Polacy Żydzi 1

Nie, nie polscy Żydzi, ale właśnie tak: Polacy Żydzi.

Przyszły dwa maile jednocześnie, dlatego publikuję je razem:

Krzysztof Mika

Dwa powstania warszawskie

Rok to fatalny – same żydowskie rocznice: a to 75-lecie powstania w getcie, a to 50-lecie Marca 68, a to Bartoszewski, a to Sendlerowa. Zdrowonarodowy trzon społeczeństwa musi znosić takie okropieństwa! Trudno zatem się dziwić , że dano odpór i któryś z rządowych – narodowych intelektualistów przekonał Naczelnika, a ten wydał odpowiednie dyrektywy i myk, myk, i jest nowela ustawy o IPN-ie. Sukces był nieunikniony.

Ale ja nie o tym. Bo to już wszyscy „obrobili”.

Ja o trwałości pewnych schematów myślowych, które skutecznie wbili nam w głowy Niemcy w ramach Holocaustu. Na początek takie oto pytanie: ile było powstań warszawskich? No wiadomo – jedno w 44. Tak odpowie większość zapytanych. A ja powiem tak: były dwa. Jak to? Przecież tamto to Żydzi i w getcie. No to teraz zamieńmy getto na dzielnicę północną, a Żydom nadajmy ich prawdziwy status , czyli obywateli polskich pochodzenia żydowskiego. To powstanie to reakcja na zagładę ok. 300 tysięcy obywateli polskich. Tak, obywateli polskich. Sukces niemieckiej socjotechniki wyrażał się m.in. w tym, że przestali oni być postrzegani właśnie jako obywatele, więcej jako ludzie. Do dziś w większości tzw. słusznej narodowej publicystyki obowiązuje dychotomiczny podział: Polacy i Żydzi. Choć to kompletna bzdura, bo tak naprawdę to Polacy i… Polacy. Historycznie to jeszcze bardziej paradoksalne, bo są oni obecni w Polsce od czasów piastowskich. Nawet ostatnio premier wspomniał Ibn Jakuba. Holokaust zatem nie dotyczył Żydów, ale milionów obywateli polskich.

I tu wracamy do powstań warszawskich: zadziwiająca jest symetria beznadziejności i strat. Zresztą powstań w dzielnicach zamieszkałych przez Polaków pochodzenia żydowskiego było znacznie więcej. Były również bunty w obozach. To tak w kwestii podnoszonej ostatnio przez któregoś z tuzów intelektualnych tezy o bierności żydowskiej. Konflikt wokół noweli ustawy natychmiast zaowocował komentarzami nt. mienia żydowskiego i roszczeń. To proponuję znów zmienić kategorie: przecież to mienie polskie, bo obywateli polskich. Nikt jakoś się nie buntuje przeciwko odszkodowaniom z tytułu mienia polskiego pozostawionego na Kresach… Tam można, a tu? Strasznie płyciutka ta nasza sprawiedliwość dziejowa. Z mocy prawa mienie to powinno być traktowane tak samo jak każda inne własność, ale nie: ono jest żydowskie. Zresztą historia w pewnym stopniu powtórzyła się w roku 1968, kiedy to przydzielano mieszkania pożydowskie. Zresztą, jak się bliżej zastanowić, to był to kolejny pogrom, na szczęście bezkrwawy. A zatem Polacy i Polacy.

A teraz odrobinę spraw personalnych, jak mawiają Rosjanie „po otczestwie”. Że różni durnie wypisują bzdury antysemickie – trudno. Ale że facet wykształcony zdolny autor, humanista i polonista bredzi, to straszne. Mowa o Rafale Ziemkiewiczu, z którym kiedyś pracowałem w radio i …było miło. A dziś zamienił się w pieszczocha władzy i i co słyszymy: Żydzi to parchy. W najlepszym przedwojennym stylu pałkarzy Falangi… Wcześniej wypisywał głupoty o gettach ławkowych i numerus clausus przed wojną (historia to jednak dla niego materia zbyt złożona), ale teraz poszedł na całość. A co powiedzieć o tych, którzy ten czarny bełkot drukują? Przecież wszyscy oni to zapewne chrześcijanie i katolicy. Czy Jezus Chrystus to też parch? Jak to się wszystko w tych łepetynach składa do kupy, nie sposób pojąć. Na pewno pomaga w tym ciche przyzwolenie władzy, która głośno deklaruje dezaprobatę dla antysemityzmu, a na boku pozwala robić swoje. Zresztą trudno się dziwić: ideałem Polaka jest osobnik o plemiennym sposobie myślenia, taki kibol narodowy w koszulce z hasłami o białej Europie i ewentualnie żołnierzach wyklętych. To niezwykle wygodne dla władzy, bo działa na prostej zasadzie: my – obcy, a obcych należy lać. Jeśli do tego dołożymy antyelitarność i antyintelektualność to wypisz wymaluj lata 30 w Niemczech i w Polsce, choć tu nieco hamowano, delegalizując ONR. Teraz działa w majestacie prawa, co też o czymś świadczy. O czym dopowiecie sobie sami, jeśli zestawicie to z deklaracjami Naczelnika.

A jeśli jeszcze weźmiecie pod uwagę pewien znany z psychologii model komunikacji bierno-agresywnej, to wszystko się złoży w jedną spójną całość. Z jednej strony strzeliste deklaracje przeciwko faszyzmowi i antysemityzmowi a z drugiej po cichu: róbcie swoje chłopaki moje nacjonalistyczne. Zresztą tę strukturę myślową najlepiej obrazuje wypowiedź naczelnika o obcych przynoszących zarazę i pasożyty. Wypowiedź nota bene katolika. W historii to już było: „Żydzi to wszy”. Ale tamci przynajmniej nie udawali katolików.

***

Ten przejmujący wiersz przysłano mi z tzw. obozu narodowego w kilka dni po koszmarnej wypowiedzi premiera KM, że w roku 1968 to nie Polska zrobiła Marzec tylko komuna, a Polski nie było, wypowiedzi w dzień później “poprawionej” przez premiera stwierdzeniem, że oprócz Niemców byli oprawcy polscy, tak jak byli ukraińscy i żydowscy. I wtedy można sięgać do głębin rozpaczy i bez wstydu wyciągnąć ten wiersz – nie po to, by zastygnąć w grozie, lecz by zrobić z niego propagandową chorągiewkę do wywijania. 
Jak nisko trzeba upaść…

Izaak  Kancenelson

Pieśń o zamordowanym narodzie żydowskim!…

Niech przemówi pamięć poety… Jam jest ten, który to widział,
który przyglądał się z bliska,
Jak dzieci, żony i mężów, i starców mych siwogłowych
Niby kamienie i szczapy na wozy oprawca ciskał
I bił bez cienia litości, lżył nieludzkimi słowy.
Patrzyłem na to zza okna, widziałem morderców bandy
– O, Boże, widziałem bijących i bitych, co na śmierć idą…
I ręce załamywałem ze wstydu… wstydu i hańby
– Rękoma Żydów zadano śmierć Żydom – bezbronnym Żydom!
Zdrajcy, co w lśniących cholewach biegli po pustej ulicy
Jak ze swastyką na czapkach – z tarczą Dawida, szli wściekli
Z gębą, co słowa im obce kaleczy, butni i dzicy,
Co nas zrzucali ze schodów, którzy nas z domów wywlekli.
Co wyrywali drzwi z futryn, gwałtem wdzierali się, łotrzy,
Z pałką wzniesioną do ciosu – do domów przejętych trwogą.
Bili nas, gnali starców, pędzili naszych najmłodszych
Gdzieś na struchlałe ulice. I prosto w twarz pluli Bogu.
Odnajdywali nas w szafach i wyciągali spod łóżek,
I klęli: „Ruszać, do diabła, na umschlag, tam miejsce wasze!”
Wszystkich nas z mieszkań wywlekli, potem szperali w nich dłużej,
By wziąć ostatnie ubranie, kawałek chleba i kaszę.
A na ulicy – oszaleć! Popatrz i ścierpnij, bo oto
Martwa ulica, a jednym krzykiem się stała i grozą –
Od krańca po kraniec pusta, a pełna, jak nigdy dotąd –
Wozy! I od rozpaczy, od krzyku ciężko jest wozom…
W nich Żydzi! Włosy rwą z głowy i załamują ręce.
Niektórzy milczą – ich cisza jeszcze głośniejszym jest krzykiem.
Patrzą… Ich wzrok… Czy to jawa? Może zły sen i nic więcej?
Przy nich żydowska policja – zbiry okrutne i dzikie! A z boku –
Niemiec z uśmiechem lekkim spogląda na nich,
Niemiec przystanął z daleka i patrzy – on się nie wtrąca,
On moim Żydom zadaje śmierć żydowskimi rękami!

Warszawa 1944

Halszka (3)

Janina Kowalska

Wspomnienia o mojej mamie – dziecko

Czas mijał na pracy, graniu w tenisa, brydżu, spotkaniach towarzyskich i rodzinnych, kinie i teatrze, oczekiwane dziecko jakoś się nie zjawiało. Sądzę, że w tym czasie Halszka pogodziła się z myślą, że dzieci mieć nie będzie. Aż tu niespodzianka, po sześciu latach małżeństwa jest ciąża, powitana radośnie i dobrze znoszona przez Halszkę. I tak w zimną listopadową noc 1929 roku urodziłam się ja – Janka! Byłam jedynym dzieckiem w rodzinie mamy, bo Ryszard był typowym „starym kawalerem”, Cezia wyszła za mąż i po dwóch latach zmarła, a Edward i jego żona nie mogli mieć dzieci.

Wychowywała mnie niańka, mama mnie nie karmiła. Byłam dzieckiem wątłym, chorowitym. Więcej było ze mną kłopotów niż radości. Źle spałam, usypianie mnie odbywało się na ”trzy zmiany”, niańka mi śpiewała, mama deklamowała wierszyki, a później wartę obejmował ojciec i śpiewał mi, czasami sprośne, piosenki wojskowe, bo ponoć przy nich najlepiej zasypiałam. Znam to, oczywiście z opowiadań ojca.

Jak podrosłam nieco, to się okazało, że jestem strasznym niejadkiem i wmuszenie we mnie jedzenia było męką dla karmiących i dla karmionej, a to już pamiętam bardzo dobrze. Mama pracowała i zajmowała się mną popołudniami, a rano opiekowały się mną kolejne służące.

