Wien im März 2017 / Wiedeń marzec 2017

Ewa Maria Slaska

Groby i muzyka / Gräber und Musik

für Deutsch bitte Bissl nach unten skrollen oder einfach die Blaueschrift verfolgen

Nie znałam tej piosenki, w życiu nie słyszałam o Wolfgangu Ambrosie, muzyka w Wiedniu to byli zmarły tajemniczą śmiercią Mozart, Haydn, stary i głuchy geniusz -Beethoven, mój ulubiony Franz Schubert, może jeszcze Johann Strauss, którego każdy zna, nawet jak nie lubi operetki, no i oczywiście Falco, którego akurat teraz wszyscy w Wiedniu przypominają, bo w lutym przyszłego roku minie 20 lat od jego tragicznej śmierci w wypadku samochodowym.

Tymczasem jednak opowieść o umarłych muzykach z Wiednia zaczynam od Wolfganga Ambrosa, a dlatego że świetny piosenkarz berliński, Andrzej Klukowski czyli Andy Klukos, podsunął mi na Facebooku linka do tej piosenki. Samym Andrzejem zajmę się kiedy indziej, tu tylko powiem, że jest autorem inteligentnych piosenek antyrządowych. Podczas protestu kobiet 23 października zeszłego roku na Warschauer Brücke Andrzej śpiewał Kto się boi czarnej baby, ale posłuchajcie też takich piosenek jak Ballada o Lechu, Mam dość czy Tu przyjdą za nami miliony.

Ich war in Wien auf dem Zentralfriedhof (endlich… seit Jahren wollte ich und immer kam etwas dazwischen) und schaute mir die Musikergräber an. Passend dazu beginne ich mit dem Lied von Wolfgang Ambros, Es lebe der Zentralfriedhof. Lustiges Lied… Ambros widmete es tatsäschlich dem Friedhof zu seinem 100. Geburtstag. Es war das Jahr 1975.

Es lebe der Zentralfriedhof, und olle seine Toten.
Der Eintritt is’ für Lebende heit’ ausnahmslos verboten,
weü da Tod a Fest heit’ gibt die gonze lange Nocht,
und von die Gäst’ ka anziger a Eintrittskort’n braucht.
Wann’s Nocht wird über Simmering, kummt Leben in die Toten,
und drüb’n beim Krematorium tan’s Knochenmork ohbrot’n.
Dort hinten bei der Marmorgruft, durt stengan zwa Skelette,
die stess’n mit zwa Urnen on und saufen um die Wette.
Am Zentralfriedhof is’ Stimmung, wia’s sei Lebtoch no net wor,
weu olle Tot’n feiern heite seine erscht’n hundert Johr’.
Es lebe der Zentralfriedhof, und seine Jubilare.
Sie lieg’n und sie verfeul’n scho durt seit über hundert Jahre.
Drauß’t is’ koit und drunt’ is’ worm,
nur monchmol a bissel feucht,

A-wann ma so drunt’ liegt, freut man sich, wenn’s Grablaternderl leucht’.
Es lebe der Zentralfriedhof, die Szene wirkt makaber.
Die Pforrer tanz’n mit die Hur’n, und Juden mit Araber.
Heit san olle wieder lustich, heit lebt ollas auf,
im Mausoleum spü’t a Band,
die hot an Wohnsinnshammer d’rauf.

Am Zentralfriedhof is’ Stimmung, wia’s sei Lebtoch no net wor,
weu olle Tot’n feiern heite seine erscht’n hundert Johr’.
Es lebe der Zentralfriedhof, auf amoi mocht’s an Schnoiza,
da Moser singt’s Fiakerliad,
und die Schrammeln spü’n an Woiza.

Auf amoi is’ die Musi stü, und olle Augen glänz’n,
weu dort drü’m steht da Knoch’nmonn
und winkt mit seiner Sens’n.

Am Zentralfriedhof is’ Stimmung, wia’s sei Lebtoch no net wor,
weu olle Tot’n feiern heite seine erscht’n hundert Johr’.

Der Wiener Zentralfriedhof wurde 1874 eröffnet und zählt mit einer Fläche von fast 2,5 km² und rund 330.000 Grabstellen zu den größten Friedhofsanlagen Europas. Er gehört aufgrund seiner vielen Ehrengräber, der Jugendstil-Bauwerke und des weitläufigen Areals zu den besonderen Sehenswürdigkeiten der Stadt Wien.

Allerseelen 1903, Friedhofsbesucher auf der Simmeringer Hauptstraße auf dem Weg zum Zentralfriedhof

Wikipedia, von der ich die obigen Zeilen geliehen habe, berichtet noch dazu, dass zu seiner Geburtsstunde der Zentralfriedhof häufig kritisiert wurde und bei der Bevölkerung nicht sehr beliebt war. Es wurde die Trostlosigkeit des Areals bekrittelt, da im Vergleich zu heute nur eine karge Vegetation vorherrschte, außerdem verzögerte sich die Errichtung der dazugehörigen Bauwerke. Friedhofsbesucher mussten eine lange und mitunter beschwerliche Anreise auf sich nehmen, da es zu dieser Zeit noch keine direkte Bahnverbindung zum Friedhofsgelände gab. Im Oktober 1874 fasste eine Wiener Zeitung diese Stimmung in der Frage zusammen: „Eine Stunde Fahrzeit, zwischen Schlachthäusern und Heide und Bauern, und wofür?“

Heute ist der Friedhof verkehrs-technisch sehr gut erschlossen, vor allem mit der berühmten Strassenbahn Nummer 71, und bietet dem Besucher ein einmaliges Erlebnis, einen Spaziergang durch ein groszügig angelegtes Areal mit den interessanten Bauwerke, üppigem Grün und faszinierender Geschichte der hier Begrabenen.

A więc groby muzyków (na więcej nie starczyło czasu)
Also die Musikergräber (fürs mehr reichte die Zeit nicht)

Oto lista, na pewno niekompletna / Hier die Liste, ohne den Vollständigkeitsanspruch

Ludwig van Beethoven 1770–1827
Johannes Brahms 1833–1897
György Ligeti 1923–2006
Arnold Schönberg 1874–1951
Franz Schubert 1797–1828
Robert Stolz 1880–1975
Johann Strauß (Vater) 1804–1849
Johann Strauß (Sohn) 1825–1899
Franz von Suppé 1819–1895
Hugo Wiener 1904–1993
Hugo Wolf 1860–1903
Joe Zawinul 1932–2007
Falco (Johann Hölzel) 1957–1998
Fatty George 1927–1982
Hans Gillesberger 1909–1986
Ferdinand Grossmann 1887–1970
Hermann Leopoldi 1888–1959
Peter Wehle 1914–1986
Carl Zeller 1842–1898

Oczywiście na wszystkich muzyków też nie starczyło czasu, a częstokroć i wiedzy; poza tym i tak pokażę tu tylko tych, których muzykę lubię.

Natürlich die Zeit reichte gar für alle Musiker nicht, dazumal auch nicht immer das nötige Wissen vorhanden war; und sowieso zeige ich hier nur die, die ich mag.

Falco, ein Grab mit den Titeln seiner Hits wie Vienna calling, Komissar, Ganz Vien und Rock me Amadeus / Na płycie nagrobnej tytuły jego największych przebojów (koniecznie posłuchajcie! pierwszy porządny europejski rap!)

