Śmierć i wielka jasność

Bronisława Raszkiewicz

Śmierć, powrót i śmierć Ludwika

W 1929 roku Ludwik zapadł w śpiączkę, która trwała trzy dni. Rodzina była pewna, że umarł, nawet lekarz potwierdził zgon. Nie uwierzył w jego śmierć jedynie jego brat Feliks Tomkiewicz. Już pierwszego dnia, kiedy rozpoczęły się przygotowania do pogrzebu, zauważył jak nad lewym okiem brata drży nerw. Feliks odebrał to jako znak od brata i czuwał przy nim dwa dni i dwie noce. Na trzeci dzień nie miał wątpliwości – Ludwik żyje i jest w letargu! Wówczas poprosił Antosię, aby wstrzymała się z pochówkiem męża na trzeci dzień, zgodnie z obrzędem pogrzebowym. Powiedział jej, że chce pobyć z bratem o jeden dzień dłużej. Antosia zgodziła się i Feliks czuwał przy bracie, leżącym już w trumnie, następną noc. Przez cały czas mówił do niego o domu, o rodzinie, że jest potrzebny, że wszyscy go kochają. Trzeciego dnia późnym wieczorem Ludwik zaczął dawać znaki życia, powoli budził się z głębokiego snu. Otworzył oczy i zamknął, znowu otworzył. Po chwili spróbował wstać, ale nie miał siły. Feliks wzruszony pomógł usiąść bratu, delikatnie go podtrzymując. Po kilkunastu minutach Ludwikowi wróciła świadomość. Rozejrzał się wokół i spojrzał na brata. Feliks uśmiechnął się do niego i pomógł mu wyjść z trumny. Posadził go przy stole i wszystko opowiedział, a później zawołał Antosię i resztę rodziny. Zapanowała wielka radość, zaraz też wyniesiono trumnę i pogaszono świece. Antosia szybko zastawiła stół do wspólnej kolacji – tym razem bardzo odświętnej, wszak stał się cud, jak wszyscy myśleli i patrzyli na Ludwika z niedowierzaniem. Ludwik przyglądał się wszystkiemu jak człowiek, który dopiero się obudził i jeszcze ma przed oczami senne obrazy. Nie czuł głodu, jedynie ogromne pragnienie. Zaraz też Antosia podała mu szklankę wody prosto ze studni.

Ludwik opowiedział o tym, co działo się z nim przez te trzy dni i noce. Była to niezwykła opowieść.

Wyszedłem z ciała i uleciałem w górę, przeszedłem przez sufit i popłynąłem w nocne niebo, usłane gwiazdami. Poruszałem się coraz szybciej i szybciej, aż ujrzałem przed sobą wąską wiązkę jasnego światła, która jakby rozcinała przestrzeń i otwierała ją. Ta jasność była bardziej olśniewająca niż zwykłe światło, a jednak mogłem się w nią wpatrywać bez mrużenia oczu. Była biała, jej widoku nie mogę porównać do jakiegokolwiek znanego mi światła. Im bliżej byłem, tym większa stawała się owa świetlista szpara w przestrzeni, a kiedy już znalazłem się na jej skraju, wówczas wessała mnie w głąb. Nie potrafię opisać jakie to było uczucie, po prostu czułem się bosko. Udało się, znalazłem się tam, gdzie być chciałem – pomyślałem. Zostałem otoczony ciepłem i po chwili dostrzegłem, że ktoś mi towarzyszy. Była to przepiękna, jasna postać, od której emanowała dobroć i miłość. Usłyszałem: – Nie bój się, moja obecność nie służy niczemu złemu. Możesz ze mną rozmawiać.

Zacząłem więc rozmowę ze zjawą , ale nie była to zwykła rozmowa, lecz przekaz myśli. Jak na spowiedzi ujawniałem sekrety swojego życia – i te dobre i te złe.

– Nie martw się – usłyszałem. – Najważniejsze są wartości, jakie nosisz w sercu. Po chwili dopowiedziane zostały słowa: – Synu! Za swoje grzechy będziesz nosił na plecach przez dziesięć lat worki piasku.

Na moment zapadła cisza i znowu usłyszałem słowa bez głosu: – W twoim życiu dużo się zmieni. Będziesz miał gromadkę dzieci, więc zamiast tych worków z piaskiem, przez piętnaście lat będziesz nosił po dwa wiadra wody każdego dnia. A teraz posłuchaj mnie – dalej iść nie powinieneś. Wracaj do żywych.

Nie dowiedziałem się dlaczego nie mogę iść dalej, ale posłusznie zawróciłem i skierowałem się ku domowi. Wracałem przez nocne niebo, spłynąłem przez dach i wszedłem w swoje ciało, leżące nieruchomo w trumnie, tak jak wychodziłem – przez czubek głowy. Moje ciało od razu zareagowało i poczułem ciepło i zobaczyłem ciebie, Feliksie.

Ludwik skończył swoją opowieść i zamyślił się.

broniasmiercludwikaOd tej pory Ludwik już nigdy nie bał się śmierci. Pokutę od tajemniczej istoty skojarzył sobie ze swoją datą śmierci. Te piętnaście lat, w czasie których codziennie nosił dwa wiadra wody ze studni, uznał za czas swojego życia, ofiarowany mu przez samego Boga. Był święcie przekonany, że pierwszego stycznia 1945 roku umrze. Nie wiedział tylko, o której godzinie to nastąpi.

Oswojony z myślą o śmierci zastanawiał się przez te wszystkie lata nad życiem i jego sensem. Dziękował Panu Bogu modlitwą za każdy przeżyty dzień. Wciąż też szukał swojego miejsca na ziemi i instynktownie wiedział, że to miejsce, to ta przestrzeń jasna, która prowadzi do Boga.

Kiedy zdarzało się, że zachorował, prosił Antosię, aby przywiozła księdza. Po spowiedzi i Komunii Świętej mógł zjawić się lekarz. Nigdy nie było odwrotnie.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia w 1944 roku. W domu czyniono przygotowania do wigilii. To miała być wyjątkowa wigilia w życiu Ludwika, jego żony Antosi i ich dzieci

Tego dnia na stole pojawiły się potrawy typowe dla Kresów. Wigilia rozpoczynała się kiszonym białym barszczem z kluskami. Później była ryba gotowana, kapusta z grochem, pierogi z kapustą i grzybami oraz ryby smażone – płocie, okonie, szczupaki i inne. Na końcu – kutia i kisiel z żurawin. Kisiel uważano za danie gospodarza, zaś kutię za specjalność gospodyni. Ta potrawa miała na Kresach wielowiekową tradycję i na stole wigilijnym nigdy nie mogło jej zabraknąć. Bardzo ważne były jej podstawowe składniki – mak jako symbol snu i łączności z innym światem oraz miód oznaczający szczęście i powodzenie w życiu. Starzy ludzie wierzyli, że w wigilijny wieczór woda w źródłach zamienia się na chwilę w miód, wino, a nawet złoto. Zobaczyć to mogły jedynie istoty niewinne i szczęśliwe. W niektórych rejonach wiejskich wierzono też, że o północy otwiera się niebo i wypowiedziane wówczas życzenia spełniają się.

Tego wigilijnego wieczoru Ludwik jak zwykle wziął do ręki opłatek i powiedział:

– Kochani moi! Ten wieczór jest szczególny i bardzo uroczysty. Chciałbym powiedzieć wam kilka słów. Uważam, że przełamując się opłatkiem, pragniemy wyrazić szczerze to, co podpowiada serce. Zauważyliście zapewne, że tę wigilię przygotowałem sam. Ucierałem mak, gotowałem kisiel, smażyłem rybę, a nawet zrobiłem kutię, którą zawsze ty Antosiu przygotowywałaś. Dzisiaj pragnę wam powiedzieć, że robiłem to wszystko z wielką przyjemnością i radością , ponieważ czyniłem to dla was. Ta wigilia i święta są ostatnie w moim życiu – zamilkł na chwilę. – Muszę od was odejść do innego świata, tam gdzie jest już wasza siostra, a nasza córka Joasia. Kiedyś na pewno znowu się spotkamy wszyscy. Mój czas zbliża się szybkim krokiem. W tę podróż nie mogę was zabrać ze sobą. Wiem, że zabolały was moje słowa, ale nie może być inaczej. W nadchodzącym 1945 roku nie będzie mnie już pośród żywych. Odejdę, ale cały czas będę tęsknił za wami i czekał na tę chwilę, kiedy znów będziemy razem. A teraz, bardzo proszę, podzielmy się opłatkiem – mówiąc to przełamał opłatek na pół.

Dom rybą pachni
Przy oknie jodełka
Stół nakryty
Pod obrusem siano
Pachnie barszcz z kluskami
Talerz czeka na spóźnionego gościa
Pierwsza gwiazdka
Ojciec opłatek łamie
Życzenia ponad stołem płyną
Za oknem kolędnicy
Idą
Hej kolęda
Kolęda

Po świętach, w wigilię nowego 1945 roku, Ludwik poprosił Antosię, aby przywiozła księdza. Po spowiedzi i ostatnim namaszczeniu o godzinie piętnastej trzydzieści 31 grudnia 1944 roku zwołał całą rodzinę. Przerażona Antosia tuląc dzieci stanęła przy łóżku męża, nie pytając, po co ani dlaczego? Ludwik przez kilka minut zbierał myśli, wreszcie powiedział:

– Poprosiłem mojego brata Feliksa, aby zechciał przyjechać do was i zająć moje miejsce. On jest wdowcem, nie ma dzieci, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby zamieszkał z wami.

Spojrzał na Antosię, oczekując od niej akceptacji, a kiedy kiwnęła głową, na jego twarzy pojawił się spokój, a w oczach zabłysła radość. Po kolei przytulał dzieci i błogosławił je. Najdłużej trzymał w swoich dłoniach rączkę Ani.

Antosia patrzyła na męża i coraz bardziej rozumiała to, o czym on mówił przez ostatnie piętnaście lat. To nie była zmyślona przez niego bajeczka, ani żaden zabobon, to była żywa prawda. On dobrze wiedział, że umrze. Kiedy wybiła północ 31 grudnia 1944 roku Ludwik trzykrotnie westchnął głęboko i zakończył swoją ziemską wędrówkę.

– Zawsze wyjątkowo czuły dla najbliższych, niezastąpiony ojciec, mąż i przyjaciel. Dla mnie pozostał wciąż piękny i młody. Ile razy o nim myślę, cofam się w czasie i znów staję się szczęśliwa w jego ramionach – często powtarzała Antosia. – Dzieci były jego spadkobiercami, ja jego miłością. Pozostał dla mnie postacią niezwykłą, wręcz legendarną – dodawała ze wzruszeniem.

W mroźny styczniowy poranek 1945 roku Ludwik został pochowany na cmentarzu w Bajarelach, obok grobu córki Joanny.

Piaszczysta droga
Dwie ściany lasu
Wieś Bajareli
Rodzinne historie
Las krzyży
Stary cmentarz
Drogowskaz czasu

Lusatia alias Vita 8

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Z Kulowa droga na południe wiedzie wśród rozległych pół uprawnych. A na horyzoncie coraz wyraźniej rysują się dwa pasma górskie: Góry Łużyckie oraz Połabskie. Wymarzona sceneria dla stolicy Hornjeje Łužicy. Piękna kraina! Trzeba jednak pamiętać, że te urocze, sielskie krajobrazy, stały się ostatnim ziemskim widokiem, jaki oglądało kilkanaście tysięcy polskich żołnierzy.

