Dziś nie ma listu z Kudammu, ale za to jest Królowa z parku 🙂
Ewa Maria Slaska
Pisałam tu o niej wielokrotnie, bo też zasłużyła na to, żeby o niej pisać. Luise, księżniczka meklemburska, która w Boże Narodzenie 1793 roku, w wieku 16 lat poślubiła księcia, następcę tronu, Fryderyka Wilhelma, przyszłego króla. Piękna, pogodna, odważna, przyjazna ludziom i przez nich kochana. Nowy rodzaj kobiety na sztywnym pruskim dworze. Królowa, matka dziewięciorga dzieci, w tym przyszłego króla Fryderyka Wilhelma IV, przyszłego cesarza Wilhelma I i przyszłej rosyjskiej carycy Aleksandry Fiodorowny, żony Mikołaja I, swego czasu stylizowana przez historyków wręcz na świecką, pruską madonnę. Gdy umarła, całe Niemcy pogrążyły się w żałobie. Dziś mówi się, że była taką XIX-wieczną księżniczką Dianą, królową serc.
… bądź zbitka myśli wczesnowiosennych od-berlińskich
W czasie długiej drogi znaczonej łzami i krwią owce pocieszały się w głębi czarnego, otępiałego serca filozofią, która pozwalała im lekceważyć pasterzy i pasterskie psy. ,,Nie macie spoczynku ani w dzień, ani w nocy; uganiacie się z wywieszonymi jęzorami, ledwie dysząc; musicie czuwać nocami i przez nas oczy was pieką cały dzień. Jesteście tu ze względu na nas. Wy istniejecie dla nas, a nie my dla was”.
,,Pożegnanie z Afryką’’ (K. Blixen, tłum. Giebułtowicz)
Pierwszym, co dociera, jest poczucie werbli w chodniku, następnie hurkot i terkot, stukanina i łomotanina. Tuż, zaraz, metaliczny świst, dudnienie chodnika przechodzi leniwymi wibracjami w podeszwy, fale dźwiękowe podmywające pogranicze zmysłów ruchem wszystkich fal. I jako ostatni, w perwersji zwyczajowego porządku rzeczy, jawi się obraz, cielesność oblekająca metalowymi blachami konstrukcji tramwaju te wszystkie substraty jego podróży ulicą Dworcową, ku wymuszającemu zwolnienie zakrętowi tuż przed przejściem dla pieszych do faktycznego budynku Dworca.
Perski uczony ukończył jedną książkę matematyczną w IX wieku w Bagdadzie, która po cichu stała się fundamentem każdej linii kodu działającej dziś na Ziemi.
Zaczęłam o nim czytać o północy i nie mogłam uwierzyć, ile rzeczy w moim codziennym życiu sprowadza się do jednego mężczyzny.
Palermo hat mich überwältigt; es ist genau die Art von Stadt, die ich liebe. Um jede Ecke wartet etwas Neues und ganz anderes, skurriles und außergewöhnliches. So viele Kulturen haben hier ihre Spuren hinterlassen und man merkt das den Bauten und allen Hinterlassenschaften an; sie haben hier gut gelebt, sich wohl gefühlt. Auf jeden Fall die oberen Zehntausend. Es ist wahrscheinlich das Entscheidende, warum die Stadt dich mit einem warmen Lächeln empfängt, trotz aller Unzulänglichkeiten, und es liegt nicht nur am Klima. All die Eroberer wohnten hier gerne: Phönizier, Griechen, Römer, Araber-Sarazenen, Spanier, Franzosen – und die eigentliche Bevölkerung, wer waren die eigentlich?
Pfarrhäuser bewohnt von Familien mit 5/6 Kindern und mehr waren in der Zeit als ich Kind war keine Seltenheit. In solch einer kinderreichen Familie bin ich aufgewachsen. Von 1940-1949 (!) wurden sechs Kinder geboren, erst drei Jungen und dann drei Mädchen. Die Pfarrfrau war in solchen Familien nicht berufstätig, ihr Mann war der Alleinverdiener. Der Etat einer vielköpfigen Familie war durchaus knapp und überschaubar. In dieser Situation gab es allerdings etwas von unschätzbaren Wert:
die D i e n s t w o h n u n g –
mitunter ein H a u s mit großem Garten mit einer niedrigen Miete, die man auf dem freien Markt für ein solches Objekt nicht hätte finden können!
