1269 (1)

Tak jak rok temu, tak i w tym roku, pierwszym autorem jest dzisiejszy solenizant, tyle że w tym roku dostaliśmy od niego długą wieloczęściową powieść historyczną (a zapewne, jak znamy autora, będzie to również historia fantasy), dziejącą się w roku 1269 w okolicach Sulęcina. Będę ją drukować co środę i zobaczymy, na ile śród autorowi starczy zapasów i czy przekonamy go, żeby pisał dalej…

Mieczysław Bonisławski

I.

Mimo ciemności grudniowej nocy, przyzwyczajone do nich oko, potrafiło rozróżnić nawet szczegóły. Rzadki, ale zakrzaczony las, podścielony skorupą kilkudniowego, zmrożonego śniegu, iluminował odbitym światłem tłustego, okrągłego księżyca w pełni. W górze, przeganiając po niebie ciemne chmury, wiał silny wiatr. Barwa i intensywność światła, wraz z falowaniem tej kłębiącej się zasłony, ulegały ciągłym zmianom. To, maszty najbliższych drzew majestatycznie stały w bladym blasku szeroko, po horyzont rozlanej poświaty; to wszystko spowijała przygnębiająca, zionąca majakami, głęboka czerń. Po chwili, gdy chmura przekołowała dalej, widnokrąg raptem rozszerzał się na powrót, ukazując cienie świerków na tle białej, pofałdowanej powierzchni.

Księżyc stał wprost nad wijącym się od skraju lasu, nieszerokim parowem. Nagie drzewa wyrastające z jego dna, nie sięgały ponad ściany, których równie porośnięte szczyty ginęły w ciemności. Półokrągłym spodem, tonącym w księżycowym świetle, niezdarnie posuwały się dwie, wyraźnie odcinające się od tła, postacie. Minęła dłuższa chwila, zdążyły się już posunąć z kilkadziesiąt metrów w głąb, nim dotarła do ich świadomości otaczające je cisza. Tu wiatr nie wciskał się zimnem do każdej szpary opończy, nie wywracał jak na otwartym polu; wirujące z jego siłą, porywane z ziemi i drzew płatki śniegu nie oblepiały głowy ni pochylonych pleców i ramion.

Postacie przystanęły. Była to chwila, gdy mogły wreszcie strzepać z siebie zlodowaciały śnieg, otupać nogi. Jedna z nich, niższa i bardziej wiotka, pośpieszywszy się, spróbowała w kilku miejscach rozgrzebać śnieg. Zaspy były tu mniejsze i płytsze, a pod warstwą firnu, gniły na wpół zmarznięte pokłady liści. Pomiędzy oblodzonymi krzakami znalazłoby się nawet miejsce na zaciszną i ciepłą jamę.

Wyższa z postaci jednak coś mruknęła, machnęła zawzięcie ręką i podpierając się kijem, ruszyła z mozołem dalej. Mniejsza, niezdarnie ślizgając się na rozruszanej mazi, pośpiesznie podążyła jej śladami.

Za jednym zakrętem był następny, za nim kolejny. Horyzont, na wyciągnięcie ręki, obcinały ośnieżone ściany, monotonnie, prawie równo, jak po sznurku, wznoszące się już wysoko ponad głową. Nogi mieszały mokry śnieg i nadgniłe liście, wyrywały w oczkach kawałki owijających łydki leszczyn i bzów. Aż nagle, z przodu, rozbłysły po bokach świetliki gwiazd.

Cienie na śniegu były szare i bure a krzewy rozstąpiły się: parów przepuszczał podążające w poprzek obniżenie. Musiała tędy prowadzić jakaś ścieżka. Wyglądała jak bród na rzece.

Tu też martwy, zimowy bezruch nocy, tak naturalny, został zupełnie niespodziewanie zmącony. Coś podłużnego mrowiło się nisko przy przeoranym śniegu. Widok przysłaniało coś czarnego, jedno i drugie, trochę dalej, uniesione w górę. Wtem, przez parów przeleciało krótkie warknięcie i wataha wilków rzuciła się do ucieczki ku gwiazdom.

Dwójka wędrowców wyszła zza zakrętu na ten właśnie moment. Wahanie prowadzącego trwało jedną chwilę, szybko zawrócił i usiłował nieporadnie, podbiegając, zniknąć tam skąd przybył. Drugi, biegł lżej, ale nie chcąc pozostawić powolniejszego towarzysza, zapadł w bok między gałęzie, wgryzając się rękoma w śnieg. Trwało to jednak odrobinę za długo. Zostali już dostrzeżeni przez zbrojnych, którzy wypłoszyli byli watahę. Jeden z nich przystanął i pohukując, wymachiwał ku wilkom zapalona pochodnią, ale dwaj pozostali, pochylonymi włóczniami wygarnęli uciekinierów i poprowadzili z powrotem ku przejściu przez parów.

Tu leżały w poprzek dwa trupy w czarnych zbrojach, okryte długimi, białymi płaszczami. Jeden został rozwleczony przez zgłodniałe wilki; tkanina płaszcza była rozciągnięta po zakrwawionym śniegu – na jego środku czerwienił się ośmiokątny krzyż. Odgryziona głowa, szczelnie okryta przylegającą do czaszki siateczką z metalowych kółek, poturlała się parę metrów obok. Sztywne ciała leżały tu już z kilkanaście godzin.

Trójka zbrojnych otoczyła uciekinierów, jeden przyświecił pochodnią. Chwilę się przyglądali.
– Wilków czy martwych zakonników takeś się przeraził dziadu, co? – spytał najważniejszy.
Mniejszy z wędrowców z trwogą, dziewczęcym głosem wykrzyknął:
– Dziadek ślepy, on ślepy, panie!
– Ejże! – zdziwił się rycerz i ucapił jeńca za barki. Zdarł mu z głowy kaptur i chwilę, jakby zaskoczony, chwytał rozpuszczone jasne włosy – Coś ty za dziewka?
– Szpieg lubo… czarownica! – pośpieszył z wyjaśnieniem nie pytany drugi ze zbrojnych.
– Cicho ciuro, poświeć no tu mi lepiej – rycerz bacznie lustrował oboje brańców. Siwy dziad rzeczywiście niewiele chyba widział, a dziewka, nie wiedzieć była li ładna, czy nie? Z jasnych loków zostały jeno zmierzwione kudły, twarz wykrzywiało zmęczenie.
– Ubić ich, ubić, bo to i wilcy się przecie ich zestrachali…
– Nie było by wilków, gdyby pogrzebać Teutonów jak ich tylko ubilim – skwitował rycerz. – A wy co za jedni, na przeszpiegi szliście?
Dziewczyna gwałtownie jęła przeczyć głową i rękoma, stary tymczasem przyklęknął przy trupie i coś mamrotał, jakby modląc się.
– Ty! – rycerz stracił nieco pewność siebie – Ty aby nie zamawiasz czego tam na nas?
– Odpowiadaj jak cię rycerz pyta! – jeden z pachołków szturchnął klęczącego włócznia. Dziad począł się gramolić w górę. Dziewczyna, nie zatrzymywana podbiegła pomóc mu stanąć na trzęsących się nogach. A on zwrócił swa twarz ku granatowemu niebu, skąd powoli zaczynał się już skradać świt. Chwilę trwali zapatrzeni, po czym ruszyli w milczeniu dalej przed siebie, dziad oparty o ramię dziewczyny, wyszukujący kijem właściwą drogę.
– Ejże! – zaprotestował rycerz i na jego znak, obaj pachołkowie zawrócili dziwna parę.
– Pójdziecie, ale do obozu. Trzeba sprawdzić coście za jedni – wyjaśniał, jakby bardziej sobie, niż im, dowódca i dał znak obu ciurom.

Opuścili parów, ruszając wydeptana ścieżką w bok. Za plecami pozostawili bardzo powoli jaśniejące niebo.

Niezwykle wąskie przejście wiło się straszliwie pomiędzy drzewami i leszczyną, szli więc gęsiego, rozciągnięci na kilkanaście kroków. Zbrojny przywódca w pewnej chwili zauważył, jak dziewczyna o coś zapytała dziada i ten jął cicho jej opowiadać. Przyśpieszył, dorównując im kroku, ale ci w ogóle na to nie reagowali.