Pomnik Wolfganga Amadeusa Mozarta (grobu, jak wiemy nie ma) – do posłuchania Aria Królowej Nocy w wykonaniu Bogny Sokorskiej / Mozarts Denkmal (das Grab gibt es, wie wir wissen, nicht) – zum hinhören die Arie der Königin der Nacht

Franz Schubert – zapewne powinnam tu przywołać Pstrąga, ale zdecydowałam się jednak na Śmierć i dziewczynę. Pstrąg zaraz potem. / Das berühmteste Lied von Schubert ist zweifelsohne Die Forelle; ich entschied mich aber dafür, hier das Lied Der Tod und das Mädchen zu zittieren. Die Forelle folgt…

Johannes Brahms – Wieges Lied / Kołysanka / Lullaby – najsłynniejsza melodia Brahmsa i jedna z najbardziej rozpoznawalnych melodii na świecie. Mój wnuk zaraz po urodzeniu dostał kaczuszkę, która grała mu tę właśnie kołysankę.

Ludwig van Beethoven

Cóż nie ma wyjścia, bo sprawa jest polityczna – Hymn Europy jako super Flash Mob (Oda do radości / Ode an die Freude). Łatwo się wzruszam, więc zawsze płaczę jak tego słucham… / Europa Hymne. TU słowa po polsku w przekładzie Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego / HIER der Text auf Deutsch

PS dla dociekliwych: Beethoven, Schubert, Strauss (ojciec) i inni umarli zanim powstał Cmentarz Centralny i ich groby zostały przeniesione /Beethoven, Schubert, Strauss (Vater) sind gestorben bevor der Zentralfriedhof gegründet wurde; deren Gräber wurden umgebettet.

Barataria 12 reblog Bestiariusz kulturalny

Z przyjemnością informuję, że pod wpisem Barataria 11 zgłosił się autor blogu Bestiariusz kulturalny, który, podobnie jak ja, wędruje sobie po różnych zakątkach kultury i dotarł również do Baratarii. Tu reblog jego wpisu z 20 stycznia 2016 roku. W ogóle blog bardzo interesujący, polecam!

Insula Barataria czyli władztwo Sancho Pansy

I choć był to jedynie okrutny żart Księcia i Księżnej, Sancho Pansa otrzymał osta­tecz­nie obiecane przez Don Kichota władztwo nad wyspą. Błędny giermek wyruszał ze swoim błęd­nym panem na dwie wyprawy licząc na łupy (które naprawdę zdobył) i na zdobycie gubernatorstwa wyspy, którą „zwykle błędni rycerze nagradzali swoich giermków w romansach rycerskich”.

Nasz dzielny gubernator po krótkiej podróży przybył do małego miasteczka, liczącego około tysiąca mieszkańców, które było jedną z główniejszych posiadłości księcia. Oświadczono mu, że to jest wyspa Barataria. („Don Kichote” w tłumaczeniu W. Zakrzewskiego)

Miłośnicy Don Kiszota zidentyfikowali większość miejsc gdzie toczyła się powieść Cervantesa oraz sporządzili przy pomocy Google Earth prezentację, opierajac się na bardzo szczegółowej mapie Hiszpanii z 1798: http://trv-checkin.s3-eu-central-1.amazonaws.com/wp-content/uploads/sites/12/2015/04/Mapa.png

Wyspa Barataria została zaś zidentyfikowana jako miasteczko Alcala de Ebro. http://cultura.elpais.com/cultura/2015/08/22/actualidad/1440259627_292359.html

https://www.google.com/maps/search/41.814036,-1.194081+alkaba/@41.8180204,-1.1840198,3098m/data=!3m1!1e3

Jak nazwa wskazuje mieści sie przy rzece Ebro w północnej Hiszpanii. Rzeka ta w tym miejscu meandruje, tworząc półwyspy, które w trakcie powodzi zamieniają się w wyspy. Tereny te znał dobrze Cervantes i być może dlatego umieścił tutaj jeden z epizodów swojej genialnej książki.

El río Ebro desde la Insula de Barataria (Alcalá de Ebro). España.

Jak to wspomnieliśmy na początku, przyznanie gubernatorstwa wyspy Sanchowi, było jedynie spowodowane tym że w swoim szaleństwie Książe i Księżna chcieli szydzić z naszego Giermka, gdy będzie – przekonany o swojej ważności – sprawował rządy nad podłą mieściną.

I choć Sancho na żarcie się nie poznał, to rozumiał, że takie nagłe jego wyniesienie jest wbrew naturze. Zrezygnował mówiąc:

— Żegnam was, panowie, każcie otworzyć mi bramę i pozwólcie wrócić do dawnej swobody. Nie jestem stworzony na gubernatora, nie umiem bronić wyspy przeciw napastnikom. Moim rzemiosłem jest uprawa ziemi, a nie obrona królestw i praw dyktowanie. Świętemu Piotrowi dobrze w Rzymie, a mnie w chacie mojej w dymie. To ma znaczyć: niech każdy siedzi, gdzie mu należy i nigdzie dalej nie bieży; niech strzeże swego powołania i chroni się górę sięgania. Mnie bardziej przystał sierp do ręki, niż królewskie berło, wolę też co dzień najeść się barszczu ze szperką, niż dać się zamorzyć doktorowi, który nim znajdzie dla mnie potrawę, brzuch mi pozielenieje z głodu. Żegnam was, panowie, raz jeszcze, powiedzcie ode mnie księciu, że nagi przyszedłem na świat i nago zeń wychodzę, to ma znaczyć, że objąłem rządy bez grosza i tłumoczka i bez grosza i tłumoczka z nich wychodzę, zupełnie przeciwnie, niż wszyscy gubernatorowie. Dzień dobry i dobranoc wam, panowie! Puśćcie mnie; muszę kazać się obandażować, bo dzięki nie­przy­ja­cio­łom, którzy potratowali mnie i więcej niż sto razy prze­spa­ce­ro­wali się po mnie, mam prawie wszystkie żebra popękane.

Reblog: Magdalena Wosinska auf Instagram

Magdalena Wosinska zeigt auf ihren Reisefoto alles – auch von sich selbst

reblog

Aktualisiert am 31. März 2017, 16:01 Uhr / rebbloged am 31. März 2017, 17:37 Uhr

Magdalena Wosinskas liebt das raue Meer, einsame Wüstenlandschaften und hohe Berge. Sie ist gefühlt nur im Urlaub und macht die wohl ungewöhnlichsten Reisefotos auf Instagram. Denn auf denen zeigt sie einfach alles – auch von sich selbst.

Fotografin Magdalena Wosinska ist ein ganz besonderer Instagram-Star. Denn die gebürtige Polin ist nicht wie andere Influencer durch lustige Videos oder gar tolle Outfits berühmt geworden. Wosinska postet zwar immer wunderschöne Selbstportraits von traumhaften Urlaubsdestinationen. Der Grund für die Bekanntheit ihrer Bilder dürfte aber ein anderer sein, der kaum zu übersehen ist:

Auf jedem ihrer Fotos ist die junge Frau vollkommen nackt. Im Interview mit dem Magazin “Foam” erklärte die talentierte Schönheit, dass ihre Bilder “durchdacht, kunstvoll zusammengestellt und aufwändig” seien. Tatsächlich ist der künstliche Aspekt bei allen Aufnahmen sichtbar. Deutlich.

Doch auch wenn die 32-Jährige in ihren Fotos fast alles von sich zeigt, bleibt eine Sache dabei stets versteckt: ihr Gesicht. Damit erschafft sie einen kleinen Mythos um ihre Person, was die Bilder nur noch interessanter macht.

