Joanna Trümner (tekst) / Ela Kargol (zdjęcia)
Obóz w Marienfelde
Część pierwsza
Jest piękne, niedzielne popołudnie, leniwe i pogodne. Czekam na Elę przed kompleksem budynków Obozu Uchodźców w Marienfelde. W jednej części byłego obozu znajduje się dzisiaj muzeum, druga służy dalej jako obóz dla uchodźców. Ludzi, których Republika Federalna przyjęła w ostatnich latach (po roku 2015 i znanym na całym świecie oświadczeniu kanclerz Angeli Merkel: „Damy radę”). W tym przejściowym obozie dla uciekinierów i azylantów z 10 krajów i 19 narodowości, prowadzonym przez organizację Internationaler Bund, przebywa obecnie 700 osób. Prawie połowę stanowią dzieci
do 14 roku życia.

Przyglądam się dzieciom grającym w piłkę na podwórku, w oknach suszą się na wietrze porozwieszane na sznurkach ubrania, na parapetach stoją dziecięce buty. Ten widok jest sielanką. Na pozór nie ma w niej miejsca na kłótnie o dostęp do kuchni, hałas, spory i nieporozumienia, które są regułą tam, gdzie zbyt wiele nieznanych sobie osób zmuszonych jest do mieszkania pod wspólnym dachem. Na pozór stoję przed idyllą. Może jest tu tak beztrosko, ponieważ to miejsce ma długą tradycję udzielania ludziom przejściowego schronienia?
Nigdy nie mieszkałam w obozie w Marienfelde, ale od pierwszego dnia pobytu w Berlinie słyszałam o nim wiele opowiadań. A może i legend? Była mowa o mieszkających tam miesiącami rodzinach, dzieciach, które tam spędziły pierwsze tygodnie życia oraz o przyjaźniach, które trwają do dzisiaj. Wiedziałam, że nieraz tygodniami trwały przesłuchania mieszkańców obozu przez amerykańskie, brytyjskie i francuskie służby wywiadowcze. Wszyscy znali sprawy pasażerów porwanych na lotnisko Tempelhof polskich samolotów, którzy kategorycznie odmawiali powrotu do kraju. O uchodźcach politycznych fali solidarnościowej z lat osiemdziesiątych, którzy bez narzekań znosili ciasnotę, brak prywatności i prowizoryczne warunki w obozie. O tych historiach, zarówno tych prawdziwych jak i tych zmyślonych lub dopowiedzianych, nie wspomina się ani słowem w oficjalnej historii Obozu Uciekinierów w Marienfelde.

Muzeum koncentruje się na ucieczkach ludzi z sektora wschodniego lub byłej NRD, którzy statystycznie stanowili wraz z tzw. przesiedleńcami (Aussiedler) z różnych państw Bloku Wschodniego, w tym też Polskiej Republiki Ludowej, 90% mieszkańców obozu. Uciekinierzy ze wschodniego sektora Niemiec zaczęli napływać do sektorów zachodnich wkrótce po zakończeniu wojny. W roku 1946 sektor zachodni liczył 44 miliony mieszkańców, a sowiecki 18 milionów. Pierwszy obóz dla uchodźców na terenie Berlina Zachodniego, tzw. Notaufnahmestelle, znajdował się w dzielnicy Charlottenburg, na Kuno-Fischer-Straße 8. Dzisiaj przypomina o nim pamiątkowa tablica. Wkrótce po jego założeniu stało się jasne, że miejsce to nie jest w stanie zapewnić warunków do przyjęcia rosnących z dnia na dzień tłumów uciekinierów z Berlina Wschodniego i sektora sowieckiego. Berlin-Marienfelde było ze względu na bliskość lotniska Tempelhof, połączenie S-Bahną i fakt, że dzielnica znajdowała się na terenie amerykańskiego sektor, idealnym miejscem do założenia obozu. Podstawę prawną stanowiła ustawa o przyjmowaniu uchodźców z 1950 r., która potwierdzała obowiązujące w sektorze brytyjskim i amerykańskim przepisy o przyjmowaniu osób z sowieckiej strefy okupacyjnej oraz NRD w „drodze wyjątku“, więc z powodów politycznych, w przypadkach, kiedy zagrożone było ich dobro i życie.

