Nie, nie polscy Żydzi, ale właśnie tak: Polacy Żydzi.
Przyszły dwa maile jednocześnie, dlatego publikuję je razem:
Krzysztof Mika
Dwa powstania warszawskie
Rok to fatalny – same żydowskie rocznice: a to 75-lecie powstania w getcie, a to 50-lecie Marca 68, a to Bartoszewski, a to Sendlerowa. Zdrowonarodowy trzon społeczeństwa musi znosić takie okropieństwa! Trudno zatem się dziwić , że dano odpór i któryś z rządowych – narodowych intelektualistów przekonał Naczelnika, a ten wydał odpowiednie dyrektywy i myk, myk, i jest nowela ustawy o IPN-ie. Sukces był nieunikniony.
Ale ja nie o tym. Bo to już wszyscy „obrobili”.
Ja o trwałości pewnych schematów myślowych, które skutecznie wbili nam w głowy Niemcy w ramach Holocaustu. Na początek takie oto pytanie: ile było powstań warszawskich? No wiadomo – jedno w 44. Tak odpowie większość zapytanych. A ja powiem tak: były dwa. Jak to? Przecież tamto to Żydzi i w getcie. No to teraz zamieńmy getto na dzielnicę północną, a Żydom nadajmy ich prawdziwy status , czyli obywateli polskich pochodzenia żydowskiego. To powstanie to reakcja na zagładę ok. 300 tysięcy obywateli polskich. Tak, obywateli polskich. Sukces niemieckiej socjotechniki wyrażał się m.in. w tym, że przestali oni być postrzegani właśnie jako obywatele, więcej jako ludzie. Do dziś w większości tzw. słusznej narodowej publicystyki obowiązuje dychotomiczny podział: Polacy i Żydzi. Choć to kompletna bzdura, bo tak naprawdę to Polacy i… Polacy. Historycznie to jeszcze bardziej paradoksalne, bo są oni obecni w Polsce od czasów piastowskich. Nawet ostatnio premier wspomniał Ibn Jakuba. Holokaust zatem nie dotyczył Żydów, ale milionów obywateli polskich.
I tu wracamy do powstań warszawskich: zadziwiająca jest symetria beznadziejności i strat. Zresztą powstań w dzielnicach zamieszkałych przez Polaków pochodzenia żydowskiego było znacznie więcej. Były również bunty w obozach. To tak w kwestii podnoszonej ostatnio przez któregoś z tuzów intelektualnych tezy o bierności żydowskiej. Konflikt wokół noweli ustawy natychmiast zaowocował komentarzami nt. mienia żydowskiego i roszczeń. To proponuję znów zmienić kategorie: przecież to mienie polskie, bo obywateli polskich. Nikt jakoś się nie buntuje przeciwko odszkodowaniom z tytułu mienia polskiego pozostawionego na Kresach… Tam można, a tu? Strasznie płyciutka ta nasza sprawiedliwość dziejowa. Z mocy prawa mienie to powinno być traktowane tak samo jak każda inne własność, ale nie: ono jest żydowskie. Zresztą historia w pewnym stopniu powtórzyła się w roku 1968, kiedy to przydzielano mieszkania pożydowskie. Zresztą, jak się bliżej zastanowić, to był to kolejny pogrom, na szczęście bezkrwawy. A zatem Polacy i Polacy.