– …Zmartwiał Gabriel, gdy Asmadeusz bestię sprowadził. Przyleciała z zachodu, ziejąc ogniem i dymem, smrodem bijąc co niewinne i trując co zdrowe. Wraży ogon zanurzyła w nurcie Odry, zadem siadła na rogatym tronie Kaina a pysk dziobaty i wstrętny wsadziła w międzyrzecze…
– I poszedł krzyż na krzyż i oba od krwi poczerwieniały, aż tam, gdzie jeden z Bolesławów ziemią frymarczył, drugi się zjawił, rękę mu wstrzymał i oczy oczyma na wschód zwrócił, chcąc ostrzec przed tym, co z tego wyniknie…
– Miasto za miasto, łup w łup, ogniem po ogniu, przy brzęku mieczy ścielił się trup i ginęła kraina, aż ostał się jeden już tylko zamek, jak zadra tkwiący w ciele, obcy plon bratobójczej kłótni. Świeżo pobudowany, z bali gliną oblepionych, dumnie wznosił swe baszty, drwiąc z głupoty, która go zrodziła…
– Po naszemu gada…? – zdziwił się jeden z ciurów.
– Cicho! – zgromił go dowódca – O czym on mówi? – zwrócił się do dziewczyny, od początku sprawiającej wrażenie bardziej przystępnej.
Ta teraz jednak spojrzała nań błędnym wzrokiem i poczęła majaczyć:
– Jak zgłodniali wilcy do rżącego konia, jak gęś do swego klucza, zbiegną się ze wszystkich stron Bolesławowi ludzie pod zamek Sabela. Na wyniosłości, nieopodal miasta stojący, jak krwawy ochłap żeru zew wokół rzucać będzie, żądne odwetu wici…
– Tfu, toż jak wiedźmy gada… Jezu, urok na obóz rzuca…! – przerażone ciury odskoczyły w krzaki zaciskając ręce na drzewcach włóczni.
– Ręka, którą wzniesie ramię, kość z Kości i krew z Krwi, uratowane przed niebytem od ludzi jeszcze przed wynijściem na tę ziemię, pierwsza przyłoży smolne polano do wydłubanej spod gliny ściany. Szatan, który zagnieździł się w ciele obrońcy krwawych krzyży na płaszczach, upiecze ich braci, a oni sami poproszą was o łaskę, judaszowe pieczęcie okazując Bolesławowi.
– Albo też Bebaal z Gabrielem tak losy poplączą, że ten, którego matka, co nigdy szczęścia macierzeństwa nie doznając, dzieciobójczynią stać się miała, księdzu swe życie zawdzięczając, za wiarę bałwanią krew czystą przeleje lub obaj dwa krzyże, jak szpony dwóch orłów na ciele brzemiennej samicy zajęczej, na wieki, po śmierć, jedyne rozwiązanie, skrzyżują… – jak będzie, ja nie wiem. Pozwólcie wielcy panowie iść swoją drogą – zaskakująco trzeźwo zakończył starzec, prośbą skierowaną do swych nieproszonych przewodników.
– Niewątpliwie wiara chrześcijańska nie jest ci, starcze, obca – odpowiedział spokojnie rycerz – ale zbyt dużo wiesz, jak przed chwilą słyszeliśmy. Więcej nawet niż dotąd się wydarzyło – trzeba to wyjaśnić. Brać ich! – krzyknął do dwóch pozostałych. Pachołkowie błyskawicznie nacelowali ostrza włóczni na nerki więźniów i pchnęli ich do marszu przed sobą.

Na skraju lasu już dniało.

II.

Nad zachodnim stokiem Gołębiej Góry i sąsiadującym z nią od południa skłonem, snuły się ścieląc nisko przy ziemi, smugi dymów. W głębokich oparzelinach ukryte, niczym w śnieżnych kagankach, pełzały po czarnych polanach, blade w świetle wschodzącego słońca, płomienie. Wytopione aż do pachnącej ziemi nisze okupowali skuleni ludzie. Każda jama została wyrąbana siekierami w zaspie a bloki lodu, ułożone na górze wieńczyły koroną okrąg ścian. Podobnie jak dna, wyłożone zostały one świeżą jedliną i tak przygotowane śnieżne jamy, okazały się niezastąpioną w tych warunkach polową kwaterą: zimny wiatr hulał wysoko ponad głowami ściśniętych ludzi, ognisko dawało ciepło i pozwalało przygotować gorącą strawę. Na rozłożony na obu wzgórzach obóz składało się kilkanaście takich kwater.

Oba stoki schodziły się w przodzie na dnie kotliny wzdłuż której biegły dwie ulice splecione w połowie w węzeł rynku – to był Sulęcin. Z drugiej strony, w połowie drogi do następnego grzbietu stał zamek. Zbudowany z nawiezionych tu i uprzednio przygotowanych bali drewnianych, do wysokości zwieńczenia ścian zamykających dziedziniec, pokryty z wierzchu warstwą gliny. Nie był otoczony fosą, podejście do niego utrudniało tylko ukształtowanie terenu. Od strony miasta, nad doliną Postomii górowała prostokątna wieża mieszkalna ze strzelnicami. Wzdłuż korony obwarowań zewnętrznych biegła od środka szeroka galeria osłonięta blankami; wydostawało się na nią z wieży bądź w trzech pozostałych rogach – po wychodzących na drewniany podest schodach. Wspinały się one jednobiegowo, przytulone od wewnątrz do idących wokół dziedzińca ścian, wykorzystując całą ich długość.

Margrabia brandenburski nie zdążył jeszcze wykończyć całego założenia obronnego ani budynków gospodarczych. Sabel, dowódca załogi zamku, z dużym niepokojem obserwował przebieg obecnej, zimowej kampanii 1269 roku. Margrabia Otto oddając mu zamek, nakazał go szybko dokończyć, a sam gwałtownym wypadem napadł i spalił pobliski Międzyrzecz księcia kaliskiego. Niestety Bolesław kaliski ruszył w pościg za uchodzącym najeźdźcą. Otto uciekł za Odrę a Wielkopolanie zaczęli pustoszyć pożarami i grabieżą całą jego ziemię leżącą na wschód od rzeki. Sabel jednak zamku Sulęcin nie oddawał, choć też i książę Bolesław długo nie rozpoczynał regularnego oblężenia ani szturmu. Dopiero po dojściu do Odry i splądrowaniu całej prawobrzeżnej części Ziemi Lubuskiej, zaczął zbierać wracające wojska pod Sulęcinem. Od kilku dni Sabel mógł nocami oglądać gorejące ogniska na przeciwległym wzgórzu. Polacy wcale nie kryli swego obozu, specjalnie go tak rozbili, by Sasi broniący zamku musieli widzieć co noc ten ogień, by wiedzieli jak po każdym dniu, ilość świecących punktów wzrasta! A to zwiastowało, że rano ostrzał będzie jeszcze intensywniejszy.

– Jutro świętej Łucji… – przypomniał sobie saski dowódca, marząc o ukochanej kobiecie, która obrała ją za swą patronkę. Kobieta była jednak daleko, w domu, chwila uniesienia trwała krótko. Podjudzona gorejącą wojną żądza rywalizacji, rycerska potrzeba jak najszybszego sprawdzenia się w namacalnie, na wyciągnięcie ręki przyczajonym niebezpieczeństwie, burzyła spokój, nurtowała natrętnym pytaniem – kiedyż ci Słowianie będą gotowi wreszcie uderzyć?

Tymczasem w obozie, książę kazał formować szyk swojej drużynie a poszczególni rycerze, zaczęli skrzykiwać pospolite ruszenie. Jednocześnie oddział wolnych mieszczan z Międzyrzecza na rozkaz przyniesiony przez oboźnego, zwinął swój biwak na bezimiennym wzgórzu i pośród pohukiwań wszedł pomiędzy budynki Sulęcina. Zaczęto wygarniać wszystkich pozostających tam jeszcze mieszkańców w kierunku Winnej Góry, gdzie koczowała już większość z Sulęcinanian. Pozostawioną żywność i cenniejsze przedmioty taborowi pachołkowie wkładali na wozy i odjeżdżali na Gołębią Górę a wszystko co się tylko mogło palić, zrzucano na stertę przed karczmą, w bezpośrednim pobliżu zamku.

W obozie na Gołębiej Górze panował większy spokój. Tu nie rozwlekano po śniegu ognisk, ale w każdej z nisz pozostawał dyżurny do pilnowania ognia; zwieńczenia umacniano, zmieniano też starą jedlinę na świeżą.

Chorąży międzyrzecki, Marcin z Bnina Opaliński odszukał swego syna.
– Pietrek, pomnisz ty jeszcze dobrze owegoż zbója? – przed młodzikiem, najwyraźniej sposobiącym się podczas tej wyprawy do stanu rycerskiego, stanął mężczyzna stateczny, godziwej postury, w zbroi upysznionej paradną tkaniną. Hełm trzymał nie nałożony jeszcze w ręku; długie, choć już nieco przerzedzone, jasne loki wiatr rozwiewał na wszystkie strony.
– Jakżeż bym mógł…! – nieprzystojnie oburzył się Piotr i zaraz żarliwie, z synowskim szacunkiem poprawił się – Póki żyw będę, panie ojcze, idąc na Niemca, nic ino tę zbrodnię przed oczami mieć będę; w każdym Teutonie upatrywać będę zbrodniarza, szyję pod mój miecz noszącego. I pozwól Panie Boże, by jeno śmierć tamtego szczura, mordercy niewinnych kobiet, a nic innego, uwolniła mnie od tego obrazu…
Chorąży Marcin położył rękę na ramieniu rozpalonego młodzieńca.
– Pofolguj synku, pofolguj. Jeśli graf Sunnenwald schronił się w sulęcińskim zamku, musisz go dostać i pomścić nasz ból, nie bacząc nawet na swój honor. Jeśli go tu nie będzie – razem poszukamy zadośćuczynienia krzywdzie na teutońskim brzegu, ale dojść jej możemy tylko na winnym zbrodni, pamiętaj. Nic nam po przewagach nad wszystkimi innymi Niemcami – to nie oni ubili naszą żonę i matkę.
– Nie ja jeden będę go tu szukał, panie ojcze…! – w słowach Piotra kryła się mściwa satysfakcja – Nie ujdzie stąd zdrowy ni jeden jego członek, wystawią mi go jak ogary dziką świnię…
– Dobrze synku, nie zapomnij jeno ani na chwilę, że krew tę przelejesz z miłości do matki i z pamięci o męczeńskiej śmierci jej zadanej. – spojrzał gdzieś ponad głową chłopca – Wybacz mi Unisławo, a Ty Panie na moje sumienie zrzuć ów grzech, do którego popycham własnego syna – zdjął ręce z jego ramion – Uchrońcie go oboje od jadu nienawiści… Pomódlmy się Piotrze…
Chwilę trwali w kontemplacji, którą, przeżegnawszy się na powrót, starszy z nich, wstając z przyklęku, przerwał prosząc:
– Chcę teraz porozmawiać z tym giermkiem, który będzie ci towarzyszył, zawołaj no go Pietrek do mnie.

