XXXII Festiwal Szantowy w Tychach

Zbigniew Milewicz

Port Pieśni Pracy 2016

Taaaaaak, zaraz mnie adminka oskarży o uprawianie prywaty i patriotyzm lokalny. Nie mogę jednak nie odnotować przynamniej w wielkim skrócie wydarzenia, które na trzy dni zamieniło ciche Jezioro Paprocańskie w burzliwy ocean, a jego żeglarzy i kajakarzy w nieustraszone wilki morskie.

szanty (3)
Impreza odbywa się w dwóch miejscach jednocześnie, na centralnym Baczu, czyli Placu Baczyńskiego w Tychach i Dzikiej Plaży w Paprocanach. Dostaję identyfikator z napisem Media i ochrona pozwala wejść za kulisy sceny, ustawionej nad samym brzegiem jeziora. Zanim rozpocznie się trzeci dzień festiwalu, chwilę sobie porozmawiamy z Wojciechem Hermansą, artystyczna ksywa Muzyk, z zespołu Perły i Łotry. Jest to tyska grupa, istniejąca na muzycznej scenie od 1998 roku, śpiewają a capella pieśni kubryku, o żeglarskich trudach i radościach; jednocześnie są współorganizatorami festiwalu, jego pomysłodawcami i opiekunami artystycznymi, od pierwszej edycji.

szanty

Muzyczny wehikuł rockowo-folkowej grupy “Gilflof”

Aktualnie zjechało do Tychów 16 zespołów szantowych i szantowo-folkowych, niestety tym razem brakuje wśród nich debiutantów, których organizatorzy chętnie promują i przyuczają, jak się po wantach bez wyblinek wspinać na artystyczne reje. Trudno, taki rok. Za to są stare wilki morskie, m.in. Trzecia Miłość, Formacja, Samanta, Ryczące Dwudziestki, Brasy, Andrzej Korycki & Dominika Żukowska, Grzegorz GooRoo Tyszkiewicz, są z Wybrzeża, Wrocławia, Górnego Śląska…

szanty (2)
Storm Weather Shanty Choir przyżeglował aż z Norwegii. Pełni mocy Wikingowie zasłużenie podbili serca publiczności, ale mnie najbardziej spodobała się Trzecia Miłość z Katowic. Nie ukrywam, że głównie za sprawą jej dwóch uzdolnionych, pełnych wdzięku skrzypaczek i wokalistek, Jolanty Gacki i Justyny Rodasik, których prościutka, piękna opowieść o syrence, warszawskiej panience do dziś dźwięczy mi w uszach. Byłem pod wrażeniem Formacji z Gdańska, z jej leaderami Krzysztofem Jurkiewiczem Jurkielem i Jackiem Jakubowskim. Kiedy zaśpiewali swoje sztandarowe Przeznaczenie, autorstwa Jurkiela, które znam i cenię, zwłaszcza za mądry, przejmujący tekst, bardzo się wzruszyłem. A jak genialnie Jacek Jakubowski zaśpiewał Starego dziadka, przebój diamentowego super szanty-mana Jurka Porębskiego, ale to miało miejsce wieczór wcześniej, w paprocańskim pubie Tawerna, gdzie po sobotnim koncercie, do białego świtu trwała afterwork party. Tam brać żeglarska udowodniła, że potrafi nie tylko dzielnie stawiać czoła Neptunowi, ale i Bachusowi.

szanty (1)“Formacja” z Gdańska

Trzydniowy festiwal zwieńczyło ogłoszenie werdyktu jury, kto wyjedzie z Portu z Wielkim Dzwonem. Grand Prix XXXII Festiwalu Szantowego w Tychach otrzymali Andrzej Korycki i Dominika Żukowska, występujący od dziesięciu lat w duecie, obydwoje rodem z Żyrardowa. Poza nurtem szantowym pięknie śpiewają rosyjskie ballady, z repertuaru Bułata Okudżawy, Włodzimierza Wysockiego i Żanny Biczewskiej. Nagrodę wręczyli im zastępca Prezydenta Miasta Miłosz Stec oraz Paweł Drzewiecki, dyrektor Miejskiego Centrum Kultury, które było głównym organizatorem imprezy. Współfinansowali ją poważni sponsorzy, m.in. Grupa FCA Poland i tyskie browary. Gdybym był dystrybutorem nagród w tyskim Porcie Pieśni Pracy, przyznałbym jeszcze jedną, Michałowi Gramatyce i Muzykowi z Pereł i Łotrów, za lekkie, dowcipne prowadzenie festiwalu, który zgromadził sporo publiczności, miejscowej, tyskiej, ale i spoza miasta. Pogoda dopisała, piwo było zimne, więc nikogo nie trzeba było specjalnie namawiać, żeby śpiewał wspólnie z artystami refreny piosenek. Słowem – piszę się na następne, paprocańskie szanty w przyszłym roku. Ahoj!

szanty (4)

Trzy pokolenia marynistyczne rodziny Porębów

Przeczucie
Autor: Krzysztof Jurkiewicz

Kiedy wojna zakończyła się na dobre,
Dziadek zebrał wszystkich i wyruszył w drogę,
Pojechali szukać szczęścia na północy,
Pełni marzeń, pełni chęci do roboty.
Na tym zdjęciu, na nabrzeżu, czwarty z lewej,
Podpis: „w Gdańsku, 1947”.

Kręci, kręci się busola naszych marzeń,
Nikt nie zgadnie, jaką drogę nam pokaże,
Jakim kursem przeznaczenie się potoczy,
Jakim wiatrom powierzymy nasze losy…
Kiedy w chłodnej morskiej wodzie moczę dłonie,
Mam przeczucie, że to jeszcze nie jest koniec…

Ojciec całe swoje życie związał z morzem,
Kilka nawet niezłych statków ma na koncie,
W kilku stoczniach nad kreślarską siedział deską,
Tak mu wreszcie do emerytury zeszło.
Na tym zdjęciu z podniecenia oczy im się świecą,
Podpis: „Stocznia Gdynia, sierpień ‘80”…

Kręci, kręci się busola naszych marzeń…

Teściu całe życie pływał na „rybakach”,
Czasem jeszcze coś dorabia na kontraktach,
Kiedy wreszcie z wielkim workiem wraca z morza,
Zawsze coś dla jedynego wnuka chowa.
Na tym zdjęciu dziadek z wnuczkiem w marynarskiej czapce,
Podpis: „Operacja Żagiel, Westerplatte”.

Kręci, kręci się busola naszych marzeń…

Dookoła wszystko pachnie morską wodą,
Ciężką pracą, marzeniami i przygodą…
Szare fale ciągle niosą mi piosenki,
Już gitary prawie nie wypuszczam z ręki.
Na tych zdjęciach obok innych widzę siebie,
Podpis: „ciągle w drodze, kiedy koniec – nie wiem”…

Lejana y sola (3)

Kinga Szpuler

3.1.3. La casada infiel, del poemario Romancero gitano (1923-1927)

La casada infiel

A Lydia Cabrera
y a su negrita

Y que yo me la llevé al río
creyendo que era mozuela,
pero tenía marido.
Fue la noche de Santiago
y casi por compromiso.
Se apagaron los faroles
y se encendieron los grillos.
En las últimas esquinas
toqué sus pechos dormidos,
y se me abrieron de pronto
como ramos de jacintos.
El almidón de su enagua
me sonaba en el oído,
como una pieza de seda
rasgada por diez cuchillos.
Sin luz de plata en sus copas
los árboles han crecido
y un horizonte de perros
ladra muy lejos del río.

Pasadas las zarzamoras,
los juncos y los espinos,
bajo su mata de pelo
hice un hoyo sobre el limo.
Yo me quité la corbata.
Ella se quitó el vestido.
Yo el cinturón con revólver.
Ella sus cuatro corpiños.
Ni nardos ni caracolas
tienen el cutis tan fino,
ni los cristales con luna
relumbran con ese brillo.
Sus muslos se me escapaban
como peces sorprendidos,
la mitad llenos de lumbre,
la mitad llenos de frío.
Aquella noche corrí
el mejor de los caminos,
montado en potra de nácar
sin bridas y sin estribos.
No quiero decir, por hombre,
las cosas que ella me dijo.
La luz del entendimiento
me hace ser muy comedido.
Sucia de besos y arena
yo me la llevé del río.
Con el aire se batían
las espadas de los lirios.

Me porté como quién soy.
Como un gitano legítimo.
La regalé un costurero
grande, de raso pajizo,
y no quise enamorarme
porque teniendo marido
me dijo que era mozuela
cuando la llevaba al río.

(Lorca 1977: 406)

Mężatka niewierna

Dla Lydii Cabrera
i dla jej małej Murzynki

Że też ją nad rzekę wartką
zabrałem, jak to dziewczynę;
lecz ona była mężatką.
Przypadła akurat noc
Świętego Jakuba. Właśnie
pogasły latarnie,
a świerszcze zaczęły jaśnieć.
Na skraju miasta dotknąłem
jej piersi, co jeszcze spały,
i zaraz dla mnie rozkwitły
jak pęki hiacyntów białych.
Krochmal jej halki w mych uszach
szumiał i sztywno szeleścił
jak zwój jedwabiu przez dziesięć
sztyletów darty na części.
Bez srebrnej poświaty wzrosły
wzwyż drzew korony. Z daleka,
zza rzeki, skryty w ciemnościach,
horyzont psów głośno szczekał.

