Victor Jara

Cementerio General de Santiago

Dejé el nicho cubierto con una tosca lápida en la que se leía, sencillamente:
VÍCTOR JARA
14 septiembre de 1973

Tak zapisała Joan Jara w przedmowie do książki o Victorze, Un canto truncado

Grobu wielkiego chilijskiego muzyka, bohatera i ofiary puczu Pinocheta, o którym pisze jego żona Joan Jara, takiego, jaki zobaczyła w październiku 1973 roku, już nie ma. Na starym zdjęciu widać symbole pokoju i napis “Do zwycięstwa…” W roku 2009 niszę chroniącą prochy, jedyny grób, jaki reżim pozwolił przygotować dla swej ofiary, zastąpiono dużym grobem ziemnym.

Joan Jara pisze, że na grobie męża widniała data śmierci 14 września 1973 roku, na górnym zdjęciu nie widać w ogóle, jaki to dzień, wikipedia hiszpańska, niemiecka, polska i angielska podają datę 16, a wydaje mi się, że na nowym nagrobku widnieje 13 i tak też informuje wikipedia francuska. Na pewno aresztowano go 12 września, w drugi dzień puczu. Reżim zaczyna rządy od zabicia piewców wolności. Jakie podobieństwo ze śmiercią Federica Garcii Lorki.

jara-12-kleinByli u nas, Victor Jara, jego choreografka, Margot Loyola, jego zespół, Cuncumén. Mama i Ojciec nazywali ich “Chilijcy”. Pisałam już TU o tej wizycie. Teraz w rocznicę śmierci pieśniarza dodam coś nowego, a mianowicie książkę, którą kilka tygodni temu przysłała mi moja siostra.
Joan Jara, żona artysty, wydała ją we wrześniu 1983 roku, w 10 rocznicę śmierci męża. Przyjaciółka Mamy, Janelle, kupiła ją, napisała dedykację i przysłała do Gdańska w maju 1986 roku.

Mama włożyła do książki zdjęcia z pobytu “Chilijców” u nas w domu. Kasia twierdzi, że jedna z tych dziewcząt na zdjęciu to ja, ale nie byłabym tego taka pewna. Gdy nas odwiedzili, miałam 12 lat, ta podobna do mnie dziewczyna jest jednak dużo starsza, może ma nawet 18 lat.

jara-9klein

W książce nie ma mowy o Polsce, o Gdańsku i o nas, chociaż Joan dość dokładnie opisuje kilkumiesięczną podróż zespołu i Victora do Europy, 1 lipca byli w Pradze, 7 września w Odessie. Przy opisie podróży nie znalazłam żadnych uwag Mamy (a często pisała w książkach – mam to po niej), natomiast jest tam zdjęcie, które jednak muszę zreprodukować i zamieścić – ostatnie zdjęcie Victora…

Wszystkie zdjęcia z książki i książki zrobiła Ania. Specjalnie do mnie przyszła, żeby je zrobić! Dziękuję.

jara-11-klein

A to już zdjęcia z Gdańska, poznaję te firany – kupowało się je bodajże w Cepelii, a ponieważ kiedyś pomagałam naszej znajomej je produkować, wiem, że odbijało się je ręcznie z kilku nakładanych po kolei płyt linoleum. Na pierwszym zdjęciu, ten po prawej, to Viktor. Na drugim – ta po lewej to słynna Margot Loyola. Na trzecim, na fotografii po prawej, ta z przodu, pochylona, to teoretycznie mogłabym być ja, ale chyba nie jestem… Szkoda…

jara-8klein jara-7-klein jara-5-klein-dopel jara-4-klein-pion

Złoto Lassetera (2)

Lech Milewski

W poprzednim odcinku ekspedycja ruszyła w drogę i przejechała 30 mil.

Zapowiadadało się dobrze. Thornycroft przedzierał się przez rzadki busz jak lodołamacz, torując drogę lżejszym samochodom.

Thornycroft

Po południu dotarli do dobrze zaopatrzonej w wodę stacji bydła, gdzie przenocowali. Pełni optymizmu ruszyli dalej. Na kolejnej stacji zbiorniki były prawie puste. Zabrali tylko 40 galonów cuchnącej wody do uzupełniania wody w chłodnicy samochodu. Dla wszystkich stało się oczywiste, że Blakeley popełnił karygodny błąd, nie ładując zbiorników do pełna na pierwszym postoju. Nie pozostało nic innego, tylko jechać do następnej studni.
Tym razem konwój natrafił na bardzo sypki piach, z którym Thornycroft nie mógł sobie poradzić. Wyprawa była wyposażona w maty, które rozkładało się przed kołami samochodu. Było to bardzo żmudne zajęcie, a poza tym Thornycroft tracił kontrolę i kilka razy wpadł w piach i trzeba było go wykopywać.
Woda w chłodnicy gotowała się i trzeba było ją ciągle uzupełniać, z wodą do picia też było kiepsko. Cała nadzieja w aborygeńskiej stacji Archie Giles. Tam z kolei okazało się, że wody jest niewiele i jest zanieczyszczona przez bydło.

Blakeley posiadał urzędowe pismo zobowiązujące Aborygenów do zapewnienia mu przewodnika. Jednak wszyscy zdolni do pracy byli daleko, z bydłem. Jedyna dostępna osoba to 45-letni Aborygen Mickey cierpiący na jaglicę.

Następny dzień był makabryczny. Wyprawa natrafiła na teren gęsto zarośnięty młodymi drzewami mulga.

Wprawdzie Thornycroft potrafił swoją masą łamać drzewa i torować drogę dla konwoju, ale drzewa łamały się w bardzo złośliwy sposób, tuż przy ziemi, pozostawiając bardzo ostry kikut, który bezbłędnie przebijał detkę samochodu. Wymiana koła w Thornycroft to osobna historia – postawienie podnośnika na sypkim piachu i zdjęcie koła, które ważyło prawie 80 kg.

Aborygen Mickey, który towarzyszył wyprawie na wielbłądzie, musiał wielokrotnie długo czekać.

Następnego dnia dotarli do skalistej odkrywki ze źródłem wody. Też nie było łatwo. Do źródła trzeba było dojść 300 m i nosić wodę w dziewięciogalonowych bębnach.

Blakeley dobrze pamiętał umowę – 50 mil za Alice Springs Lasseter poinformuje ekipę o zapamiętanych cechach terenu. Jednak z każdą chwilą Lasseter stawał się coraz bardziej zamknięty w sobie i niechętny do współpracy.
Przyciśniety do muru zaczął nagle rozpoznawać – ta skała 200 metrów wyżej, tam rozbiłem obóz, te dwa drzewa – między nimi powiesiłem hamak.
Członkowie ekspedycji reagowali sceptycznie – obóz pod tą skałą? Trzeba chyba być orłem, żeby tam się dostać. Miedzy TYMI drzewami? 30 lat temu?
Chciałem powiedzieć – między takimi drzewami – mitygował się Lasseter.

Kierowali się do Dashwood Creek, gdzie spodziewali się znaleźć wodę. Znaleźli tylko suchy, sypki jak talk, piach, kolejnę przeszkodę dla Thornycrtofta.
Na szczęście Colson, doświadczony buszman, zaczął kopać we właściwym miejscu. Wkrótce w piasku pokazała się wilgoć, jeszcze trochę i polały się strumienie czystej wody. To była kieszeń z wodą, ktora zachowała się pod skałą. Wreszcie mogli pić bez ograniczeń. Zagrzali wodę i urządzili sobie pierwszą od wielu dni gruntowną kąpiel.

Dobra okazja uruchomienia radionadajnika i wysłania depeszy do centrali w Sydney. Było to prawie 90-kilogramowe monstrum zasilane bateriami wielkości cegieł. Jeszcze w Sydney wyznaczono Lassetera na operatora i miał on trzy tygodnie czasu na zaznajomienie się z aparaturą.
Mickey wdrapał się na drzewo i zamocował antenę. Okazało się, że w aparacie brakuje kilku lamp, Lasseter nie wiedział jak połączyć przewody. Byli więc całkiem odcięci od świata.

Lasseter coraz bardziej izolował się od towarzyszy. Nie brał udziału w pogawędkach przy ognisku, na noc zamykał się w kabinie Thornycrofta z naładowaną strzelbą i pudłem z amunicją pod bokiem.
Wyjaśnił, że to na wypadek napaści Aborygenów, z czego wywnioskowano, że nigdy w życiu się z nimi nie spotkał i nie zna ich obyczajów.
Podczas przygotowywania posiłków zorientowano się, że nie wiedział jak upiec damper – rodzaj chleba pieczonego przez wędrowców na ognisku. Gdy ustrzelili kangura, widać było, że nigdy dotąd nie próbował kangurzego mięsa, mimo że podobno żywił się nim przez wiele dni podczas samotnej wędrówki.
Cała ekipa miała już go mocno dość.

Przy okazji warto było ustalić pozycję geograficzną. Mieli ze sobą sekstant i zabytkowy podręcznik nawigacji, który przed laty dotarł na biegun południowy z tragicznie zakończoną ekspedycją Scotta – własność kapitana Blakiston-Houstona.
Pomiarów podjął się Lasseter – dyplomowany geodeta. Najpierw spędził wiele czasu studiując książkę, wreszcie dokonał pomiarów. Według Blakiston-Houstona były one błędne.

Atmosfera zrobiła się napięta, Blakeley starał się łagodzić konflikty, obawiając się, iż Lasseter gromadzi argumenty, że ekspedycja nie udała się z powodu złej organizacji i wrogości jej członków.
W takim nastroju dotarli do pasma gór. Tu zdarzyła się poważna awaria – złamała się przekładnia stożkowa w dyferencjale ciężarówki.
Zdecydowano, że Colson i Coote pojadą osobowym chevroletem do Alice Springs i wrócą samolotem z nowym dyferencjałem.
Blakiston-Houston zdecydował zakończyć udział w wyprawie i pojechać z nimi. Poprosił Lassetera o zwrot zabytkowego podręcznika nawigacji. Lasseter odmówił i oświadczył, że jeśli zabiora mu tę książkę, to wycofuje się z wyprawy.
Blakeley znowu załagodził sprawę, dając słowo honoru, że książkę odzyska.

Po trzech dniach Colson i jego pasażerowie dotarli do celu. Wrócili samolotem z naprawionym dyferencjałem. Wymienili części w ciężarówce.

Blakeley zaproponował misję zwiadowczą samolotem, mając nadzieję, że może Lasseter rozpozna lokalizację rafy. Coote obawiał się, że lądowisko może być za krótkie, szczególnie z pasażerem na pokładzie. Zaryzykował próbny lot solo. Samolot z trudem zdołał wznieść się na tyle, żeby nie zawadzić o czubki drzew. Silnik ryknął i nagle samolot ostro zapikował w dół. Coote poderwał go w górę niecały metr nad ziemią, wykonał kilka kółek, żeby uspokoić nerwy i z trudem wylądował na zbyt krótkim lądowisku.

Postanowili powędrować 100 mil do Ilpbilla, gdzie znajdowało się lądowisko samolotów, przygotowane przed laty dla misji geodezyjnej. Było to niezbyt po drodze, ale było to dobre miejsce na skład paliwa i zapasów. Wędrówka trwała pięć dni.
Mickey stawał sie coraz bardziej zdenerwowany, poinformował Blakeleya, że tych terenów nie zna, obawia się duchów starych bogów obcego plemienia.

Przed nimi otwarty teren zarośnięty twardą trawą spinifex…

Spinifex

Pierwsze wrażenie było dobre – Thornycroft radził sobie niezgorzej na utwardzonej przez trawę ziemi. Wkrótce jednak zaczęły się kłopoty. Nisko zawieszony wał napędowy wyrywał trawę, okręcała się ona wokół wału i osi i często trzeba było się zatrzymywać i czyścić spód pojazdu. Nie było to bezpieczne ze względu na bardzo jadowite węże – spinifex snakes.
Jeszcze bardziej niebezpieczny był pożar – zapaliła się trawa zaczepiona wokół rury wydechowej. Udało się szybko ugasić, ale to było poważne niebezpieczeństwo – spinifex jest łatwopalny, potrafi osiągnąć temperaturę 900° C. Trzeba było często oczyszczać podwozie i trzymać gaśnicę pod ręką.

7 sierpnia, po dwóch tygodniach w drodze – dotarli do Ilpbilla. To było dobre miejsce – spore ladowisko, szopy, ścieżka wielbłądzia prowadziła do wody. Mogli się wykąpać, zmagazynować część ładunku.

Postanowili zatrzymać się tu kilka dni. Colson i Coote pojadą do miejsca, gdzie pozostawili samolot. Coote przyleci nim do Ilpbilla, natomiast Colson pojedzie dalej, do Alice Springs, wyśle raporty, odbierze pocztę, paliwo i wróci.

Niepodziewanie Lasseter powiadomił, że radio działa i że od pół godziny wysyła próbne sygnały SOS. Blakaley wpadł w furię. To może spowodować spadek akcji kompanii i wysłanie misji ratunkowej. Na szczęście okazało się, że radio nie działało, ale Blakeley miał uzasadnione obawy, że Lasseter użyje go bez zezwolenia. Zażądał zwrotu radia, Lasseter odmówił. Blakeley musiał zagrozić mu siekierą.

Minęły trzy dni, samolotu nie było.
Lasseter i Mickey zostali w Ilpbilla, reszta grupy, Blakeley, Taylor, Sutherland, pojechała do miejsca, gdzie pozostawili samolot. Na miejscu zastali rozbity samolot, ślady krwi i notatkę Colsona, że podczas startu nastąpił wypadek. Coote został poważnie poraniony, Colson zabrał go więc do Alice Springs. Po umieszczeniu Coote w szpitalu wróci.

Wrócił już następnego dnia.
Relacjonował, że samolot po starcie z trudem minął drzewa, wtedy silnik wydał dziwny odgłos, jakby strzał, samolot stracił równowagę i trafił skrzydłem w drzewo. Coote uderzył głową w pulpit, stracił czucie w nodze – miał głęboką ranę uda. Colson jechał z nim bez przerwy 22 godziny i dowiózł do szpitala.
Przywiózł listy z kompanii pełne nieaktualnych informacji i wskazówek, prócz tego list od Coote, informujący Blakeleya, że zwrócił się do kompanii, by zamówiła nowy samolot. To była ostatnia rzecz, jakiej Blakeley potrzebował.

Zapakowali rozbity samolot na ciężarówkę i Colson znowu pojechał do Alice Springs, grupa zaś wróciła do Ilpbilla.
Lasseter nagle zrobił się rozmowny. Wydaje mu się, że złota rafa jest w pobliżu, chyba rozpoznał pewne formacje terenu. W pobliżu rafy powinno być słone jezioro i góra. Czyżby to była znajdująca się w pobliżu Mt Marjorie?
Niepokojące było, że z jego opowieści wynikało, że rozważa zakołkowanie części rafy dla siebie.

