Barataria 57 Ministerio del Tiempo

z podziękowaniem dla Kingi Szpuler, która przetłumaczyła na Polski kolejne odcinki zabawnego serialu hiszpańskiego Ministerstwo Czasu, i jakby już tego nie było dość, jeszcze wiernie przyjeżdża, a właściwie przyjeżdżają, ona i Włodek, do Berlina, przywożą film i sprzęt do zainstalowania kina domowego, po czym wspólnie oglądamy perypetie kilkorga pracowników Ministerstwa Czasu, których zadaniem jest korygowanie w kolejnych odcinkach przeszłości, po to by w teraźniejszości wszystko było tak, jak jest. Rekrutowani w różnych epokach pracownicy, niekiedy dobrzy, acz nikomu nieznani, niekiedy znamienici jak Diego Velasquez, przez różne drzwi, ulokowane w podziemiach gmachu ministerstwa, dostają się w przeszłość w dokładnie określonym miejscu i momencie, aby dokonać pewnych niezbędnych korekt. Niekiedy muszą po temu skorzystać z motocykla, komputera lub komórki, czego zasadniczo robić nie powinni, jednak i w ich pracy zdarza się, że cel (zbożny, zbożny!) uświęca środki. To dzięki nim Łazik z Tormesu nie ginie na szafocie i spisze swe przeżycia, które anonimowo ukażą się drukiem w roku 1554, zapoczątkowując tryumfalny pochód powieści łotrzykowskiej w Europie (a dodajmy: i w Ameryce). To oni ratują od śmierci pewnego rozrabiakę, który dzięki temu zdąży się ożenić, spłodzić dzieci i zostać prapraprapradziadkiem (tak, tak – w szóstym pokoleniu!) księcia Adolfo Suáreza Gonzáleza, który w roku 1971, po obaleniu Franco, został pierwszym premierem Hiszpanii. Interweniują w sprawie zakończenia wojen napoleńskich na półwyspie Iberyjskim i ratują dla potomności Guernikę Picassa. Sprawią też, że nie powiedzie się intryga, zmierzająca ku temu, by Szekspir a nie Cervantes… Ale, hola, tu już zaczynam opowiadać historię, która jest treścią dzisiejszego wpisu, pora więc zakończyć tę dedykację i powiedzieć raz jeszcze krótko i zwięźle: dziękuję, Kinga Szpuler! 

Ewa Maria Slaska

Jest rok 1604

Cervantes skończył właśnie pisać powieść, z której właściwie jest bardzo dumny (w filmie powie o niej, że przełamała wszystkie konwencje i jest w niej epika, liryka, tragedia i komedia), ale nie aż tak, by nie ulec pokusie i nie sprzedać jej dwóm (niby-to) Anglikom, którzy pojawią się u niego jako Lord Charles York i jego szambelan, niejaki Benent. Panowie przyjechali niby to z szekspirowskiej Anglii, przywieźli worek złota i twierdzą, że opowieść o Rycerzu Smętnego Oblicza i jego zabawnym giermku zostanie wystawiona na deskach teatru Globe. Ale bogdaj tam… Obaj są oszustami, którzy podobnie jak pracownicy ministerstwa podróżują w czasie i właściwie są do swych podróży lepiej przygotowani, bo nie potrzebują żadnych drzwi wejściowych ani wyjść przez szafy, studnie i kominy, czym muszą się posługiwać urzędnicy ministerialni, lecz dysponują nowoczesnym nihilatorem, co pozwala im znikać ot tak, pach pach i już. Zresztą w ogóle nie są renesansowymi Anglikami, tylko jak najbardziej XXI-wiecznymi obywatelami USA. Nie po raz pierwszy mącą w historii (nie tylko zresztą oni), którą “nasi” próbują właśnie skorygować. Nie do końca jest też pewne, jakie są ich prawdziwe cele. Bo możliwe, że  po prostu próbują zdobywać pewne przedmioty, manuskrypty, biżuterię, obrazy, po to, by je w czasach współczesnych spieniężyć z tysiąckrotnym zyskiem (pomyślmy – oryginalny rękopis Cervantesa na aukcji u Sotheby’ego!), ale niewykluczone, że zamierzają zniszczyć manuskrypt opowieści, po to, by się nigdy nie ukazała! Bo wtedy na polu bitwy o literacką sławę pozostaną tylko Lope de Vega w Hiszpanii i Szekspir w Anglii, a skoro wiadomo, że historia sama z siebie ustali, kto jest “lepszy” a kto “gorszy”, wiadomo więc, że Lope de Vega (w roku 1604 po stokroć sławniejszy niż Cervantes) nie sprosta próbie czasu, w historii kultury europejskiej jak prawdziwy Koh-i-Noor literatury ostatnie się tylko i wyłącznie ów genialny Anglik, o którym wprawdzie wcale nie wiadomo, czy to on napisał to, co napisał, ale jednak to jego nazwisko będzie dziś opromienione chwałą największego geniusza literackiego wszechczasów. Bo o ile w walce militarnej o dominację na morzach i oceanach świata Anglia pokonała Hiszpanię, o tyle jednak to Hiszpania wygrała toczącą się równolegle wojnę o prymat w literaturze – Don Kichot stanie się najczęściej tłumaczoną i wydawaną świecką książką na świecie, w liczbach bezwzględnych ustępując tylko Biblii.

Ale tego Cervantes nie wie. Sprzedał manuskrypt i za uzyskane od (niby-)Anglików złoto zakłada teatr, jest bowiem przekonany, że to jest przyszłość kultury. W rozmowie z wydawcą mówi: wybrałeś zawód bez widoków, za książkę płaci się tylko raz, a może ją przeczytać nawet i sto osób, do teatru trzeba za każdym razem kupić bilet.

Wysłannicy Ministerstwa Czasu, młoda XIX-wieczna emancypantka, XV-wieczny żołnierz i zdesperowany policjant z lat 70 ubiegłego wieku, przegrywają walkę. Nie udaje im się odzyskać manuskryptu od pseudo-Anglików, przekonują się, że Cervantes nie sporządził kopii powieści o ostatnim błędnym rycerzu i nie są w stanie namówić go, by napisał swą powieść jeszcze raz. Po co? pyta, nikt tego nie będzie czytał, cała ta pisanina nie ma sensu. Teatr, tylko teatr… Sytuacja staje się dramatyczna. W roku 1604 pisarz nie oddał powieści do druku, nie ukazała się więc i właśnie na naszych oczach zaczyna po prostu znikać z kartek książek. Za chwilę znikną zresztą i książki. W ostatniej chwili “nasza trójka” wpada na pomysł – usypiają Cervantesa, przenoszą go do współczesności, pokazują mu jego własny pomnik w Madrycie (pisarzowi towarzyszą pod pomnikiem Don Kichot i Sancho Pansa) i wystawę w księgarni.


Udało się. Odtransportowany w rok 1604 pisarz siada do stołu i zaczyna pisać: W mieścinie pewnej, prowincji Manchy, której nazwiska nie powiem, żył niedawnymi czasy hidalgo pewien, z liczby tych, co to prócz spisy u siodła, szabliska starego, szkapy chudziny i paru gończych, niewiele co więcej mają.