Za ostrężyną, za cierniem,
i za trzcinami gęstymi,
pod włosów jej bujne sploty
zrobiłem wgłębienie w ziemi.
Ja chustę z szyi zerwałem,
zaś ona zdjęła swą suknię.
Ja pas z rewolwerem, ona
cztery gorsety cieniuchne.
Ni muszla, ni tuberoza,
nie jest tak gładka i biała,
ni takim nie świeci blaskiem
światło księżyca w kryształach.
Jej uda mi uciekały
jak ryby płochliwe, zwinne,
na poły płonące żarem,
na poły niby lód zimne.
W tę noc pędziłem na oklep,
gdzie droga najlepsza wiodła,
na klaczy z masy perłowej,
bez cugli, strzemion, ni siodła.
Nie chcę, bo jestem mężczyzną,
słów jej nikomu powtarzać.
Roztropność uczy, że lepsza
bywa dyskrecja rozważna.
Aż ją zabrałem od pisaku
i pieszczot brudną znad rzeki.
Szpady irysów walczyły
z porannym powiewem rześkim.

Cóż, zachowałem się tak,
jak na Cygana przystało:
dałem jej skrzynkę do nici,
złocistą, z atłasu całą,
Lecz się zakochać nie chciałem,
bo mając męża, nieszczera,
mówiła, że jest dziewczyną,
gdym ją nad rzekę zabierał.

(Lorca 1982: 184)

La casada infiel es el romance: género literario, parecido a la balada, muy típico de la literatura española e hispanoamericana desde el siglo XV. El romance tradicional se escribía con los versos octosílabos y con las rimas asonantes en los versos pares. Sin embargo, el poema de Lorca es una obra más moderna, por eso el autor se permitió algunas modificaciones.

El yo poético es un gitano, una de las figuras más frecuentes en las obras de Lorca. El gitano está contándonos su aventura amorosa que vivió con una mujer joven, pero casada, lo que ya vemos mencionado en el título del poema. Ella lo había engañado al no decirle que tenía marido, pero el gitano no parece muy desilusionado después de la noche. Todo lo contrario, se vanagloria de lo sucedido como si les estuviese refiriendo la historia a sus compañeros. Nos relata con detalles los acontecimientos de la noche, sin embargo, no nos revela la identidad de la mujer. El poema consta de tres partes: la introducción en la que vemos la pareja dirigiéndose al río y dándose las primeras caricias, la parte principal cuando realizan el acto sexual y el final en el que el gitano termina la relación con la chica.

En cuanto a las rimas, también tenemos que ver con rimas asonantes, aunque se encuentran en los versos impares. El número de las sílabas no es fijo, predominan los octosílabos, pero de vez en cuando encontramos los versos heptasílabos, eneasílabos y decasílabos.

Una figura retórica muy visible es el encabalgamiento, o sea, la división de las frases entre los versos, p.ej.: “Y que yo me la llevé al río/ creyendo que era mozuela,/ pero tenía marido.” Por lo mismo, aumenta la dinámica del texto y se estimula la imaginación del lector, que se siente animado a seguir con la lectura. El autor se sirve de la figura varias veces a lo largo del poema.

Se hacen notar otros recursos estilísticos que le inducen al lector a estimar la maestría del gran taller poético de Lorca:
● las metáforas ilustrativas: “potra de nácar; las espadas de los lirios; la luz del entendimiento; un horizonte de perros”;
● las comparaciones y epítetos extraordinariamente atrayentes: “como ramos de jacintos; como peces sorprendidos; sus pechos dormidos; el cutis tan fino”;
● paralelismo: “Se apagaron los faroles/ y se encendieron los grillos; Yo me quité la corbata./ Ella se quitó el vestido; la mitad llenos de lumbre,/ la mitad llenos de frío.”
Lorca está pintándonos con palabras una historia llena de emociones y sensualidad, asimismo está mezclando los elementos visuales “Se apagaron los faroles/ y se encendieron los grillos; ni los cristales con luna/ relumbran con ese brillo” con los elementos auditivos “El almidón de su enagua/ me sonaba en el oído,/ como una pieza de seda/ rasgada por diez cuchillos”. En el fondo observamos el paisaje andaluz, una ciudad cerca del río y la naturaleza.

La traducción de Irena Kuran-Bogucka imita muy bien la forma del romance. Evidentemente, el texto se compone de tres partes y como en el original, encontramos las rimas asonantes en los versos impares. Generalmente, el encanto de este tipo de rimas procede de lo sutil e inesperado que suenan, es decir, no son las palabras de las que podríamos presumir. La versión polaca nos sorprende con rimas muy originales y elegantes: “suknię – cieniuchne, biała – kryształach, znad rzeki – rześkim, nieszczera – zabierał”. Además, la traductora consigue formar en su mayoría los versos octosílabos, aunque no en todos casos, al igual que Lorca.

Muy bien logrados son varios encabalgamientos que nos acompañan en casi cada verso del poema y son un ejemplo del virtuosismo en servirse de la lengua polaca. Esta figura estilística nos invita a leer el texto en su totalidad, o sea, despierta nuestra curiosidad, sobre todo en los momentos cuando aumenta la tensión: “Że też ją nad rzekę wartką/ zabrałem, jak to dziewczynę; Na skraju miasta dotknąłem/ jej piersi, co jeszcze spały; Ja pas z rewolwerem, ona/ cztery gorsety cieniuchne; na klaczy z masy perłowej,/ bez cugli, strzemion, ni siodła”, etc.

Asimismo, una muy buena impresión dan otras figuras retóricas vertidas al polaco. Las metáforas: „pędziłem na oślep/ na klaczy z masy perłowej; jej piersi, co jeszcze spały; szpady irysów walczyły, horyzont psów głośno szczekał”; las comparaciones y epítetos: „jak pęki hiacyntów białych; jak ryby płochliwe, zwinne; gorsety cieniuchne; od piasku i pieszczot brudną”; el paralelismo: „Właśnie/ pogasły latarnie,/ a świerszcze zaczęły jaśnieć.; Ja chustę z szyi zerwałem,/ zaś ona zdjęła swą suknię.; na poły płonące żarem,/ na poły niby lód zimne”. En particular, hay que distinguir dos fragmentos del texto extraordinariamente traducidos, uno por los efectos auditivos: “Krochmal jej halki w mych uszach/ szumiał i sztywno szeleścił/ jak zwój jedwabiu przez dziesięć/ sztyletów darty na części”; y el otro por los efectos visuales: „W tę noc pędziłem na oklep,/ gdzie droga najlepsza wiodła,/ na klaczy z masy perłowej,/ bez cugli, strzemion, ni siodła”.

La traductora no intenta repetir por inercia las expresiones del texto original, sino escoger las mejores palabras para reproducir las mismas emociones y sensaciones que tiene el poema en español, para darle al lector la posibilidad de fascinarse con el momento tan efímero del encuentro de los amantes.

przerywnik-kobieta-patrzy

Koncert poranny

Tomasz Fetzki

Normalni ludzie o tej porze śpią. Nienormalni muszą, nieco jeszcze otumanieni, dreptać wśród przedporannych mgieł. Ale to ich wina, dobrze im tak! Normalny człowiek nie wkłada sobie na plecy dodatkowego obowiązku w postaci dwóch piesków – suczek konkretnie – z których jedna jest, od szczenięcia począwszy, anarchistką, a druga małą prowokatorką i zakapiorkiem. O spaniu nie ma mowy. Nawet gdyby człowiek chciał cisnąć kapciem w awanturnice i jeszcze, na moment choćby, przytulić zbolały łeb do poduszki, to nic z tego: spotyka wzrokiem spojrzenie dwóch par pięknych, kochanych, czarnych ocząt i… drepta, nieco jeszcze otumaniony, wśród przedporannych mgieł.

1poranek

Spacer z psem może być oczywiście przyjemnością i relaksem. Ale nie kwadrans po piątej rano (czasem nawet wcześniej). Wtedy to wyłącznie obowiązek. Chociaż… jeśli nieszczęsny człowiek zmusi się od otwarcia zaspanych, spuchniętych ślepi, otrzyma rekompensatę za swą rzetelność. Banał nad banały, ale działa. Wschód słońca.

2poranek
3poranek
4poranek

Normalny człowiek popatrzy, zachwyci się, et voilà. Nienormalnemu uruchamia się i zaczyna wirować cały balast nadbudowy, edukacji, doświadczeń, dziedzictwa kulturowego, superego i czegóż tam jeszcze! Pół biedy, jeśli zaczyna jedynie nucić Radość o poranku. To akurat dość powszechne i niegroźne. Gorzej, gdy łapie się na tym, iż pogwizduje pod nosem motyw Poranek z suity Peer Gynt. Ale i Griega da się jeszcze zaakceptować.

Zupełnie źle jest wtedy, gdy przez nieszczęsny łeb galopuje rydwan Heliosa, Ra zakrywa swe zagniewane oblicze, a Jozue zatrzymuje bieg ognistej tarczy po nieboskłonie. Chwilami znękanemu człekowi wydaje mu się wręcz, iż stoi przed Krzewem Gorejącym.

5poranek

O ileż szczęśliwsze są te dwa pieski, które brykają sobie beztrosko, ciesząc się świeżością świtania! Bez znaczeń dodatkowych.

A tu jeszcze pod czaszką zaczynają brzmieć frazy: kiedyś, gdzieś nieopatrznie wchłonięte. Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło czy też Jego ludowi dasz poznać zbawienie (…) dzięki litości serdecznej Boga naszego. Przez nią z wysoka Wschodzące Słońce nas nawiedzi, by zajaśnieć tym, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają, aby nasze kroki zwrócić na drogę pokoju. I takie tam różne. Ale, żeby unaocznić grozę tego niemal klinicznego stanu, trzeba dorzucić, iż z owemi dostojnemi biblijnemi frazy mieszają się w głowie nienormalnego człowieka słowa lekko ironiczne, ale mocno goryczą doprawione: Na pewno znasz te poranki gdy wszystko co widzisz obietnicą cudu jest (…) Poranki gdy czujesz że na obraz Boga stworzono cię, jeśli wiesz co chcę powiedzieć…

By gorycz nieco przytłumić, nuci biedak, udręczony nadmiarem skojarzeń, wersety pięknej a tęsknej polskiej parafrazy starego i czcigodnego hymnu protestantów Amazing Grace:

Nim świt obudzi noc dotykiem ciepłych mgieł,
Nim dzień ożywi świat, Panie, przyjdź,
Wołam: przyjdź. Uciesz mój wzrok spokojem jasnych barw.
Nim mnie zachwyci kwiat, Ty przyjdź.

