Lublinerzy i Lublinerowie

for English scroll down

czyli projekt Andrzeja Titkowa

Kiedyś wydałam książkę o rodzinie.

Kiedyś Andrzej Titkow zrealizował taki film, który po polsku nazywa się Lublinerzy.

Film Titkowa dotyczy mieszkańców Lublina. Moja książka to historia rodziny, która wzięła nazwisko od od tego miasta, ale to co ja jako kronikarka wiem, już się z tym miastem nie łączy. Dalekie ślady prowadzą do Galicji, do Krakowa, rodzina przeniosła się do Warszawy, a po wojnie rodzinne drogi rozeszły się po świecie, a my zawędrowaliśmy do Łodzi, Gdańska, Berlina, Ottawy i Florencji.


Teraz koleżanka tłumaczy książkę na niemiecki (pieniądze by się przydały, oczywiście, ale to nie o takie sumy tu teraz chodzi), a Andrzej Titkow chce zrobić film, a pieniędzy po prostu nie ma i prosi o nie w sieci. W apelu jest zdjęcie, jak Andrzej siedzi na schodach. Nie widać kapelusza, pewnie jest z drugiej strony. Postanowiłam, że usiądę sobie obok niego i też będę prosić na ten film. Dajcie, dobrzy ludzie, my naprawdę robimy te książki i filmy nie tylko dla siebie, ale dla Was, przede wszystkim dla Was!


Lublinerzy/ LUBLINERS
Jestem poetą, reżyserem, scenarzystą i producentem. W branży filmowej pracuję prawie pół wieku. Jestem autorem osiemdziesięciu filmów dokumentalnych, filmów fabularnych, spektakli teatralnych i telewizyjnych. Filmy o tematyce żydowskiej są obecne w mojej twórczości od wielu lat. Pełnometrażowy dokument „Lublinerzy” to jeden z nich. Pracuję nad nim od kilku lat. Pomysł filmu zrodził się podczas Lubliner Reunion, zorganizowanego przez Ośrodek “Brama Grodzka-Teatr NN, który odbył się w dniach 3-7 lipca 2017 roku. Uczestniczyłem w tym niezwykłym wydarzeniu i prowadziłem jego dokumentację.

W filmie „LUBLINERZY” chcę przedstawić historię kilku żydowskich rodzin na szerszym, społeczno-politycznym tle historii międzywojennej Polski. Chcę pokazać możliwie wszystkie aspekty tego życia, niczego nie pomijając, ani nie zatajając. Polska była przez wieki krajem wielokulturowym, a życie społeczności żydowskiej było nierozerwalnie związane z polską historią. Korzenie bohaterów tego filmu są ściśle związane z Lublinem i choć los rozrzucił ich po całym świecie, tysiące niewidzialnych nici wiążą ich wciąż z tym miastem. W tym filmie chcę pokazać problem Zagłady od strony psychologicznej i jednostkowej, poprzez bardzo osobiste, często intymne, opowieści filmowych protagonistów. Każda z tych historii jest inna, lecz wszystkie są jednakowo poruszające i niosą humanistyczne przesłanie. Chcę w tym filmie pokazać nie tylko niewyobrażalne cierpienie związane z żydowskim losem podczas Zagłady, ale także zaakcentować ludzką wolę przetrwania, która potrafi przezwyciężyć śmierć.

Ten dokument jest projektem bardzo wyjątkowym i trudnym ze względu na sam temat, jak również z powodu  ilości protagonistów i miejsc zdjęciowych oraz wielu innych elementów. Pewne środki finansowe zostały już pozyskane dzięki szczodrości Prezydenta Lublina, pan Krzysztofa Żuka, jednak jest to kwota niewystarczająca do rozpoczęcia produkcji. W tej sytuacji zmuszony jestem do poszukiwania jeszcze innych zródeł finansowania i, z tego powodu, zwracam się również do Państwa. Ten niezwykle ważny i potrzebny film ma szansę powstać jedynie dzięki Waszej wspaniałomyślnej pomocy. Wszyscy darczyńcy zostaną wymienieni w napisach końcowych filmu, dostaną płytę dvd z filmem oraz zostaną zaproszeni na uroczystą premierę, która zaplanowana jest na grudzień 2020 roku.

My name is Andrzej Titkow. I am a poet, film director, a producer and a scriptwriter with a long experience. I am the author of 80 documentaries and several TV feature films including a drama serial, a cinema feature, a few stage drama performances and TV spectacles. I am also an author of three Volumes of Verse. Throughout my career, the Jewish themes were constantly present in my artistic activity.

My latest project, a full-length documentary entitled “Lubliners” focuses on the history of several Jewish families in Diaspora. For centuries, Poland was a multicultural country, and the life of the Jewish community is inextricably linked to Polish history. The roots of my protagonists are closely related to Lublin. Although, their fate has spread them all over the world, thousands of invisible threads still tie them with this city. The idea to make such a documentary came up in my mind during Lubliner Reunion, which took place from 3 to 7 July 2017.

This documentary may provide an opportunity to unveil the truth hidden in the deepest part of the history. The testimony of protagonists bring valid and yet universal message. I am deeply convinced that this testimony will be able to preserve, reaching the subsequent generations. In my documentary, I would like to present Shoah through the stories of my protagonists. Each of them is different, yet they are all equally complex and moving. My goal is to present not only the enormity of the suffering bounded to the Jewish fate, but also to emphasize the great will to survive, which transcends death.

“LUBLINERS”  is very demanding project, which requires  a full commitment due to a number of protagonists, locations and other elements. I would like to mention that the some financial means were already provided by the President of Lublin. This amount of money was a great support, thanks to which I was able to finish the development stage. Nevertheless, this sum is not sufficient to start production and therefore I am asking for help. The amount acquired through this fundraising will allow me to start shooting in various places around the world. Your generous help is the only way to obtain the goal of creating valid and worthwhile film. I would like to assure that all the donators are going to be mentioned in the film credits. I also provide them a DVD copy of the documentary. Finally, all the benefactors are going to be invited for the official film premiere in Lublin in December 2020.

30 lat temu upadł Mur Berliński (10)

Ela Kargol

Mur, Gartenstraße

Mało kto wie, że najdłuższym fragmentem muru, dzielącym Berlin Zachodni od Berlina Wschodniego, zachowanym w całości po dzień dzisiejszy, jest ponad stuletni mur z żółtej cegły klinkierowej przy ulicy Gartenstraße, wzmacniający groblę kolejową dawnej Kolei Szczecińskiej, a teraz Parku na Dworcu Północnym. Wysoki na trzy metry nasyp kolejowy, z całą jego infrastrukturą powstał w 1876 roku w wyniku rozwoju i rozbudowy Kolei Szczecińskiej.

Park otwarto 10 lat temu i na każdym kroku napotykamy jego historię, ślady Kolei Szczecińskiej, Muru Berlińskiego i lat po upadku muru, kiedy roślinność miała czas i wolny wybór, żeby zawładnąć tą wtedy jeszcze ziemią niczyją.

Po II Wojnie Światowej Berlin stracił swoje znaczenie dużej metropolii kolejowej. Budynki dworcowe zostały zniszczone, a połączenia kolejowe po nowym wyznaczeniu granic stały się nieużyteczne.

Stettiner Bahnhof (Dworzec Szczeciński) przestał być Szczecińskim, nie było już Stettina, Szczecin znalazł się w granicach Polski i przestał być portem Berlina.

1 grudnia 1950 roku dworzec otrzymał nową nazwę, Dworzec Północny. Z powodu wojennych zniszczeń, ale też i swego położenia w Berlinie Wschodnim i przede wszystkim dlatego że jedyne połączenie stacji z resztą sieci kolejowej prowadziło na krótkim odcinku przez Berlin Zachodni, dworzec zamknięto, a trzy lata później postanowiono go zburzyć. Prace rozbiórkowe trwały do roku 1962. Wtedy stał już Mur Berliński i cały teren dworca znalazł się w pasie granicznym.

Centrum Informacyjne Miejsca Pamięci Muru Berlińskiego mieści się na rogu ulicy Gartenstraße i Bernauerstraße, a więc w miejscu, gdzie Mur Berliński pod kątem 90 stopni skręcał na północny zachód i rysując prawie kwadrat przebiegał wzdłuż Liesenstraße, przecinał Chausseestraße i Szprewę, po czym wracał do Invalidenstraße.

Oferta centrum informacyjnego jest bardzo bogata. Proponowane jest przede wszystkim oprowadzanie po Bernauerstraße, wystawy, wykłady, szczególnie teraz w 30 rocznicę upadku muru wydarzeń jest bardzo dużo. Widokówek z Dworcem Szczecińskim lub murem przy Gartenstraße jednak nie ma. Trochę rozczarowana wychodzę z budynku.

Stoję zwrócona do muru z żółtej cegły, który „dzięcioły” zostawiły w spokoju, graficiarze nie do końca i pstrykam fotki. Na przystanku autobusowym stoi starsza pani. Myślę, że jest trochę starsza ode mnie, okazuje się starsza więcej niż trochę. Pytam, czy pamięta jeszcze ten dworzec. Mówi, że doskonale pamięta. To tu żegnała swojego ojca, który odjeżdżał na front wschodni do Königsbergu. Mieszka niedaleko, na Osiedlu Ernsta Reutera, które powinnam znać, ale nie znam, doczytuję później w internecie. Osiedle zostało uroczyście otwarte w 1954 roku przez Theodora Heussa, który na tym osiedlu też ma swoją ulicę. Osiedle było przewodnim projektem Berlina Zachodniego, położone blisko granicy z sektorem radzieckim i oferowało mieszkania socjalne robotnikom zachodnim i uciekinierom z sektoru wschodniego. Miało być odpowiedzią na socrealistyczną zabudowę powojenną Alei Stalina (dzisiejszej Alei Karola Marksa). Pani z przystanku opowiada dalej o bliskości muru, o nie dających spać, szczekających psach na granicy, o strzałach, które słyszała.

Przyjechał autobus. Pani wsiadła, ja nie zdążyłam zapytać ją o numer telefonu, ani dać swojego. Nie wiem, czy jej ojciec wrócił z frontu wschodniego, a jeżeli, czy też na Dworzec Szczeciński?

Już nie jestem rozczarowana brakiem kartki z dworcem.

Przypomniała mi się też inna historia związana z tym miejscem. Ostatnio podczas spaceru z przewodnikiem po terenie byłego Dworca Szczecińskiego podeszła do mnie kobieta, której, matka uciekając po II Wojnie Światowej z okolic Szczecina, wysiadła po kilkudniowej podróży właśnie na Dworcu Szczecińskim.

Nie zawsze wycieczka z przewodnikiem, nawet jeśli ciekawa, musi być ciekawsza od rozmowy z przypadkowym przechodniem, który może okazać się prawdziwą kopalnią wiedzy, tej osobistej. Pani z przystanku pamiętała też tzw. Tunel Szczeciński, który łączył po wybudowaniu nasypu Kolei Szczecińskiej Gartenstraße z Schwartzkopffstraße. Już w roku 1952 władze NRD nakazały zamurowanie tunelu, następne ściany i przegrody powstały w roku 1961. Nad tunelem znajdował się pas śmierci i stąd rozchodziło się po osiedlu po zachodniej stronie ujadanie psów.