Obóz Uciekinierów w Berlinie-Marienfelde był w chwili otwarcia, w sierpniu 1953 r., prawdziwą sensacją architektoniczną na tamte czasy, kompleksem budynków zbudowanych zgodnie z panującą w latach pięćdziesiątych architekturą, spełniał on ponadto wszystkie wymagania służb informacyjnych USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Pomieszczenia i ściany budynku były zabezpieczone przed podsłuchem, cały teren ogrodzony był siatką, ogrodzeniem z prętów i murem, co kilkanaście metrów na ogrodzeniu były zawieszone tablice informujące o zakazie fotografowania.
Po krwawym stłumieniu powstania z 17 czerwca 1953 roku na terenie wielu miast NRD fala uchodźców ze strefy sowieckiej dramatycznie wzrosła. W budynkach przeznaczonych dla 500 uchodźców znajdowało się na początku około 200 mieszkań. 20 września 1956 r. obóz oficjalnie przyjął milionowego uciekiniera. Do roku 1961 roku Marienfelde było ciągle rozbudowywane, w ostatecznej formie obóz składał się z dziesięciu dwupiętrowych budynków, w których oprócz pomieszczeń dla uciekinierów znajdowały się liczne instytucje, np. służby informacyjne USA, Wielkiej Brytanii i Francji, organizacje charytatywne lub też biura ds. socjalnych. W części gospodarczej znajdowała się m. in. kuchnia, która w była w stanie przygotować sześć tysięcy posiłków dziennie.
Nieustanne „przeludnienie” obozu prowadziło do tego, że wielu uciekinierów umieszczano w przejściowych obozach i schroniskach na terenie całego Berlina Zachodniego. W połowie lat 60 było ich około 90, największym z był czynny do 1961 r. ośrodek Czerwonego Krzyża (Volkmar/Colditzstraße), w którym miejsce mogło znaleźć do 4.000 osób.

Po postawieniu muru berlińskiego 13 sierpnia 1961 liczba uciekinierów zmniejszyła się dramatycznie, prawie do zera.
Dzisiaj na terenie obozu znajduje się muzeum ze stałą wystawą opowiadającą chronologicznie historie ucieczek w latach 1949-1989, latach w których około 4 miliony opuściło NRD, z czego milion 350 tysięcy przeszło przez obóz w Marienfelde. Wśród uciekinierów duże grupy stanowili ludzie z wyższym wykształceniem, głównie lekarze, prawnicy i nauczyciele. Byli jednak również chłopi.
Pierwsza część wystawy opowiada o represjach, jakie pociągała za sobą ucieczka z Państwa Robotników i Chłopów. „Zdrajcy socjalizmu” nazwani są z imienia i nazwiska, na plakatach lub artykułach w lokalnych gazetach figurują ich zdjęcia. Język tych publikacji naszpikowany jest propagandą: „ci, którzy nas zdradzili”, „jak złodziej w nocy”, „zdrada klasy robotniczej”. Imię, nazwisko i zdjęcie „zdrajcy” wisiało widocznym miejscu w byłym zakładzie pracy uciekiniera, na porozwieszanych na drzewach plakatach lub w miejscowych gazetach. Poprzez upublicznienie ucieczki piętnowało się nie tylko samego uciekiniera (w nielicznych przypadkach uciekinierki) lecz również jego rodzinę, państwa bloku wschodniego, w tym Niemiecka Republka Demokratyczna, wyznawały bowiem zasadę odpowiedzialność rodziny za wszystkie czyny jej członków.
Masowym ucieczkom z sektora wschodniego władze enerdowskie zapobiegały w pierwszych latach swojego istnienia poprzez akcje wysiedleńcze w ramach których eksmitowano „niepewne politycznie” osoby z okolic granicy wewnątrzniemieckiej w głąb kraju. Najbardziej znaną akcją jest „akcja robactwo” w maju i czerwcu 1952 r.