Ale pierwszy był książę Bolesław który, jak wspominał Viator na początku naszej wędrówki, …autem Luzici, Zara et Selpuli denuo occupat. Kilka razy zresztą tracił i odzyskiwał, aby zdobyć ostatecznie w roku 1018, co jak niepyszny uznać musiał sam cesarz Henryk II, zawierając z Chrobrym właśnie tutaj sławetny Budyski měr, czyli Pokój w Budziszynie. A kilka dni później w warownym grodzie Chóśebuz, który na mocy traktatu także stał się jego własnością, Książę Polan pojął za małżonkę Odę, córkę margrabiego miśnieńskiego Ekkeharda I. Takie to w tamtych czasach bywały rękojmie dopełnienia podpisanych umów…

Można powiedzieć: pełen sukces! Co prawda Milsko i Łużyce tylko czternaście lat pozostawały pod polską zwierzchnością i po śmierci mieszkowego syna odpadły od naszego kraju, ale sam Bolesław, wraz ze swą armią, mógł się w sposób całkowicie uzasadniony uważać za tryumfatora. Zaiste, Chrobry był – na swój przydomek w pełni zasłużył.

Kiedy niemal tysiąc lat później polscy żołnierze po raz drugi pojawili się na Łużycach, nie mieli już tyle szczęścia. 2 Armia Wojska Polskiego, forsując 16 kwietnia 1945 roku Nysę, rozpoczęła swój udział w Operacji Łużyckiej. A dowodził nią generał Karol Świerczewski. Dowodził, według niezwykle trafnego i upowszechnionego określenia jednego ze swych podwładnych, w pijanym widzie. Bo też faktycznie nie trzeźwiał ani na chwilę. Przeto i manewry polskich oddziałów przypominały taniec pijaka. Viator swego czasu skutecznie wymigał się od odbycia zasadniczej służby wojskowej, dlatego nie będzie się wysilał na fachowy opis walk, bo nie posiada ku temu żadnych kwalifikacji, zresztą o informacje takie w Wielkiej Sieci łatwo. Aby jednak Czytelnik mógł sobie wyrobić opinię o tych wydarzeniach, poda wędrowiec krótki oraz plastyczny, jak mu się wydaje, opis.

Oto Armia, ponaglana rozkazami Waltera, parła na Drezno. Nie pomyślano o jakimkolwiek rozpoznaniu lub ubezpieczeniu skrzydeł, dlatego polskie oddziały rozciągnęły się w kolumnę, na kształt węża, o długości niemal osiemdziesięciu kilometrów. Właściwie nie był to wąż, tylko dżdżownica. Ślepa i bezbronna. Zwłaszcza jeśli uświadomimy sobie, że na południe od tej kawalkady, złożonej w znacznym stopniu ze świeżo przeszkolonych i kiepsko wyposażonych rekrutów, dowodzonych przez nielubianych radzieckich oficerów, przyczaiły się zaprawione w wielu bojach, bitne i zdeterminowane dywizje pancerne Grupy Armii Mitte feldmarszałka Ferdinanda Schörnera. Ich determinacja była naprawdę wielka: oficjalnie szli na odsiecz Berlinowi, ale naprawdę zrobiliby wszystko, aby dotrzeć do oddziałów amerykańskich i przed nimi złożyć broń, unikając niewoli sowieckiej.

Nieszczęsną dżdżownicę, począwszy od 21 kwietnia, rozcinały na kawałki potężne uderzenia z flanki. A potem każdy z tych kawałków był metodycznie i bezlitośnie niszczony. Najbardziej krwawe okazały się walki na przedpolach Budyšina. W sławnej ponurą sławą Dolinie Śmierci opodal wioski Chrósćicy 26 Pułk Piechoty stracił 75% stanu osobowego! A w całej Bitwie pod Budziszynem 2 Armia utraciła kilkanaście (według niektórych źródeł nawet 25) tysięcy żołnierzy. Tylko w Kampanii Wrześniowej i w Powstaniu Warszawskim polskie straty były większe.

A wojna skończyła się kilka dni potem… Los jest okrutny, ale ludzie mu nie ustępują: jakby na ponure urągowisko degenerat Walter otrzymał awans na stopień generała broni, a bitwa przez wiele powojennych lat była przedstawiana jako Wielki Tryumf Polskiego Oręża.

1 Pomnik Dolina SmierciChrósćicy (Crostwitz). Pomnik polskich żołnierzy w Dolinie Śmierci.

Wielkie było tylko bohaterstwo prostych żołnierzy. I wielka była ich krzywda, przywołany już okrutny los nie oszczędził im niczego. Kilka kilometrów od Chrósćicy znajduje się maleńka osada o nazwie Hórki (czyli po niemiecku Horka, czasem mylona z inną miejscowością o tej nazwie, Horką pod Görlitz, znaną kolejową stacją przesiadkową), gdzie Niemcy wymordowali w całości polski szpital polowy – około 300 rannych oraz personel.

2 Pomnik z napisem luzyckim

XXX

W Chrósćicy znajdują się tablice poświęcone zarówno poległym w walce, jak i tym z Hórki i innym, bestialsko zamordowanym. Napisy na nich są polskie, niemieckie oraz serbołużyckie.

Lusatia alias Vita… Skoro wspomnieliśmy o Hórce, nie możemy pominąć milczeniem innej okolicznej wioski. Delnja Kina (Niederkaina), od kilkunastu lat dzielnica Budyšina. Podczas kwietniowych walk doszło tam do innej, nieco tajemniczej, zbrodni. Około 200 mężczyzn, kompania Volkssturmu, zostało zamkniętych w stodole i spalonych żywcem. Tablica pamiątkowa nie wskazuje wyraźnie sprawców tego wydarzenia, winę powszechnie przypisuje się funkcjonariuszom Smierszu (Smiert’ szpionam – sowieckie oddziały likwidacyjne w ramach kontrwywiadu wojskowego). Ale od czasu do czasu pojawiają się, jakby rzec, sugestie? domniemania? iż w morderstwie brali udział także polscy żołnierze. I wtedy na internetowych forach historycznych odżywają zażarte dyskusje, w których przytacza się liczne argumenty za i przeciw. Jednak żaden z nich jak dotąd nie rozstrzygnął sprawy ostatecznie. Także i Viator nie śmie rozstrzygać. Nie w tym rzecz. Chodzi o problem znacznie bardziej zasadniczy: popełniali Polacy zbrodnie wojenne czy nie popełniali? Są tacy patrioci, którzy samo stawianie tego pytania traktują jako zdradę, nie dopuszczają nawet cienia takich myśli do swych głów. Patriotyzm Viatora jest widocznie innego rodzaju. Uznanie istnienia zła i nazwanie go po imieniu jest chyba lepszym rodzajem miłości Ojczyzny? Bo pozwala coś zmienić, coś naprawić, za coś przeprosić… Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli! O ile to rzeczywiście prawda, a nie oszczerstwo wyssane z brudnego palucha, jak bajeczka o zamordowaniu przez zdobywców Monte Cassino rannych Niemców, którzy pozostali w ruinach klasztoru.

Bo są rzeczy, których się usprawiedliwić, mimo najszczerszych chęci, nie da. Gdybyż to jeszcze byli esesmani, których postawiono pod mur! Ale pospolite ruszenie? Emeryci, renciści i smarkacze? Spaleni żywcem? Ktokolwiek to uczynił, był zbrodniarzem. Po prostu.

Niemal wszyscy ukrywają gdzieś w głębi sumienia jakieś zdarzenie, które nigdy nie powinno było się wydarzyć. Ale się wydarzyło i każde jego wspomnienie wznieca falę piekącego wstydu. Błogosławieni, którym nie było dane tego doświadczyć! W każdym drzemie bestia. Wystarczą jedynie sprzyjające okoliczności, by się obudziła. Żadna religia, żadna narodowość, żadne ideały nie są w stanie skutecznie zaimpregnować przeciw złu… Lusatia alias Vita…

Warto o tym pamiętać. Warto od czasu do czasu wspomnieć chłopców, którzy polegli kilka dni przed końcem wojny. Oni nie weszli do Budyšina. My wchodzimy.

Budyšin – miasto siedemnastu wież. O tym Viator nie wiedział. Na szczęście jest Bożenka. Cudownie po latach odnaleziona Bożenka, która mu to uświadomiła. I wciąż życzliwie, choć wymagająco, recenzuje literackie usiłowania wędrowca. Bożenko, Viator serdecznie Ci dziękuje!

3 Panorama Budziszyna Budyšin na wysokim, skalistym brzegu Szprewy. Widok z mostu. Viator tam stał, ale gdzieżby ze swoim sprzętem fotograficznym mógł wykonać taką panoramę! Pożyczył ją u cioci Wikipedii.

Chóśebuz, jako ośrodek przemysłowy i węzeł kolejowy, został zniszczony przez alianckie bombowce. Budziszyńska Starówka, jak widać, ocalała.

Nie ma potrzeby, a po prawdzie i sensu, aby Viator szczegółowo opisywał liczne zabytki stolicy Górnych Łużyc. Inni już to zrobili, i to znacznie lepiej – poszukajcie w Wielkiej Sieci. Znajdziecie tam też informacje o instytucjach serbołużyckich. Serbski dom, będący siedzibą kilku wendyjskich organizacji i stowarzyszeń, Němsko-Serbske ludowe dziwadło – dwujęzyczny teatr, Serbski ludowy ansambl, czyli ichni zespół Mazowsze, Ludowe nakładnistwo Domowina, wydające liczne serbsko– i niemieckojęzyczne publikacje oraz Serbski muzej z bogatymi zbiorami. Lista wciąż niepełna. Budziszyn to autentyczne centrum kultury Serbów Łużyckich.

Viator może jedynie pokazać to, czego zwykle się w publikacjach turystycznych nie znajdzie. Szczegół. Detal. Który przepuścił dodatkowo przez pryzmat własnej wrażliwości.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA                                                               Polski ślad: herb Rzeczypospolitej w korytarzu Bramy Macieja (Korwina, rzecz jasna), broniącej dostępu do zamku – Ortenburgu. Upamiętnia pobyt w mieście króla Zygmunta Starego.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAPo drodze na dziedziniec zamkowy nie przeoczcie tego widoku: dom sędziego.

W latach 1346 – 1815 Budyšin, wraz ze Zhorjelcem, Žitavą, Lubaniem, Kamjencem i Lubijem, tworzył Zwjazk šěsćiměstow, czyli Związek Sześciu Miast – taką jakby Hanzę w miniaturze. Przynależność do tej organizacji, chroniącej interesy kupców i rzemieślników, zapewniła mieszczaństwu budziszyńskiemu bezpieczeństwo oraz dostatek. Ślady dawnej świetności można napotkać niemal na każdym kroku.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Nie tylko Związkowi Sześciu Miast zawdzięczał Budziszyn swój rozwój. Także rozsądek i umiejętność współpracy mieszkańców przyczyniły się do niego.

SAMSUNG DIGITAL CAMERACharakterystycznie załamana nawa Katedry św. Piotra. Świątynia nieprzerwanie od czasów Reformacji służy jednocześnie katolikom i protestantom, którzy się nią zgodnie podzielili. Można? Można! Ewenement na skalę całych Niemiec.

SAMSUNG DIGITAL CAMERABarokowa płaskorzeźba wieńczy bramę wiodącą na dziedziniec pałacu biskupiego. Mieści się tam też ciekawe muzeum katedralne.

Żal opuszczać Budyšin. Ale Łużyce wciąż czekają! Za tydzień odwiedzimy jeszcze jedno spośród sześciu miast Zwjazka. Jednak wcześniej, bo już za trzy dni, Ewa Maria Slaska i Urszula Usakowska-Wolff, zapraszają na spotkanie z poezją łużycką, z którą obie  zetknęły się, między innymi, dzięki wizytom właśnie w Budyšinje. Widzieliśmy budowle z kamienia, poznajmy także te wzniesione z słów. Serbołużyckich słów.

11 Tablica dwojezyczna

W górę rzeki (1)

Wiele tekstów w tym blogu, powiedziałabym nawet, że coraz więcej, to zgłębianie, poszukiwanie, chodzenie po śladach lub, jak to nazwał nasz autor, płynięcie w górę rzeki.

