Z wolnej stopy 73

Zbigniew Milewicz

Polegli – Niepokonani

Powojenne, komunistyczne władze w Polsce do pewnego stopnia osiągnęły swój cel. O wojskowym cmentarzu na Woli, do którego wchodzi się od ulic Wolskiej i Sowińskiego, społeczeństwo miało wiedzieć jak najmniej. Do tej nekropolii zwożono głównie szczątki zmarłych, wydobyte spod gruzów stolicy, zbombardowanej przez hitlerowską Luftwaffe w czasie i po upadku Powstania Warszawskiego, czyli ludności cywilnej. Ponieważ powstańcy byli żołnierzami Armii Krajowej, siły wrogiej stalinowskiemu reżimowi, należało spuścić na ofiary zasłonę milczenia.

Cmentarz nie figurował w żadnych miejskich planach. Pod pretekstem prac porządkowych, mających nastąpić w bliżej nieokreślonym czasie, obowiązywał zakaz stawiania jakichkolwiek nagrobków, nawet prostych krzyży, ale warszawiacy i tak je stawiali. Po kryjomu, bo służby cmentarne miały polecenie usuwania wszystkich emblematów. Kto, gdzie spoczywał, wiedzieli tylko niektórzy, bo przeważały zbiorowe mogiły. Pierwsze pochówki na cmentarzu Powstańców Warszawy odbyły się w listopadzie 1945 roku i trwały do początku lat 50. Największy pogrzeb miał miejsce 6 sierpnia 1946 roku, kiedy na Wolę zwieziono 5,5 tony prochów (w 117 trumnach) osób zamordowanych i spalonych przez Niemców w pierwszych dniach Powstania, na terenach dawnego Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych, z siedziby Gestapo przy al. Szucha, a także z samej Woli. Ta dzielnica Warszawy szczególnie ucierpiała w czasie hitlerowskiej okupacji. Przypomnijmy, źe na początku sierpnia 1944 roku, oddziały SS i policji, pod dowództwem SS-Gruppenführera Heinza Reinefartha dokonały eksterminacji mieszkańców dzielnicy, która przeszła do historii pod nazwą rzezi Woli. Według polskich badań mogło w niej zginąć od 30 do 65 tysięcy osób – kobiet, mężczyzn, dzieci (w tym pacjenci i personel trzech wolskich szpitali), choć część naszych i niemieckich historyków mówi „tylko” o maksymalnie 15 tysiącach ofiar, co nie umniejsza faktu, że było to ludobójstwo. Jedna z odpowiedzi na rozkaz Hitlera, aby w odwecie za Powstanie zburzyć Warszawę i wymordować wszystkich jej mieszkańców.

Według ksiąg cmentarnych w tej wojennej nekropolii spoczywa łącznie 104 105 poległych, z których tylko około 20 procent to żołnierze. Resztę stanowią szczątki ludności cywilnej, którą Wanda Traczyk-Stawska, przewodnicząca społecznego komitetu, opiekującego się tym miejscem, określa mianem głównego bohatera Powstania Warszawskiego. Grzebano tutaj również inne ofiary niemieckiej okupacji – m.in. uczestników kampanii wrześniowej 1939, walk o Warszawę z 1945 r., Żydów rozstrzeliwanych na stadionie Skry, przy ul. Okopowej i więźniów Pawiaka, ale prochów powstańczych jest najwięcej i są one przeważnie bezimienne.

Uznawany za największy cmentarz wojenny w Polsce i jeden z największych w Europie, ten na warszawskiej Woli przez kilkanaście lat od chwili swojego założenia pozostawał w stanie skrajnego zaniedbania. Dopiero w latach 60. przeprowadzono zapowiedziane prace porządkowe, w toku których niestety część mogił została zniszczona. Władze miejskie, odpowiedzialne za cmentarz, poleciły zaorać miejsca pochówku – powstały jednolite kwatery, z lakonicznymi i często nieprawdziwymi danymi na temat pochodzenia prochów, nadal pozbawione powstańczych symboli i bezimienne, choć – jak już wspomniałem – czasami wiadomo było, kto tam spoczywa. Teren cmentarza, który pierwotnie zajmował około 13,3 ha, został zmniejszony do 4,5 ha. Dzisiaj, po kolejnych przebudowach, ma on obszar tylko półtora hektara. Grunt w stolicy jest coraz droższy, apetyty deweloperów nie maleją, jak powiesz żywemu – wynoś się, nie zawsze posłucha, a z nieboszczykiem sprawa jest prostsza. Zawsze go można pod jakimś pretekstem gdzieś przesunąć i nie zaprotestuje. To rozumowanie to oczywiście tylko moja subiektywna teoria, może inne względy przemawiały za redukowaniem obszaru nekropolii, ale nie udało mi się ich znaleźć w żadnej publikacji.

W 1973 roku, na fali kolejnej odwilży politycznej w kraju, wystawiono pierwszy, monumentalny pomnik Powstania Warszawskiego, autorstwa rzeźbiarza Gustawa Zemły. Nosi on nazwę Polegli – Niepokonani i jest usytuowany na szczycie centralnego w wolskiej nekropolii kurhanu, kryjącego prochy poległych. Tablicę z napisem, objaśniającym genezę monumentu, umieszczono jednak w takim miejscu, że bardzo trudno było ją dostrzec. W 1989 roku upadła komuna, przynajmniej formalnie, jednak pierwsze kotwice, symbole Polski Walczącej pojawiły się tutaj dopiero w 2001 r. Trzy lata później, od strony ulicy Wolskiej, odsłonięto kamienny blok z wyrytą w nim historią cmentarza, zaś przy głównej alei stanął kamienny ołtarz z krzyżem i kotwicą. Później odsłonięto tablicę, poświęconą najmłodszym żołnierzom Powstania – harcerskiej formacji Szarych Szeregów a w maju 2017 roku – Pomnik Matki.

Uczestniczka Powstania Warszawskiego Wanda Traczyk-Stawska (l) podczas uroczystości pod pomnikiem Polegli – Niepokonani na Cmentarzu Powstańców Warszawy na Woli. Warszawa, 01.08.2021. Fot. PAP/R. Pietruszka

Od 2015 r. w przylegającym do nekropolii parku Powstańców Warszawy odbywa się sezonowa wystawa plenerowa p.n. Zachowajmy ich w pamięci , którą organizuje Muzeum Powstania Warszawskiego. Trwa ona od wiosny do jesieni i ma formę 93 podświetlanych od wewnątrz filarów ze sztucznego tworzywa, zawierających ponad 57 tys. nazwisk mieszkańców Warszawy, poległych lub zaginionych podczas powstania. Ekspozycji towarzyszy internetowa baza ofiar, która jest na bieżąco aktualizowana przez Muzeum. W październiku tego roku nekropolia wzbogaciła się dodatkowo o Izbę Pamięci. Wyeksponowanym na dziedzińcu tablicom, z nazwiskami i pseudonimami poległych, towarzyszy myśl noblistki, Olgi Tokarczuk : Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i umiera. Wanda Traczyk-Stawska, ps. Pączek, która walczyła w 1944 r. w Szarych Szeregach, a resztę życia poświęca na ratowaniu pamięci o Powstaniu Warszawskim, nie kryje swojego pacyfistycznego nastawienia. Inaugurując działalność Izby Pamięci mówi, że przesłanie tysięcy ofiar powstania, mieszczące się w słowach – nigdy więcej wojny, nabiera dziś, w obliczu wywołanej przez Rosję wojny na Ukrainie, szczególnego znaczenia i powinno być przestrogą dla mieszkańców całego globu.

Wanda Traczyk-Stawska w sierpniu 1944 i dziś; na środkowym zdjęciu – wybuch Powstania Warszawskiego na Woli

Piszę o tym wszystkim dlatego że dzisiaj mija 77 lat od dnia poświęcenia wolskiej nekropolii. Także 29 listopada, tylko w 1830 roku, rozpoczęło się Powstanie Listopadowe. Mamy do czynienia z przypadkową zbieżnością dat, czy niezupełnie? Powstanie Listopadowe miało wyzwolić poddanych Królestwa Polskiego spod panowania carskiej Rosji i też zostało krwawo stłumione. Bilans: 40 tysięcy zabitych i rannych po polskiej stronie. O stratach, które ponieśliśmy w późniejszym Powstaniu Styczniowym i kolejnych patriotycznych zrywach, już nie piszę. A więc lepiej poddać się i jakoś tam wegetować pod butem okupanta? Nie wiem, zapytajcie o to Ukraińców albo tych nielicznych, jeszcze żyjących świadków warszawskiego sierpnia 1944 roku. Odpowiedzi na pewno będą bardzo różne.

P.S. Kata Woli, Heinza Reinefartha nie spotkała nigdy żadna kara za popełnione zbrodnie. Po wojnie zajął się polityką w Republice Federalnej Niemiec. Był burmistrzem idyllicznego, nadmorskiego kurortu Westerland, na wyspie Sylt i posłem do Landtagu Szlezwika-Holsztynu; zmarł w wieku 76 lat.

Vor 250 Jahren: die erste Teilung Polens 1772

Michael G. Müller

Drei Fragen zu dem Ereignis von 1772 sollen hier gestellt und diskutiert werden. Die erste ist die, ob – und, wenn ja, warum – die erste Teilung Polens eine Zäsur in der europäischen Geschichte markiert. Sehr klar hat Edmund Burke schon 1773 diese Frage beantwortet. Die „gewaltsame Zerstückelung“ Polens, „ohne den Vorwand eines Kriegs oder auch nur den Anschein von Recht“, schrieb er im Annual Register für das Jahr 1772, sei „der erste wirklich große Bruch in der modernen Ordnung Europas“, ein Akt, mit dem „die Axt an die Wurzeln unserer großen westlichen Republik gelegt worden ist“.

So dramatisch das klingen mag – auch Historikerinnen und Historiker müssen Burke heute bei nüchterner Analyse im Kern Recht geben. Zunächst einmal: Es gab tatsächlich keinerlei plausiblen Grund und keinerlei nachvollziehbare Rechtfertigung dafür, dass die drei Nachbarmächte der polnischen Republik 1772 große Teile von deren Territorium willkürlich annektierten. Kein heißer Krieg zwischen Polen und den Teilungsmächten war vorausgegangen. Keine internationale Krise, die nur auf diese Weise hätte entschärft werden können. Die Nachbarn wollten es einfach. Um genau zu sein: Russland, das de facto weitgehend alleine in den polnischen Angelegenheiten entschied, entschloss sich dazu und gab 1771 grünes Licht für das Teilungsgeschäft. Preußen und, etwas verzögert, Österreich ließen sich mehr als willig darauf ein. Alle drei gewannen dabei.

Weiterhin: Ein Bruch in der „modernen Ordnung Europas“ im Sinne Burke’s war das in der Tat. Was Burke mit „unserer großen westlichen Republik“ meinte, war im Wesentlichen die Gemeinschaft der europäischen Signatarmächte des Westfälischen Friedens von 1648 und der Friedensverträge am Ende des Spanischen Erbfolgekriegs (1713-1715). Die Friedenschlüsse hatten die großen Hegemonial- und Religionskriege beendet und sie sollten eine Art neuartigen europäischen Konsensus etablieren: einen Konsensus über die gemeinsame Erhaltung des europäischen Gleichgewichts und über die strikte Achtung der Souveränität und Integrität der Staaten. Beide Prinzipien wurden mit den Teilungsverträgen ausgehebelt.

Interessant dabei nicht zuletzt, wie die Teilungsmächte die Nicht-Achtung des Verbots der Intervention gegen souveräne Staaten gerechtfertigt haben: Sie erfanden eine neue Formel, wonach ein Zustand von „Anarchie“ (so wie er in Polen seit 1768 angeblich geherrscht habe) die Nachbarn zur Intervention zwinge – auch um der Sicherheit ganz Europas willen. Das war nach zeitgenössischen Standards ungefähr ähnlich plausibel wie heute Putins Rede von der Verantwortung Russlands für die Entnazifizierung der Ukraine.

Aber sehen wir einmal von dem völkerrechtlichen Aspekt ab. Auch ganz praktisch wurde der Zäsurcharakter der Entscheidung von 1772 sofort sichtbar. Von außen gesehen war die neue Liga der Teilungsmächte derart dominant, dass sie nicht nur willkürlich über Polen verfügen konnte, sondern auch über die Verhältnisse in Deutschland. Die panikartigen und zugleich hilflosen Reaktionen der deutschen Reichsstände auf die Teilungsnachricht (z.B. Sachsens, Bayerns, der Pfalz) zeugten davon. Im Innenverhältnis aber funktionierte die Teilungsliga als eine Art kompetitive Zwangsgemeinschaft. So alternativlos das weitere Zusammenwirken in Bezug auf Polen war, so deutlich konkurrierten hier einzelstaatliche Ziele und Interessen; dass es früher oder später zur weiteren Aufteilung Polens kommen würde, lag angesichts dieser Spannungen auf der Hand. Herr Krzeminski hat also absolut recht: 1772 war der Anfang vom Ende des alten Polen, aber ebenso des alten Reichs.

Den Langzeitfolgen der Teilungen gilt meine zweite Frage. Wie, und wie lange eigentlich, haben die Teilungen nachgewirkt? Fasst man die Frage eng, und bezieht man sie allein auf Polen, dann scheint die Antwort auf der Hand zu liegen. Die polnische Gesellschaft blieb auf ihrem Weg in die Moderne solange fremdbestimmt, beeinträchtigt, in ihrer Entwicklung gehemmt, wie die Teilungslage selbst andauerte, also bis zum Ende des Ersten Weltkriegs. Der Verlust der Souveränität bedeutete für alle drei Teilungsgebiete eine nachhaltige Marginalisierung im Rahmen des jeweiligen Teilungsstaats – nicht nur politisch, sondern auch wirtschaftlich, struktur- und bildungspolitisch, elitensoziologisch, in unterschiedlichem Maße auch kulturell. Man könnte, in Abwandlung von Milan Kunderas Diktum vom „gekidnappten Westen“, von einer „gekidnappten Nation“ sprechen. Die Traumata dieses Kidnapping haben natürlich lange über 1918 hinaus nachgewirkt. Bis heute sind die Trennungslinien zwischen den Teilungsgebieten als Phantomgrenzen erkennbar.

Fasst man die Frage nach den Folgen der Teilungen weiter, bezieht man sie auf Ostmitteleuropa insgesamt, dann wird es komplizierter. Ganz sicher waren die Teilungen jedenfalls ein zentraler Faktor bei Preußens weiterer Entwicklung. Der territoriale Zuwachs hat Preußens wirtschaftlich-fiskalische Ressourcen beträchtlich vermehrt, sein militärisches Potential gestärkt, zugleich neue außenpolitische Optionen geschaffen. Die napoleonischen Kriege blieben in dieser Hinsicht Episode; Preußen blieb auch nach 1815, wie Klaus Zernack gesagt hat, eine „halbdeutsche Großmacht“ mit einer Machtbasis außerhalb des alten Reichs. Die Entwicklung des österreichisch-preußischen Dualismus im Deutschland des 19. Jahrhunderts und der Weg zur Reichsgründung von 1871 waren davon deutlich geprägt.

Die Kehrseite aber – und zwar nicht nur für Preußen, sondern für alle Teilungsmächte: die dauernde Herausforderung durch die polnische nationale Bewegung. Sie entwickelte trotz, oder eher wegen, aller Versuche, sie zu unterdrücken, eine über die Generationen wachsende gesellschaftliche Mobilisierungskraft gegen die Staatsmacht. Wie Hans-Ulrich Wehler gezeigt hat, entwickelte sich die sogenannte Polen-Frage, sogar zu einem der großen „Krisenherde des Kaiserreichs“. Zugrunde gegangen ist das Kaiserreich daran natürlich nicht. Aber der sich ständig radikalisierende, um 1900 omnipräsente Nationalitätenkonflikt in den sogenannten Ostmarken hat das Verhältnis zwischen Deutschen und Polen irreparabel beschädigt.

Zum ideologischen Erbe des Kaiserreichs sollte denn auch eine tief verwurzelte deutsche Polenfeindlichkeit gehören. Nach 1918 hielt die Mehrheit der Deutschen die bloße Existenz des wiedererstandenen Polen, dieses „Saisonstaats“, für unerträglich; die nach dem Ersten Weltkrieg gezogene deutsch-polnische Grenze (auf die sich übrigens nach 1945 die Bundesrepublik stets berufen hat) galt damals als „blutende Grenze“ und deshalb als inakzeptabel; der Anweisung des deutschen Oberkommandos im Jahr 1939, dass der Krieg gegen Polen mit (Zitat) „größter Härte“ geführt werden müsse, folgte die Wehrmacht im September `39 willig. Wann endete auf dieser Ebene die Wirkungsgeschichte der Teilungen? Auf deutscher Seite: vielleicht 1980, als uns die Solidarnosc-Bewegung neuen Respekt für Polen gelehrt hat? Vielleicht aber auch erst später?

Meine dritte und letzte Frage ist die nach der kollektiven Erinnerung an die Teilungen Polens und deren Wirkungsgeschichte. Sind die Teilungen Polens ein lieu de mémoire im Sinn von Pierre Norat? In Deutschland ganz sicher nicht. Das in Deutschland durchaus vorhandene Bewusstsein von einer deutsch-polnischen Konfliktgeschichte reicht in der Regel kaum hinter den Zweiten Weltkrieg zurück. Man mag gehört haben von den Grenzkonflikten nach dem Versailler Frieden oder auch von den „Nationalitätenkämpfen“ im Osten des Kaiserreichs. Welche Vorgeschichte diese hatten, erfuhr man im Geschichtsunterricht aber nicht. Das Schulbuch zur europäischen Geschichte, das wir – die Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission – jetzt gemeinsam erarbeitet haben, ist meines Wissens das erste Geschichtsbuch in Deutschland, in dem die Teilungen Polens überhaupt als eigenes Thema vorkommen.

Ganz anders natürlich in Polen. Vielleicht nicht die Verlaufsgeschichte der Teilungen selbst, umso mehr aber deren Wirkungsgeschichte bildet die Hauptachse der Erinnerung an Polens Geschichte im 19. und 20. Jahrhundert – der Verlust der Souveränität, der Freiheit, die Anstrengungen für die nationale Selbstbehauptung (Aufstände und organisierte Nationalbewegung), die Kämpfe um die Wiederherstellung des unabhängigen Staats. Mit diesen kollektiven Erfahrungen verbunden war aber wohl auch die Ausprägung bestimmter kollektiver Haltungen und Wertordnungen – z.B. eine tiefe Aversion gegen Fremdbestimmung, ein Sinn für Widerständigkeit als gesellschaftliche Tugend, der größte Respekt für das Prinzip staatlicher Souveränität und territorialer Integrität.

Nur vor diesem Hintergrund kann ich mir die Haltung der polnischen Gesellschaft gegenüber dem Krieg gegen die Ukraine erklären. Noch 2019 tobte zwischen Polen und der Ukraine ein von der PiS-Regierung befeuerter geschichtspolitischer Krieg (um die ukrainischen Massaker an Polen in Wolhynien 1943/44, um den berühmt-berüchtigten Stepan Bandera). Nach dem 24. Februar 2022 aber spielte das keine Rolle mehr. Die Empathie für, und Solidarität mit, der um ihre Souveränität kämpfenden Ukraine war und ist in Polen so nachhaltig und so ungeteilt wie wohl kaum irgendwo sonst in Europa.

Aber zurück zur Erinnerung an die Teilungen Polens im 18. Jahrhundert. Als deutscher Historiker fände ich es gut, wenn wir in Deutschland etwas klarer und bewusster mit dem historischen Erbe der Teilungen umgehen würden. Dabei geht es nicht darum, im Seitenblick auf unsere Nachbarn die Bilanz unserer „Vergangenheitsbewältigung“ noch einmal zu verbessern. Es geht vielmehr um Selbstverständigung über unsere eigene Geschichte – darum, zu verstehen, was Preußen und Österreich mit der Teilung Polens für sich selbst angerichtet haben.

Sobota, 1 listopada 1755 roku

czyli Dzień Wszystkich Świętych. Lizbona. Trzęsienie Ziemi.