Rzeki inspirują. Nawet te, które są niewiele większe od płynącego strumyka. Nad rzekami rozwijało się osadnictwo — żywiły ludzi i umożliwiały im przemieszczanie się. Niekiedy także dzieliły regiony i społeczności. Jedną z takich rzek — a właściwie rzeczek — jest Jawornik, wpadający do Nidzicy, a ta z kolei do rzeki-matki, Wisły. Nad Jawornikiem, na południowym Ponidziu, w sąsiadujących ze sobą wsiach dorastało dwóch nieprzeciętnych chłopców: jeden w Prokocicach, drugi w pobliskich Kaczkowicach. Obaj urodzili się w Kazimierzy Wielkiej — w tym samym roku i w tym samym budynku, ponieważ znajdowała się tam jedyna regionalna porodówka. Dorastali w sąsiednich wsiach, bawili się nad Jawornikiem, a następnie przez cztery klasy szkoły podstawowej siedzieli w jednej ławce w szkole podstawowej w Prokocicach, by kolejne cztery lata kontynuować naukę w tzw. tysiąclatce w Dobiesławicach. Na południowym Ponidziu rozpoczęli życie, by po latach na stałe zamieszkać w amerykańskim Chicago. W gruncie rzeczy trafili „do swoich”, gdyż od dziesięcioleci właśnie to miasto było celem emigracji mieszkańców Ponidzia. Trudno znaleźć na Ponidziu osobę, która nie miałaby w Chicago krewnego lub bliskiej rodziny. Obaj wyrastali w kulturze chłopskiej — w świecie uporządkowanym, toczącym się według od wieków utrwalonych schematów. Nie był to świat skomplikowany: rytm życia wyznaczały pory roku oraz praca w polu. Ludzie może nie byli wysoko wykształceni ani obyci w szerokim świecie, lecz posiadali zdrowy rozsądek i doskonale wiedzieli, co w życiu jest najważniejsze, co ważne, co mniej istotne, a co można pominąć. Ich sposób myślenia był prosty, ale głęboko logiczny. Byli uczciwi, kierowali się honorem i ponad wszystko cenili prawdę, dobroć oraz prawość. Rodzice obu chłopców mieli świadomość, że najlepszą inwestycją jest inwestycja w człowieka. To oni wspierali i mobilizowali synów do nauki, wysyłając ich do szkół, aby mogli piąć się wyżej w hierarchii społecznej.
Dlaczego żołnierz nie powinien podczas alarmu tracić głowy?
Bo nie miałby na co włożyć czapki!
Dziennik Bydgoski, nr 105 z ‘38 roku
Kucam przy przetartej płycie podłogowej świętojanowej*, zmęczenie wygłusza odgrywane na scenie tuż nade mną Weihnachten in Leipzig Bacha. Jest piękne, ale i ekspansywne, i gdy kilka dni później puszczę nagranie w domu, spłoszę nim kota. Trzy dni temu zaciągnęłam się do wolontariatu na festiwalu muzyki klasycznej, aby niwelować mój chroniczny brak funduszy, i zaczyna powoli mnie już boleć od tego wszystkiego głowa. Łapię na chybił-trafił azymut, zaczynam palcem podążać zatartymi miejscami literami. Łacina czy niemiecki? Rozczytuję ze dwa słowa. Niemiecki, ale dziwny, stary, może i jakiś zakiś pomorski. Z zamyślenia wytrąca mnie dłoń na ramieniu. W tej hierarchii jestem nisko. Twoja jest krew i podawanie, a ich jest nafta i przyjmowanie. Żeby było jasne, nie piszę tego ze zgorzknieniem. Raczej fascynacją. W przerwach między utworami zza murów dochodzą pokrzykiwania rozhulanej gawiedzi, ewidentnie podchmielonej ciżby mężczyzn o fenotypie najzgrabniej ujętym w słowie ,,kibol”. Ciżba, za murami, i Kultura w murach. Takie to alegoryczne, że aż prawie się roześmiałam, tam na eks-kościelnej podłodze.
Plany interwencji sowieckiej w Polsce na przełomie listopada i grudnia 1980 roku. Nowe hipotezy
Reżim NRD-owski miał swoje uświęcone rytuały. Co roku pod koniec października Erich Honecker przyjmował w okazałym gmachu Rady Państwa (Staatsrat) w Berlinie Wschodnim świeżo promowanych na pierwszy stopień oficerski młodych poruczników. W otoczeniu kierownictwa politycznego i wierchuszki wojskowej wygłaszał przemówienie na temat konieczności obrony „osiągnięć” NRD, potem zaś odbywało się przyjęcie, które miało za cel zintegrować młodych oficerów i dowartościować ich poprzez namacalny kontakt z kierownictwem państwa. Była to z reguły jakby wewnętrzna impreza armii NRD-owskiej, nie zapraszano na nią sowieckich wojskowych czy też przedstawicieli innych armii Ukladu Warszawskiego.