Zbigniew Milewicz

Babcia Urszula

Pod prąd płynie się trudniej, niż z prądem, ale za to jaka radość z każdego przebytego metra, wiedzą o tym wszyscy, którzy biorą się za spisywanie wspomnień rodzinnych. Poza tym nie da się płynąć przy nich w dół, tam się tylko trafia prędzej, lub później i szczęśliwy ten, komu uda się wcześniej tę pisaninę zakończyć. Inna sprawa, kogo później zainteresują takie wspomnienia i czy starczy materiału przynajmniej na budę dla psa, ale to już nie zmartwienie autora. Piszący folguje osobistej, pierwotnej potrzebie uchronienia siebie i swoich przodków od zapomnienia, więc liczy na zrozumienie czytelnika, na pogodne non omnis moriar.

Zamierzałem zacząć od kądzieli, bo przędzy mam dużo więcej, niż wiedzy na temat, jak wykuwał się miecz. Wyszło jednak inaczej, trochę z winy mazurskiego projektu Śladami poetów – Ernsta Wiecherta i Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, w którym uczestniczyłem latem bieżącego roku.

babcia UrszulaZainspirowany wystawą o Polakach z Kresów Wschodnich na Warmii i Mazurach w mrągowskim muzeum, pojechałem do pobliskiego Kętrzyna, żeby poszukać śladów po babci Urszuli, mamie mojego ojca, a repatriantce z Wilna, którą tam po wojnie rzuciły losy. Powiedział mi o tym mój szczeciński, starszy brat po mieczu, Zdzisław, którym się opiekowała, kiedy był małym dzieckiem. W Kętrzynie zmarła i została pochowana, ale w którym roku oraz gdzie i pod jakim adresem mieszkała, tego nie wiedział.

Babcia Urszula i jej starsza córka, ciocia Maria

Zastępczyni kierownika Urzędu Stanu Cywilnego, pani Irena Korowaj, taksuje mnie nieufnie, pyta o nazwisko babci, ja na to, że w grę mogą wchodzić dwa: Dworzecka, lub Ożarowska. Data śmierci? Około roku 1950 – strzelam. Wiem, że w sumie nic nie wiem, ale gdyby było inaczej, to nie zawracałbym jej głowy i ta moja niewiedza widocznie mi sprzyja, bo w ruch idą stare księgi i nagle słyszę zdziwiony głos, że jest: Urszula Ożarowska, urodzona 9 lutego 1881, wdowa, zamieszkała przy ul. Chopina 5 i zmarła 16 marca 1950 r., po operacji raka. Po chwili urzędniczka – jeszcze bardziej zaskoczona – odnajduje pod tym samym adresem Konstancję Dworzecką, urodzoną o trzy lata wcześniej i zmarłą 22 czerwca 1950 r., przyczyna śmierci – także rak. Konstancja była z domu Ożerowska, prawdopodobnie ten, co zapisywał wówczas dane, wziął nazwisko na słuch i samogłoska „a“ w kresowym zaśpiewie zabrzmiała mu jak „e“. Biurokracja w powojennych urzędach była znacznie mniejsza, niż obecnie, wiele informacji od petentów przyjmowano na wiarę, na podstawie ich ustnych oświadczeń, czy zeznań świadków, jednak chaos był tak duży, że na doraźny użytek często zmyślano nazwiska, daty urodzin, adresy, życiorysy i trudno to było urzędnikom sprawdzić. Ile zatem prawdy kryło się w danych, które uzyskałem, tego nie wiedziałem.

Gdzie babcia spoczywa? Tymi danymi powinno było dysponować przedsiębiorstwo komunalne przy ul. Limanowskiego. Zanim tam pójdę, jeszcze dla porządku wylegitymuję się pani Korowaj, żeby wiedziała, komu udzielała informacji. W mieście roboty drogowe, przez nowo budowane rondo, kierowany przez przechodniów, bez błądzenia docieram pod podany adres. W jednym z baraków z czasów PRL-u, stojących w sąsiedztwie miejskiej zajezdni autobusowej, dowiaduję się, że ksiąg z lat pięćdziesiątych już nie ma. Grób pewnie zlikwidowano, bo gdyby po dwudziestu latach od pochówku ktoś go ponownie opłacił, to został by zarejestrowany w nowych dokumentach starego cmentarza. Po wojnie Kętrzyn miał tylko jedno miejsce pochówku, więc nie ma sensu, żebym dalej szukał. Może parafia, w której odbył się pogrzeb będzie wiedziała, w jakiej kwaterze i na jakim polu złożono szczątki. Ulica Chopina należy do parafii św. Jerzego, przy zamku, z Limanowskiego to dwudziestominutowy spacer, jest ładna pogoda, przy okazji obejrzę miasto. Liczy ono dzisiaj ponad dwadzieścia tysięcy mieszkańców, wszędzie w miarę blisko, tylko do Wilczego Szańca, dawnej głównej kwatery wodza III Rzeszy najlepiej pojechać własnym samochodem albo taksówką, ale tam się nie wybieram, nie moje klimaty.

Niestety kancelaria będzie czynna dopiero o gdzinie 15, za około trzy godziny, wszyscy księża w mieście, bo żadnego samochodu na kościelnym dziedzińcu, a wąsata kucharka dopiero gotuje obiad. W przedsionku czternastowiecznej, gotyckiej świątyni pani sprzedająca dewocjonalia zachęca, abym za drobną opłatą wszedł na wieżę widokową. Bazylika pełniła w swojej krzyżackiej przeszłości funkcje obronne, więc jest też co zwiedzać. Wolę jednak pójść na ulicę Chopina i zobaczyć, co mieści się pod numerem 5. W dół, koło narożnego budynku z dziwną rzeźbą robotnika, zmagającego się z jakimś kołem, przez tory kolejowe i jestem na miejscu. Od frontu, w jednopiętrowym budynku mieści się zakład pogrzebowy „Abel“, z tyłu – warsztat samochodowy. Przedsiębiorcy pogrzebowego nie ma, jest na cmentarzu, jego teściowa mówi, że prowadzą swoją firmę w tym budynku od kilku lat. Przebudowali go i gruntownie odnowili, wcześniej był tutaj zakład produkujący ozdoby choinkowe, dopóki nie spłonął. Właściciel firmy samochodowej to potwierdza i nie wierzy, że moja babcia mogła tu mieszkać, chyba, że była dozorczynią w bombkarni. Na piętrze od zaplecza i w dobudówce od frontu widać jakieś pomieszczenia, ni to gospodarcze, ni mieszkalne, mogła tam się umościć razem ze swoją krewną, jeżeli oczywiście piętra nie dobudowano później.

Dla zabicia czasu idę zwiedzić stary zamek krzyżacki, ratusz, w którym już byłem, miejskie planty, wszystko odrestaurowane, zadbane. Zwracają uwagę drogowskazy na jednym słupku, gdzie i jak daleko stąd do Warszawy, do Berlina, do Kaliningradu. Najbliżej do tego ostatniego, tylko 90 km. Przed 1945 rokiem, kiedy Kętrzyn nazywał się jeszcze Rastenburg, a Kaliningrad – Königsberg, z jednego do drugiego było jeszcze bliżej. W bazylice pw. św. Jerzego zapalam dwie świeczki przed tablicą, poświęconą ofiarom sowieckiego totalitaryzmu. Jedną babci Urszuli, drugą jej najmłodszej córce Stanisławie, którą wywieziono z Wilna do łagru w Kazachstanie. Mamy godzinę 15, pochwalam punktualność miejscowego duchowieństwa. Na kościelny dziedziniec zajeżdża pierwsza gablota; młody, bardzo zażywny ksiądz obrzuca mnie wzrokiem, w którym obojętność idzie w parze z poczuciem wyższości. Czego sobie życzę? Marszczy niskie czoło i myśli przez chwilę – nie, parafianie z ulicy Chopina należeli w 1950 roku jeszcze do świętej Katarzyny. Sprawdza w starych księgach, tak, zgadza się.

Spieszę więc pod tamten adres, do najstarszej, kętrzyńskiej parafii w samym centrum miasta. Kancelaria działa w podobnych godzinach; starsza pani życzliwie zaprasza, abym usiadł przy jej biurku i szuka. Znalazła, niestety numeru pola i kwatery cmentarnej wówczas nie zanotowano, ale są inne dane. Pożółkłym atramentem pisze, że rodzicami babci byli Franciszek Wierszycki i Ewa; brak jej miejsca urodzenia, które jest z kolei u jej krewnej Konstancji. Ujrzała świat na Glimańce, w powiecie wileńsko-trockim i rodzicami byli Franciszek i Ewa. Można zatem przyjąć, że były rodzonymi siostrami? Pytań jest więcej, niż odpowiedzi. Obydwie – podaje dokument – zostały przed śmiercią opatrzone świętymi sakramentami, ale nie zostało zapisane, jakiego babcia była wyznania, co u Konstancji stwierdzono, rzymsko-katolickie. O Ożerowskiej ani słowa, reszta danych pokrywa się z informacjami z USC. Jest jeszcze jedna ciekawostka, według zapisu w księdze parafialnej, obydwie kobiety urodziły się 9 lutego, tyle, że Urszula w 1881 a Konstancja w 1884 roku. Jeżeli nie popełniono zwykłego, pisarskiego błędu, to dwoje moich dzieci poszło w ich ślady. Moja córka Anna-Maria z pierwszego małżeństwa i syn Mikołaj z drugiego urodzili się 6 grudnia, w dziewięcioletnim odstępie czasu.

Nie wiem jeszcze, że powiat wileńsko-trocki powstał dopiero na początku lat dwudziestych ubiegłego stulecia, kiedy obydwie moje krewne były już dojrzałymi kobietami, że wcześniej, w rosyjskiej guberni wileńskiej funkcjonowały oddzielnie – jako obwód wileński i trocki. Miejscowości, w której urodziła się Konstancja nie udało mi się jednak póki co odnaleźć na żadnej mapie, ani w żadnym spisie.

W centrum działa punkt Informacji Turystycznej, w którym próbuję się dowiedzieć, co przed wojną mieściło się przy ul. Chopina 5. Dostaję do wglądu przewodnik historyczny po mieście, autorstwa Tadeusza Korowaja, który jest urodzonym kętrzynianinem, etnografem z wykształcenia i prywatnie mężem pani Ireny z USC. Jaki ten świat na Warmii i Mazurach jest mały. Rastenburgu ulica Chopina nazywała się Freiheit i pod numerem 5 mieściła się fabryka płaszczy skórzanych i torebek Karla Hundriesera. Na Woli znajdowały się ogródki, na ogół zagospodarowane, część z nich przetrwała do dziś. Jeżeli babcia i jej krewna nie znalazły schronienia w dawnej fabryce Hundriesera, to może obok mieszkał jego dozorca, albo ogrodnik, który troszczył się o zielone płuca firmy i tam się ulokowały? Autor przewodnika, z którym dzięki uprzejmości jego żony udaje mi się telefonicznie porozmawiać, nie może tego wątku potwierdzić, ani wykluczyć. Natomiast z relacji Zdzicha wynika, że mogło tak być.

Zdzich słabo przypomina sobie babcię. Kiedy nasz ojciec wyprowadził się z nim ze Śląska do Elbląga, był pod babciną opieką. Miał wtedy może trzy, cztery lata, czuł się przy niej dobrze i bezpiecznie. Kiedy ojciec poznał Celinę, swoją przyszłą, drugą żonę, mama przestała mu być potrzebna. Wtedy zamieszkała u swojej krewnej w Kętrzynie. Pewnego razu ojciec, albo ciocia Maria, zawieźli tam Zdzicha na przechowanie. Zapamiętał parterowy, mocno podniszczony i pachnący wilgocią dom, z drewnianymi okiennicami, które otwierały się na zewnątrz, w oknach piękne, duże pelargonie. Schodziło się do niego w dół, po schodkach, wokół był sad. Mieszkały tam dwie staruszki, które jakoś pasowały do tego domu; tory kolejowe w pobliżu też zapamiętał. Była jeszcze jakaś dziewczynka, może jego rówieśnica, chodzili razem sikać do beczki w sadzie, wkopanej do ziemi, tyle mu zostało w pamięci…

Przed wyjazdem z Kętrzyna idę na stary cmentarz, aby pożegnać się z babcią Urszulą, przynajmniej symbolicznie, ogólnie. Gdzieś w zakamarkach duszy cichutko gra naiwna nadzieja, że może jednak psim swędem natrafię na jakiś ślad po niej, przecież ona wie, że wnuk do niej w gości przyjechał. Grobów tu tysiące, stare w centralnej, górnej części nekropolii, nowsze na zboczu i w dole, nie wiem, w którą alejkę iść, więc skręcam tam, gdzie odzywa się jakiś ptak na drzewie. Po paru krokach widzę znajomy napis na marmurowej płycie, kawałek dalej podobny, później jeszcze jeden Milewicz. Kim są owi zmarli, nie wiem, ale robi się jakoś swojsko, odmawiam pacierz za spokój ich dusz i duszy babci Urszuli. Może kiedyś też na taki zasłużę. Dla porządku robię jeszcze rundę po sąsiednich alejkach, ale nie znajduję już znajomych nazwisk.