PS. Oczywiście film pokazuje perypetie z doprowadzaniem do publikacji pierwszej części powieści, co miało miejsce w roku 1604, a więc zasadniczo nie dotyczy Baratarii, która pojawia się dopiero w roku 1615 w tomie drugim. Ale, przyznaj sam Czytelniku (i Czytelniczko!), gdyby nie ukazała się część pierwsza, czy-by Miguel Cervantes de Saavedra w ogóle stworzył był i część jej drugą?

Über Indien am Sonntag (2)

Tanja Krüger und Johanna Rubinroth

sind in Indien. Sie schicken mir per Whats App jede Menge Fotos mit lustigen Unterschriften. Ich dachte, ich könnte diese Fülle einordnen, bin aber gescheitert. Ich weiss nicht, wo sie sind. Indien halt. Viel Spaß!

Ach… Sie sind in Ayodhya, die Stadt mit 50.000 Einwohner und 10.000 Tempeln.

2 westlichen Touristinnen in heiliger Bemalung

Eigentlich wollte ich heute etwas über indische Frauen berichten (ist doch immer eine Art Oktave vom Frauentag). Zu diesem Foto gab es folgene Beschreibung: und ladies – manche so gebleacht, dass sie heller sind als wir.

Dann kommen die Russinnen. Zuerst ein bisschen Lektüre …

Dann diese zwei Fotos:

Und extatischer hare-gesang von erleuchteten russinnen, die nach dem plündern einiger india-shops aussehen wie kolchose-feld-arbeiterinnen

 Aber auch Indien wie wir sie kennen und lieben…

Dame mit Neon-Orange-farbenen Haarscheitel

Lord Ganesha, in Licht duschend bei einer Hochzeitparade…

Hier ist das Foto sparsam, die Unterschrift dazu desto köstlicher…

Da reingehen, eine Runde drehen, dabei in auf dem Boden gemalten 150 Lotosblüten treten, und in jeder Lotosnlüte stehen bleiben und sehr sehr schnell Murmeln: Hare Krishna Hare Krishna Krishna Krishna hare Hare. RAM Hare RAM. RAM RAM Hare Hare. Hinterher nicht wundern wenn statt: Ich gehe mir mal die Hände waschen – rauskommt: Ich gehe mir mal Haare waschen. 

Im Tempel hängt ein Bild von Krischna hinter einem Vorhang. Der wird nur alle ein paar Minutern geöffnet, weil man sonst in Ohnmacht fällt. Wenn der Vorhang geöffnet ist, drängelt man sich mit 1000 Indern nach vorne, reißt die Arme hoch, brüllt Gebete und wirft Blumenketten ungefähr in Richtung Statue – ein unvergessliches Erlebnis.

Der Priester erklärt Tanja, dass dieser Stelle so heilig ist, weil hier der Gott Krishna sich ausgeruht hat, nachdem er seinen Onkel erschlagen hat.

Hare hare hare hare


1900 Jahre alte Ladies aus der Kushama Periode. Mit dem Papagei, mit Wein, mit Schwert. Alltag.

Und danach eine Runde obligatirische Selfies.

Poezja po Kochanowskim

Jackson Jabłoński

Na Jabłoń

Podejdź tu, ja cię proszę!
Od trosk wyjdź i odpocznij sobie,
Aby leżał cień na tobie.
Od tej burzy, która okrążając w szale,
W osłonie mej obiecuję, że ocalę.
Czerwonymi darami obsypuję,
Jeśli pod mymi liśćmi cię zatrzymuję.

Zostań tu ze mną, proszę!
Kiedy wokoło nas życie kwitnie,
A słońce promienieje wybitnie.
Kiedy zamyka się chmurami niebo,
A pobrzask mroźny jest ze słońca niskiego.
Zawsze dbałość moją hojnie ci daję,
O ile twoja obecność zostaje.
Doświadczyć życia pragnę,
Obok ciebie, aż padnę.

Olśnienie

W każdym zdroju swą odpowiedź odszukuję
W czerni wydrążonej prosząco namacam
Jednak skądś abym upadł on odszeptuje
Na kolana cierpliwe.
Do niebios więc pewnością się ufnie zwracam
Przez życzenia żarliwe.

Moje pragnienia bezkresne ja opisuję,
Z serca szczerego pytania me zadaję,
Miłości, pokoju, radości oczekuję.
Od zmartwień, od trosk, ukojenie
Od stwórcy świadomego cicho mi nadaje
Odpowiedzią, wiedzą, promienie.

Ma 19 lat, pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. Do Polski przyjechał na rok. Poznaliśmy się w Szczecinie, ale teraz przeniósł się do Lublina. W Szczecinie on i jego kolega, Niemiec pracowali m.in. jako wolontariusze przy projekcie Parkrun, organizowanym przez naszą szczecińską koleżankę. Wraz z wierszami, zdjęciem i zgodą na opublikowanie ich na blogu Jackson przysłał mi krótki tekst. Podobnie jak wierszy, tak i tego tekstu nie poprawiam.  Użyty w podpisie “Starszy” to funkcja w hierarchii kościoła mormońskiego.

Jestem Jackson Jabłoński, lecz obecnie nazywam się Starszy Jackson Jabłoński ponieważ obecnie jestem Wolontariuszem Z Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, może bardziej znane jako ,,Mormoni”. Pomimo polskiego nazwiska, urodziłem się w Michigan, lecz dorastałem w Arizona. Jestem na dwuletnią misję z mego kościoła i z tego powodu znajduję się w Polsce. Będąc na tej misji uczę się Polskiego i dwa miesiące temu zaczynałem pisać wierszy po Polsku aby pogłębiać moją naukę. Mam je pisać w takich granicach, że tylko uczę się polskiego od 14 miesięcy nie będąc rodowitym speakerem. To spowoduje taką niezwykłą kreatywność z powodu tego procesu, w którym mam krok po kroku pisać poprawiając gramatykę i odszukując odpowiedni słowa aby sobie wyrazić

zainspirowawszy z Jana Kochanowskiego zaczynałem od jednego, które wyraźnie wygląda takie jak jego wiersz, ‘Na lipę’

i tak, to może być tekst tam, wielki dzięki 🙂
-Starszy Jabłoński

 

List do marszałka sejmu RP

Moje drogie Czytelniczki, moi drodzy Czytelnicy, okażcie nietypową dla dzisiejszych czasów cierpliwość i przeczytajcie ten list do końca. Coś, co się początkowo może wydawać listem wsparcia dla Karczewskiego, jest dobrym i rzetelnym podsumowaniem tego co robimy oraz spokojnym, wyważonym protestem przeciw temu, do czego się nas zachęca. 

Już raz, w sprawie stosunku do uciekinierów, publikowałam tu list Bogdana Miłka, przewodniczącego Kongresu Organizacji Polonijnych w Niemczech (nie mylić z Konwentem, Forum i chyba, jeśli dobrze pamiętam, Unią). To znamienne, bo zasadniczo dr Miłek i ja prezentujemy odmienne poglądy polityczne – łączy nas jednak poczucie godności i przyzwoitości.

Dr med. Bogdan Miłek
Przewodniczący Kongresu Polonii Niemieckiej,
przewodniczący Komisji Informacji o Polsce
poprzednio – Komisji Obrony Dobrego Imienia Polski i Polaków

Niemcy, marzec 2018

Pan Marszałek Senatu RP
Dr med. Stanisław Karczewski

Szanowny Panie Marszałku,

Proszę przyjąć wyrazy szacunku i serdeczne pozdrowienia.

