In Archiven und Museen

marbach6Dorota Cygan

Magie der vergilbten Papiere

Unser ausländisches Interesse an deutscher Kultur braucht eine Konkretisierung in etwas Fassbarem: Es erfreut sich an dem, was materiell ist und sinnlich erfahrbar. Da die generationenschweren Dachbodenschätze unserer Großeltern keine deutsche Signatur tragen, fühlen wir uns besonders wohl an einem Ort, wo das kulturelle Gedächtnis in besonderer Weise aufbewahrt, mit Signatur versehen und kultiviert wird – in Museen und Archiven. Zugegeben, das moderne…

Denkt nicht, dass das Leben eines
Archivbenutzers mit Rosen gesäumt ist.
Das ist der steile Weg zum Tageserfolg …

… Ausstellungswesen zeichnet heutzutage eine besondere Lebensnähe aus: Schillers Socken, Taufhemdchen von Thomas Mann, Kafkas auf Reisen verlorener Löffel oder Rechnungen mit Gedichtzeilen haben erfolgreich die Totenmasken und Fotos von Grabsteinen abgelöst. Ehrwürdige Museen oder Archive müssen sich freilich mit solchen Exponaten nicht schmücken, sieht der Bildungsbürger doch nach wie vor in der Pflicht, etwas für die Erhaltung der Kulturgüter zu tun und seine 100 Euro pro Jahr für Museumsbesuche auszugeben.

marbach1Marbach: Das Museum-Archiv-Komplex im Hintergrund; das ist eine optische Täuschung Schiller-Archiv thront nicht über der Stadt – eher liegt es vornehm-abseits und verlangt von den Besuchern, dass sie sich zu ihm bemühen.

Und wie ist es mit uns Ausländern? Was ist etwa an Handschriften so spannend, dass man freiwillig bei gutem Wetter in geschlossenen Räumen eines Literaturarchivs sitzt und die unmögliche Schrift eines längst verstorbenen Monomanen entziffert? Was ist spannend an diesen unzähligen Blättern rissigen Papiers mit Durchstreichungen, Altersflecken, vergilbten Rändern, überschriebenen Passagen, handschriftlichen Anmerkungen und flüchtigen Zeichnungen? Und was ist, wenn sie von den Autoren selbst verworfen wurden und nur durch die Böswilligkeit von Witwen oder ignoranten Kindern ans Archiv verkauft wurden und jetzt den Dichter kompromittieren? Wie weit soll man sich dem natürlichen Voyeurismus hingeben? Die Alltagslügen enttarnen? Randphänomene des Schreibprozesses studieren, um aus den Abfällen des kreativen Vorgangs eine revolutionäre These zu basteln? Assoziative Ketten zerlegen und mit der zeitgenössischen Logik neu begründen? Warum will man sich das antun? Um der Wahrheit willen? Na, eher um zu zeigen, dass die Literaturwissenschaft nicht bloß das Stiefkind der Literatur ist, sondern neben ihr ebenbürtig thronen kann. Niemandem ist es ja entgangen, dass sich die Germanistik seit Jahren Denkmäler setzt. Etwa mit der Geschichte ihres Faches.

marbach2Das Schiller-Nationalmuseum strahlt so viel Würde aus, wie ihm der Geist der Zeit um 1910 verlieh. Wir haben im Prinzip nichts dagegen, dass diese Würde nun auch auf uns ausstrahlt.

In der Tat kann man nur zu leicht der Versuchung erliegen, den Dichter vom Sockel zu zerren, sobald man seine Entwürfe schwarz aus weiß sieht. Nun, das trifft gleichermaßen Forscher im Inland wie im Ausland. Die Praxis beweist aber vielfach, dass ausgerechnet ausländische Germanisten gern quellenbezogen arbeiten, wenn sie diese Möglichkeit bekommen. Sonst, wer in entlegenen Ländern wohnt, ist auf die Sekundärliteratur angewiesen und seine Forschung orientiert sich mehr an der Theorie – und damit mehr an der Germanistik als an der Dichtkunst selbst. Der Umgang mit Rohmaterial wie Primärliteratur und Handschriften ist zunächst in dieser ungefilterten Form nicht so praktisch wie die Sekundärliteratur, wo die Zusammenhänge bereits hergestellt und Lücken mit entsprechendem Infomaterial geschlossen wurden und man sie nur noch mit eigenen Worten wiedergeben muss. Und doch beweist die Zahl der jährlich im Marbacher Literaturarchiv getätigten Recherchen ausländischer Forscher, dass diese Art von Arbeit als besonders intensiv und attraktiv empfunden wird.

marbach3Neckar, der Fluß der Dichter.
Man will es nicht glauben, aber vom Archiv läuft man bis hierher schon eine runde Stunde. Man weiß allerdings auch, wofür…

Warum sitzen sie also jetzt nicht alle in Marbach? Wohl, weil sie noch nicht wissen, was alles sie dort finden können, scheint mir. Ich habe dort einmal Briefe des polnischen Nobelpreisträgers an seine erste Übersetzerin gefunden. Gut versteckt im Nachlass ihres Mannes, der eine wichtige Figur im Zeitungswesen war. Im Grunde also sind es die Bestände selbst, die jede Argumentation überflüssig machen: Der ganze Berg unter dem Archiv beherbergt das Magazin mit Handschriften je nach Gusto – samt den dazugehörigen Werkausgaben, Widmungsexemplaren, Zeitungsausschnitten, Filmen, historischen Aufnahmen, Rundfunksendungen und sogar Hausrat. Alles in allem 800.000 Bücher, 200. 000 Kunstobjekte, 50 Mio. Blatt Papier, 11.000 Nachlässe von Schriftstellern und Gelehrten, die einen hierher verlocken. So hilfreich die historisch-kritischen Werkausgaben auch sind, sie ersetzen nicht den sinnlichen Umgang mit angegriffenem Papier. Hätten sonst gebückte Germanisten bei gutem Wetter hier gesessen? Sei es nur, um die Epoche zu verstehen: finanzielle Not des Autors, der auf billigstem Papier schreibt, Papierknappheit um 1945, Statusverbesserung durch eine Schreibmaschine oder demütigende Verhandlungen um das Zeilenhonorar für Rezensionen und sonstige Zeugnisse der Reibungen zwischen Verlegern und ihren Autoren – alles Bezüge, die sich einem viel besser erschließen, wenn man die Informationen nicht aus dritter Hand bekommt.

Nein, das ist weder Schillers Geburtshaus noch das seiner Mutter. Das müssen die Leser schon selber ergoogeln. Ich bekenne mich nicht zu irgendeinem Bildungsauftrag. Zumal ich noch in keinem von beiden drin war.

Einer Gesprächspartnerin habe ich daher gestern eröffnet, was mir als Krönung meiner eigenen Lebensleistung vorschwebt: Sollte ich doch meine längst überfällige, durch Jahrhunderte verschüttete Doktorarbeit jemals zu Ende schreiben, lasse ich sie auf gelblichem Papier drucken. Inhalt und Form werden so übereinstimmen. Und für mich wäre das ohnehin die kostbarste Archivalie. Was lacht Ihr mich aus? Perlen werden auch nur noch gezüchtet.

In einer Woche, nochmals Marbach
und ein Rätsel.
Fotos – Autorin

Droga do Santiago de Compostela. Bercianos

Ewa Maria Slaska, piątek 21 września

31 kilometrów plus 2 na dwukrotne błąkanie się w poszukiwaniu drogi.

Spuchła mi noga i człapię sobie powolutku.

Wychodzę z Palencji i wchodzę do prowincji Leon. W mijanych miastach i wioskach pojawiają się napisy Leones libros lub Leones sin Castilla.  Prowincja Leon nie ma ochoty należeć do tzw. junty. Napis Junta Castilla y Leon można znaleźć  praktycznie rzecz biorąc wszędzie i każdy Polak, zanim się przyzwyczai, otrząsa się jak kot w kąpieli. Nic na to nie poradzę, w mojej polskiej podświadomości junta to Jaruzelski, Pinochet i Pol Pot. A to takie zwykłe słowo, jak – nie przymierzając – joint.
Na wielkim bilboardzie reklamującym Drogę do Santiago de Compostela jako dziedzictwo europejskie, ktoś dopisał Camino del Marketing. Nieznany mi człowiek, który to napisał, myślał sobie zapewne dokładnie to samo, co ja dziś sobie przez cały dzień myślę. Biznes. Biznes wszędzie, cwaniactwo, oszustwo i biznes. Dochodzę do wielkiego jak koszary schroniska w Sahagun. To fabryka przerabiająca pielgrzymów na pieniądze, a chyba nawet nie pielgrzymów, tylko turystów albo jeszcze jakichś innych uczestników tego biznesu. Po schronisku pałętają się jacyś dziwni ludzie, których nigdy nie spotka się w drodze. Muskularny piękniś, w śnieżnobiałym szlafroku frotee,  rozwalony na łóżku jak aktor w filmach pornograficznych. Rozsunięte poły szlafroka to ewidentna zachęta do erotycznych kontaktów. Może krzywdzę tego pana, ale sądzę, że mają to być kontakty, w których mu się płaci. W łazience jego żeński odpowiednik – biuściata opalona kobieta w obcisłym kostiumie kąpielowym, ponętnie wygięta przed lustrem, układa włosy lokówką. Obok na krześle kosmetyczka wielkości połowy mojego plecaka.

Zapłaciłam już za nocleg 7 euro, próbuję je odzyskać w recepcji, ale nie można, nie da się, nie da rady… Nie słucham, co jeszcze powie mi przystojny recepcjonista, zabieram plecak i idę. Pal diabli 7 euro. Do Bercianos jeszcze 11 kilometrów. Trudno. Lepiej 11 kilometrów niż to panopticum w schronisku.

Człapię powolutku, ale docieram na czas, choć wcale nie wiedziałam, że jest jakiś czas, w którym mam dotrzeć. Ale był. Dostaję ostatnie miejsce w schronisku. Mam materac w trzyosobowym pokoju, w dużych salach już nie ma miejsc. Och, jaka szkoda.

W Bercianos mieszkamy w starym wiejskim domu parafialnym z XVII wieku. O 19 przychodzi ksiądz i błogosławi nas wszystkich, o 20 – wspólna kolacja, a potem wychodzimy za wioskę i oglądamy wspólnie zachód słońca. Spotkałam masę znajomych z drogi. Wszyscy dotarli tu przede mną. Nie człapali ze spuchniętą nogą i nie próbowali szczęścia w Sahagun. Okazuje się, że każdy pielgrzym wie, iż to żółte schronisko trzeba omijać ogromnym łukiem. Każdy wie, tylko ja nie. Ale za to już nigdy nie zapomnę. Myślę, że na łożu śmierci uniosę się jeszcze ostatkiem sił, popatrzę uważnie na zgromadzoną wokół mnie rodzinę i powiem z naciskiem, nigdy nie nocujcie w schronisku w Sahagun!