Republika Federalna Niemiecka nie przyjmowała uciekinierów z sektora wschodniego z otwartymi ramionami. Brakowało dla nich, podobnie zresztą jak dla obywateli RFN-u, zarówno mieszkań jak i miejsc pracy. Pobyt na „Złotym Zachodzie” w wielu przypadkach przemienił się w koszmar i doprowadził do tego, że około 600.000 osób zdecydowało się w pierwszych latach istnienia obozu (1953-1962) na powrót do NRD. Po powrocie stawali się oni natychmiast więźniami „obozów reedukacji socjalistycznej”. Połowa z nich została skazana na kary więzienia od dwóch do ośmiu lat. Zarówno oni jak i ci, którym udało się uniknąć kary wiezięnia i podjąć pracę, byli napiętnowani aż do końca trwania dyktatury SED. „Powracający” byli często werbowani przez enerdowską służbę wywiadowczą, szacuje się, że 1/5 z nich stała się nieoficjalnymi pracownikami Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

W drugiej części wystawy pokazana jest procedura przyjmowania i rejestrowania uchodźców. Pierwszą ze stacji, przez które musieli przejść uchodźcy, był punkt medyczny, dokładne badanie przez lekarza służyło gównie zapobieganiu epidemiom oraz chorobom, szczególnie gruźlicy.
Następnym, prawdopodobnie najważniejszym etapem tej procedury było przesłuchanie przez służby wywiadowcze Amerykanów, Brytyjczyków i Francuzów. Mimo dokładnych, trwających nieraz tygodniami, przesłuchań, nie udało się wyeliminować 10% agentów Stasi. Jednym z najbardziej znanych mieszkańców obozu był sekretarz Willy’ego Brandta, wschodnioniemiecki szpieg Günter Guillaume, którego wykrycie bezpośrednio spowodowało, że Brandt w 1974 roku podał się do dymisji. Na pewno nie zabrakło wśród przesłuchiwanych również polskich szpiegów. Przesłuchania mogły trwać godzinę lub tygodnie, polegały często na powtarzaniu w nieskończoność tych samych pytań. Przesłuchującymi byli pracownikami alianckich służb wywiadowczych, jak na zimną wojnę przystało, używali oni fałszywych nazwisk i zbierali nowe informacje lub też sprawdzali wiarygodność przesłuchiwanego przez konfrontowanie go z posiadanymi informacjami. Akta z tych przesłuchań w niewielkiej tylko części zostały przekazane władzom niemieckim, wraz z wycofaniem się wojsk alianckich zabrane zostały do Stanów, Wielkiej Brytanii i Francji. Po upublicznieniu dostarczą z pewnością materiału do niejednej fascynującej powieści szpiegowskiej lub filmu.
Cdn.




















Kukuczka zamierzał wyemigrować do rodziny w USA. Opuścił ambasadę z wymaganymi dokumentami przed upływem ulitmatum, podstawiony samochód enerdowskiej służby bepieczeństwa zawiózł go na Friedrichstraße. Podczas próby przejścia przez granicę dostał kulę w plecy od ubranego w ciemny płaszcz i przyciemniane okulary mężczyzny. Zmarł jeszcze tego samego dnia w wyniku odniesionych ran. W niecałe dwa miesiące później wdowa po Kukuczce otrzymała z rąk prokuratora okręgowego urnę z prochami, akt zgonu i osobiste rzeczy po mężu. Pogrzeb kościelny odbył się w Kamienicy, w kręgu najbliższej rodziny. Rodzinie zakazano otwarcie mówić o okolicznościach jego śmierci. Nigdy nie poznamy prawdy o powodach jego ucieczki, historia jego śmierci byłaby z pewnością scenariuszem niezłego filmu sensacyjnego.
Wkrótce zasłynął z wyjątkowo szczęśliwej ręki. Jego pierwszy słynny nabytek to Biblia Malermi – powstałe w 1471 roku tłumaczenie Biblii na włoski.