Sparaliżowany dziadek razem z żoną Wiktorią i Ryszardem mieszkał w Zielonce, gdzie mieszkał również Edward z żoną i jej rodziną.

W 1931 roku zmarła babcia Wiktoria i wtedy dziadek z Ryszardem zamieszkali razem z nami w dużym, słonecznym mieszkaniu na Ochocie, na peryferiach ówczesnej Warszawy. Ryszard pracował jako rewident księgowości w kilku różnych instytucjach, miał więc ruchomy czas pracy, doglądał dziadka i mnie, a gospodarstwem zajmowała się służąca. Dużo chorowałam, najczęściej miewałam anginy, po przechorowanej zimie odbyło się w domu konsylium lekarskie, które orzekło, że dobrze by było zamieszkać gdzieś poza miastem, gdzie będzie świeże powietrze, dużo zieleni i las. Oczywiście wybór padł na Zielonkę, gdzie już mieszkała rodzina. Znaleziono nam ładne mieszkanie i wszyscy z dziadkiem i Ryszardem przeprowadziliśmy się do Zielonki.

Trzeba było zaangażować nową pomoc domową, ale taką, która zajmie się całym gospodarstwem i były z tym kłopoty. Po kilku nieudanych próbach znaleziono doskonałą gosposię, która była z nami aż do wybuchu wojny. Wszyscy dorośli mieli utrudnioną drogę do pracy, bo trzeba było dość do stacji i dojechać do Warszawy pociągiem.

Halszka miała długie warkocze, ale kiedy nastała moda na krótkie włosy, z bólem serca obcięła je – było to już po zamążpójściu. Do fryzjera chodziła się tylko strzyc, sama myła głowę i suszyła, przeczesując włosy grzebieniem, a te same układały się ładnie w modne fale. Nie nosiła też obowiązujących w tym czasie kapeluszy. Nosiła w zimie beret, a w lecie chodziła z gołą głową. Była bezpretensjonalna, nigdy się nie malowała i nie nosiła żadnej biżuterii, jedynie złotą obrączkę ślubną, i żadnych ozdób, korali lub broszek. Ponieważ była wysoka, chodziła zawsze na płaskich obcasach. Ubierała się według obowiązującej mody, bo w tym okresie zmieniała się długość sukien i spódnic. W zimie nosiła futro, które dostała od teścia i wypadało je zaakceptować i nosić.

W Zielonce działał oddział organizacji Związku Pracy Obywatelskiej Kobiet. Halszka szybko znalazła kontakt z tymi paniami i włączyła się w ich pracę społeczną. Właśnie w tym czasie panie zorganizowały w Zielonce przedszkole, którego jedną z pierwszych wychowanek byłam ja. Przedszkole działało długo i było dobrze prowadzone.

Halszka dojeżdżała do pracy pociągiem i tramwajem, bo pracowała w śródmieściu Warszawy, wracała więc późno do domu i miała ze mną mały kontakt. Wychowanie mnie polegało najczęściej na besztaniu, jak coś źle zrobiłam. Jeżeli ktoś się mną zajmował, uczył mnie rysować, nie bać się burzy, gimnastykował się ze mną, to był to wujek Ryszard. Mając sześć lat rozpoczęłam naukę szkolna, ale nie poszłam do szkoły, tylko zebrano czwórkę sześciolatków i naukę ich powierzono emerytowanej nauczycielce z mieszczącego się w Zielonce Schroniska dla Nauczycielek. Pani ta była ponoć specjalistką nauczania początkowego, ale my tego nie odczuliśmy. Była to starsza pani, zmęczona dawną pracą w szkole i zanudzała nas lekcjami. Nikt nie sprawdzał, co ta pani robi i jak nas uczy. Żadnej z czterech mamuś nie przyszło do głowy, ile szkody może przynieść dziecku nieumiejętne nauczanie czytania i pisania. Szkody te odkryła w czasie wakacji moja babcia (mama Wiktora), która była psychologiem i zainteresowała się tym, że ja właściwie nie umiem czytać; usiłowała to naprawić, ale miała do dyspozycji tylko miesiąc wakacji. W domu, w czasie nauki w klasie pierwszej i drugiej, nikt nie sprawdzał, czy odrabiam lekcje, czy prowadzę jakieś zeszyty, piszę coś. Z tego powodu, kiedy poszłam do klasy trzeciej, do normalnej szkoły w Warszawie, miałam spore kłopoty. Był duży krzyk w domu, kiedy pewnego dnia przyniosłam dzienniczek z trzema ocenami niedostatecznymi. Czym skorupka… niestety, do końca szkoły nie prowadziłam porządnie zeszytów!

Nie było łatwo dostać się do szkoły w Warszawie, kiedy się mieszkało poza miastem, potrzebna była protekcja, ale wujek Michał (szwagier taty) był pediatrą i pracował w szkole na ul. Hożej. Tam zostałam zapisana do trzeciej klasy. Musiałam dojeżdżać do szkoły tramwajem. Trochę to było daleko, a ja miałam osiem lat, ale według rodziców „dzielna Janka” da sobie radę.

Rano szłam do stacji w Zielonce, wsiadałam do pociągu i jechałam do dworca Wileńskiego 15 minut, skąd tramwajem „M” jechałam prawie pół godziny do placu Trzech Krzyży i dochodziłam do szkoły ulicą Hożą. Pierwszy tydzień jeździła ze mną mama, a następnie już jeździłam sama, nie wiedziałam jednak, że w drugim wagonie tego samego tramwaju jedzie mama i obserwuje mnie. Miałam w warkocze wplecione duże białe wstążki, żeby mama, krótkowidz, mogła mnie widzieć z daleka. Po tych dwóch tygodniach jeździłam już sama. Dziś mi się wydaje, że mama mogła mnie przez cały rok odwozić do placu Trzech Krzyży, dalej Hożą mogłam iść sama, a mama do pracy na Chmielną miała stąd niedaleko, ale jakoś nikomu to nie przyszło do głowy. Wiem, wiem, nie było wówczas takiego ruchu jaki jest dziś, ale był to jednak środek dużego miasta i małej dziewczynce wszystko mogło się przytrafić. Powrotną drogę odbywałam tak samo, a te podróże zajmowały mi około dwóch godzin dziennie.

Halszka działała też w zielonkowskim kółku teatralnym i w Z.P.O.K. Nie pamiętam, jakie sztuki kółko wystawiało, ale pamiętam, że organizowało akademie z okazji świąt narodowych i ja też czasami deklamowałam tam jakieś wierszyki.

W 1935 roku zmarł Dziadek, mieszkający z nami. Został u nas wujek Ryszard, który się często mną zajmował. W czasie letnich dni rojno było u nas i gwarno, zjeżdżali się znajomi, grali w modnego wówczas brydża, a ja siadałam komuś na kolanach i próbowałam odgadnąć zasady gry.

W czasie letnich wakacji wyjeżdżaliśmy nad morze, na półwysep helski, jechaliśmy całą rodziną, bo jechało też z nami moje cioteczne rodzeństwo, Irena i Lutek. Czasami na drugi miesiąc wakacyjny dzieci jechały do dziadków do Śródborowa. Taki tryb życia rodzina prowadziła do wybuchu II Wojny Światowej, czyli do 1 września 1939 roku.

Stuart 41

A Flock of birds hovering above – just a flock of birds
That’s how you think of love
And I always look up to the sky
Pray before the dawn
Cause they fly away
Sometimes they arrive
Sometimes they’re gone
Fly on

Stado ptaków unoszących się na niebie
To tylko stado ptaków – tak myślisz o miłości
Zawsze wpatruję się w niebo
I modlę się przed świtem.
Bo one odlatują
Czasami przybywają
Czasami znikają
Lecąc dalej

Coldplay – Fly On

Joanna Trümner

„Nie, duch święty nie pomógł”

„Nie, duch święty nie pomógł”, odpowiedziała Jane. „W życiu możesz liczyć tylko na siebie, nikt ci nie pomoże, ani człowiek ani duch święty, wszystko trzeba zdobyć samemu, dyscypliną i ciężką pracą”, powiedział Brian, naśladując głos ojca. Na wspomnienie rodzinnego domu rodzeństwo równocześnie wybuchnęło śmiechem. „Jak dobrze, że się odnaleźliśmy. Z nikim innym nie potrafię się tak śmiać, aż mi się nie chce wierzyć, że straciliśmy się z oczu na tyle lat. Z takim przyjacielem jak on wszystko jest łatwiejsze”, myślała Jane.

Po chwili milczenia zaczęła opowiadać bratu o ojcu Sally: „Na przedostatnim roku studiów dostałam roczne stypendium w Stanach. Stypendium, o którym marzyłam od lat. Wylądowałam na Uniwersytecie Mississipi, w strasznej dziurze, do dzisiaj się zastanawiam, kto wpadł na idiotyczny pomysł nazwania tego miasteczka Oxfordem. Szczerze mówiąc nie ma tam zbyt wiele, oprócz uniwersytetu oraz pól kukurydzy, bawełny i fistaszków. No i oczywiście prężnej grupy Ku Klux Klanu. Jednym słowem kompletny koszmar i szarość amerykańskiej prowincji. Natychmiast, gdy zobaczyłam Oxford, zaczęłam tęsknić za Londynem. Na szczęście zamieszkałam z Marią, Włoszką z Bostonu, z którą się szybko zaprzyjaźniłam. To ona namówiła mnie do pójścia na bazar w kościele katolickim niedaleko uniwersytetu. Tam poznałam Ducha Świętego, który od razu mnie urzekł. Był przystojny, zbyt przystojny na księdza, ale ujął mnie przede wszystkim spokojem. Gdy poznaliśmy się blipżej, czułam się przy nim jak najważniejsza osoba na świecie. Tak bardzo różnił się od mężczyzn, a właściwie chłopców, których poznawałam do tej pory, onieśmielał i intrygował . Natychmiast się zakochałam.

W kilka tygodni potem zostaliśmy parą. Parą, która musiała ukrywać się przed całym światem. Ta zabawa w chowanego miała w sobie coś zagadkowego i romantycznego. Podobnie jak czas, który spędzaliśmy razem. Nigdy nie prowadziłam tak intensywnych rozmów o życiu, filozofii, wierze, filmach. Duch Święty, który w rzeczywistości miał dosyć tuzinkowe imię, John, zaskakiwał mnie nieraz bardzo tolerancyjnymi jak na księdza poglądami. No ale chyba musiał, zważywszy, że zostaliśmy parą. To był pierwszy mężczyzna, który mi bezgranicznie imponował.