W Bercianos spotykam ślepego pielgrzyma. Idzie w towarzystwie kobiety i młodego człowieka, których traktuje wyniośle i rozkazująco. Nie wiem czy to żona i syn, czy ludzie wynajęci, czy wreszcie przypadkowi towarzysze podróży. Wiem, że dostaję tu mocno po głowie za pielęgnowanie idealistycznych przekonań, wedle których jeśli ślepy idzie na taką trudną wędrówkę, to prowadzi go miłość, dobroć i pokora. Bogdaj tam! To autorytarny tyran i każdy, kto mu się napatoczy pod rękę, ma mu czołobitnie służyć. Czuje się arogancką pewność siebie, że jeśli on, inwalida, przyjął na siebie ciężar pielgrzymki, to należy mu się absolutnie wszystko. Widzę, że po kolacji nie tylko ja, ale i reszta pielgrzymów, odsuwamy się jak najdalej od tej dziwnej niechętnej postaci.

Ale jest też przeciwwaga – 70-letnia francuska babcia z wnuczką, tak na oko około 10 lat. Są przemiłe, i dla siebie, i dla nas. Mała opowiada o trasie i o tym, że już od roku trenowały z babcią chodzenie, żeby sprostać trudom drogi. Rodzice załatwili dziewczynce zwolnienie ze szkoły. Odwieźli obie do Burgos i przyjadą też po nie do Santiago.

Tak to po raz pierwszy słyszę z ust pielgrzyma, że dojdzie się do Santiago. Najwyraźniej istnieje jakieś niepisane prawo, które pozwala podczas wędrówki rozmawiać o życiu i o drodze, ale zabrania rozmów o celu tej drogi. Francuska dziewczynka nic sobie z tego nie robi. Dojdą z babcią do Santiago, a tam będą czekali mama i tata.

Kładziemy się spać. Hospitalera prosi, żeby nie nastawiać budzików i nie wychodzić przed śniadaniem. Obudzi nas muzyka, zjemy śniadanie, posprzątamy, pozmywamy i wtedy pójdziemy.

To pierwsze schronisko, w którym obudzi nas muzyka. Miłe doświadczenie, niestety od teraz będzie to się zdarzało coraz częściej i będzie to wszędzie ta sama muzyka. Widocznie ktoś zrobił biznes na budzeniu pielgrzymów.

Ech, życie.

Jesień dla każdego

jesiendlaraomana1Roman Brodowski

Kresowa jesień

W tym roku jakoś inaczej
Śpiewają wody Niemna.
Jesienna pora nadeszła
Niby złodziej czasu, ciszą

Stare drzewa w pokłonie
Oddają resztę przepychu
Czekającej pokarmu ziemi,
Pozostają w smutnej nagości.

Okryte złotym dywanem
Ułożonych wiatrem, liści,
Nadniemeńske nadbrzeża
Zapraszają na randes-vous

Ptaki żegnają przestrzeńjesiendlaraomana5
Szybując niby kluczami
Po bezkresie szarego nieba
Do nowej przystani spokoju.

Na chlebowych polach chłopi
Zbierają ostatnie plony,
Ostatnie dary bożej łaski
Na czas długiego snu.

I tylko łosie beztrosko stąpają
Po bujnej zieleni mokradeł,
Witają jesienny czas nostalgii.
Na dalekiej, kresowej rubieży.

Berlin, 02.10. 2013

Czas wrzosu

Niedługo zakwitną wrzosyjesiendlaraomana6
Na barwnej polanie mej duszy,
I jesień nadejdzie – czas zbioru
Uczynków, doświadczeń i wzruszeń.

Usiądę przed wyschłym żurawiem,
Przy którym wiatr tańczy żałosny
I wspomnę, co tylko potrafię
I wrócę pamięcią do wiosny.

Zawitam pieszczotą młodzieńczą
Pod strzechę matczynej czułości
By poczuć raz jeszcze – ostatni
Smak miodnej i winnej miłości.

A potem na skrzydłach gołębich,jesiendlaraomana2
Odziany w biel prawdy sumienia,
Odwiedzę żyjące w przestrzeni
Tęsknoty, pragnienia, marzenia.

I może napiszę tę powieść
O losie człowieczym, o trwaniu.
Tę powieść znaczoną mym życiem,
Mym smutkiem, radością, kochaniem.

Tak – pora nostalgii i wspomnień
Czas kwiecia chryzantem i wrzosu
Jest czasem rozliczeń, pokory…,
Czekaniem w ramionach Logosu.

Berlin, 18.08.2014

Wierszyk jesienny

Kasieńce

W zielonym parku
Niewielkiego miastajesiendlaraomana3
Rosną dwa drzewa
Obak siebie, w zgodzie.
Jednym jest kasztan
Rozłożysty, zdrowy,
Drugim zaś dąb wielki…,
Widać, że wiekowy.

Chociaż są tak różne,
Niepodobne do siebie
Począwszy od koron
A na pniach skończywszy,
Mają coś wspólnego,
Jedną wspólną cechę
Darzą wszystkie dzieci
Radością i śmiechem.

Od lat niepamiętnych,
Zawsze w złotą jesień
Gdy dojrzeją owoce,
Gdy pożółkną liście,
Zrzucają swe skarbyjesiendlaraomana4
Na trawiasty taras,
By je ktoś zobaczył
By je ktoś odnalazł.

Tak leżąc cierpliwie
Brzuchate kasztany,
Żołędzie w czapeczkach,
Liście wielobarwne,
Marzą sobie o tym
By je ktoś pozbierał,
Zaniósł do przedszkola
By się nimi bawiły
Kasia, Zbyszek, Ola…,

By wszystkie dzieciaki,
W jesienną pogodę,
Gdy na dworze szaruga,
Gdy pochmurne niebo,
Mogły z darów przyrody
Tworzyć świat wesoły
Z kasztanów, z żołędzi,
Ludziki, psy, pszczoły…

Wrzesień 2012

Kartoflisko

Nad rozczochranym polem
Unosi się zapach dostatkujesiendlaraomana8

Brunatne chłopskie dłonie
Pieszczą płody rodzicielki

Kosze wypełnione darami
Świadczą o pełni miłosierdzia.

A na wydeptanej twardej miedzy
Czeka ptactwo swojego udziału

Szara jesień przysiadłwszy nad ziemią
Słucha modlitwy świerszcza.

Zapatrzona w pożogę kartowliska
Cierpliwie czeka ostatniego zbioru

A po nim? – no właśnie, co po nim ?
Spieszmy się przed nastaniem głodu.

Berlin 07.10. 2011

Jak uśmiech jesieni

Złotolistny dywan pod stopami leży
Babie lato srebrzy wśród promieni. PICT2716.JPG
Klucze ptaków płyną po bezkresie,
Po jesiennej, pochmurnej przestrzeni.

A ja lubię nostalgię jesienną,
Wspominanie lata przy herbatce
I jesienne przy świecach wieczory
W mojej małej, wsią pachnącej chatce

Lubię deszcze płynące po szybie
Szelest wiatru w gałęziach dębiny
I płomienie w kominku tańczące…,
Lubię uśmiech jesiennej dziewczyny.

Złotolisty dywan pod stopami leży
Babie lato srebrzy wśród promieni
A ja czekam cierpliwie tej jednej,
Która przyjdzie w uśmiechu jesieni.

Bytom, 15.10.1981

jesiendlaraomanaAFotos Ania, Dorota, Ewa, Krzysztof, Kasia

Alma (6)

Lech Milewski

Pieśń Almy

Wygląda na to, że Alma wzięła swój los we własne ręce. Teraz inni będą tańczyć tak jak ona zagra. Jako podkład muzyczny proponuję zatem pięć pieśni jej autorstwa…


Z książki Almy:
“Pod koniec roku 1914 moja znajoma wspomniała, że pewien młody architekt, niejaki Walter Gropius, osiągnął ogromny sukces na wystawie Deutscher Werkbund. Walter Gropius… moja krótka, poważna przyjaźń z Tobelbad rozpłynęła się gdzieś w mgle czasu, ale nigdy nie wątpiłam w jego talent. Napisałam list z gratulacjami… Otrzymałam odpowiedź, że porucznik Gropius, z takiego to regimentu, przebywa w szpitalu lecząc kontuzje, których doznał podczas działań wojennych” – bibliografia (2).

Niejaki Walter Gropius? Według Francois Giroud – bibliografia (1) – Alma nigdy nie straciła kontaktu z Gropiusem. Dowodem są jej listy, które Gropius skrupulatnie przechowywał. Alma przeprowadziła drastyczną cenzurę swojego archiwum korespondencji, ale nie przewidziała, że Walter zachował nie tylko otrzymane od niej listy, ale również kopie swoich listów do niej.

Przenieśmy się na chwilę na solidniejszy grunt oficjalnych faktów.

W 1914 roku Deutscher Werkbund – stowarzyszenie artystów, architektów, projektantów – zorganizowało w Kolonii, przy wydatnej pomocy wiceburmistrza miasta Konrada Adenauera, pierwszą swoją wystawę – KLIK. Architekci Walter Gropius i Adolf Meyer zaprezentowali tam swoją modelową fabrykę.

Czytając powyższą informację przetarłem oczy ze zdumienia – Konrad Adenauer?!
Konrad Adenauer – ten sam, którym często nas straszył towarzysz Wiesław Gomułka?
Ten sam.
Dopiero ten fakt uświadomił mi, jak bliskie czasowo są opisywane tu historie.

Walter odpowiedział na list z gratulacjami chyba dość chłodno, gdyż Alma skomentowała to tak:
Luty 1914: “Czuję, że mnie nie kocha. Będę musiała zrobić wiele, żeby znowu zaistnieć w jego oczach. Ten Niemiec nie będzie tak niewierny jak Oskar Kokoschka (…). Nie powinno zająć mi zbyt długo żeby go znowu zdobyć.”

“Pojechałam do Berlina z bewstydnym zamiarem odzyskania tego syna muz z wyższych sfer. Spędziliśmy dni na bolesnych pytaniach i noce na płaczliwych odpowiedziach. Walter Gropius nie może przejść do porządku nad moim związkem z Oskarem Kokoschką.”

Tak minęło kilka dni. Pożegnalny wieczór spędzili w restauracji. Stamtąd pojechali na stację kolejową odprowadzić Waltera, który wyjeżdżał odwiedzić matkę w Hanowerze. Przy pożegnaniu Walter trzymał Almę tak mocno w uścisku, że musiała wskoczyć do pociągu. “…bez koszuli nocnej, bez neseseru. Stałam się jego łupem. I podobało mi się to.”

Po kilku dniach spotkali się znowu. Gropius wyglądał bardzo dobrze w oficerskim mundurze.
“Nagle zaczął się zachowywać, jakby był moim mężem – robił wszystko żeby mnie poślubić, a ja dostaję dreszczy na myśl, że to może się rzeczywiście zdarzyć.”

Walter Gropius in his sergeant uniform in World War I.jpgZa kilka dni Walter pojechał na front. W liście napomknął o zazdrości, jaką nadal budzi w nim jej związek z Kokoschką. Komentarz Almy:
“Oskar miał prawo być nietaktowny, ale nie ten człowiek, ten tak zwyczajny człowiek.”