Chwilę później Piotr przyprowadził młodszego od siebie, wysokiego blondynka. Marcin wsparty na własnym kolanie popatrzył na niego zdziwiony.
– Nie jesteś ty zaawansowany w leciech chłopcze?!
– Na szesnasty mi już idzie, panie – usłyszał chorąży pewną siebie odpowiedź. Młodzieniec choć mało niewątpliwie jeszcze widział w swym życiu, sprawiał wrażenie roztropnego i optymistycznie patrzącego w swą przyszłość.
– To ty masz iść z mym synem na zamek margrabiego Ottona?
– Ja, panie.
– Będziesz zdobywał rycerskie ostrogi?
– To zależy od naszego pana, księcia kaliskiego – mój ojciec musiał uchodzić do Wielkopolski z Marchii…
– Ach tak? Opowiedz mi o tym.
– Wiem niewiele, panie. Tyle tylko, że ojciec był wolnym gościem komesa Mroczka w Sulęcinie i za zdradę stanu musiał uciekać ze Śląska. Ukrywał się w Puszczy Noteckiej, aż go złapał pod Santokiem wielmożny kasztelan międzyrzecki. Chciał go oddać do Sulęcina, ale miasto przejęli już wówczas templariusze, więc pan kasztelan kazał mego ojca jeno obwiesić. Matkę uratowało to, że była brzemienna. Jego wysokość kasztelan przyjął ją do służby na zamku międzyrzeckim, gdzie niedługo potem się urodziłem. Miałem jeszcze trzech starszych braci i siostrę, ale nie wiem, co się z nimi stało?
– Jak wołają na matkę?
– Racława, ale ona panie nie żyje. Spalił ją Niemiec, jeszczem pacholęciem był. U siostry się chowałem, ale i ona nie żyje. Jej spalone szczątki rozwlókł po śniegu rycerz Sunnenwald.
Marcin zacisnął pięści. Szybko jednak popatrzył, czy młodzi zauważyli jego słabość i popędził ich do przewidzianych regulaminem obozu czynności.
– Starajcie się godnie nosić imię gniazda swych ojców a Bóg pozwoli księciu zauważyć wasze zasługi – rzucił jeszcze na odchodne i poczekawszy aż znikną w tłumie, sam podążył ku niszy, w której spodziewał się zastać książęcy poczet i gdzie czekały go własne obowiązki.

Ciąg dalszy za tydzień

W oczekiwaniu na cud

Autor nie mógł wiedzieć, co napisałam we wpisie świątecznym, bo było jeszcze kilka dni przed świętami i właśnie zaczynała się Chanuka, gdy przysłał mi taką propozycję… W każdym razie pisałam, że zdarzył się cud. Dziękuję, Tiborze!

Tibor Jagielski

…jak chcesz, a kiedy – będziesz wiedziała sama
podczas oczekiwania na cud
pozdrawia

tibor

Autor: Tibor Jagielski
Mozart Don Giovanni Finale

WIERSZE  DNI ZAMACHU STANU

nasz krzyk
milknie
bogowie
przechodzą obok nas
obojętni
(16)

słońce tańczy na soplach wiszących z okapu
krople spadają na parapet
rozlewają się i zamarzają natychmiast
cisza
(17)

48

w nocy
po bezskutecznej rewizji
wzięli mnie

– wsadzimy cię do celi z pedałami
to ci dadzą popalić
ty dupo

mówili
wspierając dłonie na przytroczonych do boku kaburach
(a ten “dobry” pozwolił wziąć szczoteczkę i fajki)

jak było
pytali mnie potem
– hujowo normalnie
(18)

z cyklu “krzyk ryby”,*)
szczecin, 1981/12/20


*) wydany w opozycji do  stanu wojennego z 13/12/1981
w ilosci ok. stu egzemplarzy
tomik wierszy;
wydawałam wtedy także  moje obrazki,
powielałam (głównie techniką linorytową) i wieszałam w środkach masowej komunikacji

najlepsze rysunki i wiersze umieszczałam na ścianie mojego pokoju, ale z tej pożogi niewiele ocalalo,
może jeden napis na murze berlińskim, parę zdjęć i powyższy rysunek.

Czarny czwartek

Ewa Maria Slaska

17 grudnia 1970 roku
Gdynia

Tego dnia, podczas tak zwanych rozruchów grudniowych, partia wydała rozkaz strzelania do strajkujących robotników. Byli zabici. Ilu? Tego do dziś nikt nie wie. Pochowano ich ukradkiem na cmentarzu na Witominie w Gdyni i Emaus w Gdańsku.

Dziś, po pół wieku, pamięć o tym, co się zdarzyło pielęgnuje przede wszystkim ta piosenka.

Ballada o Janku Wiśniewskim

Chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chyloni
Dzisiaj milicja użyła broni
Dzielnieśmy stali, celnie rzucali
Janek Wiśniewski padł

Na drzwiach ponieśli go Świętojańską
Naprzeciw glinom, naprzeciw tankom
Chłopcy, stoczniowcy, pomścijcie druha
Janek Wiśniewski padł

Huczą petardy, ścielą się gazy
Na robotników sypią się razy
Padają starcy, dzieci, kobiety
Janek Wiśniewski padł

Jeden raniony, drugi zabity
Krew się polała grudniowym świtem
To partia strzela do robotników
Janek Wiśniewski padł

Krwawy Kociołek to kat Trójmiasta
Przez niego giną dzieci, niewiasty
Poczekaj draniu, my cię dostaniem
Janek Wiśniewski padł

Stoczniowcy Gdyni, stoczniowcy Gdańska
Idźcie do domu, skończona walka
Świat się dowiedział, nic nie powiedział
Janek Wiśniewski padł

Nie płaczcie matki, bo nie na darmo
Nad stocznią sztandar z czarną kokardą
Za chleb i wolność, i nową Polskę
Janek Wiśniewski padł

Słowa Krzysztof Dowgiałło, muzyka Andrzej Korzyński (pierwszej wersji muzycznej autorstwa Mieczysława Cholewy obecnie się nie wykonuje). Piosenka powstała w roku 1970. Na filmie widzimy inscenizację z roku 1990.

Krzysztof Dowgiałło, który napisał tę piosenkę na gorąco i od razu, nie wiedział, jak się nazywał zabity chłopak, którego na drzwiach zaniesiono pod komitet wojewódzki. Jednak nawet, kiedy już było wiadomo, nikt nie zmieniał słów piosenki. Janek Wiśniewski stał się symbolem Polaków walczących o wolność z czerwonym reżimem.

Ballada o Janku Wiśniewskim została wykorzystana w trzech filmach:

Andrzej Wajda, Człowiek z żelaza (1981), śpiewa Krystyna Janda, towarzyszą jej Jacek Kaczmarski i Przemysław Gintrowski;

Władysław Pasikowski, Psy (1992); balladę wykonują po pijanemu byli esbecy, niosąc na drzwiach pijanego w sztok kolegę; była to oczywiście kpina z tragedii robotników Stoczni z 1970 roku i wywołała spore oburzenie;

Antoni Krause, Czarny czwartek  (2011), śpiewa Kazik Staszewski.

Oprócz Jandy i Kazika piosenkę wykonuje też w wersji punck rocka zespół “Nauka o Gównie”, a podczas Koncertu dla Niepodległej 10 listopada 2018 roku na Stadionie Narodowym w Warszawie wykonali ją Olga Szomańska i Michał Kowalonek.

***
Kolejną odsłoną tej piosenki, jest gryząca, ironiczna parodia, śpiewana od kilku lat przez Suwerena (jeśli ktoś wie, jak się człowiek nazywa, to niech wpisze w komentarzu – ja nie znalazłam żadnych informacji).

Chłopcy z Targówka i ze Śródmieścia
Pomnijcie Jarka, co stan ten przespał
Ludzi łapali, w ludzi strzelali
Jarek Kaczyński spał!

Gdy w telewizji brak teleranka
Gdy na górników czeka łapanka
W wygodnym łożu, na Żoliborzu
Jarek Kaczyński spał!

Jeden zraniony, drugi zabity
krew się polała grudniowym świtem
A tam w łóżeczku, na poduszeczce
Jarek Kaczyński spał!

Gdy w kinie “Moskwa” film o Wietnamie
Jarosław woli drzemać przy mamie
Na prawym boku, w ciepłym półmroku
Jarek Kaczyński spał!

Już Kuroń leży na styropianie,
bo go pobili zomowskie dranie
drżą robotnicy, a on w szalfmycy!
Jarek Kaczyński spał!

Nie płaczcie dzieci, płakać nie warto
W miękiej piżamie, z różową kokardą.
Za chleb, za wolność, za nową Polskę
Jarek Kaczyński spał!

Przypomnę jeszcze, dla porządku, że autorem piosenki w oryginalnej wersji jest Krzysztof Dowgiałło z Trójmiasta, działacz Solidarności, aresztowany (nie internowany, tylko aresztowany!), a potem w roku 1989 kandydat do Senatu w pierwszych (na wpół) wolnych wyborach i wreszcie Senator RP, wybrany miażdżącą większością głosów. Moja teściowa, która była wówczas wolontariuszką podczas wyborów na Osiedlu Brodwino, gdzie mieszkała i gdzie mieszkali też Dowgiałłowie, opowiadała potem, że przy zliczaniu głosów wysortowali zaledwie trzy czy cztery głosy, oddane na kogoś innego, reszta – ogromna sterta – to były głosy na Krzysztofa.