Übrigens fotografiert Magdalena Wosinska nicht nur sich selbst: Sie hat schon Werbekampagnen für große Kunden wie Urban Outfitters oder Converse geschossen und sogar eine Fotostrecke für die “Vogue” geshootet. © spot on news

Ponury żart czyli Muzeum II Wojny Światowej

Ewa Maria Slaska (tekst i zdjęcia) i Anna Kuzio (zdjęcia)

Wszyscy wiemy… muzeum zostało zbudowane, przygotowano wystawę, a w międzyczasie zmienił się rząd i wystawa okazała się niepoprawna politycznie. Dlaczego? Bo nie wspiera polskiej narracji martyrologicznej, lecz obiektywną relację o wojnie w Europie. Tak twierdzą wszyscy, którzy tę wystawę już widzieli.

Pomysł utworzenia placówki muzealnej przedstawiającej losy Polski w latach 1939–1945 na szerokim tle europejskim, czytamy na stronie Muzeum, zaprezentował Prezes Rady Ministrów Donald Tusk w grudniu 2007 r.

Paweł Machcewicz, dyrektor muzeum, już dziesięć lat temu przygotował koncepcję wystawy (M2WS_Koncepcja). Wystawa wpisze się, czytamy, w krajobraz muzealny Polski i Gdańska, będzie więc korespondowała, zarówno z Muzeum Westerplatte w Gdańsku, Muzeum Powstania Warszawskiego czy Muzeum Żydowskim w Warszawie, jak i z tworzącym się właśnie Europejskim Centrum Solidarności. Wspólnie placówki te miały wykreować wielostronną, nowoczesną, multimedialną opowieść o historii Polski w szerokim kontekście europejskim.

Ze względu na lokalizację muzeum i polską inicjatywę jego powołania, piszą autorzy koncepcji, profesor Paweł Machcewicz i Piotr M. Majewski, wojenne losy Polski i Polaków zostaną w nim, co zrozumiałe, wyeksponowane. Nie może to jednak nastąpić kosztem umniejszania doświadczeń innych narodów – w tym także Niemców i Rosjan. Należy podkreślić, że nie zamierzamy tworzyć muzeum martyrologii narodu polskiego, ani muzeum chwały polskiego oręża, lecz placówkę o przekazie uniwersalnym, w której wydarzenia rozgrywające się w Polsce stanowiłyby jedynie część szerszego obrazu.

Zdjęcie Anna Kuzio

Stało się inaczej. Akurat, gdy dobiegały końca prace nad przygotowaniem wystawy, Muzeum stało się przedmiotem walk politycznych i zostało postawione w stan oskarżenia. Nowy rząd uznał, że Polsce nie jest potrzebna europejska perspektywa historyczna, bo najważniejsza jest perspektywa polska, patriotyczna i martyrologiczna. Choć oczywiście, zgodnie z koncepcją, wystawa zajmuje się też walką i męczeństwem Polaków.

Przez długi czas wydawało się, że niemal gotowa wystawa zostanie zlikwidowana lub dogłębnie zmieniona. Nie jest to wizja ani absurdalna, ani niemożliwa, nie jest to też  ponury żart prima-aprilisowy, bo taki los spotkał przecież ekspozycję w Muzeum Przełomy w Szczecinie.

Zdjęcia (powyżej i poniżej) ze strony Muzeum. Dziękujemy!

Muzeum zostało jednak, w “starej” wersji, otwarte 23 marca 2017 roku i na razie, póki losy wystawy się ważą, Polacy, którym leży na sercu demokracja i przynależność Polski do Europy, masowo je zwiedzają

Mnie udało się obejrzeć Muzeum w przeddzień otwarcia wystawy, Ania dotarła tam w dzień po. Ani udało się więc obejrzeć wystawę, ja musiałam poprzestać na fotografowaniu dekonstuktywistycznej bryły muzealnej, która jest dziełem gdyńskiego studia architektonicznego Kwadrat. Autorami projektu są Jacek Droszcz i Bazyli Domsta.

Ja więc powiem, że nie wiem jeszcze, czy podoba mi się to muzeum, ale na pewno jest interesujące i na pewno architektonicznie stanowi inspirujące nawiązanie do budynku Europejskiego Centrum Solidarności, co podkreśla jedność przyjętej opcji narracyjnej.
Z kolei Anna Kuzio ocenia, że wystawa jest dobra i ciekawa, interesująco prezentuje tematykę i jest bardzo nowoczesna. Chwali też ilość i jakość prezentowanych eksponatów.

A oto nasze refleksje fotograficzne.

Muzeum II wojny światowej w Gdańsku. Marzec 2017. Zdjęcia bryły architektonicznej – Ewa Maria Slaska, zdjęcia wystawy – Anna Kuzio.


 

   

 

Piątek, fabryka, wiersze, muzyka

21 czerwca odbywa się na całym świecie Fete de la musique, słynny festiwal bezpłatnej muzyki, której słuchać można wszędzie. Od 21 lat odbywa się też w Berlinie. Od jakiegoś czasu Christine Ziegler z Regenbogenfabrik i ja zabiegamy o to, by główni organizatorzy tej imprezy (gremium szacowne i surowe) pozwolili Fabryce na zorganizowanie w tym roku koncertu na fabrycznym podwórku.

To podwórko jest słynne i ma, jak cała fabryka, piękną historię. W fabryce kiedyś produkowano środki chemiczne, a potem stała pusta, dopóki 35 lat temu nie zasiedlili jej berlińscy squaterzy. Podwórko przez kilkadziesiąt lat podlewane wodą po myciu kotłów fabrycznych wyglądało jak popękana betonowa pustynia, mimo iż nie był to beton tylko coś, co kiedyś było glebą. Nic tu więc nie rosło, a squaterzy przez kilka lat wymieniali ziemię i sadzili drzewa.

Potem z kolei na środku podwórka pojawiła się i trwała właściwie “zawsze” przeogromna i przegłęboka kałuża, a podwórkowe życie – pogawędki dorosłych, zabawy dzieci, flirty młodzieńcze – toczyło się wokół niej.

Dziś na klepisku bujnie krzewi się zieleń i kwitną kwiaty, w miejscu kałuży jest piaskownica, a z podwórka wchodzi się do różnych części Fabryki Tęczowej czyli Domu Sąsiedzkiego: pracowni artystycznej, recepcji hotelowej, kina, warsztatu rowerowego, stolarni, hostelu, stołówki i pomieszczeń seminaryjnych. Pod jedną ze ścian stoi ustawiona wspólnymi siłami polsko-bułgarsko-niemieckimi biblioteka dla każdego (outdoor library).

Jednoosobowa komisja właśnie wyszła i wydała zgodę. Zapraszamy więc 21 czerwca na Fete de la musique i występy szczecińskiego zespołu Sklep z ptasimi piórami. Panie i Panowie…

Marek Maj i Ryszard Leoszewski!


Sklep z ptasimi piórami

Pierwszy koncert Sklepu z Ptasimi Piórami zapowiadał odręcznie wymalowany plakat w nakładzie jednego egzemplarza. Dedykowany był koleżankom z Nauczania Początkowego WSP w Szczecinie i odbył sie 8 marca 1978 roku w klubie uczelnianym Atut. Wobec ogromnego zainteresowania miesiąc później zespół wystąpił po raz drugi, a potem… zaczęły sie wyjazdy na festiwale: do Świnoujścia na Famę, do Szklarskiej Poręby i Krakowa na kultowy Studencki Festiwal Piosenki, gdzie był kilkakrotnie wyróżniany. Dziś zespół dawno już przekroczył granice kultury studenckiej, stając się wizytówka kulturalna Szczecina.