Zamurowne i to kilka razy zostało też wejście do S-Bahnu od strony Gartenstraße, a podziemny Dworzec, już wtedy, Północny stał się tzw. „dworcem widmo”. Pociągi przestały zatrzymywać się na stacji, przejeżdżały wolno, uzbrojeni enerdowscy wartownicy stali na straży opuszczonych i zamurowanych przystanków.

Po upadku muru, stację otwarto 1 września 1990, niedługo później została znowu zamknięta, tym razem nie z powodów politycznych, lecz technicznych – konieczny był remont, który przeprowadzono pod nadzorem konserwatora zabytków i 1 marca 1992 stację ponownie otwarto.

Na półpiętrze budynku znajduje się warta zobaczenia wystawa o dworcach granicznych i „dworcach widmo” w podzielonym Berlinie i próbach ucieczek przy wykorzystaniu tuneli kolei podmiejskiej i metra.

Po wyjściu z dworca kolejki miejskiej na Elisabeth-Schwarzhaupt-Platz zwraca się natychmiast uwagę na wysokie budynki, należące do Kolei Niemieckiej, a dopiero po chwili dają się zauważyć wpuszczone między płyty chodnikowe szyny kolejowe, mnóstwo szyn, a na poprzecznych belkach nazwy miast, do których odjeżdżały pociągi z Dworca Szczecińskiego.

Idąc dalej Gartenstraße w kierunku Invalidenstraße mijam kilka śladów pamięci, przypominających próby ucieczek na drugą stronę. Miejsca oznaczone numerami, datą, często niepełnym nazwiskiem (czasem go w ogóle brak) przypominają o absurdalnym podziale miasta.

Gartenstraße, czyli ulica Ogrodowa, zawdzięcza swą nazwę rodzinom ogrodników, sprowadzonych w XVIII wieku z Saksonii, których zadaniem było zamienić tę piaszczystą nieurodzajną ziemię w sady i ogrody. Do dziś do ulicy przylega dużo terenów zielonych.

Gartenstraße to nie tylko mur i kolej Szczecińska, to przekrój historyczny miasta od XVIII wieku po czasy dzisiejsze.

30 lat temu upadł Mur Berliński (9)

Joanna Trümner

Mur w literaturze

W kilka dni po postawieniu muru ruszył cały aparat propagandy, w enerdowskim radiu non stop grano propagandowe piosenki, gloryfikujące państwo wschodnioniemieckie. Jedną z najbardziej znanych skomponował 11.08.1961 roku, czyli na dwa dni przed postawieniem muru, Siegfried Matthus. Nazywała się Pieśń o pokoju 1961.

Im andren Teil des Landes gilt noch des Krieges Wort,
die Glut des Weltenbrandes klingt dort noch immer fort.
Geteilt sind Land und Leute, der Frieden ist geteilt.
Wenn wir den Frieden heilen, wird auch das Land geheilt.

(W tamtej części kraju wciąż jeszcze trwa wojna
A żar rozpętanego na świecie pożaru ciągle się tli
Kraj i ludzie podzieleni, podzielony jest pokój
Ratujmy pokój, by uzdrowić ten kraj)

Propagandą zajęły się wszystkie środki masowego przekazu, prasa, radio i telewizja. W kampanię włączyły się dobrowolnie teatry, również dobrowolnie wsparli ją pisarze. W Berliner Ensamble, teatrze, który do tej pory znany był z krytycznej refleksji, grano kilka scen w konwencji brechtowskich inscenizacji. Historie o trzynastym opowiadały o zbudowaniu muru jako gwarancji pokoju.

Słynne oświadczenie przewodniczącego państwa, Waltera Ulbrichta, wygłoszone podczas międzynarodowej konferencji prasowej 15 czerwca 1961 r. w Berlinie Wschodnim

Większość enerdowskich intelektualistów była zresztą zdania, że wydarzenia z 13 sierpnia 1961 były nieuniknione i że od tego „punktu zero” społeczeństwo NRD może dzięki zamkniętym granicom zacząć budować wolne i demokratyczne państwo. Duża część społeczeństwa przekonana była o tym, że po postawieniu muru i zniesieniu czarnego rynku (kurs marki zachodniej, tzw. D-Mark do marki NRD wynosił w kilka miesięcy przed postawieniem muru 1:6) gospodarka socjalistyczna zacznie kwitnąć i państwo osiągnie stabilizację gospodarczą, zaś w chwili jej osiągnięcia mur zniknie sam, ponieważ nie będzie dłużej politycznie potrzebny.

Ogólnie można powiedzieć, że zarówno na wschodzie Niemiec jak i na Zachodzie mur nie należał do priorytetowych tematów literatury. Na Zachodzie związane było to z faktem, że wielu pisarzy miało bardzo lewicowe poglądy. Z kolei twórcy z NRD, lojalni wobec władz, nie pisali o murze w ogóle lub też przedstawiali go zgodnie z panującą propagandą. W roku 1969 w Wydawnictwie Wojskowym ukazała się antologia Zielone race, zbiór opowiadań i wierszy członków “kolektywów literackich Wojsk Ochrony Pogranicza”. Ukazują one mieszkańców obsypujących kwiatami czołgi ryglujące granicę z Zachodem, a słupy podtrzymujące drut kolczasty “stoją wyprężone niczym żołnierze”.

Nie można zresztą powiedzieć, żeby postawienie muru pociągnęło za sobą wielką falę protestów – zarówno po wschodniej jak i zachodniej stronie. Na Zachodzie Amerykanie krótko zaprezentowali swoją siłę militarną, złożyli kilka not protestacyjnych i pogodzili się z faktami. Wieczorem, 13 sierpnia 1961 ówczesny Burmistrz Berlina Willy Brandt powiedział przed budynkiem Izby Poselskiej: „Senat Berlina wyraża wobec całego świata protest przeciwko niezgodnych z prawem i nieludzkim przedsięwzięciom ludzi dzielących Niemcy, opresorom Berlina Wschodniego i zagrażających Berlinowi Zachodniemu”.

Zachodnioniemieccy pisarze Günter Grass i trochę zapomniany Wolfdietrich Schnurre napisali list odtwarty do najbardziej znanej autorki enerdowskiej, laureatki wielu renomowanych nagród i wyróżnień, Anny Seghers, nawołując ją do protestu przeciwko postawieniu „antyfaszystowskiego muru ochronnego”. Na ten list odpowiedział pisarz Stephan Hermlin, oficjalnie negując zarzuty zachodnioniemieckich kolegów.

Literatura obydwu państw przedstawiała mur w odmienny sposób. Uwe Johnson opowiada w wydanej w Zachodnich Niemczech w 1965 r. powieści Zwei Ansichten (Dwa punkty widzenia) historię udanej ucieczki pary kochanków, nawiązując do historii Romea i Julii. Christa Wolf, jedna z najbardziej znanych enerdowskich pisarek, publikuje w 1963 roku opowiadanie Der geteilte Himmel (Podzielone niebo), w którym ani razu nie wspomina muru, jedynie na początku powieści napisze i „sierpniowych dniach roku 1961”. Również jej powieść jest historią miłości, miłości bez happy endu. Jej kochankowie rozstają się. Tak samo jak w polskim współczesnym filmie Zimna wojna – Manfred decyduje się na ucieczkę na Zachód, Rita zostaje w socjalistycznej ojczyźnie. Niebo staje się symbolem podziału obydwu państw niemieckich na Wschód i Zachód.

“Früher suchten sich Liebespaare vor der Trennung einen Stern, an dem sich abends ihre Blicke treffen konnten. Was sollen wir uns suchen?” “Den Himmel wenigstens können sie nicht zerteilen”, sagte Manfred spöttisch. “Den Himmel? Dieses ganze Gewölbe von Hoffnung und Sehnsucht, von Liebe und Trauer?” “Doch”, sagte sie leise. “Der Himmel teilt sich zuallererst.”

„Dawniej pary miłosne szukały gwiazdy, na której wieczorem mogłyby się spotkać ich spojrzenia. Czego my mamy sobie poszukać?” „Nieba nie mogą podzielić”, powiedział Manfred ironicznie. „Nieba? Całego tego firmamentu z nadziei i pragnień, miłości i smutku?“ „A jednak”, powiedziała cicho. „Niebo podzieli się jako pierwsze.”

Scena z filmu „Podzielone niebo”, 1964
Temat muru podejmowali autorzy, którzy prędzej lub później popadali w konflikt z reżimem i po długim czekaniu na paszport emigrowali na Zachód, bo tylko tam mogli publikować. O murze w literaturze enerdowskiej nie pisało się wcale lub też w sposób domyślny, zakamuflowany, tak by cenzura nie zabroniła wydania utworu. Do mistrzów kamuflażu należeli m. in. Günther Kunert, Klaus Schlesinger i Heiner Müller.

Ważnym zwrotem w literaturze NRD było pozbawienie obywatelstwa barda i poety Wolfa Biermanna w r. 1976, co pociągnęło za sobą falę protestów i opuszczenie państwa przez wielu wybitnych ludzi sztuki. Wolf Biermann urodził się w Hamburgu. Jako szesnastoletni chłopiec, wiosną 1953 r., kierowany idealizmem „emigrował” do NRD. Już w tydzień po przyjeździe miał pierwsze wątpliwości, co do słuszności swojej decyzji. Podczas zebrania uczniów w prowizorycznej auli w restauracji Fortschritt (Postęp) uczniowie jego szkoły zobowiązani zostali przez organizację młodzieżową do potępienia kościoła ewangelickiego. Biermann opowiada o tym, jak szczupła, blada dziewczynka oświadczyła po cichu: „Ja z kościoła nie wystąpię”. Pociągnęło to za sobą głośną krytykę i pogróżki sekretarki szkolnego oddziału FDJ. Biermann stanął w obronie dziewczyny i oświadczył: „Jestem komunnistą… jestem przeciwko kościołowi… religia jest opium dla ludu…, ale to, co się tutaj dzieje nie jest komunizmem… Mój ojciec nie po to umarł, by teraz upokarzać tę dziewczynę”. (Jego ojciec był komunistycznym robotnikiem w jednej ze stoczni w Hamburgu, ponadto był Żydem i walczył w ruchu oporu przeciwko narodowym socjalistom, zmarł w r. 1943 w obozie koncentracyjnym w Auschwitz).

Wolf Biermann

Biermann, podobnie zresztą jak wielu opozycjonistów, którzy wierzyli w socjalizm, ale chcieli pozbawić ten system niesprawiedliwości i nierówności społecznej, borykał się przez cały okres pobytu w NRD z zakazami wykonywania zawodu, stałą obserwacją przez agentów Stasi i cenzurą. Mimo to nie opuścił swojej nowej ojczyzny dobrowolnie. Jesienią 1976 został zaproszony przez zachodnioniemieckie związki zawodowe IG Metall na serię koncertów po Republice Federalnej Niemiec. Władze wyraziły na ten wyjazd zgodę. Podczas koncertu w Kolonii 13 listopada, podczas którego Biermann krytykuje stosunki panujące w NRD, piosenkarz otrzymuje informację, że został pozbawiony obywatelstwa tego państwa i że decyzję spowodował fakt, iż „rażąc nie wypełniał obowiązków obywatelskich”. W ten sposób władze SED pozbyły się problemu jakim był ten „wróg socjalizmu“.