W 1755 roku dzień Wszystkich Świętych wypadał w sobotę. Wszyscy zgodnie twierdzą, że poranek tamtego listopadowego dnia był przepiękny. Rześkie powietrze, błękitne niebo i blask słońca zapowiadały, że ładna pogoda, którą przyniósł lizbończykom poprzedni miesiąc, utrzyma się i mieszkańcy będą się rozkoszować babim latem, które do dziś jest jednym z uroków jesiennej Lizbony.

Skala zniszczenia była niewyobrażalna. Tysiące ludzi zginęły straszliwą śmiercią. Było to najsilniejsze trzęsienie ziemi w Europie Zachodniej w czasach nowożytnych i miało wymiar iście apokaliptyczny.

Przytaczam tu fragmenty dwóch tekstów. Oba pożyczyłam.

Reblog / Przedruk

Tekst 1 stanowi fragment książki Barry’ego Hattona Lizbona. Królowa Mórz, która ukazała się w roku 2022 w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Barry Hatton

Wydawnictwo UJ 2022

Mieszkańcy wspominali później, że krótko po tym, jak kościelne dzwony wybiły 9:30, rozległ się głęboki, dudniący dźwięk, który przypominał odległy grzmot. Odgłos ten poprzedzał najsilniejsze trzęsienie ziemi, jakie nawiedziło Europę Zachodnią w czasach nowożytnych. Trzy gwałtowne wstrząsy, przedzielone krótkimi przerwami, obróciły w perzynę dwie trzecie lizbońskich budynków, które zawaliły się z ogłuszającym hukiem. W głąb koryta Tagu wdarła się sześciometrowa fala tsunami, która wywracała statki i porywała z lądu ocalałych ludzi, odbierając im szansę na ratunek.
W ruinach wybuchł potężny pożar, który szalał przez sześć dni. Nocami w płonącym mieście było jasno jak w dzień. Ziemia, woda, ogień: kataklizm przypominał starotestamentowy gniew Boży. Klęska podcięła Lizbonie skrzydła po trwającym pół wieku okresie prosperity. Miasto spełniało wzniosłe ambicje, finansowane brazylijskim złotem.

Długa, powolna odbudowa miała na zawsze odmienić oblicze stolicy. Owych siedem tragicznych minut wstrząsnęło także Europą, która stanęła w obliczu ważkich pytań o intencje Boga i znaczenie nauki.

Joao Glama Ströberle, Terramoto1755

Trzęsienia ziemi nie były niczym nowym dla lizbończyków. W ciągu 400 lat stolicę nawiedziło aż 15 takich kataklizmów, a trzy z nich – w latach 1356, 1531 i 1597 – spowodowały poważne zniszczenia. Trzęsienie z 1755 roku było jednak najsilniejsze. Jego epicentrum znajdowało się pod dnem morskim, w odległości 250 kilometrów na południowy zachód od miasta. Pod wpływem ruchów płyt tektonicznych zatrzęsło się piaszczysto-żwirowe podłoże pod częścią najstarszych dzielnic Lizbony. Budynki z kamienia i drewna rozsypały się jak domki z kart. Wąskie lizbońskie uliczki, które przez stulecia nie były wytyczane według jakiegoś odgórnego, przemyślanego planu, ale rozrastały się bez ładu i składu, zależnie od potrzeb i możliwości, zamieniły się w śmiertelne pułapki.

Skala zniszczenia była niewyobrażalna. Tysiące ludzi zginęły straszliwą śmiercią: pod gruzami domów, na skutek uduszenia, w płomieniach albo pod wodą. Ci, którzy ocaleli, opowiadali przerażające historie. Ich wstrząsające relacje przypominają scenariusze współczesnych filmów katastroficznych.

Ojciec Manoel Portal leżał pod gruzami Convento da Congregaçao do Oratório, z nogą uwięzioną pod kamiennym elementem muru. Na szczęście dwóch mężczyzn wydobyło go spod gruzowiska. Ocalony zakonnik pokuśtykał na ulicę „z oczyma zalanymi krwią”. Widok, jaki tam ujrzał, zmroził mu krew w żyłach. Kiedy tylko wyszedłem przez bramę wjazdową, stanąłem pośród ciał zabitych, wspominał w napisanej rok później książce pod tytułem Historia o zniszczeniu miasta Lizbony za sprawą przerażającego trzęsienia ziemi i pożaru, które obróciły w proch i popiół najlepszą i największą część tego nieszczęsnego miasta.

Thomas Chase, Anglik mieszkający w Lizbonie, który przebywał na najwyższym piętrze budynku, kiedy ten zawalił się pod jego stopami, spadł z czwartego piętra. Mimo że mężczyzna był poważnie ranny – miał kilka złamań i zwichnięć, liczne rany i stłuczenia – zdołał się wyczołgać spod gruzów o własnych siłach. Ocaleni, na których natknął się na ulicy, wpadli w panikę, kiedy powietrze poszarzało. Ludzie, pokryci szarym pyłem, oddawali się gorącej modlitwie, światło zaś było takie, jak w bardzo pochmurny dzień, napisał Chase w liście, który wysłał do domu miesiąc po trzęsieniu ziemi.

Wielebny Charles Davy, anglikański duchowny, który przebywał z wizytą w Lizbonie, także wspominał o bardzo wielkich tumanach kurzu i pyłu wapiennego, które wzbijały się przypuszczalnie dlatego, że od wielu tygodni w mieście nie spadła ani kropla deszczu. Chmury pyłu, które przesłaniały słońce, były tak gęste, że duchowny przez dziesięć minut z najwyższym trudem łapał powietrze w płuca i drżał z przerażenia na myśl, że jest świadkiem apokalipsy.

Ocaleni, którzy pod wpływem szoku snuli się dokoła bez celu, byli obsypani szarawym pyłem, podobnie jak ci, którzy 11 września 2001 roku znaleźli się w pobliżu miejsca ataków terrorystycznych w Nowym Jorku. Zakrwawieni ludzie błąkali się pośród ruin w poszukiwaniu swoich najbliższych. Dzieci krzyczały. Wyjące psy i żałośnie porykujące muły konały, pozostawione na pastwę losu.

Zdaniem wielebnego Richarda Goddarda, proboszcza Lacock Abbey w południowo-zachodniej Anglii, który w stanie kompletnego oszołomienia wędrował, potykając się, ulicami miasta, które drżały od wstrząsów wtórnych, przesądni mieszkańcy Lizbony byli bardzo wystraszeni. Dzień Wszystkich Świętych jest jednym z najważniejszych świąt katolickich, podczas którego wierni oddają hołd świętym. Pastor napisał:

Żadne słowa nie zdołają wyrazić nędzy mego położenia w tamtej chwili, gdym stał w kompletnych niemal ciemnościach, w mieście walącym się w gruzy, pośród tłumów krzyczących i błagających o zmiłowanie ludzi, gdyśmy się wszyscy spodziewali, że lada chwila pochłonie nas ziemia wstrząsana gwałtownymi konwulsjami.

Pod wpływem kataklizmu ludzie wpadali w religijne uniesienie. Klękali na ulicach i pogrążali się w modlitwie; całowali krzyże i wznosili je ku niebu. Wielebny Goddard wspominał, że kiedy natknął się na grupę ocalałych, ci zmusili go by natychmiast przeszedł na katolicyzm. Duchowny bał się, że ponadstuosobowa „tłuszcza” zabije go, jeśli nie zgodzi się zmienić wyznania. Później ludzie ci rzucili się na niego i o mało mnie nie udusili swymi uściskami; kilku księży padło przede mną na ziemię, by obejmować kolana i całować stopy swego nowo nawróconego współwyznawcy.

Jurema Oliveira
Tsunami, które wdarło się w głąb miasta, było tak potężne, że spowodowało zniszczenia także w Afryce Północnej

Zdaniem pastora żywili oni przekonanie, że jeśli nawrócą kogoś na swoją wiarę, odkupią część swych grzechów i unikną dalszych cierpień. Ale ich gehenna jeszcze się nie skończyła. Niektórzy zdesperowani lizbończycy, uciekając przed śmiercią pod walącymi się gruzami i w pułapkach zablokowanych ulic, kierowali się w stronę najbliższego otwartego terenu: Terreiro do Paço, rozległego placu nad Tagiem, obok pałacu królewskiego. Jak się okazało, dokonali fatalnego wyboru.

Niebawem woda w rzece i w Słomianym Morzu zaczęła się burzyć i pienić, rwąc łańcuchy kotwiczne i porywając statki jak zabawki. Davy, wspomniawszy o falowaniu i przybieraniu wód, dodał:

… w jednej chwili nieopodal pojawiła się wielka masa wody, która wznosiła się niczym góra. W bryzgach piany, rycząc, runęła na brzeg z takim impetem, że wszyscy rzuciliśmy się natychmiast do ucieczki i biegliśmy, ile sił w nogach, by ocalić życie. Jedne statki przewracały się i miotały jak podczas gwałtownego sztormu, podczas gdy inne wirowały z zawrotną szybkością; kilka dużych łodzi wywróciło się kilem do góry. Masywne kamienne nabrzeże oraz ludzie, którzy szukali na nim bezpiecznego schronienia, zostali porwani i wchłonięci przez olbrzymi wir, i zniknęli na zawsze.

José Moreira de Mendonça, który także przeżył trzęsienie ziemi, wspominał, że kiedy tsunami pędziło w górę Tagu, odsłoniło jego dno, a powracając, porywało ludzi i wciągało w rwący nurt rzeki. Davy zanotował, że kiedy tuż za miastem ludzie „jechali konno szeroką drogą, która wiedzie do Belém i której jedna strona otwiera się na rzekę, fale nadciągnęły z tak wielką szybkością, że musieli rzucić się galopem ku wyżej położonym terenom, by ich woda nie porwała”. Tsunami, które wdarło się w głąb miasta aż do placu Rossio, było tak potężne, że spowodowało zniszczenia także w Afryce Północnej, a po około dziesięciu godzinach dotarło do Karaibów.

Chase stwierdził, że ludzie, którzy przeżyli kataklizm i zgromadzili się na placu Terreiro do Paço, byli przekonani, że nadszedł dzień sądu ostatecznego. Modlili się, przyciskali do piersi krucyfiksy i po każdym wstrząsie wtórnym wołali Litości!… głosami przepełnionymi niewyobrażalną boleścią”. Davy zwrócił uwagę, że status społeczny nagle przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, ponieważ ludzie obydwu płci, wszelkiego stanu i pozycji, pośród których dostrzegłem kilku najgłówniejszych kanoników kościoła patriarchalnego, w ich purpurowych szatach i rokietach, modlili się na klęczkach, uderzając się w piersi i bez ustanku wołającMisericordia meu Dios! 

W tłumie były także damy na poły odziane, a niektóre z nich bez obuwia. Chase zapisał, że o 14:00 pył zaczął opadać i pokazało się słońce. Zauważył wówczas, że pałac królewski stoi w ogniu. Świece, lampy i paleniska w domach i kościołach w całej Lizbonie wywołały trzeci kataklizm tamtego dnia. Silna bryza z północnego wschodu, typowa dla tego wietrznego atlantyckiego portu, rozdmuchiwała płomienie, wywołując burze ogniowe, które błyskawicznie trawiły drewniane domostwa. Większość ocalałych uciekła nad rzekę lub do okolicznych wiosek, a w mieście pozostała ledwie garstka ludzi zdolnych i chętnych do gaszenia płomieni.

Davy wspominał, że miasto paliło się równocześnie w co najmniej stu różnych miejscach i płonęło tak przez sześć dni bez przerwy, nikt też nie podejmował najmniejszej choćby próby powstrzymania płomieni. Mendonça napisał w swojej relacji, że ogień rozprzestrzenił się z nadrzecznej dzielnicy Ribeira do Rossio i Bairro Alto, a następnie do Alfamy. Jego zdaniem pożar ogarnął jedną trzecią miasta, w tym najzamożniejsze i najgęściej zaludnione dzielnice. Po zmierzchu, jak zanotował Davy, całe miasto stało w płomieniach, które były tak jasne, żem mógł bez trudu czytać w ich blasku.

Georges Clerc Rampal

Chase stwierdził, że ogień rozprzestrzeniał się z niepohamowaną szybkością. Obydwie strony zamieszkiwanej przez bogaczy Rua Nova stały w ogniu. Wystarczyło kilka razy nabrać do płuc toksycznego dymu, by stracić życie. Tamtej nocy Chase widział jeszcze mnóstwo ciał leżących na ulicach i słyszał wołania o pomoc. Pożar strawił większość budynków, które oparły się trzęsieniu ziemi w sercu jednego z najwspanialszych miast Europy.

Ogień przypieczętował los skarbów Lizbony. Gdyby budynki tylko się zawaliły, można by było coś uratować. Płomienie unicestwiły jednak prawie wszystko, czego nie zniszczyło trzęsienie ziemi. Mendonça w swojej książce Historia Universal dos Terremotos (Powszechna historia trzęsień ziemi) wymienia 3 tuziny kościołów i około 60 klasztorów, które zostały całkowicie zniszczone tamtego dnia. Jeszcze dziś, kiedy Portugalczycy chcą powiedzieć, że doszło do jakiegoś dramatycznego wydarzenia, często posługują się wyrażeniem Cai o Carmo e a Trindade (przewracają się Carmo i Trindade). Nawiązuje ono do dwóch ważnych lizbońskich klasztorów, które legły w gruzach podczas trzęsienia ziemi.

W bibliotekach wszystkich klasztorów, które uległy zniszczeniu, przechowywano  tysiące rzadkich ksiąg. Ponadto Lizbona straciła sześć szpitali, w tym wspaniały szpital Todos os Santos, pałac królewski, operę, archiwum królewskie, arsenał królewski, pałac arcybiskupa, Dom Indii i urząd celny. W bibliotece pałacu królewskiego, która doszczętnie spłonęła, znajdowało się kilkadziesiąt tysięcy książek. Ściany i podłogi pałacu zdobiły gobeliny i perskie kobierce. Przepadła także bezcenna dokumentacja z czasów ekspansji terytorialnej.

Brytyjski historyk T.D. Kendrick sporządził zestawienie bezpowrotnie utraconych bezcennych przedmiotów i dzieł sztuki z jednego tylko lizbońskiego pałacu, który należał do markiza Louriçal, by dać nam pewne wyobrażenie o ogromie strat, jakie Lizbona poniosła w wyniku trzęsienia ziemi. Wśród zniszczonych  skarbów znajdowało się między innymi około 200 obrazów, w tym dzieła Tycjana, Correggia i Rubensa, 18 tysięcy drukowanych książek, tysiąc manuskryptów, w tym historia spisana własnoręcznie przez cesarza Karola V, bogaty zbiór map lądów i mórz z naniesionymi trasami portugalskich wypraw odkrywczych.

Kiedy ogień dogasł, Lizbona wyglądała jak miasto po bombardowaniu. Davy napisał:

Zapewniam was, że to rozległe i zamożne miasto jest teraz niczym więcej jak tylko wielką stertą gruzów; że obecnie bogaci nie różnią się niczym od biedaków; tysiące rodzin, które ledwie dzień wcześniej żyły beztrosko i w dostatku, teraz, rozpierzchłe, koczują pośród pól, pozbawione wszelkich wygód i nadziei na poprawę swej doli.

Jacques Philippe Le Bas 1757

Kiedy ogień dogasł, Lizbona wyglądała jak miasto po bombardowaniu.

Oceny wielkości strat w ludziach znacząco się różnią. Niektórzy historycy uważają, że mogły sięgać nawet 60 tysięcy, ale według skromniejszych – i powszechnie uznawanych – szacunków zginęło od 10 do 20 tysięcy ludzi. Miasto miało wówczas ponad 200 tysięcy mieszkańców. Dwie trzecie domów w Lizbonie nie nadawało się do zamieszkania.

Kiedy kataklizm dotknął miasto, rodzina królewska przebywała w swojej wiejskiej rezydencji w Belém i nie została poszkodowana. Ale nuncjusz papieski w Lizbonie, Filippo Acciaiuoli napisał do brata, że król uciekł z pałacu w koszuli nocnej. Przez kilka dni, dopóki nie znaleziono namiotu, władca i cała rodzina królewska spali w powozie. Tragedia tak wstrząsnęła królem Józefem I, że od tamtej pory mieszkał w namiotach z drewna i płótna, by uniknąć śmierci pod gruzami kamiennej budowli i powrócił do centrum miasta dopiero po sześciu latach. Lizbońska szlachta także została zmuszona do życia w trudnych warunkach. Prawie 40 stołecznych pałaców legło w gruzach. Arystokraci, pozbawieni dachu nad głową, zbierali w stoczniach rzecznych kawałki drewna i płótno żaglowe, z których budowali prowizoryczne szałasy.

Acciaiuoli zauważył, że ci, którzy ocaleli, trwali w głębokim szoku. Stwierdził, że ujmując rzecz w skrócie, panują tu przerażenie i niedola, Lizbona zaś jest stertą gruzów. Davy napisał, że trzęsienie ziemi zmieniło to niegdyś kwitnące, bogate i ludne miasto w obraz skrajnej nędzy i rozpaczy. Najlepiej widoczną blizną, którą pozostawił po sobie tamten tydzień, gdy dorobek sześciu stuleci został unicestwiony, a wszystkie skarby Lizbony bezpowrotnie utracone, jest klasztor Karmelitów.

Joao Glama Ströberle

Trzęsienie ziemi zmieniło to niegdyś kwitnące, bogate i ludne miasto w obraz skrajnej nędzy i rozpaczy.

Tragedia Lizbony odbiła się szerokim echem w całej Europie. Stała się inspiracją dla wierszy i powieści, dla filozoficznych i teologicznych traktatów, rozpraw naukowych i dzieł sztuki. Najwybitniejsze umysły epoki oświecenia, takie jak niemiecki filozof Immanuel Kant, francuski filozof Jean-Jacques Rousseau i pisarz Voltaire, włączyły się do rozważań nad sensem i wymową tamtego trzęsienia ziemi. Swoją opinię na ten temat wyraził także angielski metodysta John Wesley. Czy był to palec boży, czy raczej zjawisko, które można wytłumaczyć naukowo? Dlaczego Bóg wybrał Lizbonę, gdzie tak prężnie działała inkwizycja i skąd Portugalczycy zanieśli słowo Boże do najdalszych zakątków świata? I czemu tragedia wydarzyła się w dniu tak ważnego święta?

Wiadomość o nieszczęściu, jakie spadło na Lizbonę, wzbudziła przerażenie na całym kontynencie. Czy gdziekolwiek można czuć się bezpiecznie i mieć pewność, że uniknie się podobnego losu? Niemiecki poeta Johann Wolfgang von Goethe nazwał ten kataklizm wydarzeniem o światowej randze. W jego pamiętnikach czytamy: Demon grozy nigdy chyba nie szerzył lęków na świecie z taką prędkością i mocą.
W styczniu 1756 roku niemiecka Gazette de Cologne stwierdziła, że trzęsienie ziemi wciąż jest na ustach wszystkich.

Słonie i nosorożce nie były już wizytówkami Lizbony.


Autorem tekstu numer 2 jest Jacek Pałasiński, który napisał na FB 11.01.2022:

Oświecenie zapoczątkowało proces, który umożliwił połączenie wszystkich jedną siecią, wszystkich ludzi na całej planecie. Utopiści mówili, że kiedy człowiek skontaktuje się z drugim człowiekiem, kiedy jeden pozna drugiego, kiedy zrozumie, że jego ból i cierpienie, jego radość i przyjemności są identyczne, jak jego własne – wtedy nie będzie już powodów do wojen.

Oświecenie jednak myliło się…

Wybitny dziennikarz, Włodek Goldkorn, przytoczył na FB fragmencik wywiadu, jaki z przeprowadził w 2008 roku z Zygmuntem Baumanem: „Miło byłoby pomyśleć – mówi Bauman – że nasza cywilizacja zmierza w kierunku rozsądku i moralności, choć z pewnymi wpadkami po drodze. Niestety tak nie jest. Niektórzy bardzo wykształceni obserwatorzy twierdzą, że impertynenckie ambicje nowoczesności, zaczęły się od szoku, wywołanego trzęsieniem ziemi w Lizbonie (w 1755): ślepa natura, pozbawiona jakiejkolwiek racjonalności, obojętna na rozróżnienie cnoty i grzechu, między zasługą i winą, uderza przypadkowo. Należy zatem powstrzymać siłę żywiołów, zmusić naturę do korzystania z kategorii dobra i zła. A za pomocą rozumu i technologii ludzkość nada moralny porządek amoralnemu chaosowi”.

