Hi stranger

Hi stranger ist ein Kunstprojekt von Kerstin Lepore, amerikanischer Filmanimatorin, wurde schon von 1,5 Milionen Zuschauer angeklickt. Das geschlechtlose Knetwesen von Lepore sieht wie ein Wurm aus. Ist es ekelhaft oder androgyn modern?

Hi stranger to projekt artystyczny amerykańskiej autorki filmów animowanych Kerstin Lepore. Biała bezpłciowa istota z modeliny wygląda jak blada gąsienica i jest (chyba) odrażająca, ale może raczej wyraża nasze marzenia o androgynicznej ponadpłciowej równości. W każdym razie film obejrzało już 1,5 miliona widzów.

Nasz człowiek w Wietnamie 4

Lech Milewski

Trochę historii

Dzień rozpoczyna się wcześnie, gdyż już o 7 rano odlatujemy z lotniska w Da Nang do miasta Ho Chi Minh – poprzednia nazwa Sajgon.
W tym miejscu warto wspomnieć, że Wietnam ma ponad 3,000 km długości. Jest to pasek lądu o średniej szerokości 100 km. Powierzchnia Wietnamu jest nieco mniejsza od Polski, za to ludności ponad dwa razy więcej – ponad 90 milionów.

Nasza doba hotelowa jeszcze się nie rozpoczęła, więc zaczynamy od wizyty w Muzeum Wojny – KLIK.

Przed wizytą nasz przewodnik dziękuje australijskim turystom za zrozumienie wietnamskiego stosunku do wojny, podczas której Australijczycy walczyli po stronie przeciwnej.
Ja też dziękuję swoim czytelnikom za cierpliwość i wyrozumiałość, gdyż w tym wpisie będzie więcej komentarzy, niż osobistych wrażeń, a zdaję sobie sprawę, że moje poglądy często bywają niezgodne z poglądami większości rodaków.

Muzeum Wojny, właściwie dwóch wojen, gdyż najpierw była francuska w latach 1945-54.

Rok 1945, Japończycy skapitulowali, francuski rząd Vichy również. W tę pustkę wkracza Ho Chi Minh z wizją stworzenia niepodległego, komunistycznego Wietnamu.
W tym samym czasie na konferencji w Poczdamie ustalono, że kapitulację japońskich okupantów południowej części byłych Francuskich Indochin przyjmie dowództwo armii brytyjskiej, natomiast kapitulację w części północnej przyjmie chiński generał Chiang Kai-shek.
Chińczycy akceptują działalność Ho Chi Minha, powstaje Demokratyczna Republika Wietnamu. Brytyjczycy opóźniają rokowania z Ho Chi Minhem, czekając na reakcję Francji. Ciekawe, że w tym okresie Ho Chi Minh miał poparcie amerykańskiego Office of Strategy Services (OSS) – poprzednika CIA, ale to za mało.
23 września 1945 roku Francja deklaruje swoją zwierzchność nad Francuską Kochinchiną (French Cochinchina) i rozpoczyna się wojna partyzancka.
W roku 1949 Chiang Kai-shek zostaje pokonany przez komunistów pod wodzą Mao Tse-tunga, Chiny stają się państwem komunistycznym. W tym samym czasie Północna Korea znajduje się pod administracja Związku Radzieckiego. Wietnam staje się częścią komunistycznego bloku.

Rok 1953 – USA decydują się poprzeć militarnie Francję w walce z komunistami z Wietnamu Północnego.
Argumentacja: “Now let us assume that we lose Indochina. If Indochina goes, several things happen right away. The Malay Peninsula, that last little bit of land hanging on down there, would be scarcely defensible. The tin and tungsten that we so greatly value from that area would cease coming.” – prezydent Eisenhower, rok 1953 – KLIK.
Cyna i wolfram przeważyły – USA wspierają militarnie Francuzów – koszt 400 milionów dolarów.
Rok 1954 – bitwa pod Dien Bien Phu – komunistyczne wojska pod dowództwem generała Giapa rozbijają armię francuską. Na konferencji w Genewie Francja deklaruje całkowite wycofanie się z Wietnamu.
Pełna historia francuskiej wojny w Indochinach tutaj – KLIK.

Wojna amerykańska zaczęła się właściwie już w 1953 roku, w formie pomocy militarnej. Najpierw pomocy dla Francji, a potem dla Południowego Wietnamu pod rządami Ngo Dinh Diema, który był zażartym antykomunistą i fanatycznym katolikiem.
To pierwsze zjednało mu zaufanie Amerykanów. W 1961 roku wiceprezydent Lyndon Johnson stwierdził: Diem to Winston Churchill Azji.
To drugie ujawniło się w prześladowaniach buddystów. Wywołało to liczne protesty, których kulminacją było samospalenie buddyjskiego mnicha Thich Quang Duc.
Diem walczył nie tylko z komunistami, ale również z każdym przejawem wewnętrznej opozycji. Około 12,000 osób zostało skazanych na śmierć a 35,000 uwięzionych za przekonania polityczne. Jego popularność malała i pod koniec 1963 roku CIA skontaktowała się z wietnamską generalicją planującą zamach stanu. Przesłanie brzmiało: USA nie ma nic przeciwko zamachowi i będzie kontynuować pomoc dla nowego rządu.
Ngo Dinh Diem został zamordowany wraz ze swoim bratem 2 listopada 1963 roku.

Ambasador USA w Wietnamie – Henry Cabot Lodge – zaprosił zamachowców do ambasady, aby celebrować sukces. Prezydent J.F. Kennedy przesłał ambasadorowi gratulacje za dobrze wykonaną robotę (a fine job).
Dziwnym zrządzeniem losu 20 dni później prezydent J.F. Kennedy też już nie żył.

Następstwem zamachu była zupełna destabilizacja polityczna Wietnamu Południowego. Rządy wojskowych zmieniały się z dnia na dzień.
Konsekwencją było wkroczenie wojsk USA na teren Wietnamu.
Komentarz Ho Chi Minha: “…jeśli chcą toczyć wojnę przez 20 lat, będziemy toczyć wojnę przez 20 lat. Jeśli chcą zawrzeć pokój, zawrzemy pokój i jeszcze zaprosimy ich na herbatę“.
Operacje militarne nie przynosiły rezultatów, gdyż natura sprzyjała Wietnamczykom. Zabrano się więc za naturę. Aby utrudnić wojskom komunistycznym ukrywanie się w lesie, postanowiono przeprowadzić masową defoliację lasów (pozbawienie liści). Do projektu zaangażowano m.in. firmę Monsanto, tę samą, która obecnie wprowadza genetycznie modyfikowane rośliny.
Drugim środkiem walki z naturą i ludźmi był Agent Orange, bardzo wydajna trucizna – KLIK. Jej ofiarą padło około 4 miliony mieszkańców Wietnamu. Amerykańscy żołnierze, którzy zetknęli się z tą substancją podczas wojny w Wietnamie, otrzymali odszkodowania. Mieszkańcy Wietnamu odczuwają jej efekty do dzisiaj – KLIK.
Pełna informacja o wojnie w Wietnamie tutaj – KLIK.

Na początku tego cyklu wspomniałem, że istotnym czynnikiem, który zdecydował o wyborze Wietnamu była książka Grahama Greena – Spokojny Amerykanin. Innym istotnym czynnikiem był film Czas Apokalipsy – adaptacja książki Josepha Conrada Jądro ciemności – KLIK.

Patrząc na zlinkowany trailer przypominam sobie pobyt Johna Steinbecka w Wietnamie:
The author was impressed with American war technology, especially the helicopters and the gunship they called “Puff the Magic Dragon,” which could saturate a football field in a few seconds with .50-caliber bullets. It never occurred to him that, in an insurgency, such a wide swath of death in heavily populated areas would not enhance the winning of “hearts and minds.” He asked incredulously: “How could we lose a war against peasant rabble when we had all the modern advantages?” – KLIK.

No rzeczywiście.

Reportaże Johna Steinbecka z Wietnamu spotkały się z negatywną oceną świata kultury.

Sporo miejsca w muzeum zajmują informacje o protestach przeciwko wojnie w Wietnamie.

