczowego, mrocznego dnia. Stał na skraju lasu, w swoim długim, nieprzemakalnym płaszczu do wędrówek. Na głowę miał narzucony kaptur, ale poznałam go już z daleka. Gazik podskoczył na jakimś kamieniu, głowa wtoczyła mi się jeszcze bardziej pod ramię Tadeusza, na chwilę oczy zasłoniła mi jego marynarka. Gdy podniosłam wzrok, Ojciec stał już na stopniach gaza, z mojej strony. Stał pewnie, jedną ręką trzymając się burty. Jak on to zrobił, jak wskoczył w biegu, stojąc jeszcze przed chwilą ładnych kilka metrów od starotorza, pod drzewami? Nie zastawiałam się nad tym. Wiatr rozchylił mu poły płaszcza. Ojciec miał pod spodem mundur wojskowy. Nigdy go w takim mundurze nie widziałam! Wiatr znowu szarpnął płaszczem, zniecierpliwiony Ojciec, zsunął płaszcz z ramion i rzucił go na tył auta.
– Trzymaj chłopcze – rozkazał tonem generała komuś za mną.
– Ależ ty nie potrafisz wyłowić prawdy, tej najistotniejszej sprawy – zganił mnie. Poczułam się jak przed laty, w domu, gdy wracał ze szkoły, kiedy zrugała mnie nauczycielka. Albo z miasta, gdzie ktoś mu naopowiadał o moich wyczynach w ZMP.
– Zawsze muszę robić za ciebie. Czy kiedyś uwolnisz mnie od tego?
Nie wiedziałam co odpowiedzieć, jeszcze chwilę temu bardzo go potrzebowałam. Ale to już przeszło, lepiej by było, żeby sobie poszedł. Zeskoczył z gazika i już mnie tak nie strofował. Było mi z tym głupio, źle, co też mogły o mnie w tamtej chwili pomyśleć obie kobiety w chustach, Truda, skórzany?
– No, młody człowieku, na co czekasz? Mam ci zaaplikować coś na zachętę? – złowieszczym tonem żądał czegoś od kogoś, kto znajdował się za mną. I wtedy odezwał się skórzany, ten mój, od pieca Hoffmana i miłości do maszyn.
– Jedziemy teraz starym torowiskiem. Tu szła kolej z samej Zielonej Góry, przez Las i dalej. Na Kożuchów, Szprotawę, Żagań… Jak powiadają ludzie, zimą czterdziestego piątego Szwaby puścili tędy pociąg. Podobno wieźli nim z Poznania jakieś dokumenty, papiery. Niektórzy mówią, że zrabowane skarby. Pociąg jechał z Poznania na Zielona Górę, podobno do Szprotawy. Ale po co do Szprotawy, a jak tam, to czemu tędy? Może chcieli co ukryć w lasach, gdzieś pod lotniskiem? Tylko czemu pchaliby się tędy, przecież to już wtedy była taka bardziej zapomniana, zapyziała linia? A może właśnie dlatego, że tutaj nikt by nie wypatrywał takiego pociągu…?
Ludzie jednak powiadają, że z góry to wszystko było zaplanowane jeszcze inaczej. Tak, pociąg wjechał od strony Broniszowa do Lasu, byli podobno tacy, co to widzieli, choć to była ciemna, bezksiężycowa noc i wielka mgła. Nic nie było widać, ale ten pociąg ludzie zobaczyli. I tyle tylko, że nikt go już nie zobaczył, jak wyjeżdżał z drugiej strony Lasu. Tam następna wieś to Wichów, i tam, w Wichowie, nikt go nie widział!
To prawda, noc była ciemna, godzina policyjna, a stacja w Wichowie jest kawałek za wsią. Najbliżej jej do majątku, ale z okien dworu też jej nie było widać. Może to było to, co się nie miało zdarzyć tu, w Broniszowie, że ktoś go zobaczył, chociaż nikt nie powinien go widzieć? A w Wichowie odbyło się to jak należało – pociąg przejechał niezauważony
Ludzie jednak jeszcze mówią, że ten Werwolf, co to był w Lesie dwa lata po wyzwoleniu, to coś tu chował, czegoś pilnował. Ten Reinhard, co to go wczoraj poznali w cegielni…
– Przestań gadać! – krzyknęła Truda i uderzyła skórzanego otwartą dłonią w twarz.
Odwróciłam się ku nim i zobaczyłam jej wściekłość.