24 sierpnia – miesiąc w drodze. Mt Marjorie nie było daleko, Blakeley i Lasseter wybrali się tam na piechotę. Wspinaczka była trudna. W południe Lasseter wykonał pomiary sekstantem – to są te same dane jakie zostawiłem w sejfie w Sydney – oświadczył.
Blakeley był zdumiony – więc złota rafa jest tutaj? Gdzie? Zażądał od Lassetera deklaracji co mają teraz zrobić.
– Pójść 150 mil na południe żebym mógł potwierdzić swoje pomiary.
– To po co żeśmy tu w ogóle wchodzili?
– Żebym mógł się upewnić, że trzeba iść 150 mil na południe – odpowiedział.

150 mil na południe były Peterman Rahges sprawdzone przez wiele ekspedycji, nie było tam żadnych minerałów. Blakeley miał dosyć. Zażądał pełnych informacji w celu przedłożenia ich dyrekcji i uzgodnienia z nią celowości dalszych poszukiwań.

Lasseter wyznał, że wiedząc o braku zaufania ze strony Blakeleya, trochę zataił, trochę przekręcił. Prosi o odrobinę zaufania. Wyciągnął mapę – tu jest coś czego dotąd nie pokazałem – widzisz tę górę – Three Sisters – jak tam dojdę, to znajdę trop.

Wrócili do obozu. Czy zakończyć wyprawę?
Blakeley uznał, że jeśli wrócą do Sydney, to Lasseter powie, że kręcił bo uważał, że Blakeley i Colson zamierzają oszukać kompanię. Obawiał się, że Coote może potwierdzić te podejrzenia, a dyrektor – John Bailey – może mu uwierzyć.
Zdecydował iść na południe i zbierać punkty przeciw Lasseterowi.

Szykowali się w Ilpbilla do następnego etapu. Sytuacja nie była dobra. Łożyska wału korbowego Thornycrofta stukały.
Wokół było widać sygnały dymne wysyłane przez Aborygenów. Kilka razy odwiedziły ich niewielkie ich grupki. Nie byli wrogo nastawieni, zadowolili się drobnym poczęstunkiem. Nie można było się z nimi porozumieć.
Któregoś dnia Lasseter oddalił się od obozu, zostawiając po raz pierwszy niezamkniętą walizkę.
Blakeley przeszukał ją. Znalazł próbki złota – prawdopodobnie sprzed 30 lat, ze złotej rafy. Zaznaczył je na wypadek, gdyby Lasseter twierdził, że to złoto znalezione podczas wyprawy. Znalazł też amerykański paszport Lassetera wydany na inne nazwisko.

31 sierpnia na horyzoncie pojawiła się niewielka karawana – młody biały mówiący z dziwnym akcentem, dwóch Aborygenów i pięć wiełbłądów, bardzo skromnie wyposażeni. Przybyli tu z misji luterańskiej w Hermannsburgu – KLIK.

Biały nazywał się Paul Johns, Niemiec, 22 lata, od trzech lat w Australii. Zajmuje się odławianiem psów dingo. To było dość dziwne gdyż w tych okolicach psy dingo nie występowały.

Łowcy psów – doggers – to byli zawodowi zabójcy. Za każdego zabitego psa rząd wypłacał nagrodę. Dowodem wykonania zadania był skalp. W tym przypadku skalp musiał obejmować czubek łba wraz z uszami i nieprzerwany pas skóry razem z ogonem.
Hodowcy bydła i górnicy traktowali ich z pogardą.

W obozie zapchniało śmiercią.

Dokończenie w następnym odcinku

Źródła:
Lasseteria – encyklopedia wiedzy o Lasseterze i jego złocie – KLIK.
Warren Brown – Lasseter’s Gold.
Fred Blakeley – Dream Millions.
Errol Coote – Hells’s Airport.
Harold Lasseter – Diary.
Luke Walker – film – Lasseter’s Bones.

Stuart intermezzo

Gdy tak sobie idę sama dokądś, daleko, najlepiej na pielgrzymkę, gdy już uporządkuję wszystkie bieżące myśli i zadania, gdy już przypomni mi się wszystko, o czym zapomniałam, zdarza się, że zaczynam się bawić sama ze sobą w różne gry pamięciowe czy skojarzeniowe, perypatetyczne słówka i państwa-miasta, ruchome piaski spontanicznej twórczości i wędrujące wydmy wiedzy. Jedną z takich zabaw było sprawdzanie, co wiem o jakimś państwie… Państw jak wiadomo jest prawie 200, jest się więc czym zabawiać. Oczywiście nie mam najmniejszego pojęcia o Wyspach św. Tomasza, ale już wiem na przykład całkiem sporo o Wyspach Zielonego Przylądka… Spróbujcie kiedyś, to fajna zabawa… Dziś Australia. Joanna Trümner i Lech Milewski co i rusz przenoszą nas na ten odległy kontynent. Gdy Joanna wczoraj napisała, że kolejny odcinek o Stuarcie przesunie się o tydzień, natychmiast zaproponowałam jako intermezzo moją ulubioną zabawę i napisałam, z czym mi się kojarzy Australia. Kangury, opale, koala, eukaliptus, Kościuszko, Ayer Rock, dziobak, kukabura, aborygeni, wielbłądy, hiacynty wodne, króliki, lirogon, psy dingo… No i znaczki i paczki od cioci z Australii. Znaczki pełne były nieznanych zwierząt, a paczki to było niezwykłe ruchome święto, bo choć potem z reguły się okazywało, że niemal żaden ciuch nie nadaje się do noszenia, to były tam cudowne zabawki, a samo rozpakowywanie paczki było nadzwyczajnym wręcz przeżyciem. Mama zawsze czekała na nas z otwarciem paczki. Wracałyśmy ze szkoły i nagle w szaroburej rzeczywistości PRL-u otwierało się okno do kolorowego świata. Były matchboxy i lalki-niemowlaki, pokoik dla lalek z mebelkami wykładanymi różowym jedwabiem w kwiatuszki, kolorowanki z Królewną Śnieżką i myszką Miki, srebrne pocztówki i teatrzyk… I sterty kolorowych ciuchów. Różowe i seledynowe sweterki, wielkie atłasowe suknie balowe, fiołkowe i ciemnoniebieskie,  czerwone i żółte szale… Koronki, tafta, jedwab… Brokat, hafty… Jaki piękny, piękny świat…

Joanna przysłała nam na dziś kilka australijskich fotografii. Nie układam ich w żaden specjalny sposób, nadałam im tylko nazwy, a komputer je wg tych nazw ułożył. I oto zaczynamy od okna do innego świata… Z Australią widocznie tak jest…

sydneyskalki sydney sydneyfoko sydneykang sydneykoala sydneyopera

Śmierć Cioci Krysi

Andrzej Rejman

Ciocia Krysia

Krystyna Stankiewicz i jej rodzina miała pokaźny udział we wspomnieniach zamieszczonych na tym blogu. Autorka wspomnień – córka Heleny z Zanów i Kazimierza Stankiewiczów, praprawnuczka Tomasza Zana “Promienistego” zmarła w Warszawie w sierpniu b.r. (2016)

1_krysia_stankiewiczok_1935_w_berzenikach_z_ulubionym_ps

Dziś kilka zdjęć i wspomnienie o niej – jej kuzynki, Marii Chodorek z d. Tyszkiewicz. U góry – mała Krysia Stankiewicz w Berżenikach z ulubionym psem

5_krystyna_stankiewicz4  2_krystyna_stankiewicz1 3_krystyna_stankiewicz2 4_krystyna_stankiewicz3

Krystyna Stankiewicz w Warszawie, w czasach pracy w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej (lata 50-te XX w.)

***

Maria Chodorek

Nie dokończyłyśmy naszych rozmów.
Pamięci Krystyny Stankiewicz.

23 sierpnia 2016 roku zmarła na warszawskim Żoliborzu Krystyna, córa Heleny z Zanów Stankiewiczowa, moja bliska krewna, starsza jedynie o dwa lata.

Wuj Kazimierz, jej ojciec, był bratem mojej Matki, Janiny ze Stankiewiczów Tyszkiewiczowej. Krystyna była ostatnią z rodziny – urodzona w Berżenikach, powiat święciański, województwo wileńskie – w miejscu, skąd wywodził się nasz dziadek Wacław Stankiewicz.*

Dziś, 30 sierpnia odprowadzamy Zmarłą po mszy żałobnej do rodzinnego grobu na Starych Powązkach. Dobrze, że upał ustąpił właśnie dziś.

Poruszam się z trudem w labiryncie teraźniejszości, wspominając przez cały mijający tydzień przeszłość.

Traktuję ją jako przestrzeń pomiędzy „od-do” z odcinkami, które z Krysią przeżyłyśmy wspólnie.

Przed 1939 rokiem chyba dwukrotnie byłam z rodzicami w Berżenikach – latem. Zapamiętałam jezioro należące do rodzinnego mająteczku, lasy na horyzoncie, sad, psy i konie.

Helena, żona Kazimierza – „Pani na Berżenikach”, matka Krysi i Ziutka została w Wilnie w nadziei że pomoże Kazimierzowi uciec, lub zdoła wykupić. Tak się nie stało, ciocia Hala przyjechała do nas latem 1945 roku, potem uzyskała mieszkanie przy ul. Krasińskiego, na warszawskim Żoliborzu. Była dzielną kobietą o wielu talentach, prawdziwą patriotką.

Krysię zobaczyłam po wojnie w 1945 roku. Siedziała przy oknie dużej anińskiej kuchni i starannie obierała ziemniaki na rodzinny obiad. Nasza wspólna babcia Mania „w cztery oczy” postawiła mi kuzynkę za wzór, ponieważ jak zwykle „wykręciłam się” od kuchennych zajęć. Krysia ze swoim młodszym o pięć lat bratem Ziutkiem (Józefem – imię nadano na cześć Marszałka Piłsudskiego) i z towarzysząca dzieciom niezrównaną przyjaciółką ich Matki – Wandą Kawalcową – została zakwaterowana w pokoju na piętrze.

Przyjechali towarowym pociągiem z Wilna do Lublina. Stamtąd mój ojciec zabrał ich do Warszawy i Anina.Podróż ta była ciężka i długa, ich rodzice zostali w Wilnie, choć wszyscy mieli razem przyjechać transportem nr 17 w lutym 1945 roku.

Tydzień przed tym terminem Kazmierz Stankiewicz został pojmany przez NKWD w nocnej brance. Do Warszawy przyjechał dopiero w listopadzie 1947 roku, o czym można się dowiedzieć także ze wspomnieniowych książek, m.in. ”Pani na Berżenikach” (Wojciech Wiśniewski) i „W łagrach na Saratowskim szlaku” (Leonard Perepeczko).

W 1945 roku poszłyśmy z Krysią do ostatniej klasy Prywatnej Szkoły Powszechnej SS Felicjanek w Marysinie Wawerskim, potem również tam ukończyłyśmy żeńskie gimnazjum uzyskując tzw. małą maturę. Dwa lata uczęszczałyśmy do szkoły ogólnokształcącej stopnia licealnego w Aninie przy ulicy I Poprzecznej w pałacyku Więcka.

Te dwa lata były również czasem koleżeńskich prywatek w rodzinnych domach, gry w siatkówkę, wypraw „do Warszawy”, do kina lub nad Wisłę. Krysia była jedną z aninianek – „Dziewcząt od sióstr”, mieszkała przy III Poprzecznej, z nami. Na Żoliborzu bywała pod koniec każdego tygodnia. Jej Rodzice dzielnie opanowywali sztukę adaptacji w Warszawie.

Po maturze w 1951 roku nasze drogi się rozeszły…

Spotykałyśmy się jednak na świątecznych lub imieninowych, czasem jubileuszowych uroczystościach rodzinnych. W 1958 roku Krysia podawała do chrztu Piotra, mego pierworodnego syna…

Została dyplomowana pielęgniarką. W tej roli była wzorowa również jako córka i siostra.

Została sama w 2011 roku (w tym roku zmarł jej brat Józef), i wtedy zaczęły się nasze długie rozmowy telefoniczne. Wówczas dowiedziałam się wielu istotnych, radosnych i tragicznych szczegółów o Rodzinie. Miałyśmy wiele tematów odkładanych „na potem”. Od tygodnia sięgam po telefon nawykowo, by ją usłyszeć i kontynuować rozpoczęte tematy… I wracam myślą do Niej i Jej Rodziny.

Polecam ich Matce Boskiej Ostrobramskiej, Krysia zwykle nam tłumaczyła, że jest to Madonna bez Dzieciątka, więc może więcej mieć dla nas cierpliwości i miłości.

____________________________________________

*Wacław Stankiewicz 1866 – 1940

Inżynier leśnik, organizator leśnictwa.

Urodzony 23 IV 1866 w Berżenikach w pow. nowoaleksandrowskim (gub. kowieńska), był synem Jana Stankiewicza i Konstancji z Bejnarów. Jan Stankiewicz był leśnikiem i właścicielem miejscowego folwarku.

Po ukończeniu szkoły realnej w Dyneburgu studiował w Petersburskim Instytucie Leśnym, gdzie w r. 1890 uzyskał stopień «uczenyj lesowod I razriada» (odpowiednik inżyniera leśnictwa). Po studiach pracował w państwowej administracji leśnej gub. kostromskiej, potem został na trzy lata oddelegowany do urządzania lasów na Uralu, gdzie dokonywał wraz z grupą taksatorów Polaków inwentaryzacji przyrodniczo-leśnej i planował zagospodarowanie poszczególnych nadleśnictw. W r. 1894 wrócił do Petersburga i został asystentem w Katedrze Urządzania Lasu Instytutu Leśnego, kierowanej przez Polaka, Aleksandra Rudzkiego. W r. 1905 dzięki stypendium uczelnianemu prowadził badania lasów górzystych na 25 założonych przez siebie powierzchniach próbnych w środkowej i południowej części Krymu. Podczas pobytu na Krymie odkrył nieznany dotychczas gatunek sosny, który opisał W. Sukaczow i nazwał na cześć Stankiewicza «Pinus Pityusa Stev. var. Stankieviczi». W r. 1908, przeniósł się do Moskwy, gdzie pracował w Zarządzie Rolnictwa i Dóbr Państw, przy urządzaniu lasów w okręgach leśnych: moskiewsko-twerskim, włodzimiersko-riazańskim i południowym — obejmującym Krym i zachodnie Zakaukazie.

Wiosną 1920 Stankiewicz opuścił Rosję i osiadł w Warszawie. W maju tego roku objął stanowisko naczelnika Wydziału Urządzania Lasów w Departamencie Leśnictwa Ministerstwa Rolnictwa i Dóbr Państwowych. Mimo małej liczby wykwalifikowanych pracowników technicznych oraz różnic w systemach leśnych trzech zaborów, doprowadził w ciągu dwóch lat do prowizorycznego urządzenia wszystkich lasów państwowych, a następnie likwidując stopniowo braki w planach, księgach i mapach gospodarczych, organizując i szkoląc personel, a potem sprawnie kierując jego pracami w terenie, stworzył podstawy dla prawidłowej administracji i nowoczesnej gospodarki leśnej.