Mazury 2014 151

Mazury 2014 150

Mazury 2014 149

In Archiven und Museen (2)

Dorota Cygan

Marbach. Mal schnell in die Stadt und schon zurück im Archiv

 marbach5
In diesem Turm wohnte kein Dichter, der wahnsinnig geworden ist (in welchem denn und wo dann?), die Leser dürfen ohne andächtiges Schweigen den Anblick genießen.

(Erklärung: die Autorin meinte den Dichter Friedrich Hörderlin, geb. 1770, gest. 1843, der wahnsinnig geworden ist und 35 Jahre in einem Turm in Tübingen verbrachte.)

Und drunter: Vielleicht klärt mich jemand auf, ob es der schwäbische Pragmatismus ist, Mauern in die Häuser zu integrieren – oder vielleicht eine weit verbreitete historische Baupraxis?

 marbach7

Und schon wieder im Literaturarchiv.

Ich nehme an, dass diese Plastik darunter jedem sehr nahe steht, der schon mal mehrere Stunden und Tage hintereinander hier las und glaubte, die Augen würden ihm bald herausfallen. Dabei war es nur die Brille, die sich auf einmal verselbständigte und tanzte.

marbach8

marbach9

Wahrscheinlich lag dem ein demokratisches Prinzip zugrunde: Jeder Mitarbeiter des Archivs sollte gleich viel Licht in seinem Büro haben und ins Grüne hinaus gucken. Wir Benutzer haben freilich immer das Gefühl, ALLE sehen uns, wenn wir wieder einmal zu spät ins Archiv kommen.

marbachnoca

LiMo – Literaturmuseum der Moderne im geheimnisvollen Nachtgewand. Würde man es jetzt indiskret lüpfen, wäre man Zeuge der höchst privaten, epochenübergreifenden Kontakte zwischen Schriftstellern, Kritikern, Objekten und allerlei „Ismen“. Das nenne ich eine Party!

marbachsordek2

Oben und unten. Exklusive Fotos nur für Euch: Lesesaal von außen – das Fotoverbot (von innen) wird selbstverständlich eingehalten. Leser erzählen sich Anekdoten, wer alles schon beinahe eingeschlossen worden ist, weil er sich zwischen den Buchregalen festgelesen hatte und im letzten Augenblick bemerkt worden ist.

marbachsordek1

marbachsordek3So nüchtern wie dieser Eingang wirkt auch der Handschriftenbereich (Tiefgeschoss). Damit ist sichergestellt, dass die Schönheit des Raumes (also die Form) nicht die Schönheit der Archivalien (also den Inhalt) überdeckt.

lesesaalmarbach

Sancta sanctorum – Handschriftenlesesaal
Ich weiß selber nicht, warum ich mich in dem Fall der Wahrheit verpflichtet fühle und Euch das echte Foto vom Handschriftenlesesaal zeige. Ich könnte doch viel besser fabulieren: Den Handschriftenlesesaal erfüllt der Schein alter Möbel und alter Gegenstände, durch alte Fenster schimmert in der Sonne der alte Staub und die alten Archivare gehen am Stock und können sich noch detailliert an ihr letztes Gespräch mit Thomas Mann, nein, mit Franz Kafka erinnern… Nö. Warum sollt Ihr eigentlich die Sache weniger nüchtern sehen als ich? Das wäre ungerecht.

skarpetkischilleraUnd dort. Ja! Zum Beispiel Schillers Socken!
In der Kunstbibliothek in Berlin darf man viele alte Bücher nur mit weißen Handschuhen anfassen. In Schwaben gönnt man das eigentlich nur Schillers Socken. Gut so. Allerdings wäre der Anblick interessant: Benutzer tippen in weißen Handschuhen Briefe und Handschriften ab. Tradition und Modernität. Soll ich das vielleicht anregen?

marbachsordek4

Hier wohnen wir alle – Schnüffler, Buchfetischisten und manische Literaturdeuter. Eingeschlossen in den Mönchszellen. Ihre schlichte, aber interessante Innenarchitektur folgt dem demokratischen Prinzip – auch übrigens die Platzierung der Gäste. Ich durfte vier Wochen lang meinen Lärm einem hochverdienten älteren Professor zumuten.

marbachsordek5

Lemberger oder Trollinger – wenn es der Wein von hier sein sollte. Die Marbacher selbst trinken eher den edlen Italiener oder reden sich aus.

Prost!

Pło

Michałowi dedykuję

Ewa Maria Slaska o rodzinie Boguckich
czyli
Słówka

Zabawą, w jaką graliśmy wszyscy namiętnie, były słówka. Moja cioteczna babka, Karusia i ja grałyśmy w wersję uproszczoną – jedno i to samo słowo pisze się z góry na dół a obok, w pewnej odległości, z dołu do góry. W powstałe przerwy trzeba wpisać słówka i tak opisać je partnerowi, by odgadł, jakie mamy słowo.

Na przykład:

S         atanist             A                                 wierzy w moc szatana

Ł          u                      K                                 średniowieczny do strzelania, np. przez babę

Ó         (ów)                W                                 O roku…, kto ciebie widział…

W        –                      Ó                                 –

K         łu                     Ł                                 Zbyszko niedźwiedzia widłami

A         pi                    S                                  gdyby mu dodać L na początku byłby
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXciemno niebieski kamień, a tak jest byk

Ale naprawdę ulubioną naszą rozrywką były słówka polegające na tym, by z jednego wyrazu ułożyć mnóstwo innych. Dwuliterowe ani jednoliterowe się nie liczą – zawracanie głowy. W słówku możemy użyć każdej litery tylko raz, ale oczywiście jeśli litery się powtarzają, można ich użyć w występującej w danym słowie ilości (np. a występujące dwa razy w słowie architektura może zostać użyte do stworzenia słowa arka, tarka, karta, kara itd)

Na przykład

O d s t ą p i ł

odstąp, pił, piłą, dopił, siąp, odą, post, idą, dostąpi(ł), połą, sit, topi(ł), płot…
i wreszcie ukochany wyraz Mamy, który zaczerpnęła z Bolesława Chrobrego, Głubiewa – pło!

gramyslowkaSłowo odstąpił wybrałam tu, żeby móc ułożyć pło.

Wikipedia podaje, że Pło (regionalnie także pod nazwą spleja) to kożuch roślin torfowiskowych, występujący na wodzie w formie zarastającego brzegu lub rodzaj pływającej wyspy, powstałej w wyniku odrywania się mszarów torfowcowych porastających brzegi jeziora. Stanowi etap zarastania zbiornika wodnego, tworząc trzęsawisko. Zwykle ma charakter torfowiska przejściowego.

Pło mszyste pojawia się na powierzchni jezior dystroficznych (kwaśny odczyn wody).

Rodzajem pła jest wiszar.

I tak dalej.

Drugim obok pła słówkiem Mamy był ponik. O poniku słownik języka polskiego mówi, że był to potoczek, strumyk wytryskujący spod ziemi lub znikający pod powierzchnię ziemi. A jakiś uczony komentator dodaje, że jest to rzeka, która kończy swój bieg w ponorze czyli wchłonie.

Niezależnie od tego, co wiedzą mądrale, Mama wiedziała, że pło i ponik to były małe jeziorka czy inne dziury wypełnione wodą.

Ponik i pło przeszło z nami do gry w scrabble, o której nie będę tu pisać, bo my w nią wprawdzie chętnie gramy, ale Mama jej nie znała. Scrabble ma już wprawdzie tyle lat co ja, ale w Polsce pojawiło się za późno, by mogło zainteresować Mamę. Dodam jednak, że scrabble jest łatwiejsze od naszych słówek, bo można tworzyć dwuliterówki. Dzięki scrabble zatem pło i ponik otrzymały towarzystwo w postaci oza. Oz jest to (patrz Wikipedia) wał lub silnie wydłużony pagórek o wysokości najczęściej kilkunastu metrów i długości nawet kilkudziesięciu kilometrów, wyniesiony wskutek osadzania piasku i żwiru przez wody płynące pod lądolodem, w jego szczelinach lub na powierzchni.

I tak dalej.

kartkislowkaW deszczowe letnie poranki lub wakacyjne popołudnia graliśmy w słówka i potrafiliśmy ambitnie ułożyć z jednego wyrazu nawet do 150 słów. Mama, która z reguły miała najdłuższą listę, dopisywała z boczku wyrazy, jakie ułożyliśmy my, a których ona, o dziwo, nie miała.

Ciekawe, że w internecie tych zabaw nie ma. Nawet pod hasłem “gry z kartką i ołówkiem” pojawią się różne kalambury, okręty, oczywiście “państwa-miasta”, ale słówek nie ma.

Nie wiem, może i tę zabawę, wymyśliła sobie nasza kochana rodzina.

***
Wyzwałam Was do ułożenia listy słówek dla wyrazu POPRZYSIĘGŁA.

Od razu było widać, że możliwe były i oz, i pło, ale ponik nie miał szans. Wiszar takoż.

W komentarzach pod wpisem nadesłane słówka i wytypowanie zwycięzcy, który zgodnie z obietnicą dostał nagrodę  – autobiografię Dariusza Boguckiego, “Śladami życia”.

Miasto drugiej kategorii cd

Miesiąc temu pojawił się tu tekst Krzysztofa Miki o Elblągu. Autor zapowiedział kilka wpisów i teraz, równo po miesiącu, kolejny wpis o FrauLanganke, przypominam, że koniecznie pisanej razem.

Krzysztof Mika

FrauLanganke (cz.2)

Awantura w mediach: o pomnik gwałconej przez sowieckiego sołdata gdańszczanki… Polki, Niemki, brali jak popadło. Ciężarna kobieta po prostu w najgorszej, nieskończenie strasznej dla siebie sytuacji… nie do wyrażenia. I spór: czy Polacy mogą postawić taki pomnik, taki wprost, tak brutalnie dosłowny.

I właśnie sprawa się zakończyła: wyrokiem za nieobyczajność. Tak to prawda historyczna stała się nieobyczajna.

W tym momencie powraca wspomnienie… historii mojego rodzinnego miasta – Elbląga. Wiedzę o tych wydarzeniach przekazali Dziadkowie. Ale była ona całkowicie pozbawiona realnego kształtu. Chowałem się na ”Czterech Pancernych i psie”. Wiedziałem, że w trakcie i po zdobywaniu miasta działo się źle . Nie wywoływało to specjalnych emocji. Po prostu było. Wiadomo wojna. Może potrzeba było awantury o gdański pomnik i wcześniejszej lektury o zdobyciu Elbląga, żeby emocje, wspomnienia i skojarzenia osiągnęły masę krytyczną. Wtedy powrócił pierścionek FrauLanganke, który nie chciał „zejść” z palca i sowiecki sołdat za pomocą bagnetu rozwiązał problem, odcinając ów oporny palec, wraz z pierścionkiem oczywiście. FrauLanganke prowadziła na co dzień sklep z papeterią i książkami, na pewno sprzedawała „Mein Kampf”.