– Właśnie dokonał pan syntezy myśli oświeceniowej. Wynik? – pyta Włodek Goldkorn.

– Skutki różnią się od intencji. Nie udało nam się przekonać natury do posłuszeństwa ludzkim wyobrażeniom o cnotach i występkach. Ale konsekwencje naszych działań, bezbłędne z technicznego punktu widzenia, uderzają nas irracjonalnym okrucieństwem, okrucieństwem, które do tamej pory przypisywaliśmy tylko i wyłącznie naturze.

A zatem to, co łączy nas z naturą to okrucieństwo?

Pokolenie Solidarności 18

Eli

Ewa Maria Slaska

Obywatele (1980)

W sierpniu 1980 roku Polacy poczuli się wolni. Powstał wielki ruch społeczny i polityczny, ale przede wszystkim zaczęło się rodzić społeczeństwo obywatelskie.

W połowie września powołano do życia ogólnopolską organizację, Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Solidarność.

Pokolenie, które było dorosłe i świadome w latach osiemdziesiątych, nawet jeśli nader młode, było naocznym świadkiem narodzin Solidarności. Prawdę powiedziawszy, każdy dorosły Polak ma w życiorysie jakąś „cegiełkę”, którą dołożył w budowanie legendarnego Sierpnia 80.

Nie da sie zapomnieć dramaturgii strajku w stoczni Gdańskiej, determinacji Wałęsy, Walentynowicz, Gwiazdy, Kuronia, Michnika. Stawiane żądania, 21 postulatów, brzmiały na owe czasy rewolucyjnie. Mało kto wierzył w powodzenie, komuniści jednak podpisali ze strajkującymi porozumienie i to był szok dla nas wszystkich, i jednocześnie wielkie zwyciestwo. W społeczeństwie powiało nadzieją. Obrazy z tamtych dni nie zniknęły z pamięci, wręcz odwrotnie. Co jakiś czas powracają wspomnienia, może mniej o przywódcach z tamtych lat, oni, przynajmniej niektórzy, zrobili karierę polityczną. A ja mam na myśli tych „maluczkich”, co gdzieś tam, na jakimś małym albo ważnym stanowisku pracy, w latach 80 wspierali powstający ruch solidarnościowy. Historia nie byłaby prawdziwa, gdyby nie obejmowała rzetelnej wiedzy o stanie świadomości historycznej tamtego czasu.

Rok 1980, Solidarność przyniosły nam Polakom przełom historyczny, który na zawsze wejdzie do podręczników. Przed rokiem 80 stan psychiczny społeczeństwa był straszliwy, władzy udało się wprawić nas w poczucie totalnej beznadziejności, toteż najważniejszym odczuciem, jakie przywiał nam z Gdańska Rok 1980 to najpierw Nadzieja przez duże N, a potem poczucie, że na naszych oczach i może nawet przy naszym współudziale zmienia się oblicze wspólnego domu, Polski i dzieje się Historia.

Poczucie sprawczości.

Pamiętam dokładnie, pisze Krystyna, polska dziennikarka, która do Berlina przyjechała z Opola, jak chłonęliśmy wieści z Gdańska i Szczecina – brzmiały tak odważnie. Chodziło o nasz codzienny byt. Po raz pierwszy upomniano się o godne życie, o tym słyszeliśmy w radiu, telewizji. Były to głosy nie, jak zwykle, partyjniaków, ale tych, którzy wzięli nasz los w swoje ręce, tych, o których słyszeliśmy w Radiu Wolna Europa. Dzielni Opozycjoniści stawiali rządzącej władzy postulaty o charakterze politycznym. To, o czym mówiono głośno, sprawiało, że niejeden Polak oczy przecierał ze zdziwienia. Podziwialiśmy odwagę tych, którzy tam byli, w Gdańsku, w Szczecinie!

W naszych umysłach i sercach rodziła się solidarność z Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym. Jaka to była mobilizacja do działania! W całym kraju zaczęło powstawać ogromne zaplecze społeczne, wzmacniające naszych przywódców, dodające im skrzydeł do działania. O tym rzadko się wspomina. Cóż wart byłby przywódca bez zaplecza społecznego? Tylko wtedy może liczyć na powodzenie tego, czego się podjął – zmian. Toteż niesprawiedliwe byłoby, gdyby dawni przywódcy Solidarności, którym słuszne przypisuje się ogromne zasługi, zapomnieli o tych na dole, o zwykłych obywatelach.

A zapomnieli!

Gdy upadał autorytet partyjniaków, społeczeństwo przestało bać się władzy. Mogę o tym opowiedzieć na przykładzie z własnego podwórka. Pracowałam w opolskiej oświacie i wiem, pamiętam, że coraz głośniej brzmiał głos solidaryzujący się z komitetem strajkowym w Gdańsku. Pierwszym przejawem poparcia było wywieszenie flagi na budynku zakładu lub instytucji. Ze strony dyrekcji czy kierownictwa dawało się odczuć ciche przyzwolenie. Nasi ówcześni dyrektorzy przyjmowali postawę dyplomatyczną – udawali, że nic nie widzą i chwała im za to!

Niektóre zakłady reagowały szybciej, inne potrzebowały czasu. Najszybciej zareagowali studenci wyższych uczelni. Duże zakłady (FSD Nysa, Elektrownia Opole, Zakłady Koksownicze w Zdzieszowicach) w poczuciu moralnej solidarności zorganizowały strajki ostrzegawcze. W miarę upływu czasu staliśmy się przecież jedną wielką rodziną solidarnościową.

Zresztą… nie było nic do stracenia, przecież w tym czasie „statek Polska” po prostu tonął. Braki w zaopatrzeniu w żywność, w sklepach spożywczych puste półki, w przemysłowych – towar, który znikał w ciągu pół godziny.

Determinacja Lecha Wałęsy utwierdziła w nas poczucie, że droga, jaką wówczas obraliśmy, była słuszna. W kraju rosła pozycja Solidarności, w zakładach powstawały związki zawodowe, których przedstawiciele wchodzili do rad miejskich. W osiem lat później dopuszczono listę niezależnych kandydatów na posłów.

Jako społeczeństwo w tym przełomowym okresie zdaliśmy egzamin celująco i trzeba o tym przypominać wciąż i wciąż! Nie byłoby nic bez nas, zwykłych obywateli, działaczy małych organizacji solidarnościowych!

Dlatego uparcie upominam się o pamięć i przypominanie o roli, jaką odegrało całe polskie społeczeństwo w okresie transformacji ustrojowej! Bez poparcia na dole nasi przywódcy byliby mało znaczącym epizodem w historii. Nie byłoby Solidarności i dzisiejszej nowoczesnej Polski, gdyby nie nasza siła, składająca się z pojedynczych obywateli, grup społecznościowych, inteligencji, robotników, dziennikarzy.

To masowy oddolny ruch społeczny, jakim był związek zawodowy Solidarność, przyczynił się do pokojowych przemian ustrojowych w Polsce i Europie Wschodniej. Impuls wywołany przez Solidarność zapoczątkował nieodwracalny proces zmian, które w ostateczności pogrzebały komunizm, lądujący na śmietniku historii 4 czerwca 1989 roku.

***

Krysia nie spotkała nigdy ani Basi, ani Stefana, przyjechała zresztą do Berlina dopiero wtedy, gdy oboje już dawno byli w USA, ale jej przemyślenia oddają wiele z tego, co w owym czasie oboje myśleli. To mali ludzie tworzą wielką Historię, mnóstwo małych ludzi. Dwanaście milionów ludzi, którzy mówili “solidarność”, a myśleli “wolność”. Sierpień 1980 roku był najlepszym okresem w ich życiu, przede wszystkim dlatego że był to czas, kiedy Basia i Stefan robili to samo i myśleli to samo, a słowa których używali wciąż jeszcze znaczyły to samo.

Nota bene późniejsza, potransformacyjna nomenklatura określiła okres Solidarności, czyli czas od 1 września 1980 roku do 12 grudnia 1981 roku, mianem “karnawału Solidarności”. Nie wiem kto i po co wymyślił taki głupi termin, ponieważ ten okres niespełna 16 miesięcy żadnym karnawałem nie był. Owszem był to czas pewnych swobód obywatelskich i ograniczenia cenzury, ale Polska żyła w cieniu propagandowego zastraszania, a na każdym szczeblu, od zakładów pracy zatrudniających dziesięć osób po system państwa komunistycznego, był to czas ustawicznego użerania się z władzą.

Tym niemniej było to niezwykłe doświadczenie wolności, które w tym okresie stało się udziałem pokoleń „urodzonych w niewoli”, wpływając jednocześnie mocno na stan świadomości starszych. Okazało się ono decydującym elementem, kształtującym dalszy bieg historii i wpłynęło ostatecznie w 1989 roku na destrukcję i upadek systemu komunistycznego w Polsce i na świecie.

A że efekty tego okazały się po kilku dekadach katastrofalne, że spowodowany polską rewolucją “upadek Komuny” zwolnił kapitalizm z udawania, że akumulacja zysku zapewnia podniesienie poziomu życia zwykłego obywatela, że rok 1989 doprowadził do globalizacji, przesunięcia rynków do biednych krajów, upadek gospodarki europejskiej, a zatem państw opieki społecznej i że wolność bogacenia się bez poczucia odpowiedzialności zniszczy stosunki społeczne, miejsca pracy, dobrobyt, demokrację, zaufanie do polityki, a przede wszystkim środowisko, że kilkadziesiąt lat kapitalistycznej wolności zrujnuje doszczętnie to, na czym wyrosła, czyli solidarność…

Nasza polska wygrana okazała się naszą ludzką klęską. Nasza wolność zmieniła się w nasz pręgierz. Umieliśmy stać wyprostowani, gdy trzeba było walczyć z przemocą, gdy insygnia władzy dzierżył nieludzki prawodawca, ale zaczęliśmy się czołgać i deptać innych, gdy przejął je wszechmocny pracodawca. Skąd jednak mogliśmy to wiedzieć? Jak mogliśmy to przewidzieć? Przecież nigdy przedtem nie było takiej sytuacji.


Tak naprawdę to nie ja jestem autorką pierwszej (i najważniejszej) części tego rozdziału, tylko Krystyna Koziewicz. Może nawet nie dlatego że wiedziała, widziała i opisała to, czego ja bym nie wiedziała i widziała, ale dlatego że opisała to inaczej, niż ja bym to kiedykolwiek zrobiła. Dziękuję, Krysiu.

Pokolenie Solidarności (17)

Ewa Maria Slaska

Eli

Stocznia. Amerykański sen. (1980)

Napięcia, których kulminacją był Sierpień 1980 roku trwały w Polsce od dłuższego czasu. Już w lipcu po podwyżce cen mięsa rozpoczęły się masowe protesty. Władze poczyniły tymczasowe ustępstwa i wydawało się, że wszystko wraca do normy. Gierek pojechał odwiedzić Breżniewa na Krymie.

Polacy codziennie zasiadali przed telewizorami, żeby obejrzeć igrzyska olimpijskie w Moskwie i większość z nas zobaczyła słynny gest Kozakiewicza po medalowym skoku o tyczce.

Wydaje mi się, że tego nie trzeba tłumaczyć, że każdy wie, co to był gest Kozakiewicza. Ale może jednak trzeba. Zacznijmy więc od tego, że “Gest Kozakiewicza” to tak zwany „wał”, zgięcie lewej ręki w łokciu i włożenie w zgięcie prawej ręki. Dziś często zastępowany „palcem” czyli wystawieniem w górę środkowego palca prawej ręki. Władysław Kozakiewicz pokazał wała na Letnich Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie. Skoczył trzy razy, uzyskując za trzecim razem 5,78 metra. Był to rekord świata i zapewnił Polakowi medal olimpijski. A rosyjska publiczność go wygwizdała. Stąd wał. Ambasador ZSRR w PRL, Borys Aristow domagał się odebrania Polakowi medalu, unieważnienia rekordu oraz dożywotniej dyskwalifikacji za obrazę narodu radzieckiego.

Ani władze ani media nie dostrzegły tego, co się szykuje na Wybrzeżu. Wiadomością miesiąca była informacja o tym, że na Majorce odnaleziony został fortepian Chopina. Tak twierdzi wrocławski historyk, doktor Władysław Kucharski. Gest Kozakiewicza oczywiście pamięta cała Polska, ale fortepian Chopina?

Do kin wchodziły Gwiezdne wojny, a pod Bydgoszczą zdarzyła się największa katastrofa kolejowa w powojennej Polsce, w której zginęło 67 osób, a 64 odniosły rany.

Uprawiana przez ekipę Gierka propaganda sukcesu ze sztandarowym hasłem “Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej” latem 1980 roku definitywnie zbankrutowała. Puste półki sklepowe, wydłużające się kolejki i coraz częstsze przerwy w dostawach prądu – tak wyglądała rzeczywistość.

Mimo to, kiedy w lipcu 1980 roku fala strajków rozlała się po całym kraju, władze powtarzały utarte formułki o “czasowych przerwach w pracy” i “przejściowych trudnościach gospodarczych”.

Nawet w Gdańsku początek sierpniowego strajku dzienniki skwitowały krótką notatką o „zakłóceniach w rytmie pracy”. Wśród partyjnych notabli, jak zawsze przedtem, pojawiły się opinie, że strajki to wynik działania “sił antysocjalistycznych”.

Strajk na Stoczni zaczął się 15 sierpnia.

Po dyskusjach w nocy z 17 na 18 sierpnia opublikowano w Gdańsku słynne 21 postulatów, komunikując Polsce i światu, że robotnicy Wybrzeża walczą nie tylko “o mięso”, ale także o “wolności obywatelskie”.

W niedzielę 17 sierpnia Basia poszła na imieniny swojego kuzyna, Jacka. O tym, że trzy dni wcześniej stanęła Stocznia wiedziało już całe miasto. O tym, że było to związane z działaniami Wolnych Związków i że dlatego Stefana nie było – może nie całe miasto, ale na pewno wszyscy ich przyjaciele. CETO stanęło już w pierwszych minutach strajku na Stoczni. Nauka nie poszła w las, działania KORu, Wolnych Związków, Niezależnych Komitetów Studenckich odniosły ogromny sukces. Tym razem nie było tak, że jak studenci strajkują, to robotnicy milczą, a jak robotnicy strajkują, to inżynierowie dalej ślęczą w biurach. 15 sierpnia 1980 roku stanęła cała Stocznia i wszystkie jej biura, a następnego dnia zaczęli już napływać delegaci z Trójmiasta, potem – z innych miast. W nocy radio podało komunikat, że na terenie Stoczni zawiązał się Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, czyli MKS. W poniedziałek w Trójmieście stało już kilkaset zakładów. Zawiązywały się zakładowe komitety strajkowe, które wysyłały delegatów na Stocznię. Krążyły pogłoski o strajku generalnym, pod bramą Stoczni gromadziły się tłumy, a gazety nadal donosiły o „przerwach w pracy”.

Pierwszy tydzień Strajku w Trójmieście miał charakter strajku powszechnego, był pełen napięcia i lęku. Pomiędzy wierszami gazetowych wypowiedzi narastała groźba, że znowu robotnicze – więcej nawet, bo tym razem społeczne – wystąpienie stłumione zostanie siłą. Podczas wspólnych modlitw pod krzyżem u wejścia do Stoczni ksiądz proboszcz z kościoła św. Brygidy zapowiedział gotowość duszpasterską, w celu niesienia strajkującym wszelkiej pomocy duchowej, z ostatnim namaszczeniem włącznie. A ogromny tłum ludzi zdecydowanie i z godnością przyjął to do wiadomości. Ludzie zdawali sobie sprawę z tego, że i oni w tej grze odgrywają pewną rolę. Wspierali, to oczywiste, ale też chronili strajkujących. Każda próba zmiażdżenia siłą strajku musiała się zacząć od ataku na tłum dniem i nocą stojący przed Bramą Stoczni. To była żywa tarcza ochronna i ci, którzy tam stali, nie mogli liczyć na to, że jeśli taki rozkaz będzie wydany, atakujący cofną się przed rozlewem niewinnej krwi. W miejscu gdzie teraz stali, dziesięć lat wcześniej padły pierwsze strzały Grudnia 1970. Cóż więc mogło zaskoczyć tych, którzy tam stali?

Niestety, zanim przejdę do własnej opowieści o tym, jak to było w Sierpniu, muszę po raz kolejny pójść daleko do przodu i skomentować piękne zdanie z poprzedniego akapitu: “ksiądz proboszcz z kościoła św. Brygidy”, czyli Henryk Jankowski. Był już wtedy, w sierpniu 1980 roku osobą bardzo znaną. W Gdańsku opowiadało się cuda o jego przemyślności, która pozwoliła mu właściwie samotnie dokonać odbudowy kościoła św. Brygidy. Pełnił tam służbę duszpasterską od roku 1970, najpierw jako kapłan, organizujący duszpasterstwo w ruinach kościoła, potem administrator, w końcu jako proboszcz. Zapisał się więc bardzo dobrze w pamięci gdańszczan, choć już we wczesnych latach 80 mruczano z niezadowoleniem na temat jego prywatnych luksusów, o tym, że dostaje dary z Zachodu i rozdziela je wśród bogatych, którzy wspierają budowę jego kościoła, że ma samochody, które nie przystoją duszpasterzowi. Byłam tam kiedyś z prośbą o zezwolenie na zostanie matką chrzestną i dość nieprzyjemnie uderzyło mnie, że otaczają mnie wielkie polerowane gdańskie meble, że krzesła są kryte prawdziwym kurdybanem, a w szafach błyszczą wielkie srebrne naczynia. O tym się mówiło, to się potępiało, ale przeważało poczucie, że podniósł tę świętą Brygidę z ruin, że był kapelanem Solidarności, że pracowała dla niego Elżbieta Szczodrowska, rzeźbiarka słynna, a najszlachetniejsza ze szlachetnych. O tym, co dziś, po 40 latach, wciąż jeszcze budzi oburzenie i gniew – o seksualnym wykorzystywaniu dzieci – nikt się nawet nie zająknął. Ale chyba wtedy nikt w ogóle o czymś takim nie wiedział, nie myślał, nie przypuszczał. Jeżeli gdzieś się ten temat pojawiał, to w wychowaniu dziewczynek, w miarę jak podrastały, coraz bardziej je przestrzegano przed ciemnymi zaułkami i nieuczęszczanymi ścieżkami. Zły, który im zagrażał, był anonimowy, krył się przed światem, czaił w ciemnościach jak pająk albo karaluch. Nikt z nas nie wiedział, że można było być światłą i szlachetną osobą publiczną, że zło czaiło się w zakrystii i dotyczyć mogło chłopców.

Pisząc to, zastanawiam się, kiedy w ogóle po raz pierwszy mogłam usłyszeć o tym, co grozi chłopcom i że jest to groźba tym straszniejsza, że nieznana, niespodziewana. A że Jankowski? Na pewno już od dawna byłam w Niemczech, gdy usłyszałam o skardze na niego, pierwszej, drugiej… Jego działania wyszły na jaw w 2004 roku. Zajęły się nimi prokuratura, kuria, prasa. Gdański pisarz Paweł Huelle oskarżył go publicznie o pławienie się w zbytku jak Kadafi. W rok później wyszło na jaw, że pedofilia spowodowała, że ubecja łatwo mogła Jankowskiego zaszantażować i zmusić do współpracy. Wszystko gotowało się przez chwilę i zamierało, aż wybuchnęło z całą siłą w roku 2018. W międzyczasie Jankowskiemu postawiono pomnik, który po ujawnieniu pedofilii księdza prałata, obalono.

Jedno tylko było nowe – słowa. Słowa rodziły się na nowo. Solidarność… Słowa żyły na nowo… Lęk, niepokój, strach. Entuzjazm, optymizm, patriotyzm. Posłanie, idea, program. I wreszcie porozumienie. Nowe słowo w historii polskich powstań i polskich Miesięcy.