W r. 1931 przeszedł na emeryturę, ale nadal interesował się sprawami leśnictwa, podejmując zlecenia urządzania lasów prywatnych i zabierając głos na łamach prasy fachowej . W r. 1939, ciężko już chory i częściowo sparaliżowany, zamieszkał u córki w Aninie pod Warszawą. Tam zmarł 20 III 1940; pochowany został na cmentarzu parafialnym w Zerzni. W małżeństwie z Marią z Woyczyńskich (ok. 1873—1965) miał troje dzieci: Kazimierza, Władysława oraz Janinę (1901—1982), doktor filozofii w zakresie botaniki, zamężną za Stanisławem Tyszkiewiczem, profesorem leśnictwa. Kazimierz (ok. 1899—1972), inżynier łączności, absolwent Inst. Technicznego w Moskwie (1914), był najpierw pracownikiem Głównej Dyrekcji Telefonów i Telegrafów w Warszawie, walczył jako ochotnik w wojnie polsko-sowieckiej 1920 r., potem gospodarował w rodzinnych Berżenikach, podczas drugiej wojny światowej był aresztowany przez NKWD i zesłany na Syberię, po wojnie pracował w Biurze Odbudowy Stolicy w Warszawie; był żonaty z Heleną z Zanów (zm. 1996).

oprac.Stanisław Tadeusz Sroka

Źródło: Polski Słownik Biograficzny

 

7_waclaw_stankiewicz_and_kazimierz_hrebnicki_ok_1926_w_b

6_od_lewej_adam_hrebnicki_i_waclaw_stankiewicz_ok_1910_f

 

Adam Hrebnicki (po lewej) i Wacław Stankiewicz około roku 1910

Poniżej:

Wacław Stankiewicz i Kazimierz Hrebnicki, Raj, ok 1926

 

 

 

Lejana y sola (4)

Kinga Szpuler

o tłumaczeniach Ireny Kuran-Boguckiej

3.1.4. Romance sonámbulo, del poemario Romancero gitano (1923-1927)

Romance sonámbulo

A Gloria Giner
y Fernando de los RíosVerde que te quiero verde.
Verde viento. Verdes ramas.
El barco sobre la mar
y el caballo en la montaña.
Con la sombra en la cintura
ella sueña en su baranda
verde carne, pelo verde,
con ojos de fría plata.
Verde que te quiero verde.
Bajo la luna gitana,
las cosas la están mirando
y ella no puede mirarlas.Verde que te quiero verde.
Grandes estrellas de escarcha,
vienen con el pez de sombra
que abre el camino del alba.
La higuera frota su viento
con la lija de sus ramas,
y el monte, gato garduño,
eriza sus pitas agrias.
¿Pero quién vendrá? ¿Y por dónde…?
Ella sigue en su baranda,
verde carne, pelo verde,
soñando en la mar amarga.

Compadre, quiero cambiar
mi caballo por su casa,
mi montura por su espejo,
mi cuchillo por su manta.
Compadre, vengo sangrando
desde los puertos de Cabra.
Si yo pudiera, mocito,
este trato se cerraba.
Pero yo ya no soy yo,
ni mi casa es ya mi casa.
Compadre, quiero morir
decentemente en mi cama.
De acero, si puede ser,
con las sábanas de holanda.
¿No veis la herida que tengo
desde el pecho a la garganta?
Trescientas rosas morenas
lleva tu pechera blanca.
Tu sangre rezuma y huele
alrededor de tu faja.
Pero yo ya no soy yo.
Ni mi casa es ya mi casa.
Dejadme subir al menos
hasta las altas barandas,
¡Dejadme subir!, dejadme
hasta las altas barandas.
Barandales de la luna
por donde retumba el agua.

Ya suben los dos compadres
hacia las altas barandas.
Dejando un rastro de sangre.
Dejando un rastro de lágrimas.
Temblaban en los tejados
farolillos de hojalata.
Mil panderos de cristal,
herían la madrugada.

Verde que te quiero verde,
verde viento, verdes ramas.
Los dos compadres subieron.
El largo viento dejaba
en la boca un raro gusto
de hiel, de menta y de albahaca.
¡Compadre! ¿Dónde está, dime?
¿Dónde está tu niña amarga?
¡Cuántas veces te esperó!
¡Cuántas veces te esperara,
cara fresca, negro pelo,
en esta verde baranda!

Sobre el rostro del aljibe,
se mecía la gitana.
Verde carne, pelo verde,
con ojos de fría plata.
Un carámbano de luna
la sostiene sobre el agua.
La noche se puso íntima
como una pequeña plaza.
Guardias civiles borrachos
en la puerta golpeaban.

Verde que te quiero verde.
Verde viento. Verdes ramas.
El barco sobre la mar.
Y el caballo en la montaña.

(Lorca 1977: 400)

Romanca lunatyczna

Dla Glorii Giner
i dla Fernanda de los RíosZielonej pragnę zieleni.
Pnie zielone. Wiatr zielony.
Koń na stromym zboczu gór
i okręt na morskiej toni.
Ona, przepasana cieniem,
śni wsparta o balustradę.
Zieleń ciała, włosów zieleń,
w oczach srebro lodowate.
Zielonej pragnę zieleni.
Cygański księżyc jej świeci;
rzeczy ją widzą, lecz ona
nie może ujrzeć tych rzeczy.Zielonej pragnę zieleni.
Wielkich gwiazd ze szronu roje
nadciągają z rybą cienia,
rozchylić świtu podwoje.
Figowiec o wicher czochra
gęstwę gałęzi chropawych,
a góra, drapieżny kot,
jeży swe cierpkie agawy.
Lecz kto przyjdzie? I którędy…?
Włosów zieleń, zieleń ciała.
Ona, wciąż przy balustradzie,
w snach gorzkie morze ujarzała.

– Krewniaku, zróbmy zamianę:
za dom konia chciejcie zabrać,
mój sztylet za koc wam oddam,
moje siodło za zwierciadła.
Krewniaku, przybywam krwawiąc
od samych przełęczy Cabra.
– Rad bym, chłopcze, tę umowę
zawarł z tobą, to wiadome.
Ale ja to już nie ja,
ni mój dom nie jest mym domem.
– Krewniaku, chcę umrzeć godnie:
jeżeli można, w stalowym
moim łóżku, na pościeli
z holenderskich płócien nowych.
Pierś po serce mam przebitą.
Nie widzicie mojej rany?
– Trzysta ciemnych róż splamiło
biel twej bluzy poszarpanej.
Pachnie krew, krew po twej szarfie
spływa strumieniem czerwonym.
Ale ja to już nie ja,
ni mój dom nie jest mym domem.
– Więc przynajmniej pójść mi dajcie
do wysokiej balustrady!
Niech tam pójdę! Niechaj dojdę
do zielonej balustrady,
do balustrad księżycowych,
gdzie szumią wodne kaskady.

Już wspinają się Cyganie
do wysokiej balustrady,
zostawiając ślady krwi
i łez zostawiając ślady.
Latarenki z cienkiej blachy
dygotały nad dachami.
Świt tysiącem kryształowych
tamburynów zorzę ranił.

Zielonej pragnę zieleni.
Wiatr zielony, pnie zielone.
Wspięli się Cyganie.
Silny wiatr rzucił w ich stronę
dziwny smak, który lawendę,
żółć i miętę przypominał.
– Krewniaku! Gdzie twoja córka?
Mów, gdzie ta gorzka dziewczyna?
– Ileż razy cię czekała!
Ileż razy czekać miała
przy zielonej balustradzie!
Czarne włosy i twarz biała.

Na ciemnym stawie Cyganka
kołysała się samotnie.
Zieleń ciała, włosów zieleń,
w oczach twarde srebro chłodne.
Lodowy sopel księżyca
trzymał ją na tafli wodnej.
Noc się zrobiła zaciszna
jak mały placyk. We wrota
kilku pijanych żandarmów
jęło kolbami łomotać.

Zielonej pragnę zieleni.
Pnie zielone. Wiatr zielony.
Koń na stromym zboczu gór.
I okręt na morskiej toni.

(Lorca 1982: 179)

El famoso poema de Federico García Lorca Romance sonámbulo es una obra muy ambigua, llena de símbolos e indirectas. Consta de siete estrofas, aunque no de la misma longitud, y en suma de 86 versos, que en la mayoría son los octosílabos. La forma del poema es el romance ibérico, tan presente en la literatura española desde el siglo XV. Muy típicas son también las rimas asonantes repitiéndose en los versos pares a lo largo del texto.

El título de la obra, Romance sonámbulo, indica la temática con la que nos vamos a encontrar en el texto: el adjetivo “sonámbulo” se refiere al mundo de los sueños. La confirmación de nuestras suposiciones la encontramos ya en los dos primeros versos del poema “Verde que te quiero verde./ Verde viento. Verdes ramas.” El color verde tiene en el arte una simbología muy extensa. Desde luego, está vinculado con la naturaleza, pero también significa lo onírico e irreal, incluso la descomposición, la muerte y el mundo más allá. En el poema todos los significados se presentan mezclados creando un mundo misterioso y nostálgico.

El argumento del poema transcurre en los últimos momentos de la noche, en el “camino del alba”, lo que es un elemento adicional que podríamos asociar con el color verde. Escuchamos las voces de tres personajes: la del narrador y las de los dos hombres: el mocito y su compadre. Los primeros cuatro versos abren el poema y están repetidos a su final, es decir, crean una epanadiplosis[1]. Asimismo, las palabras “Verde que te quiero verde” las encontramos varias veces en el texto.

En la primera estrofa vemos a la figura de una chica probablemente muerta. Lo suponemos de su descripción: “Con la sombra en la cintura/ ella sueña en su baranda/ verde carne, pelo verde,/ con ojos de fría plata.” Además se encuentra bajo la “luna gitana” y no puede ver nada, sus ojos ya están muertos.

En la segunda estrofa el autor nos presenta un paisaje excepcional de madrugada. Es un poco espantoso porque las cosas parecen ser otras que en la realidad, el claroscuro deforma los árboles, las montañas y el cielo. Lorca usa las metáforas infrecuentes para describirlo: “La higuera frota su viento/ con la lija de sus ramas,/ y el monte, gato garduño,/ eriza sus pitas agrias.” Se acercan dos personas, pero la chica, aunque “sigue en su baranda”, no reacciona.

En la tercera parte somos testigos del diálogo entre dos hombres que están huyendo; el mocito está malherido y sabe que dentro de poco tiempo morirá. Vale la pena citar la metáfora magnífica que describe su herida: “Trescientas rosas morenas/ lleva tu pechera blanca.” Él pide a su compadre, probablemente el padre de la chica, que le ayude a pasar los últimos momentos de su vida en condiciones dignas: “Compadre, quiero morir/ decentemente en mi cama.” Desgraciadamente, en las circunstancias, el compadre no puede ayudarle: “Pero yo ya no soy yo./ Ni mi casa es ya mi casa.” En la cuarta estrofa los hombres siguen acercándose a la morada.

En la quinta estrofa los hombres llegan a la puerta y escuchamos otra parte de su diálogo. El chico pregunta por la hija del compadre, la está buscando. El padre parece darse cuenta de la verdad, o sea, la chica se mató por el amor desgraciado.

En la penúltima parte encontramos la confirmación de nuestras conjeturas anteriores. La chica se suicidó, la vemos muerta en el agua: “Sobre el rostro del aljibe,/ se mecía la gitana./ Verde carne, pelo verde,/ con ojos de fría plata./ Un carámbano de luna/ la sostiene sobre el agua.” Sobre todo, la última metáfora estimula mucho la imaginación del lector. A la casa llegan también los guardias que buscan a los hombres, aunque no sabemos si los han capturado.

La obra termina con la repetición de los primeros cuatro versos. Después de la lectura del poema, las palabras parecen aún más trascendentes. Está seguro, que el color verde significa la muerte. Igualmente, prestamos más atención al doble significado del verbo “querer”. El sujeto lírico no sólo desea morir, sino quiere la muerte; solo de esta manera puede unirse con su gitanilla amada.

La traducción del poema es bastante coherente con el texto original. Como siempre, la traductora presenta una gran habilidad para formar los versos octosílabos y las rimas asonantes. Asimismo, el ritmo y la melodía del poema están intactos. De hecho, al leerlo en voz alta sentimos la misma emoción e inquietud, se nos presentan los mismos paisajes y escenas. La traductora logra muy bien imitar la dinámica de los acontecimientos, los diálogos entre los hombres son convincentes. Por su educación artística Irena Kuran-Bogucka conocía muy bien la simbología de los colores y signos, entonces, podemos suponer que era capaz de visualizarse mejor el contenido de las palabras. En la traducción consigue muy bien verter al polaco las metáforas más abstractas: “ona, przepasana cieniem; w oczach srebro lodowate; Trzysta ciemnych róż splamiło/ biel twej bluzy poszarpanej; Świt tysiącem kryształowych/ tamburynów zorzę ranił; Lodowy sopel księżyca/ trzymał ją na tafli wodnej.” El fragmento más representativo de su talento lo encontramos en la descripción pintoresca de la mardugada: “Figowiec o wicher czochra/ gęstwę gałęzi chropawych,/ a góra, drapieżny kot,/ jeży swe cierpkie agawy.”

En cuanto al verbo “querer”, muy afortunado suena el verbo polaco “pragnąć” que abarca el mayor campo semántico que otras posibles traducciones: “kochać” o “chcieć”. La traductora expresó con mucho ingenio el doble sentido de la palabra española.

Todos los elementos mencionados del taller literario y artístico de Irena Kuran-Bogucka muestran su experiencia y talento como traductora. Sin la menor duda podemos reconocer que su versión de la obra tiene gran calidad. Las palabras parecen sencillas, no obstante, tienen mucha gracia, tal y como suena la poesía de Federico García Lorca.