ZSRR, Francja, USA, Węgry. Relacji z Polski brak. Zgadza się. Nie przypominam sobie, żeby w Polsce przejmowano się tą wojną. Oficjalne informacje przyjmowano, jak zawsze, sceptycznie. Informacje o protestach w wielu krajach również. Łączono je z ogólnym rozluźnieniem obyczajów, ruchem hippisów, kwitowano komentarzem: młodzież musi się wyszumieć.

Co innego Australia. Jak wspomniałem na wstępie tego wpisu, Australia wsparła militarnie USA. W 1966 roku wprowadzono losowo-przymusową mobilizację. Losową, gdyż w wyznaczonych dniach odbywało się losowanie daty i wszyscy 20-letni mężczyźni urodzeni w tym dniu musieli zgłosić się do wojska.
W 1970 roku rozpoczęły się masowe protesty, których wynikiem było zwycięstwo Partii Pracy (Labor) w wyborach. Jej przywódca Gough Whitlam obiecał, że po dojściu do władzy natychmiast wycofa australijskie wojska z Wietnamu.

Przy wyjściu z muzeum zauważam stoisko z książkami, a tam…

Na dole, druga od lewej – Spokojny Amerykanin. A powyżej, nieco na prawo – francuska odpowiedź – Mały Książę.
Przypadek? A może sarkazm, gdyż tuż obok muzeum, za murem, znajduje się stare francuskie więzienie.

Te kraty na podłodze to sufity cel, do których upychano po kilkadziesiąt osób.

Graham Greene miał łatwo, akurat w tej wojnie Anglia była neutralna. Antoine de Saint-Exupery uniknął pułapki, zaginął pod koniec II wojny.
A gdyby żył dziesięć lat dłużej? Czy pisałby o swoich kolegach pilotach?
Pozwolę sobie zamieścić tekst Grahama Greene’a, opisujący francuskich pilotów w akcji.
Zanurkowaliśmy ponownie, z dala od rozległego lasu, w kierunku rzeki, spłaszczając lot nad ryżowymi polami, celując jak pocisk w niewielki dom pływający na żółtej rzece. Działko wystrzeliło pojedynczą serię, pływający dom rozerwał się w prysznicu iskier; nie czekaliśmy na potwierdzenie rezultatu. Samolot wzbił się na bezpieczny pułap i skierowaliśmy się do bazy.

Graham Greene – Spokojny Amerykanin – tłumaczenie autor wpisu.

Wreszcie koniec odwiedzin w muzeum. To była ciężka lekcja historii. Dobrze być znowu wśród żywych.

Jeszcze w Melbourne zauważyłem z pewnym smutkiem informację, że podczas wizyty w Ho Chi Minh City można będzie wybrać się na AO Show.
AO Show? Chyba oczywistym skojarzeniem było Adults Only Show. No tak, oczywiście, przecież blisko leżąca Tajlandia słynie z seksturystyki, więc Wietnam też nie mógł tego uniknąć. Na dodatek wszystko tutaj tańsze.
Jakież było moje zaskoczenie, gdy przewodnik zaprowadził nas do stylowego budynku opery…

Opera

…i powiadomił, że możemy kupić bilety na przedstawienie baletowe pod tytułem AO Show – KLIK.
Z jednej strony ucieszyło mnie to – firma organizująca wycieczkę (Intrepid) nie obniżyła lotów. Z drugiej strony zawstydziłem się swoich skojarzeń. Z trzeciej wreszcie zasmuciłem się, gdyż najbliższe przedstawienie odbywało się w dniu mojego wylotu z Wietnamu. Gdybym był sprawdził sprawę przed wyjazdem, miałbym dodatkowe cenne przeżycie.

Dzień kończymy spacerem po centralnej dzielnicy Ho Chi Minh. Z jednej strony stylowy budynek dawnego ratusza Sajgonu, obecnie siedziba Rady Miasta Ho Chi Minh.

Z drugiej nowoczesne budynki, hotele, centra handlowe. Kosmopolityczna metropolia. Dostosowujem się do poziomu otoczenia i idziemy na obiad do restauracji Lemongrass – KLIK.

Dopiero w drodze powrotnej do hotelu mamy potwierdzenie, że jednak jesteśmy w Wietnamie.

Ciąg dalszy nastąpi

Stuart słucha muzyki 5

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner

słuchają piosenek, które otwierają kolejne rozdziały Stuarta. Rozdział 14. Stuart kocha Meg, ale wie, że czas rozstania jest bliski. Meg jeszcze nie może jechać z nim do Australii, on nie może już dłużej odkładać powrotu do Australii. A rozstanie zawsze niesie ze sobą niepewność.

Carole King, Will you still love me tomorrow?

jedna z najsłynniejszych kompozytorek współczesnych, dziewczyna, która komponowała dla Beatlesów i Arethy Franklin. To jej własna piosenka.

Tonight you’re mine, completely, you give your soul so sweetly
Tonight the light of love is in your eyes, but will you love me tomorrow?

Dzisiaj cała należysz do mnie, tak słodko oddajesz mi swą duszę
Dzisiaj światło miłości rozświetla twe oczy, ale czy będziesz kochać mnie jutro?

Rozdział 15. Stuart wraca do Australii. Nie jest to dobry powrót, czeka go marna praca, odejście przyjaciela do świata bogaczy i własna zdrada. Zaczyna się ciężki czas. Należałoby się modlić, ale czy Stuart to wie?

The Fray: How to save a life

Let him know that you know best ‘cause after all you do know best
Try to slip past his defense without granting innocence
Lay down a list of what is wrong the things you’ve told him all along
And pray to God he hears you, and pray to God he hears you

Daj mu znać że wiesz najlepiej, bo naprawdę wiesz najlepiej
spróbuj wyminąć jego obronę, nie uznając niewinności
zostaw listę tego, co jest nie tak – rzeczy, o których mu ciągle mówiłeś
i módl się do Boga, by Cię wysłuchał i módl się do Boga, by Cię wysłuchał

Stuart 16.

Jedyną jaśniejszą chwilą w życiu Stuarta jest krótka wizyta Meg w Australii. I Stuart wie, że jest to najlepsze, co mogło go spotkać w życiu. Miłość, Meg, wspólne życie aż do starości.  Beatlesi też mieli taką piosenkę, pamiętacie? Will you still need me, will you still feed me, when I am sixty four? 

Tom Odell: Grow Old with Me

Grow old with me, let us share what we see
And all the best it could be – Just you and I

And our hands they might age and our bodies will change
But we’ll still be the same as we are

Zestarzej się ze mną, podzielmy się tym, co widzimy
Oraz tym, czym mogłoby się stać – tylko ty i ja

Nasze ręce pewnie się zestarzeją i zmienią się nasze ciała
Ale my będziemy ciągle tacy sami jak jesteśmy teraz

Ciąg dalszy za dwa tygodnie

Z szuflady Andrzeja Rejmana 1

Andrzej Rejman

Modlitwa Araba w “Okruszynach z Poniemunia”

Sięgam do szuflady i wyciągam:
kopertę z tajemniczym napisem “Okruszyny z Poniemunia”, a w niej wśród zdjęć, a właściwie ich resztek, wiersz p.t. Modlitwa Araba”, podpisany – Kowno 1925 Zyg. Ugiański.

MODLITWA ARABA

Allah, twe imię na ustach mych gości,
……….kiedy pozdrawiam pierwsze blaski zorzy,
……….ono udziela spokoju, radości,
……….gdy mię nieznana przyszłość dziś dnia trwoży.

Allah, twe imię jest dla mnie ochłodą,
……….pośród skwarnego południa pustyni,
……….ono w upale rzeźwiącą jest wodą,
……….ono mi znojną pracę łatwą czyni.

Allah, twe imię, gdy blaski zachodu
……….krwawią horyzont łuną purpurową,
……….dla ostatniego już potomka rodu
……….bywa modlitwą codzienną a nową,

Allah, twe imię, gdy niebo usiane
……….gwiazd milionami nade mną migoce
……….koi me serce burzami sterane,
……….dając sen cichy w cudne nasze noce.

Allah, twe imię wypełnia pustynię
……….życia mojego porosłą ostami,
……….biegnie czas-potok, młodość szybko minie,
……….ono z niej tylko pókim żyw zostanie.