A tu zimno, wiatr, deszcz, koniec sierpnia i po lecie – witamy w domu! Koniec wakacji.

Czasem ludzie, którzy słuchali co wieczór Wolnej Europy, wiedzieli więcej niż mieszkańcy Trójmiasta. Niekiedy były to informacje wyssane z dziennikarskiego palca, ale za wzruszeniem ramion zawsze kryła się myśl, że może ci w Monachium wiedzą za jakichś swoich źródeł więcej niż ci, co są na miejscu.

– Mama mówi, powiedziała pewnego dnia Basia, że Wolna donosi, że są jakieś manewry na Bałtyku i lada moment przyjdą Rosjanie.
– I co? spytał Stefan.
– No przecież wiesz, jaka jest mama. Boi się.
Ludzie się bali. Nie wiedzieli, co się dzieje, bo to, co się działo było niezwykłe. Ale przez to, że było niezwykłe, mogło budzić dumę i nadzieję. Ale ludzie tacy już są, że ponurość wydaje się im prawdziwsza niż optymizm. Nie wiedzieli, jak zaklasyfikować to, w czym sami brali udział, a to budziło strach, lęk, niepokój, obawy.

Jednak z każdym dniem strajkujący i mieszkańcy coraz mniej się bali. Tym razem nie przyjdą, powiedziała dziennikarce jakaś kobieta koło 50, repatriantka z Kresów. Ten jeden raz się wreszcie uda, ludzie mają tego wszystkiego dosyć. Wystarczy stanąć pod stocznią, zobaczyć te tłumy, które popierają stoczniowców. Całe życie będziemy to pamiętali.

Stocznia codziennie wydawała ulotki, a od trzeciego dnia biuletyny. Informowały o tym, ile zakładów aktualnie strajkuje, zapewniały, że nie ma żadnych incydentów i panuje porządek, że od początku było wiadomo, że tym razem strajk musi się skończyć porozumieniem między strajkującymi, a rządem. Biuletyny kończyły się tym jednym słowem pisanym wielkimi literami: WYTRZYMAMY!!!

W mieście było również spokojnie. Bez ingerencji władz miasto zadecydowało o wprowadzeniu całkowitej prohibicji. W kolejce kursującej między Wejherowem a Tczewem zawsze można było przeczytać ulotkę, albo przynajmniej dowiedzieć się od ludzi, co słychać. Całe miasto, a może już nawet cała Polska, czekało na przyjazd komisji rządowej. Rząd zadeklarował dość jednak niezobowiązującą chęć prowadzenia rozmów z Komitetem Strajkowym, ale najpierw do Trójmiasta przyjechał wicepremier Tadeusz Pyka, który prowadził rozmowy z poszczególnymi zakładami pracy, próbując rozbić jedność strajkujących. MKS szybko jednak zakazał tych rozmów. Czekano więc na przyjazd prawdziwej delegacji, takiej, która poprowadzi prawdziwe rozmowy.

W kolejce zawsze był ktoś, kto wiedział, że „jeszcze nie przyjechali, czekamy, wytrzymamy”.

Na przystanku Gdańsk-Stocznia wysiadały tłumy i szły w kierunku Bramy, która tonęła w kwiatach. Bramę zdobiły zdjęcia papieża, wielki krzyż i obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Na murze stoczni siedzieli młodzi mężczyźni. Ludzie podchodzili do nich, podawali siatki z jedzeniem i koperty z pieniędzmi.
Panie, powiedział do kogoś, nie wiadomo do kogo starszy pan, Ruskie przyjdą, ale mamy chociaż kilka dni wolną Polskę! Opłacało się przyjechać z Białegostoku. U nas tego nie ma!
Tak, w tym tłumie było wiele nieznanych twarzy, z pewnością niejeden tu stojący przyjechał z Białegostoku, Warszawy, Wrocławia, wszystkich tych większych i mniejszych miasteczek i wsi w Polsce, które zaczynały się budzić z ponad czterdziestoletniej apatii i rezygnacji.

Nagle nad głowami tłumu zaczął krążyć helikopter.

Będą strzelać czy co?, odezwał się ponownie starszy pan. Ale nie strzelali. W kilka minut później z helikoptera zaczęły frunąć na dół ulotki jak olbrzymie płatki śniegu. Wiatr rozdmuchał je we wszystkich kierunkach, niewiele z nich trafiło na sam teren stoczni. Nikt w tłumie nie schylił się, aby je podnieść. Wszyscy wiedzieli, że to Wojewódzki Komitet Frontu Jedności Narodu w Gdańsku nawołuje robotników do zakończenia strajku. Te wielkie papiery pozostawione same sobie, na ziemi wypełniały kałuże.

Basia, która też tam była, myślała, że dobrze, że tu jest, wtedy, kiedy w jej mieście znowu dzieje się coś niezwykłego. Gdy się obróciła, widziała główne wejście do Jedynki, I Liceum Ogólnokształcącego, do swojej szkoły. Jej i Stefana. Tego głównego wejścia nikt nigdy nie używał, zawsze wchodziło się tylnymi drzwiami przez podwórko, naprzeciwko szkoły muzycznej i obok wejścia do Biblioteki Narodowej, którą założono na samym początku XVII wieku z książek, jakie przywiózł tu w beczkach wypełnionych słomą włoski markiz d’Oria. Statek wiozący markiza i beczki zatonął na Bałtyku koło Swarzewa. Pasażerów i bagaże, w tym również beczki wyłowili Kaszubi i wynieśli na plecach na plażę. Legenda twierdzi, że byli niezwykli – umieli chodzić po dnie morza. Tak to zapisał Jerzy Limon.

Było zimno, lał deszcz. Basia dojechała do domu kompletnie mokra i przemarznięta. Wieczorem próbowała znaleźć w radiu Wolną Europę, ale była tak potwornie zagłuszana, że nie dało się wyłowić ani jednego słowa.

Basię odwiedził jej kaszubski dziadek. Po raz pierwszy myślę, że to się może udać, powiedział. Takie wolne związki to byłby już początek. Może jeszcze dożyję, jak padnie komuna. Nie dożył, zmarł w maju 1982 roku, w samym środku stanu wojennego, żałując zapewne, że taki był koniec wspaniałej narodowej euforii. Pisał listy do Basi, kulfoniastymi literami. Do Basi docierały z linijkami wymazanymi czarnym flamastrem przez cenzora.

Po rozpoczęciu strajku w Stoczni Gdańskiej jednym z pierwszych posunięć komunistów było przerwanie łączności telefonicznej z Trójmiastem. Kiedy 23 sierpnia 1980, podczas pierwszych rozmów ze stroną rządową, padły pytania o przerwane połączenia, związkowcy usłyszeli, że to wina burzy, która dzień wcześniej przeszła nad Warszawą… Blokowano wszelkie informacje na temat wydarzeń na Wybrzeżu. Dopiero 25 sierpnia gdańska popołudniówka Wieczór Wybrzeża, jako pierwsza oficjalna gazeta, poinformowała o Gdańskim Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym i 21 postulatach wysuniętych przez protestujących.

Ludzie zachłannie czytają te postulaty wywieszone na ścianach stoczni i wypisane na drewnianej tablicy, którą umieszczono tuż koło bramy. Są to właściwie dwie tablice, co sprawia, że przypominają trochę tablice Mojżeszowe. I tak jak w przykazaniach boskich, tak i w postulatach strajkowych – pierwsze punkty dotyczą czegoś innego niż reszta. Na kamiennych tablicach trzy pierwsze punkty dotyczą Boga, a dopiero reszta – ludzi. Na drewnianych tablicach z Gdańska cztery pierwsze punkty dotyczą polityki, a dopiero reszta – zwykłego życia robotników, mieszkań, mięsa, odzieży ochronnej. Proste żądania, w innych, lepszych częściach świata – oczywiste, tu po prostu święte. Ilu z tych, którzy je czytają, płacze, ilu wierzy, że ich spełnienie przyniesie ulgę w ich ciężkiej pracy i znojnym życiu.

Stołówka na Stoczni dwoiła się i troiła, żeby wyżywić coraz większą ilość przebywających na Stoczni delegatów. Zużywano zapasy, wykorzystywano wszystko, co ludzie przynieśli pod Bramę, bądź przysłały strajkujące zakłady spożywcze. Czasem stoczniowcy szli do sklepu w okolicy, ale w sklepach nigdy nic nie było. Octu i liści laurowych nikt nie potrzebował. Ale i tak cały czas popyt przewyższał podaż, jak by to określili ekonomiści spod znaku Marksa i Engelsa. Na Stoczni przebywało tak wielu przyjezdnych, że w końcu poproszono strajkujących z Trójmiasta, aby wracali na noc do domów.

Stefan pojawił się na stoczni jako jeden z pierwszych, był w końcu zarówno pracownikiem biura projektowego Stoczni, jak członkiem Wolnych Związków. Sam wyprodukował sobie przepustkę, która miała jeszcze bardzo niski numer. Gdy pisarz Tomasz Jastrun dotarł do Gdańska 27 sierpnia, dostał przepustkę numer 0012921. Jastrun dostarczył na stocznię aneks do „Apelu 64” z setkami nowych podpisów.

Sam „Apel” przywieźli już 22 sierpnia Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek. Był to list, pierwotnie podpisany przez 64 warszawskich intelektualistów, skierowany do władz PRL, z wnioskiem o przystąpienie do rozmów ze strajkującymi. Sygnatariusze listu podejmowali się stworzenia komitetu doradczego, traktując to jednocześnie jako gwarancję dla obu układających się stron, które się wcale jeszcze nie układały i nawet nie było pewne, czy będą. Komitet doradców został powołany 24 sierpnia, a w jego skład wchodzili zarówno ci, którzy się sami zgłosili, jak ci, jak Bogdan Borusewicz, których powołali strajkujący.

Rozmowy rządu ze strajkującymi rozpoczęły się 23 sierpnia.

15 sierpnia wielka sala BHP, w której potem miały się odbywać narady, świeciła jeszcze pustkami.

Dopiero w ciągu popołudnia zaczęło do Stoczni napływać coraz więcej delegatów. Po dwóch dniach są już tłumy.

Przez salę, napisze potem Jastrun, na całą długość pomieszczenia ciągnęły się stoły, na nich kartki z wypisanymi niedbale nazwami zakładów pracy, których przedstawiciele siedzą tu tłumnie. Szokuje ściana za podium. Po prawej stronie stoi duży pomnik Lenina, odwrócony nieco bokiem, jakby wódz proletariatu bał się spojrzeć polskim robotnikom w oczy. Na środku biały Orzeł, dalej krucyfiks na biało-czerwonej fladze. Niżej kilka stolików, stukają tam maszyny do pisania i kręci się w szaleńczej pracy grupa młodych ludzi. W ten wir wpadają co chwila nowe teksty, listy, apele. Tu też gromadzi się materiał do pisma Solidarność.

Całe Prezydium Strajkowe to byli opozycjoniści, ci z Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, z redakcji Robotnika Wybrzeża. Walentynowicz, Wałęsa, Lis, Gwiazda. Stefan. Borusewicz. Taka maleńka organizacja, a tyle teraz potrafiła osiągnąć. Nim strajk się skończył, dzięki tym kilku osobom stanęła praktycznie cała Polska, a 12 milionów ludzi robiło to, co proponowało tych kilku brodaczy oraz jeden wąsacz i jedna robotnica, zwolnieni właśnie z pracy.

Na razie jednak nie mieli czasu, żeby się nad tym zastanawiać, byli bowiem zbyt zmęczeni i zbyt przytłoczeni odpowiedzialnością, która nagle spoczęła na ich barkach. Byli maleńką organizacją, zajmowali się głównie sprawami związkowymi, dokształcaniem robotników i wspieraniem ich w ich dążeniu do stworzenia lepszych warunków pracy i życia. A teraz nagle stali się przywódcami całego kraju i odpowiadali za powodzenie negocjacji z rządem. Myśląc o tym w roku 1990, Stefan zastanawiał się, czy w ogóle daliby radę, gdyby wiedzieli, że w odległej perspektywie to, co robią, zmieni nie tylko obraz Polski, ale Europy i świata.

16 sierpnia Stefan zabrał ze sobą Dicka Verkijka, znajomego dziennikarza holenderskiego, który przypadkiem przyjechał do Polski pod koniec lipca, żeby spędzić wakacje nad polskim morzem.

Dick otrzymał pierwszą na Stoczni dziennikarską przepustkę strajkową, był więc pierwszym zachodnim dziennikarzem, który wszedł na Stocznię i mógł nadawać pierwsze audycje na Zachód. To było prawie równie ważne, jak to, co oni robili na Stoczni. Bez tego kanału przesyłającego wieści o ich planach, zdecydowaniu i uporze, bez świata, który ich w tym wspierał i starał się osłaniać, nic z tego by się nie udało. Bo w ciszy, ukradkiem i bez publiczności reżimy mogą robić, co chcą, ustępują, kiedy staną nagle w świetle ramp.

Dick nadawał swoje audycje wieczorami z mieszkania Stefana i Basi, gdy obaj potwornie głodni, wracali do domu. Na Stoczni było wprawdzie sporo jedzenia, ale widać jednak za mało. Stefan twierdził, że były na pewno jabłka, a poza tym zupy, kanapki, kawa, herbata, przygotowywane na zapleczu, z tego, co dostarczały na Stocznię zakłady pracy, ale też i z tego, co one, te stojące pod Bramą żony, pakowały do siatek. Podobne siatki przygotowywali też ludzie z zakładów. Bo codziennie rano, przed rozpoczęciem obrad, a czasem również wieczorem, każdy delegat jechał do swojego Zakładu i przekazywał strajkującym pracownikom druki, informacje i dyspozycje, a zabierał te siatki.

Przygotowanie ich nie było łatwe. Przez te dwa tygodnie Sierpnia życie w ogóle nie było łatwe. Przede wszystkim cały czas straszono strajkujących i ich rodziny, co chyba bardziej uderzało w rodziny, niż w tych, którzy byli na Stoczni. Oni tworzyli Historię, mieli poczucie Misji i Posłannictwa, byli blisko tego człowieka, który nagle okazał się charyzmatycznym Przywódcą. A żony mogły tylko być. Być, czekać, trwać. Zapewne również bać się.

Oni, tam, to byli przeważnie ludzie młodzi, mieli młode żony i małe dzieci. I to one stały pod Stocznią. Były grupą społeczną zdawałoby się wybitnie podatną na straszenie, a jednak okazały się równie nieustraszone, jak owi dzielni brodaci faceci w sali BHP. One też były dzielne. Nie wiedziały, co powiedział Seneka, ale jednak stosowały się do tego: Kto się boi, jest niewolnikiem. To było mniej patetyczne i znacznie bardziej pragmatyczne, niż to co głosili owi brodaci mężczyźni ze Stoczni, którzy pisali na plakatach, że “lepiej umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach”.

One zajmowały się dziećmi, stały w kolejkach, gotowały jedzenie, piekły chleb i placki drożdżowe, i chodziły pod Bramę. Boże, jak myśmy przy tym strasznie wyglądały! pomyślała Basia kiedyś, gdy po kilku latach Stefan pokazał jej zdjęcia ze strajku. Na zdjęciach, które obiegły świat, ten tłum pod Stocznią był imponujący. Ale gdy się przyjrzeć bliżej, a jest taka fota w sieci, to groza. A to my właśnie tam stoimy, myśli Basia, za tymi stalowymi prętami, ubrane w ortalionowe kurtki, z włosami od fryzjera, u którego byłyśmy przed miesiącem, więc odrosły. I te nasze buty! A przecież starałyśmy się być jeszcze przy tym eleganckie. Miałyśmy te jakieś sweterki z komisów, kosmetyki. I co? I nic. Zdjęcia pokazują, jakie byłyśmy. Zapuszczone, zmęczone, zdesperowane, dzielne, młode kobiety. Mieszkanki świata zwanego komuną.

Tłumy pod Stocznią nie malały.

Strajkujący są spokojni, ale zdeterminowani. Oni też wiedzą, jak wielką dźwigają odpowiedzialność. Po kilku dniach, od czasu, gdy po raz pierwszy delegacja rządowa weszła na teren Stoczni, mogli się może nieco wyluzować, bo widmo zbrojnego ataku na Stocznię przestało być aż tak realne. Ale wielu z nich pamiętało przecież, że to tu, przed tą samą Bramą, gdzie teraz stoją tłumy ludzi, dziesięć lat temu padły pierwsze strzały i zaraz potem padli na ziemię pierwsi zabici stoczniowcy. Dlatego teraz nie ufają rządowym negocjatorom, są czujni i pełni podejrzeń, bo wiedzą, że atak wciąż jeszcze może nastąpić. Ale teraz nie dadzą się zaskoczyć i nie pozwolą się wystrzelać jak kaczki. Ich bronią będą butle acetylenowe, a jak to nie starczy, wysadzą w powietrze rafinerię.

Czy widzą w tym momencie pana Wołodyjowskiego? Czy ten sienkiewiczowski wzór jeszcze wtedy obowiązywał? W stanie wojemnnym na pewno przestał, ale być może na Stoczni wciąż kręcił się pomiędzy robotnikami w drelichach mały rycerzyk z wąsikiem i szablą, który właśnie zdjął hełm z głowy; chwilę jeszcze spoglądał na tę ruinę, na to pole chwały swojej, na gruzy, trupy, odłamy murów, na wał i na działa, następnie podniósłszy oczy w górę, począł się modlić…
Ostatnie jego słowa były:

– Daj jej, Panie, moc, by zaś cierpliwie to zniosła, daj jej spokój!…
W tej chwili zakołysały się bastiony, huk straszliwy targnął powietrzem: blanki, wieże, ściany, ludzie, konie. Działa, żywi i umarli, masy ziemi – wszystko to porwane w górę płomieniem, pomieszane, zbite jakby w jeden straszliwy ładunek, wyleciało w powietrze…

Na pewno pamiętali o nim eksperci, doradcy strajkujących, przerażeni tym, co sami przecież zaproponowali. Bo jeśli negocjacje się nie powiodą i do Polski wkroczą Rosjanie, to powtórzy się Budapeszt w roku 1956 i Praga w 1968, a również i Berlin Wschodni z roku 1953, choć o nim nikt wtedy nie myślał i nawet nie wiedział. Eksperci są przestraszeni, powściągliwi, umiarkowani w żądaniach. Robotnicy ze Stoczni i ci, którzy przyjechali z innych zakładów i miast, chcą znacznie więcej. Nie mają przerostów wyobraźni, pisze Jastrun, historię znają na ogół słabo, ale wystarczająco dobrze, by wyciągnąć jeden wniosek – liczy się przede wszystkim siła i tę siłę mają właśnie teraz, popartą głębokim przekonaniem o słuszności sprawy. Poszli już na kompromis. Nie wyrzucono z sali pomnika Lenina, nie wykrzykiwano – nawet nie szeptano – haseł antyradzieckich, nie żąda się rozwiązania partii. Ale gdy posłuchać ich rozmów, nie ulega wątpliwości, że są zdecydowanie antypartyjni. Wiele ideałów socjalizmu jeszcze żyje, ale przywalono je złomem pogruchotanych złudzeń. Jeszcze wczoraj związki zawodowe i cenzura to były dla tych ludzi niewiele mówiące nazwy, chociaż czuli własną bezradność w fabrykach, których byli rzekomo gospodarzami i zaciskali pięści czytając pełne kłamstw gazety. Tu w krótkim czasie przeszli niezwykłą edukację polityczną. Opór władz przy omawianiu poszczególnych postulatów uświadomił im ogromną ich ważność.

W sobotę 23 sierpnia o godzinie 14 do Stoczni przybywa pierwszy przedstawiciel władzy, a więc pierwszy negocjator ze strony rządowej. To wojewoda gdański, profesor Jerzy Kołodziejski. Ale to jeszcze nie są prawdziwe negocjacje, tylko ustalenia warunków rozmów, które się zaczną dziś o godzinie 20. Przyjeżdża wicepremier Mieczysław Jagielski. O Pyce nikt już nie pamięta. Przez dwie godziny, bo tyle mają trwać rozmowy, premier będzie przedstawiał opinie rządu na temat kolejnych postulatów. Związki zawodowe, prawo do strajku, cenzura i dostęp do środków masowego przekazu, uwolnienie więźniów politycznych – te cztery punkty to świeczka dla pana Boga. Cztery punkty polityczne. I już wiadomo – tylko prawdziwa zgoda na powołanie prawdziwych, niezależnych związków zawodowych może oznaczać przerwanie strajku. I żadnych obietnic, prosta i jasna zgoda!