Spotykaliśmy się w hotelach w okolicy, przyjeżdżaliśmy za każdym razem osobno i nie wychodziliśmy z pokoju w obawie, że natkniemy się na kogoś, kto go zna. Maria była jedyną osobą, która wiedziała, dokąd znikam wieczorami.

Tak bardzo chciałam spędzić z nim czas, że zaczęłam chodzić na każdą mszę, każdą procesję i wszystkie kościelne bazary. Jedenaście miesięcy stypendium minęło bardzo szybko. Podczas ostatniej rozmowy płakaliśmy oboje. Przy rozstaniu John unikał odpowiedzi na moje ‘co dalej’, to wyłącznie moja wina, że lakoniczne ‘czas pokaże’ potraktowałam jak obietnicę wspólnej przyszłości. W kilka tygodni po powrocie do Anglii zorientowałam się, że jestem w ciąży. Napisałam do Johna długi list. Nigdy nie dostałam odpowiedzi. Nigdy go też nie zobaczyłam.

Jedyny list, jaki przyszedł do mnie ze Stanów, był list Marii, w którym pytała, jak może mi pomóc. Wkrótce potem przyleciała do Londynu i była pierwszą osobą, która wspólnie ze mną zastanawiała się, co robić? Pożyczyła mi trochę pieniędzy, na których zwrot musiała czekać pięć lat. Nasza przyjaźń trwa do dzisiaj, przed kilkoma miesiącami odwiedziłam ją w Bostonie. Przez chwilę czułam impuls, żeby wsiąść do samolotu, odwiedzić Ducha Świętego i opowiedzieć mu o nas obu, o Stelli i o mnie. Nieraz zastanawiam się, co by było, gdybyśmy się jednak spotkali? Czy poznałby mnie po ponad dwudziestu latach? Czy chciałby dowiedzieć się czegokolwiek o córce? Czy Stella potrafiłaby zrozumieć, dlaczego nigdy się nami nie interesował? Co czuł, kiedy czytał mój wielostronnicowy list?

Po Duchu Świętym zdarzały mi się krótkie romanse i przygody, nie poznałam jednak nikogo, z kim chciałabym spędzić resztę życia. Kogoś, kto nie poszybuje dalej, tylko zostanie przy mnie na dłużej”.

„Musisz Stelli o tym wszystkim opowiedzieć. Ona ma do tego prawo”, skomentował Brian i patrząc na zagubioną minę siostry, zaproponował: „Jeżeli chcesz, zrobię to za ciebie”. „Wiem, że ona musi się dowiedzieć, kto jest jej ojcem, zrobię to, ale potrzebuję jeszcze trochę czasu”, odpowiedziała Jane.

Od kiedy Stella poznała Sally, pobyt u wujka w Sydney stał się prawdziwą atrakcją. Młode kobiety spędzały ze sobą tak dużo czasu, że Stuart zaczął się wręcz niepokoić, że przestał być Sally potrzebny. „A o co jesteś zazdrosny?”, zapytała Sally na widok jego miny, gdy po raz kolejny powiedziała, że dwa następne wieczory spędzi ze Stellą. „Przecież nie robimy nic złego, pokazuję jej miasto, czasami chodzimy na jakąś imprezę, możesz zresztą pójść z nami”, dodała. Stuart nie wiedział, co o tym myśleć. Pod wpływem nowej przyjaciółki Sally stawała się innym człowiekiem, zaczęła go denerwować infantylnymi żartami i powierzchownością. Zamieniła sukienki na dżinsy i obcisłe swetry, zaczęła się mocno malować, w oczach Stuarta jej makijaż był wręcz wyzywający. Czasem dzwoniła nocą, gdy już spał, budziła go i prosiła, żeby odebrał ją z miasta. Była podpita. Gdy mówiła, „odbierz nas, boimy się same wracać”, miał ochotę trzasnąć słuchawką.

„Przecież nie można się aż tak bardzo zmienić”, zastanawiał się. „I chyba nie można się z dnia na dzień odkochać. Ciekawe, Sally jest przecież tylko o siedem lat młodsza, a ostatnio mam wrażenie, że dzieli nas pokolenie. Może ona taka jest i zawsze była, tylko ja tego nie potrafiłem albo nie chciałem zobaczyć? Może jestem tak zajęty sobą, że nie widzę tego, co dzieje się z innymi ludźmi? Przecież zdrady Meg też długo się nie domyślałem?”, westchnął, pocieszając się, że Stella za dwa tygodnie wróci do Londynu.

Stuart nie czuł się dobrze w małej stabilności, którą osiągnął. Wiedział, że nie prowadzi życia, które chciał prowadzić i że sam się okłamuje. Mimo, że lubił pracę w szkole i kontakt z uczniami, brakowało mu koncertów. Patrząc na stojącą w rogu sypialni gitarę, na której zaczęła się zbierać gruba warstwa kurzu, myślał o miesiącach spędzonych w trasie koncertowej po Australii i tęsknił za tamtym czasem. „Opamiętaj się, chłopie”, napominał sam siebie, „kiedy wreszcie dotrze do ciebie, że twój talent nie wystarczy na zrobienie kariery? Na gitarze możesz czasami zagrać, sobie albo znajomym”. Brakowało mu kogoś, z kim mógłby szczerze porozmawiać. Brian spędzał każdą wolną chwilę z siostrą, Tom był tak zajęty przygotowaniami do urodzin pierwszego dziecka, Kate podróżowała z rodziną po Australii, a Sally pod wpływem Stelli na jego oczach zmieniła się w rozchichotaną nastolatkę, która nigdy nie byłaby w stanie zrozumieć jego przemyśleń. W ciągu ostatnich dwóch tygodni spotkał ją tylko raz, czasami dzwoniła do niego kończąc rozmowę retorycznym pytaniem „Chyba nie jesteś zły, że mam teraz dla ciebie tak mało czasu?”

Sally zdawała sobie sprawę z tego, że Stuart czuje się zawiedziony, obiecywała sobie, że zaraz po wyjeździe Stelli nadrobi czas, którego mu teraz nie poświęcała. „On jest czasami taki poważny, nie potrafi zrobić nic spontanicznego, nic zwariowanego”, myślała, uciszając wyrzuty sumienia. Czas spędzany ze Stellą oznaczał poznawanie nowych zakątków miasta, codziennie innych ludzi i kończące się nad ranem wizyty w knajpach lub na przyjęciach. To był czas odpoczynku od codziennych obowiązków, z których składało się jej życie od chwili, gdy przyjechała do Sydney na studia.

Tego wieczoru poszły na party na kampusie uniwersyteckim. Świetnie się bawiły w towarzystwie studentów. O północy podpita Stella zastukała widelcem w szklankę od wina i głośno oznajmiła: „Nie wrócę do Anglii. Sydney jest najlepszym miastem na świecie. Może nawet zacznę studiować prawo? Nieraz jeszcze będziemy się bawić na imprezach, które ja wam urządzę”.

O czwartej nad ranem goście zaczęli wracać do domu. „Przejedźmy się na Bondi Beach”, zaproponował Josh, z którym Stella bawiła się przez cały wieczór. O piątej Stella, Sally, Josh i jakiś jego kolega oglądali wschód słońca na plaży, dopijając prosto z butelki resztki czerwonego wina. Stella nie pamiętała momentu, w którym sympatyczni mężczyźni zmienili się w brutali. Josh ciągnął ją za włosy po plaży, a następnie zgwałcił. Gdy później składały zeznania na policji, kobiety nie potrafiły zrekonstruować dalszego przebiegu wypadków, nie potrafiły też jednoznacznie rozpoznać mężczyzn, którzy na zawsze zmienili ich życie.

Stella z trudem przypominała sobie moment, w którym usłyszała odgłos odjeżdżającego samochodu. Wkrótce potem zobaczyła Sally, tak samo nagą i upokorzoną jak ona. Obydwie nie pamiętały, jak udało im się pokonać kilka kilometrów, dzielących je od najbliższej budki telefonicznej, z której Sally wykręciła numer telefonu Stuarta. Telefon dzwonił dwadzieścia razy, zanim odłożyła słuchawkę. Nigdy jeszcze nie czuła się bardziej samotna.

Młode kobiety siadły na ziemi opierając się plecami o budkę telefoniczną. Patrzyły przed siebie, nie wiedząc, co zrobić dalej. Sally zamknęła na chwilę oczy, kiedy je otworzyła zobaczyła zatrzymujący się przed nimi samochód policyjny.

Cdn.

Szopa w salonie 20 (reblog)

Boli.tyka

Łukasz Szopa

List do ambasadora RP w Niemczech, Andrzeja Przyłębskiego

Warszawa, 02.02.2018. Marszałek Senatu Stanisław Karczewski podczas konferencji prasowej po spotkaniu noworocznym z korpusem dyplomatycznym, 2 lutego 2018 roku w Senacie. (tg/pkus) PAP/Tomasz Gzell

Berlin, 19.02.2018

Szanowny Panie Ambasadorze,

Jako obywatel Polski żyjący zarówno w Polsce, jak i w Niemczech, nie zaliczam się co prawda do „Polonii“, pragnę jednak zareagować na list Marszałka Senatu, pana Stanisława Karczewskiego z dnia 07.02.2018, w którym wzywa on Polaków żyjących zagranicą do

„podejmowania wszelkich możliwych działań, których celem będzie upominanie się o prawdę historyczną“
i
„o dokumentowanie i reagowanie na przejawy antypolonizmu, krzywdzące nas sformułowania i opinie. Proszę o powiadamianie naszych ambasad, konsulatów i konsulów honorowych o pomówieniach naruszających dobre imię Polski“.

Wielu moich przyjaciół i znajomych – zarówno w Polsce jak i Niemczech – odebrało ten list jako bardzo bulwersujący apel, nawołujący do szpiclowania, donosów, a nawet „szmalcownictwa“.

Ja również uważam ową „zachętę“ jako bardzo kontrowersyjną, pragnę jednak z niej skorzystać – choć obce są mi pobudki jakiegokolwiek donosicielstwa.