Kowno, 1925
Zygmunt Ugiański
__________
Sprawdzam najpierw kim był Zygmunt Ugiański, bo o Poniemuniu wiem nieco więcej z opowiadań cioci Stankiewiczowej.

Zygmunt Ugiański, ps. “Redaktor”, działacz korporacyjny, społeczny i polityczny. Urodzony 9 lipca 1906 roku w Olicie n. Niemnem, zmarł 18 marca 1972 roku w Warszawie. Absolwent Gimnazjum w Kownie, od 1925 roku student Uniwersytetu Litewskiego w Kownie, student Wyższej Szkoły Dziennikarskiej w Warszawie 1930/31, współzałożyciel oraz przewodniczący Zjednoczenia Studentów Polaków Uniwersytetu Litewskiego w Kownie oraz Związku Polskiej Młodzieży Akademickiej Litwy, współzałożyciel i redaktor miesięcznika studenckiego “Iskry”, publicysta dziennika “Dzień Kowieński”, redaktor naczelny pisma mniejszości polskiej na Litwie kowieńskiej “Chata Rodzinna” 1937-40. W czasie II wojny światowej Szef Oddziału Propagandy i Prasy dowództwa Podokręgu Kowno ZWZ-AK, później “Inspektorat E” Okręgu AK Wilno (ps. “Redaktor”), w roku 1946 aresztowany i wywieziony w głąb ZSRR, w latach 1946-48 więzień poprawczego obozu pracy, w 1955 roku zwolniony, przyjechał do Polski, pracownik wydawnictwa PAN w Warszawie, pochowany na cmentarzu bródnowskim w Warszawie, odznaczony przez Prezydenta RP na wychodźstwie Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami.
(na podstawie)

Zygmunt Ugiański (stoi, pierwszy z prawej) i inni członkowie
korporacji “LAUDA” (żródło: www.archiwumkorporacyjne.pl)

Z dat wynika, że Zygmunt Ugiański był kolegą szkolnym Heleny z Zanów Stankiewiczowej, z Polskiego Gimnazjum w Kownie. Stąd pewnie miała ona ten wiersz w swych archiwach.

Okruszyny z Poniemunia – babcia Jadwiga z Fergissów-Zanów

A w Słowniku Geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich (Tom VIII, nakł. Filipa Sulimierskiego i Władysława Walewskiego, 1880-1914 str. 770) czytamy:

Poniemuń, zwany Poniemuniem Fergissa, wieś i dobra nad Niemnem, powiat władysławowski, gmina Światoszyn, parafia Poniemuń, odl. od Władysławowa 50 wiorst, od Kowna 35 wiorst, posiada kościół parafialny, folwark, … Józef Chrząstowski, starosta rossieński, z żoną Anną z Siponiewiczów, sprzedają Poniemuń w 1677 Andrzejowi Kazimierzowi Giełgudowi, pisarzowi Wlk Księstwa Litewskiego. W 1727 Antonina de Walsztein Sapieżyna, wojewodzina wileńska, primo voto Andrzejowa Giełgudowa, czyni zapis wieczysty ks. Michałowi Czartoryskiemu, jego żonie, a swej synowicy Eleonorze de Walsztein na dobrach Giełgudyszki, i Poniemóń….
Następnie dobra Poniemunia przeszły drogą kupna do Białozorów, w posagu Ewy, córki Jerzego Białozora, stolnika upickiego Poniemuń przeszedł do Tyszkiewiczów w drugiej połowie XVIII wieku. Następnie został własnością rodziny Fergissów. Dziś należy do Jadwigi z Fergissów Zanowej…”

No tak – dziś ruiny dworu można obejrzeć sobie w mapach “online”.

“Okruszyny z Poniemunia”

Barataria 13 Fasolowy król

Gdy byłam ostatnio w Wiedniu, zobaczyłam w Historycznym Muzeum Sztuki obraz Jacoba Jordaensa zatytułowany Fasolowy Król. Oczywiście zgodnie z przyświecającą temu cyklowi zasadą Zen, zacznij gdziekolwiek, a ogarniesz cały świat i zobaczysz, że wszystko łączy się ze wszystkim, nie mogłam nie pomyśleć, że już wprawdzie TU o tym pisałam, ale że temat wymaga rozszerzenia i wyjaśnienia. Bo ten Fasolowy Król to Sancho Pansa jako gubernator Baratarii.

Ewa Maria Slaska

Jeszcze raz o walce Krnawału z Postem i Karnawałowym Królu

Już o nim pisałam, o plemiennym królu, bohaterze książki Toma Robbinsa Perfumy w rytmie Jitteburga, którego jego własny lud chciał zabić za to, że się starzał. Król Alobar uciekł, znalazł azyl u jakiegoś pobliskiego plemienia, gdzie żył jako prosty wieśniak, póki po roku, podczas karnawału, nie trafił na to jedyne ziarno fasoli zapieczone w placku. Został karnawałowym królem, po czym ze zgrozą dowiedział się, że dni jego są policzone i to dosłownie, bo gdy minie kilkudniowy karnawałowy rausz, on sam zginie w walce karnawału z postem.

Wściekły podsumował swoje życie jako paradę absurdu. Królowie giną w wojnie, staczają pojedynki, umierają ze starości, kochani przez swój lud lub znienawidzeni przez dworaków, ale nie, on najpierw miał zginąć z powodu siwego włosa, a potem z powodu fasolki. Znowu więc ucieka i postanawia najpierw, że będzie długo żył, a potem – że chce zostać nieśmiertelny.

Wybór fasolowego króla- po niemiecku nazywa się go der Bohnenkönig, po angielsku bean king, po francusku roi de la fève/le roi-boit, po katalońsku tortell de Reis, po hiszpańsku roscón de Reyes – to bardzo stary obrząd wybierania króla w okresie Przesilenia Zimowego. Czyniono to ciągnąc losy lub umieszczając coś w cieście, na przykład orzech, ziarno fasoli czy grochu. Królem zostawała osoba, która znalazła to coś w swoim kawałku wypieku. Król wybierał sobie świtę i we wspólnym pochodzie wędrowali po “królestwie”. W czasach plemiennych naprawdę obchodziło się tego dnia wszystkie pola i zagrody, a śmierć króla i pokropienie ziemi jego krwią były gwarancją urodzaju. W czasach bliższych nam obyczaj złagodniał, już podczas rzymskich Saturnaliów miejsce wędrówki zajęła popijawa, nikogo już nie mordowano i tylko strącanie pierwszych lub ostatnich kropel z kielicha przypomina o starożytnej ofierze krwi. Ale mimo to starożytny obyczaj, nawet jak już nie pamiętamy, dlaczego się go obchodzi, przetrwał do dziś w wielu krajach. W całej Europie w różnych przełomowych momentach cyklu rocznego ksiądz z procesją wiernych obchodził pola i zagrody, skrapiając je wodą święconą. Często działo się to w okresie Wielkiej Nocy, która jest następczynią pogańskiego święta Równonocy Wiosennej, i niekiedy rozpoczynała nowy rok, co zachowało się w Nowym Roku islamskim i… początku kręgu zodiakalnego w Baranie (Aries).

Ma to niestety również marsowe znaczenie (planeta Mars była uważana za opiekuna wojowniczego znaku Barana) – bardzo często wyprawy wojenne rozpozynano właśnie z początkiem wiosny i ostatnia seria ataków terrorystycznych złowrogo przypomina o tej tradycji.