Mieliśmy okazję poznać się osobiście u Pana Marszałka przed Kongresem Polonii Medycznej w 2016 roku w Warszawie. Dziękuję również, że objął Pan patronat nad jubileuszem Polskiego Towarzystwa Medycznego w Niemczech.

Z zainteresowaniem różne kręgi Polonii, także te które mam zaszczyt reprezentować, przyjęły apel Pana Marszałka w sprawie działania na rzecz dobrego imienia Polski i Polaków oraz troskę o dobre imię Polski.

Szanowny Panie Marszalku,

Polonia, zapewne od początku emigracji Polaków, zajmowała się i zajmuje troską o dobre imię Polski i Polaków. Tak ja, jak i moi polonijni współpracownicy od przyjazdu do Niemiec angażujemy się w tę sprawę.
Początkowo, 29 lat temu, wraz z grupą emigrantów polskich z Kraju Saary, zareagowaliśmy na artykuł R.W. Leonhardta w „Die Zeit”, kwestionujący europejskość Polski. Dotarliśmy wówczas z naszymi protestami i sprostowaniami m.in do Prezydenta Niemiec Richarda von Weizsäckera, Premiera Kraju Saary Oskara Lafontaine tudzież innych polityków oraz dziennikarzy niemieckich.

W całym późniejszym okresie wszystkie organizacje lokalne i ogólnoniemieckie, w których pracach miałem przyjemność uczestniczyć, miały w swym programie troskę o dobre imię Polski i Polaków.

Ja zaś, wówczas w różnych centralach polonijnych takich jak Polskie Forum w Niemczech, Polska Rada w Niemczech, Kongres Polonii Niemieckiej czy Europejska Unia Wspólnot Polonijnych, byłem odpowiedzialny za koordynowanie tych działań w randze wiceprzewodniczącego centrali (Forum, Rada) lub przewodniczącego stosownej Komisji (Kongres, EUWP).

Interweniowaliśmy w różnych sprawach, także w kwestii „Polskie Obozy śmierci” czy „Polskie Obozy Koncentracyjne”.

Polemizowaliśmy z artykułami (np. Vorwärts – rozmowa z Egonem Bahrem, kwestionująca aspiracje wejścia Polski do NATO) czy akcja pt. Pokażmy Polskę i Polaków inaczej.

Podobnie wraz z Polonią Wielkiej Brytanii, Polonia Niemiecka przeprowadziła akcję promocji akcesu Polski do Unii Europejskiej, łącznie z dotarciem do Królowej Brytyjskiej.

W roku 1998 Polonia przeprowadziła akcję poparcia uchwały Sejmu o nie łączeniu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej z cesjami na rzecz tzw. Wypędzonych. Nawiązaliśmy wówczas w tej kwestii kontakt z politykami wszystkich opcji politycznych – panami: Olszewskim, Dobroszem, Siwcem, Millerem, Moczulskim, Balcerowiczem, Czarneckim, Bugajem, Oleksym.

W 2004 roku powstała pod auspicjami Kongresu Polonii Niemieckiej, Komisja Obrony Dobrego Imienia Polski i Polaków. W przedsięwzięciach Komisji brali również wspólnie udział wybitni przedstawiciele Polonii różnych opcji – jak np. ksiądz dr Sobkowiak i red. Alina Perth-Grabowska.

W ramach EUWP powstała Komisja Godności i Pamięci Narodowej. Obiema tymi strukturami miałem przyjemność kierowania przez kilka lat. Szczególnie Komisja Obrony miała w swym składzie wiele osób z różnych krajów, w tym m.in kilku wybitnych profesorów z USA. Szczególnie prof. Rudnicki z USA ma ogromne zasługi w dziele walki z pojęciem „Polskich Obozów Koncentracyjnych”.

Praca wspomnianych Komisji nie była i nie jest nastawiona na spektakularne akcje, lecz bardziej na dyskusje, wymianę informacji, wzajemną stymulację i koordynację działań – w myśl zasady: „rejestrować– inicjować– stymulować”. Przykładem takiej skoordynowanej akcji była pierwsza odpowiedź na raport Komisji MAK kierowanej przez prof. Anodine (koniec roku 2010).
Członkowie Komisji, za własne pieniądze, wykupili domenę „20100410” z końcówkami właściwymi dla wielu państw i w pięciu językach zamieścili tekst polemizujący z Raportem MAK, szczególnie w kwestiach nie wymagających głębszych badań lecz logicznego myślenia.

Wiele dyskutowano w gronie wspomnianych Komisji o samej nazwie: „obrona dobrego imienia Polski i Polaków“ czy „zwalczanie stereotypów”.

Mimo, że Komisje składają się z osób o bardzo różnych poglądach, zdecydowana większość była zdania, że dobre imię „albo się ma – albo nie.” Co więcej, nagłaśnianie sprawy obraźliwego dla Polski komentarza służy raczej rozpropagowywaniu poglądów obrażającego niż obronie obrażanego. Zatem większy sens ma działalność informacyjna – stąd lepsza była by nazwa „Komisja Informacji o Polsce”, ewentualnie „rzetelnej informacji“ lub po prostu „Informacji”. Stąd dokonano zmiany nazwy na „Komisja Informacji o Polsce”.

Szanowny Panie Marszałku,

pamiętamy, że kilkanaście lat temu MSZ prowadziło statystykę używania pojawiania się w publikacjach pojęcia „Polskie Obozy Koncentracyjne”.

Chcielibyśmy zapytać czy ta statystyka jest kontynuowana?

Jeśli tak, pragnęlibyśmy uzyskać dane – czy w ostatnich latach wzrosła liczba tych krzywdzących nas wszystkich publikacji – czy też – bo takie wrażenie mieli członkowie polonijnych Komisji kilka lat temu – mamy tendencję spadkową.
Dlatego, wraz z gronem moich współpracowników i przyjaciół, w tym z grona wspomnianych Komisji, proponujemy aby postarać się uspokoić emocje i wyciszyć sprawę.

Rozumiemy intencje Pana Marszałka i osób popierających obronę Polski przed pomówieniami w kwestii Niemieckich Obozów Koncentracyjnych w Polsce. Niemniej naszym skromnym zdaniem regulacje prawne i ewentualne procesy powinny dotyczyć jedynie sytuacji ekstremalnych i wyjątkowych, najlepiej zaś by ich w ogóle nie było. Takie pojęcia jak „Obrona dobrego imienia Polski i Polaków” powinny zostać zastąpione pojęciami: „Rzetelna (prawdziwa) Informacja o Polsce i Polakach” – lub po prostu „Informacja o Polsce i Polakach”.

Specjalny temat stanowi problematyka Polsko – Żydowska ze względu na wielką tragedię jaka spotkała obydwa te narody, a także na wieki wspólnej historii. Naszym zdaniem nie wolno – nawet w imię dobrych intencji – generować powstawania wzajemnych obrażeń i pomówień. Należy raczej
wspólnie zapłakać nad każdą żydowską i polską ofiarą okropnej wojny i nad każdym nie uratowanym życiem przez osoby, które mogły pomóc, bez względu na to kim były te osoby. Powinniśmy wyrazić żal każdego Polaka, który nie uratował swych żydowskich sąsiadów. Dodać tu też trzeba propagandową manipulację okupanta hitlerowskiego, zresztą ta manipulacja miała miejsce także rękami zaborców np. caratu dużo, dużo wcześniej.
Obszerne dane na ten temat można znaleźć w książce Alicji Grochowskiej „Elementy prania mózgu w procesie zagłady Żydów”.