No cóż, powie ktoś, sami sobie winni, ci Niemcy. Obraz żołnierza obcinającego palec starszej kobiecie tkwił w mojej pamięci. Niezwykle plastyczny z chirurgiczno- anatomiczną dokładnością, z bagnetem zgrzytającym o kości. W medycznym podręczniku sprawdzałem, jak się amputuje palce. Sowiecki żołnierz pewnie po prostu położył rękę na stole i tępym bagnetem załatwił sprawę, nie dbając o higienę, tamowanie krwi. Można przyjąć,  że wcześniej tym samym bagnetem otwierał amerykańską tuszonkę. FrauLanganke przeżyła. To może niewielka cena dziejowych rozliczeń – córka FrauLanganke zapłaciła cenę najwyższą – zgwałcona, popełniła samobójstwo.  Czy FrauLanganke i jej córka były winne?

Wkrótce pozbawiona palca FrauLanganke wyjechała – nie było dla niej miejsca w nowej rzeczywistości, zresztą Elbląg kojarzył się z bólem i grozą. Gdzie pochowano jej córkę – po latach udało się ustalić, ale o tym za chwilę. Wyjazd Frau L. towarowym wagonem (opowieść Babci) to symboliczny w koniec niemieckiego Elbląga. Opowieść jeszcze tylko Babci, ponieważ Dziadek nie wracał ciągle z obozu i Babcia była sama z moją Mamą, wówczas gimnazjalistką. Oczywiście koniec ów miał charakter wyłącznie symboliczny – w rzeczywistości na co dzień nurzaliśmy się w niemczyźnie, elbląskiej niemczyźnie. Langankowa w pewnym sensie pozostała z nami. A ja w tej niemczyźnie nurzam się do dzisiaj: wspomniane obrazki, zegar, meble, jakieś naczynia, nóż, fajansowy pojemnik na herbatę, rzeczy, które mieszkają ze mną.

Jeszcze list wysłany do niemieckiego dziennikarza kontaktującego się ze stowarzyszeniem niemieckich elblążan, ale na razie przynajmniej, bez odpowiedzi. Moją ciekawość podsycała relacja żony elbląskiego lekarza, dotycząca wydarzeń w momencie wkroczenia sowietów. Można powiedzieć typowy w swoim dramatyzmie obraz zniszczenia, przemocy, zabijania. Dlaczego właśnie ta relacja? Ze względu na adres – państwo doktorostwo mieszkali o cztery kamienice od domu, w którym mieścił się sklep z papeterią i materiałami biurowymi Fraulanganke. Po sąsiedzku. Bardzo po sąsiedzku. Doktorostwo: Alter Markt 45, Langankowa – 63. Liczyłem na to, że doktorowa coś wie o mojej Fraulanganke. Podawała bowiem dziesiątki nazwisk, daty, wydarzenia. Przecież nie mogła nie znać kupcowej z niedalekiego sąsiedztwa. Niestety nic. Może w koszmarnej zawierusze ognia, przemocy, gwałtów doktorowej „umknęła” kupcowa z sąsiedztwa. Ze Starego Rynku, tak typowego dla miast hanzeatyckich, został bruk i Markttor. Po kamienicach 63 i 45 śladu…

Dopiero w latach 70 zaczęto odkopywać fundamenty elbląskich kamienic – potem wybudowano na nich „pseudostarówkę”, nawiązującą do historycznej architektury. Może i dobrze, że niczego ta nowa starówka nie udaje, ale z drugiej strony trochę szkoda, bo elbląskie Stare Miasto to była perełka. Można dość dokładnie określić, gdzie stał dom nr 63, bo, co ciekawe, w archiwum Elbląga zachowały się księgi wieczyste i przedwojenne plany.  A na pierwszym planie powojennego Elbląga z 1946 roku nie znajdzie się Starego Rynku, jest jedynie zaznaczony plac „Przy Bramie”. No właśnie Markttor… obrazek, który nie bardzo lubiłem, choć prawdopodobnie najcenniejszy spośród pamiątek po FrauLanganke. Grafika, podpisana, kupiona, pewnie wiele lat przed wojną, w firmie „Kunsthandel Fritz Wolter”- na odwrocie niewielka metka, która przetrwała ponad 75 lat. Kunsthandel Herr Woltera mieścił się przy ulicy Mostowej 20. Ulica Mostowa, czyli przedwojenna Brückstrasse figuruje na planie z 1946 roku, ale w moich czasach był już tylko ciąg komunikacyjny na skraju największego chyba trawnika w Europie, koło kościoła św. Mikołaja.

W 1946 roku zapewne stały jeszcze wypalone ruiny budynków, więc pojęcie „ulicy” miało jeszcze jakiś sens. Fritz Walter sprzedał podpisaną grafikę FrauLanganke, a ona wymieniła Wieżę Targową, pewnie na chleb, może jeszcze babcia dała jej trochę cukru i margaryny. Zresztą z tym Fritzem to śmieszna sprawa: na rewersie grafiki nalepka Fritz Wolter Kunsthandel, ale w książce telefonicznej mowa jest o warsztacie szklarskim. Szklarz handlujący sztuką? A może wyraz wygórowanych ambicji? Zakład Fritza mieścił się w ładnej, dużej manierystycznej kamienicy, tak typowej dla Gdańska i Elbląga, a zapewne i Królewca. Po tym budynku oczywiście śladu nie zostało. Sklep z papeterią i materiałami biurowymi FrauLanganke zajmował parter typowej XIX-wiecznej kamienicy, pozbawionej wdzięku i sznytu typowego dla bogatych miast hanzeatyckich. Przeciętność, jak gorsze kamienice Dolnego Miasta czy na Oruni w Gdańsku  Po niej również ani śladu, poza zachowanymi księgami wieczystymi. Sama wieża stoi, resztka gotyckiego Elbląga, a na ścianie wieży pamiątka po wojnie 13-letniej z Zakonem Krzyżackim – reliefowy odcisk łopaty, symbol buntu mieszczan i rzemieślników Elbląga. Bunt był skuteczny – zamek Krzyżacki został praktycznie całkowicie zniszczony, ale wieża pozostała. Propaganda polska buntowi miast pruskich nadawała patriotyczny, polski wymiar. W rzeczywistości chodziło o handel zbożem i opiekę króla polskiego, a co za tym idzie większe swobody i dochody. W większości miast mieszczaństwo było w swojej masie niemieckie i dzisiejsze pojęcie patriotyzmu nie da się zastosować do tamtych czasów. Mieszczanie mieli dość Krzyżaków, monopolizujących handel zbożem – tak naprawdę była to wojna wewnątrz Hanzy, której członkami byli i Krzyżacy, i Elbląg, i większość miast pruskich. A zatem mniej „polskości”, a więcej interesu i handlu. Wojna 13-letnia miała również swój wymiar europejski: była początkiem upadku Hanzy. Europa otwierała się na handel atlantycki… Dla Elbląga to były dobre czasy, które trwały do pierwszego najazdu szwedzkiego – miasto popełniło błąd, który zaważył na całej przyszłości miasta: Elbląg poddał się Szwedom. Z miasta wyprowadziła się faktoria kupców angielskich, skończyła się przychylność Korony… dostęp do morza stawał się coraz trudniejszy: rzeka Elbląg i Zalew Świeży czyli Wiślany coraz płytszy. Gdańska dominacja narastała, Elbląg stawał się coraz bardziej prowincjonalnym miastem, stolica Prus książęcych była w Królewcu, a „stolica” gospodarcza – w Gdańsku. Zboże w przeważającej ilości płynęło tamtędy.

Wracamy do 1945 roku. Próbuję osadzić FrauLanganke w jakiejś społecznej rzeczywistości. Trochę to śmieszne – zbieranie jakichś malutkich fragmentów owej rzeczywistości: są sąsiedzi z Alter Markt – jedyni „stwierdzeni”: doktorostwo, a raczej żona doktora. Jakiś człowiek który sprzedał obrazek… Mało tego, prawie nic. Zupełnie przypadkiem, w jednym z portali dotyczących najnowszej drugowojennej historii Prus Wschodnich, znajduję przejmującą historię rodziny Langanków spod Barczewa i ich dramatyczną, i w pewnym sensie heroiczną ucieczkę przed nacierającą Armią Czerwoną. Czy tamci Langankowie to rodzina „mojej” FrauLanganke”? Zimowy koszmar, podróży-ucieczki z piątką dzieci… Szukam dalej: pod Kętrzynem kilka wsi z „langanke” w nazwie, co oznacza miejsce bagienne, wilgotne. Źródłosłów niemiecki czy pruski? Jak stary? Rodzina o korzeniach niemieckich, czy pruskich? Ciągle czekam na odpowiedź wspomnianego już dziennikarza, zajmującego się przedwojennymi elblążanami. I zupełnie internetowym przypadkiem znajduje się jeszcze jeden Langanke, który zmarł w roku 2012. Na dodatek jest to „historyczny” Langanke, bo był ostatnim, najdłużej żyjącym Niemcem, posiadaczem rycerskiego krzyża żelaznego. Za Ardeny. Walczył w formacjach pancernych SS. Czy to też rodzina? Ten Langanke był z Dortmundu. Strasznie dużo tych niewiadomych. Dziwna fascynacja, ale w końcu w jakiś sposób, całkowicie przypadkowy stałem się spadkobiercą FrauLanganke. Przecież żyję z jej rzeczami. Przez dziesiątki lat towarzyszą mi jej przedmioty, przedmioty, które z jakichś powodów nabyła, posiadała, pewnie lubiła. W przedmiotach, które posiadamy jest cząstka nas, bo zawsze wybieramy rzeczy, przedmioty z jakiegoś powodu. Tak jak wybieramy imiona naszych dzieci… Niektóre z tych przedmiotów wybiera się z powodów oczywistych, praktycznych, prostych. Inne, bo odpowiadają naszym potrzebom emocjonalnym, estetycznym, może filozoficznym, może systemowi wartości. Grafika Markttor – to zrozumiałe, bo to jej, FrauLanganke, najbliższe sąsiedztwo i w pewnym sensie symbol Elbląga. Podobnie kuchenne drobiazgi – są praktyczne, po niemiecku praktyczne. Ale niezły zupełnie obraz wmarzniętych w lód tolkmickich lomm ( lokalny typ stateczku żaglowego).

A widok z wzgórz nad Kadynami? A panorama kawałka zakładów Schichaua, z  jakimiś stateczkami… Po co one kupcowej z Altermarktu? Po co mojej Babci? Nauczycielce z Warszawy? W 1946 to były bezwartościowe śmieci… Jakie potrzeby spowodowały, że FrauLanganke kupiła te obrazki, a jakie, że moja Babcia wymieniła je na jedzenie. Przecież takich gratów wtedy w Elblągu walało się mnóstwo. A może po prostu taka babcina przyzwoitość panienki z dobrego domu, która zdawała sobie sprawę, że okaleczona dosłownie i psychicznie Niemka nie ma nic innego. Więc te nabyte w akcie dobrej woli obrazki, w magiczny sposób zaprogramowały moje życie. Tajemnicze statki, tajemniczy widok z Wysoczyzny Elbląskiej nad Kadynami. Były obecne od moich najmłodszych lat, ale dopiero w latach 70, 80 i 90 dowiedziałem się, a raczej doświadczyłem, co przedstawiają. Co prawda tolkmickich lomm już nie było, natomiast przedstawiony na innym kawałek zakładów Schichaua zobaczyłem w naturze dopiero w roku 1973, podobnie jak wspomniany kawałek Wysoczyzny Elbląskiej. Dlaczego?

O tym w kolejnej części opowieści.

Alma (7)

Lech Milewski

Koniec cesarskiego walca

Jako podkład muzyczny proponuję oczywiście Cesarskiego Walca…

Czy Alma wiedziała czyje dziecko nosi w swoim łonie? Być może nie. Z poprzednich odcinków wiemy, że decyzja o przerwaniu ciąży, z wiedzą czy bez wiedzy biologicznego ojca, nie przysparzała jej wielkich dylematów. Co więc zaważyło? Rozbudzone przez Manon Gropius uczucia macierzyńskie? Ciekawość? Zdanie się na łaskę losu?