W okresie dwunastu dni Bożego Narodzenia czyli pomiędzy 24 grudnia a dniem Trzech Króli, w wielu krajach w Europie piecze się obrzędowe ciasto, niekiedy z czymś zapieczonym w środku i przeznaczonym dla wybrańca. Często jest to ciasto z nazwy królewskie jak grecka Vasilopita, francuska Galette des Rois lub King Cake z Luizjany, zawsze gwarantuje pomyślność jak polskie szczodraki. Częstokroć spożycie obrzędowego wypieku rozpoczyna zabawę, saturnalia, karnawał, pijaństwo. Szaleństwo, taniec, śpiew hopsasa, jak to sobie urodzinowo podśpiewywał Kłapouchy. Nieprawdziwe życie, złuda, baratero…

Jacob Jordaens, “Das Fest des Bohnenkönigs” (czyli “Król pije”), 1640 – 1645, Kunsthistorisches Museum Wien

Nazwa “Fasolowy Król” jest znacznie późniejsza niż sam zwyczaj, co oczywiste, bo zanim sprowadzono z Ameryki fasolę, w placku wypiekanym na Trzech Króli musiało się znajdować coś innego, zapewne pieniążek jak w Grecji, ale może kamyk, ziarno grochu, muszelka czy specjalna figurka. Tu wykonam przy okazji mały przytyk w kierunku Toma Robbinsa. Robbins jest świetnym pisarzem, ale sprawa z fasolowym królem pokazuje, że pisarz jak naukowiec nigdy nie może być pewien tego, co wie i wszystko, ale to naprawdę wszystko trzeba sprawdzać. Bo nawet, mawiał pewien profesor na Uniwersytecie Wrocławskim, jak się wie, że Pana Tadeusza napisał Słowacki, to i tak trzeba to sprawdzić, żeby poinformować czytelnika, że był też Pan Tadeusz napisany przez Mickiewicza 🙂. Przypomniał mi się ostatnio ten żarcik, gdy przeczytałam, że Adam Bielan, ambasador Najjaśniejszej Rzeczpospolitej w Anglii, poinformował dziennikarzy, że brał udział w rozmowach Prezesa Kaczyńskiego z premier Theresą May, bo “pani May nie zna polskiego”.  No więc zasadniczo Robbins powinien był wiedzieć, że człowiek średniowieczny, nieważne – władca czy chłop, nie mógł zostać fasolowym królem. Oczywiście wiemy, że nikt nie wie wszystkiego, a już jeśli chodzi o jedzenie pisarze i nie tylko pisarze mylą się nagminnie.  Nagminnie, bo niejako a priori zakłada się, że jadło obecnie spożywane przez gmin, od stuleci nie ulegało zmianom. Andrzej Sapkowski w Narrentum pisał więc o bigosie z kapusty, choć jest to powieść, która dzieje się w południowej Polsce w XV wieku, podczas gdy kapustę i inną włoszczyznę (każde dziecko niby to wie) sprowadziła do Polski dopiero królowa Bona w wieku XVI. Ale co tam pisarz, skoro podczas festynu archeologicznego w słowiańskiej wsi Düppel koło Berlina, zorganizowanego przez muzeum w Biskupinie i katedrę archeologii Uniwersytetu Warszawskiego, proste słowiańsko gminne jadło składało się z obfitości mięsiw, pajd chleba ze smalcem, ogórków kiszonych i… kartofelków. Pamiętam też pewną dobrą zresztą powieść Salve Theatrum (Jarosław Gibas, rok 1997),  która dzieje się w Polsce w wieku XVII. Jest tam pocieszna sytuacja, kiedy to niezadowolona publiczność obrzuca aktorów wędrownego teatru zgniłymi pomidorami. Rzecz w tym, że wygląda na to, iż autor wiedział, że pomidor to roślina z Ameryki i nie mogło jej być w Polsce przed Kolumbem, myślał jednak zapewne, że w XVII wieku zgniły pomidor jest już ok… No ale nie jest, bo pomidory zaczęto uprawiać w Polsce w latach 20 XX wieku…

I tak dalej…

Jordaens nie zajmuje się jednak takimi szczegółami jak fasola. Jego fasolowi królowie (a jest  pięć takich obrazów, w muzeach w Wiedniu – to ten obraz powyżej, Brukseli, Paryżu, Sankt Petersburgu i Kassel) przede wszystkim piją na potęgę i są, jakbyśmy to dziś powiedzieli, memami XVII wieku… Nic dziwnego, że w Polsce te obrazy nazywają się Król pije. Ale jest to ten sam król, ten wybierany w dniu Trzech Króli. Karnawałowy król, który, jak Sancho Pansa, ma rządzić wyspą ułudy czyli Baratarią, która ma też swoją nazwę po polsku – jest to przecież znany nam z dzieciństwa świat na opak, świat, w którym zawieszone zostały lub zakwestionowane prawa normalnie rządzące światem i jego oficjalne hierarchie. Taki świat na opak może oznaczać równość i braterstwo, zazwyczaj podważa porządek świata codziennego, świat na opak jest ekscentryczny, a nawet bluźnierczy, skłania się ku profanacji, zawiera elementy błazenady, śmiechu, parodii i groteski, epatuje niestosownym zachowaniem i nieprzystojnym język, miesza wysokie z niskim, powagę ze śmiechem, górę z dołem. To karnawał, król został wybrany i koronowany, a potem ma szczęście jeśli go tylko zdetronizują. Alobar miał zostać zabity, Sancho Pansę obito i połamano mu żebra.

***
Alobar jeszcze tu powróci, bo wszyscy ci trzej Królowie – Alboar, Salomon i Sancho Pansa, mają jeszcze jedną wspólną i ważną cechę – byli w swoim życiu biedakami i byli władcami. Takich władców jest zresztą w historii i literaturze wielu, zajmiemy się nimi jednak dopiero za dwa tygodnie, bo za tydzień podywagujemy sobie trochę na temat podobieństw między Don Kichotem a Rękopisem znalezionym w Saragossie, którą to myśl zawdzięczamy autorowi bloga Bestiariusz Kulturalny.

Der Kurator (und die Kurator*innen)

tip und Zitty Jubiläum – Fotogalerie von der Eröffnungsfeier

Am 1. April hat man die Geburtstage von tip und ZITTY in der Galerie Neurotitan gefeiert. Die Eröffnung der Ausstellung „Berlin.Stadt.Magazin“ kuratiert von Jacek Slaski, war unglaublich gut besucht! Alle, die die Ausstellung noch nicht gesehen haben oder sie sich noch einmal in Ruhe anschauen wollen: Die Galerie Neurotitan ist von Montag bis Samstag zwischen 12 und 20 Uhr geöffnet. Eingang durch den Shop.

Fotografin F. Anthea Schaap war dabei. Hier geht es zur Fotogalerie von dem großen Prima-Aprilis-Event. Unten – ausgewählte persönliche Lieblingsstücke:

Mein Sohn, der Kurator

Sein Sohn (der zukünftige Kurator?)

Anna Krenz, die Ehefrau des Kurators, die Mutter des zukunftigen Kurators, selber immer wieder Kuratorin (mit blondem Zopf, gesehen leider nur von der Seite; kein besseres Foto gefunden); von vorne gesehen Dorota Kot, eigentlich eine Projektleiterin, aber immer wieder auch eine Kuratorin.

Ich (ab und zu auch Kuratorin) mit dem zukunftigen Kurator, meinem Enkeln; die von uns studierte Comickunst passt zur Ausstellung. Beide tragen wir die gelben Schue – so ein zufälliger Partner-Look:

Die Redaktion vom Tip, ein Werk (nach Leonardo da Vinci) von Anna Krenz, die u.a. eine Graphikerin ist.

Ich neben dem Kurator, auf der anderer Seite von ihm Anina und Michał (Cousin des Kurators), beide Graphiker und Kuratoren:

Die Geburtstagstorte vom Tip (der ältere Bruder, 45 J.) und Zitty (die jüngere Schwester, 40). Was für ein schöner Alter!

Drei meine Lieblingsexponate von der Ausstellung:

Jutro! Berlin po polsku!

Jutro jutro jutro jutro… Idźcie koniecznie! Ja też będę!

Katarzyna Willmann

Teatr W Afekcie

Jesteśmy polską grupą teatralną działającą w Berlinie już od kilku lat. Pierwszy nasz spektakl pod tytułem „Jestem prawdziwa“ powstał w 2011 roku i grałyśmy go, ze sporym powodzeniem, kilkakrotnie. Po przerwie wznowiłyśmy działalność. Od grudnia 2015 do kwietnia 2016 roku zorganizowałyśmy cykl trzech koncertów poświęconych twórczości Jeremiego Przybory. Pierwszy z nich odbył się w setną rocznicę urodzin artysty.
W październiku natomiast miejsce miała premiera naszego najnowszego spektaklu pod wdzięcznym tytułem „Szuja“.