– Pociąg zostawił swój ładunek gdzieś w Lesie? – spytałam skórzanego.
– Ty też się zamknij – rzuciła mi wściekle Truda.
– Truda, to niemieckie imię? Pani jest autochtonką? Gdzie pani pracuje, czego jest pani
kierowniczką?
Poczułam za mną, jak Ojciec zeskoczył ze stopni gazika. Zanim spojrzałam w tym kierunku, jego obraz szybko rozmył się na tle drzew. Zdążył mi jeszcze tylko rzucić coś na kształt pochwały:
– No, to już, teraz, widzę, poradzisz sobie sama dziecinko.
Truda miała twarz czerwoną ze złości. Coś jeszcze chciała zrobić, czemuś zapobiec, ale
była bezsilna. Skórzany wyczuł, że może jej osobiście teraz dokuczyć, odpłacić za ten policzek, który od niej dostał.
– Tak, pani Truda jest autochtonką. Jej rodzina prowadziła gościniec kolejowy w Brunzelwaldau. To ten budynek z takim gankiem, na rogu, zamykający od strony pałacu plac gdzie staje osinobus. Ona tam i teraz mieszka. Przed wojną nazywali się Rose. Wiejska gospoda przechodziła z ojca na syna. Z całej rodziny została tylko pani Truda i kontynuuje tę tradycję. Kieruje teraz salą wiejską, którą my sami, po wyzwoleniu, przenieśliśmy koło kościoła, do dawnego szpitala Hrabiny. Taki długi dom z wielką rzeźbą od strony drogi.
– To pani pewnie coś wie? Widziała pani ten pociąg? Znała pani Reinharda?
– Reinhard mieszkał u nas w gościńcu, ale bywał rzadko… Drugie mieszkanie miał w Neudorf, u tej Reginy… – wysyczała pani Rose – A licencję na prowadzenie Gasthof zur Eisenbahn wykupił od Lenz u. Comp. Kleinbahn Grünberg-Sprottau AG stryj Bernhard, jak tylko przejął interes od dziadka Paula, jeszcze przed tamtą wojną… Na kolei zarabiali tu wszyscy miejscowi, to był taki dobry pomysł… A teraz… szkoda gadać…
– Co to było, ten gościniec kolejowy?
– Jak powstawała nowa linia kolejowa, to zawiadująca nią spółka kolejowa sprzedawała prawo do prowadzenia dla jej klientów gastronomii i wyszynku. Jakby takiej restauracji działającej przy kolei. Można było pobudować nową gospodę, albo takie prawo, licencję kupić dla gasthofu, który już funkcjonował. I to nie tylko o samo jedzenie chodziło, ale i o spanie i o obsługę przewozów drogami na kolej, i w drugą stronę. Jaki to był ruch w interesie! Ta, taka rozkraczona, przysadzista chałupa, pierwsza z prawej, przy wyjeździe z placu przy którym stoi gościniec. No, tam gdzie teraz staje osinobus, a jak przejeżdżaliśmy jadąc teraz tutaj, to trzeba ją było niemal omijać… To była wozownia. Ileż tam wozów zawsze stało, dopóki chodziła kolej…!
– A teraz można tylko kupić bimbru u Fräulein Rose i to z księżycowego zaciągu… – szydził chłopak. – U nas, w Broniszowie, nie ma gospody, sklep zamknięty, jak się człowiekowi chce napić, to musi drałować piechotą do baru, na krzyżówkę do Radwanowa lub na melinę do Trudy… Znaczy się na zaplecze tej sali wiejskiej, którą Fräulein Truda prowadzi pod kościołem. Jak to mówią na wsi, Truda daje od tyłu, ha, ha, ha! – wyjaśniał, wywołując coraz większy rumieniec wstydu na twarzy kobiety.
Przed nami znowu potężnie błysnęło. W świetle błyskawicy mignęło mi coś, co jakby przegradzało dalszą drogę. I znowu błysk. Ależ tak, teraz zobaczyłam go wyraźnie – ceglany wiadukt nad dawnym torowiskiem. Szybko do niego dojechaliśmy. Tadeusz zatrzymał gazik. To tutaj poprzedniej nocy kogoś zamordowano…
Skórzany był w coraz lepszym nastroju. Postanowił jeszcze bardziej dogryźć Trudzie.