Zawsze ze wzruszeniem myślę, że znałam Krzysztofa od dzieciństwa i zawsze będę pamiętać pewien cudowny zimowy spacer w wigilijny poranek – Krzysztof wpadł do nas i wyciągnął na spacer Tatę i mnie. Poszliśmy do ciemniejącego lasu, po jakimś czasie Krzysztof rozpalił ogienek i wyciągnął z kieszeni bułki i kawałki kiełbasy, które, jakże niebogobojnie, upiekliśmy nad ogniem na patykach. Minęło od tego czasu 60 lat, a ja wciąż nas widzę w ciemniejącym lesie z patykami w ręku, takich obojętnych na wszystko i niezależnych – nikt nam nie powie co wolno, a czego nie wolno w lesie, w Wigilię, o zmroku. Jesteśmy wolnymi ludźmi…

Dziękuję, Krzysztofie!

I może ostatnia uwaga: Zawsze, ale to zawsze płaczę, gdy słucham tej piosenki. Też tam byłam w Gdańsku w roku 1970, w roku 1980, w roku 1981… Dopiero podczas wyborów w roku 1989 byłam w Berlinie, nie głosowałam więc na Krzysztofa tylko – jak zawsze Polacy za granicą – na kogoś z Warszawy. Niestety – nie pamiętam na kogo. Oczywiście na kogoś z naszych, ale na kogo? Nie wiem. Zawsze się łudzę, że na Gieremka albo Holoubka.

Fińska lekcja

Jarosław Suchoples

W ostatnich dniach przez polską prasę przetacza się dyskusja o tym, jak to możliwe, że Finlandii premierem została 34-letnia kobieta, a większość członków jej gabinetu to również panie. Wśród głosów zdziwienia lub zachwytu nie znalazłem jednak właściwie niczego, co tłumaczyłoby polskim czytelnikom w sensowny sposób ten fiński, a w nieco szerszym kontekście północnoeuropejski fenomen.

Dlaczego więc w Finlandii 34-letnia kobieta na czele rządu to nic dziwnego (nic dziwnego dla Finów)? Polscy dziennikarze właśnie po raz kolejny odkryli Amerykę. I nie bardzo wiedzą, jak to odkrycie wytłumaczyć. Próbują konstruować swoje teksty albo w oparciu o biadolenie, że na szczytach władzy na świecie za mało jest kobiet, a Europa Północna to chlubny wyjątek (niestety, nie tłumaczą, z czego się ten wyjątek wziął), albo wpisują się w feministyczną narrację o tym, że świat jest zbyt mało kobiecy, tylko akurat na północy Europy jest bardziej kobiecy (i też nie tłumaczą dlaczego).

No właśnie, dlaczego światem Europy Północnej, bardziej niż gdzie indziej, rządzą kobiety? Odpowiedź jest jednocześnie prosta i skomplikowana. Najkrócej można by powiedzieć – “historia (i geografia, i klimat), głupcze!”

Zacznijmy od historii, trwających dziesiątki, a nawet setki lat procesów emancypacyjnych. Gdy w XVI wieku do władzy w Królestwie Szwecji, którego częścią Finlandia była wtedy, doszedł Gustaw Waza, skoncentrował się on na ugruntowaniu swej władzy monarszej,  założeniu dynastii i umocnieniu państwa, które dzięki temu nie mogło już stać się łatwym łupem zaborczych sąsiadów (brzmi znajomo, co?) Po to, by mieć pieniądze na utrzymanie dworu, administracji i armii, król przeszedł na luteranizm i skonfiskował majątek kościoła. Pastorzy stali się z czasem urzędnikami państwowymi, których państwo wynagradzało, ale i od których wymagało. Wymagało między innymi transmitowania do głów ludu bożego (wolnych chłopów – Szwecja i Finlandia nie znały pańszczyzny) treści zgodnych z programem państwa, a był on na wskroś pragmatyczny: czasy wikingów się już dawno skończyły, lud boży ma pracować, wystrzegać się pijaństwa, złodziejstwa i wszelkiego występku, przestrzegać prawa i płacić podatki.

W zamian władca otaczał poddanych opieką, tworząc sprawnie funkcjonujące państwo, co leżało i w jego interesie, i w interesie poddanych (zapewniał porządek prawny, spokój wewnętrzny, udział we władzy ustawodawczej i możliwość szybkiego wzbogacenia się poprzez udział w łupieżczych wyprawach wojennych, których ofiarą w wieku XVII stała się również Polska, ale przecież strach przed szwedzkim orężem znali też Duńczycy, Rosjanie, Niemcy, a nawet Czesi). Królowie, opierający swoją władzę na wsparciu otrzymywanym od stanu trzeciego, mogli pokusić się zarówno o złamanie potęgi arystokracji (z czasem stała się ona bazą warstwy urzędniczej, korzystającej nadal ze swego bogactwa, wykształcenia i ogłady, ale pozbawionej już władzy politycznej), jak i próbę stworzenia przynajmniej regionalnego mocarstwa. Niejako przy okazji chłopi i mieszczanie również korzystali z  wolności. Jedni lepiej, inni gorzej, jedni wykorzystując nadarzające się okazje, a inni tracąc je lub przeoczając, ale czyniąc to na własny rachunek i odpowiedzialność.

Tutaj dochodzimy do pierwszego warunku emancypacji kobiet z północy kontynentu. Skoro chłopska rodzina musiała się na własny rachunek utrzymać na gospodarstwie, którego ziemia specjalnie urodzajna nie była, a warunki klimatyczne (długie zimy) nie rozpieszczały, to stała ona przed prostym wyborem: albo wszyscy razem pracujemy po to, żeby razem przeżyć, albo razem zginiemy, jeśli zaczniemy “wydziwiać”, np. dzielić prace na męskie i kobiece. Mróz i głód nie zapytają czyś mężczyzną, czy kobietą. Spiżarnia musi być przed zimą pełna, dom zaopatrzony i wyremontowany, a kto to zrobi (lub nie), to już Wasza sprawa.

Wojny prowadzone przez Szwedów i Finów (tak, tak, szwedzka kawaleria składała się głównie z Finów, którzy na swoich małych, a silnych koniach siali, tak jak niegdyś Mongołowie, popłoch w szergach przeciwników) kosztowały jednak życie wielu ich żołnierzy, a ubytek ten w słabo zaludnionym Królestwie Trzech Koron trudny był do zrekompensowania. Mąż ruszał na wojnę, żona i dzieci zostawały same. Czasem na wiele lat, a czasem na zawsze. To ona musiała przejąć wszystkie obowiązki, nakarmić rodzinę i zapłacić podatki. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że falę funkcjonalnej emancypacji Szwecja, a wraz z nią Finlandia praktykowała przez całe stulecia, począwszy od wieku XVI, podzas gdy reszta Europy miała z nią do czynienia dopiero w wieku XIX, w epoce napoleońskiej (ok. 25 lat) i w wieku XX, w czasie I wojny światowej (4 lata).

Przejście ziem fińskich w roku 1809 pod panowanie rosyjskie nie oznaczało zerwania z dotychczasowymi schematami. W Finlandii nadal obowiązywało szwedzkie prawo, a kraj cieszył się autonomią, która szczególnie po 1863 roku zataczała coraz szersze kręgi. Przydał się tutaj bardzo zależny od państwa (również od Cesarstwa Rosyjskiego) kościół luterański. To w oparciu o jego struktury stworzono efektywny system wiejskiej edukacji (w kraju, gdzie miast prawie nie było, można w zasadzie uznać go za system edukacji narodowej). To wiejski pastor organizował szkołę i uczył dzieci. Religii również, ale przede wszystkim pisania, czytania i podstawowej wiedzy o świecie. Z czasem, po sieci szkół elementarnych, zaczęto tworzyć sieć szkół średnich. Zwieńczeniem systemu było istnienie znakomitego Uniwersytetu Helsińskiego, kuźni kadr administracji kraju, który był oczkiem w głowie wielkich książąt Finlandii, czyli carów Rosji.

Ludzie, którzy umieją czytać, muszą mieć co czytać. I co robić. Nie dziwi więc eksplozja fińskiej prasy, dla kobiet i mężczyzn, rozwój klubów i stowarzyszeń, a wreszcie partii politycznych. Wszędzie tam fińskie kobiety były aktywne w zasadzie od samego początku. Przy tym miały one, moim przynajmniej zdaniem, pewną przewagę. Wciąż było ich więcej. Mężczyźni wędrowali często za pracą, chociażby do pobliskiego St. Petersburga. Nierzadko też emigrowali za ocean, pozostawiając rodziny. I znowu to kobiety musiały stawić, często samotnie, czoła życiowym wyzwaniom. Nic więc dziwnego, że symbolem fińskiej kobiety są jej niezliczone klucze i kluczyki od drzwi, szaf i szuflad całego domostwa. To ona zań odpowiadała. A mąż? Nawet jeśli wrócił, to i tak nie wiedział, gdzie i co się znajduje, a poza tym, to nie on już w domu rządził. W domu był gościem i to nieraz kłopotliwym (ach to pijaństwo i skłonność do przemocy!)

Czymś naturalnym było więc, że kiedy w 1906 roku przeprowadzono reformę parlamentu i systemu wyborczego, kobiety uzyskały w Finlandii prawo do wybierania posłów i prawo bycia wybieranymi jak posłanki. W pierwszym powołanym według nowych zasad parlamencie było ich 19, to znaczy 9,5% ogółu posłów. To był rok 1907. A później już poszło… Jeszcze nie w okresie międzywojennym (wtedy kobiety działały w partiach politycznych i w parlamencie), ale jakieś 25-30 lat po II wojnie światowej już tak, i to nie tylko coraz aktywniej w polityce, ale i w biznesie. Przyszedł czas na pierwsze kobiety ministrów, przewodniczące parlamentu i piastujące urząd prezydenta czy prezesek i członkiń zarządu dużych firm. Dlatego powołanie Sanny Marin na stanowisko premiera rządu to najnaturalniejsza sprawa pod słońcem. I chyba tylko w tak bardzo zajętej sobą Polsce może to stanowić sensację.