Dlatego właśnie zwracam się do Pana, nie tylko jako urzędnika ambasady RP zagranicą, ale i osoby kompententnej w kwestii współpracy – jawnej czy tajnej – ze służbami, i chciałbym poinformować o dwóch przypadkach jak najbardziej „antypolskich“ jak i niezdodnych z prawdą historyczną wypowiedzi, naruszające dobre imię Polski:

1. Jarosław Aleksander Kaczyński, ur. 18.06.1949 w Warszawie, poseł na Sejm RP:

„Krajowa Rada Sądownictwa to jest niewątpliwie instytucja postkomunistyczna“

„Tusk ma krew na rękach” i „nie jest godny reprezentowania Polski za granicą”

„Dla mnie Wałęsa to TW Bolek“

2. Andrzej Przyłębski, ur. 14.05.1958 w Chmielniku, ambasador RP w Niemczech:

„PiS podnosi Polskę z ruiny, w której pogrążyła ją Platforma Obywatelska. W Polsce wszystko: instytucje państwowe, policja, wojsko, szkoły, uniwersytety, sądy, znajdowało się w głębokim kryzysie, który ukrywały media.“

Tutaj dodam, że nazywanie naszego kraju „ruiną“ jest ponadto wyrazem braku poszanowania dla historycznie faktycznych ruin – jak Aleppo, Grozny, Sarajewo czy powojenna Warszawa, i sytuacji ich mieszkańców.

Dlatego proszę – nawiązując do apelu Marszałka Karczewskiego – o niezwłoczne poinformowanie polskich instytucji czy urzędów (jakich – tego pan Karczewski niestety nie zdefiniował) o obu osobach i ich wyżej wspomnianych wypowiedziach niezgodnych z faktami historycznymi i naruszających dobre imię naszego kraju.

Z wyrazami szacunku

Łukasz Szopa

Oryginał listu do ambasadora RP

Barataria 53: Esperanza czyli nadzieja

Ewa Maria Slaska

Film z Bobem Hoskinsem

Mam na myśli film Don Kichote z roku 1999 (czy był to jednak rok 2000? – źródła plączą się tu jak rzeki na Baratarii), w którym oczywiście grają i inni – przede wszystkim John Lithgow jako sam Błędny Rycerz, prześliczna Isabella Rosselini jako Księżna i Vanessa Williams, Mulatka! – jako Dulcynea czyli wedle nowego tłumaczenia, Wojciecha Charchalisa – Cudenia. I zaiste – cudna. Ale nic to wszystko wobec Boba Hoskinsa jako Sancho Pansy, który jest po prostu genialny. Na szczęście wszyscy się jeszcze w polskim tłumaczeniu filmu (autorka tekstu Krystyna Pytlarz) plus minus nazywają tak, jak się do tego przez lata przyzwyczailiśmy, czytając (albo nie czytając) tłumaczenie Czernych czy Zakrzewskiego. Sancho Pansa to zatem wciąż jeszcze onże sam a nie jakiś Sancho Brzuchacz. Don Kichot jest Don Kiszotem a nie np. Nabiodrkiem lub Nagolennikiem, Rosynant nie nazywa się jeszcze Chabetonem, ale i film pozwala sobie na nowinki translatorskie, nie wiedzieć – z przekory, chęci unowocześnienia zramolałego tekstu czy, nie daj Boże – niewiedzy. Bezimienny w powieści Osioł Sancho Pansy to… Cętek! A sam bohater najgłówniejszy dostaje przydomek Rycerza Ponurej Facjaty. Ugggh! Jestem bardzo za nowinkami translatorskimi, tak bardzo za, że nawet przeciw, bo jednak bardzo byłam przywiązana do Rycerza Smętnego Oblicza. Ten chudy smutny gościu o pociągłej twarzy pasował jak ciałko do trumny do swego smętnego przydomka. Tymczasem ponurą facjatę ma, tak to czuję, knajak i cwel. No i błędni rycerze w nowoczesnej wersji językowej to rycerze wędrowni. No trudno, nie da się mieć wszystkiego, a film daje człowiekowi niemal wszystko. Jest wesoły i poważny, wierny (oryginałowi) i niewierny, oryginalny, a przecież  banalny, bo dokładnie odpowiada temu, co widzi każdy, gdy myśli o chudym rycerzu i jego grubym, małym giermku.

Wikipedia twierdzi, że Sancho Pansa w pierwszej części powieści jest postacią raczej komiczną i dopiero w drugiej otrzyma pogłębioną charakterystykę, przestaje być śmieszny, staje się człowiekiem mądrym i sarkastycznym. Filmowy Sancho Pansa godzi się na wyprawę z Don Kichotem, bo w domu plącze się z pół tuzina dzieci, żona jest wprawdzie ładna, robotna i zaradna, ale goni męża do roboty, a teściowa zrzędzi. Ale mądry i dowcipny jest już wtedy, gdy dopiero szykuje się do pierwszej swej przygody.

Oczywiście kluczowym momentem przygód Sancha Pansy jest objęcie funkcji gubernatora „wyspy” Barataria, która w filmie nazywa sią Esperanza – Nadzieja.  W książce „Wyspa” była niewielkim miastem, a powierzenie wielkorządztwa giermkowi Don Kichota było jednym z żartów wymyślonych przez Księcia i Księżnę. Niestety, i to jest najpoważniejszy brak tego filmu (reżyseria Peter Yates), Gubernatorstwo Baratarii trwa tylko jeden dzień i jedną noc. Już następnego dnia o świcie wrogie wojsko napada na Baratarię i jej gubernator czmyha. Gdy tymczasem w powieści Sancho rządzi przez dziesięć dni i okazuje się znakomitym zarządcą i sprytnym, inteligentnym sędzią.

To zresztą cecha, którą wszyscy pomijają. Wróćmy jeszcze na chwilę do Wikipedii, gdzie czytamy, że Sancho był człowiekiem spokojnym i rozważnym, choć brak mu było odwagi i determinacji w działaniu. Mimo pewnej naiwności, a nawet łatwowierności (np. nigdy nie przestał wierzyć, że naprawdę sprawował funkcję wielkorządcy wyspy Barataria) stał się symbolem zdrowego rozsądku, potrafiącego nie tylko czerpać dla siebie korzyści w świecie rządzonym przez obłęd i iluzję, lecz także dochować wierności podstawowym wartościom.

W potocznym pojęciu jest takim wioskowym mądralą. A ja twierdzę, że był mądry, że Cervantes chciał, żebyśmy zobaczyli tę jego mądrość, uważam, że w filmie rzeczywiście jest mądry, szkoda więc, że reżyser nie dał mu szansy, by się wykazał. Już sobie wyobrażam, co Bob Hoskins zrobiłby z tych kilku przykładów salomonowej wręcz mądrości, jakie zawiera epizod o Baratarii.


– Ruszam, by zostać gubernatorem wyspy.


– Jutro dostanę dwie lub trzy wyspy.


– Czekam na moją wyspę.


– Mój pan obiecał mi wyspę.
– Z tego co wiem, te wyspy nie są wcale takie piękne.
– A czemu to?
– Bo gubernator ma duże wydatki.


Książę: – Mam wyspę, potrzebuję gubernatora.


Książę: – Pamiętaj, jutro wyspa.


A teraz czas na nagrodę. Esperanza.


Wjazd do stolicy wyspy.
– Jakim cudem jest to wyspa, skoro leży na lądzie?
– Wyspa jest tak wielka, że morze jest daleko.
– Ale jeśli jest wielka, można sobie obiecywać spore dochody. Biorę więc ten klucz.



– Muszę dbać o zdrowie gubernatora. Gubernatorski obiad to woda!


List przywieziony przez książęcego posłańca.
“Pozdrawiamy Cię, żono Gubernatora. Księżna i Książę.”


– Wróg napadł na nas. Podnieś miecz i walcz w obronie wysypy!


– Nic nie widzę!


Powrót Gubernatora.


– Stęskniłem się za Panem i mam dość tej całej wyspy.


– Zostawiłem wyspę, bo tęskniłem za wami.


– Nie chcę nic więcej słyszeć o żadnej wyspie.

Neue (junge) Prosa aus Berlin

Helena Kargol

Eines Tages, Baby, werden wir alt sein

Sonder:
The realization that each random passerby is living a life as vivid and complex as your own.

August, 2017

Meine Geschichte beginnt im Sommer 2017… falsch, das ist gelogen! Meine Geschichte beginnt Juni 1998, da erblickte ich zum ersten mal das Tageslicht, doch auch dies ist nicht der Anfang meines Daseins, denn es ist nicht mein Verdienst, dass ich auf dieser Welt bin.

Ihr denkt bestimmt, nun es sei die Leistung meiner Eltern, doch auch das sind nur zwei Menschen mit unterschiedlichen Gonosomen. Es sind zwei verschiedengeschlechtliche Individuen, die sich durch einen Zufall kennengelernt haben, sich anziehend fanden und so daraus ein Kind entstanden ist.

Fragt ihr euch manchmal was passieren würde, wenn eine Sache in der Vergangenheit anders verlaufen wäre, ob es euch dann überhaupt geben würde? Ob diese einzigartige Mischung von Genen und Atomen, was ihr als euer „Ich“ kennt, überhaupt lebendig wäre?

Was wäre, wenn meine Urgroßmutter auf ihre Mutter gehört hätte und nicht in die große Stadt gezogen wäre und dort nie ihre große Liebe kennengelernt hätte, was wäre, wenn nicht meine Oma, sondern ein anderes Kind von dem lieben Großstadtpaar adoptiert worden wäre, was wäre wenn meine Mutter an diesem Abend nicht auf diese Party gegangen wäre …

Schicksal ist eine lustige Sache …

So ist es wohl Schicksal, dass ich an diesem heißen Augusttag schwitzend in einem der hässlichsten Kleider, welches je meinen Körper umhüllte, in unserem Familienferienhaus in Polen stand.

Ich sah aus wie ein Hobbit … nein, wie ein fetter Hobbit. Fakt ist, man könnte mich neben ein Schweinchen im Tütü stellen und man hätte Schwierigkeiten den Unterschied zu erkennen. In der Mitte wurde ich mit einem blauen Band umgebunden, sodass ich wie ein Geschenk aussah und der Inhalt war mein Fett, welches sich an meinem unteren Bauch festsetzte.