Z biegiem lat temat muru przestał pojawiać się w literaturze, stał się niezmienną częścię rzeczywistości tego miasta. Na Zachodzie w latach 80 chętnie pokazywano koloryt Kreuzberga, jaki w dużej mierze tworzy jego położenie tuż przy murze. Kreuzberg był enklawą dla młodych ludzi z całego świata, żyjących z dnia na dzień, celebrujących jedną niekończącą się party. Dosyć typowa jest dla tej dzielnicy scena, która rozegrała się w zabawnej powieści Svena Regenera Pan Lehmann w noc 9 listopada 1989 r. Pan Lehmann spędza noc w barze, ulubionej knajpie na Kreuzbergu, kiedy dowiaduje się, że Mur został otwarty. „O, cholera“, mówi zwięźle, a kumpel stojący obok niego powtarza: „O, cholera“. Scena ta mówi więcej niż liczące kilka stron opisy radujących się tłumów przy Bramie Brandenburskiej.

Ciekawe aspekty pojawiają się w opowiadaniu Petera Schneidera Der Mauerspringer, (Muroskoczek) z roku 1982. Są to historie przekraczania muru z Zachodu na Wschód motywowane nudą lub chęcią przeżycia przygody. Nie była to jednak tylko fikcja literacka. W ciągu 28 lat istnienia muru odnotowano ponad 400 tego typu przypadków, wiele osób odniosło rany, co najmniej pięć poniosło śmierć i zostało tym samym uznanym przez historyków za ofiary muru. Bestseller Schneidera zawiera sentencję, która do dzisiaj nie straciła nic na swojej aktualności: „Zburzenie muru w głowie będzie trwało dłużej, niż jakakolwiek firma rozbiórkowa potrzebować będzie do wyburzenia realnego, widzialnego muru“.

Cdn.

Heute vor 80 Jahren

Sehr geehrte Damen und Herren,

wir laden Sie herzlich ein zum

Gedenken aus Anlass des 80. Jahrestags des deutschen Überfalls auf Polen
und des Beginns des Zweiten Weltkriegs
am Sonntag, 1. September 2019, um 13 Uhr auf dem Askanischen Platz in Berlin
auf der Rückseite der Ruine des Anhalter Bahnhofs

Es werden sprechen:
Prof. Dr. Dieter Bingen, Direktor des Deutschen Polen-Instituts
Bundestagspräsident Dr. Wolfgang Schäuble und Sejmmarschallin Elżbieta Witek (angefragt)
Prof. Dr. Zbigniew A. Kruszewski, Teilnehmer des Warschauer Aufstands

Der Deutsch-Polnische Chor „Spotkanie“ wird das Gedenken begleiten.

Der Einladung schließen sich an:
die Bundestagspräsidenten a.D. Prof. Dr. Rita Süssmuth und Dr. h.c. Wolfgang Thierse,
der Direktor der Stiftung Topographie des Terrors Prof. Dr. Andreas Nachama und
der Präsident des Bundesamts für Bauwesen und Raumordnung a.D. Florian Mausbach.

Wir freuen uns sehr, wenn Sie vorzugsweise weiße und rote Blumen (bitte keine Kränze)
mitbringen und im Anschluss an das Gedenken am dafür bestimmten Ort niederlegen.

ACHTUNG: Das Gedenken findet als Versammlung unter freiem Himmel statt – für die
Teilnehmerinnen und Teilnehmer können leider keine Sitzplätze bereitgestellt werden.

Mit freundlichen Grüßen
Dieter Bingen

Anmeldungen sind nicht nötig.

Warum Askanischer Platz?
Im November 2017 hatte eine zivilgesellschaftliche Initiative den Aufruf zur Errichtung eines Denkmals in der Mitte Berlins für die Opfer der deutschen Besatzung in Polen 1939-1945 veröffentlicht und als Gedenkort den Askanischen Platz vorgeschlagen.
Seitdem wird über diese Empfehlung, eine Leerstelle deutscher Erinnerung zu füllen, in der deutschen Öffentlichkeit diskutiert. Das war für das Deutsche Polen-Institut der Anlass einzuladen,  auf dem leeren Askanischen Platz als einem temporären Gedenkort an den deutschen Überfall auf Polen vor 80 Jahren zu erinnern.

Einladung_Berlin_0109

30 lat temu upadł Mur Berliński (6)

Joanna Trümner (tekst) / Ela Kargol (zdjęcia)

Obóz w Marienfelde

Część pierwsza

Jest piękne, niedzielne popołudnie, leniwe i pogodne. Czekam na Elę przed kompleksem budynków Obozu Uchodźców w Marienfelde. W jednej części byłego obozu znajduje się dzisiaj muzeum, druga służy dalej jako obóz dla uchodźców. Ludzi, których Republika Federalna przyjęła w ostatnich latach (po roku 2015 i znanym na całym świecie oświadczeniu kanclerz Angeli Merkel: „Damy radę”). W tym przejściowym obozie dla uciekinierów i azylantów z 10 krajów i 19 narodowości, prowadzonym przez organizację Internationaler Bund, przebywa obecnie 700 osób. Prawie połowę stanowią dzieci
do 14 roku życia.

Przyglądam się dzieciom grającym w piłkę na podwórku, w oknach suszą się na wietrze porozwieszane na sznurkach ubrania, na parapetach stoją dziecięce buty. Ten widok jest sielanką. Na pozór nie ma w niej miejsca na kłótnie o dostęp do kuchni, hałas, spory i nieporozumienia, które są regułą tam, gdzie zbyt wiele nieznanych sobie osób zmuszonych jest do mieszkania pod wspólnym dachem. Na pozór stoję przed idyllą. Może jest tu tak beztrosko, ponieważ to miejsce ma długą tradycję udzielania ludziom przejściowego schronienia?

Nigdy nie mieszkałam w obozie w Marienfelde, ale od pierwszego dnia pobytu w Berlinie słyszałam o nim wiele opowiadań. A może i legend? Była mowa o mieszkających tam miesiącami rodzinach, dzieciach, które tam spędziły pierwsze tygodnie życia oraz o przyjaźniach, które trwają do dzisiaj. Wiedziałam, że nieraz tygodniami trwały przesłuchania mieszkańców obozu przez amerykańskie, brytyjskie i francuskie służby wywiadowcze. Wszyscy znali sprawy pasażerów porwanych na lotnisko Tempelhof polskich samolotów, którzy kategorycznie odmawiali powrotu do kraju. O uchodźcach politycznych fali solidarnościowej z lat osiemdziesiątych, którzy bez narzekań znosili ciasnotę, brak prywatności i prowizoryczne warunki w obozie. O tych historiach, zarówno tych prawdziwych jak i tych zmyślonych lub dopowiedzianych, nie wspomina się ani słowem w oficjalnej historii Obozu Uciekinierów w Marienfelde.

Muzeum koncentruje się na ucieczkach ludzi z sektora wschodniego lub byłej NRD, którzy statystycznie stanowili wraz z tzw. przesiedleńcami (Aussiedler) z różnych państw Bloku Wschodniego, w tym też Polskiej Republiki Ludowej, 90% mieszkańców obozu. Uciekinierzy ze wschodniego sektora Niemiec zaczęli napływać do sektorów zachodnich wkrótce po zakończeniu wojny. W roku 1946 sektor zachodni liczył 44 miliony mieszkańców, a sowiecki 18 milionów. Pierwszy obóz dla uchodźców na terenie Berlina Zachodniego, tzw. Notaufnahmestelle, znajdował się w dzielnicy Charlottenburg, na Kuno-Fischer-Straße 8. Dzisiaj przypomina o nim pamiątkowa tablica. Wkrótce po jego założeniu stało się jasne, że miejsce to nie jest w stanie zapewnić warunków do przyjęcia rosnących z dnia na dzień tłumów uciekinierów z Berlina Wschodniego i sektora sowieckiego. Berlin-Marienfelde było ze względu na bliskość lotniska Tempelhof, połączenie S-Bahną i fakt, że dzielnica znajdowała się na terenie amerykańskiego sektor, idealnym miejscem do założenia obozu. Podstawę prawną stanowiła ustawa o przyjmowaniu uchodźców z 1950 r., która potwierdzała obowiązujące w sektorze brytyjskim i amerykańskim przepisy o przyjmowaniu osób z sowieckiej strefy okupacyjnej oraz NRD w „drodze wyjątku“, więc z powodów politycznych, w przypadkach, kiedy zagrożone było ich dobro i życie.

Obóz Uciekinierów w Berlinie-Marienfelde był w chwili otwarcia, w sierpniu 1953 r., prawdziwą sensacją architektoniczną na tamte czasy, kompleksem budynków zbudowanych zgodnie z panującą w latach pięćdziesiątych architekturą, spełniał on ponadto wszystkie wymagania służb informacyjnych USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Pomieszczenia i ściany budynku były zabezpieczone przed podsłuchem, cały teren ogrodzony był siatką, ogrodzeniem z prętów i murem, co kilkanaście metrów na ogrodzeniu były zawieszone tablice informujące o zakazie fotografowania.

Po krwawym stłumieniu powstania z 17 czerwca 1953 roku na terenie wielu miast NRD fala uchodźców ze strefy sowieckiej dramatycznie wzrosła. W budynkach przeznaczonych dla 500 uchodźców znajdowało się na początku około 200 mieszkań. 20 września 1956 r. obóz oficjalnie przyjął milionowego uciekiniera. Do roku 1961 roku Marienfelde było ciągle rozbudowywane, w ostatecznej formie obóz składał się z dziesięciu dwupiętrowych budynków, w których oprócz pomieszczeń dla uciekinierów znajdowały się liczne instytucje, np. służby informacyjne USA, Wielkiej Brytanii i Francji, organizacje charytatywne lub też biura ds. socjalnych. W części gospodarczej znajdowała się m. in. kuchnia, która w była w stanie przygotować sześć tysięcy posiłków dziennie.

Nieustanne „przeludnienie” obozu prowadziło do tego, że wielu uciekinierów umieszczano w przejściowych obozach i schroniskach na terenie całego Berlina Zachodniego. W połowie lat 60 było ich około 90, największym z był czynny do 1961 r. ośrodek Czerwonego Krzyża (Volkmar/Colditzstraße), w którym miejsce mogło znaleźć do 4.000 osób.

Po postawieniu muru berlińskiego 13 sierpnia 1961 liczba uciekinierów zmniejszyła się dramatycznie, prawie do zera.

Dzisiaj na terenie obozu znajduje się muzeum ze stałą wystawą opowiadającą chronologicznie historie ucieczek w latach 1949-1989, latach w których około 4 miliony opuściło NRD, z czego milion 350 tysięcy przeszło przez obóz w Marienfelde. Wśród uciekinierów duże grupy stanowili ludzie z wyższym wykształceniem, głównie lekarze, prawnicy i nauczyciele. Byli jednak również chłopi.

Pierwsza część wystawy opowiada o represjach, jakie pociągała za sobą ucieczka z Państwa Robotników i Chłopów. „Zdrajcy socjalizmu” nazwani są z imienia i nazwiska, na plakatach lub artykułach w lokalnych gazetach figurują ich zdjęcia. Język tych publikacji naszpikowany jest propagandą: „ci, którzy nas zdradzili”, „jak złodziej w nocy”, „zdrada klasy robotniczej”. Imię, nazwisko i zdjęcie „zdrajcy” wisiało widocznym miejscu w byłym zakładzie pracy uciekiniera, na porozwieszanych na drzewach plakatach lub w miejscowych gazetach. Poprzez upublicznienie ucieczki piętnowało się nie tylko samego uciekiniera (w nielicznych przypadkach uciekinierki) lecz również jego rodzinę, państwa bloku wschodniego, w tym Niemiecka Republka Demokratyczna, wyznawały bowiem zasadę odpowiedzialność rodziny za wszystkie czyny jej członków.