Następnego dnia, w niedzielę – jest przerwa w obradach, premier pojechał do Warszawy – MKS przyjmuje i zatwierdza projekt pomnika mającego upamiętnić stoczniowców poległych podczas zamieszek w grudniu 1970 roku. Pomnik ma powstać od razu, zostaje ustalony termin jego odsłonięcia: 16 grudnia. Dokładnie w rocznicę.

Mają niespełna cztery miesiące. I wiedzą, że jak wygrają, to ten pomnik postawią. Jak nie, to i im może kiedyś ktoś będzie chciał stawiać jakiś pomnik. Albo ułożą o nich piosenkę, jak ta o tym, że Janek Wiśniewski padł.

Komisja rządowa powraca do Stoczni po trzech dniach, 26 sierpnia, we wtorek. W rozmowach pomijają na początek sprawę związków zawodowych i w ogóle punkty polityczne, choć może sprawa wypłaty pensji za okres strajkowy jeszcze mieści się w kategorii spraw politycznych. A może, z punktu widzenia ówczesnej sytuacji gospodarczej, każdy z tych punktów jest przede wszystkim polityczny, a dopiero potem dotyczy poprawy warunków życia i pracy robotników. Mięso (będzie więcej), kartki na mięso (będą), podwyższenie zasiłków rodzinnych (zostaną podniesione do końca listopada), podwyższenie rent (powoli), poprawa warunków służby zdrowia, zwiększenie ilości miejsc w przedszkolach i żłobkach, skrócenie czasu czekania na mieszkanie, podwyżki płac, poprawa warunków i bezpieczeństwa pracy, poprawa wyżywienia, lepsze zaopatrzenie (wszystkie punkty zatwierdzone do realizacji). Szwankuje porozumienie w sprawie przywrócenia komunikacji telefonicznej w Polsce, które nie jest postulatem z tablic strajkowych, tylko bieżącym żądaniem rozwiązania bieżących restrykcji ze strony władzy w stosunku do strajkujących i wciąż jeszcze pozostaje do omówienia punkt zasadniczy – wolne związki zawodowe. Władza chce reformować te, które istnieją, strajkujący żądają zgody na powołanie nowych.

W imieniu strajkujących mówi Andrzej Gwiazda i mówi wstrząsającą prawdę. Od wielu lat władze terenowe i resortowe są rozliczane z tego, ile produkują stali, ile węgla, ile metrów kabla. Nikt nie rozlicza ich z tego, jak żyją ludzie. Powinny to robić Związki Zawodowe, ale nie robią, tylko idą na rękę dyrekcji i partii. Nie chcemy tych związków, mówi Gwiazda, chcemy nowych, naszych własnych.
Niewątpliwie strajkujący robotnicy wiążą z propozycją utworzenia nowych związków również swoje własne nadzieje, że zwycięski strajk przywróci im ich robotniczą godność, zapewni sprawiedliwość społeczną i pozwoli w całym kraju ukrócić kumoterstwo, korupcję i przywileje partii.

O godzinie 14.15 narada się kończy. Od teraz w imieniu obu układających się stron warunki porozumienia będą negocjować eksperci, czterech mężczyzn po stronie rządowej – trzech mężczyzn i jedna kobieta po stronie opozycji. Mają dyskutować o wszystkich punktach, ale wiadomo – ważny jest tylko jeden – tak lub nie w sprawie nowych związków. I o nim nie będą decydowali eksperci, tylko Biuro Polityczne, a może nawet Moskwa.

Piątek, 29 sierpnia. O godzinie 16.35 przychodzi wiadomość, że Warszawa wyraża zgodę. Ale o 18 przychodzi kolejna wiadomość, nie, rząd nie wyraża zgody na utworzenie niezależnych związków zawodowych. O godzinie 20 kolejna informacja – tak, jest zgoda.

W Warszawie tymczasem zaczynają się aresztowania opozycjonistów, głównie przedstawicieli KOR-u. Równolegle do negocjacji toczy się zatem walka o uwolnienie KORowców.

Sobota, 30 sierpnia. Godzina 10.30. Komisje obu stron uzgodniły brzmienie tekstu.

W niedzielę 31 sierpnia odbędzie się uroczyste podpisanie porozumienia, ale nawet w trakcie uroczystego czytania wszystkich podpisywanych punktów trwa spór o aresztowanych KORowców. O 16.30 strona rządowa informuje, że ludzi z opozycji zwolniono z aresztów. Wałęsa i Jagielski podpisują Porozumienie. Wałęsa słynnym ogromnym długopisem z wizerunkiem papieża.

O 17 dokonało się.

Tłumy pod Stocznią nie malały. 31 sierpnia, w dniu podpisania porozumień, robotnicy opuszczali stocznię witani oklaskami i skandowanym „Dzię-ku-je-my”, a tłum dwoma palcami pokazywał „victorię”. A potem wszyscy wyszli do miasta i tańczyli na ulicach karmaniolę, tak jakbyśmy właśnie uwolnili więźniów z Bastylii.

I tak rozpoczęło się niezapomnianych kilkanaście miesięcy marzeń o życiu w lepszym państwie i zawdzięczaliśmy to oczywiście przede wszystkim sobie, ale zawdzięczaliśmy to też Lechowi.

Lech Wałęsa. Śmieszne, bo przecież go nawet nie lubię, ale staram się patrzeć uczciwie na moje i na nasze życie, i wiem, że tego dnia, 31 sierpnia 1980 roku NIGDY, ale to nigdy nie zapomnę. Bo chociaż nie pamiętam, co dokładnie tego dnia robiłam, ani co było na obiad, to jednak pamiętam i ZAWSZE będę pamiętać, że tańczyliśmy karmaniolę na ulicy. I że zawdzięczaliśmy to jemu i jego słynnej już na cały świat charyzmie.

Byłam wystarczająco mądra, żeby wiedzieć, że wysokie C dnia, kiedy rewolucja zwyciężyła, szybko zmienia się w nużące glissando znojnego uprawiania poletka tejżeż rewolucji. Znałam powiedzenie Dantona, które potem musieliśmy sobie niemal co dzień powtarzać jak mantrę, że Rewolucja, jak Saturn, pożera własne dzieci i że nie minęło wiele czasu, a ci, co tańczyli karmaniolę w pamiętnym roku 1789, położyli głowy pod rewolucyjną gilotyną.

Oczywiście teraz jesteśmy jeszcze mądrzejsi o wiedzę, że prezydentura Wałęsy była marna, a on okazał się politykiem nieobliczalnym i, nawet jak na polityka, egoistycznym i zapatrzonym w siebie.

A mimo to, mimo to… żałuję tych, którym nie dane było tańczyć na ulicach. To dodaje skrzydeł na całe życie.

Jak dobrze, że tam byłam.


Inspiracji do tego rozdziału dostarczyli mi Krystyna Koziewicz, Joanna Trümner, Dick Verkijk, Tomasz Jastrun, Wojciech Giełżyński i Lech Stefański, Katarzyna Krenz, Maksymilian Berezowski, Marek Slaski, Andrzej Gwiazda, Karol Krementowski, Krzysztof Dowgiałło

Frauenblick: Pflaumenregen

Monika Wrzosek-Müller

Pflaumenregen von Stephan Thome

Das Buch sollte mir eine Atem- oder eher Denkpause bei meinen obsessiven Gedankengängen über den Ukrainekrieg bieten und auch davon ablenken. Es erzählt von Taiwan, es erzählt ausführlich und gut über die Insel, über ihre Geschichte, über die Menschen, die dort leben.

Ich wusste vorher eigentlich so gut wie nichts darüber; geografisch wohl schon – dass die Insel nahe an China, aber auch nicht sehr weit entfernt von den südlichen Inseln Japans liegt und bergig ist; dagegen über ihr Schicksal und die geschichtlichen Verwicklungen wirklich sehr wenig. Leider gehört die Insel, wie die östlichen Staaten von Europa zu den Grenzländern; d.h. Appetit auf ihr Territorium gab es im Geschichtsrad der Jahrhunderte auf vielen Seiten.

Trotzdem oder gerade deswegen ist Taiwan eigentlich immer wieder im Zentrum der zeitgenössischen politischen Auseinandersetzungen. Unlängst sorgte die amerikanische Abgeordnete der Demokraten und Sprecherin des US-Repräsentantenhauses Nancy Pelosi durch ihren Besuch in Taiwan für Schlagzeilen. Als Reaktion darauf startete China militärische Manöver rund um die Insel und bekräftigte seinen Besitzanspruch auf die Insel. Dasselbe passierte jetzt wieder, als eine Delegation deutscher Abgeordneter nach Taipeh reiste. So gesehen ist das Thema Taiwan höchst aktuell, brisant und könnte in diesem Sinn dem Problem Ukraine nahekommen.

Wenn wir noch sehen, dass der Autor ein deutscher Sinologe und Wissenschaftler ist, der schon seit 12 Jahren dort lebt und eine taiwanische Frau hat, fassen wir Vertrauen, dass dies nicht nur ein literarisch wirklich gelungener Familienroman ist, sondern dieser auch auf solidem historischen Wissen beruht. Der Autor erläutert, dass er viele der Schauplätze selbst aufgesucht hat; es gibt sie wirklich. Über die Ereignisse in der Zeit um 1940 musste er gründlich recherchieren; er arbeitete ungefähr drei Jahre an dem Projekt. Der Roman handelt von der Geschichte einer Familie in drei Generationen; in dieser Zeit änderten sich die Machtverhältnisse in Taiwan dreimal. Dankenswerter Weise bietet der Autor dem unkundigen Leser vorab eine Art Einführung in die Geschichte der Insel.

„In den Jahren 1894/95 führten das chinesische und das japanische Kaiserreich einen Krieg, der die Kräfteverhältnisse in Ostasien von Grund auf neue ordnete. China verlor und musste seine Provinz Taiwan als Kolonie an den Sieger abtreten. Zunächst lebten die Inselbewohner in einer Art Apartheid avant la lettre, aber mit der Zeit entstand eine einheimische Mittelschicht, die sich in ihren Lebensgewohnheiten kaum von den Kolonialherren unterschied, obwohl sie diesen niemals gleichgestellt war. Nach dem Ausbruch des Pazifischen Kriegs wurde die Tendenz zur Assimilierung vonseiten Japans noch verstärkt. Viele junge Taiwaner, insbesondere Angehörige der indigenen Bevölkerung, kamen als japanische Soldaten ums Leben. 1945 fiel Taiwan zurück an die chinesischen Nationalisten (Kuomintang oder KMT) unter Generalissimus Chiang Kaishek. Diese hatten acht Jahre lang gegen Japan gekämpft und reagierten mit Abscheu auf die japanisierte Lebensweise ihrer vermeintlichen Landsleute. Umgekehrt führte ihr aggressives Auftreten zu Widerstand, der sich im Frühjahr 1947 gewaltsam entlud und anschließend grausam niedergeschlagen wurde: durch willkürliche Verhaftungen und Exekutionen, die als `März-Massaker`, später mit dem Kürzel 228 (für 28. Februar, den Beginn der Unruhen) bezeichnet wurden. Nach der Niederlage gegen Chinas Kommunisten zog sich die KMT 1949 ganz nach Taiwan zurück und verwandelte die Insel in einen autoritären Polizeistaat. Das Kriegsrecht wurde erst 1987 aufgehoben. 1996 fanden erstmals freie Präsidentschaftswahlen statt. Heute ist Taiwan eine ebenso lebendige wie gefährdete Demokratie, denn das Regime in Peking betrachtet die Insel – die nie zur Volksrepublik gehört hat – als einen Teil seines Staatsgebiets und strebt eine notfalls gewaltsame Vereinigung an. In Taiwan will das so gut wie niemand.“

Wir lernen die Hauptheldin, die junge Umeko mit 8 Jahren kennen, als sie noch in die japanische Schule geht, als Tochter einer taiwanischen Mittelschichtsfamilie, die sich mit der japanischen Okkupation arrangiert hat. Das Leben ist sehr geregelt, die Kinder tragen Uniformen, alles scheint voranzuschreiten ohne größere Probleme. Ihr Bruder Keiji spielt hervorragend Baseball und wird deshalb in eine weiterführende japanische Schule aufgenommen; für gebürtige Taiwaner ein besonderes Privileg. Doch aus den Äußerungen der Zuschauer bei einem Baseball-Spiel im Stadion lernen wir, wie die Einstellung der taiwanischen Bevölkerung zu den Japanern ist: „Jemand rief auf Taiwanisch: – Los geht´s! Zeigt es den arroganten Japsen!“ Aber die junge Umeko hat eine japanische Lieblingslehrerin und träumt von einer Reise nach Kyoto; doch schon bald wird sie gezwungen ihren japanischen Namen zu ändern und sich Hsiao Mei nennen zu lassen – nach der Landung der Festlandslandchinesen; zum Schluss erleben wir sie als alte Dame, die einen Sohn namens Harry und einen chinesischen Ehemann hat, und sich in einem sehr sorgfältig arrangierten Leben bewegt. Ihr Sohn lebt inzwischen in Amerika und besucht seinerseits die Insel mit seinem Sohn.

Er reflektiert über die Mutter: „Als Kind war sie angeblich ein unbändiges Plappermaul, […] Die stolze Japanerin, die sie einmal gewesen ist, kann er sich bis heute schwer vorstellen, obwohl Onkel Keiji ihm vor seinem Tod alte Briefe gegeben hat, deren früheste noch aus der Kriegszeit stammen. Wenn einer was damit anfangen kann, dann du, meinte er – inzwischen glaubt er das selbst. Die kleine Umeko war seinerzeit zu jung, um die Kräfte zu verstehen, die ihre vertraute Welt bald zerstören sollten. Erst kamen britische Kriegsgefangene, dann amerikanische Bomber, später die Festländer mit Gewehren im Anschlag. Schon in jungen Jahren muss ihr klargeworden sein – klargemacht worden sein -, wie gefährlich es ist, im falschen Moment den Mund zu öffnen. Darüber sprechen mag sie noch immer nicht. Dinge passieren eben, pflegt sie zu sagen, wenn er nachbohrt. Sicher ist nur, sie hat ihre Lektion gelernt.“

Vielleicht ist die Bezeichnung Hauptheldin auch nicht richtig, denn der Autor gibt uns ein Kaleidoskop von Figuren, Personen, an Hand derer wir die Geschicke des Landes erfahren. Dabei spielen vielleicht die Fragen: wie verhält es sich mit der persönlichen und der nationalen Identität, was bringt die Menschen zusammen, was trennt sie, wo spielen sie mit, wie arrangieren sie sich, wann gehen sie auf die Barrikaden, eine wichtigere Rolle, als die Ereignisse selbst. Obwohl wir so viel über die Geschichte der Insel erfahren, wirken die darin agierenden Helden nicht schemenhaft, sie sind voller Leben und Emotionen, sie wirken authentisch und stark. Vielleicht hilft dabei der ständige Wechsel der Perspektiven und der Narration; die Einschnitte zwischen der Vergangenheit und Gegenwart lassen den Erzählstrom sich nicht nur auf die geschichtliche Chronologie konzentrieren, sondern heben auch die einzelnen Charaktere und Persönlichkeiten hervor, dadurch gewinnt ihr Leben an Buntheit aber auch an Bedeutung und Echtheit; wie ein großer Fächer breitet, öffnet sich das Panorama des Lebens dort.

„Allmählich erwacht die Stadt zum Leben. Im Fenster steht ein farbloser Himmel, der sich für später alle Optionen offenhält. Bevor die Konflikte eskalierten, hatte seine Mutter eine Weile im Haus des Großvaters gelebt, den Harry nur von einer Handvoll alter Fotos kennt. Ein konfuzianischer Gelehrter, der in der Qing-Zeit aufgewachsen war, als die Japaner alle chinesischen Schulen schlossen, auch seine. Den Tempeln seiner Stadt spendete er viel Geld und scheint ein weithin respektierter Mann gewesen zu sein, der an den Sitten einer untergehenden Welt festhielt. Seine Frau hatte gebundene Füße. Manche in der Familie nannten sie schweigsam, andere behaupteten, sie sei ganz und gar stumm gewesen. So oder so, Frauen hatten nichts zu sagen. Von Jinguashi nach Keelung war es bloß ein Katzensprung, aber für die elfjährige Umeko – und nicht nur für sie – muss es sich angefühlt haben, als wäre sie in ein fremdes Land verbannt worden“.

Gut, dass ein sensibler Schriftsteller den Geschichten der Einheimischen so aufmerksam zuhören konnte und sie dann aufgeschrieben, festgehalten hat. Er versteht es auch bestens, dem westlichen, dem europäischen Leser dieses komplizierte, verwinkelte Leben zu veranschaulichen, eine besondere Poetik hineineinzubringen, es für uns schmackhaft zu machen. Die Beschreibungen der Natur auf der Insel, mit den hohen Bergen, das Meer mit dem Wellengang, der Himmel mal mit tiefen Regenwolken, mal stahlblau, die Blüten, all die Pflanzen, die Bäume und der Bambus überall spielen eine genauso wichtige Rolle wie die darin agierenden Menschen, sie tragen die Stimmung und unterstreichen die Emotionen. Das Leben auf der Insel scheint einem nie einfach gewesen zu sein, eher sehr aufgeladen und ungewöhnlich, in all den Veränderungen und Umstellungen. In dem Roman geht es um eine Familie, doch man hat den Eindruck, alles wäre miteinander verknüpft, verwickelt, keine Geschichte wäre eindeutig und klar, überall würden Geheimnisse und Zugeständnisse an das eigene Leben, an das Leben mit der Familie, an die Politik warten, alles würde eine Kette, eine sich weiterdrehende Spirale des Lebens bilden. Man könnte sagen, eben das Leben pur.

Das Buch endet mit dem Titel: „Am Himmel ballen sich dichte Wolken, Wind fährt durch die Bäume und auf einmal klingt das Rauschen der Blätter, als fiele leicht und leise der Pflaumenregen“.

Jakaś wojna w mieście Grünberg (2)

Mieczysław Bonisławski

Po zabiegu kuracjusze spędzali wieczory na świeżym powietrzu. Lekarze zalecali spacer po Parku Ludowym. Najpierw forsowna wspinaczka na szczyt Wzgórz Piastowskich, potem swobodne, relaksujące zejście w dół, ku sanatorium.
Dwa razy w tygodniu odbywało się ognisko. Rozpalano je nieopodal budynku z ornamentem z winogron, tam gdzie powstał ogród botaniczny, a tory kolei szprotawskiej szły po wysokiej grobli pomiędzy dwoma stawami. Przy ogniskach nie było konsumpcji, nic na gorąco, żadnych napojów. Tylko strawa duchowa: dużo śpiewano, opowiadano historie do śmiechu, rozkoszowano się aromatem dymu i ognia.

Kuracjuszom towarzyszyły pielęgniarki, opiekunki i młoda obsługa. Nie narzucając się, miały zbudować dynamikę grupy, zachęcić do aktywności, a po rozruszaniu towarzystwa, dyskretnie się wycofać. W zasadzie nikt nie zwracał na nie uwagi, były przezroczyste. Mogły zostać gdzieś w cieniu do końca lub wracać do swoich kwater.

Ursula nie lubiła tych, jak je nazywała, wygłupów. Brała w nich udział, bo musiała. Inaczej straciłaby pracę, o którą było tak trudno. Lilly podchodziła do ognisk lekceważąco. Z większymi nadziejami, niezmiennie płonnymi, uczestniczyły w nich Olena i Isabel. Coś tam im się roiło w młodych głowach…

Tego dnia, jak zwykle rozczarowane, szybko wracały do swych pokoi na poddaszu sanatorium.

Wydawało się, że nikt nie zwrócił uwagi na dziewczęta, które nagle zniknęły ze świetlistego kręgu. Zza drzew obserwowały je jednak rozgorączkowane, chłopięce oczy. Gdy minęły połowę wąskiej grobli, chłopcy ukazali się na jej końcu, po obu stronach toru kolejowego. Było oczywiste, że zagrodzą im drogę.