Wer bestellt auch „One size“ Brautjungfernkleider und erwartet, dass jede Frau gut aussieht? Es tut mir leid, dass ich nicht so viel Zeit wie gelangweilte Dorfmädchen habe, um mich um meine Figur und mein Aussehen zu kümmern und es tut mir Leid, dass beide meine Eltern klein sind und ich aus irgendeinem Grund noch kleiner bin und es tut mir leid, dass ich von einem Auto angefahren wurde und nun meine Füße nach fünf Minuten in Highheels wehtun.

Ich rollte mit den Augen uns biss mir auf die Zunge, seit wann war ich denn so oberflächlich und beschäftigte mich mit trivialen Sachen wie Schönheit?

Eine Sache, welche wir in unserem Leben mit Gewissheit festhalten können, alles was in unserem Leben passiert, ist auf der Langstrecke egal. Es gibt tausende Studien darüber, in wie vielen Millionen von Jahren die Menschenrasse aussterben wird. Wir wissen zwar nicht, ob es so durch unsere selbstzerstörerische Art passiert, durch eine Naturerscheinung oder eine weiterentwickelte Spezies, die ihren Weg zur Erde findet und uns wie Abfall ins All wirft. Wir wissen jedoch, dass die Menschheit nicht für die Ewigkeit ist. Für mich klingt es sehr erstrebenswert, Gleichgültigkeit als mein Lebensmotto anzunehmen, doch zu meinem Bedauern hat das Menschenwesen einen großen Defekt, welcher als „Gefühle“ bekannt ist. Bevor jetzt jemand mit den Augen rollt und meint „sie sagt das ja nur, weil sie von einem Typen verletzt wurde“. Nein, das ist nicht der Fall, ich sehe das größere Bild.

Wieso funktioniert das politische System des Kommunismus nur in der Theorie? Ein Prinzip in dem jeder Mensch die gleichen Rechte, den gleichen Besitz, einen festen Arbeitsplatz hätte … hätte hätte Fahrradkette. Die Bevölkerung leidet unter dem Streben nach Ansehen, jeder will besser sein als der andere und das resultiert, indem das Glück der Einen auf dem Unglück der Anderen beruht. Und wieso sind wir so? Weil wir die Sklaven der Chemie sind, welche unseren Körper steuert. Ein andauernder Wechsel von Serotonin, Dopamin, Adrenalin, Cortisol. Hormone, die mich davon hindern alles aufzugeben und den Rest meines Lebens im Bett zu verbringen. Sie bringen mich dazu mein Leben mit einem gequälten Lächeln auf den Lippen durchzustehen. Sie hindern mich daran, mein Aussehen wirklich als egal anzusehen, denn ich strebe danach, dass wenn ich mich schon selbst nicht schön finde, es jemand anders tut, es mir sagt und meine Nerven Dopamin ausschütteln und ich dieses angestrebte Glücksgefühl spüre. Doch mehr als Chemie ist das nicht.

Mein Körper hat natürlich auch viele andere Defekte, wie eine wunderbare unerforschte Immunschwäche, eine Unterentwicklung der Muskelstruktur, Übergelenkigkeit und Unverträglichkeit von Laktoseprodukten. Aber all dieses ist für mich mehr überschaubar und erträglicher als „Gefühle“.

Ich holte tief Luft und setzte mich aufs Bett. Seit vier Jahren war ich nicht mehr in diesem Haus gewesen, seit drei Jahren habe ich meine Cousine Daria nicht mehr gesehen und trotzdem war ich ein Teil ihrer Hochzeit. Als wir klein waren verbrachte ich jede Ferien mit ihr in diesem Haus, wir redeten über unsere Zukunft und schworen, dass wir uns zusammen ein Haus kaufen würden, welches an der Grenze zwischen Polen und Deutschland liegen würde, wir würden Kinder zur gleichen Zeit bekommen, welche selbstverständlich beste Freunde sein würden, wie auch unsere Ehemänner…Wir verbrachten Stunden, sogar Nächte, indem wir Ikea Kataloge auf dem Dachboden zerschnitten und unser perfektes Leben planten.

Doch dann passierte es! Die Pubertät. Der Albtraum aller Eltern, wie es manche sagen, welche die, die Pubertät schon durchgestanden haben. Das ist kompletter Schwachsinn. Denn der schlimmste Albtraum ist es für einen selbst. Als Elternteil hat man bereits seine eigene Pubertät durchlebt und man möge es nicht glauben, aber anscheint können Eltern die plötzlichen emotionalen Ausbrüche nachvollziehen. Doch man selbst ist komplett planlos. Man ist jemand und glaubt zu meinen man will diese Person sein, doch eigentlich will man diese Person nicht sein und irgendwo tief im Inneren weiß man das auch. Es ist schwer zu verstehen, aber man steckt drei Jahre lang in einer Identitätskrise. Aber keine Sorge auch das ist alles nur Chemie. Der Defekt des Menschen.

Und wer war ich? Ich war eine Bitch! Das fasst es ziemlich gut zusammen. Und jetzt kommt das schockierende: Die Pubertät waren die besten Jahre meines Lebens. Einmal in meinem Leben war ich nicht ich. Ich habe mich nie besser gefühlt als mit 15. Ich liebte jede Party, jeden Drink, jeden Jungen, jedes Mädchen….

Doch zurück zu meiner Cousine, um welche sich ja der heutige Tag dreht.

Ich fühlte mich als Berliner Stadtkind einem polnischen Dorfmädchen überlegen. Mir kam es als liege mir die Welt zu Füßen und ich müsste nichts mehr tun als die Hand ausstrecken. Daria schien für mich, wie gefangen in einem Käfig. Sie war immer so anständig, kümmerte sich um ihre kleinen Geschwister, schmiss den Haushalt, als ihre Eltern in der Arbeit waren. Sie war immer ordentlich angezogen, ihre Nägel perfekt gemacht und gut in der Schule war sie auch noch. Ich meinte immer wieder, dass sie loslassen sollte, locker werden und bisschen feiern müsste. Ich wusste schon früher, dass es für sie keine Option war mit all der Verantwortung, welche sie trug, so ein Leben wie ich zu führen. Ich gab ihr diese „Lebenstipps“ trotzdem, da ich sie eifersüchtig machen wollte (hab ja schon gesagt, dass ich eine Bitch war). Was mir nicht bewusst war, ist, dass sie so ein Leben auch nicht wollte. Als sie vor 6 Jahren ihren „in 5 Stunden“ Ehemann kennenlernte, zerbrach unsere unzertrennliche Freundschaft. Ich werde es nie laut sagen, aber sie hatte was, was ich nicht hatte, etwas wofür ich sie beneiden würde und das zerstörte meine Welt, denn ich sollte, doch die sein, die zu beneiden war. Ich ließ mich noch paar mal im Ferienhaus blicken, da meine Eltern noch die Macht hatten, darüber zu bestimmen, wo ich meine Zeit verbrachte, doch unser Geflüster auf dem Dachboden verwandelte sich in nichts bedeuteten Small Talk.

Die Wahrheit ist, dass ich mit meinen fast 20 Jahren nichts erreicht habe. Ich habe mein Abitur dieses Jahr bestanden, aber ehrlich gesagt schafft das heutzutage fast jeder. Gestern habe ich bestätigt Bioinformatik an der Freien Universität zu studieren, aber bevor ich damit möglicherweise in einem positiven futuristischen Szenario erfolgreich werde, wird das noch zehn Jahre dauern. Zehn Jahre in denen ich arm, gestresst und verwirrt bin. Wahrscheinlich würde ich bis dahin immer noch in dem Gästezimmer meiner Schwester wohnen.

Meine Cousine würde in paar Stunden einen Ehemann haben, der kein Abitur gemacht hat, was ich mit meinen fünfzehn Jahren, als sehr schlechte Entscheidungen angesehen habe, doch nun war er Maurer, verdiente seit drei Jahren festes Gehalt und konnte sich und meiner Cousine ein Grundstück kaufen und ein Haus bauen. Meine Cousine würde ab Oktober Pädagogik studieren, doch im Gegensatz zu mir müsste sie sich keine Sorgen über ihre Zukunft machen, denn heute würde ihr jemand das Versprechen geben für immer für sie dazusein und ja ich betrachte die Möglichkeit der Scheidung ebenfalls, auch dort würde sie mit Unterhaltzahlung umsorgt werden. Nun schien es, als wäre nicht mehr sie, sondern ich in dem imaginären Käfig von Verantwortungen gefangen.

Tatsächlich fühlte sich dieses Kleid an, als ob ich gefangen wäre, es presste meine Brüste an meinen Brustkorb und ich konnte kaum atmen. Dabei sahen meine Arme aus wie zwei Wiener Würstchen. Meine Dehnungsstreifen konnte man an meinen Oberschenkeln von hinten sehen und ihre Farbe komplementierte sich wunderbar mit der des Kleides.

Reblog: Królestwo, jakiego nie znacie

Reblog

Magda Bębenek

O Hawajach słyszeliśmy wszyscy, ale tak naprawdę prawie nic o nich nie wiemy. Kojarzą nam się z atakiem na Pearl Harbour, tancerkami w stanikach z kokosów i spódniczkach z trawy oraz zestawieniami najpiękniejszych plaż świata.

Tymczasem 17 stycznia br. tysiące Hawajczyków wyszło na ulice Honolulu, by uczcić swoją ostatnią królową, Lili’uokalani. W dniu 125 rocznicy obalenia jej rządów za sprawą zbrojnego przewrotu, zainicjowanego przez amerykańskich przedsiębiorców i przeprowadzonego w asyście amerykańskich wojsk, machali hawajską flagą i śpiewali hawajskie pieśni. Przyszli uczcić Lili’u, jak ją czule nazywają, ale również pokazać, że nadal tu są – potomkowie rdzennych Hawajczyków nie wyginęli.

Uczeni o Kapitanie Cooku i karmieni historiami jego wypraw oraz „odkryć” na Pacyfiku, a także znając Hawaje jako „pięćdziesiąty stan USA”, nie mamy pojęcia o bogatej historii tego archipelagu, ani o tradycjach i kulturze jego mieszkańców. Podobnie jak o ich państwowości, ciągnącej się od ponad wieku okupacji oraz coraz głośniej wyrażanych dążeniach do odzyskania niepodległości.