A co myślał o tej ciąży jej mąż? Trudno odgadnąć. Wiadomo, że Walter Gropius był cały czas zazdrosny o miniony związek Almy z Oskarem Kokoschką. Wracał często do niego w korespondencji, a kiedyś, w napadzie gniewu, podarł jeden z papierowych wachlarzy podarowanym Almie przez Oskara na pożegnanie.
Temat kontaktów z Franzem Werflem nie pojawial sie w korespondencji Almy z mężem. Być może Walter zdawał sobie sprawę ze swojej bezradności. Przeszłość okazywała się łatwiejsza do kontrolowania niż teraźniejszość.

Rok 1917 przyniósł znaczne pogorszenie sytuacji finansowej Almy. Małżeństwo z Gropiusem oznaczało utratę wdowiej renty. Inflacja zmiejszyła dochody z wykonań i publikacji utworów Mahlera. Alma przeniosła się do swojego domu w Semmering. Spowodowało to pewne scementowanie rodziny. Starsza córka Almy – Anna Mahler – miala 13 lat, była wszechstronnie utalentowana, akceptowała i miała bardzo dobry kontakt z kolejnymi partnerami matki i darzyła wielką sympatią swoją młodszą (jednoroczną) siostrę.

W lipcu, gdy Alma była w 7 miesiacu ciąży, odwiedził ją Werfel. W pamiętniku zapisał: “Straciłem kontrolę nad sobą. Kochaliśmy się! Nie oszczędzałem jej...”

Kilka godzin później Alma dostała silnego krwotoku. Służąca posłała Franza po lekarza. Po ciemku zbłądził, zabłąkał się na jakieś mokradła. Zdesperowany złożył ślub – jeśli wszystko zakończy się pomyślnie, to nigdy nie opuści Almy i rzuci palenie.
Na szczęście córka Almy – Anna – nie straciła głowy i wezwała telefonicznie lekarza z Wiednia. Gdy wreszcie Franz wrócił do domu, Alma poprosiła go do swojego pokoju. Była tak piękna, że Franz miał łzy w oczach. Powiedział Almie, że czuje się winny tego co się wydarzyło.
Odpowiedź Almy: “Winny. Jesteś tak samo winny jak ja. A ja nie jestem wcale winna. Wina! Dla mnie takie pojęcie nie istnieje.”

Alma została przeniesiona do szpitala w Wiedniu. Franz próbował dodzwonić się do szpitala, żeby dowiedzieć się o stan jej zdrowia. Dodzwonił się następnego dnia o 9 rano. Telefon odebrał… Walter Gropius. Dziwnym trafem dostał właśnie przepustkę i przyjechał niezapowiedziany. Grzecznie poinformował Franza: “To była bardzo trudna noc. Dziecko urodziło się żywe. Alma czuje się dobrze, jak można się było spodziewać.”

Franz odwiedził ją w szpitalu następnego dnia…
“Z jej twarzy odpłynęła wszelka krew, ale nigdy nie była tak piękna. Kobieta, którą kochałem… a ja musiałem udawać obojętnego znajomego.”
Pierwsza refleksja Werfla na widok nowonarodzonego dziecka była – “nie miałem watpliwości, ten chłopiec należał do mojej rasy.”
Blade, milczące, niemowlę deprymowało go. Żeby chociaż płakało.

Kilka dni później Alma rozmawiała przez telefon z Franzem. Dyskutowali, jakie imię dać chłopcu. W tym momencie do pokoju wszedl Walter i usłyszał, że Alma zwraca sie do Werfla per Ty. Na widok męża odłożyła słuchawkę. To Twój kochanek? – spytał Gropius. Alma nie odpowiedziała.
Tego samego dnia Walter zapukał do drzwi apartamentu Franza. Nikt nie otworzył więc zostawil w drzwiach list następującej treści – “błagam Pana na miłość boską – bądź ostrożny z Almą, łatwo o nieszczęście i możemy stracić dziecko” – podkreślenie moje.
Refleksja Franza Werfla – “gdy przeczytałem ten szlachetny list, nie wiedziałem gdzie się podziać.”

Alma naradzała się z Franzem, jakie imię nadać synowi? Nie znalazłem wzmianki o tym, żeby naradzała się na ten temat z mężem. Wybrano imię Martin, które jest imieniem stryjecznego dziadka Waltera, również słynnego architekta – KLIK – ale może to tylko przypadek.

W pierwszych dniach listopada 1918 roku Walter został zwolniony z wojska, odwiedził Franza Werfla i razem zapukali do drzwi domu Almy.
“Wynoście się!” – krzyknęła Alma – “wynoście sie obaj. Nie chcę mieć nic wspólnego ani z Tobą Walterze, ani z Tobą Franz. I nie tkniesz moich dzieci. One są moje!”

12 listopada 1918 roku abdykował następca Franciszka Józefa, cesarz Karol I, Austria stała się republiką. Tłumy pod nową czerwono-biało-czerwoną flagą ruszyły pod budynek parlamentu. W zamieszaniu komuniści wydarli z flagi biały pas i szczepili ze sobą dwa pozostałe. Franz Werfel, który w swojej dotychczasowej twórczości głosił hasła braterstwa ludzi, wpadł w euforię. Następnego dnia zgłosił się do Almy w mundurze Czerwonej Gwardii, prosząc ją o błogosławieństwo. Alma pocałował go w czoło bez wiekszego przekonania. Gdy wrócil do niej wieczorem, brudny, cuchnący tytoniem i tanim alkoholem, odesłała do z powrotem, tam gdzie należy. Stał więc cały dzień na ławce w parku krzycząc – precz z kapitalizmm i wzywając tłum do wzięcia banku siłą.

Jednak rewolucja potoczyła się swoim torem i ostatecznie władzę przejęło zamożne mieszczaństwo. Franza spotkało powszechne potępienie, poszukiwała go policja. Na szczęście znalazł się poręczyciel – Walter Gropius ze swoją nieskazitelną kartą z frontu – cztery razy ranny, dwa razy odznaczony Krzyżem Żelaznym.
Po tym szlachetnym czynie Walter wyjechał do Belina, żeby zdobywać środki na utrzymanie swoje i rodziny.

W styczniu 1919 roku Martin poczuł się źle i został zabrany do szpitala. Alma pojechała odwiedzić męża. Gropius był pełen entuzjazmu – przeniosą się do Weimaru. Przedstawił jej swój nowy projekt – Bauhaus – KLIK.
Reakcja Almy – Co? Wegetować do końca życia z Walterem w Weimarze? Nigdy!
W następnych dniach Walter otrzymał z Wiednia depeszę powiadamiającą go o śmierci syna. Nienaganny jak zawsze, powiadomił o tym fakcie Franza Werfla.

W tym momencie Alma miała wszystkiego dosyć. Wiedziona nagłym impulsem, pozostawiła Waltera z córką, a sama pojechala do Wiednia odwiedzić… Oskara Kokoschkę, który zasypywał ją błagalnymi listami twierdząc, że bez niej nie jest w stanie niczego namalować.
Na szczęście dla stanu moich nerwów nie zastała go. Wróciła do męża z ostateczną decyzją – chce się rozwieść. Walter był właśnie całkowicie pochłonięty swoją pracą, sprawy rodzinne zeszły na drugi plan, był więc skłonny zgodzić się na rozwód. Pod jednym warunkiem – Manon zostanie pod jego kuratelą.

Alma wróciła do Wiednia, gdzie czekał na nią Franz Werfel zakochany jeszcze bardziej niż przedtem. W liście do Almy przedstawił bardzo logiczne argumenty:
“Almitschka, żyj dla mnie. Swoją przyszłość widzę tylko w Tobie. Chcę się z Tobą ożenić. Nie tylko dlatego, że Cię kocham, ale ponieważ wiem, że jeśli jest na świecie osoba, która może przynieść mi samorealizację i zrobić ze mnie artystę, to jesteś nią Ty.”

Alma ocenila tę deklarację bardzo trzeźwo:
“Franz to mały ptaszek w mojej dłoni, z bijącym sercem i rozbieganymi oczami, którego muszę chronić przed pogodą i kotami. Czasem udaje bohatera, ale wolę go uważać za małego ptaszka, gdyż w gruncie rzeczy nie potrzebuje on mnie, ani nikogo innego.”

Na początek narzuciła Franzowi bardzo ostrą dyscyplinę twórczą. Sytuacja materialna nie zmuszała go do wytężonej pracy, gdyż ojciec wypłacał mu regularną pensję. Teraz Alma uzależniała częstotliwość spotkań od postępów w pracy. Efekty nie kazały na siebie długo czekać. W pierwszej połowie 1919 roku Franz napisał adaptację Trojanek Eurypidesa i dwie sztuki teatralne wystawiane w Lipsku, Monachium i Pradze.

W połowie lipca 1919 roku Walter Gropius postanowił ostatecznie zakończyć swoje, zakrawające na farsę, małżeństwo. Aby oszczędzić Almie wystąpień w sądzie, wziął całą winę na siebie. W tym celu zaaranżował spotkanie z prostytutką w obecności świadków, którzy złożyli w sądzie odpowiednie zeznanie. Zrezygnował również z żądania kurateli nad Manon, domagał się jedynie regularnych wizyt. Alma nie spełniła nawet tego żądania. W ciągu następnych lat Manon spędziła u ojca tylko jeden dłuższy okres. W międzyczasie Walter wysyłał córce regularnie drobne prezenty, w których znajdowały się listy ukryte przed czujnym wzrokiem Almy.

Nieco inaczej postąpił Oskar Kokoschka. Po zakończeniu wojny przeniósł się z Wiednia do Drezna, gdyż bliska obecność Almy mąciła mu spokój. W Dreźnie zamówił lalkę wielkości człowieka przypominająca Almę. Woził ją ostentacyjnie powozem, zabierał do opery, siedziala wraz z nim przy stole podczas posiłków. Jednak i to się skończyło. Któregoś wieczora Oskar urządził wielkie przyjęcie, przygrywała orkiestra kameralna drezdeńskiej opery. Wino lało się strumieniami plamiąc garderobę lalki. W końcu rzucono ją w krzaki urywając przy okazji głowę. Sen o powrocie Eurydyki się zakończył.
Wyjaśnienie: Kokoschka napisał sztukę Orfeusz i Eurydyka. W 1923 roku została ona przerobiona na operę. Muzykę napisał Ernst Krenek – mąż Anny Mahler, córki Almy. Na marginesie zaznaczę, że to był już drugi mąż 19-letniej wówczas Anny. Córka wyraźnie prześcignęła matkę.

Franz Werfel nieustannie namawial Almę do małżeństwa – przecież złożył ślub, że jej nie opuści. Alma nie była do tego przekonana. Być może zadawała sobie sprawę, że status wdowy po Mahlerze daje jej wyższą pozycję społeczną.

Salon pani Almy był miejscem spotkań przedstawicieli rządu, kościoła, świata dyplomacji, literatury, muzyki, teatru – każdy kto się liczył, tam był. Pani domu, wysoka, nienagannie ubrana, nadal imponująca twarzą i figurą, krążyła między nuncjuszem papieskim, Ryszardem Starussem, Arnoldem Schönbergiem. Między ministrem a czołowym tenorem, arystokratami i obecującymi poetami – pisał Klaus Mann.

W swoim salonie Alma prezentowała niczym Artemida, bogini polowania, swoje trofea – portert autorstwa Oskara Kokoschki przedstawiający ją w roli Lukrecji Borgii i rękopis X symfonii Gustawa Mahlera strategicznie otwarty na stronie z pamiętną dedykacją: „Boże, Boże, dlaczego mnie opuściłeś? Do widzenia moja liro! Żyć dla Ciebie, umrzeć dla Ciebie, Almschi!”