Inna kwestia natomiast budzi naszą uwagę – chodzi o potencjalne zagrożenie pogorszenia ważnych stosunków międzynarodowych na linii stosunków polsko – niemieckich poprzez nieopatrzne eksponowanie kwestii odszkodowań za II wojnę światową. Warto tu zacytować w tej kwestii wymianę zdań między Episkopatami Niemiec i Polski z roku 2015: „Pojednanie polsko-niemieckie to wielka wartość. Można ją łatwo utracić przez nieprzemyślane decyzje, a nawet przez zbyt pochopnie wypowiadane słowa” – napisali polscy biskupi.

Nie czujemy się kompetentni do zabierania głosu w kwestii, w której winni wypowiedzieć się fachowcy prawa międzynarodowego. Zwracamy jednak uwagę na bardzo delikatny grunt, po którym poruszają się wszyscy wypowiadający się w tej kwestii. Nie jest to kwestia zupełnie zdezaktualizowana (spłacanie reperacji za I wojnę światową dobiegło niedawno końca) – ale Niemcy dodają mniej lub rzadziej otwarcie: należy uwzględnić mającą miejsce w wyniku zmiany granic stratę przez ich kraj dużych terytoriów i znajdującego się tam majątku.

O tym, że ZSRR dokonał rabunku z tych przyznanych Polsce terenów – w Niemczech prawie nikt nie wie. Dlatego nie wolno szafować rozbudzającymi niepotrzebne emocje stwierdzeniami takimi jak nadzieja na odzyskanie 900 miliardów euro jako reperacje od Niemiec. To raczej kwestia do poruszania w trakcie pozbawionych emocji dyskusji polityków i prawników nie zaś jako pożywka dla populistów po obu stronach granicy (politycy prawicowej niemieckiej partii AfD nieraz przebąkują o odzyskaniu tych czy owych ziem…).

Szanowny Panie Marszałku, Szanowni Państwo,

powyżej przedstawiliśmy Państwu garść przemyśleń wynikających z doświadczeń blisko 30 lat działalności dla dobra Polski i jej imienia. Osób na co dzień żyjących i funkcjonujących wśród tych, którzy obserwują Polskę jako europejskiego partnera. Osób, których rosnąca pozycja Polski w ciągu ostatnich dziesięcioleci napawała i napawa dumą. Związanych z Polską na dobre i złe.

Być może te kilka zdań dorady okażą się pomocne w podjęciu tej czy innej decyzji lub ukształtowaniu takiego czy innego poglądu.

Z wyrazami szacunku

dr med. Bogdan Miłek
przewodniczący Kongresu Polonii Niemieckiej
wraz z gronem polonijnych współpracowników

Festiwal piosenki natrętnej XIII

Tomasz Fetzki

Jeszcze w zielone gramy, czyli natręctwo gorzkie, ale nieuniknione

Kilka dni temu usłyszał Viator w radio, że zbliża się pierwsza rocznica (kiedy ten czas zleciał, swoją drogą?!). Usłyszał i natręctwo natychmiast go dopadło, jakby się już od dawna spięte czaiło do skoku.

Coraz ciężej się robi na pielgrzymim szlaku: nie dość, że droga wyboista i marsz znojny, to jeszcze Kostucha co i raz kosi tych, którzy swoją obecnością, swoim słowem, swoim optymistycznym realizmem pomagali jakoś znieść to wszystko. I niech nikt nie bredzi, że nie ma ludzi niezastąpionych. Są, jak najbardziej! Im więcej czasu odpływa od ich odejścia, tym boleśniej to czuć. A dziś właśnie mija równo rok.

Viator jest w pełni świadom tego, iż mógł się stać ofiarą co najmniej kilku innych namolnych piosenek. Ta była po prostu najszybsza. Bo też i boli chyba najbardziej. Czemu?

Do mądrych Czytelników Wędrowiec się zwraca…

Muzyka jest rodzaju żeńskiego

Lech Milewski

W zeszłym tygodniu obchodziliśmy 8 Marca – Święto Kobiet.

Mój ulubiony program radiowy ABC Classic uczcił ten dzień nadając wyłącznie muzykę skomponowaną przez kobiety. Zapowiadano ten dzień dużo wcześniej. Słuchając tych wszystkich wyjaśnień przypomniałem sobie swoją szkołę podstawową

Ciekawa była to szkoła – Prywatna Szkoła Ogólnokształcąca Stopnia Podstawowego im. Królowej Jadwigi w Kielcach bez praw publiczności – pogrubienie moje.
Lata 1947-1954 – wokół stalinizm a moja szkoła prowadzona przez siostry Nazaretanki, bardzo bogaty progam religijny, wszyscy nauczyciele z przedwojennym stażem. Gdy w 1956 roku przyszła odwilż, szkołę upaństwowiono.

Jednak 8 marca – tu nasi przedwojenni nauczyciele byli nieco bezradni. Pamiętam jak w przeddzień Święta Kobiet dyktowali nam, pewnie z instrukcji otrzymanej z wydziału oświaty, co roku ten sam tekst: W 1910 roku Klara Zetkin i Eugenia Cotton zaproponowały obchody Międzynarodowego Dnia Kobiet…

Rok 1910 – oddaję głos radiu ABC.

W tym roku do ruchu angielskich sufrażystek dołączyła kompozytorka Ethel Smyth. W swoim dorobku miała już trzy opery. Obecnie uważana jest za najwybitniejszego angielskiego kompozytora w czasach od Henryka Purcella (1659-1695) do Benjamina Brittena (1913-1976).

Kompozytora?
Takie są pułapki płciowej klasyfikacji rzeczowników. Gdybym napisał “kompozytorki” to nie znaczyłoby to nic, gdyż chyba nikt nie zna żadnej wybitnej angielskiej kompozytorki. Purcell i Britten to co innego.

Otóż Ethel Smyth poświęciła dwa lata muzycznej kariery dla ruchu sufrażystek, kierowanych wówczas przez Emmelinę Pankhurst. Napisała dla nich hymn – The March of the Women.
Pani Pankhurst w 1912 roku zaleciła swoim towarzyszkom wybijać okna w domach polityków, którzy nie poparli prawa głosu dla kobiet. Ethel Smyth została zatrzymana podczas akcji i aresztowana wraz z 108 towarzyszkami.
Jej przyjaciel, słynny dyrygent, sir Thomas Beecham odwiedził ją w więzieniu, gdzie właśnie z okna swej celi dyrygowała aresztowanymi śpiewającymi ten hymn. Jako batuty używała szczoteczki do zębów.

W związku z powyższym jako akompaniament do dalszej lektury proponuję Marsz Kobiet – TUTAJ – w wykonaniu chóru wyposażonego w szczoteczki do zębów.

Muzyka jest rodzaju żeńskiego – tutaj nie ma już takich pułapek jak w przypadku kompozytor(ów/ek) – jest rodzaju żeńskiego i basta.

Inspirowany programem radiowym ABC Classic zastanowiłem się – które kompozytorki tkwią na stałe w mojej pamięci?
Właśnie o nich wspomnę w tym wpisie.
Będzie to wybór całkiem subiektywny. Uzupełniając wiadomości o wybranych osobach natrafiłem na kilka wątków ubocznych. Niektóre z nich również tutaj wspomnę.