Jej premierostwo to również egzemplifikacja fińskiego pragmatyzmu i koncepcji społeczeństwa. Przecież pięcio i pół milionowy naród nie może zrezygnować z połowy, z grubsza rzecz biorąc z połowy, talentu, pracowitości i poświęcenia swoich obywateli (przepraszam, obywatelek). Nie może też powiedzieć połowie z nich, że są gorsi albo że się do czegoś nie nadają. W państwie, którego fundamentem są dwie zasady: poszanowanie prawa i bezwględna równość wszystkich jego dzieci, to po prostu niemożliwe. Czasem wydaje mi się, że ta równość, to jakiś fetysz Finów, ale chyba lepiej tak, niż jakieś dziwaczne podziały na pierwszy sort i inne, panów i chamów, patriotów i zdrajców itd.

Chyba dlatego Polacy Finlandii mogą zazdrościć (przynajmniej niektórzy). Jednak trzeba mieć świadomość, że w Polsce szybko drugiej Finlandii czy Szwecji dla kobiet i wszystkich innych jej mieszkańców nie stworzymy. Najpierw musielibyśmy przekształcić w ekspresowym tempie nasz katolicki kościół w instytucję służącą państwu na wszystkich frontach (kościół luterański jako element systemu obrony państwa – zgrabny temacik na zupełnie inną pogadankę; inną, ale jakby nie do końca), stworzyć rozsądny system edukacji i nie “reformować” go co 4 albo 8 lat, i jeszcze mieć rządy, których absolutnym priorytetem byłoby umacnianie praworządności w kraju i świadomości prawnej wśród jego obywateli oraz koncepcji równości, równości wobec prawa i siebie nawzajem z żelazną konsekwencją, nieznającą albo prawie nieznającą wyjątków. Pewnych spraw nie przeskoczymy. Trzeba je w mozole przerobić i przetrawić. I chociaż dzisiaj wszystko dzieje się dużo szybciej niż w XVII wieku, to wciąż mówimy o czasie liczonym nie w latach, a w pokoleniach. Równość płci nigdy nie była w Finlandii czy w ogóle w Europie Północnej celem samym w sobie. To “tylko” efekt pewnej drogi rozwoju państwa i społeczeństwa. Tylko tyle i aż tyle. To trochę jak z hokejem. W 1976 roku w czasie mistrzostw świata w Katowicach Polska grała z Finlandią dwa razy. Było 3:3 i 5:5. Dzisiaj Finlandia jest mistrzem świata, a gdzie jest polski hokej? Niestety, bez pracy, konsekwencji, wysiłku popartego dobrym planem…, ale o czym ja właściwie piszę.

A tak w ogóle to Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku! Hyvää joulua ja onnellista uutta vuotta!


Jarek Suchoples jest profesorem wizytującym w Instytucie Sztuki, Muzyki i Badań nad Kulturą Uniwersytetu w Jyväskylä. W latach 2017-2019 był Ambasadorem RP w Finlandii

Barataria na gobelinach

Dla Pana Wojciecha Charchalisa

Ewa Maria Slaska

Panie Wojciechu! Barataria to nie Bakszysz!

Z uporem maniaka wracam do tematu sprzed tygodnia, do pomysłu tłumacza, żeby inaczej nazwać wyspę Baratarię, którą Książę Pan i Księżna Pani  w przypływie złośliwej fantazji ofiarowali giermkowi Don Kichota. Przez całą pierwszą część Dzieła i spory kęs drugiej Sancho Pansa, przymierając głodem, marznąc po nocach i cierpiąc od upału w ciągu dnia, często gęsto zbierając cięgi za swojego pana, jechał wiernie na swoim osiołku, nie otrzymując w zamian żadnej nagrody. Jedynym jego wynagrodzeniem była obietnica, że kiedyś jego pan podaruje mu wyspę. Cóż to miała być za wyspa! Wyspa spełnienia życzeń, szczęścia, lenistwa, dobrobytu, czarodziejska wyspa, utkana ze wszystkich marzeń ciężko pracujących ludzi, którym obietnica cudu pomaga przetrwać udręki codzienności. Wyspa, na którą czekał Sancho Pansa, była w świecie maluczkich wyrazistsza i lepiej zrozumiała, niż religijna obietnica Raju. Raj to była abstrakcja, przeznaczona tylko dla tych, którzy nigdy nie zgrzeszyli, a któż z nas nigdy nie zgrzeszył? Być może po śmierci mieszkali tam bogaci, bo bogaty wszędzie wejdzie, a jak się nie da wejść czy wjechać, to wpełznie jak gąsienica, gdyż pieniądz toruje mu drogę. Biedny wie, że nie ma nawet prawa pomarzyć o raju. Tymczasem wyspa jest zarazem baśniowa i realna, leży niemal w zasięgu ręki, za lasem, za zakrętem drogi, na rzece, jeziorze, morzu, oceanie. Na wyspie jest realne jedzenie, kasza, cebula, kawał mięsa, bochen chleba, stągiew wina. Wyspa obiecywała, że raz wreszcie można najeść się do syta, napić do woli, wyspać godnie, może białkę przytulić, ale to akurat nie było najważniejsze. Bo wszystkiego mogło brakować w życiu biedaków, ale seks zawsze był, była to wszak najtańsza rozrywka, na jaką stać było biedaka.

Dlatego tak okropna była w opowieści Cervantesa ta przewrotność Księżnej i Księcia, którzy dali Sancho Pansie ową Wyspę tylko dla żartu i żeby z niego zakpić. Uprzedzili go nawet o tym.

Digo, pues, que con todo su acompañamiento llegó Sancho a un lugar de hasta mil vecinos, que era de los mejores que el duque tenía. Diéronle a entender que se llamaba la ínsula Barataria, o ya porque el lugar se llamaba Baratario, o ya por el barato con que se le había dado el gobierno. Al llegar a las puertas de la villa, que era cercada, salió el regimiento del pueblo a recebirle; tocaron las campanas, y todos los vecinos dieron muestras de general alegría, y con mucha pompa le llevaron a la iglesia mayor a dar gracias a Dios, y luego, con algunas ridículas ceremonias, le entregaron las llaves del pueblo, y le admitieron por perpetuo gobernador de la ínsula Barataria.

Wyspa nazywała się taniocha, bo za taniochę Sancho ją otrzymał.

Oczywiście artyści, którzy od lat przedstawiali Baratarię, zapominali o tym, że jej pierwociny były proste, przedstawiali ją po królewsku wspaniale.


U góry: Obraz (tzw karton) Charlesa Antoine’a Coypela, Sancho Pansa przybywa do Baratarii, stanowiący wzór dla gobelinu; poniżej ten sam temat oraz Uczta Sancho Pansy w Baratarii już jako gobeliny utkane wg obrazów Coypela i otoczone bogatymi rokokowymi bordiurami na modnym wówczas karmazynowym tle.

Mistrzami odpowiedzialnymi z przeniesienie wizji malarza na warsztat tkacki byli ojciec i  syn Michel i Jean Audranowie. Gobeliny zostały wykonane z wełny i jedwabiu, a znajdują się w Getty Museum w Malibu, California, USA. Coypel, nadworny malarz Ludwika XVI, przygotował 28 kartonów do produkcji gobelinów z serii o don Kichocie, która została w XVIII wieku w różnych wersjach wykonana dziewięciokrotnie i praktycznie rzecz biorąc zdominowała całą tekstylną produkcję Królewskiej Manufaktury Mebli i Gobelinów w Gobelin koło Paryża.

Gobeliny z pierwszej serii były przeznaczone na królewski podarunek dla Marii Krystyny i Alberta Kazimierza, księstwa Saxen-Teschen, którzy w owym czasie wspólnie zarządzali tzw. Niederlandami Austriackimi czyli dzisiejszą Belgią. Księżna Maria Krystyna była siostrą królowej Marii Antoniny. Książę Albert Sasko-Cieszyński – synem króla Polski, Augusta III i Marii Józefy Habsburżanki.

Przy okazji ciekawostki – Księstwo Maria Krystyna i Albert mieszkali w Cieszynie i znacznie przyczynili się rozkwitu gospodarczego księstwa Cieszyńskiego. Po śmierci żony pogrążony w smutku książę przeniósł się do Wiednia. Książę był kolekcjonerem sztuki, zgromadził największą na świecie kolekcję rysunków i grafik starych mistrzów. Kolekcja zgromadzona w pałacu Księcia dała początek muzeum, które od imienia księcia nazwane zostało Albertina. Jest to dziś jedno z najsłynniejszych muzeów na świecie.

Również gobeliny o Don Kichocie weszły w skład zbiorów Albertiny, wciąż jednocześnie pozostawały w posiadaniu członków dynastii Cieszyńskiej. Dopiero w roku 1936 jeden kolejnych właścicieli przeprowadził się do Londynu i zabrał ze sobą gobeliny. Ich losy przez następnych 30 lat były nieznane. Pojawiły się na rynku w roku 1967, kiedy to Alice Bucher ze Szwajcarii wystawiła je na sprzedaż w Domu Aukcyjnym Sotheby’s w Londynie. Muzeum Paula Getty’ego nabyło je tamże w roku 1982.