Masowym ucieczkom z sektora wschodniego władze enerdowskie zapobiegały w pierwszych latach swojego istnienia poprzez akcje wysiedleńcze w ramach których eksmitowano „niepewne politycznie” osoby z okolic granicy wewnątrzniemieckiej w głąb kraju. Najbardziej znaną akcją jest „akcja robactwo” w maju i czerwcu 1952 r.

Republika Federalna Niemiecka nie przyjmowała uciekinierów z sektora wschodniego z otwartymi ramionami. Brakowało dla nich, podobnie zresztą jak dla obywateli RFN-u, zarówno mieszkań jak i miejsc pracy. Pobyt na „Złotym Zachodzie” w wielu przypadkach przemienił się w koszmar i doprowadził do tego, że około 600.000 osób zdecydowało się w pierwszych latach istnienia obozu (1953-1962) na powrót do NRD. Po powrocie stawali się oni natychmiast więźniami „obozów reedukacji socjalistycznej”. Połowa z nich została skazana na kary więzienia od dwóch do ośmiu lat. Zarówno oni jak i ci, którym udało się uniknąć kary wiezięnia i podjąć pracę, byli napiętnowani aż do końca trwania dyktatury SED. „Powracający” byli często werbowani przez enerdowską służbę wywiadowczą, szacuje się, że 1/5 z nich stała się nieoficjalnymi pracownikami Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

W drugiej części wystawy pokazana jest procedura przyjmowania i rejestrowania uchodźców. Pierwszą ze stacji, przez które musieli przejść uchodźcy, był punkt medyczny, dokładne badanie przez lekarza służyło gównie zapobieganiu epidemiom oraz chorobom, szczególnie gruźlicy.

Następnym, prawdopodobnie najważniejszym etapem tej procedury było przesłuchanie przez służby wywiadowcze Amerykanów, Brytyjczyków i Francuzów. Mimo dokładnych, trwających nieraz tygodniami, przesłuchań, nie udało się wyeliminować 10% agentów Stasi. Jednym z najbardziej znanych mieszkańców obozu był sekretarz Willy’ego Brandta, wschodnioniemiecki szpieg Günter Guillaume, którego wykrycie bezpośrednio spowodowało, że Brandt w 1974 roku podał się do dymisji. Na pewno nie zabrakło wśród przesłuchiwanych również polskich szpiegów. Przesłuchania mogły trwać godzinę lub tygodnie, polegały często na powtarzaniu w nieskończoność tych samych pytań. Przesłuchującymi byli pracownikami alianckich służb wywiadowczych, jak na zimną wojnę przystało, używali oni fałszywych nazwisk i zbierali nowe informacje lub też sprawdzali wiarygodność przesłuchiwanego przez konfrontowanie go z posiadanymi informacjami. Akta z tych przesłuchań w niewielkiej tylko części zostały przekazane władzom niemieckim, wraz z wycofaniem się wojsk alianckich zabrane zostały do Stanów, Wielkiej Brytanii i Francji. Po upublicznieniu dostarczą z pewnością materiału do niejednej fascynującej powieści szpiegowskiej lub filmu.

Cdn.

30 lat temu upadł Mur Berliński (5)

– a dziś mija 58 rocznica rozpoczęcia jego budowy

Ela Kargol

Kaplica Pojednania w Berlinie

Jest godzina 12:00. Codziennie o tej porze w Kaplicy Pojednania przy Bernauer Straße w Berlinie odprawiane jest krótkie nabożeństwo – wspomnienie w intencji jednej z ofiar berlińskiego muru. Muru, który nie miał prawa powstać i, którego, jak zapewniał pierwszy sekretarz SED, Walter Ulbricht, „nikt nie miał zamiaru budować“, muru, który podzielił jeden naród, jedno miasto i jedną Europę. Rozdzielił rodziny, przyjaciół, ulice, dzielnice i parafie.

Jest 9 sierpnia 2019 roku, godzina 12.00, dzisiejsze modlitewne wspomnienie w Kaplicy Pojednania poświęcone jest Christianowi Buttkusowi, któremu zabrakło kilku metrów, żeby znaleźć się po drugiej stronie muru. Urodzony w Tylży w roku 1944, uciekał z rodziną z Prus Wschodnich do Niemiec. Zatrzymali się Berlinie, w Niederschönhausen, w strefie sowieckiej. Buttkus nie uznał nigdy NRD za swoją ojczyznę, a karta powołania do wojska przyspieszyła decyzję ucieczki. 4 marca 1965, trafiony 25 kulami w klatkę piersiową, zmarł na „pasie śmierci“, gdzieś między Kleinmachnow a Berlinem-Zehlendorfem.

Od 13 sierpnia 2005 roku odprawiane są w Kaplicy Pojednania nabożeństwa w intencji ofiar muru. Organizatorem ich jest ewangelicka Parafia Pojednania i Fundacja Mur Berliński.

Kościół Pojednania został wybudowany w Berlinie w 1894 roku.

Ciekawe, że był też inspiracją dla gdańszczan – kilka lat później w Gdańsku-Oliwie powstał bardzo podobny kościół pod tym samym wezwaniem i stoi do dziś, zmienił tylko gospodarza.

Ten w Berlinie działał prężnie w dzielnicy, w której musiał borykać się z wieloma problemami społecznymi. Przetrwał I Wojnę Światową, z drugiej wyszedł, choć zniszczony, ale obronną ręką.W 1950 roku odremontowany, podjął duszpasterską działalność i do roku 1961 regularnie odprawiane były tu msze. Budynek miał jednak pecha, znalazł się bowiem dokładnie na granicy sektora francuskiego i sowieckiego. Większa część parafii znajdowała się po stronie francuskiej, mniejsza wraz z kościołem  – po radzieckiej. 13 sierpnia 1961 roku odprawiono w kościele ostatnią mszę, dostępną tylko dla mieszkańców ze wschodniej części Berlina.

Kościół znalazł się w niedostępnym pasie granicznym, na obszarze tzw. „pasa śmierci.“ Nie eksploatowany, bez parafian, bez remontów, niszczał. Tylko wieża kościoła służyła długie lata żołnierzom strzegącym granicy niemiecko-niemieckiej jako punkt obserwacyjny i świetne miejsce strzelnicze.

Jednak w roku 1985 dla “zwiększenia bezpieczeństwa, porządku i czystości na granicy państwowej z Berlinem Zachodnim” kościół został zrównany z ziemią. Wysadzono go w dwóch etapach, 22 stycznia – nawę kościoła, 28 stycznia – wieżę.

Mieszkałam już wtedy z rodziną w Berlinie i pamiętam opowieść sąsiada, bardzo zaangażowanego w kościele ewangelickim, który pojechał specjalnie w pobliże Bernauer Straße, żeby być świadkiem tego haniebnego czynu. Nie bardzo mnie to wtedy interesowało. Szukanie jakiejkolwiek pracy i przedłużanie „duldungu” były ważniejsze.

Niecałe pięć lat później upadł mur berliński. Jak najszybciej próbowano pozbyć się śladów “muru hańby” i śladów podziału. I wtedy Parafia Pojednania podjęła decyzję o wybudowaniu kaplicy na miejscu zburzonego kościoła i zachowaniu części muru i innych pozostałości po niechlubnym podziale miasta ku przestrodze i pamięci dla potomnych.

Kamień węgielny pod budowę kaplicy położono 23 maja 1999 roku. Budynek składa się z dwóch części owalnych. Część wewnętrzna wybudowana jest z ubitej gliny, w której umieszczono gruz ze zburzonego kościoła, część zewnętrzną tworzą drewniane pale.
9 listopada 2000 roku, w jedenastą rocznicę upadku muru, Kaplica Pojednania została uroczyście otwarta.

Wrócił do niej ołtarz, z ostatnią wieczerzą, do której Jezus i kilku innych apostołów zasiadło bez twarzy. Wróciły trzy dzwony, krzyż z kościelnej wieży i kilka innych zachowanych fragmentów. Kapitele, które wieńczyły kolumny empory, zdemontowano przed wysadzeniem kościoła, „Baranek Boży” znajdujący się w portalu wejściowym został wydobyty z gruzów świątyni.

Wokół kaplicy zasiano żyto. I tak pole śmierci zamieniło się w pole uprawne.

Jedna z przypowieści Salomona głosi:

„Kto uprawia swoją rolę, ma dosyć chleba; lecz kto się ugania za marnościami, jest nierozumny”.

W 25 rocznicę upadku muru berlińskiego Stowarzyszenie Chleb Pokoju (FriedensBrot) zaprosiło 11 krajów ze środkowej i południowej Europy, nowych członków Unii Europejskiej, do udziału w projekcie wypieku europejskiego chleba pokoju. Ziarno pozyskano z pola przy berlińskiej Kaplicy Pojednania. Zboże trafiło do jedenastu państw Unii Europejskiej, w Polsce do Suchowoli, miejsca skąd pochodził ksiądz Jerzy Popiełuszko i miejsca, gdzie znajduje się geograficzny środek Europy. W sierpniu 2014 roku odbyły się w Suchowoli żniwa. Z ziarna zmieszanego ze zbożem z innych państw wypieczono Europejski Chleb Pokoju. I tak jest co roku.

Nowym projektem Parafii Pojednania było założenie Ogrodu na „Ziemi Niczyjej” (Der Garten im „Niemands Land“), czyli znowu symbolicznej zamiany nieużytku, wcześniej pasa śmierci, w ogród uprawny. Teren należy do Cmentarza św. Elżbiety. Podczas budowy muru część cmentarza zlikwidowano, przenosząc groby w inne miejsca. I właśnie tutaj kwitną teraz słoneczniki, malwy, a wokół nich brzęczą pszczoły. I wielu ogrodników różnych wyznań lub niewyznań pielęgnuje swoje zagony.

W polu żyta umieszczono krzyż ze starego Kościoła Pojednania, który pracownicy cmentarza odnaleźli i przechowali do czasu, gdy w 1995 roku wrócił do parafii.

Parafia od roku 1999 należy do Wspólnoty Krzyża z Gwoździ z Coventry.

28 sierpnia 2019 zegar z Kościoła Pojednania znowu zacznie odmierzać czas, po 58 latach milczenia.