A teraz odrobinę spraw personalnych, jak mawiają Rosjanie „po otczestwie”. Że różni durnie wypisują bzdury antysemickie – trudno. Ale że facet wykształcony zdolny autor, humanista i polonista bredzi, to straszne. Mowa o Rafale Ziemkiewiczu, z którym kiedyś pracowałem w radio i …było miło. A dziś zamienił się w pieszczocha władzy i i co słyszymy: Żydzi to parchy. W najlepszym przedwojennym stylu pałkarzy Falangi… Wcześniej wypisywał głupoty o gettach ławkowych i numerus clausus przed wojną (historia to jednak dla niego materia zbyt złożona), ale teraz poszedł na całość. A co powiedzieć o tych, którzy ten czarny bełkot drukują? Przecież wszyscy oni to zapewne chrześcijanie i katolicy. Czy Jezus Chrystus to też parch? Jak to się wszystko w tych łepetynach składa do kupy, nie sposób pojąć. Na pewno pomaga w tym ciche przyzwolenie władzy, która głośno deklaruje dezaprobatę dla antysemityzmu, a na boku pozwala robić swoje. Zresztą trudno się dziwić: ideałem Polaka jest osobnik o plemiennym sposobie myślenia, taki kibol narodowy w koszulce z hasłami o białej Europie i ewentualnie żołnierzach wyklętych. To niezwykle wygodne dla władzy, bo działa na prostej zasadzie: my – obcy, a obcych należy lać. Jeśli do tego dołożymy antyelitarność i antyintelektualność to wypisz wymaluj lata 30 w Niemczech i w Polsce, choć tu nieco hamowano, delegalizując ONR. Teraz działa w majestacie prawa, co też o czymś świadczy. O czym dopowiecie sobie sami, jeśli zestawicie to z deklaracjami Naczelnika.
A jeśli jeszcze weźmiecie pod uwagę pewien znany z psychologii model komunikacji bierno-agresywnej, to wszystko się złoży w jedną spójną całość. Z jednej strony strzeliste deklaracje przeciwko faszyzmowi i antysemityzmowi a z drugiej po cichu: róbcie swoje chłopaki moje nacjonalistyczne. Zresztą tę strukturę myślową najlepiej obrazuje wypowiedź naczelnika o obcych przynoszących zarazę i pasożyty. Wypowiedź nota bene katolika. W historii to już było: „Żydzi to wszy”. Ale tamci przynajmniej nie udawali katolików.
***
Ten przejmujący wiersz przysłano mi z tzw. obozu narodowego w kilka dni po koszmarnej wypowiedzi premiera KM, że w roku 1968 to nie Polska zrobiła Marzec tylko komuna, a Polski nie było, wypowiedzi w dzień później “poprawionej” przez premiera stwierdzeniem, że oprócz Niemców byli oprawcy polscy, tak jak byli ukraińscy i żydowscy. I wtedy można sięgać do głębin rozpaczy i bez wstydu wyciągnąć ten wiersz – nie po to, by zastygnąć w grozie, lecz by zrobić z niego propagandową chorągiewkę do wywijania.
Jak nisko trzeba upaść…
Izaak Kancenelson
Pieśń o zamordowanym narodzie żydowskim!…
Niech przemówi pamięć poety… Jam jest ten, który to widział,
który przyglądał się z bliska,
Jak dzieci, żony i mężów, i starców mych siwogłowych
Niby kamienie i szczapy na wozy oprawca ciskał
I bił bez cienia litości, lżył nieludzkimi słowy.
Patrzyłem na to zza okna, widziałem morderców bandy
– O, Boże, widziałem bijących i bitych, co na śmierć idą…
I ręce załamywałem ze wstydu… wstydu i hańby
– Rękoma Żydów zadano śmierć Żydom – bezbronnym Żydom!
Zdrajcy, co w lśniących cholewach biegli po pustej ulicy
Jak ze swastyką na czapkach – z tarczą Dawida, szli wściekli
Z gębą, co słowa im obce kaleczy, butni i dzicy,
Co nas zrzucali ze schodów, którzy nas z domów wywlekli.
Co wyrywali drzwi z futryn, gwałtem wdzierali się, łotrzy,
Z pałką wzniesioną do ciosu – do domów przejętych trwogą.
Bili nas, gnali starców, pędzili naszych najmłodszych
Gdzieś na struchlałe ulice. I prosto w twarz pluli Bogu.
Odnajdywali nas w szafach i wyciągali spod łóżek,
I klęli: „Ruszać, do diabła, na umschlag, tam miejsce wasze!”