[1] Figura estilística que consiste en una repetición, al principio y al final del texto.

mezatkaniewiernaXilografía del ciclo “Romancero cygańskie”, 1961

Smalec z borsuka

Ewa Maria Slaska

…czyli kilka informacji o życiu wewnętrznym blogera

Admin bloga ma wgląd w różne sprawy z kuchenno-piwnicznego zaplecza radosnej twórczości blogerskiej, które czytelnika wcale nie muszą interesować. Ale mogą, rzecz jasna…

Tak to wygląda na wejściu w codzienne zadania administracyjne, które z reguły zajmują mi około dwóch godzin dziennie. Ale ja nie o tym…

wnetrznoscibloga

To, co zawsze pobieżnie sprawdzam w tym momencie to ten niebieski diagram, statystyka wejść w ostatnich dwóch tygodniach. Zawsze wtedy widać, co ludzie ostatnio chętnie czytali. Tym razem (piszę tego posta 29 sierpnia) najwyższy słupek to mój własny wpis, Z książki niewydanej… Czarny pasek po lewej to menu strukturalne, mogę wybrać czy zmieniam strony, wpisy, bannery, wygląd ogólny, ale mogę też sprawdzić komentarze i skontrolować tagi. Potem są dane o aktualnych wpisach, u góry te, które pojawią się w najbliższych dniach (jeśli już są przygotowane), pod spodem te, które ukazały się dziś oraz cztery poprzednie… Powyżej szybka kontrola statystyk samego bloga:

wnetrznosci2

Widać gołym okiem, od 21 grudnia 2012 roku(same zera jedynki i dwójki!) ukazało się do dzić czyli 29 sierpnia 1349 wpisów. Jak ktoś chce, niech liczy, a jak nie to można mi wierzyć na słowo. Codziennie jeden, a były dwa czy trzy dni, że były dwa wpisy, jeden rano, a jeden przed północą… Wprawdzie jeden gdzieś tam wypadł (autor najpierw dał a potem odebrał – raz się zdarzyło!) ale te dwa czy trzy podwójne wyrównują statystykę z nawiązką. Mamy w blogu trzy tzw strony czyli te informacje na listwie górnej (About us, Impressum i Heute/Dziś / Today). Napisaliście / napisaliśmy (bo i ja to robię) 1770 komentarzy, a nadesłano ich o kilkadziesiąt tysięcy więcej. Dokładnie wyliczając 29 sierpnia tych niechcianych komentarzy było 43.884. Zajmuje się nimi sam główny nasz administrator czyli WordPress, który zastosował sito kontroli komentarzy Akismet. Akismet jednak niczego nie wyrzuca, tylko zostawia mi wszystko do kontroli. Dziś powinnam przejrzeć 8 spamów. Trzeba to robić, bo fizycznie to jednak ja je muszę usunąć, a nie jakieś coś o nazwie Akismet, a poza tym jednak czasem, rzadko, ale zdarza się, że w spamie lądują porządne komentarze i trzeba je wyłuskać. Tym razem były jednak same bzdury:

wnetrznosci3

Likwiduję je, każdy komentarz osobno, czasem rzucam okiem na ich treść, czasem jednak coś mnie zafrapuje i zrobię z tego wpis, jak np TU. Zajrzyjcie, naprawdę warto.

Od dłuższego czasu jednak zaprząta mnie pytanie związane z kolejną usługą, jaką WordPress oferuje adminom. Oprócz statystyk pokazuje mi bowiem, jakie wpisy były ostatnio chętnie czytane:

smalecborsuk

Ze starszych wpisów czytelnicy najchętniej wracali jeszcze do pierwszego wpisu Kingi Szpuler o tłumaczeniach Mamy, Ireny Kuran-Boguckiej, oraz do posta Zbycha Milewicza o Królewcu. Czasem pojawią się tu wpisy sprzed dwóch lub trzech lat, dziś jednak trzymamy się aktualności.

A obok są podane najczęstsze tematy wyszukiwania w samym blogu. Od tygodni, uwierzcie mi, od tygodni głównym tematem, pojawiającym się na pierwszym miejscu jest… smalec z borsuka. Kręcę głową w zadziwieniu, ale sprawdzam i otóż okazuje się, że i owszem, we wpisie Ryszarda Dąbrowskiego o babci tatarskiej szamance jest hasło “smalec z borsuka”! jest cały wywód o środkach pochodzenia zwierzęcego, stosowanych w medycynie ludowej. Proszę:

Lekami pochodzenia zwierzęcego były: tłuszcze z borsuka, jeża i niedźwiedzia oraz psi i wieprzowy smalec (zewnętrznie do nacierania przy zapaleniu oskrzeli, wewnętrznie przy chorobach płucnych, szczególnie gruźlicy), smalec z gęsi, kury i królika (do nacierania przy bólach powstałych w wyniku zaziębień oraz od zawiania). Wszystkie te tłuszcze były także składnikami różnych maści.

Ponadto stosowano mleko kobyle, kozie i krowie (zewnętrznie do przemywań i kompresów przy przeziębieniach oraz stanach zapalnych płuc i oskrzeli, wewnętrznie na gorąco z miodem i masłem przy przeziębieniach i schorzeniach dróg oddechowych, zwłaszcza kaszlu), kożuchy z mleka (przeciwko wrzodom i jęczmieniu na oku), zsiadłe mleko (jako okłady na opuchnięcia), śmietanę i masło (jako składnik maści) oraz sery (zewnętrznie do okładów przy stanach zapalnych i gorączce, wewnętrznie w celu ułatwiania zrastania kości) i serwatki z mleka (zewnętrznie jako kompresy przy bólach reumatycznych, stłuczeniach, bólach głowy, wewnętrznie oczyszczająco przy przeziębieniach, chorobach wątroby i nadkwasocie).

Z organów zwierzęcych stosowano żółć wieprzową (jako nalewkę na spirytusie przeciwko dolegliwościom żołądkowym i zatruciom) oraz żołądek cielęcy (do okładów przy chorobych oczu).

Żółtkami jajek utartymi z cukrem i zalanymi gorącym mlekiem leczono przeziębienia i choroby krtani. Surowym białkiem okładano oparzenia i stłuczenia.

Miód był powszechnie stosowany w stanie czystym oraz łączony z wodą, mlekiem, masłem, wywarem z ziół i alkoholem w wielu schorzeniach a szczególnie dróg oddechowych i serca.

Znaczenie lecznicze posiadała także pajęczyna (sama w sobie lub ugnieciona z chlebem do leczenia ran) oraz mrówki (które po zalaniu spirytusem służyły do nacierania przy reumatyzmie a chore części ciała wkładano też do mrowiska w celu pokąsania).

Mocz ludzki i zwierzęcy używany był do okładów przy zwichnięciach i spuchnięciach oraz do dezynfekcji ran i skaleczeń. Terapeutyczne stosowanie środków pochodzenia zwierzęcego wymagało specyficznej wiedzy i dużego doświadczenia.

Wniosek? Prosty. Nigdy się nie dziw. Z reguły i tak się okaże, że to co Cię najbardziej zadziwi, to Ty sam.

Taka mądrość Slaskiej na niedzielę.

Reblog z komentarzem

Zbigniew Milewicz

Od historii nie uciekniesz…

Przy całej swojej sympatii dla sąsiedzkiej, ukraińskiej społeczności, oczekiwałem od polskich władz zajęcia jednoznacznego stanowiska w sprawie Rzezi Wołyńskiej, o której w zależności od opcji politycznej raz się publicznie mówiło, a kiedy indziej znowu nie, a nazwać po imieniu nikt jej jakoś nie chciał. Z zadowoleniem przyjąłem więc niedawną, lipcową uchwałę Sejmu i Senatu RP, uchwaloną nota bene jednogłośnie,  o uznaniu zamordowania ponad stu tysięcy Polaków przez ukraińskich nacjonalistów w czasie II wojny światowej za ludobójstwo. Wyrażono w niej jednocześnie szacunek dla Ukraińców, którzy ratowali Polaków. W odpowiedzi ukraiński Parlament ostro potępił tę uchwałę, a w tamtejszych mediach rozpętała się histeria. Przytaczam fragmenty interesującego wywiadu na ten temat, który ukazał się 27.08.2016 r., na łamach Gazety Wyborczej.

Igor T. Miecik rozmawia z Jurijem Szuchewyczem.

Jurij Szuchewycz: Wołyń ludobójstwem? Ile wam Kreml zapłacił?

Fot. zbiory Osrodka KARTA, udostepnił Mariusz Hermanowicz

Kiedy my toczymy wojnę z Moskwą, wy jak zwykle wbijacie nam nóż w plecy. Towarzysze mojego ojca z UPA często mi opowiadali, że gdy oni walczyli z Sowietami albo Niemcami, to AK tylko czekała, żeby zadać im cios od tyłu.

W lipcu Polska wypowiedziała Ukrainie wojnę. Wojnę hybrydową. Czego się spodziewaliście? Macie teraz naszą odpowiedź na swój zdradziecki atak. Wojna to wojna. Ale to nie my ją rozpoczęliśmy – usłyszałem w słuchawce telefonu, zanim zdążyłem powiedzieć coś więcej niż “dzień dobry” i zapytać o projekt uchwały ukraińskiego parlamentu o “historii ludobójstwa narodu ukraińskiego dokonywanej systematycznie i konsekwentnie przez państwo polskie”.

To nie była nasza pierwsza rozmowa. Jurija Szuchewycza, syna komendanta Ukraińskiej Powstańczej Armii, poznałem dwa lata temu. Spotkaliśmy się kilka razy we Lwowie i przegadaliśmy długie godziny. Ich owocem były wywiady w “Gazecie Wyborczej” i w mojej książce o Ukrainie. Tyle że mówiliśmy wtedy o obaleniu Janukowycza, ukraińskiej rewolucji oraz o samym Szuchewyczu i jego niezwykłym życiu.

Pojechałem też do Lwowa kilka dni po przyjęciu przez polski Sejm uchwały o tym, że “ofiary zbrodni popełnionych w latach 40 przez ukraińskich nacjonalistów do tej pory nie zostały w należyty sposób upamiętnione, a masowe mordy nie zostały określone – zgodnie z prawdą historyczną – mianem ludobójstwa”.

Wiedziałem, że nie będzie łatwo – do tej pory omijaliśmy temat Wołynia – ale nie spodziewałem się, że aż tak…

Atmosfera od początku była zła. Szuchewycz wyznaczył spotkanie w centrum miasta w modnej, drogiej wiedeńskiej kawiarni. Przyszedł w towarzystwie żony Lesi i poselskiego asystenta.

Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta

– Ile wam zapłaciła Moskwa? – zaczął, nie czekając na moje pytanie.

Zatkało mnie: – Jaka Moskwa? Komu? Za co?

– Moskwa Putina, Kreml. Ile zapłacili waszym posłom, za nazwanie wydarzeń na Wołyniu ludobójstwem? Ile?

Jurij Szuchewycz jest na Ukrainie, zwłaszcza zachodniej, pomnikiem. Niekwestionowanym tam autorytetem moralnym, kimś w rodzaju świeckiego przywódcy duchowego.
Ma 83 lata i życiorys męczennika. Jako syn zamordowanego w 1950 r. przez NKWD legendarnego komendanta UPA Romana Szuchewycza, sam nie mając nic na sumieniu, został aresztowany przez Sowietów jako 15-letni chłopiec i z krótkimi przerwami przesiedział w łagrach ponad 30 lat. W celi stracił wzrok. Wyszedł w 1989 r., w przededniu odzyskania przez Ukrainę niepodległości.

Po zwycięstwie Majdanu w 2014 r. zdobył mandat deputowanego Wierchownej Rady, gdzie w sprawach dotyczących historii jego głos jest wpływowy, zawsze słuchany z uwagą i szacunkiem.

W lipcu jako jedyny deputowany towarzyszył przewodniczącemu Wierchownej Rady Andriejowi Parubijowi w zakończonych fiaskiem negocjacjach z marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim dotyczących wspólnego stanowiska w sprawie rzezi wołyńskiej. A po przyjęciu polskiej uchwały służył radą deputowanemu Ołehowi Musijowi, autorowi projektu “odwetowej” uchwały ukraińskiego parlamentu o polskim ludobójstwie.

Panie Juriju, pan mówi poważnie o pieniądzach z Moskwy?

– To nie moja opinia, tylko pogląd powszechny na Ukrainie. Putin wykorzystuje w wojnie hybrydowej różne siły polityczne, a także je finansuje, by wykonywały jego wolę. Tak jest z mniejszością rosyjską i partią komunistyczną w Estonii, skrajną prawicą Marine Le Pen we Francji, węgierskim Jobbikiem, nie widzę przyczyn, dla których nie miałby finansować posłów polskiego Sejmu.

Po co Putinowi taka uchwała polskiego Sejmu?

– Kreml zrobi wszystko, żeby skompromitować postać Stepana Bandery, ukraiński nacjonalizm, myśl polityczną OUN i działalność UPA. Zrobi wszystko, żeby opluć naszych bohaterów i podzielić naród.

Nie potrzeba Putina, by Bandera i jego koncepcje dzieliły Ukraińców. Nie tylko w Polsce nie jest on darzony sympatią. Spotkałem wielu Ukraińców bardzo sceptycznych wobec ideologii banderowskiej.

– To efekt pół wieku sowieckiej propagandy. Ale to się zmienia. Po raz pierwszy od lat możemy sami decydować, kto jest naszym bohaterem, i sami wychowywać naszą młodzież. Bandera jest niezaprzeczalnym symbolem ukraińskiego patriotyzmu. Czy się to komuś podoba, czy nie.

Nie uważa pan, że to nie jest uczciwe postawienie sprawy, zwłaszcza wobec ukraińskiej młodzieży: albo Bandera, albo Putin. Szantaż moralny: jeśli nie jesteś wyznawcą Bandery, znaczy, żeś nie jest patriotą, gorzej – jesteś separatystą, zdrajcą. Jakby nie można było być liberałem czy socjalistą i jednocześnie patriotą.

– Nie można być prawdziwym ukraińskim patriotą, odrzucając Banderę. OUN była jedynym prawdziwie niepodległościowym niezależnym nurtem politycznym, dla którego wolność Ukrainy była wartością najwyższą, i jest to rzecz nie podlegająca dyskusji. W rzeczywistości wojny hybrydowej, z którą mamy do czynienia, postawiliśmy niedawno w ukraińskim parlamencie kropkę nad i.

To pan był autorem ustawy, która podważanie zasług OUN i UPA dla ukraińskiej niepodległości uważa za przestępstwo. Szacunek można wymóc ustawą i groźbą kary?

– Można i trzeba. Trwa wojna.

Co jest takiego w uchwale polskiego Sejmu dotyczącej Wołynia, że wywołała na Ukrainie tak skrajne emocje, a u pana, jak widzę, wywołuje wręcz gniew?

– To z gruntu, od pierwszego do ostatniego zdania, zakłamany, prowokacyjny i szowinistyczny tekst.

Czy ktoś tam wspomniał, jakie były przyczyny konfliktu polsko-ukraińskiego na Wołyniu? Czy mówi się tam o brutalnej okupacji ukraińskich ziem etnicznych przez II Rzeczpospolitą, o paleniu naszych cerkwi albo odbieraniu ich nam przez katolików, o policyjnych pacyfikacjach wiosek, wysiedleniach, wypędzeniach, o tym, że samo słowo “Ukrainiec” było zakazane, a Polacy wprowadzili do obiegu upokarzające nas określenie “Rusin”?

Wołyń traktowaliście jak rezerwuar taniej siły roboczej, niewolniczej wręcz. Pogarda polskich kolonistów dla “chama” Ukraińca czy określenie “bydło”, którym nazywano ukraiński lud, tkwią w pamięci każdej wołyńskiej czy galicyjskiej rodziny. Wie pan, jakie jest moje pierwsze wspomnienie związane z ojcem? To widzenie w Berezie Kartuskiej – polskim obozie koncentracyjnym dla Ukraińców. Miałem cztery lata, ale pamiętam.