Bardzo trafnie, nie tylko o zegarze, ale o bezsensownym podziale miasta, napisała w 1961 roku Milly Hilgenstock:

Die Kirche steht leer und verlassen

Es liegt an der Bernauer Straße
Inmitten der Stadt Berlin
Die Kirche, die jetzt verlassen,
Es steht eine Mauer darin.
Es mahnten so viele Stunden
Versöhnungsglocken die Stadt.
Sie klagten über die Wunden
Die Krieg uns geschlagen hat.
Nun sind die Glocken verklungen,
Vermauert die Kirchtür, das Tor.
Und wo Lieder gesungen
Schweigt jetzt Gemeinde und Chor.
Die Uhr am Kirchturm blieb stehen
Bevor es Mitternacht schlug.
Wohin Herr sollen wir gehen?
Wann ist des Wartens genug?
Was will der Zeiger uns sagen,
Der fünf vor 12 blieb stehn?
Die Mauer hat uns zerschlagen,
wir können uns nicht mehr sehn.
Wir grüßen drüben die Brüder,
Die jetzt durch die Mauer getrennt.
Wir wissen, wir sehen uns wieder,
Der Herr die Seinen doch kennt.
Die Kirche steht leer und verlassen,
Kein Licht, kein Orgelton mehr.
Und an der Bernauer Strasse
Die Steine klagen so schwer.
Die Zeit mag das Kreuz verhöhnen,
Es bleibt, wenn die Mauer zerfällt.
Dann wird uns wieder versöhnen
Gott über den Mauern der Welt.

http://uhr-der-versöhnung.de/
(Tłumaczenie: Bernauer Strasse w Berlinie)

Warto zajrzeć na stronę internetową Kaplicy Pojednania, ponieważ parafia oferuje nie tylko msze i modlitwy, ale również koncerty, teatr, wykłady, spotkania z książką i jest pomysłodawczynią wielu społecznych inicjatyw.

https://www.versoehnungskapelle.de/

30 lat temu upadł Mur Berliński (4)

Joanna Trümner, tekst
Ela Kargol, zdjęcia

Ofiary muru

W latach 1961-1989 na Murze zginęło ponad 140 osób. Gedenkstätte Berliner Mauer (Miejsce Pamięci Berlińskiego Muru) dzieli ofiary Muru na trzy kategorie: 101 osób, które zostały zastrzelone, miały wypadek lub popełniły samobójstwo podczas próby przekroczenia muru, 30 osób ze Wschodu i Zachodu oraz jeden radziecki żołnierz, które nie miały zamiaru przekroczenia muru, lecz zostały zastrzelone lub zdarzył się śmiertelny wypadek. Trzecią grupą jest ośmiu enerdowskich żołnierzy służb granicznych zabitych przez dezerterów, kolegów, uciekinierów, osoby pomagające przy ucieczkach lub też policjantów z Zachodniego Berlina. Nie wiemy, ilu z nich zamierzało przedostać się do Berlina Zachodniego. Najbardziej spektakularną była ucieczka 19-letniego żołnierza enerdowskich służb granicznych, Conrada Schumanna, który pochodził z Zschochau w Saksonii i był z zawodu owczarzem. Wczesnym rankiem 12 sierpnia 1961 roku, w dzień przed rozpoczęciem budowy muru, brygada, w której Schumann odbywał obowiązkową służbę wojskową, została przeniesiona z Drezna na granicę sektorów (radzieckiego i francuskiego) do Berlina. W kilka dni później, 15 sierpnia 1961 roku, Schumann jako pierwszy enerdowski żołnierz graniczny uciekł do Berlina Zachodniego. Zdjęcie jego skoku przez drut kolczasty na rogu Bernauer i Ruppiner Straße znane jest na całym świecie jako symbol Zimnej Wojny.


Pilnujący muru żołnierze pochodzili w większości z różnych regionów Niemieckiej Republiki Demokratycznej i odbywali osiemnastomiesięczną obowiązkową służbę wojskową. Nieliczni z nich zdecydowali się na służbę graniczną dobrowolnie. W rozkazie Ministerstwa Obrony NRD z października 1961 roku czytamy, że broń może zostać użyta w celu „zatrzymania osób, które nie przestrzegają nakazów służby granicznej przez to, że nie zatrzymują się na hasło >>Stop – zatrzymać się – służba graniczna<<, po oddaniu strzału ostrzegawczego lub też kiedy wyraźnie usiłują przekroczyć granicę państwową NRD“ i „nie istnieje inna możliwość ich zatrzymania“. System premii i nagród, odpowiednia „obróbka ideologiczna“ oraz typowe dla wielu Niemców nastawienie Befehl ist Befehl (rozkaz to rozkaz) rozwiewały moralne wątpliwości żołnierzy.
Jeszcze gorzej wyglądała sprawa moralności żołnierzy w innych państwach Europy Wschodniej. Około 2.000 obywateli NRD próbowało uciec z „raju robotników i chłopów” przez Bułgarię. Posługiwali się w tym celu fałszymi paszportami, korzystali z pomocy obywateli RFN, czy też przekraczali granicę Bułgarii z Grecją lub Turcją specjalnie spreparowanymi autami. Tylko pięciuset osobom udała się ucieczka. W roku 1993 roku jedna z bułgarskich gazet opublikowała zeznania byłych bułgarskich oficerów służby granicznej, ujawniających sprawę płacenia „premii” za każdego zabitego enerdowskiego uciekiniera. „Premię” wypłacała ambasada NRD w Sofii. W biednej Bułgarii dodatkowy zarobek żołnierzy w wysokości 2000 lewa (wtedy było to w przeliczeniu 1.000 DM) był wielką zachętą do strzelania do uciekinierów.
Wróćmy jednak do historii muru. Na terenie Miejsca Pamięci Berlińskiego Muru powstało „okno pamięci”, które przypomina o wszystkich ofiarach muru. W „okienkach” widać ich portrety, daty urodzin i śmierci. Kilka z nich opatrzonych jest podpisem „NN”. Żołnierzom, którzy zginęli podczas pełnienia służby granicznej przy murze, poświęcona jest tablica informacyjna w odrębnym miejscu.


Historia muru jest historią śmierci, wielu niepotrzebnych, dramatycznych śmierci. Każda z nich byłaby materiałem na dobrą książkę lub film. Pierwszą ofiarą muru była 58-letnia Ida Siekmann. Budowa muru odcięła tą samotnie żyjącą kobietę od siostry mieszkającej o kilka ulic dalej, na terenie Berlina Zachodniego. W kamieniacach granicznych (wśród nich znalazł się dom Idy Siekmann przy Bernauer Straße 48) policja kontrolowała osoby wchodzące do budynku, a wszystkie okna i drzwi wychodzące na zachodnią granicę zostały z czasem zamurowane. 22 sierpnia 1961 Ida Siekmann zdecydowała się na sforsowanie granicy poprzez wyskoczenie z okna swojego mieszkania na trzecim piętrze. Wcześniej wyrzuciła z okna pościel i inne rzeczy, które miały zamortyzować skok. Desperacka próba ucieczki zakończyła się się ciężkimi obrażeniami i śmiercią kobiety w kilka dni później.


Po miesiącu na Bernauer Straße 34 doszło do kolejnej tragedii, najstarsza ofiara muru, osiemdziesięcioletnia (!!!) Olga Segler skoczyła z okna swojego mieszkania na drugim piętrze domu na Bernauer Straße 34 na przygotowaną uprzednio przez zachodnioberlińskich strażaków płachtę ratowniczą. Wskutek skoku odniosła ciężkie obrażenia, które były przyczyną jej śmierci w dzień później. Nie udało jej się dołączyć do córki, która czekała wraz ze strażakami w zachodniej części ulicy.
Skok z okna lub spuszczanie się po linie lub powiązanych prześcieradłach było wkrótce po postawieniu muru najpopularniejszą metodą ucieczki w tej części miasta. W ciągu pierwszych trzech miesięcy ponad 150 osobom udało się w ten sposób uciec do leżącej w sektorze francuskim dzielnicy Wedding.
Ostatnią ofiarą muru był trzydziestotrzyletni Winfried Freudenberg, który 8 marca 1989 roku spadł na ziemię w zachodnioberlińskiej dzielnicy Zehlendorf podczas ucieczki w skonstruowanym prez siebie balonie.
Każda śmierć poniesiona podczas próby przekroczenia muru była tragiczna, nawet jeżeli była ona jedynie wynikiem pijackiej brawury lub braku wyobraźni. Niewątpliwie jedną z najbardziej tragicznych była śmierć piętnastomiesięcznego Holgera H. w styczniu 1973 roku. Rodzice chłopca próbowali przedostać się do Berlina Zachodniego ukryci w ciężarówce znajomego Berlińczyka. Dziecko było chore, miało zapalenie ucha i oskrzeli. Podczas kontroli granicznej na przejściu w Drewitz-Dreilinden Holger zaczął głośno płakać. Kontrola graniczna trwała wieczność, matka próbowała uciszyć dziecko poprzez trzymanie mu ręki na ustach. W ten sposób uniemożliwiła zakatarzonemu Holgerowi normalne oddychanie. Kiedy w końcu rodzina znalazła się w Zachodnim Berlinie, chłopca nie udało się reanimować. Był najmłodszą ofiarą muru.


Patrzę na twarze ludzi w „oknie pamięci”, w większości uciekinierami byli młodzi ludzie, którzy po prostu chcieli prowadzić szczęśliwsze, lepsze życie. Wśród zdjęć odnajduję dwóch Polaków, których nazwisk nigdy przedtem nie słyszałam: Franciszek Piesik i Czesław Kukuczka. „Przecież nie musieli w ten sposób, mogli po prostu starać się o paszport”, myślę nie znając ich życiorysów.

Piesik wychował się w wielodzietnej rodzinie w wiosce nad Odrą. Na początku lat sześćdziesiątych pływał na barkach. Dwukrotnie przebywał w więzieniu, za pierwszym razem za samodzielne oddalenie się z jednostki wojskowej, następnie za włamanie do baru. Po wyjściu na wolność Piesik zamieszkał w Bydgoszczy i podjął pracę jako spawacz i lakiernik. Ożenił się i miał córkę. Wyglądało na to, że „ustatkował się”. Nie znamy powodu, dla którego zdecydował się na ucieczkę na Zachód. 24-letni Piesik nikomu nie powiedział o swoich planach. 15 października 1967 roku nielegalnie przepłynął łodzią granicę na Odrze. Pomimo pościgu dotarł w okolice Berlina i usiłował przepłynąć odległość 200 – 300 metrów jeziora Nieder Neuendorfer See. Granica między między NRD i Berlinem Zachodnim przebiegała w tym miejscu przez środek jeziora.

Władze zachodnioniemieckie znalazły jego ciało w północnej zatoce jeziora w 11 dni później. Obdukcja nie wykazała żadnych obrażeń, drogi oddechowe Piesika pełne były szlamu. Polska Misja Wojskowa w Berlinie Zachodnim pomogła w identyfikacji jego ciała. Ponieważ polskie władze odmówiły sprowadzenia jego zwłok do Polski, Piesik został pochowany na cmentarzu w Heiligensee, w dzielnicy, do której chciał dotrzeć w październiku 1967 roku. Po kilku latach grób został zlikwidowany, ponieważ nikt nie pokrywał opłat cmentarnych.

pierwszy z lewej Franciszek Piesik

Jeszcze bardziej tajemnicza jest historia ucieczki drugiej polskiej ofiary muru, Czesława Kukuczki, 29 marca 1974 roku. Kukuczka urodził się i dorastał w powiecie limanowskim. Jako siedemnastoletni chłopiec został zwerbowany do pracy przy budowie Nowej Huty. Po krótkim pobycie tam wrócił do domu rozczarowany pracą. Podobnie jak Piesik został skazany na karę pozbawienia wolności, jego skazano za defraudację. Po roku został warunkowo zwolniony z więzienia. I on „ustatkował się” na wolności, ożenił się, miał trójkę dzieci i podjął pracę najpierw na budowie, a następnie jako strażak w Jaworznie, Limanowej i Bielsku-Białej. 3 marca 1974 roku zginął bez śladu. 29 marca 1974 Kukuczka przybył do polskiej ambasady w Berlinie Wschodnim i zażądał od pracownika ambasady i członka berlińskiego oddziału MSZ, aby pozwolono mu o godzinie 15.00 przekroczyć granicę przez przejście na dworcu kolejowym na Friedrichstraße. W przeciwnym przypadku groził zdetonowaniem bomby w polskim centrum informacyjnym przy Karl-Liebknecht-Straße. Jego wspólnik w Berlinie Zachodnim miał zadbać o pokazanie wydarzeń w świecie zachodnim.