I gorzka tęsknota zmysły miesza. I nieszczęsny człowiek już widzi słoneczny szlak, prowadzący, a jakże, ku świetlanej przyszłości.

6poranek

Spokojnie. Wiadomo, że cud nie nastąpi, przyszłość będzie… jaka będzie, a Pana się nie doczekamy; nawet na Godota nie ma co liczyć.

Wystarczy uspokoić wyobraźnię, poskromić nadzieję, biorąc ją na krótką smycz (a pieski przeciwnie – niech brykają do woli) i już można się cieszyć koncertem światłocienia. Bez znaczeń dodatkowych.

7poranek

 

Piątek w sobotę

Niemal od początku istnienia tego blogu, a jest to już, jakby nie było, dobrze ponad trzy i pół roku, niemal regularnie, Roman Brodowski publikuje wpis w pierwszy piątek miesiąca, a tu tymczasem pierwszy piątek miesiąca był wczoraj i został oddany Zbychowi Milewiczowi, który z kolei zawiaduje na tym blogu nie tylko świetnym reportażem, ale i dziwnymi rocznicami (np. jubileusz misia pluszowego), dziwnymi dniami (dzień prostytutki) i strasznymi katastrofami. Wczoraj minęła 350 rocznica ogromnego pożaru Londynu, o którym każdy z nas uczył się na lekcjach angielskiego (London’s burning), po prawdzie nie wiedząc, że to piosnka o autentycznym pożarze. I to jakim.

Tak czy owak pierwszy piątek miesiąca Romanowi przepadł, dostał więc za to pierwszą sobotę miesiąca… Ot, taka nowa, świecka tradycja.

Roman Brodowski

Festiwal kultury trzech narodów

Tam gdzie wielka polityka, zwłaszcza ta na najwyższych szczeblach zawodzi, gdzie interes państwa dotyczący stosunków międzynarodowych ważniejszy jest od ogólnospołecznego, tam często dla przeciwwagi lokalne społeczności biorą w swoje ręce inicjatywy i rozwijają dobre stosunki z sąsiadującymi narodami. Przykładów przytoczyć można wiele.

Jednym z nich jest, zorganizowany już po raz szesnasty Międzynarodowy Festiwal „Kanał Augustowski w Kulturze Trzech Narodów – Białorusinów, Polaków i Litwinów”. Organizatorami tej imprezy od strony białoruskiej są Wydział Kultury i Religii Urzędu Wojewódzkiego oraz grodzieński oddział Związku Polaków na Białorusi.

kanalaugu (2)

Początkowo impreza ta odbywała się tylko na Grodzieńszczyźnie, przy Kanale Augustowskim, w okolicy śluzy „Dąbrówka”. Jednak przy wsparciu Urzędu Miejskiego w Augustowie, augustowskich placówek kultury oraz Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podlaskiego, festiwal ten już po raz trzeci przekroczył granicę białorusko-polską i odbywa się także po polskiej stronie, w zielonej scenerii augustowskich jezior.

Jak zawsze imprezie tej patronuje po obu stronach granicy wiele instytucji, organizacji pozarządowych oraz media.

Dzięki białoruskim i polskim przyjaciołom, (zwłaszcza tym ze Stowarzyszenia Pomocy „Rubież” , z siedzibą w Białymstoku) w tym roku i my, Polacy z Berlina mieliśmy okazję poczuć atmosferę tej festiwalowo-festynowej zabawy. Pojechaliśmy we trzech, Andrzej, Jurek i ja.

kanalaugu (1)

Naszą podróż rozpoczęliśmy dwudziestego sierpnia w Białymstoku. To z tego miasta wczesnym porankiem, wraz z grupą działaczy i wolontariuszy Stowarzyszenia, autokarem wyruszyliśmy w kierunku wschodniej granicy Polski, gdzie, po obu stronach, odprawieni zostaliśmy szybko i bez jakichkolwiek niemiłych zdarzeń. Wielką niespodzianką natomiast był wjazd do Grodna. Zostaliśmy powitani przez przewodniczącego tutejszego oddziału Związku Polaków na Białorusi, Kazimierza Znajdzińskiego, jak nakazuje polska tradycja – chlebem i solą. Po ceremonii powitania udaliśmy się w dalszą drogę, bezpośrednio do położonej pośród pięknych lasów, nad kanałem, wspomnianej już wcześniej śluzy „Dąbrówka”.

kanalaug (3)

Czym jest Kanał Augustowski? Kiedyś był to gospodarczy szlak wodny łączący Polskę i Białoruś. Dzisiaj jest to prawdziwa perła Europy wśród turystycznych szlaków wodnych.Powstał w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku i łączy dopływy Wisły z Bałtykiem poprzez dopływy Niemna. Ma sto dwa kilometry długości. Posiada osiemnaście murowanych śluz, które umożliwiają pokonywanie różnicy poziomów wynoszącej pięćdziesiąt cztery metry. Ten jakże cenny zabytek co roku przyciąga tysiące kajakarzy. Kanał łączy nie tylko wody i krainy, ale też, przede wszystkim – ludzi. Sprawia, że mieszkający nad jego brzegami obywatele różnych narodowości spotykają się, by, jak co roku, wspólnie śpiewać, tańczyć, odnowić stare przyjaźnie.

Festiwal rozpoczął się przemarszem barwnego korowodu białoruskich, litewskich i polskich zespołów folklorystycznych, ku zadowoleniu licznie zgromadzonej, przybyłej na występy publiczności.

kanalaugu

Oficjalnego otwarcia dokonał wicegubernator Obwodu Grodzieńskiego. Pozdrawiając wszystkich, wyraził nadzieję, że w przyszłości festiwal być może będzie nie tylko okazjonalnie łączył przygraniczną ludność, ale stanie się imprezą dostępną dla każdego kto, kocha folklor i dobrą zabawę. Wiele ciepłych słów padło i z innych ust, głos zabrali bowiem: prezydent Augustowa, Konsul Generalny RP w PGrodnie , a także przedstawiciel konsulatu litewskiego. Wszyscy oni wyrażali nadzieję, nadzieję na wolną od granic i przyjazną tę część Europy.

Warto wspomnieć o wystąpieniu prezesa Stowarzyszenia Pomocy „Rubież”, Józefa Kulikowskiego, który przypomniał o genezie powstania festiwalu, o ciężkiej pracy wielu osób zarówno ze strony polskiej jaki i białoruskiej, dla urzeczywistnienia tej pięknej inicjatywy kulturalno- społecznej, jaką jest Festiwal Trzech Kultur, nad Kanałem Augustowskim.

kanalaug (2)

Na zakończenie oficjalnych wystąpień, w imieniu naszej skromnej, berlińskiej delegacji, i ja zabrałem głos, wspominając nieco o naszej wspólnej, polsko-białorusko-litewskiej przeszłości. Używając przenośni, porównałem, uczestników jak i gości imprezy do postaci Adama Mickiewicza, poety trzech kultur, piszącego po polsku o Litwie, wysławiającego piękno białoruskiej krainy, marzącego o szczęśliwym życiu w wolne j, „jak bracia pospołu” Ojczyźnie.

A potem rozpoczęła się prawdziwie sielankowa zabawa. Na scenie ze śpiewem, tańcem, muzyką prezentowały swój kunszt zespoły folklorystyczne. Wokół sceny, nad brzegami kanału, na porozstawianych straganach podziwiać można było okoliczne rękodzielnictwo, a i kupić co nieco. Place zabaw dla dzieci i dorosłych, stoiska na których regionalna strawa i napitek kusiły do skosztowania, ale przede wszystkim atmosfera jaka tam panowała, na niejednym z nas wywarła niesamowite wrażenie.

„Dąbrówka” tą atmosferą żyła do późnych godzin popołudniowych.

Następnego poranka, przez przygotowane tylko na ten dzień przejście graniczne w Lipszczanach, przejechaliśmy do Augustowa, gdzie w amfiteatrze, nad brzegami jeziora Necko po raz kolejny artyści ze Wschodu mieli okazję zaprezentować się publiczności. Powitani ciepłymi słowami przez prezydenta miasta oraz przedstawiciela Rejonu Grodzieńskiego, zarówno uczestnicy festiwalu, augustowianie, jak też przebywający nad jeziorem goście bawili się wspólnie przy muzyce i śpiewie, do godzin popołudniowych.

Akcentem końcowym był wspólny rejs statkiem po jeziorach , zorganizowany przez władze Augustowa.

Aby takie imprezy służyły łączeniu narodów, z pewnością życzy sobie znakomita większość rodaków. Ale… czy uczymy się, czy uczymy nasze dzieci, tej zwykłej, ludzkiej i nie tylko ojczyźnianej, ale tej ponadnarodowej jedności…?

Berlin, 24.08.2016

Katastrofy

Zbigniew Milewicz

Wielki pożar Londynu

Data nosiła w sobie trzy diabelskie szóstki, w roku 1666 prawie doszczętnie spłonęła stolica Albionu. Do czasów II wojny światowej była to największa katastrofa w historii tego miasta. Gdyby nie niekompetencja władz jej skutki mogły być wielokrotnie mniejsze.

Jak na owe czasy miasto było ogromne – z przedmieściami Londyn liczył najprawdopodobniej 500-600 tysięcy mieszkańców i zapewne był najludniejszym miastem świata, a z pewnością Europy. Dla porównania – Gdańsk, największe miasto ówczesnej Rzeczypospolitej, liczył mniej niż 100 tysięcy osób, a Kraków, Warszawa i Wilno nie przekraczały 30 tysięcy.