Muzeum Getty’ego nie podaje kim była Alice Bucher – dzięki informacjom znalezionym w internecie pozwalam tu więc sobie popuścić nieco wodze fantazji. Niejaka Alice Bucher ze Szwajcarii wystawiła gobeliny na sprzedaż w roku 1967. W tym samym roku w Adligenswil koło Lucerny niejaka Alice Bucher zbudowała największe i najnowocześniejsze na owe czasy przedsiębiorstwo drukarskie – Druckzentrum C. J. Bucher. Alice prowadziła tę skromną firmę rodzinną już od roku 1941, kiedy jej mąż ciężko zachorował. W roku 1967 firma zdobyła się na niebywały skok inwestycyjny, a w dziesięć lat pźźniej powołała do życia fundację wspierającą milionowymi dotacjami instytucje pedagogiczne, artystyczne i społeczne w Lucernie. Czyżby to gobeliny z Sancho Pansą, gubernatorem Baratarii, pozwoliły przedsiębiorstwu Bucherów tak świetnie się rozwinąć? Szkoda tylko, że nie wiemy, jak Alice weszła w ich posiadanie. W styczniu 2018 roku drukarnia Alice Bucher firma przestała istnieć. Do bankructwa doprowadził ją internet.

Tak bywa. Fortuna kołem się toczy.

Legenda głosi, że gobeliny otrzymały swoją nazwę od tak wysokiego kunsztu tkackiego, że zasadniczo nie mogły być dziełem rąk ludzkich i musiały powstać jako dzieło goblinów, utalentowanych baśniowych rzemieślników. Ale rzeczowa Wikipedia najwyraźniej nigdy nie słyszała o takiej wersji nazwy gobelin. Gobelin to Gobelin, mała miejscowość nieopodal Paryża, w której ulokowano manufakturę, a która wzięła swą nazwę od nazwiska słynnych farbiarzy, mieszkających tu od XV wieku. Czy to oni tak byli utalentowani? Może, w każdym razie to oni jako pierwsi uzyskali ów wspaniały karmazynowy kolor, dający się zastosować w arrasach. Farbiarstwo zapewniło rodzinie Gobelin nieprzebrany majątek, ten z kolei zapewnił im wejście do stanu szlacheckiego.

No tak. Fortuna gobelinem się toczy…

I jeszcze się potoczy. Za tydzień TU

Lublinerzy i Lublinerowie

for English scroll down

czyli projekt Andrzeja Titkowa

Kiedyś wydałam książkę o rodzinie.

Kiedyś Andrzej Titkow zrealizował taki film, który po polsku nazywa się Lublinerzy.

Film Titkowa dotyczy mieszkańców Lublina. Moja książka to historia rodziny, która wzięła nazwisko od od tego miasta, ale to co ja jako kronikarka wiem, już się z tym miastem nie łączy. Dalekie ślady prowadzą do Galicji, do Krakowa, rodzina przeniosła się do Warszawy, a po wojnie rodzinne drogi rozeszły się po świecie, a my zawędrowaliśmy do Łodzi, Gdańska, Berlina, Ottawy i Florencji.


Teraz koleżanka tłumaczy książkę na niemiecki (pieniądze by się przydały, oczywiście, ale to nie o takie sumy tu teraz chodzi), a Andrzej Titkow chce zrobić film, a pieniędzy po prostu nie ma i prosi o nie w sieci. W apelu jest zdjęcie, jak Andrzej siedzi na schodach. Nie widać kapelusza, pewnie jest z drugiej strony. Postanowiłam, że usiądę sobie obok niego i też będę prosić na ten film. Dajcie, dobrzy ludzie, my naprawdę robimy te książki i filmy nie tylko dla siebie, ale dla Was, przede wszystkim dla Was!


Lublinerzy/ LUBLINERS
Jestem poetą, reżyserem, scenarzystą i producentem. W branży filmowej pracuję prawie pół wieku. Jestem autorem osiemdziesięciu filmów dokumentalnych, filmów fabularnych, spektakli teatralnych i telewizyjnych. Filmy o tematyce żydowskiej są obecne w mojej twórczości od wielu lat. Pełnometrażowy dokument „Lublinerzy” to jeden z nich. Pracuję nad nim od kilku lat. Pomysł filmu zrodził się podczas Lubliner Reunion, zorganizowanego przez Ośrodek “Brama Grodzka-Teatr NN, który odbył się w dniach 3-7 lipca 2017 roku. Uczestniczyłem w tym niezwykłym wydarzeniu i prowadziłem jego dokumentację.

W filmie „LUBLINERZY” chcę przedstawić historię kilku żydowskich rodzin na szerszym, społeczno-politycznym tle historii międzywojennej Polski. Chcę pokazać możliwie wszystkie aspekty tego życia, niczego nie pomijając, ani nie zatajając. Polska była przez wieki krajem wielokulturowym, a życie społeczności żydowskiej było nierozerwalnie związane z polską historią. Korzenie bohaterów tego filmu są ściśle związane z Lublinem i choć los rozrzucił ich po całym świecie, tysiące niewidzialnych nici wiążą ich wciąż z tym miastem. W tym filmie chcę pokazać problem Zagłady od strony psychologicznej i jednostkowej, poprzez bardzo osobiste, często intymne, opowieści filmowych protagonistów. Każda z tych historii jest inna, lecz wszystkie są jednakowo poruszające i niosą humanistyczne przesłanie. Chcę w tym filmie pokazać nie tylko niewyobrażalne cierpienie związane z żydowskim losem podczas Zagłady, ale także zaakcentować ludzką wolę przetrwania, która potrafi przezwyciężyć śmierć.

Ten dokument jest projektem bardzo wyjątkowym i trudnym ze względu na sam temat, jak również z powodu  ilości protagonistów i miejsc zdjęciowych oraz wielu innych elementów. Pewne środki finansowe zostały już pozyskane dzięki szczodrości Prezydenta Lublina, pan Krzysztofa Żuka, jednak jest to kwota niewystarczająca do rozpoczęcia produkcji. W tej sytuacji zmuszony jestem do poszukiwania jeszcze innych zródeł finansowania i, z tego powodu, zwracam się również do Państwa. Ten niezwykle ważny i potrzebny film ma szansę powstać jedynie dzięki Waszej wspaniałomyślnej pomocy. Wszyscy darczyńcy zostaną wymienieni w napisach końcowych filmu, dostaną płytę dvd z filmem oraz zostaną zaproszeni na uroczystą premierę, która zaplanowana jest na grudzień 2020 roku.

My name is Andrzej Titkow. I am a poet, film director, a producer and a scriptwriter with a long experience. I am the author of 80 documentaries and several TV feature films including a drama serial, a cinema feature, a few stage drama performances and TV spectacles. I am also an author of three Volumes of Verse. Throughout my career, the Jewish themes were constantly present in my artistic activity.

My latest project, a full-length documentary entitled “Lubliners” focuses on the history of several Jewish families in Diaspora. For centuries, Poland was a multicultural country, and the life of the Jewish community is inextricably linked to Polish history. The roots of my protagonists are closely related to Lublin. Although, their fate has spread them all over the world, thousands of invisible threads still tie them with this city. The idea to make such a documentary came up in my mind during Lubliner Reunion, which took place from 3 to 7 July 2017.

This documentary may provide an opportunity to unveil the truth hidden in the deepest part of the history. The testimony of protagonists bring valid and yet universal message. I am deeply convinced that this testimony will be able to preserve, reaching the subsequent generations. In my documentary, I would like to present Shoah through the stories of my protagonists. Each of them is different, yet they are all equally complex and moving. My goal is to present not only the enormity of the suffering bounded to the Jewish fate, but also to emphasize the great will to survive, which transcends death.

“LUBLINERS”  is very demanding project, which requires  a full commitment due to a number of protagonists, locations and other elements. I would like to mention that the some financial means were already provided by the President of Lublin. This amount of money was a great support, thanks to which I was able to finish the development stage. Nevertheless, this sum is not sufficient to start production and therefore I am asking for help. The amount acquired through this fundraising will allow me to start shooting in various places around the world. Your generous help is the only way to obtain the goal of creating valid and worthwhile film. I would like to assure that all the donators are going to be mentioned in the film credits. I also provide them a DVD copy of the documentary. Finally, all the benefactors are going to be invited for the official film premiere in Lublin in December 2020.

30 lat temu upadł Mur Berliński (10)

Ela Kargol

Mur, Gartenstraße

Mało kto wie, że najdłuższym fragmentem muru, dzielącym Berlin Zachodni od Berlina Wschodniego, zachowanym w całości po dzień dzisiejszy, jest ponad stuletni mur z żółtej cegły klinkierowej przy ulicy Gartenstraße, wzmacniający groblę kolejową dawnej Kolei Szczecińskiej, a teraz Parku na Dworcu Północnym. Wysoki na trzy metry nasyp kolejowy, z całą jego infrastrukturą powstał w 1876 roku w wyniku rozwoju i rozbudowy Kolei Szczecińskiej.

Park otwarto 10 lat temu i na każdym kroku napotykamy jego historię, ślady Kolei Szczecińskiej, Muru Berlińskiego i lat po upadku muru, kiedy roślinność miała czas i wolny wybór, żeby zawładnąć tą wtedy jeszcze ziemią niczyją.

Po II Wojnie Światowej Berlin stracił swoje znaczenie dużej metropolii kolejowej. Budynki dworcowe zostały zniszczone, a połączenia kolejowe po nowym wyznaczeniu granic stały się nieużyteczne.

Stettiner Bahnhof (Dworzec Szczeciński) przestał być Szczecińskim, nie było już Stettina, Szczecin znalazł się w granicach Polski i przestał być portem Berlina.