Największym wydarzeniem artystycznym dla Sklepu z Ptasimi Piórami był bez wątpienia koncert z fenomenalnym wokalistą jazzowym – Bobbym McFerrinem w 2005 roku w Szczecinie.

Dyskografia

Ryszard Leoszewski

Lider zespołu Sklep z ptasimi piórami jest autorem projektów muzyczno poetyckich jak “Ballady grudniowe” (anonimowa poezja ze strajku stoczniowców w roku 1970 w Szczecinie), „Ulica Mandelsztama” (piosenki skomponowane w stanie wojennym do kultowego spektaklu Teatru Kana „Księga o życiu Osipa Mandelsztama”) czy “Leoszewski Majem” (piosenki krytyczno-społeczne do wierszy Marka Maja).

Z wykształcenia jest pedagogiem, z zamiłowania kompozytorem, piosenkarzem, autorem tekstów, twórcą audycji radiowych i telewizyjnych. Już w szkole średniej związał się z teatrem. Był jednym z pierwszych aktorów Teatru Kana, gdzie w 1982 r. skomponował muzykę do spektaklu “Księga o Życiu, Śmierci i Twórczości Osipa Mandelsztama”. W 1978 roku założył zespół Sklep z Ptasimi Piórami, który do dziś należy do czołówki swojego gatunku. Na płycie “Gitarą i piórem”, wydanej w 2001 r. przez Program III Polskiego Radia, znalazła się jego  pieśń “Ochroń nas Boże” do tekstu Leszka Aleksandra Moczulskiego. W 1987 r. założyłem dziecięcą grupę artystyczną ARFIK. W 2002 roku otrzymał Nagrodę Artystyczną Miasta Szczecina, w 2004 r. został Ambasadorem Szczecina, a w 2012 roku otrzymał “Medal Zasłużony Kulturze GLORIA ARTIS”.

Marek Maj

Urodził się w 1962 roku w Szczecinie. Jest poetą i reżyserem sztuk teatralnych i spektakli poetyckich, laureatem Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego Malowanie słowem (1999) oraz Konkursu Literackiego O Bursztynowe Pióro (2003).

Wydał tom poetycki Obrzeża i skraje, jest autorem wierszy śpiewanych przez Ryszarda Leoszewskiego w programie Wiem jak nie jest czyli Leoszewski Majem. Pisze tradycyjną poezję, często z rymami.

Sam ze sobą poszymborzę,
Poszymborzę, pomiłoszę,
Groch zapachnie mi, jak groszek.
Osobiście potuwimię,
Ulechonię swoje imię,
Przypadkowo pobarańczę,
Poleśmianię i zatańczę,
Przeherbercę jakiś cytat.

Regenbogenfabrik czyli Fabryka Tęczowa

– Współpraca z polskimi instytucjami jest bardzo ciężka. Alternatywna kultura, którą ja nazywam odjazdową, ich nie interesuje. Oni wolą żeby przyjechał sobie pianista i grał Chopina. To co my robimy uważają za wulgarne i ohydne, dla nich to nie jest polska kultura –  twierdzi Jakub Paczkowski z berlińskiej Grupy Artystycznej “Karton”.

“Karton” to tylko jeden w wielu elementów Centrum Sąsiedztwa “Tęczowa Fabryka” działającego w berlińskiej dzielnicy Kreuzberg. W jednej z niepozornych bram, kryje się instytucja realizująca na swój sposób międzykulturowe poznanie. W tej części Berlina mieszkają głównie obcokrajowcy. Ludzie uważani często za obywateli drugiej kategorii stworzyli tu własny instytut kultury – tyle, że alternatywnej. Najpierw byli tzw. squotersi, którzy na początku lat 80 nielegalnie zajęli opuszczony budynek z przylegającym do niego tartakiem. Uregulowali status prawny nieruchomości i wyremontowali pomieszczenia. Poźniej pojawił się pomysł wspólnego działania.

– Centrum to tylko “parasol”, pod którym realizujemy różne projekty. Działamy na rzecz kultury i dobrego sąsiedztwa – tłumaczy Aloyz Ebner z “Tęczowej Fabryki”. W ramach tego niecodziennego zakładu funkcjonuje m.in. przedszkole, świetlica dla dzieci, kawiarnia, kantyna, schronisko turystyczne, stolarnia i warsztat rowerowy. Kilka lat temu, na gruncie partnerstwa pomiędzy Szczecinem a Kreuzbergiem powstała też polsko-niemiecka inicjatywa – Deutsch-Polnische Bewegung.

– Nie obyło się bez protestów. W prasie szczecińskiej pojawiły się nawet teksty, że w Kreuzbergu mieszkają same żule i dlaczego porządny Szczecin ma z takim miejscem współpracować – komentuje w swoim stylu Jakub.

To stary tekst, ale nadal aktualny. Więcej TU.

Fete de la musique

Nasz człowiek w Wietnamie 2

Lech Milewski

Na cesarskim dworze

Nocny pociąg dowiózł nas do Hue – stolicy cesarskiego Wietnamu – KLIK.

Główna atrakcja to Cytadela – kompleks cesarskich pałaców i świątyń – Zakazane Miasto. Robimy sobie grupowe zdjęcie…

Cytadela

Następnie nasz przewodnik podaje trochę informacji o historii Wietnamu. Korzystne położenie geograficzne – naturalna granica wyznaczona przez góry i nieprzebytą dżunglę – stworzyło warunki do powstania samodzielnego państwa już 3000 lat p.n.e. Od roku 111 p.n.e. Wietnam był przez ponad 1000 lat zdominowany przez Chiny.
W 1292 roku Wietnam odwiedził Marco Polo. Około 300 lat później przybyli tu portugalscy misjonarze, którzy zastąpili chińskie znaki alfabetem łacińskim.
Ostatnia dynasti cesarska – Nguyen – rozpoczęła panowanie w 1802 roku. W 1858 roku Wietnam został zaatakowany przez Francję i w roku 1887 stał się kolonią francuską o nazwie Indochiny Francuskie.
Przypomina mi się lekcja geografii w szkole podstawowej. Za naszą, jeszcze przedwojenną, nauczycielką powtarzaliśmy dziwne nazwy: Annam, Tonkin, Kochinchina. A tuż obok – Siam.

Dynastia Nguyen zachowała swoją cesarską pozycję, lecz całkowicie podporządkowała się kolonizatorom. Przełom nastąpił w 1940 roku, kiedy Wietnam zaatakowali Japończycy. Teraz z kolei francuska administracja, nominalnie podległa rządowi Vichy, zmieniła się w marionetki.

Ho Chi Minh

Rok 1945 – Japończycy kapitulują, rząd Vichy upada, w Wietnamie pojawia się Ho Chi Minh – wykształcony we Francji i ZSRR, z dobrymi kontaktami w Chinach.
Oddaję głos naszemu przewodnikowi: w ostatnim roku okupacji japońskiej Wietnamu trzy miliony ludzi umarło z głodu. Ho Chi Minh zadeklarował – w niepodległym Wietnamie nikt nie umrze z głodu. Słowa dotrzymał.

Ho Chi Minh urodził się jako Nguyen Sinh Cung, kilka razy zmieniał nazwisko, to ostatnie przyjął w roku 1940.
Wietnamczycy nazywali go wujkiem Ho. Jest to wyjątek w języku wietnamskim, gdyż wietnamskie nazwiska są trójczłonowe i ostatni człon jest imieniem. Użycie pierwszego członu czyli nazwiska rodowego jest nietaktem. Co innego Ho lub wujek Ho.