W planach na ten rok mamy, oprócz dalszego grania najnowszego spektaklu, zorganizowanie koncertu z piosenkami napisanymi przez niedawno zmarłego Wojciecha Młynarskiego oraz równoległą pracę (już rozpoczętą) nad dwoma kolejnymi spektaklami. Rozważamy też tłumaczenie naszych sztuk na język niemiecki i granie z napisami.

Marzymy o tym, by Teatr W Afekcie stał się stałym elementem krajobrazu kulturowego polskiego Berlina.

„Szuja“

Podczas ceremonii pogrzebowej spotykają się trzy obce sobie kobiety. Dzieli je wszystko. Przynajmniej do momentu, w którym wspólnie pochylą głowy nad jedną urną. Atmosfera zgęstnieje, zaiskrzą podejrzenia, błysną oskarżenia, zagrzmią pytania, na które panie odpowiedzą, chcąc, nie chcąc… śpiewająco.

Spektakl „Szuja“ jest muzyczną czarną komedią, naszym autorskim musicalem, w którym we własny scenariusz wplotłyśmy piosenki z repertuaru Kabaretu Starszych Panów. W spektaklu występują trzy aktorki: Agnieszka Winter, Ewelina Jaworska-Bone i Katarzyna Willmann, którym towarzyszy grająca na pianinie, niezwykle utalentowana i charyzmatyczna Ilona Gawlik. „Szuję“ grałyśmy dotąd trzy razy i spektakl spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem berlińskiej Polonii. Za każdym razem kameralna sala Teatru Panda (Kulturbrauerei) wypełniona była niemal po brzegi. Jest to dla nas dowód, że Polakom w Berlinie potrzeba okazji, by się wspólnie pośmiać, porozmawiać, oderwać od zatroskanej codzienności. Mamy wrażenie, że podczas spektakli i koncertów dajemy naszym gościom coś, za czym tęsknią – kawałek Polski. Myśl ta cieszy nas niezwykle i motywuje do dalszej pracy.

Spektakl „Szuja“ zobaczyć będzie można 09 kwietnia 2017 o godz. 19:00.
Gdzie: P.A.N.D.A Theater, małe podwórze w Kulturbrauerei, Knaackstr. 97, 10435 Berlin
Bilety: 10€ do kupienia na miejscu bezpośrednio przed spektaklem.
FB: https://www.facebook.com/events/1760408420954591/

Po co i dlaczego?

Czasami, jadąc na próbę późnym wieczorem, po ciężkim dniu pracy i opieki nad dziećmi pytam siebie: po co mi to? O ile przyjemniej byłoby zasiąść z książką i herbatą w wygodnym fotelu? Albo, kiedy tuż przed spektaklem uchylam lekko kurtynę i na widok zapełniającej się sali paraliżuje mnie strach. Czy nie łatwiej byłoby usiąść po tej drugiej stronie? Jednak kiedy nadchodzi ten moment, kiedy stoję na scenie, wtedy wiem, że było warto, że jestem dokładnie tu, gdzie być chciałam.

Trudno jest wytłumaczyć komuś własną pasję. Jedni to czują, inni nie. Tak po prostu. Jedni wolą szachy, inni boks. Jedni wolą się pocić na siłowni, inni w świetle reflektorów. Ja na scenie, tkwiąc w niewygodnym kostiumie i w postaci (niekoniecznie sympatycznej), z misją wygrania roli do końca, choćby nie wiem co, paradoksalnie czuję się wolna. Teatr otwiera mnie na innych, rozwija, stawia przed wyzwaniem i daje siłę oraz wiarę we własne możliwości. Niesamowita jest ta energia, którą, mimo zmęczenia, odczuwamy po spektaklu. I nie liczy się nawet to, czy ktoś zapomniał tekstu, pomylił kroki czy nawet zafałszował. Liczy się fakt, że udało nam się zgromadzić grupę ludzi i zjednoczyć ją, choć na tą magiczną chwilę, poprzez wspólny śmiech, zabawę, a także, mamy nadzieję, refleksję.

Teatr W Afekcie zrodził się z naszych marzeń, tęsknot i pragnień. To dzięki niemu się poznałyśmy i zaprzyjaźniłyśmy. Będziemy szczęśliwe, jeśli zechcą Państwo przychodzić na nasze spektakle. Serdecznie zapraszamy!

Nasz profil na FB: www.facebook.com/teatrwafekcie

Plakat Agnieszka Winter
Zdjęcia Cyprian Walkowicz

Na zdjęciach
przy pianinie Ilona Gawlik
w berecie Agnieszka Winter
z różową przepaską Ewelina Jaworska-Bone
z boa Katarzyna Willmann

Zamiast kazania przedpaschalnego

Roman Brodowski już od lat zapewnia nam duchową strawę w pierwsze piątki miesiąca, tak sobie w te dni filozofując na temat ludzkiego życia, przy czym niekiedy bardziej zajmuje go sfera profanum, niekiedy sacrum, niekiedy polonicum, a czasem również politicum…

Roman Brodowski

Rozważania filozoficzno-religijne

Pascha – czyli najważniejsze święto chrześcijańskie. Święto Wielkanocne, w kościele katolickim rozpoczynające się Wielkim Piątkiem, a kończące, tradycyjnie, lanym poniedziałkiem, w dzieciństwie i wczesnej młodości było dla mnie świętem wyjątkowym, doniosłym i tajemniczym.

Wychowany w duchu teologii kościoła rzymsko-katolickiego, zarówno dzień Śmierci jak i Zmartwychwstania Pańskiego pojmowałem, zgodnie z tym czego mnie nauczono, jako dni mające przypominać mi o ofierze, jaką złożył za nas Jezus zwany Chrystusem i Synem Bożym. On, oddając swoje doskonałe życie – tak uczy nas katecheza – złożył okup za nas, uwolniając w ten sposób cały ludzki ród od grzechu pierworodnego i w ten sposób otworzył wrota nadziei na zmartwychwstanie w dniu ostatecznym. Innymi słowy – umożliwił otrzymanie życia wiecznego.

Jednak mój beztroski, naiwny okres dzieciństwa powoli przemijał, a ja w porywie rozwoju intelektualnego zacząłem odczuwać potrzebę poznania tej, tak zwanej, „wielkiej tajemnicy wiary”. Im głębiej zanurzałem mą „ciekawskość” w historii , filozofii i, wypełnionej wielobarwiem dogmatów, teologii chrześcijaństwa, tym bardziej zastanawiałem się nad wpływem religii na rozwój mej osobowość, zwłaszcza w sferze emocjonalnej.

Dzięki poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące mnie, a dotyczące wiary pytania, oraz potrzebie poznania i zrozumienia mojej pozamaterialnej przestrzeni, jaką była właśnie wiara, powoli ale systematycznie zacząłem odkrywać dla siebie tajemnice chrześcijaństwa. Niestety obraz rzeczywisty kościoła, jaki zaczął mi się wyłaniać, był, powiedzmy, daleki od moich dotychczasowych wyobrażeń.

Wcześniej, byłem przekonany, iż „wiara” i przynależność do wspólnoty religijnej do czegoś zobowiązują, że wskazują drogę do zbawienia i nakreślają ramy prawa etycznego i moralnego, a każdy, kto wierzy, w swoim doczesnym życiu go przestrzega.

Głodny poznania fundamentu, na którym opiera się cała teologia katolicka, czyli Biblii, postanowiłem samodzielnie odkryć i pojąć jej zawartość, zwłaszcza w kontekście myśli religijnej i etycznej. Niestety, konfrontując poznane tak wartości z naszą rzeczywistością, zacząłem dostrzegać w moim otoczeniu wszystko, co było i co jest zaprzeczeniem tego, co jako prawdziwi chrześcijanie powinniśmy reprezentować.

Dzisiaj niestety wiem, że to, czego uczą nas nasi duchowi przywódcy oraz nasza religia ma się nijak do wskazówek zawartych w pismach zarówno apostolskich jak też ewangelicznych. Zgodnie z Księgą chrześcijanie powinni przynajmniej starać się, by być naśladowcami Chrystusa i pielęgnować w sobie pierwiastek boskich przymiotów.