1 grudnia 1950 roku dworzec otrzymał nową nazwę, Dworzec Północny. Z powodu wojennych zniszczeń, ale też i swego położenia w Berlinie Wschodnim i przede wszystkim dlatego że jedyne połączenie stacji z resztą sieci kolejowej prowadziło na krótkim odcinku przez Berlin Zachodni, dworzec zamknięto, a trzy lata później postanowiono go zburzyć. Prace rozbiórkowe trwały do roku 1962. Wtedy stał już Mur Berliński i cały teren dworca znalazł się w pasie granicznym.

Centrum Informacyjne Miejsca Pamięci Muru Berlińskiego mieści się na rogu ulicy Gartenstraße i Bernauerstraße, a więc w miejscu, gdzie Mur Berliński pod kątem 90 stopni skręcał na północny zachód i rysując prawie kwadrat przebiegał wzdłuż Liesenstraße, przecinał Chausseestraße i Szprewę, po czym wracał do Invalidenstraße.

Oferta centrum informacyjnego jest bardzo bogata. Proponowane jest przede wszystkim oprowadzanie po Bernauerstraße, wystawy, wykłady, szczególnie teraz w 30 rocznicę upadku muru wydarzeń jest bardzo dużo. Widokówek z Dworcem Szczecińskim lub murem przy Gartenstraße jednak nie ma. Trochę rozczarowana wychodzę z budynku.

Stoję zwrócona do muru z żółtej cegły, który „dzięcioły” zostawiły w spokoju, graficiarze nie do końca i pstrykam fotki. Na przystanku autobusowym stoi starsza pani. Myślę, że jest trochę starsza ode mnie, okazuje się starsza więcej niż trochę. Pytam, czy pamięta jeszcze ten dworzec. Mówi, że doskonale pamięta. To tu żegnała swojego ojca, który odjeżdżał na front wschodni do Königsbergu. Mieszka niedaleko, na Osiedlu Ernsta Reutera, które powinnam znać, ale nie znam, doczytuję później w internecie. Osiedle zostało uroczyście otwarte w 1954 roku przez Theodora Heussa, który na tym osiedlu też ma swoją ulicę. Osiedle było przewodnim projektem Berlina Zachodniego, położone blisko granicy z sektorem radzieckim i oferowało mieszkania socjalne robotnikom zachodnim i uciekinierom z sektoru wschodniego. Miało być odpowiedzią na socrealistyczną zabudowę powojenną Alei Stalina (dzisiejszej Alei Karola Marksa). Pani z przystanku opowiada dalej o bliskości muru, o nie dających spać, szczekających psach na granicy, o strzałach, które słyszała.

Przyjechał autobus. Pani wsiadła, ja nie zdążyłam zapytać ją o numer telefonu, ani dać swojego. Nie wiem, czy jej ojciec wrócił z frontu wschodniego, a jeżeli, czy też na Dworzec Szczeciński?

Już nie jestem rozczarowana brakiem kartki z dworcem.

Przypomniała mi się też inna historia związana z tym miejscem. Ostatnio podczas spaceru z przewodnikiem po terenie byłego Dworca Szczecińskiego podeszła do mnie kobieta, której, matka uciekając po II Wojnie Światowej z okolic Szczecina, wysiadła po kilkudniowej podróży właśnie na Dworcu Szczecińskim.

Nie zawsze wycieczka z przewodnikiem, nawet jeśli ciekawa, musi być ciekawsza od rozmowy z przypadkowym przechodniem, który może okazać się prawdziwą kopalnią wiedzy, tej osobistej. Pani z przystanku pamiętała też tzw. Tunel Szczeciński, który łączył po wybudowaniu nasypu Kolei Szczecińskiej Gartenstraße z Schwartzkopffstraße. Już w roku 1952 władze NRD nakazały zamurowanie tunelu, następne ściany i przegrody powstały w roku 1961. Nad tunelem znajdował się pas śmierci i stąd rozchodziło się po osiedlu po zachodniej stronie ujadanie psów.

Zamurowne i to kilka razy zostało też wejście do S-Bahnu od strony Gartenstraße, a podziemny Dworzec, już wtedy, Północny stał się tzw. „dworcem widmo”. Pociągi przestały zatrzymywać się na stacji, przejeżdżały wolno, uzbrojeni enerdowscy wartownicy stali na straży opuszczonych i zamurowanych przystanków.

Po upadku muru, stację otwarto 1 września 1990, niedługo później została znowu zamknięta, tym razem nie z powodów politycznych, lecz technicznych – konieczny był remont, który przeprowadzono pod nadzorem konserwatora zabytków i 1 marca 1992 stację ponownie otwarto.

Na półpiętrze budynku znajduje się warta zobaczenia wystawa o dworcach granicznych i „dworcach widmo” w podzielonym Berlinie i próbach ucieczek przy wykorzystaniu tuneli kolei podmiejskiej i metra.

Po wyjściu z dworca kolejki miejskiej na Elisabeth-Schwarzhaupt-Platz zwraca się natychmiast uwagę na wysokie budynki, należące do Kolei Niemieckiej, a dopiero po chwili dają się zauważyć wpuszczone między płyty chodnikowe szyny kolejowe, mnóstwo szyn, a na poprzecznych belkach nazwy miast, do których odjeżdżały pociągi z Dworca Szczecińskiego.

Idąc dalej Gartenstraße w kierunku Invalidenstraße mijam kilka śladów pamięci, przypominających próby ucieczek na drugą stronę. Miejsca oznaczone numerami, datą, często niepełnym nazwiskiem (czasem go w ogóle brak) przypominają o absurdalnym podziale miasta.

Gartenstraße, czyli ulica Ogrodowa, zawdzięcza swą nazwę rodzinom ogrodników, sprowadzonych w XVIII wieku z Saksonii, których zadaniem było zamienić tę piaszczystą nieurodzajną ziemię w sady i ogrody. Do dziś do ulicy przylega dużo terenów zielonych.

Gartenstraße to nie tylko mur i kolej Szczecińska, to przekrój historyczny miasta od XVIII wieku po czasy dzisiejsze.

30 lat temu upadł Mur Berliński (9)

Joanna Trümner

Mur w literaturze

W kilka dni po postawieniu muru ruszył cały aparat propagandy, w enerdowskim radiu non stop grano propagandowe piosenki, gloryfikujące państwo wschodnioniemieckie. Jedną z najbardziej znanych skomponował 11.08.1961 roku, czyli na dwa dni przed postawieniem muru, Siegfried Matthus. Nazywała się Pieśń o pokoju 1961.

Im andren Teil des Landes gilt noch des Krieges Wort,
die Glut des Weltenbrandes klingt dort noch immer fort.
Geteilt sind Land und Leute, der Frieden ist geteilt.
Wenn wir den Frieden heilen, wird auch das Land geheilt.

(W tamtej części kraju wciąż jeszcze trwa wojna
A żar rozpętanego na świecie pożaru ciągle się tli
Kraj i ludzie podzieleni, podzielony jest pokój
Ratujmy pokój, by uzdrowić ten kraj)

Propagandą zajęły się wszystkie środki masowego przekazu, prasa, radio i telewizja. W kampanię włączyły się dobrowolnie teatry, również dobrowolnie wsparli ją pisarze. W Berliner Ensamble, teatrze, który do tej pory znany był z krytycznej refleksji, grano kilka scen w konwencji brechtowskich inscenizacji. Historie o trzynastym opowiadały o zbudowaniu muru jako gwarancji pokoju.

Słynne oświadczenie przewodniczącego państwa, Waltera Ulbrichta, wygłoszone podczas międzynarodowej konferencji prasowej 15 czerwca 1961 r. w Berlinie Wschodnim

Większość enerdowskich intelektualistów była zresztą zdania, że wydarzenia z 13 sierpnia 1961 były nieuniknione i że od tego „punktu zero” społeczeństwo NRD może dzięki zamkniętym granicom zacząć budować wolne i demokratyczne państwo. Duża część społeczeństwa przekonana była o tym, że po postawieniu muru i zniesieniu czarnego rynku (kurs marki zachodniej, tzw. D-Mark do marki NRD wynosił w kilka miesięcy przed postawieniem muru 1:6) gospodarka socjalistyczna zacznie kwitnąć i państwo osiągnie stabilizację gospodarczą, zaś w chwili jej osiągnięcia mur zniknie sam, ponieważ nie będzie dłużej politycznie potrzebny.

Ogólnie można powiedzieć, że zarówno na wschodzie Niemiec jak i na Zachodzie mur nie należał do priorytetowych tematów literatury. Na Zachodzie związane było to z faktem, że wielu pisarzy miało bardzo lewicowe poglądy. Z kolei twórcy z NRD, lojalni wobec władz, nie pisali o murze w ogóle lub też przedstawiali go zgodnie z panującą propagandą. W roku 1969 w Wydawnictwie Wojskowym ukazała się antologia Zielone race, zbiór opowiadań i wierszy członków “kolektywów literackich Wojsk Ochrony Pogranicza”. Ukazują one mieszkańców obsypujących kwiatami czołgi ryglujące granicę z Zachodem, a słupy podtrzymujące drut kolczasty “stoją wyprężone niczym żołnierze”.

Nie można zresztą powiedzieć, żeby postawienie muru pociągnęło za sobą wielką falę protestów – zarówno po wschodniej jak i zachodniej stronie. Na Zachodzie Amerykanie krótko zaprezentowali swoją siłę militarną, złożyli kilka not protestacyjnych i pogodzili się z faktami. Wieczorem, 13 sierpnia 1961 ówczesny Burmistrz Berlina Willy Brandt powiedział przed budynkiem Izby Poselskiej: „Senat Berlina wyraża wobec całego świata protest przeciwko niezgodnych z prawem i nieludzkim przedsięwzięciom ludzi dzielących Niemcy, opresorom Berlina Wschodniego i zagrażających Berlinowi Zachodniemu”.