Był też bardzo bogaty – dochód na głowę mieszkańca ówczesnej Anglii należał do najwyższych na świecie i tylko Holandia była bogatsza. W XVII w. Anglia rywalizowała z wchodzącymi w okres schyłku swej potęgi Niderlandami o panowanie na morzach (kiedy pożar wybuchł, toczyła się akurat wojna z Holendrami). Interesy londyńskich kupców i bankierów coraz częściej wykraczały poza Wyspy.

We wrześniu 1666 roku na londyńskiej giełdzie dyskutowano m.in. o pierwszym transporcie tytoniu, który przypłynął z Wirginii, nowej zamorskiej kolonii, i który uważano za zapowiedź wielkich zysków. Miasto dochodziło do siebie po wielkiej zarazie, która panowała przez wiele miesięcy 1665 i 1666 roku, i z optymizmem patrzyło w przyszłość.

Miasto rozrastało się we wszystkich kierunkach, choć odbywało się to w sposób nieco chaotyczny. Kronikarz John Evelyn opisywał city jako „naturalne, ogromne skupisko drewnianych domów”. Widać z tego, że ryzyko wystąpienia pożarów było bardzo prawdopodobne. Otoczona starymi rzymskimi murami metropolia była wypełniona po brzegi, pełna wąskich uliczek i domów z dachami ze strzechy. Przypomniała trochę stos na ognisko, który aż się prosi, by dostarczyć mu zbawienną iskrę.

Wg wiadomości ze strony internetowej Tunguska.pl w centrum plątaniny uliczek pracował Thomas Farynor, piekarz. Jego zakład, usytuowany nad Tami­zą przy Pudding Lane, o rzut beretem od słynnej Tower, zaopatrywał samego króla Karola II Stuarta. W nie­dzielny poranek, 2 września 1666 roku, jak zwykle rozpalono piec do czerwoności. Przez nieuwagę ogień wydostał się poza piekarnię i rozprzestrzenił się dookoła. Farynor i jego rodzina zostali uwięzieni w mieszkaniu nad piekarnią, ale cudem udało im się uciec przed płomieniami. Jedynie ich sparaliżowana strachem służąca nie odważyła się stawić czoła płomieniom i stała się pierwszą ofiarą pożaru.

Feralnego dnia poranek w Londynie był wietrzny. Ogień szybko więc rozprzestrzeniał się na sąsiednie domy. Należało je zburzyć, aby nie ryzykować wystąpienia efektu domina. Ale właściciele budynków przeciwstawili się decyzji. Jedyną osobą, która posiadała wła­dzę, by przeprowadzić taką akcję, był burmistrz Thomas Bloodworth. Gdy dotarł na miejsce, ogień już przeniósł się na kolejne budynki, zbliżając się do magazynów papieru i składów materiałów łatwopalnych. Strażacy przekonywali do natychmiastowe­go zburzenia domów, ale burmistrz uchylał się od podjęcia decyzji. Argumentował, że budynki są wynajmo­wane i najpierw trzeba by się skontak­tować z właścicielami.

The Great Fire Of London
Wikipedia commons: The painting is in the [style] of the Dutch School and is not dated or signed, it is thought to be from the 17th century, and so in the public domain.

W przeciwieństwie do biernego burmistrza król działał szybko. Gdy tylko dostał informację o pożarze, wysłał urzędnika z de­cyzją o zburzeniu domów. Ale pożar był już nie do opanowania. Po południu prze­kształcił się w gwałtowną burzę ogniową. To zjawisko ma miejsce, kiedy bardzo duża powierzchnia jest objęta pożarem, a powietrze nad nią staje się skrajnie gorące i zaczyna się unosić. Wtedy krążące bliżej powierzchni ziemi zimniejsze powietrze także się unosi, wypełnia­jąc wolną przestrzeń, co powoduje silne wiatry. Ruchy powietrza podsycają płomienie, do­starczając im więcej tlenu. Tak rozkręca się burza ogniowa, w której sercu temperatura może przekroczyć nawet 2000 stopnie Celsjusza.

W końcu wiatr trochę zelżał, a garnizon Tower użył prochu do stworzenia pasów przeciwpoża­rowych, które w końcu uniemożliwiły rozprzestrzenianie się płomieni. W tamtych czasach Londyn nie miał zorganizowanej straży pożarnej. Gaszeniem pożarów zajmowały się firmy ubezpieczeniowe. Robiły to przy użyciu podstawowego sprzętu, głównie ręcznych pomp wodnych, które nie wy­starczały przy tak potężnym pożarze. Dopiero równe dwieście lat póź­niej zaczęła działać pierwsza londyńska zor­ganizowana straż pożarna.

Po kilku dniach pożaru miasto było spustoszone. Spłonęło ponad 13 000 budynków, czyli około dwóch trzecich całego miasta. Z historycznych zabytków przepadła Katedra Świętego Pawła, którą trzeba było wznosić na nowo. Odbudowa miasta, rozpoczęta już 1667 roku, finansowana była głównie z podatku węglowego, uchwalonego w celu stworzenia funduszu naprawczego. Miasto odbudowywano z uwzględnieniem średniowiecznej siatki ulic, tyle że domy wykonywano z trwalszych materiałów takich jak cegła i kamień.

Były też pozytywne skutki tej katastrofy. Po pierwsze, bilans ofiar okazał się niewielki – zginęło tylko sześć osób. Ponadto pożar wybił praktycznie całą populację londyńskich szczurów, które były odpowiedzialne za trwającą od roku w mieście epidemię dżumy. Zmusił on także rządzących do stworzenia planów nowocześniejszej rozbudowy miasta.

O pożarze pisał m.in. Samuel Pepys, wysokiej rangi urzędnik królewski, który osobiście doniósł Karolowi II o katastrofie, ale zbytnio się z tym anonsem nie spieszył. Poprzedniego dnia ucztował i bawił się do upadłego w gospodzie i kiedy w nocy służąca wyrwała go z głębokiego snu okrzykiem, że się pali w mieście, posłał ją do wszystkich diabłów i niefrasobliwie wrócił do łóżka. Dopiero, kiedy rano doszły mnie wieści, że spłonęło już 300 domów zebrałem się natychmiast – napisał później w swoich pamiętnikach – poszedłem do Tower, tam wdrapałem się na najwyższe miejsce, i stamtąd ujrzałem domy po tej stronie mostu wszystkie w płomieniach i olbrzymi pożar z obu stron mostu. Tedy zeszedłem z sercem pełnym troski do komendanta Tower, który powiedział mi, że pożar zaczął się nad ranem w domu królewskiego piekarza na Pudding Lane i że strawił już kościół św. Magnusa i większość Fish Street.

“It made me weep to see it.” Samuel Pepys (1633–1703) painted by John Hayls in 1666, the year of the Great Fire. Wikipedia commons.

Zeszedłem na wybrzeże i nająwszy czółno, popłynąłem do mostu, i tam oglądałem to opłakane widowisko. Nieszczęsny dom Betty Michell, jako że cała ta część miasta w ogniu, który posuwał się coraz dalej, tak że bardzo szybko, przez czas, kiedy tam byłem, dosięgnął Steel Yard. Wszyscy usiłowali ratować swoje dobro: biedni ludzie trzymali się domów, aż póki nie zajęły się ogniem, a wtedy rzucali się do czółen albo tłoczyli się, biegając od jednych schodów nad Rzeką do drugich. I biedne gołębie, którem widział, jak wzdragając się porzucić domy, krążyły koło balkonów i okien tak długo, aż popadały, opaliwszy sobie skrzydła.

Dopiero wtedy pospieszył na dwór królewski, gdzie został przyjęty z wielkim niepokojem. Dostał zadanie odszukania lorda majora Londynu, czyli burmistrza i przekazania mu królewskiego polecenia, żeby bezwzględnie burzyć domy. Pepys wyruszył natychmiast, przebijając się przez tłumy uciekinierów niosących m.in. chorych leżących w łóżkach. Nad podziw kosztowne rzeczy wieźli też ludzie na wozach i nieśli na plecach – nie omieszkał zanotować pamiętnikarz wrażliwy jak zawsze na dobra materialne. Spotkał w końcu lorda majora, zmęczonego i zrezygnowanego, który opuścił posterunek i poszedł odpocząć do domu, narzekając, że nikt go nie słucha.

Pepys wrócił do siebie, gdzie czekali już jego goście, których zaprosił poprzedniego dnia. Byli zaniepokojeni, ale zjedli z apetytem przygotowany obiad i – jak napisał Pepys – było nam tak wesoło, jak tylko w takim czasie być mogło. Potem wybrał się z gośćmi na oglądanie pożaru. Pływali wynajętym czółnem po Tamizie, oglądając ludzi ładujących w panice dobytek na łodzie. Podpłynęli tak blisko pożaru, że małośmy lic nie popiekli od deszczu iskier, tak zaiste, jak zapalały się od tych iskier i strzępów ognia domy po trzy, po cztery, ba, po pięć i sześć, jeden za drugim.

 

Ludgate in flames, with St Paul’s Cathedral in the distance (square tower without the spire) now catching flames. Oil painting by anonymous artist, ca. 1670. Wikipedia commons.