Kukuczka zamierzał wyemigrować do rodziny w USA. Opuścił ambasadę z wymaganymi dokumentami przed upływem ulitmatum, podstawiony samochód enerdowskiej służby bepieczeństwa zawiózł go na Friedrichstraße. Podczas próby przejścia przez granicę dostał kulę w plecy od ubranego w ciemny płaszcz i przyciemniane okulary mężczyzny. Zmarł jeszcze tego samego dnia w wyniku odniesionych ran. W niecałe dwa miesiące później wdowa po Kukuczce otrzymała z rąk prokuratora okręgowego urnę z prochami, akt zgonu i osobiste rzeczy po mężu. Pogrzeb kościelny odbył się w Kamienicy, w kręgu najbliższej rodziny. Rodzinie zakazano otwarcie mówić o okolicznościach jego śmierci. Nigdy nie poznamy prawdy o powodach jego ucieczki, historia jego śmierci byłaby z pewnością scenariuszem niezłego filmu sensacyjnego.

Cdn.

Bóóle latającego gada

Lech Milewski

Kilka dni temu znalazłem gdzieś link do deklamacji wierszy polskiego poety. W czołówce filmu podano, że jako podkład muzyczny wykorzystano “Muzykę D. Szostakowicza do filmu Gadfly”.
Przyznam, że mnie to nieco zdezorientowało. Skoro muzyka “D. Szostakowicza”, to film musiał być radziecki. Dlaczego więc angielski tytuł? Dawno już nie byłem w Polsce i nie orientuję się w tamtejszym stanie świadomości. Choćby – czy pewna książka F. Dostojewskiego jest tam obecnie znana pod tytułem Crime and Punishment?

Animozje na bok – proponuję najbardziej popularny fragment tej muzyki jako akompaniament do lektury wpisu – KLIK.
A swoją drogą – gadfly – oddajmy głos specjalistom.
W słowniku angielsko-polskim wydanym przez Fundację Kościuszkowską słowo gad tłumaczone jest jako giez, uprzykrzony natręt.
A gadfly?
Źródła (1) podają, że Sokrates mówił: I am the gadfly of the Athenian people, given to them by God…
Na marginesie dodam, że angielskie słowo “gad” pochodzi od “goad” oznaczającego oścień – rodzaj wideł do popędzania bydła.

Wracam do początku – muzyka “D. Szostakowicza” do filmu.
Już wiemy, że był to film radziecki,  tytuł oryginału – Овод – fonetycznie: owod.

Ja oczywiście zetknąłem się z wersją polską – tytuł: Szerszeń.
Zadał mi nieco bóólu więc pozwólcie proszę staruszkowi nieco się wygadać…

Rok 1955. W Polsce zaczynały nieco trzeszczeć lody, zbliżała się odwilż. Na tej właśnie fali weszła na rynek książka angielskiej autorki E. Voynicz – Szerszeń. W recenzjach wspominano, że książka wzbudziła kontrowersje na Zachodzie. I oto proszę – polski czytelnik może sam sprawdzić, co nurtuje “wolny Zachód”.
Wprawdzie nazwisko autorki brzmiało trochę z rosyjska, ale jednak moja matka złapała się na haczyk.
Mieszkaliśmy w jednoizbowym mieszkaniu bez ogrzewania, w zimowe wieczory rozgrzewały nas więc dyskusje o książkach, a tę moja matka przeżyła bardzo intensywnie.
Akcja książki w wielkim skrócie przebiega tak: Włochy, rok 1848, powstanie niepodległościowe przeciwko Austrii. Bohaterem jest młody rewolucjonista, który przybiera pseudonim Szerszeń. Niebacznie, podczas spowiedzi, wyjawia dane o swojej organizacji. Następują aresztowania. Sprawa trafia do włoskiego kardynała, który popiera surowe wyroki dla spiskowców. Surowe znaczy kara śmierci dla przywódców, w tym Szerszenia.
W przeddzień święta Bożego Ciała wyrok zostaje wykonany, a jednocześnie kardynał dowiaduje się, że Szerszeń był jego biologicznym synem.
Procesja Bożego Ciała, kardynał niesie monstrancję i drążą go porównania do Boga Ojca – obaj skazali na śmierć swoich synów, jednak kardynał nie może pogodzić się z faktem, że Bóg Ojciec potraktował tę tragedię tak lekko. Rozterki są tak intensywne, że kardynał ciska monstrancją o ziemię.
Moja, bardzo mocno wierząca matka, była wstrząśnięta.
(Bóg) Ojciec skazał na śmierć swojego syna!? Zdawałem sobie sprawę, że nie mogła się z tym pogodzić, ona nie wydałaby swojego dziecka na śmierć, raczej sama by się na nią skazała. Atmosfera w naszej malutkiej izbie zrobiła się bardzo gęsta.

Kilka miesięcy później na ekrany wszedł radziecki film oparty na tej książce. Muzyka Dymitra Szostakowicza, ale wtedy nie zwracałem na to uwagi.
O ile pamiętam był to całkiem dobry film, ale zakończenie było inne niż w książce.
Oczywiście, film nie daje szansy na dokładne przedstawienie rozterek bohatera. Kardynał wali monstrancją o bruk i krzyczy – Boga nie ma!
To był oczywisty przekręt, który w jakiś sposób złagodził rozterki mojej matki.
– To było zupełnie inaczej – mówiła. A po chwili dodawała – wszystko komunistyczna propaganda.

Pora wreszcie wyjaśnić dlaczego tak pretensjonalnie używam słowa boole.

Otóż autorka książki, E. Voynich, była córką George’a Boole (fonetycznie – ból) twórcy zero-jedynkowej algebry, która stała się podstawą komputerowych technologii – źródła (2).

Bardzo zachęcam do przeczytanie choćby początku zlinkowanej informacji – zupełnie nieprawdopodobne początki kariery naukowej.

Pora na krótką informację o równie nieprawdopodobnej córce.

Ethel Lilian Boole (rok urodzenia 1864) została osierocona przez ojca w wieku 5 miesięcy i miała trudne dzieciństwo. W wieku 18 lat zyskała jednak prawo dostępu do spadku pozostawionego przez ojca, porzuciła rodzinę, wyjechała do Berlina na studia muzyczne.
W Niemczech zetknęła się ze środowiskiem rosyjskim, które zafascynowało ją na tyle, że nauczyła się języka i podjęła pracę jako guwernantka w Petersburgu. Tam nawiązała kontakty z rosyjskimi anarchistami i rewolucjonistami. Po dwóch latach wróciła do Anglii, gdzie była współzałożycielką Society of Friends of Russian Freedom.
W roku 1890 poznała polskiego rewolucjonistę Michała Habdank Wojnicza i zamieszkali razem. Ethel przyjęła nazwisko Voynich, w 1902 roku wzięli ślub.
Pełna biografia – Źródła (3).

Pójdźmy chwilę tym polskim tropem.
Michał Habdank Wojnicz urodził się w 1865 roku w rodzinie szlacheckiej (herbu Abdank) w Telszy na Litwie. Szkołę średnią ukończył w Suwałkach, a następnie studiował na uniwersytetach w Warszawie, St. Petersburgu i Moskwie. Zdobył kwalifikacje farmaceuty.
Podczas pobytu w Warszawie wstąpił do pierwszej polskiej partii socjalistycznej Proletariat. Gdy Proletariat został rozbity, Wojnicz uczestniczył w próbie odbicia skazanych na śmierć członków partii. Próba się nie powiodła, Wojnicz został zesłany na Sybir, w okolice Irkucka. Uciekł stamtąd i w 1890 roku dotarł do Londynu, gdzie założył antykwariat.
Wkrótce zasłynął z wyjątkowo szczęśliwej ręki. Jego pierwszy słynny nabytek to Biblia Malermi – powstałe w 1471 roku tłumaczenie Biblii na włoski.
W 1904 roku M. Wojnicz uzyskał obywatelstwo brytyjskie i zmienił nazwisko na Wilfrid Voynich.
W przededniu wybuchu I Wojny Światowej W. Voynich był w posiadaniu wielu bardzo cennych manuskryptów z XII i XIII wieku, w tym Manuskryptu Wojnicza, dotychczas nieodszyfrowanej średniowiecznej księgi (zob il. obok – źródła 5).

Wróćmy jednak do Ethel Voynich i Szerszenia.
W 1895 roku Ethel poznała w Londynie Sidneya Reilly, który namówił ją do wspólnej podróży do Włoch. Ta wyprawa, plus prawdopodobnie fakty z życia S. Reilly, stały się inspiracją książki.
Wydana w 1897 roku książka zyskała w Anglii spory rozgłos. Na tyle spory, że Ethel poprosiła swojego przyjaciela George Bernarda Shaw, żeby przerobił ją na sztukę teatralną i w ten sposób zapobiegł próbom podróbek i plagiatów. G.B. Shaw spełnił tę prośbę.
Z upływem lat, książka poszła w zapomnienie, ale nie w Związku Radzieckim.
Już w 1928 roku w Gruzji wyprodukowano film oparty na tej powieści. Jednak prawdziwy renesans nastąpił w 1955 roku.
Książka stała się literackim przebojem, sprzedano 2,5 miliona egzemplarzy. Podobną popularność zyskała w Chinach, ponad 2 miliony egzemplarzy.
Film obejrzało jeszcze więcej osób.
Radzieccy wydawcy i filmowcy w 1955 roku sądzili, że autorka wydanej prawie 60 lat wcześniej książki od dawna nie żyje.
Nic błędniejszego. Ethel Voynich żyła (w USA) i miała się dobrze. W 1955 roku odwiedził ją radziecki dyplomata i przekazał słowa uznania. Odwiedził ją również amerykański dyplomata i przekazał $15,000 tytułem przegapionych tantiem.
Co kraj to obyczaj.
Zmarła w 1960 roku, w wieku 96 lat.

Przepraszam czytelników, że w tym wpisie aż tyle odnośników, ale nie mogę się powstrzymać przed dodaniem jeszcze jednego – Sidney Reilly, współpracownik Scotland Yardu.
Urodzony jako Rosenblum, może w Odessie, a może w okolicach Grodna. Dalszy ciąg jego życia jest znacznie bardziej poplątany. Podobno był modelem postaci Jamesa Bonda. Niemożliwym do pełnego wykorzystania, gdyż jego kariera specjalnego agenta jest znacznie bardziej skomplikowana.
Wspomnę tylko, że zginął w 1925 roku w Związku Radzieckim, podstępnie ściągnięty przez OGPU pod pozorem organizacji zamachu na W.I. Lenina.
Jeśli komuś mało to polecam źródła (6).

Źródła:
1. Sokrates – gadfly – KLIK.
2. George Boole – KLIK.
3. Ethel Voynicz – KLIK.
4. Michał (Wilfrid) Voynich – KLIK.
5. Manuskrypt Wojnicza – KLIK.
6. Sidney Reilly – KLIK.

Reblog. Bardzo długi post.