Granat nie zawiódł. Eksplozja jednak nie zabiła Protektora. Połamała mu żebra, a połamane żebra i odłamki uszkodziły nerki i śledzionę. Był w stanie jeszcze ruszyć w pościg za Gabčikiem, zanim siły go opuściły i przewrócił się na ziemię. Zamachowcy oddalili się z miejsca walki z przeświadczeniem, że zamach się nie udał. Bo w zasadzie tak było. Heydrich przeżył. Tyle, że rany były na tyle poważne, że bez antybiotyków zakażenie i to poważne było nie do uniknięcia. A tak się składa, że penicylina została już wynaleziona, ale Niemcy jej nie mieli w użyciu. 4 czerwca , czyli po ośmiu dniach od zamachu mimo operacji i desperackich prób ratunku – Reinhard Heydrich zmarł w wyniku ogólnego zakażenia. Jego pogrzeb odbył się z niezwykłą pompą
10 czerwca 1942 roku SS i policja zablokowały wieś Lidice na Morawach. Pretekstem miał być list jednego z mieszkańców do dziewczyny z Lidic sugerujący, że jest członkiem ruchu oporu i wie więcej niż wie. Wieś otoczono i na dziedzińcu jednego z zabudowań urządzono ścianę straceń okładając ściany stodoły materacami i siennikami. Przyprowadzano mieszkańców najpierw po pięciu a następnie po dziesięciu. Rozstrzelano 173 mężczyzn i chłopców powyżej 14 roku życia. Ze 105 dzieci poniżej tego wieku, 23 wybrano po licznych badaniach rasowych do zniemczenia w lebensraumach, a 82 wysłano 2 lipca 1942 roku do obozu zagłady Khulmhof nad Nerem i tego samego dnia zagazowano. 26 mieszkańców Lidic którzy z różnych względów nie byli owego 10 czerwca we wsi wyłapano i stracono 16 czerwca w Pradze. 184 kobiety z Lidic wysłano do obozu w Ravensbruck, z czego 53 nie przeżyły. Łącznie z 506 mieszkańców wsi Lidice zamordowano w różny sposób nie mniej niż 340 osób. Po wojnie odnaleziono tylko trzynaścioro z 23 dzieci zabranych do lebensraumów. Samą wieś zrównano z ziemią. Podobny los dwa tygodnie później spotkał mniejszą wioskę Leżaky i jej mieszkańców. Dzieci ze wsi Leżaky podobnie wysłano do zagazowanie w Khulmhof nad Nerem.
Początkowo zwolniony 15 maja, bo nikt się nie zorientował kim tak naprawdę był zatrzymany Karl Jerhot. Dopiero 17 maja 1945 roku został aresztowany ponownie. Sądzony za wielokrotną zdradę i spowodowanie śmierci co najmniej 254 osób, wiedział, że nie uniknie stryczka. Zachowywał się wyzywająco, butnie, na pytanie, jak mógł zdradzić kolegów, miał odpowiedzieć sędziemu – ”zrobiłby Pan to samo za milion marek”. Został powieszony 29 kwietnia 1947 roku na dziedzińcu więzienia Pankrac w Pradze, dwanaście minut po innym zdrajcy spośród grona Czechosłowackich Cichociemnych, Viliamie Geriku.


August Bebel Institur lädt heute, am Di 15. Januar um 18–22 Uhr zu einem Film & Diskussion ein.
Adamowicz war von 1998 bis zu seinem Tod der Stadtpräsident von Danzig. Bis 2015 gehörte er der Bürgerplattform (Platforma Obywatelska) an, seitdem parteilos; gründete eine Wählervereinigung „Alles für Danzig“.

Die katholische Gemeinde in Bernau wurde 1849 gegründet. Ulitzka kam 1901 hierher. Jung, gerade erst 28 geworden, gutaussehend, groß. Ausdrucksvoller Profil, Gesicht mit prägnanter Knochenstruktur. Ein kluger Mensch, intelligent, charismatisch. Ein katholischer Seelsorger wie geschaffen fürs vorwiegend protestantische Umfeld. Die Gemeinde war arm, hatte keine Kirche und nutzte die Bonifatiuskapelle im Missionshaus in der Tuchmacherstraße als Gotteshaus. Dort bewahrte man das sog. Mariahilf-Bild auf, das später in die Kirche übernommen wurde.