Dziewczęta zwolniły. Zbiły się w gromadkę. Chwilę trwało wzajemne tasowanie się wzrokiem. Pierwsza ruszyła w ich stronę Ursula.

– Giuseppe, poznaję cię – krzyknęła w stronę postaci w mroku. – Czego chcecie?!

Była już przy nich, stając między szynami, na podkładzie z drewna. Przytłaczała ich.

– Przepuście! – ostrzegł kumpli niewysoki południowiec o kruczoczarnych kędziorach. – To Niemka z obozu. Szalona i niebezpieczna.
– Pierre, bierz te łapy! – wrzasnęła Ursula, energicznie rozpychając się. – Macie nas zostawić. Wszystkie!

Dziewczęta popiskiwały a chłopcy gorąco, w typowy dla południowców sposób, przekrzykiwali się:

– Niemki przechodzą.
– Są tu Żydówki?
– A Ukrainki?
– Polki, czy są Polki?

Ursula kopnęła jednego i drugiego.

– Zabierać się! Wy tchórzliwe świnie.

Olena z trwogą schowała się za Lilly.

– Co oni nam zrobią?
– Nie bój się – uspokoiła ją Lilly, potrząsając lokami. – To dipisi, z obozu. Włoscy jeńcy Hitlera i francuscy kolaboranci. Uciekli do Niemiec po podpisaniu pokoju. Nie wracają do siebie, bo by ich tam sponiewierali. Gnieżdżą się w barakach po swoim obozie, na końcu Ochelhermsdorfer Straße, choć teraz nikt ich nie pilnuje.
– Na co czekają? – zdziwiła się Isabel.
– Na kolejny szwindel – cierpko skwitowała Ursula. – Na wojnę, na której niczym gówno wypłyną z szamba na powierzchnię. Myślą, że u nas, w Niemczech przeczekają. I że my, Niemcy, znów poprowadzimy Europę na Wschód.

Giuseppe, młodzieniec włoskiej urody, ujął pielęgniarkę pod rękę.

– Przecież to Żydówka. A tamta, Ukrainka – stwierdził ciepło i zakończył zdziwiony – Bronisz ich? A to przez nie byłaś w obozie.
– Popierdzieliło cię, Giuseppe. To SS–mańskie świnie zamknęły mnie w obozie. Nas obie. Żydom nic do tego.
– Wiesz, jak tu w Grünberg było ciężko? Najpierw byłam w Bolkenhain, potem w Landeshut. Ale tam przez dwa lata nikt mnie nie uderzył, a tutaj pobito mnie trzy razy. Po każdym badaniu rentgenem groziła wywózka do Auschwitz. Na śmierć.
– Jakoś żyjesz – zadrwił Pierre.
– Co ty wiesz! Wyciągnął mnie w nocy, z marszu śmierci, niemiecki chłopak, który się chyba we mnie zakochał. Ile on dla mnie ryzykował…
– Zamknij się! – ze złością rzuciła jej Ursula. – Należało się wam Żydom. A mnie, Niemki, jakoś żaden niemiecki chłopak nie zatrzymywał w Grünberg… Ale to nasze sprawy – zwróciła się znów do dipisów. – Wy, francuskie i włoskie, tchórzliwe i zdradzieckie świnie, nie macie prawa nawet o nas myśleć.
– Skąd ta pogarda? – kpiąco odpowiedział jej z tyłu wysoki i chudy Murzyn, zapewne dezerter z US-Army. – Za tobą widzę uciekinierki z Ukrainy, czym one się różnią od nas? Wy, wielcy Niemcy, ich tak samo oszukaliście jak nas.
– Stanisławów, gdzie mieszkałam, przechodził z rąk do rąk. W roku 39 sowieci, w 41 faszyści, w 43 znów sowieci. Jesienią 44 ruszyły na wschód dywizje Rommla z Francji i Sowieci ustąpili. Krótko mieliśmy niezawisłą Ukrainę. Małą, wciśniętą między Lachy i Sowiety. A teraz generał Szuchewycz uwierzył Banderze, że połączą ruskie ziemie i zaczął wojnę z Polską. I Lachy swymi czołgami z Belgii przejechały się po naszych striłcach. W Stanisławowie nie ma już Ukrainy, ale czemu ja jestem winna? Ja chciałam uczyć się, mieć męża i dzieci, a nie uciekać. Ja jeszcze w lutym nie wiedziałam, co to Grünberg?

Lilly przytuliła spłakaną Ukrainkę.

– Nie płacz. Chodźmy na kwaterę. Prześpij się, jutro będzie lepszy dzień. Zobaczysz, jak tylko się obudzisz.

*

To jutro będzie, gdy Helena obudzi się ostatni raz w swym rodzinnym mieście. Figlarne promienie słońca, z wysoka ogrzeją jej twarz. Zajrzą przez zamknięte powieki w oczy. W końcu, ostatni raz, rozbudzą ją na dobre.

Helena spojrzy w niskie okno willi, pamiętającej tych pierwszych Niemców. Tych, którzy w 1945 roku musieli pozostawić swój dom i wyjechać. Tak jak Helena teraz.

Za oknem będzie widać dziwną, długo rozciągniętą maszynerię. Helena ostatni raz spojrzy o poranku z głębi swego łóżka na ciemnozielony parowóz w czerwonych skarpetkach, rozpraszający między kominami wschodzące słońce. I na wagon osobowy za nim. Z żółtą ramą okien i bogato zdobioną kratownicą wywietrzników, wystruganych w drewnie niedługo po wojnie francuskiej kanclerza Bismarcka. I na lorę za wagonem. Z dwiema wielkimi bekami na wino, osadzonymi na metalowej kratownicy w poprzek do kierunku jazdy. I na mały, stalowozielony towarowy do przewozu na fronty I wojny światowej koni, ustawiony za winiarską lorą.

Niedługo potem Helena pójdzie po raz ostatni w tym mieście do pracy. Przejdzie między stojącymi na powietrzu przeszklonymi gablotami galerii zdjęć i minie bramkę sygnałową z dwoma karzełkowymi semaforami. Kiedy Heleny już tu nie będzie, kolejne pokolenia mieszkańców będą się wspinać na tę bramkę, by z perspektywy wiszącego nad podwójnym rozjazdem podestu, z góry oglądać przykrytą interaktywną, nieprzepuszczalną powłoką nieckę starego miasta. O tej porze dnia i przy takiej pogodzie powłoka będzie przezroczysta, na tyle, by nawet z odległości blisko pół kilometra było pod nią widać stojący pośrodku wydłużonego placu ratusz o smukłej wieży i dachy otaczających go kamienic. Będą to już jednak dzieci i obywatele Grünberg. Na powrót Grünberg, a nie jej Zielonej Góry.

Helena przeciśnie się pod drągiem rogatkowym starego szlabanu, takiego z wiszącą siatką drucianą, uciekając przed jadącym do Parku Kolei Szprotawskiej szeregiem wagoników kolei parkowej, i przejdzie między wieżowcami ku ruchliwej arterii. Na rogu będzie ta stara kamienica pocztowców z początku XX wieku. Naprzeciwko rozłożysty, piętrowy budynek z czerwonej cegły. Dalej prosty klocek szkoły i nowoczesny apartamentowiec. Potem skrzyżowanie pięciu ulic, wyciągających w różnych kierunkach macki jezdni, i już, hotel „Srebrna Góra”, z salką konferencyjną w odbudowanej, starej piwnicy winiarskiej.

Gdy tego dnia Helena po raz ostatni przywdzieje kelnerski fartuszek, zawołają ją tam, za ścianę. Gość będzie siedział nie w ogólnodostępnej części kawiarnianej, ale w wydzielonej salce konferencyjnej. I Helena przejdzie tam, na drugą stronę i stanie zdziwiona. Przy stoliku ujrzy młodą jasnowłosą Lilly.

– Obudziłaś się? – spyta zaskoczoną Helenę i skonstatowawszy niewłaściwość tego sformułowania, doda szybko – Spałaś dobrze? Czy przepłakałaś całą noc?
– Jest dobrze. Wyspałam się. Ale co ty tu robisz, Lilly?

Krągła, niewysoka blondynka o bardzo ładnej buzi okolonej zwijającymi się w serpentyny lokami zaniesie się perlistym, ale jednak nieco sztucznym śmiechem.

– Popatrz – wskaże na swą towarzyszkę przy stoliku. – To Bertha, szefowa kompanii w wojskowej misji dla uchodźców. Będę rozmawiać o tobie.

Bertha, niemiecka kobieta, taka Niemka z krwi i kości. Potężnie zbudowana, z długimi, popielatymi włosami zawiniętymi wokół głowy i w mundurze Bundeswehry. Spojrzy spode łba na deportowaną Polkę i ta, zanim Bertha jeszcze cokolwiek powie, straci wszelką nadzieję.

A Bertha krótko spyta:

– Dom do zdania przygotowany według instrukcji?
– Czy tylko o tym będziemy rozmawiać?
– A niby o czym? Nic mi do Polaków, ale wykonam dyrektywę Rady Europy, aby was przesiedlić nad Dniepr. My, wojsko, będziemy tego nadzorować.

Helena spojrzy błagalnie na Lilly.

– Bertha, ona będzie solidnie pracować. Stanie się lojalną obywatelką Grünberg, zapomni o Zielonej Górze.
– Dziewczyno! – krzyknie Bertha. – Coś między wami? Kiedy ty się opanujesz?
– Porozmawiaj z Ursulą.
– Wiem, wiem. Wasza sprawa. Ale czy Ursula toleruje to, że ty i z tą Polką?

Lilly prychnie wyniośle, na co Bertha spojrzy uważniej na Helenę:

– Dostaniesz wyprawę według przydziału, ale z sortu Bundeswehry. Jak nasi żołnierze, a nie Polacy, cywile. To ci się przyda na Ukrainie. Przynajmniej będziesz miała z czym zacząć. Wpiszę cię też do naszego eszelonu. Prześpisz wygodnie całą podróż w sypialce z naszymi żołnierkami.
– Nie będziesz się tłuc w tych autobusach, przesiadać do zatłoczonych pociągów już po tamtej stronie granicy.

Helena zrezygnowana spuści głowę i dziewczyna zawstydzona zamilknie.

– Nic mi do was, ale teraz będzie tu znów Grünberg. Jeszcze podziękujecie rządowi Niemiec, że miast oddać was Ruskom, wywalczył w Brukseli dyrektywę o polskiej kolonii w Ukrainie. – Ton Berthy złagodnieje. – To trudny czas. Nie wiadomo, co Ruski dalej zrobi, ale ty będziesz bezpieczna. Daleko, ale bezpieczna. Kiedyś poczujesz się tam, na Wschodzie, jak u siebie. Już my przypilnujemy Ukraińcóa, a bez opieki Unii Europejskiej ich państwa nie będzie.

W południe Helena po raz drugi pojawi się w pokoju dla specjalnych gości. Lilly będzie wtedy siedzieć z Ursulą i tą zielonogórską Żydówką, Elżbietą. Helena przyjdzie dopiero, gdy ją zawołaką, nie zobaczy więc jak Lilly, śliczna niczym laleczka z porcelany, przyprowadzi tu Ursulę, typową chłopczycę, ostrzyżoną na rekruta. To Elżbieta zauważy gest, gdy blondynka, podchodząc do stolika, wyciągnie rękę spod pachy Ursuli i jak siadając, otrze się udem o jej kolano.

– Obsługa – zawoła, czując się gospodynią w tym mieście. – Proszę podać napoje.

Helena dygnie i zakrząta się w kąciku barmańskim.

– To pani? – Elżbieta przywita Ursulę.
– Co ja? – opryskliwie rzuci Niemka.
– Nic – uśmiechnie zielonogórzanka – To w pani ręce oddam Park Technologii Kosmicznych w Kisielinie.
– Jestem unijnym komisarzem ds. uchodźców. Stąd przejmuję warsztaty i firmy od Polaków. Zagospodaruje je rząd niemiecki, – obruszy się Ursula.
– Pani nie lubi miejscowych?
– Nie bardzo. Nikogo ze Wschodu.
– Inwazja Rosji na Polskę jest wam na rękę.
– Oni i tak by zaatakowali. Mieli wybór, Ukraina albo wy.
– Berlin chroni Kijów przed wojną.
– Ukraina oddała się pod naszą opiekę, a Warszawa ciągle spiera się o drobiazgi.
– To dlatego zajęliście część Polski?
– To jedyny sposób na zatrzymanie marszu Rosjan w głąb Europy.
– Tym bardziej się cieszę, że moja prywatna firma nie pójdzie w wasze ręce.
– To ty nie pracujesz w Parku Kosmicznym? – zdziwi się Lilly.
– Tak, jako Dyrektor Instytutu Technologii Kwantowych. A prywatnie mam firmę, obsługującą powłokę atmosferyczną nad deptakiem. I sprzedam ją Amerykanom, nie dostanie się w wasze ręce – uśmiechnie się Elżbieta.

Helena poda napoje.

– Zakąski – rzuci za nią Żydówka.

Po południu Elżbieta zabawi się w gronie przyjaciół naukowców. Niebo spowije sztuczny zmrok, a oni, chodząc po placu wokół ratusza, będą spoglądać w górę na ulubione przez Jarka pterodaktyle. To jej wynalazek, do powłok sztucznego nieba, pozwalających sterować odczuwalną temperaturą, wiatrem i wilgotnością, doda sterownik psychowizyjny. Powstanie nieboskłon – obraz zbiorowych marzeń i nastrojów. Dzięki działaniu na podświadomość, bez niewygodnych gogli 9D. Przejazd koleją gondolową, mecz żużlowy – chcesz? Masz! Pierwszy taki parasol na świecie rozłoży na próbę tu, nad deptakiem A potem będzie milionerką.

– Jestem nomadem, żydowska krew to wędrówka. Dziadka już w Marcu wyrzucili ze Śląska. Szwecja. Ojciec jeszcze w Czerwcu wrócił tutaj. A ja z nim.
– Lubię pracę w centrum kosmicznym. To jedyne za czym będę tęsknić. Reszta, wyjazd, wojna, nie rusza mnie. Pomyślcie raczej, co przeżywa kelnerka, podająca nam w południe drinki ? Wiecie, że ona skończy dzisiejszą zmianę, a rano będzie już po tamtej stronie linii demarkacyjnej?

Ciemną kopułę nad dachami przeszyje pajęczyna rozbłysków. Dwa niby gady niby spadną im pod nogi.

– Meteoryt wilkanowski? – zdziwi się Marek – Ten incydent też dałaś w symulacji?
– Mieszasz epoki – skarci go Jarek, ulubieniec Gila, który będzie już sam profesorem. – To wyładowania od promieniowania z gwiazd.
– Pulsar? Buch i świat się zmienia, jak efekt motyla? – rzuci Radek.
– Determinista – ostudzi go Elżbieta. – Ile czasu tracisz, wybierając na ślepo, by po stwierdzeniu błędu, wrócić próbować na nowo? Entropia każe testować jednocześnie wszystkie możliwości. Słabe osiągną małe prawdopodobieństwo i ich nie kontynuujesz. Bez wracania i zaczynania od nowa.
– Świat nie idzie po sznurku. Gmatwa się w dwuwymiarowym splocie nitek tworzących tkaninę. To superpozycja, gdy po spróbowaniu wszystkiego, świadomie wybierasz to, jak TY się zachowasz. Jeden ze stanów splątanych. Nie zmieniasz przeznaczenia, zależnie od wyboru drogi dochodzisz jednak do niego z innym doświadczeniem. Na nikogo nie możesz już zwalić winy, jak przy efekcie motyla.
– Nie masz wpływu na to co jest poza tobą. Jaka będzie wojna i jej zbrodnie? Kto zostanie agresorem a kto ofiarą? Ale na to z jakim nastawieniem czynisz to co czynisz w jej trakcie, JAKIM JESTEŚ CZŁOWIEKIEM – już tak!!
– Do czego to wystarczy? – ktoś spyta.

Jakaś wojna w mieście Grünberg (1)

Mieczysław Bonisławski

Zimowe egzaminy 1991. Za oknem śnieg. Mało go, bo sypie dopiero od wieczora. Jasne, wolno opadające płatki srebrzą się w świetle latarni. Do rana to co spadnie na chodnik i jezdnię przed Instytutem Fizyki WSP, na wznoszący się blisko rynku Plac Słowiański i tak stopnieje.

Ostatnie w sesji egzaminy powinno czcić się piwem w klubie muzycznym, w takiej Studenckiej lub Teatralnej. Radek i Mundek jadą na wieś, na domową ucztę. Gorące frytki i bardzo dużo piwa. A mnie czeka męcząca noc przed monitorem komputera. Kierownik naszego Zakładu Astrofizyki, profesor Gil ściągnął z zagranicy program obliczeniowy do pulsarów. I teraz my, asystenci–stażyści zgrywamy go z kaset magnetofonowych. Jako że w dzień laboratorium komputerowe jest zajęte pod dydaktykę, te kilka wolnych godzin jest tylko w nocy. A że to noc po ostatnim egzaminie… No, szkoda! I tyle.

Czuwam do drugiej na zegarze. Potem lekko przysypiam…

…Mundek wyjeżdża fiatem po Radka na pociąg. Gdy wracają z Kostrzyna, pola aż po horyzont kryje śnieżna pierzyna. Ale między domami Dąbroszyna mijają tylko takie pojedyncze płaty. Sprawiają wrażenie zleżałych i zabrudzonych.

Maluch, prowadzony pewnie, bierze zakręt o 180 stopni tuż za ukrytym między drzewami kościołem. Stają z boku szosy, przy parterowej chałupie. Radek wyjmuje plecak. Potem wynoszą z bagażnika torby z brzdąkającymi butelkami.

– Sam jesteś? – upewnia się ten, który przyjechał.
– Tak. Urszula jest u ciotki w Glisnie. Dla małych robi wszystko. Uparta, że przy was dzieci nie mają spokoju, że dajemy złe wzorce, szast, bezpłatny urlop ze szpitala i przez trzy dni ich nie ma. Ale w kuchni za to czeka na ciebie wór ziemniaków.

Rudowłosy gość krzywi się.

– Nie bój nic – mityguje go zaraz gospodarz. – Ja potem będę je kroił na frytki.

Tego wieczora obierają i kroją 1/3 worka. Zostawiają też na rano połowę piw.

Gdy rano Radek podnosi głowę znad poduszki i spogląda przez okno, widzi brudnoszare płaty śniegu wokół brukowanej szosy i przed chałupą naprzeciw.

Mundek już obiera w kuchni kartofle.

Rudy gramoli się spod kołdry, bierze z torby piwo i zdejmuje kapsel. Włącza TV.

…i wtedy budzi mnie dźwięk telefonu. Aż podskakuję na swych złączonych krzesłach, a sen pryska. Przechodzę z pracowni do kantorka. Podnoszę słuchawkę.

– Radek. Jak tam? – słyszę.
– Nic. Przysnąłem. Do rana czuwał Jarek z tą stypendystką, Jezabel. Niezniszczalna! A, i pomagała im ta niemiecka studentka, blond Lilly. Ale ona to nie mogła spać z powodu Jarka, nie pulsarów.
– Włącz telewizor.

Rozglądam się. Nie mamy tu telewizora. Jest ten w pracowni, podłączony do komputerów i specjalnej anteny, pozwalającej odbierać na częstotliwościach zarezerwowanych tylko dla instytutów naukowych i służb. Na szczęście jest wyłączony, pracują tylko monitory sieciowe, przypisane do stanowisk.

Jako że ekran tego głównego telewizora jest widoczny z głębi kantorka, wciskam odpowiedni przycisk i wracam do telefonu. Przyciskam ucho do słuchawki.

– Jak wam idzie?
– Wczoraj ja obierałem a Mundek kroił i smażył. Dzisiaj odwrotnie – rudy Radek odtwarza mój niedokończony sen. – Włączyłeś?
– Jakiś program historyczny.
– Co? Amerykanie weszli do Kuwejtu! Schwarzkopf spuścił ze smyczy Challengery i Abramsy. Ale walą w te ruskie T-54! No, gadam ci, na żywo to puszczają…

Popatruję na ekran. Dwaj faceci gadają, zero dynamiki. Archaiczny obraz znajomych mi czołgów. Tygrysy i Panzer IV, z 44, z Normandii, spod Kurska.