Radek Wiśniewski

Ballada o dzielnych Czechach, Słowakach i jednym zdrajcy

“Odważnym wszystkim – pokłon niski, pogarda – dla kanalii”
(J.J.Kelus, “Jesień w pasiece”)

18 czerwca 1942 roku przed cerkwią św. Cyryla i Metodego kłębią się Niemcy w mundurach żandarmerii, policji i SS. Z częściowo zalanej wodą krypty wyciągnięte zostały zwłoki sześciu młodych ludzi w cywilnych ubraniach, siódmy z nich, ciężko ranny w walce, umiera nie odzyskawszy przytomności w sanitarce. Na miejscu jest dwóch wysokich funkcjonariuszy niemieckiego aparatu terroru w Pradze – Heinz Pannwitz, prowadzący śledztwo i Karl Hermann Frank, szef policji i SS w Protektoracie Czech i Moraw. Obok nich jest Czech, który identyfikuje zwłoki. To przyjaciel i towarzysz broni rannego, który umiera właśnie w sanitarce i sześciu, którzy wybrali samobójczą śmierć zamiast niewoli i tortur na Gestapo.

Tych sześciu to Adolf Opalka, Josef Bublik, Josef Gabčik, Jan Hruby, Josef Valčik i Jaroslav Svarč. Ten który umiera w sanitarce to Jan Kubis. Wszyscy są czeskimi cichociemnymi, dywersantami zrzuconymi na spadochronach z Anglii. Tak jak ten, który ich identyfikuje – Karel Čurda. Wyszkoleni w ośrodku treningowym SOE (Special Operations Executive) w Szkocji, zrzuceni w czasie kilku osobnych misji na terytorium Czech i Moraw w ramach operacji, których celem miało być przede wszystkim nawiązanie
i wzmocnienie ruchu oporu na miejscu, ale także wykonanie spektakularnych akcji bojowych. Rząd Czechosłowacji na wychodźstwie dramatycznie musi jakoś podbić swoje karty w rozgrywce wśród aliantów. Czuje, że nie są one mocne. Powszechna opinia jest taka, że Czesi nie stawiają oporu, a Słowacy w zasadzie kolaborują, albo na odwrót. Rzecz jest w tym, żeby zademonstrować wolę oporu w sposób, któremu nie da się zaprzeczyć.

Čurda został zrzucony w nocy z 27 na 28 marca 1942 roku w grupie Out Distance wraz z grupą Zinc. Spadochroniarze mieli między innymi przy pomocy radiolatarni naprowadzić alianckie bombowce na pracujące dla Niemców zakłady Skody w Pilznie. Zrzut odbył się poza planowanym miejscem, Adolf Opalka, dowódca grupy do której należał Čurda – odniósł obrażenia, a drugi towarzysz – Ivan Kolarik zgubił fałszywe dokumenty w które miał włożone zdjęcie swojej narzeczonej Milad Hrusakovej z dedykacją. Rozdzielili się, ustalili sposób spotkania, mieli sie umówić poprzez płatne ogłoszenie w prasie. Zostawili na miejscu ukrytą radiolatarnię. Niestety – desant został wykryty, radiolatarnia wpadła, Niemcy znaleźli też dokumenty Kolarika ze zdjęciem narzeczonej. On sam został osaczony 1 kwietnia i popełnił samobójstwo przegryzając kapsułkę z cyjankiem, aby nie narażać rodziny i współpracowników, gdyby nie wytrzymał w śledztwie.

Opalka i Čurda spotkali się w Pradze i mimo utraty radiolatarni próbowali wraz z członkami innych grup zrzuconych wcześniej naprowadzić alianckie bombowce przy pomocy sygnałów świetlnych – czyli ognisk – na owe zakłady Skody 25 kwietnia 1942 roku. Mimo ich wysiłków bomby nie trafiły w zakłady. Opalka przejął dowództwo nad wszystkimi ukrywającymi sie spadochroniarzami, jednak wkrótce rozwiązał grupę, w związku z tym, że kolejne zadania miała przejąć now ekipa skoczków o kryptonimie „Intransitive”. Čurda ukrywał się w Pradze a potem wyjechał do siostry i swojej dziewczyny, z którą (o czym nie wiedział) miał dziecko, do Kolina.

W tym czasie Valcik, Gabcik i Kubis pracowali nad przygotowaniem operacji, dla której zostali zrzuceni pod kryptonimem „Anthropoid” jeszcze w poprzednim roku. Chodziło o zamach na trzecią osobę w Rzeszy, ulubieńca Adolfa Hitlera, nadzorcę sławnych Einsatztruppen mordujących ludność cywilną, w szczególności Żydów na tyłach frontu, począwszy od 1939 roku szefa Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, organizatora konferencji w willi nad Wansee, jak chcą niektórzy, także pisemnego opracowania „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, wreszcie okrutnego Protektora Czech i Moraw – Reinharda Heydricha. Co ciekawe – nie było to tak trudne zadanie jak którykolwiek z zamachów organizowanych w późniejszym czasie przez grupy Armii Krajowej w Polsce, na przykład na szefa policji i SS dystryktu warszawskiego Franza Kutscherę. Niemcy czuli się w Pradze bezpiecznie. Heydrich poruszał się po mieście stałymi trasami, znany był jego rysopis, zwyczaje, miejsca pracy i zamieszkania. Woził go codziennie ten sam samochód z rejestracją „SS-3” co miało oznaczać, że czuje się trzeci w hierarchii nadludzi – zaraz po Heinrchu Himmlerze i Adolfie Hitlerze. Nie miał ochrony. Jeździł z szoferem, otwartym wozem.

Dla pełnej jasności – główne dowództwo SOE nie było w tym czasie entuzjastycznie nastawione do tego typu spektakularnych, acz skrytobójczych operacji, uważając, skądinąd słusznie, że na tym etapie wojny wywoła to trudne do przewidzenia represje i straty wśród ludności cywilnej. Ale rząd Czechosłowacji na wychodźstwie był innego zdania. Potrzebował sukcesu. Właśnie spektakularnego. Według wspomnień szefa czeskiego wywiadu Franciszka Moravca – w sprawę zamachu na Heydricha wtajemniczony był sam prezydent Czechosłowacji na uchodźstwie Beneš, podobno sam żegnał spadochroniarzy słowami „sbohem”. Rzeczywiście – idącym na taką akcję nic innego w zasadzie nie da się powiedzieć.

27 maja 1942 roku wszyscy trzej zamachowcy czekali w miejscu gdzie jadący z Heydrichem samochód musiał zwolnić na zakręcie drogi koło szpitala Bulovce. Gabčik i Kubiš mieli wykonać wyrok, Valčik miał im dać znak małym ręcznym lusterkiem, że jedzie Heydrich bo ze swoich pozycji na skrzyżowaniu ulic V Holešovičkách i Kirchmayerstrasse mogli nie zorientować się w porę. Heydrich się spóźnił, ale kilka minut. Valcik dał znak lusterkiem. Kiedy Mercedes mijał Gabčika, ten odsłonił płaszcz i wyjął spod niego brytyjski pistolet maszynowy STEN. Był tak blisko, że nie mógł chybić, gdyby tylko mógł strzelić, ale pistolet w tym momencie się zaciął. Heydrich zamiast nakazać szoferowi dodać gazu i ratować własną skórę, kazał się zatrzymać i sięgnął po pistolet w kaburze, żeby zabić zamachowca. Wtedy ubezpieczający Gabčika Jan Kubiš wyjął z aktówki przeciwpancerny granat, odbezpieczył i rzucił w stronę samochodu Heydricha.

Porzucony sten. Poniżej: auto z rejestracją SS-3

Granat nie zawiódł. Eksplozja jednak nie zabiła Protektora. Połamała mu żebra, a połamane żebra i odłamki uszkodziły nerki i śledzionę. Był w stanie jeszcze ruszyć w pościg za Gabčikiem, zanim siły go opuściły i przewrócił się na ziemię. Zamachowcy oddalili się z miejsca walki z przeświadczeniem, że zamach się nie udał. Bo w zasadzie tak było. Heydrich przeżył. Tyle, że rany były na tyle poważne, że bez antybiotyków zakażenie i to poważne było nie do uniknięcia. A tak się składa, że penicylina została już wynaleziona, ale Niemcy jej nie mieli w użyciu. 4 czerwca , czyli po ośmiu dniach od zamachu mimo operacji i desperackich prób ratunku – Reinhard Heydrich zmarł w wyniku ogólnego zakażenia. Jego pogrzeb odbył się z niezwykłą pompą
9 czerwca w Berlinie. W jego trakcie szef policji i SS dla Czech i Moraw – Karl Herman Frank przedstawił Hitlerowi plan systematycznych represji i zastraszenia Czech i Moraw, w tym pacyfikacji wsi Lidice oraz Leżaky. Hitler się zgodził i wyraził entuzjazm dla wszelkich działań sił policji i SS. Wiadomo, że Frank miał nadzieję na przejęcie schedy po Heydrichu i chciał się pokazać jako ewentualny godny następca. Niezłomny i hardy.

10 czerwca 1942 roku SS i policja zablokowały wieś Lidice na Morawach. Pretekstem miał być list jednego z mieszkańców do dziewczyny z Lidic sugerujący, że jest członkiem ruchu oporu i wie więcej niż wie. Wieś otoczono i na dziedzińcu jednego z zabudowań urządzono ścianę straceń okładając ściany stodoły materacami i siennikami. Przyprowadzano mieszkańców najpierw po pięciu a następnie po dziesięciu. Rozstrzelano 173 mężczyzn i chłopców powyżej 14 roku życia. Ze 105 dzieci poniżej tego wieku, 23 wybrano po licznych badaniach rasowych do zniemczenia w lebensraumach, a 82 wysłano 2 lipca 1942 roku do obozu zagłady Khulmhof nad Nerem i tego samego dnia zagazowano. 26 mieszkańców Lidic którzy z różnych względów nie byli owego 10 czerwca we wsi wyłapano i stracono 16 czerwca w Pradze. 184 kobiety z Lidic wysłano do obozu w Ravensbruck, z czego 53 nie przeżyły. Łącznie z 506 mieszkańców wsi Lidice zamordowano w różny sposób nie mniej niż 340 osób. Po wojnie odnaleziono tylko trzynaścioro z 23 dzieci zabranych do lebensraumów. Samą wieś zrównano z ziemią. Podobny los dwa tygodnie później spotkał mniejszą wioskę Leżaky i jej mieszkańców. Dzieci ze wsi Leżaky podobnie wysłano do zagazowanie w Khulmhof nad Nerem.

Tymczasem trzej zamachowcy ukryli się najpierw w domu pielęgniarki Marii Moravcovej, która była zaangażowana w ruch oporu, a jej syn Vlastimil pełnił funkcje łącznika. Zdawali sobie jednak sprawę, że narażają całą rodzinę na niebezpieczeństwo i zdecydowali się dołączyć do czterech kolegów z innych grup zrzutowych już ukrywających się w krypcie zboru św. Cyryla i Metodego w Pradze.