Nie wspomina się też w waszej uchwale o planowym mordowaniu Ukraińców na Chełmszczyźnie, Podlasiu i Zasaniu, które Armia Krajowa rozpoczęła jeszcze w 1941 r. Przez niemal całą okupację w stosunku do ukraińskiej ludności polskie podziemie szło ręka w rękę z sowiecką partyzantką, wszystko, byle tylko przywrócić okupacyjne granice sprzed 1939 r. i oczyścić z Ukraińców ziemie aż po Zbrucz.

A wasza akcja “Burza”? O niej też cisza, a była to ostatnia desperacka próba współpracy z Sowietami, znów w imię utrzymania polskich imperialnych zdobyczy na etnicznych ziemiach Ukraińców.

Rzezi wołyńskiej zaprzeczyć jednak nie można. Nie można zaprzeczyć planowemu mordowaniu cywilnej ludności polskiej, starców, kobiet i dzieci. Jak rozumiem, sprzeciw na Ukrainie budzi określenie “ludobójstwo”.

– Określenie “ludobójstwo” to oczywiste zakłamanie historii. Wam zależy jednak jeszcze na powiązaniu, choćby na siłę, ofiar partyzanckiej wojny domowej z Banderą, OUN, ruchem ukraińskich nacjonalistów i obciążeniu ich całą odpowiedzialnością.

A nie ponoszą tej odpowiedzialności? Co się w takim razie według pana stało w 1943 r. na Wołyniu?

– Doszło do partyzanckiej wojny i masowego antypolskiego wystąpienia ukraińskiego ludu, z jednej strony umęczonego kolonialnym uciskiem Polaków, a z drugiej – podejmującego samorzutne akcje samoobrony przeciw groźbie i aż nadto czytelnym, brutalnym próbom przywrócenia statusu quo ante bellum.

I podczas tej samoobrony wybito 80 tysięcy ludzi?

– To kolejne kłamstwo. Przypominam, że polska uchwała sejmowa mówi o 100 tysiącach! Ćwierć wieku temu naliczono 20 tysięcy ofiar, potem 40, jeszcze później 60, 80, a teraz 100 tysięcy. Polacy na siłę wrzucają wszystkich, którzy zginęli podczas wojny i okupacji na Wołyniu i Galicji, do jednego worka z podpisem “rzeź wołyńska”. Wszystko jedno, czy zginęli z ręki Niemców, Sowietów, zwykłych band albo nawet wyjechali na roboty do Niemiec. Niedługo naliczycie tych ofiar więcej, niż było przed wojną wszystkich Polaków na zachodniej Ukrainie.

Zastanawiam się, czy gdybym był Ukraińcem, to wolałbym, by historia zapamiętała rzeź wołyńską jako spontaniczne powstanie ludowe, gdzie znający się od lat ludzie mordują swoich sąsiadów, czy też raczej jako akcję wywołaną z inspiracji i na rozkaz nacjonalistów. I chyba wołałbym wierzyć, że moi dziadowie zostali zaczadzeni zbrodniczą ideologią i działali na rozkaz, niż że pewnego dnia sami z siebie wzięli siekierę, piłę i poszli do chaty sąsiada wymordować całą jego rodzinę.

– To perfidna, przemyślana i prowadzona konsekwentnie od wielu lat polska operacja propagandowa. Obciążając odpowiedzialnością ukraiński ruch niepodległościowy, chcecie zohydzić i uczynić zbrodniarzami naszych bohaterów, ludzi, którzy położyli fundament pod ukraińską tożsamość i państwowość, odzyskali dla Ukraińców godność.

To postkolonialna manipulacja. Pomysł zmierzający do ponownej dekapitacji narodu ukraińskiego. Pozbawienia go przywództwa i wartości, tak by znów stał się bezwolną niewolniczą masą, której można będzie narzucić obce wartości i przywództwo. W tym sensie postępujecie wobec Ukrainy dokładnie tak jak Moskwa. Prezentujecie podobne moskiewskiemu postkolonialne i postimperialne myślenie, co pokazał otwarcie wasz Sejm 22 lipca. Sądzi pan, że nie wiem, co Polacy kryją w głębi serca? Sentymenty o Polsce od morza do morza! Ot co! Wilno nasze, Lwów nasz.

Nigdy nie słyszałem w Polsce ani jednego poważnego głosu, czy to polityka, czy to działacza społecznego, który by kwestionował granice ustalone w Europie po 1945 r. W przeciwieństwie do pana, który nieraz mówił, że jeszcze nie wszystkie ukraińskie etniczne ziemie wróciły do macierzy, i wymieniał jako takie rosyjski Kubań i ziemie nad Donem, na zachodzie zaś Podlasie, Chełmszczyznę, Zasanie i Łemkowszczyznę. Już sam termin “ziemie etniczne” jest dziś niedopuszczalny.

– Bo co? Niewygodny dla krajów postkolonialnych, które odbierały ziemie innym narodom? A Polacy w jakich kategoriach myślą? Proszę się rozejrzeć po Lwowie latem, wszędzie wycieczki waszych kresowiaków. Bardzo proszę, niech przyjeżdżają, ale jak się ich posłucha, otwierają się oczy: to polski uniwersytet, to cmentarz polskich bohaterów, tu polskie to, tam polskie tamto.

Przez lata nie mogliście o tym głośno mówić, czekaliście na moment słabości Ukrainy. Teraz, kiedy my toczymy wojnę z Moskwą, wy jak zwykle wbijacie nam nóż w plecy. Towarzysze mojego ojca z UPA często opowiadali mi, że gdy oni walczyli z Sowietami albo Niemcami, to AK tylko czekała na okazję, żeby zadać im cios od tyłu.

Pan wybaczy, ale skala ukraińskiej kolaboracji z hitlerowcami nie miała precedensu na terenach byłej II RP. Ukraińska policja pomocnicza…

– Policja była wszędzie. Na okupowanej brytyjskiej wyspie Jersey służyli lojalni wobec Niemców angielscy boje, nawet czapek nie zmienili.

Oni nie pilnowali gett żydowskich ani obozów jenieckich…

– A polska policja granatowa, a policja żydowska to gett nie pilnowała? Dla mnie kolaboracja z Niemcami znaczy tyle samo co kolaboracja z Sowietami, a tu Polacy byli liderami. Zaczęliście już w 1939 r., kiedy nie zdecydowaliście się walczyć ze Stalinem tak jak z Hitlerem, i mimo że zapłaciliście za to krwawą cenę w Katyniu,kontynuowaliście  tę współpracę przez całą wojnę. Kiedy zaś była skierowana przeciw Ukraińcom, była nadzwyczaj harmonijna i skuteczna, a jej ukoronowaniem była akcja “Wisła”.

Widać to nawet dziś, bo o Katyniu grzecznie milczycie, a za Wołyń domagacie się od Ukraińców nieustających aktów pokajania. Gdy do Lwowa albo do Równego przyjeżdżają na przepustki chłopcy z frontu z Donbasu, to co oni czują, kiedy dowiadują się, że ktoś, kto wydawał się sojusznikiem, mówi o ich bohaterach i ideałach tym samym głosem co rebelianci? Otóż czują, że znów dostali cios w plecy. Wie pan, że w Ługańsku rebelianci urządzili oficjalną uroczystość upamiętniającą “ofiary rzezi wołyńskiej”?

Pana teza o antyukraińskiej współpracy polsko-moskiewskiej jest krzywdząca i nieprawdziwa. Między Polską a Rosją nie było w ostatnich latach gorszych stosunków niż dziś. I jest to spowodowane między innymi, jeśli nie przede wszystkim, polskim wsparciem dla ukraińskich dążeń niepodległościowych.

– To proszę przestać mówić po rosyjsku i przejść na ukraiński. W tej chwili! – wtrąciła się nagle pani Lesia, żona Szuchewycza.

Zatkało mnie. Mówię po ukraińsku płynnie, ale zdecydowanie lepiej po rosyjsku. W tym dwujęzycznym kraju używam raz jednego, raz drugiego języka. Czasem automatycznie, nawet nie zastanawiając się nad tym, zaczynam po rosyjsku i po kilku zdaniach się przestawiam. Ale nigdy nikt na Ukrainie nie robił najmniejszego problemu z powodu języka, którym się mówi. Także sam Szuchewycz.

Wcześniej spotykałem się z panem Jurijem w cztery oczy. Siadaliśmy w skromnej kawiarence obok jego domu, gdzie Szuchewycz miał swój stolik, albo spacerowaliśmy po Lwowie. Niewidomy starzec, wspierając się na moim ramieniu, wyraźnie zrelaksowany, przerywał “służbowe” wątki naszej rozmowy dygresjami na temat miasta i starymi galicyjskimi anegdotami, wydawało mi się, że zadzierzgnęła się między nami nić szczerej sympatii. Mówiliśmy raz po ukraińsku, raz po rosyjsku. Zdarzały się Szuchewyczowi wstawki po polsku. Cytował z pamięci Słowackiego i Norwida.

Co się nagle popsuło między nami? Przed spotkaniem z Lesią Szuchewycz, urodzoną w Niemczech córką ukraińskiego emigranta, żołnierza UPA, ostrzegali mnie dawni towarzysze pana Jurija. Twierdzili: “To fanatyczka”.

A mówili to członkowie założonej przez Szuchewycza w latach 90 partii UNA i jej bojówki UNSO. Ludzie, którzy na ochotnika walczyli w Naddniestrzu, obu wojnach czeczeńskich, Gruzji i wszędzie tam, gdzie można było “bić Moskala”. Jeszcze niedawno wydawało się, że na prawo od nich jest już tylko brunatna mgła.

W ciągu dwóch lat wojny w Donbasie Ukraina i Jurij Szuchewycz osobiście dokonali jednak ostrego zwrotu. Na scenie politycznej pojawiły się nowe agresywne ugrupowania i zradykalizowały się istniejące. Dawni koledzy mówią, że to Lesia namówiła Szuchewycza, by porzucił UNA-UNSO i dołączył do Ołeha Laszki, szefa Partii Radykalnej, który narodowo-socjalnym populizmem przelicytował wszystkich.

– Jest pan na Ukrainie, więc ma pan mówić po ukraińsku – powtórzyła tonem nieznoszącym sprzeciwu Lesia Szuchewycz. – Wiem, że pan umie. Przy mnie po rosyjsku mówić pan nie będzie! Ani słowa więcej po kacapsku!

Zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. Rozmowa przestawała przypominać wywiad, nasz dialog zaczął się zamieniać w konfrontację. Wystarczyła jedna sejmowa uchwała, żeby w jednej chwili zniknęła cała polityczna poprawność i zwyczajne przejawy sympatii czy przynajmniej szacunku i zrozumienia, które towarzyszyły naszym wcześniejszym spotkaniom.

– Dobrze by było, żeby Polacy przestali pisać Ukraińcom historię i pozwolili nam samym ją napisać – podjął po chwili pan Jurij.

Problem w tym, że to wspólna historia. Czy ma ona wyglądać tak jak w projekcie ukraińskiej uchwały? Znam pana poglądy, jest pan nacjonalistą, ale pochodzi pan z inteligenckiej lwowskiej rodziny. Pradziadek etnograf, badacz huculszczyzny, dziadek sędzia, ojciec i stryj inżynierowie. Pan to widzi wyłącznie w czerni i bieli? Czy historia Ukraińców w II RP to rzeczywiście opowieść o ludobójstwie? A co z ukraińskimi legalnymi partiami politycznymi? Posłami mniejszości z wicemarszałkiem Sejmu II RP Wasylem Mudrym na czele?

– To nie Ukraińcy zaczęli tę wojnę na uchwały. Projekt naszej może być dla Polaków bolesny, ale czas najwyższy, by spojrzeli historycznej prawdzie w oczy.

Nie wszyscy Ukraińcy widzą stosunki polsko-ukraińskie tak, jak je opisuje uchwała. Podobnie jest z rzezią wołyńską. Temat jest wykorzystywany jako oręż do walki politycznej przez propagandę promoskiewską, ale interesują się nim też zwykli ludzie, którzy chcą poznać niezideologizowaną prawdę historyczną. W Odessie na przykład miejscowa młodzież, koło fascynatów historii, przy wsparciu diaspory żydowskiej zorganizowała wystawę o Wołyniu ’43. Urządzili ją w murach rosyjskiego teatru, ale ani z rebeliantami, ani z Putinem nie mają nic wspólnego, wcześniej robili seminarium o obronie Sewastopola, bezwzględnie krytyczne wobec dowództwa Armii Czerwonej.

– Skąd pan wie o tej wystawie na temat Wołynia? – wtrącił się asystent Szuchewycza.

Od znajomej dziennikarki z Odessy.

– Nazwiska tych ludzi pan zna? Nazwę ich organizacji? Co to za teatr? – asystent wyciągnął pióro i otworzył notes.

A co to ma do rzeczy?

– Trzeba powiadomić o tej wystawie odpowiednie służby.

Jakie służby?

– Organy ścigania, prokuraturę, Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy.

PS Tekst jest relacją z trzech rozmów z Jurijem Szuchewyczem z lipca i sierpnia 2016 r. Bezpośredniej we Lwowie i dwóch późniejszych telefonicznych.

*Jurij Szuchewycz – ur. w 1933 r., deputowany do ukraińskiego parlamentu. Sowieci aresztowali go w 1948 r., tuż po 15 urodzinach. W więzieniach i łagrach spędził 31 lat i stracił tam wzrok. Jego ojciec Roman był komendantem UPA współodpowiedzialnym za czystkę etniczną Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

W parku księcia Pücklera / Beim Fürst Pückler in Bad Muskau

Mehr darüber / Jeszcze o tym samym

Pamiętajcie o Ogrodach…

1 września 2016 roku w Nowym Zamku, w uwodzącym wszechobecną i kojącą zielenią Parku Mużakowskim na granicy polsko-niemieckiej otwarto wystawę Ogrody. Zwiedzenie jej to świetny pomysł na ciepły wrześniowy weekend.