– To jak u nas. Codzienny widok w Izraelu – słyszę zza ramienia głos Jezabel.

Postanawiam włączyć dźwięk.

Niby wiadomości, ale nadawane ze studia. Speaker i komentator gadają po angielsku, jak jankesi. Jestem na jakimś amerykańskim kanale informacyjnym?

– Grupa Armii B generała Speidela zajęła w nocy Charków, odbijając teren utracony wiosną i latem. Siły Stalina cofają się w takim tempie jak w roku 41.
– Widzimy to już od miesiąca, od niemieckiej kontrofensywy spod Modlina – przerywa speakerowi komentator – Wypoczęte dywizje pancerne, wycofane z zachodniego frontu, które kanclerz Rommel dał pod dowództwo byłemu szefowi sztabu, Speidelowi, robią różnicę. Żukow nie jest w stanie nic im przeciwstawić.
– Udany zamach na Hitlera z 20 lipca spełnił nadzieje niemieckich patriotów i demokratów. Nowy kanclerz Niemiec, Erwin Rommel, mógł powtórzyć genialny manewr pancerny z Libii.
– Tak, wykorzystanie zawieszenia broni w Normandii i błyskawiczne przerzucenie dwóch Grup Armii z Francji i Belgii nad Wisłę to majstersztyk logistyczny i taktyczny „Lisa pustyni”, porównywalny z operacjami Aleksandra Macedońskiego, Napoleona albo Czyngis–chana.
– Co u ciebie? Podoba się ten „Pustynny miecz”? Ta relacja na żywo to zupełna rewelacja – słyszę znowu głos w słuchawce.

Przełączam kanał. Na ekranie pojawia się znajome miasto. Tak, to gmach mojego Instytutu. Kolejny kadr to ratusz pośrodku rynku. Obok jego smukłej wieży, ośmioboczna piramida iglicy wieńczy szkieletowy kościół Ogrodu Chrystusa.

Dziennikarka rozmawia z uchodźcami, którzy pchają przed sobą jakieś wózki, niosą tobołki. Dużo dzieci. Ale skąd tu na rynku bruk ? Przecież w roku 71 plac wokół ratusza wyłożono płytami i zrobiono deptak…

– Tu Bertha Plociennik. Przede mną Jelena z Rosji. Jak was tu w Grünberg przyjęto?
– Jesteśmy wdzięczni Niemcom, że nas do siebie zaprosili. Striłcy Bandery nie puścili by nas żywych!
– Armia niemiecka zaprowadzi porządek na wschodnich terenach! – odpowiada pewnym głosem dziennikarka, ale widząc strach w oczach Rosjanki, dla rozładowania stresu pozwala sobie na prywatną wycieczkę – Mój Simon jest teraz na Ukrainie, tam gdzie przerzucono siły Wehrmachtu z zachodu. Żołnierze nie pozwolą….
– Tam gdzie front przejdzie, Banderowcy robią co chcą. Strach o dzieci, to już nie chodzi o domy, o nas, o starych… – uciekinierka z Buczy zalewa się łzami. Kryje twarz w dłoniach, cała się trzęsie.
– Znowu ktoś chce robić porządek, tam gdzie go o to nie proszą – zrezygnowanym tonem kwituje reportaż żydowska stypendystka Gila. Stoi za mną. Zamknięta w sobie, nie wyrywa się z tą obecnością. Zupełne przeciwieństwo blond szałaputa Lilly.

Kamera najeżdża teraz na twarz szarowłosej, dobrze zbudowanej, niemłodej już dziennikarki, typowej niemieckiej Frau. Maksymalne zbliżenie:

– Postępy ofensywy Grupy Armii B w Donbasie spowodowały wystąpienia sił OUN Stepana Bandery. Realizując postulat odbudowania państwowości ukraińskiej na terenach opuszczonych przez Sowietów, siły UPA i Dywizji SS „Galizien” czyszczą teren z ludności rosyjskiej. Kanclerz Rommel, mimo trwającej wojny ze Stalinem, nakazał przyjąć rosyjskich uchodźców z Donbasu i rejonu Charkowa w miastach kraju związkowego Niederschlesien. Społeczność międzynarodowa wyraża podziw i wdzięczność naszemu Führerowi!

Nie mam powodu nie wierzyć Radkowi. Amerykanie od miesiąca bombardują siły Husajna z powietrza. Lada dzień ma rozpocząć się ofensywa lądowa. Ale co ja mam włączone? To nie audycja historyczna. To nadają na żywo. To taka sama relacja, jak ta którą chłopaki odbierają w Dąbroszynie, tylko wojna jakaś inna.

Mój telewizor jest przysposobiony i odbiera dziwne częstotliwości, już mówiłem, te dostępne służbom specjalnym. Czy to przebitka, szum, tło z równoległego świata? Czy może to tunel czasoprzestrzenny, którym wracam do czasów końca II wojny światowej? Ale przecież Stauffenberg nie zabił Hitlera, ranny Rommel przestał się liczyć a Żukow został pod Warszawą przez całe Powstanie, aż do stycznia 1945 roku.

– Nie widzieliście pana asystenta Jarka? – wpada na moment Lilly. Jej poskręcane, jasne loki robią wichurę, po czym dziewczyna gdzieś znika.

To jakiś efekt motyla, do huja? Ale jak w takiej sytuacji rozwinie się historia Europy? Co będzie za rok, za dwa z moim miastem, z moją Zieloną Górą?

*

Była to prosta, jasno otynkowana, prostopadłościenna konstrukcja z parterem i piętrem. Solidnie podpiwniczona, wzdłuż fasady siedem okien z prostokątnymi, zielonymi, pod kolor dachu, okiennicami z obu stron. Złudzenie ogromu sprawiał bardzo wysoki, czterospadowy dach z lukarnami. Piramida dachówek lecąca na gzymsy z wysoka, a pochyłość ta zajmowała niemal trzy czwarte tego, co było pod nią.

Uchyliły się drzwi, umieszczone dokładnie pośrodku budynku. Wyszła wysoka, pulchna kobieta w fartuchu i chustce na głowie, spod której uciekały grube włosy. Przeplecione siwizną, z daleka wyglądały na popielate. Była w mocno dojrzałym wieku, ale jeszcze nie stara, w pełni sił. Nogi w drewniakach, wystające spod spódnicy za kolana, umięśnione i spracowane. Ręce też.

– Bertha! – zawołał ktoś, wychylając się z okna na piętrze, nad ozdobną plątaniną winorośli z gipsu, wieńczącą półkolisty portal wokół drzwi.

Kobieta zadarła głowę.

– Trzeba zanieść pranie do magla. Jest w koszu przy wejściu na strych. Ja po wszystkim porozkładam na pokoje – rzuciła do góry znudzonym głosem.
– Może ta Ukrainka?
– Nie wiem, mnie jest wszystko jedno.
– Dobrze, idź chwilę odpocząć.
– A jakże.

Kobieta w chuście przeszła obok narożnika domu, minęła małą, murowaną przybudówkę o równie spadzistym dachu i spojrzała prosto w słońce.

Z tyłu domu stromo wznosiło się podłużne wzgórze, od swej jednej trzeciej porośnięte lasem Parku Ludowego. Na łące, rozciągającej się od budynku aż po pierwsze drzewa, rozstawiono ławki, na których półleżeli kuracjusze z sanatorium.

Bertha wybrała najbliższą z nich, pustą i usiadła. Na brzegu, niepewnie, nie wypełniając całej głębi siedziska.

Wystawiła twarz na ostro operujące nad miastem słońce. Było wczesne lipcowe popołudnie, pięknego lata 1947 roku. Złota kula toczyła się powoli ku wierzchołkom drzew na szczycie zamykającego widnokrąg wzgórza. Czekała ją jeszcze daleka droga, zanim stanie się czerwona i ucieknie gdzieś za ich korony, na drugą stronę ozu.

Kobieta z lubością pozwalała na to, by padające z góry promienie grzały jej policzki, nos i czoło. Przymknęła powieki. Zamyśliła się. Bezwiednie cofnęła całe ciało w głąb ławki, zanurzyła się w niej, prostując nogi, a rozpostartymi rękoma zajęła całą długość drewnianego oparcia.

– Te, nie za dobrze ci?

Bertha już od chwili słyszała zbliżający się ku ławce szurgot żwiru na ścieżce, wiodącej spod ornamentu z winogronami. Nie otworzyła oczu. Była pogodzona z tym, że ta, która szła ku niej, by przerwać jej owe błogie zapomnienie, kimkolwiek była, i tak zaraz zrobi to, co nieodwołalne. Na słuch, po barwie głosu i na poły chamskim, męskim sposobie mówienia poznała Ursulę.

Dziewczyna miała szerokie spodnie wojskowego kroju i bluzę polową z wysoko podwiniętymi rękawami, tak jak nosili się żołnierze Waffen-SS. Do ich nonszalancji i luzu Ursula dorzuciła od siebie jeszcze to, że bluzy nie włożyła w spodnie, jak nakazywał regulamin mundurowy. Falowała teraz na wietrze wokół bioder. Dziewczyna była wychudzona. Włosy na głowie, białe, taki matowy blond, miała przystrzyżone na zapałkę. Na przedramieniu nosiła wytatuowany numer obozowy, jak każdy więzień Konzentrationslager.

– Weź te łapy – rzuciła rozsiadłej po całej szerokości ławy koleżance, na co Bertha, jakby przestraszona, skuliła się, zwijając ku sobie ręce i nogi. Znów siedziała ledwie na brzeżku. I ciągle nie otwierała oczu, zapatrzona pod powiekami gdzieś hen, w jasne słońce ponad Parkiem Piastowskim.

Ursula energicznie klapnęła obok. Z kieszeni bluzy wyjęła papierosy. Wyciągnęła jednego ustami prosto z paczki. Przypaliła. Wygodnie oparta, zaciągnęła się.

– Na górze są tylko ta Ukrainka i Żydówka – powiedziała przed siebie. I spojrzała lekko, ruchem samych oczu na Berthę. Ta milczała, choć szczęka się poruszała i policzki naprężyły. Zacisnęła też mocniej powieki.

Ursula wyraziście wzruszyła ramionami.

– Słyszysz? Same! Ta Ukrainka i Żydówka.
– Simona zabili żydowscy partyzanci gdzieś w lesie na Ukrainie.
– Jaka Ukraina! To było na Białorusi, w Lasach Nalibockich. Zresztą, ty wierzysz w te SS-mańskie kłamstwa? Aleś ty naiwna.

Bertha obruszyła się.

– A co mi zostało? W coś muszę wierzyć. Nasz Führer…
– Nowego Führera masz tu, pod poszwą, którą ta Ukrainka z tą drugą maglują, a którą ty założysz zaraz na kołdrę – zaśmiała się szyderczo Ursula. – Rano przejrzyj prześcieradło. Sprawdź czy leczy się tylko winogronami, czy też może aplikuje sobie dodatkowo uchodźczynie z Ukrainy? Od tego zależy przecież wynik wojny!
– Co też ty, Ursula! – oburzyła się Bertha i nagle posmutniała – Co ty mówisz, przecież nasza wojna już się skończyła.

Zza ławki wyskoczyła ładna, zgrabna, choć nieco przysadzista blondynka w letniej sukience nad kolana. Długie, złociste loki opadały jej falując na plecy, a przycięta równo grzywka zasłaniała do połowy wysokie czoło.

Pchnęła koleżanki w plecy, zaśmiała się perliście z tego kawału i pokonawszy jednym susem oparcie ławki, klapnęła tyłeczkiem między Ursulą a Berthą.

– Ojej, Lilly – zlękła się starsza z nich.
– Odbiło ci?! – warknęła druga.
– Co wy takie! – zaczęła się droczyć Lilly. – Widziałam gości, co dziś przyjechali. Nie wiecie kto to jest ten starszy pan, taki wysoki, bez brzuszka, z piękną twarzą?
– Ten ze szramą na lewym policzku?
– A tam szrama! Popatrz na kształt nosa, na linię podbródka.
– Spodobał ci się?
– Tak, bardzo.
– To Führer, ty głupia! – parsknęła Ursula.

Kolację w sanatorium winogronowym w Grünberg podawano wcześnie, o wpół do szóstej po południu. Personel ściśle egzekwował dyscyplinę, nie patrząc na status pacjentów, czy ich – ważną ostatnimi czasy – rangę wojskową.

Złotowłosa Lilly, zanim wyszła z zastawą i potrawami do jadalni, wyprostowała loki i upchała je w ciemnozielonym czepeczku. W służbowym uniformie nie była już blondynką o zgrabnej, choć nieco przysadzistej, jak to u Niemek, figurce. Nie przeszkadzało jej to jednak i nadal robiła cielęce oczy w kierunku stolika numer 13, przy którym siedział tak fascynujący ją, dojrzały mężczyzna.

Naczelny lekarz zakazał pacjentom poruszania się po sanatorium w mundurach. W czasie zabiegów i wizyt lekarskich obowiązywał strój sportowy, a w stołówce oraz w trakcie zajęć towarzyskich – wieczorowy. Stąd Lilly nie mogła zweryfikować sensacji Ursuli. Jej wspaniały mężczyzna przyszedł do jadalni w ciemnym, modnym garniturze, tak jak wszyscy pozostali kuracjusze. Przyjrzała mu się jednak dokładniej i rzeczywiście, na lśniącej, starannie wygolonej twarzy, na lewym policzku była niezbyt rzucająca się w oczy szrama.

– A, Stauffenberg!

Idol Lilly powitał kuracjusza, z którym miał jadać przy jednym stoliku. Tamten, nieco spóźniony, dopiero przyszedł. Dziewczyna, kryjąc lęk, skonstatowała, że nie miał jednej ręki. Do tego połowę twarzy zakrywała mu czarna przepaska – nie miał też oka!

– Mein Führer! – kaleka stanął na baczność.
– Siadajcie pułkowniku – polecił ten, którego tytułowano Führerem. Inwalida, zachowując głęboką atencję, usiadł do posiłku.

Lilly na chwilę przeszła na zaplecze, odwieźć wózek z brudnymi naczyniami. Gdy wróciła, mężczyźni w zgodnej komitywie byli już zajęci kolacją.

– Słyszał pan, Churchill przegrał wybory – zagaił Führer.
– Nigdy nie ufałem Anglikom. To jest naród bez honoru i poczucia wdzięczności.
– Taaak – zawahał się Führer, pogryzając suchara. – I po co on tak obstawał, aby kontynuować tę wojnę? Walczył na własną zgubę – zatrzymał nieruchomo widelec nad talerzem i spojrzał w oczy rozmówcy – Niewdzięczność. To samo mógłby powiedzieć nasz Führer o panu. Gdyby tylko przeżył, oczywiście.
– Ależ panie marszałku! – obruszył się kaleka.

Dziewczynę odwołano do innych gości. Potem ułożyła naczynia przed zmywakiem i pomogła nowej kelnerce z Ukrainy na końcu sali. Starała się to robić szybko, a i tak straciła swego marszałka z oczu na dłuższą chwilę.

– …tak działa przypadek – usłyszała końcówkę jakiejś myśli tego inwalidy, gdy powróciła w okolice stolika numer 13.
– Gdybym był sekundy szybciej, tam gdzie strzelał kaem tego Spitfire’a, albo gdyby pilot nacisnął spust moment później, trafił by prosto w naszego kubelwagena. Nie było by mnie tutaj, pułkowniku – twardo stwierdził marszałek, pomiędzy jedną łyżką lekkostrawnej zupy z kaszą palmową a drugą – Lub wyglądałbym jak, nie przymierzając, pan. Ile czasu, ile metrów dzieliło mnie od znacznie gorszych ran? Afryka, Berlin, potem Londyn, tyle przygotowań, a cała historia mogła zawrócić pod jakimś tam Sainte-Foy-de-Montgommery. I to nie przez Churchila, Roosvelta czy nawet Hitlera, ale przez anonimowego pilota myśliwca.
– Ktoś mi powiedział – w zamyśleniu dodał ten pierwszy, nabierając sałatkę z kalafiora i pasternaku – że tam, w Wilczym Szańcu, źle ustawiłem torbę z bombą. Na szczęście ktoś mimochodem, zupełnie przypadkowo, kopnął ją w stronę Hitlera. Gdyby nie to, masywny stół uratowałby mu życie. Wszystko przewidzieliśmy, a i tak, na końcu zadziałał przypadek. Myślałem, że obliczyłem parametry co do joty, scenariusz był opracowany w najdrobniejszych szczegółach. A tu najważniejszy nie był pirotechnik i nie dowódca całej armii rezerwowej, ale zbyt solidny stolarz. Zaważyła nie dokładność wielomiesięcznych przygotowań, tylko czyjś nerwowy odruch, niekontrolowane kopnięcie ścierpniętej nogi.

Marszałek pokiwał głową.

– Pan, pułkowniku, zawsze był za dogadaniem się ze Stalinem, a ja – z Anglikami i Amerykanami. Ale gdyby Iwan pospieszył się, choć dzień lub dwa i te kilkadziesiąt godzin wcześniej odbił ów obóz pod Lublinem… Nagłośnił to, co zobaczyli…
– Konzentrationslager Maydanek.
– Nie 24, ale zaraz 21 lub 22 lipca, gdy jeszcze nie dogadaliśmy się z Roosveltem, nic by nam nie pomogła śmierć Hitlera.

– Lilly, ile mam cię wołać?!

Złotowłosa z niechęcią obejrzała się. Musiała znowu iść do kuchni, opuścić swoje stanowisku przy JEJ marszałku.

Po wczesnej kolacji kuracjusze schodzili na ostatnią w ciągu dnia turę zabiegów. Przypadek sprawił, że obaj wojskowi, ci siedzący przy stoliku 13, mieli stawić się o tej samej porze, u tej samej pielęgniarki sanatoryjnej.

Ursula, która przyjmowała ich obu, wyczytała na głos dane z kart kuracjuszy.

– Pan Erwin – rozejrzała się po korytarzu i skinęła zainteresowanemu głową, zapraszając go tym gestem do gabinetu.
– Pan Claus – zachowała niewzruszoną twarz na widok podchodzącego inwalidy, choć powieki jej drgnęły, a źrenice zwęziły się.

We trójkę weszli do środka.

– Pan, pułkowniku, ma zimną kąpiel w wodzie studziennej z wodą kredową z jeziora pod Saabor. Ma zwiększoną zawartość magnezu i węglanu wapnia. Wanna na lewo. Asystentka przyniesie panu, pana porcję winogron i będzie regulować konsumpcję. – Sprawdziła wzrokiem, czy mężczyzna idzie w stronę szatni i czy ma ręcznik.

Zawahała się nieco i oschłym tonem dodała:

– To jest uchodźczyni, od tygodnia w Grünberg. Zna pan choć trochę rosyjski? Bo ona jeszcze miesza nieco słowa i kaleczy niemiecki.
– Pan, panie feldmarszałku – zwróciła się do drugiego – Też kąpiel zimna, woda studzienna z dodatkiem igliwia sosnowego i świerkowego.

Rommel podążył za towarzyszem. Tak jak miejsca w jadalni mieli przy jednym stoliku, tak i tu, wanny też stały obok siebie. Spotkali się więc wnet, rozebrani, z ręcznikami.

Ursula już na nich czekała. Gdy weszli do wody, wskazała ręką za siebie.

– Olena – przedstawiła kruczowłosą, wysoką, dobrze zbudowaną kobietę, która za pielęgniarskim czepkiem kryła splecione w krąg warkocze. Przywołała ją gestem – Dostarczy wam dzisiejsze lecznicze porcje winogron.

Odprawiła Ukrainkę i dodała:

– Gdyby było coś nie tak, jakieś trudności z nią, zawołajcie mnie. Jestem obok.

Przyglądający się temu z uwagą Rommel, nagle złapał ją za nadgarstek. Lekko pociągnął całą rękę, aż do wyprostowania, spojarzał na tatuaż i cicho spytał:

– Dawno cię zwolniono?
– Jesienią 46. Nieco ponad pół roku temu.
– Ravensbrück?
– Od 1937 roku Moringen, po pół roku przeniesiona do KL Lichtenburg. W Ravensbrück od 1942 – meldowała bezwiednie, niczym automat przyjmując postawę zasadniczą.