Ponoć „stworzeni zostaliśmy na obraz i podobieństwo Stwórcy” – na te słowa zawarte w biblijnej księdze rodzaju 1:26 powołują się „pasterze” w naszych świątyniach – a skoro tak, to dobrze było by co najmniej starać się rozwijać w sobie przymioty tego, który jest sensem wiary, czyli Boga, a zwłaszcza ten najważniejszy, o którym wielokrotnie podczas swojej misji mówił twórca chrześcijaństwa, Jezus z Nazaretu, czyli – M I Ł O Ś Ć.

Przecież nikt inny, jak właśnie ten Wielki Nauczyciel i prorok w jednej osobie w doskonały sposób pokazał nam istotę idealistycznego Boga poprzez nie tylko słowa ale i uczynki.

„Bóg jest miłością” – czytamy w pierwszym liście Jana 4:8.

A jaka powinna być Miłość, tego również dowiadujemy się z kanonu pism, ze stron tej najstarszej Księgi Judeo-Chrześcijańskiej.

„Miłość cierpliwa jest, łaskawa. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.
Miłość wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje”. 1 Kor:13

Nie jestem kaznodzieją, więc nie będę w tym artykule poruszał wątków teologicznych, a skupię się na wykładni religijno-filozoficznej, a właściwie na tym, w jaki sposób niektórzy tzw. „chrześcijanie” rozumieją dzisiaj słowa: miłość, nadzieja i wiara w stosunku do pojęcia „bliźni”. A czynię to prowokacyjnie właśnie dlatego, że zbliża się Święto Paschy, czas na rozważenie tego, jacy jesteśmy, ile w nas Boga, czym jest cierpienie, co po nas pozostanie…

Przykładem, jakim się do tego celu posłużę, niech będzie niedawna pielgrzymka „wspaniałej” Młodzieży Wszechpolskiej do Sanktuarium na Jasnej Górze.

Młodzież Wszechpolska, jak wiadomo, na codzień utożsamia się z tzw. polskim ruchem nacjonalistycznym i zgodnie z jego wykładnią nosi na sztandarach hasła typu: „Precz z czerwoną hołotą”, „śmierć Żydom, czarnym, homoseksualistom” itd. Ostatnio pojawiły się także hasła przeciwko islamowi i wszystkim wyznawcom religii niekatolickich, bo, i to też wiadomo, „Prawdziwy Polak to katolik”. Jak widać, hasła te są wyrazem aprobaty i miłości, tej, jak mniemam, mniejszości młodzieży naszego kraju, do Boga.

Mimo iż organizacja ta wyznaje wartości, moim zdaniem, nieetyczne, biskup jasnogórski w swym kazaniu do uczestników tej pielgrzymki nie wahał się użyć w stosunku do nich chrześcijańskich superlatyw, nazwał ich kwieciem naszego narodu i porównał do młodzieży walczącej podczas Powstania Warszawskiego w „Szarych szeregach”.

Czy przykład ten nie daje nam powodu, aby zastanowić się nad tym, jaki sens miała i ma dla nas Ofiara Jezusa? Zwłaszcza w przededniu zbiliżających się Świąt?

Czy nie daje nam powodu do tego, by zadać sobie pytanie, czy, jak to określił duchowny jasnogórski, ta awangarda młodzieży polskiej, rzeczywiście w jakimś stopniu nie jest, lub nie była, odzwierciedleniem mojego własnego duchowego, emocjonalnego i etycznego wnętrza? Ile jest we mnie samym naśladownictwa Boga? i czy potrafię współczuć, nie nienawidzić, żyć tak, by„inni przez ze mni nie płakali”?

Wracając do Święta Paschy, do istoty obchodów Świąt Wielkiej Nocy, to w wymiarze teologiczno-religijnym ja osobiście nie znajduję ich merytorycznego sensu. Widzę go natomiast w wymiarze etnograficznym i kulturowym, jako dziedzictwo tradycji naszych przodków.

Jak więc była geneza Wielkanocnego Święta, jego początkowa forma, jego ciągła na przestrzeni wieków, ewolucyjna transformacja?

Według wielu źródeł historycznych już podczas soboru nicejskiego w 325 roku ustalono, że Wielkanoc będzie corocznie obchodzona w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni Księżyca, albowiem z chronologii biblijnej wynika, że Jezus zmarł w dniu trzynastym miesiąca nisan, czyli trzynaście dni po wiosennej pełni księżyca.

Natomiast zgodnie z tradycją kościoła to najważniejsze ze wszystkich świąt chrześcijańskich, święto upamiętniające misterium paschalne Jezusa, jego mękę, śmierć i zmartwychwstanie obchodzono już wcześniej, jeszcze w czasie, gdy żyli apostołowie. To oni ponoć w okresie, kiedy Żydzi obchodzili Paschę, świętowali dzień śmierci swojego „Rabbi ”, gdyż cud zmartwychwstania dokonał się dzień po uroczystościach żydowskiej Paschy, upamiętniającej dzień wybawienia Żydów z niewoli egipskiej.

W początkowej fazie chrześcijańskie święto paschalne miało charakter stricte religijny i rozpoczynało się Rezurekcją, czyli procesją połączoną z nabożeństwem. Trwało jeden dzień, a celem jego było przypomnienie wiernym i światu dnia zmartwychwstania pańskiego, oraz znaczenia tego faktu dla ludzkości.

Na przestrzeni wieków kolejni Biskupi Rzymu czyli Papieże wprowadzali do tego święta nowe wątki religijne, jak na przykład post, czy poszerzali liturgię o dalsze elementy posługi sakralnej.

Z czasem, w okresie ewangelizacji Europy, dla złagodzenia często wrogich Kościołowi nastrojów społeczeństw lokalnych, dopuszczono łączenie nowego porządku religijnego z tradycją i wierzeniami danego obszaru. Dlatego też na różnych terenach w obrębie wszystkich religii nicejskiego wyznania wiary, ba, niekiedy w obrębie tej samej społeczności wyznaniowej, na przykład katolickiej, spotykamy odmienne formy adoracji Jezusa podczas obchodów Świąt Wielkanocnych (zresztą, dodajmy, nie tylko w okresie Wielkiej Nocy).
Aby w ramy świętowania oprócz czystej formy chrześcijańskiej zmieścić inne wierzenia i tradycje, mamy dziś dwa, trzy, a nawet cztery dni „wielkanocnej zadumy”.

Na naszym, polskim podwórku z obchodami świąt wielkanocnych związanych jest wiele zwyczajów ludowych. Niektóre z nich wywodzą się ze starosłowiańskiego „święta Jarego” (był to słowiański obrządek religijny kończący zimę ku czci bóstwa Jaryły), jak na przykład śniadanie wielkanocne, pisanki, święcone, śmigus-dyngus czy też palma wielkanocna.
Dzisiaj niestety Święto Zmartwychwstania zawłaszczyła totalna komercja. Tradycja i wierzenia powoli odchodzą do lamusa, świąteczna atmosfera ginie na sklepowych regałach pod postacią wielkanocnych ciast, upominków, pisanek i dewocjonaliów, na kilka tygodni przed świętami. Stroikami wielkanocnymi przyozdabia się nie tylko witryny sklepowe, ale i biura czy urzędy, ale obfitość dekoracji tym bardziej odbiera temu niegdyś rzeczywiście religijnemu wydarzeniu wszelką wartość sacrum, zamieniając je w jeszcze jedną bezduszną, świecką tradycję.

Bez wzgędu na to, jak się do tego święta odnosimy, wiemy, że od wieków towarzyszyło ono naszej nie tylko katolickiej, ale i polskiej, historycznej rzeczywistości.

Zanim więc niebawem usiądziemy do rodzinnego, wielkanocnego stołu, zanim staniemy w naszych „stajenkach” po duchową strawę od naszych „pasterzy”, pomyślmy o tym, jakie znaczenie mają dla nas te Święta, co czynimy dla innych, by chrystusowa ofiara żyła w naszych sumieniach, by nie słowami a uczynkami dać sobie i naszym bliskim świadectwo prawdy jakim jest „Miłość” – bo bez niej nie ma wiary.