Schon früh kam Ulitzka in den Sinn, dass man hier eine Kirche bauen muss. In jeder Stadt, wo die Katholiken und Protestanten miteinander oder nebeneinander wohnen, hat man mindestens zwei Kirche. So wollte es Ulitzka auch in Bernau haben und später überall, wo er als Priester tätig war. Dies ist jedoch nicht so einfach, eine Kirche zu bauen. Erst müssen bürokratische Hürden überwunden werden, oft, wie es der Fall in Bernau war, politische, und dann auch finanzielle. Man braucht viel Geld – und dieses muss vorerst gesammelt werden, bevor man mit der Grundsteinlegung beginnt. Der ehemalige Pfarrer der Herz-Jesu-Kirche, Peter Beier, der 33 Jahre Gemeindepfarrer in Bernau war, erzählte mir, dass er zwar Ulitzka persönlich nicht kannte, aber seinerzeit in Bernau Johannes Lipinski, einen Mitarbeiter von Ulitzka, getroffen habe. Seine Aufgabe war es, in der heißen Phase des Geldsammelns, die ‘Bettelbriefe’ per Hand zu kopieren. Er erinnerte sich, man habe sich dabei die Finger wundgeschrieben!
Pfarrer Kort organisierte 2007 Feierlichkeiten zum 100-jährigen Jubiläum des Kirchenbaus. Die Schulkinder spielten dabei ein Theaterstück über Ulitzka und seinen Vorhaben. Der Junge, der Ulitzka gespielt hatte, ist danach selber Priester geworden und bat darum, seine Primiz in Bernau feiern zu dürfen.
Kurz danach, am 20. August 1999 ging Pfarrer Beier in Ruhestand und somit nach Templin.
Ja, ich bin auch der Meinung, dass man mit dem, was gemacht wurde, nicht besonders glücklich sein kann. Die auseinandergenommenen Teile des alten Altars, 1968 von schon erwähnten Friedrich Schötschel neu gemacht, sind sehr schön, aber unvorteilhaft platziert. Das Tabernakel steht auf einem kleinen Tisch rechts vom Altar, der Lesepult – links. Vorne an der Apsis-Wand sind drei Altarteile in Form eines Tryptychons angebracht, schmucklose Spanplatten, auf der mittleren die alte Christus-Figur aus der Entstehungszeit. Merkwürdig. Originell, aber merkwürdig. Genauso merkwürdig scheint mir der kleine, irdene Weihwasserbehälter, der wie ein polnischer Gurkentopf aussieht. Oder gar einer ist. Bevor ich mit meinen Recherchen fertig werde, werde ich noch ein paar solche bescheidenen Behälter sehen. Wir sind in der Uckermark, es ist ein armes Land. Gewesen.
Eine wunderschöne Kirche, ruhig, schlicht, elegant. Auch sie ein Baudenkmal wie die Kirche in Bernau. Den Bau dieser Kirche begründete Ulitzka somit, dass in der Sommerzeit ca. 100 katholische Schnitter aus Polen in die Gemeinde kommen, um bei der Ernte zu arbeiten. Sie hatten Anspruch an einen würdigen Gottesdienst, den er, Ulitzka, ihnen doch auf Polnisch halten kann.
Pfarrer Horst Pietralla von Biesenthal erzählte mir, dass man Ulitzkas Spendenaufrufe für seine Kirchen nicht mehr hören wollte. Dann kam er auf eine erfolgreiche Idee. Ich werde, sagte er, eine barocke Kirche bauen. Dies hat geholfen, zumal seine Geldgeber und Spender aus dem Bayrischen stammten, wo man große Stücke von der barocken Kirchenarchitektur hielt. In Windeseile hat derselbe Architekt, Paul Überholz, der bereits in Bernau tätig war, eine neue Kirche entworfen und gebaut, eine der ganz wenigen barocken Kirchenbauten im Erzbistum Berlin. Pfarrer Beier sagte mir, dass die Salvator Kirche in Lichtenrade ebenfalls barocke Züge vorweist.