1. Zacznę od historii – jaki najwcześniejszy twórca muzyki jest mi znany? Nie mam wątpliwości – Hildegarda von Bingen (1098-1179) – KLIK.

Poprawka – przez długie lata uważałem, a autorytety to potwierdzały, że muzyka zaczyna się od Monteverdiego (1567-1643). Dopiero kilkanaście lat temu ruch feministek wprowadził Hidegardę do panteonu muzyki – chwała mu za to.

To von w nazwisku i to imię z opowieści o błędnych rycerzach skłoniło mnie do przypuszczeń, że była to osoba pochodząca z wyższych sfer, doskonale wykształcona, która wybrała karierę zakonną. Pewnie ufundowała klasztor, w którym była przeoryszą i tam w spokoju oddawała się swojej muzycznej pasji.

Nic błędniejszego. Pochodziła z ubogiej rodziny szlacheckiej, jej rodzice służyli na dworze lokalnego księcia. Hildegarda była chorowitym dzieckiem, do tego miała religijne wizje. Gdy miała osiem lat rodzice oddali ją na służbę bożą w zakonie Benedyktynów w Bingen i to stąd owo von przy imieniu – po polsku zresztą nazywa się ją “z Bingen”.

Przez kilka lat była tam pod opieką nieco starszej dziewczyny – Jutty. Nie otrzymała żadnej edukacji. W listach twierdziła, że wszystko zawdzięcza Jutcie, ale z dostępnych źródeł wynika, że Jutta nie potrafiła czytać ani pisać.

Motorem rozwoju duchowego i intelektualnego Hildegardy były wizje, w których widziała sceny z Biblii i Ewangelii oraz bardziej ogólne wizje na temat miejsca człowieka w świecie i w boskim dziele zbawienia. Przez długi czas bała się i nie chciała mówić o swoich wizjach. Przysparzały jej one również wiele rozterek i bólu fizycznego.

W początkowym okresie pobytu w zakonie pracowała w ogrodzie, wykonywała robótki ręczne i opiekowała się chorymi. To ostatnie dało jej kontakt z muzyką. Śpiewała chorym, prawdopodobnie nauczyła się grać na psałterionie (rodzaj harfy). Szczęśliwym zbiegiem okoliczności jej spowiednikiem był benedyktyński mnich Volmar, który prawdopodobnie nauczył ją podstaw muzycznej notacji. W późniejszych latach stał się jej przyjacielem, powiernikiem i sekretarzem.

Ale miało być o muzyce.
Hildegard von Bingen skomponowała szereg utworów liturgicznych, muzyczną sztukę umoralniającą – Ordo Virtuo – opartą na jej wizjach oraz kilkadziesiąt kompozycji do własnych tekstów poetyckich.

Generalnie jej muzyka mieści się w kanonie muzyki gregoriańskiej.

Uwaga: zakładam, że czytelnicy nadal słuchają Marsza Kobiet, a więc wszelkie linki do youtuboteki znajdują się w przypisach.

Pisząc o Hildegardzie von Bingen nie można jednak ograniczyć się tylko do muzyki.
Poza kompozycjami muzycznymi i związanymi z muzyką tekstami poetyckimi, napisała kilka dzieł opartych na swych wizjach, a prócz tego dwie obszerne prace naukowe: Physica – 9 tomów opisów właściwości roślin i minerałów oraz Causae et Curae (300 rozdziałów) – analiza ciała ludzkiego i jego miejsca w otaczającym go świecie, czego następstwem są wskazówki jak zachować równowagę funkcji organizmu w otaczającym człowieka środowisku. To holistyczne podejście do zdrowia zjednało jej ogromne uznanie w środowiskach New Age Thinking.

Mało?
Hildegard von Bingen pracowała również nad sztucznym językiem – Lingua Ignota. Język ten posiadał swój własny alfabet. Słownictwo ocenia się na ponad 1000 słów, z czego większość pochodziła z łaciny.
Nie jest jasne, co było jej celem. Istnieją przypuszczenia, że zamierzała wprowadzić ten język w swoim klasztorze w celach integracyjnych. Być może chciała stworzyć język uniwersalny, prekursor Esperanto?

2. Muzyka średniowieczna kojarzy mi się z dwoma środowiskami – klasztory i trubadurzy.
To drugie to oczywiście mężczyźni, najczęściej dość niskiego pochodzenia.

Znalazłem jednak wyjątek – Trobairises – kobiety-trubadurzy – KLIK.

Flaga OksytaniiDlaczego taka dziwna nazwa?
Bo to w języku oksytańskim. Używa się go w Oksytanii – flaga po lewej.
Oksytanii? Taką nazwą określa się tereny, których mieszkańcy posługują się językiem oksytańskim – KLIK.
Logiczne.
Obecnie posługuje się tym językiem około 800,000 osób.

Trobairises – w przeciwieństwie do swoich męskich odpowiedników pochodziły zazwyczaj z klas wyższych. Żeby nadać im ludzką twarz posłużę się jednym przykładem – Garsende de Sabran (1180-1242) – KLIK. Dziedziczna księżniczka hrabstwa Forcalquier, przez małżeństwo z Alfonsem II stała się władczynią Aragonii, Catalonii i Prowansji. Te właśnie krainy tworzyły rdzeń Oksytanii.

Była patronką koła poetów i sama pisała poezje wykorzystane w pieśniach – patrz youtuboteka.

3. Anna Magdalena Bach (1701-1760).

Bachowie

Zeszyt A.M. Bach

Tu przemawiają moje sentymenty sprzed lat. Uczyłem się kiedyś gry na pianinie i szczytem moich możliwości wykonawczych były właśnie Zeszyty Muzyczne Anny Magdaleny Bach. Z prawej oryginał strony tytułowej.

Druga żona Jana Sebastiana, matka trzynaściorga jego dzieci. Przed małżeństwem była śpiewaczką. Jako żona wielkiego kompozytora zajmowała się kopiowaniem i sprzedażą jego dzieł uzupełniając w ten sposób budżet rodziny. Mąż doceniał muzyczne zainteresowania żony i jej dedykował dwa zeszyty łatwych utworów muzycznych.

Australijczykom było tego mało i kilka lat temu profesor Martin Jarvis z uniwersytetu w tropikalnym Darwin zaczął głosić teorię, że była ona autorką sześciu suit wiolonczelowych i współautorką Wariacji Goldbergowskich.

Niepotwierdzona to teoria. Mnie osobiście odpowiada tradycyjny wizerunek Anny Magdaleny – KLIK.

4. Fanny Mendelssohn (1805-1842) – KLIK.

Fanny Mendelssohn

Feliks i Fanny Mendelssohn byli dziećmi bankiera Abrahama Mendelssohna i Lei Salomon. Od najmłodszego wieku wykazywali oboje ogromne umiejętności muzyczne. Ich nauczyciel muzyki, Carl Friedrich Zelter, wspominał o ich talencie Johannowi Wolfgangowi Goethe, przy czym wyżej oceniał talent pianistyczny Fanny.