Walter Gropius – tak zwyczajny człowiek?

19 sierpnia 1915 roku Alma zapisała w swoim pamiętniku:
“18 sierpnia wzięłam ślub z Walterem Gropiusem. Nic nie odwiedzie mnie z mojego kursu. Moja wola jest jasna – nie pragnę niczego tylko uczynić tego człowieka szczęśliwym. Niech Bóg ochrania moją miłość.”

Urlop z okazji ślubu trwał tylko kilka dni. Walter musiał przy okazji uzupełnić swoje wyposażenie. “Było duszno, wyszłam na zewnątrz. I wtedy przytrafiło się, że zauważyłam ulicznego handlarza książkami. Kupiłam magazyn literacki a ten otworzył się na poemacie Franza Werfla – Der Erkennende.”

Ten przypadek jest na tyle istotny, że przytoczę wiersz w całości:

Ten, co rozpoznał

Ludzie nas kochają, nieszczęśliwi
Wstają od stołu, by płakać przez nas.
A my wciąż siedzimy pochyleni nad obrusem,
Tak, jesteśmy chłodni, możemy ich zanegować.

Odrzucamy to, co nas kocha
Nawet zimno nas nie zmiękczy ni o jotę.
To, co kochamy wyzwoli się od słów i miejsc,
utwardzi się i nigdy już nie będzie nasze

A słowo, najważniejsze, znaczy – samotnie
płoniemy ku sobie w bezsile.
Wiem jedno – nic nigdy nie będzie moje.
A com posiadł jedynie, to tego rozpoznanie.

Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska

Tekst oryginału tutaj – KLIK.

Przypadek na tyle istotny, że Alma wykorzystała wiersz do jednej ze swych pieśni – proszę przestawić wideo na 9 min 6 sek.

Następne miesiące to czekanie na kolejne krótkie wizyty Waltera. Po kilku miesiącach małżeństwa Alma zaszła w ciążę – to już po raz siódmy.

Latem 1916 roku gazety podały wiadomość, że Oskar Kokoschka zginął w bitwie pod Łuckiem. Alma miała klucze do pracowni, więc pospieszyła tam i zabrała wszystkie swoje listy. Po chwili zastanowienia zabrała również kilkaset rysunków i szkiców.
Ale Oskar nie zginął. Miał płuco przebite bagnetem i postrzał głowy. Uznany za zabitego, spędził noc na polu bitwy, lecz następnego dnia został zabrany do szpitala. Po kilkunastu dniach przewieziono go do szpitala w Wiedniu. Za pośrednictwem przyjaciół dał Almie znać o swoim miejscu pobytu i poprosił o wizytę. Alma stanowczo odmówiła. Widocznie wzięła sobie do serca nietzscheańską zasadę, której nauczył ją Burckhard – jeśli ktoś potrzebuje pomocy, to znaczy, że na nią nie zasługuje.

W październiku 1916 roku urodziła się córka, której nadali imię matki Waltera – Manon.
Walter był na froncie i nie mógł odwiedzić Almy, ale kupił jej w prezencie obraz, który bardzo lubiła – Edward Munch – Nocne Słońce…

Munch - The Night Sun

Spotkanie nastąpiło kilka dni później. Walter jechał lokomotywą całą dobę z frontu zachodniego. W pierwszym odruchu Alma nie pozwoliła mu zobaczyć dziecka. Dopiero po długich prośbach pozwoliła mu popatrzeć na córkę z odległości. Walter powiedział jej później, że wyglądała jak tygrysica stająca w obronie swoich dzieci, Alma tłumaczy to inaczej:
“…prawda leży głębiej. Sama nie zdawałam sobie wtedy z tego sprawy, ale to nie była kwestia higieny. Nie chciałam mu pozwolić na dostęp do dziecka gdyż instynktownie czułam, że to już zmierzch naszego związku, że nie potrafię żyć w tym małżeństwie dużo dłużej.”

Jednocześnie:
“Czy ja jestem tą samą kobietą, która chciała się wznieść z Gustawem Mahlerem? Wszystko wokół zadziwia mnie. Opiekuję się dzieckiem i nie potrafię zrozumieć tej zmysłowości, której nauczyło mnie życie.”

To jest rzeczywiście zupełnie inna Alma, ale jednak:
“Czasem mam dosyć tej prowizorycznej egzystencji i mam ochotę zrobić coś złośliwego. Och, odrobina złośłiwości. Moja miłość do Waltera ustąpiła miejsca znużeniu małżeństwem. Małżeństwo nie może funkcjonować na odległość.”

Alma prowadziła nadal ożywione życie towarzyskie. W jej salonie, dotychczas odwiedzanym głównie przez ludzi związanych z malarstwem lub muzyką, zaczęłi pojawiać się również literaci.

Franz Werfel

Pewnego dnia Franz Blei – wydawca i krytyk literacki – “…przyprowadził swojego znajomego, masywnego mężczyznę o zmysłowych wargach i pięknych niebieskich oczach pod goetheańskim czołem. To był Franz Werfel.”

Tak – autor wiersza Der Erkennende, który wpadł Almie przypadkowo w ręce tuż po ślubie.

“Mój zachwyt jego twórczością spowodował, że od razu poczuł się swojsko. Był nieprzeciętnie muzykalny, kochał muzykę Mahlera i wyznał, że chciał mnie już wcześniej poznać z tego powodu. Miał piękny głos i był nadzwyczajnym mówcą, wykładowcą, gawędziarzem.”

Franz Werfel, młodszy od Almy o 11 lat, był typowym wiedeńczykiem, chociaż urodził się w Pradze, gdzie jego ojciec posiadał fabrykę rękawiczek. Nonszalancki, dogadzający sobie, spędzał czas w kawiarniach, palił za dużo, za bardzo lubił wino, kochał kobiety i wszelkie przyjemności życia.
Powołany do wojska, podczas pierwszego urlopu doznał kontuzji, za co został postawiony przed sądem wojennym. Dzięki wstawiennictwu wpływowego admiratora został oczyszczony z zarzutów i przeniesiony na najlepsze możliwe stanowisko – oficer prasowy z siedzibą w Wiedniu.

Wkrótce stał się stałym gościem w domu Almy.

Któregoś dnia w listopadzie (1917), gdy Gropius był na przepustce w domu, odbyło się urocze spotkanie towarzyskie. Przybyli Blei i Werfel – grali, śpiewali. Wieczorem nadeszła burza, goście nie mogli powrócić do domu, impreza przeciągnęła się do późnej nocy…
“…staliśmy się nagle tak intymnie połączeni; to było duchowo-muzyczne cudzołóstwo na oczach wszystkich. Franz Werfel jest cudownym skarbem. Gdy w końcu udałam się z mężem do sypialni miałam bardzo dziwne uczucia.”

Dwa miesiące później:
“Jestem szalona… Werfel też. Gdybym była 20 lat młodsza rzuciłabym wszystko, żeby iść za nim. A tak muszę pozostać z płaczącym sercem, gdy on zajmuje się swoją karierą wybrańca bogów.”

Alma odwiedzała Franza codziennie w jego apartamencie w hotelu Bristol. Kochali się, po czym Alma pilnowała, żeby wziął się do pracy i spędził nad nią przyzwoitą ilość czasu.
W ramach swych obowiązków wojskowych Franz został wysłany z misją do Szwajcarii. Miał tam wygłosić serię prelekcji, promujących zaangażowanie Austrii w wojnę. Franz był jednak zdecydowanym pacyfistą i dał temu wyraz w swoich prelekcjach, wywołując oburzenie lokalnych Austriaków i entuzjazm szwajcarskiej klasy robotniczej. Został w trybie pilnym odwołany do Wiednia.

Walter walczył na froncie zbyt odległym od Wiednia, żeby mógł odwiedzić Almę. Na początku 1918 roku Alma pojechała spotkać się z mężem w Berlinie. Miała mu do zakomunikowania istotną wiadomość – jest w ciąży.

Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
2. Alma Mahler – And the bridge is love – KLIK .

Ausstellung / Exhibition / Wystawa: Bruno Schulz

Lidia Głuchowska

Foto oder Grafik? »Kabinett der historischen Fototechniken« von Mariusz Kubielas bei dem Europäischen Monat der Fotografie in Berlin 2014

Der Fotozyklus „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu“ ist das Ergebnis eines 2004 initiierten Kunstexperiments, das vom literarischen und bildkünstlerischen Werk des polnisch-jüdischen Künstlers Bruno Schulz aus Drohobytsch (früher Österreich-Ungarn und Polen, heute Westukraine) inspiriert wurde. Sein Effekt bilden inszenierte und auf dem Negativ festgehaltene Szenen aus dem Grenzbereich zwischen Performance und Pantomime, die an eingefrorene Bildausschnitte aus einem Stummfilm erinnern.

Schulz 1Dieses transmediale Projekt, das auch durch Auszüge aus Schulz’s Prosa und die metaphorischen Titel der Arbeiten bereichert wird, dient der Aktivierung des internationalen und generationsübergreifenden Diskurs über das multinationale und multikonfessionelle Kulturerbes Mittelosteuropas.

Schulz 2Die größte Attraktion dieser Fotoschau ist jedoch das »Kabinett der historischen Fototechniken«, welches ca. 20 einmaliger Aufnahmen umfasst, welche Zeichen des persönlichen Stils des Künstlers tragen. Wie kaum einem zeitgenössischen Fotografen ist es Kubielas (geb. 1953) gelungen, einige um die Wende des 19. und 20. Jahrhunderts verwendete manuelle Techniken der Fotografie und deren Varianten zu rekonstruieren. Damit erreichte er Effekte von genauester Wiedergabe der Wirklichkeit sowie schärfster Licht-Schatten-Kontraste oder bis zur „impressionistischen“ Körnigkeit und edlen Matts der Bildoberfläche.

Der Realisierung des Kabinetts gingen Kubielas Studien zur Rekonstruktion archivalischer Technologien zur Schaffung von Lichtbildern voraus, die er 2004 an der Hochschule für Fotografie in Jelenia Góra/Hirschberg begann und bis heute in Zusammenarbeit mit führenden polnischen Experten, wie Cezary Chrzanowski, Roman Michalik, Janusz Sochacki und Rafał Warzecha weiterführt. Der Initiator dieser Arbeiten war Andrzej Pytliński, Patron des informellen Freundeskreises der historischen Fototechniken.

Das „Kabinett der historischen Techniken” von Mariusz Kubielas ist ein offenes Projekt: auch nach Ablauf des Europäischen Monats der Fotografie wird es fortgeführt und um weitere Varianten derselben Motive in weiteren Techniken ergänzt. In näherer Perspektive ist die Präsentation des Zyklus in Belgrad, Helsinki, Brüssel, Bratislava und Prag geplant – vorbereitet von dem Künstler in Zusammenarbeit mit der Kuratorin Dr. Lidia Głuchowska.

Ausstellung Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu

Kuratorin: Dr. Lidia Głuchowska
Vernissage: Donnerstag, 2. Oktober 2014, 19.00 Uhr
Ausstellungsdauer: 4. Oktober bis 14. November 2014

Begleitpublikation:
Lidia Głuchowska (Hg.): Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones, Wrocław: Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu, 2013.