Przypomniało mi się, jak w dawnych latach odwiedzałem warszawski Klub Prasy i Książki na Placu Unii i czytałem tam New York Herald Tribune, wydanie europejskie. Najbardziej podobały mi się felietony Arta Buchwalda – KLIK – dowcipne i złośliwe.
On też wspomniał o wujku Ho: …między Amerykanami a Wietnamczykami jest istotna różnica. Wietnamczycy dodają swojemu przywódcy przedrostek wujek, natomiast Amerykanie dodają swojemu (wtedy, 1970 rok, był to prezydent Nixon) przyrostek ….syn.
Oczywiście w języku angielskim w obu przypadkach był to przedrostek.

Na terenie Zakazanego Miasta mieściło się kiedyś 148 budynków. Po wojnach, francuskiej i amerykańskiej, zostało ich tylko 20. Żadna z budowli nie robi na mnie dużego wrażenia i wydaje mi się, że flaga Wietnamu w Zakazanym Mieście nie stanowi dysonansu.

Wieża Cytadeli

Następny dzień zapowiada się emocjonująco – spędzimy sześć godzin jako pasażerowie motocykli. Ten punkt programu nieco mnie niepokoił, ale na wszelki wypadek, jeszcze w Melbourne, dodałem do mojego ubezpieczenia podróżnego dodatkowe zabezpiecznie. Moje obawy podzielało wiele osób, ale po łagodnej perswazji przewodnika pojechaliśmy wszyscy.

Pasażer

Nasi kierowcy obsługują regularnie wycieczki Intrepidu. Jest to dobra praca, dbają więc o bezpieczeństwo pasażerów. Jak widać na powyższym zdjęciu, jedziemy blisko siebie. Z siodełka pasażera możemy docenić kunszt kierowców i inteligencję wszystkich użytkowników dróg. Przepisy drogowe są tylko wskazówką. Kilka razy jedziemy pod prąd, po “złej stronie” drogi, ale w każdym przypadku rozładowuje to tłok na drodze.

Głównie jednak jedziemy bocznymi drogami, przez wioski, osiedla i pola ryżowe. W wielu miejscach zatrzymujemy się. Czasami jest to przedszkole kaczek.

Kaczuszki

Rodzice obserwują swoje pociechy z drugiego brzegu

Kaczki

Innym razem wytwórnia typowych wietnamskich kapeluszy, albo kadzidełek.

Kadzidełka

Ludzie są przyjaźni, pozwalają nam spróbować własnych sił, na ogół z żałosnym rezultatem. Przewodnik zwraca uwagę, żeby nie tłoczyć się do jednego sprzedawcy/producenta, ale dać każdemu trochę zarobić.

Istotnym punktem tego dnia jest wizyta w grobowcu cesarza Tu Duc – KLIK. Nasz przewodnik kontynuuje lekcję historii Wietnamu.

Hoc

Cesarz Tu Duc osobiście nadzorował budowę swojego grobu. Nie miał bowiem potomka. Ponad 140 żon i nałożnic i nie miał syna. Nic dziwnego, że sam budował sobie grób – nie było nikogo, kto mógłby zadbać o jego pamięć. Jest to najbardziej okazały grób cesarski w Wietnamie. Budowa trwała ponad dziewięć lat i spowodowała zbrojne powstanie ludności, obciążonej dodatkowymi podatkami i obowiązkami. Powstanie zostało stłumione, Tu Duc zamieszkał na terenie swojego grobowca, gdzie oddawał się polowaniu i pisaniu poezji.
Co ciekawe, Tu Duc nie jest pochowany w swoim grobowcu. Pochowano go w nieznanym miejscu. Wszyscy pracownicy zatrudnieni przy pochówku (około 200 osób) zostali ścięci. Lokalizacja grobu nadal pozostaje tajemnicą.

Przewodnik wspomina o końcu cesarstwa. Gdy Ho Chi Minh doszedł do władzy w 1945 roku, skłonił cesarza do abdykacji, lecz jednocześnie zaproponował mu honorowe stanowisko u boku rządu. Cesarz nie skorzystał i wyemigrował do Francji.

Sam Hoc nie kryje swoich antykomunistycznych poglądów. Wujek jego matki został skazany przez komunistów na śmierć tylko za to, że był gospodarnym rolnikiem. Pytamy go o pozycję Komunistycznej Partii Wietnamu.
Myślicie, że każdy może się zapisać do partii? O nie. Do partii należy tylko 20.000 osób. Trzeba być krewnym kogoś z członków założycieli.
To nie jest prawda, wikipedia podaje, że partia liczy około 4,5 miliona członków. Wydaje mi się, że Hoc miał na myśli liczbę osób, które dzięki partii robią karierę.
Już po powrocie do domu szukam informacji o ekonomii Wietnamu. Jest – polityka ekonomiczna partii nosi nazwę Doi Moi – KLIK. No to już wiadomo towarzysze MOI kto tu kogo DOI. Wikipedia podaje, że Wietnam jest w ścisłej czołówce krajów o największej korupcji.

To chyba wskazówka, żeby nieco skorumpować naszych kierowców i zająć ich miejsce przy kierownicach pojazdów (ja w samym środku).

Motocykliści

Kolejny punkt programu to Thien Mu Pagoda – KLIK. Piękny kompleks budynków nad rzeką Perfume River.

Przy okazji Hoc, który deklaruje się jako buddysta, wyjaśnia różnicę między pagodą a świątynią (temple). W buddyzmie nie wyznajemy żadnego Boga, a więc nie jest to religia, tylko filozofia. W związku z tym nie ma kościołów, tylko są pagody.
Zamieszało mi się mocno w głowie – buddyzm nie jest religią – toż właśnie tak stwierdził kiedyś Jan Paweł II i był za to mocno krytykowany: buddyzm jest w znacznej mierze systemem ateistycznym i jako taki stanowi zagrożenie dla religijnego trzonu kultury europejskiej – KLIK.
Buddyści nie mają świątyń? Informacje z różnych stron świata tego nie potwierdzają. Ciekawe, że pytanie – różnica między pagodą a świątynią jest zadawane głównie przez osoby, które odwiedziły Wietnam.

Eksponatem, który przyciaga wielu odwiedzajacych pagodę Thien Mu, jest samochód mnicha Thich Quang Duc, który dokonał aktu samospalenia w proteście przeciwko prześladowaniom buddystów przez rząd.
Rząd komunistyczny? Wprost przeciwnie, prawicowy rząd Południowego Wietnamu – KLIK.
Skomplikowany ten Wietnam.
Dla uspokojenia przesiadamy się z motocykli na statek, który rzeką Perfumową (Perfume River) dowozi nas do Hue.

Perfume River

Ciąg dalszy nastąpi.

P.S. Dziękuję Krystynie (Powsinodze) za pomoc w edycji tego i wielu innych moich wpisów. Jeśli mimo to są w nich jakieś błędy językowe, to wyłącznie z powodu mojej nieuwagi.

Stuart słucha muzyki 4

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner

przesłuchują piosenki, które otwierają kolejne rozdziały sequela Stuart.

W rozdziale 12 umiera ojciec Stuarta i pojawia się Wielka Miłość, zapowiadana aż przez dwie piosenki – śpiewają Bob Dylan i Norah Jones.