Ojciec mocno popierał karierę kompozytorską syna i gdy ten miał kilkanaście lat, miał do dyspozycji prywatną orkiestrę.
Jeśli chodzi o córkę, to ojciec co najwyżej tolerował jej kompozytorskie próby. Gdy miała 15 lat, ojciec napisał do niej w liście: …muzyka stanie się prawdopodobnie zawodem Feliksa, w Twoim zaś przypadku może, i musi, pozostać tylko ornamentem.

Brat miał podobną opinię: …na ile znam Fanny, to mogę powiedzieć, że nie ma ona ani skłonności ani powołania do kompozycji. Jest za bardzo tym wszystkim czym kobieta powinna być. W pierwszym rzędzie myśli o domu i swoich w nim obowiązkach. Pisanie muzyki tylko jej w tym przeszkodzi i nie popieram tego.

Nie przeszkodziło mu to jednak podpisywać swoim imieniem i nazwiskiem wielu utworów utalentowanej siostry. Nie promował również twórczości Fanny. Nie miał takich oporów w przypadku Klary Wieck (później Schumann) i dyrygował wykonaniem jej koncertu fortepianowego, w którym występowała również jako solistka.

W wieku 24 lat Fanny wyszła za mąż za malarza Wilhelma Hensela, który okazał się bardzo rozumnym i kochającym mężem. Stale dbał o to, aby jego żona miała czas i warunki do kompozycji. Rezultat – ponad 460 utworów.

Bardzo znamienny jest los napisanej w 1829 roku sonaty fortepianowej A dur – Sonaty Wielkanocnej. Sonata ta nie została opublikowana za jej życia, lecz Fanny wspominała o niej w listach do rodziny.
W 1970 roku rękopis sonaty znaleziono we Francji. Był podpisany: F. Mendelssohn więc uznano, że autorem jest Feliks. Dopiero w 2010 roku pani Angela Mace Christian dotarła do oryginału i udowodniła, że autorką jest Fanny Mendelssohn.
Premiera sonaty przywróconej właściwej autorce odbyła się 8 marca zeszłego roku.

5. Klara Wieck-Schumann (1819-1896) – KLIK.

Klara Wieck

Klara Wieck urodziła się w bardzo muzykalnej rodzinie. Jej ojciec, Friedrich, był uznanym nauczycielem muzyki, matka słynną śpiewaczką. Nieustępliwy charakter ojca sprawił, że żona uciekła od niego z kochankiem. Klara miała wtedy pięć lat.

Ojciec szkolił ją na cudowne dziecko a Klara spełniała jego oczekiwania. W wieku dziewięciu lat Klara spotkała dwa razy starszego od niej Roberta Schumanna, który pobierał lekcje muzyki u jej ojca. Zrobiła na nim takie wrażenie, że porzucił studia prawnicze i postanowił poświęcić się muzyce. Na początek wynajął pokój w domu ojca Klary.

Po dziewięciu latach, gdy Klara miała lat 18, Robert Schumann oświadczyl się i został przyjęty. Ojciec Klary kategorycznie nie zgadzał się na ten związek i młoda para musiała w sądzie walczyć o pozwolenie na małżeństwo. Sprawę wygrali w 1840 roku i 12 września, w przeddzień jej 21 urodzin, pobrali się.

W tym czasie Klara miała już za sobą wyjątkowo udaną karierę pianistyczną. Niezwykle pochlebnie wyrażali się o niej Chopin i Liszt, Paganini wyraził chęć wspólnego występu. Zbierała laury w najlepszych salach koncertowych i na cesarskich i królewskich dworach.

Trzynaście lat małżeńskiego życia było tragiczne. Większość jej ośmiogra dzieci zmarła w młodym wieku. Przeżyły ją tylko dwie córki – Eugenia, która mieszkała w Londynie ze swą lesbijską partnerką, i Maria, która zajmowała się rodzinnym domem.

Jeszcze gorzej potoczyło się życie Roberta Schumanna. W wieku 43 lat zaczął wykazywać objawy choroby umysłowej, która była prawdopodobnie następstwem nabytego w młodym wieku syfilisu. W lutym 1854 roku próbował popełnić samobójstwo i został umieszczony w klinice psychiatrycznej. Niechętni Klarze twierdzą, że dość szybko doszedł do siebie, ale Klara nie wykazywała chęci przyjęcia go do domu. Skazany na pozostawanie pod opieką sadystycznych pielęgniarzy, zagłodził się na śmierć.

Choroba męża zmusiła Klarę, a raczej pozwoliła jej, na powrót na muzyczne sceny. Nadal odnosiła wielkie sukcesy, szczególnie na scenach angielskich.

Twórczość. Kompozycji nauczył ją ojciec. Sprawiała jej ona wielką przyjemność. Już w wieku lat 14 napisała koncert fortepianowy, który wykonała dwa lata później w lipskim Gewadhaus, dyrygentem był Feliks Mendelssohn.

Obowiązki rodzinne bardzo ograniczyły jej twórczość – Kiedyś wierzyłam, że posiadam talent twórczy, ale odrzuciłam tę ideę; kobiecie nie wolno tego pożądać, jeszcze ani jednej się to nie udało.

Więcej o niespokojnym życiu Klary Schumann TUTAJ.

6. Nadia Boulanger (1877-1979) – KLIK .

Nadia Boulanger

Córka francuskiego pianisty i rosyjskiej księżniczki Raisy Myszeckiej.
W wieku dziewięciu lat rozpoczęła studia kompozycji w konserwatorium. Gdy miała 13 lat zmarł jej ojciec, co ukierunkowało jej zainteresowania muzyczne na nauczanie, gdyż musiała włączyć się w utrzymanie domu.

Mimo to była bardzo płodną kompozytorką – jednak jej utwory nigdy nie otrzymały pierwszej nagrody w konkursach.
Tu więcej szczęścia miała jej młodsza siostra Lili – KLIK, która, jako pierwsza kobieta, wygrała konkurs Prix de Rome.

Nadia Boulanger przejdzie jednak do historii jako pedagog. Lista jej uczniów liczy ponad 200 nazwisk, wśród nich Aaron Copland, Filip Glass, Gian Carlo Menotti, Astor Piazzola, Burt Bacharach.
George Gershwin był bardzo dumny z tego, że Nadia Boulanger odmówiła mu lekcji uznając, że nie może go już niczego nauczyć.
Na liście jej ucznów można znaleźć wiele polskich nazwisk – KLIK.

7. Grażyna Bacewicz.

Grazyna Bacewicz

Urodziła się w rodzinie polsko-litewskiej. Jej ojciec i jeden ze starszych braci uważali się za Litwinów i używali nazwiska Bacevičius. Grażyna i pozostała dwójka rodzeństwa uważała się za Polaków.

Studiowała w warszawskim konserwatorium kompozycję i grę na skrzypcach. W 1932 roku otrzymała stypendium od Ignacego Paderewskiego i studiowała kompozycję u Nadii Boulanger.

W 1935 roku otrzymała I wyróżnienie w konkursie skrzypcowym im. Henryka Wieniawskiego. Następnie współpracowała z Orkiestrą Polskiego Radia i często występowała. W 1945 roku podjęła pracę w Państwowym Konserwatorium w Łodzi.

Mnie jest znana jako wspaniała kompozytorka. Udało jej się pisać świetną, nowoczesną muzykę bez wprowadzania tonalnych eksperymentów.

8. Elena Kats-Chernin (1957 -) KLIK.

Urodzona w Taszkencie, w 1975 roku przeprowadziła się do Australii i tutaj rozwija bardzo bogatą jakościowo karierę kompozytorską.