Über das Projekt wurde schon auf diesem Blog berichtet
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/18/bruno-schulz-reloaded/
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/03/22/kobieta-i-kon-rewers/

Ein Projekt im Rahmen des Europäischen Monats der Fotografie Berlin
http://www.mdf-berlin.de
und des Berliner Kunst- und Kulturfestivals Kunstkreuz: 10. bis 12. Oktober 2014
http://www.kulturring.org/kunstkreuz/

Vorbereitet vom Kultur- und Kunstzentrum OKiS in Wrocław
Mitfinanziert aus den Mitteln der Woiewodschaft Niederschlesien
http://www.okis.pl/site/zapowiedzii/n/1/n/1/951/n.html

Fotogalerie Friedrichshain, Helsingforser Platz 1, 10243 Berlin
Öffnungszeiten: Di, Mi, Fr, Sa 14 bis 18 Uhr, Do 10 bis 18 Uhr
Tel. (030) 296 16 84, Fax (030) 29 04 98 02
fotogalerie@kulturring.org • www.kulturring.org
S- und U-Bahnhof Warschauer Straße, Tram M10 und M13

Abbildungen

1. Mariusz Kubielas, Das große Glas oder Damals war die Mutter noch nicht da, jedoch…, 2010/14, 42 x 54,5 cm, 3 Paralell-Aufnahmen aus dem „Kabinett der historischen Techniken”
2. Mariusz Kubielas, Gebadet, Gummi
-4-chromatschicht, „Kabinett der historischen Techniken”, 2011/14 (Im Rahmen).
2a. Mariusz Kubielas, Gebadet, Gummi
-4-chromatschicht, „Kabinett der historischen Techniken”, 2011/14 (ohne Rahmen)

***

Photo or Graphics? “Cabinet of Historic Techniques” by Mariusz Kubielas during the European Month of Photography in Berlin 2014

Schulz2aThe photography cycle „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu“ is a result of an artistic experiment inspired by the literary and fine arts oeuvre of the Polish-Jewish artist of Drohobycz (previously Austria-Hungary and Poland, today located in Western Ukraine). Its result are scenes from the edge of performance and pantomime, recorded on the negative, which resemble the stopped frames of a silent movie.
That trans-media project also comprises fragments of Schultz’s poetry and metaphorical titles of the works. It aims at activating an international and beyond-generational discourse about a collective future, and the future of the multicultural and multi-confessional cultural heritage of Central-Eastern Europe.
The very special attraction of the show is the “Cabinet of Historic Techniques”, to which belong c. 20 versions of the unique photographs, which carry the hallmarks of inimitability as well as the artist’s style. Unlike many contemporary artists, Kubielas (1953) has managed to reconstruct numerous photographic methods from the turn of the 19th and 20th centuries, as well as their abbreviations. Using traditional manual techniques, he achieved not only a precise reflection of details of the reality or the sharp light-shadow effects but also the sophisticated mat of the picture’s surface up to its “impressionist” graininess.
The development of “Cabinet” was preceded by Kubielas’ study on the reconstruction of archival methods of creating photographs which he had started in 2004 at the Photography Professional School in Jelenia Góra and has continued up to today in cooperation with leading Polish experts, such as Cezary Chrzanowski, Roman Michalik, Janusz Sochacki and Rafał Warzecha. The initiator of these works was Andrzej Pytliński, patron of the informal Society of Historic Photographic Techniques.

“Cabinet of Historic Techniques” by Mariusz Kubielas is an open project: also continued after the end of the European Month of Photography it will be enriched by further variants of the same motifs in other techniques. In the nearest future it will be shown in Belgrade, Helsinki, Bratislava and Prague prepared by the artist in cooperation with the curator Dr. Lidia Głuchowska.

Curator: Dr. Lidia Głuchowska
Vernissage: Thursday, Oktober, 2nd, 2014, 7 pm.

4th of October until 14th of November 2014

Related publikation:

Lidia Głuchowska (ed.): Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones, Wrocław: Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu, 2013.

Projekt in the framework of the European Month of Photography Berlin
http://www.mdf-berlin.de
and the Berlin Art- and Culture Festival „Kunstkreuz“: 10- 12. Oct. 2014
http://www.kulturring.org/kunstkreuz/

Prepared by the Culture and Art Office OKiS in Wrocław
Supported by the of the Województwo Lower Silesia
http://www.okis.pl/site/zapowiedzii/n/1/n/1/951/n.html

Fotogalerie Friedrichshain, Helsingforser Platz 1, 10243 Berlin
Opening times: Tuesday, Wednesday, Friday, Saturday 2-6pm, Thursday 10am-6pm
Tel.
(030) 296 16 84, Fax (030) 29 04 98 02
fotogalerie@kulturring.org • www.kulturring.org
S- and U-Station Warschauer Straße, Tram M10 and M13

Images
1.
Mariusz Kubielas, The Great Glazing – The Mother Was Still not Present Then, Though 2010/14, 42 x 54,5 cm, 3 Paralell-Photographs from the “Cabinet of Historic Techniques”
2.
Mariusz Kubielas, Bathed, gum 4-chromate technique, “Cabinet of Historic Techniques”, 2009/14 (in the frame)
2a. Mariusz Kubielas, Bathed,
gum 4-chromate technique, “Cabinet of Historic Techniques”, 2011/14 (without the frame)

Lusatia alias Vita 6

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Czy może ktoś powiedzieć, iż wie naprawdę, czym jest Hornja Łužica, jeżeli nie odwiedził Budyšina? Nie może, rzecz jasna. Ruszamy przeto na południe. Już po chwili opuszczamy ostatnie, puste zazwyczaj, blokowiska Běłej Wody. Już za nami one zostały. A przed nami? Widok znajomy ten… Na horyzoncie znowu pojawiają się, i wkrótce zaczynają w nim dominować, ogromne dymiące kominy. Boxberg czyli Hamor. Kolejna elektrownia. A więc i kolejna kopalnia. Przysłowie łużyckie mówi: Bóg stworzył Łużyce, ale diabeł podłożył pod nie węgiel. Coś w tym jest…

Dopóki węgiel ten wydobywano jedynie na obszarze Łuku Mużakowa, problem nie był wielki: tam złoża kopaliny, jakkolwiek przez lodowiec wypchnięte niemal na powierzchnię i łatwo dostępne, zostały też przez aktywność glacjalną poszarpane na małe porcje. Kopalnie siłą rzeczy też musiały być małe. Wybranie do czysta złóż powodowało zapadanie się ziemi i powstawanie, wspomnianych już poprzednio, ponad dwustu jeziorek. Jak mówią geolodzy, całe pojezierze antropogeniczne, czyli ręką ludzką uczynione. Ale wokół moreny czołowej Jego Wysokość Lodowiec już tak nie narozrabiał. Węgiel zalega równomiernie na dużych obszarach i na tej samej mniej więcej głębokości. Toteż zamiast małych podziemnych szybów powstały tu wielkie odkrywkowe kopalnie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERATagebau Nochten. Zaiste, efekt diabelskiej działalności! A zdjęcie oczywiście pożyczone. Gdzieżby Viator był w stanie wykonać tak sugestywne ujęcie.

Zniknęły pola uprawne, lasy i jeziora. Wysiedlono mieszkańców licznych wiosek. Pozostały i wciąż się rozrastają wielkie dziury w ziemi. Tak jest wokół Chóśebuza, nie inaczej rzecz się ma na Górnych Łużycach.

Zdążając z Běłej Wody do Budyšina warto zatrzymać się w wiosce Wochozy. Ona, w porównaniu do tak wielu sąsiednich osad, miała naprawdę wiele szczęścia. Nie zrównano jej z ziemią. Otoczona kopalnią, na kształt półwyspu pośród wyrobisk, trwa. Dlaczego?

2 NochtenKościół w Wochozach, dla Niemców – w Nochten. Ocalał. Ilu, równie pięknych, już nigdy nie zobaczymy?

Wochozy istnieją, bo Wielki Przemysł też czasem musi, ze względów wizerunkowych, pokazać inną, ludzką twarz. Tak, kopiemy w ziemi koszmarne doły. Tak, stawiamy dymiące kominy. Ale na wrażliwości nam bynajmniej nie zbywa! Cóż nam szkodzi? Oszczędzimy Wochozy. Więcej: pokażemy wam coś, o czym nawet nie śniliście.

Co prawda, to prawda. Trzeba sporej dozy wyobraźni, żeby coś takiego stworzyć. Tam, gdzie się kończy Nochten, a zaczynają tereny nieczynnych już wyrobisk, stworzono obszar wzorcowej rekultywacji. Lausitzer Findlingspark Nochten. Czasem zwany po polsku dziwacznie Parkiem Znalezisk, ale nazwa Park Głazów Narzutowych jest zdecydowanie bardziej trafna. Bo i w rzeczy samej, na kilkunastu hektarach ziemi zrytej łopatami gigantycznych koparek, zgromadzono tu kilka tysięcy głazów zebranych we wszystkich okolicznych odkrywkach kopalnianych. Obsadzono je wrzosami, skalniakami, iglakami oraz rozmaitymi przerośniętymi bonsaiami, zaaranżowano stawy i strumyki szemrzące. Powstał park surrealistyczny nieco, ale przecież na swój sposób fascynujący. Do tego stopnia, że Viator odwiedził go już kilkukrotnie, zawsze wizyty swe bogato dokumentując fotograficznie. Jednak, gdy przyszło do działania i gdy zasiadł nad czystą kartą pliku Word, aby kolejny reportaż poetyzujący stworzyć, spostrzegł ze zdumieniem, że te zdjęcia albo się nie nadają do publikacji, albo kadr zawiera postacie krewnych i znajomych królika, którzy być może niekoniecznie chcieliby się na blogu pojawić własną osobą. Musiał przeto, lubo niechętnie, po raz kolejny sięgnąć do zasobów Wielkiej Sieci. Problemu z tym nie było żadnego, bo Surrealpark Nochten stał się ostatniemi czasy niezwykle popularny. Czemu się Viator, jak zaznaczono, nie dziwi. Podzielać jego przychylnej opinii nie trzeba. Wierzyć w czyste intencje Wielkiego Przemysłu nie należy. Ale zobaczyć warto.

3  kominyMoże i brzydkie nasze kominy, ale w głębi duszy tęsknimy za pięknem…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA…może i zryliśmy prastarą łużycką ziemię, ale czegoś takiego nie ma nigdzie na świecie…

5 ludzie…dajemy prąd elektryczny, możemy dać i estetyczny.

 Ruszaliśmy w naszą podróż, mając na sztandarach (no, powiedzmy, na proporczykach) wypisane ambitne hasło: Lusatia alias Vita. Łużyce czyli Życie. Łużyce jako życia metafora… Stańmy się więc godnymi naszych szczytnych ideałów.