Szanujmy i tolerujmy się nawzajem, bez względu na kolor skóry, narodowość, płeć, wyznanie, orientację i przynależność. Żyjmy obok siebie, ze sobą i dla siebie, bo tego uczył Ten, w którego dzień zmartwychwstania wierzymy. On z pewnością nie bałby się tych, którzy stanęli by obok niego w potrzebie, w niebezpieczeństwie, w chorobie, i to bez względu na zagrożenie – bo to jest siła i ważna część „wielkiej tajemnicy wiary”.

Wasz

Roman Brodowski (nie teolog)

Nasz człowiek w Wietnamie 3

Lech Milewski

Znowu w drogę

Znowu w drogę, tym razem autobusem. Autobus mozolnie wspina się na przełęcz Hai Van.

Z jednej strony kłębią się chmury, z drugiej błyszczy w słońcu morze i złoci się plaża. Zjeżdżamy do Da Nang. To najbardziej uprzemysłowione miasto Wietnamu. Widać to – autostrady, mosty, dużo się buduje i to w japońskim, a może koreańskim, tempie.
Mafia – mówi znacząco nasz przewodnik. Wiadomo o co chodzi – Doi Moi (patrz poprzedni wpis) – kierownictwo partyjne odkryło, że zagraniczne koncerny to lepsze źródło dochodów, niż drobne datki od rodzimych przedsiębiorców.

Wkrótce jedziemy wzdłuż plaży. U podnóża najwyższej góry, nieco na prawo biała Tara – kobieca Budda – KLIK.

Czysto, drobniutki piasek – po prostu Copacabana.

Naszym celem jest Hoi An – KLIK – najbardziej przyjazne turystom miasto Wietnamu. Rzeczywiście – czysto, ładne domy, chodniki dla pieszych, sporo atrakcji.
Wieczór spędzamy w zabytkowej dzielnicy. Wiele starych, dobrze zakonserwowanych budynków, w których użytkownicy nadal uprawiają tradycyjną działalność rzemieślniczą.

Piętro wyżej możemy podziwiać jedwabne obrusy i tkaniny.
Zakłady krawieckie i szewskie, które przez noc uszyją suknię czy garnitur, zrobią buty.

Następny dzień mamy wolny. Sporo osób wybiera się na plażę. Siedmiu wspaniałych (w tym jedna wspaniała) – na wycieczkę rowerową.

Jedziemy polnymi drogami. Nareszcie można zobaczyć z bliska starannie pielęgnowane działki z warzywami, bezkresne pola ryżowe (Wietnam jest trzecim największym producentem ryżu na świecie), malownicze jeziora i kanały.

Nagle przeszkoda na drodze – bawół. Dla odważnych nie ma jednak przeszkód. Bawół zastępuje na chwilę rower. Pasażer chyba mu odpowiada, bo zwierzę się z uciechy oblizuje.

Za to pasażer w strachu. Bawół ma na grzbiecie ogromne połcie tłuszczu, które podczas marszu spływają razem z pasażerem to na lewą, to na prawą stronę. Rower jest znacznie stabilniejszy.

Chwila jazdy i kolejna atrakcja – przejażdżka okrągłymi łodziami z wikliny.

W pobliżu ktoś demonstruje taneczne możliwości takiej łodzi – KLIK. Tym razem jednak to ja jestem wioślarzem, więc płyniemy spokojnie i z godnością. Właścicielka łodzi nagradza mój wysiłek wykonanymi z trzciny okularami.Czyżbym coś przegapił?

W drodze powrotnej mijamy przepiękną pagodę Long Tuyen.

Chwila wytchnienia w hotelu i już trzeba spieszyć na lekcję gotowania. Szef prowadzi nas najpierw na bazar i pokazuje produkty, których będziemy używać (zakupy zrobił rano).

Nie jestem zbyt uważnym uczniem. Rozglądam się po sąsiednich straganach.

Ciemne bryły koło słoików to co?
Bycza krew – odpowiada nasz szef – u nas nic się nie marnuje.
Hmmm, mam nadzieję, że nasza klasa będzie wegetariańska.
Nie pytam, co robi ta mucha na mięsie. I tak dziwię się, że tylko jedna. Zresztą szef lekceważąco macha ręką na stoisko z mięsem. Ubój odbywa się o 4 rano, zakupy mięsa trzeba robić przed 7 rano.
Na marginesie dodam, że kilka lat temu, podczas wycieczki rowerowej w okolicach Bangkoku, odwiedziliśmy pływający bazar, a tam było sporo stoisk oferujących smażone owady. W Wietnamie nie napotkaliśmy tego rodzaju jedzenia.

Lekcja nie jest trudna. W programie cztery potrawy:
– makrela grilowana w liściu bananowym,
– wegatariańskie spring rolls. W wikipedii wykryłem, że polska nazwa tej potrawy to sajgonki.
– sałata z zielonej papai z dodatkiem kurczaka. Podczas pobytu w Polsce nie poznałem tego owocu. Z wikipedii dowiaduje się, że papaja to po polsku melonowiec właściwy.
– naleśnik ryżowy.

Nie były to wymyślne potrawy, więc nie będę tu podawał przepisów, ograniczę się do ciekawostek.
Makrela w liściu bananowym – liść bananowy jest bardzo twardy i sztywny. Żeby go zmiękczyć, należy przesunąć go powoli nad ogniem.

Ta ciemniejsza strefa jest już miękka.

Spring rolls – jarzyny zawijane w papier ryżowy. Ten papier też jest sztywny. Aby go zmiękczyć, należy go posmarować białkiem. Zawinąć i smażyć na głębokim tłuszczu – deep fry.

Po lekcji zjadamy, to co uwarzyliśmy. Da się zjeść, ale chyba pozostanę przy dotychczasowym repertuarze.

Uff, co za dzień. Idę wcześnie spać, bo jutro będzie jeszcze gorzej lepiej.

Ciąg dalszy nastąpi.

Dziękuję Krystynie (Powsinodze) za poprawki i sugestie zmian.

Stuart 20

Joanna Trümner

I can understand how the edges are rough
And they cut you like the tiny slivers of glass
And you feel too much
And you don’t know how long you’re gonna last (…)

But, I won’t let you make the great escape
I’m never gonna watch you checkin out of this place
I’m not gonna lose you
Cause the passion and pain
Are gonna keep you alive someday

Potrafię zrozumieć, jak to boli
Ten ból kaleczy cię jak małe kawałki szkła
I czujesz zbyt wiele
I nie wiesz, jak długo będziesz potrafił to znieść (…)

Ale ja nie pozwolę Ci na wielką ucieczkę
Nie będę biernie patrzył jak opuszczasz to miejsce
Nie stracę Cię
Bo te uczucia i ból pozwolą Ci wrócić znowu kiedyś do życia

Pink, The great escape

Ian

Od wielu tygodni Stuart bezskutecznie próbował skontaktować się z Ianem, czuł, że z przyjacielem dzieje się coś niedobrego i że nie może pozbierać się po nagłej i niespodziewanej śmierci synka. Codziennie dzwonił do Iana i kilkakrotnie przyszedł do jego mieszkania. W końcu po wielu nieudanych próbach nawiązania kontaktu udało mu się zastać w mieszkaniu żonę Iana – Ritę. Od niej Stuart dowiedział się, jak bardzo sprawdziły się jego złe przeczucia – Ian popadł w depresję, rzucił pracę u teścia, zaczął brać jakieś mocne narkotyki, a w domu pojawiał się tylko parę razy w tygodniu, przeważnie w środku nocy, tak odurzony i nieobecny, że rozmowa z nim była niemożliwa. Ze wspólnego małżeńskiego konta znikało coraz więcej pieniędzy, co sprawiło, że zaalarmowany teść zablokował zięciowi dostęp do pieniędzy. Rita powiedziała mu, że jej ojciec miał nadzieję, iż pozbawiony środków Ian w końcu zmuszony będzie do rozmowy na temat dalszej przyszłości swojego małżeństwa i być może zgodzi się na terapię. „Jakie to szczęście, że ja, kiedy zostałam z tym wszystkim zupełnie sama, miałam koło siebie rodziców, bardzo mi pomagają, inaczej pewnie i ja bym się kompletnie załamała” – powiedziała Rita. W tym momencie Stuart zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo samotny i zagubiony czuje się jego przyjaciel. Następne dni minęły na intensywnym poszukiwaniu Iana. Stuart odwiedzał ich wspólnych znajomych, jednak nikt nie wiedział, gdzie może podziewać się Ian. Po wielu rozmowach i spotkaniach Stuartowi w końcu udało się znaleźć przyjaciela na zapleczu kiosku Changa.