Później z małej piwiarni na nadbrzeżu Tamizy zafascynowany oglądał pożar i pozostawił jego opis, który przeszedł do historii literatury:

Tam siedzieliśmy prawie do zmroku i widzieliśmy, jak pożary się wzmagały, a gdy się ściemniło, pokazywało się ich coraz więcej a więcej w zaułkach i na dzwonnicach, i między domy a kościoły; tak daleko, jak okiem sięgniesz, aż po wzgórza śródmieścia, wszędzie najokrutniejszy, złośliwy, krwawy płomień, ani podobny pięknym płomykom zwyczajnego ognia. Zostaliśmy tam, aż się ściemniło, i widzieliśmy pożar jak jedno wielkie sklepienie ognia sięgające na tamtą stronę Rzeki i łukiem rozpostarte nad wyniosłością na jaką milę długości; na płacz mi się zbierało, gdym to widział. Kościoły, domy, wszystko paliło się pospołu; i przeraźliwy huk, jaki się w tych płomieniach rozlegał, i trzask walących się domów!

Znakomity pisarz i publicysta Daniel Defoe zapewne widział pożar jako sześcioletnie dziecko. W wydanej anonimowo w 1703 roku historii tego wydarzenia pisał:

Strach i przerażenie napadły z zaskoczenia obywateli Londynu; mężczyźni byli w żałosnym pośpiechu, rozproszeni i skonfundowani; nie władali swoimi myślami na tyle, żeby zastanowić się, co było trzeba zrobić. (…) Ulice były zatłoczone ludźmi i wozami. Londyńczycy chcieli wywieźć z miasta te dobra, które się dało; ci, którzy byli najbardziej aktywni i mieli najwięcej pieniędzy, żeby zapłacić niesłychanie wysoką cenę za transport, uratowali wiele, reszta straciła prawie wszystko.

Porträt Daniel Defoes im National Maritime Museum, London, Wikipedia commons.

Wozy, bryczki, powozy i konie, tak wiele, jak tylko mogło wejść do miasta, zostały załadowane; za pomoc dawano każdą cenę; pięć, dziesięć, dwadzieścia i trzydzieści funtów za wóz, żeby wywieźć na pola wybrane najdroższe przedmioty, które miał pochłonąć ogień; i niektórzy krajanie mieli sumienie przyjmować ceny, które obywatele oferowali im w swojej skrajnej potrzebie. Akcji przeciwpożarowej nie udało się szybko zorganizować – służby miejskie nie działały, żołnierzy było za mało (część opuściła miasto z powodu zarazy), a zawodowej straży pożarnej, jako się rzekło, jeszcze wtedy nie było. Londyńczycy nie mieli maszyn gaśniczych i wodociągów. Jedyna nadzieja na powstrzymanie pożaru leżała w wyburzaniu kolejnych ulic – ale ogień przenosił się szybciej, niż zdołano to czynić – często przy protestach zrozpaczonych właścicieli tracących mieszkania, warsztaty i środki do życia.
Pożar szalał przez pięć dni. John Evelyn, pisarz, uczony i ogrodnik, znajomy Samuela Pepysa, z którym często korespondował, pod datą 3 września zanotował:

Pożar trwa. Po kolacji wziąłem powóz i z moją żoną i synem pojechaliśmy do Bankside w Southwark, skąd oglądaliśmy to straszne widowisko, całe miasto w straszliwych płomieniach aż do nabrzeża (…). Płomienie były wszędzie i ludzie tak osłupiali, że od początku nie wiedziałem, czy przez upadek ducha, czy zrządzeniem losu niemal nie próbowali go ugasić; nie było słychać nic oprócz płaczu i lamentu. Biegali wokół jak spłoszone zwierzęta, nie próbując nawet ratować swoich dóbr. Łuna nad miastem przypominała “wierzch rozpalonego pieca” i według Evelyna widać ją było w promieniu 40 mil od miasta przez wiele nocy. Gigantyczna chmura popiołu i dymu ciągnęła się na 50 mil od Londynu.

John Evelyn (1620–1706) in 1651. Wikipedia commons.

Pisarz porównał płonący Londyn do upadku biblijnej Sodomy i mitologicznej Troi. Nie był jedyny: także obrazy pożaru Londynu namalowane wkrótce po wydarzeniu nawiązują aluzyjnie do pożaru i upadku Troi. Straty jednak prawdopodobnie były większe niż w starożytnym mieście odkopanym w XIX w. przez Schliemanna: po prostu Troja była dużo mniejsza niż XVII wieczna stolica Anglii. Kiedy zaś w czasie II wojny światowej Luftwaffe zaatakowała Anglię, James Pope-Hennessy, autor książki o wojennych zniszczeniach Londynu, napisał później, że wielki pożar wywołany niemieckimi bombami 29 grudnia 1940 roku w pewnym momencie wyglądał jak katastrofa zrelacjonowana przez Pepysa w 1666 roku – w Londynie płonęło równocześnie 1,5 tysięcy miejsc.

Urzędnik królewski Pepys był szczęściarzem. Uratował swój dobytek – w szczególności skrzynię z dużą częścią majątku, ogromną jak na ówczesne czasy sumą 2350 funtów w złocie (robotnik zarabiał wtedy kilka funtów rocznie), a za taką kwotę można było kupić solidny ziemski majątek. Jego dom nie spłonął, chociaż pożar dotarł na tę ulicę. Do połowy września 1666 roku zapisy w dzienniku Pepysa skupiają się głównie wokół przewożenia z miejsca na miejsce mebli, obrazów, tkanin, naczyń i drogocennej skrzyni ze złotem – o którą bał się okropnie i którą starał się ukryć przed wzrokiem robotników porządkujących dom i wieszających na ścianach pozdejmowane z nich w pośpiechu tkaniny.

Dopiero 14 września Pepys zanotował z ulgą, że mógł położyć się z powrotem spać z żoną we własnym łóżku i we własnej sypialni. Ale – jak pisał – długo jeszcze śniły mu się w nocy pożary.

Pani Irenka 5

Karolina Kuszyk

1 września

A bo to dzisiaj pierwszego września, pani. Jak będę u Kazika na cmentarzu, to pójdę potem na ten grób taki duży, wedle tej kaplicy zaraz, dla poległych, też im lampkę zapalę, dla pamięci. Pamiętam, pani, do szkoły brat miał iść, ja to jeszcze nie, za mała byłam, a tu krzyczą, że wojna, wojna. Jak tak na tych chłopaczków teraz patrzę, co w tych koszulkach takich latają, ten że Polska walcząca, tamten że Pamiętamy, to ja się pytam, pani, a co też wy pamiętacie, przecież was na świecie jeszcze nie było. Dawidek mówi, babciu, to taka moda teraz, niektóry to nawet ledwo co na tróję z historii wyciągnie, nic nie wie, ale w koszulce lata. A raz się nawet takiego jednego spytałam. Łysy taki ogolony, na czarno ubrany, ulicą szli, z takimi innymi podobnymi i coś tam krzyczeli, że Polska to, Polska tamto, to przystanęłam i się pytam, że o co panom chodzi. Bo że w Polsce jesteśmy, to chyba każdemu wiadomo, po co te jakieś wykrzykiwania, jakieś transparenty, protesty. Człowiek starszy to się tego przestraszyć może. A oni, że nie, gdzie tam przestraszyć, proszę pani, nam chodzi, że właśnie dopiero teraz dumnym można być z bycia Polakiem. To ja się wtedy strasznie zdenerowałam i mówię, to ja panom bardzo współczuję, że panowie dopiero teraz, bo ja to dumna jestem z bycia Polką przez całe życie, od dziecka. No tak aż coś jakby przeze mnie przemówiło, nie wiem. A ten jeden to się zaraz tak zaczerwienił i widzę, że coś mi odpyskować chce, to do widzenia panom tylko powiedziałam, zabrałam się i poszłam. Co ja, stara, z takimi młodymi nie będę się pyskować na ulicy, kto to widział, pani.

No, ale żeby teraz znowu wojny jakiej nie było. Wojna ze wszystkiego najgorsza. Już nawet bieda lepsza od wojny. Ale co ten człowiek ma teraz myśleć, pani, jak nawet Niemcy teraz swoim nakazują, żeby zapasy robili. A te Niemcy to przecież, jak to mówią, za miedzą zaraz, prawda? Jak raz syn synową byli. Tyle a tyle wody, mąki czy makaronu na człowieka, tyle a tyle tych konserw, oleju i wszystkiego. W proszku mleko. Nawet u nas w gazetach pisali. Żeby mieli na przetrzymanie jakby co. A Mietek to powiedział, mamusiu, bo w Niemczech to rząd myśli o swoich obywatelach, a nie tak jak u nas, aby każdy do tego koryta, nachapać się, jak teraz nowe nastało. Tego wymienili, tamtego wymienili, niedługo wszystkich wymienią do ostatniego, nikt się nie zostanie. A żeby zamiast za to wymienianie to się raczej wzięli za te różne niebezpieczeństwa światowe, żeby nam co powiedzieli, co nam grozi, albo chociaż, jak już mówić nie chcą, to żeby chociaż nakazali, żeby zapasy porobić na wszelki wypadek. Tak syn mówi. Ale Mietek, w razie co te zapasy, ja się pytam. Ale tego to już syn też nie wiedział i mówi, a to, mamusiu, w tajemnicy przed nami trzymają. Nie wiadomo, czy kryzys będzie światowy bankowy, czy te islamiści bombę mają jakąś naszykowaną czy coś, czy ta znowu Ameryka kuku nam zrobić chce, czy może z drugiej strony Ruskie czy Chiny, no nic zupełnie nie wiadomo. I jak tu żyć, pani. Ja tym młodym to teraz najbardziej współczuję. Bo tacy jak ja to już, pani, bliżej niż dalej. No, ale będę iść, bo słoneczko takie ładne, a wkłady jeszcze muszę kupić do tych lampek. Synowa stroik zrobiła, zobaczę, czy nie ukradli, bo taki elegancki, pani, że elegancki. W ogóle ten nasz grób, to znaczy Kazika, na całym cmentarzu najładnieszy.

Link do bloga Pani Irenki

Stuart (7)

Every time I look at you I don’t understand
Why you let the things you did get so out of hand
You’d have managed better
if had it planned
Why’d you choose such a back ward time
and such a strange land?