Niestety, Viator czuje, że już się dłużej powstrzymywać nie zdoła: skłonność do pajacowania znów bierze w nim górę. Zasiada wędrowiec na jednym z głazów, ręką podpiera brodę (zbieżność z Myślicielem Rodina oczywiście zupełnie przypadkowa), marszczy czoło i zaczyna roztrząsać samą esencję ludzkiej natury. No bo, myśli sobie, to faktycznie wspaniała metafora! Czasem nasze życie dewastują źli ludzie, ślepy los, albo własna głupota. Potrafią je przeorać tak gruntownie i niszczycielsko, jak odkrywka kopalni pejzaże łużyckie. I co wtedy? Można siąść i płakać. Ale Park Głazów delikatnie sugeruje, że katastrofę życiową warto potraktować jako szansę. Na gruzach naszych uczuć i nadziei należy zbudować coś nowego. Coś, czego wcześniej nie byliśmy sobie nawet w stanie wyobrazić. A teraz voila! Niemożliwe staje się możliwe.

Łepetyna dymi Viatorowi, ale on się nie poddaje. Brnie dalej w tę nośną metaforę. Eksploatuje ją bezlitośnie i śmiało, jak Wielki Przemysł łużyckie złoża węgla brunatnego! Bo między tymi Łużycami i tym węglem jątrzy się bolesne rozdarcie. Jak, nie przymierzając, w duszy każdego, przeciętnie chociaż wrażliwego, człeka. Bo tu nie ma jednego oczywistego i dobrego rozwiązania. Nie będzie kopalni, będą wioski. Ale ludzie i tak z nich wyjadą za chlebem. Można być integralnym ekologiem, ale wtedy trzeba zdjąć ubrania, które produkowane są w fabrykach, wyłączyć internet, bo ciągnie energię, a i mikroprocesory też potrzebują kopalni surowców. No i trzeba zsiąść z rowerów – każdy metal powstaje w hucie. Zawsze jest coś za coś. Czysty ideał jest piękny, lecz nieosiągalny. I może o naszej wartości moralnej nie świadczy wcale fakt realizowania tego ideału, a po prostu odczuwanie bólu rozdarcia?

Ależ się wysilił Viator. A efekt rozmyślań, by użyć eufemizmu, nie poraża oryginalnością, niestety! Nie ma co, czas ruszać dalej. Przecież Budyšin wciąż trwa nie zdobyty.

Ukraina

Tekst ukazał się przedwczoraj na Facebooku.

Bożena Ptak

Raport z Krzemieńca

Od kilkunastu lat w pierwszych dniach września odbywa się w Krzemieńcu  konferencja „Dialog Dwóch Kultur”, dla której pretekstem są urodziny Juliusza Słowackiego. Biorą w niej udział naukowcy polscy i ukraińscy, muzealnicy, artyści, animatorzy życia kulturalnego i społecznego, a miejscem wymiany doświadczeń i poglądów jest Muzeum Juliusza Słowackiego oraz Instytut Pedagogiczny im. Tarasa Szewczenki / niegdysiejsze liceum założone przez Tadeusza Czackiego zwane Krzemienieckimi Atenami/.
W ubiegłym roku zostałam po raz pierwszy zaproszona na tę imprezę. Nie znałam osobiście żadnego z uczestników, ale bacznie obserwowałam wszystko i wszystkich, a w krzemienieckiej aurze zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Historia od lat jest moją pasją, więc na stosunki polsko-ukraińskie w swych obserwacjach byłam szczególnie uczulona, prawie nie wyobrażałam sobie dialogu miedzy reprezentantami dwóch stron, tak mocno poranionych, sobie nie ufających. I ten brak zaufania, dystans był odczuwalny w każdym referacie i bezpośrednim kontakcie. Jakby nikt nie chciał uderzyć w bolesną strunę, gość nie chciał urazić gospodarza a gospodarz gościa. Wśród polskich uczestników było kilka osób, których rodziny bezpośrednio dotknęła rzeź wołyńska, a wśród Ukraińców pewno nie brakowało dzieci sprawców tej rzezi. Ofiary i kaci, których potomkowie uważali za patriotów, a strona polska za barbarzyńców i ludobójców. Trudny dialog, ale dla przyszłości obu narodów, szczególnie dzisiaj, dialog konieczny.
Zdarzało się, że w wystąpieniach polskich wyczuwałam zarozumialstwo, jakby traktowanie Ukraińców z góry /my cywilizowani europejczycy/ i kozacki rewanż drugiej strony. Jakby powrót historii znanej mi z dzieł Sienkiewicza i różnych dawnych podręczników czy lektur. Potępialiśmy na zapisanych kartach okrucieństwo tych samych Kozaków, których determinację dzisiaj podziwiamy. I której nadal boimy się… Nieobliczalni Ukraińcy… My i oni… My i Zachód…
A jak postrzegał nas Zachód niegdyś? Dzisiaj? Szukając odpowiedzi na to pytanie, myślę o bardzo niepopularnej w naszej rodzinie ciotce ze Szwecji, która w latach siedemdziesiątych chciała uczyć mojego wizytującego ją brata, jak posługiwać się widelcem i nożem, jak otwierać okno, spuszczać wodę w klozecie, jak otworzyć gaz w kuchence. Sama pochodziła ze Złotowa. U moich pradziadków w gdańskiej dzielnicy Oliwa już w 1918 podłączono elektryczność.
Czkawka kulturowych podziałów, które czasami dotyczyły różnych regionów tego samego kraju. Ciągle jacyś oni i zazwyczaj lepsi „my”. Prymitywy i oświeceni. Wojowałam z rodzicami, którzy przeżyli swoje w czasie drugiej wojny światowej, a ja broniłam Rosjan, ich punktu widzenia. Ile pokoleń ofiar i katów musi wymrzeć, aby stało się możliwe stworzenie wspólnej Europy? Na czym ma polegać ta wspólnota europejska? Tym bardziej, że historia wraca nie tylko w naszym regionie. Wszak wydawałoby się, że sprawy drugiej wojny światowej już jakoś udało nam się załatwić, kat uderzył się w piersi, gdy tymczasem pojawiają się w obcych mediach „polskie obozy koncentracyjne”, rosną w siłę neofaszystowskie organizacje i marzą o powrotach do niebezpiecznych ideologii. Niby jedna Europa, a czują się w niej zagrożeni Szkoci, Baskowie, mieszkańcy Bałkanów. I myślę, że niewiele wiemy o aspiracjach ludów z dalekiej Syberii i Kaukazu. Jaka siła jątrzona ambicjami Putina i asekuracyjnymi działaniami UE wygra na Ukrainie i co z tego wyniknie? Obawiam się, że trudno przewidzieć. Czasami jeden zdolny populista jest w stanie zniszczyć najpiękniejsze plany i idee. Jak pogodzić ambicje małych i większych narodów z ideą zjednoczonej Europy? Jak pogodzić przy tych różnicach nie tyle obyczajowych co ekonomicznych, kiedy każdy bogaty kombinuje, żeby na nieudolnego biedaka płacić jak najmniej podatków? Z ludzką naturą nie poradziły sobie piękne w założeniu myśli Engelsa i Marksa… O tym wszystkim myślałam przed i w czasie mojej drugiej podróży do Krzemieńca.
Na szczęście nie jestem politykiem i historykiem tylko blondynką, w dodatku ciemną i poetką podpisującą się nazwiskiem z ptasim móżdżkiem w tle. Państwo wiedzą, że poetka to takie coś, co niewiele ma wspólnego z racjonalną oceną rzeczywistości i zamiast patrzeć w przyszłość, spogląda w gwiazdy i z nich wróży? Poza „ptasim móżdżkiem” mam ludzkie odruchy i robię wszystko, aby idealizmu nie degradowano współcześnie do pojęcia infantylizmu. Wcale nie muszę rozumieć tych politycznych gdybań, bo jako kobieta, matka, żona i babcia, i jako poetka, i jako człowiek przede wszystkim jestem uczulona na przemoc, agresję, łzy, niesprawiedliwość. Dzisiaj gryzę się w język historii – co z wybaczeniem niewiele ma wspólnego – i patrzę na współczesną ambitną Ukrainę, Ukrainę krwawiącą i płaczącą, Ukrainę borykającą się z szukaniem własnej tożsamości, uwikłaną w przeszłość chlubną i wstydliwą, gdzie ciągle żywa jest pewno mentalność sowiecka, kozacka.
Nie wnikam, kto tam kombinuje, manipuluje, gra na emocjach i nacjonalistycznych wspomnieniach. Ja widziałam tam determinację i patriotyzm, a w całości zobaczyłam nadzieję na mądrą, merytoryczną dyskusję dotyczącą wspólnej historii. I co z tego, że Niemcy niegdyś uderzyli się w pierś po drugiej wojnie światowej, kiedy dzisiaj wracają ze swymi hasłami nazistowskie organizacje i „polskie obozy zagłady” w propagandzie i mediach. Tak, boję się ukraińskiego prawego sektora i pomników Bandery ale…
Patrzę na poczynania Rosji, w której dobre intencje nikt nie nauczył mnie wierzyć, a ona sama przede wszystkim. Patrzę na siebie, swój rząd i Europę, a i tu z wiarą mam problemy.
Postawiłam na siebie, ciemną blondynkę z ptasim móżdżkiem, której idealizm własne dzieci od dawna nazywają naiwnością i głupotą. Marzy mi się sąsiedztwo wolnej Polski z autonomiczną Ukrainą. Wierzę, że czasami zło wymyka się spod kontroli, a knowania polityczne nie kończą się sukcesem ich autorów. I za cholerę nie potrafię odczepić się od polskich doświadczeń historycznych…
Przed wyjazdem do Krzemieńca przekonałam kilka osób, aby mi zaufały i dały kilka groszy na ukraiński szlachetny cel. Wiedziałam, że najbardziej potrzebne są kamizelki kuloodporne, hełmy, noktowizory i takie tam frontowe rzeczy, o których zdobyciu nie miałam pojęcia. Zresztą, o czym gadać, jak uzbierałam tylko tysiąc złotych? Wzięłam więc ze sobą tę skromną kwotę, planując, że w autokarze naradzimy się, co z nią zrobić. Wiedziałam, że będą ze mną ludzie lepiej znający sytuację na Ukrainie. Byłam świadoma, że Krzemieniec od wojny daleko, ale nie miałam pojęcia, czy na przykład medykamenty lepiej kupować tam czy w Polsce? Jak wygląda zaopatrzenie sklepów?
Z medykamentami poszło łatwo, bo farmaceutka w aptece w Chełmie poinformowała nas, że „na stanie” posiada niewielkie ilości bandaży, środków dezynfekujących, przeciwbólowych i musi zamówić, a przez granicę i tak nie wolno. Na pytanie, która strona tworzy problemy, nie uzyskałam odpowiedzi. Postanowiłam zawieźć pieniądze. Pozostawał problem, komu je dać w kraju słynnym z korupcji. Księdzu? A może lepiej w cerkwi? Komuś z władz miasta? Do mojej akcji charytatywnej członkowie naszej delegacji odnieśli się z rezerwą. Doświadczenia rzezi wołyńskiej nie były udziałem mojej rodziny, która ma swoje porachunki z Litwinami, ale dla nich też kwestowałam pod kościołami w Gdańsku w 1991 roku. Nie podoba mi się ich dzisiejsza postawa wobec mniejszości polskiej, ale kwestowania nie żałuję. Taka natura ciemnych blondynek o ptasich móżdżkach.
Tylko rok minął od mojej poprzedniej wizyty w Krzemieńcu, a jakby wiek cały. Przede wszystkim zmniejszył się dystans: my – oni. Jakby więcej ufności i wiary, cieplejsze międzyludzkie stosunki. „A ty im wierzysz? Teraz nas potrzebują” – skomentował ktoś z naszych moje pozytywne refleksje. Dmytro Pawłyczko swoim proeuropejskim przemówieniem przekonał mnie do siebie już w ubiegłym roku, a w tym wzruszył, mówiąc o obecnej sytuacji Ukrainy. On płakał, ja płakałam, a tymczasem ktoś sączył mi jad w ucho: „Nie wzruszaj się, on był w UPA”. Popatrzyłam na faceta i policzyłam, ile wtedy mógł mieć lat. Podsumowałam wszystko, co zrobił w wieku dojrzałym. Przypomniał mi się nie tylko Gunter Grass, ale też chłopcy z historycznymi etykietkami, którzy zapisywali się do wszystkiego, co było w ich zasięgu, aby walczyć o wolność ojczyzny. Tak, tak, wiem, Grass inna kategoria, ale dla naszego pojednania wiele zdziałał, tak jak Pawłyczko zresztą. W język historii skutecznie ugryźć się nie da, zdaję sobie sprawę, pomagając dzisiejszej Ukrainie.