1-ogrody
Powyżej: Park Mużakowski; poniżej: Jazzband Suan Tun Hoan (Wietnam) – gitara (lider zespołu), Marcin Włodarczyk – fortepian, Paweł Narajowski – kontrabas, Kuba Lechki – perkusja

3-ogrody

Wystawa zorganizowana została we współpracy Uniwersytetu Zielonogórskiego i Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze z Fundacją „Park Księcia Pücklera Bad Muskau”. Jest trzecią ekspozycją z cyklu Topografia polskiej sztuki współczesnej, a zarazem wydarzeniem inaugurującym obchody 25-lecia istnienia Instytutu Sztuk Wizualnych Wydziału Artystycznego Uniwersytetu Zielonogórskiego.
Podczas wernisażu dr Cornelia Wenzel, zastępca dyrektora zarządzającego Fundacji, stwierdziła z humorem: „Pokaz prac Ogrody jest prezentem urodzinowym, który przedstawiciele Instytutu [Sztuk Wizualnych] sami sobie sprawili na jego 25 urodziny, w czym i my mogliśmy mieć swój udział. Dziękujemy Państwu za to serdecznie i gratulujemy z okazji jubileuszu.”

ogrody2-11
Z kolei Hansjörg König, Przewodniczący Rady Fundacji, w swej przemowie przypomniał, że Park Mużakowski, który 1 maja 2015, w 200-lecie swego istnienia wpisany został na listę światowego dziedzictwa UNESCO, stał się wzorcowym przykładem ośrodka bilateralnej współpracy polsko-niemieckiej, służącej rozwojowi transgranicznego regionu kulturalnego. Podziękował serdecznie wszystkim pracownikom Instytutu Sztuk Wizualnych UZ – uczestnikom wystawy – za oryginalny wkład w te działania. Zwracając się do inicjatora cyklu wystaw Topografia polskiej sztuki współczesnej, dyrektora Muzeum Ziemi Lubuskiej, Leszka Kani, stwierdził natomiast: „właśnie tego typu współpracy polsko-niemieckiej życzyliśmy sobie w roku 2005, by aktywnie ożywiła obiekt światowego dziedzictwa kultury – Park Mużakowski. Jestem bardzo zadowolony, że właśnie dzięki Pańskiemu zaangażowaniu jest ona dziś niemal oczywistością. Oczywiście wiem, że w codziennej rzeczywistości jeszcze długo nie będzie ona wolna od ustawicznego wysiłku. Stąd też także w przyszłości chętnie wesprę ten piękny i ważny projekt. (…) jestem pewien, że prezentowane tu dzieła sztuki dostarczą nam przyjemności intelektualnej, która towarzyszyć nam będzie w drodze do domu.”
***
ogrody2-4W ramach wystawy Ogrody dwudziestu artystów z Zielonej Góry wypełnia przestrzeń czasu, wspomnień, poznania i sztuki. Tytuł ekspozycji rozumieć można dosłownie i metaforycznie. Wpisuje się ona w kontekst jedynego transgranicznego założenia ogrodowo-parkowego w Europie, jest formą międzynarodowego dialogu na temat kultury, ekologii oraz historii i współczesności stosunków polsko-niemieckich.
W recenzji katalogu wystawy prof. Beata Frydryczak zauważyła: „[Ta] polsko-niemiecka publikacja wykracza poza standardową monografię. (…) Już sam fakt jej zatytułowania Ogrody/Gärten i zaprezentowania w czasie wystawy przygotowanej przez artystów pracujących w Instytucie Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Zielonogórskiego w Nowym Zamku w Parku Mużakowskim dodaje jej dodatkowych wartości.

ogrody2-1
To sprawia, że dwugłos: teoretyczno-artystyczny w sposób konieczny uzupełniony jest o kontekst zewnętrzny: otoczenie parku i jego estetykę, związaną z nim historię i wspólne polsko-niemieckie działania o wymiarze ponadgranicznym i kulturowym, czego książka i zapowiadająca ją wystawa jest doskonałym dowodem. Ogrody/Gärten to publikacja (i wystawa), która buduje nową wartość w tym, co już artystyczne (Parku Mużakowskim), a podejmując dyskurs na temat ogrodów, wprowadza go na metapoziom, w którym ogród nabiera wymiaru ideowego i metaforycznego zarazem. O ogrodach w ogrodzie, o krajobrazach w krajobrazach – mówić można tylko obrazami i metaforami. Ta publikacja otwiera taką możliwość, rozbrzmiewając na trzech poziomach: teoretycznym, artystycznym i ideowym, jeżeli za ideę uznać naturalne medium Parku Mużakowskiego. (…) Projekt graficzny książki (…) doskonale współgra z jej zawartością (…) Meandry Parku Mużakowskiego mogą być refleksem meandrów myśli artystycznej oplatającej to, co ujęto wspólnym mianem ogrodów. Wprowadza do nich tekst Artura Pastuszka Il faut cultivert notre Jardin, który w eseistycznej formule próbuje znaleźć podstawy idei ogrodu jako takiego. Tekst Lidii Głuchowskiej posiada bardziej krytyczny wymiar, będąc ambitną próbą zaprezentowania obecnych na wystawie artystów i ich prac.”

ogrody2-8Wystawa Ogrody potrwa do końca października. Serdecznie zapraszamy
Nowy Zamek, Park Mużakowski/Bad Muskau
Kuratorzy: Leszek Kania (Muzeum Ziemi Lubuskiej, Zielona Góra)
prof. Paulina Komorowska-Birger (Instytut Sztuk Wizualnych UZ, Zielona Góra)
Kierownictwo naukowe: dr Lidia Głuchowska (Instytut Sztuk Wizualnych UZ, Zielona Góra)
Koordynacja: Regina Barufke, Bad Muskau
Uczestnicy: mgr Paweł Andrzejewski, mgr Basia Bańda, prof. Andrzej Bobrowski, prof. UZ dr hab. Radosław Czarkowski, prof. Jarosław Dzięcielewski, dr Katarzyna Dziuba, prof. UZ Magdalena Gryska, mgr Mirosław Gugała, dr Jarosław Jeschke, dr Helena Kardasz, prof. Paulina Komorowska-Birger, prof. Stanisław Kortyka, mgr Marek Lalko, prof. UZ dr hab. Alicja Lewicka-Szczegóła, prof. UZ dr hab. Jarosław Łukasik, mgr Maryna Mazur, dr Anna Owsian-Matyja, prof. Piotr Szurek, dr Patrycja Wilczek-Sterna, prof. UZ dr hab. Ryszard Woźniak

ogrody2-10

Plakat: dr Piotr Czech (Instytut Sztuk Wizualnych UZ, Zielona Góra)
W projekcie plakatu i okładki katalogu wykorzystano fragmenty ekolinowego obrazu Basi Bańdy Sadzonki (2013).
Katalog/Publikacja towarzysząca Ogrody:
Red. naukowa: dr Lidia Głuchowska
Projekt graficzny: dr Piotr Czech
Tłumaczenie: Mirosława Kowęzowska, Reiner Mende, Andre Rudolph
Konsultacja naukowa: Cord Panning, Artur Pastuszek, Andre Rudolph
Redakcja językowa: Regina Barufke, Lidia Głuchowska, Cornelia Wenzel
ISBN: 978-83-88426-96-4
Prace z wystawy, fot. Lidia Głuchowska, skatalogowane w publikacji Ogrody

ogrody2-7

Vergisst nicht die Gärten…

Am 1. September 2016 wurde im Neuen Schloss, im Fürst-Pückler-Park Bad Muskau an der deutsch-polnischen Grenze, welcher mit dem ewigen Grün besticht, die Ausstellung Gärten eröffnet. Diese Schau zu besichtigen ist eine gute Idee für ein sonniges September-Wochenende.

2-ogrody

Die Ausstellung entstand als Ergebnis der Kooperation der Universität Zielona Góra und des Lebuser Landesmuseums in Zielona Góra mit der Stiftung „Fürst-Pückler-Park Bad Muskau“ als die dritte Ausstellung der Reihe Topografie der polnischen Gegenwartskunst.
Gleichzeitig bildet sie den Auftakt zu den Jubiläumsfeierlichkeiten anlässlich des 25-jährigen Bestehens, welches das Institut für Visuelle Künste an der Kunstfakultät der Universität Zielona Góra in diesem Jahr begeht.

ogrody2-9

Hansjörg König, Vorsitzender des Stiftungsrates in seiner Eröffnungsrede erinnerte daran, dass der Muskauer Park, welcher am 1. Mai 2015 in einem feierlichen Akt auf die UNESCO-Welterbe-Liste aufgenommen wurde, zum Vorbild der deutsch-polnischen Zusammenarbeit im Dienste der Entwicklung der grenzüberschreitender Region wurde. Herr König bedankte sich bei allen Ausstellenden aus dem Institut für Visuelle Künste für ihren originellen Beitrag dazu. In seiner Ansprache an den Initiator der Ausstellungsreihe Topografie der polnischen Gegenwartskunst, den Direktor des Lebuser Landesmuseum in Zielona Góra, Leszek Kania merkte er ebenfalls an: „Genau diese Art der deutsch-polnischen Zusammenarbeit haben wir uns 2005 für die aktive deutsch-polnische Bespielung der Welterbestätte Muskauer Park gewünscht. Ich bin glücklich, dass sie gerade dank Ihres Einsatzes heute fast schon selbstverständlich ist. Natürlich weiß ich, dass das in der Realität des Alltags und bei den Mühen der Ebene noch längst nicht immer der Fall ist. Dieses schöne und wichtige Projekt unterstütze ich daher sehr gern auch für die Zukunft. (…) Ich bin mir sicher, dass die Kunstwerke intellektuellen Genuss bereiten werden, der uns erfüllt nach Hause begleitet.“

ogrody2-6Im Rahmen der Ausstellung Gärten kreierten zwanzig Künstler aus Zielona Góra einen exterritorialen, mentalen Raum der Zeit, der Erinnerung, der Erkenntnis und der Kunst.Der Titel der Schau ist wörtlich und metaphorisch zu verstehen. Die Ausstellung Gärten fügt sich in den Kontext des einzigen grenzüberschreitenden Landschaftsparks Europas ein und ist Ausgangspunkt für einen internationalen Dialog über Kultur und Ökologie ebenso wie über die Geschichte und Gegenwart der deutsch-polnischen Beziehungen.

ogrody2Im Gutachten zu deren Katalog (hg. von Dr. Lidia Głuchowska) stellte Prof. Beata Frydryczak fest: „[diese] deutsch-polnische Publikation sprengt den Rahmen einer typischen Monografie (…). Einen besonderen Wert verleiht dem Buch neben dem zweisprachigen Titel Ogrody/Gärten die Tatsache, dass es während der Ausstellung im Neuen Schloss im Fürst Pückler Park in Bad Muskau präsentiert wird, wo die Werke der Künstler des Institutes für Visuelle Künste der Universität Zielona Gora ausgestellt werden. Folglich wird die theoretisch-künstlerische Zweigleisigkeit auch durch den äußeren Kontext komplementär ergänzt, nämlich durch die Parkumgebung, dessen Ästhetik und Geschichte sowie durch gemeinsame deutsch-polnische Vorhaben von grenzübergreifender kultureller Dimension. Die Ausstellung im Vorfeld und auch das nun vorliegende Buch sind der beste Beweis für eine gelungene Komplementarität der beiden Artefakte. Ogrody/Gärten sind eine Publikation (und Ausstellung), die in künstlerischer Hinsicht einen Neuwert schafft (Muskauer Park); und indem sie an den Diskurs über Gärten anknüpft, hebt sie den Garten auf eine Metaebene, auf der er eine ideelle und zugleich metaphorische Dimension gewinnt. Über Gärten im Garten und Landschaften in der Landschaft kann nur in Metaphern und Bildern gesprochen werden. Die vorliegende Publikation eröffnet solch eine Möglichkeit, indem sie auf drei Ebenen verweist: die theoretische, künstlerische und ideelle Ebene, sofern man das natürliche Medium Muskauer Park als Idee betrachten kann. (…) Die Mäander des Muskauer Parks können als Reflex der Mäander künstlerischer Reflexion um all das betrachtet werden, was unter dem Namen Muskauer Park vereinigt wurde. Eine Einführung in diese Reflexionen bietet der Text von Artur Pastuszek Il faut cultivert notre Jardin, der in essayistischer Form auf den Ursprung der Idee des Gartens an sich einzugehen versucht. Der Text von Lidia Głuchowska dagegen enthält eher eine kritische Dimension und stellt einen ambitionierten Versuch dar, die in der Ausstellung präsentierten Werke und die Künstler darzustellen.“
Die Ausstellung dauert noch bis Ende Oktober. Herzlich willkommen!

ogrody2-2

Ausstellung Gärten
Ausstellungsdauer: 1. Sept. – 31. Okt. 2016, Neuer Schloss, Nowy Zamek, Bad Muskau
Kuratoren: Leszek Kania (Lebuser Landesmuseum, Zielona Góra)
Prof. Paulina Komorowska-Birger (Institut für Visuelle Künste, Universität Zielona Góra)
Wissenschftliche Leitung: Dr. Lidia Głuchowska (Institut für Visuelle Künste, Universität Zielona Góra)
Koordination: Regina Barufke, Bad Muskau
Ausstellende Künstler: Mag. Paweł Andrzejewski, Mag. Basia Bańda, Prof. Andrzej Bobrowski, Prof. UZ Dr. habil. Radosław Czarkowski, Prof. Jarosław Dzięcielewski, Dr. Katarzyna Dziuba, Prof. UZ Magdalena Gryska, Mag. Mirosław Gugała, Dr. Jarosław Jeschke, Dr. Helena Kardasz, Prof. Paulina Komorowska-Birger, Prof. Stanisław Kortyka, Mag. Marek Lalko, Prof. UZ Dr. habil. Alicja Lewicka-Szczegóła, Prof. UZ Dr. habil Jarosław Łukasik, Mag. Maryna Mazur, Dr. Anna Owsian-Matyja, Prof. Piotr Szurek, Dr. Patrycja Wilczek-Sterna, Prof. UZ Dr. habil. Ryszard Woźniak
Plakat: Dr. Piotr Czech (Institut für Visuelle Künste, Universität Zielona Góra)
Für das Plakat und den Cover wurden Fragmente des Ekolinegemäldes von W projekcie plakatu i okładki Basia Bańda Sätzlinge (2013) verwendet.
Katalog/Begleitpublikation Gärten:
Herausgeberin: Dr. Lidia Głuchowska
Grafische Gestaltung: Dr. Piotr Czech
Übersetzung: Dr. Mirosława Kowęzowska, Reiner Mende, Dr. Andre Rudolph
Wissenschaftliche Beratung: Cord Panning, Dr. Artur Pastuszek, Dr. Andre Rudolph
Lektorat: Regina Barufke, Lidia Głuchowska, Cornelia Wenzel
ISBN: 978-83-88426-96-4
www.muskauer-park.de   www.mzl.zgora.pl   www.wa.uz.zgora.pl   www.isw.uz.zgora.pl
FOTOS Werke aus der Ausstellung, Fot. Lidia Głuchowska, verzeichnet im Katalog Gärten

Złoto Lassetera (1)

Lech Milewski

22 października 1929 roku James Scullin – Partia Pracy – został mianowany premierem Australii. Dwa dni później rozpoczął się wielki krach finansowy na Wall Street, premier dowiedział się, że Australia zbankrutowała.