Za każdym razem, kiedy na ciebie patrzę
Nie potrafię zrozumieć
Dlaczego pozwoliłeś, by rzeczy, które robiłeś
Tak bardzo wymknęły ci się spod kontroli
Lepiej byś temu podołał, gdybyś postępował według planu
Dlaczego zdecydowałeś się wybrać tak odległy czas i taki dziwny kraj?

Jesus Christ Superstar, Andrew Lloyd Webber, 1971

Joanna Trümner

Jezus

Święta Bożego Narodzenia i koniec starego roku zbliżały się wielkimi krokami. Na rozgrzanych słońcem ulicach Sydney pojawiły się wielkie, sztuczne choinki z bombkami i brodaci mężczyźni z białymi brodami, poprzebierani za Świętego Mikołaja. Wyglądało to tak egzotycznie, że po raz pierwszy od przylotu do Australii Stuart zdał sobie sprawę z tego, jak daleko jest Anglia i zimowe sztormy w Walton.

Pieniądze, które zaoszczędził dzięki pracy w szkole, topniały w przerażającym tempie i Stuart brał każde zlecenie, żeby poprawić swą sytuację finansową – występował w klubach, kościołach, domach starców i restauracjach. Wpadł w kierat codziennych występów i szukania nowych zleceń – kierat, przez który brakowało mu czasu na pisanie nowych kompozycji. Jego koncerty składały się wyłącznie z piosenek, które przywiózł ze sobą z Anglii, swoich i cudzych utworów, które znał w międzyczasie na pamięć.

Cyniczne słowa ojca, „wszystko w życiu jest ciężką pracą, tymi samymi, wykonywanymi codziennie czynnościami”, zagnieździły mu się w głowie i coraz częściej łapał się na tym, że nie pamięta, kiedy i dla kogo napisał swoje utwory. Codzienne występy nabrały automatyzmu i z przerażeniem zaczął stawiać sobie pytanie, czym ta praca różni się od pracy robotnika na taśmie fabrycznej? Z biegiem tygodni coraz bardziej uświadamiał sobie, że znalazł się w jakiejś ślepej uliczce, która coraz bardziej oddala go od drogi, o której kiedyś marzył.

Podczas występów zmieniała się tylko publiczność i jej reakcje. Najbardziej zaskakiwali go mieszkańcy domów starców, którym śpiewał starsze, spokojne utwory i proste melodie, poznane podczas pierwszych lekcji nauki gry na gitarze. Na jego oczach i dzięki jego muzyce ci zagubieni, nieobecni duchem starsi ludzie wracali do życia i przypominali sobie o świecie, który pulsował przed drzwiami. Stuart widział w ich oczach tyle wdzięczności za poświęcony im czas, że odbieranie gaży wprawiało go za każdym razem w zakłopotanie. W Wigilię sprezentował mieszkańcom dwóch domów wspólne śpiewanie kolęd. Z niedowierzaniem obserwował, jak twarze wiekowych słuchaczy stają się młodsze i pełne radości. Widok ludzi, którym dzięki muzyce udało się na kilka chwil wrócić myślami do najszczęśliwszych dni w życiu utwierdził go w przekonaniu, że nigdy jeszcze nie dał nikomu cenniejszego prezentu.

W sylwestrowy wieczór czekał go pierwszy występ w prestiżowym Królewskim Klubie Jachtowym w północnej części miasta. Kiedy w kilka minut po ósmej wszedł do klubu sala pękała w szwach. Wśród gości byli głównie ludzie w wieku jego rodziców, członkowie najstarszego i najbardziej elitarnego klubu jachtowego w mieście, elita Sydney – nieliczni, którym przez własną pracę albo dzięki przekazywanym z pokolenia na pokolenie pieniądzom udało się znaleźć wśród najbogatszych mieszkańców miasta.

Na myśl o tym, że słuchać go będą ludzie, którzy mieli okazję słyszeć koncerty najlepszych muzyków w najlepszych salach koncertowych świata, ogarnął go niepokój, strach przed tym, że nie uda mu się do nich dotrzeć. Jednak jego pełne melancholii i poszukiwania piosenki przypominały słuchaczom o młodości i pomogły im na kilka godzin uciec od uczucia, że teraz, kiedy mogliby spełnić prawie każde swoje życzenie, tak niewiele rzeczy sprawia im radość.

Gdy dziesięć przed dwunastą kończył koncert, rozległy się głośnie brawa, przez chwilę Stuart odniósł wrażenie, że nawet ściany tego renomowanego klubu, które widziały w swojej historii tak wiele sławnych osób, że nic nie powinno już być dla nich zaskoczeniem, zaczęły lekko drżeć. Zegar wybił dwunastą i zaczął się rok 1972. W kilka minut po północy przy Stuarcie zebrał się tłum słuchaczy, którzy chcieli mu podziękować za wspaniały koncert. Z trudem udało mu się dotrzeć do Iana, żeby złożyć mu życzenia noworoczne.

Ian zajęty był rozmową ze starszym mężczyzną, który właśnie wrócił z samotnej podróży jachtem dookoła świata. Nieznajomy, rzeczywiście przypominający klasycznego żeglarza, zaskoczył Stuarta, witając go słowami: „Powinniśmy porozmawiać o Jezusie”. W momencie, kiedy Stuart zaczął się zastanawiać, czy ma przed sobą nawiedzonego faceta, który zacznie go zaraz namawiać do przyłączenia się do jakiejś nowej sekty, Ian powiedział: „Przepraszam, nie zdążyłem was przedstawić, to Jack Flannagan z Wellington, chciał z tobą porozmawiać o musicalu Jesus Christ Superstar”. Jack był dyrektorem Domu Operowego w Wellington. Bombardował Stuarta pytaniami. Ich rozmowa przypominała raczej egzamin albo wstępną rozmowę o pracę niż przypadkowe spotkanie na imprezie sylwestrowej. Umówili się na spotkanie wieczorem w klubie.

W kilkanaście godzin później popijali dżin z tonikiem i rozmawiali o musicalu. Jack od kilku miesięcy jeździł po całym świecie, szukając odpowiedniej obsady, Sydney było ostatnim przystankiem jego poszukiwań. Podczas podróży po Anglii, Stanach i Kanadzie poznał wielu kandydatów do roli Jezusa, ale kiedy usłyszał Stuarta nie miał wątpilwości, że właśnie on będzie najbardziej autentycznym, nie zepsutym przez godziny treningu wokalnego i dziesiątki występów, trochę zagubionym i szukającym swojej drogi Jezusem. „W Wellington też żyją ludzie” – powiedział, widząc na twarzy Stuarta pewne wahanie, „i żyją lepiej, niż w innych częściach świata. Przekonasz się, jak zobaczysz umowę.” Premiera tego granego na całym świecie musicalu miała odbyć się pod koniec maja, na kilka dni przed Zielonymi Swiątkami, próby miały zacząć się w połowie lutego. Pod koniec rozmowy Jack zaprosił Stuarta na tygodniową wizytę w Wellington. Na koszt teatru.

W drodze powrotnej do schroniska Stuart bił się z myślami, zastanawiając się, czy to przypadkowe spotkanie jest dla niego szansą, łutem szczęścia, o którym marzy każdy człowiek, czy też kolejnym ślepym zaułkiem w życiu. Pierwszą noc Nowego Roku spędził na zwierzaniu się ze swoich wątpliwości Ianowi. Przyjaciele wspólnie rozważali wszystkie „za” i „przeciw” wyjazdu do Wellington i przy pierwszych promieniach wschodzącego słońca doszli do wniosku, że warto z tej szansy skorzystać.

W dziesięć dni później Stuart znalazł w wynajętej na poczcie skrzynce grubą kopertę z biletem do Wellington i czekiem na 500 dolarów od Jacka. Kilka dni później siedział w samolocie. Podczas lądowania w stolicy Nowej Zelandii przeszła mu przez chwilę przez głowę myśl, że właśnie znalazł się w najgłębszej prowincji świata – miejscu, o którym większa część ludzkości nigdy nie słyszała i nie usłyszy.

Jack odebrał go z lotniska i całe popołudnie minęło im na oglądaniu miasta, które miało duży urok i w miarę poznawania coraz bardziej traciło charakter prowincji. Zarówno Opera House jak i wiele budynków na ulicach Wellington mogłoby równie dobrze stać w Londynie albo Sydney.

Stuart nocował w jednym z najlepszych hoteli w mieście i patrząc na otaczający go komfort, myślał o tym, że los chyba naprawdę się do niego uśmiechnął. Dzień przed powrotem do Sydney podpisał umowę na bardzo korzystnych warunkach, oprócz wysokiego, wypłacanego co tydzień wynagrodzenia, teatr zapewniał mu bungalow na przedmieściach i dawał do dyspozycji samochód. W zamian za to Stuart zobowiązywał się do grania roli Jezusa przez pół roku z opcją na przedłużenie umowy i gościnne występy w innych miastach Nowej Zelandii.

W miesiąc później zaczęła się jego przygoda z Jezusem na drugim końcu świata. Przygoda z najstarszą i najczęściej opowiadaną bajką świata, która dzięki staraniom Jacka miała być opowiedziana w nowoczesny, zrozumiały dla wszystkich sposób.

 

Cdn.

 

Szkoły, których już nie ma

Przysyłając mi ten tekst Andrzej Rejman napisał: wrzesień idzie, to o szkołach…

Andrzej Rejman

W zapiskach codziennych mojej babci Małgorzaty znajduję wpis:

1928 maj

“25-go byłam u p. Kowalczykówny w sprawie Julci*. Zgodziła się ją przyjąć do swojej szkoły. Nadzwyczaj sympatyczna…”

*Julcia (czyli moja mama – Julia Hrebnicka) pierwsze dwie klasy nauki odbyła w gimnazjum żeńskim J. Popielewskiej i J. Roszkowskiej w Warszawie.