Krzemieniec – zdjęcie Dariusz Kostecki 2013

Trzymam w Krzemieńcu te kilka uzbieranych groszy i zastanawiam się, komu je dać. Spodobał mi się młodziutki polski ksiądz, ale… wyda je na parafialne potrzeby, a moi ofiarodawcy nie wszyscy może byli z kościołem katolickim związani. Od cerkwi odrzuciło mnie wyznanie spotkanej na ulicy kobiety, od której nie chciano przyjąć pieniędzy za mszę w intencji syna walczącego na wschodzie, a z jej relacji zrozumiałam, że bez Boga z Putinem nie zwycięży Ukraina. Bardzo prosiłam Mariusza Olbromskiego, inicjatora Dialogu, który serce, czas, życie poświęca idei naszego ukraińsko-polskiego pojednania, abyśmy z tą niewielka sumką zadziałali rozważnie i niezbyt pochopnie. Zainteresował mnie nowy burmistrz miasta. W ubiegłym roku był inny. Kim jest ten nowy? Skąd taki młodzik na urzędzie?
Gdzie podział się dawny mer? Jak wyglądają stare i nowe układy władzy w mieście? Moje pytania nie bez kozery, bo brały się własnych doświadczeń posierpniowych w Polsce. Na pewno nie wniknęłam w niuanse, ale dowiedziałam się, że dawny burmistrz Krzemieńca złożył dymisję, buntując się przeciw polityce Partii Regionów /plus dla dawnego/, potem Krzemieniec był pozbawiony szefostwa. Wrócili chłopcy z Majdanu z Kijowa, ale jeden w trumnie, przyjaciel i rówieśnik obecnego burmistrza i odbyły się wybory. W Krzemieńcu ceniono go nie tylko jako „gieroja z Majdanu”, bo wcześniej dał się poznać jako działacz społeczny, który założył kilka pozarządowych organizacji, organizował akcje ekologiczne /np. “Sprzątamy Krzemieniec”/. I znowu ktoś z polskiego prawego sektora szepnął mi jak diabeł w ucho, obok którego ptasi móżdżek: Czy wiesz, że to prawy sektor, banderowiec?
Kiedyś, co uwieczniłam w jednym ze swych wierszy, znany pisarz polski na mojej przepięknej imprezie z okazji sześćdziesiątych urodzin zadał mi w ucho pytanie: Czy twój ojciec był endekiem? – Zabrzmiało, jakby był wyżej kapo w obozie. Tak, z historią musimy wziąć się za bary, ale pewno nie każdy narodowiec dzisiaj chce tworzyć wyniszczającą inne narodowości politykę, nie każdy z NSZ i, mam nadzieję, z UPA był mordercą. Trzeba rozważać przyczyny i skutki. Miotam się w tej przeszłości, a chciałabym lepszą tworzyć przyszłość, czasami gryząc się w język historii.
Wierzcie mi, że ci idealiści z Majdanu, którzy objęli stanowiska burmistrzów miast i starostów, stawiają sobie za cel walkę z ukraińską korupcją. Są jej świadomi. Przyjęcie moich gównianych 1000 zł podpisał cały „pułk”. Nie ma z łapki do szufladki, mer pilnuje, a na jego biurku złoty chlebek – symbol walki z korupcją. Smutno mi tylko, że ja wiem dalej. Tacy jak on albo ulegną deprawacji, albo pójdą w nieznane. Nie ma kraju z miejscem dla idealistów…
Poznałam też kulisy wojny, która w XXI wieku toczy się tuż, tuż. Ile kilometrów dzieli dwa miasta na „L”, Lublin i Lwów? Niektórzy w Polsce nie mają pojęcia o ukraińskich przestrzeniach i żegnali mnie jak bohaterkę wyruszającą na front. Nie, tam gdzie byłam, sklepy, kawiarnie, hotele jak w Polsce. Chodniki bardziej garbate, ukraińskie flagi widoczne nie tylko na budynkach administracji, ale też w prywatnych domach, samochodach, wszyscy śledzą na ekranach telewizyjnych wieści płynące ze wschodu Ukrainy. Tyle wojny. I aż tyle. Krzemieniec na wschodzie ma swój oddział, który musi wyposażyć i utrzymać. Wysyłając chłopaka na wschód musi go ubrać i odpowiednio wyposażyć /kamizelka kuloodporna, hełm, medyczne środki, itd…/ – tylko broń otrzymują na miejscu. Jeżeli mer twierdził, że za nasze 1000 zł on wyposaży czterech żołnierzy… Największy problem z kamizelkami i hełmami. Zobowiązałam się pomagać krzemienieckiemu oddziałowi, ale zupełnie nie wiem, jak sobie Dialog z tym zobowiązaniem poradzi. Cała nadzieja, że wszystko szybko się skończy. Za 1000 złotych czterech? Jakie to jest wyposażenie? Odpowiedź otrzymałam cholernie szybko, bo kiedy siedziałam w gabinecie mera, odezwał się telefon. Został raniony w głowę jeden z krzemienieckiego oddziału. Nie miał hełmu. Szybko zapytałam, czy można w Polsce zorganizować jakąś pomoc medyczną. Nie nadawał się do transportu. Będzie operowany w Kijowie. -Może rehabilitacja w Polsce? – Może… Jak przeżyje…
– Chcecie wygrać tę próbę sił z sowietami?
– Oczywiście, innego wyjścia nie ma – odpowiada mi młody idealista, majdańczyk, burmistrz Krzemieńca.
– Europa wam pomoże?
– Na to liczymy, w tym nasza nadzieja.
– A jeżeli was zawiedzie?
– Nie będzie Ukrainy, wykrwawimy się do końca.
Wiem, że udało się znieść z tej ziemi małe nacje. Nie ma Mazurów, Słowińców i wielu, wielu innych języków, kultur. Ukraińcy, podobnie jak my Polacy, nawet gdybyśmy jedni i drudzy zdeterminowani gotowi byli się wykrwawić, nie wykrwawimy się do końca. Jednak nasze konflikty, niezapomniane krwawe długi to trele morele w stosunku do wroga wspólnego, który nijak nie chce być w naszej Europie człowiekiem, a Europa jak naiwna dziewoja w uczłowieczenie małpy wierzy. Nie, nie chcę obrażać Rosjan z małpą porównując, bo to tylko metafora, która ma pokazać, że mentalnie dzielą nas kulturowe przestrzenie. Ta ich przestrzeń pochłania moją ciekawość, ale dla mnie, ciemnej blondynki, ptasiego móżdżku jest otchłanią nie do pokonania. Pozostawia mnie bez złudzeń.

Kukra i jolki

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Były takie wakacje, spędzone w osadzie domków kampingowych nad kaszubskim jeziorem Wdzydze,  kiedy lało bez przerwy i również bez przerwy Mama, Kasia i ja grałyśmy w kukrę. Kukra to gra podobna do kanasty czy remika, ale znacznie bardziej skomplikowana i trudniejsza. Jeśli akurat nie lało, Mama się opalała, a my mogłyśmy robić, co nam się żywnie podobało.

To błahe wspomnienie wróciło do mnie ostatnio z uderzającą siłą, każąc się zastanowić nad pytaniem, dlaczego była to kukra, a nie kanasta czy remik? Myślę, że sprawę da się wyjaśnić następująco: Mama lubiła tylko trudne zadania i to takie, których trudność łączyła się z elegancją formy. Łatwo więc zrozumieć, dlaczego Mama uznawała tylko jolkę z Gazety Wyborczej, choć nie rozwiązywała żadnej innej krzyżówki. Bo to była inteligentna jolka, tworzona przez inteligentnego, trudnego partnera. Do jolki zaraz wrócę, ale jednak, by nie rozbijać nadmiernie toku narracji, najpierw zajmę się kukrą. Bo kukra wymaga detektywistycznej żyłki, jako że, witajcie w naszej bajce, gry tej nie ma. Bo oczywiście jest tak, że jeszcze niedawno wszystko co było, było również w google’u, albo nawet Wikipedii. Teraz Internet się skomercjalizował i to, że czegoś w nim nie ma, może oznaczać, że owszem jest, ale najpierw muszą się pojawić wszystkie wpisy o hotelach, i że Xanadu to nie jest tajemnicza stolica Kublaj-Chana lecz oprogramowanie, a Avalon nie jest wyspą króla Artura lecz stacją metra. Kukra jest miastem w Nikaragui, a po polsku przede wszystkim pseudo eleganckim zastępstwem internetowym za wulgarną kurwę.

A zatem – kukra przypominała kanastę lub remika i doprawdy nie wiem, czym się od nich różniła. Zapytana o to Ciocia Janka, kuzynka Mamy, udzieliła takiej oto odpowiedzi:

Po wojnie grywaliśmy w “kukrę”, której nazwa pochodzi od pierwszych sylab zdania “Ku Krakowu szło trzech głupich”. Był to lekko zmodyfikowany remik lub remi. Modyfikacje zapożyczono z madżonga, w którego namiętnie grywali nasi Rodzice, a Ojciec zdobył tę grę w czasie okupacji i graliśmy w nią w domu w Zielonce.

O madżongu już pisałam. TU.

Przy okazji, dr Maciej Malinowski, mistrz ortografii polskiej, wyjaśnia, że to ku Krakowu jest poprawne. Jeśli przed nazwą miasta w trzecim przypadku użyjemy przyimka “ku”, nie będzie błędne – o dziwo! – wyrażenie ku Krakowu, a także: ku Tarnowu, ku Ostrowu, ku Tczewu, ku Sochaczewu. Tę przestarzałą konstrukcję językoznawcy dopuszczają (obocznie) do użytku, preferując rzecz jasna współcześnie o wiele lepsze ku Krakowowi, ku Tarnowowi, ku Ostrowowi, ku Tczewowi, ku Sochaczewowi.