W tym samym czasie, wiedząc, że po zamachu na Heydricha rozpęta się piekło – Čurda opuścił swoją narzeczoną i dziecko, zmienił kilka kryjówek i ostatecznie zamelinował się w domu swojej matki w Novej Hlinie. Tutaj doszły go wieści o pacyfikacji Lidic i represjach na ludności cywilnej. Napisał wówczas, być może pod wpływem przerażających wieści, pierwszy anonimowy donos wskazując Gabčika i Kubiša jako sprawców zamachu, który wysłał na adres posterunku żandarmerii w Benešovie, w którym pisał m.in.:

„Przestańcie szukać sprawców zamachu na Heydricha. Przestańcie aresztować i zabijać niewinnych ludzi. Nie mogę tego już wytrzymać. Zamach z całą pewnością przygotowali i przeprowadzili Gabčík ze Słowacji i Jan Kubiš, którego brat jest właścicielem gospody na Morawach”

Donos trafił jednak na czeskich patriotów, którzy tylko zamarkowali wszczęcie śledztwa na papierze, ale nie przekazali od razu donosu dalej, do Gestapo, tworząc sobie tylko wygodne alibi, na wszelki wypadek. Tymczasem Čurda zorientował się, że jego donos nie zadziałał i 16 czerwca udał się osobiście pociągiem do Pragi prosto do siedziby praskiego Gestapo. Przekazano go od razu prowadzącemu śledztwo w sprawie zamachu Heinzowi Pannwitzowi. Jednak podobno tak potwornie się jąkał, że nikt nie rozumiał o co mu chodzi. Dopiero kiedy rozpoznał wśród dwudziestu innych aktówkę Josefa Gabčika, prowadzący śledztwo zorientowali się, że mają do czynienia z bardzo wartościowym źródłem informacji, w dodatku człowiekiem, który sypie sam, nie trzeba go zanadto zmiękczać torturami. Kiedy Čurda na jakimś etapie śledztwa nie chciał sypać wszystkiego i wszystkich, Gestapo aresztowało jego matkę i siostrę. Čurda sypał tak skutecznie, że jeszcze w nocy z 16 na 17 czerwca Niemcy pojawili się w mieszkaniu Marii Moravcovej. Ta zażyła na oczach męża i syna kapsułkę z cyjankiem potasu. W związku z tym w nocy torturom poddani zostali Alois i Vlastimil. Ten ostatni załamał się i, jak wierzył, za cenę ocalenia siebie i ojca wskazał miejsce ukrywania się czeskich i słowackich spadochroniarzy.

18 czerwca cerkiew świętego Cyryla i Metodego została otoczona przez około 800 policjantów, żołnierzy SS i żandarmów. Siedmiu czeskich żołnierzy broniło się kilka godzin. Najpierw w nawie głównej, a potem w krypcie. Do krypty nie zszedł ciężko ranny od odłamków granatów Jan Kubiš, który ostrzeliwał się z chóru erkaemem. Niemcy wzięli go do niewoli i zapakowali do sanitarki. Zmarł nie odzyskawszy przytomności. Nie natrafiłem na informacje o stratach Niemców. Wiadomo, że Čurda kilkukrotnie wyzwał kolegów do poddania się. Za każdym razem odpowiadali, że są żołnierzami czechosłowackich sił zbrojnych i nigdy się nie poddadzą. Niemcy próbowali zalać wnętrze krypty wodą, żeby zmusić obrońców do poddania się, a następnie wymusić torturami zeznania i rozbić całkowicie siatkę. Uwięzieni w podziemiach próbowali w ostatniej chwili wykuć przejście z krypt do kanałów, ostrzeliwali się z małego okna wychodzącego na zewnątrz ulicy, w końcu kiedy poziom wody podniósł się zbyt wysoko a amunicja uległa wyczerpaniu – wszyscy popełnili samobójstwo.

Ich zwłoki zidentyfikował były kolega, wydając tym samym wyroki na ich rodziny. Niezależnie od tego w odwecie 18 czerwca 1942 roku Niemcy stracili 115 czeskich zakładników w tym byłego premiera kadłubowego rządu Czech i Moraw, Aloisa Eliaša.

Zwłoki Jozefa Gabčika i Jana Kubiša oraz ich towarzyszy zostały pochowane w zbiorowym grobie na praskim cmentarzu Dablice. Głowy obu zamachowców, odcięte od reszty ciała były podobno zachowane w słoikach z formaldehydem w Praskim Instytucie Nauk Medycznych. 20 kwietnia 1945 roku, zgodnie z ustaleniami dziennikarskiego śledztwa BBC, w ostatnie urodziny Hitlera, zostały wysyłane w nieznanym kierunku razem z wyprawionymi czaszkami pozostałych spadochroniarzy osaczonych w cerkwi Cyryla i Metodego w Pradze.

Ocenia się że represje po zamachu na Heydricha dotknęły około 6 tysięcy osób, z których zginęło lub zmarło ponad trzy tysiące. Do końca roku 1942 aresztowano i zamordowano w KL Mathausen między innymi 262 członków rodzin skoczków spadochronowych, którzy zginęli w cerkwi Cyryla i Metodego. Mordowano wszystkich bez różnicowania płci i wieku. 24 października 1942 w KL Flossenburg zamordowano też Aloisa Moravca i jego syna Vlastimila. Po „heyderichiadzie”, jak ludzie Czech i Moraw nazywali falę represji po śmierci Heydricha – ruch oporu praktycznie utracił ledwo zawiązującą się spoistość. Z czasem okazało się, że bez komunistów wspieranych z Moskwy organizacja oporu na szerszą skalę jest w zasadzie niemożliwa.

Na cześć Heydricha akcję masowego mordu na Żydach w Generalnym Gubernatorstwie prowadzoną latem, jesienią i zimą 1942 roku Niemcy nazwali „Aktion Reinhard”. Zamordowano w jej trakcie nie mniej niż 2 miliony Żydów. Gdyby Heydrich przeżył, akcja nazywałaby sie zapewne inaczej i sam Heydrich by ja nadzorował. Bo lubił zabijać.

Gestapo okazało się słowne w stosunku do Karela Čurdy. Matka i siostra zostały zwolnione z aresztu, on sam otrzymał nagrodę w wysokości 500.000 reichsmarek czyli około miliona ówczesnych koron. Drugie pół miliona reichsmarek otrzymał Viliam Gerik. Karl Čurda nie ożenił się z matką swojego dziecka, ale z Niemką, Marią Bauer. Dostał nową tożsamość jako Karl Jerhot. Pracował do końca wojny jako agent-prowokator pobierając pensję w wysokości 30.000 koron miesięcznie, otrzymał też służbowe mieszkanie na Vinohradach w Pradze. Jeździł po Czechach i Morawach, podawał się za cichociemnego, prosił o pomoc różnych ludzi, po czym denuncjował do gestapo, tych, którzy w dobrej wierze udzielili mu schronienia. Identyfikował ciała swoich kolegów z kolejnych grup zrzucanych z Anglii i tym samym wydawał wyrok na ich rodziny, przyjaciół i bliskich. Podobno do końca wojny wierzył w Hitlera. Wpadł 5 maja 1945 roku w rejonie Pilzna, kiedy próbował przedostać się do amerykańskiej strefy okupacyjnej z dużą ilością pieniędzy.

Początkowo zwolniony 15 maja, bo nikt się nie zorientował kim tak naprawdę był zatrzymany Karl Jerhot. Dopiero 17 maja 1945 roku został aresztowany ponownie. Sądzony za wielokrotną zdradę i spowodowanie śmierci co najmniej 254 osób, wiedział, że nie uniknie stryczka. Zachowywał się wyzywająco, butnie, na pytanie, jak mógł zdradzić kolegów, miał odpowiedzieć sędziemu – ”zrobiłby Pan to samo za milion marek”. Został powieszony 29 kwietnia 1947 roku na dziedzińcu więzienia Pankrac w Pradze, dwanaście minut po innym zdrajcy spośród grona Czechosłowackich Cichociemnych, Viliamie Geriku.

Karl Čurda alias Karl Jerhot

W czasie wojny zrzucono nad Czechosłowacją 153 z wyszkolonych około 300 cichociemnych. Do końca wojny dożyło 53. Zdradziło 3. Przy czym, żeby zrozumieć, na co się decydowali, warto w tym miejscu zaznaczyć, że w Polsce Cichociemny był zrzucany “na placówkę”, miejsca zrzutu były oznaczone sygnalizatorami świetlnymi, najczęściej ogniskami, zrzutowisko było obstawione zbrojnie przez placówkę przyjmującą. Po wylądowaniu zrzutkowie z Anglii mieli opiekę tzw. „ciotek”, które uczyły ich krok po kroku przez kilka tygodni okupacyjnych realiów. Czescy i słowaccy komandosi nie mieli takiego wsparcia na ziemi, a zdarzało się, że zrzut w wyniku pomyłki załogi polskiej, kanadyjskiej lub brytyjskiej odbywał się nawet wiele kilometrów od planowanego miejsca. Zrzucano ich w zespołach po trzy osoby i mogli liczyć tylko na siebie. Nikt na nich na dole nie czekał, nikt nie oświetlał ogniskami strefy zrzutu, nikt ich nie wprowadzał w realia. Jeżeli przed załadunkiem nie dostali kartek żywnościowych (a tak się zdarzyło), jakie obowiązywały na terenie Protektoratu Czech i Moraw – to nie mieli jak kupić jedzenia, mimo iż posiadali znaczne sumy pieniędzy. Musieli sobie radzić. Znawcy spraw wojny podziemnej wytykali im, że nawiązywali zakazane w tym fachu kontakty z rodzinami, dziewczynami zostawionymi w kraju, co narażało ich oraz ich bliskich na śmierć. Ale jakie mieli wyjście, kiedy lądowali w śniegu 200 kilometrów od najbliższego lokalu konspiracyjnego, który i tak często okazywał się spalony?

Bardzo żałuję, że nie jestem w stanie trafić na żadną książkę traktująca całościowo o wysiłku i odwadze tych chłopaków. Myślę, że są warci książki w każdym języku świata. A już po polsku zwłaszcza.

Z braku książek – na tę historię trafiłem w wieku może 10 lat w archiwalnym już wówczas drugim numerze kultowego magazynu komiksowego “Relaks”; narysował ją Jan Saudek. Tak jak nie jestem entuzjastą sztuki komiksowej – tamta wryła się we mnie całymi planszami, dotarczając wciąż nowych informacji, gdy zbierałem materiały do tej notatki – wiem, że wszystko układa się nieodmiennie na planszach tamtej rysunkowej opowieści. Pewnie dlatego nigdy nie bawiły mnie polskie żarty o czeskim ruchu oporu.

Dzisiaj, 18 czerwca w rocznicę bohaterskiej śmierci Opalki, Hrubego, Valcika, Gabcika, Kubisa i Skoverca wspominam zeszłoroczne, październikowe pijaństwo w schronisku na Markowych Szczawinach na zboczu Babiej Góry z trzema Czechami – Stanislavem, Georgim i tym trzecim, którego imienia już nie pamiętam. Pamiętam, że na zewnątrz zamkniętego baru została pipa od pipa, od której ktoś nie odłączył kega i obficie z tej nieuwagi korzystaliśmy do późna w nocy. Śpiewaliśmy, a ja ryczałem co któreś piwo “Sto lat Josef Gabcik!”, “Chwała Jan Kubis!” a oni odpowiadali “Nech zyje Polskou Armia Krajowa”. Mieliśmy się świetnie i upiliśmy się do nieprzytomności i heroicznie. Jak bracia.

#nie_takie_latwe_zwyciestwo


PS od Adminki – wiele lat temu jako towarzyszka Margit Miosgi i Freyi Klier zajmowałam się zbieraniem materiałów na temat Polek, które poddano w KL Ravensbrück eksperymentom medycznym. Eksperymenty te zarządzono w odpowiedzi na zamach na Heindricha, po to by wypróbować sulfamidy, co do których medycyna niemiecka żywiła nadzieję, że potrafią przeciwdziałać gangrenie wytwarzającej się w zakażonych ranach. Obie dziennikarki wydały książkę pt. Króliczki z Ravensbrück.