Albert Green, poseł do parlamentu federalnego reprezentujący okręg wyborczy Kalgoorlie (w Australii mamy jednoosobowe okręgi wyborcze) przypomniał sobie otrzymany kilka dni wcześniej list:
“… pozwalam sobie przekazać sugestię dotyczącą rozwoju górnictwa a przy okazji rolnictwa w pańskim elektoracie. Wiadomo mi od lat o bogatych złożach złota w Centralnej Australii, które są absolutnie bezużyteczne bez zaopatrzenia w wodę. Nie mam wątpliwości, że bez trudu znajdzie się w Anglii 5 milionów funtów kapitału potrzebnego na rozwój górnictwa w tym terenie, jeśli tylko sprawa zaopatrzenia w wodę zostanie załatwiona.
Jako kompetentny geodeta i poszukiwacz złota podejmuję się za wynagrodzeniem 2,000 funtów wyznaczyć trasę rurociągu…
Z uszanowaniem
L.H.B. Lasseter“.

Mała ciekawostka – okręg wyborczy Kalgoorlie ma powierzchnię 868,576 km2, dla porównania – Polska – 312,679 km2. Ilość osób uprawnionych do głosowania w 2016 roku – około 88,000.

Wielka inwestycja, która zapewni pracę tysiącom ludzi – to było dokładnie to, czego potrzebowała australijska ekonomia i reprezentujący klasę pracującą rząd.
Złoto i setki kilometrów wodnego rurociągu. Brzmiało to może fantastycznie, ale precedens już był – trzydzieści sześć lat wcześniej odkryto złoto w Kalgoorie, zbudowano rurociąg, powstało całe nowe miasto – KLIK.

Sprawę przekazano specjalistom. Spotkali się z autorem listu, Haroldem Lasseterem, który powiedział, że 18 lat temu, około 250 mil na zachód od Alice Springs odkrył kwarcową odkrywkę, z ktorej pobrał próbki materiału. W drodze powrotnej jego koń padł w okolicach Lake Amadeus – KLIK – w związku z czym musiał porzucić większość pobranych próbek i doniósł do cywilizacji tylko około 2 kg materiału, którego analiza wykazała zawartość złota 3 uncje (85 gramów) na tonę.

Sprawę uznano za ważną. Nie na tyle, żeby odrazu brać się za wyznaczanie trasy rurociągu, ale uzasadniającą podjęcie poszukiwań złota we wskazanym rejonie. Informacja na ten temat dotarła do ministra gospodarki Artura Blakeley i premiera Scullina.

W marcu 1930 roku w siedziba Australijskiego Związku Robotników (AWU – Australian Workers Union) w Sydney przypominała sztab walczącej armii. Strajki, protesty, starcia z policją.
W gabinecie unijnego bossa – Johna Bailey – odbyło się tajne spotkanie. Harold Lasseter zaprezentował swoją historię Johnowi, jego synowi Ernestowi, związkowemu delegatowi do spraw górnictwa i wszędobylskiemu dziennikarzowi Errolowi Coote.

Opowieść brzmiała nastepująco – dawno temu, ponad 30 lat, jako młody chłopak opuścił statek przybrzeżny w Cairns (wschodni brzeg Australii) i postanowił szukać szczęścia na złotodajnych polach Kalgoorlie. Kupił dwa konie, zaopatrzenie i ruszył w poprzek Australii – dystans – bagatela około 3,500 km. Gdzieś w okolicy McDonnell Ranges zgubił się, padł mu jeden koń, kończyły mu się zapasy żywności. I właśnie wtedy zauważył w oddali wysypisko kamieni, których dziwny kolor zwrócił jego uwagę – to wyglądało jak płatki złota. Złota rafa na pustynnym oceanie. Szeroka na jakieś 12 stóp (4 metry), długa na kilkanaście mil.
Skrupulatnie zarejestrował w pamięci wszystkie istotne szczegóły terenu, wypełnił dużą torbę próbkami i ruszył na zachód w nadziei znalezienia jakiejś osady. Kilka dni błądził wsród piaszczystych wydm i wyschniętych słonych jezior. W końcu padł bez zmysłów ściskając w dłoni torbę z próbkami. W takim stanie znalazł go afgański poganiacz wielbłądów.
Szczęśliwie dowiózł go do znajdującego się niedaleko obozu rządowego geodety Hardinga. Ten przywrócił go do życia i razem ruszyli do Carnavon – portu na zachodnim wybrzeżu Australii, nad Oceanem Indyjskim.
Lasseter pokazał Hardingowi swoje próbki, a ten stwierdził, że tak bogatych próbek zlota jeszcze nie widział. Proponował Lasseterowi wspólny powrót do złotej rafy, ale ten odmówił, koszmar ostatnich przeżyć był zbyt wielki.

Minęły trzy lata, podczas których obaj panowie byli w kontakcie, i wreszcie Lasseter zgodził się. W Carnavon zakupili wielbłądy i ruszyli na wschód. Pamięć nie zawiodła. Lasseter odnalazł znaki rozpoznawcze i dotali do złotej rafy. Spędzili tam kilka dni, przewędrowali wszerz i wzdłuż, pobrali liczne próbki. Dokonali sekstantem pomiarów pozycji geograficznej.
Po powrocie Harding próbował znaleźć zamożnych wspólników do zorganizowania firmy wydobywczej, ale nie było chętnych. Po co szukać złota tak daleko, skoro tutaj, w Kalgoorlie, jest go pod dostatkiem?
Harding próbował nawet znaleźć inwestorów w Anglii, też bez powodzenia, drogi Lassetera i Hardinga rozeszły się, Harding zmarł.

A więc ma pan współrzędne geograficzne złotej rafy?
Oczywiście, ale jest pewien problem… otóż po powrocie z wyprawy okazało się, że zegarki Lassetera i Hardinga późniły się o ponad godzinę. Nie wiadomo, jak duże było opóźnienie w momencie robienia pomiarów.
Znający się na nawigacji Errol Coote szybko policzył w pamięci – godzina i kilkanaście minut, powiedzmy 1/20 obwodu kuli ziemskiej – na naszej szerokości geograficznej to oznacza dystans około 1,500 km czyli rafa może być gdzieś na Oceanie Indyjskim.
– Ale przecież nadal pamiętam istotne punkty w terenie, wystarczyły mnie i Hardingowi, wystarczą i teraz.

Wszystkie oczy zwróciły się na speca do spraw górnictwa… długa na 10 mil, szeroka na 12 stóp, głęboka na powiedzmy 100 stóp. 3 uncje z tony, to daje… skromnie licząc 66 milionów funtów.
John Bailey nie miał wątpliwości – rozwalimy depresję w jeden dzień. I nie będziemy się oglądać na rząd federalny. My, związkowcy, zrobimy to sami.

Errol Coote i Ern, syn Johna Baileya, nie mogli ochłonąć z wrażenia, poszli razem do kawiarni. Errol Coote był fanatykiem lotnictwa i początkujacym pilotem. Właściwie to nie miał jeszcze licencji pilota, ale to drobiazg techniczny.
– Ten projekt prosi się o samolot. Zrobimy lot, który przyćmi sławę lotów nad Atlantykiem i Pacyfikiem. Wyobrażasz sobie, jakie przyjęcie zgotuje nam tłum?
– A co myślisz o tym, żeby wziąć torbę drobnych złotych nugatów i rozrzucić je z okna samolotu? – wtórował mu Ern Bailey.

John Bailey miał już kandydata na kierownika ekspedycji poszukiwawczej – Fred Blakeley, brat Artura, ministra gospodarki.
W wieku lat 14 opuścił dom i zaczął szukać opali, a potem złota. W 1908 roku przejechał na rowerze w poprzek Australii, ponad 2200 mil po bezdrożach i pustyniach. Istotnym faktem było pokrewieństwo z ministrem. To może sugerować, że projekt ma poparcie rządu.

Errol Coote został mianowany szefem transportu. Oczywiście pierwsze kroki skierował na lotnisko. Jego uwagę zwrócił Gipsy Moth, dwupłatowiec zaprojektowany z myślą o krótkich wyścigach. Kosztował 600 funtów, Coote nadał mu nazwę Golden Quest.

Nie minęło kilka dni, a John Bailey zarejestrował firmę C.A.G.E. – Central Australian Gold Exploration Company – KLIK. Sam siebie mianował prezesem i powiadomił, że będzie pełnił swoją funkcję honorowo. Wtajemniczeni twierdzą, że swój wkład finansował z unijnych funduszów. Strukturę firmy opracował w ten sposób, że robiła wrażenie instytucji charytatywnej. Sekretarzem kompanii mianowal swojego syna. Obecny na zebraniu manager brytyjskiej fimy Thornycroft zadeklarował bezpłatne pożyczenie na sześć miesięcy sprawdzonego na pustyniach syryjskich pojazdu terenowego – dla chwały Imperium a Australii w szczególności.
W ciągu kilku godzin zebrano potrzebny kapitał ponad 5,000 funtów.

John Bailey dokooptował do składu ekspedycji bardzo istotną osobę, był to kapitan Charles Blakiston-Houston, asystent gubernatora Australii Lorda Stonehaven. Gubernator miał objąć stanowisko za kilka mięsiecy, było  więc trochę wolnego czasu. To była bardzo cenna osoba – Charles Blakiston-Smith był doświadczonym podróżnikiem, miał za sobą udział w wyprawie na Mt Everest. A do tego asystent gubernatora – a więc i król (Jerzy V) jest z nami.
Ekspedycję uzupełniali Phillip Taylor – mechanik i George Sutherland – doświadczony górnik i poszukiwacz złota.

Podstawowy plan – ekspedycja wyruszy z Alice Springs na południowy wschód, około 250 mil (400 km), w stronę jeziora Amadeus, a tam zda się na pamięć Lassetera.
50 mil za Alice Springs Lasseter zaznajomi wszystkich członków grupy z informacjami pozwalającymi znaleźć złotą rafę. Na wszelki wypadek Lasseter zdeponował w banku list z tymi informacjami. List może być otwarty tylko po powrocie Lassetera do Sydney lub w przypadku jego śmierci.

Członkowie ekspedycji i samochód Thornycraft dotarli do Alice Springs pociągiem na początku lipca. Errol Coote i Phillip Taylor dolecieli tam samolotem. Czasu było mało gdyż w sierpniu temperatura rośnie, a we wrześniu przychodzą upały i susza. Jednak powinni zdążyć.

Ekspedycja C.A.G.E. nie zrobiła w Alice Springs wielkiego wrażenia. Miasteczko, właściwie osada, żyło bieżącymi sprawami – ktoś znalazł dokumenty na temat złóż złota bardzo przypominających rafę Lassetera i ruszył tam z wielbłądami. Zainteresowanie wzbudził tylko samochód – potężny Thornycroft sprawdzony na Bliskim Wschodzie podczas I Wojny Światowej.
– Za ciężki na nasze tereny, za niskie zawieszenie – komentowali miejscowi.

Główną osobą w Alice Springs był Ernest Allchurch, który sprawował tam funkcję sędziego i naczelnika poczty. Był to dobry znajomy Blakeleya jeszcze z lat wędrówek rowerowych po Australii. Ernest Allchurch przez kilka lat pracował jako operator stacji telegrafu na linii Adelajda-Darwin, a potem brał udział w kilku próbach przejechania w poprzek Australii samochodem. Podczas tych podróży bardzo użyteczna była jego znajomość telegrafu – potrafił podłączyć się do linii telegraficznej w dowolnym miejscu i nadać depeszę.
W spotkaniu z Ernestem Allchurch brał również udział Lasseter, który okazał się bardzo rozmowny i opowiadał o pobycie w Alice Springs. Wspomnienia zadziwiły gospodarza, zadał kilka pytań kontrolnych i bez ceremonii stwierdził, że Lasseter nigdy dotąd nie był w Alice Springs i fantazjuje.

Uważny czytelnik tego wpisu może już zauważył nieścisłości w relacji Lassetera. Podczas spotkania z przedstawicielami rządu twierdził, że na złoto natrafił 18 lat temu, podczas rozmowy w siedzibie związków zawodowych było to już 30 lat.

Lasseter

Kim był Lasseter?
Lewis Hubert urodził się w 1880 roku w małej miejscowości około 120 km od Melbourne. Matka zmarła, gdy był małym dzieckiem, ojciec utrzymywał się ze strzyżenia owiec i polowania na króliki, kaczki, indyki. Prócz tego ostro pił i traktował syna bardzo źle.
14-letni Lasseter uciekł z domu i wkrótce został złapany podczas napadu z bronią. Sąd skierował go do domu poprawczego dla chłopców (Boys’ Reformatory Home), z którego po niecałym roku uciekł.
Według Lassetera następne cztery lata spędził jako artylerzysta na okręcie floty brytyjskiej, odwiedził Anglię, kontynentalną Europę i USA.
Dokumenty potwierdzają tylko to ostatnie.
W 1901 roku Lasseter ożenił się w stanie Nowy York, miał dwoje dzieci, stał się praktykującym mormonem i ukończył sporo korespondencyjnych kursów zawodowych, między innymi geodezji.
W 1908 roku przeprowadził się wraz z żoną do Australii (ich dzieci zmarły jeszcze w USA) i wydzierżawił farmę, na której hodował konie dla austraijskiej armii. Okazał się człowiekiem o licznych talentach – wybudował innowacyjny dom, publikował artykuły w lokalnej gazecie, pilotował prom przewożący bydło.

Gdy wybuchła I Wojna Światowa próbował zaciągnąć się do armii. Powoływał się na swoją służbę w brytyjskiej marynarce, ale nie posiadał na to żadnego dowodu. Nie przyjęto go z powodów medycznych, za drugą próbą przyjęto go, ale zwolniono tego samego dnia, gdy usłyszano, że chciałby dostać się do lotnictwa, gdyż jego przyjaciel obiecał zapewnić mu samolot.

W 1918 roku ożenił się, mimo że nie miał rozwodu. Po dwóch latach ożenił się ponownie, również bez rozwodu. W tym małżeństwie miał troje dzieci.

Rodzina mieszkała w Sydney. Lasseter przez pewien czas pracował przy budowie mostu Sydney Harbour Bridge…

Sydney Harbour Bridge
Jest w tym nieco ironii gdyż w 1913 roku przedłożył on projekt budowy jednoprzęsłowego mostu nad zatoką Sydney…

Lasseter - most

Projekt odrzucono jako nierealny. Autor zrealizowanej wersji mostu – John Bradfield – przedłożył swoje plany dwa lata później, zostały one wstępnie zatwierdzone w 1916 roku. Nic dziwnego, że gdy w roku 1923 rozpoczęto budowę mostu, Lasseter zgłosił pretensje i domagał się finansowej rekompensaty, uznania pierwszeństwa jego projektu. Bezskutecznie. Z pracy przy budowie mostu został również szybko zwolniony, gdyż wciąż sprzeczał się z przełożonymi.

Wcześniej, jeszcze w roku 1915, gdy wojska australijskie walczyły z Turkami na półwyspie Gallipoli nad cieśniną Dardanelską, Lasseter złożył projekt przekopania kanału, który pozwoli brytyjskim okrętom ominąć cieśninę i zaatakować z morza Konstantynopol.
Inny pomysł z tego okresu to stworzyć grupy bojowe do walki w okopach wyposażone w strzelby śrutowe.
Jeszcze inny – w oczekiwaniu na japońskie działania wojenne na Pacyfiku zbudować w Townsville bazę lotniczą. Ta koncepcja została zrealizowana podczas II Wojny Światowej.
I jeszcze – propozycja skontruowania działa o zasięgu ostrzału ponad 150 km.