Kibicuję jej z wielką sympatią

Mam nadzieję, że Marsz Kobiet dobiegł końca, proszę więc posłuchać arii z baletu Wild Swans – KLIK

Youtubo-teka:
Hildegard von Bingen – O Frodens Virga.
Hildegard von Bingen – O Vis Aeternatis.
Tribairises – Cansos de Trobairitz.
Pieśń z tekstem autorstwa Garsendy de Sabran – KLIK.
J.S. Bach – Zeszyty Muzyczne Anny Magdaleny Bach – Menuet.
Fanny Mendelssohn – Easter Sonata.
Klara Schumann – Koncert fortepianowy.
Nadia Boulanger – Fantazja na fortepian i orkiestrę.
Grażyna Bacewicz – Oberek – w wykonaniu kompozytorki.
Grażyna Bacewicz – Muzyka na skrzypce, trąbkę i perkusję – dyryguje Krzysztof Penderecki.

Z archiwów Andrzeja Rejmana

Andrzej Rejman

Petersburski łącznik cz. II

Otrzymałem niedawno list od Andreja Frołowa, o którego zainteresowaniach pisałem już raz na tym blogu. Jako że stanowi on uzupełnienie wpisu sprzed dwóch lat, a odnosi się do prezentowanych zdjęć Petersburga sprzed ponad stu lat – publikuję go z małymi skrótami.

Andrej pisze:

“…Members of our group are still discussing your wonderful photos – we all admire them, without exaggeration. Some depicted locations were newly determined. So, we have amended our first suggestion that the picture

“Hrebnicki 3_Institutskiy shopping mall” (photo 1) had been taken on Malaja Spasskaja street. Instead,it was Institutskiy Prospekt, clearly visible signboards of various stores led us to this conclusion – all the stores are listed in the phone books of that time (they have been recently scanned by our Russian National Library website). At least one food store is still existing on this place:


HERE

The depicted shopping mall was very close to Institutskiy Pereulok (not Prospekt, these are two different streetnames), where the family of your grandfather probably used to live. You’ve sent two pictures that allow the suggestion about the photographer’s special relationship to the house with the current adress Institutskiy Pereulok 5-9. One of these photos was probably the view from the flat window of Institutskiy Pereulok in the south direction (fot. 2 ). The other photo depicts the house itself (fot 3). There is also a general view of Institutskiy Pereulok in the north direction (fot 4 ). Another picture (fot 5) shows how does it look like right now (was taken on 17th February 2018). The current general view of Institutskiy lane (south direction) should not be missed (fot 6).


The view from the photo “Kemeri_Villa Mitau” (fot 8 ) is not belonging to our neighborhood, it has been taken in the Latvian resort Kemeri (or Kemmern) near Jurmala. One member of our community managed to find an other photo of this marvellous building in the Internet (fot 7).

Oryginalne zdjęcie Hrebnickiego

The next photo (fot 9 ) grants us a rare view of the villa with an informal name “Three wells”. It was located approximately here:

HERE


Thank you very much again for the photos! It was a huge step forward for the local history of our district Lesnoy. I hope our correspondence will continue and I could provide you with the news about depicted locations. …”

Andrej Frolov, St. Petersburg

***
I ja dziękuję Andrejowi za szczegółowe opisy i pasję w kultywowaniu pamięci o jego mieście, które było też miastem młodości moich przodków…

Barataria 56 Island on dry land (Reblog)

THE HISTORY OF LOUISIANA, OR OF THE WESTERN PARTS OF VIRGINIA AND CAROLINA
Containing a DESCRIPTION of the Countries that lie on both Sides of the River Missisippi. With an ACCOUNT of the SETTLEMENTS, INHABITANTS, SOIL, CLIMATE, AND PRODUCTS.

Translated from the FRENCH Of M. LE PAGE Du PRATZ;
With some Notes and Observations relating to our Colonies.

Supposedly is Benjamin Smith Bartonan owner of Le Page`s book.

Reblog, p. 145

Let us return to Manchac, where I quitted the Missisippi; which I shall cross, in order to visit the west side, as I have already done the east. I shall begin with the west coast, which resembles that to the east; but is still more dry and barren on the shore. On quitting that coast of white and crystal sand, in order to go northward, we meet five or six lakes, which communicate with one another, and which are, doubtless, remains of the sea. Between these lakes and the Missisippi, is an earth accumulated on the sand, and formed by the ooze of that river, as I said; between these lakes there is nothing but sand, on which there is so little earth, that the sand-bottom appears to view; so that we find there but little pasture, which some strayed buffaloes come to eat; and no trees, if we except a hill on the banks of one of these lakes, which is all covered with ever-green oaks, fit for ship-building. This spot may be a league in length by half a league in breadth; and was called Barataria, because enclosed by these lakes and their outlets, to form almost an island on dry land.


One league means 5556 meters or 5,5 kilometer.


 

 


Fort Bute or Manchac Post was established on a board between Florida and Louisiana in 1763 at the junction of Iberville River (Bayou Manchac) with the Mississippi River. It was an important military and trading post in British West Florida until captured by Spanish forces on 1779, during what became known as Battle of Fort Bute of the American Revolutionary War. Manchac was one of the originally-planned stations along the railroad, which were generally at ten-mile intervals. It was a part of the Canadian National Railway system.

Canadian! In Luisiana!

The name “Manchac” derives from a Choctaw expression for “rear entrance” and really – it was a sort or rear entrance to Lake Pontchartrain, a lake we know already – Halfway House Jazz Orchestra was playing its New Orlans Jazz 1925 – 1936 in a Halfway House what was build on a half way from New Orleans to that lake.

So if we see that sober, the Barataria Jazz have been somewhat similiar to the situation of  giving a title Chelsea for a Jazz composition made in a studio located in Chelsea. Or something like that.


M. LE PAGE Du PRATZ was an interesting personality.

Antoine Simon Le Page Du Pratz was a Dutchman, as his birth in Holland about 1695 apparently proves. He died in 1775, just where available records do not tell us, but the probabilities are that he died in France, for it is said he entered the French Army, serving with the Dragoons, and saw service in Germany. While there is some speculation about all the foregoing, there can be no speculation about the statement that on May 25, 1718 he left La Rochelle, France, in one of three ships bound for a place called Louisiana.

For M. Le Page tells us about this in a three-volume work he wrote called, Histoire de la Louisiane, recognized as the authority to be consulted by all who have written on the early history of New Orleans and the Louisiana province.

Le Page, who arrived in Louisiana August 25, 1718, three months after leaving La Rochelle, spent four months at Dauphin Island before he and his men made their way to Bayou St. John where he set up a plantation. He had at last reached New Orleans, which he correctly states, “existed only in name,” and had to occupy an old lodge once used by an Acolapissa Indian. The young settler, he was only about 23 at the time, after arranging his shelter tells us: “A few days afterwards I purchased from a neighbour a native female slave, so as to have a woman to cook for us. My slave and I could not speak each other’s language; but I made myself understood by means of signs.” This slave, a girl of the Chitimacha tribe, remained with Le Page for years, and one draws the inference that she was possessed of a vigorous personality, and was not devoid of charm or bravery. Le Page writes that when frightened by an alligator approaching his camp fire, he ran to the lodge for his gun. However, the Indian girl calmly picked up a stick and hammered the ‘gator so lustily on its nose that it retreated. As Le Page arrived with his gun, ready to shoot “the monster,” he tells us: “She began to smile, and said many things which I did not comprehend, but she made me understand by signs, that there was no occasion for a gun to kill such a beast.”