Wszystkich nas z mieszkań wywlekli, potem szperali w nich dłużej,
By wziąć ostatnie ubranie, kawałek chleba i kaszę.
A na ulicy – oszaleć! Popatrz i ścierpnij, bo oto
Martwa ulica, a jednym krzykiem się stała i grozą –
Od krańca po kraniec pusta, a pełna, jak nigdy dotąd –
Wozy! I od rozpaczy, od krzyku ciężko jest wozom…
W nich Żydzi! Włosy rwą z głowy i załamują ręce.
Niektórzy milczą – ich cisza jeszcze głośniejszym jest krzykiem.
Patrzą… Ich wzrok… Czy to jawa? Może zły sen i nic więcej?
Przy nich żydowska policja – zbiry okrutne i dzikie! A z boku –
Niemiec z uśmiechem lekkim spogląda na nich,
Niemiec przystanął z daleka i patrzy – on się nie wtrąca,
On moim Żydom zadaje śmierć żydowskimi rękami!
Warszawa 1944

Wychowywała mnie niańka, mama mnie nie karmiła. Byłam dzieckiem wątłym, chorowitym. Więcej było ze mną kłopotów niż radości. Źle spałam, usypianie mnie odbywało się na ”trzy zmiany”, niańka mi śpiewała, mama deklamowała wierszyki, a później wartę obejmował ojciec i śpiewał mi, czasami sprośne, piosenki wojskowe, bo ponoć przy nich najlepiej zasypiałam. Znam to, oczywiście z opowiadań ojca. 
Halszka miała długie warkocze, ale kiedy nastała moda na krótkie włosy, z bólem serca obcięła je – było to już po zamążpójściu. Do fryzjera chodziła się tylko strzyc, sama myła głowę i suszyła, przeczesując włosy grzebieniem, a te same układały się ładnie w modne fale. Nie nosiła też obowiązujących w tym czasie kapeluszy. Nosiła w zimie beret, a w lecie chodziła z gołą głową. Była bezpretensjonalna, nigdy się nie malowała i nie nosiła żadnej biżuterii, jedynie złotą obrączkę ślubną, i żadnych ozdób, korali lub broszek. Ponieważ była wysoka, chodziła zawsze na płaskich obcasach. Ubierała się według obowiązującej mody, bo w tym okresie zmieniała się długość sukien i spódnic. W zimie nosiła futro, które dostała od teścia i wypadało je zaakceptować i nosić.
W Zielonce działał oddział organizacji Związku Pracy Obywatelskiej Kobiet. Halszka szybko znalazła kontakt z tymi paniami i włączyła się w ich pracę społeczną. Właśnie w tym czasie panie zorganizowały w Zielonce przedszkole, którego jedną z pierwszych wychowanek byłam ja. Przedszkole działało długo i było dobrze prowadzone.
Nie było łatwo dostać się do szkoły w Warszawie, kiedy się mieszkało poza miastem, potrzebna była protekcja, ale wujek Michał (szwagier taty) był pediatrą i pracował w szkole na ul. Hożej. Tam zostałam zapisana do trzeciej klasy. Musiałam dojeżdżać do szkoły tramwajem. Trochę to było daleko, a ja miałam osiem lat, ale według rodziców „dzielna Janka” da sobie radę.