Zachodnioniemieccy pisarze Günter Grass i trochę zapomniany Wolfdietrich Schnurre napisali list odtwarty do najbardziej znanej autorki enerdowskiej, laureatki wielu renomowanych nagród i wyróżnień, Anny Seghers, nawołując ją do protestu przeciwko postawieniu „antyfaszystowskiego muru ochronnego”. Na ten list odpowiedział pisarz Stephan Hermlin, oficjalnie negując zarzuty zachodnioniemieckich kolegów.

Literatura obydwu państw przedstawiała mur w odmienny sposób. Uwe Johnson opowiada w wydanej w Zachodnich Niemczech w 1965 r. powieści Zwei Ansichten (Dwa punkty widzenia) historię udanej ucieczki pary kochanków, nawiązując do historii Romea i Julii. Christa Wolf, jedna z najbardziej znanych enerdowskich pisarek, publikuje w 1963 roku opowiadanie Der geteilte Himmel (Podzielone niebo), w którym ani razu nie wspomina muru, jedynie na początku powieści napisze i „sierpniowych dniach roku 1961”. Również jej powieść jest historią miłości, miłości bez happy endu. Jej kochankowie rozstają się. Tak samo jak w polskim współczesnym filmie Zimna wojna – Manfred decyduje się na ucieczkę na Zachód, Rita zostaje w socjalistycznej ojczyźnie. Niebo staje się symbolem podziału obydwu państw niemieckich na Wschód i Zachód.

“Früher suchten sich Liebespaare vor der Trennung einen Stern, an dem sich abends ihre Blicke treffen konnten. Was sollen wir uns suchen?” “Den Himmel wenigstens können sie nicht zerteilen”, sagte Manfred spöttisch. “Den Himmel? Dieses ganze Gewölbe von Hoffnung und Sehnsucht, von Liebe und Trauer?” “Doch”, sagte sie leise. “Der Himmel teilt sich zuallererst.”

„Dawniej pary miłosne szukały gwiazdy, na której wieczorem mogłyby się spotkać ich spojrzenia. Czego my mamy sobie poszukać?” „Nieba nie mogą podzielić”, powiedział Manfred ironicznie. „Nieba? Całego tego firmamentu z nadziei i pragnień, miłości i smutku?“ „A jednak”, powiedziała cicho. „Niebo podzieli się jako pierwsze.”

Scena z filmu „Podzielone niebo”, 1964
Temat muru podejmowali autorzy, którzy prędzej lub później popadali w konflikt z reżimem i po długim czekaniu na paszport emigrowali na Zachód, bo tylko tam mogli publikować. O murze w literaturze enerdowskiej nie pisało się wcale lub też w sposób domyślny, zakamuflowany, tak by cenzura nie zabroniła wydania utworu. Do mistrzów kamuflażu należeli m. in. Günther Kunert, Klaus Schlesinger i Heiner Müller.

Ważnym zwrotem w literaturze NRD było pozbawienie obywatelstwa barda i poety Wolfa Biermanna w r. 1976, co pociągnęło za sobą falę protestów i opuszczenie państwa przez wielu wybitnych ludzi sztuki. Wolf Biermann urodził się w Hamburgu. Jako szesnastoletni chłopiec, wiosną 1953 r., kierowany idealizmem „emigrował” do NRD. Już w tydzień po przyjeździe miał pierwsze wątpliwości, co do słuszności swojej decyzji. Podczas zebrania uczniów w prowizorycznej auli w restauracji Fortschritt (Postęp) uczniowie jego szkoły zobowiązani zostali przez organizację młodzieżową do potępienia kościoła ewangelickiego. Biermann opowiada o tym, jak szczupła, blada dziewczynka oświadczyła po cichu: „Ja z kościoła nie wystąpię”. Pociągnęło to za sobą głośną krytykę i pogróżki sekretarki szkolnego oddziału FDJ. Biermann stanął w obronie dziewczyny i oświadczył: „Jestem komunnistą… jestem przeciwko kościołowi… religia jest opium dla ludu…, ale to, co się tutaj dzieje nie jest komunizmem… Mój ojciec nie po to umarł, by teraz upokarzać tę dziewczynę”. (Jego ojciec był komunistycznym robotnikiem w jednej ze stoczni w Hamburgu, ponadto był Żydem i walczył w ruchu oporu przeciwko narodowym socjalistom, zmarł w r. 1943 w obozie koncentracyjnym w Auschwitz).

Wolf Biermann

Biermann, podobnie zresztą jak wielu opozycjonistów, którzy wierzyli w socjalizm, ale chcieli pozbawić ten system niesprawiedliwości i nierówności społecznej, borykał się przez cały okres pobytu w NRD z zakazami wykonywania zawodu, stałą obserwacją przez agentów Stasi i cenzurą. Mimo to nie opuścił swojej nowej ojczyzny dobrowolnie. Jesienią 1976 został zaproszony przez zachodnioniemieckie związki zawodowe IG Metall na serię koncertów po Republice Federalnej Niemiec. Władze wyraziły na ten wyjazd zgodę. Podczas koncertu w Kolonii 13 listopada, podczas którego Biermann krytykuje stosunki panujące w NRD, piosenkarz otrzymuje informację, że został pozbawiony obywatelstwa tego państwa i że decyzję spowodował fakt, iż „rażąc nie wypełniał obowiązków obywatelskich”. W ten sposób władze SED pozbyły się problemu jakim był ten „wróg socjalizmu“.

Z biegiem lat temat muru przestał pojawiać się w literaturze, stał się niezmienną częścię rzeczywistości tego miasta. Na Zachodzie w latach 80 chętnie pokazywano koloryt Kreuzberga, jaki w dużej mierze tworzy jego położenie tuż przy murze. Kreuzberg był enklawą dla młodych ludzi z całego świata, żyjących z dnia na dzień, celebrujących jedną niekończącą się party. Dosyć typowa jest dla tej dzielnicy scena, która rozegrała się w zabawnej powieści Svena Regenera Pan Lehmann w noc 9 listopada 1989 r. Pan Lehmann spędza noc w barze, ulubionej knajpie na Kreuzbergu, kiedy dowiaduje się, że Mur został otwarty. „O, cholera“, mówi zwięźle, a kumpel stojący obok niego powtarza: „O, cholera“. Scena ta mówi więcej niż liczące kilka stron opisy radujących się tłumów przy Bramie Brandenburskiej.

Ciekawe aspekty pojawiają się w opowiadaniu Petera Schneidera Der Mauerspringer, (Muroskoczek) z roku 1982. Są to historie przekraczania muru z Zachodu na Wschód motywowane nudą lub chęcią przeżycia przygody. Nie była to jednak tylko fikcja literacka. W ciągu 28 lat istnienia muru odnotowano ponad 400 tego typu przypadków, wiele osób odniosło rany, co najmniej pięć poniosło śmierć i zostało tym samym uznanym przez historyków za ofiary muru. Bestseller Schneidera zawiera sentencję, która do dzisiaj nie straciła nic na swojej aktualności: „Zburzenie muru w głowie będzie trwało dłużej, niż jakakolwiek firma rozbiórkowa potrzebować będzie do wyburzenia realnego, widzialnego muru“.

Cdn.

Heute vor 80 Jahren

Sehr geehrte Damen und Herren,

wir laden Sie herzlich ein zum

Gedenken aus Anlass des 80. Jahrestags des deutschen Überfalls auf Polen
und des Beginns des Zweiten Weltkriegs
am Sonntag, 1. September 2019, um 13 Uhr auf dem Askanischen Platz in Berlin
auf der Rückseite der Ruine des Anhalter Bahnhofs

Es werden sprechen:
Prof. Dr. Dieter Bingen, Direktor des Deutschen Polen-Instituts
Bundestagspräsident Dr. Wolfgang Schäuble und Sejmmarschallin Elżbieta Witek (angefragt)
Prof. Dr. Zbigniew A. Kruszewski, Teilnehmer des Warschauer Aufstands

Der Deutsch-Polnische Chor „Spotkanie“ wird das Gedenken begleiten.

Der Einladung schließen sich an:
die Bundestagspräsidenten a.D. Prof. Dr. Rita Süssmuth und Dr. h.c. Wolfgang Thierse,
der Direktor der Stiftung Topographie des Terrors Prof. Dr. Andreas Nachama und
der Präsident des Bundesamts für Bauwesen und Raumordnung a.D. Florian Mausbach.

Wir freuen uns sehr, wenn Sie vorzugsweise weiße und rote Blumen (bitte keine Kränze)
mitbringen und im Anschluss an das Gedenken am dafür bestimmten Ort niederlegen.

ACHTUNG: Das Gedenken findet als Versammlung unter freiem Himmel statt – für die
Teilnehmerinnen und Teilnehmer können leider keine Sitzplätze bereitgestellt werden.

Mit freundlichen Grüßen
Dieter Bingen

Anmeldungen sind nicht nötig.

Warum Askanischer Platz?
Im November 2017 hatte eine zivilgesellschaftliche Initiative den Aufruf zur Errichtung eines Denkmals in der Mitte Berlins für die Opfer der deutschen Besatzung in Polen 1939-1945 veröffentlicht und als Gedenkort den Askanischen Platz vorgeschlagen.
Seitdem wird über diese Empfehlung, eine Leerstelle deutscher Erinnerung zu füllen, in der deutschen Öffentlichkeit diskutiert. Das war für das Deutsche Polen-Institut der Anlass einzuladen,  auf dem leeren Askanischen Platz als einem temporären Gedenkort an den deutschen Überfall auf Polen vor 80 Jahren zu erinnern.

Einladung_Berlin_0109