Gdy w 1778 roku Cook dotarł do wysp, które nazwał Sandwich Islands, Hawajczycy, Mauijczycy, Kauijczycy, Molokajczycy czy Oahuczycy (nazwy zmyślone przeze mnie na potrzeby tego wpisu), żyli tam już od ponad tysiąca lat (A). „Hawajczykami” nazywani byli jedynie mieszkańcy największej z wysp, Hawai’i, na świecie znanej pod nazwą Big Island. Przybyli oni z Tahiti, w tradycyjnych drewnianych czółnach, przepływając prawie 4500 kilometrów oceanu w linii prostej. Posługiwali się starożytną polinezyjską sztuką nawigacji morskiej, opierającą się na obserwacji elementów przyrody, głównie gwiazd, prądów morskich i fal. Opis tego wydarzenia żył w świadomości kolejnych pokoleń Hawajczyków (B) za sprawą tradycyjnych przekazów ustnych.

Ilustracja z książki Johna Webbera, angielskiego artysty, który brał udział w wyprawach Kapitana Cooka. "Owyhee" to jedna z ówczesnych nazw Hawajów wśród cudzoziemców.

Ilustracja z książki Johna Webbera, angielskiego artysty, który brał udział w wyprawach Kapitana Cooka. „Owyhee” to jedna z ówczesnych nazw Hawajów wśród cudzoziemców.

Hawajski kompas gwiezdny odtworzony przez Nainoa Thompsona na podstawie nauk pobranych od mikronezyjskiego nawigatora Mau Piailug’a

Pięć lat po tym, gdy Cook pierwszy raz dobił do archipelagu (drugi raz skończył się jego śmiercią, co wiąże się z fascynującą historią pełną zbiegów okoliczności, hawajskiej mitologii i… żelaza), młody wódz (ali’i) z wyspy Hawai’i, Kamehameha, zaczął swoją kampanię, mającą na celu podbicie wszystkich wysp. Dzięki dostępowi do broni palnej i prochu z Chin, wojsku, które zostało przeszkolone przez dwóch Brytyjczyków, oraz przejętemu wcześniej okrętowi Fair American, w 1810 roku Kamehameha (C) został ali’i nui Kamaehamehą I, pierwszym władcą zjednoczonego Królestwa Hawajów. Ustanowił tym samym dynastię królewską, która przetrwała sześćdziesiąt dwa lata.

W czasie śmierci Kamehamehy V i przejęcia władzy przez jego kuzyna Lunalilo, pierwszego powszechnie wybranego króla hawajskiego, Hawaje były już monarchią konstytucyjną z ministerstwami, Izbą Reprezentantów i Izbą Możnych (The House of Nobles). Mało tego, od 1842 roku uznawane były na arenie międzynarodowej za niepodległe państwo, a od 1846 roku Królestwo Hawajów podpisywało traktaty z najpotężniejszymi nacjami świata. Do czasu amerykańskiego przewrotu zbrojnego pod koniec XIX w. i rozpoczęcia okupacji, Hawaje powołały ponad dziewięćdziesiąt konsulatów i poselstw w miastach i portach całego globu.

Poczet królów hawajskich. Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 176

Królowie Hawajów
Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 176

Poczet królowych hawajskich. Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 178

Królowe Hawajów
Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 178

Kochani Czytelnicy, jeśli chcecie się dowiedzieć, co dalej, musicie się przenieść na bloga do Magdy Bębenek. Zróbcie to koniecznie, bo historia (Historia) jest fascynująca. A aby Was zachęcić, zostawiam tu zdjęcie tej niezwykłej królowej Hawajów :-).

Ostatnia królowa Hawajów, uwielbiana współcześnie Lili'uokalani

Ostatnia królowa Hawajów, uwielbiana powszechnie Lili’uokalani

Dalej i kolejne teksty TU


    1. W opracowaniach historycznych znaleźć można różne teorie dotyczące tego, kiedy pierwszy Polinezyjczy dotarli na Hawaje. Jedni mówią, że już na początku pierwszego tysiąclecia, inni, że na początku trzynastego wieku. Portal GoHawaii, prowadzony przez Hawajską Izbę Turystyczną, podaje „1500 lat temu”, czyli około roku 500 n.e.
    2. Terminu tego używać będę w jego współczesnym kontekście, to znaczy w odniesieniu do potomków polinezyjskich mieszkańców całego archipelagu.
    3. Pełne hawajskie imię: Kalani Pai’ea Wohi o Kaleikini Keali’ikui Kamehameha o ‚Iolani, i Kaiwikapu kau’i Ka Liholiho Kūnuiākea 🙂

68. Berlinale

Polinnen (und Polen) bei der Berlinale

Es ist nicht der wichtigste Filmfestival der Welt, aber er ist groß und wichtig genug, um alles inne zu haben. Unter den 400 Produktionen und Events des diesjährigen Festivals gibt es sowohl Noam Chomsky in der Reihe “Kulinarisches Kino” als auch Ai Wei Wei’s Doku-Film über Flüchtlinge Human Flows. Wie seit Jahren schon gibt es jede Menge Polen bei der Berlinale, bei dem Wettbewerb, bei verschiedenen Reihen, bei mehreren sehr interessanten Koproduktionen, von denen eine  (Dovlatov) auch im Wettbewerb läuft. Mich jedoch interessierten vor allem zwei junge Frauen, die von unserer Generation, den sog. Solidarność-Flüchtlingen als Kinder aus Polen weggeführt und nach Deutschland “gebracht” wurden.  Über diese Kinder eben schrieb Emilia Smechowski in ihrem 2017 erschienen Buch, dass sie “Strebermigranten” sind. Der Name ist nicht gerade schmeichelhaft, aber hat vielleicht was Wahres an sich. Und Schönes!

Wettbewerb
Twarz | Mug (Weltpremiere)
von
Małgorzata Szumowska

Jacek liebt Heavy Metal und seinen Hund. Die Feldwege vor der Haustür funktioniert er zur Rennstrecke um, die er mit seinem kleinen Auto entlangbrettert. Wenn er mit Freundin Dagmara die Tanzfläche betritt, gehen alle anderen sofort in Deckung. Er genießt das Dasein als cooler Außenseiter in einem ansonsten eher spießigen Umfeld. Die Muskeln trainiert er bei seiner Arbeit auf einer Großbaustelle nahe der polnisch-deutschen Grenze, wo die größte Jesusstatue der Welt entstehen soll. Doch ein schwerer Arbeitsunfall lässt sein Leben aus dem Groove geraten. Vollkommen entstellt, wird an Jacek unter reger Anteilnahme der polnischen Öffentlichkeit die erste Gesichtstransplantation im Land vollzogen. Als Nationalheld und Märtyrer gefeiert, erkennt er sich im Spiegel selbst nicht wieder. Die Jesusstatue aber wird immer höher und höher. Während sich die Ereignisse rund um Jacek überschlagen, behält der Film die Übersicht und scheint das Kameraobjektiv noch schärfer zu stellen. In Form einer bösen Farce reflektiert Twarz polnische Zustände, erkundet das Leben in der Provinz und zeigt ein Land, das seinen Glauben in Stein meißeln lässt.


Panorama
Wieża. Jasny dzień. | Tower. A Bright Day.
von
Jagoda Szelc

Frühsommer, die Natur leuchtet in sattem Grün. Mulas Tochter Nina wird ihre Erstkommunion feiern und die Verwandten reisen an. Unter ihnen auch Mulas Schwester Kaja, Ninas biologische Mutter, die sechs Jahre verschwunden war. Ihre Rückkehr löst bei Mula Verlustängste aus. Misstrauisch beäugt sie jede Annäherung der beiden. Die Kamera bewegt sich agil, wie ein weiteres Familienmitglied in einem Beziehungsdrama in schicker Landhauskulisse. Doch immer wieder laufen kleine Erschütterungen durch den Film, wie seismische Wellen, die von einem größeren Beben künden. Auf der Tonspur, durch jähe, blitzartige Schnitte und seltsame Vorkommnisse. Vielleicht sind die überraschende Genesung der Großmutter, der stammelnde Priester, der den Gebetstext vergisst, die Geräusche in der Wand Vorboten? Nur sind alle zu beschäftigt, um sie zu erkennen. Als Ereignisse aus der Zukunft beschreibt ein Zwischentitel den Film. Aus einer Zukunft, in der zunächst alles beim Alten ist, aber nicht bleibt. Sprengen die dezenten Genreelemente, die sich in der sommerlichen Idylle bemerkbar machen, einfach nur die Grenze zwischen Beziehungsdrama und Psychothriller, oder hat Kaja vielleicht eine ganz andere Mission?


Generation 14plus (Zeichentrickfilm)
Na zdrowie! | Bless You!
von
Paulina Ziółkowska

Vorsicht, Ansteckungsgefahr! Im urbanen Getümmel fliegen die Keime bunt umher. Einmal neben der falschen Nase gestanden, und schon ist es passiert. Auch beim Flirt mit dem schönen Gegenüber bekommt man eine Ladung ab. Und was, wenn man sich selbst ansteckt, wieder und wieder? Mit expressionistischer Farbigkeit und surrealen Formen und Figuren spielend, stellt die Animation Fragen an unseren Umgang miteinander.


Mitarbeit /Koproduktion:

Hommage an Willem Dafoe
Antichrist
von
Lars von Trier

Dänemark / Deutschland / Frankreich / Schweden / Italien / Polen 2009

Nach dem Unfalltod ihres kleinen Sohnes zieht sich ein Ehepaar in die Einsamkeit einer abgelegenen Waldhütte zurück. Während die Frau eine Mitschuld an dem Unglück empfindet, versucht ihr Mann, ein Psychotherapeut, die Angstpsychose, die sich bei ihr entwickelt hat, durch Gespräche und Übungen abzubauen. Doch anstatt ihre Trauer und ihren Schmerz zu lindern, steigert dies nur ihre Verzweiflung. Ihre zunächst autoaggressiven Schübe wenden sich schließlich mit aller Vehemenz gegen ihren Therapeuten … In Lars von Triers dunklem Psychohorror, in dem sich ein Ehepaar buchstäblich selbst zerfleischt, gelingt Willem Dafoe die intensive Darstellung eines liebevollen Ehemannes, der seine Emotionen nur schwer mit jener Rationalität in den Griff bekommen kann, die für einen behandelnden Therapeuten geboten wäre. Dabei spiegelt sein markantes Gesicht die Sorge über seine von Zwangsvorstellungen heimgesuchte Frau ebenso glaubwürdig wider wie sein Entsetzen über deren Verwandlung in eine rasende Furie. Nicht weniger bravourös meistert Willem Dafoe auch die hohen physischen Anforderungen seiner Rolle – die eines schließlich schrecklich gemarterten Mannes.