Die Biesenthaler Kirche wurde am 10. Oktober 1910 eingeweiht. Die Bänke, die Fußbodenplatten, die Farbgebung sind authentisch, aus der Bauzeit also. Dh. im Gegensatz zu der Kirche in Bernau ähnelt die Kirche sehr dem, wie sie zu Zeiten ihres Stifters ausgesehen hat. Sie ist auch sehr gepflegt und sehr gut besucht. Leider ist Pfarrer Pietralla, der kurz vor dem Kriege geboren ist und 1953 sein Abitur machte, der letzte Pfarrer in der Gemeinde. Ist er weg, wird die Kirche geschlossen. Schade, weil sie sehr gut besucht ist. Es kommen ca. 80 Personen zu Hochmessen, darunter etwa 20 Kinder. Es gibt 15 Ministranten (mehr Mädchen als Jungs!) und eine achtköpfige Blaskapelle, deren Chef Biesenthals Bürgermeister ist. Im wunderbar gepflegten Garten steht eine Campanile mit einer Glocke, die noch zu Ulitzkas Zeiten aus Hildesheim geliefert wurde, zuerst nach Bernau, dann nach Biesenthal. Da der Glockenturm aber für drei Glocken gebaut wurde, hat sich Pfarrer Pietralla um den Erwerb zwei weiterer Glocken bemüht. Mit Erfolg. Neue Glocken werden noch im Jahre 2015 eingesetzt. Sie waren nicht teuer, erklärt mir Pfarrer Pietralla, die kleinere kostete 3000 Euro, die größere – 5000. Mehr wird das Bestimmen der Glocken kosten, zumal sie auch mit den Glocken in der evangelischen Kirche abgestimmt werden. Pfarrer Pietralla betont dabei, dass die dafür ausgegebenen Gelder nicht für soziale Zwecke vorgesehen waren. Ich brauche diese Erklärung überhaupt nicht, sie ist für Kritiker gedacht.
In der Kirche gibt es einen wunderbaren Altartisch, der ebenfalls von Friedrich Schötschel angefertigt wurde. Seine Werke (u.a. Tabernakel und Taufbeckendeckel) hatte ich bereits in Bernau gesehen. In Biesenthal war er lange Zeit zwischen 1969 und 1986 tätig. Aus seiner Hand stammten nicht nur der Altartisch im schlichten Barockstil, der gut mit der Kirche harmoniert, sondern auch ein Vortragekreuz und das Kirchenportal. Auf der Innenseite des Portals sind Verse von Gertrud von le Fort und Rainer Maria Rilke in Kupfer eingearbeitet.
Pfarrer Pietralla stellt mir die Kirchenchronik zur Verfügung. Was wirklich rührt ist der erste Eintrag der Chronik: 25.3.1902: Am Fest Maria Verkündigung hält der Pfarrer von Bernau, Carl Ulitzka, den ersten katholischen Gottesdienst seit der Reformation in Biesenthal in einer Notkapelle. Als Notkapelle dient das Gartenhäuschen des Herrn Neumann in Biesenthal, Schulstraße 28. Die Laube bestand aus Stube und Küche. Der Trennwand wurde entfernt und so entstand ein Raum von 9 m Lange und 3 m Breite. Die Höhe betrug 1,9 m. Dies hat ein Maler festgehalten und das Motiv wurde als Postkarte und zugleich Bittbrief gedruckt:
Jeder Journalist, der über etwas schreibt, prüft heutzutage nach, was sich über sein Thema im Internet finden lässt. Auch ich tat nichts anderes. Und dabei überkamen mich Zweifel. Zuerst fand ich Hunderte und Aberhunderte Texte über Ulitzka. Auf Deutsch und auf Polnisch.
Interessant, dachte ich, dass er für Menschen, die ihn nicht persönlich kannten, immer noch „ihr Prälat“ war. 60 Jahre und mehr nach seinem Tod bewahrt ihn die kollektive Erinnerung. Das wollte ich näher untersuchen. So begann die Spurensuche, deren Etappen Bernau bei Berlin, Biesenthal bei Bernau, Templin, Lobetal, Berlin-Karlshorst, Berlin-Friedrichshagen, Berlin-Lankwitz und Potsdam wurden. Ich wurde mit einer Empfehlung von einem Ort in den nächsten geschickt. Nur die erste Etappe bestimmte ich selber, ich ging dorthin, wo ich sicher war, etwas zu finden: Auf den Friedhof. Das heißt, mein Ausgangspunkt war das Ende – von da rollte ich seine Geschichte auf.