It is unfortunate, for the purpose of sociological study, that this Indian girl appears so infrequently in the many accounts Le Page has left us in his highly interesting studies of early Louisiana and its original inhabitants. He does not even tell us the Indian girl’s name.

We are told that after living on the banks of Bayou St. John for about two years, he left for the bluff lands of the Natchez country. His Indian girl decided she would go with him, as she had relatives there. Hearing of her plan, her old father offered to buy her back from Le Page. The Chitimacha girl, however, refused to leave her master, whereupon, the Indian father performed a rite of his tribe, which made her the ward of the white man—a simple ceremony of joining hands.

Le Page spent eight years among the Natchez and what he wrote about them—their lives, their customs, their ceremonials—has been acknowledged to be the best and most accurate accounts we have of these original inhabitants of Louisiana. He has left us, in his splendid history, much information on the other Indian tribes of the lower Mississippi River country.

Antoine Simon Le Page Du Pratz tells us he spent sixteen years in Louisiana before returning to France in 1734. They were years well spent—to judge by what he wrote.

As it was written and published in the French language, Le Page’s history proved in many instances to be a tantalizing casket of historical treasure that could not be opened by those who had not mastered French. The original edition, published in Paris in 1758, a score of years after the author landed in New Orleans, was followed in 1763 by a two-volume edition in English, and eleven years later in 1774, by a one-volume edition in English, entitled: “The History of Louisiana, or of the Western Parts of Virginia and Carolina.” The texts in the English editions are identical.

Fortunately, early historians who could not read the French edition, were now able to read M. Le Page’s accounts of his adventures in the New World. Unfortunately, especially for present day historians, the English editions have become increasingly rare—many libraries do not have them on their shelves. Therefore, the present re-publication fills a long-felt want.

STANLEY CLISBY ARTHUR

(Mr. Arthur is a naturalist, historian and writer, and executive-director of the Louisiana State Museum.— J. S. W. Harmanson, Publisher.)


In Manchac went the young colonist from th Mississipi river, going either east or west. An here fe found Barataria. It s for him no place of resemblance on Don Quijote or Cervantes or Sancho Pans, but only a word meaning an an island on dry land, exactly as the place Sancho Pansa got als his Governement. It is exatly one hundred years after publishing a second part of Don Quijote, where Barataria was described. The name is already existing, given to the place for sure some years or maybe even some decades before.

I try modestly to put here my simple question:

Was the word Baratria invented by Cervantes which (VERY QUICKLY!!!) became synonyme to an island on dry land? (Was he word inventor? Or quotations author?) When it became proverbial?

Or was it always the description for it and Cervantes picked it as all writers do with words?

Über Indien am Sonntag (1)

Johanna Rubinroth & Tanja Krüger

Bye bye Berlin & Happy Hola

 

Und ab nach Mumbai…

Frühstück im Leopolds, das seit dem Buch Shantram unglaublich berühmt ist, auch für seine Einschusslöcher während der Anschläge 2006 und mit Taschenkontrolle.

… Ach und im Taxi ein LIPSTICK HIMMEL.

Wie Sonntag!

Abnkunft Allahabad

wo Reis an Menschen verteilt wird…

Sonntagsboot (oben) und (untern) Pilger und Dalits (die Kastenzugehörigen der Unberührbaren, die früher glöckchen tragen mussten damit der höher kastige sie nicht sehen, geschweige denn in IHREN SCHATTEN treten musste…) hausen…

Bei Indien Railways ist ein Essen im Ticket Preis mit inBegriffen.

Holy resten. (Holy das indische frühlings-begrüssungs-fest an dem alle alle mit giftiger farbe bewerfen) hier wurde es ein bisschen gefährlich: eine riesige staubige strasse, mit scheppernder blecherner musik aus lautsprechern, 400 halb nackte besoffene verdrogte pink beschmierte vor testosteron schäumende wild tanzende gewaltbereite männer… wir nicht nur die einzigen touristen – erst recht die einzigen frauen… flucht durch weitere staubige strassen mit auf motorrädern rasenden (3 pro motorrad) (in pulks von 3 – 7 motorrädern) halbnackten pink beschmierten typen… holy-horror-apokalypse…

Happy Holy! … und weil wegen holy alles geschlossen zum ende den majaradscha-spicy-burger im rindfleisch-freien mc-donalds.

Am nächsten Sonntag: Von den Frauen…

Poesie mit Eule / Poezja z Sową

 Grzegorz Kwiatkowski

AUS DEM POLNISCHEN VON BERNHARD HARTMANN

OBROŃCA ROBERT SERVATIUS, UR. 1894 ZM. 1983

jeszcze żyją ci którzy zabijali
i nie różnią się od innych ludzi
oczywiście jeśli przyjrzeć się bliżej
coś się znajdzie
ale u każdego coś się znajdzie

Foto: Michał Szlaga

STRAFVERTEIDIGER ROBERT SERVATIUS (1894-1983)

noch leben die mörder und
unterscheiden sich nicht von anderen menschen
wenn man natürlich genauer hinsieht
wird man etwas finden
aber bei jedem lässt sich etwas finden

SOWĄ

czemu nie wypychamy ciał zmarłych?
mój ojciec już zawsze wita mnie w salonie
matka trzyma na rękach zmarłego brata
i ja niestrofowany i wysłuchany
mający zawsze ostatnie słowo
decydujący o tym w co są ubrani
lecz jeśli pogniewam się
to ich w kominku spalę
i zastąpię lisem albo sową

EULE

warum stopfen wir die leiber unserer toten nicht aus?
mein vater begrüßt mich immer schon im salon
mutter hält meinen toten bruder an der hand
ich werde nie getadelt und immer gehört
habe immer das letzte wort
entscheide welche kleidung sie tragen
doch wenn mich die wut packt
verbrenne ich sie im kamin
und ersetze sie durch einen fuchs oder eine eule

WALTER STIER

mój ojciec dobry pracownik biurowy kolei
nigdy nie uczestniczył w żadnym rozstrzelaniu
tylko wykonywał swoją pracę
organizował transporty
na wschód i na zachód
na północ i południe
w górę i w dół

WALTER STIER

mein vater war ein guter büroangesteller der bahn
er nahm nie an erschießungen teil
er machte nur seine arbeit
organisierte transporte
nach ost und nach west
nach nord und nach süd
nach oben und nach unten

DORA DROGOJ, UR. 1923 ZM. 1941

odcięto jej głowę tępą piłą
i nikt nie wie gdzie została pochowana
gdyby to było przerysowanie
albo estetyczna zabawa
ale: odcięto jej głowę tępą piłą
i nikt nie wie gdzie została pochowana

DORA DROGOJ (1923-1941)

man schnitt ihr mit einer stumpfen säge den kopf ab
und niemand weiß wo sie begraben wurde
wäre es nur übertreibung
oder ästhetische spielerei
aber: man schnitt ihr mit einer stumpfen säge den kopf ab
und niemand weiß wo sie begraben wurde

Wiersze były pierwotnie drukowane na łamach / Die Gedichte wurden veröffentlicht in:  OSTRAGEHEGE / LICHTUNGEN