W wielkim, narożnym pokoju Dziadków u sufitu wisiała lampa w postaci dużej, alabastrowej, szaroróżowej misy, w której mieściło się kilka żarówek. Brzegi misy były ujęte w mosiężną oprawę. Halszka już od jakiegoś czasu widziała, że w tej misie zbiera sie kurz i światła jest coraz mniej. W czasie letniego pobytu w tym mieszkaniu zwróciła na to uwagę Wiktorowi. Wiktor zaproponował, że zdemontuje lampę i będzie można ją dokładnie umyć w wannie. Tak też się stało. Po zdjęciu mosiężnej oprawy zanieśli misę do łazienki, napalili w piecu, żeby nagrzać wodę i ostrożnie włożyli misę do wanny z ciepłą woda, Halszka namydloną ściereczką umyła dokładnie misę. Niestety, gdy wyjmowała ją z wanny, misa wyślizgnęła jej się z rąk, gruchnęła na dno i rozbiła się. Alabaster ma zawsze na powierzchni ciemniejsze żyłki i wzdłuż tych żyłek misa rozpadła się na kilka części. Na krzyk Haliny nadbiegł Wiktor, uspokoił żonę i wyłowił z wody wszystkie kawałki. Osuszyli je i ułożyli na stole. “Jutro kupię klej i wszystko skleimy”, spokojnie powiedział Wiktor. Następnego dnia dopasowali kawałki do siebie i ostrożnie zaczęli kleić. Praca szła wolno, ale dokładność była konieczna. Po tygodniu wszystko było sklejone i schło. Wiktor miał nałożyć mosiężną oprawę, ale … nie weszła na misę. Klej powiększył objętość misy i nie mieściła się. Znowu napalili w piecu i napuścili gorącej wody do wanny. Włożyli misę i czekali z niepokojem, czy woda rozpuści klej. Po pewnym czasie misa rozpadła się, a oni odetchnęli z ulgą. Znów zaczęło się klejenie i dopasowywanie kawałków do siebie . Teraz uważali bardzo, by warstwa kleju była cienka, ale przecież musiała trzymać wszystko razem. Byłoby dobrze, ale kończył się czas i za tydzień mieli wracać Dziadkowie. Pośpiech i zdenerwowanie nie miał prawa im przeszkodzić w precyzyjnej pracy. Wszystko się udało, obręcz objęła sklejony alabaster, Wiktor zamontował część elektryczną i powiesił lampę. Na dzień przed powrotem Dziadków oświetlenie działało. Tylko młodzi małżonkowie padali ze zmęczenia. Nikt nigdy się o tym nie dowiedział i nikt nic nie zauważył. Babcia po powrocie spytała Wiktora, czy zdołali odpocząć przez ten czas. Wiktor mruknął TAK i uciekł do ich sublokatorskiego pokoiku.
Rodzice moi przez szereg lat grali w Klubie Legia w Warszawie w tenisa. Mieli swojego trenera i w okresie wiosny, lata i wczesnej jesieni po pracy popołudniami trenowali. Ojciec był nawet przez jakiś czas prezesem sekcji tenisa w klubie. Oboje nauczyli się dobrze grać, ojciec grał skutecznie, ale jak mówiono, nieładnie. Natomiast mama grała ładnie i efektownie, trener bardzo ją chwalił, ale było jedno ale … mama zawsze była krótkowidzem i piłeczkę widziała w ostatniej chwili. Trener powiedział kiedyś “gra pani tak dobrze, że może pani być mistrzynią Polski, ale musi pani grać w okularach, żeby dobrze i z daleka widzieć piłeczkę”. Halszka nigdy nie nosiła okularów i była do nich nastawiona negatywnie. Kiedy chciała coś dobrze zobaczyć, mrużyła oczy i to jej wystarczało. Teraz jednak stawką było mistrzostwo Polski. Wiktor zaprowadził żonę do dobrego okulisty, ten zbadał jej oczy i zapisał szkła korekcyjne, zrobiono okulary, w których Halszka dobrze się poruszała po mieszkaniu, ale na ulicę nie chciała w nich wychodzić, mówiła, że się czuje niepewnie. Było lato i tym razem oboje rodzice wybierali się na urlop. Wiktor zaproponował, że w czasie urlopu nauczy Halszkę chodzić w okularach.
Nie pamiętam już, dokąd wyjechali, ale Wiktor po powrocie opowiadał, że idąc w okularach Halina cały czas szła “uwieszona” jego ramienia i ani kroku nie zrobiła sama. Z chodzenia w okularach nic nie wyszło, no i nie wyszło nic z mistrzowskiej gry w tenisa.