Znajduję w internecie – “Na mapie przedwojennego szkolnictwa Warszawy wyróżnia się Żeńskie Prywatne Gimnazjum i Liceum prowadzone przez Janinę Popielewską i Janinę Roszkowską. Szkoła działała w kamienicy przy ulicy Bagatela 15 w latach 1915-1944. W czasie okupacji właścicielki zorganizowały nauczanie konspiracyjne pod szyldem szkoły krawieckiej. Pensjonariuszki gimnazjum i liceum wychowywane były w duchu patriotyzmu i szacunku dla Ojczyzny. Wiele z nich działało w harcerstwie, a w czasie wojny w konspiracji. Niektóre z nich zginęły w czasie Powstania Warszawskiego. W 1987 r. staraniem wychowanek szkoły odsłonięto na ścianie dawnej jej siedziby pamiątkową tablicę. Widnieje na niej treść “W tym domu mieściło się w latach 1915-1944 Gimnazjum i Liceum Janiny Popielewskiej i Janiny Roszkowskiej. W hołdzie założycielkom i pedagogom oraz uczennicom poległym za Ojczyznę w latach 1939-1945. Wychowanki”. (źródło: http://www.polskaniezwykla.pl/web/place/30620,warszawa-to-miescilo-sie-gimnazjum-i-liceum-j-popielewskiej-i-j-roszkowskiej.html )

Julcia uczyła się raczej dostatecznie, i otrzymała promocję do trzeciej klasy z zastrzeżeniem z arytmetyki – zdjęcie przedstawia świadectwo ukończenia drugiej klasy w roku szkolnym 1926/27.

1_Julia_Rejman_swiadectwo_szkolne_szkola_Roszkowskiej_1

Miałem podobne problemy z matematyką, jednak dopiero w klasach licealnych. Widać, że rygor ocen w tamtych czasach był stosunkowo wyostrzony, nie sądzę bowiem, żeby matematyka na poziomie pierwszych klas szkoły podstawowej była aż tak trudna!!

Następne świadectwa Julci były nieco lepsze, no i szkoła już inna – o tej właśnie szkole pisze babcia we wspomnieniu na wstępie.

Gimnazjum Żeńskie Kowalczykówny i Jawurkówny przy ul. Wiejskiej 5 w Warszawie było prywatną pensją założoną przez Jadwigę Kowalczykównę (Jadwiga Czarna) i Jadwigę Jawurkównę (Jadwiga Biała) w roku 1903 i prowadzoną przez jej założycielki do ich tragicznej śmierci w roku 1944 w czasie powstania warszawskiego.

Przeglądam zachowane świadectwa mamy;

W “Sprawozdaniu o pracy, postępach i zachowaniu Julii Hrebnickiej, uczennicy III -iej klasy” czytam:

“Półrocze I r. szk. 1928-29:

W tym półroczu Julcia pracowała chętnie, tylko jeszcze nie brała żywego udziału w lekcjach. Zachowywała się zupełnie dobrze, cicho, grzecznie. Okazała postępy dostateczne, tylko w geografii niedostateczne, a w gimnastyce – dobre.

Półrocze II r. szk. 1928-29:

I w tem półroczu Julcia nie zainteresowała się do tego stopnia lekcjami, żeby w nich brać udział, ale pracowała sumiennie.

Zachowywała się zupełnie dobrze.

Okazała postępy dostateczne we wszystkich przedmiotach, a w rysunku i gimnastyce – dobre.

Otrzymuje promocję do IV-ej klasy. ”

2_Sprawozdanie_z_nauki_w_Szkole_Kowalczykowny_2_Julia_Hr

3_Julia_Hrebnicka_Swiadectwo_maturalne2

Na świadectwie maturalnym Julci ładna buzia grzecznej dziewczynki, choć pamiętam jak mama mówiła mi, że była wtedy okropna, nieznośna i bez przerwy kłóciła się z młodszym bratem, Kazikiem…

Po latach uczennice spotkały się, wspominając “Białą” i “Czarną” Jadwigę.

4_Absolwentki_szkoly_Kowalczykowny_i_Jawurkowny_zjazd_ok

5_spotkanie_po_latach_szkola_Kowalczykowny_i_Jawurkowny

Wśród zebranych Julia Rejmanowa z d. Doktorowicz-Hrebnicka.

(późne lata pięćdziesiąte XX w.)

***

informacje źródłowe

https://pl.wikipedia.org/wiki/Szkoła_na_Wiejskiej

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jadwiga_Kowalczykówna

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jadwiga_Jawurkówna

Lejana y sola (2)

Wybrałam ten nadtytuł cyklu, tytuł wiersza omówionego przez Kingę Szpuler przed tygodniem – daleka i samotna – bo wydaje mi się,  że moja Mama, Irena Kuran-Bogucka, taka właśnie była. Miała rodzinę i mnóstwo przyjaciół, ale naprawdę była jak Cordoba: samotna w oddali.

Kinga Szpuler

3.1.2. La guitarra, del poemario Poema del cante jondo (1921)

La guitarra

Empieza el llanto
de la guitarra.
Se rompen las copas
de la madrugada.
Empieza el llanto
de la guitarra.
Es inútil
callarla.
Es imposible
callarla.
Llora monótona
como llora el agua,
como llora el viento
sobre la nevada
Es imposible
callarla.
Llora por cosas
lejanas.
Arena del Sur caliente
que pide camelias blancas.
Llora flecha sin blanco,
la tarde sin mañana,
y el primer pájaro muerto
sobre la rama
¡Oh guitarra!
Corazón malherido
por cinco espadas

(Lorca 1977: 158)

Gitara

Zaczyna lament
gitara.
Pękają kieliszki
poranka.
Zaczyna lament
gitara.
Nie da się jej
uciszyć.
Nie sposób jej
uciszyć.
Płacze monotonnie
jak płacze woda rzeki,
jak płacze wiatr
pośród śnieżycy.
Nie sposób jej
uciszyć.
Opłakuje tyle
rzeczy dalekich.
Gorący piasek południa,
co pragnie białych kamelii.
Opłakuje strzałę bez celu,
zmierzch bez nadziei jutrzenki,
i pierwsze ptaki, pośród gałęzi,
zabite.
O gitaro!
Serce krwawiące,
pięcioma mieczami przeszyte.

(Lorca 1982: 36)

La guitarra es un poema no estrófico con un número variable de sílabas, desde cuatro hasta ocho. En casi todos los versos pares encontramos las rimas asonantes que influyen, de una forma sutil, en el ritmo del texto.

Podemos diferenciar tres partes de la composición: en la primera el autor presenta la guitarra; la escuchamos, aunque su sonido parece más el llanto de un ser humano. Podemos ver también metáforas, en las que se compara el sonido del instrumento con otros fenómenos, como el del agua y el viento fuerte. En la segunda parte nos enteramos de los motivos de la nostalgia: la guitarra lamenta por las cosas inalcanzables o pérdidas: paisajes lejanos, esperanzas incumplidas y el temor a la muerte que también está presente en el poema en forma de los pájaros muertos. Los tres últimos versos cierran el poema con una metáfora muy compleja que nos revela la causa fundamental del dolor y llanto: “¡Oh guitarra!/ Corazón malherido/ por cinco espadas”. Las espadas son un símbolo de los dedos del músico y el corazón herido recuerda el motivo de siete dolores de María[1]. Desde luego, la traductora está consciente de la simbología, porque lo explica detalladamente en sus comentarios.

La guitarra es uno de los elementos más populares en la cultura gitana, es el fundamento del flamenco y acompaña a los cantantes en el cante jondo[2]. La dominante semántica del poema, evidentemente, es la personificación del instrumento que obtiene en el texto los rasgos humanos. La guitarra está herida, siente dolor, lamenta, está soñando con objetivos extraviados y le transmite al lector sus sentimientos. Aunque no lo leemos directamente en el texto, estamos seguros de que los sentimientos se refieren al propio poeta. Le compadecemos aún más, conociendo su biografía verdadera y su muerte trágica.

La versión polaca del poema mantiene la estructura general del texto, o sea, no hay estrofas y el orden de los versos es, más o menos, libre. La traductora imita la división característica de las frases en dos versos, por ejemplo: “Empieza el llanto/ de la guitarra.; Zaczyna lament/ gitara”. Por eso mantiene el ritmo del texto original y las posiciones de las cesuras. En cuanto a las rimas, no logró solucionarlas en cada verso par, pero en la mayoría de los casos, sí.

Como siempre, Irena Kuran-Bogucka escoge cuidadosamente las palabras, no son las expresiones casuales o escritas por fuerza. El fragmento más impresionante son los once últimos versos del poema, donde nos imaginamos precisamente todas las cosas, por las que lamenta la guitarra. Estas imágenes no dejan a nadie indiferente. Al pensar en lo duro que es la vida del ser humano, cada vez sufrimos más con el poeta.

gitaramamy

[1] Siete momentos dolorosos en la vida de María, la madre de Jesús: un motivo artístico muy popular.

[2] Cante andaluz, propio del flamenco, expresa los profundos sentimientos del cantante.

W mużakowskich ogrodach / In Muskauer Gärten

Only_Graphic_RGB_InternetkleinO Mużakowie czyli niemieckim Bad Muskau pisał już nasz Viator czyli Tomasz Fetzki, i to nawet kilkakrotnie. Za pięć dni, a ściślej – 1 września 2016 roku w Nowym Zamku w Parku Mużakowskim zostanie otwarta… 

Wystawa Ogrody  

Zorganizowana we współpracy Uniwersytetu Zielonogórskiego i Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze z fundacją „Park Księcia Pücklera Bad Muskau” wystawa Ogrody jest trzecią już ekspozycją w ramach cyklu Topografia polskiej sztuki współczesnej. Jednocześnie inauguruje ona obchody 25-lecia istnienia Instytutu Sztuk Wizualnych Wydziału Artystycznego Uniwersytetu Zielonogórskiego.