Przeszłość Errola Coote również była dość zagmatwana. W 1917 roku zgłosił się do wojska, został wysłany do Wielkiej Brytanii a tam spędził większość czasu w aresztach i obozie pracy za ucieczki ze służby i drobne kradzieże.

Fred Blakeley miał inne sprawy na głowie. Okazało się, że Thornycroft jest wyjątkowo paliwożerny – galon na 3 mile – około 80 l/100 km.
Ekwipunek ekspedycji – zakładano, że potrwa do sześć tygodni – ważył ponad dwie tony. Do tego paliwo i zapasy wody. Na dwie ostatnie pozycje trzeba było wynająć ciężąrówkę. Fred nie wiedział jak się zabrać za ładowanie bagażu. Szef transportu – Errol Coote – głównie zajmował się samolotem. Bardzo przydatny okazał się Charles Blakiston-Houston, doświadczenie z wypraw himalajskich procentowało – opracował szczegółowy plan pakowania i ładowania. Za dwa dni byli spakowani.

Dodatkowym kłopotem były ciągłe depesze od kierownictwa kompanii w Sydney. Blakeley zorientował się, że ktoś donosi na niego i krytykuje każde jego posunięcie. Łatwo było się domyślić kto – Errol Coote.
Być może z tego powodu i aby mieć w zespole kogoś lojalnego, Blakeley zdecydował się na wynajęcie jeszcze jednego samochodu – osobowego chevroleta – wraz z kierowcą – doświadczonym wędrownikiem Fredem Colsonem. To nie był zły pomysł – lekki samochód osobowy stanowił jedyny sposób odwrotu, gdyby ciężki Thornycroft zawiódł.
Oczywiście nie konsultował tej decyzji z szefem transportu. Od tego czasu jego konflikt z Errolem Coote był oczywisty. Coote powiadomił centralę o niezrozumiałych posunięciach szefa wyprawy, a jednocześnie starał się pozyskać zaufanie Lassetera, między inymi sugerując mu, że Blakeley i Colson mają plan wyprowadzenia ekspedycji w pole i zagarnięcia dla siebie całego skarbu.

W takiej miłej atmosferze, 24 lipca 1930 roku, ekspedycja ruszyła w drogę – prowadził chevrolet Colsona, w nim Blakeley i Coote, następnie Thornycroft – Taylor, Blakiston-Houston i Lasseter, ciężarówka z zapasami paliwa – Colson i Sutherland.
Sporym zaskoczeniem był bagaż osobisty Lassetera – pokaźna walizka. Tego jeszcze na australijskiej pustyni nie widziano.
Po przejechaniu kilkuset metrów utwardzonej drogi trzeba było przejechać przez wyschnięte koryto rzeki Todd River. Tego mostu jeszcze wtedy nie było…

Todd River

Thornycroft ugrzązł w miękkim piasku. Cała osada zbiegła się żeby podać pomocną dłoń a przy okazji pożartować sobie z poszukiwaczy złota.
Tego dnia przejechali 30 mil.

P.S. Jeśli czytelnik tego wpisu odniósł wrażenie, że u organizatorów wyprawy entuzjazm górował nad rozsądkiem, to polecam tę wiadomość sprzed kilku dni – KLIK – bryła złota o wadze ponad 4 kg znaleziona niecałe 150 km od naszego domu. Kto szuka nie błądzi.

Ciąg dalszy nastąpi

Źródła:
Lasseteria – encyklopedia wiedzy o Lasseterze i jego złocie – KLIK.
Warren Brown – Lasseter’s Gold.
Fred Blakeley – Dream Millions.
Errol Coote – Hells’s Airport.
Harold Lasseter – Diary.
Luke Walker – film – Lasseter’s Bones.

Es war ein Freitag

C. C.

Es war der 11. Geburtstag meines kleinen Bruders D.

Mein großer Bruder P. war mit mir mit dem Motorrad – es war wohl ein milder Dezembertag – zur Feier von Kreuzberg zu meinen Eltern nach Wilmersdorf gefahren.

Am frühen Abend klingelte das Telefon meiner Eltern für meinem großen Bruder P. Es war ein sehr kurzes Gespräch, P. kam aufgeregt an den Tisch, an dem ich mit Vater, Großvater und Onkel Skat spielte, und sagte: „Wir müssen los, in Kreuzberg wird ein Haus geräumt.“ Eine Telefonkette war ausgelöst worden, was damals aber nicht so einfach war, weil Handy und Internet gab’s ja noch nicht – aber zum Glück wusste die Freundin meines Bruders wo wir waren.

Ohne uns groß zu verabschieden und nur erklärend „In Kreuzberg wird ein Haus geräumt“, zogen wir unsere Klamotten an verließen die kleine 2 ½ -Neubau-Zimmerwohnung in der ich 12 Jahre mit Eltern und drei Brüdern gewohnt hatten. Zurück ließen wir neben unseren Eltern und Großeltern, Onkel, Tanten, Cousinen und Cousins – den Großteil unserer Verwandtschaft.

Wir sprangen auf Motorrad und fuhren nach SO36, parkten am Wassertorplatz und gingen zu Fuß zur Kohlfurterstraße/Ecke Admiralstraße, die Helme setzten wir nicht ab. Genaueres hatte P. mir bis dahin noch nicht gesagt, aber er wusste ja wo wir hin mussten.

Die Schule, die dort heute steht, befand sich gerade im Bau, konkret wurden gerade die Kellergeschosse gebaut, also war hauptsächlich Beton und Eisen zu sehen, jetzt aber kaum zu erkennen, da es schon dunkel war. Ein schmaler Holzweg führte als südliche Verlängerung der Admiralstraße mitten durch die Baustelle. Auf der anderen Seite der Baustelle, wo sich besetzte Häuser befanden, hörten wir Lärm:

  • Bullenwannensirenen
  • Geschrei und Gegröle
  • die typischen Geräusche von geworfenen Pflastersteinen, die auf die Straße oder gegen Bullenschildern krachten,
  • und von abgeschossenen Tränengasgranaten

– alles uns wohl bekannte Geräusche, bis dahin aber noch nicht im Zusammenhang mit Hausbesetzungen, sondern u.a. von Anti-Nazidemos, Knast-Demos, Räumung des besetzten Daches des Amerika-Hauses und 1. Mai-Demos – die damals übrigens noch nicht in Kreuzberg stattfanden.

Bevor wir den schmaler Holzweg Richtung „Kampfgetümmel“ nahmen „bewaffneten“ wir uns mehreren Pflastersteinen, mit deren Umgang wir geübt waren.

Meinem Bruder P. hinterherlaufend, der immer viel „forscher“ war als ich, betrat ich den Holzweg. Aber nach wenigen Metern verließ mich der Mut bzw. wurde ängstlich, fing an zu denken:

Was passierte auf der anderen Seite des schmalen Weges?

Liefen wir den Bullen direkt in die Arme bzw. in deren Knüppel?

Wir sind in der Falle, wenn die Bullen jetzt selbst auch noch von der Kohlfurterstraße Richtung Kanal vordrangen!

Während P. mit einigen anderen, die sich mittlerweile auch an der Ecke eingefunden hatten, weiter Richtung „Kampfgetümmel“ stürmte, kehrte ich um. Und dann sah ich sie von links kommen: Ein ganzer Zug Bullenwannen rasten mit hoher Geschwindigkeit in unsere Richtung. Ich hatte in diesem Augenblick eine wahnsinnige Angst.

Als ich wieder den Anfang des Holzweges erreichte, bremsten die Wannen genau von mir. Ich sah nur eine Chance zu entkommen: Zwischen den Wannen durch, Richtung Kotti. Kurz bevor ich durch kam, öffnete sich die hintere Tür der Wanne, die ich passieren wollte, und ein Bulle in Kampfmontur mit Helm und Schild erschien in der Tür.

Ich schleuderte kurz hintereinander zwei Pflastersteine, die ich in den Händen hielt, in die Wanne. Ich sah den ersten Stein auf das Visier des Helmes krachen, den zweiten Stein hörte ich nur „einschlagen“, da ich diese während des Laufen oder genauer gesagt während des Sprints „abfeuerte“, und mich ganz schnell auf der anderen Seite der Wannenreihe befand. Ich rannte immer weiter, erst kurz vor dem Kotti drehte ich mich um und sah: keinen Bullen oder anderen Menschen hinter mir.

Ich war alleine. Mein Bruder wurde jetzt sicher von den Bullen, denen ich gerade noch entkommen war, gejagt. Ich hatte Angst um ihn.

An der Ecke Kotti/Admiralstraße befindet sich heute eine Bank, damals war dort ein Supermarkt. Voll Wut und Hilflosigkeit schleuderte ich die zwei Pflastersteine, die sich noch rechts und links in den Taschen meiner Lederjacke befanden, in die Schaufensterscheibe des Supermarktes – die Geschäfte schlossen damals schon um 18:00 Uhr.

In diesem Augenblick hörte ich von der anderen Seite des Kottis das Klirren von Fensterscheiben – da waren also auch andere am werken.

Ich sprintete rüber, da ich nicht alleine sein wollte und irgendwie war ich auch noch tatendurstig.

Zwischen Adalbertstraße und Reichenberger Straße direkt an den Geschäftseingang eines Ladens – heute Rossmann – sah ich einen Mann zwischen 40 und 50 Jahren auf einem Vermummten sitzen und auf diesen mit Fäusten einschlagen. Ich stürmte auf die beiden zu und rammte den einschlagenden Mann, damals ein sogenannter „Aktivbürger“, so dass er zur Seite weg kippte und der Vermummte fliehen konnte. Zu zweit rannten wir in Richtung Reichenberger Straße.

Um dann aber wieder umzukehren und jetzt direkt an der Straße entlang wieder Richtung Adalbertstraße zu laufen, da wir von dort Geschrei und weiterhin Scheiben der Berliner Bank und von Kaisers klirren hörten und zu Recht Mitstreiter vermuteten.

Ich sah wieder den „Aktivbürger“, diesmal aber zusammen mit einem Bullen, der seine Knarre in der Hand hielt. Der „Aktivbürger“ zeigte in unsere Richtung, wobei ich nicht wusste, ob er mich oder den von mir Befreiten meinte.

  • Von dieser Szene gibt es ein Foto, welches ich schon oft in Veröffentlichungen gesehen habe und mich immer wieder erinnern läßt.-f-12-12-1980-3

Angesichts der gezogenen Waffe hatte ich zum zweiten Mal innerhalb weniger Minuten sehr große Angst – alles spielte sich sehr schnell und mit hoher Geschwindigkeit ab.

Im Sprint ging es weiter in die Adalbertstraße rein. Hinter der Treppe, die zum Kreuzberg-Café hoch führt, sah ich aus den Augenwinkeln wie ein Zivilpolizist einem Mann mit Lederjacke und schwarzem Tuch eine Pistole an den Kopf hielt. Da war bei mir alles vorbei. Ich rannte den Durchgang von der Adalbertstraße zur Dresdener Straße und so schnell ich konnte in eine Wohnung in der Dresdener, in der ich gerade bei Freunden unterkommen war.


Foto:Michael Kipp/Umbruch Bildarchiv https://www.umbruch-bildarchiv.de/bildarchiv/ereignis/30jahre_hausbesetzungen_in_berlin.html

Ich zitterte am ganzen Leibe und nach dem ich mich Helm und Lederjacke entledigt hatte hielt ich meinen Kopf unter die Dusche. Ich wollte einen klaren Kopf bekommen, aber hatte immer noch Angst und vor allem Angst um meinen Bruder.

In der Wohnung, in der ich alleine war, rauchte ich dann zur Beruhigung erst mal eine Tüte und blieb mindestens eine Stunde dort.

Erst dann wagte ich mich wieder raus und traf erst am Kotti eine Freundin, die sich gerade bei einer Spontandemo ein paar Prellungen am Arm durch Polizeiknüppeln eingefangen hatte und kurz darauf auch meinen Bruder. Er erzählte mir dann, dass sie über die Baustelle vor den Bullen flüchten konnten und er dabei seinen Helm verloren hat. Das er danach dabei war als der Bullen-VW-Bulli am Kotti umgeworfen wurde, hat er mir nie erzählt, aber angesichts von Fotos, die ich später sah und auf denen ich ihn erkannte, wusste ich es.

Vermutlich war es der VW-Bulli des Polizisten in dessen Knarre ich geschaut hatte.

Wo ich danach war und ob und wie ich gekämpft habe weiß ich nicht mehr – irgendwie fehlen mir da ein paar Stunden.

Erinnern kann ich mich nur noch, das wir, P. und ich, gegen 23:30 Uhr zur Ecke Dresdener Straße/Oranienplatz gegangen sind und den dort versammelten Leuten gesagt haben, sie sollten jetzt verschwinden, da der Kampf jetzt schon seit Stunden toben würde und die Bullen jetzt bald alles platt machen würden. Wir haben uns dann in die Wohnung zurückgezogen.

Die Leute sind unserer Aufforderung aber nicht gefolgt. Kurze Zeit später ist eine Bullenwanne in diese kleine Menge gefahren und hat einem Mann zwischen Wanne und einem großen Beton-Blumenkübel beide Beine abgequetscht. Der Mann musste seit dem – salopp ausgedrückt –  im Rollstuhl Platz nehmen.

Ach ja, es war der 12. Dezember 1980.

Nachwort:

Seit September 1979 waren bis dahin 19 Häuser besetzt worden, 1 Haus davon wurde im Sommer 1980 sofort nach der Besetzung geräumt -auch da wurde eine Telefonkette ausgelöst, wir waren aber gerade mal 10 Leute, die sich den Bullen dann lieber doch nicht in den Weg stellten.

Nach dem 12.12. haben wir in den nächsten drei Tagen noch zweimal große Demos organisiert, die durch brutales Vorgehen der Bullen jedes mal zu heftiger Randale auch auf dem Kudamm führten.

Wir sagten damals: „Unsere Argumente sind endlich im Rathaus Schöneberg – dem damaligen Regierungssitz West-Berlins – angekommen.“ Denn dann wurde erst mal kein Haus mehr geräumt, der Senat trat zurück, die Wohnungsbaupolitik änderte sich, Kreuzberg wurde nicht weiter zerstört und aus ein paar Hausbesetzungen wurde eine Bewegung, in der u.a. 3 Monate später als ca. 114. Haus am 14. März 1981 die Regenbogenfabrik besetzt wurde.

Nachtrag:

Ein Teil meiner Verwandtschaft, die unseren Abgang vom Geburtstag mitbekommen und dann im Fernsehen die Nachrichten aus Kreuzberg gesehen hatte, hat danach kaum noch mit mir geredet. Politische Diskussionen gab’s in der Familie eigentlich sowieso nie.