Jednak Alma nie czuła się dobrze w Wiedniu po upadku cesarstwa. Być może to zadecydowało o ostatecznej decycji poślubienia Franza. Bardziej praktycznym powodem tej decyzji mogła być chęć stworzenia stabilnego domu rodzinnego dla 13-letniej wówczas Manon. Córka Almy i Waltera Gropiusa była niezwykłym dzieckiem. Podczas pierwszego spotkania z teatrem w wieku 5 lat wykazała ogromną wrażliwość i talent aktorski. Matka stworzyła jej warunki do bliskich kontaktów z naturą. Manon czuła się doskonale w świecie roślin i zwierząt.

Ostatnią przeszkodą był napisany przez Werfla wiersz z okazji rocznicy śmiercu Lenina, ale Alma pokonała i tę przeszkodę. Śłub odbył się 8 lipca 1929 roku. Alma miała wtedy 50 lat.

W podróż poślubną wybrali się do Egiptu, Palestyny i Libanu. Tam Werfel zapoznał się z tragedią armeńskich uchodźców. Rezultatem była książka 40 dni Musa Dag – KLIK. Warto wspomnieć, że w tym czasie Werfel był jednym z najpopularniejszych pisarzy niemieckich. Stawiano go w jednym rzędzie z Tomaszem Mannem. Książka 40 dni Musa Dag przyniosła mu światowy rozgłos. Zgłoszono jego kandydaturę do Nagrody Nobla.
To było trochę za wiele dla Almy. Znalazła się w cieniu słynnego pisarza. Kompensowała to gorliwością religijną. Codziennie uczestniczyła w mszy świętej odprawianej przez Johannesa Hollnsteinera. Po mszy odwiedzała go w jego apartamencie, a popołudniu limuzyna duchownego stała pod jej domem.
“Moje całe jestestwo domaga się, abym mu się poddała, ale muszę stawić opór tym żądaniom. To pierwszy mężczyzna, który mnie podbił.” Pierwszy?

Tak nadszedł rok 1933, książki Franza Werfla znalazły się na stosie. Werflów odwiedzili H.G. Wells, Dorothy Thompson i Sinclair Lewis, którzy zostali właśnie wydaleni z Niemiec i opowiadali, co tam widzieli. Alma i Franz byli oślepieni społecznymi osiągnięciami faszyzmu i nie słuchali ich argumentów. Franz nie miał oporów, żeby zgłosić swoją kandydaturę do Nazistowskiego Związku Pisarzy Niemieckich. Jako obywatelstwo podał – mniejszość niemiecką w Czechosłowacji. Podpisał deklarację lojalności wobec Hitlera. Dopiero gdy jego kandydatura została odrzucona, zaczęły go nachodzić wątpliwości.

Walter Gropius zachował się podobnie. W kwietniu 1933 roku policja wkroczyła do Bauhausu i aresztowała 30 studentów. Nazistowska prasa określała Bauhaus jako wylęgarnię bolszewizmu i źródło zdegenerowanej sztuki. Walter nie był już wtedy dyrektorem Bauhausu, nie doświadczył żadnych prześladowań i nadal uważał, ze architektura jest niezależna od polityki. Zgłosił swoje projekty na nazistowską wystawę sztuki.

W lipcu 1934 roku austriaccy naziści zamordowali kanclerza Dolfussa. Wiedeński walc się skończył.

PS. Jako przeciwwagę dla zdetronizowanego Cesarskiego Walca proponuję utwór Maurycego Ravela – La Valse – KLIK – dla którego inspiracją był pobyt w Wiedniu. Artysta mieszkał wtedy w domu Almy Mahler. Wybrałem transkrypcję fortepianową Glenna Goulda, która według mnie odkrywa wnętrze tego utworu. La Valse był powodem gniewnego zerwania kontaktów Ravela z Diagilewem i nieomal doprowadził do pojedynku, ale to już nie należy do tej historii.

Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
2. Alma Mahler – And the bridge is love – KLIK .

Dorota Seydenmann z domu Berlinerblau

Tomasz Prot

Dalszy ciąg opowieści o rodzinie Berlinerblau

dorotasedenmann-berlinerblauSiostrą Anieli, drugą córką Józefa Berlinerblau’a była Dorota, (w domu mówiono o niej Dosia), urodzona 1 sierpnia 1898 roku. Po matce, która uzyskała dyplom warszawskiej Szkoły Rysunku, odziedziczyła talent i po ukończeni w Warszawie na pensji 6 klas, studiowała w Krakowie na Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem Wojciecha Weissa, Józefa Pankiewicza i Felicjana Szczęsnego Kowarskiego. Po studiach w 1925 roku przeniosła się do Paryża, przystując do Komitetu Paryskiego tj. do grupy polskich malarzy działających w stolicy Francji pod patronatem Józefa Pankiewicza i ówczesnego rektora ASP w Krakowie A. Szyszko-Bohusza. W skład Komitetu Paryskiego wchodzili między innymi Jan Cybis i jego żona Hanna Rudzka-Cybisowa. Nazwa ugrupowania – kapiści – pochodzi od liter KP, które oznaczały Komitet Paryski czyli Komitet Paryskiej pomocy dla wyjeżdżających studentów
na studia malarskie do Francji
.

Kapiści byli grupą artystyczną, malującą zgodnie zasadami pointylizmu, polegającym na kładzeniu obok siebie podobnych w formie, jednakowej wielkości małych plamek czystego koloru, dzięki czemu powierzchnia obrazu stwarza wrażenie barwnej wibracji. Jest to metoda charakterystyczna dla twórczości neoimpresjonistów, a wywodząca się z francuskiego impresjonizmu. Kapiści organizowali wspólne wystawy, pierwsza odbyła się w 1930 roku w Paryżu, następna w galerii Moos w Genewie. Powrót kapistów do kraju nastąpił w 1931 roku, wtedy grupa „KP” miała wystawę w Polskim Klubie Artystycznym w Warszawie, następna wystawa tej grupy była zorganizowana w 1934 roku w Warszawie w Instytucie Propagandy Sztuki, a ostatnia w Salonie 35 w Poznaniu.

Dorota Berlinerblau poślubiła Mieczysława Seydenmanna i stąd, w pracach naukowych pojawia się często jako polska malarka Dorota Seydenmann. W czasie II Wojny Światowej Hanna Rudzka-Cybis, która pomagała prześladowanym Żydom, ukrywała Dorotę, która dzięki temu nie poszła do getta. Na skutek denuncjacji, Dorota Seydenmann nie chcąc ryzykować życia Rudzkiej-Cybis, wyjechała do kuzynki do Rabki, tam jednak została wydana i mimo dobrych dokumentów, osadzona w więzieniu w Nowym Sączu. Została zgładzona koło Nowego Roku. Miejsce jej grobu nie jest znane.

Na aukcjach jej obrazy pojawiają się niezwykle rzadko i są przez znawców bardzo cenione.

Dorota-seydenmann-zabudowania-wiejskie-1932

Lusatia alias Vita 7

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Elektrownia Boxberg rozpiera się dumnie na równinie w pobliżu Běłej Wody. Jest tak wielka i tak mocno przyciąga wzrok, że łatwo byłoby przeoczyć znajdujący się w jej bezpośrednim sąsiedztwie Park Głazów Narzutowych w Wochozach, który odwiedziliśmy tydzień temu. Byłoby, ponieważ stał się on tak sławny, a dojazd do niego jest na tyle dobrze oznakowany, że przeoczyć go nie sposób. Za to dokładnie po przeciwnej stronie kompleksu budynków elektrowni ukrywa się obiekt, który zazwyczaj i z zasady jest pomijany. Nie doczekał się godnej publicité, a szkoda. Mały, drewniany kościółek w wiosce Sprjowje (Sprey).

1 Sprey kircheKościół w Sprjowje. Stareńki, bo z początku szesnastego stulecia pochodzący. Trzyma się świetnie, jak na swój wiek.

Katolicki czy ewangelicki? Ano właśnie! W tym, jak mówią, sęk. Stereotyp głosi, że Dolne Łużyce przyjęły protestantyzm, zaś Górne pozostały przy rzymskiej wierze. A skoro to Hornja Łužica… Lecz stereotyp, jak to stereotyp: jest w nim ziarno prawdy, ale znajdzie się też spora domieszka przekłamań oraz nieścisłości. Nie całe Górne Łużyce pozostały katolickie. I tutaj nauka Lutra znalazła licznych wyznawców. A kościółek w Sprjowje jest właśnie ewangelicki.

W ogóle trzeba zauważyć, że epizod reformacyjny mocno zaważył na historii Łużyc. Viator już wielokrotnie w swych peregrynacjach prezentował spuściznę Mikławša Jakubicy. A przecież nie był on jedyny. Cała generacja pastorów Serbołużyczan, realizując luterański postulat wprowadzenia do liturgii języków narodowych, dokonała licznych przekładów Pisma Świętego i Katechizmu, stworzyła arcydzieła piśmiennictwa religijnego, położyła podwaliny pod literaturę serbołużycką. I na kilkaset lat spowolniła proces wynarodowienia Wendów. Najsłynniejszym wśród nich był z pewnością Kaspar Peuker, o którym Viator już TU wspominał. Ale przypomnijmy raz jeszcze, bo warto. Urodził się przyszły pastor w Budyšinje (dokąd wciąż konsekwentnie zmierzamy) w rodzinie bogatego rzemieślnika, który miał możliwość sfinansowania nauki syna. I tak los dał młodemu Łużyczaninowi niepowtarzalną szansę na rozwinięcie talentów, którymi go hojnie uprzednio obdarzył. Wieloletnie studia na licznych uczelniach zaowocowały ukształtowaniem jeszcze jednego człowieka renesansu: matematyk, astronom, filozof, historyk, geograf i medyk – nadworny lekarz elektorów saskich. Wybitny teolog i działacz reformacyjny. Uczeń, przyjaciel, a wreszcie zięć wielkiego Filipa Melanchtona, któremu, jako biegły w języku górnołużyckim, umożliwiał i moderował kontakty z licznymi teologami oraz duchownymi pochodzącymi z wielu krain słowiańskich. Nauczyciel Niemiec był dumny ze swego zięcia i w nim właśnie znalazł wiernego oraz skrupulatnego strażnika swej spuścizny. Stanowczo za mało znamy historię najmniejszego narodu słowiańskiego… I to my na tym tracimy, a nie Serbołużyczanie!

2 Kaspar PeukerKaspar Peuker. Czy podczas którejś ze swych licznych podróży między Budziszynem, Wittenbergą, Lipskiem, Dreznem, Zgorzelcem i tyloma innymi miastami zatrzymał się kiedyś, aby podumać w zaciszu sprjowskiej świątyni? Niewykluczone, kościółek za jego życia już stał.

Prawdą jest jednak, iż istnieją duże obszary Górnych Łużyc, gdzie ani Peuker, ani inni pastorzy nie odnieśli żadnych sukcesów. Trójkąt, którego wierzchołki wyznaczają miasta Budyšin, Kamjenc (Kamenz) i Wojerecy, czyli Hoyerswerda. To Katolska Hornja Łužica. I to jak katolska! Czy wydaje się czasem Czytelnikom, że w Polsce aż gęsto od przydrożnych kapliczek i krzyży? Wobec tego Viator zaprasza do Kulowa (Niemcom znanego jako Wittichenau), dziesięć kilometrów na zachód od Boxbergu. To już Łużyce Katolickie. A w miasteczku, nie tak znów dużym (bo zaledwie sześć tysięcy dusz liczącym) krzyż, można rzec, na krzyżu. Pobieżnie i w pośpiechu rachując, Viator naliczył ich ze dwadzieścia – po kilka na każdej ulicy. I co najmniej drugie tyle w sąsiednich wioskach.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAKrzyż w Kulowje, jeden z wielu. Jakie jest ich przeznaczenie? Do tych danych Viator na razie nie dotarł, ale najprawdopodobniej są darami wotywnymi – wyrazem prośby lub podziękowania Bogu.