– Na szkoleniu w Jeleniej Górze mówili nam, że Szwaby pochowali na Dolnym Śląsku swoje skarby w wielu miejscach. Potem, gdy wszyscy wyjeżdżali do siebie, do Reichu, zostawiali Strażników do ich pilnowania, żeby ruscy, albo nasi, tych skarbów nie odnaleźli. Może pani Truda też jest takim Strażnikiem, pasowałaby… Ona tu, z jednej strony, w Broniszowie, a z drugiej strony, w Neudorf – tamta Regina… U obu mieszkał Reinhard, który chował ten ładunek z pociągu. Pewnie obie przygotował do roli Strażniczek i dlatego obie zostały, gdy Szwaby wyjeżdżali…
Kierowniczka Rose z trudem opanowała wybuch. Z jej oczu tryskały iskry, gdyby mogła wtłoczyła by skórzanemu te słowa z powrotem do ust. Tak, aby nigdy nie padły, tak aby go skutecznie uciszyć.
– Wysiadaj panna! – rozkazał Tadeusz, gramoląc się z auta. Było to skierowane do mnie.
Zanim wysiadłam, udało mi się wyjaśnić jeszcze jedną niezrozumiałą dla mnie sprawę:
– Pierwsza wieś z tamtej strony Lasu, to Wichów. Co to jest zatem Neudorf?
– Nuedorf? – skórzany zdziwił się w pierwszej chwili, a zaraz potem roześmiał się – Neudorf, to taka wieś, której już prawie nie ma. Tu była – zatoczył ręką wkoło. – Tam – wskazał przed siebie, na południe – jakieś dwieście metrów dalej jest skraj lasu, tam były pierwsze zabudowania kolonii zwanej Friedrichsruh. To była duża wieś, przy samym Lesie, z kombinatem rolnym, gorzelnią…
– Była? To co, nie ma jej teraz? Co się z nią stało?
– Dawaj, panna – Tadeusz wyciągnął po mnie rękę – Trzeba nam iść.
Zaczął się wspinać stromą ścianą wąwozu ku górze.
Tory niegdyś biegły tutaj głębokim jarem. Wiadukt spinał dwie jego ściany ładnych kilkanaście metrów ponad naszymi głowami. Inspektor do spraw wypadków wchodził mozolnie do góry, ku sklepieniu wiaduktu. Nie wiem czy poddałabym się tak bez słowa jego żądaniu, ale stanęła za mną Truda i delikatnie popchnęła mnie w stronę Tadeusza. Obok niej, tuż za mną stanęła też Stefanicha. Wzięła mnie za łokieć i zaczęła już mniej delikatnie pociągać.
– No, idziemy, idziemy – jej głos brzmiał złowieszczo, a wyglądała niczym zła czarownica z jakiejś staroniemieckiej baśni braci Grimm.
Skórzany nie wysiadał. Dokończył tylko:
– Dziś za Lasem zostało tylko kilka domów. Resztę rozebrano tuż po wojnie. Był taki prykaz z powiatu. Mówią, że rozebrano wieś i kombinat na cegłę, dla odbudowy Warszawy. Ale jak teraz okazało się, że w powiecie na jakimś znacznym urzędzie schował się Reinhard… To może i on sam kazał rozebrać Neudorf, aby żadnego śladu tu nie zostawić. Może to też był ten szwabski plan w sprawie skarbu…
Rozejrzałam się. Jedyna osoba, którą mogła być mi bratnią duszą, nie przejmowała się rozwojem sytuacji. Skórzany rozsiadł się wygodnie na tylnym siedzeniu gazika i dłubał sobie gałązką w zębach. Przede mną była stroma ściana. Wyglądała, jakby nigdy się nie miała skończyć. W dole, na wąskim starotorzu stał po środku czarnego Lasu, na dnie zamykającego się ze wszystkich stron wąwozu, gazik, którym przyjechaliśmy.
Wokoło same drzewa, jakieś takie straszne, a do tego te ciemności, rozświetlone znowu przez błyskawicę. Nieprzyjemne otoczenie, a do kompletu dysząca nienawiścią rdzawowłosa Niemka i przypominająca złą czarownicę baba opatulona w chustę, obie jakby czuwające nad tym, abym nie zrobiła choćby kroku w tył, czy w bok. Takiego, który byłby moim własnym wyborem, ale niezgodnym z tym, co one mi same, bez mojej zgody i wiedzy, wyznaczyły.