Gdy zaproponowałam Joannie, że podczas jej nieobecności zastąpię rozdziały Stuarta muzyką, która pojawia się w prawie każdym wpisie, odpowiedziała mi, że szuka tej muzyki godzinami, lub może raczej powinna powiedzieć, że godzinami słucha takiej właśnie muzyki i wtedy coś, czego właśnie słuchała, dopasowuje się do tego, co właśnie pisze.

Bob Dylan

My love she speaks like silence, without ideals or violence
She doesn’t have to say she’s faithful, yet she’s true, like ice, like fire
People carry roses and make promises by the hours
My love she laughs like the flowers Valentines can’t buy her.

Moja miłość mówi tak, jak mówi cisza – bez ideałów, bez przemocy,
Ona nie musi mówić, że jest wierna, ona jest tak prawdziwa jak lód i jak ogień
Ludzie przynoszą róże i obecują co godzinę co innego.
Moja miłość śmieje się tak jak kwiaty, których nie dostaniesz na Walentynki.

Norah Jones

What am I to you tell me darling true
To me you are the sea vast as you can be
And deep the shade of blue
When you’re feeling low
To whom else do you go?

Kochanie, powiedz mi prawdę – kim dla Ciebie jestem?
Dla mnie ty jesteś głębokim morzem
I głębokim odcieniem błękitu.
Do kogo innego możesz przyjść, kiedy jest Ci źle?

Ci co czytają Stuarta regularnie wiedzą, że ta miłość okaże się trwalsza niż wszystkie poprzednie i Meg przyjedzie na stałe do Stuarta do Australii.

Oto piosenka dla Meg (Stuart 13)

Van Morrison: Someone like you (a właściwie someone exactly like you!)

I’ve been searching a long time for someone exactly like you
I’ve been traveling all around the world
Waiting for you to come through

Długo szukałem kogoś właśnie takiego jak ty
Wędrowałem po całym świecie
Czekając aż się zjawisz

Ale przed nimi jeszcze długa droga i, jak to w bajce i w życiu, dużo przeszkód. Po pierwsze w rozdziale 13 ta zła siostra, Eve (Kate jest tą dobrą siostrą), po drugie czas, po trzecie odległość, po czwarte – sam Stuart. Ale, jak to w bajce, amor omnis vincit.

Kacey Musgraves: Merry Go `Round

If you ain’t got two kids by 21, you’re probably gonna die alone
At least that’s what tradition told you.
And it don’t matter if you don’t believe, come Sunday morning you best be there
In the front row, like you’re s’posed to.

Jeżeli w wieku 21 lat nie masz dwójki dzieci, to prawdopodobnie umrzesz samotnie
Tego nauczyła cię tradycja
To nieważne, czy wierzysz czy nie wierzysz, w niedzielę rano przyjdziesz do kościoła
I zajmiesz miejsce w pierwszym rzędzie, tego się od ciebie oczekuje

Ciąg dalszy za dwa tygodnie

Dzień poezji

Andrzej Rejman

Z okazji Światowego Dnia Poezji (21 marca) warto przytoczyć wiersz…

Maryla Wolska

Nie wiem

Nie wiem, jaki tam będzie świat wtóry,
Jakie grzesznych radości ominą;
W moim niebie będą lasy i góry
Moje niebo musi pachnieć świerczyną,
I rzeka tam szumieć powinna,
Ta jedna jedyna, ona
Jak żadna inna
Zielona…

Maryla Wolska, Nie wiem… wiersz z tomiku “Dzbanek malin” wyd. Biblioteka Medycka 1929

Tak! Dobrze byłoby, aby w przyszłym świecie było choć nieco zieleni…

Autorka pisze w swym marzeniu o Rzece Zielonej, a rzeka taka spokojnie sobie płynie przez podwarszawskie Piaseczno… zresztą nie tylko, jest jeszcze jedna Zielona – dopływ Oławy.

Spróbowałem zaśpiewać ten wiersz – w rezultacie powstało takie nagranie:

Ale sen o zielonym świecie nie może trwać długo, należy wiec przytoczyć inny, całkiem odmienny wiersz. Oba wiersze łączy jednak to samo pragnienie ciszy, troska o wartość samą w sobie – o spokojny byt.

Maria Hrebnicka, rękopis zapisków z lat 1910-1917

Wiersz, który znalazłem w archiwach rodzinnych na Litwie, napisała podczas I wojny światowej Maria Hrebnicka.

Maria Hrebnicka

(Piotrogród 1915, Jesień, Akademia Sztuk Pięknych*)

Widocznie Tobie Panie trzeba było
Jeszcze krwi naszej i naszej ofiary
I oto wszystko stanęło, co żyło
W bólu bez końca, w cierpieniach bez miary

Panie, przed Tobą płoną nasze domy
Przed Tobą pola wojną poniszczone
Na ziemi naszej tworzą znak widomy
Czarne mogiły krwią i łzą zroszone

Panie, przyjmij ból nasz i nasze cierpienia
Jak odkupienie dla najświętszej sprawy
Panie, na przyszłe ześlij pokolenia
Los przychylniejszy, los nie taki krwawy.

Boże, daj dzieciom za ojców męczarnie
Kąt ziemi własnej na tej ziemi czarnej
Wśród własnej ziemi, wśród własnej przyrody
Żyliśmy dotąd, chociaż bez swobody…

…

Wszak ziemia nasza piękną była Panie…

…

Na pola poniszczone, na spalone domy
Do wdowich serc rozbitych
Ześlij nam anioła
Wśród promieni jutrzenki
daj anioła ciszy.

Maria Hrebnicka (1891-1969), córka profesora Adama Doktorowicz-Hrebnickiego ukończyła malarstwo w petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Większość jej obrazów olejnych, które przetrwały do dziś, znajduje się w muzeum Adama Hrebnickiego w Raju (Rojus), w północno-wschodnim zakątku Litwy. Tu dwa, zatytułowane przeze mnie (A.R.) Wieś spokojna

 

Maria Hrebnicka zdjęcie z początku XX w.

Barataria 11 o znaczeniu liczby dziesięć

Ewa Maria Slaska

Być może myślicie, że ten wpis spóźnił się o tydzień, albo, jak to się okaże w trakcie czytania, pojawia się o kilka tygodni za wcześnie, ale, o! nie, to wpis świadomie z niczym nie związany. Oczywiście wzoruję się tu na postlogice, którą “wujaszek google” serwuje nam od lat, gdy jego śmieszne doodle zachęcają nas, byśmy na przykład dziś obchodzili 198 rocznicę premiery opery Hermiona Gioacchino Rossiniego.

Barataria 11 o znaczeniu liczby dziesięć

Gdy Dobry Król Sancho Pansa rządzi na Wyspie Baratarii i feruje wyroki, rządzi i sądzi przez dziesięć dni, a liczba dziesięć pojawia się zarówno w tym, co głoszą oskarżeni, jak i w decyzjach sędziego.

— Tak, jasny panie — odrzekł Sancho — byłem wielkorządcą na wyspie Barataria, sprawowałem tam rządy przez dziesięć dni; w usta, prawda, lej co chcesz, ale straciłem tam spokojność, rozum, tuszę i nauczyłem się pogardy wszystkich rządów, toteż nie opuściłem tej władzy, ale uciekłem od niej.

Przypomnijmy sobie, jak sądził Sancho Pansa.

— Jaśnie wielmożny panie! Przed niedawnym czasem pożyczyłem dziesięć sztuk złota temu człowiekowi, z warunkiem, że mi je odda na pierwsze moje żądanie. Nie upominałem się czas jakiś, nie chcąc mu czynić przykrości, lecz widząc nareszcie niedbałość dłużnika, prosiłem go o zwrot pożyczonych pieniędzy; on zaś nie tylko, że mi ich nie chciał zwrócić, lecz oświadczył nadto, że pieniądze te już dawno mi oddał. Obydwaj nie mamy świadków; niech więc wasza wysokość rozkaże mu wykonać przed Bogiem przysięgę, a będę zadowolony.