Panorama

Koly padayut dereva | When the Trees Fall (Weltpremiere)
von
Marysia Nikitiuk
Ukraine / Polen / Mazedonien 2018

Es sind Sommerferien, und 40 Tage sind vergangen, seit Larysas Vater gestorben ist. In einer märchenhaften Sequenz durchquert die junge Frau ein Sumpfgebiet, in dem sich eine Gruppe von Paaren ihren sexuellen Begierden hingibt. Larysas Freund Scar, ein schöner Krimineller, steckt in einer Spirale des Verbrechens, in die er sich im Laufe der Erzählung immer weiter und radikaler hineinbegibt. Seine Welt sind die postsowjetischen Plattenbauten, Larysas Welt ist die trügerische Idylle einer dörflichen Gemeinde irgendwo in der Ukraine. Ihr Verhältnis wird Larysa zum Verhängnis, denn es dauert nicht lange, bis familiäre Sanktionen gegen die Beziehung in Gewalt umschlagen. Auch das kleine Mädchen Vitka will sich nicht anpassen, rebelliert gegen seine Großmutter und deren Regelwerk und träumt sich immer weiter in eine Fantasiewelt aus surrealen Bildern.
Die Welt in Marysia Nikitiuks Langfilmdebüt scheint wie unter Strom, brutal in ihrer Wirklichkeit und betörend, sobald sie ins Fantastische umschlägt. Die Regisseurin und Autorin gilt als wilde neue Hoffnung des ukrainischen Films und gewann für das Drehbuch zu Koly padayut dereva bereits den ScripTeast Award in Cannes.


Perspektive Deutsches Kino

Whatever Happens Next (Weltpremiere)
von
Julian Pörksen
Deutschland / Polen 2018

Klar, gehen könnte man immer. Jetzt. Sofort. Man könnte aus dem Auto, dem Zug, vom Fahrrad steigen und einfach weg sein. Diesem Gedanken, den man normalerweise rasch verdrängt, gibt der 43-jährige Paul Zeise eines Tages nach und lässt alles zurück: Frau, Beruf, die gesamte bürgerliche Existenz. Fortan gondelt er als freundlicher Taugenichts, Schnorrer und Hochstapler durchs Land. Ungebeten setzt er sich in fremde Autos, ebenso ungebeten taucht er auf Partys und Beerdigungen auf, macht gemeinsame Sache mit einer dementen Großmutter und versetzt unabsichtlich eine Kleinfamilie in Angst und Schrecken, weil er sich schamlos in deren Leben drängt. Von einem Studenten nach Polen mitgenommen, irrt er dort als Wohnungsloser durch die Straßen, zieht zwischenzeitlich ins Krankenhaus ein und verliebt sich schließlich in die etwas durchgeknallte Nele (29), die ihn ihrerseits ins Wunderland ihres Lebens hineinzieht. Dass ihm inzwischen ein von seiner Frau beauftragter Privatdetektiv auf den Fersen ist, ahnt Paul nicht. Julian Pörksens Film ist ein ebenso komischer wie melancholischer Streifzug durch unsere Gesellschaft, eine von schönen, dubiosen und verirrten Charakteren bevölkerte Welt.


Wettbewerb
Dovlatov (Weltpremiere)
von
Alexey German Jr.
Kamera
Łukasz Żal
Russische Föderation / Polen / Serbien 2018

Leningrad, November 1971. Die Stadt liegt im Nebel. Wieder wird der Jahrestag der Revolution gefeiert, doch das Land tritt auf der Stelle: politisch, ökonomisch, kulturell. Sergei spürt es am eigenen Leib. Die Manuskripte des jungen Autors werden von den offiziellen Medien regelmäßig abgelehnt, seine Sicht auf Dinge und Menschen ist nicht gewollt. Anderen ergeht es ähnlich, auch seinem Freund Joseph Brodsky, den die Staatsmacht ins Exil zwingt. Sergei aber will bleiben, ein normales Leben führen, mit seiner Frau Lena und Tochter Katya. Und er will über die Entdeckung der Wirklichkeit schreiben, über die Arbeiter der Werft oder den Bau der Metro, wo eines Tages dreißig Kinderleichen aus dem Zweiten Weltkrieg gefunden werden.
In großen Tableaus und langen Kamerafahrten porträtiert Alexey German Jr. den russisch-jüdischen Schriftsteller Sergei Dovlatov (1941–1990), dessen brillante ironische Texte in der Sowjetunion der Breschnew-Zeit nicht gedruckt werden durften. Aus einem tragikomischen Reigen aus Rebellion und Anpassung, Schmerz und Müdigkeit entsteht ein Zeitbild der Stagnation und ihrer zerstörerischen Wirkung.


Lola at Berlinale
Der Hauptmann | The Captain
von
Robert Schwentke
Deutschland / Frankreich / Polen 2017

Das Ende des zweiten Weltkriegs ist abzusehen, die soziale Ordnung in Deutschland liegt in Trümmern. Mit der Moral der Wehrmacht geht es bergab, die Truppe zerfällt. Die Anzahl der Fahnenflüchtigen steigt dramatisch, versprengte Soldaten werden automatisch als Deserteure erschossen. Statt Recht regiert Gesetzlosigkeit. Eine Gruppe betrunkener Hauptmänner macht erbarmungslos Jagd auf einen 19-jährigen Gefreiten – mehr aus mörderischem Spaß denn aus Pflicht. Der Gefreite, Willi Herold hetzt durchs Gehölz. Verzweifelt, am Ende. Wie durch ein Wunder entgeht Herold seinen Jägern und irrt nun – verfolgt von Bauern, die er bestiehlt um zu überleben und der eigenen Truppe, die ihn für einen Deserteur halt – durch die unerträgliche Einöde des Emslandes. Durchnässt, verschlissen, halb verhungert und kurz vor dem Erfrierungstod, macht Herold einen folgenschweren Fund: Eine Hauptmannsuniform.


Und die zwei, schon angesagten Filme, die “die Streber-Migrantinnen” schon für ihre neue Heimat gemacht haben, Alexandra Wesolowski und Alina Skrzeszewska.

Perspektive Deutsches Kino
Impreza – Das Fest | Impreza – The Celebration
von
Alexandra Wesolowski

Sommer 2016, in Polen regiert seit etwa einem Jahr die rechtskonservative PIS. Die Matriarchin Danuta bereitet das Programm für ihre Goldene Hochzeit vor und nimmt dabei ihre ganze Familie in die Pflicht. Danutas Enkelkinder sind es gewohnt, die kreativen Eskapaden ihrer Großmutter mitzutragen, und fügen sich ihrem Schicksal. Für dieses Jahr hat Danuta eine Modenschau geplant, bei der die Mädchen die Lieblingskleider ihrer Großmutter aus den vergangenen Jahrzehnten präsentieren sollen. Die Grande Dame will dazu aus ihrem Leben plaudern, Anekdoten zum Besten geben, die sie in den modischen Kreationen erleben durfte. Einige Tage vor dem großen Ereignis reist Alexandra, die deutsche Nichte, in Warschau an und will bei den Vorbereitungen helfen. Aber kaum sitzt sie am Tisch, dominiert Politik jedes Gespräch nicht nur mit Danuta, auch mit allen anderen Mitgliedern des Clans. Alexandra merkt, dass sie mit ihren liberalen Ansichten alleine dasteht und dass die Frauen in ihrer Familie sich kein bisschen mit Zielen wie Emanzipation, Frauenrechten oder offenen Grenzen identifizieren. Sie möchte herausfinden, wie der ideologische Graben zwischen ihr und ihrer Familie so groß werden konnte.


Panorama Dokumente
Game Girls
von
Alina Skrzeszewska
Frankreich / Deutschland 2018

Die Gegend Skid Row in L.A. ist bekannt als „Hauptstadt der Obdachlosen“ der USA. Dort zu überleben ist ein hartes Spiel, in dessen Regeln uns die Geschichten der porträtierten Frauen Teri und Tiahna einführen. Das Leben des lesbischen Paares spielt sich zwischen Gefängnis, Alkoholsucht und Drogenverkauf, aber auch Hoffnung ab, ihr Schicksal ist paradigmatisch für das Leben afroamerikanischer Frauen an den Rändern der amerikanischen Gesellschaft. In einem von der Filmemacherin initiierten Workshop für Frauen aus der Community verarbeiten sie ihre Erinnerungen und Traumata und beginnen einen Transformationsprozess, in dessen Verlauf sie nicht als Opfer, sondern als selbstermächtigte Subjekte sichtbar werden. Soziale Proteste gegen Obdachlosigkeit in der Nachbarschaft oder die Black-Lives-Matter-Bewegung sind genauso Teil ihres Lebens wie die Selbstverständlichkeit, mit der sie ihre Homosexualität leben, oder der hartnäckige Kampf mit den Behörden um die eigenen vier Wände.
Mit einer beobachtenden, intimen Kamera erzählt der Film die Geschichte zweier Frauen, die es schaffen, der Skid Row zu entkommen, und dennoch in den Grenzen ihrer Lebensumstände gefangen sind.

 

 

Halszka (2)

Fragmenty wspomnień mojej Cioci, Janiny Kowalskiej, o jej mamie, Halinie Ostrowskiej ukazały się już na tym blogu (np. TU i TU), ale nic nie stoi na przeszkodzie, by przywoływane tu fragmenty przeczytać jeszcze raz…

Janina Kowalska

Wspomnienia o mojej mamie – po ślubie

Ślub Haliny i Wiktora odbył się 9 sierpnia 1922 roku w pięknej katedrze zamojskiej. Wiktor był jeszcze w mundurze, a po wyjściu z Katedry młodzi przeszli pod skrzyżowanymi szablami oficerskimi. Wiktor wystąpił z wojska, a Halszka wymówiła pracę w szkole i wyjechali do Warszawy. Rodzina Wiktora zaakceptowała Halszkę, i zaproponowała im zamieszkanie w wielkim rodzinnym mieszkaniu, ale młodzi małżonkowie chcieli być samodzielni i wynajęli sobie pokój sublokatorski. Oboje znaleźli pracę, Halszka w Warszawskiej Informacji Prasowej, która redagowała wiadomości dla różnojęzycznych wydawnictw. Halina była w redakcji rosyjskiej, gdzie redagowała wiadomości i pisała je na maszynie z alfabetem rosyjskim. Wiktor zaś pracował jako elektryk w firmie, która montowała radia, projektory filmowe i nagłaśniała duże pomieszczenia.