Poślizgnęłam się na błotnistej glinie. Noga ugrzęzła zaplątana w paprocie i jeżyny. Zatrzymałam się w nadziei, że to coś zmieni, że stanę lub zawrócę. Lecz nie stanęłam naprawdę.
– Nie zatrzymuj się. Szybko – ponaglił z góry, ze złością w głosie Tadeusz. Spojrzałam na niego z dołu. Buty miał całe mokre, błyszczące od wody. Nogawki spodni powalane błotem, brudne, mokre i sztywne. Zaraz, zaraz, gdzie on naprawdę był przed naszym spotkaniem w biurze GS-u? Przecież nie wrócił by taki czysty spod tego wiaduktu, jadąc prosto z Lasu musiał by być uwalany tak jak ja, jak on sam teraz… Nie było aż tak różnych dwóch światów dla ludzi ulepionych z tej samej gliny… Nomen omen, gliny, tak.
Truda pomogła mi wyciągnąć nogę z pułapki. Stanęła obok, nieco niżej, podała mi ramię, na którym się oparłam i szarpnęłam pod jej dyktando całą sobą, choć wcale tego nie chciałam. Ta niechciana pomoc…
Straciłam od tego na moment równowagę i pacnęłam twarzą w mokre liście akacji. Upadłam na kolana a kark, ramiona i wszystko poleciało rozpędem dalej, do przodu i w dół. Zmoczyłam i pokłułam sobie całą głowę i ręce aż po łokcie. I to właśnie na nich, w ostatniej chwili, jeszcze jakoś się, na szczęście, podparłam. Dzięki temu, zaraz potem odbiłam się z nich i podniosłam z powrotem na nogi. A i tak nie wiem, jakby mi to poszło, czy nie utonęłam bym przedtem cała w błocie i liściastej brei, gdyby nie Truda. Znowu podała mi rękę, złapała moją dłoń i silnie podciągnęła. Mimo woli spojrzałam jej w twarz. Uśmiechnęła się? To przecieżbyło chyba niemożliwe…? Stanęła nade mną, nieco z boku. Wyprostowana niczym maszt na wietrze spojrzała w dół, tam gdzie siedział rozparty w gaziku skórzany. Rzuciła okiem na Tadeusza, który osiągnął już górną krawędź jaru i wyrównywał teraz oddech, na mnie, znowu na skórzanego. I chyba jednak się uśmiechnęła. Jakby do mnie, a przynajmniej w moją stronę. Oparła cały ciężar na wyprostowanej nodze, drugą podniosła nieco, ale nie zrobiła kroku. Zaparła się nią gdzieś na wysokości swoich bioder o ukośną ścianę jaru. Złapała równowagę i tak zamarła. Nie szła dalej, zatrzymała ten koszmarny karawan w połowie ściany. Dlaczego?
– Tu, pod ceglanym wiaduktem kolejka zielonogórsko-szprotawska miała przystanek w środku Lasu, tak zwany okazjonalny. – Truda nie popatrzywszy nawet na mnie, czy na Tadeusza, ledwie widocznym gestem pokazała mi, abym się ogarnęła, poprawiła włosy, przetarła z błota twarz, chwilę odpoczęła. Sama gadała jak najęta, wyrzucając z siebie informacje niczym karabin maszynowy kule. Przez cały ten poranek, jak tylko ją gdzieś usłyszałam, też mówiła szybko, zwięźle, rzeczowo. Ale w tamtej chwili, w jarze, przechodziła samą siebie.
– Wieś Neudorf nie miała stacji od samego początku kolejki. Murowany dworzec i boczny tor zbudowano dopiero po kilku latach. Od początku natomiast był peron z cegły tutaj, na południe od wiaduktu, na dole jaru.
Kątem oka zobaczyłam jak skórzany wyskoczył z auta. Podbiegł do miejsca, o którym chyba mówiła Truda, bo podniósł głowę i coś zaczął w moją stronę pokazywać.
– To nie była stacja, ani nawet przystanek – kontynuowała rdzawowłosa. – To się nazywało przystanek okazjonalny. Pociągi stawały tu tylko w niedziele i tylko na żądanie pasażerów.
Trzeba było zgłosić u konduktora… Jeździli tu ludzie z Grünberg, na niedzielne wyprawy na grzyby i jagody. Wysiadali tu, na tym peronie, którego już prawie nie widać…
– O zobacz, tutaj są ślady – skórzany wykopał czubkiem swoich oficerek jakieś czerwone
ułamki z zielska i gliny.