Sancho nie sądzi tylko siedząc na paradnym krześle w swym urzędzie, sądzi wszędzie, również podczas przechadzki. Dziwaczne są to sądy z naszego punktu widzenia, ale w zamkniętym światku Baratarii jak najbardziej logiczne. W sporze o pieniądze, jakich świadek oszustwa zażądał od oszustwa za milczenie, Sancho nie zajmuje się wcale tym, że właśnie dwóch spotkanych na spacerze młodzieńców przyznało się do oszukańczej gry na pieniądze i koncentruje się zgodnie z prośbą pokrzywdzonego, na rozważeniu, kto komu i czy w ogóle miał coś zapłacić.

— Oto — rzecze Sancho — ten, co wygrał, złym czy dobrym sposobem, ma dać drugiemu sto realów, a trzydzieści na szpital niech zapłaci. Ten drugi, który nie ma żadnego zatrudnienia, niech mi od jutra wynosi się z miasta i przez lat dziesięć nie powraca tu wcale, gdyż spotkawszy go raz jeszcze, natychmiast powiesić każę.

Sto i dziesięć. Sto czyli – każde dziecko wie – dziesięć razy dziesięć.

Spotkana pod drodze, przebrana za chłopaka “młoda dziewica”, wypłakuje się władcy, że:

— Od dziesięciu już lat, to jest od śmierci mojej matki, ojciec trzyma mnie w surowym zamknięciu i oddzielonej od świata, nawet mszy słuchać każe w domowej kaplicy. Od tego czasu, prócz mego ojca, brata i Pedra Pereza, o którym wspominałam, nikogo więcej nie widziałam na oczy. Taka samotność i zakaz wychodzenia z domu nawet do kościoła, smuciły mnie nad wyraz. Pałałam chęcią zobaczenia czegoś na świecie. Mój brat opowiadał mi niekiedy o rozmaitych rozrywkach i zabawach publicznych, a to bardziej jeszcze podniecało moją ciekawość, dlatego prosiłam brata… O! bodaj by słowa wówczas zamarły mi na ustach.

Dziesięć dni to bardzo istotna miara wszystkiego, w tym czasu,  wprowadzona w starożytnym Rzymie, ale oparta na znacznie starszych wyliczeniach. Tydzień księżycowy, ten który i my dziś stosujemy, trwa siedem dni i jest zależny od faz księżyca. Rzymska dekada, zastosowana potem również przez wzorującą się na Rzymie rewolucję francuską, została matematycznie wyliczona w starożytnej Chaldei. Ci, którzy interesują się astrologią, wiedzą że Krąg Zodiaku trwa 360 dni, podzielonych na 12 znaków Zodiaku po 30 dni. Każdy znak jest z kolei podzielony na trzy dekady, podporządkowane kolejnym władcom planetarnym, oprócz jednej, od 12 do 22 kwietnia, nie należącej do nikogo i zwanej ciemną gwiazdą. Była groźna, zwiastowała wojny i nieszczęścia, była też klasycznym czasem rozpoczynania wojen. No cóż, można by powiedzieć, że co nas to obchodzi, było minęło, ale jednak…  w tej wiosennej dekadzie urodzili się i Hitler, i Stalin. No, ale gwoli sprawiedliwości dodajmy, że również Leonardo da Vinci i Charlie Chaplin.

Liczba dziesięć jest oczywiście nie tylko matematyczna, ale i ludzka. Wszystkie inne miary wywodzą się ze świata zewnętrznego, dziesięć nosimy ze sobą zawsze i wszędzie. Dziesięć to podstawa matematyki, miara najbardziej praktyczna ze wszystkich, ale tym samym i najbardziej symboliczna. Sancho nie mógł rządzić dłużej, bo i on, i jego władztwo mają znaczenie symboliczne. Dziesięć dni władał karnawałowy król, dziesięć dni niemądry giermek szalonego rycerza może rządzić światem, stosując swój własny dekalog czyli dziesięć zasad.

Ciekawe, że Wikipedia pisząc o liczbie 10 informuje rzecz jasna, iż jest podstawą najczęściej stosowanego systemu pozycyjnego – dziesiętnego. I dodaje, że przyczyną był prawdopodobnie fakt, iż posiadamy 10 palców u rąk. Zastanowiło mnie słowo prawdopodobnie, wydało mi się przesadnie oględne i zastrzegające, bo autor hasła nie podaje, jakie miały by być inne podstawy systemu dziesiętnego, chroni się tylko przed (nie)prawdopodobnym atakiem kogoś, kto tę zasadę by mógł znać.

No ale za to Wikipedia wymienia najważniejsze dziesiątki kulturowe, w większości wywodzące się z Biblii, a więc dziesięć przykazań, dziesięć plag egipskich czy dziesięć zaginionych plemion. Są jednak równieś dziesiątki buddyjskie czyli dziesięć złych uczynków  i dziesięć paramit, no i oczywiście pochodne tych symbolicznych dziesiątek, jak Dekameron Giovanniego Boccaccia, Dziesięciu małych Murzynków Agaty Christie czy wreszcie Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem Johna Reeda, film 10 Blake’a Edwardsa czy płytę Dziesięć ważnych słów Marka Grechuty z roku 1994. I jakie to one były, te ważne słowa naszego barda?

  1. Ojczyzna
  2. Wolność
  3. Władza
  4. Prawo
  5. Praca
  6. Wiedza
  7. Solidarność
  8. Natura
  9. Sztuka
  10. Miłość

Ojczyzna jako numer 1, miłość – numer 10. Mało znana (chyba) i nie z Top Ten (kolejna dziesiątka). Miłość.

Memy z czasów PRL

Ewa Maria Slaska

Słoneczniki van Gogha

Tak sobie tu ostatnio od czasu do czasu dywaguję o znaczeniu obrazów i o tym, że rozpoznać je można po ilości przeróbek czyli, jak to się obecnie nazywa, memów. Tymczasem sztuka i przed czasami sieci, facebooka i instagramu była popularna i popularność tę dawało się mierzyć na przykład ilością reprodukcji jakiegoś dzieła, wiszących w mieszkaniach i instytucjach. Nie robiłam badań, bo to nie rola dziennikarki czy blogerki, opieram się więc tylko na czymś tak niewymiernym jak “poczucie”, ale wydaje mi się, że niezaprzeczalnym Królem Malarzy był w PRL van Gogh, a Dziełem Numer 1 jego Słoneczniki.

Poniekąd oddaje to marketingowy tekst firmy sprzedającej reprodukcje fineartexpress:

Słoneczniki van Gogha galeria obrazów i reprodukcji.

Słoneczniki van Gogha to temat jasny i wiecznie żywy jak słońce Lenina. Kiedy mówimy Lenin, to myślimy partia. Podobnie mówimy van Gogh, a myślimy Słoneczniki. Mówimy Słoneczniki, a myślimy van Gogh. W XX wieku sprzedano miliony reprodukcji obrazu Słoneczniki van Gogha wydrukowanych na płótnie, na pocztówkach, na plakatach, na kubkach i innych fotogadżetach – tylko w roku 2013 kupiono ich aż 26 tysięcy. Reprodukcja Słoneczników van Gogha wydrukowana na kalendarzu ściennym to chyba najpopularniejszy na świecie obraz do dekoracji ścian mieszkania. Vincent van Gogh namalował tyle słoneczników, że nawet trudno się zdecydować, które Słoneczniki wybrać do dekoracji, jeżeli zamierza się kupić kopię obrazu van Gogha do pokoju. Warto więc wiedzieć, że kiedy mówimy„Słoneczniki” van Gogha, to mamy namyśli obraz z całej serii „Słoneczniki”, która składa się w rzeczywistości z 11 obrazów słynnego postimpresjonisty.