Marszałek przyciągnął łokieć Ursuli do swego torsu, wystającego z wody.

– Jeśli to nie tajemnica… Czy mogę spytać? Za co tak już w 1937, na samym początku? Czym się naraziłaś?
– Ja? – zdziwiła się Ursula. Wróciła jej pewność siebie, całe to lekceważenie, jakim darzyła wszystko dookoła – Niczym. Ojciec działał z takim Lisowskim, blacharzem z Grünberg, w towarzystwie polskich rzemieślników.
– Polka? – nie kryjąc niesmaku zdziwił się Stauffenberg.
– Skąd ten pomysł?! – oburzyła się dziewczyna. – Nie cierpię tych ze Wschodu. Może Lisowski, ale on robił to na przekór rodzinie żony. Własne dzieci się go wyparły.
– Jak do tego doszło? – rzeczowo drążył Rommel.
– W 1935, gdy ten cały Bundführer, Lisowski, dostał na Gestapo ataku serca, aresztowali i innych. Z rodzinami. W BDM w Grünberg dziewczęta przygotowywały się do zawodu, większość na przedszkolanki, ale część na pielęgniarki i opiekunki chorych. Ja chodziłam do Borchers-Haus, gdzie diakonisy z Bethesdy kształciły w pielęgniarstwie. Dlatego też mnie od razu wywieźli. Potrzebowali takich jak ja w Moringen. Nikt nie pytał, kim się czuję… Dla jasności – uprzedziła kolejne pytanie pułkownika – miałam status pracującej więźniarki, a nie personelu.
– Masz odszkodowanie? – zainteresował się marszałek.
– Dostałam pierwszeństwo do tej pracy. I specjalny dodatek co miesiąc do poborów.

Ciąg dalszy za tydzień

Elżbieta Windsor

Ewa Maria Slaska

Szczerze powiedziawszy nie mam nic specjalnego do napisania na jej temat. Była zawsze, a wczoraj umarła i jest to bardzo dziwna sytuacja. Była nieco młodsza od mojej mamy i od 1952 roku była królową. Z różnych rzeczy, które wiedzieliśmy o niej jako o królowej, jak broszki, kapelusze, książki czy psy, najbardziej mi się podobała informacja, że jako królewna wstąpiła, w lutym 1945 roku, do służb medycznych armii angielskiej. Miała wtedy stopień podporucznika, została przeszkolona na kierowcę i mechanika, otrzymała stopień kapitana i pojechała na wojnę. Prowadziła karetki pogotowia wojennego.

To mi naprawdę imponowało.

Alan Bennet napisał powieść o tym, że królowa w podeszłym wieku stała się zapaloną czytelniczką powieści. Nie do końca wiem, czy autor to sobie tylko wymyślił, czy rzeczywiście królowa nabrała zamiłowania do literatury.

Z drugiej strony my, ludzie czytający książki, moglibyśmy sobie zadać pytanie, czy rzeczywiście królowa mogła NIE czytać książek.

Na Netflixie przez kilka lat wszyscy oglądali Koronę, serial o panowaniu Elżbiety, ale przyznaję, że pierwszy odcinek tak mnie znudził, że nawet w przybliżeniu nie mam pojęcia, jak królowa została w nim przedstawiona.

Nie wiem więc, czy w serialu jest mowa o romansie księcia Filipa z pisarką Daphne du Maurier, autorką Rebeki i Ptaków. Może zresztą to w ogóle nie był romans, tylko, jak twierdzą królewscy plotkarze, platoniczna przyjaźń.

Od dziś jej syn, Karol, jest królem. I jakie to dziwne, bo dwa dni wcześniej Anglia otrzymała nową premierkę – Liz Truss. Tak jakby obie zmiany musiały nastąpić jednocześnie, więc gdy zamiast królowej jest teraz król, to zamiast premiera będzie teraz premierka. On jest już starszym panem, ma 74 lata, ona jest jak na premierkę młoda – ma 47 lat. Tu też im się te cyfry obróciły. 47, 74.

O Karolu można śmiało powiedzieć, że długo czekał na swoją szansę. Nareszcie będzie mógł kupić królowej Karolinie korale koloru koralowego. Ale żarty na bok. Czy kiedykolwiek myśleliśmy o tym, że Karol naprawdę zostanie królem? A Kamila królową? Wiem, królowa (tamta królowa) zapowiedziała, że tak ma być, ale przecież nie traktowaliśmy tego poważnie.

Słowiańskie słowo król pochodzi od Karola. Wielkiego.

Król Karol jest starym królem. Jego matka była młodą królową i panowała najdłużej na świecie. A on jest starym królem.

Trzeba będzie wymienić w Anglii wszystkie banknoty, żeby przywrócić napis “God save the king”.

No dobrze, Biden jest jeszcze starszy, ma 79 lat, a papież Franciszek, który ma teraz 85 lat, miał 77, jak został wybrany. Ale może to bez znaczenia w czasach, gdy zaczynamy nagminnie dożywać osiemdziesiątki, a i dziewięćdziesiątka nie robi już wrażenia.

Jednak najgorszym problemem z królową jest jej imperialistyczna odpowiedzialność, którą zresztą odziedziczy też Król Karol. Gdy rozpoczynała królowanie była władczynią 33 królestw, gdy umarła – zostało ich wciąż jeszcze kilkanaście:  
Antigua i Barbuda, Australia, Bahamy, Belize, Grenada, Kanada, Jamajka, Nowa Zelandia, Papua-Nowa Gwinea, Saint Kitts i Nevis, Saint Lucia, Saint Vincent i Grenadyny, Tuvalu i Wyspy Salomona.

Dużo wysp. Ale tak naprawdę są to już niezależne państwa, często republiki. Wciąż jednak istnieją brytyjskie terytoria zamorskie czyli po prostu kolonie, miejsca, gdzie mogli się osiedlać osadnicy angielscy. Też prawie same wyspy.

  • Anguilla
  • Bermudy
  • Brytyjskie Terytorium Antarktyczne
  • Brytyjskie Terytorium Oceanu Indyjskiego
  • Brytyjskie Wyspy Dziewicze
  • Kajmany
  • Falklandy (sporne z Argentyną)
  • Gibraltar
  • Montserrat
  • Pitcairn
  • Wyspa Świętej Heleny, Wyspa Wniebowstąpienia i Tristan da Cunha
  • Georgia Południowa i Sandwich Południowy
  • Turks i Caicos
  • Akrotiri
  • Dhekelia

Tak, była imperialistyczną władczynią. Tak, sama z siebie nie oddała ani piędzi brytyjskich posiadłości, a o niektóre walczyła zbrojnie.

Ale jakoś nie mogę jej nie lubić. Może przez te wyspy.

Z Karolem nie będę miała takich problemów. Ale jego chyba nie muszę lubić.

***

Projekt Irena Bobowska. Krieg.

Der erste Tag des Projekts – Heimat – ist schon hinter uns. Vor uns die Veranstaltung Nummer 2: Krieg.

Projekt: Anna Krenz

Michael G. Müller

Hartherzige Christen? Russlands Krieg gegen die Ukraine und die deutschen Protestanten

Wie sollen sich evangelische Christen, deutsche Protestanten zu Russlands Krieg gegen die Ukraine verhalten? Was ist in dieser Lage für uns Deutsche geboten – als Christen, als Europäer und Nachbarn der Ukraine, als Träger einer besonderen historischen Verantwortung für das Unglück, das die Ukraine im Zweiten Weltkrieg und danach erfahren musste? Ist es geboten, die Ukraine nicht nur moralisch und humanitär zu unterstützen, sondern auch militärisch, durch die Lieferung schwerer Waffen? Viele prominente deutsche Protestanten haben sich dazu seit Beginn des Kriegs geäußert. In den letzten Wochen waren dies u.a. Annette Kurschus, die gegenwärtige EKD-Ratsvorsitzende, und deren Amtsvorgänger Wolfgang Huber, Margot Käßmann und Heinrich Bedford-Strohm, aber auch Joachim Gauck, Ex-Bundespräsident und protestantischer Theologe. Ihre Antworten auf die kritischen Fragen gehen weit auseinander. Das Meinungsspektrum spiegelt ziemlich genau die aktuellen Spaltungen innerhalb der deutschen intellektuellen Eliten.

Die EKD und ihre Vorsitzende Annette Kurschus erklären, gewissermaßen offiziell, dass es hier keine einfache Parteinahme geben könne. Kurschus: „Wir verfügen nicht über ein Wissen christlicherseits, das es uns erlauben würde, einzelne politische Optionen direkt aus der Bibel abzuleiten.“ Obgleich also Russlands Angriff auf die Ukraine eindeutig zu verurteilen sei, gebe es keine für alle Christen gültige Handlungsanweisung. „Es kommt auf uns an, den leidenden Menschen in der Ukraine, den verängstigten Menschen in unseren Nachbarländern, unsere Solidarität zu zeigen, keine billige, sondern eine, die uns etwas kostet. Es kommt auf uns an, den Menschen in Russland, die sich gegen den Krieg stellen, unsere Achtung zu bezeugen. Es kommt auf uns an, den Menschen, die flüchten, zu helfen und ihnen Wege zu öffnen, damit sie ihr Leben retten können.“ Dagegen komme die EKD, so ein Kommentar, zu dem Schluss, dass es für und gegen Waffenlieferungen an die Ukraine jeweils gute Gründe gebe. Dilemmata müssten benannt werden. „Es ist nicht immer hilflos, wenn man sagt: Ich weiß es nicht. Das ist manchmal das einzig angebrachte“. So bekräftigt Kurschus, dass die Ukraine das Recht auf bewaffnete Selbstverteidigung habe und dabei unterstützt werden müsse. Sie widerspricht aber auch Meldungen, wonach sie vorbehaltlos für die Lieferung schwerer Waffen an die Ukraine eintrete.

Beherzter äußerten sich die ehemaligen EKD-Ratspräsidenten Wolfgang Huber und Heinrich Bedford-Strohm. Die EKD-Friedensdenkschrift von 2007, so Huber, habe weiterhin ihre Berechtigung und Gültigkeit, doch zwinge die neue Lage dazu, über die Denkschrift hinauszudenken: „Der auf den Verbrechen des 20. Jahrhunderts fußende deutsche Sonderweg steht uns – auch als Christen – nicht mehr zur Verfügung“, denn „[e]s ist grotesk, dass die Gewalttaten, die unsere Väter verübt haben, uns daran hindern sollten, Menschen beizustehen, die Opfer vergleichbarer Gewalttaten sind… Bei allem Respekt für den Vorbildcharakter einer persönlichen Entscheidung zur Gewaltlosigkeit, diese Gewaltlosigkeit zur unumstößlichen Maxime eines ganzen Landes zu machen, heißt gegebenenfalls, nicht nur für sich, sondern auch für andere auf das Selbstverteidigungsrecht zu verzichten“. So plädiert auch Huber, ähnlich wie Kurschus, dafür, die Kontroverse über die angemessene Haltung gegenüber dem Krieg gegen die Ukraine offen auszutragen – zieht aus dieser „friedensethischen Zeitenwende“ für sich aber den Schluss, dass auch militärische Hilfe für die Ukraine geboten sei. Zum selben Schluss kommt Bedford Strohm. Auch wenn man als christlicher Pazifist angesichts solcher Entscheidungen zwangsläufig „zerrissen“ sei, müsse man die Ukraine nicht nur durch humanitäre Hilfsmaßnahmen, sondern auch durch Waffenlieferungen unterstützten – wenngleich man nicht behaupten dürfe, „dass man alles mit Waffen lösen kann.“

Kategorisch widerspricht dem Margot Käßmann. Sie will die Vorstellung von einer friedensethischen Zeitenwende nicht gelten lassen. Sehr wohl verurteilt sie Putins Angriffskrieg und beteuert ihr Mitgefühl für dessen Opfer. Doch sei der aktuelle Krieg aus der Perspektive christlich-pazifistischer Ethik nicht grundsätzlich anders zu bewerten als die anderen gewaltsamen Konflikte in und außerhalb Europas in unserer Zeit – als die Kriege auf dem Balkan, die Kriege in Afghanistan, Syrien, im Jemen. Immer, und auch jetzt, seien die Christen vor allem dem Friedensgebot verpflichtet, im Sinne der „Bergpredigt“. Gerade die Deutschen müssten sich angesichts ihrer historischen Verantwortung auch jetzt aktiv zum Prinzip des Gewaltverzichts bekennen: keine Waffenlieferungen an die Ukraine, kein „Sondervermögen“ für Investitionen der Bundesregierung in die nationale Rüstung; stattdessen größere Investitionen in Klima- und Bildungspolitik. Und der Krieg in der Ukraine? Käßmann legt nahe, einerseits die russische Zivilgesellschaft und ihren (vermuteten) Widerstand gegen Putins Angriffskrieg zu stärken, andererseits aber doch in Richtung direkter Verhandlungen mit Putin, d.h. zwischen dem Putin-Regime und der Ukraine, zu wirken. Schließlich sei es keineswegs neu, dass man auch mit Diktatoren und Aggressoren am Ende verhandeln müsse – so wie mit den afghanischen Taliban oder mit dem Assad-Regime in Syrien. Wie, auf welcher Grundlage und worüber derzeit mit den russischen Aggressoren zu verhandeln wäre und wer ein Mandat dazu hätte – das lässt Käßmann allerdings offen.

Wer diese Diskussion unter den prominenten Protestanten in Deutschland sozusagen von außen, d.h. als Nicht-Theologe, verfolgt, ist zunächst allerdings überrascht darüber, welch geringe Rolle hier religiös-theologische Argumente spielen. Gewiss, es ist die Rede von der Verantwortung der Christen, für die Verfolgten und die im Krieg Geschädigten und Geschändeten zu sorgen, sie zu verteidigen. Bedford-Strohm macht diesen Aspekt stark, relativiert ihn zugleich aber indirekt dadurch, dass er das aktuelle Leid der Ukrainerinnen und Ukrainer in den größeren, globalen Kontext des Leidens so vieler Menschen in der Welt stellt. Alle verdienen unsere christliche Solidarität und Hilfe, aber wie…? Margot Käßmann wiederum gebraucht durchaus theologische Argumente – etwa in der Berufung auf die „Bergpredigt“ („Liebet eure Feinde und betet für die, die euch verfolgen“) oder auf Luthers im Grundsatz distanziertes Verhältnis zum Kriegshandwerk. Dabei geht sie aber durchaus manipulativ mit dem theologischen Erbe um. Sie unterschlägt, dass Luther selbst in seiner Schrift von 1525 „Wider die mörderischen und räuberischen Rotten der Bauern“ die Landesherren ganz offen zu einem totalen, erbarmungslosen Krieg gegen die rebellischen Bauern aufforderte. Sie geht auch – wie freilich auch ihre andersdenkenden Konfessionsverwandten – mit keinem Wort darauf ein, dass es eigentlich seit der Gründung der christlichen Kirche eine kontinuierliche, immer kontroverse Diskussion darüber gab, ob es so etwas wie einen „gerechten Krieg“ (bellum iustum) geben könne. Als gerecht, so die kirchliche Lehre des Mittelalters und der Frühen Neuzeit, sollte ein Krieg gelten, der um eine „gerechte Sache“ (causa iusta) geführt wurde. Was wäre dazu aus der Perspektive des Jahres 2022 zu sagen? Auf diese Frage mögen heute offenbar wenige antworten.

Verwirrend und letztlich irritierend aber auch der argumentative Umgang führender Protestanten mit den sprichwörtlichen Lehren aus der Geschichte. Alle verweisen natürlich darauf, wenn es darum geht, die besonderen deutschen Sensibilitäten im Umgang mit bewaffneten Konflikten zu erklären bzw. zu rechtfertigen. Für Margot Käßmann reicht freilich die Feststellung aus, dass es für die Deutschen nach den Erfahrungen der beiden Weltkriege des 20. Jahrhunderts keine andere Konsequenz gebe, als jede bewaffnete Auseinandersetzung zu verdammen: nie wieder Krieg. Dabei verweigert sie sich de facto aber der Frage nach der deutschen Verantwortung für die besondere Konfliktgeschichte in Osteuropa im 20. Jahrhundert – die Verantwortung dafür, dass in der Ukraine rund 5 Millionen Menschen Opfer von Hitlers kolonialem Eroberungs- und Vernichtungskrieg wurden, dass Nazi-Deutschland mit diesem Krieg aber auch den Weg für die sowjetische Herrschaft über die Ukraine in den folgenden Jahrzehnten gebahnt hat. Wolfgang Huber hat mit seinen schon zitierten Aussagen auf diese Schwachstelle in der fundamentalpazifistischen Argumentation hingewiesen. Dürfen deutsche Christen sich der besonderen deutschen Verantwortung für die Ukraine mit dem Argument entziehen, dass gerade wir Deutschen uns aus vermeintlich guten Gründen nicht mehr durch die Unterstützung militärischer Gewaltanwendung schuldig machen wollen? Natürlich nicht.

Am prägnantesten hat wohl Joachim Gauck das eigentliche Problem auf den Begriff gebracht. Indem deutsche Fundamentalpazifisten (wie Käßmann) auf die Tätervergangenheit der Deutschen im Zweiten Weltkrieg als Rechtfertigung für ihre Haltung verweisen, so Gauck neulich in einem ZDF-Interview, betreiben sie eine Art „Selbstprivilegierung“. Das vorbehaltlose Bekenntnis zu den deutschen Verbrechen der Vergangenheit privilegiert die Nachkommen der Täter scheinbar dazu, sich heute eines aktiven Engagements zu enthalten. Tatsächlich klingt es schal, wenn Margot Käßmann in ihrem (von ihrem beschaulichen Wohnsitz auf der Ostseeinsel Usedom aus erteilten) Ferninterview an das christliche Gebot der Feindesliebe erinnert. Dem Feind „die andere Wange hinhalten“ müssen ohnehin nicht wir Deutschen, sondern die Menschen in der Ukraine.

Überhaupt scheint am ehesten Joachim Gauck heute zu einer klaren Analyse der Lage fähig zu sein, auch zu überzeugenden Antworten auf die Frage, wie protestantische Christen sich dazu verhalten sollen. Die Medien sind zwar eher an seiner Einschätzung als ehemaliger Bundespräsident und Politiker interessiert als an seinem Urteil als protestantischer Theologe. Doch bringt Gauck beide Perspektiven in dem erwähnten Interview souverän zusammen. Die Fehleinschätzungen der jüngeren deutschen Russlandpolitik und deren katastrophale Folgen analysiert er scharfsinnig – und er kann sich zu Recht darauf berufen, schon 2014 eindringlich vor den falschen Weichenstellungen gewarnt zu haben. Ebenso klarsichtig benennt er, was heute die Pflicht aller derjenigen ist, die sich zu den Werten des Christentums, der Aufklärung und der Demokratie bekennen, in Deutschland und anderswo. Unsere Vernunft und unser Gewissen gebieten uns, die Ukraine mit allen uns verfügbaren Mitteln bei ihrer Verteidigung gegen die russische Aggression zu unterstützen. Wer hier zögert, so Gauck, handelt „gewissenlos“.

Den deutschen Protestanten auf pauschale Weise Herzlosigkeit in ihrer Einstellung und ihrem Verhalten gegenüber dem Krieg gegen die Ukraine vorzuwerfen, wäre falsch. Es gibt viele unterschiedliche Stimmen und Haltungen unter Deutschlands Protestanten, darunter auch sehr empathische und moralisch überzeugende. Man fragt sich allerdings, warum Deutschlands evangelische Kirche in einer derart essentiellen Frage nicht zu einer gemeinsamen Position finden kann. Die EKD rechnet es sich als Tugend an, innere Gegensätze auszuhalten und Kontroversen offen auszutragen. Aber wozu braucht man eigentlich eine Kirche, wenn sie nur die Vielfalt der Meinungen in der Gesellschaft widerspiegelt, anstatt religiöse und ethische Orientierung zu geben?


Prof. em. Dr. Dr. h.c. Michael G. Müller