– Nazwali nawet tę kolej jagodową kolejką. W Grünberg też zresztą był taki przystanek, okazjonalny. Przy stacji towarowej Schützenplatz, raz w tygodniu, z rampy towarowej mogli wsiadać do pociągu jadącego w stronę Lasu ludzie, pasażerowie. Kupowali na jarmarku przy strzelnicy lemoniadę, jabłka, würsty i szli na rampę i jechali sobie na maibummel. Albo brali to wszystko z domu, kosze na grzyby, słoje na jagody…
Potem to zanikło… A tam dalej, na skraju lasu, zbudowano murowany dworzec i drugi tor i tak powstała stacja Neudorf…
Dalej nie podnosiłam już głowy, dokładnie wypatrując przed sobą wszelkich wykrotów i
zdradliwych pnączy. Usłyszałem więc tylko kolejny grzmot, nie widząc samej błyskawicy.
Było mi przenikliwie mokro, a od tej wilgoci zaczynało być też zimno. Tak samo czułabym się, gdybym wstała o trzeciej nad ranem, w pochmurną, deszczową noc. Latem by może już lekko zaczynało świtać, a przenikliwe zimno tym większy by wywoływało kontrast ze słonecznym ciepłem letniego południa. To była moja trauma, od dzieciństwa a potem ze studiów. Pamiętałam tylko jakieś przebłyski, jeszcze z czasów podstawówki lub wcześniej. Środek nocy, w oknie wiejskiej chałupy pierwszy brzask. Wszyscy śpią, a tu odgłosy krzątaniny. Kto wtedy wstawał, wychodził na zimno i deszcz?
Poranek był nawet rześki, ale to wyjście spod kołdry na zimno i pluchę, gdy wokół ciemno, było straszne. I ten wołający ku sobie, wstawający dopiero co dzień, który jakby
drwił z potrzeby dokończenia snu, w cieple, pod suchą, nagrzaną pierzyną… A tu nic z tego, czekała tylko pełna chłodu droga, może do szkoły w miasteczku, może na targ, może na pekaes, a potem dalej w świat. Obcy, zimny, pełen deszczu, obojętności obcych ludzi, obawy przed nieznajomymi miejscami… Widziałam to przed oczyma wiele razy, ale tak niewyraźnie, jak przez mgłę. Same kontury sytuacji. Kto, gdzie, kiedy i dokąd? – było to dla mnie nieodgadnione, trawiło jak gorączka w samym środku mojego ja.
A potem przytrafiło się to mnie samej, już fizycznie, na jawie. Tak wstawałam, wyrywana z objęć snu podczas praktyk w pegeerze pod Koszalinem. Trzeba było się zrywać na reportaż z nocnej zbiórki z pola, na jedyny poranny pekaes z Koszalina, gdzieś tam do mleczarni w Polanowie, na wyjazd tu, na wywiad tam…
To była dla mnie trauma, ale gdy tak ślizgałam się w tej glinie, wyszarpywałam metr zbocza za metrem, pchana nie chęcią, ambicją, czy troską, tylko strachem i przemocą, oddała bym wszystko za takie przebudzenie.
Dom, łóżko, nie ciemność burzy, ale ustępujący mrok nocy o poranku, wilgoć i ziąb rosy, a nie błoto po pas i w nosie. Mogliby mnie tak budzić i co drugi dzień, gdzieś wyciągać do
obowiązków, które bym szybko i od serca polubiła, byle to nie był ten wąwóz, ten las i te
baby wokoło mnie.
Niechby Klem wlewał mi wódkę do kieliszka i przekomarzał się, nawet sepleniąc jak nigdy dotąd, ze Zdzichem i Horowiczem o to, czy można na siłę ludzi uszczęśliwiać muzyką poważną w miejscu, gdzie dotąd ci ludzie z własnej woli spotykali się, by ustalić kto przyniesie jakie kwiaty na procesję Bożego Ciała. Zresztą, jak się przecież naprawdę skończyły wtedy te typowe przekomarzania przy wódce?
– …rozumiem, że już podjęliście decyzję. Nic was nie nauczył pięćdziesiąty szósty?
– To są Ziemie Odzyskane a nie klerykalno-inteligencki Poznań. Tu nie ma wielkoprzemysłowego lumpenproletariatu, tylko świadomy klasowo robotnik z zakładów przemysłu terenowego… – zaczął Horowicz.