Wszystkie bardzo do siebie podobne: czarne krzyże, pozłociste postacie i szare cokoły, a na nich cytaty z Biblii lub pobożne sentencje. Na przykład taka:

Stož Božu martru
zanč nima a ju tež
njewopomina, tón nihdy
zbóžny njebudźe.
Ow wopomń wšak
to, čłowječe!

Zaiste, wielka była i jest pobożność tutejszych katolików! Mogli iść w zawody ze swymi ewangelickimi pobratymcami, do kogo bardziej odnoszą się słowa Pisma: Gorliwość o dom Twój pożera mnie! Ale, gdy w XVI wieku pastorzy tworzyli renesans łużycki, księża nie popisali się aktywnością na tym polu. Z nawiązką odrobili to zaniedbanie w wieku XIX. Wtedy, gdy całą Słowiańszczyznę ogarnął ruch odrodzenia, również Łużyce przeżyły swą drugą wiosnę. W roku 1847 utworzona została Maćica Serbska, organizacja mająca na celu pielęgnowanie języka i kultury serbołużyckiej. A po niej powstawały inne stowarzyszenia. Katolicy i protestanci działali w nich ramię w ramię.

Dziś górę wzięli papiści. Ostatnie zwarte obszary o wendyjskim charakterze językowym znajdują się już tylko na Łużycach Katolickich. Przywiązanie do tradycji też tutaj jest najsilniejsze. Koniecznie przyjedźcie do Kulowa lub do innej okolicznej miejscowości rankiem w niedzielę Paschy. Křižerjo, czyli konną procesję wielkanocną trzeba zobaczyć choć raz w życiu.

4 ProcesjaNie pomyślał swego czasu Viator, żeby uwiecznić na zdjęciu proporzec z napisem Dzwońcie dzwony. Dlatego stosowną fotkę musiał pożyczyć.

SAMSUNG DIGITAL CAMERATradycje są żywe, a język łużycki wciąż pozostaje w użyciu. Dla coraz mniejszej liczby mieszkańców, to fakt. Ale jednak!
A fotka absolutnie autorska.

Wiek XIX to czas współpracy Serbołużyczan katolików i ewangelików. Wcześniej różnie się układało. Ale to przecież nie Łużyczanie obu konfesji rzucili się sobie do gardeł. Całe Rzymskie Cesarstwo Narodu Niemieckiego (plus kilka krajów ościennych) ogarnął amok, który zaczął się defenestracją praską, a zakończył dopiero pokojem westfalskim. Dlaczego Viator przywołuje te zamierzchłe czasy? Jasne, że nie czyni tego bez przyczyny. Wszak sprytna z niego bestia i nieprzypadkowo zwabił Czytelników właśnie do Kulowa! Bo tutaj kole końca tej wojny, co się trzydzieści roków ciągła (jak to w niezapomnianych Igraszkach z diabłem ujął zapchlony, wsiowski czart Karborund, grany przez Jana Prochyrę) miało miejsce brzemienne w skutki zdarzenie. Elektor saski nadał jednemu ze swych pułkowników, zasłużonemu wielce w licznych bojach, folwark Wulkie Zdźary (Groß Särchen) opodal Kulowa. Pułkownik nazywał się Jan Szadowic i był Chorwatem na służbie elektorskiej. Jako właściciel folwarku okazał się panem sprawiedliwym i ludzkim, a przy tym, jako Słowianin, bez większych problemów porozumiewał się ze swymi wendyjskimi poddanymi. Zapewne niejednokrotnie stawał też w ich obronie. Zapisał się trwale w pamięci miejscowych jako opiekun i przyjaciel prostego ludu. Z czasem legenda połączyła postać pułkownika Szadowica z innymi miejscowymi baśniami i podaniami (zaklęty młyn, młynarz czarnoksiężnik, co pakt z diabłem podpisał, biedny ale bystry parobek jako uczeń czarnoksiężnika i jeszcze kilka innych). Tak z Chorwata, czyli Kroata powstał… Krabat – dobry łużycki czarodziej. Wielokrotnie i na różne sposoby serbołużyccy (i nie tylko) pisarze starali się zaprezentować tą największą postać łużyckiej mitologii. Měrćin Nowak – Njechorński w książeczce Mistrz Krabat, dobry łużycki czarodziej z myślą o młodszych czytelnikach przedstawił wersję legendy rzeczową, z wyraźnym przesłaniem społecznym. Otfried Preussler w swym Krabacie snuje opowieść baśniową i ekspresyjną. Jurij Brězan, pisząc Čorny młyn oraz Krabat albo przemiany świata stworzył niemalże traktaty filozoficzne, w których dzieje Czarownika są metaforą ludzkiego losu.

6 Krabat ilustracjaNjechorński, poza opowieścią, wykreował też wizerunek Mistrza Krabata, który chyba najsilniej zakorzenił się w powszechnej świadomości. Nie jest to wszakże wizerunek jedyny.

Poza Czarnym Młynem wszystkie wymienione książki zostały przetłumaczone na język polski. Nic, tylko siadać i czytać – Viator nie powie ani słowa więcej! Można, rzecz jasna, obejrzeć również film Uczeń czarnoksiężnika, ale, jak to z dziełem popkultury bywa, filmowy Krabat ma tyle wspólnego z pierwowzorem, co… powiedzmy… Myszka Miki z Myszeis? Czy jakoś tak… Łużyckości w nim za grosz nie uświadczysz.

Grób pułkownika Szadowica znajduje się w kulowskim kościele, zaś na rynku stoi posąg Krabata.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAKrabat na rynku w Kulowje. Co oznaczają ptaki i pozostałe symbole? Przeczytajcie.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAXXXXX

XXXXX

XXXX

XXXXX

XXXX

Lektura wyjaśni także, czemu na pomniku uwieczniono tę niewątpliwie sympatyczną myszkę. Z Mickey Mouse nie ma ona oczywiście niczego wspólnego!

Ufff, sporo czasu zmitrężyliśmy w Wittichenau. Ale chyba było warto? Tak czy inaczej, cierpliwości Czytelników nie można dłużej doświadczać i wystawiać na próbę. Viator obiecuje solennie, iż za tydzień już na pewno przekroczymy bramy Budyšina. Ale najpierw wspomnimy tych, którym nie było dane tego uczynić…

Slaska – instrukcja obsługi

wittemberga-tablice-tezy.ipgEwa Maria Slaska

Kochani, zapewne wiecie, że skończyłam właśnie miesiąc temu 65 lat. Oznacza to, że już na pewno nie umrę młodo, choćbyśmy tę młodość przeciągali w niekończoność, ale oznacza to też, że zapewne będę długo żyła i umrę staro. Nie zależy mi specjalnie na długości życia, ale po prostu tak teraz jest, że ludzie długo żyją, znacznie dłużej niż dawniej. Jak byłam małą dziewczynką, znałam tylko jedną starą osobę – była to prababcia Jadwiga, babcia mojego ojca. Teraz znam masę osób po 80, a ktoś wyliczył, że w rodzinie mojego męża żyje jeszcze i w większości ma się dobrze kilkanaście osób z wieku i urzędu należących do kategorii prababcia i pradziadek.

Czyli jeszcze pożyję, chyba, że Los zadecyduje inaczej. Ponieważ jednak o postanowieniach Losu nie nam decydować, zakładam teoretycznie dla potrzeb tego wpisu, że jeszcze pożyję i że, jeżeli nic się nie zmieni, wciąż będę miała masę znajomych. I to do nich skierowany jest ten wpis. Reszta niech jednak też poczyta i powie sobie w głębi ducha uczciwie, że mam rację. Bo kochani, możemy się różnić w szczegółach, ale na pewno każdy z nas i w każdym wieku chętnie zrobiłby taką listę i przybił, jak Luter, do drzwi najczęściej używanych czyli, zapewne, drzwi do klopa.

I zanim się na mnie na śmierć obrazicie, o to, co tu napisałam, pamiętajcie, że bardzo was lubię, a niekiedy nawet kocham.

A zatem, do rzeczy.

Proszę, nie sprzątajcie mi w domu (chyba, że wam za to zapłaciłam), nie naprawiajcie moich przedmiotów, dzbanków, żelazek, mikserów (chyba, że o to poprosiłam), nie ostrzcie mi noży, nie odpowietrzajcie mi kaloryferów, nie przetykajcie rur, nie otwierajcie okien bez porozumienia ze mną, bo w moim mieszkaniu panują przeciągi godne miana wichrów Historii, a jak uchylone przez was okienka mi potrzaskają, to przecież mi za nie nie zapłacicie. No.

Pomagajcie mi tylko wtedy, kiedy Was o to poproszę. A na pewno poproszę. I na pewno się odwdzięczę. Ale nie każcie mi na stare lata uczyć się, jak wykonać rzeczy, których nigdy jak dotąd nie robiłam. Nie robiłam, bo nie umiałam, nie chciałam, nie mogłam, nie byłam w stanie, nie miałam siły. Potrafiłam natomiast zawsze albo przekonać kogoś, żeby to za mnie i dla mnie zrobił, albo zarobić i zapłacić fachowcowi.
I tak zamierzam funkcjonować aż do śmierci.

TarteTatin 099Nie karmcie kota, ani go nie głaszczcie, bo jak was podrapie i pogryzie, to sami będziecie sobie winni. Natomiast pamiętajcie, że w apteczce zawsze jest jodyna, plaster i bandaże, i nawet jakby mnie nie było, to ktoś, na przykład wy sami, udzieli wam pierwszej pomocy. Ale też nie urągajcie kotu, nie nazywajcie go sierściuchem, i nie marudźcie na jego charakter. Mój kot JEST istotą z charakterem (w końcu to mój kot), a poza tym, jest stary i jak ja, umrze staro, skoro już dziś ma 19 lat.

Nie wtrącajcie się w moje garnki, chyba, że umówiłam się z wami, że będziemy wspólnie gotować. Ale jeśli nie, to gotuję ja i gotuję po swojemu. A wy w każdej chwili, jeśli się tak umówimy, możecie ugotować czy upiec coś po swojemu. I ja wam się też nie będę wtrącać.

IMG_3412Nie każcie mi solić i pieprzyć wspólnego jadła, bo ja nie cierpię zbyt słonego i zbyt ostro przyprawionego jedzenia, a co gorsze mój organizm go nie cierpi. Czyli, łagodnie mówiąc, potem choruję. Jeśli wam nie smakuje, to nie jedzcie, OK? Zawsze mogę was, całkiem w stylu obywateli społeczeństwa przyjmującego, poinformować, gdzie jest najbliższa knajpa.

Nie oczekujcie, że po 65 latach mówienia, co ja myślę, zacznę nagle mówić to, co wy myślicie. Już jako kilkunastoletnia panna usłyszałam od mojego ukochanego profesora Tadeusza Kielanowskiego, że mam nadzwyczaj oryginalny sposób myślenia. I tej wersji będziemy się trzymać. Natomiast jeśli naprawdę tak was wpieprza to, co i jak mówię, to rozmawiajcie ze mną tylko o pogodzie. Podporządkuję się na pewno.

Nie mówcie mi, proszę, że jestem gruba. Sama wiem. A ja wam przecież tego nie mówię.

I ostatnie – nie udzielajcie mi porad, jeśli o to nie poprosiłam. A jeśli poprosiłam, to pamiętajcie, że poprosiłam o opinię, a nie o podjęcie za mnie decyzji. Czyli nie rozliczajcie mnie z tego, że nie postąpiłam tak, jak mi kazaliście.

Ufff, długa lista. Ale skoro zaczęłam ten wpis od Lutra, to i na Lutrze go zakończę.

Oto stoję przed wami. Nie mogę uczynić inaczej./ Hier stehe ich, ich kann nicht anders, Gott helfe mir, Amen!

Anton von Werner (1843-1915), Staatsgalerie Stuttgart

Przypominam, że Luter powiedział to w roku 1521 w Wormacji na obradach Sejmu Rzeszy, który oskarżył go o herezję.

Nie mogę inaczej. Amen.