Mieszkali w sublokatorskim pokoju, ale byli częstymi gośćmi w rodzinnym mieszkaniu Wiktora na ulicy Zgoda. Przychodzili tam na kolacje, lub żeby skorzystać z nowoczesnej łazienki. Na zorganizowanie własnego mieszkania czekali, aż Halszka zajdzie w ciążę i pojawi się dziecko. Czekała na to cała rodzina.

W lecie mieszkanie na Zgoda pustoszało, wszyscy wyjeżdżali na urlopy i wakacje, zostawała jedynie pokojówka, żeby pilnować dobytku.

W rok czy dwa po ślubie Halina i Wiktor zaproponowali, że oni mogą pilnować mieszkania. Nie zamierzali nigdzie wyjeżdżać, bo lato to najlepszy czas do gry w tenisa, a oboje z zapałem oddawali się tej grze. Pokojówka dostała urlop i młodzi zamieszkali w pustym mieszkaniu.

W wielkim, narożnym pokoju Dziadków u sufitu wisiała lampa w postaci dużej, alabastrowej, szaroróżowej misy, w której mieściło się kilka żarówek. Brzegi misy były ujęte w mosiężną oprawę. Halszka już od jakiegoś czasu widziała, że w tej misie zbiera sie kurz i światła jest coraz mniej. W czasie letniego pobytu w tym mieszkaniu zwróciła na to uwagę Wiktorowi. Wiktor zaproponował, że zdemontuje lampę i będzie można ją dokładnie umyć w wannie. Tak też się stało. Po zdjęciu mosiężnej oprawy zanieśli misę do łazienki, napalili w piecu, żeby nagrzać wodę i ostrożnie włożyli misę do wanny z ciepłą woda, Halszka namydloną ściereczką umyła dokładnie misę. Niestety, gdy wyjmowała ją z wanny, misa wyślizgnęła jej się z rąk, gruchnęła na dno i rozbiła się. Alabaster ma zawsze na powierzchni ciemniejsze żyłki i wzdłuż tych żyłek misa rozpadła się na kilka części. Na krzyk Haliny nadbiegł Wiktor, uspokoił żonę i wyłowił z wody wszystkie kawałki. Osuszyli je i ułożyli na stole. “Jutro kupię klej i wszystko skleimy”, spokojnie powiedział Wiktor. Następnego dnia dopasowali kawałki do siebie i ostrożnie zaczęli kleić. Praca szła wolno, ale dokładność była konieczna. Po tygodniu wszystko było sklejone i schło. Wiktor miał nałożyć mosiężną oprawę, ale … nie weszła na misę. Klej powiększył objętość misy i nie mieściła się. Znowu napalili w piecu i napuścili gorącej wody do wanny. Włożyli misę i czekali z niepokojem, czy woda rozpuści klej. Po pewnym czasie misa rozpadła się, a oni odetchnęli z ulgą. Znów zaczęło się klejenie i dopasowywanie kawałków do siebie . Teraz uważali bardzo, by warstwa kleju była cienka, ale przecież musiała trzymać wszystko razem. Byłoby dobrze, ale kończył się czas i za tydzień mieli wracać Dziadkowie. Pośpiech i zdenerwowanie nie miał prawa im przeszkodzić w precyzyjnej pracy. Wszystko się udało, obręcz objęła sklejony alabaster, Wiktor zamontował część elektryczną i powiesił lampę. Na dzień przed powrotem Dziadków oświetlenie działało. Tylko młodzi małżonkowie padali ze zmęczenia. Nikt nigdy się o tym nie dowiedział i nikt nic nie zauważył. Babcia po powrocie spytała Wiktora, czy zdołali odpocząć przez ten czas. Wiktor mruknął TAK i uciekł do ich sublokatorskiego pokoiku.

Rodzice moi przez szereg lat grali w Klubie Legia w Warszawie w tenisa. Mieli swojego trenera i w okresie wiosny, lata i wczesnej jesieni po pracy popołudniami trenowali. Ojciec był nawet przez jakiś czas prezesem sekcji tenisa w klubie. Oboje nauczyli się dobrze grać, ojciec grał skutecznie, ale jak mówiono, nieładnie. Natomiast mama grała ładnie i efektownie, trener bardzo ją chwalił, ale było jedno ale … mama zawsze była krótkowidzem i piłeczkę widziała w ostatniej chwili. Trener powiedział kiedyś “gra pani tak dobrze, że może pani być mistrzynią Polski, ale musi pani grać w okularach, żeby dobrze i z daleka widzieć piłeczkę”. Halszka nigdy nie nosiła okularów i była do nich nastawiona negatywnie. Kiedy chciała coś dobrze zobaczyć, mrużyła oczy i to jej wystarczało. Teraz jednak stawką było mistrzostwo Polski. Wiktor zaprowadził żonę do dobrego okulisty, ten zbadał jej oczy i zapisał szkła korekcyjne, zrobiono okulary, w których Halszka dobrze się poruszała po mieszkaniu, ale na ulicę nie chciała w nich wychodzić, mówiła, że się czuje niepewnie. Było lato i tym razem oboje rodzice wybierali się na urlop. Wiktor zaproponował, że w czasie urlopu nauczy Halszkę chodzić w okularach.

Nie pamiętam już, dokąd wyjechali, ale Wiktor po powrocie opowiadał, że idąc w okularach Halina cały czas szła “uwieszona” jego ramienia i ani kroku nie zrobiła sama. Z chodzenia w okularach nic nie wyszło, no i nie wyszło nic z mistrzowskiej gry w tenisa.

Valentine Day and Ash Wednesday

This year’s Valentine Day coincides with Ash Wednesday – what a contradiction.
Let me share with you a memory of a very strange Valentine Day.

Polish version HERE.

Lech Milewski

At the beginning of February 1999 I flew from hot summer in Melbourne, Australia, to cold and wintry Minneapolis. My intention was to compete in a ski marathon – American Vasaloppet in Mora, Minnesota.
The winter was poor in snow, but I managed to have decent skiing in few parks in Minneapolis. On Thursday evening, 3 days before the race, I heard on the radio, that the race has been cancelled due to the lack of snow.

It was a shock! Next morning I rang the race office. They confirmed the bad news – sorry, the race is cancelled.
– That’s impossible! I came here all the way from Australia! It cannot be!
– We are very sorry, but it is cancelled.
– But there is quite good snow in parks in Minneapolis.
– We also have good snow in the forest. But the race is run in the open area and there is no snow there.
– So shift it to the forest!
– That’s impossible, we have around 4,000 participants, we cannot squeeze them on narrow tracks. Anyway, the decision is FINAL, there is NO RACE!

I tried the last chance – please connect me with the club secretary.
I had Valerie Brown on the other end of the wire and I laid down my proposal:
I understand that you are unable to run the regular race. But on the other hand there is still quite good snow in the forest. And on another hand, I came here all the long way from Australia. Why not to put these two hands together and let me do a solo race in the forest?
There was a moment of silence and then… – come to Mora, we’ll see what we can do for you.
I heard smile in Valerie’s Brown voice.

Dalarna

I came to Mora on Saturday morning. It was sunny, cold and snowless. The big, red Dalarna Horse reminded me my race in Sweden 3 years earlier.

In states Minnesota and Wisconsin there is quite large Scandinavian population, no wonder they introduced cross country skiing and copied traditional ski races of their countries.

Vasaloppet is most famous of them. It commemorates a historical event from year 1521. At that time Sweden was under Danish occupation and Swedish nobility assembled in a little town Mora decided to organize an uprising to liberate their country. As a leader they chose certain Gustav Vasa. He was hiding from Danes close to Norwegian border. Messengers were sent to him to convey the message. Gustav fastened his skis and skied 90 km from Sälen to Mora.

The uprising was a success, Gustav Vasa was elected a king and established a Vasa dynasty.
In year 1922 a ski race has been organized on the historical course – Sälen to Mora – 90 km – CLICK.

I went directly to the race office. It was the saddest place in the world. Thousands of race bags and bunches of medals for finishers. I took one of them in my hand….

Medal

Valentine Day? Yes, of course! It will be Valentine Day tomorrow (14/2/1999)!
A heart, two skiers inside, Love to ski .
– What are you going to do with them?
– They all will be scrapped.
– O, no! You must let me to race for this medal!

We studied maps of ski trails in the forest. Valerie showed me the ones where the snow should be OK. I did simple arithmetic.
– Valerie, so if I will ski around these loops until 1 clock over 58 km, will you give me such a medal?
– Find his racing bag – she said.

A couple of club members drove me to the forest to see how it looks. I found it in much better condition than expected. After return to the town, I still managed to participate in sled races with some locals of Swedish origin and eventually went to sleep as the happiest person in Mora.

StartFinish

9 o’clock Sunday morning, blue skies, light frost, no wind. In the Log Cabin I left a bag with warm clothes and some food and drinks. I put on my red racing suit with kangaroos on the back and on the leg. Race number 503, START!!!

For a long time I was the only person on the trails. Later some people arrived, whole families for a relaxing session of skiing in the sun. Some of them were quite shocked when out of sudden a crazy racer appeared…
– Go away from the track – shouted parents to the children – thousand skiers will be here in a moment!
– But they said , that the race is cancelled?
I left them in such puzzled state and skied on and on – 5 times around The Point Trail, 4 times Beaver Dam Trail and every possible trail between and around.

Eventually my log showed more than 60 km, it was almost 3 pm. I skied back to the Log Cabin where some club members waited for me with the medal of my dreams.

Back from home, I wrote a detailed report of my effort, it showed almost 65 km. What a surprise it was when few weeks later I received mail from Valerie Brown. She sent me a special diploma.

Diploma

…and another medal. Valerie explained, that some of “Love to Ski” medals have been given to sponsors and volunteers so for me she sent a special one – Winners’s Time + 50%, Year 1999.

Medal 2

And there is only ONE such medal in the world.