Z trudnością go rozpoznał, przez kilka tygodni Ian schudł, sprawiał też wrażenie o wiele starszego, na jego bujnej czuprynie pojawiły się pasma siwych włosów, wzrok miał zamglony i nieobecny. To narkotyki, pomyślał Stuart.

„Co ty wyrabiasz?”, zapytał, patrząc przyjacielowi prosto w oczy. „Próbuję się zaćpać na śmierć”, odpowiedział Ian. „Nie chce mi się żyć, nie mam dla kogo. Ale jak widzisz jestem zbyt wielkim tchórzem, żeby raz na zawsze z tym skończyć, skoczyć z jakiegoś mostu albo podciąć sobie żyły. Niedługo nie będę miał pieniędzy na dalsze ćpanie, może mi to ułatwi decyzję. Przed kilkoma dniami mój ukochany teść poinformował mnie, że nie zainwestuje już we mnie ani grosza więcej. To, co dzięki niemu zarobiłem przez ostatnie lata, to pieniądze wyrzucone w błoto, przez moje zachowanie przysporzyłem jego rodzinie tyle nieprzyjemności i kłopotów, że powinienem zachować się jak mężczyzna i albo skończyć z tym swoim bezsensownym i nikomu niepotrzebnym życiem, albo jak najszybciej się pozbierać i postarać o nowe dziecko. Jesteśmy przecież jeszcze młodzi, świat się jak to nazwał „na jednej porażce” nie kończy. Tylko, że ja już od dawna wiem, że nie chcę dłużej ciągnąć tego małżeństwa, jedyne, co nas łączyło to Leo, dla niego zostałbym z Ritą i starałbym się dalej być dobrym mężem i ojcem. Każde dziecko potrzebuje przecież i matki i ojca. I może z czasem przyszłaby miłość albo przywiązanie i bliskość. Wszystko to, czego między nami nigdy nie było. Ona nigdy dla mnie nic nie znaczyła, była po prostu kobietą, z którą dobrze mi było w łóżku. A poza tym było mi z nią wygodnie – ja byłem dla niej wielkim autorytetem, no wiesz, ten oczytany, elokwentny, przystojny Ian, z dobrymi manierami i ujmującym brytyjskim akcentem – byłem dla niej guru, alfą i omegą. Ale ja już dłużej nie chcę ani tego jej podziwu, ani pieniędzy i upokorzeń tatusia, mam dosyć całej tej porąbanej rodziny”, Ian mówił o swoich teściach z taką nienawiścią i złością, że Stuarowi przeszła przez głowę myśl że chyba tylko ta nienawiść trzyma go przy życiu. Równocześnie z niesmakiem pomyślał: „Jak on mógł przez ponad trzy lata być z kobietą, która dla niego nic nie znaczyła? Codziennie kłaść się z nią do łóżka, spędzać razem czas, wyjeżdżać na wakacje, snuć plany, zdecydować się na ślub i wspólne dziecko?” Popatrzył wnikliwie na Iana, ale widząc jego zagubienie, zdał sobie równocześnie sprawę z tego, że nie był to odpowiedni moment do moralnego oceniania małżeństwa przyjaciela, nie kopie się leżącego. Ian potrzebował go teraz wyłącznie jako znanego od lat człowieka, któremu jego los nie jest obojętny i który zrobi wszystko, żeby go uratować przed smutkiem i beznadzieją, przywrócić chęć do dalszego życia. Stuart długo szukał w głowie odpowiednich słów. Z bezradnością i przeświadczeniem, że nie ma pocieszenia, adekwatnego do tragedii, która dotknęła Iana i jego rodzinę. Jaki sens miała śmierć kilkumiesięcznego dziecka? Może tylko taki, że zaczyna się bardziej cenić ludzi, którzy nas nie opuścili, ludzi, którzy do tej pory nam towarzyszyli w życiu? Ale każde uczucie, nawet najciemniejsza rozpacz, ma swój początek i koniec, i nawet ta straszna rozpacz miała minąć.

„Nawet nie wiesz, jak bardzo mi ciebie brakowało. Poza tym nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek inny mógł zostać świadkiem na moim ślubie, jesteś moim najstarszym przyjacielem”, zwrócił się do Iana, zaskoczony własnymi słowami, słowami, które wyszły z jego ust jeszcze, zanim nabrały w głowie właściwego kształtu. Nieraz myślał o tym, że Meg jest kobietą, z którą chciałby spędzić resztę życia, że powinien jej się oświadczyć, ale do tej pory zawsze odsuwał tę myśl na jakieś jutro, na później. Trochę przerażała go nieodwołalność takiej decyzji, trochę bał się tego, że małżeństwo oznaczać będzie dla niego całkowitą rezygnację z muzyki i marzeń o życiu koncertującego na całym świecie muzyka.

Wracając ze spotkania z Ianem układał sobie w głowie scenariusz oficjalnych oświadczyn. Jutro kupi kwiaty i pierścionek, poprosi Iana o pomoc, on już to robił, będzie wiedział, na co trzeba uważać. Znowu brakowało mu słów, nie chciał, żeby były zbyt patetyczne i sztuczne, mało było słów, które nie brzmiałyby w jego uszach jak niewiele znaczący banał i oczywistość. „Muszę jak najszybciej przygotować odpowiednią mowę”, pomyślał zbliżając się do domu i patrząc w ciemne okna mieszkania.

Meg

Od kilku nocy miała bardzo niespokojne sny i codziennie przy śniadaniu zastanawiała się, czy nie zwiastują kłopotów z matką. Dzwoniła do niej kilkakrotnie i uspokajała się słysząc przez słuchawkę jej trzeźwy głos. Meg nie należała do ludzi, których kilka koszmarnych snów wyprowadzi z równowagi, miała swojego Boga i wierzyła w przewidzianą przez niego drogę, której się nie zmieni człowieczą wolą. Nie wiedziała, że o kilka domów dalej znana jej z widzenia piętnastoletnia Sally od kilku dni wieczorami wykrada się z domu i uczy się prowadzić samochód rodziców. Samochód, którym za tydzień chciała wyruszyć ze swoim chłopakiem w podróż po Australii, ucieczkę od zakazów w domu, od niechęci rodziców do jej pierwszej miłości i od awantur, które ją czekały, kiedy wyjdzie na jaw, że przez złe oceny będzie musiała powtarzać klasę. Często chwile decydują o naszym życiu. Taką chwilą był moment, kiedy Sally straciła panowanie nad samochodem, pomyliła pedał hamulca z pedałem gazu i potrąciła przechodzącą przez ulicę Meg. Przerażona dziewczyna zatrzymała samochód i przez kilka minut nie wychodziła z niego, zastanawiając się, co ma dalej zrobić. Zdecydowała się najpierw odstawić samochód na miejsce, tak żeby rodzice nie zorientowali się o tym, że nim jeździła. A potem wróciła do domu i w szoku powtarzała pod nosem słowa „Wszystko się dobrze skończy”, trochę uspokoiła się dopiero wtedy, kiedy usłyszała odgłos karetki pogotowia tuż za oknami mieszkania.

W środku nocy Stuarta zbudził odgłos telefonu. Telefony w środku nocy nigdy nie zwiastowały niczego dobrego, a to, co usłyszał po drugiej stronie słuchawki brzmiało jak koszmar. Dzwoniła pełniąca dyżur nocny pielęgniarka i powiedziała, że Meg miała ciężki wypadek samochodowy i leży właśnie na stole operacyjnym. „Jeszcze nie wiadomo, czy uda się jej z tego wyjść”, poinformowała go na zakończenie. Powiedziała to tak pozbawionym emocji głosem, że równie dobrze mogła informować go o pogodzie w Sydney. „Żeby chociaż spróbowała udawać, że ją to w jakiś sposób dotyka”, pomyślał Stuart, odkładając słuchawkę. „A może ten codzienny kontakt z nieszczęściem i śmiercią zabija wszelkie uczucia?” Zrzucił z siebie resztki snu, ubrał się i pojechał do szpitala.

Cdn