27 pazdziernika 1980 roku odbyło się kolejne takie spotkanie, z którego zachowało się kilka dokumentacyjnych fotografii. I oto u boku Honeckera i ministra obrony NRD Heinza Hoffmanna stał w demonstracyjny sposób generał armii Jewgienij Filippowicz Iwanowski, od 1972 roku głównodowodzący Grupy Wojsk Radzieckich w NRD z siedzibą w Wünsdorf pod Berlinem (Datei: Bundesarchiv Bild 183-W1027-0020, Berlin Militärabsolventen, 27.10.1980). Przypadł mu więc tego październikowego wieczoru honor zgoła niecodzienny, gdyż mimo swojej wysokiej funkcji również on nie bywał wcześniej na takie spotkania zapraszany.
Powód był jeden: Od końca września 1980 roku Honecker parł zdecydowanie do zbrojnej interwencji w Polsce. Sprzymierzył się w tym celu właśnie z generałem Iwanowskim – sowiecki generał i dowództwo armii NRD-owskiej rozpoczęli taktyczne i logistyczne przygotowywania do ewentualnej inwazji Polski od Zachodu. Z polskiego punktu widzenia zapowiadała się makabryczna powtórka – Iwanowski jako młody żołnierz wziął mianowicie udział w uzgodnionej z Wehrmachtem agresji Armii Czerwonej przeciwko Polsce 17 września 1939 roku. Moskiewskie politbiuro zachowywalo się jednak w październiku i listopadzie 1980 roku w sposób wyczekujący, popierając wprawdzie te przygotowania, ale traktując je jednocześnie jako środek nacisku psychologicznego na kierownictwo polskie.
O ile wojskowi sowieccy w olbrzymiej większości popierali inwazję Polski, o tyle minister obrony Dymitr Ustinow miał, jak się wydaje, spore wątpliwości. Rozmawiajac z Honeckerem we wrześniu 1980 roku zwrócił mu uwagę na fakt, iż wielu czołowych polityków amerykańskich takich jak Zbigniew Brzeziński i Edmund Muskie, a także oczywiście papież, są „polskiego pochodzenia” i że koszta polityczne i wojskowe wkroczenia do Polski mogłyby być bardzo wysokie. Przyczynił się do tego też fakt, iż inwazja Afganistanu – której gorącym zwolennikiem był uprzednio w grudniu 1979 roku sam Ustinow – nie przyniosła oczekiwanych rezultatów i wciągnęła ZSRR w długotrwałą wojnę.
Wydaje się, że w listopadzie 1980 roku Ustinow zorientował się, iż istnieje ryzyko podjęcia jakiś nieodpowiedzialnych działań przez Iwanowskiego i że doszło ze strony podległego mu generała do zbytniej komitywy z Honeckerem i z dowództwem armii NRD-owskiej. Podjął więc jedyną w swoim rodzaju decyzję: 25 listopada odwołał Iwanowskiego ze stanowiska dowódcy wojsk sowieckich w NRD i przesunął na stanowisko dowódcy białoruskiego okręgu wojskowego z siedzibą w Mińsku, zaś dowódcę okręgu białoruskiego, generala armii Michaiła Zajcewa przesunął z kolei właśnie na stanowisko dowódcy tej grupy wojsk w NRD. Doszło więc do roszady na tych kluczowych stanowiskach dowódczych i to właśnie w okresie, gdy nieustannie zdawała się zacieśniać pętla wojskowa wokół PRL-u, zaś przygotowania inwazyjne sztabów w Wünsdorf i w Mińsku dobiegały końca.
W potencjalnej agresji przeciwko Polsce główna rola musiała przypaść właśnie 15 sowieckim dywizjom zgrupowanym w NRD i na Bialorusi, dowodzonym przez obydwu generalów. Przesuwajac ich w kluczowym momencie na nowe stanowiska Ustinow sabotował w sposób oczywisty plany wkroczenia wojsk do Polski w grudniu 1980 roku. Musiałoby przecież minąć kilka miesięcy nim obaj dowódcy mogli się zapoznać z podległymi im teraz nowymi wojskami i nowym terenem, na którym miało przyjść im działać. Jest rzeczą absolutnie zadziwiajacą, iż znaczenie tej jakże dobitnej w swej prostocie roszady umknęło uwadze historyków opisujących i analizujących dramatyczną sytuację wokół Polski w listopadzie i grudniu 1980 roku.
Decyzja Ustinowa w sposób bezpośredni dezawuowała też polityczne i wojskowe plany Honeckera. Przywódca NRD zareagował w następnych dniach kilkoma, mało przemyślanymi, lecz nieslychanie demonstracyjnymi ruchami. I właśnie działania Honeckera bezpośrednio po tej decyzji – czyli w dniach od 28 listopada do 1 grudnia, wydają się potwierdzać w sposób paradoksalny nasze, ex post, odczytanie wymowy tej roszady. Być może Honecker odebrał usunięcie Iwanowskiego jako element intrygi w ramach samych sowieckich sił zbrojnych i liczył, iż kierownictwo sowieckie w pełnym składzie jednak podejmie niebawem decyzje o interwencji.