– Jeszcze dodaj, że tu nie ma międzynarodowych targów, więc każdego prowokatora z zachodu od razu wyłapią zdrowe jednostki – spróbował zakpić Klem.
– A żebyś wiedział – zaperzył się sekretarz.
– A żebyś wiedział, że ja wiem – zgasił go Giżejewski. – Jednak naprawdę nic nas nie nauczył pięćdziesiąty szósty. Mówiłeś o tym wojskowym prokuratorze i o tym Ostrowskim. A wyobrażasz sobie czas, kiedy te fabryczki runą i bocznica faktycznie stanie, bo po prostu przestanie być potrzebna?
– No, nie bardzo. Jakby miało do tego dojść?
– I wtedy zrobimy z tej kolejki taki skansen. Osobową kolej turystyczną do Szprotawy. Wyobrażasz sobie?
Horowicz zapatrzył się milcząco w kieliszek. Nie mógł podnieść od niego wzroku. W sukurs poszedł mu więc Klem:
– Łatwiej mi to sobie wyobrazić niż to, że Zielona Góra ruszy w obronie jakiegoś klechy.
Zresztą Michalski tym razem na pewno nie zadrze z partią, poprze ideę filharmonii.
Giżejewski popatrzył na nich mocno przymglonym wzrokiem. Wódka, czy jakaś głęboka
refleksja była tego przyczyną? Nie sposób było to odgadnąć.
– Musiałby najpierw znać tę ideę. Musiałby ją znać jeszcze ktokolwiek inny, oprócz nas trzech. Czy nie masz czasami wrażenia Klem, że Michaś tu po prostu sobie nas prowokuje…? Taka propagandowa prowokacja.
– Co ty! Co ty, są różne koncepcje. Naprawdę… – obruszył się Horowicz.
Giżejewski pokiwał tylko głową.
– Z tej kolejki zostanie kiedyś tylko skansen, ale ludzie się rozwiną, nie skapcanieją, rzucą
nam w oczy, to co myślą…
– Jesteś mitoman – lekceważąco machnął ręką Horowicz i sięgnął po butelkę. Tak, jakby nalanie wszystkim nowej kolejki, miało załatwić całą sprawę.
– Wizjoner z ciebie wychodzi, Zdzichu – Klem spróbował bardziej pojednawczego tonu. – To jest tylko taka nasza, czcza gadanina przy kielichu albo zza biurka albo gdzieś z akademickiej katedry. Dobrze wszyscy trzej wiemy, jak będzie. Przyjdzie prikaz z Komitetu i nikt nawet nie piśnie. Tak samo kolejarze mogą spać spokojni o swoją robotę. Będą dowozić do Polskiej Wełny, tak jak my będziemy słuchać koncertów w filharmonii. Nic nie zakłóci tej monotonii jeszcze przez dziesiątki lat… Tylko my pod wódkę zakąsimy sobie taką teoretyczną socjologię…
– Nie spostrzegą nawet tego, jak przyjdzie im wziąć ostatnią szuflę węgla z tendra. Tak jak my nie wyobrażamy sobie jeszcze tego radiogramu z wołaniem o przyjazd dodatkowych jednostek ZOMO z Gorzowa czy innego Poznania, bo miejscowa milicja nie wystarcza. Co samo w sobie jest już niewyobrażalne.
Po stokroć wolałabym te puste i zupełnie bezpieczne, niegroźne, bo nieziszczalne rozważania o tym, czy władzy wypada czynić w imię postępu taki intelektualny gwałt na „zacofanym” społeczeństwie, zamiast namacalnego dylematu, czy potępiać leśnych walczących z władzą za zabicie w walce przeciwnika? Tamten kawiarniany relatywizm wydawał mi się po prostu słodki. Zwłaszcza, że był taki czysto teoretyczny. Te problemy nie miały się nigdy zmaterializować, zdarzyć w życiu. A konieczność skonfrontowania się z wiejskim relatywizmem, którą zbrodnię można dokonać i wybaczyć, a którą nie – wzbudzała we mnie fizyczny, realnie odczuwalny strach.
Dlaczego musiałam brać udział w tym eksperymencie? I to naprawdę, całym ciałem i duszą? Ja, sama, osobiście. Czemu nie mogłam znowu stać po prostu przed otwartą szafą i przekomarzać się sama ze sobą, dobierając do zapowiadającej się tak czy siak pogody, takie a nie inne rajstopy, apaszkę, buty…?