No tak, moja Ciocia, moja siostra, a nawet mój siostrzeniec twierdzą, że wiedzą, jak się gra w kukrę, a ja nie. No, nie wiem i już. I jak dotąd nie udało się nam zebrać razem, bym mogła sobie przypomnieć. Pozostają tylko wspomnienia. Widzę ustawiony pod oknem stół w wilgotnym domku kempingowym. Szyby są zlane strugami deszczu, za oknem widać ciemny, mokry las sosnowy. Kasia siedzi po lewej pod ścianą, ja pośrodku, tyłem do drzwi, Mama po prawej, koło okna. Tasujemy dwie talie kart o różowych i niebieskich koszulkach, rozdajemy je, reszta zostaje w zakrytym stosie, jedna karta ze stosu leży wyłożona obrazkiem do góry. I… I co?

Zastanawiam się, czy jest możliwe, że kukra to wynalazek rodzinny i że poza nami nikt go nie zna?

pudelkonakarty

To zapewne były te same karty, w domu używane do pasjansów, na wyjeździe również do gry.

Oceniam, że jako rodzina stawiamy tylko trudne pasjanse, gramy tylko w trudne gry, a jeśli są za łatwe, utrudniamy je sami, rozwiązujemy tylko trudne i inteligentne krzyżówki. Sądząc z wypowiedzi Cioci w sprawie pasjansów i kukry, to nie Mama była autorką zasady, że tylko trudne i piękne jest warte uwagi, lecz raczej ojciec Cioci czyli Dziadek Wiktor. Wydaje mi się, że zanim nastała jolka w Gazecie Wyborczej, Mama rozwiązywała krzyżówki w Przekroju, a może również w gazecie Świat.

Jolka, jak podaje Wikipedia, to  rodzaj krzyżówki, w której określenia do haseł wypisane są bez podania miejsca wpisywania. Określenia wypisane są najczęściej w kolejności losowej, rzadziej w alfabetycznej kolejności odgadywanych wyrazów. Ja dodam, że w jolkach w Wyborczej, na diagramie umieszczone były jakieś litery, np. L albo H.

Te dawne wspaniałe jolki w Wyborczej układał podobno Jacek Szczap. My wprawdzie w domu wierzyliśmy, że ich autorem był syn Władysława Kopalińskiego, ale nigdzie nie znalazłam potwierdzenia tej tezy. A zresztą po czasie dowiem się, że autorem Jolek był pan Czerwiński, zobacz komentarz pod wpisem. Zostawiam jednak we wpisie pana Szczapa, bo to bardzo ciekawa postać. Układał Jolki w przekroju. Umarł w roku 2010, czyli Mama znała tylko jego jolki, a i my wszyscy – moja siostra, jej syn i ja – przywiązaliśmy się do nich tak bardzo, że wysyłaliśmy je sobie za granicę i zabieraliśmy kartki z jolkami w podróże. My bardzo lubiliśmy rozwiązywać jolki wspólnie, choć Mama raczej tego nie praktykowała. Siedziała sama w swojej pracowni i rozwiązywała krzyżówkę, aż ją rozwiązała. Czasem mogło to nawet trwać trzy dni, ale Mama nigdy nie porzucała jolki nie rozwiązanej. Jej jolki bywały tak pobazgrolone, że były praktycznie rzecz biorąc nieczytelne.

jolki

Te jolki też są jeszcze autorstwa Jacka Szczapa. Rozwiązała je Kasia. Są pobazgrolone, ale w żadnym wypadku nie tak, jak to robiła kiedyś Mama.

Zauważmy jednak, że teraz nie trzeba już aż tak bazgrolić, bo gdy nam zbraknie słowa, albo wręcz przeciwnie wpisaliśmy słowo, np. awal, ale nie mamy pojęcia, do czego by się mogło odnosić, prędzej czy później sięgniemy po pomoc do internetu i dowiemy się, że awal to rodzaj podżyrowania weksla. Jednakże za Mamy czasów, gdy własna inteligencja zawiodła, pozostawały tylko encyklopedie i słowniki, opasłe papierowe tomiszcza, ciężkie do dźwignięcia, w których nie zawsze było wiadomo, czego szukać. Bo czy miałby to być basior czy Hasior, jeśli brakowało pierwszej litery, trzeba było przestudiować całą encyklopedię lub, niestety również, słownik a tergo, bo tylko on mógł pomóc stwierdzić, czy to, czego szukamy, to godło czy może rodło, żeby na końcu i tak się przekonać, że chodziło o sadło.

Gdy Jacek Szczap zmarł, Gazeta przestała po prostu drukować jolki. Podejrzewam, że Redakcja musiała walczyć z wiernymi Czytelnikami, którzy wielkim głosem żądali przywrócenia jolek. Wróciły więc po kilku latach, układane przez Leszka Rydza. Nie są złe, ale to już jednak nie to. W tych dawnych były nie tylko nadzwyczaj podchwytliwe hasła, ale i zabawy właściwie po nic, rodem doprawdy jak z zasad gry szklanych paciorków według Hessego albo jak wpisanie tzw. motywu Bacha (b-a-c-h) w utwór skomponowany przez jego następców, wielbicieli i naśladowców. Podobno robił to sam Bach, a po nim niepoliczone rzesze twórców, w tym Schumann, Liszt, Rimskij-Korsakow czy Reger.

I tak w przestrzeni krzyżówki przecinały się Afrodyta z Herą, albo gęsia steczka graniczyła z aleją żurawi. W jednej linijce biegli ku sobie Amor i Psyche albo Herakles uciekał od Dejaniry. Widać było, że autor się świetnie bawi i sam, układając jolki, i z nami, podsuwając nam swoje żarty do rozgryzienia. Pamiętam do dziś taką jolkę, gdy w diagramie zostały dwa wyrazy – kieł i basa, podczas gdy w hasłach było tylko jedno bez przydziału, może być suszona albo spod Krakowa. Zajęło mi ze trzy dni myślenia, zanim olśniło mnie odkrycie, że bezpański wyraz jest jeden, kreskę pomiędzy kłem i basem sama osobiście “dobazgroliłam” i że jest to kiełbasa krakowska. Ot, stupor wegetariański.

Uwaga: jolki w internetowym wydaniu Gazety Wyborczej nie są nic warte! mogą, jak każda potoczna rozrywka, posłużyć tylko do zabijania czasu.

***

Poszukując informacji o jolkach znalazłam w sieci blog Jacka Kowalczyka Listy Ateisty, a w nim wpis: Żył szybko i umarł za szybko.

Zmarł Jacek Szczap, fachman od łamania głowy, wszelkich konkursów, krzyżówek i gier umysłowych. Swoją pomysłowością zabawiał czytelników wielu gazet i czasopism, był m.in. współtwórcą zawsze niezwykłej krzyżówki Przekroju (od kiedy to pismo wylądowało w Warszawie).

Nie należał z pewnością do grona tych, którzy nadmiernie dbają o swoje zdrowie. I to się na nim zemściło. Miał 56 lat – zaledwie – gdy dopadł go wylew.

Był człowiekiem wesołym, dowcipnym, pozytywnie wykorzystującym swoją niezwykłą inteligencję. Takim go zapamiętam. Takim go pamiętajmy. To jedyna forma nieśmiertelności, w którą wierzę.

Piękne podsumowanie.

Droga do Santiago de Compostela. Calzadilla de la Cueza

Ewa Maria Slaska

Czwartek, 20 września

Po mszy w kościele świętej Klary idę do normalnej kawiarni na normalne śniadanie – kawa, jogurt, ciepły croissant z masłem, marmolada.
Pyszne.

Jest godzina 9:20, gdy z powrotem wyruszam w drogę. Przede mną 17 kilometrów do Calzadilla de la Cueza. Obliczam, że o wpół do drugiej powinnam być na miejscu. I taka też jest godzina, gdy młody ciemnoskóry chłopak zapisuje mnie w schronisku. Wciąż jeszcze wstrząsam się na myśl o tych dopiero co przebytych 17 kilometrach, bo był to jawny koszmar. 17 kilometrów słońca na pustej porośniętej trawą wyżynie. Już raz był taki odcinek, ale wtedy wiał wiatr i pędził nam nad głowami wielkie chmury. Dziś było niebieskie nieruchome niebo i słońce, słońce, słońce, słońce. Znikąd cienia.  Choć nieprawda – przez godzinę towarzyszył nam po lewej śliczny szpaler młodziutkich topoli, rzucający nam pod nogi przejrzysty, filigranowy cień. Gdy drzewka wyrosną, za parę lat, będą radością pielgrzymów, ale są jeszcze małe, młode, słabiutkie.

Gdzieś w oddali kępy krzewów i klasztor z XIII wieku, możnaby pójść, obejrzeć, ale te 17 kilometrów bez cienia odbiera człowiekowi chęć zwiedzania czegokolwiek. Wszystkie przewodniki ostrzegają przed trudami tego odcinka. Będziemy zmęczeni jak psy, bo na mesecie lepiej iść niż siadać w lejących się z nieba strumieniach upału. Trzeba iść, iść, iść. Mamy koniecznie zabrać odpowiednią ilość wody i jedzenia, bo po drodze nic nie będzie. Tymczasem…

Tymczasem mniej więcej w połowie drogi jest BAR! Błogosławiony niech będzie Bask z Navarry, który wpadł na pomysł i przed kilkoma miesiącami założył ten bar w cieniu ogromnych parasoli i wysokich topoli. Ciekawe, skąd je wziął? Może posadził. Ten bar to jakiś raj, nowy raj,  nie uwzględniony na żadnych planach i mądrych karteczkach. Facet z baru mówi, że teraz dziennie przechodzi tą drogą około 250 ludzi. Latem było ich oczywiście znacznie więcej, nawet parę tysięcy. Wtedy jego bar nie nastarczał i lodówki nie nadążały z chłodzeniem.

Niestety nie można tu siedzieć wiecznie, trzeba wstać i iść dalej. Z nieba żar, ziemia pali w stopy, po lewej i po prawej trawa, albo dla odmiany – pola, z tyłu nic, z przodu nic. Nic. Nic. Nic.

Wreszcie z dala coś majaczy na horyzoncie. Być może to nasz cel, nasza nadzieja. Póki na horyzoncie nie ma nic, to nigdzie nie możesz dojść, możesz tylko iść. A jak coś jest, to coś jest, taka jest prosta prawda Drogi. Wprawdzie nie łudź się, człowieku, jeśli widzisz coś na horyzoncie, to zajmie ci jeszcze co najmniej godzinę, zanim tam dojdziesz. Ale z drugiej strony – jednak za godzinę tam dojdziesz.