Słoneczniki van Gogha galeria obrazów i reprodukcji – obrazy namalowane w 1888/1889 w Arles we Francji

Firma prezentuje zatem jedenaście obrazów Słoneczniki, ale przecież dobrze wiemy, że to zabawa dla smakoszy. Prawdziwe Słoneczniki, to te, czwarty obraz ze słonecznikami, pod którym tekściarz firmy napisał:

Wiele obrazów van Gogha opartych jest na jednym motywie, powielanym w różnych ujęciach. Podobnie jest w przypadku „Słoneczników”. Z łącznie 11 obrazów z motywem słoneczników 4 obrazy powstały w Paryżu i 7 w Arles w południowej Francji. Słoneczniki van Gogha zajmują szczególne miejsce w twórczości artysty. Ale nasuwa się pytanie, dlaczego van Gogh namalował właśnie słoneczniki, a nie inne kwiaty, tak bujnie rosnące w słońcu południowej Francji. Słoneczniki uważane są dziś za roślinę raczej pospolitą i ceni się ją raczej ze względu na jej walory spożywcze, a nie piękno jej kwiatów. Jednak za czasów van Gogha słoneczniki były w modzie, cięte słoneczniki były popularnym kwiatem używanym do dekoracji domów. Uważano, że są piękne, a ich kształt i ciepłe barwy przypominają małe słońce. Kwiat słonecznika stał się popularnym motywem w malarstwie.

Obraz olejny na płótnie. Tytuł: 12 słoneczników w wazonie. Arles 1888r. Wymiary oryginału 91 x 72 cm

Słynne “Słoneczniki” to seria obrazów olejnych namalowanych przez Vincenta van Gogha, słynnego malarza postimpresjonistę. Artysta namalował łącznie 11 obrazów: 4 obrazy podczas pobytu w Paryżu i 7 w Arles. Wraz z takimi obrazami jak “Mona Lisa” autorstwa Leonarda da Vinci oraz “Krzyk” Edwarda Muncha, “Słoneczniki” van Gogha uznawane są za najbardziej rozpoznawalne arcydzieła malarstwa światowego.

Nie musi to być zresztą prawda, bo znalazłam w internecie informację, że inspiracją była dla malarza wiązanka kwiatów leżąca w rynsztoku. Autor wpisu podaje też, że w czasie pogrzebu artysty jego trumna przykryta była słonecznikami, które tak uwielbiał. I że: wszystkie studia słoneczników Van Gogha przepełnione są symboliką religijną i mistyczną. Artysta wierzył, że sposób, w jaki słonecznik zwraca głowę ku słońcu, jest odzwierciedleniem religijnego oddania tych, którzy poświęcają się Bogu.

Kiedy byłam na studiach, moja przyjaciółka znalazła gdzieś reprodukcję tego obrazu i podarowała ją mamie na gwiazdkę. Niestety, nie pamiętam, w jakim sklepie można było kupić taki cudowny prezent, ale obraz przy okazji wizyt w Trójmieście oglądam do dziś.

Paul Gauguin, Van Gogh malujący słoneczniki

Wydaje mi się, że już pod koniec czasów Gierka było wiadomo, że reprodukcja Słoneczników to jeden z podstawowych banalnych elementów, składających się na klasyczne mieszkanie inteligenta: regał Kowalskich, pralka Frania, encyklopednia PWN, ceramika z Włocławka, palmy wielkanocne z Cepelii, obrus mereżkowany z Polskiego Lnu i van Gogh.  Jedyny obcy wtręt w swojskim obrazie peerelowskiego dostatku. Grażyna Bastek, znana mi osobiście 🙂 historyczka sztuki pisze w Newesweeku: Wśród kilku obrazów, których tytuły mógłby wymienić niemal każdy, są „Słoneczniki” Vincenta van Gogha. Ich popularność nie ominęła również Polski. Każdy z nas widział na ścianie u babci, cioci lub u znajomych kupioną zapewne w kiosku Ruchu i wyblakłą po latach reprodukcję słynnego płótna.

Muzeum Śląska Opolskiego zachęca do obejrzenia wystawy Tak się mieszkało w PRL:

Cerata na stole, obowiązkowy fikus przynajmniej w jednym pokoju czy słoneczniki Van Gogha na ścianach – to tylko niektóre elementy wystroju mieszkań charakterystyczne dla lat głębokiego komunizmu w Polsce. Szczególnie dla młodego pokolenia, które poprzedniego ustroju nie pamięta, wizyta w mieszkaniu z lat 60 i 70 będzie bardzo cennym doświadczeniem. Zapraszamy więc na zwiedzanie.

(…)

Typowy salon Kowalskiego z okresu „komuny” jest naszpikowany oryginalnymi symbolami tamtej epoki. Uwagę przykuwa przede wszystkim sprzęt multimedialny, choć przedrostek multi to w tym przypadku znaczne nadużycie. Trzeba jednak pamiętać, że telewizor marki WZT był często jedynym w kamienicy. Niemniej ekskluzywne były adaptery „Bambino”. Rozglądając się po pokoju, można zauważyć przepych kryształowych naczyń – te z prawdziwymi kryształami nie miały nic wspólnego, jednak zdobione szkło uznawane było w owych czasach za symbol dobrobytu. Ściany ozdobione srebrnymi kwiatuszkami – oczywiście malowane tradycyjnym wałkiem.

Na ścianie wiszą reprodukcje znanych malarzy. Najbardziej popularne były słoneczniki Vincenta Van Gogha. W pomieszczeniu nie brakuje też zieleni. Sięgający sufitu fikus, osadzony w dużej donicy, często traktowany był jako popielniczka i podręczny kosz zarazem.

Alina Gierak kilka lat temu pisała w Gazecie Wrocławskiej:

W końcówce lat 70 szpanem wrocławskim było noszenie swetrów z wełny z Kowar. Przedsiębiorcze panie jeździły do tamtejszej fabryki dywanów i wracały z worami kolorowych nitek. Pracowicie je potem wiązały i dziergały swetry, czapki, szaliki. Szczytem awangardy było noszenie ich z pętelkami na wierzchu – po tym można było poznać artystyczną duszę i tak też nosili się bywalcy Festiwalu Teatru Otwartego czy Jazzu nad Odrą. Sweter z kowarskiej wełny można było także zobaczyć często w Pałacyku, kultowym klubie studenckim. Część pań wyżywała się plastycznie nie tylko w swetrach, ale także w kilimach wykonywanych z resztek wełny z Kowar. Profesorowe i gospodynie domowe wymieniały się wzorami, a najbardziej popularne kilimy przypominały obraz Van Gogha “Słoneczniki”.

Czyli nie myliłam się, nawet pobieżny przegląd publikacji internetowych pokaże, że Słoneczniki van Gogha to było w PRL prawdziwe “coś”! Gorzej z reprodukcją dawnego wnętrza. Ale wydaje mi się, że oferowana w Bieruniu reprodukcja ma peerelowską proweniencję:

No i ta drabina obok…