W trzy dni po usunięciu generala Iwanowskiego, 28 listopada 1980 roku, odbyło się wiec posiedzenie NRD-owskiego Biura Politycznego w Strausbergu pod Berlinem, gdzie znajdowało się naczelne dowództwo sil zbrojnych NRD. Wprawdzie w planowanej inwazji Polski miała uczestniczyć wschodnioniemiecka 9 Dywizja Pancerna, ale Biuro Polityczne na pewno nie mogło przecież zajmowac się konkretnymi działaniami wojskowymi – wybór Strausbergu jako miejsca obrad Biura stanowił więc niewątpliwie element psychologicznego nacisku na hamletyzujące i podzielone na frakcje kierownictwo sowieckie. 30 listopada Honecker poleciał z nagłą wizyta do Pragi, by uzgodnić wspólne stanowisko z innym zwolennikiem inwazji, szefem komunistów czechosłowackich, Gustawem Husakiem. Tego samego dnia powrócił na swoje stare miejsce na alei Unter den Linden w Berlinie Wschodnim słynny pomnik króla pruskiego Fryderyka II, prominentnego grabarza I Rzeczypospolitej. W sytuacji napięcia na granicach PRL-u wymowa tej pomnikowej restytucji miała szczególnie antypolski charakter. Zaś w dzień później, 1 grudnia 1980 roku, czołowy organ SED „Neues Deutschland”, który uprzednio niesłychanie skapo informowal o sytuacji w Polsce, zamieścił blisko dziesięć artykułów i notatek poświęconych „solidarnościowej kontrrewolucji” w Polsce. I w tym wypadku uprawnione jest stwierdzenie, iż dotychczas nie zestawiono i przeanalizowano w szerszym kontekście tych gorączkowych ruchów Honeckera, wywołanych szokiem po utracie sprzymierzonego z nim generala Iwanowskiego.
Ta groteskowa, jeśli nie wręcz dziecinna, hiperaktywność Honeckera, która po tygodniu skończyła się równie szybko jak się zaczęła – nie mogła jednak wpłynąć w sposób zasadniczy na kierunek polityki moskiewskiej. Przez następnych kilka dni Rosjanie testowali coś na kształt pól-inwazji, a mianowicie pozornie pokojowego wkroczenia do Polski pod pretekstem wspólnych manewrów wojskowych, lecz już 5 grudnia Stanislaw Kania dowiedział się w Moskwie od samego Leonida Breżniewa o zawieszeniu planów inwazji. Tego samego dnia – co znamienne – Erich Honecker uroczyście pożegnał w Berlinie Wschodnim generała Iwanowskiego i powitał generała Zajcewa, przez co wiadomość o tej roszadzie musiała dotrzeć i do polskiego kierownictwa. Wobec Zachodu Rosjanie jeszcze przez kilka dni podtrzymywali atmosferę gotowości do zbrojnych działań, zaś mocarstwa zachodnie albo naprawdę nadal bały się inwazji – choć już 6 grudnia pierwsze sowieckie jednostki zaczęły wycofywać się z pozycji wyjściowych przy granicach Polski – albo z przyczyn propagandowych udawały, iż wierzą w taką możliwość. Dopiero po 10 grudnia napięcie na granicach Polski opadło i stało się jasne, iż Polacy spędzą święta Bożego Narodzenia bez nieproszonych gości ze Wschodu i Zachodu.
A tak naprawdę to w najgłębszym moim przekonaniu kontury tej dobrej dla Polski decyzji zarysowały się już 25 listopada, czyli o dwa tygodnie wcześniej, kiedy to właśnie usunięto z kluczowej pozycji dowódcy wojsk sowieckich w NRD wojowniczego generała Iwanowskiego. Czy była to decyzja samego Ustinowa czy tez stały za nią, co bardzo prawdopodobne, inne osoby z kierownictwa sowieckiego, tego przy dzisiejszym stanie badań nadal nie wiemy. Warto jednak próbować w przyszłości podążyć tym tropem i starać się dokładniej wyjasnić tło tego zbawiennego dla Polski aktu.
Zaś w rok później, w październiku 1981 roku na kolejne spotkanie kierownictwa NRD-owskiego z nowo powoływanymi młodymi oficerami nie zaproszono już generała Zajcewa, następcy generala Iwanowskiego. Tym dramatyczniejsza jest wymowa pozornie mało istotnej fotografii z 27 października 1980 roku. Widzimy tam po prostu trójkę potencjalnych grabarzy naszego kraju.