No tak, mamy schronisko bez kuchni, ba, nawet bez nieśmiertelnego automatu z kawą firmy Nestlé, w mieście bez sklepu, czyli nie mamy wyjścia – wszyscy musimy iść na lunch, podwieczorek i kolację do baru. Tak to działa. Zmowa? Mietek wędrujący z prymusem i kocherkiem, wie, co robi. My wszyscy jesteśmy gorzej przygotowani, ale ja bym nie dała rady ponieść plecaka cięższego niż ten, który niosę. Waży siedem kilo, na kobietę, która (wówczas) ważyła 55 kilo, plecak jest i tak o 1,5 kilograma za ciężki, bo nie powinno się nieść więcej niż 10% wagi ciała. A jeszcze trzymana w garści lub pod pachą nieodzowna butelka wody, która waży kolejny kilogram. Francuzi, którzy mają na podorędziu więcej pielgrzymkowych gadżetów niż jakakolwiek inna nacja – ręczniki z mikrofibry, latarki do zapinania na głowie, kapelusze z chustą osłaniającą kark – mają też takie poręczne urządzenie: wkładany do kieszeni plecaka szeroki płaski szlauch na wodę, od którego prowadzi rurka podwieszona na uchu. Jakaś taka kroplówka, pozwalająca popijać w drodze, nie męcząc rąk noszeniem, ale też bez konieczności zatrzymywania się za każdym razem, kiedy trzeba wyjąć butelkę z plecaka. Bardzo praktyczne, wręcz przemyślne rozwiązanie, ale jakoś paskudne, szpitalne. Nikomu z nas nie zależy, żeby sobie skompletować francuskie wyposażenie.

W schronisku nie mamy kuchni, ale za to mamy basen! Błękitny basen, jakbyśmy byli jakimiś bogaczami z Miami na Florydzie. Moczę nogi w lodowatej wodzie, a dysza wypluwająca wielkie bąble powietrza, masuje mi podeszwy stóp.

Jest też duże lustro, przeglądam się i widzę, że schudłam.

Spałam po południu, śniła mi się moja szwagierka – Ewa Maria Slaska. Pracowałyśmy obie w tej samej firmie i Ewa zażądała dla pracownic służbowego stroju – dżinsów i granatowych jedwabnych marynarek. Ewa wyraźnie była tam szefową czy przywódczynią. Obudziłam się z myślą, że Ewa umarła przed rokiem, a zatem miejsce, w którym ją spotkałam, to niebo.

Zabrałam w drogę kamień, który niosę ze sobą od Berlina. To kamień dla Ewy. Zamierzam go donieść do katedry w Santiago de Compostella i złożyć u stóp mistrza Mateusza, architekta, który wzniósł tę niezwykłą świątynię.

PS. O tym, że byłyśmy dwie, już wspominałam we wpisie “Ewa Śląska jesienią”. Byłyśmy dwie takie same, studiowałyśmy obie archeologię i gdy wyszłam za mąż za jej brata, tak samo się nazywałyśmy. Niezła jazda na kierunku studiów liczącym wszystkiego 30 studentów na 5 rocznikach.

Reblog: Hiszpańskie dzieci

It’s About Time – hier the same in English

Kilkakrotnie już odwiedzaliśmy wspólnie ten niezwykły blog o sztuce, odkryty parę lat temu przez moją siostrę. Dziś XVI i XVII-wieczne hiszpańskie dzieci, i nie myślmy, że skoro znamy infantki w czarnych i białych sukniach oraz obraz ze służącymi, to już znamy hiszpańskie dzieci. Blog prowadzi

Zanim jednak podążymy tropem hiszpańskich obrazów wybranych przez Barbarę, spójrzmy na dwa obrazy namalowane przez Włoszkę – Sofonisbę Anguissolę.

Rok 1555. Trzy siostry Anguissola przy partyjce szachów (nota bene – obraz znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Poznaniu!) Jakie te dziewczynki są tu żywe, wesołe, przekorne i filuterne. Malarka miała zaledwie dwadzieścia kilka lat. W cztery lata później wezwano ją na dwór królewski w Toledo – została nadworną malarką Filipa II i nauczycielką jego młodziutkiej, smutnej żony Izabeli. Izabela, a właściwie Elżbeta Walezjanka, była trzecią żoną Filipa – miała 14 lat, gdy wysłano ją jako królową do Hiszpanii.

Gdy w roku 1570 Sofonisba namalowała infantki hiszpańskie, Clarę Eugenię  i Catalinę Micaelę, dziewczynki nie były ani figlarne, ani ożywione, jak siostry Anguisolla, tu już mamy rzeczywiście dzieci złapane w pułapkę. Portrety dzieci Filipa II zostały namalowane przez Alonso Sancheza Coello, malarza hiszpańskiego (1531-1588). Barbara przypisuje mu również i ten podwójny portret księżniczek hiszpańskich, o którym ja wiem, że namalowała go Sofonisba. Ale jakaż różnica między wesołymi siostrami włoskimi, a smutnymi infantkami z Hiszpanii.

Dzieci renesansowych władców – pisze Barbara – ubierano jak małych dorosłych, a ich strój świadczył o statusie majątkowym i społecznym rodziców. Portrety te powstawały być może jako informacja dla rodziców przyszłego małżonka. Był to czas, gdy małżeństwa, zwłaszcza królewskie, kojarzono gdy kandydaci do ślubu byli właściwie jeszcze dziećmi. Takie kontrakty małżeńskie miały cementować koalicje społeczne, polityczne i majątkowe obu królewskich rodów. Portret infanta zaświadczał więc o zamożności, pozycji i wysokim urodzeniu. Zwyczaj portretowania dzieci przeszedł z rodów królewskich do kręgów arystokracji i szlachty. Tu już jednak nie można było aż tak przechwalać się luksusem, w którym pławią się dzieci królewskie. W wieku od XVI do XVIII w całej niemal Europie obowiązywały surowe prawa, dozwalające poszczególnym grupom społecznym noszenie odpowiadających ich stanowi strojów i biżuterii. Bogate tkaniny, koronki i biżuteria miały być zastrzeżone dla arystokracji, były więc jeszcze jednym elementem podkreślającym zróżnicowanie społeczne. Jednak niestety, a może raczej “stety”, prawa te były nader trudne do wyegzekwowania. Miłośnicy literaury polskiej na pewno przypomną sobie, że na owe surowe prawa skarżyła się piękna pani Flora, wdowa po majstrze passamonniku, w gdańskiej powieści Deotymy “Panienka z okienka”.

Ale oczywiście drakońskie prawa nie dotyczyły królów i ich dzieci.

Ciekawy komentarz do tego wpisu znalazł się na Facebooku, tak ciekawy, że postanowiłam go tu dołączyć. Piotr Loch napisał mianowicie:

Sofonisba Anguissola ciekawie sportretowana została w książce Roberta C. Davisa i Beth Landsmith “Ludzie renesansu – Umysły, które ukształtowały erę nowożytną”. Próbują oni tłumaczyć tę dość niezwykłą umiejętność oddania emocji na twarzach portretowanych dzieci. Sofonisba, ze względu na to, że była kobietą nie mogła wynajmować obcych mężczyzn w charakterze modeli przez co nie mogła podejmować poważniejszych tematów religijnych czy historycznych. Z konieczności zajmowała się malarstwem portretowym – odpowiednim dla szanowanej arystokratki. “Początkowo oznaczało to malowanie bez końca członków własnej rodziny i samej siebie, dzięki czemu wypracowała własny styl, w którym na plan pierwszy wysuwała się charakterystyka psychologiczna postaci ukazanych z czułością i dbałością o szczegóły. Na niektórych jej rodzinnych portretach widać upodobanie do żartobliwych scen z życia codziennego, w czym o ponad pokolenie wyprzedziła twórczość holenderskich malarzy rodzajowych zwanych “bamboccianti.” Sofonisba korespondowała z Michałem Aniołem. Hołd złożył jej osobiście Peter Paul Rubens, który zajął jej miejsce nadwornego malarza na dworze Hiszpanii, a także Antoon van Dyck. Jej życie to gotowy scenariusz filmowy. Ostatni autoportret namalowała w wieku 90 lat. Malując infantki w Hiszpanii chyba poddała się sztywności etykiety. A może te hiszpańskie córy tak wcześnie weszły w swoje monarsze role – i Sofonisbie nie pozostało nic innego jak je w nich odmalować. I jeszcze jedna ciekawa (tak sądzę) informacja. Skąd to dziwne imię? “Anguissolowie, ród drobnej szlachty z położonej na północy Italii Cremony, mieli zwyczaj nazywać swych potomków na cześć starożytnych kartagińskich bohaterów. Hamilkar Anguissola, syn Hannibala, nazwał swojego syna Hazdrubalem, a córkę Sofonisbą.”

Po lewej u góry datowany na rok 1550 portret Carlosa, księcia Asturii (Don Carlos, szalony infant), dziedzica króla Filipa II. Po prawej – Rudolf II, cesarz świętego cesarstwa rzymskiego, król Czech, Węgier i Chorwacji, arcyksiążę austriacki (portret z roku 1560). Poniżej infantki Izabela oraz Izabela Clara Eugenia z małpką, córki króla Filipa II, te same, które kilka lat wcześniej sportretowała Sofonisba. Również Coello namalował podwójny portret obu dziewczynek.

 

Infanci Don Diego i Don Felipe na portrecie podwójnym, a poniżej sam infant Filip, synowie czwartej żony króla, Anny Austriaczki. Nota bene, król był wujkiem swej małżonki.

Infant Filip został rzeczywistym następcą tronu Filipa II i odziedziczył po nim największe państwo na świecie, obejmujące Hiszpanię, Austrię, Bałkany i Niederlandy, Burgundię, całe południowe Włochy, posiadłości w Nowym Świecie i Filipiny, nazwane tak zresztą na cześć jego ojca. W ciągu swego panowania postradał większą część schedy znajdującej się poza Półwyspem Iberyjskim, zdobywając za to Portugalię. Przegrał też większość wojen, z których do historii przeszła zwłaszcza wojna z Anglią (pamiętamy, oczywiście, Francis Drake, golibroda króla Hiszpanii). No ale też przyznajmy, miał z kim przegrywać – królowa Elżbieta, król francuski, Henryk IV (ten, który stwierdził, że Paryż wart jest mszy) i wreszcie Wilhelm Orański. Miał pecha, biedny Filip.

Filip ożenił się z Małgorzatą Austriaczką. Dano mu do wyboru trzy siostry. Spodobała mu się najmłodsza, jednak ojciec zadecydował, że najstarsza siostra bardziej się nadaje. Czyli wybór był taki raczej pozorny. Na szczęście, jeśli można to nazwać szczęściem, najstarsza księżniczka umarła i królowi pozwolono ożenić się z wybranką. Urodziła mu ona ośmioro dzieci. Portretowali je już jednak inni malarze. Po śmierci królowej Izabeli wyjechała z Hiszpanii Sofonisba, a Coello zmarł w roku 1588. Filip został królem w roku 1598 i rządził do roku 1621. Jego dzieci malowali Juan Pantoja de la Cruz (1553–1608) i Bartolomé González y Serrano (1564–1627).

Pokażę je następnym razem.