Patronat nad wystawą objęli prof. dr hab. inż. Tadeusz Kuczyński, Rektor Uniwersytetu Zielonogórskiego oraz Hansjörg König, Przewodniczący Rady Fundacji, Sekretarz Stanu Ministerstwie Finansów Saksonii.

Einladung revers PLklein

Park krajobrazowy czy ogród angielski – taki jak Park Mużakowski – to przestrzeń z pogranicza natury i kultury. To forma, symbol i marzenie wpisane w ciąg asocjacji nie tylko estetycznych, lecz również erotycznych czy religijnych. Ewokowane przez ogród konotacje hasłowo wyznaczają choćby Raj, ogrody islamu oraz biblijny hortus conclusus – alegoria czystości Marii.

Zarówno przestrzeń tego odwiecznego mitu, jak i geograficzno- historyczne status quo parku stworzonego przez „Goethego sztuki ogrodowej” – księcia Hermanna Ludwiga Heinricha von Pückler-Muskau – stały się inspiracją dla kolekcji dzieł artystów z Zielonej Góry. Wykreowana na potrzeby jednorazowej ekspozycji w Nowym Zamku, jest ona sama w sobie symbolicznym ogrodem ich twórczych możliwości.

Ta polifoniczna i multimedialna prezentacja obejmuje blisko 70 prac dwudziestu artystów – obrazów, grafik, fotografii, filmów oraz instalacji i mebli, ukazując szerokie spektrum sposobów interpretacji pojęcia Ogrody – w sensie topograficzno-ekologicznym, estetycznym i filozoficzno-poznawczym. Wystawa dokumentuje zarówno klasyczne, jak i najnowsze tendencje we współczesnym krajobrazie sztuk wizualnych, stając się jednocześnie formą wielokierunkowej artystycznej refleksji inspirowanej przez jedyne transgraniczne założenie ogrodowo-parkowe w Europie oraz przyczynkiem do międzynarodowego dialogu na temat historii i współczesności stosunków polsko-niemieckich, subiektywnej „kultury wspomnień” oraz fenomenu migracji i „zakorzeniania się“ w nowym miejscu.

W artystycznym dyskursie o Ogrodach twórcy z Zielonej Góry wskazują na ukryte za kulisami świata postindustrialnych miejskich krajobrazów enklawy harmonii człowieka i natury. Analizują paralele między rozwojem twórczym a istotą ogrodu, którego kształt na równi zależny jest od potencjału ogrodnika i rytmu natury. Odnoszą  się zarówno do odwiecznego cyklu wegetacyjnego, jak i do rytuału transgresji – obumierania starego i narodzin nowego w naturze i psychice ludzkiej oraz do poszukiwania mentalnej i etnicznej genealogii, której symbolem są korzenie drzew. Ogród to związek przypadku i planu – flora absolutnie naturalna, a jednak przez człowieka okiełznana. Twórczość plastyczna posiada te same cechy – naturalność i aranżację, a surowa symetria ogrodów francuskich odpowiada zasadom sztuki geometrycznej.

W pierwszej publikacji na temat Parku Mużakowskiego, przygotowanej przed ponad dziesięciu laty przez artystów i humanistów z Zielonej Góry, został on określony jako Przestrzeń pamięci i pojednania. Obecna wystawa i towarzyszący jej katalog ukazują Ogrody przede wszystkim jako poetycką metaforę – eksterytorialną, mentalną przestrzeń czasu, wspomnień, poznania i sztuki.

Czas trwania: 1 września – 31 października 2016

Kuratorzy wystawy: Leszek Kania, Paulina Komorowska-Birger, Zielona Góra
Kierownictwo naukowe: Lidia Głuchowska, Zielona Góra
Koordynacja: Regina Barufke, Bad Muskau
Plakat: Piotr Czech
W projekcie plakatu wykorzystano fragmenty ekolinowego obrazu Basi Bańdy Sadzonki (2013).

http://www.muskauer-park.de    http://www.mzl.zgora.pl               http://www.wa.uz.zgora.pl           http://www.isw.uz.zgora.pl

Plakate_17_08_fragment_RGB_Internet-klein

Ausstellung Gärten im Neuen Schloss im Fürst-Pückler-Park Bad Muskau

… bereits in fünf Tagen …

Am 1. September 2016 öffnet die Ausstellung Gärten im Neuen Schloss im Fürst-Pückler-Park Bad Muskau an der deutsch-polnischen Grenze ihre Türen. Sie entstand als Kooperation der Universität Zielona Góra und des Lebuser Landesmuseums in Zielona Góra mit der Stiftung „Fürst-Pückler-Park Bad Muskau“ und ist bereits die dritte Ausstellung der Reihe Topografie der polnischen Gegenwartskunst.

Gleichzeitig bildet sie den Auftakt zu den Jubiläumsfeierlichkeiten anlässlich des 25-jährigen Bestehens, welches das Institut für Visuelle Künste an der Kunstfakultät der Universität Zielona Góra in diesem Jahr begeht.

Die Schirmherrschaft über die Ausstellung übernahmen der Rektor der Universität Zielona Góra Prof. Dr.-Ing. habil. Tadeusz Kuczyński sowie der Vorsitzende des Stiftungsrats und Staatssekretär im Sächsischen Staatsministerium der Finanzen Hansjörg König.

Einladung Gaerten revers DE-kleinDer Landschaftspark bzw. der englische Garten – der Muskauer Park ist ein Beispiel – stellt einen Raum an der Grenze zwischen Natur und Kultur dar. Er ist eine Form,ein Symbol und ein Traum, untrennbar eingeschrieben in den Assoziationsstrom nicht nur ästhetischer, sondern auch erotischer und religiöser Vorstellungen. Die davon evozierten Konnotationen werden etwa durch Stichwörter wie das Paradies, die Gärten des Islam oder schließlich der biblische hortus conclusus – eine Allegorie auf die Reinheit Marias – hervorgerufen. Sowohl der Echoraum dieses uralten Mythos als auch der geographisch-historische status quo und die Topografie des durch den „Goethe der Gartenkunst“, also den Fürsten Hermann Ludwig Heinrich von Pückler-Muskau, geschaffenen Parks – wurden zur Inspiration für eine Sammlung von Werken.

Gestaltet durch Künstler aus Zielona Góra und geschaffen für eine einmalige Ausstellung im Neuen Schloss, stellt die Sammlung zugleich selbst einen symbolischen Garten ihrer schöpferischen Möglichkeiten dar.

In der polyphonen und multimedialen Ausstellung werden beinahe 70 Werke von zwanzig Künstlern präsentiert – Gemälde, Grafiken, Fotografien, Filme und Installationen sowie Möbelstücke – die ein breites Interpretationsspektrum des Begriffs Gärten aufzeigen, sowohl im topografisch-ökologischen als auch im künstlerischen und philosophisch-kognitiven Sinne. Darin sind sowohl klassische als auch neueste Tendenzen der Kunst vertreten, was eine Plattform zur vielseitigen ästhetischen Reflexion bildet, die vom einzigen grenzüberschreitenden Landschaftspark Europas inspiriert wird.

Die Ausstellung fungiert als Ausgangspunkt für einen internationalen Dialog über die Geschichte und Gegenwart der deutsch-polnischen Beziehungen, subjektive „Erinnerungskulturen“ sowie das Phänomen der Migration und der „Verwurzelung“ am neuen Ort.

Im künstlerischen Diskurs über Gärten weisen die Ausstellungsteilnehmer aus Zielona Góra auf die Enklaven einer Harmonie von Mensch und Natur hin, versteckt hinter den Kulissen der postindustriellen städtischen Landschaften. Sie analysieren Parallelen zwischen der schöpferischen Entwicklung und dem Wesen des Gartens, dessen Gestalt gleichfalls von den Möglichkeiten des Gärtners und dem Rhythmus der Natur abhängt. Sie nehmen Bezug sowohl zum ewigen Vegetationszyklus als auch zum Ritual der Transgression – dem Absterben des Alten und der Geburt des Neuen in der Natur und in der menschlichen Psyche sowie auf die Suche nach einer mentalen und ethnischen Genealogie, welche durch die Baumwurzel symbolisiert wird.

Der Garten ist eine Verbindung von Zufall und Planmäßigkeit – die Flora ist absolut natürlich, und doch durch den Menschen gebändigt. Die bildnerische Gestaltung der ausstellenden Künstler hat dieselben Merkmale – Natürlichkeit und Arrangement wie z. B. die strenge Symmetrie französischer Gärten entsprechend den Regeln der geometrischen Kunst.

In einer ersten Publikation, die die Künstler und Geisteswissenschaftler aus Zielona Góra dem Muskauer Park gewidmet hatten – vor über zehn Jahren entstanden – ist dieser Park als Erinnerungs- und Versöhnungsraum bezeichnet worden. In der aktuellen Ausstellung und dem sie begleitenden Katalog erweisen sich die Gärten vor allem als poetische Metapher – als exterritorialer, mentaler Raum der Zeit, der Erinnerung,der Erkenntnis und der Kunst.

Ausstellungsdauer: 1. Sept. – 31. Okt. 2016
Ausstellungskuratoren: Leszek Kania, Paulina Komorowska-Birger, Zielona Góra
Wissenschaftliche Leitung: Lidia Głuchowska, Zielona Góra
Koordination: Regina Barufke, Bad Muskau
Plakat: Piotr Czech
Für das Plakat wurden Fragmente des Ecoline-Bildes von Basia Bańda Setzlinge (2013) verwendet.

http://www.muskauer-park.de    http://www.mzl.zgora.pl               http://www.wa.uz.zgora.pl           http://www.isw.uz.zgora.pl